sobota, 28 marca 2026

PRECEDENS

 

Pod koniec ubiegłego roku miała miejsce sytuacja, która wydarzyła się po raz pierwszy w naszej już kilkunastoletniej historii bycia pogotowiem rodzinnym – zostaliśmy sami. Wszystkie dzieci oddaliśmy docelowym rodzinom, ku radości każdej ze stron.

Aby uczcić tę niebywałą okoliczność, pierwszemu dziecku, które do nas przyszło w nowym roku nadałem blogowe imię Precedens. Chłopiec miał zaledwie dziesięć dni, gdy stanął w progu naszego domu. Teraz ma niewiele więcej, ale mogę powiedzieć, że stał się moim synkiem. W zasadzie mam już również córeczkę, a Majka ma swoją półtoraroczną Izoldę. Dziewczynkę, która przez długi czas nie opuszczała jej na krok, a mój widok doprowadzał ją do niemal panicznego płaczu.

Zanim przejdę do opisu nowych dzieci, cofnę się kilka miesięcy wstecz. Było to jakoś pod koniec wakacji, gdy Majka doszła do wniosku, że być może również ja mógłbym skorzystać z usług naszego narodowego funduszu zdrowia i podobnie jak ona po swojej chorobie, wyjechać do sanatorium. Ostatecznie swoje lata już mam, kręgosłup nie ten co dawniej i składki na ubezpieczenie zdrowotne płacę od trzydziestu paru lat. Zakładała, że jak się uda, to może na wiosnę jakiś Ciechocinek dostaniemy. Ku naszemu ogromnemu zdziwieniu, po niecałych trzech miesiącach, dostaliśmy przydział – do Rymanowa Zdrój (tak jak Majka sobie zażyczyła – góry), już na listopad i do tego do szpitala uzdrowiskowego. To ostatnie określenie oznaczało, że nie tylko pobyt był zupełnie bezpłatny, ale jeszcze przysługiwało nam zwolnienie lekarskie. W moim przypadku pierwsze w tym stuleciu. Po powrocie trochę się namęczyłem z wypełnianiem odpowiedniego druku na stronie ZUS-u, bo jakby nie było, robiłem to po raz pierwszy w życiu. I chyba ostatni. Myślę, że jakoś doczekam do emerytury w zdrowiu, przynajmniej „papierowym”. Sądziłem, że jako „prawiczek chorobowy” dostanę bez większych problemów zasiłek chorobowy, zwłaszcza że zwolnienie zostało wystawione przez szpital – czyli o żadnej symulacji nie mogło być mowy. Okazało się, że wypłata tegoż zasiłku została chwilowo wstrzymana, gdyż ZUS musiał zapytać PCPR, czy aby na pewno nie wykonywałem dla niego w tym czasie jakiejś pracy.

A jaką mógłbym wykonywać? Jedynie sprawując opiekę nad dzieckiem. Trochę śmieszne, trochę dziwne.

Sanatorium też było nieco nietypowe, chociaż narzekać nie mogę. Jedzenie było bardzo dobre, zabiegi na wysokim poziomie i wszyscy bardzo mili. Pokoje rodem z PRL-u powodowały tylko miłe wspomnienia z dziecięcych lat, a kiepski internet – z wakacji w Afryce (te wspomnienia). Jedyną upierdliwością był zakaz zamykania pokoi na klucz i wchodzenie pań pielęgniarek bez pukania. Raz jedna zastała mnie niemal całego gołego, bo właśnie byłem w drodze pod prysznic. Ale tylko zapytała: „Wsistko dobzie?” i poszła.

Całe trzy tygodnie spędziliśmy bardzo miło. Chadzaliśmy po górach, po knajpach, bywaliśmy na koncertach. Skorzystaliśmy z usług lokalnego biura podróży i pojechaliśmy obejrzeć zielone wzgórza nad Soliną zimową porą. 





Nasłuchaliśmy się góralskich dowcipów.
Może przytoczę ze dwa. Albo jeden, bo drugi, który pamiętam, dotyczy serków i może komuś zniesmaczyć kolację.

„Dziewczyna wybrała się autobusem do miasta. Na przystanku stoi niedźwiedź, więc dzwoni do ojca – co robić? Rób zdjęcia, rób zdjęcia.”




I prawdopodobnie wszystko było tak fajne, bo wiedzieliśmy, że nikt na nas nie czeka. Wszystkie urzędy i sądy stanęły na wysokości zadania. Ramzes, Cash i Tango poszli do rodzin na zawsze. Cash ma już nawet nowy pesel.

Pobyt w sanatorium wręcz prowokował do wielu rozmów na temat naszej przyszłości. Głównie tej, która dotyczy pieczy zastępczej.
Doszedłem do wniosku, że chyba nie do końca mogę oceniać siebie w kategorii wypalenia zawodowego, chociaż sporo osób tak właśnie myśli.
Próbuję oceniać to co widzę z perspektywy kilkunastu lat bycia ojcem zastępczym. I widzę ogromne zmiany. Na lepsze? Moim zdaniem – nie.
Kryzys demograficzny jak najbardziej dotknął również pieczy zastępczej.
Chciałbym napisać, że jest coraz mniej dzieci do umieszczenia w rodzinach. Bardzo bym chciał.
Niestety dzieci jest coraz więcej, bo kryzys demograficzny jakby nie dotyczy niżej funkcjonujących warstw społeczeństwa. Za to coraz mniej jest chętnych do podjęcia się roli bycia rodzicem zastępczym.
Dlaczego? Spróbuję na to odpowiedzieć. Można się ze mną zgodzić, ale nie trzeba. A nawet lepiej się nie zgadzać.
Patrzę na rodziny, które mają „nasze” dzieci. Mogę je podzielić na dwie grupy – te, które szukają dziecka dla siebie i te, które chcą być tylko i wyłącznie rodziną zastępczą – w sensie – krótko.
Pierwsza grupa skupia się na dzieciach kilku, ewentualnie kilkunasto-miesięcznych. Bierze ona pod uwagę możliwość wystąpienia silnych turbulencji, ale nie dopuszcza niczego innego poza ostatecznym zerwaniem kontaktów z rodzicami biologicznymi. Drugą grupę stanowią rodzice, którzy w zasadzie chcieliby być pogotowiem rodzinnym, ale tylko częściowo, bo w drugiej części stanowić jednak rodzinę zastępczą na stałe, nie akceptując możliwości adopcji.

Od lat nie spotkałem rodziny, która chciałaby zaopiekować się jednym, poranionym i tym samym trudnym dzieckiem. Od lat nie spotkałem pasjonatów, osób zafascynowanych pieczą zastępczą, chcących bezinteresownie pomagać dzieciom. A Majka mówi, że mam być bardziej optymistyczny i opisywać uroki pieczy zastępczej. Dwa dni temu przyszli do nas praktykanci – osoby kończące szkolenie dla rodziców zastępczych. W zasadzie już tylko pro forma zadaję pytanie o interesujący ich przedział wiekowy dziecka. Bo przecież znam odpowiedź i zdziwiłbym się, gdyby była inna. Przyszli do nas z innego powiatu. Dowiedzieliśmy się, że znalezienie rodziny, w której można odbyć praktyki jest w obecnych czasach problematyczne. Bo to przecież dla rodziny duży kłopot. 

Nie wiem jak dla Majki, ale dla mnie piecza zastępcza przechodzi ogromny kryzys i nie wiem, czy kiedykolwiek z niego wyjdzie.
Swoje rozważania rozpocznę przedstawieniem przypadków naszej obecnej trójki dzieci. Najpierw wszystko opiszę, a potem z pewnością stwierdzę, że to co napisałem w żadnym wypadku nie powinno ujrzeć światła dziennego – dla mojego bezpieczeństwa. Majka zapewne też dorzuci swoje trzy grosze – to nie, to nie, to zmień, to koniecznie wyrzuć, ale przecież o tym nie możesz pisać. To o czym mam pisać? Nie jestem taki dobry, aby stworzyć tysiąc wierszy o sadzeniu grochu. Bo i po co.

Izolda.

Dziewczynka w wieku żłobkowym. Do buntu dwulatka jeszcze jej trochę brakuje, ale chyba wyprzedza rówieśników – niestety tylko w tym względzie.

Pojechaliśmy po nią do domu rodzinnego. Nie było to odebranie interwencyjne, chociaż bardzo podobnie wyglądało. Na dobrą sprawę od interwencji odróżniało je to, że również my tam byliśmy.
Zatrzymaliśmy się kilkadziesiąt metrów od domu. Ja z Precedensem siedziałem w samochodzie i obserwowałem wszystko w lusterku wstecznym. Majka wyszła na spotkanie z panią kurator i policjantem. Na wszelki wypadek zabrała z sobą koc i jakiegoś pluszaka. Gdy zobaczyłem kuratorkę i towarzyszącego jej policjanta, to stwierdziłem, że policja ma chyba jakieś niedobory wysyłając chłopaczka wyglądającego na szybko wyrośniętego licealistę, który jeszcze nie zdążył nabrać masy. Wkrótce okazało się, że był to wabik – osoba, której mama dziewczynki nie zna, więc z dużym prawdopodobieństwem otworzy drzwi.
Gdy tak przyglądałem się początkowej fazie operacji, obok naszego samochodu stanęło auto. I wtedy poczułem dreszczyk emocji. Wysiadło z niego dwóch osobników postury Pudziana i kowbojka. Dziewczyna miała na sobie skórzaną kurtkę do pasa, spod której wystawała kabura. Nie znam się na broni, ale z pewnością nie był to damski Glock 43.
Cała operacja chyba była dobrze przemyślana i zaplanowana, bo mama drzwi otworzyła, a potem wyciągnęła nóż i interwencja w pełni zasłużyła na swoje określenie.
Izolda została szybko wręczona stojącej w progu Majce. Kocyk się przydał, bo dziewczynka miała na sobie tylko krótki rękawek i rajstopki, a w ręce trzymała maskotkę – która później okazała się być zużytą pieluchą.
Izolda jest dziewczynką bardzo straumatyzowaną. Paniczny krzyk powoduje szczekanie psa za płotem, dźwięk przejeżdżającego pociągu, trzaśnięcie drzwiami, czy odgłos schodzenia po schodach. Przełamanie lęku w stosunku do mnie nastąpiło po ponad miesięcznym pobycie w naszym domu. Nagle, nie wiadomo z jakiego powodu, podeszła do mnie i się przytuliła. Do tej pory każdy mój widok powodował zaniepokojenie. W miarę bezpiecznie czuła się siedząc przynajmniej trzy metry ode mnie i przy obecności Majki. Gdy ta wychodziła z domu (tylko w przypadkach, gdy było to konieczne), Izolda brała kocyk i szła pod drzwi. Tam potrafiła siedzieć w oczekiwaniu na Majkę nawet kilka godzin. Nie wydawała przy tym najmniejszego dźwięku. Czasami miałem wrażenie, że nawet przestawała oddychać.

