niedziela, 17 października 2021

OMEN i DAGON

 


Piszę te słowa w głębokim wzburzeniu emocjonalnym. Do północy nie będę już istniał, chociaż jeszcze miesiąc temu byłem szczęśliwym człowiekiem. Zapas alkoholu czyniący ostatnie tygodnie lżejszymi, skończył się wczorajszego wieczora. Wciąż dręczą mnie koszmary, ale nie mogę zasnąć. Muszę jeszcze wytrzymać kilka godzin. Potem nie będzie już nic.

Ona zamknęła się w swoim pokoju. Od wczoraj nie wychodzi nawet na posiłki. Czeka. Na co?

Zdarzyło się to w najspokojniejszym okresie mojego życia. Stabilizacja finansowa, satysfakcjonująca praca zawodowa, dwóch bezproblemowych nastoletnich synów i ona. Piękna, szczęśliwa, chłonąca radość życia pełną piersią. Chciała jeszcze kogoś obdarować swoim optymizmem i witalnością. Chciała dać komuś dom.

Omen i Dagon pojawili się w dniu, w którym ona obchodziła swoje trzydzieste szóste urodziny. Uznała to za dobry znak. Nie zastanawiała się długo. Trzeba było działać szybko, aby ratować niespełna trzyletnie bliźniaki. Ratować dwójkę chłopców przed ich mamą, przed poczuciem porzucenia, przed pogrążaniem się w traumie rozstania.

Pokój dziecięcy przygotowałem w ciągu kilku godzin. Nowe łóżeczka, zabawki, ubranka, kosmetyki. Następnego dnia kupiłem wózek i foteliki samochodowe.
Za sprawą tej dwójki dzieci przenieśliśmy się nagle do roku 2008, gdy przeżywaliśmy chwile radości i podniecenia, gdy planowaliśmy przyszłość naszych synów, gdy życie nabierało rozpędu i miało niebywały sens. Niestety już trzeciego dnia zrozumieliśmy, że popełniliśmy ogromny błąd. Bracia byli strasznie absorbujący, hałaśliwi, pozbawieni wszelkich zasad. Zamienili dom w pole bitwy. Nie chcieli się podporządkować. Nie chcieli stać się członkami naszej rodziny. Doszliśmy do wniosku, że niewiele o nich wiedząc, podjęliśmy decyzję zbyt pochopnie. Zaproponowaliśmy oddanie jednego z chłopców innej rodzinie. Zajmowanie się tylko Omenem dawałoby jakieś szanse na wyjście z kryzysu. Nie zgodzili się. Podobno rodzeństw się nie rozdziela. Być może zostaliśmy w jakiś sposób wmanipulowani w trudne rodzicielstwo. Bo przecież nie tak wygląda rodzicielstwo... prawda?

Omen i Dagon są dziećmi dziewczyny, która dokonała w życiu niewłaściwego wyboru. Starała się jak mogła, chociaż sama była prawie dzieckiem. Tata chłopców odbywa karę odosobnienia tylko za to, że zupa była za słona. Widocznie musiała być bardzo słona. Ktoś uznał, że rodzice nie są dobrymi rodzicami. Może słusznie.

Dochodzi pierwsza w nocy. Czuję zbliżający się strach, który niczym lodowaty dreszcz przeszywa mnie do szpiku kości. Nie śpię w gotowości na to, co za chwilę będzie się działo. Nie potrafię wyrazić słowami tej zgrozy, która czai się pośród otaczającej mnie absolutnej ciszy. Najpierw obudzi się Dagon i wylezie ze swojej misternie zbudowanej nory. Spoglądam zatem w głąb czeluści, której nie zdołał rozświetlić nikły blask księżyca. Widzę jakiś błysk. To dwoje oczu, w których przegląda się słaby promień światła. Widocznie już siedzi, czając się do ataku. Spragniona bestia za chwilę rzuci się w moim kierunku. Spoglądam w przeciwległą stronę, jakby w bezdenny chaos wiecznej nocy. Przerażenie przeplata się z fascynacją tą osobliwą krainą mroku, w której czeka drugi potwór. To wcielony diabeł czyhający na moje życie. Już go słyszę. Zaczyna sapać, by za moment wydać z siebie przeraźliwy ryk. Pchany impulsem, który trudno sprecyzować, gramoli się ze swojego barłogu. Wypełza. Wyłania się majestatycznie z mrocznych odmętów i rozgląda dookoła. Już mnie widzi. Po chwili dopada, oplatając moje ciało swoimi mackami. Jego jad paraliżuje wszystkie moje członki. Nie mogę się ruszyć.

Czekam do świtu zastanawiając się, czy to wszystko nie jest tylko iluzją, albo majakami wywołanymi wysoką gorączką. Nie potrafię myśleć o niczym jak tylko o niej. Tylko ją muszę chronić przed tymi istotami. Wiem, że koniec jest bliski, ale mam plan, który muszę dzisiaj zrealizować. Patrzę na okno... jeszcze nie teraz.

piątek, 8 października 2021

--- Diagnoza

Janusz po ciężkiej nocy wszedł do pokoju trzymając półroczną Weronikę na ręce. Zewsząd dochodził go mdły zapach niemowlęcej kupy zmieszany z nieprzyjemną wonią mleka. Rozejrzał się dookoła. Natalka wyciągała ręce do góry krzycząc: „Am, am”, a Zosia stała przy pudle z zabawkami wyrzucając jego zawartość na podłogę.

– Oby nikt teraz do nas nie przyszedł – zagadnął od niechcenia.
– Już nie narzekaj – odpowiedziała Grażyna. Lepiej przewiń Weronikę, bo ja robię śniadanie.
– Jak minęła noc? – kontynuowała.
– Kiepsko. Pięć pobudek, pierwsza już chwilę po północy.
– Janusz, musimy porozmawiać – ciągnęła dalej swój wywód Grażyna. – To nie może tak dłużej trwać.  Ciągle chodzisz jakiś smutny, mało się odzywasz, nic cię nie cieszy. Na pewno masz depresję. Musisz pójść do psychologa albo do psychiatry, a najlepiej do obu. Nie martw się, ja ci pomogę i umówię na wizytę. Tylko wybierz.

Janusz spojrzał na swoją żonę, którą znał od kilkudziesięciu lat i delikatnie się uśmiechnął. Mógłby się założyć o duże pieniądze, jakie będzie jej następne zdanie. Typowa jednostka dominująca i kontrolująca – pomyślał. – Za chwilę zapyta czy wolę jechać na wakacje do Egiptu, czy do Peru. A za rok czy do Peru,  czy na Sri Lankę. Grażyna nigdy nie pyta czy w ogóle gdzieś chcę jechać. Dzieci też nie pyta w co chcą się ubrać, tylko czy wolą bluzkę w kwiatki, czy w pieski.

– A wiesz, że dostałam niesamowicie korzystną ofertę wyjazdu do Peru? Może pojedziemy? – powiedziała Grażyna, nie robiąc tym na swoim mężu większego wrażenia.

Janusz przecząco pokiwał głową i podszedł do szuflady w poszukiwaniu rzeczy potrzebnych do przebrania Weroniki.

– Jak było na spotkaniu z Mikołajem? – nieoczekiwanie zmieniła temat.

– Fajnie.
– Przeszły cię ciarki, gdy z nim rozmawiałeś?
– Jakoś nie – odpowiedział Janusz, podnosząc ze zdziwieniem głowę znad nieświeżej pieluchy. – A powinny?
– No. Ja kiedyś miałam nawet gęsią skórkę.
– Nie martw się, załatwię ci autograf – zażartował pochylając się ponownie nad rozebranym do połowy niemowlakiem.

Jednak atmosfera wcale się nie rozluźniała. Wręcz przeciwnie, coraz bardziej dawało się wyczuwać rosnące napięcie.

– To co będzie z tym psychologiem?  nie ustępowała Grażyna.

– Nic nie będzie. Nie mam ochoty grzebać się w swojej przeszłości, cofać do wczesnego dzieciństwa. To nic nie zmieni. Nauczyłem się żyć tak jak żyję. Przyzwyczaiłem się. Jest mi z tym dobrze. Czy każdy musi być szczęśliwy?
– To powiedz mi kochanie co byś chciał, żeby poprawił ci się nastrój. Czego potrzebujesz?
– Potrzebuję seksu – rzucił Janusz bez chwili namysłu.
– Spokojnie, nic się nie martw. To tylko niepożądany skutek uboczny po szczepieniu. Przejdzie ci – odpowiedziała Grażyna bez większego przekonania.

Janusz pomyślał, że wcale nie chce aby cokolwiek mu przechodziło, ale pragnął wreszcie zakończyć rozmowę, by móc spokojnie zająć się dziećmi. Niestety nie było mu to dane.

– A co z psychiatrą? On na pewno ci pomoże – nie poddawała się Grażyna.

– Rób co chcesz. Podaj mi tylko termin, to pójdę – skapitulował Janusz.

Minęło kilka dni, gdy nasz bohater wybrał się pod wskazany przez Grażynę adres. Mając złe doświadczenia z polską koleją, wyjechał na spotkanie z godzinnym zapasem, który to czas spędził później na parkingu przed kliniką. Ale się nie spóźnił.

– Co pana do mnie sprowadza?  zaczął rutynowym pytaniem lekarz.

– Starość – skwitował krótko Janusz.
– Proszę mi coś więcej o sobie opowiedzieć. Ile ma pan lat?
– Pięćdziesiąt sześć. Wiem, że to jeszcze nie czas na śmierć, ale właśnie w tym tkwi problem. Zrobiłem w swoim życiu wszystko co chciałem. Zrealizowałem wszystkie cele, które kiedyś sobie postawiłem. Teraz szukam czegoś, co może nadać mojemu życiu jakąś wartość. Pracuję zawodowo, angażuję się w rozmaite projekty. Szukam, szukam i nic.

Janusz rozgadał się jak nigdy dotąd. Opowiedział o sobie niemal tak dokładnie jak gdyby stał u bram Świętego Piotra. Być może zadziałała atmosfera tego miejsca, a może eksplodowała kumulowana latami energia.

– A te czarne włosy to naturalne?  przerwał nieoczekiwanie lekarz

– Naturalne – skwitował Janusz, przechodząc płynnie do opowiedzenia o swojej najważniejszej aktywności w życiu.

Lekarz robił coraz większe oczy, gdy słuchał o pieczy zastępczej, o dzieciach odbieranych rodzicom, o radościach i trudnościach w funkcjonowaniu rodziny Janusza.

– Wie pan, że ja też kiedyś tak miałem, też doszedłem do wniosku, że mam już wszystko – stwierdził psychiatra, ucinając brutalnie monolog swojego pacjenta.

Janusz spojrzał na niego trochę ze zdziwieniem, a trochę z zażenowaniem. Do czego on zmierza – pomyślał.  Potrzebuje pomocy psychologa, chce zmienić temat, czy podtrzymać mnie na duchu? Wysłuchał jednak wykładu na temat powiązań między świadomością, ciałem i emocjami. Poznał pobieżnie metody stosowane w psychiatrii oraz różnice między pracą psychologa a psychiatry.

– Bo to jest bardzo różnie – kontynuował lekarz. Czasami potrzeba tylko czasu, a innym razem dużych zmian jak choćby zmiany miejsca zamieszkania, a nawet partnera, do czego wcale pana nie namawiam. U mnie było tak, że nagle coś przeskoczyło i zacząłem myśleć zupełnie inaczej, stałem się innym człowiekiem.

