niedziela, 2 kwietnia 2023

--- Okienko

 


Nigdy nie przestawiałem plastikowego okienka w kalendarzu ściennym. Dzisiaj wciąż pokazuje ono siedemnasty dzień miesiąca.

Od kilkunastu dni jestem samotnym ojcem zastępczym. Nie wiem jak długo potrwa taki stan. Być może kilkanaście tygodni, albo tylko kilkanaście dni.

Majka trafiła do szpitala. Z dnia na dzień. Odwiozła Jacka i Placka do rodziny biologicznej, poszła spać, a rano już nie mogła wstać z łóżka. Na szczęście zmieściliśmy się do siedmioosobowego samochodu, więc stosunkowo szybko znalazła się w szpitalu.
Przyczyny jej stanu nie są znane do teraz. Istnieje tylko pewna hipoteza, która zakłada, że osłabiony stresem organizm został zaatakowany wirusem opryszczki. W każdym razie Majka nie może się poruszać, ledwo utrzymuje w ręce telefon, a silne leki przeciwbólowe powodują, że czasami mówi bardzo wolno i trudno zrozumieć co ma na myśli. Ogólnie rokowania są dobre, ale wszystko może trwać bardzo długo, a końcowe zalecenia będą brzmiały: „Jak najmniej stresu”.
Majka może spędzić w szpitalu jeszcze kilka tygodni, a potem czeka ją jeszcze dłuższa rehabilitacja. Istnienie naszego pogotowia rodzinnego wisi na włosku. Ja bym nawet nie bronił się rękami i nogami przed powrotem do życia sprzed dziesięciu lat. Jednak dla Majki piecza zastępcza była całym jej życiem. Niemal od dnia, w którym się poznaliśmy, była jej marzeniem, a przychodzące dzieci stawały się jej wyzwaniem. Bycie mamą zastępczą nadal jest jej pasją, której chyba nic nie może zastąpić. Może się zatem okazać, że brak dzieci będzie większym stresem, niż stres związany z byciem z nimi.

Za wcześnie jednak na dzielenie skóry na niedźwiedziu. Na tę chwilę, żadne z naszych dzieci jeszcze nie ucierpiało. Żadne nie musiało z dnia na dzień znaleźć się w obcej rodzinie. Jak już wspomniałem, Jacek z Plackiem rzutem na taśmę zdążyli od nas odejść, do swojej mamy, na stałe. Obelix jest na planowanych badaniach w szpitalu psychiatrycznym, a Sajgon z kimś bardzo mu bliskim. Ze mną został Omen, Dagon i Argus.

Trudno mi w jakikolwiek sposób przewidywać przyszłość. Żyję chwilą. Tym, czy z przeziębienia Argusa nie wyjdzie zapalenie płuc, albo czy nie zapomnę zapłacić za wycieczkę chłopców w przedszkolu. Nie ogarniam jeszcze przedszkolnej aplikacji. Do dzisiaj, nigdy żadnym dzieciom nie czyściłem uszu, ani nie obcinałem paznokci. A wydawało mi się, że jestem równorzędnym partnerem Majki, bo przecież potrafię przewinąć, nakarmić, wykąpać, zrobić obiad i posprzątać. Wiem gdzie są dokumenty dzieci, rzeczy do ubrania, a nawet zapasowe mydło i proszek do prania. Wydawało mi się, że wiem wszystko.

Bycie samotnym ojcem jest bardzo ciekawym doświadczeniem. Jedni traktują mnie jak bohatera, inni jak potencjalną ofermę. A jeszcze inni każą wystawić dzieci za przysłowiowy próg i skupić się tylko na Majce.

Muszę jednak przyznać, że krąg osób chcących nieść pomoc naszej rodzinie jest ogromny. Myślę, że przynajmniej podwoiłem ilość kontaktów w telefonie i na rozmaitych portalach społecznościowych. Odczytuję też ciekawe wiadomości w telefonie typu: „Czy mam państwu przynieść obiadek?”, albo „Czy tata potrzebuje jakiejś pomocy?” i zupełnie nie mam pojęcia kto jest ich nadawcą.

Pierwszy raz w życiu byłem na zespole oceniającym nasze dzieci. Za chwilę pierwszy raz spotkam się z rodzicami biologicznymi na spotkaniu z ich dzieckiem, a później pierwszy raz pojadę na rozprawę w sądzie. Wiele rzeczy robię pierwszy raz – sam, bez Majki. Nawet tramwaje zaczynam ogarniać, chociaż dotychczas wszędzie jeździłem samochodem. Zdobywam nowe doświadczenia. Ostatnio szukałem przystanku tramwajowego, na którym kilka godzin wcześniej wysiadłem. Miasto, które trzydzieści lat temu miałem w małym palcu i znałem wszystkie jego ulice, nagle stało się labiryntem. W końcu odnalazłem wspomniany przystanek, ale nie przewidziałem, że tramwaj w drugą stronę będzie jechał z drugiej strony. Niby proste i logiczne, ale skończyło się na bieganiu po torowisku. Zaczynam uczyć się chodzić, podobnie jak za chwilę będzie to robić Majka – w dosłownym tego słowa znaczeniu.

Kilka dni temu poszedłem z Argusem do lekarza na szczepienie. Teoretycznie na szczepienie, bo kaszlał, więc nie spodziewałem się niczego poza lekami na wyzdrowienie. No i dostałem jakiś Benodil do nebulizacji. Lekarka, gdy dowiedziała się, że Majka jest w szpitalu, trzy razy upewniała się, czy aby zrozumiałem, że mam robić inhalację i do tego dwa razy dziennie. Zapewniałem, że nie raz takie rzeczy robiłem i wszystko mam pod kontrolą. Nie przewidziałem tylko tego, że nie mam zielonego pojęcia, gdzie Majka przechowuje inhalator. Kilka pokoi, dwa razy tyle szaf i kilkadziesiąt pudeł do przejrzenia. A Majka była już na takim etapie, że nawet ręce odmawiały jej posłuszeństwa. Nie potrafiła odpisać na prostego sms-a. Wszystkie wiadomości zaczęły przechodzić pocztą pantoflową, których nadawcami były osoby odwiedzające Majkę. Dopiero po kilku dniach dowiedziałem się, gdzie są wiosenne kurtki, czapki i buty naszych chłopców. Próbowałem jakoś sobie radzić. Wychodziło jako tako. Najłatwiejsze było kupowanie w sklepie, a nawet dokonywanie zakupów w ilościach hurtowych, na przykład majtek i skarpetek dla Obelixa. Bywało też, że coś udało mi się znaleźć, choćby piękne białe adidasy dla Omena... albo bardziej mokasyny – prawie nówki. A może nówki? Chłopiec wszystkim się chwalił, że ma nowe buty. Wciąż w nich chodzi i swoich z jesieni nie chce, chociaż są mu jeszcze dobre. Wyzwaniem było kupienie stroju gimnastycznego dla Obelixa. Był to wymóg szpitala, a czas realizacji zadania został skrócony do trzech godzin. Zupełnie jak w jakimś reality show. W odwiedzanych sklepach nikt nie wiedział, co mi zaproponować. Ostatecznie kupiłem białą podkoszulkę i piżamę, której krótkie spodenki trochę przypominały sportowe.

Zacząłem zwracać uwagę na rzeczy, które zupełnie nie interesowały mnie kiedyś. Na przykład na to, co może o swojej rodzinie powiedzieć czterolatek w przedszkolu. A może na przykład stwierdzić, że na obiad dostaje biszkopty i żelki. Niby nic wielkiego, w końcu wyobraźnia małego człowieka jest nieograniczona.

Niestety ostatni tekst Dagona w przedszkolu brzmiał: „Ciociu, zesrałem się w trzy dupy”.
Więc życzcie mi szczęścia.

sobota, 4 marca 2023

ARGUS

 


Rodzice poszukujący swojego największego szczęścia w życiu bardzo dbają, aby było ono w wieku od zera do dwóch lat. I ani o miesiąc więcej. Dlaczego?

Argus jest dziewiątym dzieckiem swojej mamy, moim szóstym. Żadne z nas go nie chciało. Żadne nie planowało. Można powiedzieć – patologia. Ale jest. I niespodziewanie stało się kimś ważnym zarówno dla swojej mamy, jak i dla mnie. Jakiegoś rodzaju iskierką nadziei, wiary w sens istnienia.

Mama chłopca powiedziała do Majki: „Ja już nie będę miała więcej dzieci, bo ja teraz biorę tabletki”. Eureka – w wieku prawie czterdziestu lat odkryła antykoncepcję. Być może faktycznie Argon jest jej ostatnim dzieckiem. Może rzeczywiście kobieta na stare lata stanie się bardziej odpowiedzialna, a może zrobi to za nią biologia. W każdym razie ze szczytnymi hasłami na ustach i obietnicami poprawy zdecydowała, że będzie walczyć o chłopca do śmierci. To jej ostatnie dziecko, więc musi mieszkać z nią, a ona stanie się dla niego najcudowniejszą matką na świecie. Tym bardziej, że jej starsze dzieci przebywające w pieczy zastępczej nie za bardzo pałają chęcią spotykania się ze swoją mamą, co nawet sama zauważa.

Ja nie byłem zachwycony perspektywą zamieszkania Argona w naszym domu. Nie chodziło mi o to, że jest noworodkiem, ale że noworodkiem płci męskiej. Malutcy chłopcy jakoś nie zapisali się w mojej pamięci złotymi zgłoskami. Było ich kilku, ale szybko odchodzili i nigdy nie zdążyło pojawić się między nami coś więcej – coś co można nazwać bliskością, więzią, miłością. Do tego było to dość dawno, kiedy często wyjeżdżałem z domu i czas poświęcany dzieciom był nader skromny. Powiedziałbym – ojcowski. Byłem dostępny dzieciom tylko popołudniami i w weekendy. A często nawet nie tyle.

Później wszystko zaczęło się zmieniać. Mój kontakt z klientami zaczął przybierać formę pracy zdalnej, a przychodzące noworodki były dziewczynkami. Bycie ojcem zaczęło przybierać zupełnie inną formę. Psycholożki rozmawiające z nami przed oddaniem dziecka rodzinie adopcyjnej zadawały nam pytanie: „Kto jest dla dziecka wiodącym opiekunem?”. A my nie potrafiliśmy na to pytanie odpowiedzieć. A w zasadzie odpowiadaliśmy, że jest nas dwoje, co zupełnie nie wpisywało się w scenariusz ankiety psychologicznej. Odkryłem, że kluczową rolę w rodzicielstwie (jakimkolwiek) odgrywa czas – ilość chwil poświęcanych dziecku. Intensywność, czy też atrakcyjność bycia z sobą ma o wiele mniejsze znaczenie.

Argus już po kilku dniach zaczął zdobywać moje serce i zupełnie przestało mi przeszkadzać, że między nogami ma siusiaka.

Bo z tymi siusiakami to jest tak, że Majka zupełnie umywa ręce. Powiedziała, że siusiaków nie będzie dotykać i tyle. Tak więc realizacja wszelkich zaleceń lekarskich w tym względzie spoczywa na moich barkach. Ewentualna odpowiedzialność – również. Bywa zatem, że Majka dzwoni do mnie od chirurga z pytaniem: „To które jądro mu ucieka?”.
Niestety czas na jakąś dziewczynkę, bo stulejek, załupków i znikających jajek zaczynam mieć powyżej uszu.
Argus niedawno skończył dwa miesiące. Uśmiecha się do mnie, szuka wzrokiem, a od niedawna nawet zagaduje. Spędzamy z sobą mnóstwo czasu i coraz lepiej poznajemy. Nawet tak małe dziecko potrafi w jasny sposób wyrażać swoje potrzeby – zróżnicowaną tonacją głosu, mimiką twarzy czy nawet zmiennością ruchów ciała. Mamy swoje sposoby na wspólne spędzanie czasu i z całą odpowiedzialnością muszę stwierdzić, że dziecku wcale nie zależy na ciągłym noszeniu na rękach i potrząsaniu nim. Wręcz przeciwnie.
Bycie z Argusem jest dla mnie jakimś połączeniem magii, podróży w czasie i relaksu. Trudno to jakoś sensownie opisać. Można to jedynie przeżyć.
Za to całkiem dobrze przychodzi mi opisywanie moich odczuć związanych z pozostałą grupą chłopców. Grupą niepokornych przedszkolaków, z których każdy jest emocjonalnym samotnikiem. I nie tylko emocjonalnym.
Dzieci, które kilka pierwszych lat swojego życia spędziły w świecie pozbawionym miłości, zaufania i zainteresowania, prawdopodobnie nigdy nie będą zdolne do jakichś głębszych uczuć i relacji z innymi ludźmi. Będą rozdarte między chęcią i potrzebą emocjonalnego zaangażowania, a lękiem i brakiem odpowiednich umiejętności.
Gdy przebywam z naszymi przedszkolakami, nie czuję nic. Być może dlatego, że one niczego ode mnie nie oczekują. Nie czują potrzeby bliskości, przytulania się. Każde ich zachowanie nastawione jest na uzyskanie takiej czy innej korzyści. Żaden z tych chłopców nie zrobi dla mnie nic bezinteresownie – choćby dlatego, aby zobaczyć mój uśmiech. Wręcz przeciwnie. Wciąż prowokują. Ciągle testują granice. Ich urok i wyjątkowość istnieją tylko w sferze wyobrażeń rozmaitych osób odwiedzających naszą rodzinę.