Precedens.

Po chłopca pojechaliśmy sami, bo miejscem odbioru była porodówka – miejsce przyjazne, bezpieczne. Takim też było. Poznaliśmy rodziców Precedensa, którzy okazali się być bardzo młodymi ludźmi. Całkiem sympatycznymi, ale nie do końca umiejscowionymi we współczesnym świecie. Mama chłopca przyjechała do szpitala z bólem brzucha, bo nie wiedziała, że jest w ciąży. Tata kilka miesięcy wcześniej poszedł na całość. Albo inaczej... spróbował owocu, który dotychczas był zakazany. No i mamy Precedensa. 

Czy rodzice mają szansę na odzyskanie dziecka? Wątpię.
Dlaczego?

Enigma.

Pewne jest tylko to, że mama ją urodziła w szpitalu, do którego po dziewczynkę pojechaliśmy. Potem wersje zdarzeń były bardzo rozbieżne. Według jednych źródeł mama chciała się zrzec praw rodzicielskich, według innych – zamierza walczyć. Lekarz na porodówce twierdził, że mama po wyjściu ze szpitala nigdy nie przyszła do swojego dziecka. Mama uważała, że je odwiedza, a pomoc społeczna, że ma dwa potwierdzone przypadki spotkań. Sąd po trzech dniach od narodzin wydał decyzję o poszukiwaniu dla dziecka rodziny zastępczej. My wyraziliśmy zgodę na przyjęcie dziewczynki. A potem minęły ponad cztery tygodnie, w którym to czasie nie działo się nic. Myśleliśmy, że sąd czeka na te magiczne sześć tygodni. Ale nie – na niecałe dwa tygodnie przed czasem wydał decyzję o umieszczeniu Enigmy w naszej rodzinie. Dlaczego nie zrobił tego wcześniej? Dlaczego nie poczekał jeszcze tych kilkunastu dni?

Zgodnie z obowiązującym prawem, matka dziecka może złożyć przed sądem oświadczenie o wyrażeniu zgody na adopcję bez wskazywania konkretnych osób.  Z tego co rozumiem, to sytuacja wygląda tak, że mama decyduje się na oddanie dziecka. Szpital powiadamia sąd. Ten czeka sześć tygodni na możliwość rezygnacji mamy i wycofanie się ze swojego postanowienia. Chodzi o wykluczenie możliwości podjęcia takiej decyzji pod wpływem emocji albo będącej następstwem depresji poporodowej. Potem musi ona przed sądem swoją wolę potwierdzić. A co jak tego nie zrobi? Nie mam pojęcia. Pewnie zostaje wszczęte postępowanie o odebranie władzy rodzicielskiej.
Co łączy te trzy historie? Wiele, ale dodam czwartą.

Dziewczynka.

Kiedyś mieliśmy pod opieką dziewczynkę. A może chłopca. Teraz to już sam się gubię, albo próbuję zmylić tropy.

W każdym razie sprawa wygląda tak, że poszliśmy z dzieckiem na pewną imprezę – oczywiście dziecięcą. Wszystkie maluchy usiadły w kręgu, a pani prowadząca zapytała, czy może zrobić zdjęcie do kroniki. Dzieci siedziały tyłem, ale... kronika była internetowa. Oczywiście wszyscy rodzice wyrazili zgodę, tym bardziej, że wszystko było bez cienia podejrzeń o niezgodność z prawem, czy też przekroczenie jakichkolwiek zasad ujawnienia danych osobowych. Sprawa prosta – dziecko tyłem, bez podpisu kto jest kim i do tego wszystko w grupie. Ale matka-wariatka, youtuberka siedząca wiecznie w kompie gdzieś to zdjęcie wypatrzyła.
Nikt nie zwróciłby na nie uwagi, gdyby nie afera, którą ona sama rozpętała i gdyby paluchem nie pokazała, która to jest jej córeczka – oczywiście bezprawnie odebrana. Tylko czekam, aż odnajdzie zdjęcie swojej dziewczynki na tym blogu.

No dobrze... to jeszcze pójdę za ciosem. Dopiszę piątą historię.

Basia.

Tak się jakoś składa, że dzieci, które spędziły w naszej rodzinie jakiś czas – zaczynają dorastać. A to sprawia, że zaczynają mieć pytania, chcą wrócić do przeszłości, poznać swoją historię. Być może widzianą innymi oczami albo może będącą czymś zupełnie nowym i nieznanym.

Niedawno Majka dostała tajemniczo brzmiącego SMS-a: „Basia chce się z tobą spotkać”.
Basi na tym blogu nikt nie znajdzie. Nie napiszę też ile ma lat i czy faktycznie jest dziewczynką. Jest dzieckiem, które kiedyś z nami mieszkało i teraz zaczyna drążyć temat. Chwała mamie za otwartość, bo podejrzewam, że wiele ją to musiało kosztować. Razem z Majką ustaliły, których tematów lepiej nie poruszać i których nie pamiętać. Nawet byłem zaskoczony, że nie było tego zbyt wiele.
Majka pojechała po Basię i zabrała ją do pobliskiej kawiarni. Bardzo miło spędziły czas, porozmawiały, zjadły lody, nawet zagrały w jakąś grę. Dziewczynka nie zadawała pytań o swoje korzenie. Nie pytała o mamę, babcię. Nie skupiała się na temacie odebrania jej od mamy. Pytała o to, jak było u nas. Próbowała poskładać brakujące puzzle swojej pamięci. Mogę się założyć, że za jakiś czas wróci – pewnie z innymi pytaniami. Być może będzie też chciała poznać moje zdanie.

Te przedstawione pięć historii (można powiedzieć pięć żyć) ma wiele wspólnego.
Przede wszystkim zaczynają mnie utwierdzać w przekonaniu, że czas kończyć opisywanie kolejnych przypadków. Czasy się zmieniają. Nikt nie chce być Basią ani stać tyłem do zdjęcia (przodem tym bardziej). A mi się nie chce tłumaczyć sądowi, że Basia tak naprawdę jest Kasią i ogólnie rzecz biorąc, jako rodzic zastępczy, też mam prawo do tego czy tamtego.
Kolejną sprawą jest ewoluowanie moich przekonań. Przez wielu jest to interpretowane jako wypalenie zawodowe. Tylko dlaczego? Bo nie wpisuję się w pewnego rodzaju mainstream? Bo jako rodzic zastępczy powinienem krakać jak reszta? Tylko jaka reszta? Może ta mniejszość, którą słychać, a nie ta, która zwyczajnie robi swoje i nie ma ochoty się odzywać.
Każda z pięciu historii, które opisałem przed chwilą, mogła zakończyć się zupełnie inaczej. A przecież nie wybrałem szczególnych przypadków z ponad pięćdziesięciu. Przedstawiłem sytuacje, które wydarzyły się w ostatnim czasie.
Każde dziecko zasługuje na to, aby być w rodzinie. Jest to naczelne hasło pieczy zastępczej i (jak mówią prawnicy) co do zasady się z tym zgadzam.
Problem polega na tym, że rodzin zastępczych nie ma i będzie ich coraz mniej. Jest to prosty skutek kryzysu demograficznego, o czym wspomniałem na wstępie. System próbuje z tym walczyć. Podobno ma zawiać wiatr odnowy. Ma być nowa ustawa. Co w niej będzie? Majka spróbowała ostatnio podpytać pewną osobę, która jest zaangażowana w tworzenie nowych przepisów. Odpowiedziała, że o wielu rzeczach nie może jeszcze opowiadać, ale ma być znacząca podwyżka pensji dla zawodowych rodzin zastępczych. Skoro osoba znająca środowisko i jego potrzeby zaczyna od takiego stwierdzenia, to trudno się dziwić, że takie mniemanie ma ogół społeczeństwa. Bo przecież przeciętny człowiek tak właśnie myśli o rodzicu zastępczym – że dla niego liczy się kasa, kasa i jeszcze raz kasa. A może ma rację?
Gdy w swoim myśleniu próbuję wyeliminować emocje, nawyki i doświadczenie – zostawiając jedynie wiedzę – dochodzę do wniosku, że system popełnia ogromny błąd. Nie chcę nikogo pouczać, bo tematem zajmują się wybitni specjaliści i do ich pracy podchodzę z ogromnym szacunkiem. Ale też od zawsze uważam, że jak komuś nie podoba się jego praca, to ją zmienia, a nie szuka poplecznika w związkach zawodowych.
Czy tak będzie z nami? Majką i ze mną? Nie wiem. Ale nie wykluczam, że pożegnamy się z pieczą zastępczą szybciej niż nam się wydaje.
Mam coraz większy lęk o to, że do pieczy zastępczej zaczną napływać ludzie przypadkowi. Pensje będą coraz wyższe, powiaty będą proponować mieszkania, domy. Może nawet standardem stanie się siedmio, albo dziewięcio-osobowy samochód. Nie chcę nikogo urażać, więc nie wymienię konkretnego zawodu, ale może niejeden stwierdzi, że warto zamienić swoją pracę na opiekowanie się dziećmi.
Tyle, że to nie jest zwyczajna praca i moim zdaniem mało kto się do niej nadaje. Natomiast rozdawnictwo spowoduje pewną formę uzależnienia, bo konsekwencją rezygnacji z bycia rodziną zastępczą będzie konieczność wyprowadzki, oddania samochodu i zaczynania wszystkiego od nowa – poszukania nowego mieszkania, nowej pracy. Kto po kilkunastu latach zajmowania się dziećmi rzuci się na głęboką wodę? Raczej wyrazi gotowość przyjęcia czwartego, piątego... jedenastego dziecka.
Obecny system zupełnie nie wspiera swoich własnych ustaleń, założeń, rozporządzeń. Pogotowie rodzinne (takie jak nasze) powinno mieć pod opieką trójkę dzieci (zgodnie z obecną ustawą). Wtedy może być całkiem dobrze funkcjonującą rodziną. Ale wszelkiego rodzaju dodatki zaczynają się od czwórki dzieci. Nam w zasadzie nie przysługuje osoba do pomocy ani częściowe pokrycie kosztów utrzymania domu.

