środa, 13 lipca 2022

--- Apa

 



Opiszę sytuacje, które pojawiają się zawsze. Tym razem wybrzmiały w szczególny sposób, ponieważ w krótkim czasie mieliśmy kilka odejść dzieci do nowych rodzin.

Już po drugim, trzecim spotkaniu z rodzicami adopcyjnymi, każde z dzieci się zmienia. Ja mógłbym powiedzieć, że na gorsze. Psycholog zapewne powiedziałby, że na lepsze. A patrząc na wszystko bez zbędnej ideologii i emocji, pewnie należałoby stwierdzić tylko tyle, że się zmienia.

Właśnie jesteśmy na etapie, gdy Mopik wciąż chodzi za nami krzycząc: „Apa, apa, apa”. Dokładnie tak samo robiła Mirabelka miesiąc temu i Blanka cztery miesiące temu. Cóż, chwilowo ulegamy tym prośbom, chociaż noszenie dzieci na rękach nie jest normą w naszej rodzinie. Przyczyn jest kilka. Do mniej ważnych zaliczyłbym zbytnie obciążanie kręgosłupa. Gdybyśmy mieli nosić na rękach wszystkie maluchy, to po dziewięciu latach takiego dźwigania, pewnie bylibyśmy stałymi klientami ortopedy.

Maluchy są noszone przez nas przez kilka pierwszych miesięcy ich życia. Jest to okres, w którym zaspokajamy jedną z najważniejszych potrzeb dziecka – tulenie, kołysanie, bezpośrednią bliskość. Gdy dziecko zaczyna interesować się otoczeniem, noszenie na rękach staje się rzadsze, a w momencie kiedy potrafi się przemieszczać, jest ono już tylko przez nas przenoszone. Potrzebę bliskości zaspokaja wspólną zabawą, wdrapywaniem się na kolana, przytulaniem się. Wiecznie żywym obrazkiem w mojej pamięci jest Majka siedząca na podłodze z wiszącymi na niej winogronkami. 
W każdym razie, w pewien sposób zmuszamy dziecko, aby samo zadbało o swoją potrzebę, co w naturalny sposób wymusza rozwój. Chęć bycia noszonym na rękach ewoluuje zatem w inne formy zaspokajania potrzeby bliskości i jeszcze nie zauważyliśmy, aby któreś z naszych dzieci nie chciało poddać się temu – wydaje się naturalnemu – procesowi.

Zastanawiałem się już kiedyś, jakie mechanizmy zaczynają działać w momencie pojawienia się rodziców adopcyjnych. Czy jednak odradzają się w dziecku stłumione wcześniej potrzeby (co podważałoby wszystko co napisałem powyżej), czy być może mamy do czynienia z potrzebami rodziców. W większości przypadków nie mieli oni nigdy innych dzieci. Kto wie, czy noszenie na rękach nawet dużego dziecka, albo spanie z nim w jednym łóżku, nie jest namiastką tego, co nigdy się nie wydarzyło, tęsknotą za czymś, co jest udziałem większości innych ludzi.

Znane nam psycholożki zalecają tego rodzaju formy nawiązywania więzi i powroty do minionych zachowań, a dzieci oczywiście w to idą. Czteroletnia Ziuta (dziewczynka, która odeszła z naszej rodziny mniej więcej miesiąc temu), niedawno poprosiła nowych rodziców o zakładanie pieluchy, a na noc o butelkę z mlekiem i smoczek. Zdziwieni i zaniepokojeni rodzice zadzwonili do nas, licząc na jakąś pomoc. Tym razem Majka weszła w rolę psychologa, bo doskonale wiedziała jaka byłaby jego rada. „Pozwólcie jej na to. Tak czasami się zdarza.” – odpowiedziała.
Rzeczywiście bywa, że dzieci chcą wrócić do tego, czego nigdy nie przeżyły, albo chcą przeżyć coś ponownie, z kimś kto staje się dla nich ważny.
Ale są też przypadki (chyba zdecydowana większość), że dzieci nie oczekują od nowych rodziców niczego więcej. Mają w miarę poukładany świat i całkiem dobre relacje z dotychczasowymi rodzicami – czyli z nami. Ten świat jest wystarczająco bezpieczny. Podam przykład Paprotki, która odeszła z naszej rodziny dokładnie rok temu. Ośrodek adopcyjny wręcz nalegał, aby rodzice usypiali dziewczynkę do snu - bo to buduje więzi. Zapewne jest to prawda. Ale dziewczynka lubiła zasypiać sama, w ciszy i nigdy nie domagała się niczego więcej. Czy należało to zmieniać, skoro cały pozostały czas spędzała w towarzystwie mamy? W tej chwili Mopik również sam zasypia, śpi spokojnie przez całą noc, a o szóstej nad ranem przychodzi do mojego łóżka. I wtedy jest czas na więzi. Rodzice adopcyjni sami będą musieli podjąć decyzję, co dalej zrobić z takim przepisem na życie.

Okres przejścia do nowej rodziny jest w mojej ocenie czasem, w którym trzeba sobie pozwolić na wiele. Jest fragmentem życia, w którym przestają obowiązywać dotychczasowe zasady. Dotyczy to nie tylko odchodzącego dziecka i jego rodziców, ale również nas i przebywające u nas dzieci. Gdy Mopik chce „apa”, to oczywiście tego samego życzy sobie Einstein, a nawet Omen z Dagonem.

Tak samo jest, gdy tą nową rodziną jesteśmy my. Kiedy na samym początku Einstein domagał się siedzenia obok mnie na blacie podczas robienia kolacji, to też mu na to pozwalałem. Nawet w stosunku do obecnych bliźniaków, ograniczyliśmy początkowo nasze zasady do minimum – zabronione było tylko to, co niebezpieczne.

Mopik, jak pewnie już pisałem, jest świetnym piechurem. Potrafi przejść kilka kilometrów przez las, po rozmaitych wertepach. Jednak, gdy wraca ze spaceru z nowymi rodzicami, wygląda jak wyszykowany na imprezę urodzinową – żadnej plamki, brudnych rąk, czy umorusanej buzi. Rodzice nawet nie zabierają wózka. Przez dwie godziny zapewne przechodzi z jednych rąk do drugich. A może dla niepoznaki, w trakcie spaceru przebierają go w ciuchy robocze?

Czas, w którym z naszej rodziny odchodzi dziecko jest specyficzny. Wszyscy są podekscytowani. Wszyscy funkcjonujemy na innym poziomie emocji i tolerancji wzajemnych zachowań. Mopik już doszedł do etapu, w którym przyszło mu spędzić pierwszą noc w nowym domu. Jeszcze wrócił, bo jeszcze nie jest gotowy na odejście na zawsze. Pozostali chłopcy (może poza Einsteinem) wciąż pytali: „Gdzie jest Mopik?”. Dało nam to dużą przestrzeń do rozmowy – o przyszłości. Od kilku tygodni funkcjonujemy w jakimś dziwnym trybie wakacyjnym. Każdemu wolno więcej.

Nie jest to jednak okres, który dzieci rozpuści, rozpieści, zepsuje – jakkolwiek by to nazwać. Za dwa, może trzy tygodnie, wrócimy do starych norm funkcjonowania i nikogo to nie zdziwi. Znowu pojawią się dawne zasady i zabawa w kotka i myszkę, kto kogo przechytrzy. Zabawa w przekraczanie granic i testowanie odporności psychicznej rodzica. Staramy się tak nią pokierować, aby była to zabawa edukująca, socjalizująca, otwierająca drogę. Omen z Dagonem niedawno zaczęli chodzić do przedszkola. Nawet jeżeli jest to tylko miesiąc miodowy, to nie jest źle.

Chociaż dzisiaj przypomniał mi się Kapsel. Z samego rana usłyszałem kilkadziesiąt identycznych pytań powtarzających się co kilka minut: „Dokąd jedziemy?”.


niedziela, 26 czerwca 2022

--- Być może

 


Oglądałem z Majką pewien film. Od czasu, gdy pożegnaliśmy Ziutę, Helę i Mirabelkę, mamy nawet czas na przyjemności. Akcja rozgrywała się w sądzie i wypowiadał się biegły psychiatra na temat poczytalności oskarżonego. Cały jego wywód został skomentowany przez obrońcę słowami: „Być może mój aplikant jest idiotą, a być może nie”.

Coraz częściej próbuję zajrzeć w duszę psychiatry, psychologa, pedagoga, a nawet sędziego i odpowiedzieć sobie na pytanie: „Co dalej?”. Jak na razie odpowiedź też jest tylko jedna: „Być może...”.

Omen i Dagon są jakby jednym ciałem. Wzajemnie się uzupełniają. Jeden je tylko owoce i warzywa, drugi mięso i kiełbasę. Jeden ma szeroko rozstawione oczy, drugiemu brakuje rynienki pod nosem. Jeden jest uosobieniem cech atawistycznych, drugi pieprzonym superego pozbawionym instynktów. Czy potrafią istnieć niezależnie od siebie?

Prędzej, czy później pojawi się pytanie: „Co państwo myślą na temat możliwości rozdzielenia braci?”.

Rodzeństwo powinno wychowywać się wspólnie” – jest to fraza wielokrotnie powtarzająca się w kodeksie rodzinnym i opiekuńczym. Jest też słowo wytrych – „chyba, że dobro dziecka wymaga innego rozstrzygnięcia”. Pomiędzy tym jest wyrażenie „być może”, wypowiadane tu i ówdzie przez rozmaitych specjalistów. Być może mieszkanie w oddzielnych rodzinach zastępczych będzie dla chłopców korzystniejsze. Być może będzie to jedyne rozwiązanie, bo nie znajdzie się rodzina gotowa na przyjęcie bliźniaków w komplecie. Być może będzie to ratunek przed metą w domu dziecka, albo domu pomocy społecznej.

Omen, pozbawiony towarzystwa brata bliźniaka, potrafi współpracować, skupić się, myśleć, a nawet rozumieć nasze polecenia i oczekiwania. Nie jest błyskotliwy, chociaż zdarzają się osoby zafascynowane nim. „Czy pani zauważyła, że on sam się rozebrał i sam ubrał?” – powiedziała do Majki neurolożka podczas ostatniej wizyty. Mała rzecz, a cieszy. Pół roku ćwiczeń zwieńczone sukcesem. Dagon wciąż jeszcze walczy, bezskutecznie wkładając dwie nogi do jednej nogawki. Po kilku, a bywa że kilkunastu minutach, druga noga przypadkowo natrafia na drugą dziurę i też jest radość. Z tego, że się udało, czy z tego, że może dołączyć do bawiącej się grupy? Zresztą jakie to ma znaczenie. Mamy wspierać mocne strony Dagona. Właśnie opisałem jedną z nich. Jedną z nielicznych – chęć.
Wrócę na chwilę do gabinetu neurologicznego. A właściwie do poczekalni, w której na ścianie wisi wielki napis: „Proszę nie wchodzić butami na krzesła i kanapy”. Nasi chłopcy są jedynymi, którzy stosują się do tej prośby. Wbrew pozorom, wnioski z tego można wyciągnąć bardzo rozbieżne. Nie tylko w odniesieniu do dzieci. Być może to my – Majka i ja – mamy zbyt wygórowane ambicje. Może wymagamy od bliźniaków zbyt wiele. Może powinniśmy sobie odpuścić, zdać się na los, albo przyjąć do wiadomości, że będziemy mieszkać z sobą jeszcze wiele miesięcy.
Już się do siebie przyzwyczailiśmy. Na razie tylko tyle. A może aż tyle i będzie najwyżej gorzej. Jest mi bardzo trudno przewidzieć przyszłość, bo poza umysłem, coraz większą rolę będą odgrywać uczucia i emocje. Może być tak, że zacznie pojawiać się coraz większa rozbieżność w odbiorze Omena i Dagona.

Ten pierwszy idzie do przodu. Nie ma znaczenia, że wolno. Z chłopcem można już nawet porozmawiać na tematy filozoficzne:

– Jak myślisz Omen, lubimy się?
– Lubię misie.

Albo o prozie życia:

– Omen, ten kawałek jest od tych puzzli, czy od jakich?

– Od jakich.

Nawet to, że chłopiec potrafi rzucić się na podłogę, walić o nią głową i nogami, i wydzierać się na całe gardło – nie jest jakoś specjalnie frustrujące. Zwyczajnie rozpoczął się bunt dwulatka. Dwa lata za późno, ale świadczy o kolejnym etapie rozwoju.

