sobota, 22 maja 2021

RAMBO

 

"Nie wiem gdzie chcę mieszkać"

Był i już go nie ma. Tak szybkiej akcji rozmaitych służb, to ja jeszcze nie widziałem, chociaż właśnie tak wszystko powinno wyglądać.

Czasami się zastanawiam (a Majka jeszcze bardziej), czy aby przypadkiem nie posuwam się w swoich opisach zbyt daleko. Czy przedstawiane przeze mnie sytuacje i opisywane postaci nie spowodują, że ktoś kogoś rozpozna, a ja tym samym niechcący wyrządzę komuś krzywdę.

Okazuje się, że media w tym zakresie zupełnie niczym się nie przejmują, więc moje wątpliwości tym bardziej nie są uzasadnione. No bo co z tego, że mówią Katarzyna W. i Robert H., starszego brata nazywają Kacprem a Rambo Bartkiem, skoro bez ogródek wskazują nazwę małej miejscowości, której mieszkańcy doskonale wiedzą, że pani Kasia mieszka pod piątką, a z pana Roberta zawsze był kawał gnoja, który ciągle wrzeszczał na swoje dzieci, a w piaskownicy pobił chłopca sąsiadów. Nie będę więc dokładnie opisywał całej sytuacji, skoro pół Polski o tym huczy i wszyscy doskonale wiedzą, że Kacper trafił do ośrodka interwencji kryzysowej, który zapewne jest teraz oblegany przez redaktorów chcących przedstawić ciąg dalszy tej sprawy. Aż się dziwię, że wstając skoro świt ze Stokrotką, nie widzę czających się przed płotem paparazzich, chcących przeprowadzić ze mną wywiad.
Być może jest tak, że są jakieś niepisane zasady chroniące zwyczajne rodziny, a może Rambo jest mało ciekawy, bo przecież jemu teoretycznie żadna krzywda nie została wyrządzona.

No to ja postaram się pokazać właśnie tę krzywdę. Może dlatego, że takich dzieci jak Rambo jest dużo więcej. Są to dzieci, które wciąż mieszkają ze swoją rodziną biologiczną, chociaż od dawna nie powinny. Są to dzieci, o których wiedzą rozmaite służby, znajomi i sąsiedzi. Są to dzieci, które czekają aż ich brat podejmie desperacki krok i wybierze się na komisariat policji, albo komuś stanie się krzywda. Są to takie same dzieci jak Rambo, ale nikt ich nie zauważa, nikt się nimi nie interesuje... jeszcze.

Rozgłos jaki został nadany historii Rambo i Kacpra spowodował zaangażowanie się w sprawę zarówno Rzecznika Praw Dziecka jak też Urzędu Wojewódzkiego. Razem z Majką zostaliśmy poproszeni o przedstawienie naszej oceny zachowań chłopca, który był nam powierzony. Napisałem tak jak potrafię. Tak samo jak kiedyś pisałem do sądu czy prokuratury - czyli tak jak na blogu. Tym razem pismo było skierowane do Rzecznika Praw Dziecka. Majka jak zwykle mnie przestrzegała abym trzymał się tematu, opisywał tylko fakty i się nie wymądrzał. Załączam tę ocenę na końcu wpisu.

A póki co się trochę powymądrzam. Mam wrażenie, że właśnie rozpoczęło się polowanie na czarownice. Po spaleniu dwóch (a może tylko jednej) wszystko wróci do normy i nikt nie będzie niepotrzebnie się zastanawiał, że może należałoby rozpocząć od polujących. Największy ogień krytyki został skierowany na mamę chłopców. Pojawiały się propozycje od sterylizacji po szafot. Były życzenia śmierci w więzieniu... oczywiście bez pominięcia tortur adekwatnych do popełnionego czynu. Mało kto miał odwagę powiedzieć: „nie znajduję w niej winy, ona też jest ofiarą”. Zastanowiło mnie to, że oceny ojca Rambo (jakie się pojawiały) w zasadzie można sprowadzić do jednego sformułowania: „Psychopata, który od dawna powinien siedzieć w więzieniu”. To jedno zdanie w jakiś sposób tłumaczyło jego niezrównoważony charakter oraz krzywdzenie fizyczne i emocjonalne swojego pasierba. Owszem, w żaden sposób nie usprawiedliwiało... ale tłumaczyło.

Mamy nic nie tłumaczyło – bo to przecież matka. Nie zrobiła nic, aby przerwać krzywdy wyrządzane jej synowi przez ojczyma. Nawet sama czasami przyłożyła mu laczkiem. Dlaczego? Daleki jestem od wydawania osądów. Za to potrafię sobie wyobrazić lęk. Ogromny strach o życie swoje i swoich dzieci, kiedy rozum się wyłącza, a włączają się instynkty. Walka, albo ucieczka. Tylko, że walczyć nie ma jak, a uciekać nie ma dokąd. Pozostaje chęć przetrwania, za wszelką cenę – czasami zbyt dużą.
Mama Rambo kilka lat temu została odcięta przez męża od swojej rodziny, miała wydzielane pieniądze, była bita, poniżana, uświadamiana że do niczego się nie nadaje i tylko posłuszeństwo pozwoli jej być z dziećmi.
Nigdy jej nie poznaliśmy osobiście. Rambo nie chciał z nią rozmawiać przez telefon, a tym bardziej spotykać. Jednak rozmawiała z Majką prawie codziennie. Była cicha, opanowana, godziła się na wszystko. Udawała? Nie sądzę.
Nie chcę jej wybielać. Nie widzę też możliwości powrotu chłopców na stałe. Próbuję tylko zrozumieć.

Media przygotowały jej piekło na ziemi. Mieszkała w małej miejscowości... zresztą nadal mieszka. Dla większości ludzi w Polsce była tylko Katarzyną W. Jednak dla mieszkańców tego miasteczka była mamą Kacpra i Rambo. Miłych chłopców, którzy zostali tak „wytresowani”, aby chronić system wymyślony przez ojca. Co teraz myślą ludzie widzący ją przemykającą do sklepu? Co mówią? Ona doskonale wie co myślą, naczytała się sporo komentarzy.

Wrócę do RPD, który bardzo mocno zaangażował się w tę sprawę. Zacytuję fragment jego wypowiedzi:

Ci przestępcy, ci zwyrodnialcy będą trafiali do więzienia. Być może trzeba zmienić system kar, one są za delikatne, może jakieś kamieniołomy ciężkie, trzeba wrócić do tego typu kar. Niech sobie tam te swoją energią emanują, a nie na dzieci, nie wolno tego robić.”

Nie będę polemizował z takimi tezami... nie chce mi się. Ale pewnie „tatuś” dostanie te osiem lat, które w maksymalnej wysokości mu przysługują. Może znajdzie się też jakiś paragraf na te kamieniołomy. Czy ktoś ośmieli się sprzeciwić?

Zastanawiam się tylko, jak to się może przełożyć na poprawę bytu dziesiątek innych Kacprów i Rambo.
Pewnego dnia zadzwoniła do nas pani z PCPR-u z pytaniem, kiedy Rambo od nas odszedł, bo w telewizji mówią, że chłopcy są już razem. Może ktoś pomylił fizyczne zamieszkanie braci w jednym domu z decyzją sądu o zmianie zabezpieczenia, wskazującą inną rodzinę zastępczą. A może trzeba było odtrąbić sukces, bo przecież RPD obiecał, że dołoży wszelkich starań, aby rodzeństwo nie było rozdzielone.
Z mediów dowiedziałem się też, że mama została pozbawiona władzy rodzicielskiej i ma zakaz zbliżania się do synów. No i znowu ktoś coś pomylił, bo dopiero zostało wszczęte postępowanie o pozbawienie władzy rodzicielskiej, a zakaz zbliżania jest tylko w stosunku do Kacpra.

Wszystkim się wydaje, że rodzeństwa zawsze marzą o byciu razem. Pewnie w większości tak jest, nawet w rodzinach dysfunkcyjnych. Ale nie zawsze.