Janusz pomyślał, że wcale nie chce wymieniać swojej Grażynki, bo się do niej zwyczajnie przyzwyczaił i niech facet wreszcie sięgnie po receptę, bo przecież bez leków do domu wrócić nie może.

– Ja panu w tym pomogę – mówił dalej psychiatra, jakby czytając myśli pacjenta. - Nawet panu powiem, co panu jest. To wcale nie jest depresja.

– Wie pan kim byli Hedoniści?  zapytał zagadkowo.
– Tak – odpowiedział Janusz udając, że ma choćby mgliste pojęcie.
– Pan jest ich przeciwieństwem. Jednak nie trzeba wiele, aby to zmienić. Pan ma tylko dystymię? Wie pan co to jest?

Janusz potraktował to jak pytanie retoryczne, więc lekarz kontynuował dalej.

– Pan jest niezwykłym człowiekiem, a pana problem wynika z nadmiaru satysfakcji – skwitował kończąc swoją myśl.

No fajnie – zadumał się Janusz. – Ale pisz pan tę receptę, bo czas leci, a wraz z nim cena konsultacji. Jeszcze trochę i na pewno nic mi nie przeskoczy. Najwyżej Grażynce, gdy zobaczy paragon za wizytę.

Na szczęście okazało się, że chociaż lek był tani - dużo tańszy niż witamina D dla dzieci. Do tego w aptece oczom Janusza ukazała się pełna szuflada identycznych pudełeczek. Nie jestem jedynym psycholem na świecie – pomyślał i w dużo lepszym nastroju wrócił do domu.

Jednak gdy zaczął analizować „instrukcję obsługi” specyfiku, doszedł do punktu, w którym przeczytał:
Lek może powodować wystąpienie objawów zaburzeń czynności seksualnych. W niektórych przypadkach objawy te mogą utrzymywać się po przerwaniu leczenia.”
I wszystko stało się jasne...

PS Uczę się pisać od nowa. Może być?

sobota, 25 września 2021

--- Wypalenie rodzicielskie

Dzień rozpocząłem o 7:24, co jest ogromnym sukcesem... dzieci. Chociaż od jakiegoś czasu już nie narzekam, ponieważ od chwili gdy rozdzieliliśmy na noc Mopika i Shirley nagle się okazało, że obie śpią średnio o godzinę dłużej. Ja wróciłem (mam nadzieję, że na dłuższy czas) do łóżka Majki i ze zdziwieniem stwierdziłem, że dziewczyna w nocy wcale nie ma tak źle jak myślałem. Wstaje tylko dwa razy i to tylko na chwilę. Raz podaje mleko Blance i drugi Mirabelce. Zajmuje jej to maksymalnie sześć minut razem wziętych. Ja wcale nie mam lepiej, bo średnio dwa razy idę zrobić siku, na co tracę cztery minuty, i budzę się (chociaż nie muszę wstać) na kolejne dwie minuty, gdy dziewczynki domagają się mleka. Ale słowo się rzekło, więc skoro obiecałem Majce możliwość odespania tych trudnych nocnych chwil do dziewiątej, to mam dzieci pod opieką od momentu obudzenia się pierwszej. Zawsze sobie obiecuję, że zanim coś chlapnę papą, to najpierw powinienem pomyśleć, ale mimo że już jestem stary to wciąż mi nie wychodzi. A oczywiście w tym co już obiecałem, zawsze jestem najlepszy i nikt mnie nie zastąpi. Gdy trzydzieści lat temu zobowiązałem się kąpać nasze dzieci, tak robię to do dzisiaj. Gdy kiedyś wyprałem pieluchy (wtedy jeszcze były tetrowe) razem z czerwonym dresem, to Majka zamiast mnie za to zrąbać i stwierdzić, że się do niczego nie nadaję, to powiedziała: „O, jakie ładne kolorowe pieluszki teraz mamy”.

Wracając do mojego rannego zajmowania się dziećmi, muszę powiedzieć, że w przeciwieństwie do Majki stawiam na samorozwój. Majka rozpoczyna swój dzień od wzięcia do ręki książeczki i zadania pytania: „Pokaż słonia”, na co Shirley biegnie pod pianino i wskazuje palcem na stojącego na nim stwora. Wychodząc z założenia, że ze wszystkim można przesadzić, ja książeczek nie tykam.


Jak wcześniej wspomniałem, nad usługi czytelnicze przedkładam samorozwój... głównie swój. Chociaż o dzieciach również myślę, starając się nie być nadmiernie opiekuńczym. Moim zdaniem nadopiekuńczość zdecydowanie nie pomaga w eksploracji świata, zwłaszcza w nabywaniu umiejętności o charakterze społecznym. Dzieciom zupełnie to nie przeszkadza, bo przecież jestem obok i jak tylko mają jakąś potrzebę to reaguję.

Ja najczęściej w tym czasie czytam. Ostatnio dla przykładu po raz pierwszy w życiu przeczytałem umowę łączącą nas z PCPR-em i ku mojemu zdumieniu odkryłem, że nawet na 24 godziny możemy oddać nasze dzieci zastępcze pod opiekę kogokolwiek, bez obowiązku zgłaszania tego faktu. Z kolei gdy zamierzamy przekroczyć ten termin, to wystarczy wykręcić numer do naszego koordynatora i jest po sprawie. Tak więc nasz ostatni wyjazd nad morze tylko z dwójką dzieci (podczas gdy pozostałe były pod opieką cioci Marlenki) był zupełnie zgodny z prawem. Doczytałem też, że mamy obowiązek współpracować z urzędami, w tym sądami. Czyli moja relacja z wyjazdu Majki do sądu, w którym musiała coś załatwić z sędzią, wcale nie jest opisem zachowań korupcyjnych. Zwyczajnie taki mamy obowiązek. Tak, wiem – przez jakiś czas będę trochę uszczypliwy.

Dzisiaj zupełnie przypadkowo trafiłem na artykuł związany z wypaleniem rodzicielskim. Tekst bardzo krótki, ale o tyle ciekawy, że takiego sformułowania nigdy nie słyszałem. I faktycznie badanie tego tematu ma bardzo krótką historię, sięgającą zaledwie 2018 roku. Idąc za ciosem sięgnąłem do tekstu oryginalnego i dalej do kilku opracowań Sharon Hays (socjolożki Uniwersytetu Kalifornijskiego), która jak dobrze zrozumiałem wcieliła w życie pojęcie „intensywne macierzyństwo”. Z tym zrozumieniem to u mnie jest bardzo kiepsko, więc być może tłumaczenie na polski powinno brzmieć nieco inaczej. No ale lepiej z moim angielskim nie będzie, gdyż na uniwersytet trzeciego wieku się nie wybieram i żadnego obcego języka doskonalił nie będę. Śniadanie na szóstą potrafię zamówić i to mi wystarczy. Zresztą na przeciętnym kursie angielskiego sformułowań naukowych raczej nie uczą, więc z przetłumaczeniem słowa „dychotomia”, a może i zwrotu „kulturowe sprzeczności macierzyństwa”, nadal miałbym problemy.

Spróbuję więc tylko krótko przybliżyć temat. Badania były prowadzone na dużej, bo 17 tysięcznej grupie rodziców z 42 krajów. Ponieważ przypuszczano, że pierwotnie uzyskane wyniki mogą być zaburzone tym, że w niektórych krajach (mniej rozwiniętych) ilość badanych osób w znaczny sposób odbiegała od ilości przebadanych rodzin z krajów lepiej rozwiniętych (od 95 rodziców w Kolumbii po 1730 w Finlandii), badania zostały powtórzone na grupach 200 osobowych we wszystkich próbach liczących ponad 299 uczestników. Rezultat był taki sam, co ma niebagatelny wpływ na wyciągnięte wnioski.

Samo zjawisko polega na tym, że wychowywanie dzieci i opieka nad nimi, w pewnych warunkach może powodować u rodziców nie tylko zaburzenia o charakterze psychicznym, ale również fizycznym. Skutkuje to instrumentalnym podejściem do dzieci, przejawiającym się swego rodzaju mechanicznym wykonywaniem niektórych czynności rodzicielskich i emocjonalnym dystansowaniem się od pociech. Rodzice stają się wyczerpani psychicznie i zaczynają wątpić w swoje siły i możliwości. Taki stan można nawet sparafrazować zdaniem: „Mam dość swoich dzieci”.

Okazuje się, że syndrom wypalonego rodzica ma niewiele wspólnego z dobrobytem (nierównościami ekonomicznymi), wartościami kulturowymi (pozycją członków w rodzinie np. patriarchat, oczekiwaniami rodziców co do posłuszeństwa dzieci, orientacją seksualną), czy nawet ilością czasu poświęcanego dziecku. Nie ma też znaczenia wiek, ilość dzieci w rodzinie i formy spędzania wolnego czasu. Nie jest też ważna płeć rodziców, ich wiek, wykształcenie, status zawodowy, czy miejsce zamieszkania (otoczenie, sąsiedztwo). Badania w jednoznaczny sposób wykazały, że problem dotyczy społeczeństw indywidualistycznych (w przeciwieństwie do kolektywistycznych), czyli takich, które na pierwszym miejscu stawiają dobro jednostki. W rankingu 42 badanych krajów palmę pierwszeństwa dzierży Polska ex aequo ze Stanami Zjednoczonymi i Belgią. W każdym z nich, ilość wypalonych rodziców waha się między 7 a 8%. Dziwne? Tylko pozornie. Przynajmniej tak mi się wydaje i spróbuję tę tezę udowodnić na podstawie własnych obserwacji.

Żyję na tym świecie wystarczająco długo, aby zauważyć jak bardzo zmieniły się oczekiwania w stosunku do rodziców. Ci idealni z lat sześćdziesiątych czy siedemdziesiątych, teraz pewnie byliby określani mianem „patologia”, a przynajmniej posądzeni o zaniedbywanie swoich dzieci. Pamiętam jak spędzałem na podwórku całe dnie, przychodząc do domu tylko na posiłki. Wcale nie byłem wyjątkiem. Życie towarzyskie skupiało się wokół trzepaka, a gra w piłkę pod oknami nikomu nie przeszkadzała. Trzeba było tylko uważać, aby nie zbić szyby, albo przypadkiem wejść do kanalizacji. Teraz normy wychowawcze są coraz bardziej wymagające i coraz bardziej rośnie presja psychologiczna na rodziców. Rodzicielstwo jest przedmiotem (a może nawet ofiarą) coraz bardziej rosnącego zainteresowania społecznego i nakazów normatywnych. Obiektem zainteresowania ogółu jest to, czym i jak rodzice karmią swoje dzieci, w jaki sposób je dyscyplinują, gdzie kładą spać i w jaki sposób się z nimi bawią. Cała ta dociekliwość stała się politycznie i moralnie akceptowalna. Rodzice coraz bardziej odczuwają, że oczekuje się od nich pewnego rodzaju optymalizowania rozwoju fizycznego, intelektualnego i społecznego. Zanika różnica między potrzebami dziecka, a koniecznością szeroko rozumianego rozwoju. Rodzicielstwo zaczyna być niebezpieczne. I chociaż postępujące tendencje można uznać za pozytywne z punktu widzenia dobra dziecka, o tyle nie można pozostać bezrefleksyjnym w stosunku do występujących negatywnych skutków dla rodziców.

