wtorek, 27 kwietnia 2021

ROMULUS i REMUS 10

Na wstępie wytłumaczę dlaczego akurat dzisiaj chciałem napisać ostatni rozdział historii Bliźniaków. Rzeczywiście jest tak jak zasugerowała Agata, i pewnie inne osoby miały podobne zdanie. Chodzi o postanowienie sądu o przysposobienie dzieci.

Minęło już kilka miesięcy od uprawomocnienia się decyzji sądu apelacyjnego, który rozpatrywał zasadność odebrania władzy rodzicielskiej mamie i tacie chłopców. Właściwie tylko mamie, bo tata nie zauważył, że jego prawa rodzicielskie przeminęły z wiatrem już na etapie sądu pierwszej instancji.

Minęło kilka tygodni od momentu gdy Romulus i Remus poznali swoich nowych rodziców.
Minęło kilkanaście dni, od bardzo ważnego punktu w życiu chłopców... powierzenia pieczy nowym rodzicom, co przełożyło się na zamieszkanie w nowym domu.
Spodziewaliśmy się, że sprawa o adopcję będzie może w listopadzie. Trzy, cztery miesiące – to u nas średni czas, w którym dzieci mieszkają z rodziną adopcyjną nie mając żadnej pewności, że już nic więcej się nie wydarzy. W zasadzie to rodzice nie mają pewności, że nic więcej się nie wydarzy. A dokładniej... często nie mają świadomości, że rodzice biologiczni jeszcze mogą namieszać... choćby składając wniosek o przywrócenie władzy rodzicielskiej. Dodając do tego okres wakacyjny i czasy pandemii, to wyszedł nam listopad.

Majka wiedziała, że nie wytrzymam do listopada. Wiedziała, że będą pojawiać się pytania „co u bliźniaków?”. Opisywałem chłopców przez trzy lata, więc nie mogę nagle powiedzieć „koniec” bez jakiegokolwiek słowa wyjaśnienia. Bo przecież właśnie ten koniec jest najważniejszy.

Nieoczekiwane wyznaczenie przez sąd terminu rozprawy sprawiło, że Majka poprosiła mnie, abym do tego czasu wstrzymał się z pisaniem czegokolwiek.

Nie wiem dlaczego, ale Majka podejrzewa, że mama biologiczna chłopców może zaglądać na tego bloga. Właściwie to wiem na czym opiera swoje przypuszczenia, ale mimo wszystko wydaje mi się to mało prawdopodobne. Chociaż gdyby tak było, to ja na miejscu mamy też bym się do niczego nie przyznawał. Mimo szeregu jej wad, które tutaj opisywałem, nie mogę powiedzieć, że jest mało inteligentna. A nawet mógłbym się pokusić o stwierdzenie, że w pewien sposób ją lubię, a nawet rozumiem niektóre jej zachowania, czy postępowanie. Dostęp do opisywanych przeze mnie zdarzeń dawałby jej pewnego rodzaju możliwość współuczestniczenia w dalszej historii jej dzieci. Pewnie jeszcze nieraz będę wspominał chłopców, chociaż już nie w tak szczegółowych opisach jak dotychczas.

Majka obawiała się, że tym wpisem mógłbym ponownie zwrócić uwagę mamy na możliwość wnioskowania o przywrócenie władzy rodzicielskiej. Mogłoby odżyć coś, co zostało już zapomniane, uśpione... coś co już raz było uznane za nierealne, niemożliwe, pozbawione jakiegokolwiek sensu. Chociaż tak działają rodzice. Muszą wykorzystać wszystkie dostępne możliwości, aby nikt im nie zarzucił, że odpuścili swoje dzieci. Aby mogli spojrzeć na siebie w lustrze przy porannej toalecie. Mimo że do wielu rodziców naszych dzieci mówię w myślach „pozwól odejść swojemu dziecku”, to sam nie wiem jak bym się zachował na ich miejscu.

Czytając tego bloga, mama Bliźniaków może się dowiedzieć wielu rzeczy, o których przeciętny rodzic pozbawiony władzy rodzicielskiej nie ma zielonego pojęcia.

Może się dowiedzieć, że nowi rodzice Romulusa i Remusa mają na imię Jaś i Małgosia. Długo zastanawialiśmy się, jak mamy ich przedstawić chłopcom. Jak o nich mówić na samym początku. Mama i tata? Z pewnością nie. To może „Państwo”, albo „oni”?
W tej kwestii wyręczył nas tata, który tuż po wejściu podał rękę Romulusowi i powiedział „cześć, jestem Jasiu”.
Przez kilka dni chłopcy mówili do (i o) nowych rodziców wyłącznie posługując się ich imionami. Przez prawie miesiąc, rodzice nie mieli pojęcia, że mama biologiczna chłopców może jeszcze złożyć wniosek do sądu o przywrócenie praw rodzicielskich. A to mogłoby wstrzymać proces adopcji nawet na wiele miesięcy.
Teraz nic już nie ma znaczenia. Sąd, do którego mama mogłaby złożyć swój wniosek, zawsze ma czas. Zanim pani sekretarka przedłoży pismo sędzinie, mijają dni... a nawet tygodnie. Potem pani sędzina musiałaby coś napisać do naszego sądu – kolejne... tygodnie.
Za siedem dni chłopcy prawomocną decyzją sądu będą już przynależeć do nowej rodziny... przynajmniej na papierze. Dostaną nowe nazwisko, nowe numery Pesel. Stare będą tylko imiona... Romulus i Remus. No i daty urodzenia. Remus już na zawsze będzie o jeden dzień starszy... chociaż naprawdę chodzi tylko o kilka minut.

Opis procesu adopcyjnego rozpocznę od rodziców biologicznych.

Majka obiecała kiedyś mamie, że powie jej, kiedy będzie to ostatnie spotkanie z chłopcami. Może były to słowa rzucone bez przemyślenia, a może w jakiś sposób wymuszone.

Jednak ten dzień w końcu miał nastąpić. Obawialiśmy się reakcji rodziców. Obawialiśmy się reakcji chłopców. Mama zawsze była bardzo emocjonalna. Nie chcieliśmy, aby dzieci zapamiętały ten dzień jako jeden z najgorszych w swoim życiu... dzień rozstania z kochającą je mamą, której nie dano kolejnej szansy - czwartej. Zresztą wszyscy nam radzili, aby powiedzieć mamie, że ten ostatni dzień już był... tydzień wcześniej.
Jednak Majka postanowiła spotkać się ten ostatni raz z rodzicami, chociaż już bez dzieci. Uznała, że będzie to bardziej uczciwe, niż powiedzenie kilku słów przez telefon. Wsparła ją w tej decyzji Marlenka, która była dla chłopców trzecią najważniejszą osobą. Zaraz po mnie... a może nawet przede mną.
Marlenka pojechała na to spotkanie razem z Majką. Na wszelki wypadek dziewczyny wybrały się starym, zdezelowanym samochodem Majki... w myśl zasady, że lepiej dmuchać na zimne. Wszystko trwało może z dziesięć minut. Mama rzuciła paroma „kurwami”, stwierdziła że wszyscy jesteśmy popierdoleni, i za to co jej zrobiliśmy powinna przyjść i powiesić się na naszym płocie... no i sobie poszła. Wieczorem zadzwoniła do Majki, przeprosiła za swoje zachowanie. Była to długa, spokojna rozmowa... do dzisiaj ostatnia.
Za to tata... Ten to dopiero jest model. Niby ostatnie spotkanie zniósł dużo lepiej. Jednak jakby po trzech latach obudził się z jakiegoś letargu. Nie rozumiał dlaczego odebrano mu dzieci. Nie wiedział, że nie odwołał się od decyzji sądu, która w jego przypadku uprawomocniła się już na etapie sądu rejonowego (czyli ponad rok wcześniej). Twierdził, że będzie walczył o chłopców, że ma dużą i bogatą rodzinę, która natychmiast weźmie dzieci w pieczę zastępczą, że został wprowadzony w błąd przez kuratora (który tylko jątrzył a on ma na to dowody), że... może nawet ożenić się z porządną kobietą.
No to sobie pogadał... też po raz ostatni.

Jest jeszcze babcia, która dla chłopców zawsze była ważną osobą... zwłaszcza dla Romulusa.

W tym momencie (na koniec sagi o bliźniakach) spróbuję usystematyzować pewne pojęcia, o ile można tak powiedzieć o naszych chłopcach. Czasami niektórzy mnie pytają: „ty wiesz, który to jest Remus, a który Romulus, bo ja się gubię?”. Ja zdecydowanie wiem, chociaż nawet Majka często nie odróżnia ich blogowych awatarów. Nie wiem dlaczego tak jest, bo przecież gdy w realnym życiu na jednego mówi Flip, a na drugiego Flap... to jakoś nie miewa problemów.

Romulus to ten młodszy o trzy minuty, wyższy o trzy czwarte głowy, bardziej uzdolniony matematycznie i fizycznie, większy rozrabiaka (...bardzo duży rozrabiaka), bardziej przytulaśny, mniej pewny siebie.
Remus z kolei jest bardziej elokwentny. Ma naturę literata, poety, polityka. Potrafi być duszą towarzystwa, umiejętnie rozgrywając rozmaite partie w celu uzyskania takich czy innych korzyści. Trzyma emocje na krótkiej lince. Jest bardziej asertywny. Taki filigranowy Apollo, chociaż w mojej ocenie bardziej Narcyz przekonany o swojej niezwykłości.
Nie chciałbym tutaj gdybać na temat stylu przywiązania obu chłopców. Nie jestem psychologiem i nie czuję się na siłach, aby wysnuć jakąś hipotezę. Jednak możliwe jest, że chłopcy, mimo że są bliźniakami, cechuje odmienny typ więzi. Jest też prawdopodobne to, że przez ostatnie trzy lata niewiele mogliśmy w tej kwestii zrobić, albo że niechcący jeszcze bardziej zamieszaliśmy. Wszystko jest możliwe.

Wspomniana powyżej babcia, jeszcze kilka lat temu prawie nie znała Remusa. Widywała tylko Romulusa, który zdaniem rodziców był krnąbrny i musieli raz na jakiś czas od niego odpocząć. Remus był ich grzecznym, spokojnym synkiem... nie musiał emigrować do babci. I właśnie te pierwsze dwa lata życia Bliźniaków mogą być kluczowe dla dalszego ich rozwoju... rozwoju osobowości. Romulus przez długi czas (po przyjściu do naszej rodziny) czuł się tym gorszym z braci. Remus zaskarbiał sobie uznanie wielu osób popisywaniem się. Może to i fajnie, gdy pięćdziesięciocentymetrowy człowieczek o urodzie boskiego Alvaro wypowiada się pełnymi zdaniami, i do tego gada z sensem. Mnie przestawało to bawić, gdy zaczynał robić z siebie pajaca - więc mówiłem mu o tym wprost. Czy to rozumiał? Myślę, że tak. Może właśnie dlatego dużo rzadziej niż Romulus przychodził się do mnie przytulać. Ja starałem się upewniać Romulusa w wierze, że jest równie dobry. Czasami może coś mu nie wychodziło, ale były dyscypliny, w których przewyższał starszego (o te trzy minuty) brata. Był uparty, niesforny, ale jednocześnie przetłumaczalny. Remus z kolei potrafił zawalczyć o swoją autonomię choćby rzuceniem się na podłogę. W tym momencie zawsze musiała wkroczyć Majka... ze mną chłopiec nigdy nie chciał pogadać. Bywało jednak, że cioci nie było pod ręką. Bywało, że nie mogłem pozwolić mu poleżeć na tej podłodze, bo na przykład inne dzieci już wybiegły z przedszkola. No tak... pięć lat to dla takiego dziecka szmat czasu, tysiące rozmaitych doświadczeń, setki drobnych epizodów, o których rodzice adopcyjni często nie mają pojęcia.

Wrócę jeszcze na chwilę do babci Bliźniaków. Nawet teraz czasami dzwoni do Majki. Bardzo kibicuje chłopcom w ich nowej drodze życia i rozumie, że nie wszystko możemy jej powiedzieć. Rozumie, że rodzice adopcyjni nie chcą z nią utrzymywać żadnego kontaktu, bojąc się utraty swojej anonimowości. Remus idąc na plac zabaw obwieszcza wszem i wobec, że ma nowych rodziców i mieszka w Poziomkowie na Nektarowej 22. Co by było gdyby pojechał odwiedzić swoją babcię i przypadkowo spotkał mamę albo tatę? Co by było gdyby babcia nieopatrznie coś chlapnęła na temat nowego miejsca zamieszkania? Teraz wszystko się posypało, bo dzieci (czyli rodzice bliźniaków) przestali odwiedzać swoją mamę. Ale to może się zmienić.

Szkoda mi babci... fajna była. Nawet przesłała nam kilka zdjęć z czasu gdy dzieci jeszcze z nami nie mieszkały. Majka zastanawia się, czy wrzucić je do pudełka wspomnień, czy tylko dać rodzicom adopcyjnym, aby gdy zechcą zrobili z nich użytek w jakimś czasie. Ja zdecydowanie jestem za pierwszą opcją. Chłopcy są już duzi... grajmy więc w otwarte karty.

Czas przejść do konkretów... do opisania prawie dwumiesięcznego procesu poznawania nowej rodziny.

Będę się starał tylko go opisać, chociaż pewnie zupełnie bez emocji się nie da... nie studiowałem dziennikarstwa.

Niedawno jedna z osób, która poznała rodziców adopcyjnych (dobrze... to była moja szwagierka) powiedziała, że źle ich oceniam, bo to są przemili i bardzo ciepli ludzie.
Trochę mnie to zastanowiło, bo przecież zupełnie się z nią zgadzam. Właśnie na takich rodziców czekaliśmy. Empatycznych, z dużą wiedzą na temat rodzicielstwa, chętnych do współpracy... i do tego przesympatycznych.
Z takim nastawieniem proszę czytać kolejne zdania. Opiszę być może najtrudniejszy okres w życiu Bliźniaków i zdecydowanie najtrudniejszy w życiu ich rodziców adopcyjnych. Jeden z trudniejszych w moim życiu.

Jak zawsze, wszystko rozpoczęło się od przyjścia pani Agnieszki – psycholożki z ośrodka adopcyjnego. Powiedzieliśmy chłopcom, że odwiedzi nas nasza dobra znajoma... wpadnie na kawę. Nie pierwsza, nie ostatnia. Jak to możliwe, że Romulus z Remusem zorientowali się, że zupełnie nie chodzi o pogawędkę przy kawie?