Gdy Rambo z nami zamieszkał, to przez chwilę pomyśleliśmy o zabraniu do siebie również Kacpra. Byłoby ciężko połączyć szkołę z przedszkolem i piątką „nieogarów”. Jednak nie to nas przerażało.
Tysiąc razy miałem cię przepraszać, to zobaczysz jak teraz cię przeproszę”, „Kazali mi się z tobą bawić, no to się pobawimy”, „Patrzyłeś jak byłem bity, to teraz ja popatrzę”. Czy takie teksty mogłyby paść z ust Kacpra? Czy nie zechciałby odreagować swojej przeszłości agresją skierowaną nie tylko ku bratu, ale również ku naszym najmłodszym dzieciom?
Gdy byliśmy na takim etapie rozważań, pojawiła się rodzina zastępcza. Nie dość, że miała ukończone szkolenie i odpowiednie kwalifikacje, to była do tego bliską rodziną mamy Rambo. Rodzice ci nigdy nie widzieli naszego pięciolatka, a Kacpra mniej więcej sześć lat temu. Postanowiliśmy wcześniej spotkać się chociaż ze dwa razy w naszym domu, ponieważ dla chłopca były to obce osoby. Kolejne obce w przeciągu kilkunastu dni. Jednak najpierw rodzice pojechali odwiedzić starszego brata w placówce. Rozmowa tak im się układała, że postanowili wrócić do domu w trójkę. Ponieważ Kacper dopytywał, kiedy pojedzie do Rambo, uznaliśmy że możemy sobie podarować zapoznawanie się, bo bracia będą dla siebie wystarczającą atrakcją. Chcieliśmy jednak przygotować Rambo na spotkanie i delikatnie opowiedzieć o przyszłości. Było dla nas szokiem, gdy chłopiec negatywnie zapatrywał się na zamieszkanie z bratem, spotkanie się z nim, a nawet tylko rozmowę przez telefon. Zapytałem: „A z kim chciałbyś mieszkać?”. Odpowiedział: „Nie wiem”. Pałeczkę rozmówcy przejęła Majka i doszła do wniosku, że Rambo myślał, iż zamieszkanie z bratem oznacza równocześnie powrót do rodzinnego domu – do rodziców. Na końcu chłopiec przytaknął i wyraził zgodę na poszukiwanie dla niego nowej rodziny. Nic Majce nie mówiłem, tylko pomyślałem sobie, że przecież Rambo nie potrafi nikomu się przeciwstawić. Został zaprogramowany tak, żeby wykonywać polecenia i nie dyskutować. Taki idealny żołnierz.
Z dużym niepokojem czekałem na chwilę, gdy w drzwiach mieli stanąć nowi rodzice. Do tego Kacper w ostatnim momencie stwierdził, że nie chce razem z nimi przyjechać po brata. Czyżby zadając nowym rodzicom pytanie, o którym wspomniałem wcześniej, łudził się, że odpowiedź będzie brzmiała „nigdy”? Nie wiedzieliśmy więc kto pojawi się w naszym domu i jaka będzie decyzja Rambo. Ustaliliśmy, że nie będziemy robić nic na siłę, że nie interesuje nas to, że sukces został już obwieszczony, a śmietanka wypita. Jeżeli Rambo nie będzie chciał wyjechać z naszego domu, to nie wyjedzie. Planu „B” nie mieliśmy przygotowanego.

Nie mam pojęcia czy z tej historii zostaną wyciągnięte jakieś wnioski. Ale nie typu, że system karania jest niedoskonały. Zbyt dużo jest tutaj niedomówień, sprzecznych wersji i odbijania piłeczki. Tata chłopców miał kiedyś założoną niebieską kartę za bicie żony i sprawę karną za pobicie obcego dziecka w piaskownicy. Sąsiedzi mówią, że zgłaszali dochodzące z mieszkania krzyki na policję i do Ośrodka Pomocy Społecznej. Twierdzą, że policja przyjeżdżała 2-3 razy w tygodniu. Tyle tylko, że ani pomoc społeczna się do tego nie przyznaje, ani policja. Ta druga twierdzi, że odwiedzający rodzinę dzielnicowy (w związku z niebieską kartą) zawsze opisywał rodzinę pozytywnie. Spotykał dzieci jedzące kolację, albo bawiące się z tatą i z mamą. Z kolei pomoc społeczna opiera się na pozytywnych opiniach ze szkoły i z przedszkola. Nikt nigdy niczego niepokojącego nie zauważył... poza tymi dwoma przypadkami kilka lat temu. Nikt (poza sąsiadami) nie potwierdził częstych interwencji policji.

Przedstawienie wszystkiego w prasie i telewizji zaowocowało zwiększoną wrażliwością społeczną wyrażoną zwielokrotnioną ilością zgłoszeń dotyczących płaczącego za ścianą dziecka. Wpłynęły też dziesiątki e-maili z propozycjami wsparcia materialnego rodziny zastępczej, w której przebywają dzieci, a nawet chęcią ich adoptowania.
Wszystkie osoby, z którymi Majka miała okazję rozmawiać były bardzo empatyczne, a zaistniałą sytuację odbierały jako coś, co nie miało prawa się wydarzyć. A jednak się zdarzyło. Jakie mechanizmy nie zadziałały?
Do Majki zadzwonił nawet sam Rzecznik Praw Dziecka z podziękowaniem za naszą pracę i wnikliwy opis zachowań Rambo w naszej rodzinie. Miły gest... ale tylko gest. Wydaje mi się, że w tej chwili wszystko powinno być wyciszone i nie mieć dalszego medialnego ciągu. Tak będzie lepiej zarówno dla chłopców, jak też ich nowych rodziców zastępczych. Dochodzenie do normalności może zająć lata, o ile w ogóle jest to możliwe. Błysk fleszy jedynie może wszystko pogorszyć. Rzecznik Praw Dziecka już się wykazał – w końcu zareagował na sytuację, która poruszyła niemal cały kraj. W świat poszedł przekaz, że po jego interwencji chłopcy zamieszkali razem w jednej rodzinie zastępczej. Do nikogo nie dotarło, że rodzina zastępcza już drugiego dnia pobytu Rambo w naszej rodzinie złożyła wniosek do sądu o przeniesienie do niej dzieci na czas trwania postępowania. Było to kilka dni przed opisaniem sprawy w mediach i reakcją RPD. Szum medialny nie miał więc żadnego wpływu na to, co działo się później.
Słyszałem w telewizji wypowiedzi ekspertów, że obecna rodzina zastępcza nie może być rodziną docelową. Trzeba dla chłopców poszukać dobrej i sprawdzonej rodziny adopcyjnej. Dla mnie jest to kolejny dowód na to, że wykształcenie psychologiczne nie zawsze uprawnia do stawiania się w roli eksperta, a teoria przywiązania często jest tylko zapomnianą ideą zasłyszaną kiedyś na studiach. Nawet nie chcę tutaj stawiać pod osąd taty Rambo, który też przecież z wykształcenia jest psychologiem.
Rzucę w tej kwestii kilka swoich myśli. Nie jestem żadnym ekspertem... jestem obserwatorem dzieci zastępczych, którym przyszło żyć w takim, a nie innym systemie. Chłopcy zamieszkali w rodzinie swojej starszej kuzynki. Rambo jej nie zna, a Kacper nie pamięta. Ale obaj mają świadomość tego, że jest to ktoś dużo bliższy niż chociażby Majka i ja. Dla chłopców mama nie jest potworem. Dla Rambo nie jest nim nawet tata – chłopiec bardzo ciepło się o nim wypowiadał. Życie oparte na terrorze i przemocy było dla niego czymś naturalnym. Dla Kacpra może mniej... ale tylko „może”. Nie sądzę, aby dzieci kiedyś wróciły do mamy na stałe. Jednak sprawy w sądzie będą trwały długo – bardzo długo. Przynajmniej kilkanaście miesięcy. W tym czasie chłopcy będą mieszkać ze swoją kuzynką. Staną się rodziną, prawdopodobnie rozpoczną terapię. No i załóżmy, że po tym czasie jakiś ekspert (którego słyszałem w telewizji) stwierdzi, że czas na adopcję, fundując chłopcom kolejną przesiadkę. Rodziny adopcyjne zapewne w tym przypadku (z naciskiem na „w tym przypadku”) się znajdą. Będą to dobre rodziny, czy działające na emocjach? Sprawdzone? To ostatnie określenie jest dla mnie pewnego rodzaju oksymoronem. Rodzice adopcyjni najczęściej są tylko po szkoleniu, a doświadczenie w pracy z dziećmi mają niewielkie. Gdzie szukać sprawdzonych? Może wśród rodzin zastępczych?
Istnieje więc prawdopodobieństwo, że kuzynka zostanie przymuszona do adopcji. Tym samym pozbawiona środków na utrzymanie chłopców, wsparcia instytucjonalnego i kontroli. Zdaję sobie sprawę z tego, że słowo „kontrola” u wielu osób powoduje nagły skok ciśnienia. Mogę tylko powiedzieć, że ja nie podjąłbym się opieki nad tą dwójką bez żadnego wsparcia, doradzania, zwracania uwagi, wskazywania innych rozwiązań... kontroli.
Rzecznik Praw Dziecka rozmawiał z Majką prawie pół godziny. Obiecał pomoc, gdy będziemy jej potrzebować. Majka ma zapisany jego bezpośredni numer telefonu. Mam nadzieję, że przy próbie rzucenia chłopców na ścieżkę adopcyjną, zainterweniuje z podobnym zacięciem jak w tym przypadku.

