czwartek, 13 lipca 2023

--- Powrót

 


Odebrałem Majkę ze szpitala. Po prawie czterech miesiącach. Do pełnej sprawności jeszcze długa droga, ale to ma mniejsze znaczenie. Wreszcie jest w domu i mam się do kogo odezwać. Dotychczas rozmawiałem z sześciomiesięcznym Argusem, ale on zupełnie mnie nie rozumiał.


Majka przeszła bardzo długą i wyboistą drogę. Zaczęło się od tego, że przestała ruszać rękami i nogami. Miała trudności z oddychaniem i przełykaniem. W nosie miała rurkę z tlenem, a w szyję wbitą drugą rurkę do podawania leków. Przeszła zapalenie płuc. Gdy pierwszy raz odwiedziłem ją w szpitalu to jej nie poznałem. Gdybym nie wiedział, że leży po prawej stronie pod oknem, to bym przeszedł obok niej. Była jakaś wielka, napuchnięta. Mówiła niewyraźnie.
Jej życie wisiało na włosku. W każdej chwili mogła zostać podłączona do respiratora. Pewnym szczęściem w nieszczęściu było to, że na oddziale intensywnej terapii walczono z jakąś bakterią. Lekarze odkładali więc w czasie ten respirator, bo ta bakteria mogłaby ją dobić.
Bezpośrednią przyczyną stanu, w którym Majka się znalazła, był jakiś wirus. Najprawdopodobniej wirus opryszczki, bo jedynie taki został w jej krwi znaleziony. Jednak pośrednią przyczyną był stres, który spowodował, że organizm Majki był osłabiony i nie potrafił sobie z tym wirusem poradzić. Jej przeciwciała zamiast próbować go zniszczyć, zaczęły atakować ośrodkowy układ nerwowy. Jakby zgłupiały i chciały zniszczyć własny organizm.
Leczenie polegało na wykonywaniu zabiegów plazmaferezy. Prosto mówiąc, jest to oddzielanie osocza od pozostałych składników krwi i filtrowanie go w celu usunięcia tych ogłupiałych przeciwciał. A potem próbowano jakoś te przeciwciała odbudować, bo przecież bez nich nie da się żyć.
Ostatecznie, chorobę Majki nazwano polineuropatią pozapalną z zespołem Guillain-Barre. Ostatnie określenie dawało dużą nadzieję, ponieważ chociaż początkowy stan jest bardzo ciężki, to stosunkowo szybko następuje poprawa. I choć te cztery miesiące wydają się być długim okresem, to z medycznego punktu widzenia można mówić o bardzo szybkim zdrowieniu. Z Majką na sali leżała trzydziestoletnia dziewczyna, która przyszła wcześniej i do dzisiaj nie rusza nogami. Nadal przebywa w szpitalu i lekarze wciąż nie są w stanie określić, jak długo tam pozostanie. A miała dokładnie to samo – zwariowane przeciwciała.

U Majki dość szybko następowała poprawa. Najpierw odzyskała czucie w rękach i jak ktoś położył przed nią telefon, to w pół godziny była w stanie napisać krótkiego sms-a. Później kiwnęła palcem u nogi, co dawało jej nadzieję, że będzie coraz lepiej. Po dwóch tygodniach zacząłem ją rozpoznawać. Po miesiącu zabrano jej tlen i wyjęto rurkę z szyi. Potrafiła już się sama najeść.
Na dwa tygodnie wróciła do domu, ale wciąż w stanie leżącym. Nie potrafiła przekręcić się z jednego boku na drugi. Jeśli chodzi o kwestie fizjologiczne, to była masakra. Nie będę tego opisywał.
Po okresie pobytu w domu, pojechała do szpitala rehabilitacyjnego. A tam czekała ją ciężka praca. Zajęcia zaczynały się o dziewiątej i z przerwą na obiad trwały do szesnastej. Najpierw udało jej się siedzieć, gdy ktoś ją posadził. Później sama zaczęła siadać, a w dalszej kolejności przemieszczać z łóżka na wózek inwalidzki i z powrotem. Po kilku tygodniach potrafiła wstać i zrobić kilka kroków w obecności rehabilitanta.
Teraz już chodzi. Wprawdzie jak Frankenstein, bo jeszcze nie ma czucia w stopach, ale można powiedzieć, że jest samodzielna. Szybko się męczy. Jednego dnia spróbowała wyjść z Argusem na spacer. Za cel postawiła sobie pójście na plac zabaw oddalony od naszego domu o jakieś trzysta metrów. W jedną stronę szła ponad pół godziny, ale udało się. Wierzymy, że będzie coraz lepiej. W planach jest rehabilitacja. Po części prywatna, po części na NFZ. Podobnie sanatorium.