Wydawało mi się, że Jacek z Plackiem są jakimś zaprzeczeniem moich spostrzeżeń, wyjątkiem potwierdzającym regułę. Starszy z braci wydaje się być bardzo empatycznym chłopcem. Jego aktywność w naszym domu sprowadza się do tęsknienia za mamą. Po przyjściu z przedszkola siada w fotelu i tęskni. Nie bawi się prawie niczym. Rzadko angażuje się w jakąkolwiek aktywność z innymi dziećmi. Najczęściej tylko siedzi i gapiąc się w telewizor wykrzykuje: „Zasłaniasz!”. Nawet gdy jest on wyłączony.

Chłopiec niedawno był w szpitalu na operacji i potem przez dwa tygodnie nie chodził do przedszkola. Siłą rzeczy, trochę się do siebie zbliżyliśmy. Chociaż nie wiem czy jest to właściwe określenie. Stałem się biernym odbiorcą jego opowieści o rodzinie. Biernym dlatego, że Jacek wciąż opowiadał to samo. Na końcu posługiwał się już tylko pojedynczymi słowami, a nawet gestami. Wiedział, że doskonale znam ciąg dalszy. Pokazywał mi na przykład dziesięć palców, a ja doskonale wiedziałem, że Wojewódzki kupił na Sylwestra dziesięć petard, które razem odpalili. Wojewódzkiego znam prawie tak dobrze jak mamę chłopca. Przez długi czas nie miałem pojęcia o kim Jacek opowiada. Pytałem: „To jest jakiś twój wujek?”, a on na to: „Tak, Wojewódzki”. Po kilku tygodniach, po rozmowie z mamą chłopca, okazało się, że „Wojewódzki” to wuja Łódzki. Nawet mama nie pamięta, dlaczego wszyscy mówią na niego Łódzki. Ale dla chłopca jest on kimś bardzo ważnym i w jego opowieściach prezentuje się całkiem przyzwoicie.
Nie uważam jednak, aby Jacek był dzieckiem zdrowym emocjonalnie. On zwyczajnie potrzebuje kogoś, kto będzie dla niego ważny, jedyny i za którym będzie tęsknił. Opiekun podstawowy? Gdy do nas przyszedł, cały czas tęsknił za wujkiem z poprzedniej rodziny zastępczej. Ale wtedy nie spotykał się ze swoją rodziną. Potem tęsknił za panią w przedszkolu, a od kilku miesięcy już tylko za mamą. Przerzuca te swoje emocje w zależności od sytuacji. A jeżeli komuś nie podoba się słowo „przerzuca”, to mogę powiedzieć, że likwiduje wszelkie relacje z jednym, aby z całą mocą poświęcić się komuś drugiemu. To, że teraz jest to mama – jest zwykłym zrządzeniem losu.
Ale czeka i tęskni. A sąd jakby głuchy i ślepy. Niewrażliwy na wszelkie opinie. Wydaje zgodę na urlopowanie na święta na ostatnią chwilę albo zgadza się na spędzenie ferii z rodziną, gdy te już się zaczęły. Dlaczego w jednym postanowieniu nie zgodził się na urlopowanie na weekendy? Czego jeszcze potrzebuje, aby zgodzić się na powrót chłopców do mamy na stałe? Dlaczego dokonuje wtórnej traumatyzacji dzieci?
Od niedawna mamy już nawet pozytywną opinię biegłych psychologów. Po raz kolejny w swojej historii zacząłem więc odliczanie. Na zbyt wiele nie liczę, bo myślę, że wiem o co chodzi. Ważniejsi są rozwodnicy i alimenciarze, bo ci mają swoich prawników. Ważniejsze są zażalenia, bo trzeba się do nich odnieść w określonym w prawie czasie. Jacek z Plackiem mogą poczekać. Mają tylko Majkę. Ale ona przecież jest nikim.

Omenowi i Dagonowi też zacząłem odliczanie. Właściwie nie im, tylko również ich sędziemu. Nie będę za bardzo owijał w bawełnę, bo nie ma takiej potrzeby. Mama chłopców już się tutaj nie odnajdzie. Przynajmniej nie ta mama.

Mogę napisać tak, jak uważa większość osób nie mających większego pojęcia o pieczy zastępczej. Omen z Dagonem są już biednymi sierotkami. Nie wiem ile czasu potrzebuje sędzia, aby wydać decyzję nie mając już żadnych alternatyw i nie musząc wyznaczać jakiegokolwiek terminu rozprawy. Tydzień, dwa? Minęło już więcej, a zegar adopcyjny tyka coraz szybciej. Ja już nawet słyszę sygnał ciągły.

Sajgon jest dla mnie najbardziej obojętny emocjonalnie spośród całej piątki starszaków. Może dlatego, że jest najtrudniejszy. Nie mam na niego żadnego pomysłu. Duże nadzieje pokładałem w nowej mamie, ale nadaktywność taty chłopca sprawia, że raczej jeszcze przez długi czas nic się nie zmieni.

A tata ma duże szanse na odzyskanie syna. A przynajmniej „jakieś”. Spotyka się z chłopcem. Nawet rozmawia z nim przez internet. Opowiada mu, jak ratuje życie innym ludziom. Ktoś mógłby pomyśleć, że jest strażakiem albo ratownikiem medycznym. Albo chociaż policjantem. Tata potrafi przez długi czas opowiadać chłopcu o swojej pracy, a ten słucha z z mniejszym lub większym (w zasadzie mniejszym) zainteresowaniem, przerywając mu co jakiś czas swoim „eszesze”. Być może są to dla Sajgona ciekawe opowieści. Dla taty są. Nie raz usłyszał w swoim życiu słowa: „Uratował mi pan życie” – gdy naprawił komuś lodówkę w środku lata. Być może Sajgon będzie potrafił kiedyś naprawić niejeden sprzęt, może nawet samochód. Ale czy będzie potrafił kogoś przytulić?

Czy dziwię się, że rodziny poszukują dzieci od zera do dwóch lat?
Wcale. Nawet doskonale wiem, że takich rodzin jest całkiem sporo. Do tego dokładają warunek, że rodzina biologiczna nie powinna być zbyt aktywna, a dzieci w miarę zdrowe – bez większych chorób i zaburzeń.
Nadal jednak stawiam pytanie, co z dziećmi pokroju naszych przedszkolaków?

Miało być o Argusie.

Chyba już nie będzie. Może tylko trochę.
Ale myślę, że ciąg dalszy może być godny mistrza powieści grozy. Zaskakujący i przerażający. Wspomniałem na początku, że Argus jest moją iskierką. Na kilka dni ta iskierka niemal zgasła. Tliła się, ale wydawało mi się, że szanse na ponowne jej rozpalenie są prawie zerowe. Argus był z nami, ale jakby go już nie było.

Dostaliśmy informację, że jest do umieszczenia w trybie interwencyjnym pięciolatek krzywdzony przez jakiegoś wujka i wszelkie próby znalezienia dla niego rodziny zastępczej spaliły na panewce. Można powiedzieć, że nic niezwykłego. Rzesza rodzin zastępczych tkwiąca w spisie powszechnym czeka przecież na dziecko tylko do lat dwóch. Majka też ma już jasno sprecyzowaną politykę przyjmowania dzieci, więc wiadomo, że drugi raz na siódme dziecko nabrać się nie da. I dokładnie taka była jej odpowiedź. Ostatecznie już Argusa wzięliśmy do siebie z założeniem, że dziewczyna zainteresowana Sajgonem zostanie potraktowana priorytetowo względem otrzymania (bądź nie) kwalifikacji do pełnienia dla niego funkcji mamy zastępczej. I w zasadzie dostała.

Ostatecznie zgodziliśmy się przyjąć zabiedzonego, niespełna pięcioletniego Obelixa. Drugą stroną tej transakcji było przyspieszenie prac zmierzających do powrotu do mamy Jacka i Placka. Nie będę precyzował na czym miało ono polegać.

Ale nie tylko o to chodziło. Również Argus miał odejść do rodziny. Takiej, w której byłby drugim dzieckiem, co dawałoby gwarancję poświęcania mu dużej ilości czasu, a przede wszystkim przebywania w ciszy i brakiem ryzyka, że jakaś zabawka poruszająca się niekontrolowanym lotem, wpadnie do jego łóżeczka. Oczywiście Majka najpierw zadzwoniła do mnie z pytaniem: „Co o tym myślisz?”. A ja jak zwykle odpowiedziałem: „Rób co chcesz”. Taka rutynowa wymiana zdań daje Majce hipotetyczną możliwość wygarnięcia mi w przyszłości, że przecież się zgodziłem, a mi powiedzenia: „Sama tego chciałaś”. Oboje jednak wiemy, że decyzja jest wspólna i skoro nie ma zdecydowanego sprzeciwu żadnej ze stron, to znaczy, że kontrargumenty nie są znaczące.

Gdy Obelix stanął w progu, od razu wiedziałem, że coś tu jest nie tak. Wcale nie wyglądał jak zaniedbany rówieśnik naszego Jacka. Był jakiś nadmuchany. Niemal dwa razy wyższy i dwa razy grubszy niż zakładałem. Z ciekawości go zważyłem, bo wydawało mi się niemożliwe, aby miał tylko 26 kilogramów (tak było napisane w wypisie ze szpitala). Ale miał. Musi więc być pusty w środku.

Postanowienie sądu konieczne do odebrania chłopca ze szpitala dostaliśmy na ostatnią chwilę, więc nawet nie było okazji dokładnie go przeczytać. Obelix okazał się niepełnosprawnym umysłowo i agresywnym siedmiolatkiem, który nijak nie pasuje do naszej rodziny – choćby z racji tego, że podlega już obowiązkowi szkolnemu. Na szczęście będziemy mogli go odraczać i pozostawić w przedszkolu, bo jego ocena gotowości szkolnej to 16 punktów na 118. Żal tylko naszych przedszkolnych pań wychowawczyń. Ale za to zdobędą niezwyczajne doświadczenie.
Chłopiec już w szpitalu zaatakował fizycznie Majkę krzycząc do niej: „zostaw mnie babo”. Na szczęście skończyło się na trzech siniakach. Cała akcja wyglądała jak w superprodukcji Marvela, gdy personel błyskawicznie podbiega, aplikując agresorowi jakiś specyfik unieszkodliwiający go w ułamku sekundy. Dało to Majce możliwość złapania chłopca za rękę i przeprowadzenia dyscyplinującej rozmowy, z której pewnie każdy psycholog byłby zadowolony.
Chłopiec został przebadany pod kątem rozmaitych nieprawidłowości. Poza licznymi siniakami i zadrapaniami, fizycznie nie było zastrzeżeń. Dostaliśmy tylko skierowanie do psychiatry. Na razie tylko dla niego. Więcej szczegółów nie powinienem chyba zdradzać, więc tylko dodam, że Obelix wygląda jak jakaś upiorna, zmodyfikowana genetycznie postać Kapsla. Jego historia też jest podobna. Różnica jest tylko taka, że tam był wujek mamy, a tutaj jest wujek taty – chociaż nie w takim układzie jak tam. Proste.
Poznawczo chłopiec jest na etapie dziecka trzyletniego. Obelix nie zna kolorów, nie potrafi liczyć, z biedą narysuje koślawe koło. Emocjonalnie mamy do czynienia z absolutnym zerem. Chłopiec zna tylko złość. Podobno jeszcze smutek, chociaż nie udało mi się tego zauważyć. Empatia jest mu zupełnie obca, a ironiczny uśmiech psychopaty, gdy kogoś skrzywdzi albo coś zepsuje, może śnić się po nocach.
Wielokrotnie strofowany przez rozmaite osoby już pamiętam, że w każdym dziecku powinienem poszukiwać czegoś dobrego. Mocnych stron, które można wspierać. Często wracam do historii Kapsla. W nim też poszukiwałem dobra. I nie mogłem znaleźć. Jednak tamten chłopiec bardzo chciał, tylko mu nie wychodziło. Obelix nie chce. Od pierwszego dnia obiecuje, że mi zbije szybę i zniszczy laptopa. Z uśmiechem na ustach oznajmia, że usiądzie psu na łapę, bo chce mu ją złamać.
W ciągu kilku godzin rozwalił wszystko, co udało nam się budować tygodniami. Po jednym wspólnym popołudniu Placek zaczął przeklinać w przedszkolu, a Jacek przestał mówić. Sajgon gryzie teraz każdego kto pojawi się w jego pobliżu, a z Omena i Dagona wychodzą demony uśpione od miesięcy. Obelix jest agresywny i sprzeciwia się wszystkiemu. Te bardziej zdrowe emocjonalnie i psychicznie dzieci próbują się bronić, otaczając pancerzem izolowania się. Te mniej zdrowe, garściami czerpią wzorce do naśladowania.
W takich okolicznościach nie miałem zbyt wielkiego wyboru. Wprowadziłem coś na kształt stanu wojennego. Wydaję polecenia, upewniam się, że zostały zrozumiane i z zimną krwią egzekwuję ich realizację – wszelkimi dostępnymi metodami. Niektórym dzieciom dało to poczucie nieco większego bezpieczeństwa.
Obelix jeszcze nie próbował mnie uderzyć. Przygląda się i ocenia swoje szanse. A mi cały czas chodzi po głowie myśl, że to jest dopiero miesiąc miodowy. Bo na pewno jest – zawsze jest. Nasze wspólne relacje najtrafniej ilustruje pewna moja wymiana zdań z chłopcem:
      
             – No to podwieczorku nie będzie.
             – No i chuj.