Na godzinę przed planowanym przyjazdem rodziców zastępczych dowiedzieliśmy się, że jednak Kacper też przyjedzie. Rambo wiedział już, że czekamy na gości. Tym razem ja postanowiłem z nim porozmawiać. Zapytałem: „Wiesz kto będzie tym gościem?”. Nic nie odpowiedział... jakby wiedział co powiem dalej. Wymamrotałem kilka zdań, których zakończeniem było: „Będzie dobrze”. Odpowiedział zupełnie bez przekonania: „Tak”. No i było dobrze. Może dlatego, że rzeczywistość okazała się inna niż wyobrażenia, albo dlatego że wujek tak powiedział. A może chłopcy zwyczajnie weszli w dawne role. Ktoś mi kiedyś powiedział, że nie powinienem używać słowa „dysocjacja”. Zbyt mądrze to brzmi w ustach zwykłego ojca zastępczego. Zatem może spotkanie braci wywołało takie oddzielenie od tu i teraz. Może to była gra, powrót do wyuczonych zachowań sprzed kilku tygodni.

Przed rodzicami jest wiele wyzwań. Są w wieku moich dzieci – jeszcze nie przekroczyli trzydziestki. W ciągu dwóch tygodni stali się rodzicami dziesięciolatka i pięciolatka. Gdy kilka miesięcy temu zapisywali się na szkolenie dla rodzin zastępczych, być może myśleli o niemowlaku, którego z biegiem czasu będą mogli adoptować. Nie wiem, nie pytaliśmy.

Pierwszym wyzwaniem będzie prawo mamy biologicznej do spotykania się z Rambo. Sam kontakt nie stanowi problemu. Jest nim zakaz zbliżania się do Kacpra. Majka starała się przekonać mamę, że spotykanie się z samym Rambo będzie pokazaniem Kacprowi po raz kolejny, że jest tym gorszym z braci... tym, którego już raz poświęciła dla ratowania młodszego syna. Czy zrozumiała i zrezygnuje z kontaktu? Chyba nie.

Kilka dni temu Majka spotkała się z Bliźniakami (na chwilę wspomnę Romulusa i Remusa) na placu zabaw. Po raz kolejny chcieli podjechać na moment pod nasz dom, aby się ze mną spotkać. Otuliłem więc Blankę (którą miałem na rękach) w jakiś koc, założyłem jej czapeczkę i wyszedłem przed drzwi. Rzuciłem od niechcenia: „Może wejdziecie do środka?”. Weszli... potrzebowali półtora miesiąca, aby zdobyć się na ten krok. I zrobili to tak zwyczajnie, bez przygotowań, ustalania scenariuszy. Byli tacy jak dawniej, a ja po dziesięciu minutach zacząłem się zastanawiać jak z nimi wytrzymałem przez trzy lata.

Nie byli tacy jak Rambo... byli zwyczajnymi pięciolatkami.


Rambo

Ocena dziecka na podstawie obserwacji opiekunów

Rambo jest dzieckiem bardzo otwartym i łatwo nawiązującym znajomości. Może nawet zbyt łatwo. Już od samego początku sprawiał wrażenie jakby przyjechał do cioci na imieniny, nie bardzo zastanawiając się dlaczego bez mamy. Naszą uwagę zwróciło to, że chłopiec często się uśmiechał. Zbyt często, zważywszy na sytuację w której się znalazł i mając świadomość tego, że przez jakiś czas będzie mieszkał z nami bez swojej mamy. Przez dwa pierwsze dni pytał o mamę i o to, kiedy do niej wróci. Później przestał. Bywały chwile, gdy zatrzęsła mu się broda, ale nigdy się nie rozpłakał. Myśleliśmy: „Co za twardziel”. Trzeciego dnia dowiedzieliśmy się, że w swoim domu nie mógł być smutny, nie mógł płakać, nie mógł tęsknić. W tym momencie zrozumieliśmy, z czego mógł wynikać ten jego nieco sztuczny uśmiech. Powiedzieliśmy, że u nas może płakać i tęsknić. Od tego dnia wszystko się zmieniło. Tylko raz porozmawiał ze swoją mamą przez telefon i pod koniec rozmowy się rozpłakał. Teraz nie chce do niej dzwonić. Nie zmuszamy go, chociaż codziennie pytamy, czy nie zmienił zdania. Rozmowy wideo i fizyczne spotkania są kwestią przyszłości. W tej chwili nie mówimy mu o takiej możliwości. Raz tylko zaproponowaliśmy rozmowę poprzez Skype'a, ale odpowiedź również brzmiała „nie”.

Tata jest dla Rambo bardzo ważną postacią. To z nim spędzał większość czasu, to on określał zasady, którymi chłopiec się kierował. Tę zależność chłopiec przeniósł do naszej rodziny. Dominujący męski wzorzec spowodował, że mama zastępcza jest nieco na uboczu, a najważniejsze są relacje z ojcem zastępczym, czyli ze mną. Chłopiec zdecydował, że chce spać w jednym pokoju ze mną, że to ja mam go kąpać. Gdy ma do wyboru pójście na rower z ciocią, albo prace ogrodowe z wujkiem, to zawsze wybiera drugą możliwość. Początkowo upierał się przy pewnych rytuałach. Gdy po kąpieli chciałem mu najpierw założyć górę od piżamy, to twierdził, że trzeba zaczynać od dołu – bo tak robił tata. To tata nauczył go wszystkiego: myć się, ubierać, składać swoje rzeczy. To z tatą grał w karty, tata go kąpał i mył mu zęby. Tata nie nauczył go tylko przytulać się. Na początku Rambo tego nie lubił. Również nie lubił buziaka przed snem. Nie wyrywał się, nie odpychał nas, ale w jakiś sposób był zdziwiony, zażenowany. Był... bo wraz z upływającymi dniami, zaczęło to się zmieniać. Teraz na pytanie „Chcesz buziaka na dobranoc?”, odpowiada „Taaak”.

Chłopiec mówił, że tata bił Kacpra (starszego brata) laczkiem i paskiem. Jego nie bił. On i mama najwyżej „dostawali w dupę”. Dziwne było takie rozgraniczanie przemocy, kiedy to uderzenie ręką w pupę jest tylko drobiazgiem. A jeszcze dziwniejsze to, że po kilkunastu dniach Rambo twierdził, że tylko Kacper dostawał w dupę, a on i mama - nie. Zapominał? Wypierał pewne fakty ze swojej pamięci? A może początkowe informacje były tylko wymysłem pięciolatka?

Pomimo, że Rambo przez całe swoje życie obcował z przemocą, to sam nie jest agresywny, również w stosunku do kilku i kilkunastomiesięcznych dzieci, których mamy czwórkę. Raczej traktuje je jak zło konieczne, uciekając przed bliższym kontaktem i dotykiem.

Na początku chłopiec lubił przeklinać. Teraz przestał. Może dlatego, że na nikim nie robił tym sposobem dużego wrażenia. Jego ulubionymi przerywnikami były: „pierdolę”, „pojebany”, „kopa w dupę i do więzienia” i... „Jezus, Maria”.

Mimo, że chłopiec nie dawał tego po sobie poznać, to jednak kilka pierwszych dni było dla niego bardzo emocjonalnych. Już pierwszego wieczora zadał pytanie: „Czy w nocy będzie alarm?”. Nie sprecyzował, czy miał na myśli jakiś monitoring, czy może dźwięk radiowozu.

Spał bardzo nerwowo. Kilka razy w nocy budził się, albo krzyczał przez sen. W większości przypadków trudno było dociec sensu wypowiedzi, a z tych nielicznych zrozumiałych mogę przytoczyć: „Mamo poczekaj, mamo!”, „Kocham was wszystkich”, „Mój kochany Kacper”, „Nie hamuj”. Po kilku dniach wszystko minęło. Teraz śpi spokojnie.

Rambo lubi rysować, najczęściej ludzi. Ciekawe jest to, że wszyscy oni są kwadratowi (a dokładniej prostokątni). Inne dzieci raczej rysują ludzi „jajowatych”. Poprosiliśmy chłopca, aby narysował swoją rodzinę. Byliśmy ciekawi jakiej wielkości będzie tata, mama i czy nie zapomni o Kacprze. Narysował trzy prostokąty. Dwa pierwsze były jednakowej wysokości, przy czym pierwszy znacznie szerszy. Na końcu był malutki (ledwie dostrzegalny) prostokącik. Zapytaliśmy kto to jest? Odpowiedź nas zaskoczyła: „Ciocia, wujek i ja”.