Dagon stoi w miejscu, przez co, jest nawet bardziej przewidywalny. Gdy stanie przed koniecznością dokonania choćby najprostszego wyboru, zawsze jest: „tak”, „nie chcę”, „ja chcę”, „nie”. Przez kilkanaście minut potrafi w ten sposób walczyć sam z sobą. Jest ich jakby dwóch w jednym ciele, a każda z jego osobowości jest nieprzetłumaczalna. Wiem, że jest mu ciężko i wcale nie jest to jego winą. Nawet nie potrafię sobie wyobrazić, co musi dziać się w jego głowie. Podobnie jest, gdy coś do niego mówię. Wysłuchuje mnie, czasami nawet odpowie „okej”, po czym obraca się na pięcie i dalej robi źle. Nawet nie wiem, czy mnie nie słyszy, nie rozumie, czy jakaś wyższa siła każe mu robić to, co robi. Gdy dzieci przy stole dostają po jakimś smakołyku, Dagon natychmiast wpycha go do buzi, zjada w ciągu kilku sekund, po czym dopada do innego dziecka krzycząc: „To było moje”. Prawdopodobnie jest o tym święcie przekonany i nie pamięta, że swój łakoć już dawno zjadł. Albo wydziera komuś nie swoje ciastko. Poproszony, aby je oddał – patrząc prosto w oczy, zgniata je i rozkrusza w pył. Nie potrafi też bawić się w basenie, jak to robią inne dzieci. Jakieś nieznane lęki i fobie nie pozwalają mu do niego wejść. W zamian – wylewa z niego wodę, wsypuje piasek, kamienie, albo wrzuca do niego resztki obiadu. Podobno dzieci w tym wieku nie potrafią być złośliwe, a każda aktywność służy zaspokojeniu jakiejś potrzeby. Jakiej w tym przypadku? Ciekawości, jak wygląda rozkruszone ciastko?
Cały czas się zastanawiam, czy znajdą się rodzice, którzy będą chcieli spędzić z chłopcami resztę swojego życia. Zaczynam powtarzać do siebie za Majką: „Nie mierz innych swoją miarą”. Ale jaką mam pewność, że nie trafimy na pasjonatów idei nierozdzielania rodzeństw. Teoretyków, którym się wydaje, że wystarczy trochę miłości. Ludzi przekonanych o uzdrawiających walorach rodziny.
Nawet jeżeli patrzę przez pryzmat własnych odczuć i brak mi wiary w znalezienie jednej rodziny dla obu chłopców, nie mogę odrzucić myśli, że taka rodzina istnieje. Tylko jak długo jej szukać i kto ma o tym decydować. I gdzie jej szukać?
Preadopcja naprawdę istnieje. Są rodziny adopcyjne gotowe przyjąć trudne, niedługo już czteroletnie bliźniaki bez uregulowanej sytuacji prawnej. Są ośrodki adopcyjne proponujące taką formę przyjęcia dziecka. Trochę się z Majką rozchodzimy w naszych pomysłach na przyszłość chłopców. Ja tylko w chwilach zwątpienia mówię do niej: „Zadzwoń. Skoro się zdecydują, to ich problem”. Na razie nie dzwoni.

Bycie rodzicem zastępczym staje się dla mnie coraz trudniejsze. Muszę się jakoś określić. To chyba mój obowiązek. Ale też prawo, chociaż w tym przypadku, to niemal jak prawo do eutanazji. Może się okazać, że jednemu odetnę kroplówkę. A być może, nie. A może jednemu i drugiemu.

Kilka lat temu mieszkała z nami Królewna. Znowu ma złamaną nogę, chociaż wcale się nie rusza, a jej kontakt ze światem jest bardzo ograniczony. Od miesięcy, bez przerwy jest na silnych lekach przeciwbólowych. Podobno jeszcze się uśmiecha. Przyjmuje nowe sakramenty i dostaje wsparcie przez modlitwę. Nie wiem tylko czy o dalsze życie, czy szybką śmierć. Gdybym tutaj miał prawo, nie miałbym problemu z podjęciem decyzji. Nie lubię bólu. Nikt nie lubi. Nawet jak się uśmiecha.

W przypadku bliźniaków wciąż się waham, chociaż jestem już coraz bliżej wyrobienia sobie własnego zdania. Będzie to wprawdzie tylko jedno zdanie z wielu, ale być może inni członkowie zespołu uznają, że ma ono dużą wagę. A być może, nie. A „kropkę nad i” postawi wiadomo kto. Choć niekoniecznie zgodnie ze zdaniem zespołu.

Tak na marginesie – wreszcie się ostatnio dowiedziałem, jaka jest żeńska forma sędziego. Nie sędzina, nie sędzia, tylko – sędzini.

Coraz mniej ciekawie wygląda sytuacja Mopika, a prawo do wspólnego wychowywania się rodzeństw jeszcze bardziej wszystko gmatwa. Jednak tutaj moje „być może” wyewoluowało w „mam pewność”, chociaż jeszcze kilka miesięcy temu wahałem się podobnie jak w przypadku chłopców – między dobrem wynikającym ze wspólnego mieszkania z rodzeństwem, a potrzebą dużej indywidualnej uwagi i responsywnego opiekuna (jak to ładnie zostało określone w jednej z opinii). Chociaż różnica w odniesieniu do chłopców jest diametralna, gdyż Mopika z bratem i siostrą łączą tylko geny (a nawet połowa kompletu). Widzieli się tylko jeden raz w życiu i to przypadkowo. Gdy Mopik się rodził, rodzeństwo już przebywało w pieczy zastępczej, a potem jeszcze trzykrotnie zmieniało rodzinę. W każdym razie, w tym przypadku nie mówimy o idei nierozdzielania rodzeństw, tylko ich łączenia.

Rodzeństwo Mopika niedawno zostało umieszczone w rodzinie zastępczej docelowej, która właśnie rozpoczęła batalię o przyjęcie naszej dziewczynki. Teoretycznie idea ze wszech miar słuszna – dzieci będą wychowywać się razem. Nie ma przecież znaczenia, że Mopik jest wolny prawnie, zgłoszony do ośrodka adopcyjnego i są chętni na jego przysposobienie. Gdyby ktoś pomyślał, że ostatnie zdanie jest sarkazmem, to od razu wyjaśniam, że nie. Forma prawna jest dla mnie sprawą drugorzędną, a w przypadku dzieci obciążonych rozmaitymi traumami i zaburzeniami, rodzice zastępczy mimo wszystko mogą liczyć na większe wsparcie instytucjonalne, niż adopcyjni. Oczywiście, o ile chcą. I tutaj jest pierwszy pies pogrzebany. Zdarza się, że nawet na panelu kończącym szkolenie dla rodziców zastępczych (jeszcze przed uzyskaniem kwalifikacji do pełnienia swojej roli) pada stwierdzenie: „Nie zamierzam współpracować z sądami i koordynatorami pieczy zastępczej”. W tym miejscu powiem jedynie, że różnica między rodzicem zastępczym, a adopcyjnym, nie polega tylko na tym, że ten pierwszy dostaje pieniądze na utrzymanie dziecka, a drugi nie.

Nowi rodzice rodzeństwa Mopika nigdy nie byli zainteresowani naszą dziewczynką, chociaż proces przejścia dzieci do ich rodziny trwał wiele miesięcy. Teraz zmienili zdanie. Czyżby dlatego, że siostra wkrótce kończy siedem lat i żegnaj urlopie macierzyński? Mogę się tylko cieszyć, że wiedza przychodzi z czasem.

Zanim do naszej rodziny przyszedł Omen i Dagon, Mopik rozwijał się niemal książkowo. Żaden z lekarzy, u których byliśmy, nigdy nie miał większych uwag, chociaż wiadomo było, że mama dziewczynki piła w czasie ciąży – i to sporo. Mopik zawsze był radosny, miły i sympatyczny dla wszystkich domowników. Nie przeszkadzało to, że miał sporo sióstr i braci zastępczych, których w tym samym czasie nigdy nie było mniej niż troje. O ile dobrze pamiętam, dziewczynka świetnie dogadywała się z Romulusem, Remusem, Mirabelką, Stokrotką, Paprotką, Blanką i Shirley. Nawet noworodek Tycia nie była dla niej zagrożeniem. To było rodzeństwo Mopika, które miesiąc po miesiącu znikało z jej życia. Niektóre z dzieci widuje jeszcze raz na jakiś czas, ale i to się niedługo skończy.

Chaos, który wprowadził do naszej rodziny Dagon z Omenem, pogłębił się jeszcze bardziej wraz z przybyciem Ziuty, Heli i Einsteina. Zacząłem też obserwować coś bardzo dziwnego. Te nowe dzieci – zaczynały zdrowieć emocjonalnie. Dotychczasowe – wręcz przeciwnie. Zupełnie jakby działała jakaś zasada zachowania energii. Teraz, gdy znowu mamy tylko czwórkę, jest dużo lepiej. Mopik przestał uderzać głową o podłogę i wściekać się nie wiadomo o co. Nadal jednak bardzo walczy o skupienie naszej uwagi. Z zewnątrz zapewne wygląda to na kapryszenie i rozpieszczenie. Ale tylko wygląda. Czekamy, aż wszystko się wreszcie skończy i dziewczynka zamieszka w szczęśliwej rodzinie – sama. Czasu zbyt dużo nie ma, bo zapewne wkrótce rozpoczną się prośby o przyjęcie przez nas kolejnych dzieci. Jedną dwulatkę już odpuściliśmy, chociaż gdyby nie stan Mopika, nie byłoby żadnego problemu. Być może nie zostało to dobrze przyjęte.

Rodzice zastępczy starający się o Mopika, nic o niej nie wiedzą, chociaż uważają, że doskonale znają sytuację i potrzeby dziewczynki. Nie rozmawiali na ten temat prawie z nikim – zwłaszcza z nami. Uważają też, że rodzeństwo dziewczynki odczuwa głęboki niepokój o losy siostry i czuje się z nią szczególnie związane. Zapewne takie stwierdzenia padają z ust tych młodych osób – dzieci, które po wieloletniej tułaczce po rodzinach zastępczych są ekspertami w temacie więzi. Tym razem to jest sarkazm – rodzeństwo ma wiele zaburzeń. Samo jest mocno poturbowane emocjonalnie i wymaga wsparcia terapeutycznego. Czy Mopik ma odegrać rolę leku dla swojej siostry i brata? Być może. Czy będzie to argument dla sędzini?

Majka, z flepem w ręce o opiece prawnej oraz opiniami wielu specjalistów i urzędników, stoi już w progach startowych. Ona też nie przegrała jeszcze żadnej sprawy.


środa, 15 czerwca 2022

--- Depresja poadopcyjna

 


Żaden ze znanych mi rodziców adopcyjnych, nie doświadczył stanu, który można określić mianem depresji. Możliwe?

Pewnie nie. Rozmaite źródła, do których dotarłem, różnią się nieco w szczegółach, ale wszędzie jest wspomniane, że depresja dotyka więcej niż połowę rodzin adopcyjnych. Podejrzewam, że dotyczy to również zastępczych. Do tego, w przeciwieństwie do depresji poporodowej, bywa także udziałem mężczyzn.
Można się zatem zastanowić, dlaczego rodzice adopcyjni się do tego nie przyznają. Dlaczego żadna z tak dobrze znanych mi osób, nigdy nie powiedziała: „Wiesz, żałuję mojej decyzji”. Albo chociaż: „Przerosło mnie to. Inaczej to sobie wyobrażałam”, czy: „Myślałam, że będę szczęśliwa”. Wstyd? Przekonanie o braku zrozumienia z mojej strony?
Wszystkim się wydaje, że mamy rodzące dzieci, mają prawo przeżywać trudne chwile. Mają prawo popaść w depresję. Bo przecież wszyscy mają zrozumienie dla buzujących hormonów, zmęczenia, braku akceptacji swojej fizyczności, ciągłego niewyspania przy maluchu budzącym się co jakiś czas niezależnie od pory dnia. Rodzice adopcyjni jakby nie mają ku temu podstaw, bo przecież przygotowywali się do adopcji najczęściej przez wiele lat, a adoptowane dziecko jest już nieco starsze – można powiedzieć odchowane.
A jednak.
Nie zamierzam udowadniać, że rodzice adopcyjni mają więcej powodów, aby wpaść w stan depresyjny niż mamy noworodków – chociaż tak uważam. Spojrzę na problem chłodnym, aczkolwiek bardzo subiektywnym wzrokiem.

Niespełnione oczekiwania...

zarówno wobec dziecka, jak też wobec siebie. Wielu ludziom się wydaje, że każde dziecko można pokochać. Czasami tylko trzeba nieco dłużej na to poczekać. Szczególnie tak właśnie uważają osoby, które nie mają nic wspólnego ani z adopcją, ani z pieczą zastępczą – obserwują i oceniają. Ja, gdy na placu zabaw widzę bawiące się dwulatki, albo nie daj boże zaglądam do grupy przedszkolnej czterolatków, odnoszę zupełnie inne wrażenie. Wiem, że nie potrafiłbym pokochać wielu z nich. A przecież każde z tych dzieci (a przynajmniej zdecydowana większość) jest zdrowe w szerokim znaczeniu tego słowa. Przede wszystkim, ma silne więzi ze swoimi rodzicami. Posiada umiejętność, od której zależy bardzo wiele.

Rodzice, którzy przychodzą do naszego domu, często mówią, że już od pierwszego dnia coś zaiskrzyło między nimi, a dzieckiem. Że od samego początku pojawiła się jakaś niewidzialna nić porozumienia, nadawanie na tych samych falach i tak dalej, i tak dalej. Niektórzy zapewne faktycznie tak czują. Inni może uważają, że wypada tak powiedzieć, a dla jeszcze innych są to pobożne życzenia. Nieliczni potrafią przyznać, że nie czują nic. Widzą zwyczajne dziecko. Takie, jak to jedno z wielu na placu zabaw. Do tego mają świadomość istnienia rozmaitych zaburzeń – tych, o których przeczytali w dokumentacji, tych których nie da się przewidzieć i tych, które być może ktoś przed nimi zataił. Bywa, że z każdym kolejnym dniem okazuje się, że rzeczywistość jest zupełnie inna niż plany i marzenia. To może wzbudzać wątpliwości związane z podjętą decyzją o adopcji, czy tylko pieczy zastępczej. W takiej chwili szybko pojawia się obawa przed oceną ze strony bliskich, znajomych, czy pracowników ośrodka adopcyjnego, albo organizatora pieczy zastępczej. A to już początek równi pochyłej w poczuciu winy, wstydu, złości do samego siebie.

Dlatego razem z Majką staramy się powiedzieć rodzicom, że może być różnie i trzeba być przygotowanym na każdą ewentualność. Ani adopcja, ani piecza zastępcza nigdy nie będą tym samym co urodzenie dziecka. Zawsze będzie to starcie dwóch historii i oczekiwań przynajmniej trojga osób.

