sobota, 31 grudnia 2022

SAJGON

 


Bywają dzieci, które robią niesamowicie dobre pierwsze wrażenie. Jednym z nich jest Sajgon – niespełna trzyletni chłopiec, który mieszka z nami od kilkunastu dni. Pierwszego dnia, Majka zobaczyła w nim niezwykłą urodę i dobre wychowanie. Sajgon, podając rękę, przywitał się ze wszystkimi domownikami i posadzony na tapczanie grzecznie siedział. Rozglądał się tylko ujmująco dookoła, delikatnie uśmiechał, a zawołany przybiegał się przytulić.

Ja zobaczyłem w nim jedynie ogromny potencjał. W pełni zgadzam się z Majką, że Sajgon jest ładnym dzieckiem. Być może mu to kiedyś pomoże, o ile z jakichś powodów nie zostanie maskotką takiej czy innej grupy. Jednak na tę chwilę nie ma to żadnego znaczenia, a przymioty, które zaobserwowaliśmy na samym początku, i które właśnie wymieniłem, są jedynymi umiejętnościami chłopca.
Sajgon jest kilkumiesięcznym dzieckiem w skórze trzylatka. Jeżeli wynika to jedynie z zaniedbania, to chłopiec musi się odbić od dna. Dlatego uważam, że ma potencjał, a naszym zadaniem jest wydobyć wszystko co możliwe. Trudno powiedzieć ile czasu mu to zajmie. Gdzieś słyszałem, że dziecko wychowujące się w destrukcyjnym środowisku, potrzebuje przynajmniej drugie tyle czasu, aby nadrobić wszystkie zaległości. O ile w ogóle jest to możliwe. Oznacza to tylko tyle, że my najwyżej rozpoczniemy proces zdrowienia.

Gdybym miał określić chłopca jednym słowem, to powiedziałbym – masakra. A wydawało mi się, że już niewiele może mnie zaskoczyć. Z pozytywnych cech Sajgona mógłbym jeszcze dodać umiejętność chodzenia. Chociaż trudno się z tego w jakiś przesadny sposób cieszyć.

Nie wiem, czy chłopiec potrafi biegać, bo dotychczas jeszcze nie próbował się rozpędzić.

Sajgon nie potrafi mówić. Wydaje wprawdzie jakieś dźwięki, ale trudno to chociażby nazwać gaworzeniem. Nie są to sylaby, ale jakieś szumy, piski, a nawet próby odwzorowania odgłosów zasłyszanych gdzieś w otoczeniu. Te dźwięki często nie pochodzą ze strun głosowych, ale gdzieś z głębi ciała. Wielokrotnie gdy słyszę chłopca, to nie potrafię go zlokalizować. Stoi dwa metry ode mnie, a głos dochodzi jakby z drugiego pokoju, a nawet zza okna. Udaje mu się wydać dźwięk podobny do gongu na dworcu kolejowym, po którym można usłyszeć: „pociąg osobowy z Koluszek wjechał na tor przy peronie drugim”. Potrafi także wydać odgłos ptaka. Nie wiem jakiego, bo zacięcia ornitologicznego nigdy nie miałem. Zaniepokojony – warczy. Dysponuje również szerokim wachlarzem różnych odmian płaczu, czy też lamentowania. Nauczyliśmy się już odróżniać kiedy jest głodny, a kiedy spragniony. Inaczej płacze gdy chce pójść spać, a inaczej gdy właśnie się obudził i chce wyjść z łóżeczka. Jedyne zwroty, które jestem w stanie przelać na papier, brzmią: „e sze sze” i „ej te te”. Od kilku dni często powtarza coś pomiędzy „dziadzia”, „tata” i „ciocia”. W taki sam sposób zwraca się do mnie i do Majki, chociaż być może kiedyś dostrzeżemy jakąś subtelną różnicę.

Zaczęliśmy od konsultacji logopedycznych. Z jednej strony dlatego, że brak umiejętności mówienia bardzo nas niepokoił, a z drugiej, że jednak Sajgon bardzo starał się nawiązać z nami jakiś kontakt. Otwierał buzię i na tym się kończyło. Można powiedzieć, że w dużej mierze się uspokoiliśmy i możemy być dobrej myśli. Prawdopodobną przyczyną takiego stanu rzeczy jest brak umiejętności gryzienia. Podstawą diety chłopca było do tej pory mleko i kaszka, a „podajnikiem” butelka ze smoczkiem. Każdy większy pokarm, który mu wkładaliśmy do buzi, próbował ssać, a mniejszy połknąć. Nie używał rąk.

Na szczęście Sajgona trudno nazwać niejadkiem, bo akceptuje wszystkie nowe smaki. Zastanawialiśmy się, jaką powinniśmy przyjąć metodę wprowadzania chłopca do naszej rodziny. Doszliśmy do wniosku, że samo pojawienie się w zupełnie nowym środowisku jest tak dużym stresem, że trudno go w jakiś spektakularny sposób zwiększyć jeszcze bardziej. Postanowiliśmy pójść za ciosem i nie bawić się w stopniowe rozkładanie zmian w czasie. Od razu zlikwidowaliśmy butelkę ze smoczkiem, a w jej miejscu pojawił się kubek-niekapek, talerzyk, miseczka i łyżeczka. Majka dała mi wolną rękę w kwestii wszystkich posiłków z wyjątkiem obiadu. Być może stwierdziła, że jeżeli ja chłopaka nawet trochę przegłodzę, to ona wynagrodzi mu to kaszą (albo kaszką) z jakimś sosem i roztartym mięsem, podawaną wprost do buzi.
Dużą sztuką były próby przekonania Sajgona do wzięcia jakiegokolwiek pokarmu w rękę. Pierwsze kęsy musiałem wkładać mu bezpośrednio do buzi. Otwierał usta i natychmiast, bez gryzienia, starał się połknąć podany kawałek. Szybko więc się okazało, że muszę wszystko kroić w kostkę nie większą niż w sałatce warzywnej, bo chłopiec krztusił się, a oczy wychodziły mu z orbit. Ale miałem po swojej stronie dwie sprzyjające okoliczności. Pierwszą była żarłoczność Sajgona i chęć najedzenia się za wszelką cenę, a drugą – nieoceniona pomoc Dagona. Ten drugi przez cały posiłek wyszczerzał zęby, pokazując młodszemu koledze na czym polega gryzienie. I tym sposobem, zupełnie jak w wierszu Tuwima, „ruszyła maszyna po szynach ospale”. Sajgon potrafił przesiedzieć przy śniadaniu ponad godzinę, a Dagon mu towarzyszył. I nawet nie wyjadał z jego talerza.