Dla mnie był to najtrudniejszy okres w życiu. Zarówno emocjonalnie, jak też fizycznie. Przez cały czas miałem pod opieką Argusa, a Sajgon, Omen i Dagon raz byli, raz ich nie było. Rodziny pomocowe, do których chłopcy poszli, nie mogły się zdecydować na pozostanie rodziną zastępczą na stałe. Walczyły pomiędzy miłością do dzieci, a lękiem przed rodzicami biologicznymi. Ale nie tylko ciągłe wątpliwości powodowały, że chłopcy do mnie wracali. Duże znaczenie miała nagłość sytuacji. Przecież nie każdy może sobie pozwolić na wzięcie kilkumiesięcznego urlopu, a łączenie opieki nad dziećmi z pracą zawodową często jest bardzo trudne. Bywało, że ja dzieci odwoziłem do przedszkola, a mamy je odbierały i przywoziły na kolację. Chłopcy żyli na dwa domy i cały proces przejścia do nowej rodziny trwał bardzo długo, co z punktu widzenia dobra dziecka było bardzo dobre. Jednak taka sytuacja była trudna dla tych rodzin. Tęsknota powodowała, że po krótkim czasie znowu stawały się rodziną pomocową i chłopcy ode mnie odchodzili. Na szczęście tak się złożyło, że nigdy nie miałem pod opieką czwórki dzieci – najwyżej trójkę.
Nie miałem czasu na nic, więc nawet nie zaglądałem na bloga. Argus budził się w nocy średnio siedem razy, więc w ciągu dnia chodziłem śnięty. A przecież musiałem ogarniać przedszkole, terapie, rodziców biologicznych i sprawy urzędowe. Do tego nie mogłem wziąć czteromiesięcznego urlopu od moich klientów, chociaż strasznie ich zaniedbywałem. Wypadało też odwiedzać Majkę w szpitalu, a to nie było logistycznie łatwe zadanie. Najpierw musiałem odwieźć dzieci do moich córek, potem skoczyć choć na godzinkę do Majki i zdążyć je tak odebrać, żeby wrócić na wieczorną kąpiel. W szpitalu rehabilitacyjnym było już dużo lepiej. Był tam duży park, więc mogłem jeździć razem z dziećmi. Niektórzy jeździli tam nawet z psami – wystarczyło niezauważonym przejechać dyżurkę.

Dużą sztuką było dla mnie panowanie nad tym co działo się w przedszkolu. Musiałem pamiętać o wszystkich wycieczkach, strojach galowych i tym co w odpowiednim czasie trzeba przynieść na jakieś zajęcia. Chociaż w przedszkolu najbardziej gubiły się obce dzieci. Nasze nadzwyczaj dobrze odnajdywały się w zaistniałej sytuacji. Cała trójka chłopców była w jednej grupie, a ja raz odbierałem Omena i Dagona, a Sajgon zostawał i czekał na swoją ciocię, by za jakiś czas sytuacja się odwróciła i to Omen z Dagonem zostawali, a Sajgon wracał ze mną. Jednego dnia jakaś dziewczynka mnie zapytała: „Wujek, dzisiaj odbierasz Omena i Dagona?” (bo wszystkie dzieci nazywały mnie wujkiem Pikusiem), a ja na to: „A nie. Dzisiaj odbieram Sajgona”.

