sobota, 13 lutego 2021

--- Przerwa

 


Na kilka tygodni zawieszam prowadzenie bloga. Zbyt wiele się dzieje, parę rzeczy muszę przemyśleć.

Gdy kilka lat temu stawiałem tutaj pierwsze kroki, to były to tylko opisy dzieci... opisy ich zachowań i relacji między nami. Było to lekkie, łatwe i przyjemne. Czasami może nawet dowcipne. Ale ta formuła już nigdy nie wróci. Bo i po co? To było dobre na rozgrzewkę.

Ktoś kiedyś powiedział, że jestem jego zastępczym guru. Jeszcze inny, że dzięki mnie został rodzicem zastępczym. Tyle, że ze mnie taki guru, jak z koziej dupy trąba. Zastanawiam się, ile osób zwiodłem swoją sielankową wizją pieczy zastępczej. Ale wówczas tak właśnie czułem. Nawet miałem ku temu podstawy. Kilkoro bezproblemowych dzieci, kilkoro rodziców biologicznych o niezbyt skomplikowanym życiorysie. Czasy też były inne. Nawet w trudnych przypadkach, gdzieś tam na horyzoncie zawsze majaczyła możliwość adopcji zagranicznej. Teraz ważniejszy jest patriotyzm. Nieważne, że sprowadza się on do zamieszkania w domu dziecka, albo domu pomocy społecznej. Zresztą tych pierwszych powstaje coraz więcej. Można nawet powiedzieć, że powstają narodowe domy dziecka. Tylko co one mają wspólnego z domem?
Teraz prawie każda matka biologiczna ma swojego prawnika. Jest on przez mamy nazywany ich mecenasem. Taki mecenas, nawet z urzędu, musi wykorzystać wszystkie kruczki prawne. Choćby w imię zasady, że przecież rodzina jest najważniejsza. Dziwna jest ta prawnicza definicja rodziny. Gdybym cofnął się jakieś pięć lat z trójką naszych obecnych dziewczynek, to z dużym prawdopodobieństwem już wkrótce byśmy się żegnali. A tak przychodzi mi wynajmować coraz większą ilość pokoi w domu pani Dorotki nad morzem.

Doświadczenie przychodziło stopniowo. Pojawiały się coraz to inne przypadki. Niektóre dużo trudniejsze niż te początkowe. Zwiększało się grono znajomych... że tak powiem „z branży”. Na pewnym etapie pojawiło się określenie „system”... o jakże pejoratywnym zabarwieniu. Uderzyło mnie to, że ten system tworzą zwyczajni ludzie, którzy jak mantrę powtarzają frazę „dobro dziecka”. Jednak każdy to „dobro” postrzega na swój sposób, często w myśl zasady „nie wychylaj się”.

Chcąc wszystko opisać z mojej perspektywy, musiałem wejść za kurtynę. A tam jest dużo ciemniej niż na scenie. Dylematy, wątpliwości, nietrafione decyzje. Ludzie, którzy nie zawsze poruszają się wyznaczonymi przez system ścieżkami. Są zbyt empatyczni, albo za mało empatyczni. Popełniają błędy ufając swojemu sercu, albo są zupełnie obojętni. Oczywiście nie pomijałem też sukcesów różnych rodzin, których mimo wszystko było najwięcej. Starałem się pokazać pewnego rodzaju różnorodność zachowań wielu osób, aby ci którzy zamierzają rozpocząć przygodę z pieczą zastępczą zrozumieli, że to nie będzie wejście do rzeki, której nurt płynie leniwie, a woda zawsze sięga najwyżej kolan. Bywają miejsca, gdzie wir wciąga nawet wytrawnego pływaka. Zdarza się, że poziom wody w bardzo krótkim czasie się podnosi mogąc zatopić każdego.

Dlatego właśnie opisując swoje przypadki, często wybiegałem myślami w przód. Rozważałem co może być najlepsze dla dzieci, aby móc w porę zareagować - coś skorygować, póki jeszcze jest czas. Nie potrafię bezczynnie czekać na to, co przyniesie los. Często stawałem w roli sędziego, albo psychologa... chociaż nie jestem ani jednym ani drugim. Czy mam moralne prawo do takich rozważań? Tak przy wszystkich?

Ale z drugiej strony, być może jakaś rodzina zastępcza będzie miała za jakiś czas podobną sytuację i podobne dylematy. Może jakaś rodzina planująca odbycie szkolenia zada sobie pytanie „czy mnie to nie przerośnie?”. Nie ma znaczenia jaka będzie odpowiedź... ważne, że będzie.
Ten blog jest również ważny dla naszej rodziny. Chociaż sporo już tutaj napisałem, to w różnych sytuacjach wiem, gdzie mam szukać potrzebnych informacji, do których w rozmaitych sytuacjach musimy wrócić.

Majka ostatnio przeżywa jakieś rozterki. Zastanawia się co można, czego nie można... obawia się oceny, chociaż ma w danej sytuacji jasno sprecyzowany pogląd, i na dobrą sprawę już podjęła decyzję. Ja wielokrotnie też potrzebuję czasu, aby wyrobić sobie zdanie na dany temat. Szukam, rozważam, wielokrotnie nie wystarczy tylko przespać się z problemem... potrzeba czasu. Ale jak już mam swoje zdanie, to potrafię go bronić, nawet jeżeli znam kontrargumenty. A może zwłaszcza wtedy, gdy znam kontrargumenty.

Ostatnio przyszła do nas psycholożka z ośrodka adopcyjnego. Porozmawiała z Bliźniakami, z nami. Popatrzyła na naszą rodzinę i zachowania chłopców. Była przerażona tym co nas wszystkich czeka. Nie była pierwszą osobą, która stwierdziła, że najlepszym rozwiązaniem byłoby, abyśmy to my adoptowali Romulusa i Remusa. Tak... teraz byłoby to optymalne rozwiązanie. Ale nie w perspektywie dziesięciu, czy piętnastu lat. Nie chcę znowu przywoływać kontrowersyjnych analogii. Ktoś mógłby zapytać „skąd wiesz?”. A skoro już wiem, to przecież mógłbym się jakoś przygotować, coś zaplanować. Okej... wiem.
Wrócę jednak do Majki. Czasami daje mi szlaban na opisanie jakiejś sytuacji. Staram się spełniać jej prośby, chociaż nie zawsze mi to do końca wychodzi. Tak też było dwa dni temu. Obiecałem, że nie napiszę o pewnej sprawie na blogu. Ale przecież widziałem jaka chodzi struta, chociaż podjęła już decyzję. Moje poparcie nie za bardzo ją satysfakcjonowało. Czuła się jak trybik systemu, a nie empatyczna matka zastępcza. Pomyślałem sobie, że przecież tylko obiecałem, że nie napiszę nic na blogu. Ale przecież jeszcze jest facebook. Dostała ogromne wsparcie zarówno od grupy, jak też w wiadomościach prywatnych. No i łatwiej było stawić czoło wyzwaniu, czując poparcie nawet jakichś wirtualnych znajomych. Wrócę do tego wątku za jakiś czas... teraz nie mogę.

Przed nami bardzo trudny okres... poznanie rodziców adopcyjnych dla Bliźniaków. Już tylko dni dzielą nas od momentu, gdy staną w progu naszego domu.

Czy można urazić kogoś, kogo się jeszcze nie zna? Być może wkrótce się okaże.

Poszukiwanie rodziców adopcyjnych dla chłopców będzie trudne. W tym przypadku system kolejkowy naszego ośrodka adopcyjnego chyba schodzi na drugi plan, chociaż oficjalnie nic się nie zmienia. Nazwałbym go układem hybrydowym, i muszę przyznać, że reguły gry naszego ośrodka coraz bardziej zaczynają do mnie przemawiać. Wielokrotnie zastanawiałem się, na jakich zasadach inne ośrodki dobierają rodziców do niemowlaka... a nawet dziecka rocznego, czy dwulatka. Może chodzi o kolor oczu, albo włosów?

Rodzice adopcyjni Bliźniaków nie tylko będą musieli wyrazić gotowość do przyjęcia dwójki, jakby nie było, starszych dzieci, ale również do zaakceptowania w swoim życiu naszej rodziny i rodziny Marlenki. Te więzi są zbyt silne, aby o nich zapomnieć nawet w przeciągu roku, czy dwóch. Babcia Basia też jest bardzo ważną osobą w życiu Romulusa i Remusa. Ale chyba podtrzymywanie tych relacji mogłoby przerosnąć każdą rodzinę widniejącą na liście naszego ośrodka.
Moja niepewność jest zogniskowana na „słuchaniu”. Zastanawiam się, czy rodzice którzy do nas przyjdą, usłyszą to co mówimy my i pani psycholog, czy może to co zechcą usłyszeć. Być może w wielu kwestiach przytakną, ale w duszy pomyślą „przecież ja wiem lepiej”. Może nawet czasami będą mieli rację na zasadach ogólnych. Ale teraz to my najlepiej znamy te dzieci. Chłopcy świetnie funkcjonują w świecie jasno określonych zasad i ustalonych granic. Oczywiście nasze granice nie są ani zbyt szerokie, ani zbyt sztywne. Bliźniaki mogą podejmować własne decyzje, uczyć się na popełnianych błędach i ponosić konsekwencje swoich wyborów. O tych granicach będziemy rozmawiać, bo przecież każda rodzina ma swoje priorytety. I nawet taka duperela jak chodzenie w domu boso lub w paputkach może mieć ogromne znaczenie, jeżeli nagle chłopcy dostaliby zakaz chodzenia bez papci.
Czasami spotykam się z opiniami rodziców adopcyjnych, którzy nie dostali kwalifikacji do bycia rodzicem adopcyjnym, bo za bardzo pokochaliby dziecko. Czy można za bardzo kogoś kochać? Myślę, że jest to pewnego rodzaju metafora, która sprowadza się do „wolności bez granic”. Początkowo postawione granice są coraz bardziej oddalane, bo rodzic nie może patrzyć jak dziecko jest smutne. Trzeba mu wynagrodzić te lata tułaczki, życia na przystanku. Powoduje to, że dzieci przestają ponosić konsekwencje swoich czynów, rodzice zaczynają tracić autorytet, mając coraz mniejszy wpływ na zachowanie dziecka - stając się bezradnymi wychowawczo.

Jednak nie to będzie najtrudniejsze w rozmowie z rodzicami, którzy do nas przyjdą. W przypadku małych dzieci, które z naszej rodziny przechodzą do rodziny adopcyjnej, nikt nas nie pyta co sądzimy o nowych rodzicach. Przeszli szkolenie, otrzymali kwalifikację i to wystarczy. Każdy maluch wsiąknie w taką rodzinę bez większych problemów.

Po raz drugi w naszej historii otrzymaliśmy prosty przekaz... „na was skupia się odpowiedzialność za to co się będzie działo”. Na każdym etapie procesu możemy powiedzieć „nie, to nie ma sensu”, a ośrodek zamknie sprawę. Nie będzie zgłębiał tematu, wysłuchiwał odwołań. Tutaj rodzice adopcyjni są najmniej ważni. Jeżeli nie zaiskrzy i chłopcy nie poczują, że jest to ich nowa rodzina, to... szukamy kolejnej. Dlatego tak ważna jest forma zwracania się do osób, które zaczną spotykać się z Bliźniakami. Na pewno nie od początku „mama” i „tata”. Bez sensu byłoby też mówienie „ciocia” i „wujek”. Przez jakiś czas można używać formy bezosobowej: „goście”, „państwo”, „oni”. Ale jak długo? To może mówienie po imieniu – przecież każdy ma swoje imię. Zobaczymy.
Musimy o tym powiedzieć nowym rodzicom, licząc na ich zrozumienie i na to, że podjęta ewentualnie decyzja o przerwaniu procesu byłaby naszą wspólną. Nie chcę występować w roli sędziego, bo akurat w tym przypadku takie porównanie byłoby jak najbardziej uzasadnione.

Tak więc wrócę, gdy wszystko już się zakończy. Opiszę ile będę mógł... być może niewiele.