Chłopcy szóstym zmysłem wyczuli, że zaczyna dziać się coś niezwykłego. Nigdy dotychczas nie reagowali na żadną osobę chowaniem się pod fotele. Nigdy nie byli tak skupieni na każdym wypowiadanym słowie. Nigdy nie zbuntowali się na naszą prośbę, aby poszli pobawić się do swojego pokoju. Po odejściu pani psycholog zapytali, czy jeszcze pójdą w odwiedziny do cioci Marlenki. Nie tak jak zawsze „kiedy”... ale „czy”. Nie byli sobą. W końcu padło pytanie: „czy to była ta pani, która szuka dla nas najlepszej mamy i taty?”.

Długo nie szukała. Niech będzie, że akurat „oni” byli pierwsi na liście kolejkowej naszego ośrodka adopcyjnego. Nie dopytywałem, bo co mnie to obchodzi. Dla mnie ważne było to, że rodzice mieszkają blisko nas. Gdybym ja miał do nich dojechać samochodem, to potrzebowałbym zaledwie dwudziestu minut. Majka ma cięższą nogę – jej wystarcza siedem. Rodzice w tym rankingu są gdzieś pośrodku.

Pierwsze spotkanie z rodzicami w obecności pani Agnieszki też wymykało się wszelkim regułom, które dotychczas znaliśmy. Wcale nie mam na myśli tylko siebie i Majki. Zdziwiona była też psycholożka. Chłopcy jakby czekali na przyjście nowych rodziców. Byli niesamowicie otwarci. Opowiadali różne historie, zadawali zagadki, przytulali się do rodziców adopcyjnych... głównie do Jasia. Wchodzili mu na barana, pokazywali jakie potrafią robić przewroty. Poprosili, aby przeczytał im bajkę... tak przy wszystkich. Dał radę.

Małgosia była jakby nieco z boku. Drugiego dnia Romulus powiedział do Jasia „tatuś”. Byliśmy w szoku, bo wydawało nam się, że chłopiec nie zna tego słowa. Gdyby powiedział „tata”, to jakoś można by to wytłumaczyć. Ale tatuś? Tym bardziej, że do Małgosi zaczął mówić „ciociu”. Czwartego dnia, gdy rodzice stanęli w progu, Romulus natychmiast rzucił się w ich kierunku. Ominął stojącą na początku Małgosię i przytulił się do Jasia. Dziewczyna skwitowała to krótko „idź sobie do tego swojego Jasia”. Zostało to jednak wypowiedziane z dużym luzem, uśmiechem na ustach, i chyba nie tylko dlatego, że chociaż Remus przestrzegał właściwych norm zachowania.

Rodzice spotykali się z Bliźniakami codziennie... prawie codziennie. Robiliśmy sobie raz w tygodniu dzień wolny. Myślę, że każdemu był on potrzebny. Małgosia mówiła, że wszystko dzieje się szybko. Zbyt szybko, bo przecież niełatwo zostaje się matką w ciągu siedmiu dni.

Dla mnie też to było za szybko, zbyt intensywnie. Bliźniaki jakby w jednej chwili wyprowadzili się mentalnie z naszego domu. Chociaż może było to bardziej życie w dwóch różnych światach, pomiędzy którymi przełączali się jakimś magicznym przyciskiem.

Nie było łatwo. Majka mówiła do mnie „postaraj się”, a ja do niej „nie mów do niego Romulusku, skoro zawsze był Romulusem”. Nie chciałem się starać. Nie chciałem być inny niż byłem przez minione trzy lata. Dzień w dzień, tuż przed spotkaniem z rodzicami, robiłem chłopcom odprawę. Jednym tchem wymieniali, czego nie robimy w domu. Nie biegamy, nie bawimy się w chowanego, w berka, nie rzucamy zabawkami, nie krzyczymy bez sensu i... nie robimy siku na stojąco. A potem słyszałem zza ściany „raz, dwa, trzy... dwadzieścia jeden - szukam!”. Remus tłumaczył, że siusiak mu się skleja więc leci na ścianę, sufit, albo wyłącza korki sikając na przedłużacz do suszarki.

Nie wiem dlaczego Majka się mnie czepiała. Przecież dawałem radę, gdy w środku nocy nieopatrznie siadałem na zasikaną klapę w toalecie, albo wybierałem potłuczone bombki choinkowe z trzeciej półki w szafie.

Musiałem przejąć rolę złego policjanta, gdyż chłopcy testowali nas wszystkich niemiłosiernie. Starałem się być dyskretny i tylko gdzieś na boku mówiłem po cichu „Romulus nie przeginaj”, „Remus, pamiętaj jakie były ustalenia”. Ale mimo wszystko mam wrażenie, że rodzice odbierali mnie jako wrednego opiekuna, dla którego liczy się tylko dyscyplina i nic więcej.

Po kilku dniach, zespół w składzie: rodzice, pani Agnieszka i my, podjął decyzję, że trzeba wreszcie chłopcom powiedzieć jak się sprawy mają i zapytać ich o zdanie. Odnoszę wrażenie, że nie do końca doceniliśmy ich intelekt, i to oni bardziej bawili się z nami w kotka i myszkę. Postanowiliśmy wykorzystać do tego zapoznanie się z nowym domem. Remus sprawy nie ułatwiał, stwierdzając w progu „taki ten ogród malutki?” Rodzice nie wiedzieli jak mają rozpocząć rozmowę. Pytanie „czy chcielibyście tutaj przyjeżdżać?” wydało się jakieś takie małostkowe, zupełnie nie pasujące do nagromadzonych emocji unoszących się pod sam sufit. Tym bardziej, że Remus powiedział krótko - „nie!”. Tak więc Majka sięgnęła do korzeni. Może nie do „mamy matki”, ale do naszych rozmów z chłopcami, kiedy mówiliśmy im, że pewna pani szuka dla nich najlepszych rodziców. I tą panią jest właśnie psycholożka Agnieszka, a tymi najlepszymi rodzicami, którzy zawsze marzyli o dwóch małych chłopcach, jest Jaś i Małgosia.

Remus stwierdził „to ja jeszcze pomyślę”. Romulus na to „to ja powiem w piątek”. Na co znowu Remus „a ja w grudniu popołudniu”. Jasiu wrócił do drugiego dnia znajomości, gdy Romulus powiedział do niego „tatuś”. Wytłumaczył jak bardzo był wówczas zaskoczony. Szepnęli sobie coś do ucha, czego kwintesencją było „tak” chłopca. Remus skomentował to w swoim stylu „ja się jeszcze zastanowię”.
Ciekawy jestem ile z tej pierwszej wizyty pamiętają rodzice. Chłopcy zachowywali się jak dwie małpki wypuszczone z klatki. Dotykali ścian, głaskali wazony. Zaglądali do wszystkich szafek. W którymś momencie Jasiu powiedział „tutaj mamy...”. „Kurki z wodą” - dokończył Romulus. Nie wiem dlaczego Janek chciał pokazać Majce ujęcie wody, ale jak widać wrażenia na niej nie zrobił. Myślę, że była to dla niego dobra lekcja asertywności.

Rozmowy z rodzicami prowadziła Majka. Często były to wspólnie spędzane godziny już po po kąpieli, przeczytaniu bajek i utuleniu chłopców do snu. Ja byłem monotonny, bo jeżeli już doszedłem do głosu i mogłem wyrazić swoje zdanie, to brzmiało to mniej więcej: „oni na co dzień są zupełnie inni”. W domyśle – bardziej normalni.

I tak właśnie było. Chłopcy zaczynali szaleć w momencie, gdy w drzwiach pojawiał się Jaś z Małgosią. Dopadali do Jasia, wchodzili na niego, chwytali go za nogawki... nie mógł zrobić choćby pięciu kroków, aby dojść do toalety.
Jednego dnia rodzice powiedzieli, że nie chcą pójść z chłopcami do ich pokoju na piętrze, bo tam zupełnie nad nimi nie panują. Bliźniaki biegają, skaczą, wszystko demolują... a rodzice siedzą, i pewnie myślą „o co w tym wszystkim chodzi”. Pokój dzienny był bezpieczniejszy. Obecność Majki i innych dzieci w jakiś sposób sprowadzała chłopców do... normalności. Był to czas, kiedy obawiałem się, że rodzice powiedzą „nie”. Bo przecież nawet ja nie poznawałem dzieci, z którymi spędziłem trzy ostatnie lata.

Ale chłopcy wcale nie chcieli normalności. Nie potrafili się wykąpać, wytrzeć ręcznikiem, założyć piżamy, przykryć kołdrą. Właściwie to niczego już nie potrafili – nawet założyć butów i zapiąć guzika. Wieczorne pożegnania trwały, trwały, i... trwały. Jasiu czasami kilka razy schodził po kubek z wodą, bo chłopcy byli spragnieni. Siedziałem ze zwieszoną głową i mówiłem do Majki „powiedz im, że chłopcom wcale nie chce się pić i za chwilę zsikają się do łóżka”. A niech sikają – odpowiadała. No i sikali.

Myślałem, że wieczory będą wyglądały zupełnie inaczej. Że będzie to czytanie bajek, śpiewanie kołysanek i trzymanie się za ręce. To też było, chociaż czasami zastanawiałem się, kiedy o dwudziestej pierwszej usłyszę: „raz, dwa... dwadzieścia jeden”.
Gdy jakiś czas temu napisałem krótko, że cztery dorosłe osoby w różny sposób postrzegają to co się dzieje, to Majka zareagowała na to podobnie jak jej siostra - „źle to oceniasz”. A przecież ja niczego nie oceniałem, a jeżeli już, to rozumiałem, że to co się działo, miało się prawo dziać.
Pewnego wieczora Janek zszedł z sypialni dzieci. Przyszedł porozmawiać, bo nie mógł już wytrzymać ciągłego „łażenia” chłopców po nim w czasie, gdy mieli szykować się do snu. Umówił się z nimi, że wróci gdy się uspokoją. I tak zrobił... wrócił po kilku (może kilkunastu minutach). Wszystko zaczęło się od początku.
Godzinę później, gdy rodzice już wyjechali, Jasiu zadzwonił przepraszając za zaistniałą sytuację, za to że emocje zwyciężyły nad rozumem, że to się nie powinno zdarzyć... i tak dalej. Ale to się miało prawo zdarzyć. Majka rozumiała Małgosię i jej podążanie za potrzebami chłopców, a ja rozumiałem Jasia. Najciekawsze jest to, że tego feralnego wieczora poszedłem do pokoju bliźniaków i zapytałem „o co wam chodzi?”. Odpowiedzią było „chcemy się przytulić”. Przytuliliśmy się, pożegnaliśmy zwyczajowo i zasnęli niemal natychmiast.
Chociaż może to właśnie ten brak normalności w jakiś sposób im ciążył. Jednego dnia (gdy rodzice już wyszli) zawołał mnie Remus. Nie chciał ani buziaka, ani przybicia piątki, ani przytulaska. Popatrzył na swoje łóżeczko i powiedział „wujku... co tu tyle pluszaków, takiego burdelu to ja tu jeszcze nie miałem”.

Chłopcy przez kilka tygodni żyli w dwóch rodzinach jednocześnie. Chcieli być i tu i tam. Tam mieli atrakcje i rodziców na wyłączność. Tutaj szarość dnia z wrzeszczącą Stokrotką i Paprotką dopadającą do prawie ułożonych puzzli, albo niszczącą dopiero co powstałą kolorowankę. Czułem się jak winorośl z wiszącymi gronami w postaci Remusa i Romulusa. Zwłaszcza ten pierwszy mnie zastanawiał, gdyż dotychczas nigdy tak się nie zachowywał. Przychodził i wtulał się we mnie... jakby chcąc się nacieszyć resztą tego, co już nigdy nie wróci.

Wszystko robiliśmy tak jak przy innych adopcjach. My się powoli wycofywaliśmy, a rodzice przejmowali kontrolę nad życiem chłopców. Zabierali ich do swojego domu, wspólnie umeblowali ich pokój. Bliźniaki raz po razie przenosili do nowego domu jakieś zabawki.

Jak zawsze spisaliśmy protokół przejęcia odpowiedzialności nad dzieckiem, który niewiele miał wspólnego z rzeczywistością. Jednak nastał ten dzień, o którym chłopcy wiedzieli, że jest ostatnim w naszym domu. Dwa dni później mieli przyjechać na pożegnalną fetę. Miał być tort, prezenty i goście. Chłopcy wiedzieli co się będzie działo. Remus nawet zapytał „a mama matka też będzie?”. Tak mówił o swojej mamie biologicznej - „mama matka”. Nie drążyliśmy tematu. Nie wiem, czy chciałby aby była, czy wręcz przeciwnie.
W sumie impreza była taka sobie. Chłopcy przyjechali rano, a rodzice mieli dojechać wczesnym wieczorem. Po dwóch godzinach Remus zaczął być marudny, a Romulus wprost mówił, że chce do mamy. Pamiętam jak siedziałem wówczas nad tym rozpłakanym chłopcem i myślałem czym były te trzy wspólne lata? Zastanawiałem się, dlaczego wszystko poszło tak łatwo. Starałem się dociec, kim właściwie jestem dla przebywających z nami dzieci. Może tylko mi się wydaje, że ze wszystkimi łączą mnie silne więzi? A może bez sensu jest mówienie dzieciom, że są tu tylko na chwilę, że szukamy dla nich nowych rodziców? Może to powoduje, że wciąż żyją w jakimś zawieszeniu?

Nie znam odpowiedzi na wiele pytań. Ostatniego dnia pobytu dzieci w naszym domu, Romulus wstał bardzo wcześnie. Najpierw posprzątał łazienkę, układając w rządku wszystkie akcesoria służące do zabawy w wannie. Później dokładnie wysprzątał swój pokój, a na koniec poszedł do ogrodu i ułożył w jednym miejscu wszystkie zabawki, które przez całą zimę przeleżały pod gołym niebem. Nie sądziłem, że było ich tam aż tak wiele. Co chciał tym wyrazić? Był to jakiś symboliczny akt pożegnania się?

Od czasu rozstania, Majka odwiedziła Romulusa i Remusa już wiele razy.

