sobota, 15 października 2016

--- Pomoc społeczna.

Pod postem sprzed dwóch tygodni, pojawił się ostatnio bardzo ciekawy komentarz, który sprawił, że odkryłem coś, z czym na dobrą sprawę mam do czynienia od kilku lat, a okazuje się, że moja wiedza w tym temacie jest bardzo mizerna.
Przytoczę ten komentarz w całości:

Pozwolę sobie wtrącić merytoryczną uwagę wobec drobnego, aczkolwiek istotnego szczegółu - zastępowanie terminu "pomoc" społeczna potocznym określeniem "opieki" zdaje się znacząco choć niepostrzeżenie kształtować postawy osób zwłaszcza z niej korzystających. Jakiś czas temu osobiście słyszałam, jak jedna z mocno zadłużonych matek biologicznych (posiadającej kilkoro dzieci w pieczy zastępczej) powiedziała, że czeka, aż "gmina DA jej mieszkanie"... A Gmina nie tyle jest od zaopiekowania się jej mieszkańcami (termin zakłada, że mamy do czynienia z ludźmi niezdolnymi do ponoszenia odpowiedzialności za swoje czyny), co od wspierania ich w trudnej sytuacji życiowej - nawet jeśli efekt działań jest ten sam.

W związku z powyższym zachęcam aby rozważył Pan wprowadzenie tej drobnej zmiany przy kolejnych wpisach na blogu - którego, przyznam, od jakiegoś czasu bardzo chętnie i w miarę regularnie czytam, i uważam za bardzo wartościową i dobrą robotę z Pana strony ;)

Pozdrawiam,
Flora


Muszę przyznać, że faktycznie słowa „pomoc” i „opieka” traktowałem jak synonimy, chociaż rzeczywiście oznaczają one zupełnie coś innego. Pewnie po części było to związane z tym, że „opieka społeczna” jest powiedzeniem, które bardzo często pojawia się w mowie potocznej, a po drugie ułatwiało mi pisanie. Bo przecież jak brzmiałoby zdanie: „rodzice korzystają z pomocy pomocy społecznej”. Natomiast gdy napisałem: „rodzice korzystają z pomocy opieki społecznej”, to wyglądało to ładniej (w sensie językowym). Teraz będę musiał się bardziej postarać, umieszczając w jakimś zdaniu frazę „pomoc społeczna”, chociaż być może będzie prościej, bo zwyczajnie napiszę: „rodzice korzystają z pomocy społecznej”. Nie wiem dlaczego dotychczas utożsamiałem „pomoc społeczną” z „ośrodkiem pomocy społecznej”, przecież są to dwa, zupełnie różne terminy. No cóż, jak mówią – człowiek uczy się do śmierci.

Tak czy inaczej, komentarz spowodował, że bardziej przyjrzałem się samemu zagadnieniu, jakim jest pomoc społeczna. Do tej pory jakoś zawsze kojarzyłem ją z ubóstwem i pomocą w postaci zasiłków. Nawet fakt, że ojciec dziecka, które jakiś czas temu było w naszej rodzinie (który miał swoją firmę, dom i niezłą brykę), był również „klientem” pomocy społecznej, jakoś nie otworzył mi szerzej oczu na całą sprawę. Zwyczajnie uznałem, że pomoc społeczna interesuje się wszystkimi rodzicami biologicznymi, którzy mają ograniczone prawa rodzicielskie do swoich pociech.

Tym razem postanowiłem temat zgłębić nieco bardziej. Najprostszym rozwiązaniem było przeczytanie ustawy o pomocy społecznej.
Nie chciałbym analizować całej struktury (które organy administracji rządowej i samorządowej za co odpowiadają i kto co finansuje), bo jest to zwyczajnie nudne. Skupię się tylko na celach pomocy społecznej, komu ona przysługuje i jakie są zadania gminy, czyli kogoś, z kim każdy z nas ma możliwość się spotkać (niekoniecznie zasługując na miano „rodziny patologicznej”).

Podstawowym celem pomocy społecznej jest umożliwienie przezwyciężania trudnych sytuacji życiowych, których rodziny (lub pojedyncze osoby) nie są w stanie pokonać, opierając się wyłącznie na własnych środkach, możliwościach i uprawnieniach. Pomoc ze strony ośrodków pomocy społecznej ma w swoich założeniach doprowadzić do uaktywnienia życiowego osób z tej pomocy korzystających, do integracji ze środowiskiem społecznym, oraz ma służyć umacnianiu rodziny. Tak więc zaspokajanie potrzeb życiowych, umożliwiających bytowanie w godnych warunkach, jest tylko jednym z elementów (albo może bardziej jest środkiem, a nie celem). Niestety dla rodziców biologicznych naszych dzieci zastępczych, jest to najczęściej jedyna rzecz, której od pomocy społecznej oczekują.

Nie będę się wdawał w szczegóły (kto ile dostanie i jakie musi spełnić warunki), ale najczęściej świadczenia przyznawane są w formie pieniężnej. Bywa jednak, że są one marnotrawione. Przeciętny człowiek zapewne stwierdziłby, że są one przepijane. Często tak ..., jednak wielokrotnie są wydawane zupełnie bez sensu. Bywa, że oszczędza się na ogrzewaniu, bo trzeba kupić markowy „ciuch”, albo wypasioną komórkę. Zdarza się, że ktoś niszczy swoje mienie (w zupełnie niewytłumaczalnym celu). Takie postępowania mogą doprowadzić do ograniczenia, a nawet odmowy wypłacanych świadczeń. Bywa, że zostają one zamieniane na formę niepieniężną. Jakiś czas temu, pojawiły się w mediach informacje, że kilka rodzin ma wypłacane 500+ w naturze. Nie stykam się z ludźmi zajmującymi się pomocą społeczną, więc mogę tylko gdybać, że taka forma stosowana jest pewnie rzadko, ponieważ może stanowić duży problem logistyczny. Ale może się mylę (chociaż, żadna z rodzin odwiedzających u nas swoje dzieci, nigdy nie powiedziała, że dostała coś zamiast zasiłku).
Zdarza się również, że brak wsparcia może nastąpić w przypadku braku współdziałania z pracownikiem socjalnym, albo na przykład z powodu nieuzasadnionej odmowy podjęcia pracy.
Współpraca z ośrodkiem pomocy społecznej ma polegać na realizowaniu zaleceń tej instytucji, dotyczących nie tylko właściwego wykorzystania powierzonych środków, ale również w niektórych sytuacjach, konieczności ukończenia szkoły,  takiej czy innej terapii, jak również uporządkowania spraw osobistych. Niestety w większości przypadków, z którymi mieliśmy do czynienia, wymagania te nie były realizowane. 
W ustawie jest też zapis, że wszelkie ograniczenia lub odmowy wypłacania świadczeń, nie mogą prowadzić do pogorszenia sytuacji osób będących na utrzymaniu osoby korzystającej z pomocy.
Przypuszczam więc, że w takim przypadku zasiłek nie jest odbierany (przynajmniej rodzice biologiczni naszych dzieci nigdy o tym nie wspominali - mimo ewidentnego braku zapału do zmiany swojego życia). Natomiast niezależnie od wsparcia finansowego, wielokrotnie słyszeliśmy o chęci pomocy w formie niepieniężnej (żywności, ubrań, zabawek). 

Do pomocy społecznej jest uprawnione całkiem spore grono osób. Jako kryterium bierze się pod uwagę miejsce pobytu (czyli Polskę). Jednak nie tylko osoby posiadające obywatelstwo polskie mogą z tego przywileju korzystać. Są to również obywatele państw członkowskich Unii Europejskiej, cudzoziemcy mający prawo stałego pobytu albo status uchodźcy i … jeszcze inni wymienieni numerami paragrafów, których już nie chciało mi się analizować.

Przedstawię może kilka zapisów z ustawy. Być może to ja jestem jakiś niedouczony, ale muszę przyznać, że nie doceniałem roli ośrodków pomocy społecznej (a przede wszystkim zakresu zadań i ogromu pracy, które do nich należą).

Zacznę od tego, komu może zostać udzielona pomoc:

Art. 7. Pomocy społecznej udziela się osobom i rodzinom w szczególności z powodu:
  1. ubóstwa;
  2. sieroctwa;
  3. bezdomności;
  4. bezrobocia;
  5. niepełnosprawności;
  6. długotrwałej lub ciężkiej choroby;
  7. przemocy w rodzinie;
    7a) potrzeby ochrony ofiar handlu ludźmi;
  8. potrzeby ochrony macierzyństwa lub wielodzietności;
  9. bezradności w sprawach opiekuńczo-wychowawczych i prowadzenia gospodarstwa domowego, zwłaszcza w rodzinach niepełnych lub wielodzietnych;
  10. (uchylony)
  11. trudności w integracji cudzoziemców, którzy uzyskali w Rzeczypospolitej Polskiej status uchodźcy, ochronę uzupełniającą lub zezwolenie na pobyt czasowy udzielone w związku z okolicznością, o której mowa w art. 159 ust. 1 pkt 1 lit. c lub d ustawy z dnia 12 grudnia 2013 r. o cudzoziemcach;
  12. trudności w przystosowaniu do życia po zwolnieniu z zakładu karnego;
  13. alkoholizmu lub narkomanii;
  14. zdarzenia losowego i sytuacji kryzysowej;
  15. klęski żywiołowej lub ekologicznej.


A teraz jakie konkretne zadania są stawiane organom samorządowym:

Art. 17. 1. Do zadań własnych gminy o charakterze obowiązkowym należy:
  1. opracowanie i realizacja gminnej strategii rozwiązywania problemów społecznych ze szczególnym uwzględnieniem programów pomocy społecznej, profilaktyki i rozwiązywania problemów alkoholowych i innych, których celem jest integracja osób i rodzin z grup szczególnego ryzyka;
  2. sporządzanie, zgodnie z art. 16a, oceny w zakresie pomocy społecznej;
  3. udzielanie schronienia, zapewnienie posiłku oraz niezbędnego ubrania osobom tego pozbawionym;
  4. przyznawanie i wypłacanie zasiłków okresowych;
  5. przyznawanie i wypłacanie zasiłków celowych;
  6. przyznawanie i wypłacanie zasiłków celowych na pokrycie wydatków powstałych w wyniku zdarzenia losowego;
  7. przyznawanie i wypłacanie zasiłków celowych na pokrycie wydatków na świadczenia zdrowotne osobom bezdomnym oraz innym osobom niemającym dochodu i możliwości uzyskania świadczeń na podstawie przepisów o świadczeniach opieki zdrowotnej finansowanych ze środków publicznych;
  8. przyznawanie zasiłków celowych w formie biletu kredytowanego;
  9. opłacanie składek na ubezpieczenia emerytalne i rentowe za osobę, która zrezygnuje z zatrudnienia w związku z koniecznością sprawowania bezpośredniej, osobistej opieki nad długotrwale lub ciężko chorym członkiem rodziny oraz wspólnie niezamieszkującymi matką, ojcem lub rodzeństwem;
  10. praca socjalna;
  11. organizowanie i świadczenie usług opiekuńczych, w tym specjalistycznych, w miejscu zamieszkania, z wyłączeniem specjalistycznych usług opiekuńczych dla osób z zaburzeniami psychicznymi;
  12. prowadzenie i zapewnienie miejsc w mieszkaniach chronionych;
  13. (uchylony)
  14. dożywianie dzieci;
  15. sprawienie pogrzebu, w tym osobom bezdomnym;
  16. kierowanie do domu pomocy społecznej i ponoszenie odpłatności za pobyt mieszkańca gminy w tym domu;
    16a) pomoc osobom mającym trudności w przystosowaniu się do życia po zwolnieniu z zakładu karnego;
  17. sporządzanie sprawozdawczości oraz przekazywanie jej właściwemu wojewodzie, w formie dokumentu elektronicznego, z zastosowaniem systemu teleinformatycznego;
  18. utworzenie i utrzymywanie ośrodka pomocy społecznej, w tym zapewnienie środków na wynagrodzenia pracowników;
  19. przyznawanie i wypłacanie zasiłków stałych;
  20. opłacanie składek na ubezpieczenie zdrowotne określonych w przepisach o świadczeniach opieki zdrowotnej finansowanych ze środków publicznych.