Wyjątkowo nie miałem najmniejszych problemów z przyjęciem roli złego policjanta. Wszystkie rozwiązania natury psychologicznej poszły w...
Obelix nie zna żadnych zasad. Z upodobaniem dłubie w nosie i zjada babole, albo grzebie w odbycie upajając się przenoszoną na palcach wonią. I niestety są to najmniej obrzydliwe jego zachowania. I najmniej deprawujące inne dzieci. Nie zamierza też zmienić swoich przyzwyczajeń, bo przecież tak samo robi jego tata, wujek i dziadek.
Jest maniakiem trzaskania drzwiami i wyrywania klamek (również w samochodzie). Panie w przedszkolu zamykają drzwi na klucz, bo ucieka. W przestrzeni publicznej trzeba go wciąż trzymać za rękę (albo za cokolwiek), gdyż wciąż się wyrywa. Gdy mu się to uda, to biegnie przed siebie na oślep – na ulicę, pod samochód.
Trudno się z nim porozumieć, bo inteligencją odbiega od trzyletniego Placka. W którejś jego opinii przeczytałem, że jest na poziomie dwuipółrocznego dziecka. Teraz się z tym zgadzam.
Nie jest zatem wesoło. Majka działa metodami psychologicznymi, a ja chronię inne dzieci. Dobro tego chłopca nie jest moim priorytetem. Przychodzi mi to z łatwością, bo go zwyczajnie nie lubię.

Ostatnio czekaliśmy w samochodzie na Majkę.

     – Jedź – krzyczy do mnie.

     – Uspokój się, czekamy na ciocię – odpowiadam.
     – Jedź wreszcie.
     – (…) – nie reaguję.
     – Jedź. Czy ty kurwa rozumiesz co do ciebie mówię?

Obelix byłby świetnym materiałem badawczym do pracy naukowej. Szkoda tylko, że trafił na nasze dzieci, które cofnął emocjonalnie o kilka miesięcy.

W zasadzie można powiedzieć, że przecież taki chłopiec to nic niezwykłego. Wielokrotnie właśnie tak prezentują się dzieci przywożone z interwencji. Nawet zawyżenie wieku traktuję jak zwyczajną pomyłkę, chociaż miała ona decydujący wpływ na podjętą przez nas decyzję.

Jest jednak w całej tej historii coś, co mnie dziwi, chociaż myślałem, że widziałem już wszystko. Wiele miesięcy temu sąd rodzinny zamknął sprawę Obelixa, ograniczając rodzicom władzę sprawowania opieki nad chłopcem i nakazując znalezienie dla niego rodziny zastępczej. Tyle tylko, że nikogo o tym nie poinformował, a chłopak nadal mieszkał z ojcem, dziadkiem i wujkiem. Mama gdzieś się wyniosła i tyle o niej wiemy. Nawet tata nie wiedział, że ograniczono mu władzę.
Co więc sąd zrobił teraz? Nie mógł umieścić chłopca u nas na czas trwania postępowania, bo przecież żadne postępowanie już nie trwa. Umieścił więc go na stałe. Zrobił zatem coś co jest sprzeczne z prawem. Nie zna pojęcia „pogotowie rodzinne”? Nie wiem jak to się wszystko zakończy, ale nie zamierzam męczyć się z Obelixem przez najbliższe trzy lata, aby potem oddać go do domu dziecka. Ale na szczęście rozwiązań jest przynajmniej kilka. Czyli trzy, chociaż patrząc realistycznie – dwa.

Najważniejsze, że Argon został. Nie wiem czy „dzięki mnie”, czy „przeze mnie”. W każdym razie do mnie należało decydujące zdanie. Zobowiązałem się, że przejmę nad nim nocną opiekę i nieco zwolnię Majkę. W ciągu dnia też w większości chłopiec jest ze mną, bo Majka krąży po przedszkolach, terapiach, lekarzach, sądach i spotkaniach z rodzicami biologicznymi. Chronię Argusa jak mogę przed naszym rodzinnym DPS-em.

Zapewne można zadać pytanie: „Dlaczego?”. Przecież chłopiec mógł zamieszkać w rodzinie, w której miałby spokój, ciszę i byłby noszony na rękach.
Być może jestem przewrażliwiony na punkcie wagi pierwszych miesięcy życia dziecka. Być może dwumiesięczny Argon nawet by nie zauważył, że nagle zaczął zasypiać przy innej osobie, w innym łóżeczku. Być może wystarczyłoby zawieźć go do nowego domu i tak pozostawić (bo tylko taka opcja wchodziła w grę). Zbyt dużo jest tych „być może”. Zbyt mało konkretów. Dla chłopca byłaby to kolejna przejściowa rodzina – typowo zastępcza, na krótko.



sobota, 11 lutego 2023

--- Bezdzietność z wyboru

Sześciu chłopa na jednego. No, nie jest łatwo. Jak czasami Majki nie ma w domu, to aż strach wyjść do toalety, bo pokój natychmiast zamienia się w pole bitwy, stadion sportowy, kosmodrom i parę innych rzeczy jednocześnie. Omen, Dagon, Jacek, Placek, Sajgon i Argus dają popalić. Ten ostatni chłopiec jeszcze tutaj nie zaistniał. Nic dziwnego, bo gdy pisałem poprzedni tekst, jeszcze go nie było na świecie. To siódme dziecko stróża. A właściwie dziewiąte i stróży było kilku. Chłopiec czekał na porodówce trzy tygodnie, bo nikt go nie chciał. Poza mamą oczywiście, która zresztą pozwała szpital o półmilionowe odszkodowanie za bezprawne zatrzymanie jej dziecka. Wzięliśmy Argusa również dlatego, że tę „matkę-wariatkę” mamy w pewien sposób rozpracowaną. Dwójka z jej poprzednich dzieci też u nas była, więc dobrze wiemy z jakich powodów robi afery i komu składa donosy. A przede wszystkim, potrafimy z nią rozmawiać.

Mając świadomość swoich braków czasowych – wyznaczyłem sobie zadanie. Będę przelewał na papier jedną myśl każdego dnia. Jeden akapit, kilka zdań. Więc wyszło jak wyszło.

Dzisiejszy tekst jest wyłącznie moim spojrzeniem na przedstawiany temat. Perspektywą ojca zastępczego, faceta, Pikusia.

Nie wiem, czy Majka odniesie się do tego wpisu, bo zdecydowanie woli mówić i w przeciwieństwie do mnie, nie stroni od szklanych mediów.
Postaram się wziąć do serca jej porady dotyczące nieużywania kwantyfikatorów, co do których podobno mam skłonności. Chociaż osobiście uważam, że nie nadużywam sformułowań typu „każdy”, czy „zawsze”. Być może Majce chodzi o kwantyfikatory stwierdzające, że „istnieje dużo obiektów o jakiejś właściwości” albo, że „prawie wszystkie obiekty mają pewną własność”, czy też, że „istnieje taki obiekt zachowujący się w określony sposób”. Takie kwantyfikatory faktycznie są u mnie na porządku dziennym.
Nieważne. Doszedłem ostatnio do wniosku, że rodzicielstwo schodzi „na psy”. I to rodzicielstwo bardzo szeroko rozumiane. Jest coraz mniej rodziców biologicznych, adopcyjnych i zastępczych. Ci pierwsi nie za bardzo mnie interesują, ale ci następni owszem, bo dzieci potrzebujących rodziny jest coraz więcej. W naszym powiecie brakuje nawet rodziców adopcyjnych. Nikt nie czeka już latami na dziecko, również to malutkie i zdrowe. W kwestii rodzicielstwa zastępczego jest jeszcze gorzej. Z roku na rok, coraz mniej osób kończy szkolenie z myślą o zaopiekowaniu się bliżej nieokreślonym dzieckiem. Najczęściej szkolą się rodziny spokrewnione (z wyjątkiem dziadków i rodzeństwa danego dziecka – bo te nie mają takiego obowiązku) oraz mające mniejsze szanse na adopcję (choćby osoby samotne albo żyjące w nieformalnych związkach). Rodzin rozważających pozostanie pogotowiem rodzinnym, albo rodzinnym domem dziecka nie miałem przyjemności poznać już od kilku lat. Trudno mi sobie przypomnieć nawet jakąkolwiek rodzinę zastępczą zawodową, która byłaby młodsza stażem niż my. Żeby nie było, że znowu używam kwantyfikatora – zapewne takie są. Być może nawet w naszym powiecie. Ale ich nie znam.
Do takiego stanu rzeczy w jakiś sposób udało mi się przywyknąć. Stanu, który mógłbym określić słowami: „brak motywacji”.
Gdyby ktoś mnie zapytał o receptę na poprawienie tej sytuacji, to musiałbym bezradnie rozłożyć ręce. Niektórzy uważają, że jest nią zwiększanie nakładów finansowych w postaci wypłacanych pensji rodzicom zawodowym, zatrudnienie na etat (a nie umowę-zlecenie), prowadzenie szkoleń, czy umożliwianie korzystania z superwizji. W jakiejś mierze się z tym zgadzam i nawet widzę, że coś w tej kwestii zaczyna się dziać.
Zastanawiam się tylko, gdzie istnieje umowna linia, po przekroczeniu której, rodzina zastępcza przestaje być rodziną – staje się mini domem dziecka.
Pewnie mało kto pamięta zespół Breakout. W jednym z ich tekstów jest taki oto fragment:

     „Kiedy byłem małym chłopcem hej.

      Wziął mnie ojciec i tak do mnie rzekł.
      Najważniejsze co się czuje.
      Słuchaj zawsze głosu serca hej.

      Kiedy byłem dużym chłopcem hej.

      Wziął mnie ojciec i tak do mnie rzekł.
      Głosem serca się nie kieruj.
      Tylko forsa ważna w życiu jest.”

Coraz częściej widzę jak idee zaczynają sięgać bruku (zapożyczając z kolejnego mistrza pióra). System zaczyna motywować pieniędzmi. Chyba nie chcę rozwijać tego tematu.

Moim marzeniem byłby szybki i bezpłatny dostęp do specjalistów umożliwiający diagnostykę, leczenie, terapię i rehabilitację. Szybkie zamykanie spraw w sądzie. Sprawny nadzór nad rodzinami monitorowanymi przez pomoc społeczną. Tworzenie zespołów odpowiedzialnych za rodzinę od dnia, w którym odebrano jej dziecko.

Do systemu pieczy zastępczej trafiają coraz starsze dzieci. Jeszcze kilka lat temu, w większości przychodziły do nas kilkumiesięczne (czasami tylko kilkudniowe) maluchy. Mając nieco ponad rok, były już umieszczane w rodzinie docelowej. Teraz jest tak, jak to staram się opisywać. Niemowlaki są rzadkością. Przychodzą dzieci, których rodzicom dawano szansę. Dzieci, które mają dwa, trzy, cztery i więcej lat. Dzieci nie potrafiące mówić, jeść, przytulać się. Dzieci, które pewnych rzeczy już nie nadrobią, bo ich czas zwyczajnie minął. Dzieci, którymi nikt już nie jest zainteresowany.

Osoby, z którymi rozmawiamy, często dziwią się jak to jest możliwe. Przecież ludzi zmagających się z bezdzietnością jest coraz więcej, a cztero, pięcio, a nawet siedmiolatek, to przecież jeszcze małe dziecko. Takie, które potrzebuje miłości, zainteresowania i potrafi to odwzajemnić, zapełniając jakiegoś rodzaju pustkę w rodzinie. Moim zdaniem jest to stwierdzenie, o którym trudno powiedzieć, czy jest prawdziwe, czy fałszywe. Do tego, im dłużej moje życie jest związane z pieczą zastępczą, tym moje wątpliwości stają się coraz większe.