Jednak pewnego dnia umówiliśmy się na spotkanie w naszym domu. Wszystko było dogadane. Sąsiadka Ela miała wziąć na spacer najmłodsze nasze dzieci... te najbardziej wrzeszczące. Majka przygotowała jakiś poczęstunek. Ja wziąłem dzień urlopu (… no dobrze, wyłączyłem telefon).
I co? Chłopcy stwierdzili, że nie chcą do nas przyjechać.
Wydawało mi się to niemożliwe. Jak to nie chcą mnie odwiedzić? Przecież nie widzieliśmy się już ponad tydzień. Ale zdecydowanie nie chcieli.
Innym razem podjechali pod nasz dom ze swoją mamą. Remus nawet nie wysiadł z samochodu. Romulusowi pokazałem wypuszczające pędy ognika i lawendy. Tyle im wystarczyło. Nie chcieli wejść do domu. Nie chcieli zobaczyć dziewczynek, chociaż często o nich wspominają.
Pewnie wielu rodziców adopcyjnych wysnułoby rozmaite teorie, które sprowadzałyby się do jednej konkluzji – skoro nie chcą, to czas zamknąć ten rozdział ich życia.

Jednak dla Małgosi byliśmy (jesteśmy) kimś więcej niż tylko osobami, które przez pewien czas sprawowały opiekę nad jej dziećmi. Często dzwoni do Majki. Czasami siedząc w jakimś kącie i mówiąc „nie mam już siły, nie wiem jak do nich przemówić”. Pewnie mało który rodzic adopcyjny byłby gotowy zwrócić się po poradę do byłej matki zastępczej. Nie w takiej kwestii. Niektóre opisywane przez Małgosię zachowania bliźniaków przypominają mi Balbinę.

Myślę, że potrzeba czasu. Być może chłopcy po raz kolejny poczuli się porzuceni i być może nawet wbrew ich woli, nie powinniśmy usuwać się w cień. Zwłaszcza Romulus zaczął przejawiać zachowania znane nam z okresu, gdy przyszedł do nas przed trzema laty. Jest agresywny. Bije nie tylko Remusa, ale potrafi podnieść rękę również na Małgosię. Mówi do niej „nie kochasz mnie... kochasz tylko Remusa”.

Ciocia Marlenka też odwiedziła chłopców, a oni ją. Ciekawe... do niej jakoś chcieli pojechać.

Wczoraj Majka po raz kolejny pojechała do chłopców. Ucieszyli się na to spotkanie, ale nie chcieli opuszczać domu. Ostatecznie zabrali jednak rowerki i wybrali się samochodem nad jezioro. Po dwóch godzinach Majka do mnie zadzwoniła.

  • Jesteśmy pod domem, chłopcy chcą z tobą porozmawiać.

  • No cześć chłopaki – zagadnąłem przez telefon.

  • Ale my jesteśmy pod naszym domem.

Chcieli mnie zobaczyć, ale nie chcieli wchodzić do domu. Wyszedłem do nich, wymieniliśmy się uściskami, buziakami. Chwilę porozmawialiśmy. Umówiliśmy się na majówkowego grilla... u nas.




 











środa, 14 kwietnia 2021

--- Intymność

 


Kolejny raz opóźnię opis procesu przejścia Bliźniaków do rodziny adopcyjnej, chociaż wiem, że przynajmniej dwie osoby będą niepocieszone.

Wydarzyło się coś, co spowodowało, że Majka poprosiła mnie, abym jeszcze się wstrzymał z tym wpisem. Tak więc zwalam winę na nią, chociaż nawet rozumiem przedstawione argumenty. Wszystko wytłumaczę 27 kwietnia. Ani wcześniej, ani później – dokładnie tego dnia.

Dzisiaj napiszę o sobie, posługując się rozmaitymi przykładami, i sugerując że być może podobnie czują inni rodzice zastępczy, czy adopcyjni. A przynajmniej te męskie połówki, bo jakby nie było, z nimi bardziej się utożsamiam.

Nie będę za dużo pisał o seksie, bo już wiele razy o ten temat zahaczałem, a nie chciałbym dostać określenia typu „stary erotoman”. Ale jednak od tego zacznę...
Czasami, gdy siedzę sobie późnym wieczorem pogrążony w głębokiej ciszy, to zastanawiam się, co dzieje się w domu Romulusa i Remusa.
Wiem, że to niezbyt ładnie tak rozmyślać o życiu seksualnym rodziców naszych byłych dzieci, ale te myśli nasuwają się same, więc po co je odganiać. Przynajmniej przed sobą nie będę udawał przyzwoitki.
Więc tak sobie dumam, jak teraz czuje się dwoje ludzi, którzy przez dwadzieścia lat (może trochę krócej) byli zupełnie sami. Nieskrępowani czasem, porą dnia, istnieniem (lub nie) drzwi, czy choćby świadomością, że nikt ich nie podsłuchuje. Co teraz zwycięża? Stres, adrenalina, chuć?
Chociaż rodzice Bliźniaków mają o tyle dobrze, że zamontowali w swoim domu drzwi. Pamiętam piękny dom rodziców Sasetki i Maludy. Otwarty do granic możliwości, łącznie z sypialnią rodziców. Jakoś dali radę... chyba.
Chyba... bo Maluda był chłopcem, który lubił cały czas mieć swoich rodziców na oku. Wcześniej również nas, gdyż przecież przez pewien okres to my byliśmy dla niego najważniejsi. Gdy orientował się, że jest sam, to natychmiast rozpoczynał poszukiwania. Do tego nieopacznie umieściliśmy jego łóżeczko w naszej sypialni, co jeszcze bardziej wszystko gmatwało. Chłopiec miał jednak jedną bardzo ważną zaletę... „wyłączał” się gdy oglądał bajkę. Tyle tylko, że bajka zawsze kończy się napisami, a kolejna zaczyna dopiero po reklamach. Ktoś nam kiedyś polecił Franklina, który trwa 20 minut. Chyba nie mamy odpowiedniego kanału, bo jej nie znalazłem... musieliśmy wyrabiać się na dziesięciominutowym Reksiu.
Romulus z Remusem zmienili teraz swoje nocne przyzwyczajenia. Gdy mieszkali z nami, to po kąpieli najwyżej nas wołali. Obecnie lubią migrować do łóżka swoich rodziców. Jest to bardzo fajne. Z pewnością fajne dla chłopców. U nas taka opcja nie wchodziła w grę, bo Majka śpi z Calineczką i Blanką, ja ze Stokrotką, a Paprotka samodzielnie okupuje naszą małżeńską sypialnię. Jest szansa, że ta ostatnia sytuacja wkrótce się zmieni, chociaż na horyzoncie już zamajaczył siedmiomiesięczny synek.

Tytułowe zdjęcie zrobiłem z perspektywy wnętrza toalety. To kolejny przykład braku komfortu, który z intymnością ma tyle wspólnego, że najczęściej trzeba liczyć tylko na siebie. Majka czasami do mnie krzyczy: „możesz zejść na pięć minut, bo ja już muszę!”. A ja na to: „musisz wytrzymać – jestem w Jeleniej Górze”. W zasadzie może się cieszyć, bo gdybym fizycznie był w Jeleniej Górze, to musiałaby trzymać kilka godzin.

Ja w takiej sytuacji specjalnie się nie stresuję, ponieważ chodzące i pełzające „gady” zawsze idą za mną, więc mam je pod kontrolą. Gdzieś kiedyś czytałem (albo ktoś mi mówił), że roczne dzieci nie bawią się z sobą, tylko obok siebie. Nasze zdecydowanie bawią się razem – najczęściej w wojnę, a ulubioną techniką jest walka wręcz (z doskakiwaniem sobie do oczu). Tak więc nie ma wyjścia... muszę zabierać je z sobą do toalety, albo przynajmniej przez cały czas kontrolować wzrokiem.

Co mi się jeszcze kojarzy z intymnością? Pewnie wspólne bycie z Majką, leżenie obok siebie i oglądanie filmów. Tak... chyba nawet bardziej, niż z seksem. Przez wiele ostatnich tygodni spotykaliśmy się codziennie o dwudziestej pierwszej i oglądaliśmy filmy. W zasadzie jeden, który trwał, trwał i trwał. Majka powiedziała, że będzie siedem sezonów. No to siódmego wieczora stwierdziłem, że zakończenie było jakieś dziwne. A ona na to, że przecież to był dopiero siódmy odcinek pierwszego sezonu. Tak więc nasz zapomniany już program 5-minut, na kilka miesięcy zamienił się w program 80-minut. Film w zasadzie był ciekawy i trzymający w napięciu. Główna bohaterka Carrie była agentką CIA, i trudno było jej nie lubić. Chociaż matką była do niczego i gdybym ja był sędzią, to z pewnością ograniczyłbym jej władzę rodzicielską. Wątek dziecka był bardzo ważny w tym filmie, i czasami się zastanawiałem, czy Majka nie wybrała tego serialu właśnie ze względu na tę tematykę. Wprawdzie na początku dała mi do wyboru chyba z dziesięć tytułów, ale raczej nie spodziewała się innej odpowiedzi niż „pierwszy z brzegu”.

Żeby jednak nie było zbyt prosto, to te sielankowe wieczory uprzykrzała mi Calineczka, której łóżeczko stało tuż obok mojej głowy. A dziewczynka lubi sobie przed snem trochę pogadać. Majka nie pozwalała mi zrobić głośniej, bo metr dalej spała w kołysce Blanka, która jest nieco bardziej wrażliwa na hałasy. No to (specjalnie dla przygłuchawego wujka) Majka dodatkowo włączała napisy, chociaż ze wzrokiem to u mnie też już nie jest zbyt kolorowo. To powodowało, że musiałem wspinać się na szczyty moich zdolności percepcyjnych, bo bywało że po angielsku słyszałem „tak”, lektor mówił „nie”, a w tekście na pasku było jeszcze coś innego. Zapewne każda z tych trzech wersji była z sobą spójna, ale ja musiałem z wyrywkowo poznanych fragmentów utworzyć logiczną całość. Nawet ciekawy sposób na utrzymanie sprawności umysłu.
Teraz wszystko się zmieniło. Biźniaki odeszły, maluchy zajęły ich pokój... salon znowu jest wolny. Filmy też się skończyły, bo Majka nadrabia czytanie książek. Czar intymności prysł.

Jeszcze przyszła mi do głowy nasza ostatnia rozmowa z psychologiem, który raz na dwa lata musi stwierdzić, czy jeszcze jesteśmy normalni, i można pozwolić na przebywanie jakichkolwiek dzieci w naszej obecności. To jest szczególny rodzaj intymności. Dla mnie zahaczający niemal o ekshibicjonizm, bo przecież mam duszę introwertyczną. Dotychczas spotykaliśmy się z psycholożkami, co powodowało, że to pewnego rodzaju emocjonalne obnażanie się, przychodziło mi dużo łatwiej. Tym razem przyszedł psycholog płci męskiej, co samo w sobie spowodowało, że moja zmysłowość głównie ograniczyła się do posiedzenia. Dobrze, że wcześniej wypełniłem kilka stron testu, które pan zabrał do analizy. Na pytanie „czy widziałeś osobę z niebieskimi oczami?” odpowiedziałem „tak”, więc może wyjdzie, że jeszcze się do czegoś nadaję.

Za to Majka brylowała na parkiecie. Gdy w pewnym momencie zauważyłem, że pan psycholog zaczyna odpowiadać coraz krótszymi zdaniami i staje się nieco podenerwowany, to brutalnie przerwałem, mówiąc: „jeżeli chce pan zadać Majce jakieś pytanie, to proszę to zrobić, bo ona może tak dwa dni gadać”. Myślę, że tylko za to jedno zdanie mogę mieć zaliczone, bo psycholog bardzo się ucieszył. Stwierdził, że chyba już wszystko o nas wie, do tego ma wypełnione testy, więc poprosił tyko o podpis. Nie wiem ile się spóźnił do następnej rodziny.

Tak wygląda moja intymność.

A!!! Jeszcze zapomniałem o upojnych nocach ze Stokrotką. Dziewczynka budzi się dwa, niekiedy trzy razy i coś chce. Czasami tylko mleko, albo żebym podał jej rękę. Bywa jednak, że chce pogadać. A możliwości ma takie jak Majka. Są więc noce gdy siada i przez dwie godziny „nawija”. Przerywniki monotonnej wypowiedzi w postaci głośnych „eeeeeeee!”, albo „e!,e!,e!,e!” skutecznie powodują, że muszę jej wysłuchiwać. Najgorsze są jednak przypadki, gdy prześpi trzecią nad ranem. Wówczas o piątej na dobre rozpoczyna dzień. Sadzam ją wtedy na podłodze w kupie zabawek i bawi się jakąś godzinę. Nawet pozwala mi się jeszcze zdrzemnąć... ale tylko w pozycji siedzącej.

Jutro mam randkę z Katją, która bynajmniej nie jest dzieckiem. Już o niej przelotnie wspominałem (i pewnie jeszcze będę). Majka idzie na „klub książki” (do komputera na piętro), a my będziemy się zajmować Stokrotką... i oczywiście innymi dziećmi też.

Ot, taki żywot ojca zastępczego. Ciekawy jestem jak mają inni.


sobota, 3 kwietnia 2021

--- Kokon

 

Zdjęcie poglądowe... ciekawe określenie

Jeszcze nie opiszę jak przebiegał proces przejścia Bliźniaków do nowego domu, mimo że już tylko dni dzielą mnie od chwili, gdy o 18:30 powiem do siebie „nie muszę już robić kolacji”.

Ten post traktuję po części jako temat zastępczy, a po części jako wprowadzenie do następnego wpisu. Jest kiepsko... ze mną jest kiepsko. Chociaż wcale nie dlatego, że po trzech latach będę się musiał rozstać z dziećmi, które stały się dla mnie ważne. Wręcz przeciwnie... mam już dość. Najchętniej wystawiłbym walizki chłopców za próg i powiedział do rodziców „no to są już Wasi”. Jest to najtrudniejsza adopcja z dotychczasowych. Czworo dorosłych, mających (jak się okazuje) różne podejście do wszystkiego co ma miejsce od ponad sześciu tygodni. Do tego dwóch chłopców, których emocje wcale nie są bliźniaczo podobne. Ale o tym będzie następnym razem.

