niedziela, 16 stycznia 2022

IGOR


Igor został do nas przywieziony późnym popołudniem. Od rana nic nie jadł. Policja znalazła go leżącego na mokrej kanapie, przykrytego brudnym kocem, ubranego tylko w spodnie od dresu. Nie miał na sobie skarpetek, majtek, ani jakiejkolwiek bluzki albo swetra. Leżał i patrzył przed siebie. Obecność policji zupełnie go nie dziwiła i nie niepokoiła. Było mu jakby wszystko jedno.

Chłopiec jest tym przypadkiem, który w naszym systemie pieczy zastępczej może jakiś czas poczekać. Na co? Dokładnie nie wiadomo. Może na poprawienie kompetencji wychowawczych swoich rodziców, a może na znalezienie rodziny zastępczej, która będzie gotowa się nim zaopiekować. W każdym razie do tej pory uznawano, że sytuacja nie jest tak dramatyczna, aby zabrać chłopca z domu i ulokować w rodzinie zastępczej. Asystentka rodziny od dawna pomagała mamie Igora. Starała się jak mogła spełniać powierzoną jej funkcję. Coś jednak ciągle zgrzytało i w końcu sąd nakazał umieścić chłopca w pieczy zastępczej. Znaleziono rodzinę, w której Igor mógłby czekać na uregulowanie swojej sytuacji prawnej. Sędzia po jakimś czasie mógłby zadecydować o powrocie do mamy, odebraniu jej władzy rodzicielskiej i skierowaniu Igora do adopcji, albo ograniczeniu władzy mamie i pozostawieniu chłopca w rodzinie zastępczej na dłuższy czas. Druga możliwość była raczej mało prawdopodobna z dość prozaicznego powodu. Igor na adopcję był za stary. Miał już osiem lat, a chętnych do adoptowania dzieci w tym wieku jest bardzo mało. Do tego należałoby doliczyć czas trwania postępowania w sądzie, co jeszcze bardziej ograniczałoby szansę na adopcję.
Sytuacja trochę się skomplikowała, gdyż rodzinę do której chłopiec miał pójść, dopadła jakaś zaraza i postanowiono odłożyć przeprowadzkę na później. Igor czekał w swoim domu już tak długo, że nawet kilka kolejnych tygodni nie miało już większego znaczenia. I pewnie wszystko miałoby właśnie taki przebieg, gdyby nie wizyta policji w domu Igora. Dokładnie nie wiem co sprowadziło tam policjantów. W każdym razie uznano, że sytuacja jest zbyt poważna i trzeba chłopca natychmiast przewieźć w bezpieczne miejsce.

Wyraziliśmy zgodę na przygarnięcie Igora na kilkanaście dni (zakładając, że mogą się one przedłużyć nawet do kilku tygodni), chociaż zupełnie nie pasował do naszej dziecięcej obsady. Nawet trzyletnie bliźniaki nie były partnerami dla chłopca w jakiejkolwiek dziedzinie, tym bardziej, że nadal mają problem z wyrażaniem swoich pogmatwanych myśli.

Niewiele wiedzieliśmy o mamie Igora. Nawet jak wygląda, gdyż tym razem Majka nie pojechała po chłopca. Podobno jednym z pierwszych pytań mamy było: „Kto teraz będzie dostawał 500+?”.

Igor nie był zbyt rozmownym chłopcem, a nie chcieliśmy aby czuł się jak na przesłuchaniu. O mamie niewiele mówił. W ich domu mieszkali jeszcze dwaj mężczyźni, do których zwracał się per wujek, ale ich imion nie pamiętał.

Przez kilka pierwszych dni chłopiec jadł wszystko co mu daliśmy. Nie było potrawy, która by mu nie smakowała, ale dokładek nie chciał. Wyjątkiem było tylko spaghetti na obiad, które sobie upodobał i jadł za trzech. W drugim tygodniu okazało się, że jednak są rzeczy, za którymi nie przepada i zaczęło się zdarzać, że zostawiał resztki niezjedzonego posiłku.
Chłopca nie ma już u nas od jakiegoś czasu, ale wciąż jego osobę otacza mgiełka tajemnicy. Igor w naszej ocenie był inteligentny i dobrze wychowany. Używał słów proszę i dziękuję. Rozwiązywał zadania odpowiednie dla swojego wieku, znał wszystkie literki i potrafił pisać proste wyrazy. Znał nazwy nawet wyszukanych zwierząt, owoców i warzyw. Tyle tylko, że pokazywane na obrazku. Wiedział na przykład jak wygląda rzodkiewka, ale już pokrojonej w plasterki i podanej na talerzu nie potrafił rozpoznać.
Igor zabłysnął w oczach Majki umiejętnością układania puzzli. Nie wiem ile one miały elementów, ale mnie zapewne by przerosły. Bliżej mi do bliźniaków. Omen sprawnie sobie radzi z trzema elementami, a Dagon wymięka przy dwóch.



Chłopiec ładnie i chętnie rysował, a postacie były proporcjonalne. Gdy miał zilustrować swoją rodzinę, to narysował dwóch równej wielkości wujków, nieco niższą (chociaż grubszą) mamę i siebie w odpowiedniej wysokości. Do teraz nie wiemy jaką rolę pełnili ci wujkowie w jego domu.

Był bardzo czysty i lubił porządek. Mógłbym nawet powiedzieć, że był wręcz pedantyczny. Po każdej zabawie sprzątał wszystko czym się bawił. Chociaż tylko po sobie, bo bawił się wyłącznie sam. Naszych chłopców zupełnie ignorował, a gdy półtoraroczny Mopik przychodził do niego i podawał jakąś zabawkę, to był zmieszany i nie wiedział jak się zachować. Przyjął postawę unikającą w stosunku do każdego z naszych dzieci. Jak to się kiedyś mówiło dla poprawienia dykcji: „wyindywidualizowywał się z rozentuzjazmowanego tłumu”. Gdy w którymś momencie zaczynał się jazgot i krzyczał jeden przez drugiego, to siadał przy stole i zakrywał uszy rękami. Mopik i Blanka próbowały go naśladować. Chyba im się to podobało, bo na końcu biły sobie brawo.
Trochę mnie zaniepokoiło, gdy Igor zaczął ustawiać w rządek wygryzione skórki arbuza, bo natychmiast przypominał mi się Rambo. Nie zdążył jednak przed odejściem rozwinąć swoich zdolności w tym zakresie.
Igor nigdy nie zwrócił się do nas wprost. Nigdy nie powiedział ciociu czy wujku, ani proszę pani czy pana. Zwracał się bezosobowo. Całkiem dobrze mu to wychodziło i nie sprawiał wrażenia, że w jakiejś mierze mu to przeszkadza.
Był bardzo wstydliwy, więc kąpał się sam. Gdy nalewałem wodę do wanny, to rozbierał się do połowy i czekał aż wyjdę. Szanowałem takie zachowanie, chociaż teoretycznie powinienem go dokładnie obejrzeć, czy nie widać jakichś śladów przemocy. Majka scedowała to na mnie, a ja na następną rodzinę. W każdym razie od pasa w górę był bez skazy.

Jakoś nie zorientowałem się, że wraz z chłopcem dostaliśmy również jego dokumentację, a Majka powiedziała mi o tym dopiero po kilku dniach. Gdy w końcu zapoznałem się z różnymi opisami, to miałem wrażenie, że przeczytałem o zupełnie innym dziecku.

Igor powtarzał zerówkę, a teraz grozi mu repetowanie w pierwszej klasie. Jest chłopcem nieposłusznym i aroganckim. Nie dba o higienę i często się moczy.
Nie mam pojęcia co spowodowało, że u nas zachowywał się zupełnie inaczej, albo że ktoś wystawił mu taką opinię.

Mamy kontakt z nową rodziną Igora, więc z ciekawością będę śledził jego dalsze losy. Póki co zdecydowanie odżył. Ma tam dwóch kolegów mniej więcej w tym samym wieku, którzy podobnie jak on uwielbiają grać w piłkę.




 

piątek, 31 grudnia 2021

--- Nieudane umieszczenia

 

Koalicja na rzecz Rodzinnej Opieki Zastępczej

Kilka dni temu, będąc w grupie rodziców zastępczych, podzieliłem się uwagą, że zauważam tendencję do coraz częstszego rozwiązywania się rodzin zastępczych. Użyłem też określenia: „tak po prostu”, chociaż oczywiście nie jest to regułą. W głosie moich rozmówców usłyszałem zdziwienie i komentarze, że takie sytuacje nie dzieją się nagle, tylko są poprzedzone tygodniami, a często miesiącami bądź latami, walki z samym sobą o utrzymanie rodziny i zawsze jest ku temu jakiś ważny powód. No i pewnie zdarza się to bardzo rzadko. Doskonale rozumiem, że nikogo nie powinno się oceniać. Również to, że dla każdej z tych osób, rozwiązanie rodziny zastępczej jest przeżyciem traumatycznym. Nie zmienia to jednak faktu, że tak się dzieje.

Zacząłem się zastanawiać, czy o rodzicach zastępczych Omena i Dagona, którzy już po tygodniu stwierdzili, że zaopiekowanie się chłopcami było wielką pomyłką, można powiedzieć, że rozwiązali się tak po prostu? Nie dając sobie i dzieciom żadnych szans na bycie razem.
Albo rodzina, która przyjmuje pod swój dach trójkę małych dzieci z założeniem, że za trzy lata idzie na emeryturę i trzeba będzie dla tych dzieci szukać nowych rodziców. Czy takie działanie można nazwać przemyślanym, czy raczej zimnym i wyrachowanym? Po trzech latach starsze dzieci będą już nastolatkami i raczej bez najmniejszych szans na jakąkolwiek rodzinę.
Podobnych przypadków można mnożyć. Nawet wczoraj w telewizji pokazano rodzinę, która się rozwiązuje i poszukiwana jest nowa dla trzylatka. Powodem jest przebyty zawał przez tatę zastępczego i planowana operacja nogi przez mamę. Czasu jest niewiele, bo umowa z PCPR-em wygasa z końcem roku (czyli dzisiaj) i jeżeli nie będzie chętnych rodziców dla chłopca, to pójdzie on do domu pomocy społecznej. Nie mi jest oceniać tych ludzi, ale pewnie gdyby chodziło o własne dziecko, to oddanie go komukolwiek nie wchodziłoby w grę. Czy w tym przypadku można mówić o nieudanym umieszczeniu w pieczy zastępczej? No i jaki był cel pokazania tej sytuacji. Gra na emocjach dobrych ludzi, którzy ulitują się nad chłopcem i być może za kilka lat wystąpią w podobnym programie, gdy dziecko okaże się zbyt trudne?

Opisane powyżej przypadki spowodowały, że przypomniał mi się pewien webinar sprzed dwóch tygodni, do którego chciałbym dzisiaj nawiązać. Być może to nie ten czas, gdyż raczej powinienem zająć się składaniem życzeń noworocznych, a nie rozważaniem trudnych tematów. Ale cóż – muszę dać upust natrętnym myślom.

Wspomniany webinar był zatytułowany „Nieudane umieszczenia – wypadek przy pracy, czy stałe zjawisko?”.

Odpowiedziałem sobie na to pytanie już w czwartej minucie, gdy dowiedziałem się, że w 2020 roku co piąte dziecko umieszczone w instytucjonalnej pieczy zastępczej trafiło tam z rodziny zastępczej. Próbowałem rozwinąć ten wątek, ale nie do końca mi się to udało. Nie wiem, ile dzieci znalazło się w placówkach w 2020 roku. Dotarłem tylko do informacji, że we wspomnianym roku, w instytucjonalnej pieczy zastępczej było nieco ponad szesnaście tysięcy wychowanków, a niespełna cztery tysiące opuściło placówki. Ale już takie informacje pozwalają stwierdzić, że nieudane umieszczenia z pewnością nie są wypadkiem przy pracy.

Na konferencji podjęto próbę zdefiniowania samego pojęcia. Czym dla różnych osób może być nieudane umieszczenie?

Osobiście wolę zwięzłe i jednoznaczne określenia, a nie „opowiadanie o”, więc najbardziej trafiło do mnie, że jest to takie umieszczenie, które nie zaspokaja potrzeb dziecka i nie odpowiada potrzebom rodziny zastępczej. Takie, które nie służy dziecku i łączy się z dramatycznymi wyborami rodziców zastępczych.
Zaproponowano również inne bardzo ciekawe wyjaśnienie, wedle którego nieudane jest każde umieszczenie, które nie jest formą interwencyjną, a dziecko z założenia musi opuścić rodzinę, w której zostało umieszczone. Tego rodzaju rozwiązanie powoduje dokładanie kolejnych traum łączących się ze zmianą rodziny. W takim rozumieniu, dzieci które przychodzą do naszego pogotowia z niewydolnej rodziny ale nie zagraża im w danym momencie bezpośrednie niebezpieczeństwo, powinny trafić do rodziny, z której powrócą do rodziców biologicznych, pójdą do adopcji, albo pozostaną w tej rodzinie na zawsze. Przykładem mógłby być przypadek naszego Igora. Osobom zdziwionym tylko napomknę, że jeszcze chłopca nie opisywałem. W dniu, w którym został odebrany swojej mamie, nie wydarzyło się nic spektakularnego. Można powiedzieć, że zabrano go za całokształt przewinień rodzicielskich. Umieszczenie w pieczy zastępczej było dla chłopca dopiero początkiem drogi po wielu rodzinach. Do tej pory zmienił już dwie i z pewnością na tym się nie skończy. Najlepszym rozwiązaniem byłoby, aby wcześniej poświęcono trochę czasu na dobranie dla chłopca rodziny zastępczej, która zdecydowałaby się zaopiekować nim na stałe, a jeszcze lepiej, gdyby brała też pod uwagę możliwość jego adopcji.
W związku z tym niektórzy uważają, że pogotowia rodzinne nie powinny istnieć. Choćby dlatego, że dzieci przebywają w nich wiele miesięcy a nawet lat. Zatracany jest zatem interwencyjny charakter takiej rodziny zastępczej i z tym akurat w pełni się zgadzam. Jednak alternatywą byłoby, że każda rodzina decydująca się na pieczę zastępczą miałaby określać jakie dziecko jest gotowa przyjąć i również być w gotowości do pełnienia funkcji interwencyjnej. Owszem, dla dziecka byłoby to bardzo dobrym rozwiązaniem, gdyż w pewnych sytuacjach mogłoby mieszkać z tą rodziną do dorosłości. Jest tylko jeden szkopuł – każda rodzina zastępcza musiałaby się godzić na prawdopodobne rozstanie z dzieckiem, ponieważ najczęściej dzieci albo wracają do rodziców biologicznych, albo po odebraniu im władzy rodzicielskiej, kierowane są do adopcji. Większość znanych mi rodziców zastępczych nie jest gotowych na taką możliwość i żadne szkolenia tego nie zmienią. Mam wrażenie, że wymuszanie takiej gotowości na rodzicach powodowałoby, że rodzin zastępczych byłoby jeszcze mniej. Nie wydaje mi się też, aby można było stworzyć taki system szkoleń, aby każda rodzina mogła stanowić rodzinę zastępczą dla każdego dziecka. Dobrym przykładem jestem ja. Uważam, że całkiem dobrze funkcjonuję w charakterze pogotowia rodzinnego, ale zupełnie bym się nie sprawdził jako rodzina długoterminowa i być może po kilku latach byłbym wskazywany jako przykład nieudanego umieszczenia, rozwiązania się rodziny i zwrócenia dziecka do systemu.