No chyba, że wcześniej już nie będę mógł wytrzymać i podejmę się jakiegoś lekkiego i mało kontrowersyjnego tematu. Na przykład opiszę uśmiech Calineczki, albo Blanki. Tego drugiego jeszcze nie widziałem. Nawet nie mam pojęcia jak długo się czeka na uśmiech dziecka pogryzionego przez własną matkę.


niedziela, 31 stycznia 2021

--- Wypalenie emocjonalne

 


Z pewnością mnie to czeka. Zastanawiam się nie „czy”, lecz „kiedy”. Dawniej wydawało mi się, że pewnego dnia pojawi się jakieś dziecko, przy którym powiem „mam dość”. Będzie to taki Kapsel, albo Balbina. Albo wręcz przeciwnie – taka Smerfetka, albo Ploteczka. Jednak z biegiem lat zaczynam dochodzić do wniosku, że wypalenie emocjonalne jest procesem, który prawdopodobnie w moim przypadku już się rozpoczął. Rozpoczął się również w przypadku wielu innych rodziców zastępczych... chociaż pewnie wielu z nich nie dopuszcza do siebie takiej myśli.

Moje dzisiejsze rozważania nie dotyczą rodziców, którzy zaopiekowali się jakimś jednym dzieckiem i od lat tworzą zwyczajną rodzinę. Patrzę głównie na siebie, ale też inne rodziny zastępcze, w których ma miejsce rotacja dzieci. Jedne przychodzą, inne odchodzą... a jeszcze inne pozostają i na to wszystko patrzą. Są też dzieci biologiczne. Jakie są ich przemyślenia, nawet jeżeli nikt je o to nie pyta?

Często się zastanawiam, kiedy zacznę używać zwrotów „poczekam na decyzję”, „ja tylko robię swoje”, a nawet „mi to wisi”.

Patrzę na Stokrotkę, która jest mi chyba niemal tak samo bliska jak Ploteczka. Ale co znaczy to „niemal”?

Czy będę gotów zaakceptować decyzję sądu o umieszczeniu dziewczynki w rodzinie jej babci? Teoretycznie sytuacja byłaby idealna. Ale tylko teoretycznie. Stokrotka nadal przebywałaby w środowisku, z którego została zabrana. A nawet gorzej... stałaby się lekiem, który ma uzdrowić pewne relacje, zdrowie psychiczne niektórych osób. Na jednym z niedawnych spotkań, Majka zapytała babcię „Pani jest pewna, że sobie poradzi? Nie ze Stokrotką, ale z całą tą sytuacją?”. Odpowiedzią była cisza. Nie zamierzam tej ciszy przeoczyć przy najbliższej ocenie dziewczynki, z którą sąd zapewne się zapozna.
Ale machina już ruszyła. Za nami opinia OPS-u, wywiad w rodzinie babci, rozmowa z psychologiem. I co? OPS wystawił laurkę. Majka na to „słucham?”. Nie każda rodzina jest klientem ośrodka pomocy społecznej. Nie każda nie potrafił sobie poradzić z dwójką swoich dzieci. Czy potrafi poradzić sobie z wnuczką?

Bliźniaki?
Mama nie odzywa się od ponad miesiąca. Nie wiem, czy stwierdziła, że powinna pozwolić dzieciom odejść, czy zwyczajnie popłynęła. Tata się uaktywnił. Przez pierwsze dwa lata pobytu chłopców w naszej rodzinie praktycznie nie istniał. W ich życiu pojawił się na etapie odwołania od decyzji sądu o odebraniu praw rodzicielskich. Teraz chce o nich walczyć. Mówi, że przyjedzie pod nasz dom choćby na chwilę... żeby tylko ich zobaczyć. Ale widywany jest o piątej nad ranem... nawalony z siatką piw. Romulus z Remusem nie zadają pytań, dlaczego od miesiąca nie widują mamy i taty. Za to zupełnie spontanicznie potrafią zapytać o nowych rodziców, z którymi zamieszkają.
Nie żałuję tych trzech lat opisywania różnych sytuacji, przedstawiania argumentów, że powrót do rodziny biologicznej nie będzie dobrym rozwiązaniem. Chociaż może kiedyś stwierdzę, że przyczyniłem się do upadku rodziców chłopców. Może Bliźniaki mi to wypomną. Może ich losy wcale nie potoczą się tak jak bym chciał.

To może jeszcze Calineczka.

Dziewczynka ma zaledwie trzy miesiące... może nieco więcej. Uśmiecha się do mnie, lubi ze mną przebywać. Do Majki oczywiście jeszcze bardziej się uśmiecha i w jej towarzystwie częściej (głośniej) domaga się zainteresowania sobą.
Ale ma dwójkę starszego rodzeństwa.
Jakiś czas temu wspominałem o chłopcach, którzy z pogotowia rodzinnego poszli do rodziny zastępczej, by po kilku miesiącach ponownie wrócić do tego pogotowia. Tak zwane „zwrotki”. Dzieci, których nikt nie ewidencjonuje, nikt nie zadaje pytań... przecież wciąż przebywają w pieczy zastępczej. Co z tego że w innych rodzinach?
To byli właśnie bracia Calineczki. Starszy z chłopców chodzi już do szkoły. Bardzo lubi spotykać się z Calineczką. Wie, że to jego siostra. Lubi trzymać ją na kolanach. Dopytuje, kiedy znowu ją zobaczy.
Podjęliśmy jednak wraz z rodzicami zastępczymi braci Calineczki decyzję, że będziemy te kontakty ograniczać. Dziewczynka szybko znajdzie rodzinę adopcyjną... chłopcy raczej nie. Moglibyśmy forsować ideę, że nie rozdziela się rodzeństw. Moglibyśmy poszukiwać rodziców dla całej trójki. Ale nie chcę, aby Calineczka wystąpiła w roli przynęty.

Coraz częściej dochodzę do wniosku, że dobro dziecka nie powinno być jedynym wyznacznikiem naszego postępowania. Chyba słuszne jest twierdzenie, że piekło jest wybrukowane dobrymi chęciami.

Już teraz żałuję, że nie udostępniłem rodzicom zastępczym Ptysi adresu do tego bloga. Balbina wróciła na dawne tory. Zakończyła miesiąc miodowy. Rozpoznała teren i zaczęła walkę o przywództwo. Jest jeszcze gorzej niż było u nas. Afrodyta (nowa mama Balbiny) z przerażeniem w głosie mówi „ona ma tylko pięć lat, a zachowuje się jak nastolatka... ona na mnie krzyczy”. Tata zastępczy mówi z kolei „to nie tak miało być, piecza zastępcza jest tylko tymczasowa”. Rozumiem ich niepokój, chociaż przecież wspólnie z Jowitą mówiliśmy, że przyjmują Ptysie być może na zawsze... najprawdopodobniej na zawsze. Ale pewnie to jest tak jak z napisem na paczce papierosów: „palenie powoduje raka”. Nikt nie wierzy, że to się ziści.
Sąd po raz kolejny naciska na PCPR w sprawie umieszczenia całej trójki (czyli jeszcze z Billem) w jednej rodzinie. Niby jest to pytanie o możliwości, niby jest to tylko delikatna sugestia. Jednak efekt motyla powoduje, że emocje rodziców zastępczych Ptysi sięgają zenitu. Czy przyjąć pod swój dach jeszcze Billa? My mówimy „absolutnie nie”. Aktualni rodzice zastępczy Billa też mówią „nie”. PCPR kusi... nie wiem czym – może przejściem na zawodowstwo, może dofinansowaniem rozbudowy domu. Bill rozpieprzy całą tę kruchą konstrukcję, która nawet bez niego może rozsypać się jak domek z kart.
Gdy Balbina wejdzie w okres dojrzewania, jej tata zastępczy będzie miał 75+. Myślałem, że jest dużo młodszy. Czy jeszcze będzie mu się chciało?

Wspomnę jeszcze o Paprotce. Sędzia zapytał :

  • Dlaczego nie przyszła pani na badanie kompetencji rodzicielskich w OZSS?

  • Byłam chora.
  • A co pani było?
  • Jak to co... miałam katar i kaszel.

Jak bardzo ta mama mnie podbudowuje. Nie dzwoni, nie spotyka się z Paprotką. Posługuje się młodzieżowym żargonem i używa wielu wulgaryzmów. Szkoda tylko, że na pierwszej rozprawie nie powiedziała, że ma „wyjebane” na swoje dzieci. Ale jednak na drugi wyznaczony termin spotkania z psychologami przyjechała. Majka nawet stwierdziła, że całkiem fajnie bawiła się ze swoimi dziećmi. To co? Może damy jej jeszcze jakąś szansę?

Podsumuję ten wpis refleksją na temat Jowity. Nigdy nie poświęciłem jej więcej niż kilka zdań, chociaż jest matką chrzestną tego bloga. Jowita jest naszym koordynatorem... można powiedzieć urzędnikiem. Kilka lat temu niemal zmusiła mnie do pisania, bo podobno potrafiłem. Właściwie to nie wiem co potrafiłem? Już sobie przypomniałem... potrafiłem motywować ludzi do pozostania rodzicem zastępczym. Chyba jednak zmieniła zdanie. Teraz mówi, że nie zagląda na bloga bo nie ma czasu.

Czasami spotykam się z opiniami typu „co ona właściwie dla was robi?”, albo „przecież to jest jej praca”. A ja do Majki kiedyś powiedziałem, że musimy dbać o Jowitę, bo jej koniec czasami może też być naszym końcem. Niedawno udałem się do naszego PCPR-u. Na własnej skórze przekonałem się, co może poczuć ktoś, kto jest nieznany... kto dla pewnej pani za biurkiem jest nikim. Miałem przyjść o umówionej godzinie i podpisać jakiś papier. W czasach epidemii wszystko jest pozamykane na trzy spusty. Nie ma dzwonków, domofonów... są tylko szklane drzwi. Gdy ujrzałem panią wychodzącą zza tych drzwi, bardzo się ucieszyłem. Próbowałem jej powiedzieć, że jestem umówiony, że mam się zgłosić do pokoju 33, że...

O mało nie obcięła mi palców zatrzaskując drzwi tuż przed moim nosem. Przez chwilę pomyślałem, że może już jestem duchem, bo nie odezwała się ani słowem. Dobrze, że akurat Jowita była fizycznie (a nie zdalnie) w pracy. Machnęła swoją kartą magnetyczną i drzwi się otworzyły. Nawet zaprowadziła mnie dalej i wprowadziła do pokoju 33. Siedząca za biurkiem pani spojrzała na mnie i delikatnie mówiąc, kazała się wynosić. „Pan tutaj niczego nie podpisze, dlaczego Jowita pana tutaj wpuściła, proszę wyjść, nie wie pan, że jest pandemia?” Próbowałem zebrać myśli. Pomyślałem sobie, że pani w markecie (w którym robię zakupy) też zapewne wie, że jest epidemia... a jednak nie każe mi się wynosić. Na szczęście w porę pojawiła się pani kadrowa, która wiedziała, że przyjdę.

Często zapisuję sobie pewne sytuacje, zwroty, czy zachowania dzieci. Teraz już wiem, że to się nazywa notatka terenowa. Robię to w momencie gdy coś się wydarza, a potem nie pamiętam, czy już tę informację wykorzystałem, czy jeszcze nie. Mam wrażenie, że opisane poniżej zdarzenie już przedstawiałem, chociaż było to całkiem niedawno. Trudno... powtórzę to w kontekście opisu Jowity.

Majka wyszła z dziećmi na spacer, zapominając zabrać z sobą telefon. Jowita próbowała się do niej dodzwonić trzy razy. Nie wysłała do mnie maila, ani do mnie nie dzwoniła (chociaż też ma taki zwyczaj). Dlatego nie odbierałem. Zdecydowanie chciała porozmawiać z Majką. Po powrocie ze spaceru powiedziałem „Majka, zadzwoń do Jowity... jest dziecko do umieszczenia”. Jak to strasznie brzmi: „do umieszczenia”. Po rozmowie zapytała „skąd wiedziałeś?”. Przecież to proste... jestem jasnowidzem. Nie przewidziałem tylko tego, że dzieci jest dwoje. A właściwie dwie. Małe dziewczynki znalezione przez policję nad jeziorem, niekompletnie ubrane z pijaną matką. Interwencyjnie zostały umieszczone w najbliższym pogotowiu rodzinnym. Najbliższym... ale jednak należącym już do innego powiatu. Wyraziliśmy zgodę na przyjęcie tych dziewczynek, chociaż razem z Jowitą na tym nie poprzestaliśmy, mimo że nie były to już godziny jej pracy. Gdzie były dzieci? Tego też nikt nie wiedział. Powiedziałem do Majki: „zadzwoń do Lisków... tylko oni z tego powiatu byliby skłonni przyjąć dziesiąte i jedenaste dziecko”. Bingo. Dzieci okazały się być bardzo zadbane. Czyste, elokwentne jak na swój wiek. Mama po wytrzeźwieniu całkiem rozsądna, jej partner żałujący, że ją wypieprzył z domu. Ojca już nikt nie pytał, skoro w środku nocy odmówił przyjęcia swoich dzieci. Zadaliśmy pytanie „jaki to będzie sąd?” Boże... znowu sędzina Bliźniaków, Smerfetki, Chapicka, Sasetki i Maludy. Zanim cokolwiek ruszy, minie kilka miesięcy. Nastąpiła mobilizacja wszystkich, którzy mogli mieć jakikolwiek wpływ na decyzję sądu (tego w którym wszystko się rozpoczęło), mającego dwa wyjścia... umieścić dziewczynki w naszej rodzinie, albo warunkowo oddać je mamie. Druga opcja zwyciężyła. Mam nadzieję, że była to słuszna decyzja.