Ale mimo to, usilnie trzymamy się ustawowej trójki. Widzimy, że to może ponownie dawać zadowolenie z wykonywanej pracy i motywować do działania. Dzieci są jakby szczęśliwsze. Nie czują się jednymi z wielu. Czują się nasze, mają poczucie przynależności do rodziny. Pewnie nie jesteśmy wyjątkiem, ale konia z rzędem rodzinie, która nie pomyślała o wzięciu kolejnego dziecka, aby mieć dodatkowe świadczenia. Jedno więcej – 20%, kolejne – to już 40%... ósme? Trochę przesadziłem. To ósme to już jedynie z przyzwoitości, albo z poczucia obowiązku. Chociaż w różnych powiatach może być różnie.

Owszem, istnieje furtka – jakiś paragraf. I na jego podstawie jestem osobą do pomocy. Osobą, która pełniąc całodobową opiekę nad jednym, nieco podrośniętym noworodkiem oraz przejmując pieczę nad kolejnym (albo dwoma) – gdy Majka musi jechać do sądu, na spotkanie z rodzicami biologicznymi, na posiedzenie zespołu do PCPR-u, na rehabilitację, do lekarza, albo choćby morsowanie czy kawę z koleżankami... Zgubiłem wątek tego zdania.
Jest tego tyle, że moja praca zawodowa musi się dostosowywać. Ale muszę ją mieć – na szczęście muszę, bo tego wymaga obecna ustawa. I chwała jej za to, bo jestem niezależny i mogę wszystko rzucić w diabły kiedy będę chciał. Póki co, za moje zaangażowanie dostaję na przysłowiowe waciki. Niestety w tym przypadku – dosłownie.  Ale biorę skoro dają. 
Nie mam pojęcia co wniesie nowa ustawa (poza tym, że Majka podobno dostanie siedem „tysi” brutto).
Mi wystarczyłaby możliwość umówienia dziecka z pieczy do specjalisty w krótkim terminie, na rehabilitację według potrzeb, diagnozowanie zaburzeń, programy terapii, albo choćby tworzenie jakichś kółek wzajemnej adoracji dla rodziców zastępczych i ich dzieci. Ten ostatni przykład jest moim zdaniem najlepszą opcją tworzenia grup wsparcia. Z dziećmi i bez czujnego oka psychologa z ramienia organizatora pieczy zastępczej.
Ale pewnie tak nie będzie. Przewiduję napływ nowych rodzin zastępczych.
Nie wiem, czy można to uznać jako żart, czy też należałoby się rozpłakać, ale jedna z naszych mam biologicznych, której odebrano dziecko – rozpływała się w swoim CV na temat niebywałych kompetencji dotyczących opieki nad dzieckiem. Może znajdzie pracę jako matka zastępcza. No był to żart, bo przynajmniej jednego wymogu nie spełni, choćby bardzo chciała.
Spodziewam się w związku z tym dodatkowych form i programów kontroli rodzica zastępczego. Już dostajemy ankiety, w których najważniejszym elementem są nasze propozycje dotyczące dodatkowej ochrony małoletnich. Z jakichś przecieków dotarło do mnie, że istnieje propozycja zamieszkania w domu rodziny zastępczej jakiegoś pracownika socjalnego, koordynatora rodziny, czy kogoś takiego. Niby na krótki czas, niby tylko w wyjątkowych sytuacjach, niby coś tam jeszcze. Niby brzmi jak fejk.
Może odpowiednio zmotywowani nowi rodzice zastępczy przetrwają te kilka tygodni totalnej inwigilacji. Może... chociaż bardziej obawiałbym się o obsadę koordynatorów, którym nagle kazano by zamieszkać z podległą rodziną zastępczą.
A wszystko dlatego, żeby każde dziecko mogło mieszkać w rodzinie. Szczytne idee dorosłych. Pewnie tak samo jak teoria Spocka odeszła w zapomnienie, tak nowe pokolenie być może za jakiś czas wyrzuci to wszystko na śmietnik historii.

Opisywałem całkiem niedawno Jacha. On nie nadaje się do mieszkania w rodzinie. On pewnie nawet tego nie chce. Majka była jakiś czas temu na rozprawie w sądzie rodzinnym. Nie musiała tam być, ale poprosiła ją o to obecna mama zastępcza. Jachu nie pasuje do tej rodziny... on nie pasuje do żadnej rodziny. Sędzia zapytał mamę zastępczą, czy podtrzymuje chęć opiekowania się chłopcem. Odpowiedziała, że tak – ale do zakończenia postępowania. A on jej na to, że właśnie kończy postępowanie. Co teraz? Ktoś jej nie poinformował, że piecza zastępcza (poza taką formą jak nasza) jest w zasadzie dożywotnia? Zrezygnuje z bycia rodziną zastępczą i odda również dwójkę pozostałych dzieci? Odwiezie Jacha na próg PCPR-u albo do domu dziecka?

Nie – pewnie będzie się z nim męczyć kolejnych dwanaście lat. A razem z nią, dwójka pozostałych dzieci. A może poszuka kogoś, kto będzie chciał Jacha adoptować. Małym, niedopowiedzianym druczkiem pominie wszelkie wady fabryczne, niedoskonałości i upierdliwości. Kolejną możliwością jest przekonanie sędziego, że chłopiec bardzo tęskni za mamą, wciąż o niej mówi i w zasadzie powrót do domu rodzinnego byłby najlepszym rozwiązaniem. 
Jachu nie mieszka z nami już prawie rok, ale to ja (a nie obecny opiekun) dostałem pismo z sądu karnego w sprawie mamy biologicznej chłopca. Nie miałem wyjścia. Musiałem pójść i powiedzieć, że „co do zasady” to już nie pamiętam tego co było rok temu, a mamy biologicznej chłopca nie widziałem na oczy. Zresztą tej zastępczej też.
Kilka dni temu przyszło również pismo z innego sądu – rodzinnego, w sprawie mojego wniosku o odrzucenia spadku przez Omena i Dagona. Po trzech latach poinformowali mnie, że dla chłopców nie jestem już nikim i nowa rodzina zastępcza może podejmować dalsze kroki. Nowa rodzina od dawna jest już rodziną adopcyjną i też „co do zasady” ma „gdzieś” długi dzieci, których pesele już nie istnieją.

Wrócę jednak do rozprawy mamy Jacha w sądzie karnym. Po prostu muszę. Mam nadzieję, że ryzykuję niewiele. Dla mnie stres był ogromny. Dla Majki trochę mniejszy, bo jednak ma doświadczenie z sądami rodzinnymi. Mógłbym powiedzieć, że atmosfera była prawie jak u cioci na imieninach. Pan sędzia sypał dowcipami i przytaczał anegdoty z innych rozpraw. Pani prokurator w trakcie rozmowy nawilżała sobie usta błyszczykiem, a pan adwokat pouczony, że ma zadać pytanie w innej formie, był nawet nieco rozbawiony. Powiedziałbym może trochę przewrotnie – praca jak praca. Wszyscy dobrze się znali. Każdy robił to, co do niego należy.