Są też jeszcze zadania zlecone realizowane przez gminę, zadania powiatu, zadania administracji rządowej. W dalszej części jest jeszcze mowa o zasadach udzielania świadczeń i organizacji pracy, ale … może po prostu podam link do strony, z której można pobrać cały tekst ustawy, bo za chwilę ją zwyczajnie przepiszę:
http://www.prawo.egospodarka.pl/akty/dziennik-ustaw/2016/000/930



sobota, 8 października 2016

--- Majka prowadzi casting.

Zawodowe rodziny zastępcze, opiekujące się większą ilością dzieci niż troje, mają prawo do zatrudnienia tak zwanej osoby pomocowej. Ktoś taki otrzymuje wynagrodzenie z PCPR-u, a jego zadaniem jest pomaganie zarówno w opiece nad dziećmi, jak również w drobnych pracach domowych. Tyle mówi ustawa. To, na jaki wymiar czasu może zostać zatrudniona taka osoba, oraz jaka zostanie określona stawka godzinowa, zależą od koordynatora pieczy zastępczej, czyli w naszym przypadku od PCPR-u. Istnieją też sytuacje, gdy osoba do pomocy zostaje przydzielona przy mniejszej, ale trudniejszej do „ogarnięcia” grupce dzieci.

Od jakiegoś czasu, osobą pomocową w naszej rodzinie była Hiza Guruma, o której wielokrotnie już wspominałem, a więcej uwagi jej poświęciłem w poście „Aniołki Charliego”. Niestety wszystko co dobre, kiedyś się kończy. Chciałbym napisać, że Hiza była niezastąpiona, ale ponieważ podobno nie ma ludzi niezastąpionych, napiszę zwyczajnie, że dziewczyna była dla nas bardzo pomocna. Opiekowała się naszymi dziećmi niemal w każde przedpołudnie (a czasami również popołudniu lub w weekend), co sprawiało, że Majka mogła ze spokojem pojechać z jakimś dzieckiem do lekarza, na rehabilitację, nadrobić zaległości w pracach domowych, lub zwyczajnie oddać się własnym przyjemnościom (choćby czytaniu książek). Ja z kolei mogłem spokojnie pracować, wiedząc że rozmawiając z klientem przez telefon, nie usłyszy on w tle krzyku dziecka, co wcześniej czasami powodowało mniejszą lub większą konsternację. Hiza w wakacje wyszła za mąż (zresztą za mojego trenera, który z kolei jest w wieku mojej córki … co świadczy chyba tylko o tym, że do całego zestawu tylko ja nie pasuję). W tej chwili informacja o tym, że młodzi za kilka miesięcy będą rodzicami, jest już tylko tajemnicą poliszynela, więc z pewnością nie zaskoczę tą wiadomością znajomych nam osób. W każdym razie Hiza (między innymi z tego względu) zrezygnowała z dalszej pomocy w opiekowaniu się naszymi dziećmi. Mam nadzieję, że doświadczenie, które zdobyła w naszej rodzinie jakoś jej się przyda w wychowywaniu swojego malucha. Jak na razie czuje się doskonale i w żaden sposób nie rezygnuje z dotychczasowych przyjemności, a być może nawet inni (myślę tutaj o sobie) bardziej odczuwają skutki jej stanu błogosławionego. W ramach rozgrzewki przed treningiem, zawsze gramy na macie w piłkę nożną. Ostatnio grając z Hizą w jednej drużynie, dostałem lekkiej zadyszki (w przeciwieństwie do niej). Wprawdzie graliśmy pięciu na pięciu, ale niestety Hizę liczyliśmy już za dwoje.

Wracając do tematu. Od jakiegoś czasu zaczęliśmy poszukiwać kogoś, kto zastąpi naszą dotychczasową osobę pomocową. Niestety nie jest to prosta sprawa. Przede wszystkim musi być to ktoś, kto z jednej strony jest w miarę dyspozycyjny, a z drugiej – musi mieć jakieś inne źródło dochodu, ponieważ z samego wynagrodzenia tytułem pracy w naszym pogotowiu, żadną miarą nie da się utrzymać.
Często osobami pomocowymi są studentki, dziewczyny mające nienormowany system pracy, poszukujące jakiegokolwiek zatrudnienia (co niestety oznacza, że gdy tylko nadarzy się jakaś inna propozycja pracy, szybko od nas odejdą), albo osoby starsze – rencistki, emerytki.
Majka rozpuściła wici, że poszukujemy kogoś do pomocy i wkrótce odezwało się kilka osób.
Rozpoczął się casting. Ja nie zostałem do niego dopuszczony. Być może Maja wyszła z założenia, że będę kierował się bardzo subiektywnymi przesłankami. Muszę jednak stwierdzić, że wszystkie dziewczyny, które przyszły na rozmowę, były młode i bardzo urodziwe, więc nawet gdybym miał brać pod uwagę tylko samą aparycję, to miałbym duży problem z wyborem odpowiedniej kandydatki. Jedyna starsza osoba, zrezygnowała już na etapie rozmów telefonicznych, gdy dowiedziała się, że chodzi o opiekę nad czwórką dzieci.
Zaskoczyło mnie to, że wszystkie dziewczęta były … bardzo profesjonalne. Dokładniej mówiąc, doskonale znały swój przedmiot pracy – czyli dziecko. Potrafiły nakarmić, czy przewinąć niemowlaka, albo pobawić się ze starszym dzieckiem. Nie było też problemu z wyjściem na spacer trojaczym wózkiem (do tego w towarzystwie jadącego obok jeździkiem, Kapsla). Sądzę, że były to jednak osoby, które już przeszły przez pierwsze sito selekcji – gdy dowiedziały się, iloma dziećmi naraz będą musiały się zajmować.
Niestety aby stworzyć kandydatkę idealną, musielibyśmy zbudować hybrydę, łączącą w jedno, przynajmniej trzy osoby. Jedna dziewczyna mogła przychodzić tylko popołudniami, druga w weekendy, trzecia szybko znalazła inną pracę i podziękowała, dwie kolejne mogły przychodzić od rana, ale nie codziennie i bez określenia jakiegoś klucza. Nawet gdybyśmy się zdecydowali na podział tego etatu, na kilka dziewczyn, to nie istnieją procedury, które PCPR mógłby wdrożyć w życie. Osobą pomocową może być tylko jedna osoba.

Istnieje jednak możliwość zatrudnienia jako osoby pomocowej współmałżonka, czyli w naszym przypadku, mnie. Prawdę mówiąc, współmałżonek osoby prowadzącej pogotowie rodzinne, jest dosyć osobliwym tworem. Mam wszystkie prawa przysługujące Majce (na przykład mogę odebrać noworodka ze szpitala, albo jeżeli będę miał kaprys, to zabrać dziecko na wycieczkę, choćby do … Rzeszowa). Mam też obowiązki – dla przykładu, muszę mieć stałą pracę i dochody.
Razem z Majką musiałem ukończyć kurs, dostać kwalifikacje bycia rodzicem zastępczym i podpisać odpowiednią umowę. Jednak w kwestiach finansowych, jestem zwyczajnym wolontariuszem, stąd pewnie jakieś przepisy umożliwiają zatrudnienie mnie w charakterze osoby pomocowej. Tak więc od kilku dni nią jestem. Musiałem tylko we wniosku i podpisanej umowie zapewnić, że jestem w stanie wywiązać się z nałożonych obowiązków, co w praktyce przekłada się na średnio 4 godziny dziennie opieki nad dziećmi i prac domowych. Jesteśmy rodziną, więc te cztery godziny są tylko regulaminowym zapisem. Niezależnie od ilości osób do pomocy, spędzam z dziećmi dużo więcej czasu.
Pomimo tego, często się zdarza, że trudno jest nam rozplanować wszystko, co trzeba zrobić danego dnia. Dla przykładu, w przyszłym tygodniu Majka jedzie z Gackiem do lekarza, ja w tym czasie muszę odebrać z przedszkola Kapsla i pojechać z nim na judo, a pozostała dwójka maluchów pogrążona jest właśnie w południowym śnie. Jakby nie kombinować, potrzebna jest dodatkowa osoba do pomocy, albo trzeba by z czegoś zrezygnować. Ale z czego? Może z odebrania Kapsla z przedszkola?
Tak więc postanowiliśmy, że dziewczyny, z którymi Majka prowadziła casting i które już pokochały nasze maluchy, zostaną wolontariuszkami, podpisując w związku z tym odpowiednią umowę z PCPR-em.
Czy jest to jakiś sposób obchodzenia prawa?
Być może, chociaż wszystko jest z tym prawem jak najbardziej zgodne. W końcu spełniam (i w praktyce realizuję) wszystkie wymogi umowy o pozostaniu osobą pomocową, a od otrzymanego wynagrodzenia jest odprowadzany stosowny podatek.
A wolontariuszki? Jak sama nazwa wskazuje, żadnego wynagrodzenia nie pobierają.
Czyżbym coś o tym wspomniał?



piątek, 30 września 2016

--- Kwartalna ocena dzieci.