Chłopiec nie potrafi bawić się zabawkami. Całą swoją aktywność poświęca sprzątaniu. Mama Rambo mówi, że jest to dla niego pewną formą zabawy i że ma to w genach po ojcu. No i faktycznie, chłopiec mógłby całymi dniami zamiatać, myć, ustawiać coś w określonym porządku. Podobno najbardziej pobudza się na widok szmatki i „pronto”. Jeszcze nie mieliśmy okazji sprawdzić. Mama ostrzegała nas, abyśmy nie mówili mu, że jest sobota, bo będzie domagał się mopa i wiaderka z wodą.

Gdy pewnego dnia wyszedł na taras, to rozpoczął od ustawienia w równym rzędzie wszystkiego co się tam znajdowało. Gdy coś wystawało, to przestawiał to coś do drugiego rzędu. Pierwszy musiał być nienaganny.
Chłopiec bardzo lubi arbuzy i wygryzione skórki również ustawia w rządku. Paputki przy łóżku muszą stać równo z ramą. Rzeczy zdejmowane przed kąpielą składa w kostkę. Najpierw spodnie, na to skarpetki (wcześniej przekręcone na prawą stronę), majtki i na końcu bluzkę. Tak wykonaną piramidkę odkłada do kosza na brudną bieliznę. Nie zrobi choćby jednego kroku, nie mając na nogach butów, albo paputków.
Najciekawszy jest rytuał porannego przebierania się. Dobrze, że mamy czas, bo zajmuje mu to prawie pół godziny. Najpierw ściąga paputki, potem dół od piżamy. Przekłada go na prawą stronę i składa w kostkę. Zakłada majtki, spodnie, jedną skarpetkę i pierwszy but. Potem drugą skarpetkę i drugi but. Dalej ściąga górę piżamy i tak samo przekłada na prawą stronę i składa w kostkę. Ostatnim etapem jest założenie bluzki. Taka kolejność powtarza się dzień w dzień – jeszcze się nie pomylił.

Jego zamiłowanie do porządku odbieramy w dwojaki sposób. Z jednej strony cieszymy się, gdyż rzadko mamy taki porządek w pokojach jak teraz. Rambo sprząta każdy bałagan zrobiony przez pozostałe dzieci. Zawsze znajdzie miejsce dla wszelkiej maści zabawek znalezionych na podłodze. Niestety dotyczy to również pozostawionych niechcący ubranek dla niemowląt, które nie zawsze w danym momencie są czyste. Chłopiec składa je w kostkę i wkłada do szafy, albo do szuflady.

Moja bluzka też kiedyś zaginęła na trzy dni. Odnalazła się w koszu na pranie... widocznie Rambo stwierdził, że była już nieświeża. Wiele rzeczy musimy szukać, bo na przykład zdarza się chłopcu chować fragmenty większych zabawek. Mamy więc zjeżdżalnię-labirynt, ale Rambo nie pamięta gdzie schował piłeczki do niej. Pilnuje też, żeby wszystkie drzwi do pokoi były pozamykane, a szelki od dziecięcych fotelików zapięte (nawet gdy nie ma w nich dzieci). Pewnego dnia, gdy pracowaliśmy w ogrodzie, nagle zaczęło zbierać się na burzę. Odwróciłem plastikową taczkę, aby nie odjechała z wiatrem i położyłem drabinę, żeby się nie przewróciła. Nie zdążyłem wejść do domu, gdy taczka stała już na kółkach, a chłopiec przymierzał się do drabiny. Bo przecież porządek musi być.

Chłopiec jest niesamowicie (wręcz nienaturalnie) posłuszny. Wystarczy powiedzieć jedno zdanie, poprosić o cokolwiek, a Rambo natychmiast to wykonuje, nie pytając o nic. Po kilku dniach zauważyłem, że chłopiec sam nie wychodzi nad ranem ze swojego pokoju. Jednak gdy zaglądałem do niego około ósmej, to za każdym razem stwierdzałem, że już nie śpi. Okazało się, że czekał na sygnał, pewnego rodzaju rozkaz: „Możesz wyjść”. To też już się zmieniło.

Drugą stroną tego medalu jest rozliczanie nas z wypowiadanych słów. Gdy po tygodniu wreszcie zgodził się umyć głowę (bo podobno się bał), a ja nieopatrznie stwierdziłem: „Tak dobrze poszło, że teraz możemy myć głowę codziennie”, to teraz mam za swoje i Rambo każdego wieczora mi przypomina: „Jeszcze głowa”.

Po tygodniowym pobycie w domu, gdy stwierdziliśmy, że chłopiec coraz bardziej zaczyna się nudzić, postanowiliśmy zapisać go do przedszkola. Przez trzy dni był odbierany o trzynastej (przed obiadem). Ponieważ bardzo mu się tam podobało, to od czwartego dnia spędzał w przedszkolu jeszcze dwie dodatkowe godziny.

Zdaniem wychowawczyń chłopiec był grzecznym i posłusznym dzieckiem. Wprawdzie sam nie inicjował żadnych zabaw, to bez najmniejszego sprzeciwu brał udział w każdej zorganizowanej przez panią. Nas na tym etapie już to nie dziwiło. Rambo zwyczajnie wykonywał polecenia. Nie buntował się, nie narzucał swojej woli, nie próbował zmieniać reguł zabawy.

Rambo często wspomina brata. Najczęściej gdy coś razem robimy i ma jakieś skojarzenia. Mówi, że z Kacprem też to robił, albo że będzie robił. Raczej są to miłe wspomnienia, nawet wówczas, gdy mówi, że Kacper kupił mu piwo. Do tego wątku wracał już kilkakrotnie, chociaż nie potrafi powiedzieć ani kiedy to było, ani w jakich okolicznościach.

Mówi, że lubi swojego brata, ale on jest niedobry i „musi dostawać w dupę”.

Chłopiec był bardzo zadbany gdy do nas przyszedł. Nienaganna fryzura, markowe rzeczy i „wypasiony” rowerek. Dużo tego nie miał, bo został zabrany prosto z przedszkola, ale długo się zastanawiał nad założeniem butów, które my mu daliśmy. Ostatecznie wziął co było, chociaż był niepocieszony, że to nie są Nike. Jest bardzo czysty, często myje ręce. Gdy kiedyś ja poszedłem do kuchni umyć swoje, przyszedł za mną i „rzucił” tekstem: „A mydełko, a gąbka?”.

Jeżeli chodzi o rozwój intelektualny, to jest przeciętnym pięciolatkiem (prawie pięciolatkiem). Chętnie opowiada. Wie ile ma lat, zna dni tygodnia, chociaż nie we właściwej kolejności. Czasami myli pojęcia wczoraj – dzisiaj – jutro, albo śniadanie – kolacja. Chwali się tym, że potrafi liczyć do pięciu. Jednak jak się rozpędzi, to udaje mu się bezbłędnie dojść nawet do trzynastu.

Trochę też mówił o różnicach w traktowaniu przez tatę - jego i brata. Widzi je, ale raczej nie odbiera w kategorii „niesprawiedliwości”. Powiedział na przykład, że on ma telefon komórkowy, a dziesięcioletni brat nie. Wiedział też, że Kacper poszedł na komisariat policji. Zapytaliśmy: „Dlaczego?”, a on na to: „Bo musiał przeprosić tatę, mnie i mamę” (kolejność chyba nieprzypadkowa).

Podsumowując, mieszka nam się razem bardzo miło. Rambo szybko stał się członkiem naszej rodziny. Mimo tego, że czuje się u nas dobrze, to zabranie od mamy musiało odcisnąć na nim swe piętno. Gdy mama zastępcza gdzieś wychodzi, zadaje pytanie: „Na pewno wrócisz?”. Albo gdy pewnego dnia inna osoba odwoziła go do przedszkola, to powiedział do mamy zastępczej: „Ale na pewno mnie odbierzesz?”.

Chłopiec stworzył w swoim umyśle coś w rodzaju nowej ery. Przed nim i po nim. Wielokrotnie, gdy o czymś rozmawiamy, mówi: „To było jak mnie nie było”, lub „To było jak już jestem”.
Chłopiec nie pyta o swoją przyszłość, a my staramy się tego tematu unikać, bo przecież sami nic nie wiemy.






wtorek, 11 maja 2021

--- Spontan

Nie planowałem dzisiaj pisać o czymkolwiek. Jednak siedzę samotnie, ni to w pracy, ni to opiekując się dziećmi i dumam. W zasadzie to jestem jednocześnie w pracy (tyle, że zdalnej i nikt do mnie nie dzwoni) i mam pod opieką dzieci (ale poszły spać). Majka zabrała Rambo, Stokrotkę i pojechała na spotkanie z „biologią”. Paprotka z reguły śpi długo, a maluchy są na tarasie, co też sprzyja wyciszeniu. Mam więc czas.