Patrząc z perspektywy mojego ośmioletniego doświadczenia w roli ojca zastępczego, zdecydowanie mogę stwierdzić, że nigdy nie zdecydowałbym się prowadzić pogotowia rodzinnego w budynku wielorodzinnym. W najlepszym razie mógłbym liczyć na podejrzliwe spojrzenia i niewybredne uwagi sąsiadów. A wszystko tylko dlatego, że dzieci mają to do siebie, że czasami płaczą, że czasami krzyczą, że czasami niszczą, i że zawsze się brudzą. No i oczywiście są niewychowane jak choćby Shirley, która wrzeszczy o byle co, popycha inne dzieci, zabiera im zabawki, jedzenie i ciągle krzyczy „am”. Ciekawe kto by pomyślał, że jest to tylko próba zwrócenia na siebie uwagi. Że jest to tylko niby niewinne „a ja”, a nie niedożywienie. Mopik wypuszczony do ogrodu, po kilku minutach wraca z dziurami w spodniach i guzem na głowie. Dlatego nie ubieramy go w wyjściówki, tylko już wychodzi z dziurami... często z guzem też. Czwórka pięcioletnich wandali tak zdemolowała ogród, że gdy wyszedłem do niego wiosną, to zwyczajnie ręce mi opadły. Naprawiałem go całe lato – nowe nasadzenia, cięcie korygujące, próby ratowania tego co jeszcze zostało. Co zrobię, gdy pojawią się następni? Jeszcze nie wiem. W ostateczności zastosuję zasieki z drutu ostrzowego. Teraz chyba wszyscy wiedzą jak je zrobić.



Zmierzam do tego, że w obecnym czasie rodzice zewsząd poddawani są ciągłej kontroli, obserwacji i pouczaniu. Nawet nie chodzi mi o wścibskie oko sąsiadów. Nie mam też na myśli uwag robionych przez niektórych pracowników takiej czy innej placówki, w czym na przestrzeni lat też wystąpił niebywały postęp.

To o kogo chodzi? Rodzic, rodzicowi wilkiem... no niestety:

  • Twoja córka nie chodzi na angielski?

  • Pani synek nie umie jeździć na koniu? No mój potrafi.
  • Na pani miejscu bym ją zapisała na tańce, przecież widać, że ma talent.
  • Ty nie wiesz co to jest Metoda Montessori?
  • Stosujesz kary? To przestarzałe metody.
  • Przecież teraz trzeba podążać za dzieckiem.

Ja mam luzik i wciąż wychodzę z założenia, że brudne dziecko, to szczęśliwe dziecko. Na wszelkie nowe metody (albo bardziej modne metody, gdyż jak się okazuje niektóre mają nawet kilkadziesiąt lat) patrzę z dużym dystansem. Dlatego system kar i nagród uważam za całkiem „spoko”, pod warunkiem, że umie się z niego korzystać. Pamiętam jak kiedyś Balbina dostała w przedszkolu naklejkę ze smutną buźką. Miała ją przyklejoną do bluzki. Była przeszczęśliwa, gdyż spoglądała na nią od góry. Gdy zdjęła bluzkę i jeszcze raz spojrzała na swoją naklejkę, to był ryk i awantury aż do wieczora.

Tak więc ja sobie jakoś radzę. Ale co ma zrobić taki rodzic adopcyjny, dla którego obsługa dziecka jest tak samo abstrakcyjnym pojęciem jak dla mnie obsługa czołgu?

Podam tygodniowy rozkład zajęć sześcioletniej dziewczynki (mogłem najwyżej pomylić dni tygodnia). Gdyby ktoś próbował ją odnaleźć wśród naszych byłych dzieci zastępczych, to od razu uprzedzam, że nie ten trop:

  • poniedziałek: angielski (ten język to podstawa - no okej)

  • wtorek: basen (sport ogólnorozwojowy i mało urazowy – niech będzie)
  • środa: gitara (zobaczyła u koleżanki i też chce – dobrze, trzeba podążać za dzieckiem)
  • czwartek: balet (przewraca się, ale to jest moje [nie jej] marzenie – koniecznie, przecież musi walczyć ze słabościami)
  • piątek: hiszpański (wszyscy się go uczą, a dwa języki obce trzeba znać – może racja, nie wiem)
  • sobota: rodzinny wyjazd na naukę jazdy konnej, potem obiad w restauracji i spacer po lesie (kultura musi być – pełna zgoda)
  • niedziela: wizyta u babci (trzeba dbać o więzi rodzinne – bezdyskusyjnie)

Dziewczynka się nie brudzi (bo nie ma kiedy, a w lesie chodzi za rączkę), nie nabija sobie guzów (na koniu jeździ w kasku), ogrodu nie niszczy (po powrocie ledwo ma siły na zjedzenie kolacji i pójście spać). Uczęszcza oczywiście do przedszkola funkcjonującego według Metody Montessori. Siedzi tam od deski do deski, ponieważ rodzice pracują, a poza tym nie warto wracać do domu, aby za chwilę wyjeżdżać na zajęcia.

Ocena rodziców: celujący. Ci zapewne nie należą do wspomnianej siedmioprocentowej grupy rodziców wypalonych. Choć może właśnie oni powinni.

A teraz moje dzieci w godzinach porannych. Robią co chcą, dopóki nadmiernie wszystkiego nie niszczą i krew się nie leje. Uczą się, że nie wszystko w życiu przychodzi bez wysiłku i czasami trzeba pójść na kompromis. Potrafią same znaleźć sobie zajęcie i współpracować przy brojeniu. Na nabitego guza wystarczy pocałunek zamiast plastra. Nie wiem czy są zadowolone z tego, że z samego rana nie muszą jechać na basen. Ale są uśmiechnięte i nie płaczą, co Majka interpretuje jako brak nadziei na jakąkolwiek pomoc z mojej strony. Chociaż może przyczyna tkwi w tym, że każdemu maluchowi pozwalam być sobą. Blanka najchętniej leży na brzuchu z podniesioną głową i ze stoickim spokojem przygląda się wszystkiemu dookoła, lub leży w swoim leżaczku i ogląda telewizję (na co Majka nie może patrzyć, bo dziewczynka sobie wypłaszcza mózg). Mopik niczym mała małpka (jeżeli to porównanie komuś się nie podoba to niech nie czyta... zresztą zaraz kończę) wdrapuje się na co tylko można – najchętniej na mnie. Shirley chodzi po całym pokoju i tylko kątem oka zerka, czy ją widzę. Ma pecha – zawsze ją widzę, nawet gdy schowa się za komin (wystarczy, że ją o tym poinformuję). Mirabelka lubi zmiany, chociaż wcale nie jest zodiakalnym bliźniakiem. Chwilę poleży w bujaczku, chwilę na podłodze i po dwie chwile na moich kolanach i w swoim łóżeczku. Też w ogólnym rozrachunku jest spokojna.

Ciocia Majka schodzi o dziewiątej i zaczynają się zajęcia edukacyjne i podążanie za potrzebami dziecka. Zwłaszcza Shirley zupełnie się to nie podoba.

Ocena rodziców:

Majka – celujący
Pikuś – dostateczny

Jeszcze a'propos oceny. Właśnie otrzymaliśmy wyniki badania psychologicznego, które mieliśmy przeprowadzone wiosną. Wyszło, że jestem rewelacyjny. Mam wszelkie cechy i kompetencje potrzebne do prowadzenia pogotowia rodzinnego. Nieco poniżej normy jestem tylko w kategorii „niezależność”, co w sumie zostało zinterpretowane pozytywnie, bo przecież prowadząc pogotowie rodzinne trudno czuć się niezależnym. No cóż, wystarczy trochę wiedzy i odrobina inteligencji. Przedobrzyłem tylko z kategorią „otwartość”. Jestem ponadprzeciętny... lepiej niż Majka.

Kończę, bo kiedy ja to zdążę przeczytać (ponad 14 tysięcy znaków). A przecież jeszcze muszę poprawić błędy. Do tego Mopik się wydziera i muszę go pocieszyć.



piątek, 17 września 2021

--- zapytał brata brat



Majka powiedziała, że przyjdzie w czapce z daszkiem i jej nie ściągnie
przyszedł tylko w okularach też ich nie ściągał
powiedział, że to było Poufne i cztery lata czekało na wypełnienie treścią

mam napisać 5600 znaków

dlaczego tyle?
nie wiem
może być trochę mniej
więcej? Nie dopytałem
za dużo pytałem
chyba nie wypada pisać więcej
ktoś to będzie musiał przeczytać

eksperymentuję

piszę bez imion bez dużych liter bez przecinków
a ten cholerny office wciąż mnie poprawia

jeden ma dwa lata a drugi trzy

ja jestem Janek – powiedział pierwszy
rozsądniejszy brat spojrzał na drugiego i kręcąc głową, popukał się w czoło”
kolejne bliźniaki z różną datą urodzenia
tęsknię?
a oni?
nie wiem

jest druga nad ranem

może druga w nocy
już nie zasnę... to chyba nad ranem

inne ściany inne okna to nie mój pokój

leżę zupełnie nagi
obok mnie równie naga Majka
chyba to ona chociaż chrapie jakoś inaczej
nic nie pamiętam choć nie wypiłem grama alkoholu

nikt nie płacze

nikt mnie nie woła
tylko ja się bawię
bawię się słowem



sobota, 11 września 2021

Żarty się skończyły

 

Wakacje


Chyba dla nikogo nie będzie zaskoczeniem stwierdzenie, że tegoroczne wakacje z naszymi dziećmi zastępczymi postanowiliśmy spędzić nad morzem w Mielenku. Brak telewizora, ledwo działający internet mobilny, czy niewielka ilość atrakcji w postaci straganów z jarmarcznymi pamiątkami, lodami i goframi, są niezaprzeczalną zaletą tego miejsca. Początkowo mieliśmy tam pojechać ponownie w kilka dni po tygodniowym pobycie z Paprotką i jej nowymi rodzicami adopcyjnymi. Stwierdziliśmy jednak, że dość nieoczekiwane przyjście do naszej rodziny dwumiesięcznego wcześniaka (czyli Tyciej), które spowodowało wzrost stanu naszych dzieci do szóstki (z czego dwójka najstarszych nie przekraczała wiekowo półtora roku) byłoby pewnego rodzaju hardkorem zakrawającym o sztukę przetrwania. Odpuściliśmy sobie ten wyjazd z pełną świadomością, że w kolejnym terminie możemy liczyć tylko na jeden pokój, w którym z biedą mieszczą się dwa łóżeczka turystyczne dla dzieci. Udało się jednak dwójkę oddać do rodzin docelowych (czyli Tycią i Stokrotkę), a Marlenka (nasza zaprzyjaźniona mama zastępcza) zgodziła się przyjąć na tygodniowe wakacje dwójkę naszych najmłodszych dziewczynek. Pozostała więc tylko Kudłata i Calineczka. Ta ostatnia mimo swoich dziesięciu miesięcy powoli staje się weteranem wśród naszych dzieci zastępczych. Jej mama nie żyje od wielu miesięcy, tata nie jest zainteresowany i testy psychologiczne oblał z kretesem (zwyczajnie się nie stawiając na wezwanie)... a sąd jeszcze nie wyznaczył terminu rozprawy. Pewnie ma wakacje. Zresztą podobnie jak sędzia mający rozstrzygnąć czy Kudłata wraca do mamy, czy też jej brat przychodzi do nas.”