Brak rodzin krótkoterminowych, dla których podstawowym warunkiem byłaby tymczasowość pieczy, miałby jeszcze jedną wadę. Bardzo trudno byłoby w rzetelny sposób przedstawić dziecko zainteresowanym rodzicom zastępczym. Wielu z nich nie wyobraża sobie przyjęcia dziecka bez zapoznania się z nim wcześniej w takiej rodzinie jak nasza. Nie ma tutaj presji czasowej jak w przypadku adopcji i dziecko nie jest tylko opisem, z którym można się zapoznać na pierwszej rozmowie w ośrodku adopcyjnym. Jest to naturalny proces doboru najlepszego rodzica do dziecka, a za przykład mogę dać przypadek naszego Foxika, Luzaka i Białaska. Kilkumiesięczny pobyt w rodzinie krótkoterminowej pozwala także na zdiagnozowanie dziecka nie tylko pod względem medycznym, ale również pod kątem występowania jakichś zaburzeń. Nie zrobi tego ani asystent rodziny, ani kurator, ani nawet pani w szkole czy przedszkolu.

Uważam, że na etapie szkolenia i uzyskania kwalifikacji każda przyszła rodzina zastępcza, we współpracy z psychologiem, powinna określić swój potencjał, uświadomić sobie swoje zasoby i stworzyć pewne ramy, w których chciałaby się poruszać. Byłoby to doprecyzowanie swoich słabych i mocnych stron, oraz ustalenie preferencji dotyczących przyjmowanego dziecka. Pewnie, że nie chodzi o to, aby tylko trzyletnia blondyneczka była jedynym akceptowalnym dzieckiem. Ale nie można też popadać w drugą skrajność. Niektóre osoby spoza systemu mówią: „To nie jest koncert życzeń. Nie robisz tego dla siebie, tylko dla dziecka. Na pewno dasz radę”. Niekoniecznie. Nie ma rodzin uniwersalnych. Rodzice zastępczy mający takie wyobrażenia, często idą drogą, na końcu której jest napis „Nieudane umieszczenie”.

Wina (o ile tak można powiedzieć) leży po obu stronach. Nie tylko po stronie organizatora pieczy zastępczej, ale również rodziców zastępczych. Ci drudzy często myślą podobnie jak rodzice adopcyjni: „Jeżeli odmówimy przyjęcia jakiegoś dziecka, to na pewno kolejnego już nam nie zaproponują”, albo: „Musimy przyjąć dziecko drugie, trzecie – bo mamy jakiś dług wdzięczności”, czy też: „Bez podjęcia takiej decyzji, dziecko zostanie umieszczone w domu dziecka”. Bywa też, że rodzice uważają się za Mesjasza narodów, z powołaniem do ratowania wszystkich dzieci.
Nie do wszystkich dociera, że zdarzają się dzieci, które mają szansę dobrze zafunkcjonować tylko w takiej rodzinie, w której będą jedynymi dziećmi. Takim przykładem jest nasza Balbina, która na szczęście już z nami nie mieszka. Ale co zrobić skoro sąd stwierdził, że rodzeństw się nie rozdziela, a do tego znalazła się rodzina, która zdecydowała się zaryzykować. Wszystko to może skutkować tytułowym nieudanym umieszczeniem, powrotem dziecka do systemu, a nawet rozwiązaniem rodziny zastępczej.

Sprawy z pewnością nie ułatwia fakt brakujących rodzin zastępczych. Jak tu dobierać rodziców do dziecka, skoro na dobrą sprawę nie ma w czym wybierać. Często wielkim szczęściem jest sytuacja, gdy dla danego dziecka jest jakakolwiek rodzina. W naszym powiecie szkolenia odbywają się dwa razy w roku i sukcesem jest, gdy z każdego z nich uda się zakwalifikować jedną rodzinę, która nie ma jakiegoś dziecka, względem którego odbywa szkolenie. Najwięcej jest rodzin spokrewnionych, a chętnych do pozostania pogotowiem rodzinnym nie ma już od kilku lat.

Niewielka ilość rodzin zastępczych i ciągłe ich poszukiwanie powoduje, że pewne sygnały płynące od tych istniejących, są ignorowane. Również ich obawy, że sobie nie poradzą. Wielokrotnie nawet jeżeli pojawią się jakieś wątpliwości ze strony organizatora pieczy zastępczej, to brzydko mówiąc, na siłę „wciska” się dziecko, gdyż nie ma innej alternatywy.

Być może właśnie braki rodzin zastępczych powodują, że muszą one radzić sobie same, że system wsparcia nie jest taki jak być powinien. To z kolei prowadzi do coraz mniejszego zainteresowania pieczą zastępczą i kółko się zamyka.
Niewątpliwie jednym z lepszych pomysłów byłoby organizowanie posiedzenia zespołu jeszcze przed umieszczeniem dziecka w rodzinie zastępczej. Poza psychologiem, asystentem rodziny, kuratorem, przedstawicielem ośrodka adopcyjnego, a nawet nauczycielem ze szkoły, czy przedszkola, do którego uczęszcza dziecko, należałoby też zaprosić rodziny zastępcze wstępnie zainteresowane danym dzieckiem. Ale znowu, jaki to ma sens, skoro nie ma rodzin spośród których można wybierać.

Czasami bywa, że decyzja o przejęciu opieki zastępczej bywa przypadkowa, podjęta pod wpływem emocji, albo wymuszona. Po czasie rodzice stwierdzają, że to dziecko nie pasuje do rodziny i przestają kłaść nacisk na jego podmiotowość i właściwe traktowanie. Zamiast zagwarantowania poczucia bezpieczeństwa, bliskości i stworzenia warunków do funkcjonowania tego konkretnego dziecka, pojawia się brak akceptacji ze strony rodziców zastępczych. Zaczynają oni dopasowywać dziecko do pewnych znanych sobie schematów poprzez wyostrzanie swoich reakcji, nadając mu tożsamość uważaną za jedyną dopuszczalną. A przecież wszystkie dzieci trafiające do pieczy zastępczej, w mniejszym lub większym stopniu są straumatyzowane, gdyż każda zmiana rodziny wiąże się z traumą, lękiem, koniecznością wypracowania sobie jakiejś strategi radzenia sobie z brakiem poczucia bezpieczeństwa. Dotyczy to również noworodków. Nawet tak malutkie dziecko ma poczucie rozstania z matką. Dostępnymi sobie zmysłami wyczuwa inny oddech, inny rytm serca, inny głos, inne kołysanie. Niby jest to oczywiste, bo przecież nawet poród (zwłaszcza poprzez cesarskie cięcie) jest przeżyciem traumatycznym. Jednak noworodek, który nie traci kontaktu z mamą, nie ma takiego urazu psychicznego jak ten, który nagle ma nowego opiekuna. A to oznacza, że Mopik, który przyszedł do nas prosto z porodówki, w momencie przejścia do rodziny adopcyjnej zostanie zraniony po raz drugi. Idąc dalej tym tropem trzeba stwierdzić, że rodzice adoptujący noworodka, też nie mogą powiedzieć, że ich dziecko nie jest obciążone traumą.

Można zaryzykować twierdzenie, że po umieszczeniu dziecka w rodzinie zastępczej, to głównie od rodziców zależy, czy to umieszczenie będzie udane, czy nie. Ważne jest zrozumienie dziecka, stopniowe oswajanie się z nim. Trzeba mieć świadomość, że będzie przenosiło ono swoje lęki na rodziców, że będzie zachowywało się zgodnie z wzorcem nabytym w poprzedniej rodzinie. Należy też mieć na względzie, że często konieczne będzie prowadzenie terapii nie tylko dla dziecka, ale również rodzinnej. Nawet może być nieodzowny wyjazd dziecka z jednym z rodziców na turnus terapeutyczny.

Wsparcie instytucjonalne kuleje z wielu powodów. Jednym z nich jest także niechęć do korzystania z pomocy przez rodziców zastępczych. Niektórym z nich zwyczajnie brak pokory i twierdzą, że przecież to oni najlepiej wiedzą jak postępować z dzieckiem, które u nich mieszka. Innym towarzyszy wstyd i lęk przed byciem ocenianym, bo to zawsze może źle się skończyć. Jedna ze znanych mi par, uczęszczająca na szkolenie zorganizowane przez MOPS, szczerze podzieliła się z organizatorem pieczy swoimi obawami i trudnościami w relacjach z dziećmi, dla których chciała zostać rodziną zastępczą. Skończyło się to uzyskaniem kwalifikacji warunkowej i wysłaniem na grupę wsparcia dla rodziców zastępczych. Ale przecież tym ludziom nie o to chodziło. Nie dostali wsparcia choćby w postaci psychologa, który przez jakiś czas obserwowałby ich dzieci, postawił jakąś diagnozę i zaproponował plan pracy. Nie dostali pomocy, kiedy był jeszcze na to czas. Po kilku miesiącach sami się rozwiązali.
Prawdopodobnie inne rodziny widząc takie sytuacje boją się prosić o pomoc. Majka po oddaniu naszego ośmioletniego Kapsla do domu pomocy społecznej też miała kryzys. Było to dla niej traumatyczne przeżycie i potrzebowała je przepracować z jakimś terapeutą. Ale może niekoniecznie z zaproponowanym psychologiem organizatora pieczy. Musiała sama poszukać bezstronnego specjalisty. Chciała się dowiedzieć co było powodem tego, że w jej ocenie zawiodła, nie sprostała wyzwaniu, którego się podjęła - być może nasze niskie kompetencje, albo brak gotowości do opiekowania się dzieckiem po traumie.
Podobnie było ze śmiercią Impresji. W tym przypadku również potrzebny był psycholog.
Są to historie sprzed lat, ale wciąż niewiele się zmienia. Nie tylko w kwestii pomocy rodzicom zastępczym, ale również dzieciom. Opowiedzenie psychologowi o zachowaniu dziecka i rozmowa z dzieckiem, nie jest tym, co być powinno. Bardzo bym chciał, aby jakiś terapeuta przyjrzał się jak Igor funkcjonuje w naszym domu. Chłopiec jest drugim Rambo. Wykonuje wszelkie polecenia, sprząta po sobie, dba o higienę, mało mówi. Nie wiemy co w nim siedzi. Podobno do swojej mamy potrafił powiedzieć: „Ty kurwo”. U nas jest inny. Dlaczego?

Wracając do webinaru. Wnioski, które wyciągnąłem są dość smutne. Niby wiadomo co należy zrobić. Można oprzeć się na sprawdzonych wzorcach z innych krajów. Trzeba wprowadzać nowe narzędzia służące rodzicom zastępczym, tworzyć instytucje wspierające, które nie tylko zajmują się kontrolowaniem i uzupełnianiem stosu dokumentacji, ale przede wszystkim diagnozowaniem potrzeb, wdrażaniem konkretnego modelu pracy terapeutycznej i wsparciem ze strony różnego rodzaju specjalistów.

W Polsce nie ma zastępczych rodzin terapeutycznych pracujących w interdyscyplinarnych zespołach, mających swojego superwizora i terapeutę, który spoglądałby na relacje z dzieckiem w jego środowisku. U nas istnieją tylko rodziny specjalistyczne, które w zasadzie zajmują się jedynie dziećmi z niepełnosprawnościami. Nie są gotowe na zaopiekowanie się dziećmi trudnymi, po traumach. Nie są, bo najczęściej mogą liczyć tylko na dobre słowo: „Jakoś sobie poradzisz?”.

Zatem do siego roku. A wraz z życzeniami zachęcam do zajrzenia na stronę Koalicji na Rzecz Rodzinnej Opieki Zastępczej. Warto.

Koalicja na rzecz Rodzinnej Opieki Zastępczej




czwartek, 16 grudnia 2021

--- Trzy dni ciemności

 

Przewróciło się, niech leży

Równouprawnienie... Proste słowo, a jak rozmaicie interpretowane przez różne osoby.