Mnie zdziwiła jedynie pewna nieznajomość tematu, bo myślałem, że co jak co, ale nie będę musiał rozszyfrowywać skrótu – PCPR. W tym kontekście sformułowania typu „pogotowie opiekuńcze” już zupełnie nie robiły na mnie żadnego wrażenia. Na pięciu świadków przyszło tylko dwóch – Majka i ja. Mnie wszyscy potraktowali z przymrużeniem oka i byli bardzo mili. Może dlatego, że głos mi drżał i byłem wystrojony jak na ślub własnej córki – bo Majka tak mi kazała. Mama Jacha wyglądała jakby przyszła na imprezę karnawałową, oblepiona cekinami i innymi świecidełkami. Pewnie w swoim mniemaniu też była elegancka. Chociaż może się mylę. Może luzacki sędzia spojrzawszy właśnie na mnie, pomyślał: „A ten co tak się wystroił”.
Razem z Majką uważamy, że mama dostanie bardzo łagodną karę. Może kilka miesięcy w zawieszeniu, może nadzór kuratora, a może z braku twardych dowodów sprawa zostanie umorzona.
To z kolei pozwoli sądowi rodzinnemu ponownie rozpatrzyć sprawę o ograniczenie władzy rodzicielskiej i być może zdecyduje się na „szczęśliwy” powrót Jacha do mamy. I szczerze mówiąc, odnoszę wrażenie, że chyba tylko Majka byłaby niepocieszona. Na dobrą sprawę mogę napisać, że już teraz jest zrozpaczona i twierdzi, że jak chłopiec wróci do mamy, to wyrośnie z niego psychopata. W moim odczuciu jest już za późno. Jachu staje się coraz bardziej agresywny, coraz bardziej nieprzewidywalny, coraz bardziej niebezpieczny. Już wprost mówi, że jak kogoś nie będzie lubił to go zabije. Niewykluczone, że za jakiś czas przypomni sobie o mnie.

Zmieniam temat.
Nie jestem wizjonerem, więc mam nadzieję, że bardzo, ale to bardzo się mylę.
Boję się jednak, że chwilowy przyrost rodzin zastępczych (motywowanych finansowo) może zakończyć się katastrofą. W jakiejś mierze zgadzam się, że placówki są złe. Ale rodziny (choćby rodzice mieli najlepsze chęci i kwalifikacje) potrafią być jeszcze gorsze.
Nie wiem, czy wystarczy coraz większe dociskanie rodzin rozmaitymi kontrolami i sprawdzaniem kompetencji. Właściwie zaryzykowałbym twierdzenie, że może to przynieść zupełnie odwrotny skutek.
Nowe zasady zaczynają też rozlewać się poza środowisko pieczy zastępczej. Ostatnio czytałem, że w ramach ochrony małoletnich, niektóre hotele wymagają potwierdzenia pewnego rodzaju „własności” dziecka. Trzeba mieć jego dowód osobisty, paszport, albo chociaż akt urodzenia.
Czyli gdy będę chciał pojechać z wnuczkami w góry, będę musiał mieć zgodę sądu? Przecież każda z nich nazywa się inaczej niż ja i mieszka w zupełnie innym miejscu.
Majka twierdzi, że przesadzam.
Niektórzy mówią, że warto tak robić po to, aby uratować choćby jedno dziecko przed hipotetyczną przemocą i traumą na całe życie. Z takimi argumentami trudno polemizować nie wystawiając się na ostrą krytykę. Ale jednak nie rezygnujemy z samochodów tylko dlatego, że istnieją wypadki. Można co najwyżej podnieść poprzeczkę i osobom zupełnie się do tego nie nadającym nie dawać prawa jazdy, a psychopatów nie dopuszczać do polityki.
Czas pokaże co będzie dalej. Zaczną też dorastać i wypowiadać się dzieci, które mieszkały w przepełnionych rodzinach zastępczych. Również te biologiczne.

Pewnie niektórzy pomyślą, że ostatnimi stwierdzeniami szykuję się do jakiejś puenty.

Jeszcze nie. W zasadzie to dopiero się rozkręcam.

(…)

No i zakończyłem swój wywód. Majka wyrzuciła wszystko na śmietnik.

Ostatnio dużo dyskutujemy. Nie tylko spieramy się, przedstawiając swoje argumenty, ale dochodzimy do zupełnie odmiennych wniosków. Cóż, każdy ma prawo do swoich poglądów i należy je uszanować. Moje przekonania zaczynają ewoluować zupełnie w innym kierunku, a to oznacza, że przestaję być dobrym reprezentantem pieczy zastępczej. Co nie przekreśla faktu, że wciąż uważam się za dobrego ojca zastępczego.
Podjąłem zatem decyzję o zakończeniu prowadzenia bloga. Nie zrobiłem tego w afekcie. Nie obraziłem się na Majkę za to, że wycięła mi kilka kolejnych stron. Myślałem kilka dni jak mam pisać dalej, dla kogo i właściwie w jakim celu.
Tak będzie najlepiej. Tych kilka lat opisywania naszej historii, kształtowania się naszych myśli i dojrzewania naszych poglądów, daje całkiem przyzwoitą bazę danych do analizy dla kogoś, kto chciałby dogłębnie zapoznać się z tematem pieczy zastępczej, a być może nawet wejść do tej wody. Czy tak to wygląda w przypadku każdej zawodowej rodziny zastępczej? Nie wiem. Pewnie nie. Jednak z pełnym przekonaniem mogę napisać, że jesteśmy reprezentantem jakiejś części rodzin zastępczych. Przynajmniej kilku, które znam.
Majka mówi: „Daj pisać innym – młodszym”. I ma rację.

Czytałem niedawno o pewnym eksperymencie na szczurach. Wrzucano je do wody i czekano, aż się utopią. Szczury nie miały innej możliwości, niż tylko pływać. Średni czas próby ratowania swojego życia wynosił piętnaście minut. Ale niektóre z nich wyciągano wcześniej, zanim zdążyły się utopić. Osuszano je, nakarmiono, pozwolono przez chwilę pożyć swoim życiem. A potem znowu wrzucano do wody. Nadzieja pozwalała niektórym z nich pływać nawet kilkanaście kolejnych godzin.

Odnoszę wrażenie, że ewoluowanie moich poglądów ku obecnym tezom rozpoczęło się kilka lat temu, gdy Majka była w szpitalu i ja spotykałem się z rodzicami biologicznymi. Wówczas zacząłem na nich patrzeć inaczej. Zacząłem dostrzegać człowieka. Nie wywyższałem się, nie pouczałem, nie stawiałem warunków. W jakiejś mierze staliśmy się partnerami. Można powiedzieć, że nic z tego nie wyszło, bo żadne z tamtych dzieci nie wróciło do mamy biologicznej. Ale się staraliśmy. Może zostało z tego tylko dobre wspomnienie. A może nawet nie to. Ale jestem przekonany, że każde kolejne odbierane rodzicom dziecko coraz bardziej wpycha ich w odchłań, z której nie ma wyjścia. Z każdym odebranym dzieckiem, rodzic potrafi pływać coraz krócej.
Polityka społeczna jest jaka jest. Brakuje pieniędzy, brakuje programów. A przecież należałoby zacząć od edukacji rodziców, od upewnienia się, że rozumieją co się do nich mówi. Gdy dziecko trafia do naszej rodziny, to jego rodzice w zasadzie zostają pozostawieni samym sobie. Wszystko jeszcze jakoś działa, dopóki sytuacja prawna nie jest uregulowana i jak to się mówi – rodzice walczą o dziecko. Potem jest równia pochyła. Rodzice sami muszą mierzyć się ze swoimi traumami i poczuciem wyrządzenia im ogromnej krzywdy. A potem rodzi się kolejne dziecko i zabawa zaczyna od początku.
Owszem, zgadzam się z tezą, że dzieci wychowujące się w rodzinach dysfunkcyjnych, ileś tam razy częściej od średniej, powielają zachowania swoich rodziców, wchodzą w konflikt z prawem czy nawet krzywdzą własne dzieci. Skoro tak uważamy, a przeciwdziałanie polega tylko na odbieraniu im dzieci, to nie spoczywajmy na laurach – zabrońmy im zakładania rodzin i płodzenia potomstwa. Stwórzmy prawo nakazujące przymusową sterylizację i będzie po problemie.

Majka należy do frakcji, która najchętniej odbierałaby dzieci niewydolnym rodzicom zaraz po narodzinach – dla ich dobra.

A mi się odmieniło.

Polityka jest teraz taka, że najważniejsza jest rodzina zastępcza, bo tylko ona może uchronić zranione dziecko przed przemocą fizyczną, emocjonalną, seksualną. Tylko ona może pokazać wzorzec domu, w którym nie ma przemocy domowej, uzależnień, chorób psychicznych. Tylko ona jest środowiskiem, w którym żaden z domowników nie mieszka w więzieniu, a jedynie chadza na rozprawy w sądzie karnym.