Na szczęście Obelixa miałem tylko kilka dni – później wyjechał do psychiatryka, w którym spędził dwa miesiące. Włos zjeżył mi się na głowie, gdy się dowiedziałem, że wraca. I tutaj chwała naszemu PCPR-owi, który do tego nie dopuścił. W ciągu kilku dni znaleziono dla niego rodzinę pomocową. W zasadzie mogę być wdzięczny naszej koordynatorce Jowicie, która dodatkowo zawiozła i odebrała Obelixa z tego szpitala. Dla mnie byłoby to trudne logistycznie, gdyż szpital psychiatryczny był oddalony ode mnie o prawie trzysta kilometrów. Nie ryzykowałbym, że uda mi się obrócić w godzinach funkcjonowania przedszkola, więc pewnie jechałbym z trójką dzieci, bo akurat w tym czasie był ze mną Omen i Dagon.

Nie mogę narzekać na wsparcie, które widziałem na każdym kroku. Nawet przedszkole stało się przychylne pod względem obowiązujących w nim zasad. Dotychczas było tak, że jak jakieś dziecko trochę się spociło, to miało mierzoną temperaturę. No i jak chiński termometr pokazał 37,5 to trzeba je było odebrać. Po powrocie do domu dziecko nieco ochłonęło i nagle temperatura spadała do 36,6.
W czasie nieobecności Majki nie musiałem odebrać przedwcześnie żadnego dziecka. Być może na wszelki wypadek żadnemu temperatury nie zmierzono.
O wsparciu ze strony moich córek nie muszę chyba nikogo przekonywać. Przyjeżdżały do mnie żeby odgruzować chatę, albo opiekowały się przez jakiś czas dziećmi w swoich mieszkaniach. Mogłem też liczyć na sąsiadów, którzy służyli swoją pomocą. Zwłaszcza sąsiadka Ela była nieoceniona. Wychodziła z Argusem na spacery, a jak musiałem gdzieś wyjechać to zabierała chłopca do swojego ogrodu.
Wiele osób do mnie dzwoniło, pisało sms-y. Też chciało pomóc, chociaż paradoksalnie powodowało to, że miałem jeszcze mniej czasu.

Obecnie przebywa z nami tylko półroczny Argus. Ale jego dni są już policzone. Od ponad miesiąca spotyka się z rodziną, w której ma zamieszkać na stałe. Rozstanie będzie smutne. Zwłaszcza dla chłopca, dla którego przez cztery miesiące byłem jedyną osobą, którą widział o każdej porze dnia i nocy. Ale nowych rodziców zaakceptował. Być może dlatego, że ma pogodną naturę i śmieje się do każdego. Może z wyjątkiem swojej mamy, która często nie wytrzymuje godzinnego spotkania i dwadzieścia minut przed czasem wraca z Argusem do samochodu, bo mały „ryczy”. Ja jej zawsze mówię, że ma go włożyć do wózka i pospacerować, to się uspokoi. A ona z uporem maniaka siedzi na tej ławce, robi sobie selfie, rozmawia przez telefon i potrząsa chłopcem. Dopiero jak zamierza wrócić do samochodu, to robi rundę wokół skweru. Może dlatego, żeby Argus taki zaryczany nie przyjechał.

Pozostali chłopcy teoretycznie wciąż są nasi, chociaż już z nami nie mieszkają. Przynajmniej z punktu widzenia prawa. A to oznacza, że ciągle musimy być w gotowości, ponieważ są sytuacje, w których rodzina pomocowa nie może podejmować decyzji. Ostatnio byłem z Obelixem w Poradni Psychologiczno-Pedagogicznej na badaniach. Mama, z którą chłopiec teraz mieszka też oczywiście była, bo to ona zna zachowania Obelixa i coś może na ten temat powiedzieć. Mnie chłopiec nawet nie poznał. No ale musiałem przejechać się te kilkadziesiąt kilometrów by złożyć podpis.