Wielokrotnie w swoich opisach używałem tytułowego pojęcia, chociaż nigdy nie napisałem co się tak naprawdę pod nim kryje. Dzisiaj postaram się trochę przybliżyć termin „kwartalna ocena dziecka w pieczy zastępczej”. Z jednej strony, jest to kolejna odsłona życia rodziny zastępczej, a z drugiej, pewnego rodzaju przybliżenie funkcjonowania całego systemu opieki zastępczej.
Mimo, że słowo „system” nie najlepiej się kojarzy, to jednak istnieją rozmaite normy, które regulują funkcjonowanie rodzin zastępczych. Przeciętna osoba, bazująca tylko na „rewelacjach” pojawiających się raz na jakiś czas w mediach, może stwierdzić, że dziecko przebywające w rodzinie zastępczej (jak również sama rodzina), nie podlega żadnej kontroli. Na szczęście tak nie jest, chociaż dzisiaj skupię się tylko na tym jednym elemencie. Organizator pieczy zastępczej (w naszym przypadku PCPR) jest ustawowo zobligowany do dokonania oceny dziecka przebywającego w rodzinie zastępczej. Dzieci do lat trzech są opiniowane co kwartał, a starsze co pół roku. Trudno mi powiedzieć, czy w każdym zakątku naszego kraju są stosowane identyczne procedury (być może nie), więc skupię się na naszym przykładzie.
Przede wszystkim muszę powiedzieć, że ocenie podlegają dzieci przebywające w każdego rodzaju rodzinie zastępczej. Nie ma więc znaczenia, czy jest to rodzina zawodowa, czy też nie, czy ma pod opieką jedno dziecko, czy kilkoro. Chociażby ten fakt wskazuje na dużą różnicę pomiędzy rodzicami zastępczymi, a adopcyjnymi.
Pierwsze wrażenie może prowadzić ku stwierdzeniu, że znowu jakiś urząd „wchodzi z butami” w prywatne życie rodziny, wymagając z jej strony takiego, czy innego zaangażowania. Niby tak... w końcu jest to związane z przeznaczeniem swojego czasu, który można by wykorzystać choćby na zabawę z dzieckiem. Być może podobnie mogą myśleć inne osoby, biorące udział w takiej ocenie, na przykład pracownicy ośrodka adopcyjnego, ośrodka pomocy społecznej, no i oczywiście pracownicy PCPR-u, ponieważ każda z tych instytucji oddelegowuje kogoś, kto wchodzi w skład zespołu opiniującego.
Czy ma to sens? W mojej ocenie tak. Przede wszystkim jest to wartościowe spotkanie dla rodziców biologicznych oraz zastępczych. Wbrew pozorom, najbardziej nieszczęśliwi mogą być pozostali uczestnicy, którym zwyczajnie tak nakazuje ustawa, chociaż w naszym przypadku mamy wrażenie, że każda ze stron jest zainteresowana poruszanymi tematami i bardzo się przykłada do nałożonych na nią obowiązków.
Jak wcześniej wspomniałem, w skład zespołu dokonującego oceny dziecka wchodzą jego rodzice biologiczni, osoba z PCPR-u prowadząca sprawę danego dziecka oraz ktoś z dyrekcji, psycholog, osoba z ośrodka adopcyjnego oraz osoba z ośrodka pomocy społecznej (opiekująca się rodziną biologiczną dziecka)… no i oczywiście my, czyli rodzice zastępczy. Celem takiego spotkania jest wypracowanie pewnej strategii dalszego postępowania, chociaż pewnie każdy ma inne oczekiwania i na koniec wyciąga zupełnie inne wnioski. Dla PCPR-u zapewne najważniejsze jest potwierdzenie zasadności przebywania w pieczy zastępczej. Opiekę społeczną pewnie interesują relacje rodziców biologicznych z innymi instytucjami oraz rodzicami zastępczymi, a przede wszystkim ich plany i zobowiązania na przyszłość. Psycholog … raczej tylko służy pomocą przy omawianiu konkretnych sytuacji. Osoba z ośrodka adopcyjnego …łowca głów? Chociaż może bardziej – ktoś, kogo „klientem” może stać się przebywające u nas dziecko (i warto wiedzieć jak najwięcej o jego sytuacji). I na koniec rodzice zastępczy, czyli my … Dowiadujemy się o wielu ciekawostkach z życia rodziców biologicznych (o rozbojach, interwencjach policji, pobytach w areszcie, szpitalu psychiatrycznym, ale również na przykład o ścisłej współpracy i ogromnym wsparciu ze strony opieki społecznej), poznajemy informacje, które ci, skrzętnie ukrywają (nawet odwiedzając swoje dziecko w naszej rodzinie). Jednak najważniejsi na takim spotkaniu są rodzice biologiczni. Trudno mi powiedzieć, jakie wnioski wyciągają, ponieważ rzadko dzielą się swoimi spostrzeżeniami. Niestety często bywa, że nawet na te spotkania nie przychodzą. Ci, którzy chcą skorzystać z pomocy, otrzymują bardzo prostą „receptę na życie”. Prostą? Nie zawsze, ale ujętą w kilku konkretnych punktach. Czasami jest to związane z wyborem pomiędzy dzieckiem, a toksycznym rodzicem, albo toksycznym partnerem. Wielokrotnie rozumiem dylematy rodziców biologicznych – często nie chcą radykalnych zmian w swoim życiu, a jeszcze częściej się ich zwyczajnie boją.
Niestety jeszcze częściej nie chcą pomocy (poza materialną), żyją w zupełnie innym świecie, czasami mam wręcz wrażenie, że w innym wymiarze. Na dobrą sprawę nie chcę ich w żaden sposób oceniać, bo zwyczajnie nigdy nie byłem w „ich skórze”. Nie wiem też, co jest najlepsze dla dziecka? Logika podpowiada, że rodzina adopcyjna, która roztacza przed dzieckiem ogromne przestrzenie rozwoju. Serce … mówi dokładnie to samo. A jednak, praktycznie przy każdym dziecku chcielibyśmy, aby wróciło do rodziców biologicznych, którzy poukładaliby swoje życie (naprawdę niewiele trzeba) . Na początku zawsze jest ogromne zaangażowanie, jednak z każdym tygodniem ich zapał słabnie. Dlaczego przestają walczyć o swoje dziecko?
Prawdę mówiąc, to co powyżej napisałem o spotkaniach dotyczących oceny dzieci, było swego rodzaju opowiadaniem ślepego o kolorach, bo tak naprawdę, nigdy na takim spotkaniu nie byłem. W naszej rodzinie, to Majka jest naszym „rzecznikiem prasowym” - ja jestem od „czarnej roboty”. Gdy Majka jedzie na spotkanie do PCPR-u, ja zostaję z dzieciakami, i prawdę mówiąc bardzo mi to pasuje. Przede wszystkim dlatego, że moja żona jest w swojej roli rewelacyjna. Dziewczyna ma zwyczajnie - dar. Pamiętam jak wiele lat temu (gdy jeszcze nie byliśmy pogotowiem rodzinnym), potrafiła prowadzić festyny (na przykład z okazji „Dni gminy”), albo brać udział w audycjach radiowych. Teraz wykorzystuje swoje umiejętności na spotkaniach, dotyczących oceny naszych dzieci zastępczych. Potrafi połączyć wiedzę i pewność siebie z pokorą – rzadka sztuka. Udaje jej się zdobyć przychylność każdej ze stron, biorących udział w spotkaniu. Dziwi mnie tylko, gdy mówi, że tak naprawdę to jest nieśmiała. Za to ja wcale nie jestem nieśmiały, jednak nie zamierzam wybierać się z Majką do PCPR-u, bo pewnie skończyłoby się to dla mnie na „posiedzeniu”. Jednak biorę na siebie pisemną prezentację dzieci. Tak jakoś wyszło, że pierwsze opinie, wydrukowałem na żółtych kartkach. Teraz stało się to pewnego rodzaju tradycją. Osobiście, bardzo mnie cieszy fakt, że nie jest to tylko „sztuka dla sztuki” i pewne informacje tam zawarte są wykorzystywane do bardziej merytorycznego opisu danego dziecka oraz cały tekst jest dostępny dla rodziców biologicznych (zdarzyło się nawet, że został dołączony do złożonego przez nich wniosku o urlopowanie, w sądzie). Chociaż chyba największą radość mi sprawia to, gdy widzę te żółte papiery w dokumentacji ośrodka adopcyjnego – bo to znaczy, że również rodzice adopcyjni mogą się zapoznać z czymś, co w jakiś sposób jest pamiętnikiem ich przyszłego dziecka.

Dla przykładu, zamieszczę jeden z czterech opisów, który przygotowałem na ostatnie spotkanie dotyczące oceny naszych dzieci zastępczych (dotyczący 6 – letniego Kapsla):

Ocena rozwoju dziecka na podstawie obserwacji opiekunów.

Kapsel jest w naszej rodzinie od trzech tygodni, więc tak naprawdę niewiele jeszcze możemy o nim powiedzieć. Jednak wydaje się, że fakt, iż jesteśmy jego trzecią rodziną zastępczą w stosunkowo krótkim czasie, raczej nie najlepiej wpływa na jego zachowanie, zwłaszcza dotyczące sfery emocjonalnej.
Chłopiec ma problem z moczeniem się. Wprawdzie nie chodzi o kałuże, ale tylko o popuszczanie, to jest to jednak sytuacja, którą powinniśmy jakoś rozwiązać, a przynajmniej wypracować pewną strategię postępowania. Sam fakt moczenia się nie jest niczym nadzwyczajnym w przypadku dzieci, które poczuły się odrzucone przez matkę (w skrajnych przypadkach może trwać nawet do 14-15 roku życia). Wydawałoby się, że najlepszą metodą jest stosowanie nagród, jednak gdy ta nagroda jest już w zasięgu ręki, i nagle emocje przerosną umysł, to jej odebranie staje się zwyczajną karą, a tego bardzo nie chcemy robić. W tej chwili wielki słój z cukierkami, które może dostać gdy nie „posika się” przez trzy dni z rzędu (która to zasada została przeniesiona z poprzedniej rodziny zastępczej), praktycznie go nie interesuje, ponieważ chłopiec wie, że jest on poza jego zasięgiem.
Skłaniamy się więc ku temu, aby traktować jego przypadłość jako coś, co ma prawo się zdarzyć, i chcielibyśmy, aby nie miał poczucia wstydu, ani świadomości tego, że sprawia nam tym przykrość.

Kapsel jest nieco poniżej normy rozwojowej, stąd między innymi orzeczenie o potrzebie kształcenia specjalnego. Trudno jednak aktualnie powiedzieć w jakiej mierze jest to skutek zaniedbań opiekuńczo-wychowawczych, a w jakiej jakiegoś rodzaju zaburzeń.

Wykaz umiejętności dziecka:

  • Jest prawie samowystarczalny w zakresie ubierania się, mycia, kąpieli, korzystania z toalety. Wprawdzie często myli lewy but z prawym, tył i przód bluzki, nie potrafi zawiązać sznurowadeł a nawet zapiąć guzików, to jednak jest to chyba przypadłość dotycząca dużej grupy sześciolatków. Sprawia wrażenie, jakby nie bardzo wiedział do czego służy szczoteczka do zębów, o czym zresztą świadczy stan jego uzębienia.
  • Nie potrafi jeszcze prawidłowo posługiwać się sztućcami (zwłaszcza nożem), ale stara się jak może i nawet gdy wystąpią trudności, nie posiłkuje się ręką.
  • Stara się być bardzo pomocny, ale nie bardzo „mierzy siły na zamiary”. Na razie uczymy się siebie. Jak do tej pory, najbezpieczniejszym zajęciem (chociaż dość obrzydliwym), jest zbieranie myszy z tarasu, które przyniesie kot. Na szczęście idzie jesień i taras będzie już ciągle zamknięty. Ale będziemy starali się wdrażać go do pewnych czynności, które będzie lubił i będą bezpieczne. Okazało się na przykład ostatnio, że potrafi sprawnie nakarmić kaszką Gacka (naszego podopiecznego). Natomiast pozwolenie mu na wycieranie naczyń, jest obciążone dużym ryzykiem.
  • Jest typowym sześciolatkiem, który nie potrafi usiedzieć na miejscu, dlatego staramy się zapewnić mu trochę ruchu. Został zapisany na trening judo dla przedszkolaków. Po pierwszym spotkaniu był bardzo podniecony i wyraził chęć dalszego uczestnictwa w zajęciach. Nie wiadomo jak to będzie, bo po pierwszym bieganiu ze mną po lesie, też był bardzo zadowolony, ale od tego czasu nie mogę go namówić, aby to powtórzyć. Prawdopodobnie sporo w tym mojej winy, bo gdy dobiegliśmy do paśnika, zapytałem czy wracamy krótszą, czy dłuższą drogą. Odpowiedział, że dłuższą, więc przebiegliśmy prawie 4 kilometry (ale dał radę). Niestety wówczas jeszcze nie wiedziałem, że nie rozróżnia pewnych pojęć.
  • Wprawdzie Kapsel jest strasznym gadułą, to jednak musimy brać pod uwagę to, że nie rozróżnia słów przeciwstawnych: dalej-bliżej, mniejszy-większy, dłuższy-krótszy itd. Nie odróżnia też sformułowań: z przodu – z tyłu. Niedawno odbierałem go z przedszkola. Zadał mi pytanie: czy mogę usiąść z tyłu? Oczywiście – odpowiedziałem. Patrzę, a on ładuje się na przednie siedzenie. Nie wie też która to jest strona lewa, a która prawa.
  • Ma też dziwne nawyki dotyczące słownictwa. Mówi, że chciałby być wyścigówką lub koparką, zamiast że chciałby mieć wyścigówkę lub koparkę.
  • Za to bardzo często używa zwrotów grzecznościowych: proszę, dziękuję, przepraszam. Zagaduje zupełnie sobie obce osoby i jest to bardzo kulturalne, a do tego logicznie uzasadnione. Jedynie musimy go nauczyć, że należy mówić „proszę pani”, a nie „pani”, oraz „słucham” zamiast „co”.
  • Rzadko miewa skrajne nastroje jak inne sześciolatki (od euforii do ataku złości), jednak bywają sytuacje, które bardziej byłyby naturalne dla 2-3 latka. Potrafi rzucić się na podłogę, krzyczeć, kopać, szarpać się.
  • Ma fobię na punkcie paznokci u nóg. Nie daje ich sobie obciąć (chociaż mojej żonie jakoś udało się go do tego namówić dwa razy), co powoduje, że jego stopy wyglądają fatalnie. Ma jednak tego świadomość, bo kiedyś wrócił z przedszkola z krzykiem: ciocia udało się ! Myśleliśmy, że chodzi o to, że się nie zmoczył, a on dalej: udało się … nie musiałem ściągać skarpetek.
  • Na dobrą sprawę nie potrafi nawet policzyć do pięciu, chociaż powinien już dodawać i odejmować w zakresie liczby 10.
  • Nie potrafi skupić się na jakiejś czynności dłużej niż na 2-3 minuty. Nie umie bawić się twórczo, układając klocki, puzzle, budując wieżę. Największą atrakcją jest oglądanie bajek w telewizji.
  • Mówią, że nie potrafi rysować, chociaż może zwyczajnie wzoruje się na klasykach. Niestety przypadł mu do gustu tylko jeden styl – abstrakcjonizm.
  • Nie rozróżnia kolorów. Zastanawiamy się, czy aby na pewno jest to kwestia pewnych opóźnień, ponieważ potrafi pogrupować figury np. okrągłe i kwadratowe. Natomiast, gdy pokazujemy mu żółty przedmiot oraz trzy inne, w kolorze żółtym, niebieskim i czerwonym, nie potrafi odpowiedzieć na pytanie, który z nich jest w takim samym kolorze – zwyczajnie zgaduje.
  • Nie zna ani jednego wierszyka, czy też piosenki.
  • Za to ma pewną wiedzę ogólną, którą pewnie sobie wypracował, aby nie zginąć w brutalnym świecie. Wie jak się nazywa i ile ma lat, ma dobrze rozpracowanego pilota od telewizora, a będąc w odwiedzinach u naszej byłej podopiecznej, która przebywa w domu opieki prowadzonym przez siostry zakonne, widząc zakonnicę – krzyknął: Ooo!!! Matka Boska.
  • Jest bardzo opiekuńczy w stosunku do młodszych dzieci, przebywających w naszym pogotowiu.
  • Trochę tylko wzbudza moją zazdrość, gdy patrzy Majce prosto w oczy i mówi: „chciałbym, abyś była tylko moja”.
Podsumowując, Kapsel jest pogodnym dzieckiem i nie przewidujemy z nim większych problemów wychowawczych. Społecznie jest naszym zdaniem całkiem dobrze rozwinięty. Ruchowo też niczego sobie. Natomiast możliwości nadrobienia zaległości w sferze emocjonalnej, percepcyjnej, poznawczej i językowej są ogromną niewiadomą … ale jednak jest to dla nas dużym wyzwaniem.


sobota, 17 września 2016

--- Słodziaki z piątej nad ranem.

Pod ostatnim postem, pojawił się komentarz (a w zasadzie pytanie) Uli, który skłonił mnie do głębszej refleksji. Jak to właściwie jest, że udaje nam się zapanować nad często sporą gromadką maluchów? I nie chodzi o zabawienie ich przez kilka godzin na placu zabaw, czy w pokoju z zabawkami, ale o bycie z nimi przez 24 godziny na dobę. Często nam się zdarza, że wzbudzamy podziw u osób, które nas odwiedzają, ponieważ ich dzieci albo zasypiają godzinami, albo jedzą przez pół dnia, albo są rozpieszczone do granic możliwości, albo wrzeszczą, biegają, nie dają się opanować … i każdy tylko czeka, aż wreszcie podrosną. W rodzinach zastępczych tego rodzaju co nasza jakoś udaje się to wszystko ogarniać, nie nadwyrężając swojego zdrowia psychicznego (w większości przypadków).
Co jest kluczem? Może pozwalamy dzieciom płakać przed snem (wychodząc z założenia, że w końcu się zmęczą)? A może jak nie chcą jeść, to im nie dajemy (stąd niektóre są takie cherlawe)?
Oczywiście, że nie.
Jeszcze zanim zostaliśmy pogotowiem rodzinnym, ale już mieliśmy do czynienia z innymi rodzinami zastępczymi o takim właśnie charakterze, też nurtowały mnie tego rodzaju pytania, chociaż sam nie wiem dlaczego, ale jakoś nie miałem odwagi ich zadać.

Gdybym teraz miał krótko odpowiedzieć na stawiane pytania, to określiłbym to jednym słowem – rytuały. Gdybym miał rozwinąć temat, to dorzuciłbym – bycie konsekwentnym.

Zacznę może od końca, czyli przygotowywania dzieci do snu nocnego. Tutaj najważniejsza jest kąpiel. Nie zdarzyło nam się, aby nasze dzieci zastępcze nie były wykąpane, mimo że codzienna toaleta całego ciała wcale nie jest konieczna i przy naszych córkach biologicznych nie przestrzegaliśmy tego tak rygorystycznie. Jednak dzieci (nawet niemowlaki) w jakiś sposób kojarzą sobie kąpanie ze spaniem. Nie potrafię sobie tego wytłumaczyć, ale zdarza się, że któremuś z naszych dzieci nieco przeciągnie się drzemka południowa. Nie dość, że śpi ono wówczas dłużej niż zazwyczaj, to po przebudzeniu, do kąpieli pozostaje mu zaledwie godzina (a nie jak zwykle trzy lub cztery). Okazuje się, że niczego to nie zmienia. Nie dość, że zasypia tak jak zawsze, to sen nocny niczym nie odbiega od przeciętnego. Mieliśmy też kiedyś niewidomą dziewczynkę. Obawialiśmy się, że mogą nas w tym przypadku napotkać problemy – przecież dziecko nie wiedziało kiedy jest noc. A jednak w ciągu dnia (nawet gdy spała w absolutnej ciszy) budziła się po 2-3 godzinach. W nocy przesypiała do rana. Być może trochę demonizuję kąpiel i zupełnie inne prawa rządzą naturą dziecka, jednak jest ona dla nas najważniejszym punktem dnia – po prostu wiemy, że po dwudziestej mamy już czas dla siebie a ewentualne niespodzianki ze strony dzieci są sporadyczne.

Sama kąpiel też jest elementem tak ciekawym, że być może można by na ten temat napisać pracę naukową. Dzieci bardzo lubią wodę, lubią się w niej pluskać i ewentualne niezadowolenie przejawiają w momencie wycierania i ubierania w piżamki. Ciekawe jest jednak to, że zdarzają się przypadki, gdy nowe dziecko przez kilka dni wzbrania się przed kąpielą, a jeżeli już wejdzie do wody, to za żadne skarby nie pozwoli położyć się na plecach. A jeszcze ciekawsze jest to, że słyszeliśmy opinie od rodziców, którzy adoptowali lub wzięli w opiekę zastępczą dziecko z naszej rodziny, że najgorszą rzeczą dla tego dziecka jest kąpanie. Czy zmieniło ono upodobania? Czy ja kąpię w jakiś specyficzny sposób? Nie sądzę – raczej jest to kojarzenie pewnych faktów występujących „przed” lub „po”. Ale jakich? A może właśnie przyczyna tkwi w nieuchronności kąpieli. W końcu, „jak się nie ma co się lubi, to się lubi, co się ma”.

Kolejną sprawą jest południowe spanie. Nie dotyczy to dzieci przedszkolnych i szkolnych, bo te (jak sama nazwa wskazuje) w tym czasie są poza domem. Maluchy zwyczajnie zaczynają czuć znużenie i czasami większym problemem jest „przetrzymanie” przez jakiś czas dziecka, które ziewa, trze oczy, i nawet jak się uśmiecha, to chyba tylko dlatego, aby sprawić nam przyjemność.
Jednak południowe spanie jest czasem, w którym można zrobić coś konkretnego – obiad, posprzątać pokój dzienny, a nawet wykonać jakieś mniej lub bardziej konieczne „telefony”. Dlatego ważne jest, aby dzieci chodziły spać o tej samej godzinie. Wbrew pozorom jest to bardzo łatwo osiągnąć. Może to takie małe przedszkole, ale myślę, że nie wpływa to w żaden sposób na rozwój emocjonalny dziecka. 