Wrócę na koniec do mojej przewodniej myśli tego wpisu, i do moich notatek terenowych. To nie było tak, że sobie usiadłem godzinę temu i napisałem to co właśnie opublikowałem. Pisałem ten tekst kilka tygodni. Bywało, że wieczorem przed snem dopisałem tylko jedno, albo dwa zdania.

Od czasu gdy w szkole pisałem rozmaite opowiadania, rozprawki, czy jakkolwiek się nazywały formy przelewania myśli na papier, zawsze miałem problemy z wstępem i zakończeniem. Chyba tak już mi to pozostanie do końca.

Dzisiaj zakończenie pojawiło się zupełnie nieoczekiwanie, a dotyczy ono Ptysi. Majka tylko powiedziała: „proszę, nie pisz jeszcze nic o tym na blogu”. Oczywiście spełnię jej prośbę. Wspomnę tylko, że mój komentarz był bardzo krótki - „ja pierdolę”.

niedziela, 17 stycznia 2021

STOKROTKA 3


Mam wrażenie, że im jestem starszy, tym czas pędzi coraz szybciej. Jeszcze tylko kilkanaście dni (może ciut więcej) i będziemy wyprawiać roczek Stokrotce. A początkowo wydawało się, że wszystko może się zakończyć po kilku miesiącach.

W tej chwili sprawa stała się już tak skomplikowana, że wszystko może się wydarzyć. Trudno przewidzieć nie tylko decyzję sądu, ale również czas, w którym zechce ją podjąć.

Stokrotka jest dziewczynką, która potrafi ująć za serce każdego. Właściwie nie wiem dlaczego, ponieważ oceniając ją w swojej kategorii wiekowej, i porównując choćby do Paprotki czy Calineczki (nie wspominając o weteranach typu Plotka, albo Smerfetka), wypada zdecydowanie blado. Jest trudna do ogarnięcia... a jednak potrafi unieść, zawładnąć uczuciami. Wczorajszej nocy prawie nie zmrużyłem oka. Stokrotka odzywała się co kilkanaście minut. Gdy już zaczynałem odpływać w błogą nicość, wyrywało mnie z niej „e,e,e,e”. Dziewczynka właściwie niczego ode mnie nie chciała. Na proponowane mleko zaciskała wszystkie trzy zęby i wykrzywiała głowę, a smoczek już sama potrafi odnaleźć, więc jego podanie zupełnie jej nie satysfakcjonowało. Patrzyła na mnie i tego samego wymagała ode mnie. Czegoś chciała. Nie potrzebowała pogłaskania. Nie potrzebowała podania ręki. Nieee... na nocne oberki jest już za stara. Nawet nie próbowałem. Majka mówi, że wychodzą jej zęby, a to że Paprotka ma już prawie pełną gablotę i nigdy z tego powodu nawet nie zakwiliła – nic nie znaczy. Mam nadzieję, że to wychodzenie zębów zakończy się po jednej nocy. W tej chwili jest cisza.

Czym więc zauroczyła również mnie Stokrotka? Mam pewną teorię, która nabiera coraz realniejszych kształtów. Być może już do tego wątku kiedyś nawiązywałem, ponieważ więzi są czymś, co w pewien sposób mnie fascynuje. Jednak nie próbuję zgłębiać ich tajemnic poprzez zapoznawanie się z literaturą. W tym względzie zatrzymałem się na podstawach i Bowlby w zupełności mi wystarczy. Staram się jednak być wnikliwym obserwatorem. Dużo przyjemniej jest samemu odkrywać nawet to, co już dawno zostało odkryte.

Stokrotka od kilku miesięcy spędza noce razem ze mną. Chociaż wszystko rozpoczyna się od kąpieli, którą dziewczynka bardzo lubi. Nie sposób pominąć tego elementu, nawet jeżeli czasami zdarza nam się skądś wrócić nieco później. Trudno też zastąpić mnie w roli kąpiącego. Myślę, że chodzi o powtarzalność, a nawet kolejność wykonywania pewnych czynności. Dlatego Majka unika kąpieli jak ognia. Ale ja to doskonale rozumiem, bo ją trudno podmienić jako czytającego bajki przed kolacją.

Łóżeczko Stokrotki przylega do mojego łóżka, a dwa wystawione szczebelki pozwalają podać sobie ręce. Dziewczynka na ogół budzi mnie raz w ciągu nocy. Gdy wychodzę zrobić jej mleko, to się uspokaja... cierpliwie czeka. Czasami jednak budzi się bezdźwięcznie i sprawdza czy jestem. Przez kilka minut wpatruje się we mnie i ponownie zasypia. Na wszelki wypadek udaję, że śpię. Nad ranem domaga się zainteresowania sobą. Jednak wystarczy jej gdy wezmę ją do swojego łóżka razem z kilkoma ulubionymi zabawkami. Nie muszę nic do niej mówić. Nawet mogę się jeszcze chwilę zdrzemnąć.
Czy to jest przepis na nawiązanie silnych więzi? Paprotka nie jest tak bardzo do mnie przywiązana, chociaż też się lubimy. Jednak gdy znikam z jej pola widzenia to nic się nie dzieje. Stokrotka w takiej sytuacji natychmiast mnie woła swoim „e,e,e,e”.

Pytanie o to, do jakiej rodziny może trafić Stokrotka jest tak szerokie, że nawet trudno cokolwiek przewidywać. Pewne jest to, że dziewczynka nie będzie na zawsze mieszkać z nami. Prawie pewne, że nie zamieszka ze swoją mamą.

Mama Stokrotki jest osobą bardzo tajemniczą. Kilka razy próbowała zasugerować Majce, że być może wie więcej, niż ona myśli... że może czyta tego bloga.

Ale dlaczego jej prawnik jeszcze tego nie wykorzystał? Być może za bardzo anonimizuję całą sytuację, a może jest to jego as w rękawie... chociaż nie wiem w jakim celu i w jakiej sytuacji mógłby tę wiedzę wykorzystać.

Niech będzie... powiem „sprawdzam”. Poniższa wiadomość (przesłana przez mamę Stokrotki) jest znana tylko jej i nam. Nietrudno będzie udowodnić, że ona, to rzeczywiście ona. 


Zapewne coś to oznacza

Mama dziewczynki nie raz twierdziła, że znalazła się w sytuacji, w której wszystko jest już ustalone za jej plecami przez niezdefiniowanych „onych”. Uważa, że istnieją rodzice adopcyjni Stokrotki, którzy nie tylko czekają na decyzję sądu, ale nawet spotykają się z jej córką.

Ciekawe jest to, że nie tylko ona tak myśli. Bardzo podobne opinie wyrażają różne osoby, które spotykamy na swojej drodze... ludzie, którzy są jakby z zewnątrz tego systemu. I wcale nie chodzi tylko o Stokrotkę. Wielu osobom się wydaje, że dziecko już w momencie umieszczenia w naszej rodzinie ma dobieranych rodziców adopcyjnych, którzy podejmą się opieki nad nim w przypadku odebrania praw rodzicielskich jego rodzicom biologicznym.
Tak oczywiście nie jest. Byłoby to nieludzkie w odniesieniu do tych rodziców.

Ale jakieś ziarno prawdy w takich rozmyślaniach można znaleźć. Pod koniec lata Stokrotka spędziła nieco ponad tydzień w rodzinie Marlenki. Była tam razem z Bliźniakami. Ponieważ Marlenka ma szerokie grono znajomych, to nietrudno było o rodzinę (akurat trafiło na sąsiadów), która zafascynowała się Stokrotką. Dziewczynka była zapalnikiem do poznania tematu pieczy zastępczej. Szybko przyszła decyzja o zapisaniu się na jesienne szkolenie na rodziców zastępczych i pozostanie naszą tak zwaną rodziną zaprzyjaźnioną... rodziną która nie istnieje w sensie prawnym. Stokrotka spędza w jej domu przynajmniej trzy dni w miesiącu. Staje się dla niej coraz ważniejsza. W rodzinie jest też dwójka rodzeństwa, dla której Stokrotka jest coraz bliższa. To trwa już prawie pół roku.

Często się zastanawiam, czy powinniśmy do takich sytuacji dopuszczać. Czy nie patrzę tylko i wyłącznie przez pryzmat dobra dziecka, które z nami mieszka.

Jeżeli sąd stwierdzi, że nie widzi powodu do odebrania praw rodzicielskich mamie Stokrotki i zdecyduje o umieszczeniu jej w rodzinie zastępczej, to dla naszej dziewczynki będzie to idealne rozwiązanie. Brak ukończonego szkolenia i kwalifikacji na rodzica zastępczego nie będzie problemem. Sąd tylko zobowiąże rodziców do dopełnienia wszelkich procedur.

A co, jeżeli prawa rodzicielskie zostaną odebrane? Żegnaj rodzino zaprzyjaźniona.

Majka mi dzisiaj powiedziała, że jestem mało empatyczny, usłyszawszy „gdybyś tak łapami nie machała, to...”. Może tak, choć łapki i rączki zostawiam na zupełnie inne stany swoich emocji. Może tak, ponieważ nie za bardzo przejmuję się osobami dorosłymi. One jakby wiedzą na co się piszą. Ale co z ich dziećmi? Jak to wpłynie na ich psychikę?

O pozostanie rodziną zastępczą dla Stokrotki stara się także jej babcia.

Pragnie tego, czy chce sprostać żądaniom swojej córki adopcyjnej? Chce coś naprawić, a może jeszcze coś utrzymać przez jakiś czas?
Czy zlecone przez sędzinę badanie przez biegłych psychologów na to odpowie?
Czy istniejąca w tle pomoc społeczna, niebieska karta, wniosek o ubezwłasnowolnienie, będą miały jakikolwiek wpływ na podjętą decyzję sądu?
Czy ja coś mogę zrobić?

Czasami w chwilach słabości dochodzę do wniosku, że powinienem sobie odpuścić jakiekolwiek zaangażowanie w najbliższą przyszłość Stokrotki. Nie wiem co będzie dla niej najlepsze. Miotam się pomiędzy rozmaitymi światopoglądami, teoriami, koncepcjami.

Mama Stokrotki jest teraz niemal idealna... rozumiejąca, kochająca. Znajduje się w apogeum sinusoidy, realizuje program swojego prawnika, czy może pewne sprawy zaczyna rozumieć? Kiedyś powiedziała do Majki: „Pani próbuje mi powiedzieć, że Stokrotka nie wie, że ja jestem dla niej najważniejszą osobą?”."Tak, właśnie to próbuję pani powiedzieć" - odpowiedziała Majka. Teraz już chyba to rozumie.

W zasadzie powinienem kibicować babci. Stokrotka miałaby dobrą opiekę i jednocześnie wzrastałaby w otoczeniu swojej rodziny. Nigdy nie pojawiłoby się pytanie „kim jest moja mama?” I pewnie tak by było (z moim kibicowaniem) gdyby nie wątpliwości babci, do których nigdy nie przyzna się przed sądem, czy biegłymi. Lęk przed potrójnym obciążeniem Stokrotki jest ogromny. Czy może on w jakiś sposób determinować proces wychowania dziewczynki?

Mama Stokrotki twierdzi, że dopiero w szpitalu psychiatrycznym (do którego zgłosiła się na własną prośbę) zrobili z niej wariatkę. Może jej mama biologiczna popełniła ten sam błąd. A tata Stokrotki? Może tylko pracował w tym szpitalu jako hydraulik, lekarz, albo też sam się tam zgłosił bo potrzebował L4.

Sąsiadka Marlenki nie ma takich obaw. Może dlatego, że nie ma takich doświadczeń jak babcia Stokrotki.