Mamy już postanowienie sądu o powierzenie pieczy nad dziećmi ich rodzicom adopcyjnym. Ten papier powoduje, że każda ze stron może powiedzieć: „od teraz Bliźniaki będą już mieszkać w nowym domu”.

Niestety czasami tak się zdarza, że rodzinę zastępczą opuszczają dzieci, które zupełnie jeszcze nie są na to gotowe - ale wymusza to albo rodzina adopcyjna, albo zastępcza. Teoretycznie moment odejścia do rodziny adopcyjnej powinien być ustalony wspólnie, i poprzedzony wnikliwą analizą potrzeb i gotowości dzieci. Nie zawsze jest to proste i nie zawsze udaje się ucelować w ten punkt czasowy – czyli tę decyzję sądu, po której wszyscy już zaczynają tupać, nie mogąc doczekać się zamieszkania dzieci w nowym domu.
My mamy akurat to szczęście, że nasz ośrodek adopcyjny nie dąży do jak najszybszego przejścia do nowej rodziny (stosując zasadę ostrego cięcia), a organizator pieczy zastępczej nie marudzi, że musi jeszcze przez jakiś czas płacić na utrzymanie dzieci w naszej rodzinie. Niewiadomą są tylko rodzice adopcyjni, dla których ukończenie szkolenia czasami jest tylko przykrą koniecznością i zmarnowaniem czasu, więc wykorzystają każdą okazję na szybkie zabranie dzieci do siebie.
Mamy więc wypracowany pewien system pozwalający optymalizować cały proces adopcji. Jego wadą jest tylko to, że zależy on od osób pracujących tu i ówdzie. Może więc się zmienić niemal w każdym momencie, ponieważ jak już nieraz się przekonałem, termin „dobro dziecka” jest tylko wyświechtanym sloganem stosowanym zupełnie bez pokrycia przez różne urzędy.

W przypadku Bliźniaków, przez trzy tygodnie byliśmy w stałym kontakcie z psycholożką z ośrodka adopcyjnego, która ma duży wpływ na termin złożenia wniosku o powierzenie pieczy. Jest ona bardzo ważnym elementem, gdyż przy niecierpliwych rodzicach adopcyjnych, zawsze może przecież powiedzieć, że ma problem z ustaleniem terminu ostatniego spotkania, na którym między innymi przygotowywany jest wniosek do sądu. Kolejnym ogniwem jest sędzina, a jeszcze wcześniej jej sekretarka, która przedkłada wniosek do podpisu. Ten czas może być bardzo różny. W niektórych sądach trwa nawet kilka tygodni, chociaż chodzi tylko o parafkę opatrzoną pieczęcią.

W naszym przypadku złożenie wniosku o powierzenie pieczy następuje wówczas, gdy zarówno dzieci, jak też ich rodzice adopcyjni są już gotowi do wspólnego bycia z sobą. A to oznacza, że złożenie podpisu przez sędzinę powinno nastąpić szybko. W przypadku Romulusa i Remusa wszystko zamknęło się w 48 godzinach. Było to krótkie pytanie do Majki: „już można?”.

Prawda, że dziwne? Sędzina pyta mamę zastępczą.

Gdy przeczytałem kilka powyższych zdań, to doszedłem do wniosku, że jest to opis jakiegoś korupcjogennego procesu adopcyjnego – chociaż kartą przetargową nie są pieniądze, a właśnie to tajemnicze „dobro dziecka”. Dlaczego tak właśnie musi być? Dlaczego to co robimy wspólnie z ośrodkiem adopcyjnym, PCPR-em i sądem, nie może być procedurą standardową, obowiązującą wszędzie, i określoną konkretnymi zapisami w prawie?

Pewnie sporo osób zauważyło, że rodzice adopcyjni są tutaj traktowani nieco po macoszemu. Wiele rzeczy ma miejsce za ich plecami, a oni sami czują się oceniani i być może nawet do czegoś przymuszani.

Dlaczego tak się dzieje? Pewnie sam bym do takich wniosków nie doszedł (bo przecież przez mój pogotowiowy dom przewinęło się zaledwie kilkunastu rodziców adopcyjnych), ale nawet najlepsi z nich (w sensie oceny psychologicznej) głównie nastawieni są na siebie i swoje potrzeby. Mogę się w pełni zgodzić z takimi wnioskami, jak również z tym, że jest to zupełnie normalne. Bo przecież do nas przychodzi dwójka dorosłych ludzi, którzy spędzili z sobą kilka, a w większości przypadków kilkanaście, lat. Przez cały ten okres dbali tylko o siebie, zaspokajając tylko swoje potrzeby, chodząc na kompromis tylko z tą swoją drugą połówką. I nagle pojawia się nowy świat. Nawet nie taki, o którym ktoś kiedyś mówił na szkoleniu... zupełnie inny. Dla naszych rodziców (a właściwie nowych rodziców Romulusa i Remusa) wszystko biegnie zbyt szybko. Mnie to nie dziwi. Ważne, że chłopcy są już gotowi.

Kilka dni temu Majka mnie zapytała:

  • Czytałeś?

  • Tak.
  • Nic nie napiszesz?
  • Nie.

Chodziło o dyskusję dotyczącą właśnie procesu przejścia dziecka do rodziny adopcyjnej. Przecież mógłbym pokusić się o jakiś opis ze środka tego cyklonu. Rodzina adopcyjna skarżyła się na zastępczą, która w brutalny sposób blokowała kontakty z przebywającymi u niej dziećmi zastępczymi. A to nie ta godzina, a to nie ten dzień... a to weekend, który przeznaczony jest tylko dla rodziny (tej zastępczej). A do tego dzieci nie mogły jeszcze odejść, bo nie były na to gotowe. Ale jak miały być gotowe, skoro miały ograniczane spotkania?

Moim problemem było to, że tam nic nie trzymało się kupy, a do tego znałem tylko osąd jednej strony. Jednak nie odezwałem się głównie dlatego, że moje zdanie byłoby kolejnym, w jakiejś mierze krytykującym postępowanie rodziny zastępczej... tej która pewnie nawet nie miała pojęcia, że ktoś, gdzieś o niej napisał.

Owijam się więc przędzą jak ten jedwabnik morwowy, mając wrażenie, że wszystko co chciałem to już gdzieś powiedziałem, i teraz szkoda mi czasu na napisanie nawet kilku zdań. Bo w tych kilku zdaniach i tak nie jestem w stanie zawrzeć całej myśli, którą chciałbym przekazać, a spowodują one najwyżej pojawienie się kolejnych komentarzy. A że nie potrafię jednocześnie pisać i bawić się ze Stokrotką, to wybieram to drugie.

Nie wiem, czy to dobrze, czy nie, ale należę do kilku zamkniętych grup, których zdanie doskonale znam, więc mogę tylko albo płynąć z prądem, albo pod prąd. Wolę więc pisać tutaj... bo tutaj może wejść każdy, nawet przypadkowo.

Przedstawię zatem jeszcze moje zdanie, z którym z pewnością nie zgodziłaby się większość rodziców zastępczych. A przynajmniej ci, którzy nigdy nie mieli do czynienia z dziećmi pokroju Ptysi.

Kiedyś jedna ze znanych mi osób powiedziała, że nigdy nie zaproponowałaby jakiejkolwiek rodzinie zastępczej (nawet gdyby była jej wrogiem) dwójki dzieci, które aktualnie z nią mieszkały. To było pogotowie rodzinne, więc rozważania nie dotyczyły radzenia sobie z tymi dziećmi, ale dokąd mają one pójść... bo gdzieś musiały.

Myślę, że już mogę opisać dalsze losy Ptysi, gdyż w ciągu ostatnich tygodni wiele się wydarzyło, i chyba nikomu już nie zależy, aby ich historia na zawsze pozostała w cieniu... owiana jakąś tajemnicą.
Ptysie już zawsze będę zaliczał do kategorii swoich porażek. Miało być dużo lepiej, a wyszło jak wyszło. Być może niewłaściwie zaszufladkowałem siebie do grupy rodzin zastępczych, których celem jest zdiagnozowanie, zaopiekowanie, nauczenie tego i owego (również nawiązywania więzi), i wypuszczenie w świat... ten lepszy świat, dający nadzieję na przyszłość.
Sąd orzekający w sprawie Ptysi wreszcie się określił. Nie wydał decyzji umożliwiającej powrót dzieci do mamy. Sporo osób w to wierzyło. Pewnie gdyby ta dwójka dzieci nadal przebywała w naszej rodzinie, to zaliczałbym się do tego grona. Sąd jednak ograniczył mamie prawa rodzicielskie, postanawiając jednocześnie, że dzieci w komplecie (czyli Ptyś, Balbina i Bill... bo przecież jeszcze jest najstarszy z rodzeństwa) mają znaleźć się w jednym miejscu. W jednej rodzinie? Niekoniecznie... w jednym miejscu. Mama biologiczna całej trójki już zapowiedziała apelację, a Afrodyta (czyli aktualna mama zastępcza) nie wie, czy wytrzyma do kolejnej rozprawy. To może oznaczać, że dzieci być może będą jeszcze migrować pomiędzy różnymi rodzinami, którym będzie się wydawało, że dadzą radę... bo przecież nie ma dzieci nieadoptowalnych, nie ma dzieci, które nie zasługują na zamieszkanie w rodzinie.

Jest tyko pytanie, czy istnieją takie rodziny? Może tak. Sam jestem orędownikiem zniesienia rejonizacji. Zapewne gdzieś w Polsce znalazłaby się rodzina, która zechciałaby zaopiekować się całą trójką Ptysi...

Ale przecież taką rodziną była Afrodyta. Jestem ostatnim, który powiedziałby, że nie dała rady. Jestem pierwszy, który powie, że to ja zawaliłem - niesiony chęcią pozbycia się tych dzieci, albo mamiony wizją, że są takie fantastyczne rodziny... altruistyczne, empatyczne, i być może pozbawione splotów nerwowych. Do tego, przecież wiedziałem, że Afrodyta ma też swoje dzieci. Wiedziałem jaka jest Balbina. Na co liczyłem?
W przyszłym tygodniu czeka nas kolejne badanie psychologiczne. Dobrze, że rodziny zastępcze muszą przechodzić tego rodzaju testy i sprawdzanie swoich kompetencji rodzicielskich. Zapewne padnie pytanie: „co w ostatnim czasie było dla pana najtrudniejsze?” - zawsze takie pytanie się pojawia. Jestem ciekawy tej rozmowy i wniosków z niej wynikających.
Ale teraz nie zaproponowałbym Balbiny żadnej rodzinie. Dziewczynka przekracza granice na wszelkich płaszczyznach. W przedszkolu rozpoczyna dzień od przestawiania mebli i pokazywania wszystkim języka. W domu... chyba dla zasady wszczyna awantury o byle co, z byle kim. Panie w przedszkolu już przestały się dziwić, że dzieci są odbierane tuż przed zamknięciem placówki. Ptyś? Wciąż ucieka od świata, chowając się pod stół.

Te dzieci kiedyś dorosną. Pewnie będą też miały swoje dzieci. Jak można im pomóc?

Jest wiele tematów, których nie chcę poruszać gdzieś tam... w kilku zdaniach. Jest to zwyczajnie niemożliwe. Takim tematem są też rodzice biologiczni.

Mama Bliźniaków?

Myśląc o rodzicach chłopców, mam przed oczami tylko ją. Tata jest zwykłym dupkiem oderwanym od rzeczywistości, dla którego ważna jest tyko chwila – dach nad głową, coś do żarcia, i jakaś chętna dupa do zaliczenia.
Mama przez trzy lata walczyła. Również z Majką i ze mną. Ale mam dla niej duży szacunek, i chciałbym aby chłopcy kiedyś się z nią spotkali. Teraz (przez najbliższych kilkanaście lat) nie będzie to możliwe. Ostatnio rozmawialiśmy z Romulusem i Remusem, że wyprawimy im pożegnalną fetę.
  • A kto na niej będzie?

  • Wszyscy
  • Mama „matka” też?

No nie... jej nie będzie. Ale dlaczego przypomnieli sobie o niej po wielu tygodniach niewidzenia się? Może powinna się pojawić? Ja bym powiedział „zapraszam”... ale chyba tyko ja – no i chłopcy.

Mama bliźniaków nie radziła sobie ze swoimi uzależnieniami. Głównie od alkoholu... ale nie tyko. W końcu odpuściła. Już się nie odzywa. Przyniosła nawet do PCPR-u jakieś rzeczy dla chłopców. Pamiątki? Tak... mamy nawet zdjęcia z okresu gdy chłopcy jeszcze z nami nie mieszkali.

Nikt nie ma prawa jej oceniać. Molestowana dziewczynka, która większą część swojego życia spędziła w pieczy zastępczej. Taka Balbina?

Żeby jednak nie było, iż swoimi opisami wprowadzam kogoś w kiepski nastrój, a nawet doprowadzam do przedświątecznych stanów depresyjnych, to zakończę pewnym dowcipem, który mi akurat się podoba.

Rozmawiają z sobą dwie dziewczyny:

  • My w domu, przed posiłkiem, zawsze się modlimy.

  • My nie, bo nasza mama dobrze gotuje.

Suchar? Romulus zapewne by powiedział: „Jezus, Maria !!!”. Tak mu się ostatnio porobiło.

sobota, 20 marca 2021

PAPROTKA 3

 

Paprotka nie przewraca się na schodach

Tylko kilkanaście dni dzieli mnie od momentu, w którym powinienem wejść do samolotu lecącego do Hurghady. Teraz mogę już powiedzieć, że powinienem... ale nie wejdę.

Wszystko zaczęło się ponad rok temu, gdy Majka stwierdziła, że z naszych ubiegłorocznych planów wakacyjnych nic nie wyjdzie. Optymistycznie założyła, że do kwietnia tego roku epidemia już wygaśnie, a oferta biura podróży była kusząca. Ponadto istniała możliwość przełożenia terminu wyjazdu o kolejne kilka miesięcy.

Wspominam o tym przy okazji opisywania losów Paprotki, aby pokazać jak bardzo ulotne jest planowanie czegokolwiek w naszej rodzinie. Gdy Majka snuła marzenia o zwiedzaniu piramid, Paprotki jeszcze z nami nie było, a cała pozostała piątka naszych dzieci zastępczych miała już do tego czasu mieszkać w nowych rodzinach.

Ptysie odeszły, Bliźniakom rzutem na taśmę by się udało, a Stokrotka niestety jeszcze trochę z nami pomieszka.