Wciąż się zastanawiam, czy Sajgon rozumie co do niego mówimy. Wydaje mi się, że bardziej reaguje na gesty, mimikę twarzy, czy sytuację, w której się znajduje. Gdy powiem do niego tylko „dzień dobry”, to się ze mną nie przywita. Podobnie jest w przypadku, gdy zwrócę się do niego słowami „chodź się przytulić”. Za to od razu reaguje na wyciągniętą rękę i otwarte ramiona.

Zdarzyło się, że trzymał w ręce talerz. Powiedziałem „podaj talerz”. Natychmiast rzucił go na podłogę i przyszedł się przytulić – miałem wyciągnięte ręce.
Sajgon lubi się przytulać. Przyjemność sprawia mu głaskanie, dotykanie. Teraz (po kilkunastu dniach) gdy do nas przychodzi – wyciąga ręce. Na początku tylko przychodził, a ręce miał opuszczone, albo natychmiast odwracał się tyłem.

Słyszy. Chociaż reaguje tylko na jedno imię – Sajgon. Gdy powiemy do niego „Sajguś”, „Sajgonek”, to nie ma żadnej reakcji.


Nieciekawie wygląda zabawa chłopca. Może się czepiam, bo przecież Sajgon potrafi wziąć do ręki samochodzik, książeczkę, albo jakiegoś plastikowego zwierzaka. Jednak nie wie, do czego te zabawki służą. A przynajmniej do czego służą innym dzieciom. Jego zabawa polega na przekładaniu czegokolwiek z jednego pudła do drugiego. A gdy już to pierwsze opróżni, to zaczyna przekładać w drugą stronę. Raz udało mi się wejść z nim w jakąś głębszą relację podczas zabawy. Zresztą zupełnie przypadkowo. Sajgon zaczął odnosić zabawki do szafki, po czym trzaskał drzwiczkami tak, że szyby w oknach dzwoniły. Powiedziałem tylko raz: „ciszej”, przykrywając przy tym palcem usta. Zupełnie na nic nie liczyłem, a jednak rozpoczęło to świetną zabawę, która trwała przynajmniej pół godziny. Zabawę, która mnie dokumentnie nudziła, ale Sajgon bawił się wyśmienicie. Co kilka sekund otwierał i bezszelestnie zamykał drzwi szafki, a ja pokazywałem kciuka i mówiłem „super”. Przy każdym zamknięciu zaczynał śmiać się w głos i mówił swoją mantrę: „e sze sze”.

Jednak zdarzyło się to tylko raz. Być może coś sobie wówczas przypomniał, a może nawet znalazł się na chwilę w innym czasie i w innym miejscu. Zazwyczaj tylko na mnie patrzy. Nie potrafi powiedzieć „tak”, „nie”. Nie potrafi kiwnąć głową – tylko stoi i słucha. Bez żadnej reakcji. Może nawet nie słucha. Tylko patrzy.

Trudno mi w jakiś szczególny sposób odnieść się emocjonalnie do całej sytuacji. Jeszcze jesteśmy obok siebie. Przynajmniej ja jestem obok. Wredny na co dzień Dagon jest bliski memu sercu, a bezproblemowy Sajgon tylko jest. Łazi za mną wszędzie i czeka, aż znowu zechcę gdzieś przejść. Jak ten pies.

Całość opisu Sajgona muszę zakończyć chociaż krótką charakterystyką jego mamy. Być może nawet taty, bo podobno jest on ważną postacią w życiu chłopca.

Początkowo mama twierdziła, że Sajgon jest zupełnie zwyczajnym dzieckiem, tylko rozwija się w innym tempie niż rówieśnicy. Być może ktoś jej powiedział, że trzylatek nieumiejący mówić i gryźć, raczej podlega innej ocenie, bo zmieniła zdanie. Stwierdziła, że kilka miesięcy temu chłopiec wszystko mówił i jadł wszelkie stałe posiłki. Nastał jednak jeden dzień, gdy tata Sajgona wyjechał na jakiś czas za granicę. Od tego momentu coś się chłopcu w głowie pomieszało i jest jak jest.
Ale przecież tata wrócił już kilka tygodni temu, a mama jakby nie patrzeć, powinna być dla dziecka osobą najważniejszą – nawet podczas nieobecności ojca. Czy można tym tłumaczyć zachowanie Sajgona?
Przyjmijmy, że można i poczekajmy co będzie dalej.
Mamy chłopca jeszcze na oczy nie widzieliśmy, chociaż deklarujemy chęć spotykania się i ona również. Zadzwoniła dwa razy. No ale przecież właśnie były święta, a za chwilę Nowy Rok. Dziecko może poczekać.