Gdy byłem mały oglądałem radziecki film „Siedemnaście mgnień wiosny”. Boże, jaki ja jestem stary. Pamiętam tytuł i to, że głównym bohaterem był Stirlitz, a zapomniałem co było wczoraj na obiad. Ale póki pamiętam, opiszę moje cztery mgnienia pięknej, trzydniowej wiosny.

Rambo

  • Chcesz spać w pokoju z ciocią i Blanką, czy z wujkiem i Stokrotką?

  • Z wujkiem.
  • Ma ciebie kąpać ciocia, czy wujek?
  • Wujek.
  • Idziesz z ciocią na rower, czy z wujkiem do pracy w ogrodzie?
  • Z wujkiem.

Jeszcze się poznajemy. Chłopiec jest niesamowicie miły, ciągle uśmiechnięty (choć wiemy, że wcale nie jest mu do śmiechu) i natychmiast spełnia każdą naszą prośbę. Musimy więc uważać co mówimy, tym bardziej, że również nas rozlicza z każdego wypowiedzianego zdania. Gdy po tygodniu wreszcie zgodził się umyć głowę (podobno się bał), a ja nieopatrznie stwierdziłem: „Tak dobrze poszło, że teraz możemy myć głowę codziennie”, to teraz mam za swoje. Każdego wieczora mi przypomina: „Jeszcze głowa”.

Rambo nie potrafi bawić się zabawkami. Ciągle tylko łazi i sprząta. Jego mama mówi, że to jest jego forma zabawy. Ma to w genach po ojcu. Musimy więc chować przed nim wszystkie szczotki, zmiotki, szmatki, płyny do czyszczenia, bo „leci na miotle” równo. Chyba nie jest to normalne. Mocno się zastanawiam, czy to nie jest przypadkiem tak, jak z tym odśnieżaniem pokoju, w którym ciągle pada. Ale czy to możliwe? Chłopiec ma dopiero pięć lat.

Na razie to tyle w temacie "Rambo".

Iskierka

W zasadzie nie mam w zwyczaju rozpisywać się o dzieciach, które już z nami nie mieszkają. Tym razem też tak będzie.

Mogę tylko napisać, że Iskierka jest jedynym takim dzieckiem, spośród wszystkich, które z nami mieszkały. Regułą jest samoistne rozluźnianie kontaktów. Nawet jeżeli z innymi dziećmi raz na jakiś czas się widujemy, to najczęściej jest to towarzyskie spotkanie dorosłych. Dla dzieci jesteśmy jakąś dalszą ciocią i wujkiem, a czasami nawet nie tym.
Iskierka doskonale zna swoją historię, a do tego na bieżąco śledzi cały nasz dobytek (w sensie posiadanych dzieci). Gdy do nas przyjeżdża, to zawsze jest problem z wyjazdem. Wybiera się jak sójka za morze. Rodzice stoją nad nią i mówią: „Musimy już jechać”, a ona: „Jeszcze nie”. Raz w roku musimy odwiedzić ją w jej domu, z okazji urodzin. No „nie ma bata”, żeby tradycji nie stało się zadość. Rodzice nawet mówią: „Jak nie macie co zrobić z dziećmi, to przyjedźcie wszyscy”. Tak się jednak nie zdarza, bo jest to wyjazd całodzienny, a zawsze mamy jakieś dziecko, które śpi w ciągu dnia, albo ma w sobie tyle energii, że kwota naszego ubezpieczenia OC mogłaby nie wystarczyć na naprawienie szkód. Ale kogoś zawsze z sobą zabieramy. Iskierka najbardziej lubi się bawić z małymi dziećmi. Mniej więcej takimi, jakim ona była gdy od nas odchodziła. Nie wiem, czy to może coś oznaczać... pewnie nie.

Paprotka

Mamy już kwalifikację (to znaczy Paprotka ją ma). Jakie to wszystko dziwne. Paprotka, niczego nieświadoma, śpi w najlepsze. Ja na luziku popijam południową kawę. A tam, kilka kilometrów dalej, dwoje ludzi przegląda dokumentację dziewczynki. Dostaną jeden dzień na podjęcie decyzji.

Myślę, że będą już zdecydowani wychodząc z ośrodka.

Chapic

Historia tego małego (już) Włocha nieodparcie ukazuje mi różnice pomiędzy adopcją polską a włoską. Majka ma wśród znajomych (na FB) chyba wszystkich rodziców adopcyjnych naszych byłych dzieci zastępczych. Ale tylko Francesca tak otwarcie opisuje swoją rodzinę, nawet w pewien sposób chwaląc się tym, że Chapic jest adoptowany, że miał inną rodzinę, że ma swoją historię. Polscy rodzice bardzo starają się naturalizować adopcję. Myślę jednak, że to nie o nich chodzi. Jesteśmy społeczeństwem, które powinno rodzić się bez palca wskazującego.

Francesca po pięciu latach wciąż dzieli się z nami swoim szczęściem. Przysyła zdjęcia chłopca, chociaż wie, że znamy je z jej profilu.
Wczoraj zamieściła tekst, który spróbowałem przetłumaczyć trochę z pomocą translatora, a trochę mając wciąż w pamięci ten dzień. Na wypadek gdyby mi nie wyszło, zamieszczam też oryginał.

To było 10 maja 2016 r. Przejechałam 1800 km z sercem w dłoni, nie będąc nigdy tak podekscytowaną. To był dzień, na który czekaliśmy od lat, a Ty byłeś tam, nieświadomy bohater tej podróży. Przypominam sobie ręce tych, którzy się Tobą zaopiekowali, zanim my przyjechaliśmy. Tak, pamiętam jak robiliśmy zwyczajne zdjęcie, z oczami spuchniętymi z radości, przyklejonym uśmiechem... i mocno ściskające się nasze ręce.

Pamiętam, kto był w tej rodzinie. Przypominam sobie ręce tych, którzy Ci towarzyszyli, którzy zabrali Cię do siebie po tym, gdy przypadkowo trafiłeś na świat i nikt na Ciebie nie czekał... poza nami, dziwaczną włoską parą, która jest teraz Twoją rodziną.
Wyrazy uznania od rodziny”

Era il 10 maggio 2016. Mi ero fatta 1800 km con il cuore in mano ma non ero mai stata così presente a me stessa. Era il giorno che avevamo aspettato da anni e tu eri lì, inconsapevole protagonista di un viaggio.

Voglio ricordare le mani di chi si è preso cura di te prima del nostro arrivo. Le ricordo così, foto di rito, con gli occhi gonfi di gioia, il sorriso stampato...e le mani dietro di noi, a stringersi forte...
Nel complifamiglia voglio ricordare chi c'è stato prima di noi. Voglio ricordare le mani di chi ti ha accompagnato, alzato in piedi e restituito al mondo dopo che nel mondo c' eri finito per caso senza che nessuno ti aspettasse se non noi...la bizzarra coppia italiana che ora è la tua famiglia.
Complifamiglia”

Majki ręki nie mam w galerii zdjęć, ale ta poniżej też była jedną z tych, które ściskały.



Jeszcze piąte mgnienie wiosny

To wiadomość dosłownie sprzed chwili. Jedenastodniowa Mirabelka urodzona na trzech promilach. Majka właśnie zadzwoniła:

  • Bierzemy?

  • Bierzemy.

Nie przypuszczałem, że pustka po Bliźniakach zapełni się aż tak szybko.




niedziela, 9 maja 2021

--- Robiłem coraz większe oczy

 


Osiem lat temu, dokładnie o tym czasie, dostałem kwalifikację do bycia ojcem zastępczym w charakterze pogotowia rodzinnego. Gdyby wówczas ktoś nazwał mnie ignorantem w temacie pieczy zastępczej, to z pewnością bym się obruszył. Bo przecież byłem nafaszerowany świeżo zdobytą wiedzą na szkoleniu, poznałem kilka rodzin zastępczych, które pokazały mi życie za kulisami, a Majka dzień w dzień komentowała rozmaite rewelacje, do których docierała w sieci. Byłem wielki...

Opiszę moje doświadczenia z oczywistym zastrzeżeniem, że są one moje i tylko moje. Inne rodziny zastępcze z pewnością mają swoje.

Skąd się biorą dzieci

Wiedziałem, że nie przynosi ich bocian, gdyż Majka od ponad roku przygotowywała mnie na to, że będziemy opiekować się dziećmi zabezpieczanymi przez policję podczas interwencji. Spodziewałem się zatem częstych gości w niebieskich mundurkach o bardzo różnych porach dnia... zwłaszcza tych, gdy już nie świeci słońce.