Tyle tylko, że to jest teoria. Nawet całkiem fajna i pewnie poparta rozmowami z wieloma rodzinami zastępczymi.
Niestety w mojej opinii wcale tak nie jest. A przynajmniej nie do końca. Wspomniany wcześniej kryzys demograficzny powoduje, że niezawodowe rodziny zastępcze ukierunkowane są na dzieci malutkie i zdrowe. Od wielu lat nie spotkałem (co nie znaczy, że takich nie ma) rodziny chcącej poświęcić się jednemu, trudnemu dziecku. Starszemu, po traumach, z wieloma zaburzeniami. Z historią, od której włos jeży się na głowie.
Wszystkie „nasze” dzieci, spełniające powyższe kryteria, trafiały do rodzin zawodowych. A te w mojej ocenie znacznie różnią się od przeciętnej rodziny biologicznej. W rodzinach zawodowych mieszkają dzieci w różnym wieku, z różnych środowisk, do tego często się zmieniające. Mam duże wątpliwości, czy jest to dla dziecka miejsce bezpieczne emocjonalnie. Gdy kilka lat temu przyszedł do naszej rodziny Obelisk, to sporo osób mówiło jak bardzo mu pomogliśmy, jak wiele dla niego zrobiliśmy. Nie zgadzam się z tym. My wyrządziliśmy krzywdę pozostałej szóstce. Nie fizyczną, może nawet nie seksualną chociaż Obelisk rozbierał się przy wszystkich i próbował masturbować. Przede wszystkim skrzywdziliśmy te dzieci emocjonalnie. I być może dopiero w dorosłym życiu, gdy któreś z nich trafi do psychologa albo psychiatry, bo uwikła się w przemocowy związek, doświadczy przemocy relacyjnej, czy też podejmie próbę samobójczą – ktoś połączy pewne fakty.
Mam wrażenie, że wiele rodzin zastępczych nie mówi o swoich problemach. O tych niby wstydliwych problemach, które mogłyby zasugerować, że nie mają właściwych kompetencji, że nie dają rady albo już się wypalili zawodowo. Tylko w prywatnych rozmowach zastanawiają się jak długo jeszcze podołają. Czy uda się wytrzymać do emerytury albo chociaż odchowania własnych dzieci biologicznych?
W pełni się zgadzam z tym, że na początku jest ogromny zapał. Jest chęć, ambicje. Głowa jest wypełniona pięknymi ideami – często pochodzącymi z reklam organizatorów pieczy zastępczej. Potem przychodzi doświadczenie, konieczność ulegania naciskom – czasami bezpośrednim, czasami pośrednim. W zasadzie można to nazwać wypaleniem zawodowym.
Uważam, że jeżeli nie będą wprowadzane nowe programy społeczne bardziej ukierunkowane na pracę z rodziną biologiczną, to będzie coraz gorzej. Każda z matek biologicznych naszej obecnej trójki maluchów jest rozwojowa. Będzie rodzić kolejne dzieci, być może licząc na to, że któreś z nią zostanie. I pewnie się tego doczeka, bo w końcu zabraknie rodzin zastępczych i adopcyjnych. A może nie, bo system stwierdzi, że przecież w rodzinnym domu dziecka może przebywać dwudziestka dzieci. Wystarczy dać większy lokal, większy samochód, zatrudnić dodatkową osobę do pomocy, a najlepiej zwiększyć jej ilość godzin. Póki co, ilość godzin spada. Bo stawka godzinowa rośnie, a przecież bilans musi wyjść na zero.
Pewną tajemnicą poliszynela jest to, kim są osoby do pomocy. Najczęściej są to współmałżonkowie, babcie albo dorosłe dzieci. Nikt inny nie ma ochoty nawet podjąć rozmowy na temat proponowanej pracy. Kiedyś przyszła do nas jedna dziewczyna i zapytała: „Ale to jest kwota za jedno dziecko?”. No nie, za czwórkę.

Na zakończenie przytoczę kilka cytatów z samego siebie. Wymieszanych chronologicznie, sytuacyjnie i personalnie. Miałem taki zwyczaj, że zostawiałem sobie fragmenty usuwane z bloga. Nigdy nie przypuszczałem, że do czegoś mi się przydadzą.

Trzeba jasno powiedzieć, że na pewnym etapie rozpoczyna się walka o życie. Chłodna kalkulacja ulega emocjom, wracają wspomnienia i predykcja mających się pojawić zdarzeń. Uciekaj, albo walcz – uciekać nie ma dokąd.”

Dziecko aktualnie przebywa w pieczy zastępczej. W rodzinie zawodowej, razem z innymi zmieniającymi się co jakiś czas dziećmi. Rodzice zastępczy nie doprowadzą tego dziecka do dorosłości, bo prędzej sami zejdą z tego świata. Ale dziecko jest miłe i sympatyczne – więc ciągle jest – już od kilku lat. Teraz więzi są tak silne, że nic więcej się nie zmieni.”

Rodzice dostali proste polecenie – mają podnieść swoje kompetencje rodzicielskie, znaleźć pracę i udowodnić, że potrafią zapewnić bezpieczny dom dla dziewczynki.

Idę o zakład, że żadne z nich nie rozumie słowa 'kompetencje'.”

"Potrafiłbyś to powiedzieć rodzicom adopcyjnym, którzy mają od nas dziecko?  powiedziała Majka."

... jeżeli faktycznie tak jest, to dlaczego akurat tym rodzicom zabezpieczono dziecko u nas? Bo nie mają wsparcia? Bo ojciec wychował się w domu dziecka, a mama w niewydolnej rodzinie wielodzietnej, w której każde z rodzeństwa chodziło do szkół specjalnych. No każde? Z całej siódemki?”

Najciekawsze było jednak stwierdzenie kogoś tam, gdzieś tam, na jakimś spotkaniu: 'Państwo powinniście poczytać książki na temat wychowania dziecka'. No super – przypomnę tylko, że tata nie potrafi czytać. Bo przecież sam przyznał, że czytać i pisać nie umie. Literki wprawdzie zna i nawet udaje mu się je poskładać do kupy, ale nie rozumie co mu z tego wyjdzie."

"Uważam, że zabranie Obeliksa i Jacha (w wieku sześciu i pięciu lat) z domu rodzinnego spowodowało dodatkowe traumy u tych dzieci i wyrządziło krzywdy wielu innym rodzinom (zwłaszcza innym dzieciom). Obeliks i tak wrócił do ojca, a Jachu z niemal stuprocentową pewnością wróci do mamy – zresztą ku ogromnej radości obu chłopców."

Mama czekała na cud. Chyba podobnie jak sąd, który zwlekał z podjęciem decyzji. Ale ten cud się wydarzył. Pojawił się książę z bajki. Z tą bajką to może nie miał zbyt wiele wspólnego, ale miał mieszkanie. Czy jest to dowód na to, że istnieją przypadki odbierania dzieci z biedy?”

Majka nie byłaby sobą, gdyby nie chciała dowiedzieć się jak najwięcej o rodzinie biologicznej. Tak więc założyła sobie fikcyjny profil, aby móc 'podglądać' mamę dziecka w sieci. Nadała sobie imię Lolita98, co w żaden sposób nie wyróżniało jej spośród innych obserwujących. Przy okazji odnaleźliśmy tam mamy kilku innych naszych 'byłych' dzieci. Same 'mądrale' były na tym profilu.

Pewnie jeszcze są. Tylko Majki już tam nie ma, bo została wyrzucona za brak serduszek.”

My robimy co możemy. Dla każdego dziecka z obecnej trójki mamy już potencjalnych rodziców. Oczywiście pierwszeństwo ma ośrodek adopcyjny. Tyle tylko, że on czeka. Sąd też czeka.

My nie czekamy, bo po tych osiemnastu miesiącach (po których według prawa powinno zakończyć się postępowanie) i kolejnych nikomu nie służących – chętny jest tylko dom dziecka. Mamy własną bazę danych. Bazę ryzykantów. Osób, które są skłonne zaryzykować istnienie rodzica biologicznego w życiu dziecka... w swoim życiu.”

Majka podpatrzyła wtedy jeden z takich samochodów. Spisała numery rejestracyjne, a nawet zrobiła zdjęcie. Przy piątym razie podeszła do człowieka i zapytała, czy ma jakiś problem. Wystraszony młody chłopak zaczął przepraszać i obiecał, że już nigdy więcej nie przyjedzie. Tłumaczył, że pracuje w naszej wsi i gdy zdarzy mu się przyjechać przed czasem, to zatrzymuje się na spokojnej uliczce i przegląda wiadomości w internecie. Ja mu uwierzyłem, chociaż też zacząłem iść tą drogą – jak ten pies Saba. Pewnego dnia spisałem numery rejestracyjne samochodu, który zatrzymał się w pobliżu naszego domu. Zadowolony wszedłem do pokoju, w którym akurat byli kandydaci na rodziców adopcyjnych jednego z naszych dzieci. 'To nasz samochód' – oświadczyli.

Od tego czasu nikt już się pod naszym domem nie zatrzymuje. Nawet listonosz parkuje kilkadziesiąt metrów dalej i dochodzi piechotą. Może poszła po wsi jakaś fama, że ta matka wariatka spod dwudziestki ma jakiś problem i nikt nie ryzykuje.”

Bardzo bym chciał, żeby Wojtek o nas zapomniał. Ale pewnie tak nie będzie.

Jego mama biologiczna odzywa się co jakiś czas. Podobnie jak babcia, chociaż babcia nie jest mamą mamy tylko taty, z którym żadna z nich nie utrzymuje już kontaktu. Proste – prawda? Taka właśnie jest piecza zastępcza.
Obydwie wiedzą, że Majka nic im nie powie. Ale co jakiś czas dzwonią. Być może wystarcza im tylko zapewnienie, że wiemy, że jest dobrze.
Nie mam pojęcia co powiem Wojtkowi, gdy skończy osiemnastkę i będzie chciał ze mną porozmawiać.
Pewnie na początek pokażę mu wycięte fragmenty bloga, o istnieniu którego (jak mniemam) nie ma zielonego pojęcia.
A potem?”

I to by było na tyle.






niedziela, 26 października 2025

RAMZES i kryzys

Czekałem, czekałem i się nie doczekałem. Wymyśliłem fajne imiona dla bliźniaków – Ramzes i Kryzys. Przyszedł tylko jeden. Ten pierwszy. Ramzes.


Nie będę tłumaczył dlaczego akurat to imię bardzo do niego pasuje. Mogę jedynie zdradzić, że nie jest to chłopiec posiadający cechy przywódcze i na dobrą sprawę powinienem nadać mu imię Ciapek. Gdy przyszedł, miał osiem miesięcy i bardzo dobrze dopasował się do naszej rodziny.

Nie znaczy to jednak, że kryzys nie istnieje. Owszem, jest również – tylko taki pisany małą literą.