A tata? Standard. Typowy tata biologiczny naszych dzieci – nieobecny, nieznany.

Mama wychowywała się w pieczy zastępczej. Ma też starszą córkę (przyrodnią siostrę Sajgona). Obie mają tak zwany płodowy zespół alkoholowy. Dziewczynka również wychowuje się w rodzinie zastępczej.

Sajgon? Jak widzę jego przyszłość?

Buźkę faktycznie ma ładną. Trudno doszukiwać się jakichkolwiek cech dysmorficznych. Jednak kilkuletnie opóźnienie jest niezaprzeczalne.
Ktoś kiedyś zapytał, czy zawsze z Majką jesteśmy jednomyślni i zajmując się dziećmi mamy ustalony wspólny front. Mogę stwierdzić, że tak, a Sajgon jest wyjątkiem potwierdzającym tę regułę. Bo w przypadku tego chłopca, działamy jakby nieco inaczej. Majka traktuje go jak dziecko półroczne. Chłopiec płacze, czyli zgłasza swoją potrzebę, a jej zadaniem jest ją rozszyfrować i zaspokoić. Ja próbuję wymusić przyśpieszenie jego rozwoju. Skoro w ciągu kilku dni nauczył się gryźć, otwierać buzię przy myciu zębów, stawać na nogi przy przenoszeniu z miejsca na miejsce (wcześniej natychmiast uginał nogi)  i wyciągać ręce przychodząc się przytulić, to ma większy potencjał od niemowlaka, nawet jeżeli nie potrafi kiwnąć głową i wskazać na coś palcem. Bywają zatem sytuacje, gdy Sajgon zaczyna płakać. Chociaż jest to bardziej pojękiwanie, bo łzy mu nie lecą. Bywa, że się nawet domyślam czego chce. Na przykład, że chce się napić. Bo... dawno nie pił, wydawany głos jest inny niż wtedy gdy jest śpiący albo głodny, stoi trzy kroki przede mną. Ale ja mu życia nie ułatwiam i nie wzmacniam tych zachowań. Stanie godzinami tuż obok mnie i chodzenie za mną krok w krok (do kuchni, toalety, na fotel) może budzić rozmaite emocje. Dla mnie, po kilkunastu dniach, staje się to coraz bardziej irytujące. Zamierzam wygasić to zachowanie. Pozostając przy tej hipotetycznej potrzebie zaspokojenia pragnienia – Sajgon nauczył się już podejść do kubka, wziąć go do ręki i się napić. Teraz musi nauczyć się myśleć przyczynowo – skutkowo. Musi się w końcu zorientować, że pokazanie mi pustego kubka spowoduje, że naleję mu wodę. Musi nauczyć się pokazywać palcem i przynajmniej kiwać głową – przytakując, albo wyrażając dezaprobatę. Musi przestać być mało wymagającym dzieckiem stojącym z boku.

Sajgon jest moim wyzwaniem na następny rok. Uważam, że jego czas rozwijania się w swoim tempie już dawno minął. Teraz musi gonić uciekający pociąg.





czwartek, 15 grudnia 2022

--- Wietnam

 


Odkryłem Azję.

Nie pojadę już więcej do Afryki. Czy wrócę jeszcze kiedyś do Wietnamu? Być może. Na tym południowo-wschodnim skrawku azjatyckiej ziemi poczułem się jak u siebie. A nawet więcej – jakbym odkrył swoje korzenie. Zresztą być może coś w tym jest, bo gdy patrzę w lustro, to widzę starego Wietnamczyka. I nie tylko ja. Dzień przed wyjazdem dostaliśmy informację z naszego biura podróży, przypominającą o konieczności zabrania z sobą zdjęcia na wizę. Niby o tym wiedzieliśmy, ale planowaliśmy wziąć zdjęcia paszportowe, które robiliśmy kilka lat temu. Okazało się jednak, że w Wietnamie jest inny format, więc woleliśmy dmuchać na zimne i pojechaliśmy do fotografa. Pani robiąca mi zdjęcie popatrzyła na mnie, zrobiła jedno ujęcie, potem drugie. W końcu stwierdziła: „Proszę szerzej otworzyć oczy, bo ma pan je dziwnie wąskie i skośne”. Nie wiedziała, że ja po prostu dobrze przygotowałem się do podróży.



Chociaż tym razem, z przygotowaniami było dużo gorzej niż zazwyczaj. Niemal do ostatniej chwili nie wiedzieliśmy co będzie z naszymi dziećmi. Najprościej poszło z Kori. Mieliśmy prawie miesiąc na przekazanie jej nowym rodzicom. Dla pięciomiesięcznej dziewczynki było to nawet zbyt wiele czasu.