Jakiś przykład? Proszę bardzo – Ziuta i Hela. Dziewczynki inteligentne, ładne, zdrowe i w miarę młode (jak na adopcję). Chętne do współpracy, a do tego niesamowicie otwarte, co dodatkowo wzbudza sympatię ze strony każdego, kto ma okazję je poznać. Pierwsze spotkanie nowych rodziców z dziewczynkami było euforyczne. „Tak, to są dzieci dla nas” – mówili. A siostry zachowywały się tak, jak oczekiwali tego rodzice. Były czarujące, błyskotliwe, miłe. Rozpoczął się miesiąc miodowy. Jak zawsze. Tyle, że czasami trwa on tylko kilka dni, a czasami parę tygodni. Tym razem Majka sama wprowadzała rodziców we wszelkie tajniki wiedzy adopcyjnej. Oczywiście nie omieszkała zauważyć, że otwartość dziewczynek dość mocno nas niepokoi. Ciągłe „wiszenie” na każdej obcej osobie pojawiającej się w naszym domu, niekoniecznie świadczy o śmiałości i towarzyskości. Zwłaszcza, że nas nie traktowały jak kogoś ważnego. Nie czuły potrzeby ciągłego przebywania z nami, nie zależało im na dobrych relacjach, pomaganiu i poleganiu na sobie. Dziewczynki rozpoczęły bycie z rodzicami od wyjazdu na wakacje. Można powiedzieć, że to wyśmienity początek. Po tygodniu rozpoczął się „bunt na pokładzie”. Nie znamy szczegółów, ale pewnie były to odzywki w stylu: „Zrób to”, „Musisz mi to dać”, „Ja tego chcę”, „Stara babo”. Pewnie pojawiło się udawane rozpaczanie, wyrywanie się i kopanie przy próbie zbliżenia, bóle ucha, brzucha i może jeszcze kilka innych zachowań mających wymusić pożądane reakcje. Tym razem będzie dobrze. Rodzice są przygotowani na taki scenariusz i wiedzą, że muszą jasno określić zasady i postawić granice. Wiedzą, że proces przywiązywania się może nie być prosty.

Brak świadomości i umiejętności interpretowania pewnych zachowań, mógłby jednak powodować myśli rodziców w rodzaju: „Jestem przerażona”, „Jest mi smutno”, „Co ze mnie za matka”, „Jestem do niczego”. Mógłby sprawiać, że rodzice baliby się z kimkolwiek podzielić informacjami na temat dziewczynek. Baliby się oceny.

Potrzeby dziecka.

Wielokrotnie słyszałem, że dzieci proponowane rodzicom adopcyjnym nie są, lub są źle diagnozowane, a nawet specjalnie zataja się zaburzenia mogące mieć wpływ na podejmowaną przez nich decyzję. Z kolei dzieci trafiające do pieczy zastępczej często są tylko imieniem i nazwiskiem, zwłaszcza gdy przychodzą prosto ze swojej rodziny po interwencji policji.

Im więcej wiedzy o stanie zdrowia dziecka, jego problemach, potrzebach i historii – tym lepiej. Ale pewnie nigdy ta wiedza nie jest kompletna. Z kolei sama nadzieja na uzdrawiającą rolę miłości wielokrotnie prowadzi do brutalnego zderzenia z rzeczywistością, co jest trudne do zaakceptowania i obciążające emocjonalnie rodziców.
Nie wiem czy wystarczy sama świadomość tego, że może wydarzyć się wszystko. Nie wiem, czy może pomóc każdemu. Mi pomaga, chociaż jestem dość specyficznym przypadkiem – żadne dziecko nie będzie ze mną mieszkało dłużej niż kilka lat. Pozwala mi jednak podchodzić do problemu zadaniowo i bez większych skrupułów wymagać od systemu wsparcia. Paradoksalnie, pozwala mi zauważać nawet najmniejsze pozytywne chwile i przyjemne uczucia. Pozwala dziecku zbliżyć się do mnie. Pewnie to dziwnie brzmi, ale działanie oparte niemal wyłącznie na emocjach, może tworzyć barierę utrudniającą dziecku przywiązanie się.
Spotkałem się z opinią, że każde dziecko idące do adopcji powinno mieć przeprowadzone badanie mózgu, bo to pozwala wykryć wszelkie zaburzenia i określić metody postępowania w przyszłości. Nie wiem dokładnie, czy autorowi chodziło o tomografię, EEG, czy może jeszcze coś innego. Chciał również mieć diagnozę w postaci konkretnego sformułowania: autyzm, porażenie mózgowe, FAS. Osobiście podchodzę bardzo sceptycznie do takiego zapatrywania się na przyjęcie nowego członka rodziny. Nawet stwierdzone uszkodzenia mózgu nie odpowiedzą jednoznacznie jak dziecko będzie funkcjonowało i jak należy z nim postępować. Mózg jest bardzo elastyczny, a funkcje uszkodzonych fragmentów często przejmują inne jego obszary. Zaburzeniom też przyglądam się pod kątem funkcjonowania dziecka, a nie przypisanym mu określeniom. Weźmy choćby pod uwagę zachowania Dagona:

– Jedz.
– Nie chcę.
– To nie jedz.
– Ale ja chcę.
– To jedz.
– Nie.

Przyczyny mogą być różne, podobnie jak dalszy rozwój chłopca. Niestety trzeba brać pod uwagę i taką możliwość, że w ogóle nie przeminą. Wspominałem dawno temu o chłopcu imieniem Gusto. Będąc już dorosłą osobą prowadził bardzo podobne rozmowy:

– Chcę, żeby już był weekend.

– Już jest weekend.
– Ale ja chcę, żeby był weekend.
– Mówię, że jest weekend.
– A ja mówię, że chcę, żeby był weekend.

Być może po Dagona przyjdą kiedyś rodzice adopcyjni. Być może będą chcieli, abyśmy im dali przepis na życie . Powiedzieli, że są to zachowania świadczące o konkretnym zaburzeniu – na przykład autystyczne i miną za jakiś czas na skutek właściwego postępowania z dzieckiem. Może się mylę, ale zauważam w ostatnim czasie pewnego rodzaju modę na autyzm, więc pewnie nie byłoby zbyt trudno przypiąć chłopcu taką łatkę. Czy to zmieniłoby coś w kwestii jego przyszłości? Nie wiem. Jeszcze nikt nie potrafił mi odpowiedzieć na pytanie, czy przyczyna jakiegoś niewłaściwego zachowania ma znaczenie przy wyborze terapii i w jakiś sposób determinuje przyszłe losy dziecka. Choćby podany powyżej przykład Dagona. Czy lepiej jeżeli jego zachowania są skutkiem picia matki w czasie ciąży, czy może konsekwencją niepełnosprawności umysłowej albo zaburzeń neurorozwojowych typu ASD, czy ADHD? Myślę, że nie ma to znaczenia. W tej chwili jesteśmy na etapie kolejnego badania Dagona, którego celem jest określenie planu pracy z chłopcem pod kątem wczesnego wspomagania rozwoju. Wprowadzimy zatem pewne elementy z zakresu integracji sensorycznej, fizjoterapii, logopedii. Chłopiec będzie miał zajęcia z psychologiem, pedagogiem, logopedą. Pewnie gdybym był młodym rodzicem zastępczym albo adopcyjnym, to pokładałbym w tym ogromne nadzieje. Nawet teraz mógłbym dać przykład Omena i Einsteina. Zwłaszcza ten drugi robi ogromne postępy. Czy jest to jednak dowód na to, że terapia czyni cuda? Patrząc na zajęcia Einsteina z różnymi specjalistami, widzę, że każdy bawi się z nim klockami. Tyle, że jeden dodatkowo do niego zagada, drugi złapie za piętę, a trzeci wnikliwiej spojrzy mu w oczy. Staramy się wszystko powtarzać w codziennym życiu. Dagon przecież nie jest na uboczu. Też układa klocki, słyszy poprawną mowę, bawi się na placu zabaw. A jednak od ponad pół roku jakby stał w miejscu. Może czeka na odpowiedni bodziec, albo właściwego człowieka.

Brak wsparcia.

Jedni mówią: „Robicie to dla kasy”, inni: „Jesteście wielcy, bo ratujecie biedną sierotkę”. To nie pomaga. Każdy rodzic chce być tylko rodzicem  móc się komuś wyżalić w trudnych chwilach, liczyć na czyjąś pomoc i nie być ocenianym. Staramy się właśnie w taki sposób traktować rodziców dzieci, które od nas odchodzą. Nie wiem, czy nam to wychodzi. .

Zresztą emocjonalne wsparcie powinna dawać przede wszystkim rodzina. Niestety bywa, że nawet na współmałżonka czasami nie można liczyć. Godzi się na przyjęcie dziecka, ale nie jest o tym przekonany. A potem jest coraz gorzej.
Ze wsparciem ze strony instytucji jest bardzo różnie. Powiem trochę przekornie, że można liczyć na konkretne osoby (mniej na system). Czasami bardziej niż na rodzinę, czy znajomych.

Jak chronić się przed depresją poadopcyjną?

Jedną z odpowiedzi jest – zaakceptować bezdzietność. Nie zamierzam jednak do tego namawiać. Pewnie byłoby to trochę niestosowne.

Trzeba się jednak dobrze przygotować, a rady okołopieczowych psychologów wcale nie są takie głupie.

Jednym z elementów jest uporządkowanie swoich myśli dotyczących bezdzietności lub potrzeb mieszkających w rodzinie dzieci. Bliskość przyjmowanego dziecka uruchamia wiele emocji. Może przypominać straty i niepowodzenia, przywołując tęsknotę za rodzicielstwem biologicznym. Dopiero pełna akceptacja swojej sytuacji otwiera drogę ku budowaniu prawidłowych relacji z dzieckiem. Nie będę podawał przykładu, ale nie jest to dla mnie tylko książkowa teoria.

Pojawienie się nowego członka rodziny może też uruchamiać żal związany z odebraniem kawałka siebie dotychczasowemu dziecku, czy dzieciom. Oswojenie się z myślą o nowym rodzeństwie powinno być długotrwałym procesem, a i tak dzieci czasami dają jasny sygnał, że nie zaakceptują żadnego innego dziecka w swojej rodzinie. I niekoniecznie musi być to przekaz werbalny.

Wiedza jest kolejną składową całego procesu. Szkolenia są tylko wstępem, w którym często nawet nie są uwypuklone sprawy najważniejsze. Tutaj podam przykład – samego siebie. Gdy już zostałem ojcem zastępczym i przyjmowałem pierwsze dzieci, byłem przekonany, że RAD jest już tylko historią. Jest jedynie teorią z książek, bo przecież malutkie dzieci nie są już umieszczane w domach dziecka, czy innych placówkach. Każde ma jakąś rodzinę i jakiegoś stałego opiekuna. Nawet jeżeli rodzic biologiczny nie należy do najlepszych, to zwyczajnie jest – więc i więzi jakieś są.

Tak myślałem do czasu, gdy przychodziły do nas kilkutygodniowe maleństwa. Po paru latach wszystko zaczęło się zmieniać. Rodzice biologiczni zaczęli być gloryfikowani. W myśl błędnie stawianym tezom, nie ograniczano im pochopnie władzy poprzez umieszczanie dzieci w rodzinach zastępczych. Rodzina biologiczna stała się święta. Nawet zła, miała być lepsza niż dobra zastępcza. Wszyscy w to weszli – sędziowie, pracownicy socjalni, urzędnicy. Psycholodzy może mniej, ale tych mało kto słucha. Dzieci czekały w swoich patologicznych rodzinach nieraz nawet do wieku szkolnego. Czasami tylko przedszkolnego, albo większej awantury w rodzinie lub pobytu w szpitalu. Konsekwencje są opłakane. Teraz przychodzą do nas pokraki emocjonalne. Można się na mnie obrazić za to określenie, ale każde starsze dziecko jest zaburzone więziowo. Jedno mniej, drugie bardziej. Jedno ma jeszcze szansę na prawidłowe funkcjonowanie i założenie zdrowej rodziny, drugie już nie – wystarczy kilka, kilkanaście miesięcy zaniedbań. Wystarczy nawet źle przeprowadzony proces przejścia do rodziny adopcyjnej, aby dziecko musiało mierzyć się z traumą relacyjną przez wiele lat, a może nawet do końca życia. I to też nie są dla mnie informacje książkowe, tylko przykre doświadczenia.
Z taką wiedzą muszą zmierzyć się rodzice przyjmujący dziecko. Tyle, że nie jest to wiedza oficjalna, trudno ją zdobyć na szkoleniu. Nawet jeżeli ten temat jest poruszany, to często nie jest przyswajalny przez przeciętnego człowieka. Bo takie dziecko trzeba zobaczyć, albo przynajmniej o nim posłuchać. Mówią o tym rodzice zastępczy. Szkoda, że między sobą w zamkniętych grupach. I nawet jak mówią, to dodają: „Ale dajemy radę”.
Coraz więcej osób, które przychodzi do nas częściej i na dłużej, mówi: „Jak ono się zachowuje?”, „Ono ma szansę na adopcję?”, „Ono jest normalne?”. Tak – to jest współczesna normalność. Dziecko jest zdrowe – nie choruje, jest w normie intelektualnej, sprawne fizycznie i niebywale otwarte. Dlaczego rodzice adopcyjni nie mają dać rady?

Czy mam jakieś rady dla rodzica adopcyjnego i zastępczego?

Tak. Weź wyluzuj. Odpuść drobiazgi. Zwracaj uwagę na swoje potrzeby. Dobierz właściwe grono znajomych, z którymi można rozmawiać i wymieniać poglądy – nie tłumacząc się. Nie bój się prosić o pomoc. Nie miej wyrzutów sumienia, nie miej żalu do siebie. Ciesz się chwilą, pozytywnym uczuciem.