Tak miał się zacząć wpis, który chciałem opublikować trzy tygodnie temu. Jego końca jednak nie będzie. Nic już nie będzie... tym razem żarty się skończyły i jestem już niemal na mecie tego bloga. Ostatnim etapem będzie opisanie zakończenia mojej przygody z pieczą zastępczą. Nie wiem kiedy to będzie. Może za dziesięć lat, a może za miesiąc.

Miłe złego początki

Zostałem poproszony do PCPR-u na rozmowę w sprawie prowadzonego przeze mnie bloga. Zaproszenie było miłe, chociaż brzmiało złowieszczo i niczego dobrego po tym spotkaniu się nie spodziewałem. Majka zrobiła wszystko (czyli poupychała gdzie się dało nasze dzieci), aby pojechać tam ze mną. Chyba chciała być moim adwokatem.
Dowiedziałem się, że skargi na bloga płyną z wielu stron a zawarte w nim treści są oburzające.

Zarzuty

Między innymi usłyszałem, że Kudłata powinna wyparować w moich kolejnych wpisach. Jest zbyt rozpoznawalna, zbyt mało zanonimizowana. Mogłaby pojawić się za jakiś czas. Pod innym pseudonimem, bez swojej historii, bez osadzenia w systemie, w którym przyszło jej żyć. Jako dziecko, które nagle spadło nam z nieba... albo bocian przyniósł. Mógłbym prezentować jej zachowania, zdobywane umiejętności albo ciekawe sytuacje w formie anegdot. Czy jestem zainteresowany taką formą opisywania perypetii naszej rodziny zastępczej? Czy tego chcą osoby zaglądające na tego bloga? Myślę, że opisów opatrzonych hasłem „Etapy rozwoju dziecka” jest wystarczająca ilość w sieci i nie czuję potrzeby dołączenia do tego grona.

Komu przeszkadzają moje wpisy? Nie wiem dokładnie, ale za chwilę spróbuję się nad tym zastanowić. 

Najbardziej kontrowersyjne są przypadki opisów dzieci, które są znane medialnie. Kudłata jako siostra skoczka z któregoś tam piętra jest już rozpoznawalna. Kto zechce zabawić się w Sherlocka Holmes'a i poszukać igły w stogu siana prasowych informacji dotyczących dzieci, które wypadły z okna, jest w stanie ją rozpoznać. Być może, chociaż zastanawiają mnie motywacje takiej osoby. Co z tą uzyskaną wiedzą chciałby zrobić?

Kudłata jest jednak małym kalibrem w porównaniu z Rambo. Nikomu nie przeszkadzałyby moje opisy jego zamiłowania do sprzątania gdyby nie wprowadzenie do sytuacji. Nie ma znaczenia to, że pół Polski żyło tą historią. Nie ma znaczenia to, że mama Rambo wszystko przedstawiła na łamach prasy, że zdjęła z taty chłopca szatę psychologa zakładając szatę psychopaty. Znaczenie ma to, że to ja zdjąłem z chłopca zasłonę bezosobowego przypadku, umiejscawiając go w jego historii, wskazując na możliwe przyczyny jego zachowań i potencjalne zagrożenia w dalszym życiu.

A tak w ogóle to Kudłata nie powinna być Kudłatą bo jest to obraźliwe. Do tego żadne dziecko nie jest gamoniem i nie wrzeszczy tylko płacze. Tyle, że najczęściej staram się, aby pseudonimy nadawane moim bohaterom nie były przypadkowe, tylko aby coś wyrażały. Nigdy nie przyszłoby mi do głowy, że ktoś może mnie podejrzewać o złe intencje w tej kwestii. Gdybym teraz miał nadać pseudonim Calineczce, to byłaby ona Mopikiem. Zresztą tak na nią mówię... i nie tylko ja. Dlaczego? Bo po kilkunastu minutach pełzania po podłodze, tarasie, trawie, taplaniu się w wodzie i zajadaniu arbuzem oraz winogronami wygląda jak mokra ścierka do wyprania. Czy to jest obraźliwe? A może nacechowane sympatią, empatią, podmiotowością postrzegania?

W zasadzie to powyższe zarzuty można by sobie podarować, gdyż podstawowy zmierzał do tego, że osoby, które znają nas i dzieci, gdy trafią na bloga to bez problemu rozszyfrują moich bohaterów nie tylko po opisie ale nawet po zdjęciu od tyłu, fragmencie policzka czy fryzurze. Być może również po siniaku albo guzie na głowie. A to oznacza, że moje anonimizowanie postaci jest warte funta kłaków. Z tą tezą nie da się polemizować. Nawet dopowiem, że osoby które nas znają nie muszą trafiać na bloga, tylko o nim zwyczajnie wiedzą. A nawet gdy jeszcze bloga nie było, to przecież rozmawialiśmy o naszych dzieciach ze znajomymi. Jeżeli ochrona wizerunku idzie aż tak daleko i wszystko co wiemy na temat przebywających u nas dzieci powinniśmy pozostawić tylko dla siebie, to rzeczywiście bloga należałoby natychmiast zamknąć, a mnie razem z nim. Zresztą jest to sprawa otwarta, bo dowiedziałem się, że przyszła supermodelka Stokrotka może mnie kiedyś pozwać o odszkodowanie za opublikowanie jej łysej czternastomiesięcznej głowy od tyłu, a prezes Messenger za kompromitujący różowy śpioszek. Oj... chyba czas na ustanowienie z Majką rozdzielności majątkowej.

Tak... czasami stosuję rozmaite zwroty, które mogą kojarzyć się z próbą kolaboracji, przekupstwa, szantażu, omijania prawa. Często piszę, że musimy kombinować, a Majka musi stanąć na wysokości zadania w rozmowie z tą czy inną osobą. Ale przecież faktycznie musimy, bo system pieczy zastępczej nie musi nic, a sędzia sądu rodzinnego jeszcze mniej. Napisałem nawet kiedyś (czego jeszcze nikt mi nie wytknął, bo pewnie nie doczytał), że uknuliśmy niecny plan ratowania Stokrotki. Rozwinę krótko ten wątek za chwilę, bo już więcej nie będę miał okazji. W zasadzie to na koniec „pocisnę” (jak mówią moje dzieci) jeszcze paru osobom i zakończę kilka rozpoczętych kiedyś tematów. Sobie też pocisnę... tak dla towarzystwa. No i Majce. Też dla towarzystwa i właśnie od niej zacznę.

Majka

Na spotkaniu w PCPR obiecała, że będzie wnikliwiej czytać moje posty i je w odpowiedni sposób moderować (żeby nie powiedzieć „cenzurować”). Nie będzie miała okazji... konfidentka jedna. Nie powiem jej kiedy opublikuję ten tekst, a jak się sama zorientuje to już będzie pozamiatane. Nie zmienię ani jednego słowa w stosunku do pierwotnej wersji.

Shirley

Kilka tygodni temu Majka postanowiła, że nasze wakacje nad morzem musimy poświęcić Shirley. Dziewczynka ma się poczuć członkiem naszej rodziny, ma się z nami zintegrować, bo nie wiadomo jak długo będzie u nas gościć. Ma się nauczyć nawiązywać więzi, która to sztuka jest jej zdecydowanie obca. Oddałem Majce palmę pierwszeństwa ponieważ mi jakoś nie wychodzi lubienie kogoś kogo nie lubię, uśmiechanie się gdy nie mam ochoty się uśmiechać i bawienie się z kimś z kim wcale mi się nie chce bawić. Związek emocjonalny musi się wytworzyć sam z siebie a do tego potrzeba czasu a nie chcenia.
Shirley jest uroczą dziewczynką do złudzenia przypominającą filmową Temple. Wszyscy się nią zachwycają dopóki nie znudzą jej się roztaczane nad nią zachwyty i nie zacznie się wydzierać. Do tego, wszystko musi być tak jak ona chce, a nawet jak jest tak jak chce, to na wszelki wypadek drze się dalej. Jadąc nad morze trzeba było w połowie się zatrzymać i Majka musiała zamienić się miejscami z Calineczką, ponieważ nie dość, że poziom decybeli przekraczał wszelkie normy, to jeszcze obawialiśmy się, że Calineczka może po podróży wyjść z samochodu lekko posiniaczona. Pomogło tylko o tyle, że Calineczka siedząc obok mnie na przednim siedzeniu mogła się chociaż przez chwilę zdrzemnąć. Droga powrotna była jeszcze gorsza. Przez ponad (…) godziny (podobno stosowane przeze mnie przedziały czasowe w znaczny sposób zwiększają prawdopodobieństwo rozpoznania każdego bohatera) Shirley robiła tylko kilkuminutowe przerwy na zaczerpnięcie powietrza, mimo że była zabawiana przez Majkę i jeszcze jednego pasażera, który załapał się na powrót z wakacji. Calineczka w tym czasie nawet nie zakwiliła, chociaż spała niewiele. Uśmiechała się do mnie, zagadywała po swojemu, bawiła się zabawkami.
W samym Mielenku było nieco lepiej. Ale tylko nieco. Shirley ciągle chodziła i krzyczała „Am!, Am!”. Nawet się nie dziwiliśmy, gdyż jej mama na spotkaniu jedyne co ma do zaoferowania, to paczkę chipsów, z którą chodzi za dziewczynką i wtyka do buzi jej zawartość czy mała tego chce, czy nie. Jednak okazuje się, że „am” wcale nie jest wyrażeniem chęci zjedzenia czegoś. Dziewczynka w ten sposób zgłasza niemal każdą swoją potrzebę. Zresztą jej zasób słów nie jest zbyt wielki, więc jakoś musi sobie radzić. Mówi jeszcze „ti-ti”, „ni-ni”, „tu-tu”, „mama” i „tata”. Nikt nie wie (łącznie z mamą) co te trzy pierwsze zwroty oznaczają.
Jest jednak coś, czego do dnia dzisiejszego nie potrafimy wyjaśnić. Shirley jest bardzo spokojna gdy przebywa tylko ze mną. Mogą być jeszcze inne dzieci, ale żadna osoba dorosła. Na takie jej zachowanie zwróciłem uwagę jeszcze przed wyjazdem nad morze, gdyż każdego dnia spędzamy średnio trzy poranne godziny. Schemat jest zawsze taki sam. Między piątą a szóstą budzi się Calineczka, która natychmiast stawia na nogi Shirley. No i nie ma wyjścia, trzeba zacząć dzień. Majka i cała reszta budzi się stopniowo do dziewiątej. Chociaż Majka się nie budzi - jej musimy włączyć muzykę z elektronicznej niani. W Mielenku nie chcieliśmy budzić wszystkich wczasowiczów, więc ładowaliśmy się do wózka i jechaliśmy na spacer. Wbrew pozorom sprawiało to Shirley dużą przyjemność, bo i atrakcje były rozmaite. Zdarzało się, że witaliśmy na plaży wstające słońce, albo punkt siódma wysyłaliśmy pozdrowienia z molo w Chłopach. Pewnego dnia, gdy już zobaczyliśmy jaka tego dnia będzie fala i skierowaliśmy się w kierunku domu, naszym oczom ukazało się stado dzików. Może nawet bym zaryzykował przejście obok, gdyby to nie była locha z kilkoma młodymi. Zaczęliśmy więc cofać się w kierunku morza, licząc że zwierzęta przejdą bokiem. Spotkaliśmy gościa z psem, który wyprowadził nas z błędu. „One idą do wody się wykąpać” - powiedział, po czym wziął psa na smycz i wszedł do lasu. Niestety nam taki manewr bliźniaczym wózkiem by się nie udał. Pozostało dojść brzegiem morza do kolejnego wyjścia z plaży. Ja byłem mokry z wysiłku i ze strachu a Shirley zapewne posikana z radości. Teraz wprawdzie takich atrakcji już nie mamy, ale każdy poranek dziewczynki jest bardzo pogodny. Shirley jest miła dla innych dzieci, nie krzyczy, przychodzi do mnie się przytulić. I nagle wszystko się zmienia, gdy w progu pojawia się Majka. Ta, która się stara. Ta, która chce dziewczynce nieba przychylić, a przynajmniej wdrożyć w życie rozmaite metody postępowania z dzieckiem. Początkowo podejrzewaliśmy, że może chodzić o porę dnia... ale nie. Potem, że kluczem jest pojedyncza osoba dorosła. Też nie. Myśleliśmy, że może się mnie boi, ale i to podejrzenie szybko odrzuciliśmy. Obserwujemy co się będzie działo dalej.