Dwa tygodnie przed rozpoczęciem Majki urlopu dowiedzieliśmy się, że wujek Marian (u którego Omen z Dagonem spędzili poprzednie dwa tygodnie wakacji) się odmyślił. Wydawało nam się, że przyjęcie dzieci nie będzie dla niego większym problemem, bo przecież ostatnio mówił, że jakoś daje się z chłopcami wytrzymać. Wiedzieliśmy, że dwa tygodnie są bardzo krótkim czasem na znalezienie nowej rodziny, nie mówiąc już o zorganizowaniu kilku spotkań zapoznawczych. Kolejne znane nam rodziny zastępcze odmawiały. Dobro przebywających u nich dzieci było najważniejsze. Widocznie nasi chłopcy nie zapracowali sobie na zbyt dobrą opinię. Coraz wyraźniej majaczyły na horyzoncie dwie możliwości – rezygnacja z wakacji albo umieszczenie bliźniaków w placówce. Obie nie do zaakceptowania. Został już tylko tydzień do naszego wylotu, gdy PCPR kogoś znalazł. Tyle tylko, że chłopcy w połowie musieliby zmienić rodzinę, a do tego mieliby być rozdzieleni. I w takim momencie, zupełnie nieoczekiwanie, pojawili się rodzice adopcyjni Blanki (dziewczynki, która niecały rok temu od nas odeszła). Przyjechali z małą w odwiedziny. Znali naszych chłopców, a co ważniejsze, Blanka również ich pamiętała. Dlaczego nie – powiedzieli – damy radę. Nie było żadnych problemów proceduralnych, ponieważ rodzice po szkoleniu adopcyjnym mają prawo zostać rodziną pomocową. Tak więc, rzutem na taśmę, udało się. Do tego z jeszcze lepszym skutkiem, niż pierwotnie planowaliśmy.
Trochę stresu było też z Jackiem i Plackiem. Niby chłopcy są z nami jeszcze bardzo krótko i trudno tutaj mówić o jakichś silniejszych więziach – ale jednak. Zwłaszcza Jacek dość ciężko zniósł przeprowadzkę do nas. Teraz znowu miał zmienić miejsce zamieszkania. Nieoczekiwanie z pomocą przyszedł sąd, co mnie wyjątkowo mile zaskoczyło. Chłopcy wprawdzie u nas są od niedawna, ale do systemu pieczy zastępczej trafili już ponad rok temu. Ich mama biologiczna miała więc sporo czasu na poukładanie swojego życia. Gdy dowiedziała się, że dzieci znowu będą miały pójść do nieznanej sobie rodziny zastępczej, postanowiła złożyć do sądu wniosek o ich urlopowanie. Miała dobre opinie u osób, z którymi pracowała w ciągu ostatniego roku, więc jej wniosek został przez nie poparty. Wszyscy zgodnie stwierdzili, że istnieje duże prawdopodobieństwo powrotu dzieci do domu, a dwutygodniowy urlop może być dla mamy życiową szansą. Krótko mówiąc - teraz albo nigdy. Stanie na wysokości zadania albo może zapomnieć o dzieciach. Sąd długo się nie wahał. Wyraził zgodę na urlop, chociaż w gotowość postawił wszystkie służby. Dwie godziny po odwiezieniu chłopców przez Majkę, mamę odwiedzili pracownicy pomocy społecznej, a dziewczyna chyba faktycznie się przejęła. Zdawała relacje z pobytu dzieci wszystkim świętym. Nawet pisała do Majki. A że internet w Wietnamie działał bez zarzutu, więc prawie codziennie byliśmy informowani co się u chłopców dzieje.
Ja jeszcze nie mam wyrobionego zdania, chociaż raczej przychylam się do głosu większości. Historia Jacka i Placka jest bliźniaczo podobna do historii Romulusa i Remusa. Różni się zaledwie mało znaczącymi szczegółami. A jednak tutaj myślę zupełnie inaczej. Za kilka lat, a może już za kilka miesięcy, okaże się, przy którym z tych dwóch przypadków się myliłem. Nie ma takiej możliwości, abym w obu miał rację. Ale nie czas teraz na takie wywody.

Wracam zatem myślami do Wietnamu, który to kraj tak bardzo mi się spodobał. Muszę jednak zaznaczyć, że sporo osób nie podzielało mojego zdania.



W Wietnamie najbardziej w oczy rzuca się brak znajomości języków obcych. Wietnamczycy mówią tylko po wietnamsku i często trudno się z nimi porozumieć nawet na migi. Mi to zupełnie nie przeszkadzało, a nawet miało swój urok. Chociaż być może chodziło o to, że w swojej świadomości byłem tam równie skuteczny, co poliglota władający biegle kilkoma językami. Nie miało też większego znaczenia czy znajdowałem się w wielkim Sajgonie, czy na prowincji, w hotelu, sklepie, czy na ulicy. W tym względzie nic nie miało znaczenia. Nawet pilot w samolocie (bo lataliśmy również liniami lokalnymi) mówił po angielsku tak, że nic nie rozumiałem.

Swoją przygodę z językiem wietnamskim rozpocząłem od hotelowej restauracji, gdy oczekiwaliśmy na zakwaterowanie. Poprosiłem o dwa piwa i nieco się zdziwiłem, gdy kelnerka przyniosła biały kartonik i właśnie zaczęła przymierzać się do nalania jego zawartości do szklanki. Na szczęście zauważyłem narysowaną na nim krowę, bo w przeciwnym razie być może bym stwierdził, że tutaj piwo mają w kartonikach. Dość długo trwało tłumaczenie, że milk to nie beer, ale w końcu pani wyciągnęła z lodówki puszkę z napisem Tiger. Wyjaśnienie, że chodzi mi o dwie puszki, było już znacznie łatwiejsze.
W wielu innych miejscach, Wietnamczycy byli już wyposażeni w telefony i jak nie wiedzieli o co chodzi (a najczęściej nie wiedzieli), to sięgali do translatora angielsko-wietnamskiego. A mają to oprogramowanie dość ciekawe. Po wprowadzeniu angielskiego słowa, które turysta sam musi wpisać (bo oni nie za bardzo wiedzą jak je się zapisuje), wyświetla się zarówno jego wietnamski odpowiednik, jak też zdjęcie. Gdy pewnego dnia zapragnąłem zjeść rybę i wpisałem słowo „fish”, u dołu ekranu wyświetliły się dwie złote rybki. Wcale nie jest wykluczone, że właśnie je podano mi na talerzu.