Majka znowu powie, że po raz kolejny wszystko wybrzmiewa jak ględzenie wypalonego i zdepresjonowanego ojca zastępczego.

A niech gada. Kto mi zabroni mieć duszę malkontenta. Kto mi zabroni być pesymistą, którym jak niektórzy mówią, jest dobrze poinformowany optymista.





piątek, 27 maja 2022

--- Widok na przyszłość

 


Wyjechałem na trzy dni z domu. Zupełnie sam, nawet bez Majki. Ciekawe, czy zdążę zatęsknić. Pewnie nie – przecież to tylko trzy dni.

Mam trochę czasu, aby pomyśleć o przyszłości. Atmosfera ku temu jest wyśmienita: „Jak cicho! – Słyszę ciągnące żurawie, których by nie dościgły źrenice sokoła; Słyszę, kędy się motyl kołysa na trawie, kędy wąż śliską piersią dotyka się zioła. W takiej ciszy, tak ucho natężam ciekawie (…) nikt nie woła.” Nikt nie krzyczy „wuja”, ani „tata”. Nikt niczego ode mnie nie chce.

I tak może być znowu za miesiąc – jeszcze przed wakacjami. Każde z naszej siódemki dzieci, może mieszkać już w nowych rodzinach. Teoretycznie – bo praktycznie wcale nie musi być tak pięknie.

Właściwie to nie do końca wiem, co ja tutaj robię. Na pewno nie przyjechałem na wypoczynek, ani w interesach. Zostałem zaproszony na jakiś wieczór. Może kawalerski, może autorski. Kto to wie. Będzie impreza. „Flirt i alkohole może tańce będą też. Drzwi otwarte zamkną potem się. No i cześć.” Więcej napisać nie mogę, bo nie przyjechałem tutaj incognito.

Ale z pewnością niczego nie będę kupował. Na niebywałe okazje nabieram się średnio raz na kilka lat, a nie dalej jak kilka dni temu zostałem właścicielem apartamentu. Więc na razie nic mi nie grozi. Właściwie to mam kilka apartamentów, albo jeden przechodni, który raz jest w Japonii, innym razem w Australii, na Teneryfie, w Peru, albo w jeszcze innym miejscu, który sobie wymyślę. A wszystko przez to, że zostałem zaproszony na pewne spotkanie razem z żoną lub partnerką. Żałuję, że nie wybrałem jakiejś partnerki, bo żona w pewnym momencie stanęła po stronie oferenta i moje logiczne argumenty zaczęły tracić jakikolwiek sens. Nie pomogło nawet wypomnienie zakupu garnków trzydzieści lat temu, bo Majka stwierdziła, że przecież wciąż ich używa i cały czas wyglądają jak nowe. Wyszło więc na to, że uchroniła mnie przed przegapieniem okazji życia. Chociaż biorąc pod uwagę to, że zostałem właścicielem apartamentu w pięciogwiazdkowym hotelu za równowartość garnków, to może ma rację. Niestety jestem nim tylko przez tydzień w roku, a do tego muszę tam sam dojechać, sam się wyżywić i sam zorganizować sobie atrakcje. Ale przecież to nie problem. Na szczęście po pięciu latach moje prawo własności samo wygasa.

Nie będę dalej pisał o sobie, tylko o dzieciach, które zostały z Majką w domu. Póki jeszcze mogę o nich pisać.

Mirabelka spotyka się już z nowymi rodzicami zastępczymi. Od drugich odwiedzin zaczęła ich witać wyciągniętymi w górę rączkami. Jest dobrze. Nawet bardzo dobrze. Jednak nie dajemy się zwieść tak dobrym zapowiedziom i prowadzimy proces przejścia jak zawsze – powoli i stopniowo zwiększając czas spotkań. Mam nadzieję, że sąd zdąży do lata (chodzi przecież tylko o zmianę zabezpieczenia), bo dziewczynka może wyjechać na pierwsze w swoim życiu wakacje zagraniczne. W trybie pilnym wyrabialiśmy jej dowód osobisty. Trochę było z tym problemów, bo nasz urząd stwierdził, że musi mieć zgodę sądu. Nie wystarczyło tłumaczenie, że mamy przecież rozszerzone uprawnienia do podejmowania decyzji w sprawach administracyjnych. Ponieważ na walkę z urzędnikami nie było zbyt wiele czasu, uderzyliśmy do sądu, który stanął na wysokości zadania i w ciągu kilku dni wydał zgodę na złożenie wniosku o wydanie dowodu. Niestety szybko się okazało, że aby złożyć wniosek, trzeba się najpierw umówić. A terminy były dwutygodniowe. Nie pozostało nic innego, jak złożyć dokumenty w innym mieście. Tam okazało się, że jest to możliwe nawet następnego dnia, a specjalna zgoda sądu wcale nie jest potrzebna. Tak czy inaczej, Mirabelka jest pewniakiem do wylotu.

Podobnie oceniam perspektywy Ziuty i Heli. Sędzia nie za bardzo wiedział jaką ma podjąć decyzję, więc na wszelki wypadek odroczył sprawę o kilka miesięcy. Ale bez problemu przeniesie dziewczynki do innej rodziny na czas trwania postępowania. Można rzec, że na zawsze, bo powrotu do mamy sobie nie wyobraża. Trzeba tylko mieć nadzieję, że jest osobą młodą , zdrową i nie zamierza zmieniać miejsca pracy, bo inny sędzia czasem może mieć zupełnie inną wyobraźnię. W każdym razie, na w miarę małe, zdrowe, inteligentne i urokliwe siostry, chętni znaleźli się natychmiast. Jutro dziewczynki jadą do nowych rodziców na cały weekend. Są bardzo podekscytowane. Od momentu, gdy Mirabelka zaczęła się spotykać ze swoimi rodzicami, one też zapragnęły mieć nową mamę i nowego tatę. I pomyśleć, że ich mama biologiczna cały czas twierdzi, że łączą ją z córkami bardzo silne więzi, a czas spędzony u nas jest niepowetowaną stratą dla ich zdrowia psychicznego. Chociaż ją może i łączą. Jednak to nie ona powinna przywiązywać się do dzieci, tylko odwrotnie.

Gorzej wygląda sytuacja Mopika, gdyż wciąż nie wiemy, czy ojciec odebrał decyzję sądu i czy już się uprawomocniła. No i czy sędzia już ją podpisał, albo przynajmniej zamierza. Zresztą z tym podpisywaniem uprawomocnionej decyzji to ja już zupełnie nic nie rozumiem. Dostaliśmy z sądu postanowienie o odebraniu władzy ojcu dziewczynki, które odbyło się na posiedzeniu niejawnym (bez niczyjej obecności). Jak by nie było, jakiś podpis tam był. Jak by nie było, na tej podstawie złożyliśmy wniosek do naszego sądu o opiekę prawną. To dlaczego ośrodek adopcyjny nie chce przyjąć zgłoszenia Mopika, tylko czekamy na kolejny podpis? I dlaczego składanie tego drugiego może trwać tygodnie? Nie mam pojęcia. Wiem tylko tyle, że dziewczynka rozjeżdża nam się coraz bardziej. Trafiliśmy z nią w końcu do psychologa. Zgodnie z jego zaleceniem, mamy zapewnić dziecku dużo ciszy i spokoju. I jeszcze mam uszyć dwukilogramową kołderkę z kamyczków akwarystycznych. Jakie to proste.

Sytuacja prawna Einsteina również jest już zamknięta. Sąd nie chciał dawać mamie chłopca czasu na naprawienie się, uważając że nie rokuje. Dlaczego w takim razie nie odebrał jej władzy rodzicielskiej, tylko asekurował się jedynie ograniczeniem? Bo tak jest bezpieczniej? W każdym razie rozpoczęło się poszukiwanie rodziny zastępczej. Może jednak nie być tak prosto jak w przypadku Mirabelki, gdyż chłopiec mimo tego, że w każdej dziedzinie robi kolosalne postępy, to zupełnie zdrowy na ciele i umyśle nie jest. Widok walącego głową o podłogę dwulatka, albo kręcącego się w kółko i wrzeszczącego bez sensu, i bez widocznego powodu – jest przerażający.

No i zostali mistrzowie horroru – Omen i Dagon. Zupełnie nieoczekiwanie przyszło z sądu pismo z decyzją o umieszczenie braci w rodzinie zastępczej. Mama jest poważnie chora i nie wiadomo kiedy w ogóle odbędzie się jakakolwiek rozprawa, a „siedzącemu” ojcu odbierać władzy rodzicielskiej nie wypada. Decyzja ze wszech miar słuszna.

Zobaczymy ilu będzie chętnych i jak długo wszystko potrwa. Na zbyt wiele nie liczę, ale przecież mam szczęście do niebywałych okazji, więc może będzie mi dane uszczęśliwienie spragnionych rodzicielstwa osób. Niestety będą to musieli być ludzie gotowi na wszystko. Dzieci są po badaniach psychologicznych, których wyników jeszcze nie znamy. Wiemy tylko, że nie będą dobre. Nie będzie też zapewne jednoznacznych wniosków, bo niewiele wiemy o przeszłości chłopców i warunkach w jakich dorastali. W grę wchodzi zaniedbanie, zaburzenia więzi, FAS, autyzm i niepełnosprawność umysłowa. Możliwe jest wszystko jednocześnie. Zaburzenia integracji sensorycznej i niewygaszone odruchy pierwotne są przy tym jedynie błahostką. Cieszyliśmy się, że Dagon z dystansem traktuje obcych. Że się do nich nie przytula, nie wchodzi im na kolana, nie łapie za ręce. Dobrze to rokowało w sensie przywiązaniowym. Teraz nie jest to już takie pewne. Być może jakieś zaburzenia lękowe biorą górę nad chęcią zbliżenia się do kogokolwiek. Poza tym, że chłopcy są coraz bardziej rozgadani (zwłaszcza Omen), w kwestii mowy niewiele się zmienia. Do tego ja zupełnie ich nie rozumiem. Dagon gada od rzeczy, a Omen nie dość, że pomija spółgłoski, to jeszcze posługuje się skrótowcami. Wypowiadane przez niego zdania brzmią mniej więcej tak: „Uja ina moje bije y et”. Będąc świadkiem sytuacji poprzedzającej wypowiedziane zdanie, mogę tylko wnioskować, że chciał powiedzieć: „Wujku, Hela zdzieliła mnie przez łeb”. Majka uważa, że wie co on mówi. Nie będę zatem szedł w zaparte i sprawiał wrażenia, że to ja nie jestem kumaty – są zdania, które rozumiem. Dla przykładu: „Ałatałam ule”. Jednak gdyby nie to, że codziennie układa te puzzle, codziennie się tym chwali i mówi o sobie jak dziewczynka, to z tłumaczeniem pewnie też miałbym nie lada problem. Poziom hałasu emitowany przez obu braci zdecydowanie przewyższa wszelkie normy zdrowotne. Obaj albo ryczą (to cytat z Ziuty: „Oni ryczą, płaczą malutkie dzieci”), albo szaleją. Tłumaczę im rozmaite rzeczy tylko dla zasady, bo albo nic do nich nie dociera (nadal robią to co robili), albo z głupawym uśmiechem zdają się mówić: „i co mi zrobisz”. Owszem, można się do tego przyzwyczaić. Można sobie wypracować jakieś schematy postępowania i tłumić negatywne emocje. Chociaż żal ściska serce, widząc dziewięciokilogramowe ciałko Mopika, albo Einsteina, ze śladami zębów Dagona.
Pozostaje tylko wiara w to, że chłopcy zupełnie inaczej zafunkcjonują w innej rodzinie i znajdzie się ktoś, kto zaakceptuje ich takimi, jakimi są.
Nasza rola dobiegła końca – sytuacja prawna chłopców jest już uregulowana. Mama ma ograniczoną władzę rodzicielską, żaden kolejny termin rozprawy nie został wyznaczony.

Jeszcze miesiąc temu zastanawialiśmy się z Majką, jak zorganizować tegoroczne wakacje. Jak zwykle, mamy zarezerwowane w Mielenku dwa pokoje z przybudówką. Teraz wiadomo, że skład będzie zupełnie inny, niż przypuszczaliśmy. Trzy mamy naszych pieczowych dzieci (byłych i jeszcze obecnych) są w kolejnej ciąży, więc i jakiś noworodek może się przytrafić.

Ciekawe co będzie dalej. Dzisiaj zostaje mi cieszyć się chwilą samotności.


sobota, 7 maja 2022

--- Dla dobra dziecka

Coraz trudniej mi się pisze. Przez pewien czas szukałem pretekstu, aby zakończyć tego bloga. Czułem się trochę jak mamy biologiczne naszych dzieci, które mówią: „Ja bardzo chciałam, ale odebrano mi prawa”. Mi jakoś nikt prawa nie odbiera. A nawet wprost przeciwnie, dowiaduję się, że mogę pisać – w zasadzie o wszystkim. Istnieje coś takiego jak klauzula prasowa, która powstała po to, aby pogodzić wolność wypowiedzi i informacji z ochroną danych osobowych. Długo się zastanawiałem, jak to jest możliwe, że redaktor jakiegoś artykułu, może zamieścić w gazecie tekst typu: „Karolina P. z podwarszawskich Łomianek, znana bliżej jako 'Gabrycha', została oskarżona o fizyczne i psychiczne znęcanie się na swoim trzyletnim synem...”, po czym ze szczegółami opisuje historię rodziny. Dlaczego on niby może, a ja nie. Tym bardziej, że jego bohaterów może zidentyfikować większość mieszkańców takich Łomianek, a moich najwyżej moi dobrzy znajomi, którzy i tak nie znają ich osobiście. Okazuje się, że działalność dziennikarska, literacka i artystyczna, nie podlega ustawie o ochronie danych osobowych (art.2 ust.1, ustawy z 1 maja 2018). Dotyczy to również treści zamieszczanych w internecie, choćby w postaci bloga. Jestem zatem jednocześnie dziennikarzem, jak i literatem. Artystą może też. Nie muszę pytać o zgodę osoby opisywanej, ani informować jej, że ją opisałem. Ponadto, takiej osobie nie przysługują prawa do sprostowania danych, czy sprzeciwu wobec przetwarzania danych osobowych. A tak w ogóle, to zanonimizowane dane osobowe nie są danymi osobowymi o ile ich ilość i układ nie pozwalają na ponowną identyfikację. W przypadku tego bloga, nie pozwalają. Bo przecież nie jest tak, że jakaś pani w sklepie czytająca opisy naszych dzieci, jest w stanie powiedzieć: „O! Przyszła do mnie mama biologiczna Einsteina”. Zresztą na ostatnim szkoleniu dotyczącym ochrony danych osobowych dowiedziałem się, że jako ojciec zastępczy (nawet niebędący opiekunem prawnym) mam prawo do wizerunku dziecka.