No to jeszcze dołączę opis Stokrotki sprzed prawie dwóch miesięcy. Wiele rzeczy jest już nieaktualnych. Między innymi poprosiliśmy jednak Nataszę (naszą zaprzyjaźnioną rehabilitantkę), aby fizycznie pojawiła się w naszym domu i swoim fachowym okiem spojrzała na nasze dzieci. Telefony do znanych nam poradni rehabilitacyjnych cały czas są głuche... a dokładniej, nikt nie odbiera. Natasza zaproponowała nam przyjazdy swojej studentki. Jak to się wszystko powtarza – kiedyś Natasza była taką studentką.

Stokrotce właściwie nic nie dolega z medycznego punktu widzenia. Nawet ma prawidłowe odruchy, które już dawno powinna wykorzystać do raczkowania, czy siadania. Może zwyczajnie nie czuje takiej potrzeby. Dziewczynka bardzo przypomina Gacka, który kilka lat temu też tylko siedział. Wówczas uważałem, że była to wina jego mamy, która zapewne sadzała go na podłodze, obstawiała poduszkami i miała święty spokój. Jednak w przyszłości muszę być bardziej rozważny przy formułowaniu tego typu tez.


Stokrotka – 10 miesięcy

Ocena na podstawie obserwacji opiekunów.

Sytuacja zdrowotna

Stokrotka w zasadzie nie choruje, ale czasami zdarza się, że pojawi się drobny katar, czy też niewielki kaszel. Dwa tygodnie temu umówiliśmy się do lekarza pediatry, aby nadrobić dwa brakujące szczepienia. Niestety tego dnia, od samego rana Stokrotka zaczęła kichać, pokaszliwać, a smarki wylatywały niemal przez cały czas. Wprawdzie osłuchowo wszystko było w porządku, to jednak lekarka stwierdziła, że ponieważ jest to nowa infekcja, to szczepienie sobie odpuścimy.

Jednak dobrze ją przebadała i obejrzała od strony ruchowej. Od jakiegoś czasu zaczęliśmy się zastanawiać, czy nie powinniśmy zacząć z nią uczęszczać na zajęcia z terapii ruchowej, gdyż wydawało nam się, że nieco odbiega od normy w stosunku do rówieśników. Okazało się, że póki co, nie ma jeszcze żadnych powodów do zmartwień, a nasze obawy wynikają z porównywania Stokrotki do dziewczynki, która również z nami mieszka i jest tylko niecałe trzy tygodnie starsza. Tyle tylko, że to ta druga dość znacznie wychodzi przed szereg.

Funkcjonowanie dziecka w domu

  • Rozwojem fizycznym Stokrotki za bardzo pochwalić się nie możemy. Dziewczynka niechętnie przewraca się z brzucha na plecy i odwrotnie. Nie raczkuje i nie potrafi sama usiąść. Staramy się ją motywować na tyle, na ile pozwala nam na to nasza wiedza terapeutyczna (konsultowana na czacie wideo z zaprzyjaźnioną rehabilitantką). Niestety Stokrotka nie jest skora do współpracy.

  • Od czasu, gdy poznała dobrodziejstwa związane z siedzeniem (a było to mniej więcej miesiąc temu), to w tej pozycji chciałaby spędzać każdą chwilę, w której nie śpi. Przy próbie dotarcia do jakiejś zabawki, udaje jej się trochę przemieścić. Jest to jednak bardzo powolne, ponieważ w stosunku do innych znanych nam dzieci, stosuje dziwną technikę, polegającą na poruszaniu górną częścią ciała w przód i w tył, które to zachowanie kojarzy nam się z „chorobą sierocą”... ale oczywiście nie o to chodzi.

  • Wszystko to, dziewczynka nadrabia rozwojem psychicznym. Zaczyna myśleć dedukcyjnie, a jej działania są coraz bardziej celowe – na przykład gdy pociąga za koc, na którym leży jakaś zabawka.

  • Posługuje się tak zwanym chwytem pęsetowym (używając kciuka i palca wskazującego), co umożliwia jej podnoszenie nawet małych okruszków.

  • Uwielbia zabawki wydające rozmaite dźwięki. Bardzo szybko uczy się, gdzie trzeba nacisnąć, aby pojawił się głos, albo zapaliło jakieś światełko. Potrafi trzymać zabawki w dwóch rączkach, wkładać je i wykładać z pojemnika.

  • Zaczyna mieć świadomość swojego ciała. Intensywnie okazuje uczucia swoim opiekunom, przytulając się, chwytając za rękę, czy gładząc po twarzy.

  • Jest bardzo związana ze mną, czyli ojcem zastępczym. Upatruję ten stan rzeczy w fakcie spania w nocy w jednym pokoju. Jej łóżeczko jest tuż obok mojego łóżka, i to na mnie może liczyć, gdy ma ochotę na mleko, albo zagubił się jej smoczek. Bywają sytuacje, gdy budzę się w środku nocy i widzę dwoje wpatrzonych we mnie oczu. Dziewczynka nie płacze i chyba wystarcza jej sama moja obecność.

  • Stokrotka jest w okresie lęku separacyjnego. Nie za bardzo lubi obcych, a jeżeli chodzi o mężczyzn, to w bezpośredniej bliskości toleruje tylko mnie i jeszcze jednego, który spędza z nią całkiem sporo czasu. W okresie kiedy Stokrotka przebywała dwa razy po tygodniu w rodzinie wakacyjnej (gdy my mieliśmy urlop), pojawiła się pewna rodzina. Pomagała tej pierwszej, zabierając na kilka godzin do siebie jakieś dziecko, albo wychodząc z którymś na spacer. Gdy dzieci wróciły do nas, to stała się ona pewnego rodzaju rodziną zaprzyjaźnioną, która na zasadzie wolontariatu, często do nas przyjeżdża i bawi się z dziećmi. Stokrotka jest ich ulubienicą, więc może stąd ta dość ciekawa i niezwykła więź... chociaż na tę chwilę to chyba tylko przyjaźń.

  • Dziewczynka bardzo lubi słuchać muzyki, chociaż jeszcze bardziej (niestety) programów w telewizji. I jest jej wszystko jedno, czy jest to TVP, TVN, czy inny kanał z bajkami. Staramy się nie włączać zbyt często telewizji, ale wykorzystujemy to zainteresowanie Stokrotki przy naszej porannej kawie. Jednak w tym czasie kształci się tylko w dziedzinie gospodarki i polityki.

  • Stokrotka reaguje na swoje imię, jak również niektóre słowa częściej wypowiadane w jej obecności np. idziemy na spacer, idziemy spać. Wymawia parę sylab, ale mistrzem konwersacji nie jest.

  • Z zachowań wyuczonych poprzez powtarzanie, potrafi się przywitać, zrobić pa-pa (chociaż przypomina to wkręcanie żaróweczki) i jak bardzo chce, to brawo-brawo.

  • Jest dzieckiem filigranowym. I chociaż waży w dolnej granicy normy dla swojego wieku (8 kg), to wcale nie wygląda na dziecko wychudzone. Jest śliczna, chociaż być może uroku dodaje jej to, że jest kompletnie łysa. Trochę przypomina Zgredka z kultowej baśni. Ale to też nie zaniepokoiło lekarki... leku na porost włosów nie przepisała.

  • Jej główne menu opiera się na mleku modyfikowanym (Bebiko), chociaż dostaje również obiadki, deserki mleczne z jogurtem, deserki owocowe. Z twardych rzeczy, jej jedyne dwa zęby pozwalają tylko na zjedzenie biszkopta, albo jakiegoś herbatniczka zbożowego. Niestety powinniśmy podawać jej zupki i dania z kawałkami wymagającymi gryzienia, gdyż to stymuluje mięśnie twarzy i przekłada się na rozwój mowy. Tyle tylko, że jak znajdzie choćby kawałek ryżu, albo marchewki, albo czegokolwiek większego od ziarna maku, to natychmiast grymasi, krzywi się, krztusi i wypluwa. Chociaż być może akurat ta reakcja, mięśnie twarzy rozwija.

  • Śpi bardzo ładnie. Około dwunastu godzin w nocy z jedną przerwą na mleko. W ciągu dnia jej przedpołudniowa drzemka zaczyna się o jedenastej. Czasami trwa nawet cztery godziny, a jeżeli tylko dwie, to konieczna jest poprawka około szesnastej.