Stokrotka

Stokrotka mieszka teraz w rodzinie Katji, która jest jej mamą zastępczą. Zresztą nie ważne jaką mamą. Po prostu mamą... mamą na zawsze. Jak będzie taka potrzeba to zostanie mamą adopcyjną. Baliśmy się powielenia historii Smerfetki, która była z nami ponad dwa lata (od urodzenia), a potem po kilku spotkaniach zamieszkała w rodzinie adopcyjnej i ślad po niej zaginął. Stokrotka już od wielu miesięcy żyła w pewien sposób w dwóch rodzinach. Katja przyjeżdżała do nas w odwiedziny, albo zabierała dziewczynkę do siebie na weekend. Stokrotka spędziła u niej tydzień wakacji gdy my pojechaliśmy z Paprotką i jej rodzicami adopcyjnymi nad morze. Pod koniec, gdy czekaliśmy już tylko na podpis sądu o przeniesienie dziewczynki do nowej rodziny zastępczej, Stokrotka miała tak samo silne więzi z nami, co z Katją, jej mężem i jej dziećmi. Przy czym tam z pewnością czuła się dużo bezpieczniej, bo przecież do nas zawitała już Kudłata wraz ze swoim temperamentem i potrzebą dominacji. Zanim jednak do tego doszło Majka przeprowadziła dziesiątki rozmów z rozmaitymi osobami, które należało przekonać do słuszności umieszczenia dziewczynki u Katji, a ją samą przeprowadzić niełatwą ścieżką pisania pism i wniosków. Teraz sąd może już sobie dowolnie wyznaczać rozprawy a rodzina biologiczna pisać odwołania, wprowadzać nowe wątki do sprawy, czy co tam jeszcze chce. Teraz czas nie ma znaczenia i nikomu nie zależy na szybkim zakończeniu postępowania. Wszystko będzie więc jeszcze trwać miesiącami albo latami, bo nawet pojawił się tatuś Stokrotki, który nie tylko przyznał się do ojcostwa, ale nawet dokonał tego w majestacie prawa i dziewczynka ma teraz dwa nazwiska. W każdym razie chłopak pojawił się nagle i znikąd. Chociaż trudno o nim mówić „chłopak”, bo facjatę ma bardziej przeoraną życiem i znojem niż ja. Pewnie znowu przekroczyłem swoje kompetencje (po raz kolejny ograniczając anonimizację), bo przecież wszyscy inni ojcowie biologiczni naszych dzieci zastępczych są młodzi, piękni i bogaci. Tylko ten jeden taki niewydarzony. Ciekawy jestem jego miny gdy się dowie, że ma płacić alimenty – sprawa jest już w toku.

Calineczka

Majka pojechała z dziewczynką na przezciemiączkowe badanie mózgu. „O Boże!” - krzyknęła lekarka. Majka zbladła. „Jak ty masz wszystko ładnie w głowie poukładane” - dokończyła. W celu uspokojenia przyszłych rodziców adopcyjnych przeglądających jej dokumentację, wystawiła skierowanie do jeszcze kilku innych specjalistów. Calineczka będzie więc miała zrobiony kompleksowy przegląd mający potwierdzić nieprzypadkowość jej bardzo dobrego rozwoju w każdej dziedzinie. Lekarka nawet nie widziała żadnych cech dysmorficznych twarzy. No ja widzę... niestety.

Blanka

Prawdopodobieństwo rozwoju wodogłowia spadło już niemal do zera. Komory w głowie już się nie powiększają i nie wypełniają płynem. Blanka jest ślicznym i pogodnym dzieckiem a duża głowa ma też swoje zalety. Zawsze wystaje gdy dziewczynka próbuje schować się pod szafą.

Ptysie

Jest to porażka każdego ogniwa systemu, którego wyrzuty sumienia są zagłuszane możliwym powrotem do rodziny biologicznej. Czego chcieć więcej, cel pieczy zastępczej zostanie osiągnięty.
Sąd wyraził się jasno, rodzeństwo ma być razem i kropka. Jest apodyktyczny i przekonany o swojej nieomylności. Nikt nie widział opinii biegłych sądowych. Czy to możliwe, że takie było ich zalecenie? Może gdyby ktoś rozpoczął z dziećmi terapię i sędzia przeczytał opinię terapeuty a nie psychologa, to każde z dzieci miałoby szansę na spokojne życie osobno. Obecna rodzina zastępcza Ptysia i Balbiny mocno wspiera mamę biologiczną i nie wyobraża sobie innej możliwości niż powrót dzieci do niej. Nawet jeździ z nimi w odwiedziny z noclegami włącznie i wystawia rodzinie biologicznej bardzo pochlebne opinie. Jest tylko jeden problem... cała trójka ma być razem, a rodzina zastępcza Billa jest bardzo sceptyczna w kwestii tego pomysłu, a już na pewno przeciwna oddawaniu chłopca pod opiekę rodziny zastępczej pozostałej dwójki bez zgody PCPR-u. Tyle, że ten nie ma podstaw aby podjąć taką decyzję, więc musiałoby to się odbyć na podstawie urlopowania za zgodą sądu, który z kolei uważa, że o takich sprawach ma decydować PCPR. A do tego sam Bill nie wie, czy chce mieszkać z rodzeństwem – czy nie, czy chce wrócić do mamy – czy nie. Raz mówi tak, raz siak. Pewnie wszystko zależy kto pyta i co chce usłyszeć. Jak tak dalej pójdzie to za chwilę chłopak wszystko pierdalnie i da dyla w Polskę, bo taka sytuacja i takie emocje mogą przerosnąć największego twardziela.

Namieszałem? I dobrze... przynajmniej nie wiadomo do czego się przyczepić.

No to pójdę jeszcze o krok dalej. Rodzina zastępcza młodszych Ptysi zdecydowała się przyjąć do siebie również Billa na stałe. Akt desperacji, czy chęć niesienia pomocy rodzeństwu? Wizerunkowo brzmi to doskonale. Sędzia będzie szczęśliwy, że dzieci wreszcie znajdą się w jednej rodzinie zastępczej. Spotkania z mamą biologiczną w pełnym składzie będą coraz częstsze, coraz dłuższe. Wszyscy będą się starać. Nastąpi kolejny miesiąc miodowy, który tym razem potrwa może nawet kwartał. A potem mama wystąpi z wnioskiem o przywrócenie władzy nad dziećmi, do których przecież ma tylko ograniczone prawa. Umotywuje to tym, że się wykazała. Znalazła mieszkanie, pracę... a nawet męża, który nie ma nic przeciw temu, że nagle będzie się musiał zajmować i utrzymywać czwórkę nieswoich dzieci. Plus jedno swoje. W tym trójkę trudnych, zranionych dzieci, które przerosły dwie albo i trzy rodziny zastępcze. Mnie przynajmniej przerosły i nie ukrywam, że odetchnąłem z wielką ulgą gdy moja przygoda z Ptysiem i Balbiną się zakończyła. Ktoś mógłby powiedzieć, że podrzuciłem kukułcze jajo. Może tak, ale przecież uprzedzałem, że jest kukułcze. Przez chwilę myślałem, że może Afrodyta przyjęła rolę pliszki i chce przygarnąć i wysiedzieć jak swoje. W końcu nawet ja czasami wysiaduję wiele podrzuconych jaj. Jednak nie oddaję ich do inkubatora na cały dzień i wakacje. Nie korzystam z inkubatora dyżurnego. W inkubatorze są po to, aby się wygrzać a nie przezimować.

Ponad pół roku po rozstaniu z Bliźniakami:

  • Balbina, kto jest twoim bratem?
  • Romulus i Remus.
  • Nie, to nie są twoi bracia. Twoim bratem jest Ptyś i Bill.
  • Są! Są! Są! To moi bracia... nie Ptyś i Bill, ble!,ble!, ble!

Pozostawię tę wymianę zdań bez komentarza i oczywiście nie zdemaskuję mojego źródła.

Co moim zdaniem będzie się działo dalej? Trójka Ptysi wróci do swojej mamy chociaż wszyscy mają świadomość, że jest to najgłupszy z możliwych pomysłów. Ale poprawny politycznie. Dla kuratora i asystenta rodziny ważne będzie, że mama zacznie korzystać z pomocy psychologa, który nie będzie miał żadnej wiedzy i doświadczenia w zagadnieniach związanych z traumą. Spróbuje zastosować tradycyjne rozwiązania, których skuteczność Balbina zaneguje z uśmiechem na ustach. Dziewczynka zacznie walczyć o zainteresowanie sobą ze swoimi kilku i kilkunastomiesięcznymi siostrami przyrodnimi, i w krótkim czasie podejmie decyzję o konieczności przejęcia kontroli nad tym całym bajzlem, którego nikt nie ogarnia. Młody i niedoświadczony tatuś powie „sorry”, a mama wyrzuci wszystkie zabawki, spakuje najpotrzebniejsze rzeczy do samochodu i ruszy w Polskę.

Gdy Balbina mieszkała z nami, to jadąc samochodem często pytała czy mamy wystarczającą ilość benzyny. Bo jak zabraknie benzyny, to trzeba spać w samochodzie w środku lasu.

Komu przeszkadzają takie opisy?

No właśnie... Spróbuję się nad tym zastanowić, jeszcze raz podkreślając, że oficjalnie nic nie wiem. Nieoficjalnie też nie wiem, więc mogę tylko pospekulować.

PCPR

Tę możliwość w zasadzie odrzucam, chociaż prawdopodobnie ta instytucja też coś sobie na tym ogniu upiekła. Moja powściągliwość w ocenie innych organów systemu pieczy zastępczej z pewnością nie zepsuje dobrych wzajemnych relacji różnych urzędów, czy też nie pogorszy tych, które już teraz są nie najlepsze.
Gdyby PCPR chciał się do mnie dobrać, to miał na to kilka lat. Nie zrobił tego a ostatnio nawet w pewien sposób zachęcił do przedstawiania na blogu swoich wrażeń i doświadczeń dotyczących wzajemnej współpracy – również tych krytycznych. Tyle tylko, że większych uwag nie mam. Może to przypadek na skalę kraju, ale u nas pracują ludzie, z którymi można rozmawiać i wypracowywać wspólne strategie. Jedyne co miałbym do zarzucenia, to niezbyt przychylne patrzenie na samodzielne poszukiwania rodzin dla swoich dzieci. No ale jak dziecko zaczyna zapuszczać coraz dłuższe korzenie w rodzinie zastępczej i nikt się tym specjalnie nie przejmuje, to nie można się temu dziwić. Oczywiście nie dotyczy to wszystkich, ale nie będę wymieniał pozytywnych wyjątków gdyż jak wcześniej zaznaczyłem, w opublikowanym wpisie nie zamierzam niczego poprawiać.