Poranek … też jest ciekawym tematem, biorąc pod uwagę zachowania dzieci. Przede wszystkim, zaczyna się on różnie – niestety tutaj nie ma reguły. Bywa, że dzieci budzą się o piątej, ale potrafią też pospać do siódmej. Ciekawe jest to, że nawet śpiąc w jednym pokoju, wzajemnie sobie nie przeszkadzają … w większości. Są bowiem wyjątki - niektóre dzieci są tak hałaśliwe, że mogą spać tylko w pokoju z Majką, która nie wiem jakim cudem, potrafi jednocześnie spać jak też kontrolować sen dziecka. Takim przypadkiem była opisywana jakiś czas temu Iskierka, która w pewnym momencie awansowała (jako starszak) i została umieszczona w pokoju na piętrze, którym w ciągu nocy to ja zarządzam. Niestety Iskierka miała taką przypadłość, że bez żadnego ostrzeżenia wydawała z siebie przeraźliwy krzyk. Można się było do tego przyzwyczaić w ciągu dnia, jednak w nocy stawiała na nogi wszystkich śpiących w naszym pokoju (zwłaszcza mnie). Po trzech dniach zamieniłem ją na dużo młodszego Chapicka, który do tej pory spędzał noce razem z Majką.
Ostatnimi czasy, śladami Iskierki zaczyna iść przebywająca aktualnie u nas Smerfetka. Wydaje dźwięk równie wysoki co niespodziewany – niestety bywa, że w środku nocy. Powoli zastanawiam się nad jej podmianką na Białaska, który aktualnie spędza noce w pokoju Majki, a być może bardziej nadawałby się do męskiego pokoju, w którym spałby z Gackiem i ze mną.
Jednak nie o tym chciałem napisać w tym temacie...
Ciekawą rzeczą jest to, że dzieci po przebudzeniu (nawet jeżeli jest to o piątej rano) dostają mleko i przynajmniej przez dwie godziny potrafią zajmować się same sobą. Czasami jeszcze się „kimną”, co dodatkowo wydłuża czas do ostatecznego wyjścia z pieleszy. Dostają zabawki do łóżka i to im wystarcza. Widząc „kumpla” w łóżeczku po przeciwnej stronie pokoju, potrafią prowadzić z nim dyskusje, śmiać się, podskakiwać – są to niezwykłe zachowania, co ja wykorzystuję na dosypianie.
Bywa, że jednak zaczynają się denerwować – krótko mówiąc – wrzeszczeć. Wówczas puszczam ich luźno po pokoju, który tak naprawdę jest jednym wielkim łóżeczkiem z mnóstwem zabawek. Nie wiem dlaczego, ale najlepszą z nich jestem dla nich – ja. Chodzą po mnie, zaglądają do oka, ucha, nosa. Nawet się nie kłócą, tak jak wciągu dnia, o to kto pierwszy wejdzie mi na głowę lub poskacze po brzuchu. Pecha mają tylko wtedy, gdy muszę pojechać do klienta i rano spoglądając na moje łóżko, mnie tam nie widzą. Okazuje się jednak, że wcale przez to nie płaczą. Wychodzą chyba z założenia, że skoro mnie nie ma, to nie ma sensu się wydzierać i przez jakiś czas zadowalają się zabawkami, które przed wyjściem im podrzucam.
Z kolei Majka nieco inaczej wychowuje „swoje dzieci”. Łóżeczka ma tuż przy swoim łóżku i wychodzi z założenia, że najlepszą zabawką jest jej ręka, która poda smoczek, pogłaszcze po policzku, przytrzyma za rączkę. Wkłada więc nad ranem (gdy dziecko zaczyna się budzić) swoją rękę przez szczebelki i też tym sposobem opóźnia rozpoczęcie dnia. Na szczęście rzadko ogarnia w nocy więcej niż jednego malucha, bo rozpiętość łóżka jest zdecydowanie większa, niż rozpiętość jej rąk.

Zostało mi jeszcze opisanie tego, co dzieje się w nocy. Tutaj niestety jest bardzo różnie i kładąc się spać, nigdy nie można być niczego pewnym. Bywa, że pierwsza pobudka jest o siódmej, a nawet ósmej, ale zdarzają się sytuacje, gdy dziecko ma ochotę na zabawę o trzeciej lub czwartej. Mam wrażenie, że pewien wpływ ma na to pogoda. Gdy pada deszcz, to mimo że krople bardzo głośno odbijają się o okna dachowe, dzieci smacznie śpią. Natomiast gdy jest piękne, rozgwieżdżone niebo, to jakoś częściej się budzą – takie małe wilkołaki.
Z kolei niemowlaki (takie maksymalnie do pół roku), które na szczęście ogarnia Majka, budzą się w miarę regularnie co 3-4 godziny, dostają mleko i zasypiają dalej. Najbardziej nieprzewidywalne są noworodki (ale tych nie ma zbyt dużo). Zdarzały się więc sytuacje, że miewałem kursy tańca w samym środku nocy.
Patrząc z mojej perspektywy, właśnie noce są najbardziej uciążliwe. Z kolei dla Majki jest to czas tuż przed kąpielą (zwłaszcza, że ewentualne przedszkolaki i szkolniaki też potrafią dać się we znaki).

Jeżeli chodzi o jedzenie, to nie zdarzyło nam się dziecko, które nie chciało nic jeść. Bywają niejadki, jednak zawsze jest coś, co lubią. Wprawdzie w naszym domu praktycznie nie istnieją słodycze, to jednak równie wielkim przysmakiem okazują się różnego rodzaju deserki, jogurty i przede wszystkim owoce. Nie trafiło nam się jeszcze dziecko, które nie lubiłoby żadnego owocu. Nawet jeżeli któreś nie do końca ma ochotę na śniadanie, to wielokrotnie „dopchnie” się winogronami, borówkami, malinami. Nie pamiętam dziecka, które nie lubiłoby bananów, a do tego szlagierem okazuje się kiwi, które mimo nieco kwaśnego smaku, jest jednym z najbardziej uwielbianych owoców. W każdym razie, gdy czasami policzymy wszystko, co dziecko zjadło w ciągu dnia, to stwierdzamy, że z pewnością nie może być głodne. Inną sprawą są pewnego rodzaju nawyki. Stały dostęp do owoców sprawia, że dziecko może mieć poczucie, że życie polega na ciągłym jedzeniu. Pewnie dietetyk mógłby mieć do nas zastrzeżenia. W każdym razie, tak wyglądało życie naszej rodziny od zawsze, a żadna z naszych córek nie może narzekać na nadwagę.

Chciałbym się jeszcze odnieść do pytania Uli, czy traktujemy nasze dzieci zastępcze jakoś inaczej, niż traktowaliśmy nasze córki biologiczne, biorąc pod uwagę ich przeżycia z przeszłości?
Myślę, że Majka – nie, a ja … na pewno nie. Przede wszystkim mylą mi się wszystkie ich historie, które tak naprawdę są bardzo podobne. Jedynie, gdy w przypadku jednego z dzieci istniało podejrzenie molestowania seksualnego, byliśmy początkowo bardzo ostrożni, ale też okazało się, że nie ma powodów, aby traktować je w jakiś szczególny sposób.
Staram się tylko „kodować” sobie wszelkie zakazy – kto czego nie może jeść, albo jaką część ciała trzeba oszczędzać w zabawach ruchowych ...chociaż i tak nie raz zdarzyło mi się, że odkładając dziecko na matę, zwyczajnie je sadzałem – i dziwiłem się, że się przewraca, a przecież nawet nie potrafiło pełzać.

Jednak ogólnie bardzo pozytywnie oceniam naszą decyzję o pozostaniu pogotowiem rodzinnym. Jak do tej pory, jest lepiej, niż się tego spodziewałem.
W końcu, ja jestem wiecznie młodym tatą, Majka spełnia swoją życiową pasję. Bardziej martwi nas to, jak długo wytrzymamy kondycyjnie … ale póki co, siłownię mamy za darmo.

Przeczytałem przed chwilą to co sam napisałem i stwierdziłem, że może to być odebrane jako sielaneczka – żyć nie umierać. Aby nieco złamać ten barwny świat odcieniami szarości, opiszę jeszcze dzisiejszą sytuację. Od niecałych trzech tygodni opiekujemy się sześcioletnim Kapslem. Chłopiec jest bardzo sympatyczny i pomijając to, że trzeba do niego powiedzieć kilka razy, zanim wykona polecenie, to muszę stwierdzić, że jest posłuszny. Dzisiaj okazało się, że jest również nieprzewidywalny. Majka wyjechała na cały dzień na zawody nordic walking, więc chcąc nie chcąc przypadła mi opieka nad całą aktualnie mieszkającą z nami czwórką. Abym jednak nie popadł w depresję, Maja już tydzień temu załatwiła Kapslowi kilkugodzinne spotkanie z rodziną zastępczą, w której przebywał jakiś czas temu. Wracamy dzisiaj ze spaceru, a on siada na schodach przed domem i mówi, że poczeka na ciocię i wujka. Nie pomagały argumenty, że musi się umyć, przebrać, a przede wszystkim zrobić „siku” (bo ma z tym trochę problem). Wychodziłem do niego trzy razy w odstępach pięciominutowych, bo mieliśmy jeszcze trochę czasu, a on „nie i nie”. Pomyślałem, bunt trzylatka. Stwierdziłem jednak, że „kto mieczem wojuje, od miecza zginąć może”. Skoro stosuje taktykę trzylatka, to w taki sposób go potraktuję. Wziąłem go za rękę i się zaczęło... Chyba za bardzo wczuł się w swoją rolę, bo rzucił się na ziemię, zaczął kopać, krzyczeć. Gdy zwyczajnie wziąłem go „pod pachę”, aby wnieść do domu, wyrywał się niemiłosiernie. Na szczęście ja sobie dałem z nim radę bez większych problemów, jednak jeśli wywinie taki numer Majce, gdzieś z dala od domu i w obecności pozostałej trójki maluchów – to już nie będzie tak wesoło. Najciekawsze jest to, że po kilkunastu minutach płaczu i leżenia na podłodze, nagle wstał, poszedł do toalety, przebrał się w wyjściowe rzeczy i zachowywał się tak jakby cała ta sytuacja nie miała miejsca.
No, ale to są tylko takie osobliwości w tym naszym ciągłym „dniu świstaka”.



niedziela, 11 września 2016

--- Powrót do normalności.

Powrót do normalności trochę trwał. Wprawdzie Białasek (po prawie dwóch tygodniach) jeszcze nie do końca wszedł na stare tory, to myślę, że mimo wszystko mogę powiedzieć, że jest już tak jak dawniej. Przez miesiąc nasze dzieci zastępcze przebywały w nieco innej normalności (w innej rodzinie zastępczej), która pewnie pod pewnymi względami była nieco lepsza, pod innymi, nieco gorsza – krótko mówiąc było inaczej, do czego dzieci potrafiły się bardzo szybko przyzwyczaić.
Taka umiejętność przystosowania się do nowych warunków jest ogromną zaletą dla młodego organizmu, a mi (jako ojcu zastępczemu) daje argument w rozmowach z rodzicami adopcyjnymi, do których trafiają nasze dzieci. Wielu osobom wydaje się, że przejście z jednej rodziny do drugiej jest dla dziecka traumatycznym przeżyciem. Też jeszcze kilka lat temu myślałem podobnie. Przypuszczam, że po części wiele zależy od wieku dziecku, a po części od tego, w jakim stopniu zaznajomiło się ono wcześniej z nową rodziną. Jeżeli chodzi o pierwszą kwestię, to coraz bardziej przesuwam granicę wieku. Dawniej uważałem, że bezbolesne (w sensie emocjonalnym) są rozstania dla niemowlaków, później poszerzyłem zakres wieku do kilkunastu miesięcy. Aktualnie odnoszę wrażenie, że również dzieci kilkuletnie potrafią godzić się z rozstaniami, bez większego uszczerbku na swoim zdrowiu psychicznym.
Wydaje mi się, że z punktu widzenia dziecka, mniejsze znaczenia ma to, od kogo ono odchodzi, a większe to, kto będzie jego kolejną rodziną. Dlatego staramy się kłaść ogromny nacisk na to, aby dziecko bardzo dobrze poznało nowych rodziców (również dotyczy to rodzin, do których idą nasze dzieci na czas naszego urlopu – przecież maluchom trudno byłoby wytłumaczyć, że za miesiąc znowu do nas wrócą). Ważne dla dziecka jest też to, że czuje ono akceptację „nowych” rodziców przez „starych” rodziców, a przede wszystkim, że wszystko wydaje się być procesem zupełnie normalnym, czymś co było celem, dążeniem, potrzebą – zarówno dziecka, jak i jego dotychczasowych rodziców.
Nie jestem fanem Słowackiego (zdecydowanie bardziej wolę Mickiewicza), jednak kilka jego sformułowań (dzisiaj można by użyć określenia – memów) zapadło mi w pamięci. „Aby język giętki powiedział wszystko, co pomyśli głowa” - cytat, który dzisiaj strasznie ciśnie mi się na usta. Chciałbym powiedzieć (chociaż wychodzi mi to nieudolnie) przyszłym rodzicom adopcyjnym, aby się nie martwili o rozstania dzieci z dotychczasową rodziną zastępczą. W zdecydowanej większości przypadków, nie są to traumatyczne przeżycia. Wystarczy tylko rozłożyć cały proces w czasie (co tak, czy inaczej wymuszają procedury sądowe). Nie chciałbym wyciągać daleko idących wniosków, ale istnieje duże prawdopodobieństwo, że przyczyną trudnych rozstań (o których czasami się mówi) są rodzice, a nie dzieci.