Pod ostatnim postem, Agata zadała pytanie, czy nie czuję się wypalony.
Zdecydowanie tak się czuję. Chociaż żeby czuć się wypalonym, najpierw trzeba zapłonąć. Ja chyba nigdy nie byłem nad wyraz ambitnym, nad wyraz entuzjastycznym. Nigdy nie traktowałem pieczy zastępczej jak misji... a nawet pasji. Robiłem swoje, to na co się zdecydowałem. I właśnie dlatego, swój obecny stan bardziej nazwałbym kryzysem. I temu zagadnieniu poświęcę dłuższą dygresję. Być może trwającą prawie do końca tego wpisu. Ale też tym wpisem zakończę pewien etap narzekania. Rozliczę się ze swoim dekadentyzmem i kolejne opisy życia naszego pogotowia rodzinnego będą bardziej kroniką wydarzeń.

Kryzys od wypalenia różni się moim zdaniem tym, że jest sytuacją przejściową. Jednak w przypadku pieczy zastępczej nie gwarantuje powrotu do poprzedniego stanu, tym bardziej pierwotnego postrzegania tematu jako takiego. Wydaje mi się, że funkcjonowanie naszej rodziny będzie ewoluowało w kierunku zadaniowości i optymalizacji szeroko pojętego dobra – każdego z uczestników danej sytuacji. A jest ich kilku. Ma to zarówno dobre, jak i złe strony – chociaż chyba więcej złych.

Patrząc z kilkunastoletniej perspektywy ojca zastępczego, jestem coraz bardziej przerażony. Bywają dni, że wręcz zastanawiam się, na co komu potrzebna jest ta piecza zastępcza. Podobnie jak w wielu innych sprawach, znów wychodzimy (jako państwo, blok) przed szereg... i mam duże wątpliwości, czy słusznie.

Do systemu pieczy zastępczej włączam również system adopcji. Niedawno na jednej z grup społecznościowych (dotyczącej adopcji) napotkałem na wpis, w którym młoda mama adopcyjna użala się na swój los. Jej smutek związany jest z tym, że półtoraroczne dziecko przez cały dzień za nią chodzi i coś chce. A przecież powinna być szczęśliwa, że nawiązało z nią więź, że jest emocjonalne i całkiem dobrze odnalazło się w nowej rodzinie.
Zaczynam odnosić wrażenie, że w tym systemie jest coraz więcej przypadkowości. Coraz więcej jest polityki, którą każdy może rozumieć jak chce.
Moje rozumienie jest takie, że im większy dobrobyt, tym mniejsze parcie na macierzyństwo i tacierzyństwo. Tym bardziej na chęć poświęcenia siebie dziecku, o którym niewiele wiadomo, które może mieć ukryte zaburzenia i w ostatecznym rozrachunku może zostać zinterpretowane jako porażka życiowa. Rodziców, gotowych na oddanie swojego czasu i energii obcemu dziecku, jest coraz mniej. A to powoduje obniżanie poprzeczki i jednoczesne zwiększanie zachęt. W jaki sposób? O tym za chwilę.

Prawie nie ma tygodnia, aby policja nie dzwoniła do nas w sprawie umieszczenia dziecka w trybie interwencyjnym. Doświadczeni przypadkiem Jacha, od razu oświadczamy, że mamy komplet i nawet jak przyjadą do naszego domu, to dziecka nie przyjmiemy. Pod płotem go chyba nie zostawią. Być może policjanci powinni mieć organizowane jakieś szkolenia w zakresie praw i obowiązków, ponieważ nie mają świadomości, że przywiezienie dziecka do nas, niejako z automatu wycina mu przynajmniej pół roku z życiorysu – blokując jednocześnie najbliższą rodzinę.

Majka powoli staje się adwokatem diabła i wprost sugeruje policjantom, żeby nie zgłaszali sądowi sprawy w środku nocy, tylko poczekali do rana i rozpoczęli poszukiwania jakiejś rodziny (bo interwencje najczęściej mają miejsce w porze wieczorno-nocnej). Niedawno szukano miejsca dla jakiegoś chłopca. My odmówiliśmy. Trafił do znanej nam rodziny, więc temat nie jest nam obcy. Rano zgłosiła się babcia dziecka. Cóż – klamka zapadła – sędzia wydał już postanowienie. Być może za pół roku będzie mogła zaopiekować się wnukiem.
I to mnie zawsze bardzo intryguje. Sędzia dyżurny w ciągu godziny potrafi umieścić zupełnie nieznane dziecko w zupełnie nieznanej rodzinie. Ale jak ma przenieść dziecko z jednej rodziny zastępczej (czyli od nas) do innej (również na czas trwania postępowania, ale mając mocne umotywowanie i docelowo), to grzebie się tygodniami.

Przypadek Ramzesa jest dla mnie jednym z tych, które określiłbym jako wątpliwy. Chłopca przywieziono w stanie idealnym. Ciuchy miał markowe, pupę wzorową, uśmiech na twarzy. Przez trzy tygodnie nie lubił się kąpać, co przy nowych dzieciach jest niemal normą i wcale nie świadczy o braku nawyków higienicznych. Od godziny trzeciej w nocy do piątej nad ranem, siedział w łóżeczku i odprawiał jakieś modły. Nie płakał, tylko gadał do siebie. A może śpiewał?

Najlepiej się czuł siedząc na naszych kolanach, patrząc w telefon. Teraz zmieniamy jego przyzwyczajenia i potrzeby. Ramzes nie protestuje.
Jedynym moim zarzutem w odniesieniu do chłopca jest jego otwartość. Może to się wydawać dziwne, ale dziesięciomiesięczne dziecko nie powinno już iść do każdego jak w dym. Naturalnym etapem rozwoju każdego malucha jest lęk separacyjny – strach przed rozstaniem z bliską osobą i nieufność wobec obcych. Ramzes nie szuka bliskości. Szuka rąk. Głównie takich, które obejmują telefon. Jego matką jest System Android.
Mam dużo wątpliwości, czy to co opisałem jest powodem do odebrania dziecka. Odnoszę wrażenie, że wchodzimy w erę, w której za chwilę nawet Bowlby sobie nie poradzi.
Przypadek Ramzesa z pewnością jest godny opisania. Ale jeszcze nie teraz. Zbyt dużo osób zostało już pozwanych do sądu przez mamę chłopca, a mi nie za bardzo chce się udowadniać, że przecież opisywałem zupełnie kogoś innego. Zwłaszcza, że w sądzie trzeba mówić tylko prawdę.

Odchodzę zatem od tematu Ramzesa – chwilowo Jachu jest ciekawszy.
Z coraz większym przekonaniem skłaniam się ku tezie, że odbieranie dziecka kilkuletniego z przyczyn niewydolności wychowawczej jest pozbawione większego sensu. Wiem, że istnieją państwa (i chyba my w tym kierunku zmierzamy), w których najpierw zabezpiecza się dziecko (nawet z błahego powodu), a potem sprawdza, czy były ku temu podstawy. Wiem też, że w naszym kraju czekają setki, a może tysiące takich dzieci. Czekają w niewydolnych rodzinach na wspaniałą rodzinę zastępczą, która zapewni im świetlaną przyszłość.
Uważam jednak, że krzywda wyrządzona w ten sposób dziecku i powstałe u niego traumy, często (a może prawie zawsze) są dużo większe niż zyski wynikające z dorastania w rodzinie zastępczej, a nawet tylko z pobytu krótkoterminowego – czyli tych kilku miesięcy.
Bo? Bo tych rodzin nie ma. A skoro ich nie ma, a muszą być, to trzeba je wykopać spod ziemi, nie zważając na dobro dziecka (bardzo szeroko pojęte dobro).
Nikt też nie patrzy na krzywdy jakie takie przyjęcie wyrządza rodzinie zastępczej. Głównie przebywającym w niej innym dzieciom. Dorośli mniej mnie interesują, bo to ich problem jeżeli idealizują sytuację i chcą być współczesnymi Judymami, Mesjaszami, czy kimkolwiek jeszcze.

Wrócę więc w tym kontekście do Jacha. Chłopiec przez prawie pięć lat mieszkał z matką, która czasami piła, czasami biła – a potem przepraszała. Przez pięć lat nikomu to nie przeszkadzało. Do czasu, aż jakiś sąsiad usłyszał krzyk dziecka, a matka miała pecha, bo wprawdzie tego dnia nie była pijana, ale trzeźwa też nie.

Przypomnę w wielkim skrócie sytuację.
Po przyjściu do naszej rodziny, Jachu zaczął bić nasze dzieci. Później trafił do ambitnej rodziny, która chciała go naprawić. Ale tam też bił dzieci. Wrócił zatem do nas, ponieważ dobro dzieci biologicznych okazało się ważniejsze – moim zdaniem słusznie. Ostatecznie został umieszczony w rodzinie zastępczej opiekującej się dwójką dzieci starszych od niego. Rodzinie, która po miesiącu mieszkania z chłopcem stwierdziła, że zna ten typ. Diagnoza - przynajmniej trzy lata ciężkiej pracy zanim będzie w miarę dobrze.
Jachu niedawno przyjechał do nas na tydzień. Można przyjąć, że na wakacje, z których jednak nie cieszył się nikt. Może poza nową rodziną, która wyjechała nad Morze Śródziemne na ostatni spokojny wypoczynek. Jachu został w kraju, bo okazało się, że rozszerzone uprawnienia w sprawach administracyjnych nie wystarczają do wyrobienia dziecku dowodu osobistego. Potrzebna jest decyzja sądu albo zaangażowanie mamy biologicznej dziecka, a na to zabrakło już czasu.