Rodziny biologiczne

Teoretycznie to właśnie te osoby najbardziej tracą wizerunkowo i mogłyby mieć mi wiele do zarzucenia. Myślę jednak, że żadna ze znanych mam biologicznych nie szukałaby pośrednika. To są dziewczyny, które jak uważają, że jesteśmy popierdoleni, to mówią to wprost. Jak chcą nas postraszyć, to bez skrupułów piszą, że są sądy i są samosądy.
Nie... ten trop zdecydowanie odrzucam.

Rodziny zastępcze

Tych też nie oszczędzam - łącznie z sobą. Pisałem przecież wielokrotnie o moich wątpliwościach co do brania „urlopu od dzieci”, przyjmowania kolejnych na zasadzie: „Przecież jak go nie wezmę, to pójdzie do domu dziecka”, co powoduje powolne upodabnianie się do tejże placówki. Pisałem o dzieciach biologicznych rodzin zastępczych, których często nikt nie pyta, czy chcą spędzić dzieciństwo na przykład w pogotowiu rodzinnym, i które po latach niejednokrotnie stają się klientami terapeutów. O pieniądzach nie pisałem, ale z pewnością są rodziny, które stają się rodzicami „dla kasy”, albo bardziej z braku lepszego pomysłu na siebie.
Czy któraś z tych rodzin mogła się na mnie poskarżyć? Myślę, że raczej mogłoby być jej przykro, choćby dlatego, że nie oskarżam. Wszystkie takie zachowania rozumiem i staram się tłumaczyć.
Doskonale więc rozumiem wspomnianą wyżej Afrodytę niezależnie od faktycznych motywów jej przyświecających. Mawia się, że piekło jest wybrukowane dobrymi chęciami i wiem też, że sam byłbym gotowy podpisać pakt z diabłem, byleby tylko Balbina przestała powoli wykańczać mnie psychicznie i emocjonalnie.
Nie, nie. Żadna rodzina zastępcza nie poszłaby na skargę do PCPR-u... chyba.
Wrócę jeszcze do Balbiny... po prostu muszę. To nie jest tak, że ta dziewczynka wymyka się wszelkiego rodzaju schematom i skazana jest tylko na matkę biologiczną albo dom dziecka. Zdarzyło mi się chyba trzy razy, gdy jakaś dziewczyna pisała do mnie maila z prośbą o poradę, czy terapia rodzinna jest absolutnie konieczna, bo mąż nie chce i ma inną wizję. Nie jestem terapeutą, ale tak – jest konieczna. Myślę, że nawet balbinowatość można pokochać.

Sąd, Ośrodek Pomocy Społecznej

Możliwe, że któryś z sędziów, kuratorów czy asystentów rodziny odnalazł się w którejś z historii. Tyle tylko, że tego rodzaju instytucji opisałem tak dużo, że sam się gubię która była przypisana któremu dziecku. Ale może ktoś zrobił to dla zasady, uważając że moje postępowanie jest nieetyczne. Chociaż łatwiej byłoby podyskutować w komentarzach, podpierając się odpowiednimi zapisami w prawie.

Ośrodek Adopcyjny

Jest to dosyć prawdopodobny trop. Nawet postawiłbym hipotezę, że może to być zupełnie nieznany mi ośrodek. Nie tylko rosnąca ilość odwiedzin bloga, ale przede wszystkim wiadomości, które dostaję na powiązany z nim adres mailowy pozwalają mi postawić tezę, że staje się on coraz bardziej popularny wśród rodzin adopcyjnych, a nawet przyszłych rodzin adopcyjnych. To może oznaczać, że pośrednio trafiają na niego również pracownicy ośrodków adopcyjnych. Do tego ostatnio nieco się odsłoniłem i ktoś kto lubi bawić się w detektywa mógł dość łatwo rozszyfrować jakiemu PCPR-owi podlegam.
Pozostaje pytanie co poprzez skargę na mnie taki ośrodek chciałby osiągnąć?
Myślę, że nie są tajemnicą dość powszechne krytyczne opinie na temat ośrodków adopcyjnych. Wyrażają je zarówno rodziny adopcyjne jak też zastępcze. Głównym zarzutem (i tylko na nim się skupię) jest nierzetelna informacja na temat dzieci klasyfikowanych do adopcji. Z jednej strony rodzice adopcyjni otrzymują informację, że nie ma dzieci zdrowych, które mogą im zostać zaproponowane, a z drugiej... z ogromną łatwością przychodzą propozycje dzieci mocno zaburzonych. I to takim  rodzicom, którzy zupełnie nie są na to przygotowani, którzy nie mają świadomości tego, że nie tylko będą musieli poddać dziecko terapii, ale będą ją musieli rozpocząć od siebie. Bywa, że opis dziecka mieści się na jednej kartce, a potem rodzicu radź sobie sam. Bywa, że po kilku latach oczekiwania proponuje się rodzicom poszerzenie widełek akceptacji o dzieci starsze lub z pewnymi deficytami. Czy opisując dzieci, które z naszej rodziny odchodzą do adopcji, w jakiś sposób naruszam jedynie słuszny wzorzec dziecka adopcyjnego?

Rodzice adopcyjni
Lęk? Przed czym? Jeszcze do tego wrócę... muszę się zastanowić.

Czego już nie będzie?

Niczego już nie będzie. Dalszych losów Stokrotki, Calineczki, Blanki i Mirabelki. Ta ostatnia nawet nie doczekała się swojego pierwszego, w pełni jej poświęconego, wpisu. No i oczywiście nie będzie opisów dotyczących Kudłatej... bo przecież wszyscy wiedzą jak się nazywa i gdzie mieszka. Jej mamę oczywiście też wszyscy znają.

Ale nie będzie też tekstu, który roboczo nazwałem „Nie chcę być ojcem zastępczym”. Jakiś czas temu zostałem poproszony o przyjazd do jednego z moich klientów. Rzadko mi się to zdarza, gdyż od dawna większość spraw załatwiam poprzez zdalne łącze. W tym przypadku też było to możliwe, ale skoro klient sobie zażyczył, to nie wypada odmawiać. Okazało się, że chciał ze mną porozmawiać sam pan prezes. Dotarły do niego informacje, że jestem pogotowiem rodzinnym, a jego żona od kilku lat dąży do tego samego celu co kiedyś Majka. Chce być mamą zastępczą. Chce pomagać w znalezieniu nowej rodziny dzieciom, których rodzice nie mogą się nimi opiekować. Krótko mówiąc też chce zostać pogotowiem rodzinnym.

  • Jak może mnie pan zachęcić do zostania rodziną zastępczą? – zapytał.

  • A pan tego chce?
  • Nie, odrzucam tę myśl już od dłuższego czasu. Nie chcę być ojcem zastępczym, ale chciałem jeszcze o tym z panem porozmawiać.
  • Nie chce pan być nim teraz, czy nigdy?
  • Nigdy.
  • Dlaczego?
  • Nie wiem, ale nie.

O ile zdanie typu: „Nie, bo nie” zazwyczaj mnie irytuje, o tyle w tym przypadku miało ono sens. Jeżeli ktoś czuje, że nie chce, że się nie sprawdzi, że się nie nadaje... to nie ma powodu aby go przekonywać, forsować swoje idee, mówić jakie powinien mieć plany i marzenia.

Okazało się, że pan prezes posiadał całkiem sporą wiedzę na temat pieczy zastępczej. Może nawet większą niż ja, gdy byłem na tym etapie. Rozmawialiśmy dość długo. Opowiedziałem mu o kulisach prowadzenia pogotowia rodzinnego nie próbując w żaden sposób wpłynąć na jego decyzję. Opowiadałem o naszych dzieciach zastępczych, nie chcąc mu powiedzieć wprost: „Daj sobie chłopcze spokój”. Dzieci pewnie by go nie przerosły, bo moim zdaniem jest to najprzyjemniejsza część tej pracy, pasji, misji (jak zwał, tak zwał). Problemem jest system, w którym trzeba się poruszać. System, w którym dziecko wcale nie jest podmiotem, a jego „Dobro” jest takim samym sloganem jak „Nie deptać trawników”. Wszędzie liczy się dobro dorosłych. Rodziców biologicznych, adopcyjnych, rzadziej zastępczych... ale też. Liczy się dobro urzędników i ustawodawców. Liczy się wizerunek. Liczy się to jak ten system jest postrzegany przez społeczeństwo i jakie środki trzeba na niego poświęcić (nie tylko finansowe). Jest to system, na którym polega (w sensie traci wiarę, nadzieję) wiele rodzin zastępczych. Nie każdy ma siłę walczyć z wiatrakami.

Być może kolejna, czy też jeszcze następna Stokrotka, spędzi w naszej rodzinie dwa, trzy, cztery lata... albo jeszcze dłużej. Sądy mają czas, biegli psycholodzy też. Organizatorowi pieczy zastępczej wystarczy świadomość, że ma gdzie umieścić kolejne dziecko. Nie ważne, że jako szóste, siódme... jedenaste. A my będziemy robić to, czego oczekuje od nas system. Zaopiekujemy się dzieckiem, umówimy na wizytę u specjalisty na „za dwa lata”, przyjmiemy za dobrą monetę rehabilitację raz w miesiącu, poczekamy cierpliwie na decyzję sądu, będziemy zadowoleni, że mamy ogarnięte dziecko a nie kolejną Kudłatą, która na jakiś czas dezorganizuje życie całej rodziny.

Pamiętam sytuację sprzed kilku lat, gdy dowiedziałem się jak powinien przebiegać prawidłowy proces przejścia dziecka do nowej rodziny. Pamiętam jak się zdziwiłem, gdy usłyszałem, że nikt o tym nie mówi, bo nikt o tym nie chce słuchać, bo nikomu nie zależy, bo mało kto pójdzie taką ścieżką. Rodzicom zastępczym się nie chce, albo mają rzucane kłody pod nogi, a rodzice adopcyjni z uporem maniaka ciągle dążą do naturalizacji adopcji, do odcięcia się od przeszłości ich dziecka. Kim więc ono jest? Przedmiotem? Towarem? Zapewne niejeden się oburzy, że przecież chce się zająć dzieckiem nie dla siebie, ale dla tego dziecka... biednej sierotki. W kolejce stoją sami altruiści z wypisanym hasłem: „Zdrowa dziewczynka do lat dwóch”. Sami samarytanie, którzy szybko zapominają, że ich dziecko miało kiedyś mamę, ciocię, babcię, że miało historię. Dla nich historia ich dziecka często rozpoczyna się w momencie złożenia podpisu w sądzie.