Gdy dziewięć lat temu uczestniczyłem w szkoleniu dla kandydatów do pełnienia funkcji rodziny zastępczej i pojawił się temat osób mogących być naszym wsparciem w trudnych chwilach, to pomyślałem sobie, że przecież mnie to nie dotyczy. Nasze córki były już na wylocie z rodzinnego gniazda, Majka miała wszystko rozpracowane w najmniejszych szczegółach, a ja... powiedzmy, że nauczyłem się funkcjonować w sytuacjach stresowych.

Nie potrzebowałem wsparcia. Nauczyłem się żyć ze świadomością, że muszę liczyć tylko na siebie. No właśnie... egoistycznie myślałem tylko o sobie.
Niedawno zostaliśmy trochę zaskoczeni pytaniem naszego organizatora pieczy zastępczej, czy mamy jakiś „plan B” na wypadek gdybyśmy razem (czyli Majka i ja) nagle znaleźli się na stadionie narodowym - oczywiście nie w charakterze obserwatora meczu naszej drużyny piłkarskiej. Okazuje się, że w czasach epidemii, powiedzenie „sięgaj, gdzie wzrok nie sięga”, może mieć zupełnie inne znaczenie. Niestety aż tak dalece idącego zabezpieczenia nie mamy. Jednak w ciągu tych kilku lat bycia rodziną zastępczą, nastąpiły pewnego rodzaju przetasowania w kręgu naszych znajomych. Pewnie po części jest to związane z tym, że niektórzy nie mają już ochoty ciągle słuchać Majki opowieści o naszych dzieciach zastępczych i barwnym życiu ich rodziców. Inni zapewne są poirytowani tym, że wciąż nie mamy czasu... albo bardziej, że nie jesteśmy już tak dyspozycyjni jak dawniej.
Pojawiły się jednak inne rodziny. Niektóre z nich są gotowe nam pomóc w przejęciu opieki nad naszymi dziećmi na krótki czas. Nie nad wszystkimi naraz... ale nad jednym, może dwójką, a może i trójką. To jest właśnie ta mityczna grupa wsparcia, o której słuchałem na szkoleniu. Ta, która jednym uchem wlatywała, a drugim wylatywała... bez odrobiny refleksji. Są to osoby, które przede wszystkim są znane naszym dzieciom. Są to rodziny, w których nasze dzieci czasami przebywają – nawet z pogwałceniem zasad obowiązującej nas umowy z organizatorem pieczy zastępczej, że zawsze będziemy nad nimi sprawować bezpośrednią opiekę. Gdy kiedyś moje dzieci biologiczne szły na noc do szwagierki, to było to uznawane jako podtrzymywanie więzi rodzinnych, a pomijając zbędną ideologię, było to coś zupełnie normalnego. Gdy teraz moje dzieci zastępcze wyjdą z tą samą szwagierką na spacer, to jest to już bezprawie. Na szczęście nikt tego nie ściga z urzędu... przynajmniej dopóki nie wydarzy się jakiś wypadek.

Wracam do naszego niedoszłego wyjazdu. Na czas nieobecności udało nam się zapewnić opiekę dla każdego z przebywających z nami dzieci zastępczych. Rodzicom adopcyjnym Bliźniaków powiedzieliśmy wprost... tego konkretnego dnia przejmujecie nad nimi opiekę niezależnie od sytuacji. Macie na to prawie dwa miesiące i musicie się jakoś ogarnąć ze wszystkim. Jak się nie uda, to chłopcy pójdą na dwa tygodnie do Marlenki, co akurat w tej sytuacji nie byłoby dobrym rozwiązaniem.

Ośrodek adopcyjny potrzebuje tydzień na ustalenie terminu spotkania, aby ostatecznie wszystko przyklepać i wspólnie z rodzicami napisać wniosek do sądu o powierzenie pieczy nad chłopcami. Sądowi w zasadzie też wystarczy tydzień, ale dla pewności dodaliśmy jeszcze tydzień w zapasie na ewentualne poślizgi. Ogólnie rzecz ujmując – mnóstwo czasu. Oczywiście zakładając, że Bliźniaki wyrażą zgodę na zamieszkanie w nowej rodzinie.
Paprotce zapewniliśmy miejsce u cioci Marlenki, a Stokrotce u cioci Katji, którą uwielbia, i z którą spędza sporo czasu. Calineczka i Blanka są jeszcze na tyle małe, że zadowalają się każdą chętną parą ramion do ukołysania, ale zarówno Marlenka jak i Katja zdecydowały się wziąć jeszcze po jednym dziecku, co powodowało, że nawet te najmłodsze miałyby wokół siebie znajome twarze.

Ja zacząłem oswajać się z myślą, że być może po przylocie do Egiptu zostanę na prawie dwa tygodnie umieszczony w pokoju hotelowym, bez możliwości opuszczania go, bez dostępu do internetu, za to z al-jazeerą albo inną stacją telewizyjną w oryginale. Okazało się bowiem, że testy na obecność wirusa wykonywane są po przylocie, a nie przed wylotem. Ze stoickim spokojem przyjąłem też to, że po powrocie będę musiał odsiedzieć kilka kolejnych dni na kwarantannie. Krótko mówiąc liczyłem się z miesiącem aresztu domowego. No ale czego się nie robi dla miłości.

I mniej więcej w takim momencie musieliśmy zmierzyć się z informacją, że Paprotka jest już wolna prawnie. Sąd odebrał mamie prawa rodzicielskie, a ta w ciągu tygodnia nie wykonała żadnego ruchu, co spowodowało, że decyzja się uprawomocniła. Właściwie spodziewaliśmy się, że mama Paprotki nie będzie się odwoływać, gdyż na ostatniej rozprawie ostentacyjnie opuściła salę przed odczytaniem uzasadnienia decyzji. Sędzia zapytał tylko, czy kogoś z pozostałych osób interesuje co ma do powiedzenia, a skoro nie było odzewu to szybko zakończył postępowanie.

Tak więc stanęliśmy przed ogromnym dylematem moralnym. Co robić? Jaki sens ma przekazanie Paprotki innej rodzinie (na czas naszego urlopu), gdy właśnie mogłaby zacząć spotykać się z rodzicami adopcyjnymi? A co po naszym powrocie? Kolejne mieszanie jej w głowie, czy opóźnianie procesu adopcyjnego? Nic się nie kleiło. Wszystko zatracało jakikolwiek sens.

Majka postanowiła, że skorzystamy z możliwości przełożenia wycieczki na nieco spokojniejszy czas... może na po wakacjach, albo choćby na po adopcji. Ja nie miałem z tym większego problemu, nawet zakładając że będę musiał przeżyć kilka dni ze zdołowaną Majką.
Rzeczywistość okazała się dużo bardziej skomplikowana. Albo Majka czegoś nie doczytała, albo zwyczajnie zapomniała postawić „ptaszka” przy opcji „ubezpieczenie od rezygnacji”. Okazało się, że musimy polecieć... a przynajmniej zapłacić (co zresztą już wcześniej uczyniliśmy). Przełożenie wycieczki nie wchodziło w grę. Kilka kolejnych dni upływało nam w minorowych nastrojach. W zasadzie skłanialiśmy się już ku temu, że jedziemy. Ale co to za wakacje, które nie cieszą?

Pewnie to dziwnie brzmi, ale naszym wybawieniem od podjęcia trudnej decyzji okazał się wzrost zachorowań na Covida. Nie udało się skompletować chętnych do wylotu dwoma samolotami. Zaproponowano nam przelot z Warszawy. Nawet dostaliśmy bonifikatę, która z nawiązką wystarczyłaby na dojazd i opłacenie parkingu. Ale tym razem, to nie my zmieniliśmy warunki umowy.

Szykujemy się zatem do kolejnej adopcji. Ale...

Tym „ale” jest fakt istnienia rodzeństwa Paprotki. PCPR poprosił nas o ustosunkowanie się do kilku kwestii. Ostatnie posiedzenie zespołu musi między innymi odpowiedzieć na pytanie o hipotetyczną adopcję zagraniczną. W przypadku Paprotki nie miałem wątpliwości, chociaż nie wykluczam, że przy jakimś kolejnym dziecku odpowiem twierdząco, mając świadomość, że jest to teraz jedna wielka fikcja.
Niestety siostra i bracia Paprotki są z krwi i kości. Nie znamy jeszcze opinii psychologów z OZSS, w której powinni odnieść się do możliwości rozdzielenia rodzeństwa i umieszczenia każdego z nich w odrębnych rodzinach. Dokument ten gdzieś utknął... prawdopodobnie w sądzie. Być może będzie tam napisane, że nie istnieją żadne więzi między rodzeństwem. Być może psycholodzy stwierdzą, że warto poszukać rodziny dla całej czwórki. A może zupełnie nie odniosą się do rodzeństwa jako całości.

Moja (i Majki oczywiście) opinia jest dla sądu tylko jedną z wielu. Do tego pewie ma on świadomość tego, że dbam tylko o Paprotkę... bo to ona jest moim dzieckiem. Nie interesuje mnie to, że być może jakaś rodzina skusi się na adopcję czwórki rodzeństwa tylko dlatego, że jedno z nich jest małe, zdrowe, mądre i poukładane emocjonalnie. Wolałbym, aby nikt taki się nie znalazł. Tak będzie lepiej dla każdego. W dziewiątym roku bycia rodzicem zastępczym przestaję żyć w świecie iluzji. Nie ma chętnych do adopcji czwórki dzieci jednocześnie. Do adopcji dzieci, o których wspólnie można powiedzieć: małe i duże, zdrowe i zaburzone, miłe i wredne, ujmujące za serce i odpychające. Ktoś mógłby powiedzieć, że każde z nich ma jedną wspólną cechę... potrzebę miłości, zainteresowania, bycia tym jedynym. Tak... ale tylko jako każde z osobna. Bo taka jest konstrukcja psychiczna rodziców adopcyjnych – chcę mieć dziecko dla siebie. To jedyne, wymarzone, najpiękniejsze i najmądrzejsze. Chyba to rozumiem. Nie wiem, czy mogę zdradzić ile było chętnych rodzin do przysposobienia dwójki dzieci do lat pięciu w naszym ośrodku. Pewnie nie mogę. Ale gdybym sobie urąbał siekierą dwa paluchy u ręki, to ta jedna dłoń by mi wystarczyła, aby ich wskazać. Ilu jest chętnych do adoptowania czwórki?

Gdyby ktoś mi powiedział „słuchaj... jest rodzina zastępcza, która zaopiekuje się całym rodzeństwem Paprotki”, to natychmiast przyjąłbym to za dobrą monetę. Bo takie rodziny są... a jednocześnie ich nie ma. Nie ma ich, ponieważ w naszym kraju nie ma rodzin zastępczych długoterminowych. Ten termin został usunięty z ustawy o pieczy zastępczej kilka lat temu. Teraz każda rodzina zastępcza funkcjonuje na zasadzie tymczasowości, co oznacza, że nasza Paprotka prędzej czy później zostałaby wyrwana z tego systemu. W najlepszym razie rodzice zastępczy zostaliby przymuszeni do jej adoptowania.
A może się mylę? Dlaczego zatraciłem wiarę w empatię sądów i ośrodków adopcyjnych? Bo oni wszyscy wierzą w to, że adopcja jest jedynym, niepodważalnym i największym dobrem, które może spotkać dziecko odebrane jego rodzicom biologicznym. Czy aby na pewno? 
Ale może ja jestem taki sam? Dlaczego właściwie zakładam, że nie znalazłaby się rodzina zastępcza dla czwórki trudnego rodzeństwa, w której mogłoby ono zamieszkać już na zawsze? Bo tak mówi nasz PCPR?
A może sąd powie inaczej? Może zna takie rodziny, albo ma czarodziejską różdżkę. Kiedyś pewna sędzina chciała pozostawić jakieś dzieci u nas na zawsze, bo nie do końca rozumiała jaka jest rola pogotowia rodzinnego. Inna sędzina nie chce umieścić dzieci w rodzinnym domu dziecka twierdząc, że to nie jest rodzina zastępcza. Czy ktokolwiek jeszcze czyta ustawę o wspieraniu rodziny i systemie pieczy zastępczej? 
Tak więc na tę chwilę nie wiemy, co jest w opinii psychologów. Nie wiemy jakie zalecenia wyda zespół w swojej ocenie dla ośrodka adopcyjnego. Nie wiemy co zrobi ośrodek, ani co zrobi sąd.
Walczymy więc o Paprotkę tak jak potrafimy. Tak jak wydaje nam się, że będzie to słuszne... nie mając pewności, że jest to słuszne, ani że dziewczynka podzieli nasze zdanie za kilkanaście lat.

Paprotka (prawie 14 miesięcy).

Ocena dziecka na podstawie obserwacji opiekunów.

Sytuacja zdrowotna

Dziewczynka nadal jest okazem zdrowia. Ewentualne drobne przeziębienia nigdy nie wymagały leczenia antybiotykiem. Również nie zaszła konieczność konsultowania się ze specjalistami.

Zakończyły się problemy z wrażliwą skórą na pupie, co w pewien sposób wiążemy ze zmianą diety na coraz bardziej dorosłą. Paprotka w zasadzie je już wszystkie potrawy i trudno byłoby wskazać coś czego nie lubi. Może z wyjątkiem arbuza, którego natychmiast wyrzuca na podłogę. Być może ma w sobie zbyt dużo wody. Ze swojego dziecięcego jadłospisu preferuje dania mięsne. Uwielbia chleb z szyneczką, albo pasztetem. Lubi kiełbaskę zawiniętą w żółty ser i wszystkie obiadki (ale bez buraczków). Nie gardzi owocami i warzywami, a gdy zobaczy mleko, to rzuca w kąt wszystkie zabawki i z uśmiechem na twarzy biegnie w jego kierunku. Za ten napój byłaby gotowa sprzedać i ciocię, i wujka.
Szczepienia mamy lekko opóźnione, co wynika po części z panującej epidemii, a po części z braku karty szczepień, która kilka tygodni „szła” z jednej przychodni do drugiej. Mama biologiczna nie zrealizowała żadnego szczepienia. Jedynymi były te wykonane na oddziale noworodkowym.

Efekt porannej zabawy Paprotki
Rozwój dziecka

Paprotka właśnie miała przeprowadzoną ocenę rozwoju psychoruchowego w Fundacji ZERO-PIĘĆ, którą dołączam do opisu.