Majka dostała propozycję udziału w szkoleniu, które miało się odbyć w ekskluzywnym hotelu nad morzem. Wszystko byłoby bardzo proste, gdyby nie to, że trwało ono trzy dni, a razem z dojazdem prawie cztery. Powiedziałem: „Jedź, ja zostanę z dziećmi”. Nie będę ukrywał, że podjąłem tę decyzję głównie mając na względzie własne dobro. Założyłem, że Majka odpocznie, pozna nowe rodziny zastępcze i przez trzy dni wygada się na tydzień do przodu. Do tego zostałyby odwołane wszelkie spotkania z rodzicami, czy inne zaplanowane wcześniej wizyty. W perspektywie miałem kilkadziesiąt godzin spokoju, tylko w towarzystwie piątki dzieci. Nikt nie miał nas odwiedzać, nikt nie miał nam przeszkadzać w sielance. Zakupy zrobiłem na tydzień, na wypadek gdyby przyszła zima i zasypało Majce śniegiem drogę powrotną

Niestety nie mogło być zbyt prosto. Chociażby dlatego, że rozpoczęliśmy proces adopcyjny Blanki, ale o tym innym razem. Gdy Majka zaczęła opowiadać koleżankom o swoich planach, to wszystkie jednym głosem zaczęły mnie żałować i ofiarować swoją pomoc. A to, że przyjdą zrobić obiad, albo pomogą w czasie kąpieli, czy też wyjdą z jakimiś dziećmi na spacer. Teoretycznie powinienem się cieszyć. Teoretycznie, bo wcale nie wprawiło mnie to w dobry humor. Uświadomiłem sobie, że w oczach tych dziewczyn nadaję się tylko do zarabiania pieniędzy i majsterkowania przy samochodzie. Tyle tylko, że gdy kiedyś naprawiałem sprzęgło w samochodzie i mechanik pokazał mi wymienioną część, to musiałem udawać, że przecież wiem, iż pokazuje mi tarczę sprzęgła. Krótko mówiąc do samochodu potrafię tylko nalać benzynę, dopompować koła i ewentualnie je wymienić. Chyba potrafię, gdyż ostatni raz miałem przebitą oponę ze dwadzieścia lat temu. W kwestii zarabiania pieniędzy też daleko mi do czasów mojej świetności, więc konkluzja była taka, że nie nadaję się do niczego.

Najciekawsze jest to, że w pewnym momencie nawet Majka zaczęła powątpiewać w moje umiejętności i namawiać mnie, że może ktoś coś. A ja jak ten osioł, nie i nie. No to zapytała, czy może do nas przyjechać nasza średnia córka z Mango, aby dotrzymać mi towarzystwa. Oczywiście wyraziłem zgodę, bo przecież kto jak kto, ale moje własne dzieci zawsze są u mnie mile widziane. Tak więc i córka i pies przyjechali. W przelocie bywał również mój przyszły zięć, który jest kucharzem. Przywieźli z sobą mnóstwo produktów i jeszcze więcej pomysłów na rozmaite potrawy. Byłem więc wyręczany w robieniu obiadu, a nawet śniadania. Robienia kolacji nie pozwoliłem sobie odebrać, chociaż takie zakusy też były.
Nie wiem dlaczego, ale wszyscy już zapomnieli, że ja również potrafię gotować, a nawet piec. Wiele lat temu, gdy nasze dzieci były małe, a Majka pracowała popołudniami, to ja wziąłem na siebie ciężar robienia obiadów. Było to bardzo proste. Wystarczyło nauczyć się gotować rosół. Gdy dodałem przecier pomidorowy, to wychodziła zupa pomidorowa, a gdy kalafiory, to kalafiorowa. Dodając do tego trochę kapusty, ziemniaczków, marchewki i fasolki szparagowej – miałem zupę jarzynową. Właściwie na bazie rosołu mogłem zrobić każdą zupę. Może z wyjątkiem owocowej, ale ta jest jeszcze bardziej prosta – wystarczy do kompotu dodać trochę kisielu i jest. W drugim daniu też byłem świetny. Zwłaszcza w robieniu spagetti. Z paczki wprawdzie, ale nikomu to nie przeszkadzało. Podobnie zresztą jak leczo ze słoika. Tylko kotlety z kurczaka robiłem od podstaw.
A'propos słoików. Naszym dzieciom, tym kilkumiesięcznym, podajemy obiadki dla niemowląt ze słoiczków i nikt mnie nie przekona, że nie jest to słuszne. Pewna bliska mi osoba (przynajmniej blisko siedząca na drzewie genealogicznym), ma w tej kwestii zupełnie inne zdanie. Uważa, że kupowane w sklepie obiadki dla dzieci to sama chemia i nie ma to jak pyszny, przyrządzony przez nią posiłek. Jest nie tylko smaczny, ale przede wszystkim zdrowy. Kiedyś chciała mi to udowodnić i przygotowała dla naszych dzieci królika z warzywami. Poszła do rolnika (bo tylko tam się zaopatruje) i kupiła wszystkie niezbędne produkty. Ale przecież nie da się kupić pięć deko królika i pół marchewki. Dostaliśmy więc wielki garnek ekologicznego obiadku, który dla trójki dzieci mógł wystarczyć przynajmniej na tydzień. Oczywiście należało go szybko zjeść, aby się nie zepsuł, a mrożenie obniża przecież walory smakowe i zajmuje zamrażarkę. Trzeciego dnia dzieci zaczęły wykręcać głowy i niestety (albo stety) musieliśmy wrócić do słoiczków. Poza tym, jakoś nie miałem pewności, czy rolnik nie ma pola przy drodze szybkiego ruchu i nie za bardzo wierzyłem w hasło „nie sypane i nie pryskane”.

Drugą sprawą, w którą koleżanki Majki powątpiewały, była kąpiel. No bo jak to możliwe, żeby facetowi udało się wykąpać piątkę maluchów. Zapewne połowę potopi, a te oczekujące zaryczą się na śmierć. Nie wiedziały tylko, że mam opracowany patent, który już nie raz wykorzystałem i się sprawdza. Dzielę dzieci na grupy. W tym wypadku były trzy – Mirabelka, Blanka oraz pozostała trójka, czyli Mopik i bliźniaki. Często jest tak, że któreś z młodszych dzieci śpi, albo jest jeszcze w dobrej formie i bawi się zabawkami. Wówczas starszą trójkę wkładami razem do wanny, po kolei myję, suszę, ubieram i zanoszę do łóżek. Maluchy w tym czasie są same. Jednak nie martwię się o ich bezpieczeństwo, bo zaledwie pełzają i siadają. W najgorszym wypadku utkną pod komodą, albo pod stołem.

W sytuacji gdy młodsza grupa jest już znudzona życiem i domaga się pójścia spać, zaczynam od niej. Reszta w tym czasie je kolację. Mopik jest przypięty do krzesełka więc nie ucieknie, a dwa żarłoki siedzą grzecznie dopóki nie opróżnią całego talerza. Ten wariant jest gorszy, bo mam stosunkowo krótki czas, ograniczony stopniem wygłodnienia starszaków. Ale jakoś zawsze się wyrabiam.

W kwestii spacerów uznałem, że jak ktoś nie wyjdzie na dwór przez trzy dni, to zaraz nie umrze. Zresztą nawet by mi się nie chciało tracić czasu na przygotowanie, a potem ponowne rozebranie całej piątki, co z pewnością trwałoby dłużej niż zimowy spacer.

Tak więc plan Majki udał się połowicznie, a ja pokazałem jej, że mam możliwości. Bo jak sama mówi, równouprawnienie nie polega na robieniu po równo, ale na posiadaniu równych możliwości.

Trzy dni przeleciały jak z bicza trzasnął, tym bardziej, że ostatecznie miałem tylko czwóreczkę dzieci. Mirabelkę przygarnęła nasza ciocia Marlenka. To akurat mi pasowało, gdyż nocne ogarnianie trzech pokoi mogłoby być nieco uciążliwe.

Najbardziej byłem ciekawy zachowań chłopców. Siedemdziesiąt dwie wspólnie spędzone godziny mogły okazać się trudne dla obu stron. Trochę obawiałem się nocnego życia Omena, który potrafi krzyczeć przez sen i trzeba go uspokajać. Chociaż Majka jeszcze przed wyjazdem mówiła, że jest już coraz lepiej. No i faktycznie. Omen każdej nocy budził się tylko dwa razy. Za pierwszym razem wołał „ciocia, ciocia”. Nie wychodząc z łóżka odpowiadałem „śpij Omen, śpij”, po czym natychmiast następowała cisza. Przy drugim przebudzeniu wołał już „tata, tata” i upewniony, że nadal jestem, ponownie zasypiał.

Dagon budził się w nocy kilka razy, ale nie wymagał żadnej obsługi. Siadał w łóżeczku, rozglądał dookoła i kładł ponownie.
Z kolei uchodzący za bezproblemowego Mopik, wcale takim się nie okazał. Budził się kilka razy, stawał przy barierce łóżeczka i zaczynał coś do mnie gadać. Chcąc, nie chcąc, musiałem wygrzebać się spod kołdry, położyć go, przykryć kołdrą i pogłaskać. Jednej nocy, podczas takiej operacji, nagle poczułem na dłoni jakąś obślizgłą maź. Nie było wyjścia – musiała być kąpiel, przełożenie materacyka na drugą stronę i wymiana kołderki na pierwszy lepszy kocyk.
Blanka była najbardziej przewidywalna. Spała w innym pokoju i miałem ją tylko na podglądzie. Około trzeciej, czwartej, zaczynał jej doskwierać głód i wydzierała się tak, że elektroniczna niania była zbędna. Potem spała nawet do dziewiątej. W sumie muszę stwierdzić, że nie było źle i całkiem dobrze się wysypiałem. Zastanawiam się tylko, dlaczego żadna z koleżanek Majki nie chciała przyjść do pomocy na noc.
W ciągu dnia funkcjonowaliśmy na zasadzie pełnego luzu. Stwierdziliśmy, że istnienie porządku między dziewiętnastą, a siódmą nad ranem, jest nieco pozbawione sensu. Tylko Mopik czasami sprzątał.
Z kolei resztki jedzenia po posiłkach ogarniał Mango. Piesek był tak dokładny, że raz (a może i więcej) zdarzyło mi się podać dzieciom kolację na idealnie wylizanych wcześniej talerzykach.

Bliźniacy stają się coraz bardziej normalni, co wcale nie oznacza, że już się nie biją, albo nie krzyczą. Podobno całkiem ładnie mówią. Mama na spotkaniu z dziećmi nie mogła się nadziwić, jakie w tym względzie zrobili postępy. Chociaż ja tego nie zauważam. Wprawdzie wzbogacili swoją mowę o kilka ludzkich słów, ale do umiejętności podstawowego komunikowania się, jeszcze daleko. Jak tylko nauczyli się mówić „pociąg”, tak teraz wszystko co ma kółka jest pociągiem. Trzy tygodnie uczę ich mówić „auto”. I nic. Jednego dnia przyszedł do mnie Dagon z jakimś samochodem i wreszcie wypowiedział to zaklęte słowo. Ucieszyłem się, pochwaliłem, nawet chciałem dać mu jakąś czekoladkę... okazało się, że to było „A to?”.

Omen przestał już być wciąż głodny, w przeciwieństwie do brata, dla którego nadal najważniejszym i najczęściej wypowiadanym słowem jest „Am”. Dagon powtarza też „A to?” i „A ja?”. Często zupełnie nieadekwatnie do sytuacji i nie słucha odpowiedzi. Omen jest nieco bystrzejszy. Chyba takie określenie będzie poprawne. Krótka dygresja... Po ostatnich blogowych perturbacjach i złożonych przez Majkę obietnicach muszę stwierdzić, że faktycznie dziewczyna się przejęła i pełni rolę cenzora. Pewne określenia mogą więc być nie moje. Na przykład „gapcia” - należy czytać fajtłapa i gamoń.
Chłopcy nadal nie rozumieją wielu słów, co w konsekwencji powoduje, że zupełnie nie wiedzą o co nam chodzi. Nie można im zbyt wiele tłumaczyć, tylko trzeba wypowiadać krótkie, jednowyrazowe (najwyżej dwu) polecenia. Niedawno pewna osoba powiedziała do Omena: „Przynieś butelkę, która leży przed tobą po prawej stronie”. Jedynym słowem, które chłopiec zrozumiał, była „butelka”, być może jeszcze „leży”. „Przed”, „nad”, „pod”, „za” – są zupełnie nie rozróżniane. Prawo, lewo – też, ale tutaj nie można się czepiać. Zna tylko „ja” i „ty” w mianowniku. Nie ma pojęcia co to jest „tobą”. „Przynieś” – też się dziwi. Chłopcy rozumieją „daj”, „podaj”,„siadaj”, „do stołu”, „idź”, „chodź” i parę innych tego rodzaju słów. Podobnie zresztą jak Mango. Przestali też mówić do siebie „Pupu”, tylko operują imionami. Chociaż zaskoczyło mnie w czasie tych trzech dni, że bliźniaki jednak się uczą. Jest to jakby niezależne od umiejętności mówienia. Nasz dialog często wygląda tak: „A to? - krowa, a to? - krowa, a to? – krowa...”. Ciągłe (wydawać by się mogło, że bezsensowne) powtarzanie tego samego, jednak zostaje w głowie. Zaczęliśmy się bawić w prostą grę. Ja wypowiadałem zdanie zaczynające się od „Podaj” (na przykład „podaj krowę”), a chłopcy przynosili odpowiednią zabawkę. Okazało się, że prawidłowo odnajdywali większość zwierząt – nawet wielbłąda i żyrafę. Jeszcze trzy tygodnie temu nie odróżniali kota od psa. Myślę, że skoro ja byłem zdumiony, to tym bardziej mama bliźniaków mogła być zaskoczona. Nie widziała chłopców od ponad miesiąca.

Nie mam tylko pomysłu, jak wykorzenić bicie się, kopanie i gryzienie. Początkowo tylko obserwowałem, reagując jedynie w ostateczności. Nawet obstawialiśmy z córką, który tym razem wygra – biały, czy czarny. Liczyłem, że jeden z nich w końcu podporządkuje się drugiemu. Ale nie jest to dobra metoda, gdyż siły są bardzo wyrównane. Póki co wciąż zwracam im uwagę: „nie kop”, „nie gryź”, „nie bij go”. Może zadziała tak, jak z rozróżnianiem zwierząt.



środa, 1 grudnia 2021

OMEN i DAGON 2

 

Omen i Mango

Majka odłożyła telefon na półkę i podeszła do stolika z niedopitą kawą.


– Ci dwaj chłopcy jednak do nas przychodzą.
– To chyba było pewne.  Odpowiedziałem.
– Tak, ale oni przychodzą już.
– Czyli?
– Czyli za dwie godziny.