Kontakty z rodzicami biologicznymi

W ciągu ostatnich dwóch miesięcy miały miejsce tylko trzy spotkania na placu zabaw, na które pani Anna (mama Stokrotki) przyjeżdżała w towarzystwie swojej mamy, albo mamy i taty. Wcześniej odbywały się one raz w tygodniu, chociaż też nie było ich zbyt wiele. Jednak przy zaostrzonych rygorach związanych z pandemią, postanowiliśmy te kontakty nieco skrócić i zmniejszyć ich częstotliwość (a w pewnym momencie zawiesić je czasowo do końca listopada).
Początkowo pani Anna przyjęła to ze zrozumieniem.
Wszystko zmieniło się kilka dni później, gdy mama Stokrotki jakby zapomniała o ustaleniach, znowu domagając się spotkań.
W mojej ocenie pani Anna zupełnie nie rozumie zaistniałej sytuacji, a cała jej działalność opiera się na egoistycznej potrzebie zaspokojenia swoich potrzeb. Trudno bowiem zakładać, że dziewięciomiesięczna Stokrotka traktuje ją jak swoją mamę, a dwugodzinne spotkania sprawiają, że między mamą, a dziewczynką nawiązują się jakiekolwiek więzi. Tego stanu rzeczy nie zmieniłoby nawet zwiększenie częstotliwości spotkań, czy wydłużenie czasu ich trwania. Dla tak małego dziecka ważna jest ta osoba, która jest przy nim cały czas. Ta, którą widzi gdy idzie spać, i ta którą widzi gdy się przebudzi. Ta, która karmi, kąpie i czuwa nad bezpiecznym snem.
A nie ta, która je budzi, bo przyjechało na spotkanie z mamą i nie czas na spanie. Nie ta, która w czasach epidemii nie potrafi zachować bezpiecznego dystansu. Nie ta, która ściąga maseczkę. Nie ta, która całuje przez maseczkę, na której są miliony bakterii i wirusów przytarganych nie wiadomo skąd.
Pani Anna zupełnie nie przestrzega ustalonych zasad. Jej dniem, w którym otrzymuje zdjęcia i informacje dotyczące Stokrotki jest wtorek. Niemal codziennie wypisuje rozmaite treści, w których czegoś żąda, domaga się przeprosin i delikatnie mówiąc jest niegrzeczna. Wysyłane przez nią co jakiś czas znaki zapytania, sformułowania typu „halo”, „a zdj.” w zasadzie można już traktować jako nękanie. Chociaż po ostatniej rozprawie nieco się to poprawiło.
Mama Stokrotki nie rozumie, że jesteśmy rodziną. Nie rozumie, że mamy pod opieką również noworodka, o którego musimy szczególnie dbać. Nie rozumie, że nie po to czasowo zrezygnowaliśmy z posyłania starszych dzieci do przedszkola, aby narażać się na kontakty z osobą, która przejechała przez pół miasta w środkach komunikacji miejskiej, a potem zaczęła tulić i całować swoją córkę.
Nie jesteśmy w stanie zapewnić pomieszczenia zamkniętego z przegrodą z pleksiglasu, a mama dziewczynki ma nawet problemy z zachowaniem dystansu w terenie otwartym. Ostatnio przywróciliśmy możliwość spotkań raz w tygodniu, licząc na zrozumienie ze strony pani Anny i przestrzeganie ustalonych procedur. Liczymy również, że poprawią się nasze relacje (rodzina biologiczna, a zastępcza), gdyż rozmaite insynuacje, a nawet teorie spiskowe, zdecydowanie im nie służą. Mama dziewczynki uważa, że Stokrotka ma już przygotowanych rodziców adopcyjnych, co zapewne oznacza, że w zmowie są sędziowie, pracownicy ośrodków adopcyjnych, pracownicy organizatora pieczy zastępczej, psycholodzy i oczywiście my... rodzice zastępczy. Pewnie tylko niewiedza, nie doprowadziła jej do stwierdzenia, że to my chcemy Stokrotkę adoptować.
Staramy się wyciągać do pani Anny swoją dłoń. Przykładem może być sytuacja sprzed dwóch miesięcy, gdy mama zadzwoniła, że nie zdąży dojechać na spotkanie. Zostało ono przesunięte o dwie godziny. Biorąc pod uwagę, że bierze w nim udział również osoba z PCPR-u, oraz że mamy pod opieką jeszcze czwórkę innych dzieci zastępczych (którym na czas spotkania trzeba zapewnić opiekę), to takie niewinnie wyglądające przesunięcie o dwie godziny, jest sporym wyzwaniem logistycznym.
Albo sytuacja, gdy dziewczynka zagorączkowała i już powiadomiliśmy mamę, że z jutrzejszego spotkania nic nie wyjdzie. Jednak rano temperatura minęła. Mogliśmy przecież nie dzwonić, skoro mama już wiedziała, że Stokrotka jest chora. A jednak spotkanie się odbyło.
Zdaję sobie sprawę z tego, że pani Anna pewnie wolałaby, aby jej dziecko przebywało w domu dziecka. Mogłaby je częściej odwiedzać. Każdego dnia ktoś odebrałby telefon i opowiedział o dziewczynce. Dla pani Anny, teoria więzi jest tylko teorią... do tego nieznaną. Świadczy też o tym zdanie, w którym podważa zasadność umieszczenia dziewczynki w naszej rodzinie... bo przecież w szpitalu mogła pozostać nawet 90 dni. Nie jest ważne to, że w tej kwestii zupełnie mija się z prawdą, ale to że nie ma pojęcia jak ważna jest rola opiekuna podstawowego i jak bardzo poranione emocjonalnie może być niemowlę, które pierwsze trzy miesiące swojego życia spędzi samo w szpitalu.
Trudno jest z tą dziewczyną rozmawiać. Ciekawy jest na przykład fragment jej wypowiedzi, w którym stwierdza, że nie mamy pisać tylko tyle, że ze Stokrotką jest wszystko dobrze, bo gdyby było wszystko dobrze, to mieszkałaby ze swoją mamą. Zupełnie nie przemawia do mnie jej przekaz. Ona naprawdę nie rozumie, że tu chodzi o nią, że to z nią nie jest wszystko dobrze.
Jeżeli pani Anna będzie zadawała merytoryczne pytania, to będziemy na nie odpowiadać. Na pytanie „i co u Stokrotki?” odpowiadamy „dobrze”. Informujemy ją o sprawach ważnych np. przeziębienie, choroba, pierwszy ząbek. Zapewne dowie się od nas, gdy dziewczynka zacznie raczkować, siadać, zrobi pierwszy krok. Nie zamierzamy codziennie opisywać jej ile razy spała, jak długo, ile mleka wypiła, czy była uśmiechnięta, a może marudna.
Pani Anna rzadko pyta o konkretne rzeczy dotyczące rozwoju jej córki. Raczej skupia się na podważaniu zasadności tego, że dziecko zostało umieszczone w naszej rodzinie. Szuka dziury w całym, zadając na przykład pytanie, z jakimi obcymi osobami spotyka się Stokrotka?
Jakie to ma znaczenie?
Mama Stokrotki nie jest wyjątkiem wśród innych mam biologicznych, których dzieci mieszkały w naszej rodzinie. One wszystkie uważają, że między matką a dzieckiem jest jakaś niewidzialna nić porozumienia, która sprawia że na spotkaniu dziecko wie, że to jego mama, a mama wie co dla tego dziecka jest najlepsze i zna je dużo lepiej, niż rodzina w której mieszka ono od urodzenia.
Przykład? Pani Anna domaga się zdjęcia zrobionego teraz (bo to przesłane jej sprzed czterech dni uznaje za archiwalne). Nie ma dla niej znaczenia, że dziewczynka właśnie śpi i wejście do pokoju może ten sen przerwać. Ona doskonale wie, że się nie obudzi, bo w wózku na spacerze śpi jak zabita. Ona zna ją lepiej.
Rozmowy (głównie w formie pisanej) z panią Anną wyglądają bardzo różnie. Najczęściej nie są one przyjemne, wielokrotnie bardzo dziwne. Często przez cały dzień wylewa swoje żale. Czasami posługuje się jakimś szyfrem. Często domaga się czegoś, co zostało już uzgodnione w zupełnie innej formie.
Ale są też rozmowy krótkie i konkretne. Wprawdzie mama dziewczynki wciąż pyta o to samo, jak choćby o szczepienia, o ilość zębów, o to jakie pije mleko i jakie pokarmy lubi – to jednak są to pytania, do których można się jakoś odnieść i coś odpisać.
Pani Anna już wiele razy podkreślała, że Stokrotka ma też ojca. Zapewne ma rację. Tyle tylko, że bycie ojcem to nie tylko przywileje, ale również (a może przede wszystkim obowiązki). Ojciec Stokrotki nie zaopiekował się mamą przed porodem, nie był z nią w jego trakcie, nie zainteresował się swoim dzieckiem, gdy zostawało one umieszczane w naszej rodzinie. Na dobrą sprawę, to oficjalnie nie wiemy kim on jest, i gdzie przebywa.
W chwili obecnej mamy piątkę dzieci, a przez krótki okres mieliśmy siódemkę. Wszystkie inne mamy biologiczne doskonale rozumiały, że czasowe zaprzestanie bezpośrednich kontaktów, ma na względzie dobro ich dzieci i wszystkich innych przebywających w naszej rodzinie. Rozumiały, że gdy my (rodzice zastępczy) wylądujemy w szpitalu, to ich dzieci zostaną bez opieki i będą się tułać nie wiadomo po jakich rodzinach, czy placówkach.

Dla pani Anny liczy się tylko jej dobro. Ona ma prawo, więc żąda.



wtorek, 29 grudnia 2020

ROMULUS i REMUS 9

 

      Last Christmas


Przed kilkoma godzinami wypełniałem pewną ankietę mającą służyć pracy badawczej o stylach przywiązania i stresie występującym w rodzinach zastępczych. Gdy pobieżnie zdiagnozowałem samego siebie, to wyszło że wszystko mam pod kontrolą, że chociaż jestem uwikłany w nieudolny system pieczy zastępczej, to mam poczucie dobrze wykonywanej pracy, dbania o dzieci... mam poczucie bycia szczęśliwym.

No i przyszła wiadomość, którą będę jakoś musiał wkomponować w to moje poczucie szczęścia. Najłatwiej byłoby ją wyprzeć ze swojej świadomości, bo przecież ona nic nie zmieni. A może się mylę?

Mama Bliźniaków właśnie nas poinformowała, że za trzy miesiące będzie składać wniosek do sądu o przywrócenie władzy rodzicielskiej.

Bo została jej pozbawiona. Sąd okręgowy odrzucił jej apelację, podtrzymując jednocześnie decyzję sądu rejonowego. Trwało to prawie rok, ale wyrok jest już prawomocny.

Nie zostaliśmy zaproszeni na rozprawę. Nie zostali na nią zaproszeni nawet rodzice chłopców. Wszyscy zostaliśmy tylko powiadomieni. Chociaż Majka ostatnio sama wprasza się na wszystkie rozprawy... jak do tej pory nikt jej jeszcze nie wyrzucił. Nie jest już przesłuchiwana, ale chociaż mamy informacje z pierwszej ręki.

Na dwa dni przed dniem rozprawy zostaliśmy poproszeni przez sąd o naszą perspektywę całej sytuacji. Mieliśmy opisać jak funkcjonują dzieci, jak oceniamy ich rodziców. Niby standardowa prośba, ale jednak z pominięciem korespondencji za potwierdzeniem odbioru, i z terminem siedmiu dni na odpowiedź. Może sędzina zaczęła się przygotowywać i czegoś jej brakowało na potwierdzenie wydania swojej decyzji. Jakiejś podkładki? A może zwyczajnie pani sekretarka zapomniała wysłać do nas pismo miesiąc wcześniej i jedyną możliwością była prośba telefoniczna i tak krótki czas na jej realizację.

W tym momencie wiedziałem, że każda decyzja sędziny będzie tylko pyrrusowym zwycięstwem dla każdej ze stron. Wiedziałem też, że przecież ma ona wszystkie moje oceny chłopców, w których cały czas nutą przewodnią było sugerowanie umieszczenia dzieci w rodzinie adopcyjnej.
Ale teraz już nie byłem tego taki pewny. Minęło zbyt dużo czasu. Zbyt wiele osób jest dla Bliźniaków ważnych... chociaż najmniej mama. A tata?

Niedawno wziąłem udział w dyskusji dotyczącej słowa „mama” w życiu dziecka. Co ono oznacza? Czy dziecko czuje wewnętrzną potrzebę mówienia „mamo”?

We wspomnianej na wstępie ankiecie były dwa pytania dotyczące podatności moich przekonań na krytykę, oraz płynięcie z nurtem opinii większości. Aby być w zgodzie z tym, co zaznaczyłem, muszę napisać, że nie uważam, aby słowo „mama” samo w sobie czymś się wyróżniało. Dlaczego ma być ono ważne dla dziecka, którego mama nie zważała na jego potrzeby? W naszej rodzinie tylko jedna dziewczynka zapytała, czy może mówić do Majki „mamo”. Ale było to wiele lat temu, gdy mieszkały z nami nasze córki. Ona też chciała mówić tak jak one. Romulus podczas spotkania z psychologiem stwierdził, że on nie ma mamy, tylko ciocię. Czy możliwe jest, że któryś z chłopców będzie chciał mówić do swojego ojca adopcyjnego „wujku”, a do mamy „ciociu”? Niech każde z dzieci mówi tak jak chce... tak jak czuje. Można mieć wiele mam, tak samo jak można mieć wiele cioć. Dzieci nie mają z tym problemu.

W opisie chłopców dla sądu nie chciałem znowu moralizować i wykazywać wyższości Świąt Bożego Narodzenia nad Świętami Wielkiej Nocy. Skupiłem się na pewnych sytuacjach... na faktach. Jedna z naszych mam biologicznych kiedyś stwierdziła: „mój mecenas mówi, że pan nie jest od wydawania opinii”. W zasadzie ma rację, zwłaszcza, że te fakty czasami są bardziej oczywiste w swoim przekazie. Napisałem kilka stron, ale zacytuję jeden fragment, który wybrzmiał przy uzasadnianiu wyroku:

Ostatnio zdecydowaliśmy się na spotkanie w niedzielę – w mikołajki. Uznaliśmy, że jest to na tyle ważny dzień dla chłopców, aby zrezygnować z naszych zasad, że niedziele przeznaczamy dla naszej rodziny, a nie rodzin biologicznych przebywających u nas dzieci.

Ponieważ komunikacja miejska tego dnia funkcjonuje trochę inaczej i dojazd do nas jest nieco utrudniony, przyjęliśmy propozycję spotkania się w mieście, na placu zabaw, który chłopcy dobrze znają. Tata bardzo chciał, aby to była Cytadela... nie tłumaczył dlaczego.
Tego dnia rodzice mieli przyjechać o umówionej porze, przywieźć dzieciom prezenty i zapewnić fajną zabawę przez dwie godziny. Mama spóźniła się prawie pół godziny, chociaż wcześniej uprzedziła, że nie zdążyli na pociąg, więc jadą autobusem. Tata przyjechał po godzinie... podobno szukał czapki Mikołaja. Nie znalazł ani czapki, ani prezentów (po które rodzice razem z dziećmi poszli do marketu... co w obecnie proponowanym reżimie sanitarnym, nie bardzo nam się podobało). Za to przyniósł z sobą dezodorant, którym spryskiwał chłopców. Stosował też duży dystans epidemiologiczny w stosunku do mamy zastępczej.”

Emocje na rozprawie (i tuż po niej) były ogromne. Mama podeszła do Majki ze słowami „I co, cieszy się pani?”. Tata pewnie gdyby nie było świadków, to wszedłby w konflikt z prawem z artykułu 158 KK. W każdym razie od tego dnia już się do Majki nie odzywa... nawet nie odpowiada na „dzień dobry”, chociaż był już dwa razy na spotkaniu z chłopcami.

W wieczornej rozmowie telefonicznej (gdy napięcie już puściło) mama Bliźniaków szczerze porozmawiała z Majką. Nie pierwszy już raz... ale chyba była to rozmowa pozbawiona jakiejkolwiek gry z obu stron. Mama stwierdziła, że gdyby wiedziała jak to się skończy, to nie składałaby rok temu apelacji. Padło pytanie, czy rodzice adopcyjni wyrażą zgodę na spotykanie się chłopców z mamą... chociaż raz na jakiś czas. Majka pewnie pomyślała, że w tej kolejce stoimy my, ciocia Marlenka, babcia Basia... Raczej kontaktów z rodzicami biologicznymi nie będzie. Może z rodzeństwem.