Pominę zatem jej zdolności w operowaniu przedmiotami, wkładaniu i wyjmowaniu z pojemników, czy odróżnianiu słonia od wiewiórki. W tym ostatnim zadaniu może nie za bardzo się sprawdziła, ale w wielu innych wykazywała umiejętności dziecka półtorarocznego, a nawet dwuletniego. Paprotka była bardzo chętna do współpracy, chociaż były też wyjątki. Nie chciała na przykład pokazać, że potrafi kopnąć piłkę, chociaż skutecznie kopała w stół, aby ją spod niego wyciągnąć. Jedno z ćwiczeń miało wykazać umiejętność wkładania małego przedmiotu do pojemnika z niewielką średnicą otworu. Dziewczynka dostała do ręki słoiczek z umieszczonym w nim czekoladowym płatkiem (takim, które dzieci jedzą z mlekiem). Paprotka miała go wyciągnąć (co zrobiła migiem), a następnie ponownie umieścić w pojemniku. Niestety w drugą umiejętność psycholożka musiała uwierzyć na słowo mamie zastępczej, gdyż Paprotka błyskawicznie zjadła narzędzie badawcze. Nie przeszkadzało jej, że płatek był stary, wysuszony, i przeszedł przez ręce wielu badanych dzieci.

Tutaj opiszę umiejętności (nie zawsze godne pochwały) i niektóre zachowania, które odróżniają Paprotkę od wielu innych dzieci w jej wieku.

  • Dziewczynka jest dzieckiem bardzo pogodnym i jednocześnie przewidywalnym. Jeżeli marudzi, to są tylko trzy możliwości (w kolejności od najbardziej prawdopodobnej): jest śpiąca, głodna, albo się czegoś boi. Gdy niedawno próbowaliśmy zmienić jej sypialnię, to zrobiła taką awanturę, że w środku nocy ewakuowaliśmy ją wraz z łóżeczkiem do dotychczasowego pokoju, w którym zasnęła niemal natychmiast. Być może ta tęsknota do poprzedniego pokoju wynikała z faktu, że dziewczynka ma go już rozpracowanego niemal do perfekcji. Nie potrafi wprawdzie jeszcze wyjść górą z łóżeczka, ale doszukała się w nim pustej przestrzeni między szczebelkami. Nie jest przeszkodą fakt, że to „wyjście” jest dosunięte do ściany, a drugą stronę blokuje zapora w postaci pudła z zabawkami. Jak chce i trochę pokombinuje... to wyjdzie. Może więc tylko nam się wydaje, że Paprotka śpi tak ładnie i długo. Czasami gdy z lekka zaniepokojeni, przedłużającą się ciszą około dziewiątej nad ranem, wchodzimy aby sprawdzić „czy jeszcze śpi”, naszym oczom ukazuje się pobojowisko, którego nie powstydziłaby się grupa pięciolatków – „zdemolowane” łóżko, rozrzucone zabawki, opróżnione szuflady i półki w garderobie... kupa na twarzy.

  • Zainteresowanie swoim ciałem nie jest być może jakieś niezwykłe w porównaniu do innych dzieci w jej wieku, ale dążenie do zrealizowania zamierzonych w tej materii planów, jest godne uwagi. Paprotka potrafi sporo czasu poświęcić na to, aby odpiąć guzik, a jeżeli się nie udaje, to wyciągnąć bez rozpinania rękę z rękawa, czy nogę z nogawki. Celem jest rozebranie się do naga. Przerabialiśmy już specjalne śpiwory dla dzieci, które Paprotka rozpracowywała w kilkanaście minut. Teraz staramy się utrudnić jej zadanie, zakładając piżamkę tyłem do przodu. Guziki i zamek błyskawiczny z tyłu, póki co jeszcze ją przerastają. Ale nie przeszkadza jej to w zdjęciu pieluchy bez rozebrania się z piżamki. Bywało więc, że znajdowaliśmy Paprotkę z pieluchą w nogawce, w stanie wskazującym na konieczność natychmiastowej kąpieli. Kilkanaście dni temu wpadliśmy na pomysł zastosowania pieluchomajtek. Brak rzepów, jak dotąd, jest pewnym utrudnieniem. No i tak się bawimy w to, kto kogo przechytrzy - bardzo rozwojowa zabawa... dla obu stron.

  • Paprotka mimo swojej wagi (prawie 13 kilogramów) jest niesamowicie sprawna. W dniu jej pierwszych urodzin, oficjalnie odtrąbiliśmy, że potrafi chodzić. Ja bym tę datę przesunął przynajmniej o dwa tygodnie wstecz, gdyż nie raz zdarzyło mi się zauważyć jak dziewczynka idąc ze swoim chodzikiem, nagle podnosiła go do góry, zmieniała kierunek przemieszczania się i robiła kilka kroków. Wydawało jej się, że jak się czegoś trzyma, to jest bezpieczna. Teraz nie tylko chodzi, ale nawet biega... zwłaszcza gdy ucieka z czymś skradzionym swojemu zastępczemu koledze.

  • Dziewczynka jest bardzo uczuciowa. Potrafi pogłaskać i przytulić dwie młodsze koleżanki, a ze swoją rówieśniczką nawet podzielić się zabawką (jedzeniem nigdy). Musimy tylko uważać na oczy... ale to jest część ciała, która najbardziej interesuje wszystkie dzieci.

  • Mam zwyczaj chodzić z naszymi najmłodszymi dziewczynkami (trzymając je na rękach) wokół kominka. Paprotka zakłada ręce do tyłu (niczym pan Dulski) i idzie za mną. Jest bardzo dobrym obserwatorem, i jeszcze lepszym naśladowcą.

  • Jej wyjątkowość polega też na braku zainteresowania telewizorem. Gdy inne dzieci oglądają bajkę (albo nawet wiadomości), Paprotka dopada do pudła z zabawkami. Niestety pudeł mamy kilka i są one głębokie. Dziewczynka sprawia wrażenie jakby poszukiwała czegoś, co leży na dnie tego ostatniego.

Kontakty z rodzicami biologicznymi

Od czasu umieszczenia dziewczynki w naszej rodzinie, mama miała z nią kontakt osobisty tylko jeden raz, podczas badań psychologicznych w OZSS. Poza tym kontaktowała się pięciokrotnie poprzez wiadomości SMS, z tego dwukrotnie miało to miejsce tuż przed rozprawą (...). Pozostałe sms-y zostały przysłane w dniach (…) oraz (...). Można więc przyjąć, że jest to mama świąteczna – piętnastego Paprotka obchodzi urodziny.

Na pierwszej rozprawie w sądzie (pod koniec listopada) została podjęta decyzja, że w czasie trwania drugiej fali epidemii nie będziemy realizować spotkań osobistych, a dniem informacyjnym został wyznaczony piątek. Żaden z powyżej podanych kontaktów nie miał miejsca w piątek, a poluzowanie obostrzeń związanych z pandemią nie zostało przez mamę wykorzystane w celu spotkania się ze swoją córką.

Uwagi rodziny zastępczej, potrzeby, oczekiwania

Jak najszybsze rozpoczęcie procesu adopcji.

Opinia o zasadności przysposobienia dziecka

Paprotka jest dzieckiem małym, zdrowym, z uregulowaną sytuacją prawną, nie mającym żadnych więzi ze swoją rodziną biologiczną (zarówno mamą, jak też trójką swojego rodzeństwa). Jej coraz silniejsze przywiązanie do naszej rodziny może powodować, że każdy dzień opóźnienia w procesie adopcji może być ze szkodą dla dziecka.

Rozważania dotyczące przysposobienia Paprotki można prowadzić w trzech aspektach: adopcja zagraniczna, nierozdzielanie rodzeństw i adopcja jednego dziecka. Pierwsza opcja w zasadzie nie podlega dyskusji, ponieważ jako taka praktycznie już nie istnieje nawet w przypadku dzieci z rozmaitymi deficytami i zaburzeniami. Nikt nie ma wątpliwości, że po dziecko pokroju Paprotki jest ustawiona bardzo długa kolejka rodzin adopcyjnych w naszym kraju.
Pozostaje zatem pytanie o wyższość więzów krwi nad możliwością szybkiego i bezproblemowego umieszczenia dziewczynki w stabilnej i bezpiecznej rodzinie, dającej możliwość szybkiego dalszego rozwoju... bo przecież Paprotka ma jeszcze siostrę i dwóch braci. Zasadnym wydaje się więc pytanie o hipotetyczne skutki wynikające z próby umieszczenia całej czwórki dzieci w jednej rodzinie.
Przede wszystkim trudno założyć, że istnieje kolejka chętnych do adoptowania czwórki dzieci (części starszych, części z rozmaitymi deficytami). Tutaj każde z nich ma inne potrzeby, inne oczekiwania. I każde potrzebuje skupienia uwagi na sobie. Rodzeństwo od ponad roku jest rozdzielone (mieszka w innych rodzinach zastępczych), co powoduje, że byłaby to adopcja jeszcze trudniejsza do realizacji. Byłaby to bowiem próba połączenia adopcji trójki dzieci (co samo w sobie jest bardzo trudne) z jednoczesną adopcją dziecka „obcego”... bo takim dzieckiem w tym przypadku byłaby Paprotka. Można zatem powiedzieć, że byłyby to dwie odrębne adopcje toczące się w tej samej rodzinie, w tym samym czasie.
Czy więzy krwi są na tyle ważne, aby odbierać Paprotce szansę na szczęśliwe dzieciństwo w rodzinie adopcyjnej? Czy są na tyle ważne, aby marnować kolejne miesiące na poszukiwanie rodziny, która być może nie istnieje? Czy warto szukać rodziny, która być może za jakiś czas stwierdzi, że czworo dzieci to poczwórne problemy, które ją przerastają? Naszym zdaniem Paprotka powinna zostać zaadoptowana sama, z pominięciem bagażu w postaci swojego rodzeństwa.
Mama biologiczna całej czwórki jest bardzo młodą osobą. Być może będzie miała jeszcze inne dzieci, a każde z nich niewiele będzie się różniło od naszej dziewczynki. Wszystkie będą miały jedną wspólną cechę. Gdy dorosną, będą wiedziały, że gdzieś mieszka ich rodzeństwo. Może lepiej zadbać o tę wiedzę.

Nie jesteśmy jeszcze opiekunami prawnymi Paprotki, ale tuż po uprawomocnieniu się wyroku wystąpimy z takim wnioskiem... i taka będzie nasza ocena tej sytuacji.







niedziela, 7 marca 2021

BLANKA


 

No to jestem...

Pisząc te trzy powyższe słowa przyszła mi na myśl krótka konwersacja pomiędzy Majką, a mamą Stokrotki, która miała miejsce kilka dni temu poprzez jeden z komunikatorów internetowych, a rozpoczęła się chwilę przed ósmą, gdy Majka akurat wyjeżdżała z Bliźniakami do przedszkola.

  • I co tam?

  • Halo, jest tam pani?
  • Teraz nie mogę rozmawiać.
  • Co u mojego aniołka, czekam już dwie godziny. [widocznie wstała przed szóstą]
  • Wysyłam pani zdjęcie.
  • To czekam.
  • Ale na co?
  • Proszę o info.
  • Widziała ją pani dwa dni temu, nic szczególnego przez ten czas się nie wydarzyło.
  • Chcę wiedzieć co u mojej córeczki.
  • Wszystko dobrze, proszę zadać konkretne pytanie.
  • Co u fizjoteterapeuty?
  • Dziękuję, fizjoterapeuta również czuje się dobrze.

Po moim ostatnim wpisie Majka miała dwa przemyślenia, którymi się ze mną podzieliła. „Jednak zakończenia masz dobre”, powiedziała. „To ostatnie było prawie jak koniec siódmego sezonu...” czegoś tam. No i faktycznie odezwało się paru naszych znajomych: „co? pogryziona przez matkę?”, „macie nowe dziecko?”, „to chyba była jakaś metafora Pikusia?”, „kto to jest Blanka?”, „nie, to niemożliwe”, „ludzie są ale popierdoleni”, „jak się czuje ta pogryziona pięciolatka?”, i tak dalej.

Drugie przemyślenie Majki znalazło swój upust w zadaniu mi kilku pytań, które mógłbym sprowadzić do dwóch: „dlaczego robisz sobie przerwę, przecież lubisz pisać?”, i „chciałeś usłyszeć, że ktoś cię jeszcze lubi?”.

Prawdę mówiąc byłem trochę zaskoczony reakcją wielu osób, które próbowały mnie wesprzeć w niemocy pisania, doszukując się rozmaitych przyczyn mojego zdołowanego stanu ducha. W wiadomościach mailowych pojawiły się nawet propozycje porozmawiania. Wzbogaciłem się więc o kilka numerów telefonu, i niewykluczone, że kiedyś z któregoś z nich przyjdzie mi skorzystać. Za wszystkie dobre słowa, chęć pomocy i wsparcie, serdecznie dziękuję.
Ale... tak naprawdę nikt nie odgadł, co mi w duszy gra – nawet Majka. Gdy opisuję rozmaite sytuacje i dzielę się różnymi przemyśleniami, to staram się, aby to nie była bezsensowna paplanina, która nie służy wyrażeniu jakiejś myśli (aczkolwiek czasami to mi się oczywiście zdarza). Nawet gdy stosuję dygresję, to coś chcę przez nią powiedzieć. Ostatnie zdanie poprzedniego wpisu nie tylko miało pobudzić czyjąś ciekawość, chociaż oczywiście też było to moim zamysłem. Podobno pozostawienie odbiorcy z własnymi myślami, ma dużo większą siłę przekazu, niż wyłożenie kawy na ławę – tego się niedawno dowiedziałem. I pewnie coś w tym jest, skoro jednym z wniosków wynikających z analizy tego jednego zdania było to, że Blanka ma pięć lat.

Początkowo chciałem zostawić tylko czarny prostokąt (z początku wpisu) bez jakiegokolwiek komentarza. Może wówczas byłbym lepiej zrozumiany.