Musiałem też pójść na badanie więzi dotyczące Sajgona. Na zespoły do PCPR-u też muszę jeździć, chociaż teraz mam niewiele do powiedzenia. Będę też musiał przejechać się do sądu w sprawie odrzucenia spadku.
Najgorsze jest to, że nie wiem jak długo taki stan potrwa. Na tę chwilę tylko mama Omena i Dagona złożyła wniosek do sądu o ustanowienie jej rodziną zastępczą. Mama Sajgona wciąż nie może podjąć tej decyzji, a rodzina Obelixa jest wielkim znakiem zapytania. Ta ostatnia, na zespole twierdziła, że chłopiec jest cudownym dzieckiem. Na badaniu psychologicznym już mówiła, że ma trudne zachowania. Oby szybko złożyła ten wniosek, zanim stwierdzi, że ma go dość. Bo moim zdaniem, zachowania Obelixa niewiele się zmieniły. Uderzył swoją nową mamę i zarechotał. Wyrwał siedzenie z samochodu, którym się bawił i też go to rozbawiło. Podobno już mało przeklina i nie rozbiera się do naga. Może dopiero się rozkręca.

Za to Dagon zrobił ogromne postępy. Gdy go widziałem kilka dni temu, to nie mogłem wyjść z podziwu. Tak ładnie i tak mądrze mówi. Używa sformułowań, które dotychczas były mu obce. W tym względzie zdecydowanie przegonił Omena, chociaż do tej pory było odwrotnie. Przestał też wreszcie używać pieluchy i załatwia swoje potrzeby nawet nie na nocnik, tylko do ubikacji. Omen jakby niewiele się zmienił. Jest taką gapą jaką był. Widocznie jego potencjał rozwoju był mniejszy. O przepraszam – nauczył się robić siku na stojąco. Chociaż dla mnie jest to mało znacząca umiejętność, a nawet mieszkających z nami chłopców zawsze starałem się tego oduczyć. Nie uważam, że jest to męskie, bo co męskiego jest w osikanej klapie, podłodze i ścianie. Nowa mama twierdzi, że jest zmęczona, ale ma ogromną satysfakcję z postępów dzieci. Początkowo chciała się im całkowicie poświęcić i przez bodajże rok podarować sobie posyłanie chłopców do przedszkola. Teraz zmieniła zdanie. I dobrze, bo obaj bardzo lubili chodzić do przedszkola, a dla niej będzie to kilka godzin wytchnienia.

Sajgon też bardzo się rozwinął. Wprawdzie nadal nie wypowiada zrozumiałych słów, ale nie mówi już „eszesze”, tylko posługuje się sylabami. Ma wycięty migdałek. Nie wiem jak nowa mama tego dokonała w tak krótkim czasie, ale chwała jej za to. Prawdopodobnie teraz chłopiec zaczął dobrze słyszeć i powinien zacząć mówić. Mama bardzo się cieszy, bo Sajgon mówi „mama”. Dla mnie to jest raczej „amam”, ale co tam. Niech każdy słyszy co chce. Nie mogę tylko zrozumieć dlaczego wciąż nie może podjąć decyzji o pozostaniu mamą zastępczą. W zasadzie wiem dlaczego, ale nie mogę zrozumieć. Przecież sąd bez problemu przyzna jej możliwość decydowania w sprawach medycznych i edukacyjnych, a jeżeli tata biologiczny chłopca będzie agresywny na spotkaniach, to wyda tacie zakaz kontaktowania się z synem. Ostatnio, gdy obecna mama pomocowa i mama biologiczna były już z chłopcem w szpitalu, on strasznie się pieklił, że nie zgadza się na wycięcie tego migdałka. Tak dla zasady – bo ma do tego prawo. Na szczęście zgoda mamy biologicznej wystarczyła.

Nowi rodzice Argusa nie mają problemu z akceptacją rodziców biologicznych. Ale jeszcze nie mieli z nimi nic do czynienia, więc może się to zmienić.

Tak więc już niedługo będziemy sami, bez żadnego dziecka.

Długo rozmawialiśmy z Majką o naszej przyszłości. Ostatecznie podjęliśmy decyzję, że nie rezygnujemy z pieczy zastępczej. Jakoś się do niej przywiązaliśmy. Ale teraz odpoczywamy. Przynajmniej do końca roku. Potem zobaczymy jak Majka będzie się czuła i będziemy przyjmować tylko trójkę dzieci – w przelocie czwórkę. Teraz w przelocie mieliśmy siódemkę i pewnie dlatego tak to się skończyło.

A to oznacza, że nie będę miał już o czym pisać. Może raz na jakiś czas wrzucę jakiś tekst o postępach Majki.

Zatem nie żegnam się, tylko mówię do widzenia.