Majka tego dnia miała strasznego doła. W pewien sposób obwiniała się za to co się ostatecznie wydarzyło. Bo gdyby przyjrzeć się całej sytuacji na zimno, to na każdym etapie postępowania, nasze oceny sytuacji miały kluczowe znaczenie. Czy taka sama byłaby opinia PCPR-u, albo biegłych sądowych na badaniu więzi, gdybym się tak nie wymądrzał w swoich wielostronicowych opisach? Czy same testy psychologiczne były aż tak bardzo druzgoczące? Czy mój pierwszy tekst nie był małą kulką śniegu, która z każdym miesiącem nabierała rozpędu i ostatecznie przysypała rodziców chłopców?

Wszyscy spodziewali się ograniczenia władzy rodzicielskiej... najpierw na etapie sądu rejonowego, a potem okręgowego.

Byłoby to rozwiązanie, które nikogo by nie raniło. Mama nadal mogłaby spotykać się z chłopcami i wciąż „walczyć”. Rodzice zastępczy, u których dzieci zostałyby umieszczone, pewnie wyrażaliby zgodę na spotykanie się Bliźniaków również z babcią, ciocią Marlenką i z nami. A chłopcy? Nadal żyliby mamieni obietnicami, że któregoś dnia zamieszkają z mamą. Może czuliby się szczęśliwi, może nie zaburzyłoby to ich poczucia przynależności do nowej rodziny.

Jak ja się z tym czuję?

Czy jestem otwarty, aby Romulus i Remus przeczytali kiedyś wszystko co o nich napisałem na tym blogu?

Co oznacza wniosek o przywrócenie praw rodzicielskich?

Przede wszystkim rozpoczęcie wojny z nami. Po rozprawie Majka tłumaczyła mamie, jak ważna dla dzieci jest rodzina... nowa rodzina. Jak ważne byłoby powiedzenie chłopcom, że ich kocha... ale nie potrafi być ich mamą. Jak ważne byłoby pozwolić im odejść.
Czego ona chce? Kolejnego nieadoptowalnego dziecka, którego przeznaczeniem będzie dom dziecka?

Z prawnego punktu widzenia, deklaracja mamy niczego nie zmienia. Ośrodek adopcyjny może rozpocząć swoje procedury. Mamy w miarę aktualne wyniki badań psychologicznych, więc wszystko może ruszyć z kopyta. Jest tylko pytanie, czy znajdą się chętni rodzice adopcyjni, którzy zostaną uświadomieni, że mama chłopców będzie składać wniosek o przywrócenie praw rodzicielskich. Z pewnością nie uda się do tego czasu zakończyć sprawy o przysposobienie. Być może sąd zdąży wydać decyzję o powierzenie pieczy, która pozwoli chłopcom zamieszkać w nowej rodzinie. Jednak sam proces adopcyjny zapewne zostanie wstrzymany. Na jak długo? Pewnie na kilka miesięcy... kilka miesięcy życia w niepewności.

Teoretycznie sąd mógłby wydać decyzję niezależnie od wniosku mamy Bliźniaków. Nie musi czekać na wydane w związku z nim postanowienie. Najczęściej jednak tak się nie dzieje.

W zasadzie to nie mam pojęcia na co liczy mama dzieci. Wniosek o przywrócenie władzy rodzicielskiej może złożyć w swoim sądzie rodzinnym, albo odpowiadającym miejscu zamieszkania chłopców (czyli w naszym). W pierwszym przypadku jest raczej mało realne, aby sędzina, która wydała decyzję o odebraniu praw rodzicielskich (i która to decyzja przecież została podtrzymana przez sąd okręgowy), nagle po trzech miesiącach zmieniła zdanie... bo cóż w tak krótkim czasie może się wydarzyć. Przypuszczalnie mama zaryzykuje drugie rozwiązanie, zakładając że w swoim sądzie jest już spalona. Ale się przeliczy. Teraz najważniejszą sprawą jest ustanowienie Majki opiekunem prawnym Bliźniaków. A potem wszystko powinno pójść już gładko (co nie znaczy, że szybko). Najprawdopodobniej będą już w drodze dwie sprawy karne, o których mama chłopców jeszcze nie wie. Oj, bardzo się zdziwi. Będzie też można wykorzystać fakt ogromnego zadłużenia, które znacznie przyrosło w ciągu ostatnich trzech lat. Jakim cudem, skoro dziewczyna przez ten cały czas miała pracę i tylko siebie na utrzymaniu? Albo jak wytłumaczy niewywiązanie się z podstawowego warunku, który mógł dać jej duże szanse na odzyskanie dzieci? Miała rozstać się z toksycznym partnerem. Można powiedzieć, że przedłożyła jego dobro, ponad dobro swoich dzieci. Gdyby od niego odeszła, to chłopak nie musiałby spędzać nocy w piwnicy i skakać przez balkon, ukrywając się przed kuratorem. Ale czy nie poznałaby kolejnego? Przecież dwóch poprzednich było prawie identycznych.

Teraz, gdy wyrok jest już prawomocny, wypływa szereg spraw, które dotychczas gdzieś umykały, wydawały się mało ważne, albo ktoś nie chciał dobić przeciwnika (może z poczucia przyzwoitości lub lojalności w stosunku do kogoś innego).

Teraz okazuje się, że rodzina biologiczna nie zawsze jest tą, w której dziecku będzie najlepiej. Nie zawsze jest tą, którą trzeba wspierać za każdą cenę (choćby przydzielając asystenta rodziny, czy prawnika z urzędu). Za to często jest tą, która przyczynia się do tego, że dzieci latami żyją w zawieszeniu gdzieś w pieczy zastępczej.

Kilka miesięcy temu znowu wdałem się w dyskusję, w której być może wcale nie powinienem uczestniczyć. Wypowiedziałem swoje zdanie na temat rodziców biologicznych (mających ograniczone prawa rodzicielskie), które wcale nie było pochlebne. Przedstawiłem ich jako osoby ciągle walczące, których walka nijak nie przekłada się na zmianę siebie... swoich zachowań, przyzwyczajeń, rezygnację z uzależnień. Nie sprowadza się do podniesienia swoich kompetencji rodzicielskich.

Za to jest bodźcem do działań pozorowanych, do unikania kuratora, czy asystenta rodziny. Jest walką samą w sobie, służącą tylko zaspokojeniu swoich potrzeb. Ale jakich?

Mama Bliźniaków tylko utwierdza mnie w tym przekonaniu. Jeszcze kilka dni temu żałowała, że swoją apelacją zabrała swoim dzieciom kolejny rok życia... życia bez poczucia przynależności do jakiejkolwiek rodziny. Już o tym zapomniała.

A ja straciłem do niej szacunek. Bo o ile rozumiem jej rozmaite wybory życiowe, o tyle działanie wbrew dobru własnego dziecka (i to działanie, którego zło i bezsens sama rozumie), powoduje że kolejni rodzice biologiczni przychodzących do nas dzieci będą mieli coraz bardziej pod górkę.
I pomyśleć, że jeszcze kilka lat temu planowałem zapraszać ich do wigilijnego stołu.




poniedziałek, 14 grudnia 2020

PAPROTKA 2

 


Paprotka jest dziewczynką, o której dawno już nie wspominałem.

Wypada zatem nadrobić zaległości, zwłaszcza że z całej naszej aktualnej piątki dzieci, to ona może być pierwszą, z którą się rozstaniemy... i to być może już niedługo. Ale co to znaczy niedługo? W geologii termin ten oznacza tysiące lat, a w przypadku pieczy zastępczej jest to kilka miesięcy. Może więc być tak, że Paprotka odejdzie do nowej rodziny dopiero wiosną. Ale to i tak będzie bardzo dobry wynik, jeżeli chodzi szybkość działania sądu i ośrodka adopcyjnego.

Majka zapewne skomentuje: „obyśmy z nią nie pojechali na przyszłe wakacje”. W zasadzie ma rację, gdyż jeszcze nic nie jest przesądzone. Decydująca rozprawa dopiero przed nami. Ale tak się składa, że z naszej trójki (Majka, nasza koordynatorka Jowita, i ja) to ja jestem najlepszym jasnowidzem. Myślę więc, że z mieszkających z nami obecnie dzieci, tylko dwójka pojedzie z nami w przyszłym roku nad morze, a pozostałe pójdą do adopcji. Tak... do adopcji. Która to będzie dwójka? Na razie pozostawię to tajemnicą, bo jak jeszcze trochę popracuję z moim kotem i kulą, to może okaże się, że tylko jedno.

Niedawno znowu opisywałem niektóre z naszych dzieci na posiedzenie zespołu. O ile Majka nie sprawdza i nie poprawia moich wpisów tutaj na blogu, o tyle to co przesyłamy do PCPR-u, czyta – i to dokładnie. Właśnie przy ocenie Paprotki (który to opis będzie na końcu) zamieściłem dość duży fragment zawierający informacje o kontaktach z rodzicami biologicznymi. Majka zakreśliła mi go czerwonym flamastrem, z adnotacją: „to nie ta matka”.

Tak więc upewniłem się w przekonaniu, że wszystko co tutaj opisuję, jak najbardziej zasługuje na miano etnografii fikcyjnej. Oznacza to z grubsza tyle, że każda z przedstawionych sytuacji się wydarzyła, ale niekoniecznie temu dziecku, niekoniecznie jego mamie biologicznej, i niekoniecznie w czasie, który opisuję.
Skąd znam takie pojęcie? Pewnie też to kiedyś wyjaśnię.

Trochę enigmatyczny dzisiaj jestem. Czas przejść do konkretów dotyczących Paprotki.

O ile dobrze pamiętam, jest to ta dziewczynka, której mama znienacka zawiozła czwórkę dzieci do swojego ojca, którego tego dnia zobaczyła po raz pierwszy w życiu... tym, które ogarnia pamięcią. Nie utrzymywała z nim kontaktów, gdyż nie miała takiej potrzeby, a poza tym facet większą część życia spędził w więzieniu.

Mama powiedziała mu, że musi wyjechać zagranicę. Trudno powiedzieć, czy tak zrobiła. W każdym razie po kilku tygodniach została odnaleziona przez odpowiednie służby w więzieniu... naszym polskim.
Dzieci dużo wcześniej trafiły do pieczy zastępczej (między innymi Paprotka do nas), ponieważ dziadek nie do końca zdawał sobie sprawę z tego, że mieszka z czwórką swoich wnuków. I tak dobrze, że miał w lodówce mleko w kartoniku, po którym Paprotka nawet nie wyglądała na wychudzoną.

Nigdy nie widziałem mamy dziewczynki. Majka też nie... Oj, przepraszam – raz w sądzie.

Pierwsza rozprawa się nie odbyła, gdyż mama jeszcze siedziała. Jednak skoro termin został wyznaczony, a koniec odsiadki znany, to zakładam, że istniała możliwość, aby w tym sądzie się pojawiła.

Na drugą przyszła. Jeszcze siedzi, ale złożyła wniosek o udzielenie zezwolenia na odbywanie kary pozbawienia wolności w systemie dozoru elektronicznego. Nie wiem kto rozpatruje taki wniosek, ani czy bardziej pomogła jej pandemia, czy tocząca się sprawa o pozbawienie władzy rodzicielskiej. W każdym razie to „siedzenie” polega na życiu w społeczeństwie, chodzeniu do pracy, zajmowaniu się domem, i... możliwości pokazania, że jest się dobrą mamą.
Jednak bardzo pogorszyła jej się pamięć. Być może z powodu stresu związanego z wezwaniem na rozprawę. Na każde pytanie sędziego odpowiadała „nie pamiętam”, albo „ona tak mówi, bo mnie nie lubi”.

W pewnym momencie sędzia zadał pytanie:

  • Pani złożyła wniosek o przydzielenie prawnika z urzędu?

  • Tak.
  • Podtrzymuje pani swój wniosek?
  • Tak.
  • Proszę zaprotokołować, że sąd nie wyraża zgody na przydzielenie prawnika z urzędu.

Wyjaśnił, że mama jest osobą inteligentną. Skoro sama potrafiła zawalczyć o dozór elektroniczny, to z pewnością sama jest w stanie radzić sobie podczas rozprawy.

Zawsze myślałem, że taki adwokat z urzędu przysługuje każdemu rodzicowi biologicznemu jak psu zupa.