Nikt nie przykłada tam wagi do jakichkolwiek zasad rządzących światem kulinarnym. Dania nie są podawane w tym samym czasie wszystkim biesiadnikom. To co już jest gotowe, wjeżdża na stół. Najczęściej najpierw podawany jest ryż, a potem właściwe danie. W menu można znaleźć pozycję „piwo w puszce” i „piwo w szklance”. Jak zostanie zamówione w puszce, to szklanki już się nie dostanie. Piwo z nalewaka praktycznie nie istnieje. Nalewaki występują głównie jako ozdoba restauracji.

W Wietnamie je się wszystko i prawie każdą część danego stwora, czy rośliny. Na przykład ogon świni, czy kwiaty dyni. O ile w restauracji hotelowej raczej wiadomo co jest serwowane (gdyż wszystko jest podpisane po angielsku), o tyle w knajpie na mieście, a już na pewno w przydrożnej budce z jedzeniem, można zjeść psa, gekona, żółwia, żabę, czy węża – zupełnie o tym nie wiedząc. Ale bywały też miejsca, gdy przy wejściu do knajpki witał nas baner ze zdjęciem psa z rożna. Pomylić się nie było można. Zresztą gdy zapytaliśmy: „Chał, chał?”, gospodarze z uśmiechem kiwali głowami upewniając nas jakie menu serwują. Do tego dookoła biegało kilka psów. Może to taki wietnamski odpowiednik kurczaków z wolnego wybiegu. Poza hotelami i luksusowymi restauracjami, menu jest najczęściej tylko po wietnamsku. Pewnym ułatwieniem jest zdjęcie opisanej potrawy, chociaż wszystkie są do siebie bardzo podobne. Dużo ryżu, warzyw i to coś, co bardzo trudno jest rozpoznać.
Wietnamczycy bardzo cenią sobie świeżość. To oznacza, że posiłek najlepszy jest wtedy, gdy jego podstawowy składnik żył jeszcze kilka minut wcześniej. Dlatego często można spotkać restauracje z wystawionymi basenami albo akwariami, w których pływają różne stworzenia od krewetek zaczynając, a na rybach kończąc (między innymi kolorowe – przypominających karasie ozdobne). Raczej unikaliśmy takich knajpek, bo jakoś trudno nam było zjeść coś, co chwilę temu na nas patrzyło.
Jednak ogólnie rzecz biorąc, wszystkie potrawy były bardzo smaczne i w większości przypadków nie zadawaliśmy zbędnych pytań.

Jakieś mięso

Owoce morza

Nalewka na kobrze


Wszystko było bardzo tanie. Tak tanie, że zostało nam jeszcze mnóstwo dongów, których nie zdążyliśmy z powrotem zamienić na dolary, a kantor w naszej miejscowości ich nie przyjmuje. Jest zatem pretekst, aby wrócić i je wydać. Nie będę podawał dokładnego przelicznika polskiego złotego na wietnamskiego donga. W dużym uproszczeniu, dziesięć złotych to jest trochę mniej niż pięćdziesiąt tysięcy dongów. W każdym razie tak to sobie przeliczałem i szło mi nawet całkiem sprawnie. Ostatecznie jeszcze bardzo dobrze pamiętam czasy, kiedy w naszym kraju też byłem milionerem. 

W Wietnamie za niecałe pół miliona, czyli odpowiednik stu polskich złotych, można było zjeść całkiem wykwintną kolację dla czterech osób. Chociaż tak było tylko na wyspie Phu Quoc, na której spędziliśmy kilka dni, nie robiąc nic poza opalaniem się na leżaku, piciem piwa, kąpaniem w basenie i właśnie włóczeniem się po knajpach. W Sajgonie było już nieco drożej. Za spaghetti z owocami morza, colą, piwem i jakimś dziwnym, zimnym deserem owocowym, zapłaciliśmy około osiemdziesięciu złotych (oczywiście za nas dwoje). Podejrzewam, że w naszym kraju tyle kosztowałaby jedna porcja spaghetti z samymi krewetkami. My mieliśmy przynajmniej trzy różne stworzenia – kalmary, krewetki i ostrygi. Tyle udało nam się rozpoznać. Bazary traktowaliśmy jako ciekawostkę turystyczną, ponieważ większość towarów była nam nieznana. Chociaż niektórzy z naszej grupy kupowali to i owo.

W Wietnamie wszystko jest niewielkie – podobnie jak jego mieszkańcy. Małe są stoły, krzesła, drzwi, windy, talerze... no i puszki z piwem. W hotelach zdarzały się windy, w których mieściły się tylko dwie osoby albo jedna z walizką. Chociaż bywały i takie, w których było napisane: „Udźwig 15 osób”. Niestety już przy sześciu turystach z Polski włączał się sygnał alarmowy świadczący o przeciążeniu. Istnieją też autobusy sypialniane, w których na trzech poziomach znajdują się pomieszczenia o wymiarach mniej więcej pół metra na metr siedemdziesiąt. Gdy taki hotelo-bus mijał nas na autostradzie, to wszyscy rzucali się do okien i podziwiali tę osobliwość.

Każdemu urodzonemu dziecku można nadać dowolne imię. Dziewczynkom często daje się imiona kwiatów, a chłopcom Waleczny, Męski, Smok, Bohater. Jednak gdyby ktoś chciał opatrzyć swoje dziecko mianem Gamguła, to też by przeszło. Istnieją także imiona nie przypisane do żadnej płci jak choćby Mądrość albo Rzeka. My spotkaliśmy się z panią Kaczką i panem Ryżem. Chociaż z drugiej strony, jest to tylko pozornie dziwne. Majka, jak zawsze, każdą wolną chwilę poświęcała czytaniu. Między innymi przeczytała książkę Kasi Szklanki o brytyjskim systemie pieczy zastępczej.