Tak to mniej więcej wyglądało. Ktoś mógłby powiedzieć, że przecież w przypadku pogotowia rodzinnego to nic nadzwyczajnego. Owszem, jednak tym razem pośpiech wydał mi się o tyle dziwny, że Omen i Dagon mieszkali w rodzinie zastępczej. Mieli zostać do nas przeniesieni, ale dopiero za kilka tygodni, gdy wrócimy z urlopu. Co się zatem wydarzyło, że trzeba było działać natychmiast?

Pierwsze informacje o chłopcach były bardzo fragmentaryczne. W zasadzie był jeden krótki przekaz – dwa potwory nie do opanowania. Nasz organizator pieczy zastępczej był zaniepokojony czy sobie damy radę. Tym bardziej, że przez jakiś czas wisiało nad nami widmo opieki nad szóstką dzieci z niesforną Shirley na czele. Nawet dostaliśmy propozycję pomocy ze strony naszej koordynatorki Jowity, która postanowiła przyjeżdżać do nas, aby nam ulżyć w niedoli. Choćby wychodząc z dziećmi na spacer.

Mając tylko takie skąpe informacje, już pierwszego dnia zostałem rzucony na głęboką wodę. Majka musiała gdzieś wyjść na pół dnia, więc to mi przypadło w udziale rozeznanie sytuacji podczas zajmowania się całą szósteczką aż do obiadu. Pomyślałem, że trzyletni łobuz (a nawet dwa) nie może być aż taki straszny. Doskonale jeszcze pamiętałem Romulusa i Remusa, którzy przychodząc do nas byli mniej więcej w tym samym wieku. Uznałem, że nad kolejnymi bliźniakami też uda mi się zapanować. Z wyglądu byli nawet nieco podobni do poprzednich. Jeden większy, drugi mniejszy. Jeden spokojniejszy, drugi mniej. Jeden ciemny, drugi blondyn... oj, tutaj była znacząca różnica. Omen faktycznie miał upiorny wzrok, który przenikał mnie na wylot. Nic nie mówił, tylko patrzył. Nie spuszczając wzroku zbliżał się do mnie, by po chwili rozpocząć wdrapywanie się na kolana. Nie była to jednak chęć przytulenia. Chciał tylko posiedzieć. Może próbował mi coś w ten sposób powiedzieć, albo wysyłał jakiś sygnał innym dzieciom.
Dagon trzymał się z dala. Łypał tylko na mnie swoimi niebieskimi ślepkami i cały czas do siebie mamrotał. Nic nie rozumiałem. Tym bardziej, że jakby wciąż powtarzał jedno słowo. Zaczynaliśmy uczyć się być z sobą.
Pierwsza lekcja wdrażania nowych zasad (nowych dla bliźniaków) była nawet owocna. Jemy tylko przy stole, nie wchodzimy na meble, nie skaczemy po tapczanie, nie biegamy po pokoju i nie rzucamy zabawkami - proste. Żeby nie było zbyt dużo słów „nie”, zostało wszystko wyrażone w nieco bardziej przyswajalnej formie: „Skakać możecie tylko po tym jednym fotelu”, „Po podłodze chodzą malutkie dzieci i biegając możecie im zrobić krzywdę”, albo „Jak odejdziecie od stołu, to pies wam zabierze jedzenie i zje”. Tak więc będący na gościnnych występach Mango spisał się w roli pomocnika doskonale. Omen bardzo mało się ruszał, a śniadania prawie nie tknął. Siedział na krześle przy pełnym talerzu nic nie mówiąc. Gdy reszta zjadła, podszedł do pudła z zabawkami pytając co chwilę: „Co to?”. Dagon był bardziej ciekawy zakazanego owocu, więc co jakiś czas testował moją czujność próbując dopaść do ramek ze zdjęciami, świeczek stojących na parapecie, albo przejrzeć zawartość szuflady.
Majka wróciła z garścią nowych wiadomości dotyczących chłopców. Omen podobno miał zaburzenia integracji sensorycznej, był niejadkiem i dzieckiem bardzo absorbującym uwagę dorosłych. Dotychczasowi rodzice przeżywali katusze zwłaszcza w nocy, gdy chłopiec budził się co kilkanaście minut z krzykiem. Dagon z kolei miał być nadpobudliwy emocjonalnie – pojawiło się nawet określenie ADHD. Miał Biegać po domu, przewracać siebie i brata. Pewnie też wszystko niszczył, chociaż takie sformułowanie nie padło.
A tu taki uroczy pierwszy dzień.

No i się zaczęło...

Po tym wstępie, tak rozpoczynające się zdanie zapewne nie byłoby dla nikogo zaskoczeniem. Wszyscy byli przekonani, że prędzej czy później miłe chwile się zakończą. A jednak minął tydzień, potem drugi. Poprzedni rodzice zastępczy czasami do nas dzwonili i za każdym razem zadawali pytanie: „Już się rozkręcił?”, mając oczywiście na myśli Dagona.

Tymczasem chłopcy stawali się coraz spokojniejsi, coraz bardziej przewidywalni. Zwłaszcza od czasu powrotu Shirley do mamy, w domu było jakby ciszej, chociaż braterskie sprzeczki nie ustawały i nadal były burzliwe. Aczkolwiek teraz dochodzę do wniosku, że chyba tylko tak mi się wydawało. Prawdopodobnie był to prozaiczny „efekt kozy”.

Nie oznacza to jednak, że bliźniaki były idealnymi dziećmi. Chłopcy nie byli nawet przeciętnymi dziećmi. Mogę zaryzykować twierdzenie, że byli klasycznymi, zaniedbanymi trzylatkami trafiającymi do pieczy zastępczej.

Obaj posługiwali się kilkoma słowami w większości jednosylabowymi: tu, ap, am, ta, nie, je, ja, bam. Najbardziej wyszukanymi zwrotami było pupu, bibi i łałał. Ten pierwszy oznaczał brata (wzajemnie tak mówili o sobie), a drugi prawdopodobnie piżamę, albo kąpiel... może wieczorne pójście spać. Wystarczyło kilkanaście dni w świecie, w którym się mówi, aby pojawiły się pierwsze proste zdania: już idę, a ja, ja chcę. Omen zamienił che na no, co może nie jest chlubnym przykładem. Ale i tak przed chłopcami sporo pracy, aby dobić do swoich rówieśników. Tym, którzy nie pamiętają, albo nigdy nie mieli do czynienia z trzylatkiem nadmienię, że znany mi trzyletni Piotruś recytuje „Lokomotywę” Tuwima. A jeszcze lepiej znana półtoraroczna Stokrotka może pochwalić się wypowiadaniem słów: traktor, koparka i herbatka.

Dysfunkcje integracji sensorycznej Omena też zaczęły mijać. Można powiedzieć, że samoistnie, chociaż pewnie bliższe prawdy jest twierdzenie, że były skutkiem rozszerzenia jego niezależności i stawiania mu wyższych wymagań. Okazało się, że chłopiec wcale nie był niejadkiem, tylko miał opór przed wzięciem czegokolwiek do ręki, w obawie, że się pobrudzi. Przypadkowo utaplanych w dżemie palców nie chciał oblizać. Za to karmiony jadł bardzo chętnie. Na spacerze nie dotykał ręką ziemi tylko opierał się na nadgarstkach. Nie chciał wziąć do ręki szyszki, ani patyka. Gdy zobaczyłem go pierwszy raz, to wyglądał jak owczarek nizinny – włosy zakrywające oczy i długie pazury. Nie pozwalał się dotknąć. Trudno było go wykąpać.

Nie wiem, czy chłopcy mieli szczęście czy pecha, ale przyszli do nas w okresie, gdy Majki często nie było w domu. Miała w tym czasie kilka spraw w sądzie, wizyty u lekarzy, zespół dotyczący trójki dzieci, spotkania z rodzicami biologicznymi i powrót Shirley do rodziny na głowie. Do tego wychodziła na odstresowujące zajęcia własne, jak choćby spotkania w klubie książki, czy aerobic. Wszystko to powodowało, że dzieci dużo czasu spędzały w mojej obecności. A ja mam to do siebie, że stawiam na samodzielność lub jak kto woli, za bardzo się nie przejmuję. Wszyscy dostawali posiłek na takich samych zasadach. Każdy miał do dyspozycji dziesięć palców i łyżkę albo widelec w zależności od sytuacji. Wyszedłem z założenia, że skoro potrafi się najeść roczny Mopik, to tym bardziej nie jest to zadanie przerastające trzylatka. Po pierwszym odpuszczonym przez Omena obiedzie i braku deseru, który jest nagrodą za ładnie zjedzony obiad, przyszedł czas na kolację. Głód zwyciężył i okazało się, że pobrudzone palce wcale nie przeszkadzają. Być może byłbym bardziej ostrożny i jednak zdecydował się na indywidualne karmienie, gdyby nie sytuacja z pierwszego dnia, gdy jeszcze nie wiedziałem, że chłopiec ma jakieś zaburzenia sensoryczne. W naszym domu wszystkie dzieci chodzą na bosaka. Jest to zdrowe i trudniej się poślizgnąć. A że podłoga jest podgrzewana, to i komfort takiego chodzenia dość duży. Omen początkowo trochę dziwnie podnosił nogi, dużo czasu spędzał na fotelu, albo w kącie z zabawkami. Jednak gdy wydałem dzieciom smakołyki w postaci rozmaitych chrupek i płatków, co ma miejsce na macie i jedzenie jest podane w jednej wspólnej misce, nagle chłopcu przestało przeszkadzać, że coś mu się przykleja do stopy. Zwyczajnie odklejał to coś i zjadał.
Minął też lęk przed dotykiem. Po kilku dniach Omen przyszedł i jakoś mi wytłumaczył, że mam mu obciąć włosy. Trochę był niepewny gdy wziąłem nożyczki do ręki, ale udało się wyrównać wszystkie dotychczasowe uskoki. Podobnie było z paznokciami, którymi zajęła się Majka. Chłopcy zaczęli się bić o pierwszeństwo w pójściu do wanny, a potem nie chcieli z niej wyjść.

Emocjonalnie Omen był na etapie buntu dwulatka. Rzucał się na podłogę, walił pięściami w drzwi, wszystko wymuszał płaczem. Uwielbiał zabawę w „Nie”:

– O co ci teraz chodzi?

– Nieeeee!
– Coś chcesz?
– Nieeeee!
– Długo będziesz tak krzyczał?
– Nieeeee!
– No to przestań.
– Nieeeee!

Dagon w tym względzie był dużo bardziej zrównoważony. Jeżeli już płakał, to zawsze można było to jakoś uzasadnić. Niekoniecznie logicznie, ale jego złość była reakcją na coś. Omen beczał często bez sensu. I chociaż wiem, że w jego ocenie zapewne miał powód, to zachowanie chłopca krótko mówiąc było wkurzające. Wyrywał innym dzieciom zabawki tylko dlatego, że się nimi bawiły. Zabierał je i trzymał w ręce szukając nowej zdobyczy. Gdy takie zachowanie było skierowane w stronę Shirley, to zupełnie się tym nie przejmowałem. Dziewczynka potrafiła zawalczyć o swoje i zawsze kończyło się to bekiem Omena. Gorzej było gdy zabierał coś Mopikowi, który właśnie stawiał swoje pierwsze kroki. Zaczynaliśmy się z Majką zastanawiać, czy może po raz drugi w historii nie mamy przypadkiem do czynienia z lepszym i gorszym bliźniakiem. Tym, który był wyróżniany, któremu było wszystko wolno i tym, który zawsze musiał ustępować. Zastanawialiśmy się też przez kogo? Być może wcale nie przez rodziców biologicznych.

Nie wiem też jak wytłumaczyć to, że Omen traktował każdego jak swojego przyjaciela. Zupełnie obcym osobom wchodził na kolana, przytulał się do nich, a gdy wychodzili to płakał. A w zasadzie wył, waląc pięściami w drzwi. W takim stanie był nieprzetłumaczalny. Dagon był bardziej nieufny – bardziej normalny. Dziwne było to, że przecież chłopcy są braćmi wychowywanymi w tych samych warunkach. Czy możliwe jest, że obaj mają zaburzenia więzi, tylko zupełnie inne? Z tego co pamiętam z jakiegoś szkolenia, dziecko może charakteryzować inny typ przywiązania w relacjach z matką, a inny z ojcem. Tym bardziej w naszym przypadku, każdy z chłopców mógł wykształcić różny rodzaj zachowań w odniesieniu do rozmaitych osób.
Obaj mówili do nas per mama i tata, i nie zamierzali przejść na ciocia i wujek. Tak jak zawsze, pozwoliliśmy im zwracać się do nas tak jak chcą.

Noce bywały dość trudne. Znowu bohaterem był Omen, bo Dagon budził się najczęściej tylko raz. Dawał dwa łyki wody i zasypiał ponownie. Trudniejszy bliźniak wstawał co kilkanaście minut i próbował wejść do łóżka Majki, która nie dość, że najpierw usypiała chłopców, to jeszcze musiała spać w ich pokoju. Omen pozostawiony tylko ze swoim bratem urządzał w nocy afery budząc wszystkich domowników. Było to najbardziej uciążliwe jego zachowanie. Chłopiec po kilku nieudanych próbach opuszczenia swojego łóżka i zawracaniu go przez Majkę, i tak ostatecznie budził się razem z nią. Majka nad ranem udawała, że nie zauważyła kiedy do niej przyszedł. A do mnie mawiała: „Wiesz, że Omen mizia mnie w nocy po pośladkach? Ale się nie martw, musi to robić nogą, bo cały czas czuję na szyi jego oddech”. Było to trochę marne pocieszenie, zwłaszcza, że od czasu przyjścia chłopaków, do moich obowiązków należało czuwanie nad nocnym życiem Mopika, Blanki i Mirabelki.

Minęły wakacje... Spodziewaliśmy się, że po powrocie będzie totalny rozpiździel, bo kolejna zmiana miejsca zamieszkania zapewne odbije się na emocjach chłopców. Zwłaszcza obawialiśmy się o Omena, gdyż u cioci Marlenki (naszej rodziny pomocowej) cała piątka dzieci spała razem z nią na materacach na podłodze. Najciekawsze jednak było to, że Omen wcale nie budził się z krzykiem i nie przychodził przytulić się do cioci. Przyczyna wciąż pozostaje nieznana i raczej pozostanie zagadką do końca. Aby jednak nie zaprzątało to Majce głowy, zaproponowałem tezę, że ciocia Marlenka ma bardzo dobry sen i reaguje tylko na kwilenie swojego Piotrusia.