Spodziewałem się również wielu noworodków, których mamy zrzekałyby się tuż po porodzie z bardzo różnych powodów.
Przemoc, alkohol, zaniedbanie – tak, to też brałem pod uwagę myśląc o dzieciach, którymi przyjdzie mi się opiekować.
Wiem co niektórzy może sobie teraz pomyślą. Ale aż tak niedoszkolony nie byłem i na hasło, że „dzieci odbiera się z biedy” już nabrać bym się nie dał. Jednak wcale się nie dziwię, że wielu osobom tak właśnie się wydaje. Niektóre (wyżej postawione) idą jeszcze dalej w tym kierunku, wymyślając coś czego nie ma, aby to czego nie ma zakazać odpowiednim zapisem w ustawie. No i jacy to oni są wtedy dobrzy, empatyczni, mający za cel jedynie dobro dziecka i rodziny.

W tej chwili mogę powiedzieć, że policjantów w swoim domu mam przyjemność gościć co siedem i pół roku, a radiowozu przed płotem jeszcze nie widziałem. Pierwszymi dziećmi przywiezionymi przez policję była Sztanga i Asteria, które to dziewczynki chodziły już do szkoły, a panowie którzy je przywieźli byli nieumundurowani i przyjechali nieoznakowanym samochodem. Potem było długo, długo nic, ponieważ trafiały do naszej rodziny dzieci małe, a policja twierdzi, że nie ma na swoim wyposażeniu fotelików do ich przewożenia. W związku z tym zawsze chcieli, abyśmy to my po dzieci przyjeżdżali. No i w większości przypadków był problem, kto te dzieci odbierze rodzicom. Mając postanowienie sądu o zabezpieczenie dziecka w trybie natychmiastowym (a takie sąd jest w stanie wydać nawet w ciągu godziny), możemy zwyczajnie pojechać po dziecko i zabrać je do swojego domu. Nie ma problemu, gdy przebywa ono poza domem (np. w przedszkolu, szpitalu). Gorzej, gdy trzeba je odebrać mamie. W tym przypadku zaczynają się schody, bo po pierwsze nie chcemy jawić się w oczach dziecka w roli tych złych, którzy zabierają je od mamy, a po drugie, która matka dobrowolnie i bez awantury odda swoje dziecko obcej babie, która wymachuje jakimś papierem i mówi, że jest matką zastępczą. Zresztą według mojego stanu wiedzy, przy odebraniu dziecka rodzicom, musi być obecny albo pracownik socjalny, albo kurator. Policja występuje jedynie w charakterze zabezpieczenia. Taki policjant nie może nawet dotknąć ani dziecka, ani rodzica. No chyba, że ten drugi jest agresywny, co daje podstawę aby go skuć w kajdanki... i to jest chyba najbardziej pożądane przez wszystkich zachowanie rodzica. Doskonale pamiętam jak pojechaliśmy po Ptysie. Pół dnia staliśmy na korytarzu, w którym to czasie kilka osób próbowało przekonać mamę, aby oddała je nam dobrowolnie. Była niegrzeczna, ale nie agresywna. Teoretycznie moglibyśmy tak stać nawet kilka dni, gdyby w ramach posiłków nie sprowadzono jakiegoś negocjatora.

Policja ma prawo odebrać dzieci tylko w sytuacji kryzysowej (czyli na przykład podczas nocnej interwencji) i musi je przekazać rodzinie zastępczej (albo zawieźć do jakiejś placówki). Dlatego coś mi się wydaje, że z tymi fotelikami to jakaś wielka ściema, tym bardziej, że nie są one potrzebne ani w taksówce, ani w karetce pogotowia.
Przerzucanie piłeczki między kuratorem, a pracownikiem socjalnym jest związane z tym, że w grę wchodzą dwie różne ustawy. Zgodnie z „procedurą 12a” ustawy o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie, jedynym upoważnionym do odebrania dziecka jest pracownik socjalny wykonujący obowiązki służbowe. Szkopuł polega na tym, że jednocześnie musi wystąpić zagrożenie życia lub zdrowia dziecka, musi mieć ono charakter bezpośredni, i pozostawać w związku z przemocą w rodzinie. Czasami sprawa nie jest tak bardzo jednoznaczna, więc pracownik socjalny próbuje przerzucić odpowiedzialność na kuratora. Do tego pracownik socjalny wcale nie uważa, że po godzinie piętnastej nadal wykonuje obowiązki służbowe. W każdym razie jakoś się zawsze dogadują i któryś z nich się pojawia.

Drugą sytuacją, gdy dziecko zostało przywiezione do nas przez policję był przypadek Rambo. Mamę przymknęli w czasie gdy chłopiec był w przedszkolu, a tatę nieco wcześniej. Nie było nikogo, kto mógłby chłopca odebrać i się nim zaopiekować... żadnej babci, żadnej ciotki, nikogo. Przedszkole kończyło już pracę, a Majka choćby ze względu na odległość, nie była w stanie dojechać. Na miejsce szybko dotarła policja i pracownik socjalny pomocy społecznej. Ale co dalej? Być może jednak z tymi fotelikami coś jest na rzeczy, bo pani policjantka wykombinowała, że skoro nie mogą do nas przyjechać radiowozem, to pewnie mogą zadzwonić po taksówkę. Jak pomyślała, tak zrobiła. Po dwóch godzinach pod dom podjechała taryfa, a w niej Rambo z obstawą. Dobrze, że nie kazali nam zapłacić za rachunek, gdyż lekko licząc, mogło to być nawet kilkaset złotych.

Jednak najbardziej przerażają mnie sytuacje, gdy dzieci mieszkają w rodzinach, w których od dawna nie powinno ich być. Od kilku tygodni czekamy na kilkumiesięcznego Briana. Pomoc społeczna złożyła wniosek do sądu, my wyraziliśmy gotowość do przyjęcia chłopca. I co? Nic. Sąd myśli. Chociaż pewnie bardziej prawdopodobne jest to, że nie myśli, tylko wniosek leży na stercie innych papierów i czeka na swoją kolejkę.

Podobno w naszym powiecie jest kilkanaścioro dzieci, które niemal od zaraz powinny trafić do pieczy zastępczej. Póki nie ma tragedii, nikt się tym specjalnie nie przejmuje.

Kim są rodzice biologiczni

Potocznie określa się ich „patologią”. Piją, biją, kradną, ćpają, prostytuują się. Dzieci są piątym kołem u wozu, które wcale nie jest potrzebne, aby karawana szła dalej. Też tak kiedyś myślałem. Wydawało mi się, że dzieci będą do nas przychodziły z takich właśnie środowisk.

Przygotowywałem się na spotkania z niesympatycznymi i agresywnymi osobami, które będą przychodziły pod mój dom, wykrzykiwały i obrzucały go nie wiadomo czym. Na ścianie mieliśmy wypisane numery telefonów, które w sytuacji kryzysowej mogły się przydać, a piloty antynapadowe wciąż były pod ręką.

Teraz jedynym ważnym numerem, który znam, jest „112”, a piloty leżą gdzieś w szufladzie z wyczerpaną baterią.

Być może doświadczenie trudnego rodzica biologicznego dopiero jest przede mną.

W większości przypadków, rodzice naszych dzieci, to ludzie nieporadni życiowo. Osoby, którym dobrze jest z tym co mają i z tym jak żyją. Oni wcale nie chcą żadnych zmian. Dziwią się tylko, że ktoś im odebrał ich dzieci. Dziwią się, bo przecież uważają się za dobrych rodziców. Tak naprawdę, w głębi serca oni wcale nie są aż tak źli. To o czym napisałem na początku jest najczęściej skutkiem nieradzenia sobie w życiu i brakiem pomocy z czyjejś strony. Ale nie pomocy teraz. Pomocy kiedyś... gdy jeszcze byli dziećmi i jakaś obca rodzina mogła zmienić ich przeznaczenie.

Zawsze się irytuję, gdy zdarza mi się czytać listy dzieci z domu dziecka zaczynające się na przykład tak: „Drogi darczyńco, marzę o nowym łóżeczku...”. Jedne dzieci marzą o łóżeczku, inne o pieluchach, albo proszku do prania. Nasze dzieci też raz na jakiś czas piszą listy do sponsora. Jednak one brzmią następująco: „Kochany Mikołaju, chciałbym dostać gwiazdkę z nieba, bo pieluchy już mam”. Trochę przesadziłem, ale chciałem pokazać pewien kontekst. Tak jak w tym domu dziecka, jest też w niewydolnych rodzinach, których dzieci trafiają do nas. Jest to życie oparte na darczyńcach i sponsorach (choćby z ośrodka pomocy społecznej). Model przekazywany kolejnym pokoleniom.