Ludzie są tam bardzo mili. Uśmiechają się do każdego, zagadują i kłaniają w pas. Nie chciałem uchodzić za polskiego buca, któremu wydaje się, że Wietnamczyk powinien bić mu pokłony, więc odpowiadałem tym samym i niestety do dzisiaj boli mnie kręgosłup.

Najciekawsze jest to, że nikt nie chce niczego w zamian. Nikt nie wyciąga ręki, ani nie przekonuje mnie o tym, czego naprawdę pragnę i nawet o tym nie wiem. Wszystkie jednodolarówki, które zabraliśmy, przywieźliśmy z powrotem. Nie było gdzie ich wydawać. Chłopcy bagażowi nie wyrywali walizek z ręki, a zdjęcie można było zrobić każdemu i z każdym. Pamiętam jak kiedyś byliśmy w jednym z krajów afrykańskich i wykupiliśmy sobie przejażdżkę bryczką po mieście. Wykupiliśmy, czyli zapłaciliśmy – i to całkiem niemałe pieniądze. Nasz przewoźnik gadał całą drogę, co chwilę pytając: „Is it coll?”. Odpowiadałem grzecznie, że tak, bo przecież nie chciałem być arogancki każąc mu się wreszcie zamknąć. Na koniec (wiedząc, że tam daje się napiwki każdemu i za wszystko) dałem mu pięć dolców. W odpowiedzi usłyszałem: „Only five?”. W Wietnamie coś takiego jest niespotykane. Jeżeli ktoś nie daje rady zanieść swojego bagażu do pokoju, to prosi o wózek albo pomoc bagażowego. Nikt nie oczekuje za to finansowej rekompensaty. Podobnie jest w restauracjach. Reszta z rachunku wydawana jest do najmniejszego donga. Ja jednak bardzo lubiłem dawać napiwki. Trochę może na przekór, a trochę aby zobaczyć nieopisaną radość obdarowanego. Brak znajomości języka i naszych zwyczajów kończył się często pogonią za nami po ulicy z nieodebraną resztą, a przynajmniej czołobitnością graniczącą z ryzykiem uszkodzenia sobie czoła o stół.

Wszystko przez to, że dla nas dziesięć złotych to jest niewiele. Dla Wietnamczyka często jest to prawie całodzienna stawka na utrzymanie. Duża część społeczeństwa zarabia poniżej stu dolarów miesięcznie, a pensja specjalistów pracujących w korporacjach rzadko kiedy przekracza tysiąc dolarów. Za to ceny mieszkań są porównywalne do naszych (w przeliczeniu na dolary), a samochody nawet dwukrotnie droższe, gdyż państwo nakłada na nie ogromne podatki i akcyzę. Wszystko to powoduje, że mało kogo stać na podstawę egzystencji (przynajmniej w naszym rozumieniu). Parkingi dla samochodów świecą pustkami, a ludzie żyją na obrzeżach miast w rodzinach wielopokoleniowych i domach skleconych z byle czego – na przykład słomy, blachy albo patyków z bambusa. Większość z nich (przynajmniej ta z południa kraju) żyje z tego co daje im dolina i delta Mekongu. Ludzie uprawiają ryż albo łowią w rzece wszystko co daje się zjeść. Kiedyś były to też krokodyle, ale wytrzebili je do cna i obecnie są one hodowane jedynie na farmach. Uprawa ryżu nie jest łatwa. Wszystko trzeba robić ręcznie i z pomocą bawołów. Ciężki sprzęt nie jest w stanie wjechać na grząskie pola ryżowe, bo zwyczajnie się zakopie. Bardzo ciekawie wygląda chowanie zmarłych. Nie ma tam wielkich cmentarzy jak u nas. A przynajmniej nie tylko takie są. Rodziny mają swoje własne cmentarze na polach ryżowych, a nawet na podwórkach tuż obok domu. Czasami w takich miejscach jest tylko kilkanaście, a nawet kilka nagrobków.

Rodzinny cmentarz na polu ryżowym


Szkolnictwo wygląda podobnie jak u nas za czasów gdy istniały gimnazja. Jednak od szkoły średniej za naukę trzeba już płacić. Można jednak napisać wniosek do jedynie słusznej partii, odpowiednio go motywując, bo być może państwo przejmie koszty dalszego kształcenia dziecka. Opieka medyczna jest bezpłatna jeżeli chory musi udać się do szpitala. Jeżeli taka potrzeba nie występuje, to za każdą wizytę u lekarza trzeba zapłacić. Być może z tego powodu średni czas życia jest dużo krótszy niż choćby w Europie. Być może dlatego, tak rzadko spotyka się na ulicach ludzi starych.

Chociaż istnieje też taka możliwość, że ludzie giną na ulicach. Podobno cztery razy częściej niż średnio w krajach europejskich. Można się zastanowić jak to jest możliwe, skoro mało kogo stać na samochód. Jednym z powodów może być to, że prawie każdy Wietnamczyk ma jakiś pojazd dwukołowy (będący dla niego jednocześnie samochodem miejskim, rodzinną limuzyną, a nawet ciężarówką) i jeździ nim jak chce – po chodnikach, pod prąd, nie zważając na znaki drogowe i sygnalizację świetlną. Każde przejście przez ulicę jest ocieraniem się o śmierć. Nie ma większego znaczenia, czy przechodzi się na pasach albo na zielonym świetle. Czekanie, aż ktoś przepuści pieszego jest bezcelowe. Tam nikt nikomu nie ustępuje. Nawet ambulans na sygnale ma zajeżdżaną drogę i musi stać w korkach. Podstawową zasadą jest przechodzenie przez jezdnię szybkim krokiem i pewnie. Bez zwalniania, przyspieszania, czy zatrzymywania się – licząc, że zostanie się ominiętym. W zasadzie nie jest to trudne. Po dwóch dniach, również tę sztukę opanowaliśmy.