Przyczyna mojego zniechęcenia jest zatem zupełnie inna. Zaczynam dostrzegać mechanizmy, które nie pozwalają mi pisać o pieczy zastępczej lekko i przyjemnie. Majka wciąż prosi o jakiś optymistyczny wpis. Będzie dopiero za jakiś czas, gdy zbiorę więcej informacji o Einsteinie. Chłopiec robi ogromne postępy, mimo że jest obciążony chorobą alkoholową swojej mamy. Ale jest jeszcze młody i to daje mu ogromną przewagę choćby nad trzyletnimi bliźniakami. Jednak mimo tego, teraz widzę już jedynie szklankę do połowy pustą, bo przecież uszkodzenia mózgu nigdy się nie naprawią. Do tego zaczynam tracić z oczu światełko w tunelu zwanym systemem. Dobro dziecka przestało być dla mnie tym określeniem, jakim było jeszcze kilka lat temu. Teraz jest tylko sloganem, który często skrywa niekompetencje rozmaitych osób i instytucji, albo usprawiedliwia nawet najbardziej absurdalne decyzje. System pieczy zastępczej jest nieprecyzyjny. Opiera się na dobrej woli pojedynczych osób, które prędzej czy później trafiają na mur nie do przejścia. Mopik nadal z nami mieszka (już półtora roku), chociaż jest to najbardziej oczywista sprawa z jaką mieliśmy do czynienia. Mirabelce minął rok pobytu w naszej rodzinie i sędzia zdecydował się na razie na ograniczenie władzy rodzicielskiej. Dał szansę rodzicom, którzy wcale o nią nie prosili. Nawet nie przyszli na ostatnią rozprawę. Może zmieni zdanie za rok, może za dwa. A Mirabelka poczeka. Może u nas, może w innej rodzinie.

Piszę też pod presją bohaterów moich opowieści, którzy niekoniecznie chcą nimi być. Majka kiedyś obiecała, że będzie sprawdzać teksty przed opublikowaniem i tak robi. Zakreśla mi zdania z adnotacjami typu: „Ten się może obrazić”, „Od razu będzie wiadomo, kto to powiedział”, „Tak tego nie możesz nazwać”, „Idziesz na wojnę”. I niestety tak jest, że jeden się obraża, inny jest zły, a jeszcze kolejnemu jest przykro. Niektórzy są źli, choć wcale nie czytali co o nich napisałem. Usłyszeli coś od kogoś, nie próbując nawet poznać mojego zdania. A przecież nie będę każdego pytać o zgodę, żeby napisać tylko tyle, że do nas przyszedł. To ostatnie zdanie pewnie też zostałoby zakwestionowane przez Majkę. Znowu miałbym dopisek: „Będzie wiedział, że to o nim i może się obrazić”. Jednak tym razem, Majka będzie mogła to zrobić dopiero w komentarzu. Nie będzie cenzury przed publikacją. Inaczej mogłoby się skończyć jak poprzednim razem, gdy cały tekst wylądował w śmieciach, gdyż po ewentualnych korektach całkowicie zatraciłby swój sens.

Nie będę już zatem opisywał kuluarów towarzyszących pewnym sytuacjom – ze względu na wrażliwość niektórych osób. Dwie najmłodsze dziewczynki nadal z nami mieszkają i tyle. Decyzją sądu. Nie wpisują się w żaden typowy schemat, który pozwoliłby im zamieszkać w docelowej rodzinie. A nietypowy nie wchodzi w grę. Nie, bo... Znowu się zagalopowałem.

Odniosę się jednak do zasłyszanych tu i ówdzie zarzutów, że niepotrzebnie tak dokładnie opisuję historie i zachowania przebywających u nas dzieci – zwłaszcza tych starszych, trudniejszych, czy bardziej zaburzonych. Zamykam im drogę do szczęśliwej przyszłości i sprawiam, że kiedyś będą mogli przeczytać o sobie coś, co powinno pozostać tajemnicą na zawsze.

Problem polega na tym, że ze zwykłej przyzwoitości nie mogę pomijać pewnych zachowań naszych dzieci i mojego ich odbioru. Jeżeli jakiś rodzic zainteresowany przebywającym u nas dzieckiem odpowie: „Mnie to nie przeraża”, to bardzo dobrze. Ale będzie miał jakiś punkt odniesienia, jakąś perspektywę. Czasami z przerażeniem obserwuję poszukiwania rodzin dla dzieci, które powinny znaleźć się w rodzinach specjalistycznych. Poszukiwania, które powinny skupić się na kręgu osób świadomych, doświadczonych i odpowiednio przeszkolonych, a nie dokonywane wśród ludzi dobrego serca. „Ma FAS i RAD, ale jest cudownym dzieckiem” i późniejsze skargi rodziców: „Nikt nam o tym nie powiedział”, „Zataili to przed nami”, albo niewinne i tajemnicze: „Jest hardcore, ale dajemy radę”.
Dlatego staram się również opisywać trudne sytuacje, kiedy dzieci próbują dyktować rodzicom swoje sposoby postępowania. Starają się ich sobie podporządkować w celu zaspokojenia swoich potrzeb funkcjonowania w znanym zestawie zachowań. Miesiącami budują chaos, który pamiętają z pierwszych lat życia i wcale nie pragną się zbliżyć emocjonalnie do rodziców. Zdarza się bowiem, że witamina „M” (bezgraniczna i bezwarunkowa miłość) niczego nie naprawia, a kolce jeżyka nie zaczynają odpadać. Bywa, że planowana radość z macierzyństwa powoli przekształca się w bezradność i zwątpienie.

Niektórzy sugerują, że chociaż przedstawiam rzeczy ważne i przydatne wielu osobom, to robię to kosztem opisywanych dzieci, które za kilka lat mogą odnaleźć tutaj swoją historię.

Z ostatnią częścią tego zdania się nawet zgadzam. Ktoś, kto wie, w jakim okresie swojego życia przebywał w pieczy zastępczej i znane mu są pewne fakty z tego czasu, a do tego będzie zdeterminowany w poszukiwaniu własnej tożsamości – może dojść do wniosku, że jest to opis jego życia. Być może pozna szczegóły, o których nowa rodzina, z jakichś powodów, nigdy mu nie powiedziała. Jednak z uporem maniaka będę twierdził, że ma do tego prawo. I skoro włoży tyle wysiłku, aby dotrzeć do opisu swojej osoby, to będzie to znaczyć, że jest na to gotowy i tej wiedzy potrzebuje. Nie jest przecież wykluczone, że któreś z moich dzieci będzie kiedyś chciało rozpocząć psychoterapię. Historia rozpoczynająca się dopiero w piątym, trzecim, a nawet w drugim roku życia, z pewnością sytuacji nie ułatwi.

Chyba tylko z tego powodu będę dalej pisał. Chociaż pewnie nieco rzadziej. Ale taka jest moja definicja dobra dziecka.



piątek, 1 kwietnia 2022

--- Przechowalnia

 

Raz na kilka lat nachodzi mnie smutna refleksja – jestem tylko przechowalnią. Nie chcę szukać winnych takiego stanu rzeczy, bo musiałbym zacząć od siebie. Nie musiałem przecież przyjmować siódmego dziecka. Szóstego i piątego też nie. A nawet czwartego. Ale jest jak jest i czekam na lepsze czasy.

Bohaterami dzisiejszego wpisu będą nasze aktualne dzieci: Mirabelka (jeden rok), Mopik i Einstein (po półtora), Hela (niecałe trzy), Omen i Dagon (trzy), Ziuta (trochę ponad trzy) i kilkumiesięczna Dagusia (na gościnnych występach – od weekendu do weekendu).
Każde z tych dzieci jest na zupełnie innym etapie rozwoju, ma różne potrzeby emocjonalne i inne plany na życie w naszej rodzinie.

Pierwszą rzeczą, która natychmiast rzuca się w oczy, jest duża liczba mieszkających z nami dzieci – zbyt duża. Jednak chyba nie na tym polega problem, a przynajmniej nie przede wszystkim na tym. Najtrudniejsze są ciągłe zmiany. Mopik pożegnał już kilkoro mieszkających wcześniej koleżanek i kolegów, i tyle samo nowych przywitał. Teraz pewnie się zastanawia, czy Dagusia będzie kolejną konkurencją w walce o przytulanie się i siedzenie na kolanach. Nawet mieszkające od niedawna Ziuta i Hela wiedzą co oznacza przyjęcie nowego członka rodziny. Einstein przez pierwsze trzy dni nic nie jadł. Ciągle spał, albo kręcił się w kółko (wokół własnej osi) i odprawiał jakieś mantry. Nieco spokojniejszy był siedząc na kolanach, a spał w głębokim wózku, ciasno opatulony kołderkami. To są trudne sytuacje nie tylko dla dzieci, które do nas przychodzą. To są małe traumy również dla pozostałych dzieci, które jakoś próbują sobie z tym wszystkim poradzić. Nie jest to bezpieczny świat, w którym można budować relacje z rodzicem oparte na empatii, zaufaniu, szacunku. Nie jest to świat przyjazny uczeniu się.

Zdecydowanie lepiej byłoby, gdybyśmy mogli opiekować się tylko ustawową trójką maluchów. Jeszcze lepiej, gdyby każde z tych dzieci mieszkało z nami nie więcej niż kilka miesięcy. I chociaż w takim przypadku byłbym na pewno przechowalnią, albo chociaż dworcową poczekalnią, to miałoby to sens.

Na drugą wspomnianą kwestię nie mam wielkiego wpływu. Bo co mogę jeszcze powiedzieć sądowi, który już dawno powinien skierować Mirabelkę i Mopika do adopcji. Einstein dopiero rozpoczął swoją przygodę z nami, więc w najlepszym razie pobędzie w naszej rodzinie przez kolejnych kilka miesięcy. Dziewczynki jeszcze są wielką tajemnicą, a bliźniaki powoli przestają nią być. I niestety wiele wskazuje na to, że mogą się zasiedzieć. Sytuacja jest o tyle ciekawa, że wszyscy są właściwie zgodni co do tego, że chłopcy do mamy wrócić nie mogą. Sąd raczej też nie będzie miał większego problemu z odebraniem jej władzy rodzicielskiej, ponieważ mama sprawia wrażenie jakby chciała pozbyć się zbędnego balastu, nie tracąc tylko na tym wizerunkowo. Nikt jednak nie wie, co dalej. To tu, to tam słychać, że będzie to adopcja, albo piecza zastępcza wysokiego ryzyka. Drugą, ciemną stroną takiego twierdzenia są nieśmiałe uwagi typu: „nie ma takiej rodziny”. Jednak natychmiast ktoś się reflektuje i dodaje, że z pewnością jakaś się znajdzie. Mnie dręczy myśl, że pojawią się dorośli, którzy bezrefleksyjnie podejmą decyzję o przejęciu nad chłopcami opieki, a potem dojdą do wniosku, że to była pomyłka. Majka czasami mi powtarza: „Nie mierz innych swoją miarą. To, że ty nie dajesz rady nie oznacza, że inni sobie nie poradzą”. Ma rację. I wcale nie zamierzam wtrącać się w jakikolwiek dobór kandydatów na rodziców. Odezwę się jedynie wtedy, gdy jacyś stwierdzą, że Omen z Dagonem będą świetnymi braćmi dla ich dziecka.

Wracam do naszego siódmego dziecka. Łatwo powiedzieć: „nie przyjmuj więcej”.

Einstein pojawił się u nas na nasze życzenie. Nikt nam go już nie proponował. Jednak doskonale wiedzieliśmy, że jest dla niego poszukiwana rodzina. Chłopiec miał przyjść prawie rok temu. Nie dotarł. Nie zamieszkał w żadnej bezpiecznej rodzinie. Rozpłynął się w systemie, co należy rozumieć, że pozostał tam gdzie był. Dzieci są zgłaszane sądowi rodzinnemu w dwóch trybach. Jeżeli konieczne jest natychmiastowe zabezpieczenie (co miało miejsce w przypadku Ziuty i Heli), dziecko trafia do rodziny zastępczej w ciągu kilku godzin, ewentualnie kilku dni. Jeśli zostanie zgłoszona tylko konieczność wglądu w sytuację dziecka, wszystko może trwać miesiącami. Nikt się nie spieszy, nikomu nie zależy. Jeżeli jest miejsce w pieczy, dziecko zostaje zabezpieczone. Jeśli nie ma – trudno. Najczęściej nie ma. Einstein trafił do szpitala gdy nie dawało się zdjąć pieluchy bez wyrywania kawałków skóry. Był wychudzony do granic możliwości, nie potrafił się porozumiewać, bawić. Ale matka nie chciała go oddać.
Przypadek Ziuty i Heli też jest ciekawy. Dziewczynki są piątym i szóstym dzieckiem swojej mamy. A może nawet szóstym i siódmym, bo informacje do nas docierające są rozbieżne. Do wszystkich pozostałych swoich dzieci mama ma już odebrane prawa rodzicielskie. Moje zastrzeżenia sprowadzają się do dwóch prostych pytań. Dlaczego czekano aż cztery lata i jakie traumy kryją się w psychice dziewczynek? Na razie odgrywają tylko scenki jak tata goni mamę z nożem i jak mama chce skończyć z sobą skacząc z okna.