Wrócę może do tematu, bo przez swoje dygresje, zaczynam się upodabniać do Majki.
Dzieci, od których wzięliśmy urlop (mimo wszystko, to sformułowanie ciągle mnie dręczy), miały 8, 12 i 16 miesięcy. Akurat tym razem udało się, że cała trójka poszła na wakacje do jednej rodziny, co z pewnością było ogromnym plusem. Wprawdzie ekwipunek naszej ferajny nie wymagał wynajęcia szerpów i osiołków, jednak trzeba było podjechać po towarzystwo dwoma samochodami, bo do jednego, z biedą zmieściłyby się bagaże. Jechaliśmy z dwóch różnych miejsc i tak jakoś wyszło, że pierwsza zajechała Majka. Nie było przywitania (ze strony dzieci) z otwartymi ramionami, co wcale nas nie zdziwiło, bo już nie raz mieliśmy do czynienia z taką sytuacją. Pierwszy podszedł Gacek (średni), później najstarsza Smerfetka, najdłużej trzymał dystans najmłodszy Białasek. Czy taka kolejność o czymś świadczy? Moim zdaniem,  zupełnie o niczym. Ja dojechałem po 20 minutach. Przypominanie sobie mojej osoby, zajęło dzieciom nieco mniej czasu, co zapewne też nie jest pretekstem do wysnucia jakiejkolwiek hipotezy. Jeżeli miałbym na tej podstawie wyciągnąć jakiś wniosek, to stwierdziłbym, że umiejętność zapominania, jest czymś fantastycznym, czymś bez czego trudno byłoby żyć.
Powrót do domu też był spektakularnym wydarzeniem. Dzieci chodziły z kąta w kąt, i było widać, że przypominają sobie „coś” - może miejsce, może jakieś zdarzenie? Cieszyliśmy się tylko, że widzimy radość w ich oczach.
Pierwsza noc była fantastyczna. Widocznie emocje poprzedniego dnia były tak wielkie, że cała trójka spała do dziewiątej. Niestety wkrótce się okazało, że dzieci uwielbiają noszenie na rękach. Na dobrą sprawę, możemy być tylko wdzięczni rodzinie, w której przebywały nasze dzieci, bo jest to dowód na to, że z pewnością nie były one zaniedbywane. W przeciwieństwie do naszej rodziny, ta wakacyjna była ... bardzo rozbudowana. Trudno mi znaleźć odpowiednie słowo, w każdym razie nasze dzieci miały mnóstwo cioć i wujków, co powodowało, że nie miały one większych problemów ze znalezieniem pocieszenia w objęciach któregoś z nich. Niestety Białasek poszedł tak daleko w swoim uwielbieniu trzymania go na ręce, że (po powrocie) grzeczny był tylko wówczas, gdy ktoś z nim chodził po pokoju. Nie wystarczyło nawet posadzenie go na kolanach, bujanie w leżaczku, na koniku, nie mówiąc już o wspólnej zabawie na dywanie.
Dzisiaj, po prawie dwóch tygodniach, wszystko wróciło do normy. To co opisałem, jest przykładem, jak łatwo dziecko potrafi się przyzwyczaić do pewnych nawyków (zwłaszcza czegoś, co jest dla niego niezwykle atrakcyjne), oraz jak trudno jest to w przyszłości zwalczyć (a może całkiem łatwo – ostatecznie minęły tylko dwa tygodnie).
Pewnie, że ktoś mógłby powiedzieć: co złego jest w noszeniu dziecka na rękach? W zasadzie nic…, przecież my również nosimy nasze dzieci. Staramy się jednak, aby równie atrakcyjne były dla dziecka inne formy zabawy, także „sam na sam” z zabawkami (bez osób trzecich). Wielokrotnie spotkaliśmy się z opiniami rodziców adopcyjnych albo zastępczych, do których trafiają nasze dzieci, że są one bardzo grzeczne – ułożone, nie robią scen, nie strzelają „fochów” na ulicy, nie biją, nie krzyczą, niczego nie wymuszają.
Czasami się zastanawiam, czy nie wyrządzamy im w ten sposób jakiejś krzywdy. Może dziecko potrzebuje być rozpieszczone, może rzucenie się na podłogę, gdy nie dostanie batonika – ma jakiś pozytywny wpływ na rozwój jego osobowości?
Cały czas się uczymy, chociaż ciągle wychodzimy z założenia, że radość wynikająca ze spędzenia wspólnego czasu z rodzicem na dywanie (bawiąc się zabawkami, a nawet bez nich), jest czymś lepszym niż na przykład radość wynikająca z biernego noszenia na rękach.
Dziwny jest ten świat” - świat dzieci (który nadal odkrywam), bo świat dorosłych jakoś udało mi się już ogarnąć.



niedziela, 28 sierpnia 2016

--- Urlop cz. 3

Wszystko co dobre, kiedyś się kończy (na szczęście to co niedobre – też)
Dzisiaj odebraliśmy nasze dzieci zastępcze, które przez cały sierpień przebywały w rodzinie, która (jak się właśnie dowiedzieliśmy) wkrótce zostanie zawodową rodziną zastępczą. Jednak będzie się opiekować dziećmi starszymi niż nasze maluchy.
Odbiór dzieci po urlopie, jest dla mnie zawsze trochę tremujący. Zastanawiam się, jak zareagują, czy w ogóle nas poznają? Jak będą wyglądały pierwsze dni po powrocie?
Dzisiaj nie było źle, teraz smacznie śpią i wszystko wskazuje na to, że potraktowały ten okres jak wyjazd na kolonię (zwłaszcza, że miały dużo atrakcji i z pewnością były dopieszczane – od jutra okaże się jak bardzo). W przyszłym tygodniu postaram się opisać jak wyglądał powrót do codzienności.
Póki co, chciałbym jeszcze trochę powspominać. „Wspomnienia to do siebie mają, że zawsze chcesz czy nie chcesz, wracają” - jeszcze miesiąc temu tak śpiewałem przy ognisku. Dzisiaj mogę tylko przejrzeć kilka zdjęć i cieszyć się tym, co mnie spotkało. Na dobrą sprawę, nie było to nic wielkiego, nie zwiedzałem wielkiego świata, nie podziwiałem cudów architektury, nie zapoznawałem się z obcą kulturą. Jednak nie to jest mi potrzebne. Pewnie Majka miałaby ochotę na wakacje życia (bo coś ostatnio zaczyna przebąkiwać), gdzieś z dala od naszego kraju. Prawdopodobnie kiedyś do czegoś takiego dojdzie. Póki co, bardzo się cieszę, że decyduje się spędzać urlop w ciszy i spokoju, bo myślę, że po wakacjach życia, to ja będę potrzebował urlopu, aby po nich odpocząć – taki już jestem.

Widok ze szlaku na Śnieżnik

Majka spogląda na Czarną Górę - nasz kolejny cel.
W tym roku zdecydowaliśmy się wyjechać do Kotliny Kłodzkiej. Kiedyś wydawało mi się, że góry zaczynają się od Tatr. Jednak od wielu lat, dostrzegam też piękno innych miejsc.


Niestety zaczynam też zauważać, że razem z Majką popadamy w rutynę, która potrafi się niemiłosiernie mścić. 

Pierwszego dnia pobytu w górach, postanowiliśmy pójść na „lajcikową” wyprawę na Śnieżnik, aby sprawdzić naszą formę i zwyczajnie oswoić się z klimatem górskim. Trasę chcieliśmy pokonać w 4-5 godzin (wliczając w to pierogi i czeskie piwo „Opat” w schronisku pod Śnieżnikiem). Szlaki, którymi chcieliśmy pójść, były nam doskonale znane. Jednak schodząc, zdecydowaliśmy się na drogę rowerową, których jest wiele i oznakowane są w identyczny sposób.
Czarna Góra - czyż nie warto tu przyjechać.
Ciągle powtarzaliśmy naszym dzieciom (gdy wspólnie chodziliśmy po górach), aby zawsze sprawdzać swoją pozycję z mapą, że góry to nie spacer po parku i trzeba mieć w stosunku do nich, dużo pokory. 






To miał być skrót, jednak zawróciliśmy na szlak.
Niestety tym razem to my się nie popisaliśmy. Gdy już zorientowaliśmy się, że idziemy niewłaściwą drogą, próbowaliśmy znaleźć jakiś skrót, co spowodowało kolejne wydłużenie naszej trasy. 


Jeden ze szlaków, na którym nie było "żywego ducha".

A wszystko przepasane, jakby wstęgą, miedzą ...



Tak więc wyszło na to, że była to najdłuższa droga jaką przeszliśmy w czasie tego pobytu w górach – prawie 9 godzin. Ale daliśmy radę, co było pewną pociechą przy tej naszej niefrasobliwości. W kolejnych dniach byliśmy już bardziej uważni. Chodziliśmy szlakami, które nie tylko były urokliwe, ale też czasami mieliśmy wrażenie, że są dziewicze. Bywało, że przez ponad godzinę nie spotkaliśmy żadnego turysty.





Bywało, że nagle wchodziliśmy w trawę „po pas”.
Oj, było fajnie.





Nie mogę się zdecydować - ratować, czy pozwolić popadać w ruinę?
Może kiedyś uda nam się wyjechać w góry z dziećmi, które będziemy mieli pod opieką. Może kiedyś będziemy mieć dzieci chodzące, uwielbiam zarażać górami (a Majka jest jeszcze bardziej zaraźliwa).








Po powrocie zabraliśmy się za porządkowanie pokoju dla Kapsla (sześciolatka, który za kilka dni zagości w naszej rodzinie). To było coś strasznego. Nie przypuszczałem, że w ciągu kilkunastu miesięcy, można nazbierać tyle potrzebnych-niepotrzebnych rzeczy.
Pamiętam, że 25 lat temu mieszkaliśmy z małą Kaśką na 9 m2 i jakoś się mieściliśmy. Teraz mamy prawie 200 m2 i ciągle brakuje miejsca. Jak to jest możliwe?



poniedziałek, 15 sierpnia 2016

--- Urlop cz 2

Cały czas cieszymy się urlopem. W sumie to głównie Majka, bo ja po powrocie znad morza musiałem trochę nadgonić w pracy, zwłaszcza że za chwilę wyjeżdżamy w góry i znowu będę miał tygodniową przerwę – mi to pasuje, ale moim klientom niekoniecznie.
Ale cieszę się, że Majka odpocznie, bo następny czas dla siebie będzie miała za rok (jak dobrze pójdzie). W tym roku zaplanowała sobie każdy dzień wakacji. Doszło nawet do tego, że gdy jej siostra zaproponowała wypad na grzyby, to … Majka nie miała już wolnego terminu.
Nie wiem jak ona to robi, ale dziewczyna jest po prostu bardzo zorganizowana. Nawet planuje już przyszłe wakacje. Proponowała mi wyjazd w Alpy, a nawet zdobycie Wezuwiusza, czy Kilimandżaro (zanim całkowicie stopi się tam śnieg). Prawdę mówiąc, bardzo się cieszę, że bierze takie przedsięwzięcia na siebie (ja w tym czasie mogę zająć się czymś innym). Zaoponuję dopiero wówczas, gdy zaproponuje mi zwiedzanie Luwru.