Dlatego powoli przestaję mieć nadzieję na to, że kiedykolwiek pojawi się jakiś rodzic, który będzie w stanie przewartościować swoje życie i zacząć wszystko od początku. Przestaję mieć nadzieję na to, że komukolwiek uda się tym ludziom pomóc. Wiem tylko tyle, że oni nie potrafią opiekować się swoimi dziećmi.
Jeżeli któremuś faktycznie powinie się noga w życiu, to odzyskuje dziecko po pierwszej rozprawie w sądzie. Jeśli nie wykorzysta pierwszych trzech, czterech miesięcy aby się naprawić, to znaczy że nie wykorzysta już żadnego innego danego mu czasu.

Mieliśmy kiedyś ojca, który był lokalnym mafioso (wtedy był to jeszcze mafioso-junior). Przyjeżdżał do swojego syna Filemona razem ze swoją mamą, która ciągle go rugała słowami typu: „No odezwij się”, „Powiedz coś do Filemona, przecież to jest twój syn”. Nawet go lubiłem. Wydawał się taki nieporadny, chociaż być może zajmował się zbieraniem haraczu od lokalnych sklepikarzy. Filemon jest starszym bratem Bliźniaków. Niestety nie miał w życiu tyle szczęścia co nasi chłopcy.

Coraz większe oczy robiłem również wówczas, gdy poznawałem nietypowe wzorce rodziców biologicznych, którym odebrano dzieci. Osoby z wyższym wykształceniem? Dlaczego nie. Sędzia sądu rodzinnego?

Albo mamy dzieci. Takie, które biją i gryzą niemowlaki. Takie, które zwykłą nitką i igłą zszywają ranę ciętą głowy dziecka, bojąc się pojechać do szpitala. Takie, które nie pamiętają, że już urodziły, a nawet, że kiedyś były w ciąży. Takie, które samowolnie opuszczają szpital twierdząc, że urodziły samą główkę. Takie, które się dziwią, że roczne dziecko pozostawione bez opieki na trzy dni, chodzi głodne, mimo że lodówka jest pełna. Albo takie, które wychodzą z domu, aby sprawdzić czy dziecko je kocha. Jeżeli płacze po powrocie, to znaczy, że kocha.

Dzieci

Kiedyś byłem przekonany, że przychodzące do nas dzieci będą płakać, tęsknić za mamą. Będą chciały rozmawiać z nią przez telefon, spotykać się.

Rambo jest pierwszy... po ośmiu latach.

Więzy krwi

Nie wolno rozdzielać rodzeństw – rzekłbym jeszcze cztery lata temu.

Teraz nie jestem już tego taki pewien. Ważniejsze niż więzy krwi są już dla mnie więzi pomiędzy rodzeństwem. A z tym bywa bardzo różnie. Gdy słyszę, że jest do umieszczenia trójka, czwórka, albo jeszcze więcej dzieci z danej rodziny, to zastanawiam się ile z nich ma tego samego ojca. Dobrym wynikiem jest dwoje.
Ojciec najmłodszego dziecka najczęściej nie najlepiej sprawdza się w roli opiekuna dzieci swoich poprzedników. W zasadzie to nawet nie najlepiej sprawdza się w roli ojca swojego dziecka i często byłoby lepiej, aby go wcale nie było. No ale jest i starsze dzieci traktuje o wiele gorzej niż swoje. Bywa, że te młodsze mają piękny, kolorowy pokój, a starsze odrapane ściany i śpią na podłodze. Zdarza się, że pięciolatek ma telefon komórkowy, a przyrodni, jedenastoletni brat na niego nie zasłużył. Albo starsze dzieci mają zakaz wchodzenia do pokoju tych młodszych. Nie należą też do rzadkości sytuacje, gdy te młodsze dzieci biją starsze, w majestacie prawa ustanowionego przez rodziców. Nietrudno sobie wyobrazić, jak to może wpływać na relacje pomiędzy rodzeństwem. Czy umieszczenie takich dzieci w jednej rodzinie, która nie będzie wyróżniać żadnego z nich, spowoduje że wszystko zostanie zapomniane? Czy nie będą wracać dawne zachowania, lęki? Nie będzie powrotów do odgrywania zakorzenionych ról? Ptysie i Bliźniaki zdają się potwierdzać takie tezy. Być może Rambo będzie miał okazję im zaprzeczyć.

Bywają też rodzeństwa, które znają się słabo, albo wcale. Czy warto próbować połączyć to, co już raz zostało rozerwane? Myślę teraz o naszej Paprotce i Calineczce. Obie dziewczynki mają starszych braci i siostry. Calineczka mieszka z nami od urodzenia, a Paprotka od swojego czwartego miesiąca życia. Jakoś nikt nie zadaje sobie pytania, jakie więzi łączą obie dziewczynki, chociaż (niezależnie od tego jak silne one są) wkrótce zostaną zerwane. Pojawiają się rozważania dotyczące ewentualnego umieszczenia w jednej rodzinie Calineczki ze swoim rodzeństwem i Paprotki ze swoim. Pytam: „W imię czego?”. Właściwie jest to pytanie retoryczne, bo przecież znam na nie odpowiedź. Z dużym niepokojem czekamy na zakwalifikowanie Paprotki do adopcji. Z Calineczką historia powtórzy się za kilka miesięcy.

Byliśmy pytani o zdanie na zespole dotyczącym oceny Paprotki i zapewne będziemy musieli się wypowiedzieć, gdy przyjdzie czas na Calineczkę. Ja nie mam problemów z jednoznacznym wyrażeniem swojej opinii, chociaż wiem, że tym samym w jakiś sposób przekreślam szanse adopcyjne starszego rodzeństwa obu dziewczynek. Jestem cholernie logiczny i pragmatyczny. Wiem, że za bardzo. Ale nie potrafię inaczej. Nie potrafię eksperymentować, gdy margines niepowodzenia sięga kilkudziesięciu procent. Myślę, że znacznie przekracza połowę.

Skupię się na Paprotce. Dziewczynka mieszka z nami już ponad rok. Mógłbym powiedzieć, że o rok za długo. Niech jednak będzie, że o cztery miesiące za długo. W tej chwili każdy kolejny dzień powoduje, że rozstanie będzie coraz trudniejsze, a trauma z nim związana coraz większa. Paprotka przez cały okres pobytu u nas, tylko przez miesiąc była jedną z czterech, a przez pozostałe jedenaście miesięcy – jedną z pięciu, jedną z sześciu. Pewnie ktoś by powiedział, że to jest właśnie rodzina wielodzietna. No, nie do końca się z tym zgadzam. Kompilacja ciągle zmieniających się kilkulatków z problemami różnej natury, moim zdaniem nie wpisuje się w definicję rodziny wielodzietnej.

Przepraszam, ale w tym miejscu muszę zrobić krótką dygresję, by spróbować udowodnić swoją tezę. Opiszę mój dzisiejszy poranek. Majka musiała wyjechać, zostawiając mi pod opieką piątkę dzieci. Każde innego ojca, a nawet innej matki. W perspektywie miałem przewinięcie, ubranie, nakarmienie i zajęcia edukacyjno-wychowawcze.

Dzień rozpocząłem przed szóstą, ponieważ Stokrotka ma w zwyczaju wstawanie z kurami. Przez prawie dwie godziny czułem się całkiem zrelaksowany. Dziewczynka zajmowała się swoimi sprawami, a ja piłem kawę i upajałem się błogą ciszą, która w naszej rodzinie jest towarem deficytowym. Przed ósmą powoli zaczęła budzić się reszta towarzystwa. W zasadzie nie powoli... zdecydowanie odbywało się to w sposób lawinowy. Gdy już wszystkich zniosłem do pokoju dziennego, zacząłem określać priorytety. Na pierwszy ogień poszła Calineczka, której kupa wychodziła z pieluchy aż na plecy. Niby nie pierwszyzna, ale gdy zdjąłem jej piżamkę, to wszystko rozmazało się aż po czubki uszu. Bez wątpienia nadawała się pod kran, ale przecież nie mogłem zostawić samopas pozostałej czwórki. Musiałem radzić sobie przy pomocy chusteczek nawilżanych, co znacznie przedłużało całą operację. W tym czasie zaczęła wydzierać się Blanka, zgłaszając swoje potrzeby. Podrzuciłem jej pierwszą z brzegu niedopitą w nocy butelkę z mlekiem. Nie pomogło. Jednak chodziło jej o wzięcie na ręce. Beczała więc dalej. Stokrotka zaczynała odczuwać zmęczenie rannym wstaniem i też zrobiła się marudna. Widocznie nie spodobało się to Paprotce, bo wzięła zabawkową gitarę i zdzieliła ją przez ten „łysy łeb”. No to dopiero się zaczęło. Paprotka dołączyła do orkiestry, bo widocznie poczuła się urażona zwróconą jej uwagą. A to był dopiero początek. Miałem jeszcze do wymiany dwie pieluchy, przygotowanie dwóch butelek z mlekiem i zrobienie śniadania dla starszyzny.
Tylko Rambo się nie odzywał. Siedział i tęsknił. Dopiero od dwóch dni wie, że ma prawo tęsknić, że ma prawo być smutny, że ma prawo płakać. W jego domu było to zakazane.
Niech mi więc ktoś powie, że tak wygląda rodzina wielodzietna. U nas każdy walczy o życie.