W Wietnamie nie istnieje obowiązkowa składka emerytalna. Jeżeli ktoś chce, to ją opłaca. Jeżeli nie, to musi liczyć na pomoc rodziny albo w jakiś sposób zejść z tego świata. Podobnie jest z ubezpieczeniem zdrowotnym.

Oczywiście próbowaliśmy się dowiedzieć, jak wygląda system pieczy zastępczej. W zasadzie można powiedzieć, że nie istnieje. Tam nikt nikomu nie odbiera dzieci. Stosując nasze standardy, należałoby powiedzieć, że prawie wszystkie rodziny są patologiczne. Za to istnieje bardzo dużo sierocińców, do których trafiają dzieci pozostawiane przez rodziców. W zdecydowanej większości są to dzieci chore i niepełnosprawne – trzecie i czwarte pokolenie uszkodzone genetycznie po wojnie wietnamskiej – ofiary użycia przez Amerykanów broni chemicznej. Do takich miejsc mało kto ma wstęp i nawet nie za bardzo wiadomo, czy ktoś w jakikolwiek sposób te sierocińce kontroluje.

Adopcja istnieje. Ale tylko zagraniczna, w zamian za wsparcie finansowe tego czy innego sierocińca. My moglibyśmy to nazwać handlem dziećmi, a Wietnamczyków to zupełnie nie obchodzi. Zresztą sami nie chcą adoptować dzieci.

Mieszkańcy Wietnamu są narodem zgodnym. Nie ma waśni na tle religijnym, ani etnicznym. Najbardziej rozpowszechniony jest buddyzm i taoizm, ale istnieją również wyznawcy innych, mniej popularnych religii, jak choćby katolicy. W całym kraju istnieją 54 grupy etniczne mające własne języki. Bywa zatem, że wielokrotnie oni sami wzajemnie się nie rozumieją. Podstawowy język (powiedzmy urzędowy) jest z jednej strony dość prosty, a z drugiej niesamowicie trudny w użyciu. Gramatyka praktycznie nie istnieje. Czasowniki występują tylko w bezokoliczniku. Nie ma czasu przeszłego, ani przyszłego. „Zjadłem śniadanie” brzmi: „Ja jeść śniadanie już”. Za to jest to język tonalny. Literce „A” wypowiadanej w wyrazach można nadać aż sześć różnych dźwięków i potrafi to zrobić tylko rodowity Wietnamczyk.

Mieszkańcy tego kraju mówią, że przez swój uległy charakter stali się niewolnikami. Ale może właśnie to, że Wietnam był kolonią francuską, pozwoliło jego mieszkańcom zawalczyć o swoją niepodległość i doprowadzić do zjednoczenia części północnej i południowej. Być może dzięki Francuzom, Wietnamczycy nauczyli się być narodem dumnym, potrafiącym walczyć o swoje prawa.

Wojna z Amerykanami wciąż nie może odejść w zapomnienie. Ciągle jest czymś więcej niż tylko historią zapisaną w podręcznikach. Być może dlatego Wietnamczycy w szczególny sposób podchodzą do tego, co dzieje się obecnie przy naszej granicy. Dla nich najeźdźca zawsze będzie najeźdźcą, niezależnie od propagandy.



Zwiedzaliśmy tunele Wietkongu i muzeum wojny w Sajgonie. Zupełnie inaczej się to odbiera będąc tam, a zupełnie inaczej czytając książki. Cały kraj pokrywa piękna, bujna roślinność. Jednak są to młode lasy. Pięćdziesiąt lat temu nie rosło tam nic. Wszystko zniszczył Agent Orange.

Wejście do tunelu Wietkongu

Poza Majką nikt nie miał ochoty się przeciskać

Tym bardziej przykrywać

żeby nie było śladu


Tak było pod ziemią - dla turystów wejście zrobili po schodach


Wietnamczycy są zadowoleni ze swojego komunizmu. Ho Chi Minh jest uznawany za ojca narodu, który doprowadził do zjednoczenia kraju i zakończenia wojny. Podobno nie do końca jest to prawdą, zwłaszcza że facet umarł kilka lat przed zakończeniem wojny. Na jego cześć nawet zmieniono nazwę Sajgonu na Ho Chi Minh (chociaż większość Wietnamczyków nadal posługuje się dawną terminologią). Pomniki i wizerunki Ho Chi Minha widać na każdym kroku. Ale co nam do tego. Nikt nie dał nam prawa, aby mówić komuś jak ma myśleć i w co ma wierzyć.

50 lat temu


























Obecnie

Ja bym powiedział, że ich komunizm jest wysoko funkcjonujący. Państwo wprawdzie nie pomaga rozmaitym mniejszościom i wyznawcom religii, ale też ich nie zwalcza. Zwiedzaliśmy rozmaite świątynie, których utrzymanie należy do wiernych. Ciekawe jak by się to sprawdziło w naszym kraju.