Bo to miał być taki mój mały, prywatny sprzeciw przeciwko ograniczaniu wolności słowa... oczywiście mojego słowa. Zacząłem się zastanawiać jaki sens ma pisanie czegoś do połowy... tej lepszej połowy. Chcąc opisywać pieczę zastępczą, nie wszystko da się przemycić między wierszami, albo opowiedzieć dookoła. Często najważniejsze są detale, rozmaite powiązania i zależności. A to można pokazać tylko opisując konkretną historię, przedstawiając losy tej, a nie jakiejś fikcyjnej rodziny... historię tego dziecka, a nie jakiegoś przypadku. No i nie wszystko jest różowe.

Agata tym razem też nie trafiła, sądząc że mogły mnie zaboleć niektóre komentarze albo pytania. Wręcz przeciwnie... lubię gdy ktoś ma odmienne zdanie. Pozwala mi to rozwinąć myśl, albo zrewidować swoje poglądy. Bardzo lubię zdanie Majki kierowane do rodziców biologicznych: „proszę zadać konkretne pytanie”. Trudne do komentowania są zdania rzucone gdzieś na boku typu „czemu to ma służyć?”, „taka forma do mnie nie przemawia”. Komuś może się wydawać, że odstraszam potencjalnych rodziców zastępczych. Ale może właśnie ktoś teraz podejmuje decyzję „zostać rodzicem zastępczym, czy nie zostać”. Wydaje mi się, że mówię: „zostań, ale miej świadomość z czym przyjdzie ci się zmierzyć... chociaż być może twoje odczucia będą inne niż moje”. Zapraszam więc do komentowania... ale tutaj.

Spróbuję jednak w jakiś sposób odnieść się do zdań, które nie zostały wprost wypowiedziane, i być może tkwią tylko w moich wyobrażeniach. Spróbuję odnieść się do wątpliwości... również moich.

Najmniej zastrzeżeń wzbudzają opisy rodziców biologicznych. Tych mało kto bierze w obronę, więc nikt nie mówi, że przesadziłem. Tym bardziej, że raczej pokazuję ich jako osoby słabe, nieporadne, niedostosowane... a nie złe. Mama Stokrotki, którą wspomniałem na początku, wyprawiła dziewczynce roczek. Odbył się znany „obrządek” wybierania przez dziecko różnych przedmiotów ustawionych przed nim na stole. Pech chciał, że Stokrotka jako pierwszy wybrała kieliszek. Następnego dnia mama Stokrotki wysłała Majce kilkadziesiąt swoich złotych myśli związanych z tymże kieliszkiem. Pisała, że to na pewno był sygnał z niebios, ale ona nie dopuści, aby mała wpadła w alkoholizm. Jak tylko zauważy w okresie dorastania, że Stokrotka sięgnie po jakikolwiek alkohol, to natychmiast pójdzie z nią do lekarza, terapeuty, a nawet psychiatry. Żadnego pobłażania dla jakichkolwiek trunków. Zastanawiam się tylko, który inny wybór byłby lepszy. Różaniec? Czy mama zaakceptowałaby Stokrotkę w zakonie? To może moneta... ale przecież pieniądze szczęścia nie dają. Albo książka, symbol wiedzy? Chociaż ta z kolei niekoniecznie daje pieniądze. Wychodzi na to, że może jednak najlepiej się upić. Oczywiście żartuję, jednak gdyby Majka wiedziała, jak ważny jest ten rytuał dla mamy Stokrotki, to ten nieszczęsny kieliszek ustawiłaby jako drugi od lewej. Nie byłby skrajny, a dziewczynka jako praworęczna z dużo większym prawdopodobieństwem sięgnęłaby po przedmiot pierwszy lub drugi od strony prawej. A tak... jednym niefrasobliwym zachowaniem w wieku dwunastu miesięcy, Stokrotka zmarnowała sobie życie.

Czasami sobie myślę jak bardzo ta mama (jeżeli dostanie taką możliwość) może zawładnąć życiem dziewczynki. Gdzie tu podążanie za dzieckiem, dbanie o jego prawo do autonomii. Gdzie tu bycie mamą, a nie strażnikiem.
Ale z drugiej strony, gdy Stokrotka na wspólnym spacerze trzyma Majkę za palec, a jej mama mówi, że ona też by tak kiedyś chciała, to rozumiemy tę mamę i jest nam jej tak zwyczajnie, po ludzku, bardzo żal.

Na sędziach pewnie bez oporu mogę psy wieszać. Jest to grupa zawodowa, chyba jak żadna inna, obyta z rozmaitą krytyką, której zupełnie nie interesuje co jakiś tam Pikuś o niej myśli. A myśli nawet nie najgorzej. Często czepiam się terminów wyznaczanych rozpraw, ale przecież z pustego to i Salomon nie naleje. Ostatnio sędzia Paprotki stwierdził, że zrobił co mógł, a ciąg dalszy już od niego nie zależy. Trudno się z nim nie zgodzić. Zamknął sprawę w osiem miesięcy.

Potrafię nawet zrozumieć wielokrotne dawanie szans rodzicom biologicznym. Sędzia jest jedynie osobą, której decyzja jest wypadkową rozmaitych opinii... często skrajnych. Rodziców widzi tylko na rozprawie przez kilkanaście minut. Co on tak naprawdę o nich wie?
Chociaż z drugiej strony, nie jest skrępowany w jakiś znaczący sposób przepisami prawa. Czasami się zastanawiam, dlaczego po umieszczeniu dziecka w naszej rodzinie, nie wezwie do siebie rodziców biologicznych i nie powie czego od nich oczekuje, i czego będzie wymagał na pierwszej rozprawie. Być może się mylę, ale nie znam zapisu w ustawie o pieczy zastępczej, który zabraniałby zwołania posiedzenia z rodzicami z pominięciem wyznaczonego terminu rozprawy. Przypuszczam, że znowu chodzi o czas. Takie spotkanie mogłoby trwać dłużej niż rozprawa. Zatem można przyjąć, że średnio pierwsze cztery miesiące są zupełnie zmarnowane. Rodzice nie robią nic, lub prawie nic. A potem wszystko zależy od przekonań sędziego, bo brak jest precyzyjnych zapisów, które zmuszałyby go do podjęcia konkretnej decyzji w określonym czasie.

Korzystając z okazji, opiszę aktualną sytuację Białaska. Tak Beza... minęły już cztery lata.

Białasek nadal mieszka ze swoją mamą na zasadzie dziecka zastępczego. Od wielu lat niewiele się zmienia. Sędzina najwyżej koryguje warunki spotykania się chłopca z mamą biologiczną... chyba coraz mniej się nią przejmując. Aktualnie mama biologiczna może spotykać się z Białaskiem raz na dwa tygodnie. Na dobrą sprawę nie ma większego znaczenia, czy mama może przyjechać raz w tygodniu, czy raz na dwa tygodnie. Pewnie raz w miesiącu też byłoby dobrze. Zawsze po paru przyjazdach następuje kilkumiesięczny okres ciszy. Mama się nie odzywa, chłopiec o nią nie dopytuje. Sędzinie pewnie się wydaje, że postępuje właściwie. Sądzę, że na jej miejscu myślałbym dokładnie tak samo. Chłopiec jest zabezpieczony, zna swoją rodzinę biologiczną, z którą może się spotykać. A do tego mama zastępcza dostaje pieniądze na jego utrzymanie. Czego chcieć więcej? Pewnie nic się nie zmieni w przeciągu kilku najbliższych lat. Tyle tylko, że mama zastępcza nie może argumetować wniosku o odebranie władzy rodzicielskiej tym, że nie na to się pisała. Nie może powiedzieć, że piecza zastępcza była dla niej być może jedyną drogą do przysposobienia dziecka. Nie może też powiedzieć, że wszystko jest okej. Chociaż może nawet jest okej, ale tak długo, dopóki pani sędzina nie przejdzie na emeryturę, albo nie poszuka sobie innej pracy. Bo przecież może przyjść jakiś młody sędzia przesycony ideą o wyższości rodziny biologicznej nad jakąkolwiek inną. Czym dla niego będzie pięć, sześć, a może i dziesięć lat pobytu w rodzinie zastępczej?

Czasami bawię się z Bliźniakami w łączenie w zbiory. Sam z sobą też się w to bawię. W mojej zabawie, jednym z takich zbiorów są urzędnicy... począwszy od pracowników socjalnych ośrodków pomocy społecznej, poprzez kuratorów, pracowników organizatora pieczy zastępczej, a na osobach pracujących w ośrodkach adopcyjnych skończywszy. Wszyscy oni mają taki sam cel, ale jak różnie rozumiany. Staram się ten zbiór pomijać w swoich blogowych rozważaniach w sensie oceny zachowań, ponieważ wzorzec prawidłowych postaw widziany oczami rodzica zastępczego, czasami może znacząco odbiegać od wzorca obowiązującego dla danego elementu zbioru. Moja pochwała może być naganą i na odwrót. Póki co, nie mam złych doświadczeń, które chciałbym wykrzyczeć. Nie wiem jak się zachowam, gdy do takiej sytuacji dojdzie. Mam nadzieję, że przyzwoicie.

Rodzice zastępczy i adopcyjni...

Grupa najbardziej mi bliska, chociaż często bardzo różnie rozumiejąca rodzicielstwo. No i tutaj protest o ograniczanie wolności słowa najbardziej kieruję do siebie. Bo to ja jestem cenzorem tego co wypada powiedzieć, a czego nie wypada. Powoduje to, że czasami staję w rozkroku. Powiedziałem już za dużo, ale nie mam odwagi pójść o jeden krok dalej. O krok, który mógłby rzucić zupełnie inne światło na daną sytuację.

Kiedyś wspomniałem o rodzeństwie naszej Calineczki. Jej bracia od wielu miesięcy (a może nawet lat) mają uregulowaną sytuację prawną i decyzją sądu powinni zostać umieszczeni w rodzinie zastępczej. Właściwie już na zawsze, gdyż o powrocie do rodziny biologicznej raczej nie ma mowy. W adopcję to nawet sąd już nie wierzy, skoro tylko ograniczył władzę rodzicielską. No i jakiś czas temu znalazła się rodzina zastępcza gotowa przyjąć dzieci pod swój dach. Chłopcy spędzili z nią kilka miesięcy. Niestety tylko kilka, bo szybko wrócili do pogotowia rodzinnego, w którym nadal czekają na kolejną rodzinę.

Całe zdarzenie zostało okrzyknięte jako haniebne, a w moim umyśle pozostał tylko przekaz „dzieci nie spełniły oczekiwań rodziców”. W tym momencie chciałbym tylko wspomnieć, że od jakiegoś czasu moją ulubioną frazą jest „etnografia fikcyjna”, znacząca tylko tyle, że wszystko co opisuję jest prawdą, ale niekoniecznie wydarzyło się w tym czasie, i niekoniecznie dotyczy tych dzieci, lub tych rodziców.
No to lecę dalej... Rodzice zastępczy braci Calineczki mieli dobre intencje. Ukończyli szkolenie, uzyskując kwalifikację do pozostania rodzicem zastępczym. Mieli nawet przygotowanie pedagogiczne... ale przede wszystkim ogromną chęć niesienia pomocy. Co się stało, skoro nawet relacje z dziećmi nie były złe?
Rodzina, w której chłopcy wcześniej przebywali, nie ukrywała, że dzieci są trudne, że w nowej rodzinie najprawdopodobniej pozostaną już do dorosłości. To nie były tylko sugestie, mówienie nie wprost. To był jasny przekaz – szukamy rodziny na zawsze. Dlaczego rodzice myśleli, że to będzie tylko na chwilę? Dlaczego byli przekonani, że chłopcy jednak wrócą do mamy? Może dlatego, że mama biologiczna była już w ciąży z Calineczką. Może to była jakaś podświadoma wiara w to, że mama dostanie drugą szansę, albo że Calineczka pójdzie do adopcji i pociągnie za sobą starszych o kilka lat braci?
A może szukam tylko jakiegoś wytłumaczenia... Przecież rodzice na początku planowali rozpoczęcie terapii indywidualnej i rodzinnej. Czyż nie wiedzieli, że w perspektywie kilku, czy nawet kilkunastu miesięcy (zakładając, że dzieci odejdą), rozpoczynanie takiej terapii nie ma najmniejszego sensu?
Może więc było to tylko brutalne zderzenie teorii z codziennym życiem. Może nad pierwotnym wmawianiem sobie „przecież ja dam radę”, wzięła górę bezsilność, dojście do wniosku, że na dłuższą metę ta sytuacja wszystkich przerośnie. Ale przecież to nie było umieszczenie chłopców na zasadzie zabezpieczenia, kiedy dziecko nagle przestępuje próg domu i ktoś mówi „poznajcie się... to są twoi nowi rodzice, to jest wasze dziecko”. Przez kilka tygodni miały miejsce spotkania, wspólne spędzanie czasu - zwyczajne bycie z sobą.
Miesiąc miodowy... termin który kiedyś wprowadziła do naszego życia Majka w kontekście pieczy zastępczej czy adopcji, a który zaczyna dla mnie przybierać coraz ciemniejsze barwy. Teoretycznie jest to kilka początkowych tygodni, gdy odchodzące dzieci i ich nowi rodzice mają się poznać. Jest to czas, w którym mają się tworzyć jakieś relacje, mają zawiązywać się więzi. Ma to być okres radości, beztroski, ale też wypracowania wspólnie jakichś zasad, określenia przez obie strony granic.
Ale może jest tak, że każda ze stron myśli „ja tylko wyciągam rękę, ale to on musi się dostosować”. Czy możliwe jest, że dziecko mówi do siebie „biorę co daje mi los, bo za chwilę wszystko się skończy”? A może podświadomie czuje, że za chwilę znowu do nas wróci, gdyż są to tylko wakacje?
Dawniej, gdy ktoś mówił, że w pieczy zastępczej nie ma zdrowych dzieci, byłem gotowy sprzeciwiać się takim poglądom, pokazując przykłady tych, które od nas odeszły i świetnie funkcjonują w nowych rodzinach. Ale może wcale nie miałem racji. Może każde odebranie dziecka rodzicom biologicznym jest tak głęboką rysą na jego zdrowiu psychicznym, że łagodny i długotrwały proces przejścia do nowej rodziny jest zaledwie niewielkim fragmentem pracy czekającej całą nową rodzinę.

Teraz mamy szóstkę dzieci... jest ciężko. Tylko szóstkę i żadnych dzieci biologicznych. Zapewne wiele rodzin zastępczych by mnie wyśmiało, bo może same mają dziesiątkę, albo i więcej... a do tego jeszcze trójkę własnych i dwójkę adoptowanych. No i czują się szczęśliwe, spełnione w tym co robią. Znam takie rodziny. Wiem, że nie udają.