Z taką refleksją wracam do tematu Paprotki. Dlaczego miałbym chcieć, aby dziewczynka zamieszkała razem ze swoimi braćmi i siostrą, z których każdy (zdaniem ich rodziców zastępczych) jest w jakiś sposób zaburzony i wymaga terapii. Przecież Paprotka zupełnie ich nie zna. Czy rzeczywiście więzy krwi są takie ważne? Nawet dla jej mamy chyba nie były, gdyż ani razu nie przyjechała się z nią spotkać. Razem z Majką stwierdziliśmy, że dziewczynka potrzebuje rodziny na wyłączność , więc w tym duchu napisałem naszą ocenę sytuacji na zespół. Na dobrą sprawę mógłbym opowiedzieć się po stronie idei nierozdzielania rodzeństw. Z pewnością nikt nie miałby mi tego za złe. Mógłbym też zupełnie pominąć tę kwestię, zdając się na decyzję zespołu. Tak byłoby łatwiej. Być może wówczas wnioski wynikające z posiedzenia byłyby zupełnie inne. Być może ułatwiłyby podjęcie decyzji ośrodkowi adopcyjnemu. Być może bez większego namysłu rozpocząłby poszukiwania rodziców adopcyjnych dla czwórki dzieci. Jednak stawiam dolary przeciwko orzechom, że takiej rodziny w swojej bazie nie ma, a dotychczasowe doświadczenia z adopcją kilkorga dzieci niezbyt dobre. No to może dwie adopcje po dwoje dzieci. Ale jak dokonać wyboru? Według jakiego klucza? Jak poprowadzić proces zapoznawania się z rodzicami adopcyjnymi? Jedni przychodzą do jednego dziecka, a drudzy do pozostałej dwójki? A ci od tego jednego, na drugą zmianę do Paprotki? A może to jedno przerzucić na kilka tygodni do nas, fundując mu kolejną traumę?

Znam złoty środek. A w zasadzie środek, który kilka lat temu nazwałbym złotym. Wystarczyło całą czwórkę umieścić rok temu w jednej rodzinie zastępczej. Nawet jeszcze wierzę w to, że teraz nikt na siłę nie chciałby wyadoptowywać tych dzieci, które dałoby się wyadoptować i rodzeństwo w komplecie nie zostałoby zakwalifikowane do adopcji, mając tym samym możliwość wspólnego wzrastania w jednej rodzinie. Ale takich rodzin nie ma - często dla tylko dwójki dzieci. Coraz bardziej zaczynam powątpiewać w tę dużą ilość „pustych” rodzin zastępczych, które nie są spożytkowane wyłącznie z przyczyn istniejącej rejonizacji. W naszym powiecie też istnieją takie puste rodziny zastępcze (nawet zawodowe), a jednocześnie brakuje rodzin zastępczych. Paradoks? Otóż te puste rodziny wcale nie są zainteresowane przyjęciem jakiegokolwiek dziecka, albo wybrzydzają niczym księżniczka przed zamążpójściem. Z kolei te chętne i gotowe, nie zawsze dają gwarancję należytego pełnienia swojej funkcji. Kto im zatem kiedyś dał odpowiednie kwalifikacje? Być może jest więc tak, że mamy tylko duże pokłady „papierowych” rodzin zastępczych.

Proces przejścia do rodziny adopcyjnej

Temat rzeka. Moje zmiany świadomościowe w tej kwestii raczej nazwałbym rewolucją niż ewolucją. Jeszcze kilka lat temu, metody które opisałem przy pożegnaniu bliźniaków, prawdopodobnie uznałbym za fanaberie psychologów. Kilkutygodniowe życie dziecka na dwa domy. Dwie mamy, z których jedna ma na imię „Ciocia”, a druga „Małgosia”. Emigrowanie w ciągu dnia i powroty na noc. Weekendowe wyjazdy z nowymi rodzicami z opcją noclegu. Częste spotkania tuż po zamieszkaniu z rodzicami adopcyjnymi. Pudełko wspomnień?

Po co to wszystko? Trzeba dążyć do jak najszybszego zamieszkania dziecka z nowymi rodzicami. Niech nie tęskni, niech nie wspomina. Niech się cieszy nowym rozdaniem kart. Niech zapomni o tym co było.

Czy ja naprawdę kiedyś taki byłem? No, byłem.

Nieraz słyszę w telewizji: „Nieujawnione źródło z partii rządzącej przekazało informację, że...”. Kiedy już dowiedziałem się jak powinien wyglądać prawidłowy proces przejścia dziecka do nowej rodziny, postanowiłem dotrzeć do takiego źródła. Może nie z partii rządzącej (bo pewnie zostałbym utwierdzony w moim dawnym przekonaniu), ale z samego centrum świata pieczy zastępczej. Zapytałem: „Dlaczego mało kto tak robi?”. Odpowiedź była krótka: „Bo nikomu na tym nie zależy”. Rodzice adopcyjni najchętniej natychmiast pojechaliby po dziecko i zabrali je do swojego domu. Nieraz wydaje im się, że dziecko nic w swoim życiu nie robiło, tylko czekało na swoich wybawców, którzy otoczą je bezgraniczną miłością. Ale to nie bajka. Krzywda emocjonalna wyrządzona dziecku w taki sposób, może się odbijać czkawką jeszcze przez wiele lat, a czasami dopiero po wielu latach. Rodziny zastępcze często też nie są chętne na trwające tygodniami spotkania. Plątający się po domu rodzice adopcyjni po kilku dniach przestają być mile widziani, a przepisy prawa nie pozwalają na przebywanie dziecka z rodzicami adopcyjnymi bez obecności rodzica zastępczego. Zatem zabieranie dziecka na wycieczki, czy spędzanie sam na sam całego weekendu, wielokrotnie są tylko mrzonką. Osoby szkolące rodziny adopcyjne często nie mówią o tym jak powinien wyglądać prawidłowy proces przejścia, gdyż nie ma jasno określonych procedur, a rodzice zastępczy z dużym prawdopodobieństwem będą dążyć do skrócenia procesu. Osoby szkolące rodziny zastępcze też o tym nie mówią, dokładnie z takich samych powodów. Bardzo często rodzice adopcyjni próbują (często nawet podświadomie) wymazać z pamięci dziecka okres pobytu w rodzinie zastępczej. Bywa, że próby podążania za potrzebami dziecka zostają odbierane przez rodziców adopcyjnych jako nieuzasadnione przedłużanie wszystkiego. No i kółko się zamyka.

Na szczęście zauważam, że od kilku lat sporo zaczyna się dziać, wiele się zmienia. Tylko prawo stoi w miejscu.

Teraz uważam, że warto poświęcić te kilka tygodni na intensywne poznawanie się dziecka z jego nowymi rodzicami. Dla rodziców adopcyjnych są to często jedyne tak ważne tygodnie w całym ich życiu, a rodzice zastępczy też przecież nie mają adopcji za adopcją. Skoro piecza zastępcza jest ich pasją, czy misją – to niech się postarają.

Ja nie mogę sobie darować przebiegu procesu adopcji Iskierki. To było wiele lat temu. Dziewczynka była jeszcze bardzo mała, radosna, otwarta na obce osoby. Rodzice przyjeżdżali z daleka. Po trzech krótkich spotkaniach wydawało się, że można już zamknąć kolejny rozdział w życiu Iskierki. Ale chyba tylko się wydawało. Właściwie to ja spieprzyłem wszystko. Nawet nie mam do siebie pretensji o to, że nie miałem takiej świadomości jak teraz. Cóż, może zostałem źle przeszkolony. Jednak wówczas czułem, że coś jest nie tak, że to jest zbyt krótko - ale się nie odezwałem. Do dzisiaj spotykamy się z dziewczynką kilka razy w roku, a mimo wszystko mam wrażenie, że ona się jeszcze z nami nie pożegnała, że nasza historia w jakiś sposób wciąż trwa, a Iskierka nie potrafi ułożyć całej układanki.