Omen i Dagon po powrocie do naszego domu zachowywali się dokładnie tak samo jak przed odejściem, co można uznać za sukces. Chociaż były dwie istotne różnice... być może ważne, jednak nie podejmuję się ich interpretacji. Dagon zaczął się mnie bać, podobnie jak to było za pierwszym razem. Trzymał się z dala ode mnie, nie pozwalał brać się na ręce, ani zaprowadzać do łóżeczka. Podobno u cioci Marlenki wykrzykiwał na samym początku, że nie lubi wujka. Nie było jednak wiadomo czy chodzi mu o mnie, czy o męża Marlenki. Być może obawiał się każdego faceta. Nie wiemy, czy pamięta swojego tatę, bo nikt nam nie powiedział od jak dawna siedzi. Wiadomo tylko, że za przemoc.

Drugą różnicą było to, że chłopcy znowu zaczęli na mnie mówić tata, a Majka awansowała na ciocię.
Korzystając z okazji, że znowu w życiu bliźniaków coś się dzieje, postanowiliśmy zrobić pewne przemeblowanie. Obaj zostali przeniesieni do pokoju Mopika, który wygląda jak wieloosobowa izba w schronisku. Omena umieściliśmy w łóżeczku ze szczebelkami, zakładając, że nie będzie potrafił z niego wyjść. Shirley ta sztuka (mowa o tym samym łóżeczku) zajmowała dziesięć sekund. Wyższy o głowę Omen jest gapcią i wielu rzeczy nawet nie próbuje. Zresztą nawet na prostej drodze potrafi się przewrócić, albo spaść z krzesła bez jakiejkolwiek przyczyny. Dagon w tym względzie jest nieco lepiej rozwinięty, ale sprawnością fizyczną też nie grzeszy.
Noce początkowo pozostały bez zmian, z tą różnicą, że Omen nie był w stanie wejść do łóżka Majki. Pokonanie barierek łóżeczka rzeczywiście go przerastało. Być może dlatego zmienił nieco taktykę i krzyczał nie budząc się. Niestety próby wybudzenie go z takiego stanu niczego nie zmieniały. Natychmiast zasypiał ponownie, by po kilkunastu minutach znów się wydrzeć. Na szczęście Mopikowi i Dagonowi to nie przeszkadzało.

Obecnie zmodyfikowaliśmy kolejny element nocnego rytuału. Po kąpieli zanoszę dzieci do ich łóżeczek, przykrywam kołderką i informuję, że ciocia Majka sprząta i jak skończy to zaraz przyjdzie. Czekają, czekają... aż zasną. Nabierają się na ten numer każdego wieczora. Niestety noce nadal są trudne i nie mamy pomysłu jak temu zaradzić. Tym bardziej, że nie znamy przyczyny. A do tego takie zachowanie nie miało miejsca ani w domu rodzinnym, ani u cioci Marlenki. Mamy wprawdzie przepisane przez lekarkę jakieś kropelki uspokajające, ale jeszcze przez jakiś czas będziemy chłopcu tłumaczyć i próbować jakoś się dogadać. W każdym razie nie wyobrażam sobie, aby Majka miała tak spędzać noce przez najbliższe trzy lata, który to okres, jak już wiemy, jest całkiem prawdopodobny. Na dzień dzisiejszy nie mogę planować sobie żadnych zajęć poza domem po godzinie dwudziestej. No dobrze. I tak w tych godzinach nigdzie nie wychodzę, ale sama świadomość braku takiej możliwości mnie przeraża.

Przed nami zatem sporo pracy i pewnie tak jak w większości przypadków, gdy chłopcy będą od nas odchodzić, to stwierdzimy że są mili, mądrzy, taktowni i kulturalni.
Póki co wciąż beczą o byle co i bez przerwy się biją. Powiedziałbym nawet, że w tym względzie jest gorzej niż gdy była Shirley. Dziewczynka wzbudzała w bliźniakach respekt, a do tego Dagon często jednoczył się z nią przeciwko Omenowi, który kapitulował bez walki.
Nadal ciągle są głodni i nawet tuż po posiłku chodzą po domu wrzeszcząc „am”. Do tego gdy dostają finezyjnie przygotowany przez Majkę obiad, krzyczą „a buła?”. Za to całkiem zgodnie współpracują przy kolacji. Ponieważ to ja ją robię, to również ja określam zasady. Zrezygnowałem zatem ze szwedzkiego stołu, gdyż Mopik miałby niewielkie szanse się do niego dopchać. Każdy dostaje więc identyczną porcję i to niezależnie od tego, czy coś lubi, czy nie. Chłopcy wielu rzeczy nigdy w życiu nie jedli. Bywa więc, że pierwsze wrażenie nie zawsze jest pozytywne. Ale niech próbują rozmaitych smaków. Pod koniec kolacji chłopcy wymieniają się jedzeniem. Wiemy więc, że Dagon preferuje owoce, a Omen chleb z obkładem zwany bułą. Mopik je wszystko.
Nie zanosi się też na szybkie odpieluchowanie. Obaj wciąż robią kupę w majtki (czyli w pieluchę) i wcale im to nie przeszkadza. Gdy zadamy im pytanie: „Masz kupę w majtkach?”, to jeden zawsze odpowiada „tak”, a drugi zawsze „nie”, niezależnie od stanu faktycznego. Nocniki stoją więc wciąż puste i są traktowane bardziej jak krzesełko. Zanim zaczną sygnalizować, że chcą zrobić kupę, najpierw muszą zasygnalizować, że właśnie ją zrobili i proszą o przewinięcie. Toteż do sukcesu jeszcze sporo brakuje.
A propos słowa „proszę”. W naszej rodzinie nie istnieje zwrot „ja chcę”. Dagon szybko się podporządkował i nawet gdy nie wychodzi mu słowo „proszę”, to chociaż kiwa głową. Omen najczęściej zaczyna się wydzierać, krzycząc wciąż „ja chcę”, albo rzuca się na ziemię. Sytuacje bywają bardzo różne. Jednym razem chodzi tylko o picie, a innym o wybór drogi na spacerze (na przykład przez pole, albo w odwrotnym kierunku). Zdarza się więc, że chłopiec kończy spacer przed czasem, a inne dzieci idą w dalszą drogę. Siedzi wówczas w przedpokoju w kurtce, czapce i butach, bo nie chce się rozebrać. Oczywiście krzyczy na ile siły mu pozwalają. Czasami nawet godzinę... do powrotu Majki. Można powiedzieć, że jest to brutalne wychowanie. Ale można też stwierdzić, że w taki sposób dzieci uczą się zasad. Na tę chwilę nie wyobrażam sobie zabrania Omena do sklepu. Dagon jeździ i zachowuje się bardzo przyzwoicie.

Napisałem kilka słów o ojcu chłopców, to i wypada wspomnieć o mamie. Można rzec, że standard. Młodsza od najmłodszej mojej córki i nie przejmująca się zbytnio swoimi dziećmi. Chłopcy większą część swojego życia spędzili pod opieką babci. Nie byłoby w tym nic niezwykłego, gdyby nie to, że babcia była doskonale znana pomocy społecznej i to niekoniecznie (albo nie tylko) w związku z pobieranymi zasiłkami. Mama twierdzi, iż nie wiedziała, że babcia nie jest wydolna wychowawczo i bardzo ją zdziwiła decyzja sądu.

Teraz się stara i realizuje wszystkie zalecenia asystenta rodziny. Przyszłości chłopców nie da się przewidzieć. Może być tak, że wrócą do niej w perspektywie kilku tygodni, jak również, że spędzą z nami kolejnych kilka lat.

Nie poruszyłem jeszcze najważniejszej kwestii, którą przy okazji bliźniaków chciałbym przedstawić. Chodzi o dzieci zwracane do systemu.

W ciągu ostatnich sześciu miesięcy spotkałem się aż z czterema sytuacjami, gdy rodziny zastępcze z różnych powodów oddały dziecko do innej rodziny. Chociaż chyba właściwszym określeniem byłoby, że porzuciły dziecko. Są to tylko przypadki, które postrzegam emocjonalnie. Są to sprawy dotyczące dzieci, które znałem. Takich dzieci, które chociaż nie mieszkały z nami na dłużej, to jednak przez jakiś czas przebywały w naszym domu i zaistniały również w moich opisach na tym blogu.
Nie mam pojęcia jaka jest skala tego zjawiska w całym powiecie, a tym bardziej w całym kraju. Podejrzewam, że duża.
Pierwszy przypadek dotyczył dziecka, które już przez kilka tygodni spotykało się z nowymi rodzicami zastępczymi, które już wiedziało, że będą to jego rodzice, które cieszyło się, że będzie miało nową rodzinę. I nagle rezygnacja... bo nie iskrzy. Bez próby podjęcia jakichkolwiek działań. Bez chęci zawalczenia.
Drugi chłopiec mieszkał z nową rodziną kilka miesięcy. Wrócił do pogotowia rodzinnego, z którego odszedł. Nie spełnił oczekiwań.
Trzecia sytuacja była związana z dziewczynką, która jak większość starszych dzieci trafiających do pieczy zastępczej, miała kilka rzeczy do wyprostowania. Ale nie to przerosło nowych rodziców. W końcu od samego początku doskonale wiedzieli z jakimi problemami przyjdzie im się zmierzyć. Traf chciał, że dziewczynka zachorowała. Konieczna była długotrwała hospitalizacja, o ile dobrze pamiętam w innym mieście. Sugerowano mamie zastępczej, że raczej będzie musiała zrezygnować z pracy zawodowej – przynajmniej na jakiś czas. Niestety na to nie była gotowa.

Na koniec rodzice zastępczy Omena i Dagona. Zanim ich poznałem, postanowiłem, że nie będę ich tutaj oszczędzał. I tak właśnie zrobię, chociaż później dopatrzyłem się pewnych okoliczności łagodzących.
Chłopcy zostali przez nich przedstawieni (a przynajmniej tak odebrani przez PCPR) jako dwie bestie, nad którymi nie daje się zapanować. Nieprzespane noce, stres związany z ciągłym pilnowaniem, krzyki, niszczenie, bieganie po domu, brak jakichkolwiek zasad. Tak miało wyglądać kilka tygodni wspólnego mieszkania. W dniu, w którym dzieci do nas przyszły, mama od samego rana wydzwaniała do PCPR-u, kiedy wreszcie ktoś po bliźniaki przyjedzie, bo ona jest u kresu wytrzymałości. Obawialiśmy się, że w uniesieniu może dzieciom wyrządzić krzywdę. Przyjęliśmy więc chłopcówi natychmiast, bez postanowienia sądu, które dotarło do nas dopiero po dwóch dniach.
Dowiedzieliśmy się też, że rodzice zastępczy złożyli wniosek do sądu, w którym prosili o możliwość zaopiekowania się tylko jednym z chłopców. Na szczęście sędzia nie wyraził zgody. Nie było żadnych podstaw ku temu, aby rozdzielić braci.
Zaintrygowało mnie to, że tym wyróżnionym chłopcem był Omen. Dlaczego? Czyżby mama chciała podjąć wyzwanie zaopiekowania się trudniejszym z braci? A może chłopiec miał uprzywilejowaną pozycję i zachowywał się zupełnie inaczej niż u nas. Tego już chyba nigdy się nie dowiemy.
Rodzice odwiedzili nas kilka razy. Dowieźli ubrania, zabawki, rozmaity sprzęt. Zabierali dzieci na spacer, przywozili im smakołyki. Czuli się podle. Zdawali sobie sprawę, że zawalili. Wiedzieli, że skrzywdzili obu chłopców. Zupełnie nie przypominali osób z moich wyobrażeń. Byli zbyt emocjonalni, zbyt empatyczni, zbyt ulegli. Nie stawiali granic, a swoją miłością wyrządzali chłopcom krzywdę.
Dlaczego jednak od razu się poddali? Dlaczego nie spróbowali zrobić czegokolwiek?
Nie szukali pomocy u specjalistów. Nawet nie dali sobie czasu.
Być może chcieli podążać za braćmi. Może mieli skrzywiony obraz pieczy zastępczej. Może wyobraźnia podsuwała im wizerunek biednych, skrzywdzonych sierotek, które tylko czekają na odrobinę miłości, a rzeczywistość okazała się bardziej brutalna. Dużo jest tych „może”.

W zasadzie nic nie łączy te cztery przedstawione historie. Każda jest inna, chociaż wszystkie zakończyły się tak samo. A może jednak coś je łączy? Może chodzi o system szkoleń i doboru rodziców zastępczych. Programy szkoleń najczęściej są oderwane od polskich realiów, a uzyskanie kwalifikacji do sprawowania roli rodzica zastępczego jest łatwiejsze niż adopcyjnego. A może jest to skutek wywierania jakiejś presji? Przez kogo i w jakim celu? Nie wiem. Dzieje się jednak coś niedobrego, gdyż również zdaniem wielu znanych mi osób, w ostatnim czasie coraz częściej słychać o rodzinach zastępczych, które są rozwiązywane. Z różnych powodów.

Wracając do chłopców. Jestem dobrej myśli i mam nadzieję, że będzie mi dana możliwość opisania ich dalszych losów.



poniedziałek, 22 listopada 2021

--- Egipt, czyli "no, thank you"

 

Zdjęcie zrobione z autokaru

Kilkanaście godzin temu szczęśliwy wysiadłem z samolotu. Majka jak większość normalnych ludzi jest radosna i podniecona w dniu, w którym rozpoczyna urlop i wyjeżdża na upragnione wakacje. Ze mną jest zupełnie na odwrót. Cieszę się powrotem i wczoraj zupełnie mi nie przeszkadzało to, że w ciągu czterech godzin temperatura odczuwalna otoczenia spadła o ponad dwadzieścia stopni. Wszak na tę chwilę czekałem całe dwa tygodnie. Znowu jest normalnie.