Ale wracając do wakacji tegorocznych, udało nam się również odwiedzić naszych byłych podopiecznych. Spotkaliśmy się z Irokezem i Luzakiem, przed nami wizyta w Gumicku (czyli odwiedziny Iskierki). Przez kilka dni gościliśmy również Królewnę. Często się zastanawiam, czy te dzieci (widząc nas) mają jakieś skojarzenia, czy też zwyczajnie jesteśmy dla nich ciocią i wujkiem, których widują co jakiś czas. Pewnie najwięcej zależy od tego, w jakim wieku odeszły z naszej rodziny. Ale tak naprawdę, najbardziej cieszy nas, gdy słyszymy, że mają prawidłowe zachowania społeczne, że nie mają problemów natury emocjonalnej, że są typowymi urwisami w swojej kategorii wiekowej.

Tak więc Majka wykorzystuje swój wolny czas po swojemu (poza wspólnymi wyjazdami, odwiedza koleżanki, wypuszcza się „na miasto”, niedługo jedzie na obóz sportowy), a ja po swojemu.
Wakacje są okresem, w którym próbuję nadrobić zaległości w czytaniu książek. Niestety nie potrafię czytać, przynajmniej nie tak jak Majka. Ona czyta przez cały rok. Jedną ręką karmi dziecko, a drugą przewraca strony. Nawet mam wrażenie, że potrafi czytać, jednocześnie rozmawiając przez telefon. Wykorzystuje każdą wolną chwilę, nawet jeżeli przeczyta tylko kilka stron. Niestety ja jestem nieco innym charakterem. Jak już zacznę czytać, to muszę skończyć i w międzyczasie nie potrafię zrobić niczego innego. Dlatego czytam tylko na wakacjach.

Urlop, to dla mnie również okres, gdy mogę trochę poszaleć w internecie. Czytam wówczas głównie artykuły nieco bardziej … filozoficzne. Zboczenie zawodowe (Majki), spowodowało, że wychwytuję również teksty związane z rodzicielstwem zastępczym i adopcyjnym, a gdy do tego dochodzi element doświadczeń i stawianie hipotez, to z pewnością czegoś takiego nie pomijam.
Natknąłem się ostatnio na „Eksperyment Calhouna”. Jest to opracowanie z 1968 roku, jednak w tym przypadku ma to istotne znaczenie. W pewnym sensie dotyczy sytuacji, które dzieją się na naszych oczach (prawie pół wieku później). Być może jestem trochę przewrażliwiony, ale w ostatnich latach doświadczam w swoim otoczeniu dużo więcej problemów związanych zarówno z płodnością, jak też z chęcią posiadania potomstwa. A tego właśnie dotyczy to doświadczenie.
Eksperyment został przeprowadzony (jak to bywa najczęściej) na myszach. Prawdę mówiąc, obiekt doświadczeń bardzo do mnie przemawia, ponieważ kilkanaście lat temu, osobiście miałem okazję poznać zachowania społeczne tych gryzoni. Moja pracownia przylegała do garażu, co powodowało, że jesienią pomieszkiwała tam całkiem spora rodzina (przez bramę garażową myszy przedostawały się bez problemu, natomiast części mieszkalnej pilnował kot, więc było to w miarę bezpieczne). Ogólnie bardzo lubię zwierzęta, więc ich obecność nie stanowiła dla mnie większego problemu. Miałem okazję poznać ich zachowania i jestem skłonny zgodzić się z naukowcami, przeprowadzającymi doświadczenia z ich udziałem, że można je odnieść do … człowieka.
Trochę żałuję, że moje eksperymenty z myszkami zakończyły się w miarę szybko. Byłem w stanie zaakceptować to, że wyjadały fusy kawy (którą właśnie wypiłem), że właziły mi na klawiaturę (co mnie trochę rozpraszało), że musiałem sprzątać ich kupy, a nawet dawać im jeść (aby nie zżarły mi firmowych dokumentów). Niestety przegięły, gdy zaczęły wkręcać się w drukarkę … dalej nie będę opisywał.
Wrócę więc do eksperymentu Calhouna. Cztery pary myszy zostały umieszczone w idealnym środowisku, w którym jedzenia i picia było pod dostatkiem, nie było naturalnych wrogów, i zadbano aby nie dręczyły zwierzaki żadne choroby i pasożyty.
Początkowo nastąpił gwałtowny wzrost populacji – wszyscy byli szczęśliwi. Jednak stopniowo zaczął postępować podział osobników męskich na dominujące i uległe. Ilość dzieci zależała od pozycji społecznej rodziców. Z biegiem czasu zaczęło pojawiać się coraz więcej osobników nieradzących sobie w sensie społecznym. Samce zatracały umiejętność ochrony swojego terytorium, z kolei te dominujące zaczęły ze sobą walczyć. Zaczęły pojawiać się zachowania homoseksualne – niektóre osobniki męskie zaczęły przyjmować rolę żeńską. Samice stawały się coraz bardziej agresywne, zaczęły pełnić funkcję obrońcy gniazda. Wśród samców zaczęli pojawiać się „pięknisie”, których nie interesowało nic, poza jedzeniem, spaniem i dbaniem o swoje futerko. U samic zaczął pojawiać się mechanizm naturalnej antykoncepcji – płody były wchłaniane przez organizm. Dzieci, które się rodziły, były odrzucane przez matkę, zanim wykształciły się u nich prawidłowe zachowania emocjonalne i społeczne. Samice coraz rzadziej zachodziły w ciążę, a ich młode coraz częściej nie przeżywały. Po czterech latach od rozpoczęcia doświadczenia, umarła ostatnia mysz.

Mam wrażenie, że coraz bardziej zaczynamy naśladować myszy.

piątek, 5 sierpnia 2016

--- Urlop cz.1

Kilka dni temu rozpoczęliśmy urlop. Dokładniej mówiąc, to Majka go rozpoczęła, ponieważ ja z punktu widzenia PCPR-u, mam bardzo dziwny status (biorąc pod uwagę osobę współprowadzącą pogotowie rodzinne). W zasadzie jestem stroną w umowie określającej naszą działalność. Mam pewne obowiązki (poza wspomaganiem Majki w opiece nad dziećmi, muszę mieć na przykład jakieś stałe zatrudnienie, a przynajmniej dochody), oraz prawa (głównie w zakresie reprezentowania przebywających u nas dzieci – między innymi mam prawo odebrać dziecko ze szpitala a nawet wyjechać z nim na samodzielne wakacje). Jednak gdybym miał się jakoś określić, to powiedziałbym, że jestem wolontariuszem z szerokim wachlarzem uprawnień. Tak więc mój urlop muszę organizować we własnym zakresie i tak go dopasować, abym mógł wyjechać na wakacje razem z Majką.

Prawo do urlopu przysługuje dopiero od kilku lat. Dotyczy ono tylko zawodowych rodzin zastępczych, a więc pogotowi rodzinnych, rodzinnych domów dziecka i typowych zawodowych rodzin zastępczych (potocznie zwanych długoterminowymi). Przez długi czas było mi bardzo trudno zaakceptować możliwość wzięcia urlopu, ponieważ wydawało mi się, że w pewien sposób biorę urlop od własnych dzieci (bo w takich kategoriach traktujemy nasze dzieci zastępcze).
Wydawało mi się, że jest to pewnego rodzaju sprzeczne z celem, do którego zmierzamy. Mamy zaopiekować się dziećmi, wzbudzić w nich poczucie bezpieczeństwa, nauczyć nawiązywania więzi. Ogromną rolę przywiązuje się do przekazania dziecka nowej rodzinie (na przykład adopcyjnej), tak aby nie poczuło się ponownie odrzucone, nie miało poczucia straty. I tu nagle ktoś (czyli ustawodawca) wymyślił coś takiego jak urlop? Okazuje się, że mimo wszystko, nie taki diabeł straszny jak go malują. Dzieci przebywające w rodzinach zastępczych są przyzwyczajone do tego, że mają kontakt z rozmaitymi osobami. Choćby to, że mają podwójnych rodziców (nas i swoich biologicznych), podwójnych dziadków, a nawet podwójne rodzeństwo, powoduje że są one bardzo otwarte w stosunku do innych osób. Zwłaszcza fakt, że muszą dzielić się naszą miłością z innymi dziećmi przebywającymi w naszym pogotowiu, sprawia że każde zainteresowanie nimi przez innych, odbierają bardzo pozytywnie. Oczywiście taka sytuacja ma również swoją ciemną stronę (dlatego staramy się, aby dzieci jak najszybciej znalazły nową rodzinę), jednak w przypadku naszego urlopu jest ogromnym plusem. Problemem jest więc tylko zaznajomienie naszych dzieci z ich rodzicami urlopowymi dużo wcześniej. Nie może być mowy o tym, że nagle zawozimy je do jakiejś rodziny zastępczej, a sami jedziemy na urlop. W tym roku obawialiśmy się trochę o Smerfetkę, która bardzo mocno przeżywała lęk separacyjny. Było to kilka miesięcy temu, gdy w naszej rodzinie pojawił się Białasek. Rozważaliśmy nawet taką sytuację, że ona jako jedyna pojedzie na wakacje z nami. O ile pobyt nad morzem nie stanowiłby większego problemu, o tyle chodzenie po górach, już tak. Pozostawiliśmy wszystko swojemu losowi. W międzyczasie przyszedł do nas jeszcze kolejny chłopczyk – dziesięciomiesięczny Gacek. Smerfetce nie dość, że przeszedł okres, w którym nie schodziła Majce z kolan, to jeszcze stała się w swoim mniemaniu ich starszą siostrą, służącą radą, ale też nie znoszącą sprzeciwu.
W każdym razie w ubiegłym miesiącu dzieci zapoznały się z rodzicami urlopowymi, a nawet spędziły próbnie jedną noc w ich domu. Było rewelacyjnie, zwłaszcza że mieszkają oni razem ze swoim wnukiem, co dodatkowo „rozluźniło” atmosferę. Tak więc idąc na urlop byliśmy o nie spokojni, chociaż nie przeszkodziło to Majce już kilka razy zadzwonić – jak się czują?
Ale nie zawsze jest tak prosto. Dwa lata temu mieliśmy u siebie niewidomą dziewczynkę z porażeniem mózgowym. Nawet przez myśl nam nie przeszło, aby pojechać bez niej na wakacje. Nie była na coś takiego gotowa.
Jako pogotowie rodzinne, opiekujemy się głównie małymi dziećmi (chociaż nie jest to regułą i starsze dzieci też pojawiają się w takiej tymczasowej opiece zastępczej) i może łatwiej jest je przygotować do rozstania. Jednak co zrobić ze starszymi dziećmi, które mogą poczuć się porzuconymi, zwłaszcza gdy rodzice zastępczy mają też własne dzieci (biologiczne), z którymi pojadą na wakacje? We wrześniu przyjdzie do nas sześcioletni chłopiec, który aktualnie też przebywa w takiej rodzinie urlopowej. Dodatkowym szokiem będzie dla niego to, że nie wróci do dotychczasowej rodziny zastępczej, u której przebywał. Niestety czasami tak bywa. Zobaczymy, jak wpłynie to na jego zachowanie i adaptację w nowym środowisku (czyli u nas).
Wrócę jednak do urlopu w przypadku starszych dzieci zastępczych. Wielokrotnie rodzina zastępcza ma jakiś dobry kontakt z inną rodziną, która jest dobrze zaznajomiona z dziećmi. Niekoniecznie musi to być rodzina zastępcza. Wielokrotnie może być to ktoś bliski – rodzice, rodzeństwo. Jeżeli nie mają szkolenia dla rodzin zastępczych (co jest najczęstszym przypadkiem), to PCPR nie może ich ustanowić rodziną urlopową. Niektórzy się przeciwko temu buntują, wskazując na bezduszne przepisy. Jednak zastanawiając się nad tym głębiej, trzeba wziąć pod uwagę fakt odpowiedzialności za rodzinę urlopową. Można jednak wystąpić do sądu o urlopowanie dziecka, nawet w przypadku zupełnie obcej rodziny. Odpowiednio uzasadniony wniosek, poparty opinią dotychczasowej rodziny zastępczej i PCPR-u, w większości przypadków rozpatrywany jest pozytywnie. Może trzeba napisać ze dwie kartki więcej, ale dziecko ma możliwość spędzić wakacje z kimś, kto jest mu bliski. Może to być również rodzina biologiczna dziecka, co jest dla niej dużą szansą, zwłaszcza jeżeli myśli o jego odzyskaniu. Alternatywą jest jeszcze wysłanie dziecka (na ten czas) na obóz lub kolonię.
Możliwości jest sporo i czasami trzeba się trochę zaangażować w poszukiwania rodziców urlopowych lub szukać jakichś innych rozwiązań. PCPR ma tylko obowiązek znaleźć opiekę dla dzieci zastępczych (na czas urlopu). Bywa jednak, że nie ma chętnych rodzin zastępczych do pełnienia tej funkcji. W takim przypadku jedyną alternatywą może być umieszczenie dziecka w domu dziecka, a myślę, że na coś takiego nie zgodziłaby się żadna rodzina zastępcza.