W tej materii mogę pisać tylko o sobie, nie oceniając co jest dobre, a co złe. Każdy ma inną tolerancję akceptacji różnych zachowań, inne rozumienie potrzeb dzieci i postrzeganie ich dobra.
Blanka przyszła do nas na zakładkę, gdy wszyscy wiedzieli, że odejście Bliźniaków jest już tylko kwestią tygodni. Zawsze tak się dzieje, a nam to nawet pasuje. Przez jakiś czas będzie trudniej, ale w pewien sposób blokujemy hipotetyczne zapędy przed umieszczeniem u nas choćby ośmiolatka, który nijak nie pasuje do naszej rodziny. Po odejściu chłopców, zdecydowanie by nie pasował.
Każde przyjście nowego dziecka wymaga dokonania jakichś zmian. Tak też było tym razem. Zdecydowaliśmy, że Paprotka zostanie przeniesiona do pokoju, w którym śpię ze Stokrotką, a Majka wraz z Blanką i Calineczką zamieszka w naszej sypialni, którą dotychczas samodzielnie okupowała Paprotka. Po czterech miesiącach salon miał znowu pełnić tylko rolę salonu... a w zasadzie bawialni.
Po dwóch godzinach daliśmy sobie spokój i niemal w środku nocy ewakuowaliśmy Paprotkę do dotychczasowego pokoju. Baliśmy się nie tylko o jej zdrowie psychiczne, ale nawet fizyczne, gdyż krzycząc, zapowietrzała się nawet na kilkanaście sekund. Nie wystarczyło jej, że spała w swoim łóżeczku, że miała zapalone światło i widziała mnie i Stokrotkę. Inny był tylko pokój. Mam nadzieję, że jest to tylko jakiś chwilowy etap rozwojowy, bo inaczej kiepsko widzę jej aklimatyzację w nowym domu.
Myślę, że o życiu dziecka w pogotowiu rodzinnym nieco bardziej się rozpiszę podsumowując proces adopcji Bliźniaków. Już nie mogę się doczekać tego momentu. Póki co, mam cztery strony notatek... a to dopiero początek.

Teraz może napiszę coś o misyjnej roli rodzin zastępczych. Wielu rodzicom, takie poczucie posłannictwa, poświęcania się dziecku, ratowania każdego z nich - daje siły do działania, nadaje sens życiu.

Mi nie daje...
A piszę o tym dlatego, gdyż każdy kto zamierza zmierzyć się z pieczą zastępczą zawodową (bo tylko o takiej myślę... w której następuje ciągła rotacja dzieci), musi sam siebie w tym świecie jakoś określić. Musi odpowiedzieć sobie na pytanie, jaki chce być. Co będzie go cieszyć, jakie są granice pójścia na kompromis. Nie tylko w konfrontacji z takim czy innym urzędem, ale na kompromis emocjonalny z samym sobą. Dróg jest wiele, i nie tylko jedna właściwa.

Od momentu przyjęcia Blanki trwały w naszym powiecie poszukiwania rodziny dla dwójki niemowlaków (każdego z osobna). Nikt do nas nie zadzwonił. I słusznie... może dlatego, że jasno określiliśmy nasze granice, a może z zupełnie innych powodów.

Zamieszkanie Blanki w naszym domu spowodowało, że mam mniej czasu, a nawet cierpliwości, dla Romulusa. Dla Remusa też, ale on się nie upomni... bo on zaczyna wchodzić w rolę dorosłego (a przecież wciąż jest dzieckiem). Na szczęście nasze zadania przejmuje Janek i Małgosia (rodzice adopcyjni).
Bez zmrużenia oka jestem gotowy odpowiedzieć „nie przyjmę kolejnego dziecka”, nawet jeżeli alternatywą jest placówka. Patrzę na każdą parę oczu. Ale tylko tę, która ze mną mieszka, czegoś oczekuje, a ja jestem w stanie sprostać tym oczekiwaniom. No i do tego nie czuję się mesjaszem. Nie chcę popaść w depresję, alkoholizm, a w najlepszym razie trzasnąć drzwiami i stwierdzić jak niektóre nasze mamy biologiczne „walcie się wszyscy”. Ktoś mógłby powiedzieć „przecież warunki lokalowe masz świetne”. Niby tak. Mógłbym odgruzować dwa pokoje, które robią za magazyn, wstawić łóżeczko do swojej pracowni, a nawet do dwóch całkiem sporych łazienek... nie mówiąc o zmuszeniu Paprotki do przyjęcia w swoim pokoju przynajmniej trzech nowych lokatorów. Ale tego nie chcę.
Jeżeli więc sięgam w swoich opisach do jakichś rodzin zastępczych, to nie dlatego aby je krytykować, ale dlatego żeby pokazać swój punkt widzenia.
Bo tak na dobrą sprawę, to trudno powiedzieć jaki jest właściwy model rodzica zastępczego. Coś takiego chyba nie istnieje. A nawet jeżeli, to jest on uzależniony od konkretnej instytucji, rodziny, a nawet osoby, która próbuje taki model stworzyć.
Majka kiedyś usłyszała, że jest nieprofesjonalna, gdy nie wyraziła zgody na umieszczenie jednego z naszych dzieci w DPS-ie oddalonym od nas o trzysta kilometrów. Ja też jestem nieprofesjonalny, gdyż mój cel nie do końca jest zgodny z celem stawianym rodzinom zastępczym. Dla każdego z naszych dzieci pragnę wspaniałej rodziny... ale niekoniecznie powrotu do rodziny biologicznej, a nawet niekoniecznie jakiejkolwiek rodziny, która tylko nie będzie placówką.
Dzisiaj tuż po siódmej odezwała się mama Stokrotki: „chciałam zadzwonić później, ale strasznie się denerwuję – proszę mi powiedzieć, czy ona jeszcze żyje?”.
Ja, prawie jak co dzień obudziłem się nieco przed szóstą. I prawie jak co dzień zobaczyłem uśmiechniętą twarz Stokrotki, która siedziała w swoim łóżeczku i wpatrywała się we mnie swoimi niebieskimi ślepkami. Powiedziałem do niej „śpij jeszcze”, a ona kręcąc głową: „nie, nie, nie”. Chcąc nie chcąc, rozpoczęliśmy niedzielny poranek. Nie daje mi spokoju myśl, że sąd podejmie decyzję o umieszczeniu dziewczynki w rodzinie jej babci. Osoby schorowanej, która nie daje żadnej gwarancji prawidłowego wychowania i bezpiecznego rozwoju dziewczynki. Co się stanie, gdy za parę lat trafi na dłużej do szpitala, albo brzydko mówiąc – kopnie w kalendarz? Ale na tę chwilę, lekarz rodzinny nie widzi przeciwwskazań do bycia rodzicem zastępczym. Plan jest taki, że po zamieszkaniu Stokrotki z babcią, jej mama rzuca swojego podstarzałego partnera i wprowadza się do niej. Już widzę tę sielankę. Cała nadzieja w opinii biegłych i mądrości sądu. Ja nie będę miał już nic do powiedzenia, z czym najtrudniej jest mi się pogodzić. Ale może źle na to patrzę?
Tak czy inaczej, to jest moja pięta achillesowa, przez którą pewnie kiedyś polegnę... ku chwale ojczyzny, oddając dziecko w ręce rodziny biologicznej.

Na koniec zostawiłem sobie mój stosunek do opisów przebywających u nas dzieci. Nie będę sięgał do zamierzchłych czasów, gdy nazwałem Bliźniaki gamoniami i znalazł się ich samozwańczy adwokat. Każdy na pewnym etapie swojego rozwoju jest gamoniem... Ty czytelniku też nim kiedyś byłeś.

Uważam, że w wystarczający sposób anonimizuję opisywane dzieci, a osoby które nas znają, w większym lub mniejszym zakresie tę wiedzę posiadają (niezależnie od zaglądania na bloga). Natomiast często się zastanawiam, jaka może być reakcja dzieci, gdy kiedyś być może przeczytają o sobie. Czy rodzina, w której będą mieszkać zdecyduje się udostępnić im te informacje? Być może w wielu przypadkach będzie to jeden z najlepiej udokumentowanych okresów ich historii... jakże trudnej historii. W moich opisach, dzieci nie zawsze są uśmiechnięte jak na rodzinnej fotografii. Ocieram się o fragmenty życia, które często przez rodziców adopcyjnych najchętniej zostałyby opatrzone klauzulą „top secret”. Pojawiają się rodzice biologiczni, którzy niekoniecznie muszą zostać odebrani jednoznacznie. Ale to już nie moje zmartwienie.



Po tym przydługim wstępie, czas na krótkie rozwinięcie. Ktoś mógłby powiedzieć, że nie dość, że był on przydługi, to jeszcze nie na temat i wielowątkowy.

Ale z drugiej strony, jak dobrym byłby on wprowadzeniem, gdyby kiedyś się okazało, że jest to pierwszy opis, który przeczyta o sobie Blanka.

Dziewczynka nie ma pięciu lat. Dopiero kilka dni temu przestała być noworodkiem, czyli stuknął jej pierwszy miesiąc życia. Mając kilkanaście dni trafiła do szpitala z licznymi śladami otarć i siniaków będących na różnym etapie gojenia. W wielu miejscach było widać wyraźne ślady zębów, więc nikt nie miał wątpliwości, że dziewczynka była gryziona. Prawdopodobnie przez mamę, gdyż w żadnym dokumencie nie pojawiają się opisy jakichkolwiek osób trzecich, a ślady choćby psich zębów wyglądają zupełnie inaczej. Przez kilka pierwszych dni w szpitalu, Blanka bała się każdego zbliżającego się do niej człowieka. Krzyczała nawet będąc na rękach. Uspokajała się tylko w samotności. Gdy do nas przyszła, było już dużo lepiej. Lubiła być noszona, polubiła się przytulać. Gorzej było z kąpielą. Już na etapie rozbierania stawała się niespokojna, a przy kontakcie z wodą zaczynała krzyczeć na całe gardło. Krótkimi kroczkami (codziennie wydłużając czas kąpieli) doszliśmy do etapu, w którym jest to przyjemny element poprzedzający nocny sen.

Można powiedzieć, że fizycznie Blance już nic nie dolega. Ślady na jej ciele się zagoiły. Trudno jednak powiedzieć, co siedzi w jej umyśle. Jak bardzo traumatyczne mogą być te pierwsze dni jej życia? Dziewczynka cały czas jest bardzo lękliwa. Wzdryga się na głośny dźwięk, czy nagły upadek zabawki na podłogę. Boi się nawet swojej własnej czkawki.

Nie sposób nie zastanowić się, jak mogło do tego dojść, i jak tragicznie wszystko mogło się zakończyć. Właściwie, to niewiele jeszcze wiemy, a uzyskane informacje przechodzą pocztą pantoflową pomiędzy rozmaitymi osobami mającymi jakikolwiek wgląd w sprawę. Nawet sąd był tym razem wyjątkowo skąpy w swoim opisie. Czasami otrzymujemy kilkustronicowe postanowienie, które pozwala mieć dość duży pogląd na sprawę. Tym razem była to tylko jedna strona. Gdyby odjąć wszystkie standardowe formuły, nagłówki, podpisy i pieczątki na końcu, to byłyby to tylko dwa zdania. Blanka została umieszczona w naszej rodzinie w trybie zabezpieczenia, a matka biologiczna ma zakaz kontaktów z nami i zbliżania się do dziecka. No i dostaliśmy rozszerzone uprawnienia w zakresie podejmowania decyzji w sprawach medycznych. Szkoda tylko, że sąd (idąc swoim tokiem myślenia) nie zdecydował się (o co PCPR wnioskował) na nieumieszczenie naszego adresu w postanowieniu. Czy możemy zatem spodziewać się nagłego nalotu mamy?

Właściwie to nie wiemy kim ona jest. Biorąc pod uwagę pewne wspólne cechy naszych mam biologicznych, można powiedzieć, że jest starą matką (sporo po trzydziestce), a ciąża pierwsza. Moją początkową myślą było „jakim cudem tak długo się uchowała?”. Nadal się nad tym zastanawiam, bo wciąż nie znam szczegółów. Chociaż może nikt mi już nic nie mówi, bo wszystko wygadam.

Po interwencyjnym odebraniu dziecka, spędziła 48 godzin w areszcie i miały jej zostać postawione zarzuty karne. Nie zostały, bo okazało się, że jest upośledzona umysłowo. Ale co, jak i dlaczego? Cisza.

Ja mam jednak w związku z tą sytuacją jeszcze inną refleksję, a właściwie pytanie. Kto pozwolił mamie (wraz z dzieckiem) opuścić porodówkę? Już na oddziale wzbudzała niepokój personelu, co skutkowało zaleceniem dla położnej, aby w miarę często odwiedzała mamę i miała „oko” na wszystko. Nikt tej dziewczyny nie odebrał ze szpitala, nikt nie wiedział czy z kimkolwiek mieszka. Pewnie czasami trudno jest przy powierzchownym kontakcie stwierdzić, czy ktoś ma jakieś zaburzenia psychiczne. Ale coś jednak personel zaniepokoiło. Może podejrzenie depresji poporodowej? Ale czy w takim stanie można wypisać matkę ze szpitala?

Ostatecznie policję powiadomiła położna... po prawie dwóch tygodniach. Bywała u mamy co dwa-trzy dni. Niby częściej niż zazwyczaj ma to miejsce... ale czy wystarczająco często? Pierwsze trzy wizyty opatrzyła adnotacją „stan ogólny dziecka dobry”. Przy czwartej napisała „zasinienie całego ciała”. Chyba tak napisała, bo nawet Majka, która potrafi rozszyfrować lekarskie hieroglify, nie była pewna tego zdania. Nie potrafię jednak nie zauważyć pewnej sprzeczności podsumowań trzech pierwszych wizyt ze stwierdzeniem lekarza o urazach na różnym etapie gojenia. Po przywiezieniu Blanki do szpitala stwierdzono zagrożenie życia związane z niedożywieniem i brakiem należytej higieny, oraz zespół dziecka maltretowanego. Co jeszcze w przeciągu tych kilkunastu dni mogło się wydarzyć? Można sobie samemu dopowiedzieć.