Opiszę zatem moje odczucia w sposób nieco odmienny niż zrobiłby to statystyczny turysta, któremu udało się przez 15 dni zwiedzać Egipt. Muszę to zrobić teraz, bo już zaczynają mi się zacierać nazwy rozmaitych miejscowości, czy imiona starożytnych bogów i władców tego państwa. Na dłużej, jak zawsze, pozostanie tylko ogólne wrażenie.

Zacznę jednak od początku...

Przygotowania

Planowanie przez nas dłuższych wyjazdów zagranicznych zawsze obarczone jest dużym ryzykiem tego, że wypadną one w najmniej odpowiednim czasie i pojawi się zamysł, że dla dobra takiego czy innego dziecka należałoby wypoczynek przełożyć, albo nawet zupełnie odwołać. Bo przecież do Egiptu mieliśmy polecieć w kwietniu. Jednak wówczas przeciągał się proces adopcyjny Bliźniaków i Paprotki, co skłoniło nas do przesunięcia wyjazdu o pół roku.

Tym razem mieliśmy zasiedziałą od urodzenia trójkę dziewczynek, czyli Mopika, Blankę i Mirabelkę oraz Shirley, co do której trzeba było szybko działać. Shirley była u nas stosunkowo krótko, a do tego w pewien sposób została skazana na wygnanie za grzechy brata, który wciąż mieszkał ze swoimi rodzicami. Ona mieszkała z nami, a sędzia chyba nie za bardzo wiedział co z tym fantem zrobić, więc na wszelki wypadek odłożył ten przypadek do szafy. I pewnie trwałoby to tak może nawet miesiącami, gdyby nie zebrała się grupa ludzi dobrej woli, która powiedziała: „tak dalej być nie może”. Odbyło się posiedzenie zespołu, którego celem było wypracowanie jakiegoś wspólnego frontu działań. Wszyscy byli zgodni co do tego, że dziewczynka powinna wrócić do domu rodzinnego, ponieważ gdyby wszystkim takim rodzicom Shirley odbierano dzieci, to należałoby wybudować tysiące sierocińców, bo domów dziecka by zabrakło... nie mówiąc o rodzinach zastępczych. Rodzice dziewczynki bardzo się angażowali w wybielanie swojego wizerunku. Realizowali wszelkie zalecenia osób zajmujących się ich problemem i często przyjeżdżali na spotkania ze swoim dzieckiem. Asystentka rodziny nie widziała większych przeszkód w powrocie Shirley do domu. My również. Mama złożyła do sądu wniosek o przejęcie opieki nad córką na czas trwania postępowania i na wszelki wypadek o urlopowanie dziewczynki na czas naszego urlopu. Przez prawie dwa miesiące sąd był zasypywany pismami i gnębiony telefonami. Bez skutku, chociaż pani sekretarka dwoiła się i troiła. Pan sędzia nie miał w zwyczaju rozmawiać z uczestnikami postępowania poza wyznaczonymi rozprawami, a żaden termin sprawy nie został jeszcze określony. W odwodzie była przygotowana dla Shirley rodzina zastępcza, ale bardzo młoda i nam zupełnie nieznana. Tym bardziej nieznana dziewczynce.
Wszystko zakończyło się pomyślnie na trzy dni przed naszym wylotem. Być może sędzia podjął decyzję dla świętego spokoju, a być może z własnej nieprzymuszonej woli... ważne, że podjął. Shirley wróciła do mamy.
Z pozostałą trójką naszych dzieci był mniejszy problem. Dwójkę zdecydowała się przyjąć nieoceniona ciocia Marlenka, a najmłodszą pociechę – ciocia Katja, u której mieszka Stokrotka. W miesiącu poprzedzającym nasz wyjazd, wszystkie trzy ciocie (do tego duetu należy przecież dodać Majkę) spotykały się kilka razy w tygodniu to tu, to tam.
I w takim oto momencie, jak grom z jasnego nieba, spadła na nas wiadomość, że jeszcze przed naszymi wakacjami musimy przyjąć kolejne bliźniaki. Wiedzieliśmy, że przyjdą. Tyle tylko, że miało to mieć miejsce dopiero po naszym powrocie z wakacji (bo przecież chłopcy mieszkali w innej rodzinie zastępczej). Pojawiła się też informacja o poszukiwaniu rodziny dla noworodka. Powiedzieliśmy: „traktujcie nas jak ostatnią deskę ratunku”. Tak też zrobili.
Nad chłopcami zlitowała się ciocia Marlenka, a noworodka przygarnęła rodzina zwolniona z obowiązku przyjęcia Shirley. Jest szansa, że maluszek przez te trzy tygodnie rozkochał nowych rodziców i jednak do nas nie przyjdzie. Nawet nie wiem, czy jest to chłopiec, czy dziewczynka.
Wyjechaliśmy zatem w przekonaniu, że nasze dzieci mają najlepszą opiekę z możliwych. Mam tylko nadzieję, że będą chciały do nas wrócić, a od tej chwili dzielą nas zaledwie godziny.

Abdul

Po przylocie do Egiptu przywitał nas opalony czterdziestotrzylatek odziany w kamizelkę na watolinie, z którą jak się później okazało, nie rozstawał się nawet gdy temperatura przekraczała trzydzieści stopni. Ciągle było mu zimno, zwłaszcza w klimatyzowanym autokarze. Niemal idealną polszczyzną powiedział, że jest naszym przewodnikiem i jesteśmy zdani na siebie przez najbliższych kilkanaście dni. Nie żałowałem tego ani razu i myślę, że żaden uczestnik wycieczki również nie miał nic przeciw temu. Przede wszystkim pozwoliło mi to spojrzeć na Egipt z nieco innej perspektywy. Nie tej opisywanej w przewodnikach, ani zasłyszanej od turystów, których urzekła historia starożytnych i megalityczne budowle z nią związane. Słuchając Abdula widziałem smutnych mieszkańców tego kraju, którzy udają szczęśliwych, albo nawet są szczęśliwi, bo nie mają innego wyjścia.

Sam Abdul uważa się za człowieka należącego do pokolenia straconego. Walczy tylko o lepszą przyszłość dla swoich dzieci i wnuków, pokładając ogromną wiarę w obecną władzę. Na ile jego nadzieje nie okażą się płonne? Na ile przedstawiany przez niego obraz Egiptu jest zgodny z rzeczywistością? Na razie pewne jest tylko to, że przez sześć ostatnich lat koszty życia w Egipcie wzrosły kilkukrotnie. Kiedyś litr benzyny kosztował jednego funta. Dzisiaj dziesięć, co daje około 2,70 złotego. Tyle tylko, że przeciętna pensja w Egipcie wynosi w przeliczeniu około 1600 złotych. Bywa więc, że mężczyźni pracują po 18 godzin na dobę i coraz mniej z nich jest stać na choćby jedną żonę.

Edukacja i system pieczy zastępczej

Przede wszystkim w Egipcie należy zmienić mentalność jego mieszkańców i pewnie słusznie proces przemian został rozpoczęty od dzieci i młodzieży. System szkolny wygląda podobnie jak w Polsce, gdy istniały jeszcze gimnazja. Już od wczesnych lat szkolnych dzieci uczą się języka angielskiego i francuskiego (oczywiście poza arabskim). W gimnazjum dochodzi włoski albo niemiecki, a w liceum kolejny – niemiecki lub włoski w zależności od pierwszego wyboru. Można więc powiedzieć, że młodzieniec kończący szkołę (obowiązek szkolny jest aż do ukończenia liceum) potrafi porozumieć się w czterech obcych językach.

Młodzi ludzie zupełnie inaczej traktują turystów niż choćby ich ojcowie. Zdają sobie sprawę z tego, że jedna trzecia stumilionowego kraju żyje z turystyki i o przyjezdnych trzeba dbać. Są więc uśmiechnięci, nie wyciągają rąk po pieniądze, za to chętnie robią sobie z turystami zdjęcia. Początkowo myślałem, że chcą zrobić zdjęcie Majce i mi, by po chwili za przykładem starszych rodaków krzyknąć: „one dolar”. Byłem więc niegrzeczny odpowiadając: „no, thank you”. Zresztą był to zwrot, który wypowiedziałem z Egipcie z tysiąc razy, a może i więcej.
Piecza zastępcza w tym kraju nie istnieje, co nie znaczy, że nie pozbawia się władzy rodzicielskiej osób, które nie mogą z różnych względów sprawować opieki nad swoimi dziećmi. Istnieją tylko domy dziecka. Niewykluczone, że tak nazywał je jedynie wykształcony i mówiący po polsku Abdul, a pozostali powiedzieliby, że w Egipcie są sierocińce. Z takich placówek można dziecko adoptować.

Kultura

Wyjeżdżając do Egiptu, niewiele o nim wiedziałem. Znałem imiona niektórych faraonów, bóstw i podstawowe dzieła starożytnych architektów... no, przynajmniej sfinksa i piramidy w Gizie. Nie będę ukrywał, że Majce udało się mnie namówić na Egipt tylko dlatego, że chciałem zobaczyć piramidy. No i zobaczyłem monumentalne budowle, które rzeczywiście robią wrażenie. Wszystkie inne dzieła starożytnych architektów wzbudzały mój podziw głównie tym, że jeszcze istnieją. Być może przyczyna tkwi w fakcie, że świątyń obejrzałem przynajmniej kilka i każda kolejna różniła się od poprzedniej hieroglifami wyrzeźbionymi na ścianach i filarach. Może jeszcze tym, że jeden bóg miał głowę ptaka, inny krokodyla a jeszcze kolejny miał pióra na głowie. Piramidy były jedyne i niepowtarzalne. Zaskoczyło mnie tylko otoczenie, ponieważ spodziewałem się jasnożółtego piasku widzianego na rozmaitych rycinach. A tutaj zobaczyłem zwyczajną żwirownię rodem z Bełchatowa, po której walało się mnóstwo kamieni. Nie były to jednak zwyczajne kamienie. Były obłe, podobne do tych wyrzucanych na bałtyckie plaże. Abdul z dużym przekonaniem mówił, że nie zostały tam znikąd przywiezione. Co je tak ukształtowało? Podobno słońce i wiatr, bo na tych terenach nigdy wody nie było. I tutaj nie zgadzam się z moim przewodnikiem, bo gdzieś czytałem, że była... i to wcale nie jeden raz. Za to w pełni się z nim zgadzam, że na dobrą sprawę to nie wiadomo kiedy, jak, w jakim celu i przez kogo zostały zbudowane. Wszystkie teorie, nawet te, że budowniczymi byli kosmici, są równie prawdopodobne, bo żadnej nie daje się dobrze uzasadnić. Zresztą nie spodziewałem się jakiegoś przełomu w moim światopoglądzie, lub bardziej piramidopoglądzie.

Wąskie i szare korytarze w piramidach

Przestronne wnętrza i bogate rzeźbienia w grobowcach

Powinienem teraz napisać, że po tych wakacjach moje horyzonty znacznie się poszerzyły, a moja wiedza o historii Egiptu jest nieporównywalna z tą, którą miałem.

Ale tak nie jest, a nawet jeszcze bardziej mi się wszystko pomieszało. Dla przykładu, zawsze myślałem, że Nefretete była żoną Ramzesa II. Okazuje się, że miała ona na imię Nefertari, a Nefertiti (znana nam jako Nefretete) była żoną jakiegoś innego Echnatona. Do tego za czasów Starego Państwa i Średniego Państwa, Egipcjanie nie znali pojęcia faraon, bo przecież władali nimi królowie. Coś co mogło brzmieć podobnie, pojawiło się dopiero w okresie Nowego Państwa, gdy królowie byli określani słowem Per-aa. Bardzo podobnie, prawda? Właściwie to nie dowiedziałem się kiedy zaczęto mówić „faraon”, ale dużo później.
Najciekawiej jednak było w Dolinie Królów, gdy Abdul zaczął opowiadać o jakimś gościu, który się nazywał Tu Tang Amun (z akcentem na „u”). Opowieść jednym uchem wpuszczałem, a drugim wypuszczałem. Nie dość, że imię brzmiało jakby pochodziło z Chin i dotyczyło w najlepszym razie jakiegoś cesarza, to jeszcze się okazało, że Tu Tang Amun nie zdążył zbudować sobie grobowca, tylko dostał go w prezencie od kapłana. Do tego, na tym jego grobowcu wydrążono grobowiec jakiegoś innego władcy – dużo większy i piękniejszy. To spowodowało, że ten mniejszy został przeoczony przez złodziei, którzy splądrowali wszystkie inne w Dolinie Królów. Coś przestało mi się zgadzać dopiero wtedy, gdy Abdul doszedł do klątwy faraona, tłumacząc dlaczego ta klątwa wcale nie była klątwą. No i okazało się, że zwyczajnie „przespałem” opowieść o Tutenchamonie, którym okazał się ów Chińczyk.
W czasie spływu Nilem odwiedziłem tyle różnych świątyń, że pod koniec zacząłem nawet odróżniać Ozyrysa, Amona, a zwłaszcza boga Min, z którym bardzo utożsamiał się Abdul, nazywając go swoim pradziadkiem. Wprawdzie ów bóg miał tylko jedną rękę i jedną nogę, ale za to ogromnego penisa.
Zapamiętałem jeszcze imię Hatszepsut, która to kobieta postawiła sobie za cel pozostanie królem (nie królową) Egiptu i rzeczywiście dopięła swego, oraz to, że Kleopatr było siedem a nie jedna. No i to by było na tyle w temacie mojej znajomości historii Starożytnego Egiptu.

Pradziadek Abdula

I inni

Napiwki

zwane z angielskiego tipami są nieodzownym elementem egipskiego folkoru. Przyjmuje je każdy, chociaż w hotelach nikt się nie upomina. Po prostu wypada dać. W innych miejscach czasami trzeba dać (dla świętego spokoju), chociaż wielokrotnie nie ma ku temu żadnego powodu. Tak zachowywał się choćby pan przedzierający bilety przy wejściu do muzeum. Za co chciał? Sam chyba nie wiedział, ale dostawał. Dolary w Egipcie rozdaje się więc za wszystko. Ktoś zrobi ci zdjęcie, coś pokaże, niepytany podpowie dwa zdania. Czasami tylko spojrzy co dostał, mówiąc: „only one?”. Nie trzeba się zbytnio wysilać, wystarczy odpowiedzieć: „yes”.