No to zacząłem drążyć temat, i znalazłem taką oto jego wykładnię:

"Udział adwokata (radcy prawnego) w sprawie jest potrzebny zazwyczaj wtedy, gdy strona wnosząca o jego ustanowienie jest nieporadna, ma trudności z samodzielnym podejmowaniem czynności procesowych albo gdy sprawa jest skomplikowana pod względem faktycznym i prawnym i strona nie jest w stanie jej samodzielnie prowadzić. Z powyższego wynika, że nie zachodzi potrzeba ustanowienia adwokata lub radcy prawnego, jeżeli sprawa nie jest skomplikowana, a strona potrafi sobie sama poradzić w prowadzeniu procesu. Brak wykształcenia prawniczego nie stawia strony w nierównej pozycji w postępowaniu. Sąd ustanawia zatem prawnika z urzędu w przypadku spełnienia dwóch wspomnianych przesłanek jednocześnie, tj. niewystarczających możliwości finansowych strony oraz gdy z uwagi na sprawę bądź osobę strony taka pomoc jest stronie potrzebna.”

https://poradnikprzedsiebiorcy.pl/-prawnik-z-urzedu-kto-i-kiedy-moze-go-dostac


Sytuacja jest więc dość jednoznaczna, a kolejna rozprawa wyznaczona w bardzo krótkim (jak na realia pracy sądów) czasie.
Tym razem wąskie gardło możemy napotkać w kontakcie z ośrodkiem adopcyjnym. Nie mam pojęcia jak ten nasz pracuje w czasach pandemii.
Czy wyśle kogoś do nas na wywiad i przeprowadzenie badania psychologicznego Paprotki?
Czy nie będzie próbował znaleźć jednej rodziny dla całej czwórki rodzeństwa? To by znacznie mogło przeciągnąć sprawę w czasie. A Paprotka tego czasu ma już coraz mniej.

Oby tylko ktoś przyszedł... będziemy dyskutować.

Sprawa Paprotki zapowiadała się na trudną i długotrwałą. Słyszeliśmy, że matce odbywającej karę więzienia trzeba dać więcej czasu na pokazanie swoich kompetencji rodzicielskich... a przede wszystkim musi zakończyć odbywanie kary. Słyszeliśmy, że skoro dawała sobie sama radę przez siedem lat (bo tyle ma jej najstarszy syn), to nie może być najgorsza.

Ale sędzia spojrzał na dzieci. Na to jak wyglądały gdy znalazły się w pieczy, jak się zachowywały, jakie mają zaburzenia.
Na mamę też spojrzał... chociaż częściej spoglądał na Majkę, słuchając wypowiedzi mamy.

Teraz cieszę się, że nic nie wyszło z umieszczenia Paprotki w rodzinie zastępczej, gdy trwały poszukiwania rodziców dla Mowgliego. Nie wiadomo, czy jej nowi rodzice zastępczy zdecydowaliby się na adopcję. Mieliby tylko dwa wyjścia, bo przy takim dziecku jak Paprotka, system zapewne nie odpuściłby z umieszczenia dziewczynki w rodzinie adopcyjnej. Być może musiałaby znowu zmienić rodziców.

Chociaż nadal nurtuje mnie pytanie, gdzie jest teraz Mowgli?

A oto tekst, który już niedługo przeczytają rodzice, do których zadzwoni telefon, a z ust miłej pani popłyną słowa: „mamy dla państwa dziecko, zapraszamy na spotkanie”.

Paprotka (9 miesięcy).

Ocena dziecka na podstawie obserwacji opiekunów.

Sytuacja zdrowotna

Dziewczynka nie choruje. Nawet drobny katarek pojawia się bardzo rzadko i w żaden sposób nie wpływa na jej samopoczucie. Paprotka jest dzieckiem pogodnym i żywiołowym.

Kilka tygodni temu (gdy do naszej przychodni dotarła karta szczepień) zaczęliśmy nadrabiać zaległości. Mama Paprotki cały czas utrzymywała, że chodziła do przychodni i wszystkie szczepienia są na bieżąco... tylko nie zostały wpisane do książeczki zdrowia. Teraz już wiemy, że jedynymi były te wykonywane w szpitalu tuż po porodzie.
Pewnym problemem jest wrażliwość skóry na pupie. Mimo częstego przewijania, stosowania jakichś antyalergicznych pieluch i maści wykonywanej według specjalnego przepisu... nadal nie jest najlepiej.

Funkcjonowanie dziecka w domu

  • Paprotka jest dziewczynką jakby nad wyraz rozwiniętą. Dla wielu dzieci w jej wieku, często szczytem sukcesu jest sprawne raczkowanie i siadanie. W jej przypadku, prawdopodobnie tylko kwestią dni jest samodzielne chodzenie. Już prawie dwa miesiące temu dziewczynka zaczęła podciągać się przy ramie łóżeczka, a teraz chodzi mając jakikolwiek punkt podparcia. Świetnie utrzymuje równowagę, więc nie chodzi na szeroko rozstawionych nogach, co pozwala jej również bezproblemowo siadać z pozycji stojącej. Potrafi też przez kilka sekund utrzymać się w tej pozycji bez podparcia.

  • Być może, za tak szybki rozwój w zakresie przemieszczania się, odpowiedzialny jest ogromny apetyt. Paprotka największą prędkość uzyskuje, gdy na stół wjeżdża posiłek dla innych dzieci. I chociaż niekoniecznie są tam potrawy dla niej, to rozpycha się łokciami, próbując zabrać coś z talerza starszych kolegów.

  • Zdecydowanie preferuje potrawy mięsne (na przykład parówki), w czym bardzo pomocne jest sześć zębów (cztery na górze i dwa na dole). Gdy pewnego dnia dawałem jej obiadek (a było to dwa miesiące temu) nie mając okularów, to również zjadła go błyskawicznie, choć jak się później okazało, był przeznaczony dla dzieci powyżej roku. Lubi też biszkopty i herbatniki zbożowe. Nie przepada za arbuzem, który natychmiast ląduje na podłodze... chyba, że zauważy, że stolik świeci pustkami. Za to nie gardzi deserkami owocowymi i mlecznymi.

  • Dzieci w jej wieku powinny mieścić się w przedziale 7,5 kg – 11,5 kg (tak gdzieś czytałem). Paprotka ma 12 kg, chociaż wcale nie jest otyła. Jest po prostu wielka. Ale wielka była również, gdy do nas przyszła pół roku temu.

  • Ma bujną czuprynę, którą w tajemnicy przed mamą zastępczą już dwa razy jej przycinałem.

  • Z racji swojej mobilności, sprawnie wyciąga rozmaite zabawki z pudeł ustawionych w pokoju. Bierze udział w zabawach ze starszymi kolegami, chociaż najczęściej sprowadza się to do psucia tego, co oni stworzyli. Ale też wiele się od nich uczy. Na przykład gdy uda jej się wyciągnąć zabawkowy mikrofon, to przykłada go do buzi, a nie wali bez sensu w podłogę (jak niektórymi innymi zabawkami).

  • Lubi muzykę. Próbuje nawet tańczyć, uginając się lekko na nóżkach i kołysząc biodrami. Im głośniejsza zabawka tym ciekawsza, więc niektóre trąbki i piszczałki musiały w pewnym momencie zniknąć.

  • Paprotka jest dużo bardziej związana z mamą zastępczą niż ze mną, chociaż gdy mnie zobaczy nad ranem, to też przychodzi się przytulić. Ale potrafi się obrazić. Gdy niedawno spędziła tydzień w innej rodzinie zastępczej, to po powrocie musiałem kolejny tydzień czekać na choćby delikatny uśmiech.

  • Zaczyna przewidywać. Doskonale wie, jaka może być moja reakcja na pewne jej zachowanie, więc często zanim cokolwiek zrobi, to zerka w moją stronę, czy może na nią nie patrzę. Wyjątkiem jest wspomniany wcześniej stół z jedzeniem, który działa na nią jak czerwona płachta na byka... zresztą też jest czerwony.

  • Paprotka rozumie już wiele słów, które do niej wypowiadamy. Reaguje też na trzy imiona: Paprotka, Gabrycha i Duża.

  • Rechocze, gdy zobaczy się w lustrze.

  • Uwielbia się kąpać.

  • Trudno mi powiedzieć, czy jest to już lęk separacyjny, ale obcym osobom długo się przygląda i nie każdego akceptuje.

  • Wypowiada kilka podstawowych sylab, chociaż gadułą nie jest. Najbardziej rozgadana jest tuż po przebudzeniu.

  • Śpi rewelacyjnie. Też to trochę budziło nasz niepokój, ale pediatra podczas ostatniej wizyty szybko nam go rozwiał. Paprotka idzie spać przed dwudziestą. Budzi się koło ósmej nad ranem, dostaje butelkę z mlekiem i ponownie zasypia... czasami na kolejne dwie, a nawet trzy godziny. Potem potrafi jeszcze zdrzemnąć się z godzinkę albo dwie na spacerze, lub po obiadku.

Kontakty z rodzicami biologicznymi

Na ostatniej rozprawie sędzia zadał pytanie mamie zastępczej:

  • Czy mama biologiczna odzywała się do państwa?

  • Tak, raz.
  • A kiedy?
  • Wczoraj.

Oczywiście należałoby wziąć pod uwagę fakt, że mama przebywała w zakładzie karnym, z którego wyszła niecały miesiąc wcześniej. Ale raczej nie była to placówka o podwyższonym rygorze, w którym telefony są odbierane osadzonym.

Od wspomnianej rozprawy, do dnia dzisiejszego, nie było kontaktu z mamą dziewczynki w żadnej postaci.



sobota, 28 listopada 2020

ROMULUS i REMUS 8

 


Właśnie wróciłem z pokoju Bliźniaków, do którego odprowadziłem ich po kąpieli.

Nie pierwszy już raz sobie porozmawialiśmy. O czym? O gwiazdach, rakietach... i naszej przyszłości. Niby naszej, ale jednak osobno.
Od czytania i opowiadania wieczornych bajek jest Majka. Ja nie czytam (bo się jąkam), i nie opowiadam.
Rozmawiam... czasami. Niestety najczęściej ma to miejsce przed snem. Napisałem „niestety”, ponieważ zdarzyło mi się podsłuchać nad ranem rozmowę Majki z zaspanym Remusem schodzącym po schodach:
  • Remus dlaczego ziewasz?

  • Bo się nie wyspałem.

  • To trzeba było wcześniej pójść spać.

  • Tak, ale wujek jeszcze chciał pogadać.

Z Majką też już przegadałem wiele godzin. Nawet można powiedzieć, że wiele nocy.

Od kilku miesięcy przygotowujemy chłopców na rozstanie z nami.
Czy będą gotowi odejść do zupełnie nowej rodziny? A może jednak lepszy będzie powrót do mamy? Jaką decyzję podejmie sąd apelacyjny? Rozprawa już niedługo.

Chłopcy mają coraz większą świadomość swojej sytuacji. Coraz częściej nawiązują do tematu odejścia do innej rodziny. Wiedzą, że z nami nie będą mieszkać zawsze.

Często odnoszę wrażenie, że obecny czas zawieszenia, bardzo ich męczy. Pięć lat, to już nie ten wiek, w którym żyje się tylko dniem dzisiejszym. Czasami przyłapuję ich na dyskusji o tym, kto może być ich nową rodziną.
  • Może ciocia Marlenka?

  • Tak, ja też bym chciał... albo babcia Basia.

  • A ta ciocia Agnieszka, co u niej byliśmy?

  • Tak, też jest fajna.

Dzieci jakby czuły, że coś wkrótce się wydarzy. Być może wpływ na to ma odejście Ptysi. Do Bliźniaków dotarło, że mówienie o rozstaniu nie jest już zwykłą paplaniną, ale to naprawdę się zdarza. Zwłaszcza Remus stał się jakiś uduchowiony. Wszystko robi „w imię Ojca i Syna...”, a wychodząc do toalety mawia „idę siku, zostańcie z Bogiem”.

Wciąż próbuję nawiązywać do naszych córek. Bliźniaki są z nami już tak długo, że pamiętają czasy, gdy dwie młodsze jeszcze z nami mieszkały. One też odeszły. A jednak często nas odwiedzają, i gdy przychodzą to są uśmiechnięte, zadowolone.

Czy pięciolatek potrafi zrozumieć taką analogię? Nie... ale się stara. A ja udaję, że w to wierzę.
Remus powiedział mi ostatnio, że chciałby mieszkać z nami na zawsze. Nigdy tak nie mówił.

Mnie zastanawia tylko to, że chłopcy nie wspominają o powrocie do mamy, chociaż doskonale wiedzą, że taka opcja również jest możliwa.

Babcia Basia z bólem serca już się opowiedziała na „nie”. I chociaż ma świadomość tego, że odejście dzieci do rodziny adopcyjnej na zawsze pozbawi ją kontaktu z nimi, to uważa, że byłoby to najlepsze rozwiązanie.