Wielu uważa, że piecza zastępcza jest słabo promowana, że trzeba o niej mówić, zachęcać, pokazywać pozytywne przykłady. Pytanie, jak to robić? Jak sprawić, aby przypadkowo nie zniechęcić, pozbawiając starsze dzieci szans na rodzinę, a dorosłych upewniać o sensie życia w bezdzietności.

Jak mówić do „niej”, a jak do „niego”? Bo gdy myślę o rodzicielstwie zastępczym, to kobietę i mężczyznę zaczynam postrzegać niemal jak dwa odrębne gatunki. „Ona” jest bardziej emocjonalna i wytrwała – „on” jej zupełnym przeciwieństwem. „On” myśli, kalkuluje i wcale nie zamierza zaprzeczać istnieniu negatywnych emocji, ani z nimi walczyć. Jak nie daje rady, to odchodzi, albo przynajmniej się wycofuje. Nie udaje, że jest fajnie. Znam wiele rodzin zastępczych, w których została tylko mama. I nawet rozumiem argumenty obu stron.

Dlatego podjęcie decyzji o pozostaniu rodziną zastępczą jest rzeczą niezwykle trudną. Często słyszę jak kobiety zafascynowane chęcią pozostania matką zastępczą mówią, że ich facet „nie mówi nie”. Moim zdaniem to za mało.

Kobieta potrafi zakochać się w dziecku, którego nigdy nie widziała. Potrafi tęsknić za dzieckiem znanym jej tylko z opowiadań albo z opisów. Czekać na kogoś, kto jeszcze nie ma twarzy, imienia, wieku, a nawet płci.
Mężczyzna na rozbudzenie się uczucia potrzebuje czasu. I bywa, że nie zawsze ono przyjdzie. Poza tym, potrzebuje też konkretnej osoby – dziecka, które widzi.

Nasz system nie za bardzo na to pozwala. Przyszli rodzice (adopcyjni lub zastępczy) wielokrotnie muszą podjąć wstępną decyzję tylko na podstawie rozmowy z pracownikiem takiego albo innego urzędu. Osobą, mającą wielokrotnie mgliste pojęcie o dziecku, które prezentuje. Często widzą dziecko pierwszy raz na oczy dopiero na spotkaniu, gdyż wcześniej nikt nie chce im pokazać choćby jego zdjęcia. I najczęściej uważają, że tego pierwszego postanowienia nie wypada już zmieniać.

O ile może mieć to jakieś uzasadnienie w przypadku dziecka kilkumiesięcznego, może nawet kilkunastomiesięcznego – to już dwulatek jest osobą, którą należy postrzegać razem z jej pełnym bagażem doświadczeń, nawyków i potrzeb. W starszych dzieciach coś zostaje już na zawsze. Jest to coś, co powoduje, że niektórzy nawet po latach mówią: „To ciągle nie jest nasze dziecko”. Dlatego uważam, że takie dzieci trzeba wcześniej dobrze poznać, a w razie jakichkolwiek wątpliwości umieć powiedzieć "nie"  zanim będzie zbyt późno.

Niestety starszych dzieci trafiających do pogotowi rodzinnych jest coraz więcej, a te młodsze tak długo czekają na decyzje sądów, że po miesiącach, a nawet latach, też stają się starsze. Nie chcę znowu wieszać psów na sądach, ale to one niestety są wąskim gardłem. Sędziowie najczęściej są bardzo asekuranccy. Z jednej strony boją się szybko pozbawić władzy rodziców biologicznych, a z drugiej nie chcą im oddać dzieci zbyt pochopnie. Gdy dziecko jest już zabezpieczone w jakiejś rodzinie, to najchętniej nie robiliby nic.

Przez kilka pierwszych miesięcy po umieszczeniu dziecka w naszej rodzinie, wiele się nie dzieje. Poza tym, że dziecko się starzeje i coraz bardziej przywiązuje do rodziny, w której przebywa.

Opiszę naszą aktualną sytuację. Być może nie znam jakichś szczegółów i niewykluczone, że trwają gdzieś jakieś intensywne prace zmierzające do osadzenia dziecka na stałe w konkretnej rodzinie, ale nic o tym nie wiem. Odnoszę nawet wrażenie, że to my – a w zasadzie sama Majka – próbujemy przejąć rolę nieistniejących zespołów, które powinny zająć się rodzicami biologicznymi od samego początku. Przedstawić im uczciwie całą sytuację, ustalić z nimi zasady wyjścia z kryzysu i nakreślić krok po kroku wszystko co muszą zrobić w określonym czasie, aby odzyskać dziecko. Bo tak prawdę mówiąc, tuż po odebraniu dziecka, nikt się nimi nie zajmuje w sposób kompleksowy. Pierwsze próby przekazania rodzicom informacji na temat tego z czym się mierzą, mają miejsce na pierwszym zespole w PCPR, o ile oczywiście rodzice zechcą na niego przyjść. Ma to miejsce dopiero po trzech miesiącach od odebrania im dziecka. Pomoc społeczna robi swoje, ale tylko wtedy gdy rodzice korzystają z jej usług. Kurator się pojawia, albo i nie, a sąd... chyba tylko zbiera dokumentację. Oczywiście działają tutaj różne mechanizmy, bo przecież można powiedzieć, że kuratora wysyła sąd, a organizator pieczy zastępczej powiadamia ośrodek pomocy społecznej. Ponieważ nic nie jest jednak obligatoryjne, to Majka próbuje tę tajemną wiedzę rodzicom przekazać. Wielokrotnie jednak nikt jej za bardzo nie słucha, bo przecież jest tylko matką zastępczą i rodzice najczęściej uważają, że to ona powinna im się tłumaczyć.

SAJGON

Po miesiącu od zamieszkania chłopca w naszym domu, do Majki zadzwonił „tatuś”. Oczywiście z pretensjami, że mu zabrała dziecko. Bo przecież on o niczym nie wiedział, jest porządnym ojcem i w ogóle żąda, aby Majka się wytłumaczyła jakim prawem chłopiec znalazł się w naszej rodzinie. Rozmowa nie była miła. W zasadzie cały czas trudno nasze relacje nazwać choćby poprawnymi. Tata nie zamierza skorzystać z pomocy asystenta rodziny, bo właśnie wynajął prawnika. Przez długi czas nie dostarczał dokumentów medycznych i książeczki zdrowia chłopca twierdząc, że najpierw musi się dowiedzieć za co zabrano mu dziecko. Ponadto żądał od Majki, aby pytała go o zgodę w każdej sprawie, nawet jak mały ma katar i chce iść z nim do przychodni. No to wysłała mu sms-a z pytaniem, czy Sajgon ma chodzić w przedszkolu na religię. Facet myśli do dzisiaj. A tak w ogóle, to cały czas twierdzi, że chłopiec w jego domu wszystko jadł, mówił i nawet sam korzystał z toalety. U nas dopiero zapomniał jak się gryzie, wypowiada sylaby i że nocnik wcale nie służy do zabawy. Szkoda tylko, że jego nieobecność zauważył dopiero po miesiącu – co Majka nie omieszkała mu wygarnąć.
W zasadzie nie byłby to jakiś nietypowy przypadek, gdyby nie to, że już zaczęliśmy szukać dla Sajgona nowej mamy. Sprawa w sądzie będzie się zapewne wlokła i wlokła, bo rodzice nie będą chcieli odpuścić. Najpierw poczekamy kilka miesięcy na wyznaczenie terminu rozprawy, potem drugie tyle na badanie więzi przez biegłych, a jak we wszystko włączy się prawnik podważający wszelkie opinie i badania, to mogą z tego wyjść lata. I dlatego szukamy mamy, która wytrzyma wszystko psychicznie i zaufa, że po roku czy dwóch, żaden sędzia nie zdecyduje o przeniesieniu Sajgona do rodziców, zrywając brutalnie dotychczasowe więzi. W zasadzie to już znaleźliśmy taką mamę. Nawet nie wystraszył jej tatuś dominujący nad mamusią oraz nie mający zielonego pojęcia o umiejętnościach i potrzebach swojego syna. Nawet w pewien sposób stał się jej wyzwaniem, przeciwnością losu, z którą chętnie się zmierzy.
Naszym zadaniem jest teraz tylko sporządzanie notatek ze wszystkich spotkań i rozmów, jak choćby tej przez telefon:

      – Dlaczego pani mówi do mojego syna Sajgon – zapytał.
      – Bo tak mu pan dał na imię – odpowiedziała Majka.
      – To jest Sajgonek.
      – Na Sajgonek nie reaguje.
      – Pani dopiero zobaczy na spotkaniu jak się ucieszy, bo ja zwracam się do niego jeszcze innym, specjalnym imieniem.

No i doszło do spotkania. Sajgon nie chciał pójść do rodziców, nie chciał się do nich przytulić. Z objęć mamy wyrywał się do samego końca, a tacie w końcu jakoś udało się przekupić go zabawką. Nie reagował ani na Sajgonek, ani na „male, male chopec”, co miało mu sprawić ogromną radość. Ale chociaż dostaliśmy książeczkę zdrowia i karty wypisów ze szpitali. Mogliśmy zacząć objazdówkę po lekarzach, do których chłopiec miał chodzić... a nie chodził.
Pozostaje teraz tylko wiara w nową mamę. W to, że coś jej nie przerazi. Kilka pierwszych spotkań u specjalistów potwierdza nasze wnioski wynikające z obserwacji chłopca. Jego stan wynika przede wszystkim z zaniedbań. Sajgon nie wykonuje poleceń, bo ich nie zna, ale jego mózg jest bardzo plastyczny i szybko się uczy. Nie ma wiedzy, ale ma potencjał. Autyzm został odrzucony. Rozpoczęliśmy terapię logopedyczną, a wczesne wspomaganie rozwoju ma w domu i w przedszkolu, do którego go zapisaliśmy. Później przyjdzie czas na SI. Ale wszystko w swoim czasie, bo nadmiar bodźców negatywnie wpływa na Sajgona. Z cichego i spolegliwego chłopca stał się aferzystą. Wszystkich bije, szarpie. Gdy coś nie jest po jego myśli to rzuca zabawkami, krzyczy, tupie, wali pięścią w stół. Nawet Dagon nie może sobie z nim poradzić, a ja musiałem zrezygnować z zasady, że nie reaguję dopóki krew się nie leje. Bo lałaby się często.
Nowa mama nie jest tym przerażona. Zwłaszcza, że będąc tylko w jej towarzystwie, Sajgon zachowuje się wzorowo. Jeszcze jest na etapie miesiąca miodowego. Podobnie zresztą jak mama, która wciąż patrzy przez różowe okulary. Jako przykład mogę podać wydawanie dźwięków przez chłopca. Sajgon nadal nie potrafi wypowiedzieć sensownego słowa, chociaż jest straszną gadułą. Zwłaszcza podczas posiłków. Ja w tym momencie mówię: „Co on tak jęczy”, a mama: „Jak on ślicznie mruczy. Widać, że mu smakuje”. Chodzenie za mną krok w krok zaczyna mnie irytować. W ocenie mamy jest to zapewne (i słusznie) wyrażenie potrzeby bliskości, więc cieszy się, gdy za nią też chodzi i ślicznie mruczy.
Przejście do nowej rodziny zastępczej nie będzie żadnym problemem z technicznego punktu widzenia. Akurat zmianę sposobu zabezpieczenia sądy realizują niemal od ręki – w ciągu tygodnia, dwóch. Ale musimy być pewni. Póki co, mama stopniowo wdraża się w nową rolę, a my staramy się poznać rodziców biologicznych. Są nietypowi. Pojawili się znikąd. Nikomu nie są znani.