Jachu, po prawie dwóch miesiącach mieszkania z nową rodziną, nie zmienił się nawet o jotę. Przyszedł do nas w czasie, gdy był już Ramzes. I to ten chłopiec stał się obiektem jego zainteresowania – niestety w negatywnym znaczeniu. Już pierwszego dnia Jachu podszedł do niego i kopnął go w twarz. Nie wiem czy bardziej zdenerwowała go moja reakcja, czy to, że Ramzesowi udało się utrzymać równowagę, ale podszedł ponownie i kopnął go tak, że wreszcie upadł.
Niestety bycie pogotowiem rodzinnym powoduje, że wszelkie ideały wychowania dziecka sięgają bruku (że tak trochę powołam się na Norwida). Zacząłem od tego, że pokazałem Jachowi swoje niezadowolenie, wysyłając go do jego pokoju. Tym razem już zupełnie nie zwracałem uwagi na to, że ten pokój powinien być jego azylem, a nie miejscem odosobnienia i wykonania kary. Miał „wypad” i tyle. Po powrocie coś tam wymamrotałem umoralniającego, co i tak pewnie nie miało większego znaczenia. Ale dla zasady tak robię – najpierw pokazuję swoje niezadowolenie, a gdy emocje opadną – tłumaczę. Nie odwrotnie.
Pod poprzednim wpisem pojawił się komentarz, który po kilku dniach zniknął. Mogę tylko napisać, że nie ja go usunąłem (a przynajmniej nie świadomie, bo nie mam takiego zwyczaju). W ogólnym zarysie sens był taki, że wszystkie pięciolatki są mniej więcej takie jak Jachu.
Być może niektóre takie są, co jednak moim zdaniem nie świadczy o jakiejś prawidłowości. Bardziej skłaniałbym się ku twierdzeniu, że każde, nie do końca akceptowane zachowanie pięcioletniego dziecka jest próbą uzewnętrzniania tłumionych emocji z wykorzystaniem znanych sobie narzędzi. A tymi narzędziami jest to, czego dziecko uczy się od rodzica. Pewnie dlatego Jachu bije i dusi inne dzieci, bo sam tak był traktowany. I nie odrzucam takiej możliwości, że jego kolejne doświadczenia (pobyt u nas, przejście do pierwszej rodziny zastępczej, powrót, pójście do drugiej, kolejny powrót na tydzień) są dodatkową wodą na młyn jego negatywnych zachowań.
Zauważyłem bowiem, że Jachu jest rozwojowy. Już nie mówił do Majki, że jest stara i brzydka, ale wykrzykiwał: „Nie będziesz mi mówiła co mam robić jebana gówniaro”, a potem przechodził na najwyższe dostępnie sobie tony. Gdybyśmy mieszkali w bloku i mieli złośliwych sąsiadów, to pewnie policja też byłaby naszym częstym gościem.
Nie chcę przez to powiedzieć, że Jachu powinien nadal mieszkać ze swoją mamą. Nie mam zdania. Rozważam tylko jaki jest rachunek zysków i strat. Zastanawiam się również, ile jest rodzin biologicznych i dzieci pokroju Jacha. Pewnie całe multum. Być może dużo tańszą, bezpieczniejszą i bardziej skuteczną receptą byłoby objęcie rodziny jakimś programem pomocy społecznej. Nie tym co jest teraz, gdy jakieś dziewczę po szkole przychodzi raz w tygodniu i pomaga zrobić obiad. Trochę przesadziłem, ale takie sytuacje również istnieją. Być może to tutaj należałoby szukać rozwiązania istniejącego kryzysu.

Zabawmy się zatem w psychologów, socjologów, a nawet „zwykłych zjadaczy chleba”, którzy mają (albo i nie) swoje zdanie w temacie pieczy zastępczej. Siłą rzeczy pomijam możliwość zintensyfikowania pomocy społecznej, bo ta nie ma ani funduszy, ani środków, ani wystarczającego personelu.

Matka Jacha nie ma odpowiednich kompetencji rodzicielskich. Jest kłębkiem nerwów, być może nadużywa alkoholu. Z pewnością stosuje przestarzałe środki dyscyplinujące – krótko mówiąc, daje raz na jakiś czas Jachowi „w dupę”. Ma jednak świadomość tego, że nie do końca jest to właściwe, więc w krótkim czasie przeprasza i prosi chłopca o wybaczenie. Nie rozmawia z Jachem o jego niewłaściwym zachowaniu tylko tłumaczy siebie.

W tym momencie chciałbym zwrócić uwagę na słowo „przepraszam”. Gdy pytaliśmy Jacha, dlaczego bije swojego nowego brata, odpowiadał krótko: „Ale przecież go przepraszam”. To jedno słowo jest dla niego wytrychem, który wymazuje wszystkie przewinienia.
Chłopiec zapewne gubi się w rozumieniu pewnych pojęć. Mi zdarzyło się powiedzieć do niego: „Mam w nosie twoje przeprosiny – nie masz robić mu krzywdy!”. Ostro? Może za ostro.
Ale nowa mama twierdzi, że jej dzieci oczekują słowa „przepraszam”. Czyli co?

Przejdźmy dalej. Jednak Jachu decyzją sądu ma zostać umieszczony w pieczy zastępczej – czyli tak jak się stało. Trwają poszukiwania. Ideałem byłaby rodzina, w której chłopiec byłby jedynym dzieckiem. Do tego taka, która widziałaby potrzebę utrzymywania kontaktów z matką, bo przecież Jachu często ją wspomina i wcale nie postrzega w kategorii kata.

Byłaby to jednak rodzina zastępcza, o której wszyscy mówią, ale nikt (dopuszczam słowo „prawie”) nigdy takiej nie widział.
Siłą rzeczy wszystko kończy się tak jak to opisałem. Na razie traumą jednych rodziców i dwójki dzieci. Zastanawiam się co będzie za te trzy lata, które daje sobie obecna rodzina zastępcza. Nawet jeżeli wszystko pójdzie zgodnie z planem i Jachu wyjdzie na prostą (cokolwiek to znaczy), to jednak krzywdy wyrządzone dzieciom tej rodziny mogą pozostać żywe na lata. Chłopiec, którego Jachu teraz bije, wejdzie w okres dojrzewania. Co powie swoim rodzicom?

Trzecią możliwością byłoby umieszczenie Jacha w domu dziecka. W tej wrednej, archaicznej placówce, która nie powinna istnieć. Ale chociaż z pracownikami wypoczętymi i być może wielokrotnie z ambicjami. Takimi, którzy pracują po osiem godzin dziennie, mają wolne weekendy, urlopy i chorobowe. Nasza rzeczywistość jest taka, że pogotowie rodzinne z kilkunastoma podopiecznymi jest lepiej postrzegane niż dom dziecka. Mojej zgody na taką politykę nie ma i choćby dlatego trzymamy się ustawowej trójki. Czasy, w których mieliśmy piątkę, a nawet siódemkę dzieci, teraz traktuję jako przerost formy nad treścią. Teraz widzę, że było to zwyczajnie głupie. Oczywiście patrząc z perspektywy dobra dziecka. Ale naszego też.

Odpowiedzią, na ewentualne pytanie o sens takiego postępowania (czyli trzymania się ustawowej trójki), może być choćby Waleria. Z dziewczynką widujemy się niemal z dokładnością zegarka – raz w miesiącu. Mamy to szczęście, że nasz organizator pieczy zastępczej zaprasza chętne rodziny na zajęcia, mające u swojej podstawy szkolenie w zakresie nabycia umiejętności prowadzenia masażu Shantala u maluchów. Jego celem jest wyciszenie dziecka, poprawienie jakości snu, wyregulowanie trawienia (choćby przy pojawiających się kolkach) i również (a może przede wszystkim) budowanie więzi z dzieckiem. Spotkania szybko przekształciły się w coś, co bardziej należałoby nazwać grupą wsparcia, dzielącą się swoimi doświadczeniami w opiece nad malutkimi dziećmi i relacjami z rodzicami biologicznymi maluchów. Obawiam się, że my się tam zasiedzimy. Jakby na wszystko nie patrzeć, my cały czas mamy niemowlaki, a te pozostałe dzieci, które teraz przychodzą, za chwilę będą przedszkolakami i już nie będą się pojawiać. No, chyba że grupa po raz kolejny przekształci się w towarzystwo wzajemnej adoracji – co też będzie dobre. Póki co, na tych zajęciach pojawia się Waleria. Ja wcześniej upewniam się, czy dziewczynka również będzie. Gdyby jej nie było, to moje uczestnictwo nie miałoby większego sensu, bo moja gaduła (czyli Majka) i tak nie dopuszcza mnie do głosu, a opiekunką dla dzieci równie dobrze mogę być w swoim domu.

Waleria jest dziewczynką bardzo nieufną w stosunku do obcych, co zgodnie z teorią więzi dobrze o niej świadczy. A w zasadzie jeszcze lepiej o nas, ale nie będę się chwalił. Ja jestem osobą, którą Waleria zdecydowanie wyróżnia. Wchodzi mi na kolana, przytula się, zagląda w oczy i gładzi po brodzie. W miarę upływu czasu (na tych zajęciach), coraz bardziej mnie nie opuszcza – jakby sobie przypominała to, co było kiedyś. Do Majki też podchodzi. Ale tylko się uśmiechnie, chwilę posiedzi na kolanach i idzie dalej.
Moje wnioski są dość proste. Ponieważ nie uważam się za matkę roku, a nawet ojca roku – przyczyna musi być inna (tym bardziej, że Waleria nie jest jedynym dzieckiem tak reagującym). Uważam, że najważniejszą rzeczą jest stały, bliski kontakt od pierwszych miesięcy życia malucha. Wow. Odkryłem Amerykę. A jednak – dzieci, które widzą mnie ostatniego przed snem (bo je kąpię), do których przychodzę w nocy w razie potrzeby i które widzą mnie pierwszego po przebudzeniu, mają ze mną dużo silniejsze więzi niż te, których nocne życie obsługuje Majka. Tutaj role w pewien sposób się odwracają. Do tego Majka jest rzecznikiem naszej rodziny. Występuje wszędzie, gdzie trzeba ją reprezentować i wyjeżdżać z dziećmi (sądy, lekarze, rehabilitacje, posiedzenia zespołów w PCPR). A to powoduje, że dzieci widzą ją rzadziej, niż mnie. Do tego ciekawe jest to, że Majka dużo lepiej zajmuje się maluchami (dużo treściwiej), a jednak najważniejsza jest ciągła (nawet bierna) obecność.