Zdarzyło się, że pani sprzedająca karty dostępowe do internetu, sama sobie odliczała od wydawanej reszty dolara napiwku.
Jednak jednym z większych beneficjentów puli przeznaczonej na napiwki była Majka. Sprawdzała ile komu zostawiłem i zawsze stwierdzała, że za dużo, odejmując dolara lub dwa. Trochę tego uzbierała. Ja wychodziłem z założenia, że ci biedni chłopcy nie przepiją tego co dostaną, tylko zbierają na żonę. Gdy ponad trzydzieści lat temu, będąc zupełnie gołym finansowo, poprosiłem przyszłego teścia o rękę jego córki, to odpowiedział: „Bierz ją, jeszcze ci dopłacę”. Gdybym był Egipcjaninem, musiałbym udowodnić, że potrafię zapewnić Majce godne życie na poziomie, do którego była przyzwyczajona.
Co można było mieć za napiwki poza dozgonną wdzięcznością obdarowanego? Na przykład żaglówkę z ręcznika, albo równie pięknego łabędzia czy serduszko, tudzież łóżko obsypane płatkami przypominającymi różane. Albo zarezerwowane miejsce na leżaku przy basenie, czy kompleksową obsługę barmana. Ten ostatni doskonale wiedział co ja piję, co pije Majka i o jakich porach. Pilnował żeby nasze szklanki nigdy nie stały puste i mówił do nas po polsku. Dla mnie taki model wakacyjnego przekupstwa jest jak najbardziej akceptowalny... zwłaszcza, że jak wspomniałem, cel jest szczytny.

Codziennie było coś innego


Zresztą Majka też nie mogła narzekać, bo zawsze miała na bieżąco uzupełnianą toaletkę w łazience. Pewnego wieczora przyszła do mnie z pytaniem: „Co to jest?”. W moim wolnym tłumaczeniu było tam napisane: „świecący but”. Tym razem nie uwierzyła w moje zdolności posługiwania się językiem angielskim stwierdzając, że przecież nikt nie mieszałby pasty do butów z rozmaitymi szamponami, płynami i żelami do kąpieli. Pomyślałem tylko, że w restauracji słodką chałwę umieszczają pośród białych serów i nikomu to nie przeszkadza. Jeszcze bardziej przekonał Majkę miły zapach i konsystencja mleczka kosmetycznego tego co odkryła. Wysmarowała się więc od stóp do głowy i faktycznie przyjemnie pachniała. Następnego dnia obsługa hotelowa uzupełniła braki, a Majka na wszelki wypadek zajrzała do translatora sprawdzając co właściwie znaczy termin „shoe shine”.

Metoda na wielbłąda

Abdul przestrzegał nas, że będziemy nagabywani na każdym kroku i musimy się do tego przyzwyczaić. Z każdej strony i o każdej porze dnia i nocy słychać: „one dolar, one dolar”. Wystarczy jednak odpowiedzieć: „no, thank you” i iść dalej... zazwyczaj. Okazuje się, że to co jest podkładane turyście przed oczy wcale nie kosztuje dolara, tylko dziesięć, albo dwadzieścia. A za dolara jest coś niepozornego, co miejscowi wyciągają z kieszeni, albo pokazują zapraszając pod swój stragan. Inni z kolei potrafią krzyczeć: „ten pounds”, by zainteresowanemu klientowi wyjaśnić po chwili, że przecież nie chodziło o funty egipskie, tylko brytyjskie. Najsmutniejsze jest to, że tacy naganiacze wyświadczają niedźwiedzią przysługę tym, którzy faktycznie chcą coś sprzedać za dolara. Trafiliśmy kiedyś na takiego jednego, który sprzedawał piękne, kolorowe bransoletki z drewna drzewa sandałowego, krzycząc oczywiście: „one dolar”. Wszyscy go omijali szerokim łukiem do momentu gdy Abdul powiedział, że go zna i faktycznie jedna bransoletka kosztuje dolara. Chyba każdy z członków naszej grupy jakąś od niego kupił, a czasami nawet kilka. Majka kupiła trzy, chociaż wcale nie miała takiego zamiaru (bo przecież za dolara to wyjątkowa okazja), a potem żałowała, że nie kupiła jeszcze kilku więcej. Innym razem, na podobnej zasadzie, udało nam się kupić dziesięć malowanych na papirusie zakładek do książek. Wprawdzie ten papirus był wykonany z bananowca, ale jakie to w końcu miało znaczenie.

Najbardziej byliśmy przestrzegani przed przejażdżką na wielbłądzie. Oczywiście też za jednego dolara. Owszem, dając właścicielowi zwierzęcia dolara, można było przez kilka minut podziwiać okolicę z nieco innej wysokości. Tyle tylko, że zejście z wielbłąda kosztowało już dwadzieścia dolarów. Chyba, że ktoś miał czas do wieczora i dobrą kondycję.

Wielbłąd przy Wielkiej Piramidzie

Mimo ostrzeżeń też daliśmy się nabrać. Oczywiście nie na klasyczną formę, tylko na nieco przerobioną. Podszedł do Majki jeden Egipcjanin i włożył jej do ręki jakieś dwie szmatki. Po arabsku to się nazywało „szal”, a wyglądało jak biała, płócienna chusta z dekoracyjnym sznurem służącym do zamontowania całości na głowie. Majka chciała mu wszystko oddać, ale on upierał się, że to „gift” i nie przyjmuje zwrotów. No to skoro prezent, to zaczęliśmy iść w swoją stronę. Na to chłopak nas dogonił i powiedział, że pokaże jak to się zakłada na głowę i zrobi nam kilka zdjęć. Gdy zabrał Majce telefon, to już wiedziałem, że będzie nas to słono kosztować. Chcąc dać nam poczucie zwycięstwa, wyszedł od ceny 50 dolarów. Ostatecznie po burzliwych negocjacjach zdecydował się oddać telefon za 20 dolców, zostawiając oczywiście dwa „szale”... w końcu to był prezent. Zostało nam też kilkanaście całkiem udanych zdjęć. Najciekawsze było to, że mniej więcej po kwadransie znowu nas odnalazł i po raz drugi chciał nabrać na ten sam numer. Tym razem włożył Majce do ręki dwie piramidy. Na szczęście tego było za wiele i Majka zwyczajnie rzuciła w niego tymi piramidami, po czym wzięliśmy nogi za pas. Gonił nas jeszcze z kilkanaście metrów wciąż krzycząc, że to prezent, ale w końcu odpuścił.

Efekt pracy naciągacza


A to moje dzieło

Turyści

Jak zwykle nie mam o nich dobrego zdania. Śmiecą, krzyczą, awanturują się o byle co i są wszystkowiedzący. Oczywiście nie wszyscy.

Najgorsze są kobiety. Jednej takiej przeszkadzała toaleta w pociągu – że niby wspólna i brudna. Ale kto ją za przeproszeniem zasrał? Pan konduktor? Przecież cały wagon był przeznaczony tylko dla naszej grupy, a ona zapisując się na wycieczkę dobrze znała jej program.
Dla innej problemem było to, że musi jechać tyłem do kierunku jazdy. Rozumiem, że niektórym osobom to przeszkadza, ale przecież był to wagon sypialniany, więc jakie znaczenie ma to, po której stronie znajduje się pozostałość oparcia?
Kolejna zrobiła awanturę, że nie może wejść pod prysznic bo drzwi są za wąskie. Przyuważyłem ją gdy wchodziła do restauracyjnej toalety... bokiem, chociaż te drzwi z pewnością były pełnowymiarowe.
Jeszcze jedna artystka próbowała przemycić do muzeum aparat fotograficzny twierdząc, że to nie jest aparat, tylko takie coś małego co robi zdjęcia.
Mógłbym jeszcze długo opowiadać co jest najlepsze na kreta (zepsuty bigos), a co na zemstę faraona (setka wódki), czy też jak to instalacja pompy ciepła zwraca się w trzy miesiące.
Jednak nic nie przebiło dwójki turystów w restauracji. Na szczęście nie byli to Polacy.
Najpierw przy stole usiadł facet z talerzem na którym było przynajmniej siedem rozmaitych bułek i rogalików.

Ten to ma ale apetyt. – zagadnąłem do Majki.
Nie. To było dla niej, on przyniósł sobie dwa razy tyle. – dodałem po chwili.

Minutę później kursy zaczęła robić ona. Przynosiła sery, wędliny, pomidory, jajka, mięso, ryby. Chyba wszystko co było dostępne do zjedzenia. On tylko pakował to do wielkiej torby i plecaka, niektóre rzeczy razem z półmiskami. No i nie wytrzymałem. To Majka ma dylematy etyczne gdy chce zabrać jedno ciasteczko do południowej kawy, a on aż tak!

Po raz pierwszy w życiu zostałem konfidentem. Wychodząc porozmawiałem chwilę z szefem obsługi. Chyba jednak zgodzę się z Majką, że w stresie potrafię mówić po angielsku. Przynajmniej donosicielstwo wychodzi mi płynnie i bez zmrużenia oka. Ale miałem satysfakcję, gdy idąc na obiad zobaczyłem tę dwójkę siedzącą przy basenie z pustym plecakiem.

Tradycja

Wrócę jeszcze na chwilę do opowieści Abdula, kiedy to Majka w przeciwieństwie do mnie zawsze była w jego pobliżu i coś notowała. Ja często odłączałem się od grupy szukając czegoś ciekawego do sfotografowania.

Tutaj dopadł mnie strażnik

Pewnego dnia stałem sobie tak na uboczu, patrząc tępo i głupio przed siebie. Podszedł do mnie strażnik z giwerą i zaczął się uśmiechać. Pokazał mi jakąś postać na ścianie, którą natychmiast rozpoznałem. – To Ozyrys. – odpowiedziałem zadowolony z siebie. Pokazał mi na migi, że mam mu zrobić zdjęcie. No to zrobiłem myśląc: „niech się cieszy”. Po chwili wskazał na kobrę, którą też ochoczo sfotografowałem. I nagle usłyszałem: „one dolar”.

O nie. – pomyślałem.

Ty tutaj pracujesz na etacie.

Udałem się w kierunku mojej grupy, on za mną. Przyspieszyłem, on również. W końcu zacząłem biec. Odnalazłem Majkę z notatnikiem w ręce.

 – Co tu robisz? - zapytała.         

 – Uciekam przed policją, musisz mnie schronić.

Strażnik krążył wokół całej grupy wypatrując mojej osoby. Ostatecznie, chyba gdy opuściliśmy jego rewir, odpuścił. A przecież Abdul mówił, że nowa władza postawiła sobie za cel wyplenienie wszelkiej korupcji.

Odnoszę wrażenie, że nawet jeżeli Egipt dojdzie do dobrobytu i ludziom będzie się żyło dostatniej, to pewne przyzwyczajenia nadal pozostaną.
Jednym z przykładów potwierdzającym tę tezę jest ruch drogowy. Każdy jeździ jak chce. Nie ważne czy światło jest czerwone, albo droga jednokierunkowa. Nie ma też znaczenia, że jest już ciemno i przynajmniej wypadałoby włączyć w samochodzie światła pozycyjne. Jak pasażer chce wysiąść na trzypasmowej jezdni, to kierowca zwyczajnie się zatrzymuje. Niczym niezwykłym nie jest też matka idąca środkiem drogi szybkiego ruchu z trójką dzieci, albo przemykająca z wózkiem dziecięcym pomiędzy samochodami, dorożkami i tuk-tukami. Wszystko jest na zasadzie: „jak bóg da”. No i czasami daje, a czasami nie. Samochody nie przechodzą badań technicznych. Jak jedzie, znaczy, że jest sprawny. Każdy na każdego trąbi, a ciągły hałas jest jednym wielkim szyderstwem z ustawionych znaków zakazu używania sygnałów dźwiękowych. Do tego samochody mają często po kilka klaksonów. Nawet nasz autokar miał dwa. Jeden łagodny, a drugi świadczący o tym, że kierowca się zdenerwował. Ale są też klaksony powitalne, przepraszające, ostrzegające, a nawet pytające: „Co u brata?”.
Abdul mówił, że to się nazywa demokracja – trąbić można nawet na policję, która szybko usuwa się z drogi.

Oczywiście na chodzie

W Kairze nie istnieje żadne przedsiębiorstwo oczyszczania. Za to są dzielnice, których mieszkańcy zajmują się zbieraniem wszelkich odpadów. Zwożą śmieci z całego miasta, a następnie segregują je i oddają do fabryk zajmujących się ich przetwarzaniem. Śmieciarzem jest się z pokolenia na pokolenie i podobno jest to całkiem dochodowy biznes. Smród, muchy i szczury przeplatają się ze straganami na których sprzedaje się żywność. Nikomu to nie przeszkadza. Mieszkańcy nawet zamiatają ulicę przed domem, mimo że w mieszkaniu zalega sterta świeżo przywiezionych śmieci. Nikt tego nie chce zmienić i kilkukrotne próby zlikwidowania śmieciowych dzielnic kończyły się buntem mieszkańców.
Zresztą śmieci nie są nigdzie czymś, co by miejscowym przeszkadzało. Ludzie żyją z nimi w symbiozie, bo jak sami mówią: „są wyluzowani”. Pewnego dnia czekaliśmy na policję, która miała nas konwojować z Gizy do Kairu. Po godzinie oczekiwania, Abdul stwierdził: „olewamy ich” i pojechaliśmy sami. Ja jednak wcale tej godziny nie zmarnowałem. Obserwowałem pewną Egipcjankę, której zadaniem było sprzątnięcie chodnika wokół stacji kolejowej. Udało jej się pozamiatać może ze dwadzieścia metrów, przy czym początkowy fragment po godzinie nadawał się znowu do sprzątania. No bo pani tylko zamiatała... a wiatr wiał. Po 40 minutach zrobiła sobie przerwę na kawę. A wiatr dalej wiał. Rzeczywiście była wyluzowana.