OMEN i DAGON

Chłopcy są przykładem tego, jak ważne jest poznanie dziecka przed podjęciem decyzji – tej często najważniejszej w życiu. Przypomnę tylko, że od roku mamy zlecenie sądu na znalezienie dla nich rodziny zastępczej. Przez grzeczność pominę... Albo nie. Niby dlaczego mam mieć litość dla sądu. Najpierw twierdził, że nie może wyznaczyć terminu rozprawy, bo mama siedzi. Ale wyszła już kilka miesięcy temu i nadal nic się nie dzieje. W tym czasie odezwała się do Majki dwa razy. Za pierwszym razem zadzwoniła, że jest chora i na razie nie może spotykać się z synami, a później przysłała sms-em życzenia urodzinowe. Być może gdyby sąd odebrał jej prawa rodzicielskie, to jacyś rodzice adopcyjni skusiliby się na dwójkę uroczych czterolatków wychodzących z traumy rozstania. Sarkazm? Tak. Bo ani oni uroczy, ani nigdy nie mieli traumy rozstania. Prędzej zaburzenia więzi, a postępy w zdrowieniu duszy idą jak po grudzie. Ale idą. Nieregularnie, raz do przodu, raz do tyłu. Dagon znowu wrócił do swojego „tak-nie”, chociaż wydawało się, że mamy to już definitywnie za sobą.
W tej chwili szukamy dla chłopców rodziców wszędzie. Ich zegar biologiczny tyka coraz szybciej i za chwilę nie będzie już żadnej alternatywy. Pozostanie tylko placówka.
Nie ma chętnych wśród rodzin zastępczych ani preadopcyjnych. Może więc być byle jaka rodzina. Wystarczy umowa wolontaryjna, wstępna kwalifikacja psychologiczna i deklaracja ukończenia szkolenia dla rodziców zastępczych. Inaczej mówiąc „chęć szczera”. Jest ktoś chętny?
Jest jeszcze jeden warunek, który my stawiamy (Majka i ja). Rodzice muszą chłopców dobrze poznać.
Jakiś czas temu pojawili się rodzice, którzy nie mieli jeszcze żadnych szkoleń. Mieli je w planach, a o naszych bliźniakach usłyszeli... gdzieś. Zakochali się w chłopcach nawet ich nie widząc. W zasadzie już na tym etapie byli zdecydowani. Ale rozpoczęły się spotkania i wspólne wypady za miasto (dokładniej „za wieś”). Wszyscy byli sobą zauroczeni. Był to miesiąc miodowy. Często nawracam do tego fenomenu, ale każdy potencjalny rodzic zastępczy powinien o tym pamiętać. Żadna ze stron nie jest wtedy sobą. Z mojego punktu widzenia, im szybciej on się kończy, tym lepiej. W przypadku bliźniaków skończył się po trzech tygodniach. Rodzice podjęli decyzję, że jednak nie dadzą rady. Nie drążyliśmy tematu. Oficjalnie stwierdzili, że dwójka naraz trochę ich przerasta. Zarówno emocjonalnie, jak też finansowo. Czy chodziło o zespół objawów „ona-on”? Tego nie wiem, ale był to już ostatni moment na rezygnację, bo zaczęły mieć miejsce takie moje wymiany zdań z chłopcami:

      – Kiedy przyjdzie do mnie mama – powiedział Omen.
      – Przecież ty się nie spotykasz z mamą.
      – Mama Kasia.
      – Aaaaaa, ciocia Kasia.

Bliźniaki nie mogą doczekać się swojej mamy. W ciągu półtora roku pobytu w naszej rodzinie, poznali już wiele mam. Jednak każda zabierała kogoś innego. Żadna nie przyszła po nich.

A ja wybiłem sobie z głowy pomysł rozdzielenia chłopców. Muszą odejść razem. Nawet jeżeli będzie to miał być dom dziecka.

JACEK i PLACEK

Tutaj sytuacja wygląda zupełnie inaczej. Z całych sił wspieramy mamę biologiczną, chociaż mamy świadomość, że nigdy nie będzie ona „matką roku”. Ale chłopcy się z nią spotykają, ciągle o niej mówią i tęsknią. Sąd nie za bardzo dowierza naszym obserwacjom, bo zlecił badanie więzi. Chociaż może bardziej chodzi mu o określenie kompetencji rodzicielskich. Niestety zdecydowanie wydłuży to czas pobytu braci w naszej rodzinie.
Mnie, bardziej niż mama, niepokoi tata. A właściwie wujek, który nie za bardzo ma ochotę na współpracę z kimkolwiek – chociaż powinien. Jednak nie będę się wychylał, bo jeszcze zaszkodzę. Dla sądu wujek nie jest tatą, więc jest poza zakresem zainteresowania. Zresztą najwięcej do powiedzenia mogłaby w tym względzie mieć asystentka rodziny.
Gdybym miał doradzać sądowi, to nieśmiało bym zauważył, że tutaj w zasadzie nie ma alternatywy. Bo kto zechce zaopiekować się Jackiem mającym bardzo silną więź z mamą? Komu spodoba się mało rozgarnięty Placek przypominający wyglądem Quasimodo? Niewykluczone, że dla rodziców zastępczych silne więzi z rodziną biologiczną są większą przeszkodą niż zaburzenia więzi. Przynajmniej dla wielu z nich. Chociaż chłopcy są całkiem fajni. Ostatnio nawet coś zaiskrzyło między mną, a prawie niegadającym Plackiem. Może jest to tylko kwestia czasu, a może chodzi o Sajgona, który chyba za cel postawił sobie dręczenie Placka. Stałem się zatem obrońcą chłopca. Siada obok mnie. Wymieniamy spojrzenia, a czasami nawet kilka zdań.

ARGUS

Wspomniałem o nim na samym początku. Właściwie nie wiem dlaczego chłopiec nie poszedł do preadopcji skoro od jakiegoś czasu istnieje u nas taka możliwość. Mogę tylko przypuszczać, że skoro ósemka starszego rodzeństwa jest w pieczy zastępczej, to istnieje duże prawdopodobieństwo, że ta tradycja będzie kontynuowana i sąd również w tym przypadku nie odbierze mamie władzy rodzicielskiej. Nie, to nie. Sami zaczęliśmy szukać mamy zastępczej i jedną mamy już na oku. Szkoda czasu.

Można zadać pytanie, jak to wszystko ma się do tematu tego wpisu?

Otóż zauważyłem, że sporo osób jest bardzo otwartych na pieczę zastępczą, o ile nie dotyczy ona ich. Nawet zdarzyła nam się kiedyś kandydatka na mamę, która była zachwycona jednym z naszych dzieci. Znała je nie tylko z opowieści, a do tego była po szkoleniu. „Jak ja bym chciała zostać jego mamą” – mówiła. No i stał się cud, nagle mogła spełnić swoje marzenie. Nic z tego nie wyszło.
Trudno jest zostać rodzicem nieswojego dziecka. Często łatwiej zaakceptować bezdzietność. Im dziecko jest starsze, tym trzeba się liczyć nie tylko z większą ilością traum i zaburzeń, ale również przyzwyczajeń, które czasami mogą irytować. A wówczas rodzice mówią: „Moje dziecko tak by nie robiło”. Może tak, może nie. Pewnie robiłoby coś, co drażniłoby innych.
Wielokrotnie są to drobiazgi, które urastają do niebotycznych rozmiarów i stają się rzeczywistym problemem.
Podam niewinny przykład. Jeden z naszych chłopców zanim cokolwiek zje, musi to powąchać. Niby błahostka, ale nie może się tego natręctwa pozbyć. Inny nie zaśnie bez skarpetek, a kolejny nie pójdzie do przedszkola bez podkoszulki.
Jedna znajoma mama (akurat adopcyjna) mówiła o swoim dziecku: „Ona jest tak bezmyślna, że nie wiem jak mam z nią rozmawiać”. Ta „ona” miała tylko cztery lata. Zupełnie jak nasz Omen, który na pytanie: „Z czego jest zrobiony kubeczek od jogurtu?”, odpowiada: „Ze śmieci”. Akurat takie sytuacje mnie nie ruszają. Może dlatego, że on nigdy nie będzie moim dzieckiem na stałe, a może dlatego, że znam inne czterolatki, które wcale nie są mądrzejsze.

Czasami się zastanawiam, czy ten blog jest jakąkolwiek formą promocji pieczy zastępczej. Być może wprost przeciwnie. Być może komuś pomagam... ale w podjęciu decyzji o pozostaniu bezdzietnym. Trudno.

Albo inaczej – może to i lepiej.








sobota, 31 grudnia 2022

SAJGON

 


Bywają dzieci, które robią niesamowicie dobre pierwsze wrażenie. Jednym z nich jest Sajgon – niespełna trzyletni chłopiec, który mieszka z nami od kilkunastu dni. Pierwszego dnia, Majka zobaczyła w nim niezwykłą urodę i dobre wychowanie. Sajgon, podając rękę, przywitał się ze wszystkimi domownikami i posadzony na tapczanie grzecznie siedział. Rozglądał się tylko ujmująco dookoła, delikatnie uśmiechał, a zawołany przybiegał się przytulić.

Ja zobaczyłem w nim jedynie ogromny potencjał. W pełni zgadzam się z Majką, że Sajgon jest ładnym dzieckiem. Być może mu to kiedyś pomoże, o ile z jakichś powodów nie zostanie maskotką takiej czy innej grupy. Jednak na tę chwilę nie ma to żadnego znaczenia, a przymioty, które zaobserwowaliśmy na samym początku, i które właśnie wymieniłem, są jedynymi umiejętnościami chłopca.
Sajgon jest kilkumiesięcznym dzieckiem w skórze trzylatka. Jeżeli wynika to jedynie z zaniedbania, to chłopiec musi się odbić od dna. Dlatego uważam, że ma potencjał, a naszym zadaniem jest wydobyć wszystko co możliwe. Trudno powiedzieć ile czasu mu to zajmie. Gdzieś słyszałem, że dziecko wychowujące się w destrukcyjnym środowisku, potrzebuje przynajmniej drugie tyle czasu, aby nadrobić wszystkie zaległości. O ile w ogóle jest to możliwe. Oznacza to tylko tyle, że my najwyżej rozpoczniemy proces zdrowienia.

Gdybym miał określić chłopca jednym słowem, to powiedziałbym – masakra. A wydawało mi się, że już niewiele może mnie zaskoczyć. Z pozytywnych cech Sajgona mógłbym jeszcze dodać umiejętność chodzenia. Chociaż trudno się z tego w jakiś przesadny sposób cieszyć.

Nie wiem, czy chłopiec potrafi biegać, bo dotychczas jeszcze nie próbował się rozpędzić.

Sajgon nie potrafi mówić. Wydaje wprawdzie jakieś dźwięki, ale trudno to chociażby nazwać gaworzeniem. Nie są to sylaby, ale jakieś szumy, piski, a nawet próby odwzorowania odgłosów zasłyszanych gdzieś w otoczeniu. Te dźwięki często nie pochodzą ze strun głosowych, ale gdzieś z głębi ciała. Wielokrotnie gdy słyszę chłopca, to nie potrafię go zlokalizować. Stoi dwa metry ode mnie, a głos dochodzi jakby z drugiego pokoju, a nawet zza okna. Udaje mu się wydać dźwięk podobny do gongu na dworcu kolejowym, po którym można usłyszeć: „pociąg osobowy z Koluszek wjechał na tor przy peronie drugim”. Potrafi także wydać odgłos ptaka. Nie wiem jakiego, bo zacięcia ornitologicznego nigdy nie miałem. Zaniepokojony – warczy. Dysponuje również szerokim wachlarzem różnych odmian płaczu, czy też lamentowania. Nauczyliśmy się już odróżniać kiedy jest głodny, a kiedy spragniony. Inaczej płacze gdy chce pójść spać, a inaczej gdy właśnie się obudził i chce wyjść z łóżeczka. Jedyne zwroty, które jestem w stanie przelać na papier, brzmią: „e sze sze” i „ej te te”. Od kilku dni często powtarza coś pomiędzy „dziadzia”, „tata” i „ciocia”. W taki sam sposób zwraca się do mnie i do Majki, chociaż być może kiedyś dostrzeżemy jakąś subtelną różnicę.

Zaczęliśmy od konsultacji logopedycznych. Z jednej strony dlatego, że brak umiejętności mówienia bardzo nas niepokoił, a z drugiej, że jednak Sajgon bardzo starał się nawiązać z nami jakiś kontakt. Otwierał buzię i na tym się kończyło. Można powiedzieć, że w dużej mierze się uspokoiliśmy i możemy być dobrej myśli. Prawdopodobną przyczyną takiego stanu rzeczy jest brak umiejętności gryzienia. Podstawą diety chłopca było do tej pory mleko i kaszka, a „podajnikiem” butelka ze smoczkiem. Każdy większy pokarm, który mu wkładaliśmy do buzi, próbował ssać, a mniejszy połknąć. Nie używał rąk.

Na szczęście Sajgona trudno nazwać niejadkiem, bo akceptuje wszystkie nowe smaki. Zastanawialiśmy się, jaką powinniśmy przyjąć metodę wprowadzania chłopca do naszej rodziny. Doszliśmy do wniosku, że samo pojawienie się w zupełnie nowym środowisku jest tak dużym stresem, że trudno go w jakiś spektakularny sposób zwiększyć jeszcze bardziej. Postanowiliśmy pójść za ciosem i nie bawić się w stopniowe rozkładanie zmian w czasie. Od razu zlikwidowaliśmy butelkę ze smoczkiem, a w jej miejscu pojawił się kubek-niekapek, talerzyk, miseczka i łyżeczka. Majka dała mi wolną rękę w kwestii wszystkich posiłków z wyjątkiem obiadu. Być może stwierdziła, że jeżeli ja chłopaka nawet trochę przegłodzę, to ona wynagrodzi mu to kaszą (albo kaszką) z jakimś sosem i roztartym mięsem, podawaną wprost do buzi.
Dużą sztuką były próby przekonania Sajgona do wzięcia jakiegokolwiek pokarmu w rękę. Pierwsze kęsy musiałem wkładać mu bezpośrednio do buzi. Otwierał usta i natychmiast, bez gryzienia, starał się połknąć podany kawałek. Szybko więc się okazało, że muszę wszystko kroić w kostkę nie większą niż w sałatce warzywnej, bo chłopiec krztusił się, a oczy wychodziły mu z orbit. Ale miałem po swojej stronie dwie sprzyjające okoliczności. Pierwszą była żarłoczność Sajgona i chęć najedzenia się za wszelką cenę, a drugą – nieoceniona pomoc Dagona. Ten drugi przez cały posiłek wyszczerzał zęby, pokazując młodszemu koledze na czym polega gryzienie. I tym sposobem, zupełnie jak w wierszu Tuwima, „ruszyła maszyna po szynach ospale”. Sajgon potrafił przesiedzieć przy śniadaniu ponad godzinę, a Dagon mu towarzyszył. I nawet nie wyjadał z jego talerza.