Trudności związane ze sprawowaniem opieki nad naszymi obecnymi dziećmi nie wynikają tylko z ich dużej ilości. Gdybyśmy mieli siódemkę niemowlaków, albo dzieci mieszkających z nami prawie od urodzenia, to mógłbym powiedzieć, że jesteśmy w stanie zapewnić im bezpieczny rozwój oparty na zaufaniu, poleganiu na sobie, działaniu ku wspólnemu dobru. Mógłbym powiedzieć, że jest fajnie, że to co robimy jest dobre. Jednak obecny skład sprawia, że wszyscy żyją w emocjonalnym chaosie, a nam zaczyna brakować metod pozwalających wszystko uporządkować.

Majka mówi, że stosujemy metody alternatywne. Przynajmniej ja na pewno, chociaż raczej mam co innego na myśli. Wszystko co robię, w jakiejś mierze ociera się o kary i nagrody. Nie będę próbował dorabiać mniej lub lepiej brzmiącej ideologii. Chodzi o uzyskanie określonego celu, którym jest – bezpieczeństwo.
Nie wdaję się zatem w filozoficzne dyskusje z dziećmi. Owszem, wyjaśniam im to i owo. Jednak jest to element dodatkowy, gdyż doskonale wiem, że tłumaczenie nie dociera do wszystkich. Na ogół wydaję tylko krótkie polecenia – można powiedzieć, że rozkazy. Nawet gdy wypowiem tylko nieco dłuższe zdanie, to chłopcy nic nie rozumieją. Ewentualnie końcówkę. „Jak posprzątamy zabawki, to będzie obiad”. Niby krótko i niezbyt skomplikowanie. Ale do bliźniaków dociera tylko słowo „obiad” i chłopcy natychmiast siadają przy stole. Nie mogę nawet powiedzieć "sprzątaj", bo to zbyt ogólne. Muszę mówić konkretniej: „klocki do pudła”, "puzzle do szuflady". Rozumieją? Nie mam pojęcia. Teoretycznie wiem, jak rozmawiać, aby dzieci nas słuchały. Przecież ja też nie lubię tego cholernego bałaganu, ale wiem, że co jakiś czas posprzątać trzeba. Nawet próbuję dać dobry przykład. Tyle, że chłopcy myślą zupełnie innymi kategoriami. Delikatnie sprawę ujmując, mają do tego obojętny stosunek. Nic nie zrobią wbrew swojej aktualnej woli tylko dlatego, żeby sprawić mi przyjemność. Wręcz przeciwnie. Są gotowi sporo poświęcić, abym był na nich zły, abym pozbawił ich jakiegoś przywileju. Stawiam zatem posiłek na stół, ale siadają tylko ci, którzy sprzątali. Brutalne? Może, ale wtedy nagle zaczynają rozumieć. Mija już pół roku naszego wspólnego bycia z sobą i jest coraz gorzej, bo coraz bardziej się do siebie zbliżamy. Jak to dziwnie brzmi. Chłopcy mówią coraz więcej, ale do nas coraz mniej wyraźnie. Odnoszę wrażenie, że nie chcą sprawiać nam przyjemności poprawną wymową, bo boją się do nas przywiązać. Któregoś dnia przyszła do naszego domu pewna osoba, do której Omen natychmiast podbiegł i powiedział: „Proszę pić” - pięknie, wyraźnie i zrozumiale. Gdy z taką prośbą zwraca się do mnie, to brzmi to mniej więcej: „Hyhe pi”. Dłuższe zdanie w jego wykonaniu wygląda tak: „Tata je yyyy eee tam”. Majka mówiła, że przesadzam, dopóki sama przypadkowo nie usłyszała rozmowy braci. Myśleli, że są sami i obaj mówili "po ludzku". Przy nas ciągle jest „moje apa”, „ja am”, czy „idę bibi”. A Omen do tego "ja byłam", "ja poszłam". W ten sam sposób rozmawiają z innymi dziećmi i często wygląda to zabawnie, chociaż wcale takim nie jest.

Dyskusja Omena z Ziutą:
– Ja am.
– To jest obiad.
– Am.
– Obiad.
– Am.
– Głupi jesteś.

Chłopcy są bardzo absorbujący. Wystarczy na kilka chwil spuścić ich z oczu, a robią wszystko co jest w naszym domu zabronione: biegają wokół kominka, wchodzą na stoły, parapety, skaczą po tapczanie, psocą się innym dzieciom, a nawet próbują je bić, albo gryźć. Jednak gdy sami zostaną zaatakowani, to zamiast uciekać, albo się bronić, stoją i wrzeszczą. Nie potrafią się zjednoczyć. Walczą ze wszystkimi w pojedynkę, a najzacieklej sami z sobą. Obaj są cali na „nie”. Trudno im cokolwiek wytłumaczyć i nie za bardzo wiedzą jak poradzić sobie z rozbudzoną potrzebą autonomii dwulatka – chociaż już jakiś czas temu skończyli trzy. Do tego dochodzą zachowania zupełnie niezrozumiałe. Na przykład Omen siedzi nad prawie pełnym obiadem, nie je go, tylko krzyczy, że chce dokładkę. Albo Dagon, który sam nie wie, czy chce wyjść na spacer, czy zostać w domu. Być może jest to jakiegoś rodzaju bunt przeciwko prawu wyboru, albo zwyczajnie każdy pretekst dobry, aby zrobić aferę. Ktoś mógłby powiedzieć, że trzeba cieszyć się z drobiazgów. Choćby z tego, że Omen potrafi już pić wodę z kubka, a nie wlewa sobie jego zawartości do otwartej buzi, albo że budzi się w nocy tylko dwa razy, a nie siedem. Jest to jednak trudne. Nie chce mi się już bić Omenowi brawa, bo udało mu się założyć skarpetkę – po pięciu miesiącach uczenia się i po dziesięciu minutach siedzenia nad nią, i wrzeszczenia, że nie wychodzi.

Szkoda tylko, że w takim świecie przychodzi żyć innym naszym dzieciom. Tym, które nie rozumieją wielu zachowań chłopców, które boją się ich krzyków i być może czują się u nas coraz mniej bezpiecznie. A mi coraz trudniej jest na to spokojnie patrzeć. Najgorzej radzi sobie z emocjami Mopik. Zaczął walić głową w podłogę, rzucać wszystkim co wpadnie mu w ręce, wściekać się o byle co, bić inne dzieci. Starsze dziewczynki bronią się jak mogą. W przeciwieństwie do chłopaków, nie działają w pojedynkę. Potrafią się jednoczyć, a wtedy biada każdemu z nich. W takim przypadku ma miejsce jedna z niewielu znanych mi naturalnych konsekwencji, na którą jak na złość nie powinienem wyrażać zgody. Niestety chłopcy nie potrafią zrozumieć nawet tego, że silniejszy wygrywa i chwilę później zachowują się dokładnie tak samo. W naszym przypadku, konsekwencją zepsucia zabawki jest tylko to, że zabawka jest zepsuta. Zabranie kredek za wysmarowanie ścian jest karą dla innych dzieci, a pozwolenie na nabicie sobie guza – karą dla nas. Ostatnio Dagon wylądował na cztery dni w szpitalu. Biegając wokół kominka poślizgnął się na leżącym puzzlu i walnął centralnie w tył głowy. Nie nauczyło go to niczego. Jedynie ma lęk przed dotykiem. Gdy teraz chcę go złapać za rękę, to myśli, że dostanie zastrzyk i się wydziera. Nie ma u niego żadnego myślenia przyczynowo-skutkowego, rozumienia aluzji. Nic nie można mu wytłumaczyć, niczego nie rozumie. Funkcjonuje jedynie na zasadzie pieska Pawłowa. O bracie bliźniaku mogę powiedzieć to samo.

Naturalna konsekwencja

W takich chwilach rozumiem nauczycielki z przedszkola, które mówią do rodziców niesfornego dziecka: „Rozmawiać, rozmawiać, rozmawiać”, „Tłumaczyć, tłumaczyć, tłumaczyć”. Mówią tak, gdyż ich tłumaczenie i rozmowy niewiele dają. Liczą więc na silne relacje dziecka z rodzicem. Na to, że dla niego dziecko zrobi to czy tamto. Ja nie neguję konieczności powtarzania i tłumaczenia tego samego każdego dnia po kilka razy. Jednak nie mogę pozwolić, aby po drodze były "straty w ludziach". Kiedy Dagon wali samochodem Mopika w głowę, to marnym pocieszeniem jest to, że po kilku latach zrozumie, przestanie, a ja z radością krzyknę: „Wow – metoda wychowawcza oparta na tłumaczeniu zadziałała”. Ale tłumaczę. Po kilkadziesiąt razy dziennie mówię: "Nie wyrywamy nic nikomu z ręki". Zbyt skomplikowanie. "Hej!" jest szybsze i głośniejsze, a "Wypad!" – skuteczniejsze.   

Co proponują inne metody? Zajmij dziecko czymś. Sprawdź, czy nie jest chore, głodne albo zmęczone. Podążaj za dzieckiem. I ja to wszystko robię. Korzystam z wszelkich sugestii – alternatywnie.

Niestety zachowania chłopców w jakiejś mierze stają się kuszące dla innych dzieci. Gdy kiedyś Hela przybiegała mówiąc: „Wujek chcę kupę”, Omen wtrącał się do rozmowy z uśmiechem na twarzy: „Ja już mam”. Teraz Hela też miewa ją w majtkach coraz częściej. Być może uważa się za atrakcyjniejszą, bo przecież zachowuje się tak samo, jak starszy o ponad rok kolega. Ale możliwe jest, że czuje się coraz mniej bezpiecznie.

Na schodach prowadzących na piętro musiałem zrobić specjalne zasieki, gdyż chłopcy próbowali przeciskać się pomiędzy tralkami i skakać w dół. Niektórzy nasi goście zastanawiają się nad tym pomysłem, widząc w nim dekorację w stylu marynistycznym, albo wystrój przewoźnika kontenerów. Dobrze, że jest już bezpiecznie, bo Ziuta z Helą, idąc za przykładem bliźniaków, też zaczynają sprawdzać, czy głowa mieści się między szczebelkami.



A były to takie fajne, współpracujące dziewczynki. Być może nawyki mamy, albo przedszkolny mir sprawiał, że robiły porządek po każdej zabawie i przed każdym posiłkiem. Siostry były prawie bezobsługowe z naszej strony. Same się rozbierały, same ubierały, myły, załatwiały potrzeby na nocnik. Potrzebowały trzydziestu sekund, aby stać pod drzwiami wyjściowymi w pełnym rynsztunku, gotowe do wyjścia na spacer. Jedynym ich mankamentem było przeklinanie. Ale to miało pewien urok i było łatwe do opanowania. Wiedziałem na przykład, że nie mogę zapytać Ziuty, gdzie jest jej siostra, bo w odpowiedzi mogłem usłyszeć: „Hela poszła w pizdu”. Tak, wiem że to był miesiąc miodowy. Ale może jednak nie tylko?
Ciekawe są też zachowania Einsteina. Chłopiec nie opuszcza mnie na krok. Gdy idę robić kolację, to muszę sadzać go obok siebie na blacie, gdyż inaczej zaczyna kręcić się w kółko, albo stoi przy barierce do kuchni i się wydziera. Żadne dziecko nie wytrzymałoby pół godziny siedząc w bezruchu. On potrafi. Nie muszę się obawiać, że spadnie gdy wyciągam coś z lodówki, albo że będzie się dobierał do kanapek. Raz tylko znalazł gdzieś w kącie połówkę cebuli i nie chciał jej oddać. Przynajmniej miał zajęcie przez cały czas przygotowywania posiłku. Zjadł ją w całości.
Jednak zachowania Einsteina są raczej niezależne od obecności chłopców. On żyje w innym świecie. Zresztą cała reszta dzieci też traktuje Einsteina jakoś inaczej. Choćby gdy patrzą jak przewraca go podmuch wiatru wytworzony przez któregoś z przebiegających bliźniaków.

Na chłopców brakuje mi już pomysłów i coraz częściej odpuszczam. Pół roku starań, rozmaitych prób dokonania zmian na lepsze i nic. Prawie nic. Zaczyna mi nawet być wszystko jedno, kiedy i dokąd odejdą. W pewien sposób przyzwyczaiłem się do tego, że nie mogę odpowiadać na ich potrzeby, bo oni sami ich nie znają. Trudno z nimi rozmawiać, bo tego nie chcą. Wątpliwe jest też zwiększanie indywidualnie spędzanego czasu, bo to się zawsze źle kończy. Omen i Dagon nie rozumieją, że wszystko ma swoje zakończenie, że trzeba na coś poczekać, albo że czegoś może zabraknąć. Koniec końców, zawsze jest ryk.

Nasze relacje można sprowadzić do krótkiej rozmowy:

Idziemy na spacer.
Nie.
Możesz zostać.
Nie.
– Idziesz, albo zostajesz.
Nie.

Majka jeszcze walczy. Każdego dnia, minuta po minucie. Nie ma szans. 