W dzielnicy przetwarzającej śmieci


Egipcjanie dla turystów są całkiem mili, a targowanie się traktują jak sztukę. Niestety mało kto z Europejczyków jest w stanie stanąć z nimi w szranki. Chociaż Majka próbowała i nawet całkiem nieźle jej wychodziło. Chciała na przykład kupić podstawki pod szklanki. Mohamed (bo tak miał na imię sprzedawca) wyszedł od kwoty 10 dolarów za zestaw.

Najwyżej pięć. – powiedziała Majka.

Nie, nie. Ale może być osiem. – skwitował.
Osiem to za dwa. – kontynuowała Majka.

Mężczyzna uśmiał się z tego solennie, ale zaproponował 10 za dwa. No i dobili targu. Nigdy się nie dowiemy, czy przypadkiem nie udałoby się zejść do dwóch dolarów za komplet. Żeby nie kusić losu staraliśmy się omijać niektóre osoby, a ja na wszelki wypadek przestałem się odzywać – zwracając uwagę zwłaszcza na język polski, bo oni wszystko rozumieli. Pewnego pięknego dnia podszedł do Majki miły pan z zamiarem namówienia jej na masaż całego ciała. Zwróciła się do mnie z pytaniem:

Co o tym myślisz?

Rób jak chcesz. – odpowiedziałem.

Masażysta natychmiast się do mnie uśmiechnął stwierdzając: „Good Boss”. No i kolejne 30 dolców mieliśmy w plecy, chociaż masaż podobno był przyjemny i wykonany profesjonalnie. Z kolei pana od pamiątek na parterze omijaliśmy jadąc windą z restauracji w przyziemiu do naszego pokoju na pierwszym piętrze.

Abdul powiedział też, że Egipcjanie nigdy nie uważają dobrze dla siebie zakończonej transakcji jako wykorzystanie, czy wręcz naciągnięcie klienta. Każdego traktują z szacunkiem i są bardzo uprzejmi. Nie można tylko zrobić dwóch rzeczy – przystać na pierwszą zaproponowaną ofertę i odstąpić od transakcji po zakończeniu negocjacji i ustaleniu ceny.
Abdul wielokrotnie mówił do swoich znajomych sprzedawców: „Napiszcie ceny przy swoich towarach, a dobrze na tym wyjdziecie”. Nie słuchają.
A my turyści nawet nie wiemy, czy podana na wstępie cena ma cokolwiek wspólnego ze sprawiedliwą ceną transakcyjną. Majka zastanawiała się nad kupnem złotego łańcuszka. Gdzieś czytała, że podobno się opłaca, a 18 karatowe egipskie złoto jest naprawdę wysokiej jakości. Problemem jest to, że biżuteria nie jest oznaczona ani ceną, ani próbą, ani wagą. Właściwie można tylko uwierzyć na słowo, że jest to złoto. I nie dotyczy to tylko podrzędnych sklepików w ciemnej ulicy, ale również tych ekskluzywnych w hotelu, czy na lotnisku. Całkiem miły sprzedawca rozpoczął z Majką negocjację od kwoty 250 dolarów. Łańcuszek był całkiem ładny i na oko ważył około 1 grama. Nawet przy zejściu z ceną w okolice 100 dolarów byłoby to drożej niż w Polsce.

Może nie powinienem o tym pisać, ale jest to coś, co jak najbardziej nadaje się do rozdziału zatytułowanego „Tradycja”. Wbrew istniejącemu prawu, obrzezanie dziewczynek nadal jest praktykowane i dotyczy nawet powyżej 90% z nich. Nie ma znaczenia status społeczny, poziom wykształcenia, czy poziom dobrobytu rodziców. Dzieje się tak pomimo tego, że 72% kobiet i 79% mężczyzn jest temu przeciwnych. O co więc chodzi? O tradycję?

Nawet bardziej fundamentalną postawę prezentują kobiety, które przecież w dzieciństwie też przeszły obrzezanie. Za to często się zdarza, że ojcowie próbują chronić swoje córki przed żonami, stawiając na ostrzu noża nawet swoje małżeństwo.
Ale o tym wszystkim się nie mówi i nie wypada nikogo pytać.

Zadaliśmy Abdulowi pytanie, dlaczego we wszystkich hotelach pracują niemal sami mężczyźni? Czy kobietom utrudnia się pracę zawodową?

Odpowiedź była banalnie prosta. Obsługa hotelowa mieszka na miejscu i po tygodniu lub dziesięciu dniach pracy ma 2-3 dni wolnego. Dla kobiet mających dzieci, jest to nie do zaakceptowania.
Tradycyjna rodzina opiera się nadal na przekonaniu, że o jej utrzymanie musi zadbać mężczyzna. Nawet jeżeli kobieta pracuje i ma swoją pensję, to może z nią zrobić cokolwiek zechce.

Polityka i gospodarka

Największymi wrogami Egiptu jest Izrael, Turcja i Stany Zjednoczone. Za to przyjaciółmi – Rosja, która właśnie buduje w Egipcie elektrownię atomową. Animozje między Egipcjanami a Anglikami i Francuzami chyba poszły w zapomnienie, chociaż akurat dla Abdula wciąż są żywe. Doskonale pamięta opowieści rodziców związane z wojną między Egiptem, a Anglią i Francją, do której oczywiście włączył się Izrael. Wszystko poszło o tamę w Asuanie. Anglicy wycofali się z gwarancji udzielenia kredytu z Banku Światowego, co spowodowało, że upragniona tama zapewniająca bezpieczeństwo energetyczne i hydrologiczne miała nie zostać ukończona. W odpowiedzi na to, ówczesny prezydent Egiptu zerwał 99 letnią umowę dzierżawy Kanału Sueskiego. Podobno tylko dzięki współpracy Rosji (wtedy jeszcze Związku Radzieckiego) i Stanów Zjednoczonych, konflikt udało się zażegnać w ciągu trzech miesięcy. Zwycięzcą okazał się Egipt. Czy tak faktycznie było? Nie mam pojęcia. Tak mówił Abdul.

Obecnie kolejna wojna wisi na włosku. Etiopia właśnie kończy budowę swojej tamy na Nilu. Nie byłoby w tym nic niezwykłego, gdyby nie to, że od lipca przyszłego roku Etiopczycy chcą rozpocząć jej napełnianie, odcinając Sudan i Egipt od kropli wody. Dla tych krajów jest to wyrok śmierci. Negocjacje póki co nie przynoszą żadnego skutku. Abdul mówił, że Egipt nie będzie miał wyjścia. Wystarczą 3-4 samoloty i tama przestanie istnieć. Rozpocznie się wojna, w którą nie wiadomo kto się wmiesza... na pewno Izrael.

Jezioro Nasera - sztuczny zbiornik widziany z zapory w Asuanie

Egipcjanie są narodem, przez który przetoczyło się wielu najeźdźców, miały też miejsce migracje z rejonów Sahary i Afryki Środkowej. Wszyscy mieszali się ze sobą, powodując pewnie dość znaczne różnice w kodzie genetycznym obecnego Egipcjanina i tego starożytnego. Gdy patrzyłem na zamieszkujących tam ludzi, to nawet trudno było mi stwierdzić, czy Egipcjanie należą do rasy białej, czy czarnej. Jedni są mniej czarni, inni bardziej. Niektórzy są prawie biali. Abdul chyba rzeczywiście wierzy, że jest potomkiem boga Min w czystej linii. Ale czy starożytni Egipcjanie byli biali? Chyba tak.
Po tygodniu wystawiania się na słońce, moja skóra była prawie tak czarna jak Abdula, albo jak kto woli – jego tak biała jak moja. Byłem zaczepiany na ulicy w języku arabskim, a gdy spoglądałem w lustro, to widziałem szejka, które to słowo wbrew pozorom oznacza starego araba. Mieszkańcy Egiptu gdy mają ochotę na seks, a są w towarzystwie dzieci, to zapraszają się na cappuccino. Chodzi o to, że będąc splecionymi w miłosnym uścisku przypominają kawę z mlekiem. Kobiety są białe, a mężczyźni czarni. Wynika to z faktu, że mężczyźni chodzący w promieniach słońca zwyczajnie się opalają, a kobiety najwyżej twarz i dłonie. Nie wiem ile jest w tym prawdy, bo nie widziałem ani gołej Egipcjanki, ani nawet gołego Abdula.
Obecny prezydent Egiptu ma bardzo ambitne plany. Właśnie trwa budowa piętnastu miast, z których każde będzie miało dodany przedrostek „Nowy”. Już za dwa miesiące ma być oddany do użytku Nowy Kair. Będzie też Nowy Luksor, Nowy Asuan i dwanaście kolejnych „nowych”. Budowa jednego miasta trwa dwa lata, a prace są prowadzone przez 24 godziny na dobę. Mój podziw dla tego przedsięwzięcia trochę mąci pytanie: „Z czego to jest finansowane?”. No i: „Kto tam zamieszka, bo będą to miasta dla wybranych?”, „W co przekształcą się obecne wielkie aglomeracje?”.
W niepewności utwierdzają mnie też niezbyt udane historyczne interesy Egipcjan. Dawno temu, niejaki Muhammad Ali (nie ten pięściarz tylko kedyw Egiptu) przehandlował bezcenny obelisk za drewniany zegar, który tylko szpeci otoczenie, bo zupełnie nie pasuje do wybudowanego przez Alego meczetu. Do tego zegar nie działał już w chwili przywiezienia go do Kairu, a potem przez kolejnych prawie dwieście lat.


Zegar od Francuzów
Obelisk...





i jego zbliżenie
























Egipcjan chyba trochę prześladuje ich trudna historia. We wszystkim chcą być najlepsi. Jak już nie na świecie, to chociaż w Afryce. Mają największą ilość meczetów, najdłuższy most, największy zamieszkały cmentarz zwany miastem umarłych, największą zaporę i tak dalej. Z tą tamą Abdul trochę przesadził, bo przecież Zapora Trzech Przełomów na rzece Jangcy jest większa. Chociaż pewnie padłby jakiś kontrargument, byłoby jakieś „ale”... może, że była największa do końca ubiegłego stulecia, albo że chodzi o głębokość sztucznego zbiornika, jego powierzchnię lub jeszcze coś innego. Egipt ma też najbrzydsze miasto świata, którym jest Kair i odniosłem wrażenie, że też jest to powód do dumy. Egipcjanie przypisują sobie również wymyślenie kebaba, chałwy, fety i paru innych rzeczy, które dotychczas kojarzyły mi się z innymi krajami. Za to nowością dla mnie były gołąbki (takie latające) faszerowane pszenicą. Majka się nimi zażerała, a moje kubki smakowe mówiły mi, że to zwyczajny kurczak tylko trochę mniejszy.
Za to egipska armia jest na dziewiątym miejscu, co przy potęgach światowych też jest nie lada wyczynem. Oglądając świat z okien autokaru, miałem wrażenie jakbym był korespondentem wojennym. Wszędzie pełno wojska, kontrole na drogach. Na lotnisku wszyscy zostali dokładnie obmacani i trzeba było zdjąć buty. Nie było jak czasami na innych lotniskach, że coś zapikało na bramce, a ochroniarz powiedział: „dobrze już idź”. Dla bezpieczeństwa turystów autokary były zbierane po kilka, kilkanaście w konwój i tak eskortowane przez wojsko lub policję między większymi miastami. Za każdym razem w naszym autokarze był obecny ochroniarz. Nie jestem tylko pewny, czy chronił nas przed kimś z zewnątrz, czy może swój kraj przed nami. Chyba jednak był dla naszego bezpieczeństwa, bo gdy wychodziliśmy zwiedzać, to wciąż łaził za nami z długą bronią pod marynarką. Problem miał tylko wtedy, gdy Abdul ogłaszał czas wolny i wszyscy rozchodzili się na cztery strony świata. Nie wiedząc kogo w tym momencie ma pilnować, robił sobie selfie na tle ruin.

Mój ochroniarz

Gdybym miał podać chociaż jeden ważny dział gospodarki poza turystyką i budownictwem, to miałbym ogromny problem. Abdul o niczym nie wspominał. Raz tylko coś przebąknął o przemyśle motoryzacyjnym, ale to chyba nie było nic „naj”, bo w kraju przeważają głównie toyoty i volkswageny, niektóre nawet z pięćdziesięcioletnią historią. Tutejsi nazywają je ramzesami, a służą do przewożenia miejscowej ludności. Transport miejski chociaż jest tani, nie jest zbyt popularny. Egipcjanie rzadko kupują nowe auto, gdyż na każde jest nakładany 150% podatek od wartości samochodu. Do tego wszystko co tam jeździ jest tak poobijane, że strach wyjechać czymś nowym. Tylko autokary jeżdżą nieuszkodzone. Być może mają przewagę na drodze na zasadzie prawa znanego z innych krajów afrykańskich, że większy zawsze ma pierwszeństwo.

Całe dotychczasowe życie Egiptu skupia się wokół Doliny Nilu. Wykorzystany jest już prawie każdy skrawek ziemi nadającej się do zabudowy i pod uprawy. Powstał więc projekt zazielenienia pustyni i stworzenia wielkich oaz sztucznie nawadnianych. Czy ambicje nie przerosną architekta?

Zobaczymy. Kibicuję temu narodowi. Na razie z wycieczki mam kilka pamiątek, wiele zdjęć i chęć śledzenia dalszych losów ojczyzny faraonów. W wolnym czasie spróbuję skonfrontować opowieści Abdula z informacjami dostępnymi w naszym kraju.

A póki co, dorzucę jeszcze kilka zdjęć.

O nowych bliźniakach będzie wkrótce, bo prawie mam napisane. Chciałem opublikować tekst przed wyjazdem, ale nie wyszło. Teraz dodam tylko parę zdań o tym, co się zmieniło po naszym powrocie i mam gotowy wpis.


Luksor nocą


Abu Simbel


Ni kot, ni wydra, ale robi wrażenie









































































Piramidy w Gizie

Piramida schodkowa faraona Dżesera

Stróż świątynny

Fatamorgana

Jedna z wielu

Dwie z wielu