Wciąż się zastanawiam, czy Sajgon rozumie co do niego mówimy. Wydaje mi się, że bardziej reaguje na gesty, mimikę twarzy, czy sytuację, w której się znajduje. Gdy powiem do niego tylko „dzień dobry”, to się ze mną nie przywita. Podobnie jest w przypadku, gdy zwrócę się do niego słowami „chodź się przytulić”. Za to od razu reaguje na wyciągniętą rękę i otwarte ramiona.

Zdarzyło się, że trzymał w ręce talerz. Powiedziałem „podaj talerz”. Natychmiast rzucił go na podłogę i przyszedł się przytulić – miałem wyciągnięte ręce.
Sajgon lubi się przytulać. Przyjemność sprawia mu głaskanie, dotykanie. Teraz (po kilkunastu dniach) gdy do nas przychodzi – wyciąga ręce. Na początku tylko przychodził, a ręce miał opuszczone, albo natychmiast odwracał się tyłem.

Słyszy. Chociaż reaguje tylko na jedno imię – Sajgon. Gdy powiemy do niego „Sajguś”, „Sajgonek”, to nie ma żadnej reakcji.


Nieciekawie wygląda zabawa chłopca. Może się czepiam, bo przecież Sajgon potrafi wziąć do ręki samochodzik, książeczkę, albo jakiegoś plastikowego zwierzaka. Jednak nie wie, do czego te zabawki służą. A przynajmniej do czego służą innym dzieciom. Jego zabawa polega na przekładaniu czegokolwiek z jednego pudła do drugiego. A gdy już to pierwsze opróżni, to zaczyna przekładać w drugą stronę. Raz udało mi się wejść z nim w jakąś głębszą relację podczas zabawy. Zresztą zupełnie przypadkowo. Sajgon zaczął odnosić zabawki do szafki, po czym trzaskał drzwiczkami tak, że szyby w oknach dzwoniły. Powiedziałem tylko raz: „ciszej”, przykrywając przy tym palcem usta. Zupełnie na nic nie liczyłem, a jednak rozpoczęło to świetną zabawę, która trwała przynajmniej pół godziny. Zabawę, która mnie dokumentnie nudziła, ale Sajgon bawił się wyśmienicie. Co kilka sekund otwierał i bezszelestnie zamykał drzwi szafki, a ja pokazywałem kciuka i mówiłem „super”. Przy każdym zamknięciu zaczynał śmiać się w głos i mówił swoją mantrę: „e sze sze”.

Jednak zdarzyło się to tylko raz. Być może coś sobie wówczas przypomniał, a może nawet znalazł się na chwilę w innym czasie i w innym miejscu. Zazwyczaj tylko na mnie patrzy. Nie potrafi powiedzieć „tak”, „nie”. Nie potrafi kiwnąć głową – tylko stoi i słucha. Bez żadnej reakcji. Może nawet nie słucha. Tylko patrzy.

Trudno mi w jakiś szczególny sposób odnieść się emocjonalnie do całej sytuacji. Jeszcze jesteśmy obok siebie. Przynajmniej ja jestem obok. Wredny na co dzień Dagon jest bliski memu sercu, a bezproblemowy Sajgon tylko jest. Łazi za mną wszędzie i czeka, aż znowu zechcę gdzieś przejść. Jak ten pies.

Całość opisu Sajgona muszę zakończyć chociaż krótką charakterystyką jego mamy. Być może nawet taty, bo podobno jest on ważną postacią w życiu chłopca.

Początkowo mama twierdziła, że Sajgon jest zupełnie zwyczajnym dzieckiem, tylko rozwija się w innym tempie niż rówieśnicy. Być może ktoś jej powiedział, że trzylatek nieumiejący mówić i gryźć, raczej podlega innej ocenie, bo zmieniła zdanie. Stwierdziła, że kilka miesięcy temu chłopiec wszystko mówił i jadł wszelkie stałe posiłki. Nastał jednak jeden dzień, gdy tata Sajgona wyjechał na jakiś czas za granicę. Od tego momentu coś się chłopcu w głowie pomieszało i jest jak jest.
Ale przecież tata wrócił już kilka tygodni temu, a mama jakby nie patrzeć, powinna być dla dziecka osobą najważniejszą – nawet podczas nieobecności ojca. Czy można tym tłumaczyć zachowanie Sajgona?
Przyjmijmy, że można i poczekajmy co będzie dalej.
Mamy chłopca jeszcze na oczy nie widzieliśmy, chociaż deklarujemy chęć spotykania się i ona również. Zadzwoniła dwa razy. No ale przecież właśnie były święta, a za chwilę Nowy Rok. Dziecko może poczekać.

A tata? Standard. Typowy tata biologiczny naszych dzieci – nieobecny, nieznany.

Mama wychowywała się w pieczy zastępczej. Ma też starszą córkę (przyrodnią siostrę Sajgona). Obie mają tak zwany płodowy zespół alkoholowy. Dziewczynka również wychowuje się w rodzinie zastępczej.

Sajgon? Jak widzę jego przyszłość?

Buźkę faktycznie ma ładną. Trudno doszukiwać się jakichkolwiek cech dysmorficznych. Jednak kilkuletnie opóźnienie jest niezaprzeczalne.
Ktoś kiedyś zapytał, czy zawsze z Majką jesteśmy jednomyślni i zajmując się dziećmi mamy ustalony wspólny front. Mogę stwierdzić, że tak, a Sajgon jest wyjątkiem potwierdzającym tę regułę. Bo w przypadku tego chłopca, działamy jakby nieco inaczej. Majka traktuje go jak dziecko półroczne. Chłopiec płacze, czyli zgłasza swoją potrzebę, a jej zadaniem jest ją rozszyfrować i zaspokoić. Ja próbuję wymusić przyśpieszenie jego rozwoju. Skoro w ciągu kilku dni nauczył się gryźć, otwierać buzię przy myciu zębów, stawać na nogi przy przenoszeniu z miejsca na miejsce (wcześniej natychmiast uginał nogi)  i wyciągać ręce przychodząc się przytulić, to ma większy potencjał od niemowlaka, nawet jeżeli nie potrafi kiwnąć głową i wskazać na coś palcem. Bywają zatem sytuacje, gdy Sajgon zaczyna płakać. Chociaż jest to bardziej pojękiwanie, bo łzy mu nie lecą. Bywa, że się nawet domyślam czego chce. Na przykład, że chce się napić. Bo... dawno nie pił, wydawany głos jest inny niż wtedy gdy jest śpiący albo głodny, stoi trzy kroki przede mną. Ale ja mu życia nie ułatwiam i nie wzmacniam tych zachowań. Stanie godzinami tuż obok mnie i chodzenie za mną krok w krok (do kuchni, toalety, na fotel) może budzić rozmaite emocje. Dla mnie, po kilkunastu dniach, staje się to coraz bardziej irytujące. Zamierzam wygasić to zachowanie. Pozostając przy tej hipotetycznej potrzebie zaspokojenia pragnienia – Sajgon nauczył się już podejść do kubka, wziąć go do ręki i się napić. Teraz musi nauczyć się myśleć przyczynowo – skutkowo. Musi się w końcu zorientować, że pokazanie mi pustego kubka spowoduje, że naleję mu wodę. Musi nauczyć się pokazywać palcem i przynajmniej kiwać głową – przytakując, albo wyrażając dezaprobatę. Musi przestać być mało wymagającym dzieckiem stojącym z boku.

Sajgon jest moim wyzwaniem na następny rok. Uważam, że jego czas rozwijania się w swoim tempie już dawno minął. Teraz musi gonić uciekający pociąg.





czwartek, 15 grudnia 2022

--- Wietnam

 


Odkryłem Azję.

Nie pojadę już więcej do Afryki. Czy wrócę jeszcze kiedyś do Wietnamu? Być może. Na tym południowo-wschodnim skrawku azjatyckiej ziemi poczułem się jak u siebie. A nawet więcej – jakbym odkrył swoje korzenie. Zresztą być może coś w tym jest, bo gdy patrzę w lustro, to widzę starego Wietnamczyka. I nie tylko ja. Dzień przed wyjazdem dostaliśmy informację z naszego biura podróży, przypominającą o konieczności zabrania z sobą zdjęcia na wizę. Niby o tym wiedzieliśmy, ale planowaliśmy wziąć zdjęcia paszportowe, które robiliśmy kilka lat temu. Okazało się jednak, że w Wietnamie jest inny format, więc woleliśmy dmuchać na zimne i pojechaliśmy do fotografa. Pani robiąca mi zdjęcie popatrzyła na mnie, zrobiła jedno ujęcie, potem drugie. W końcu stwierdziła: „Proszę szerzej otworzyć oczy, bo ma pan je dziwnie wąskie i skośne”. Nie wiedziała, że ja po prostu dobrze przygotowałem się do podróży.



Chociaż tym razem, z przygotowaniami było dużo gorzej niż zazwyczaj. Niemal do ostatniej chwili nie wiedzieliśmy co będzie z naszymi dziećmi. Najprościej poszło z Kori. Mieliśmy prawie miesiąc na przekazanie jej nowym rodzicom. Dla pięciomiesięcznej dziewczynki było to nawet zbyt wiele czasu.

Dwa tygodnie przed rozpoczęciem Majki urlopu dowiedzieliśmy się, że wujek Marian (u którego Omen z Dagonem spędzili poprzednie dwa tygodnie wakacji) się odmyślił. Wydawało nam się, że przyjęcie dzieci nie będzie dla niego większym problemem, bo przecież ostatnio mówił, że jakoś daje się z chłopcami wytrzymać. Wiedzieliśmy, że dwa tygodnie są bardzo krótkim czasem na znalezienie nowej rodziny, nie mówiąc już o zorganizowaniu kilku spotkań zapoznawczych. Kolejne znane nam rodziny zastępcze odmawiały. Dobro przebywających u nich dzieci było najważniejsze. Widocznie nasi chłopcy nie zapracowali sobie na zbyt dobrą opinię. Coraz wyraźniej majaczyły na horyzoncie dwie możliwości – rezygnacja z wakacji albo umieszczenie bliźniaków w placówce. Obie nie do zaakceptowania. Został już tylko tydzień do naszego wylotu, gdy PCPR kogoś znalazł. Tyle tylko, że chłopcy w połowie musieliby zmienić rodzinę, a do tego mieliby być rozdzieleni. I w takim momencie, zupełnie nieoczekiwanie, pojawili się rodzice adopcyjni Blanki (dziewczynki, która niecały rok temu od nas odeszła). Przyjechali z małą w odwiedziny. Znali naszych chłopców, a co ważniejsze, Blanka również ich pamiętała. Dlaczego nie – powiedzieli – damy radę. Nie było żadnych problemów proceduralnych, ponieważ rodzice po szkoleniu adopcyjnym mają prawo zostać rodziną pomocową. Tak więc, rzutem na taśmę, udało się. Do tego z jeszcze lepszym skutkiem, niż pierwotnie planowaliśmy.
Trochę stresu było też z Jackiem i Plackiem. Niby chłopcy są z nami jeszcze bardzo krótko i trudno tutaj mówić o jakichś silniejszych więziach – ale jednak. Zwłaszcza Jacek dość ciężko zniósł przeprowadzkę do nas. Teraz znowu miał zmienić miejsce zamieszkania. Nieoczekiwanie z pomocą przyszedł sąd, co mnie wyjątkowo mile zaskoczyło. Chłopcy wprawdzie u nas są od niedawna, ale do systemu pieczy zastępczej trafili już ponad rok temu. Ich mama biologiczna miała więc sporo czasu na poukładanie swojego życia. Gdy dowiedziała się, że dzieci znowu będą miały pójść do nieznanej sobie rodziny zastępczej, postanowiła złożyć do sądu wniosek o ich urlopowanie. Miała dobre opinie u osób, z którymi pracowała w ciągu ostatniego roku, więc jej wniosek został przez nie poparty. Wszyscy zgodnie stwierdzili, że istnieje duże prawdopodobieństwo powrotu dzieci do domu, a dwutygodniowy urlop może być dla mamy życiową szansą. Krótko mówiąc - teraz albo nigdy. Stanie na wysokości zadania albo może zapomnieć o dzieciach. Sąd długo się nie wahał. Wyraził zgodę na urlop, chociaż w gotowość postawił wszystkie służby. Dwie godziny po odwiezieniu chłopców przez Majkę, mamę odwiedzili pracownicy pomocy społecznej, a dziewczyna chyba faktycznie się przejęła. Zdawała relacje z pobytu dzieci wszystkim świętym. Nawet pisała do Majki. A że internet w Wietnamie działał bez zarzutu, więc prawie codziennie byliśmy informowani co się u chłopców dzieje.
Ja jeszcze nie mam wyrobionego zdania, chociaż raczej przychylam się do głosu większości. Historia Jacka i Placka jest bliźniaczo podobna do historii Romulusa i Remusa. Różni się zaledwie mało znaczącymi szczegółami. A jednak tutaj myślę zupełnie inaczej. Za kilka lat, a może już za kilka miesięcy, okaże się, przy którym z tych dwóch przypadków się myliłem. Nie ma takiej możliwości, abym w obu miał rację. Ale nie czas teraz na takie wywody.