Ciocia Agnieszka jest dziewczyną mało znaną chłopcom. Może kilka razy nas odwiedziła, a niedawno Romulus z Remusem spędzili kilka godzin w jej domu. Czyżby nas rozszyfrowali i wiedzą, że na pierwszym spotkaniu z nowymi rodzicami nie dokonamy prezentacji typu „poznajcie się, to wasza nowa mama i tata, a to wasze nowe dzieci”. Jednak tym razem to nie ten trop - ciocia Agnieszka, to nie nowa mama.

Ciocia Marlenka? Najukochańsza ciocia (poza Majką oczywiście). To ta, u której dzieci spędzają wakacje i jeżdżą raz na jakiś czas w odwiedziny. Niedawno spędzili tam ponad tydzień. Gdy wrócili, to wieczorem musieli do niej zadzwonić, bo już tak bardzo się stęsknili. Nigdy nas nie poprosili, abyśmy wykręcili numer telefonu do ich mamy.

Ciocia Marlenka po pierwszych wakacjach z dziećmi (trzy lata temu) stwierdziła, że nigdy nie byłaby gotowa zostać dla nich rodziną zastępczą. Nie dlatego, że byli upierdliwi, tylko dlatego, że nie wyobrażała sobie możliwości rozstania i powrotu do mamy. Teraz zaczyna się łamać... choć mama cały czas jest walcząca. Czy jest możliwe, że sąd apelacyjny zmieni decyzję rejonowego z odebrania praw rodzicielskich na ich ograniczenie? Wszystko jest możliwe. Chociaż bardziej skłaniam się ku podtrzymaniu orzeczenia pierwszej instancji i skierowaniu chłopców do adopcji. A na to ciocia Marlenka nie jest gotowa. Ma już czwórkę dzieci, w tym jedno zastępcze, i kolejna dwójka zwyczajnie przerasta jej możliwości finansowe.

Co będzie, gdy pojawi się zupełnie nieznana rodzina adopcyjna? Nie potrafię przewidzieć ani reakcji chłopców, ani moich. Nie wiem, czy sprawdzi się nasz dotychczasowy sposób przekazywania dzieci, który w teorii mamy doskonale opracowany. Gorzej z praktyką, bo Bliźniaki, to nie Gacek, który był dużo młodszy. To nie Sasetka, która spędziła z nami trzy razy krótszy czas. To też nie Ptysie, które nie chciały się do nas przywiązać i po części traktowały nasz dom jak hotel.

Znowu łapię się na tym, że zadaję sobie pytanie „kim będą rodzice adopcyjni?”

Jak to kim? Będą pierwszymi, którzy figurują na liście kolejkowej naszego ośrodka adopcyjnego. Czy będą gotowi spotykać się z chłopcami przez miesiąc, dwa, a może trzy, zanim zabiorą ich do swojego domu? Czy będą chcieli poczekać, aż dzieci będą gotowe na przejście?

Nie wiem dlaczego, ale jakoś nie biorę pod uwagę możliwości powrotu do mamy biologicznej, chociaż czasami wydaje mi się, że w obecnej sytuacji byłaby to może najlepsza opcja.

Jednak sąd okręgowy musiałby podważyć większość opinii, na podstawie których sąd rejonowy podjął decyzję o odebraniu praw rodzicielskich. Czy będzie skłonny podważyć druzgoczące dla rodziców wnioski psychologów z Opiniodawczego Zespołu Specjalistów Sądowych?

Czy uwierzy rodzicom, że już się naprawili i nigdy nie popełnią błędów z przeszłości?

Całkiem niedawno zadzwonił do Majki tata Bliźniaków. Było to tuż przed dwudziestą drugą, a może nawet chwilę później. Język mu się plątał, mówił nieskładnie... chociaż miał wiele do powiedzenia. Majka nie do końca wiedziała, co w zasadzie chciał jej przekazać. No i była bardzo zdziwiona, bo nigdy do niej nie dzwoni, a na spotkaniach nie za bardzo potrafi sklecić trzy słowa do kupy. Ale przecież jest naprawionym ojcem, który z dobrym skutkiem ukończył terapię odwykową.

Majka zadzwoniła do kuratora, aby może przejechał się do rodziców w odwiedziny. Stwierdził, że nie może. A policja? Ta z kolei może się pojawić tylko wtedy, gdy otrzyma zgłoszenie, że rodzina zaburza czyjś spokój. Niestety nasz zaburzony spokój duszy w ten paragraf się nie wpisywał.

Bardzo bym chciał, aby ten facet chociaż raz w życiu stanął na wysokości zadania, przyjechał na rozprawę i wreszcie szczerze powiedział, że wcale nie oczekuje powrotu dzieci do domu. Tym bardziej, że zwalą mu się na głowę również dzieci poprzednich partnerów mamy chłopców, o których mówi do niej „twoje dzieci”.

Ile razy przetrzepie skórę Romulusowi, który chociaż jest kochany, to nie należy do dzieci spolegliwych? Ma w tej kwestii spore doświadczenie, bo sądowy zakaz zbliżania się do mamy dzieci, sprzed kilkunastu miesięcy, raczej nie był przypadkowy.

Jak na przestrzeni tych trzech lat zmieniło się moje postrzeganie mamy chłopców?

Może jest to dziwne... a może zupełnie normalne, że w jakiś sposób staje się nam jakby coraz bliższa. Nie w sensie bycia przyjaciółką, czy choćby koleżanką (bo nadajemy na zupełnie innych częstotliwościach), ale...

Majka przez telefon rozmawia z mamami biologicznymi naszych dzieci zastępczych tylko przez chwilę. Wysłuchuje co mają do powiedzenia, przekazuje najważniejsze wiadomości... i tyle.
W przypadku mamy Bliźniaków jest inaczej. Często rozmawia z nią pół godziny, godzinę, dwie. Czasami, gdy już skończy to stwierdza, że dziewczyna chyba była nawalona... bo tak mądrze mówiła.

Kim zatem jest ta mama? Udaje, czy pewne rzeczy rozumie? Ale nawet jeżeli udaje, to wie jak być dobrą aktorką. Wie, czego od niej oczekujemy.

Podczas dwugodzinnych spotkań z chłopcami bardzo się stara. Przynosi gry, zabiera ich na basen, plac zabaw. Czy to też jest tylko bycie dobrym animatorem?
Ostatnio nam powiedziała, że traktuje nas jak rodzinę. Że na zawsze będziemy w życiu Bliźniaków. Że będziemy się spotykać, odwiedzać. Że musimy ją nauczyć „chłopców”, bo przecież nie zna ich zwyczajów, a powrót do niej musi być procesem rozłożonym na kilka tygodni.
Czy powinienem to przyjąć za dobrą monetę?

Nie mam pojęcia, w którym kierunku może się wszystko potoczyć.

Czy to, że rodzice nie zostali wezwani na rozprawę (a tylko poinformowani, że się odbędzie) może o czymś świadczyć? Może o tym, że sędzia podjął już decyzję i nie zamierza nikogo przesłuchiwać.

Majka na wszelki wypadek się stawi... chociaż też jej nikt nie zapraszał.
Może więc być tak, że nasza przygoda z Bliźniakami, szybkimi krokami zmierza ku końcowi. Chociaż niedawno się dowiedziałem, że poprzednia sprawa jednej z naszych rodzin zastępczych w sądzie okręgowym, do którego odwołała się mama chłopców, trwała ponad dwa lata.
Taka ewentualność znaczyłaby, że Romulus z Remusem będą z nami mieszkać pięć lat. Pięć najważniejszych lat ich życia.

Zawsze myślałem, że w takim sądzie apelacyjnym wszystko dzieje się szybko (czyli decyzja jest podjęta na jednej rozprawie). Wydawało mi się, że sędzia albo podtrzymuje decyzję sądu rejonowego, albo kieruje sprawę do ponownego rozpatrzenia przez tenże sąd. Okazuje się, że powrót do pierwszej instancji jest rzadko stosowany. Najczęściej decyzja zostaje podtrzymana, ale bywają sytuacje, że sąd apelacyjny (okręgowy) rozpoczyna swoje postępowanie kończące się nowym orzeczeniem. Dlatego może to trwać wiele miesięcy. Ale już od tej decyzji odwołać się nie można.

Czyżby? Istnieje jeszcze sąd kasacyjny (Sąd Najwyższy, sąd trzeciej instancji). I owszem, ten już nie może prowadzić postępowania. Może jedynie utrzymać wyrok w mocy (czyli oddalić skargę, mając na przykład na względzie dobro dziecka), albo go uchylić, kierując sprawę do ponownego rozpatrzenia przez sąd apelacyjny.

Gubię się już w tych wszystkich zawiłościach prawnych, ale myślę że dobrze to przedstawiłem... a przynajmniej w dobrej wierze.

Podsumuję zatem jeszcze raz wszystko od początku. Od momentu umieszczenia chłopców w naszej rodzinie, do czasu wydania decyzji o odebraniu praw rodzicielskich, minęły dwa lata (plus-minus kilkanaście dni). Dlaczego tak dużo? Rodzice musieli poddać się kolejnej terapii, pokazać że potrafią znaleźć i utrzymać pracę, że są w stanie stworzyć bezpieczne miejsce na przyjęcie czwórki rodzeństwa. Zapewne dużą rolę odegrało też przeciążenie niewielkiego sądu rodzinnego, w którym pracuje jedna pani sędzina, jedna pani sekretarka i pewnie jedna pani protokolantka. A przecież ludzie chorują, biorą urlopy. W ciągu tych dwóch lat odbyły się zaledwie trzy rozprawy.

Mama od zawsze się odgrażała, że będzie walczyć o swoje dzieci do śmierci, że będzie się odwoływać od wszystkiego od czego się można odwołać, a na koniec pójdzie do telewizji. Póki co, jest konsekwentna w swoich zapowiedziach.
Rozprawa w sądzie okręgowym będzie miała miejsce po ośmiu miesiącach od wydania decyzji przez sąd rejonowy. Jeżeli będzie skarga do sądu kasacyjnego, to pewnie na termin rozprawy też trzeba będzie poczekać kolejnych osiem miesięcy. Nawet jeżeli sąd podtrzyma decyzję swojego poprzednika, to dzieci będą z nami mieszkać trzy lata i cztery miesiące. WOW, będziemy poniżej średniej. Niestety w naszym kraju dziecko przebywa w rodzinie zastępczej średnio trzy lata i siedem miesięcy.
Ale zapewne może być też sytuacja, że znacznie przekroczymy normę. Wystarczy, że sąd drugiej instancji zechce rozpatrywać sprawę od początku, albo sąd kasacyjny zwróci ją do ponownego rozpatrzenia. Kolejne miesiące...

A mogło być tak pięknie. Dwuletnie Bliźniaki mogłyby mieszkać z nami tylko niecały rok. Pierwsza rozprawa mogła mieć miejsce po czterech miesiącach, kolejna po następnych czterech... i ostateczna decyzja. Czy osiem miesięcy nie wystarczy, aby ocenić, czy rodzic jest w stanie sprawować opiekę nad swoimi dziećmi? Czy dla rodzica zagubionego w życiu, nie jest to wystarczający czas, aby przejrzeć na oczy i zrobić wszystko, aby znowu być ze swoim dzieckiem?

Moje postrzeganie rodzica, któremu ograniczono jego prawa do dziecka, bardzo zmieniło się na przestrzeni kilku ostatnich lat. Nie przemawia do mnie argument, że wystarczy podać mu rękę. Nie rozumiem tłumaczenia, jak bardzo ten rodzic cierpi. Nie interesuje mnie, że rozłąka z dzieckiem powoduje frustracje, stany depresyjne, agresję.

Patrzę, i widzę tylko działania pozorowane, nieprzemyślane, bez celu. To nie jest walka w imię dobra swojego dziecka. To jest walka dla samej walki.

Majka już nie raz tłumaczyła mamie chłopców, jak bardzo krzywdzi emocjonalnie swoich synów, którzy już od dawna powinni przebywać w bezpiecznej rodzinie. W takiej, w którą mogliby wsiąknąć, zapuścić korzenie, poczuć że do niej przynależą.

Mama to rozumie... chociaż zupełnie inaczej. Nawet była na czterech dwugodzinnych szkoleniach mających podnieść jej kompetencje rodzicielskie. Myślę, że wcale nie tylko po to, aby się podpisać.

Ja brałem udział w wielu szkoleniach, wykładach, webinarach, superwizjach (czasami przeznaczonych dla wszystkich pogotowi, ale również dotyczących wyłącznie naszej rodziny). Niby sporo wiem, a jednak wciąż popełniam błędy.

Mieszkam z dziećmi, które mają swoją historię. Coś, czego nie można odrzucić, ale jednocześnie bardzo przeszkadza.