Świątynia taoistyczna... chyba

Może jeszcze krótko kilka ciekawostek.
Aborcja jest dozwolona do 22 tygodnia ciąży. Badania prenatalne są darmowe.
Prostytucja oficjalnie jest zabroniona, ale prężnie działają gabinety masażu i wynajem pokoi na godziny. Cena jest bardzo przystępna, chociaż nie udało mi się dotrzeć do informacji czy masażystkę trzeba przyprowadzić swoją, czy można ją wybrać spośród personelu.
Bez najmniejszego zażenowania zakładałem koszulkę, w której w naszym kraju mógłbym pójść najwyżej na paradę równości.
Dzieci dostają w swoim życiu tylko jedną szczepionkę (pięć w jednym) krótko po urodzeniu.
Jest mnóstwo pozamykanych restauracji, hoteli i pensjonatów. Chociaż nic nie niszczeje. Ktoś się tym opiekuje i nawet wieczorami oświetla. Jedynie okoliczna roślinność rządzi się swoimi prawami. Niestety po pandemii turystyka strasznie "siadła" i ma to wpływ na wiele sektorów gospodarki.
Żebraków i bezdomnych jest mniej niż u nas. Praktycznie ich nie ma.

Parada równości na Phu Quoc

Ojciec narodu

Dosyć już tych wymienianek. Czas na podsumowanie.
Bez wątpienia bardzo miło wspominam czas spędzony w Wietnamie (co cały czas staram się podkreślać). Chociaż być może po części jest to spowodowane tęsknotą za latem, zieloną roślinnością i pięknymi kwiatami. Niełatwo wracało się do ujemnych temperatur, zmrożonego ogrodu i nieco wychłodzonego domu. W Wietnamie temperatura oscylowała wokół trzydziestu stopni. Tylko wieczorami spadała do dwudziestu czterech. Wszędzie wszystko kwitło, a rośliny wypuszczały świeże liście. Poza ryżem, dominujące były palmy kokosowe, bananowce, bambusy i rośliny liściaste zbliżone pokrojem do naszych rodzimych. Nie zauważyłem tylko iglaków. Chociaż nie... Było mnóstwo choinek. Praktycznie ocierałem się o nie na każdym kroku.

Iglak

i bałwanek


Bałwanów też było sporo. Najwięcej w naszym autokarze. Nie wiem czy kiedykolwiek zrozumiem dlaczego ludzie jadą tysiące kilometrów, a potem chcą mieć to samo co u siebie. Nie akceptują kultury, zwyczajów i tradycji danego kraju, tylko wciąż czegoś wymagają, na coś narzekają i coś by woleli.
Pojechaliśmy jednego dnia wspólnie na obiad. Głównym daniem miał być krokodyl, a dodatkowo trochę kurczaka i krewetek. Było to dla chętnych, więc jak ktoś nie chciał, to mógł w tym czasie zjeść coś we własnym zakresie. Problem pojawił się już na samym początku, gdy okazało się, że wszystkie potrawy zostały podane na wspólnych półmiskach, a każdy z uczestników dostał mały talerzyk i mógł sobie brać co chciał. Nie było przydziału. Ja się cieszyłem, że dostałem widelec, bo jeść pałeczkami za bardzo nie potrafię. Innym przeszkadzały małe talerzyki i to, że sąsiad zjadł za dużo i dla niego nie wystarczyło. Ale tak się je w Wietnamie. Zresztą podobnie jak u nas na uroczystościach rodzinnych. Na dobrą sprawę powinniśmy się cieszyć, bo zostaliśmy potraktowani jak jedna, wielka rodzina. Ale trzeba było zrobić aferę, bo zabrakło kurczaka i krewetek. Tyle tylko, że przyjechaliśmy na krokodyla, a tego zostało w bród. Był całkiem smaczny. Trochę przypominał wołowinę. Nie moja wina, że komuś kojarzył się z gekonem, czy jeszcze innym gadem. W każdym razie właściciel stanął na wysokości zadania i w ramach tej samej ceny doniósł jeszcze kilka talerzy kurczaka i krewetek. Wówczas okazało się, że wszyscy są już najedzeni. Najbardziej wrzeszczący zjedli po kawałku mięsa (tego wyjedzonego przez sąsiada), a reszta została na talerzach. Ja poczułem się zawstydzony, bo w Wietnamie jedzenia się nie marnuje.
Innym razem wyjeżdżaliśmy z hotelu jeszcze przed świtem. Mieliśmy dostać suchy prowiant. Niby nic wielkiego. Rzecz normalna nawet dla mnie – kogoś kto dopiero od niedawna zaczął podróżować po świecie. Ale okazało się, że niektórzy woleliby zjeść normalne śniadanie w hotelu. No i cała obsługa restauracji musiała przyjść ponad godzinę wcześniej niż zazwyczaj. Ja na ich miejscu bym nie przyszedł.
Podobnych sytuacji było więcej. Zdarzały się niemal na każdym kroku, ale wielu już nie pamiętam. Chociaż wspomnę może jeszcze o pokojach. Było ich w czasie całego wyjazdu kilka i w bardzo różnych stylach. W większości przypadków był to standard europejski. Ale zdarzały się też takie, które można określić mianem de luxe, extreme, a nawet perwers. Każdy z nich miał swój urok, pewien klimat. Mi zupełnie nie przeszkadzał brak pościeli (wystarczyło na noc wyłączyć klimę), prysznic w patio pod gołym niebem, czy muszla klozetowa w pokoju. Cieszyłem się, że dostałem papier toaletowy, bo Wietnamczycy go nie używają.

Standard



Extreme

Perwers


Prysznic w patio


W Wietnamie darmowy internet był prawie wszędzie. W każdym pokoju, przy basenie, na plaży, a nawet w sklepie i na stacji benzynowej. Działał bez zarzutu. Dzięki niemu dowiedzieliśmy się, że po powrocie będzie na nas czekał dwuipółletni chłopiec.

Dam mu na imię Sajgon.