Wracam zatem myślami do Wietnamu, który to kraj tak bardzo mi się spodobał. Muszę jednak zaznaczyć, że sporo osób nie podzielało mojego zdania.



W Wietnamie najbardziej w oczy rzuca się brak znajomości języków obcych. Wietnamczycy mówią tylko po wietnamsku i często trudno się z nimi porozumieć nawet na migi. Mi to zupełnie nie przeszkadzało, a nawet miało swój urok. Chociaż być może chodziło o to, że w swojej świadomości byłem tam równie skuteczny, co poliglota władający biegle kilkoma językami. Nie miało też większego znaczenia czy znajdowałem się w wielkim Sajgonie, czy na prowincji, w hotelu, sklepie, czy na ulicy. W tym względzie nic nie miało znaczenia. Nawet pilot w samolocie (bo lataliśmy również liniami lokalnymi) mówił po angielsku tak, że nic nie rozumiałem.

Swoją przygodę z językiem wietnamskim rozpocząłem od hotelowej restauracji, gdy oczekiwaliśmy na zakwaterowanie. Poprosiłem o dwa piwa i nieco się zdziwiłem, gdy kelnerka przyniosła biały kartonik i właśnie zaczęła przymierzać się do nalania jego zawartości do szklanki. Na szczęście zauważyłem narysowaną na nim krowę, bo w przeciwnym razie być może bym stwierdził, że tutaj piwo mają w kartonikach. Dość długo trwało tłumaczenie, że milk to nie beer, ale w końcu pani wyciągnęła z lodówki puszkę z napisem Tiger. Wyjaśnienie, że chodzi mi o dwie puszki, było już znacznie łatwiejsze.
W wielu innych miejscach, Wietnamczycy byli już wyposażeni w telefony i jak nie wiedzieli o co chodzi (a najczęściej nie wiedzieli), to sięgali do translatora angielsko-wietnamskiego. A mają to oprogramowanie dość ciekawe. Po wprowadzeniu angielskiego słowa, które turysta sam musi wpisać (bo oni nie za bardzo wiedzą jak je się zapisuje), wyświetla się zarówno jego wietnamski odpowiednik, jak też zdjęcie. Gdy pewnego dnia zapragnąłem zjeść rybę i wpisałem słowo „fish”, u dołu ekranu wyświetliły się dwie złote rybki. Wcale nie jest wykluczone, że właśnie je podano mi na talerzu.



Nikt nie przykłada tam wagi do jakichkolwiek zasad rządzących światem kulinarnym. Dania nie są podawane w tym samym czasie wszystkim biesiadnikom. To co już jest gotowe, wjeżdża na stół. Najczęściej najpierw podawany jest ryż, a potem właściwe danie. W menu można znaleźć pozycję „piwo w puszce” i „piwo w szklance”. Jak zostanie zamówione w puszce, to szklanki już się nie dostanie. Piwo z nalewaka praktycznie nie istnieje. Nalewaki występują głównie jako ozdoba restauracji.

W Wietnamie je się wszystko i prawie każdą część danego stwora, czy rośliny. Na przykład ogon świni, czy kwiaty dyni. O ile w restauracji hotelowej raczej wiadomo co jest serwowane (gdyż wszystko jest podpisane po angielsku), o tyle w knajpie na mieście, a już na pewno w przydrożnej budce z jedzeniem, można zjeść psa, gekona, żółwia, żabę, czy węża – zupełnie o tym nie wiedząc. Ale bywały też miejsca, gdy przy wejściu do knajpki witał nas baner ze zdjęciem psa z rożna. Pomylić się nie było można. Zresztą gdy zapytaliśmy: „Chał, chał?”, gospodarze z uśmiechem kiwali głowami upewniając nas jakie menu serwują. Do tego dookoła biegało kilka psów. Może to taki wietnamski odpowiednik kurczaków z wolnego wybiegu. Poza hotelami i luksusowymi restauracjami, menu jest najczęściej tylko po wietnamsku. Pewnym ułatwieniem jest zdjęcie opisanej potrawy, chociaż wszystkie są do siebie bardzo podobne. Dużo ryżu, warzyw i to coś, co bardzo trudno jest rozpoznać.
Wietnamczycy bardzo cenią sobie świeżość. To oznacza, że posiłek najlepszy jest wtedy, gdy jego podstawowy składnik żył jeszcze kilka minut wcześniej. Dlatego często można spotkać restauracje z wystawionymi basenami albo akwariami, w których pływają różne stworzenia od krewetek zaczynając, a na rybach kończąc (między innymi kolorowe – przypominających karasie ozdobne). Raczej unikaliśmy takich knajpek, bo jakoś trudno nam było zjeść coś, co chwilę temu na nas patrzyło.
Jednak ogólnie rzecz biorąc, wszystkie potrawy były bardzo smaczne i w większości przypadków nie zadawaliśmy zbędnych pytań.

Jakieś mięso

Owoce morza

Nalewka na kobrze


Wszystko było bardzo tanie. Tak tanie, że zostało nam jeszcze mnóstwo dongów, których nie zdążyliśmy z powrotem zamienić na dolary, a kantor w naszej miejscowości ich nie przyjmuje. Jest zatem pretekst, aby wrócić i je wydać. Nie będę podawał dokładnego przelicznika polskiego złotego na wietnamskiego donga. W dużym uproszczeniu, dziesięć złotych to jest trochę mniej niż pięćdziesiąt tysięcy dongów. W każdym razie tak to sobie przeliczałem i szło mi nawet całkiem sprawnie. Ostatecznie jeszcze bardzo dobrze pamiętam czasy, kiedy w naszym kraju też byłem milionerem. 

W Wietnamie za niecałe pół miliona, czyli odpowiednik stu polskich złotych, można było zjeść całkiem wykwintną kolację dla czterech osób. Chociaż tak było tylko na wyspie Phu Quoc, na której spędziliśmy kilka dni, nie robiąc nic poza opalaniem się na leżaku, piciem piwa, kąpaniem w basenie i właśnie włóczeniem się po knajpach. W Sajgonie było już nieco drożej. Za spaghetti z owocami morza, colą, piwem i jakimś dziwnym, zimnym deserem owocowym, zapłaciliśmy około osiemdziesięciu złotych (oczywiście za nas dwoje). Podejrzewam, że w naszym kraju tyle kosztowałaby jedna porcja spaghetti z samymi krewetkami. My mieliśmy przynajmniej trzy różne stworzenia – kalmary, krewetki i ostrygi. Tyle udało nam się rozpoznać. Bazary traktowaliśmy jako ciekawostkę turystyczną, ponieważ większość towarów była nam nieznana. Chociaż niektórzy z naszej grupy kupowali to i owo.

W Wietnamie wszystko jest niewielkie – podobnie jak jego mieszkańcy. Małe są stoły, krzesła, drzwi, windy, talerze... no i puszki z piwem. W hotelach zdarzały się windy, w których mieściły się tylko dwie osoby albo jedna z walizką. Chociaż bywały i takie, w których było napisane: „Udźwig 15 osób”. Niestety już przy sześciu turystach z Polski włączał się sygnał alarmowy świadczący o przeciążeniu. Istnieją też autobusy sypialniane, w których na trzech poziomach znajdują się pomieszczenia o wymiarach mniej więcej pół metra na metr siedemdziesiąt. Gdy taki hotelo-bus mijał nas na autostradzie, to wszyscy rzucali się do okien i podziwiali tę osobliwość.

Każdemu urodzonemu dziecku można nadać dowolne imię. Dziewczynkom często daje się imiona kwiatów, a chłopcom Waleczny, Męski, Smok, Bohater. Jednak gdyby ktoś chciał opatrzyć swoje dziecko mianem Gamguła, to też by przeszło. Istnieją także imiona nie przypisane do żadnej płci jak choćby Mądrość albo Rzeka. My spotkaliśmy się z panią Kaczką i panem Ryżem. Chociaż z drugiej strony, jest to tylko pozornie dziwne. Majka, jak zawsze, każdą wolną chwilę poświęcała czytaniu. Między innymi przeczytała książkę Kasi Szklanki o brytyjskim systemie pieczy zastępczej.

Ludzie są tam bardzo mili. Uśmiechają się do każdego, zagadują i kłaniają w pas. Nie chciałem uchodzić za polskiego buca, któremu wydaje się, że Wietnamczyk powinien bić mu pokłony, więc odpowiadałem tym samym i niestety do dzisiaj boli mnie kręgosłup.

Najciekawsze jest to, że nikt nie chce niczego w zamian. Nikt nie wyciąga ręki, ani nie przekonuje mnie o tym, czego naprawdę pragnę i nawet o tym nie wiem. Wszystkie jednodolarówki, które zabraliśmy, przywieźliśmy z powrotem. Nie było gdzie ich wydawać. Chłopcy bagażowi nie wyrywali walizek z ręki, a zdjęcie można było zrobić każdemu i z każdym. Pamiętam jak kiedyś byliśmy w jednym z krajów afrykańskich i wykupiliśmy sobie przejażdżkę bryczką po mieście. Wykupiliśmy, czyli zapłaciliśmy – i to całkiem niemałe pieniądze. Nasz przewoźnik gadał całą drogę, co chwilę pytając: „Is it coll?”. Odpowiadałem grzecznie, że tak, bo przecież nie chciałem być arogancki każąc mu się wreszcie zamknąć. Na koniec (wiedząc, że tam daje się napiwki każdemu i za wszystko) dałem mu pięć dolców. W odpowiedzi usłyszałem: „Only five?”. W Wietnamie coś takiego jest niespotykane. Jeżeli ktoś nie daje rady zanieść swojego bagażu do pokoju, to prosi o wózek albo pomoc bagażowego. Nikt nie oczekuje za to finansowej rekompensaty. Podobnie jest w restauracjach. Reszta z rachunku wydawana jest do najmniejszego donga. Ja jednak bardzo lubiłem dawać napiwki. Trochę może na przekór, a trochę aby zobaczyć nieopisaną radość obdarowanego. Brak znajomości języka i naszych zwyczajów kończył się często pogonią za nami po ulicy z nieodebraną resztą, a przynajmniej czołobitnością graniczącą z ryzykiem uszkodzenia sobie czoła o stół.

Wszystko przez to, że dla nas dziesięć złotych to jest niewiele. Dla Wietnamczyka często jest to prawie całodzienna stawka na utrzymanie. Duża część społeczeństwa zarabia poniżej stu dolarów miesięcznie, a pensja specjalistów pracujących w korporacjach rzadko kiedy przekracza tysiąc dolarów. Za to ceny mieszkań są porównywalne do naszych (w przeliczeniu na dolary), a samochody nawet dwukrotnie droższe, gdyż państwo nakłada na nie ogromne podatki i akcyzę. Wszystko to powoduje, że mało kogo stać na podstawę egzystencji (przynajmniej w naszym rozumieniu). Parkingi dla samochodów świecą pustkami, a ludzie żyją na obrzeżach miast w rodzinach wielopokoleniowych i domach skleconych z byle czego – na przykład słomy, blachy albo patyków z bambusa. Większość z nich (przynajmniej ta z południa kraju) żyje z tego co daje im dolina i delta Mekongu. Ludzie uprawiają ryż albo łowią w rzece wszystko co daje się zjeść. Kiedyś były to też krokodyle, ale wytrzebili je do cna i obecnie są one hodowane jedynie na farmach. Uprawa ryżu nie jest łatwa. Wszystko trzeba robić ręcznie i z pomocą bawołów. Ciężki sprzęt nie jest w stanie wjechać na grząskie pola ryżowe, bo zwyczajnie się zakopie. Bardzo ciekawie wygląda chowanie zmarłych. Nie ma tam wielkich cmentarzy jak u nas. A przynajmniej nie tylko takie są. Rodziny mają swoje własne cmentarze na polach ryżowych, a nawet na podwórkach tuż obok domu. Czasami w takich miejscach jest tylko kilkanaście, a nawet kilka nagrobków.