Tak więc dzięki ustawie o wspieraniu rodzin i systemie pieczy zastępczej, jesteśmy na wakacjach bez naszych dzieci zastępczych. Niewątpliwie jest to nam bardzo potrzebne, ponieważ dzieci, mimo że urocze, nie dają nam zbyt dużo czasu na wypoczynek, a ten jest potrzebny każdemu, choćby raz w roku.
Nasze dzieci biologiczne są już dorosłe (i same jeżdżą na swoje wakacje), co powoduje, że mam możliwość przebywać z Majką sam na sam (oczywiście nie zawsze).

Rozpoczęliśmy od wyjazdu na obóz harcerski. Pewnie dziwnie to brzmi, jednak jesteśmy związani z pewną drużyną (Maja od podstawówki, ja dołączyłem dużo później). Ponieważ drużyna ta nadal istnieje (już kilkadziesiąt lat), tradycją się stało, że każdego roku, "stara" ekipa przyjeżdża w odwiedziny w trakcie trwania obozu. Myślę jednak, że największą atrakcją jest spotkanie się w dawnym gronie. Oczywiście bierzemy udział w apelu, a nawet rozmaitych zabawach (i nie chwaląc się, w większości wygrywamy - nawet te sprawnościowe), to jednak najważniejsze jest nasze ognisko (bo wyjazd jest dwudniowy), na którym śpiewamy piosenki z dawnych lat. Młodzi harcerze mają już zupełnie inny repertuar i trudno jest nam znaleźć coś, co moglibyśmy zaśpiewać wspólnie.
Zresztą my sami nie do końca pamiętamy teksty naszych dawnych piosenek, mylimy zwrotki, mieszamy wersy ... ale przecież nie o to chodzi. Są to zawsze bardzo miłe spotkania, które długo się wspomina.
Wróciliśmy do domu, aby się przepakować i następnego dnia wyjechaliśmy nad morze, do Mielenka. Uwielbiamy spokój, więc ta miejscowość 
bardzo nam pasuje.
Majka o zachodzie słońca
Wprawdzie pogoda jest raczej kiepska, to jednak ma to też swój urok. Gdyby taka przytrafiła nam się miesiąc temu (gdy byliśmy tutaj z naszymi dziećmi), to raczej nie bylibyśmy szczęśliwi. A teraz … przede wszystkim nadrobiliśmy wszelkie zaległości związane z pobytem w łóżku … czyli głównie dobrze się wyspaliśmy. Nikt nas nie budzi, więc nie zjawiamy się na plaży prędzej niż koło południa. Wieczorami nikogo nie trzeba kąpać, więc możemy pospacerować brzegiem morza. Krótko mówiąc: Hulaj dusza, piekła nie ma.
Nasze morze jest wbrew pozorom bardzo atrakcyjne. Osobiście nie za bardzo lubię leżeć plackiem na kocu, więc wakacje nad Bałtykiem były dla mnie dotychczas ciekawe tylko ze względu na pewne doznania (szum morza w świetle zachodzącego słońca, spacery wzdłuż plaży, krótkie wygrzanie kości na słońcu, smażona rybka – i to w zasadzie wszystko). Nigdy nie miałem tutaj takich przypływów adrenaliny, jak choćby w górach – wisząc na łańcuchach lub wchodząc po drabinkach. Ale chyba to się zmienia... Leżymy któregoś dnia z Majką na plaży. Opalamy się, czytamy książki, popijamy zimne piwko – żyć nie umierać. W pewnym momencie podnoszę głowę ponad parawan, a tam … totalna ewakuacja. Pomyślałem, że może ktoś ogłosił alarm o tsunami (co jak się okazuje już wielokrotnie w Polsce się zdarzało), ale nawet Majka, która nie jest tak głucha jak ja, nic nie słyszała. Jednak gdy spojrzałem na zachód, to już nie musiałem się domyślać o co chodzi. Chmura szelfowa (zwana też wałem szkwałowym), jakiej nigdy w życiu nie widziałem. Do tego, jak po chwili walnął grom z jasnego nieba, to czym prędzej zacząłem się zbierać do ucieczki. Tylko Majka, ze stoickim spokojem stwierdziła, że musi jeszcze dokończyć rozdział, który czyta. Niestety w tamtej chwili nie było mi w głowie robienie zdjęcia. 
Zdjęcie z internetu
Znalazłem jednak w internecie fotografię, która doskonale obrazuje to co wówczas widziałem (włącznie z leżącą i niczym się nie przejmującą Majką). 
Wyobrażam sobie jednak, jak by ona reagowała (Majka), gdyby ta sytuacja wystąpiła miesiąc temu, gdy byliśmy tam razem z trójką dzieci. Nie byłoby szans na ucieczkę. Samo zebranie całego majdanu, zajęłoby nam więcej czasu, niż teraz wraz z dobiegnięciem do domu. Jednak dawne ludy plemienne (zwłaszcza koczownicze) dobrze wiedziały co robią, zachowując odpowiednie odstępy czasowe pomiędzy kolejnymi dziećmi. Chodziło o to, aby w nagłych sytuacjach, jedna osoba dorosła brała na plecy jedno małe dziecko i uciekała ratując życie.
Tak, czy inaczej, chmury i nieprzewidywalność natury, niewątpliwie dodają uroku pobytowi nad naszym polskim morzem (zwłaszcza w oczach kogoś takiego jak ja, kto niekoniecznie lubi upały i opalanie się tak długo, aż skóra zacznie schodzić). Myślę, że zamieszczone poniżej zdjęcia to potwierdzają.


Robiłem zdjęcia chmurom, a Majka wcięła się w kadr.













Pomijając pogodę, Bałtyk faktycznie jest inny niż poprzednimi laty. Jest bardziej przepełniony i o dobrą kwaterę jest dużo trudniej. Słyszałem opinie, że winna temu jest obawa przed wakacjami w krajach południowych, a nawet program 500+ (co w mojej ocenie oznaczałoby, że mimo wszystko się on sprawdza – przynajmniej w pewnym zakresie). Nie wiem ..., żadnych badań nie przeprowadzałem. Wiem za to, że są miejsca ciche i spokojne. Zdjęcia, które zamieszczam, zrobiliśmy jednego dnia w odstępach kilkudziesięciominutowych.

Mielenko godzina 12:00
Dziesięć minut później, kilkaset metrów dalej na wschód od Mielenka.

Mielno, pół godziny później, 3 km dalej.

Mielno - tak wyglądała plaża na odcinku kilku kilometrów.

Chłopy - 2 km na zachód od Mielenka, godz. 14:30 (dużo luźniej niż w Mielnie).


Z mojego punktu widzenia, Mielenko ma tylko jedną wadę. Plaża jest zupełnie nieprzystosowana dla osób niepełnosprawnych i ludzi z wózkami dziecięcymi. Brak podjazdów i miejsc widokowych. Za to jest piękny las, który trzeba przejść w drodze na plażę, nie ma straganów, budek z lodami, nieprzyjemnych zapachów – jest sama natura. A skoro nam udało się miesiąc temu wjeżdżać na plażę dwoma wózkami (w tym jednym bliźniaczym), to chyba mimo wszystko jest ona przyjazna dzieciom.

Na koniec opiszę jeszcze śmieszną historię, która mi się wczoraj przytrafiła. Stoję sobie w kolejce, aby zamówić obiad dla Majki i siebie. Podchodzi pewna starsza pani (tylko ciut starsza ode mnie) i próbuje otworzyć butelkę z piwem, otwieraczem znajdującym się na ladzie.
  • Potrafisz otworzyć tą butelkę – mówi do mnie.
  • Oczywiście – odpowiadam
Po chwili uważnie mi się przygląda, po czym dodaje:
  • Och przepraszam, ale to chyba już nie chłopiec, tylko pan.
Nie wiem, czy ta pani pomyliła okulary, które miała na nosie, czy też ta butelka nie była jej pierwszą, jednak sprawiła mi swoim zachowaniem ogromną przyjemność.
Prawdę mówiąc od jakiegoś czasu, bardzo lubię osoby, które zwracają się do mnie po imieniu (lub po prostu per „ty”), nawet jeżeli są dużo młodsze ode mnie.
Majka mówi, że to skutek przechodzenia andropauzy. Dodaje też do tego jednym tchem, że pewnie to pomogło mi podjąć decyzję o pozostaniu rodziną zastępczą, oraz że przez to, nadal nie mam zamiaru zejść z maty (mimo coraz większego ryzyka urazu). Być może ma rację, ja jednak zaraz ripostuję, że chyba lepiej, jeżeli podświadomie odmładzam się w ten sposób, niż szukając nowej dziewczyny.
Wakacje z Majką dopiero się rozpoczynają i myślę, że najciekawsze dopiero przede mną. Cieszy mnie to, że wracamy do lat młodzieńczych. Potrafimy przegadać pół nocy (sam nie wiem skąd biorą nam się tematy), a potem spać do południa. Jak za dawnych lat śpiewamy stare harcerskie piosenki. Chociaż tutaj trochę nawalam, bo gdy ona próbuje wejść drugim głosem, ja „ciągnę” za nią. Ale chęci mamy i sprawia nam to dużą frajdę.
Jutro podobno kolejny deszczowy dzień … już nie mogę się doczekać.