Często się zastanawiam, czy proponując rodzicom adopcyjnym nasz sposób przekazania im dziecka, jesteśmy przez nich rozumiani. Może tylko wyrażają zgodę dla świętego spokoju, albo z obawy, że Majka (jako opiekun prawny) na rozprawie adopcyjnej będzie miała jakieś wątpliwości a może nawet sprzeciwi się przysposobieniu. Pewnie niektórzy postrzegają nas jako zagrożenie i nie zmieniają tego nasze zapewnienia, że nie chcemy stać się ich rodziną, że nie chcemy uczestniczyć w życiu ich dziecka do dorosłości. My jesteśmy tylko do dyspozycji a to ich rolą jest rozpoznać rzeczywiste potrzeby dziecka.

A może chodzi o nasze postrzeganie rodziców biologicznych, znajomość ich adresu, numeru telefonu a nawet możliwość istnienia jakiegoś kontaktu? Chciałem na tym blogu pokazywać, że rodzice biologiczni to też ludzie. Gdy czasami opowiadamy różnym osobom czym jest piecza zastępcza i przywołujemy rozmaite sytuacje, które nam się przydarzyły, to słyszymy: „O Boże!”, „Jak tak można”, „Co za matka”, „Jaka patologia”. Wypowiadają się sami święci, których od tych rodziców często różni to, że urodzili się w innym miejscu, innym czasie, innej rodzinie. Różni ich to, że mieli w życiu więcej szczęścia.

Opisywałem zachowania rodziców biologicznych, ich walkę z nałogami, zmaganie się z chorobami, czy niewłaściwymi ludźmi, którzy stanęli na ich drodze. Opisywałem próby ułożenia sobie życia w takim świecie, jaki zesłał im los... albo jakiś sędzia w dzieciństwie. Opisywałem walkę rodziców biologicznych o swoje dziecko. Nieudolną, zakończoną porażką... ale jednak prawdziwą. Na jeden z takich opisów może natknąć się jakieś adoptowane dziecko będące na etapie poszukiwania siebie, próbujące sobie odpowiedzieć na pytanie: „Dlaczego nie mogłem mieszkać z moją mamą? Czy była aż tak zła? Czy wszyscy moi krewni byli nic nie warci? Dlaczego nie pozwolono mi kontaktować się z babcią, ciocią, moim rodzeństwem? Dlaczego nie mogłem choćby wysłać im zdjęcia, albo narysować rysunku?”. Czy może to spowodować, że jego wyobrażenie adopcji legnie w gruzach?

A może ktoś się obawia, że jakieś dziecko odnajdzie tutaj siebie? Jest to możliwe a nawet dość prawdopodobne. Pozna wówczas swoją historię. Tę zapomnianą przez rodziców adopcyjnych i tę przemilczaną.

Gdy zastanawiam się nad tą całą sytuacją, to dochodzę do wniosku, że rzeczywiście mogłem narazić się wielu osobom. Poczynając od rodziców adopcyjnych a na sędziach i wysokich rangą urzędnikach skończywszy. Dla wielu liczą się tylko hasła, slogany powtarzane bez głębszego zastanowienia.

A ja tutaj mówię, że nie. Nie zawsze i nie za wszelką cenę należy dążyć do powrotu do rodziny biologicznej, chociaż ona jest ważna i nie można o niej zapominać. Nie zawsze rodzeństwo musi być razem, bo często jedno ratujemy kosztem drugiego, albo pozwalamy każdemu z nich na ciągłe odżywanie wspomnień i odgrywanie dawnych ról... złych ról.

Czy nie ma w tym systemie ludzi wrażliwych? Są i jest ich wielu. Są sędziowie, którzy na kolanie, albo w przerwie śniadaniowej, podpisują terminowe decyzje. Są nawet tacy, którzy czytają oceny dzieci przesyłane przez rodziców zastępczych, a nawet do nich dzwonią zasięgając opinii i pogłębiając wiedzę na temat danego dziecka. Są panie sekretarki, które ze sterty dokumentów wyciągają te, których podpisanie zajmuje zaledwie pięć minut. Są takie, które udzielają informacji rodzicom zastępczym, a nawet informują sędziego o pewnych sprawach. Są psycholodzy, którzy skracają terminy wydania opinii z „bezterminowy” na 14 dni. Są lekarze, którzy przyjmują pomiędzy pacjentami. Są tacy, którzy zlecają kompleksowe przebadanie dziecka w trybie „pilne” - aby przyszli rodzice adopcyjni mieli w miarę pełną ocenę sytuacji. Ale są też przełożeni, którzy odnajdują panią Basię na tym blogu i są tym faktem zbulwersowani. Dlaczego? Bo jest za dobra? Bo została przeze mnie opisana jako empatyczna, oddana sprawie osoba?

Co dalej?

Teraz będę pisał książki. Mało kto je czyta, trzeba je kupić i nie dzieją się w czasie rzeczywistym. Oczywiście żartuję, zważywszy głównie na to jak mierny poziom pisarski sobą reprezentuję, o czym niedawno miałem okazję się przekonać i wkrótce pewnie zostanę w tej tezie utwierdzony. Ale chociaż co do treści to nie mam sobie nic do zarzucenia, co zresztą potwierdza zaistniała sytuacja. Podobno nie mam nawet pojęcia kto mnie czyta. Trudno mi się z tym twierdzeniem nie zgodzić – nie mam.

Ale do rzeczy...

W ubiegłym roku wziąłem udział w pewnym projekcie badawczym Interdyscyplinarnego Zespołu Badań nad Dzieciństwem UW w ramach grantu badawczego „Adopcja jako proces, doświadczenie, instytucja. Perspektywa antropologiczna”. Tematem pracy była „Autoetnografia praktyk opieki”. Ładnie brzmi, prawda? Mój udział był niewielki, gdyż musiałem się zmieścić w 60 tysiącach znaków (dzisiejszy wpis ma niewiele mniej), ale sporo się przy tej okazji nauczyłem – zwłaszcza wycinać. Początkowo się rozpisałem, że ho,ho. Potem skracałem, skracałem i po prawie roku coś tam wyszło. Starałem się jak mogłem, lecz gdy na końcu przyjrzałem się swojemu dziełu, to miałem wrażenie, że czytam własnego bloga. Cóż, widocznie inaczej pisać nie potrafię. Ale chociaż dowiedziałem się jakie błędy popełniam, gdyż tekst został odpowiednio zmodyfikowany przez fachowca. W sumie okazało się, że tylko z ortografią nie mam większych problemów. Nie wiem, czy zostało to zauważone, ale zdobyte umiejętności starałem się zastosować na blogu. Na tę chwilę nie wiem na jakim etapie jest cały projekt, ale moja rola już się chyba skończyła. Pisałem o Balbinie i Kapslu.

Teraz zostałem zaproszony do współuczestniczenia w tworzeniu prawdziwej książki i to pod czujnym okiem najprawdziwszego pisarza. Nie wiem, czy mogę wyjawić jego nazwisko, więc na wszelki wypadek sobie podaruję. Majka przeczytała kilka jego książek a nawet była na spotkaniu autorskim. Teraz mi zazdrości. Ja przed pierwszym zebraniem grupy planowałem też jakąś przeczytać, ale chyba nie dam rady. Zostało już tylko kilka dni a facet raczej nie specjalizuje się w pisaniu nowel. Może dam radę zaznajomić się chociaż z jednym rozdziałem czegokolwiek, aby poznać styl tworzenia. Nie wiem jeszcze o czym chciałbym pisać. Balbiny raczej wolałbym nie powtarzać, chociaż zdecydowanie jest ona wdzięcznym tematem na książkę. No chyba, że zajmę się tą jej sferą, której nie poruszałem poprzednio. Może nawet nie ona byłaby bohaterką, ale zagadnienie które sobą reprezentuje. Być może wokół tego udałoby mi się stworzyć jakąś ciekawą fabułę z moimi ulubionymi dygresjami do zachowań innych dzieci. Bo chyba tym razem ważniejsze jest w jaki sposób wszystko opiszę a niekoniecznie co. Zwłaszcza, że tytuł książki brzmi „Opowieści nierodziców (?)”. A może coś o ukrytej traumie Rambo? A może...

Jeżeli chodzi o bloga, to muszę jeszcze ochłonąć, zebrać myśli i zastanowić się co dalej. Nie chciałbym z niego tak zwyczajnie rezygnować. Nie będzie już jednak tak jak było i z taką częstotliwością. Pewnym rozwiązaniem jest tworzenie fikcyjnych osób. Bardzo ciekawa koncepcja na etapie modelowania postaci mającej cechy kilkorga różnych dzieci. Tyle tylko, że być może niekoniecznie atrakcyjna dla odbiorcy. Pamiętam jak wiele lat temu przerwałem czytanie książki na 20 stron przed jej zakończeniem, gdy zorientowałem się, że jest to tylko fikcja literacka. No i czasami można przedobrzyć choćby poprzez niepozornie wyglądającą zmianę płci lub wieku. Chcąc kiedyś bardziej zaononimizować historię Bliźniaków dokonałem podmianki płci ich rodzeństwa. No i ktoś w komentarzu mi napisał, że opisane zachowanie jest zupełnie naturalne dla chłopca. Tyle, że naprawdę ten chłopiec był dziewczynką.

Idąc tym tokiem rozumowania, mógłbym stworzyć hybrydę rodzica biologicznego, sędziego, kuratora, asystenta rodziny a nawet pani dyrektor PCPR-u. Mógłbym wykorzystać najbardziej mroczne cechy osobowe, które kiedykolwiek miałem okazję poznać. Oj, by się działo. A do tego nikt nigdy by się do mnie nie przyczepił, nawet gdyby odnalazł w moim bohaterze kawałek siebie, czy rozpoznał jakąś sytuację. Najciekawsze jest to, o czym dotychczas nie miałem pojęcia, że taki manewr jest dozwolony również w pracy naukowej.
Kusząca myśl. Jeszcze tylko zmienię tytuł bloga na „Pogotowie Rodzinne Simpsów” i mucha nie siada.
Albo inna możliwość. Przeniosę wszelkie opisy w świat baśni i każdy będę zaczynał słowami: „Dawno, dawno temu, za górami, za lasami żyła sobie Gabrysia w rodzinie zastępczej. W pobliżu mieszkał Gargamel, który miał czarodziejski długopis, którym tylko raz na trzy miesiące mógł podpisywać ważne dokumenty”.

Póki co nie chce mi się nic pisać (już nawet Gargamela nie potrafię odpowiednio zanonimizować), a nawet czytać tego co napisałem. Przepraszam więc za błędy, słaby styl, powtarzanie się i ogólny chaos. No i kiepski nastrój.

Idę spać.



poniedziałek, 9 sierpnia 2021

TYCIA

 



Tycia jest tylko drobnym epizodem z naszej historii pieczy zastępczej. Nie minęły jeszcze dwa miesiące od czasu gdy do nas przyszła, a już jej nie ma.

Nie ma też z nami Stokrotki... ale o tym następnym razem.
Siedzę sobie z czwórką śpiących już dzieci i czekam na Majkę, która poszła na jakąś „babską imprezę”. Niech się zabawi – dokonała rzeczy niemożliwych.

Tycia od tygodnia mieszka w swojej nowej rodzinie... tej samej, która kilka lat temu stała się rodziną zastępczą dla jej siostry, by po kilkunastu miesiącach ją adoptować. Tą siostrą jest Iskierka. Myślę, że tym stwierdzeniem nie przekraczam w nadmierny sposób zasady anonimizowania wszystkiego o czym piszę.