Rodzinny cmentarz na polu ryżowym


Szkolnictwo wygląda podobnie jak u nas za czasów gdy istniały gimnazja. Jednak od szkoły średniej za naukę trzeba już płacić. Można jednak napisać wniosek do jedynie słusznej partii, odpowiednio go motywując, bo być może państwo przejmie koszty dalszego kształcenia dziecka. Opieka medyczna jest bezpłatna jeżeli chory musi udać się do szpitala. Jeżeli taka potrzeba nie występuje, to za każdą wizytę u lekarza trzeba zapłacić. Być może z tego powodu średni czas życia jest dużo krótszy niż choćby w Europie. Być może dlatego, tak rzadko spotyka się na ulicach ludzi starych.

Chociaż istnieje też taka możliwość, że ludzie giną na ulicach. Podobno cztery razy częściej niż średnio w krajach europejskich. Można się zastanowić jak to jest możliwe, skoro mało kogo stać na samochód. Jednym z powodów może być to, że prawie każdy Wietnamczyk ma jakiś pojazd dwukołowy (będący dla niego jednocześnie samochodem miejskim, rodzinną limuzyną, a nawet ciężarówką) i jeździ nim jak chce – po chodnikach, pod prąd, nie zważając na znaki drogowe i sygnalizację świetlną. Każde przejście przez ulicę jest ocieraniem się o śmierć. Nie ma większego znaczenia, czy przechodzi się na pasach albo na zielonym świetle. Czekanie, aż ktoś przepuści pieszego jest bezcelowe. Tam nikt nikomu nie ustępuje. Nawet ambulans na sygnale ma zajeżdżaną drogę i musi stać w korkach. Podstawową zasadą jest przechodzenie przez jezdnię szybkim krokiem i pewnie. Bez zwalniania, przyspieszania, czy zatrzymywania się – licząc, że zostanie się ominiętym. W zasadzie nie jest to trudne. Po dwóch dniach, również tę sztukę opanowaliśmy.






W Wietnamie nie istnieje obowiązkowa składka emerytalna. Jeżeli ktoś chce, to ją opłaca. Jeżeli nie, to musi liczyć na pomoc rodziny albo w jakiś sposób zejść z tego świata. Podobnie jest z ubezpieczeniem zdrowotnym.

Oczywiście próbowaliśmy się dowiedzieć, jak wygląda system pieczy zastępczej. W zasadzie można powiedzieć, że nie istnieje. Tam nikt nikomu nie odbiera dzieci. Stosując nasze standardy, należałoby powiedzieć, że prawie wszystkie rodziny są patologiczne. Za to istnieje bardzo dużo sierocińców, do których trafiają dzieci pozostawiane przez rodziców. W zdecydowanej większości są to dzieci chore i niepełnosprawne – trzecie i czwarte pokolenie uszkodzone genetycznie po wojnie wietnamskiej – ofiary użycia przez Amerykanów broni chemicznej. Do takich miejsc mało kto ma wstęp i nawet nie za bardzo wiadomo, czy ktoś w jakikolwiek sposób te sierocińce kontroluje.

Adopcja istnieje. Ale tylko zagraniczna, w zamian za wsparcie finansowe tego czy innego sierocińca. My moglibyśmy to nazwać handlem dziećmi, a Wietnamczyków to zupełnie nie obchodzi. Zresztą sami nie chcą adoptować dzieci.

Mieszkańcy Wietnamu są narodem zgodnym. Nie ma waśni na tle religijnym, ani etnicznym. Najbardziej rozpowszechniony jest buddyzm i taoizm, ale istnieją również wyznawcy innych, mniej popularnych religii, jak choćby katolicy. W całym kraju istnieją 54 grupy etniczne mające własne języki. Bywa zatem, że wielokrotnie oni sami wzajemnie się nie rozumieją. Podstawowy język (powiedzmy urzędowy) jest z jednej strony dość prosty, a z drugiej niesamowicie trudny w użyciu. Gramatyka praktycznie nie istnieje. Czasowniki występują tylko w bezokoliczniku. Nie ma czasu przeszłego, ani przyszłego. „Zjadłem śniadanie” brzmi: „Ja jeść śniadanie już”. Za to jest to język tonalny. Literce „A” wypowiadanej w wyrazach można nadać aż sześć różnych dźwięków i potrafi to zrobić tylko rodowity Wietnamczyk.

Mieszkańcy tego kraju mówią, że przez swój uległy charakter stali się niewolnikami. Ale może właśnie to, że Wietnam był kolonią francuską, pozwoliło jego mieszkańcom zawalczyć o swoją niepodległość i doprowadzić do zjednoczenia części północnej i południowej. Być może dzięki Francuzom, Wietnamczycy nauczyli się być narodem dumnym, potrafiącym walczyć o swoje prawa.

Wojna z Amerykanami wciąż nie może odejść w zapomnienie. Ciągle jest czymś więcej niż tylko historią zapisaną w podręcznikach. Być może dlatego Wietnamczycy w szczególny sposób podchodzą do tego, co dzieje się obecnie przy naszej granicy. Dla nich najeźdźca zawsze będzie najeźdźcą, niezależnie od propagandy.



Zwiedzaliśmy tunele Wietkongu i muzeum wojny w Sajgonie. Zupełnie inaczej się to odbiera będąc tam, a zupełnie inaczej czytając książki. Cały kraj pokrywa piękna, bujna roślinność. Jednak są to młode lasy. Pięćdziesiąt lat temu nie rosło tam nic. Wszystko zniszczył Agent Orange.

Wejście do tunelu Wietkongu

Poza Majką nikt nie miał ochoty się przeciskać

Tym bardziej przykrywać

żeby nie było śladu


Tak było pod ziemią - dla turystów wejście zrobili po schodach


Wietnamczycy są zadowoleni ze swojego komunizmu. Ho Chi Minh jest uznawany za ojca narodu, który doprowadził do zjednoczenia kraju i zakończenia wojny. Podobno nie do końca jest to prawdą, zwłaszcza że facet umarł kilka lat przed zakończeniem wojny. Na jego cześć nawet zmieniono nazwę Sajgonu na Ho Chi Minh (chociaż większość Wietnamczyków nadal posługuje się dawną terminologią). Pomniki i wizerunki Ho Chi Minha widać na każdym kroku. Ale co nam do tego. Nikt nie dał nam prawa, aby mówić komuś jak ma myśleć i w co ma wierzyć.

50 lat temu


























Obecnie

Ja bym powiedział, że ich komunizm jest wysoko funkcjonujący. Państwo wprawdzie nie pomaga rozmaitym mniejszościom i wyznawcom religii, ale też ich nie zwalcza. Zwiedzaliśmy rozmaite świątynie, których utrzymanie należy do wiernych. Ciekawe jak by się to sprawdziło w naszym kraju.

Świątynia taoistyczna... chyba

Może jeszcze krótko kilka ciekawostek.
Aborcja jest dozwolona do 22 tygodnia ciąży. Badania prenatalne są darmowe.
Prostytucja oficjalnie jest zabroniona, ale prężnie działają gabinety masażu i wynajem pokoi na godziny. Cena jest bardzo przystępna, chociaż nie udało mi się dotrzeć do informacji czy masażystkę trzeba przyprowadzić swoją, czy można ją wybrać spośród personelu.
Bez najmniejszego zażenowania zakładałem koszulkę, w której w naszym kraju mógłbym pójść najwyżej na paradę równości.
Dzieci dostają w swoim życiu tylko jedną szczepionkę (pięć w jednym) krótko po urodzeniu.
Jest mnóstwo pozamykanych restauracji, hoteli i pensjonatów. Chociaż nic nie niszczeje. Ktoś się tym opiekuje i nawet wieczorami oświetla. Jedynie okoliczna roślinność rządzi się swoimi prawami. Niestety po pandemii turystyka strasznie "siadła" i ma to wpływ na wiele sektorów gospodarki.
Żebraków i bezdomnych jest mniej niż u nas. Praktycznie ich nie ma.

Parada równości na Phu Quoc

Ojciec narodu

Dosyć już tych wymienianek. Czas na podsumowanie.
Bez wątpienia bardzo miło wspominam czas spędzony w Wietnamie (co cały czas staram się podkreślać). Chociaż być może po części jest to spowodowane tęsknotą za latem, zieloną roślinnością i pięknymi kwiatami. Niełatwo wracało się do ujemnych temperatur, zmrożonego ogrodu i nieco wychłodzonego domu. W Wietnamie temperatura oscylowała wokół trzydziestu stopni. Tylko wieczorami spadała do dwudziestu czterech. Wszędzie wszystko kwitło, a rośliny wypuszczały świeże liście. Poza ryżem, dominujące były palmy kokosowe, bananowce, bambusy i rośliny liściaste zbliżone pokrojem do naszych rodzimych. Nie zauważyłem tylko iglaków. Chociaż nie... Było mnóstwo choinek. Praktycznie ocierałem się o nie na każdym kroku.

Iglak

i bałwanek


Bałwanów też było sporo. Najwięcej w naszym autokarze. Nie wiem czy kiedykolwiek zrozumiem dlaczego ludzie jadą tysiące kilometrów, a potem chcą mieć to samo co u siebie. Nie akceptują kultury, zwyczajów i tradycji danego kraju, tylko wciąż czegoś wymagają, na coś narzekają i coś by woleli.
Pojechaliśmy jednego dnia wspólnie na obiad. Głównym daniem miał być krokodyl, a dodatkowo trochę kurczaka i krewetek. Było to dla chętnych, więc jak ktoś nie chciał, to mógł w tym czasie zjeść coś we własnym zakresie. Problem pojawił się już na samym początku, gdy okazało się, że wszystkie potrawy zostały podane na wspólnych półmiskach, a każdy z uczestników dostał mały talerzyk i mógł sobie brać co chciał. Nie było przydziału. Ja się cieszyłem, że dostałem widelec, bo jeść pałeczkami za bardzo nie potrafię. Innym przeszkadzały małe talerzyki i to, że sąsiad zjadł za dużo i dla niego nie wystarczyło. Ale tak się je w Wietnamie. Zresztą podobnie jak u nas na uroczystościach rodzinnych. Na dobrą sprawę powinniśmy się cieszyć, bo zostaliśmy potraktowani jak jedna, wielka rodzina. Ale trzeba było zrobić aferę, bo zabrakło kurczaka i krewetek. Tyle tylko, że przyjechaliśmy na krokodyla, a tego zostało w bród. Był całkiem smaczny. Trochę przypominał wołowinę. Nie moja wina, że komuś kojarzył się z gekonem, czy jeszcze innym gadem. W każdym razie właściciel stanął na wysokości zadania i w ramach tej samej ceny doniósł jeszcze kilka talerzy kurczaka i krewetek. Wówczas okazało się, że wszyscy są już najedzeni. Najbardziej wrzeszczący zjedli po kawałku mięsa (tego wyjedzonego przez sąsiada), a reszta została na talerzach. Ja poczułem się zawstydzony, bo w Wietnamie jedzenia się nie marnuje.
Innym razem wyjeżdżaliśmy z hotelu jeszcze przed świtem. Mieliśmy dostać suchy prowiant. Niby nic wielkiego. Rzecz normalna nawet dla mnie – kogoś kto dopiero od niedawna zaczął podróżować po świecie. Ale okazało się, że niektórzy woleliby zjeść normalne śniadanie w hotelu. No i cała obsługa restauracji musiała przyjść ponad godzinę wcześniej niż zazwyczaj. Ja na ich miejscu bym nie przyszedł.
Podobnych sytuacji było więcej. Zdarzały się niemal na każdym kroku, ale wielu już nie pamiętam. Chociaż wspomnę może jeszcze o pokojach. Było ich w czasie całego wyjazdu kilka i w bardzo różnych stylach. W większości przypadków był to standard europejski. Ale zdarzały się też takie, które można określić mianem de luxe, extreme, a nawet perwers. Każdy z nich miał swój urok, pewien klimat. Mi zupełnie nie przeszkadzał brak pościeli (wystarczyło na noc wyłączyć klimę), prysznic w patio pod gołym niebem, czy muszla klozetowa w pokoju. Cieszyłem się, że dostałem papier toaletowy, bo Wietnamczycy go nie używają.

Standard



Extreme

Perwers


Prysznic w patio


W Wietnamie darmowy internet był prawie wszędzie. W każdym pokoju, przy basenie, na plaży, a nawet w sklepie i na stacji benzynowej. Działał bez zarzutu. Dzięki niemu dowiedzieliśmy się, że po powrocie będzie na nas czekał dwuipółletni chłopiec.

Dam mu na imię Sajgon.