Niestety nasza wspólna przyszłość (z bliźniakami) rysuje się w coraz ciemniejszych barwach. Powoli szykujemy się do badania psychologicznego obu chłopców. Wstępne sugestie specjalistów, mających do czynienia z bliźniakami,  wskazują na niepełnosprawność intelektualną Omena przynajmniej w stopniu lekkim. Dagon wcale nie jest dużo bystrzejszy. Dobór odpowiedniej metody pracy z chłopcami będzie kolejnym wyzwaniem dla nas i przede wszystkim dla ich przyszłych rodziców. Nie jest też powiedziane, że ociężałość intelektualna (bo takie padło określenie) wcale nie jest niepełnosprawnością umysłową, tylko diagnoza została postawiona błędnie. Istnieje prawdopodobieństwo, że widoczne zachowania chłopców są traumą relacyjną, którą pobyt w naszej rodzinie być może tylko pogłębia. I znowu wracamy do następstw zaniedbań ze strony najbliższych osób i do konieczności jak najszybszego rozpoczęcia terapii – jednej z najdłuższych w leczeniu traum. Potrzebny jest mniej więcej rok czasu, aby dziecko nawiązało relacje z terapeutą. A dopiero potem zaczyna się właściwa terapia.

Po raz kolejny w jakiś sposób podważam sens istnienia takiego tworu jak pogotowie rodzinne, gdyż chłopcy od razu powinni pójść do rodziny zastępczej na stałe. Chociaż z drugiej strony, pół roku temu informacja o bliźniakach brzmiała mniej więcej tak: „Dwójka zaniedbanych trzylatków, wychowywanych przez babcię, szuka kochającej rodziny”.

Zapewne ktoś stwierdzi, że zbyt dokładnie opisuję zachowania chłopców, że niektóre sprawy powinienem przemilczeć. Bo przecież robienie kup w pieluchę kiedyś się skończy. Krzyczenie chłopców bez sensu i robienie awantur o byle co – również. Przeminie też ich ciapowatość, ślamazarność i niechlujstwo w wypowiadaniu się. Ale reszta niekoniecznie. A jeżeli już, to być może po wielu latach terapii, której trzeba będzie podporządkować całe swoje zorganizowane życie. 

Na to nie każdy jest gotowy. Mi zależy tylko na tym, żeby chłopcy kiedyś wyszli z przechowalni, w której żyją od urodzenia.


niedziela, 27 lutego 2022

BLANKA 2

 


Blanka spędziła w naszej rodzinie mniej więcej rok. Raczej mniej, ale pewny nie jestem. W każdym razie roczek miała wyprawiony jeszcze w naszym domu, chociaż byli już obecni jej rodzice adopcyjni. Teraz mieszka już z nimi i był to najdłuższy proces adopcyjny jaki nam się trafił. Dziewczynka przez długi czas nie była gotowa na odejście. Na szczęście jej nowi rodzice doskonale rozumieli, że pośpiech w tym przypadku jest złym doradcą. Przyjeżdżali często, chociaż nie było im łatwo. Wprawdzie nie mieszkamy zbyt daleko od siebie, jednak brak samochodu sprawiał, że musieli przyjeżdżać do nas pociągiem i do tego z przesiadką pośrodku. Nigdy nie powiedzieli, że jest im trudno, albo że nie mogą doczekać się zabrania dziewczynki na stałe. Owszem, czekali na ten dzień z utęsknieniem, ale zdali się na nasze doświadczenie i stosowali się do wszelki naszych propozycji. Ktoś mógłby powiedzieć, że nie mieli wyjścia. Mieli. Każdy rodzic adopcyjny na etapie zapoznawania się z dzieckiem może proponować swoje rozwiązania. Może też mówić, że częste przyjazdy mu nie pasują, bo przecież jest praca i inne obowiązki, albo kwestionować sens spotkania się z dzieckiem przez dwie godziny, skoro przejazd w obie strony zajmuje trzy razy więcej czasu. Może też się wydawać, że przy tak małym dziecku, a do tego tak dobrze reagującym na nowych rodziców, przedłużanie wszystkiego jest niepotrzebne. A jednak nigdy tak nie powiedzieli. Nie mówią też tak teraz, chociaż jest już dawno po rozprawie o przysposobienie.

Tort od rodziców

Od momentu gdy wspólnie z ośrodkiem adopcyjnym stwierdziliśmy, że nadszedł już ten czas, wszystko nabrało takiego tempa, że po trzech tygodniach Blanka miała już nowe nazwisko. Sędzia z naszego sądu rodzinnego przyzwyczaiła nas już do tego, że postanowienie o powierzeniu pieczy wydaje w ciągu kilku dni. Jednak na ostateczną rozprawę rodzice adopcyjni często muszą czekać kilka miesięcy. Tym razem odbyła się ona tak szybko, że nawet ośrodek adopcyjny był zaskoczony. Chociaż właściwsze byłoby stwierdzenie, że nie za bardzo był zadowolony. Zwyczajnie nie miał kiedy odwiedzić dziecka w nowej rodzinie. Zazwyczaj robi to dwa razy w odstępach kilku tygodni, aby zobaczyć jak dziecko funkcjonuje w nowym miejscu. W przypadku Blanki, musiał zdać się na naszą opinię. A ta oczywiście była pozytywna. Ostatecznie Majka odwiedziła Blankę kilka razy w jej domu i widziała jak dziewczynka się tam zachowuje. Do tego okoliczności towarzyszące tej adopcji były inne niż zazwyczaj. Nie tylko chodzi o to, że rodzice cały ten czas podporządkowali konieczności spotykania się z Blanką, ale mieli też pełną akceptację i wsparcie swoich pracodawców, a adopcją żyli nie tylko współpracownicy, lecz również prawie połowa mieszkańców miasteczka.

Właśnie sobie uświadomiłem, że teraz nie powinienem już zbyt wiele pisać o przypadku Blanki. Wraz z rozprawą adopcyjną oddaliśmy nie tylko dziewczynkę, ale zostaliśmy też pozbawieni opieki prawnej nad dzieckiem. A to zdecydowanie zmienia postać rzeczy.

Ale trudno – zaryzykuję. W końcu przez cały miniony rok poświęciłem jej tak mało opisów, jak żadnemu innemu dziecku. Może dlatego, że Blanka była dość nietypowa. Mógłbym krótko stwierdzić, że nie miała parcia na szkło. Doszedłem do takiego wniosku, gdy przygotowywałem zdjęcia z jej pobytu w naszym domu. Nie mogłem uwierzyć, że niemal na każdym był Mopik, Mopik i jeszcze raz Mopik. Bo Mopik jest wszędzie – nawet tam, gdzie być nie powinien. Blanka nie była dzieckiem przebojowym. Znalazłem tylko kilkanaście zdjęć (pomijając ujęcia nieudane i powtarzające się). Dziewczynka była pewnego rodzaju obserwatorem naszego życia rodzinnego. Najchętniej siedziała w swoim leżaczku i przyglądała się wszystkiemu co się działo wokół. Nie domagała się nawet brania na ręce. To my musieliśmy o tym pamiętać. Płakała bardzo rzadko, a jeżeli już, to była bardzo przewidywalna. Albo chciała jeść, albo spać, albo miała brudną pieluchę. Na inne dzieci patrzyła z pewnym dystansem i nie przeszkadzało jej, że któreś wpadało w nią z siłą tornada. Nigdy nigdzie się nie spieszyła. Dotyczyło to również spraw rozwojowych. Później niż inne dzieci zaczynała przewracać się na boki, a potem pełzać i siadać. Trzymaliśmy kciuki, aby przed poznaniem rodziców adopcyjnych zaczęła raczkować. Udało się rzutem na taśmę. Ale wszystko było w normie. Blanka od urodzenia była pod opieką fizjoterapeutki, a ze względu na to, że w pierwszych miesiącach życia podejrzewano nadprodukcję płynu mózgowo-rdzeniowego (a co za tym idzie, rozwinięcie się wodogłowia), co kilka tygodni konsultowaliśmy ją z neurologiem i neurochirurgiem. Trochę się martwiliśmy tym, że Blanka lubiła spać. Ale to też było w normie. Chociaż trochę utrudniało spotkania z rodzicami adopcyjnymi. Przyjeżdżali do niej o dziesiątej. Wtedy istniało duże prawdopodobieństwo, że już się obudziła z nocnego snu i przynajmniej przez dwie godziny będzie aktywna. Przyjazdy w innych godzinach były obarczone dużym ryzykiem, ponieważ zdarzało się, że Blanka budziła się z popołudniowego snu po osiemnastej, zjadała kolację, kąpała się i znowu szła spać.

I tak sobie płynęło leniwie nasze wspólne życie, aż do momentu, gdy zaczęli pojawiać się rodzice adopcyjni. Nagle przestałem być tylko obiektem obserwacji. Blanka zaczynała płakać, gdy wychodziłem z pokoju, a gdy tylko pojawiałem się w jego progu, próbowała dostać się do mnie wszelkimi sposobami. Nie wiem dlaczego wybrała sobie akurat mnie, a nie Majkę. Nie ma to zresztą większego znaczenia. Chodzi o to, że Blanka zaczęła przejawiać zachowania, które kiedyś były ukryte, które się nie ujawniały, gdyż jej potrzeby poczucia bezpieczeństwa chroniło zwyczajne bycie z nami. Teraz poczuła się zagrożona. Pewnie niejeden rodzic adopcyjny wyciągnąłby z tego wniosek, że takiej sytuacji nie można dłużej aprobować, gdyż prowadzi ona do niepotrzebnego zacieśniania więzi, które w tym momencie powinny być rozluźniane. Może nawet zgodziłby się z taką koncepcją niejeden psycholog. Mieliśmy jednak odmienne zdanie, chociaż pewnie mogło to być przykre dla rodziców adopcyjnych. Przecież to oni przychodzili do dziewczynki z sercem na dłoni. To oni od samego początku obdarzyli ją bezgraniczną miłością, co przecież wcale nie jest rzeczą oczywistą (jak się niejednemu wydaje). Nie wiem, co w takiej sytuacji czuje rodzic, bo sam nigdy nie musiałem dzielić miłości mojego dziecka z kimś innym. Ale pewnie nie jest to łatwe. Każdy rodzic chciałby być upewniany w tym, że jest dla dziecka osobą najważniejszą. W przypadku adopcji trzeba na taki stan trochę poczekać. Paradoksalnie im dłużej, tym lepiej. Pamiętam sytuację, gdy Blanka przyjechała do nas przed rozprawą o przysposobienie. Właściwie to przyjechała do mnie, bo przecież poza rodzicami, Majka musiała na nią również pojechać. Po powrocie, tata dziewczynki zapytał: „Jak było, szukała mamy?”. Odpowiedziałem, że nie wiem, bo Blanka się w tej kwestii nie opowiedziała. Chociaż było tak jak dawniej. Tak, jakby dziewczynka wciąż z nami mieszkała. Cieszyło ją towarzystwo moje i innych dzieci. Ani razu nie zapłakała. I to było dobre.

Wspomnę jeszcze o mamie biologicznej Blanki. Nie wiem, jak w przyszłości oceni ją dziewczynka. Z jednej strony, nie była dla niej dobrą matką, a później zupełnie się nią nie interesowała – można powiedzieć, że ją porzuciła. Ale przecież nie ukrywała, że nie potrafi zajmować się swoją córką. Nie udawała, że jej zależy – że chce ją odzyskać. Na ostatniej rozprawie zrzekła się praw do Blanki, co natychmiast zakończyło dotychczasowe postępowanie. Sąd nie miał już żadnego powodu, aby dawać jej kolejne szanse na poprawienie kompetencji rodzicielskich. Ona zwyczajnie tego nie chciała. Najciekawsze jest to, że (jak stwierdziła) nie miała pojęcia, że tak można. Nikt jej nie powiedział, że może zrzec się praw rodzicielskich. Gdyby wiedziała, zrobiłaby to już dawno. Ale tak właśnie działa ten system. Rodzicowi nie można niczego sugerować, bo można samemu stanąć przed sądem. Nie można kwestionować podstawowego celu pieczy zastępczej, jakim jest powrót dziecka do rodziny biologicznej. A przecież wystarczyłoby powiedzieć takiej matce, a zwłaszcza ojcu, że istnieje coś takiego jak zgoda blankietowa, po której dziecko szybko zostanie skierowane do adopcji skutkującej tym, że nie będzie już na nich ciążył obowiązek alimentacyjny. Oni zwyczajnie o tym nie wiedzą. Oni nawet nie wiedzą, że powinni płacić na utrzymanie swojego dziecka, gdyż rzadko kiedy ktoś występuje do sądu z takim wnioskiem. W każdym razie, mama wyraziła zgodę na przysposobienie swojego dziecka bez wskazania osoby przysposabiającej, podpisała odpowiednie dokumenty, a bieżące postępowanie zostało natychmiast umorzone.

Po rozprawie Majka podeszła do dziewczyny. Chciała z nią porozmawiać, powiedzieć że postąpiła słusznie i że taka decyzja jest wyrazem jej miłości do Blanki. Zaproponowała, że prześle jej kilka zdjęć dziewczynki. W odpowiedzi usłyszała: „Może pani wysłać. Mi nie zależy, ale moja mama na pewno się ucieszy”.

Dawno nie zamieszczałem opisów dzieci, które sporządzam dla PCPR-u na posiedzenia zespołu. Niewiele jest w nich informacji – tak samo mało, jak zdjęć przekazanych rodzicom adopcyjnym. Tym razem się nie postaraliśmy.

Ale są w nich również rzeczy, o których dawno zapomniałem.