Cała rodzina odwiedziła nas dzisiaj przy okazji umówionej wcześniej wizyty u lekarza. Wszyscy byli podekscytowani tym spotkaniem. Być może Majka najbardziej. Tycia waży już całe cztery kilogramy. W ciągu dwóch miesięcy podwoiła swoją wagę. Gdybym ja dokonał takiego osiągnięcia to z pewnością znalazłbym się w księdze rekordów... o ile bym ten wyczyn przeżył.
Ja dzisiaj spojrzałem na Tycią jak na przeciętnego dwumiesięcznego niemowlaka, który na dobrą sprawę powinien urodzić się dopiero niecałe dwa tygodnie temu (bo przecież Tycia jest prawie dwumiesięcznym wcześniaczkiem). Co nas łączyło? Kim ja byłem dla niej, a ona dla mnie?
Chyba nikim ważnym, bo nasze rozstanie wzbudziło we mnie tylko radość z widoku szczęścia Iskierki. Ani przez chwilę nie pojawił się u mnie smutek, tęsknota. Byliśmy z sobą zbyt krótko.

Wszystko zaczęło się nieco ponad osiem tygodni temu, gdy Majka dowiedziała się, że została ograniczona władza rodzicielska mamie biologicznej Iskierki. Sąd podjął odpowiednią decyzję, PCPR zwróciło się z prośbą o przyjęcie dziewczynki do najmniej obłożonego pogotowia rodzinnego, które wyraziło zgodę na zaopiekowanie się dzieckiem. Majka poruszyła niebo i ziemię (być może zrażając do siebie tę albo inną osobę), aby dziewczynka zamieszkała z nami. Należało przekonać PCPR, że umieszczenie Tyciej jako szóstej w naszej rodzinie jest dużo lepszym rozwiązaniem niż jako czwartej w innej. Trzeba było zmienić dane rodziny (które zostały już przesłane do sądu), w której Tycia zostanie umieszczona w formie zabezpieczenia. Wypadało porozmawiać z pogotowiem, które już szykowało się na przyjęcie dziewczynki i być może stwierdziło, że z tą „wariatką” (czyli z Majką) to lepiej nie dyskutować. W tym momencie jeszcze nie wiedzieliśmy, czy rodzice adopcyjni Iskierki zechcą przyjąć malutką pod swój dach. Wprawdzie kiedyś rozważali taką możliwość, ale od tego czasu minęło już kilka lat. Sporo mogło się zmienić. Majka doszła do wniosku, że jeżeli jednak podejmą taką decyzję, to ona jak nikt inny postara się, aby wszystko przebiegło w jak najkrótszym czasie.

Co by było, gdyby Tycia nie była siostrą Iskierki? Zapewne byśmy stwierdzili, że trzeba ją dobrze zdiagnozować i na miarę naszych możliwości nauczyć umiejętności nawiązywania więzi, walki o swoje prawa, bycia członkiem rodziny. Pewnie wystarczyłoby spanie z Majką w jednym łóżku, noszenie na rękach. Krótko mówiąc - reagowanie na zgłaszane potrzeby.

Sędzia czekałby do najbliższej rozprawy, której terminu na tę chwilę jeszcze nie wyznaczył. Pewnie wszystko toczyłoby się według znanego nam od lat schematu. Pierwsza rozprawa po czterech miesiącach. W tym czasie nie działoby się nic lub prawie nic. Mama pewnie byłaby pod obserwacją pomocy społecznej. Może miałaby przydzielonego asystenta rodziny. Może też kuratora. Być może ktoś zainteresowałby się historią trójki poprzednich dzieci mamy – zwłaszcza tego trzeciego, który dla nas jest ogromną tajemnicą. Może ktoś miałby w planach przekonanie mamy, że chociaż nie podołała opiece nad poprzednimi dziećmi, to tym razem pewnie jej się uda. Do ilu razy sztuka? Do czterech? Do pięciu, sześciu?

Teraz wszystko wygląda zupełnie inaczej. Tycia zamieszkała ze swoją siostrą i raczej nikomu nie przyjdzie do głowy aby podejmować jakiekolwiek kroki mogące zakończyć się rozdzieleniem sióstr w imię idei, że dziecku najlepiej jest z mamą biologiczną... niezależnie od sytuacji. Chociaż w pewnym momencie (gdy już staraliśmy się o przeniesienie dziewczynki do rodziny Iskierki) przeżyliśmy chwile grozy. Dotarła do nas informacja, że sędzia poczuła się w jakiś sposób manipulowana a przynajmniej postawiona przed faktem dokonanym, którego kwintesencją ma być tylko jej podpis. Chociaż wydawało się, że mieliśmy bardzo mocne argumenty. Rodzice Iskierki mają przecież kwalifikacje do sprawowania opieki zastępczej, nasze pogotowie jest przepełnione, a mama biologiczna nie odezwała się do nas ani razu. Czy za kilka miesięcy na rozprawie będzie tłumaczyć się niewiedzą? Być może... chociaż w tym temacie ma już przetarte szlaki i doskonale wie jakie kroki musiałaby podjąć by ewentualnie odzyskać córkę. Jedynym nietaktem mogła naszym zdaniem być upierdliwość Majki, która ciągle gdzieś wydzwaniała i ponaglała kogo się da – nawet rodziców Iskierki. Na szczęście okazało się, że sędzia myślała o zupełnie innym przypadku a w kwestii przeniesienia Tyciej do Iskierki nie miała najmniejszych uwag.

Mimo wszystko cały proces trwał prawie dwa miesiące. I nie można mieć do nikogo pretensji, że w jakiejś mierze coś opóźniał. Wszyscy się starali. PCPR w trybie pilnym przeprowadził badanie psychologiczne rodziców Iskierki, aby nikt nie miał zastrzeżeń do ich kompetencji. Potrzebne pisma i opinie były przesyłane niezwłocznie tam gdzie było to konieczne.

Zastanawiam się, czy te kilka tygodni mieszkania w naszej rodzinie mogło mieć na Tycią jakiś negatywny wpływ – pewnie tak. Gdyby kiedyś ktoś zadał mi takie pytanie, to bez namysłu odpowiedziałbym, że nie. Powiedziałbym, że przecież Tycia prawie ciągle spała. Nawet jak jadła, to też spała. Ale mimo wszystko musiała się dzielić naszym zainteresowaniem z piątką innych dzieci. Noszona na rękach była głównie wtedy gdy się tego domagała, a cisza w jej otoczeniu była towarem deficytowym. Nawet kąpiel stała się jedynie bezemocjonalną czynnością bardziej przypominającą taśmę produkcyjną niż czas mający na celu nawiązywanie więzi. Po trzech tygodniach Tycia przestała też spać w jednym łóżku z Majką, gdyż kilkukrotne w ciągu nocy wstawanie do innych dzieci powodowało, że jej sen też był przerywany.

Był to również trudny okres dla Iskierki. Mieszkamy daleko od siebie, ale kilka razy w tym czasie się spotkaliśmy. Dziewczynka nie mogła się doczekać, kiedy wreszcie siostra zamieszka razem z nimi. Pewnego dnia Majka przeczytała mi tekst o miłości, tęsknocie i nierozerwalnych więziach rodzinnych. Powiedziałem: „Wow, no to się wspięła na wyżyny swoich możliwości”. Byłem przekonany, że był on dziełem mamy biologicznej Stokrotki (która niemal codziennie zarzuca nas swoimi przemyśleniami), chociaż najczęściej są to słowa skierowane bezpośrednio do Majki typu: „To MOJE dziecko. Nie pozwalam aby spotykało się z OBCOLAMI ty BABO”. Moje podejrzenie padło jednak na mamę Stokrotki, gdyż nigdy bym nie przypuszczał, że może to być twórczość sześciolatki. 

Kilka lat temu powiedziałbym, że pojawienie się Tyciej w nowej rodzinie nie różni się niczym od pojawienia się dziecka w rodzinie biologicznej (pomijając sam akt narodzin), ponieważ nie za bardzo wierzę w przeznaczenie, którego wyznacznikiem są geny.

Powiedziałbym, że te dwa miesiące u nas nic nie znaczą a dziewczynka niedługo zostanie adoptowana, będzie kochana i będzie kochać jak każde inne dziecko. A jednak rodzinom adopcyjnym (również zastępczym) często towarzyszy jakieś bardziej lub mniej uświadomione poczucie lęku, straty. Jest to zupełnie inna niż zazwyczaj niepewność przed przyszłością i zupełnie inna tęsknota za tym co mogło się wydarzyć.
Niedawno przeczytałem bardzo ciekawy wpis, który pojawił się na facebooku. Wielokrotnie został udostępniony, więc może sporo osób przeczytało go w całości. Zamieszczam poniżej większą jego część. Nie podam kto jest jego twórcą, gdyż nie wiem czy miałbym posłużyć się nazwiskiem, czy pseudonimem. Myślę jednak, że ktoś kto czyta również komentarze na tym blogu nie będzie miał problemu z identyfikacją autora.

A potem zaczęłam czytać wypowiedzi i wspomnienia dorosłych adoptowanych. Czytałam je na anglojęzycznych blogach i forach, w książkach o niepłodności i adopcji, wreszcie w badaniach naukowych.

Dowiadywałam się z nich, jak ambiwalentne są uczucia dziecka, które ma świętować z rodzicami dzień adopcji - dzień powstania nowej rodziny i zarazem nieodwracalnej utraty rodziny biologicznej. Dzień, który dla rodziców był dniem połączenia, ale dla dzieci był równocześnie dniem połączenia i rozłączenia.
Poznawałam także bezmiar dziecięcej lojalności wobec rodziców, która nakazywała im głęboko ukrywać te wszystkie trudne uczucia: smutku, dezorientacji, pierwotnego odrzucenia. Te dzieci świętowały dorodzinki, adoption day, got'ya day, ponieważ nie chciały smucić swoich rodziców. Ale tę dwoistość uczuć przeżywały w związku z tym bez zrozumienia i oparcia w dorosłych.
Wreszcie czytałam o ich tłumionej złości i intensywnej samotności tego dnia, ponieważ nie było wokół nikogo, kto zrozumiałby, że "adopcyjna strata jest jedynym na świecie rodzajem traumy, w której cały świat oczekuje od ofiary wdzięczności". Te mocne słowa nie są mojego autorstwa, pochodzą od Keitha Griffitha, autora książki o prawie do własnej tożsamości i zarazem dorosłego adoptowanego.
I nie miało znaczenia, czy rodzina biologiczna oddała swoje dzieci do adopcji dobrowolnie, czy może je straciła. Czy wcześniej je krzywdziła, katowała i zaniedbywała, czy może nigdy tak naprawdę nie zaistniała w życiu dzieci, bo przekazała je do adopcji bezpośrednio po porodzie. Ten rodzaj straty dla wielu dorosłych adoptowanych był czymś zupełnie oderwanym od faktów biograficznych - na ogół był po prostu bólem i tęsknotą za życiem, które nie mogło się wydarzyć, ponieważ rodzice biologiczni właśnie nie byli dobrymi rodzicami. Ale to nie sprawiało, że stawało się to wszystko bardziej sprawiedliwe i mniej bolesne.
Nie miało to także związku z miłością wobec rodziców adopcyjnych i całym szczęściem dziejącym się w tej nowej rodzinie. Było po prostu osobistą stratą.”