Ocena dziecka na podstawie obserwacji opiekunów (4 miesiące)

Sytuacja zdrowotna

Blanka jeszcze nigdy nie miała poważniejszej choroby. Dotychczas tylko raz była lekko zasmarkana, ale wyszła z opresji po kilkukrotnym posmarowaniu maścią majerankową pod nosem i Depulolem na klatce piersiowej.
Nieco bardziej nas niepokoi jej głowa. Na pierwszym badaniu w poradni neonatologicznej uwagę zwróciły nieco powiększone puste przestrzenie wewnątrz czaszki. Lekarka odrzuciła możliwość wystąpienia wodogłowia, ale jesteśmy umówieni na kolejną wizytę.
Szczepienia obowiązkowe wykonujemy zgodnie z planem. Dziewczynka znosi je bardzo dzielnie i nie ma żadnych odczynów poszczepiennych, ani choćby złego humoru.
Blankę raz w tygodniu odwiedza studentka fizjoterapii, która pod kontrolą naszej zaprzyjaźnionej fizjoterapeutki, prowadzi z nią zajęcia. Mają one nieco usprawnić pozycję startową w kierunku przewracania się z pleców na brzuch, a w dalszej kolejności przejście do podparcia, pełzania i raczkowania. Dziewczynka ma też lekki przykurcz mięśni szyi powodujący niewielkie spłaszczenie głowy. Mamy nadzieję, że rehabilitacja poprzez masowanie i rozciąganie będzie wystarczająca i nie wystąpi w przyszłości konieczność dokonania zabiegu chirurgicznego. Dziewczynka aktualnie przekręca się na boki, a motywuje ją do tego starszy o trzy miesiące Mopik.
Blanka ma łojotokowe zapalenie skóry. Po konsultacji z lekarzem, smarujemy ją Latopic-kiem, który jest kremem o właściwościach nie tylko pielęgnacyjnych, ale również leczniczych. Raz jest lepiej, raz gorzej (jeżeli chodzi o chropowatość skóry), chociaż wizualnie trudno cokolwiek zauważyć.

Funkcjonowanie dziecka w domu.

Blanka jest dzieckiem bardzo pogodnym - do czasu. Gdy ma jakąś potrzebę, to domaga się natychmiastowego spełnienia swoich żądań. Nigdy nie zamierza czekać na swoją kolejkę, w czym pomaga jej donośne brzmienie głosu. Bywa, że nie wystarcza jej wzięcie na rękę, ani spoglądanie na świat z poziomu metra pięćdziesiąt. Czasami wręcz żąda spacerowania z nią wokół kominka – dotychczas ta metoda sprawdza się zawsze. Na spacerach wózkiem jest na ogół spokojna, chociaż musi być najedzona. Oglądanie błękitnego nieba nie jest dla niej substytutem picia mleka, więc butelkę zawsze musimy mieć pod ręką. Dziewczynka rozpoznaje wszystkich domowników. Zdecydowanie odróżnia ich od osób, które widzi tylko raz na jakiś czas, albo po raz pierwszy. Jednak póki co za bardzo nie wybrzydza. Jeżeli ktoś ma ochotę z nią pospacerować, to zawsze jest mile widziany. Blanka lubić bawić się swoimi rączkami i zabawkami, wciąż doskonaląc technikę chwytu. Nie potrafi ich jeszcze przekładać z jednej rączki do drugiej. Za to często okazuje radość, głośno się śmiejąc. Często też sprawia wrażenie jakby bawiła się swoim głosem. Piszczy, mruczy, parska... w każdym razie bywa, że jest „rozgadana”.
Położona na brzuchu, wysoko unosi głowę i wykonuje ruchy jakby chciała się przemieścić. Na razie jeszcze nic z tego nie wychodzi.

Kontakty z rodzicami biologicznymi

Brak

Ocena dziecka na podstawie obserwacji opiekunów (6 miesięcy)

Sytuacja zdrowotna

Jesteśmy po pierwszej wizycie u neurochirurga a kolejna jest zaplanowana na 2-go sierpnia. Badanie USG głowy wykazało pewne zmiany, o których lekarka powiedziała: „Nie jest to aktywne wodogłowie”. W chwili obecnej dalsze postępowanie skupia się na dokonywaniu pomiarów obwodu głowy i obserwacji czy puste komory wewnątrz czaszki będą się wypełniać rozwijającym się mózgiem, czy płynem. Lekarka jest dobrej myśli twierdząc, że jakakolwiek operacja raczej nie będzie potrzebna, a produkowany płyn mózgowo-rdzeniowy będzie samoistnie wchłaniany tak jak ma to miejsce u każdego zdrowego dziecka.
W chwili obecnej, jedynym dającym się zaobserwować objawem zewnętrznym jest zwiększony rozmiar głowy. Nie jest to jednak coś co rzuca się od razu w oczy i wiele osób, które pierwszy raz widzi Blankę, nawet tego nie zauważa. Daje się to odczuć zwłaszcza ubierając dziewczynkę w ubranka wciągane przez głowę. Nie występują pojawiające się często objawy wodogłowia jak ospałość, wymioty, mdłości, bóle głowy czy opóźniony rozwój.
Problemy skórne są już opanowane. Po łojotokowym zapaleniu skóry zostało tylko wspomnienie.
Cały czas dziewczynkę odwiedza studentka fizjoterapii, która pod kontrolą naszej znajomej fizjoterapeutki realizuje odpowiedni program ćwiczeń. Z pewnością przyspieszyło to rozwój ruchowy Blanki, która bez większych problemów przewraca się już z pleców na brzuch i odwrotnie. Nie lubi jednak przez dłuższy czas leżeć na brzuchu, co być może sprawia, że jeszcze się nawet nie przymierza do raczkowania, czy nawet pełzania. Kiedyś, gdy kładliśmy ją na brzuchu, wydawało nam się, że ma ochotę się przemieścić. Okazuje się, że chyba były to wówczas nieudolne próby przewrócenia się na plecy. Zajęcia fizjoterapeutyczne mają głównie niwelować lekki przykurcz mięśni szyi.
Blanka w swoim dotychczasowym życiu miała dwie infekcje dróg oddechowych, które zostały wyleczone lekami sterydowymi w formie wziewów.
Apetyt jej dopisuje, chociaż wciąż podstawą diety jest mleko modyfikowane Bebilon Pepti DHA 1 (z coraz większą domieszką kolejnej postaci – czyli dwójki). Obiadki, deserki oraz miękkie owoce i warzywa je bardzo chętnie. Dziewczynka jest bardzo zgrabna, chociaż dość duża waga (7800 g.) mogłaby sugerować coś innego. Czasami tylko niektórym (rzadko nas odwiedzającym) osobom, próbującym wziąć ją na rękę, wymsknie się przypadkiem: „O Boże!”.

Funkcjonowanie dziecka w domu

Usposobienie Blanki od wielu miesięcy się nie zmienia. Jest bardzo pogodna, o ile spełniamy jej zachcianki. A te sprowadzają się głównie do noszenia na rękach. Bywa, że nie wystarcza zwyczajne trzymanie na kolanach. Próbujemy te jej potrzeby nieco „obchodzić” poprzez częste zmiany sytuacji. Na szczęście przynosi to odpowiedni skutek, mimo że dziewczynka nie jest zodiakalnym „bliźniakiem”. Tak więc potrafi chwilę poleżeć w bujaczku, chwilę na macie. Bywa że zainteresuje się czymś co robią inne dzieci, albo jej uwagę przykują jakieś zabawki. Potrafi je już przekładać z jednej ręki do drugiej, przyglądać się im, a te grające stara się uruchomić.
Niezawodną metodą poprawiającą humor jest też spacer w wózku. Jest to dla niej pewnego rodzaju zamiennik noszenia na rękach. Czasami mamy wrażenie, że Blanka proponuje nam go również w nocy, budząc się kilka razy w odstępach co kilkadziesiąt minut. Sukcesem jest, gdy prześpi bez przerwy dwie godziny. W zasadzie nie jest wówczas wymagająca. Wystarczy podać jej butelkę z mlekiem, albo smoczek. No ale wstać trzeba. Próby spania z nią w jednym łóżku spełzły na niczym, ponieważ Blanka i tak budziła się w takich samych przedziałach czasu, a do tego ciągłym wierceniem się i obracaniem wokół własnej osi, potrafiła skutecznie „wykopać” śpiącą z nią osobę na skraj łóżka. Z utęsknieniem więc czekamy aż trochę podrośnie i będzie przesypiać noce... a jeszcze bardziej na nowych rodziców, dla których wstawanie do swojego dziecka będzie czystą przyjemnością.
No ale narzekać nie ma co, bo gdy od nas odejdzie to zapewne z nostalgią będziemy wspominać: „Jaka to ona była fajna”.

Kontakty z rodzicami biologicznymi

Brak

Ocena dziecka na podstawie obserwacji opiekunów (9 miesięcy)


Sytuacja zdrowotna
Dziewczynka cały czas jest pod opieką neurochirurga, a w przyszłym miesiącu jesteśmy umówieni na wizytę u neurologa. Regularnie dokonujemy pomiarów obwodu głowy. Wszystko jest już w najlepszym porządku, co potwierdzają wizyty kontrolne u lekarza.

Prawdopodobieństwo rozwoju wodogłowia spadło zatem niemal do zera. Komory w głowie już się nie powiększają i nie wypełniają płynem. Blanka jest ślicznym i pogodnym dzieckiem, a duża głowa ma też swoje zalety, gdyż zawsze wystaje gdy dziewczynka próbuje schować się pod szafą [To był kiepski żart – przyp. aut.].

Mimo, że ze skórą Blanki nie ma już większych problemów, to jednak okresowo pojawia się chropowatość na przegubach stóp. Niby nie jest to nic wielkiego i nie powoduje zauważalnego swędzenia, to jednak bez smarowania kremem i różnymi maściami nie chce zniknąć.
Z Blanką nadal prowadzone są zajęcia rehabilitacyjne (jeden raz w tygodniu), mające ją zmotywować do pełzania, raczkowania, czy siadania. Od kilku miesięcy dziewczynka przewraca się z pleców na brzuch (i odwrotnie), oraz będąc w podporze przodem obraca wokół własnej osi. Takie ruchy umożliwiają jej poruszanie się po całym pokoju, chociaż miejsce docelowe jest częściej przypadkowe niż zamierzone. Od dwóch tygodni próbuje podnosić pupę i przyciągać pod siebie nogi, ale na tym się kończy. Być może sprawę nieco utrudnia dość duża masa ciała (9500 g), chociaż dziewczynka wcale nie jest otyła. Jest bardzo zgrabna i trudno jednoznacznie stwierdzić, gdzie mieszczą się te wszystkie kilogramy.

Funkcjonowanie dziecka w domu

Blanka uwielbia kąpiele. Od momentu gdy awansowała do mycia w dużej wannie, stanowią one dla niej nie lada atrakcję. Można nawet zaryzykować stwierdzenie, że dziewczynka sama siebie tym sposobem rehabilituje. Leży na plecach, macha rączkami niczym motylek, kopie w wodę jak sarenka i wygina całe ciało udając węża. Umożliwiamy jej takie zabawy każdego dnia, nawet po kilkanaście minut, gdyż jest to jedna z niewielu sytuacji, w których Blanka wprost kipi radością, śmiejąc się w głos.
Na co dzień jest bowiem dzieckiem zrównoważonym, które ze stoickim spokojem przygląda się wszystkiemu co dzieje się dookoła. Leży w swoim foteliku, albo na brzuchu na macie i przygląda się temu co robią inne dzieci. Nie wdaje się w żadne zwady i nie wszczyna awantur z byle powodu. Na „złodzieja”, który kradnie jej zabawkę, patrzy jedynie z pobłażliwością. Nie lubi tylko jak ktoś zabiera jej ulubionego arbuza albo parówkę. Nie przepada też, gdy inne dzieci próbują jej zrobić „ajka-ajka”, a zwłaszcza gdy pokazują gdzie ma oko.
Dziewczynka śpi bardzo ładnie i długo. Wyrosła już z okresu, gdy w nocy sprawdzała naszą obecność co kilkadziesiąt minut domagając się smoczka albo mleka. Teraz budzi się tylko jeden raz. Dostaje butelkę z mlekiem, którą już sama sobie trzyma i dalej przesypia mniej więcej do ósmej nad ranem. Dodatkowo śpi dwa razy w ciągu dnia, średnio po dwie godziny. Smoczka już nie używa – sama go sobie odstawiła.
Apetyt jej dopisuje. Niestety jedyne dwa dolne zęby sprawiają, że niewiele potraw zjada w czystej postaci, tylko w formie przemielonej papki lub bardzo małych kawałków, które może połknąć. Z twardszych rzeczy nie pogardzi tylko ciastkiem, które tak długo „memla”, aż samo się rozpuści.
Niestety (tutaj bijemy się w piersi) w pewien sposób uzależniła się od telewizji. Staramy się nie nadużywać telewizora w roli zabawki, mając pełną świadomość tego, że wypłaszcza on dziecku mózg, ale czasami (gdy robi się ogólny jazgot) włączamy jakieś bajki, aby mieć chociaż chwilę spokoju. Blanka, w przeciwieństwie do innych dzieci, patrzy w niego jak zahipnotyzowana i nic nie mówi.
Zresztą dziewczynka niewiele mówi... a przynajmniej nic konkretnego. Czasami nawet mam wrażenie, że pominęła etap głużenia i gaworzenia, i nie zdziwię się gdy któregoś dnia zacznie mówić pełnymi zdaniami. Póki co, przynajmniej sprawia wrażenie intelektualistki, która cichaczem intensywnie się uczy.
Analizując etapy rozwoju dziecka, można by się przyczepić, że Blanka jest nieco w tyle. Jednak na tę chwilę, żaden specjalista, z którym miała do czynienia, a który widział niejednego niemowlaka, jeszcze nie miał większych uwag. My też uważamy, że każde dziecko rozwija się w swoim tempie. Blanka po prostu jest flegmatykiem w każdej sferze swojego krótkiego życia.

Kontakty z rodzicami biologicznymi

Brak