Teoretycznie, rodzice adopcyjni mogliby się czuć w jakiś sposób pominięci w tym pierwszym okresie życia swojego przyszłego dziecka, w jakiś sposób pominięci w budowaniu silnych relacji.
Ja z uporem maniaka powtarzam, że umiejętność nawiązywania więzi jest taką samą umiejętnością, jak każda inna. Ja jestem tylko nauczycielem.
Ale też z dużym niepokojem patrzę na to co się dzieje. Co pewnie w jakiejś mierze przekłada się na kryzys, o którym piszę.
Jeszcze kilka lat temu po dzieci do adopcji ustawiały się kolejki. Teraz na pniu schodzą rodzice, którzy właśnie ukończyli szkolenie, a czasami nawet jeszcze nie mają kwalifikacji.
Majka niedawno rozmawiała z dziewczyną z dużego miasta. Osobą, która prowadzi takie samo pogotowie rodzinne jak my. Ma trójkę mniej więcej rocznych dzieci wolnych prawnie. Dzieci różnych ojców, różnych matek, zupełnie zdrowych. Rodziców adopcyjnych brak.

Malutka dygresja. Niedawno przeczytałem ogłoszenie jednego z powiatów, który poszukuje rodziny zastępczej w charakterze pogotowia rodzinnego. Już wtedy miało ono (to ogłoszenie) dwumiesięczną historię, więc może nawet jeszcze jest aktualne. Proponowana pensja – 15 tysięcy. To prawie trzy razy tyle, ile dostaje Majka. Widać, że powiat musi być bardzo zdesperowany. Ale też podejrzewam, że w umowie zostanie ujęty zapis, że rodzina zobowiązuje się do opieki nad dużo większą ilością dzieci, niż ustawowa trójka.

Czy znajdą się chętni. Zapewne tak. Ostatecznie wymagania na zawodowych rodziców zastępczych nie są wygórowane. Nie trzeba znać języków obcych, mieć wyższego wykształcenia. Nie trzeba mieć za sobą edukacji w kwestiach medycznych, czy pedagogicznych. Wystarczy chęć szczera i uzyskanie kwalifikacji po ukończonym szkoleniu.
Pewną ciekawostką dla mnie jest fakt istnienia wielu rodzin, które wprawdzie uzyskały kwalifikację do pełnienia funkcji rodzica zastępczego, ale nikt nie odważa się zaproponować im dziecka pod opiekę. Bo coś jest nie tak, bo nikt nie chce wziąć na siebie odpowiedzialności za daną rodzinę. Widnieją więc tylko w statystykach. Ale do czasu – tak długo, dopóki nie zaistnieje konieczność umieszczenia dziecka z interwencji i wtedy stają się ostatnią deską ratunku.
Chciałbym podkreślić jedną rzecz, żeby się większość zawodowych rodzin zastępczych na mnie nie obraziła. Absolutnie nie jestem za tym, aby profesjonalizm nie był w cenie. Również w przypadku pieczy zastępczej. Tyle tylko, że w naszych realiach płaca rośnie wraz z ilością przyjętych dzieci. A w mojej ocenie jest to odwrotnie proporcjonalne do fachowości. Bo albo nie ma już czasu i sił na podnoszenie kompetencji, albo teorię przywiązania można sobie wsadzić w ...

Mam coraz więcej zastrzeżeń do samego siebie. Coraz mniej mi się chce. Nie robię już notatek z codziennego życia – opisów ciekawych zachowań, śmiesznych powiedzeń. Poniekąd wynika to z wieku dzieci, które teraz do nas przychodzą, ale... czuję, że już nie ma tego flow.

Ostatnio robiłem jakiś przegląd szpargałów i znalazłem starą kartkę, której zapiski chyba nigdy nie ujrzały światła dziennego. Nawet musiałem się dłużej zastanowić, o jakim dziecku wówczas pisałem. Chyba tylko jedno słowo skierowało mnie na właściwy trop.
  • Chujek pomocy.

  • Synek chodź na obiad. Jeszcze lejem (głos z toalety).
  • Muszę spuścić wodę (po zrobieniu siku na nocnik).
  • Chcesz bułkę, czy pić? Bupić.
  • Ciocia się nie abudzi, nie abudzi. Może kiedyś.
  • Elegancko zrobiłem kupę.
  • To jest absolutnio okej.
  • Chyba jesteś chory? Nie chujek, nie jestem.
  • Cicho chujek, czekamy na obiad.
  • Powiedz hi-po-po-tam. Zebra.

Mógłbym powiedzieć – gdzie te dzieci z tamtych lat? I gdzie ten chujek?

Znam mnóstwo rodzin zastępczych, a tylko z kilkoma chciałbym zamieszkać będąc dzieckiem. Znam kilkoro dorosłych dzieci, które wychowały się w pieczy zastępczej i uznają ten okres za najgorszy w swoim życiu. Znam też dorosłych, którzy wychowali się w domu dziecka. Jedna taka dziewczyna przyszła do nas na praktyki po ukończeniu szkolenia na rodzica zastępczego. Przez całe swoje dziecięce życie marzyła o rodzinie. Idealizowała jakąś wymyśloną mamę i wymyślonego tatę. Ma dużą szansę taką zostać – chce być mamą zastępczą niezawodową.

Bo cały problem polega na przepełnianiu rodzin zastępczych i syndromie przemęczenia. Nie można zakładać, że dziecko będzie czuło się szczęśliwe w rodzinie, w której co drugi, to taki przemocowy Jachu, a co trzeci ryczący niemowlak. Do tego dzisiaj jeden odchodzi, drugi odejdzie za miesiąc, a w nocy policja przywiezie nie wiadomo kogo. Mama zastępcza nie dosypia, w ciągu dnia próbuje wszystko zorganizować i nie zwariować, a potem przychodzi w odwiedziny rodzic biologiczny, a nawet kurator sądowy lub ktoś od organizatora pieczy zastępczej i... stwierdza, że w domu jest syf.

Z kolei ojciec zastępczy pracuje na etacie. Musi się wyspać i jeszcze mieć wyprasowane ciuchy, ciepły obiad po powrocie i zadowoloną żonę chociaż raz w tygodniu.
Nie wiem, czy taka perspektywa jest warta nawet tych piętnastu tysięcy.
A gdzie pasja, zamiłowanie? Jest tylko poświęcenie. Początkowo w imię wyższych wartości. Ale do czasu.

My jesteśmy bardzo specyficznym przypadkiem. W zasadzie wyjątkiem potwierdzającym regułę.

Nie jesteśmy przepełnieni. Staramy się dać dobry start maluchom. Tym najmłodszym, które mają największe szanse.
I tutaj też mógłbym napisać: Ha, ha!
Podejrzewam, że większość rodziców zabierających od nas dziecko myśli: „wydzieram je z tej zaburzonej sytuacji”, „zabieram z tej patologicznej rodziny”, „ratuję je”, „muszę nadrobić jego stracone miesiące”?
A potem przychodzi zderzenie z rzeczywistością i być może też trzeba znaleźć winnego.

Do czego zmierza nasz – mój – kryzys?

Do stagnacji. A to już jest przedostatni, jeszcze w miarę bezpieczny dla dzieci etap.
Zadaniem pogotowia rodzinnego jest zrobienie wszystkiego, aby dziecko jak najszybciej znalazło się w spokojnej, docelowej rodzinie. Jeżeli ma wrócić do rodziny biologicznej, to powinno to mieć miejsce w ciągu trzech-czterech miesięcy. Nawet sąd, jak widzi taką potrzebę, to potrafi się „wyrobić” w czasie. Jak nic z tego nie wychodzi, to trzeba szukać rodziny na zawsze.

Mamy takiego ośmiomiesięcznego Casha. Dziecko idealne. Powstaje pokusa zatrzymania go jak najdłużej – bo kolejne dziecko zapewne będzie dużo gorsze (przynajmniej na początku).

Sporo znanych mi zawodowych rodzin zastępczych tak właśnie podchodzi do sprawy. Po co ponaglać sąd, po co przyspieszać wszystkie procedury. Po co się wychylać?
Cash jest wolny prawnie od przynajmniej trzech miesięcy. Do tego w zasadzie od samego początku było wiadomo, że do matki nie wróci – bo jak wyszła z porodówki, tak nikt nigdy już jej nie widział. Ale sąd jak zwykle się grzebał. Potem trzeba było zebrać wszystkie dokumenty potrzebne do zgłoszenia dziecka do adopcji. Może to się wydawać dziwnym, ale najszybszy w tym zakresie był PCPR. Nam udało się co prawda uzyskać kopię karty szczepień i ocenę lekarza pediatry, ale po kilku tygodniach stało się to nieco przeterminowane. Wąskim gardłem stała się ocena psychologiczna dziecka. Na tą otrzymaną z poradni psychologiczno-pedagogicznej trzeba czekać przynajmniej miesiąc (raczej bliżej dwóch). Do tego Majka zadarła z pracownikami poradni przy okazji diagnozy Kapsla (nie będę już do tego wracał), więc od kilku lat robiliśmy ją prywatnie. Kwota nie była przesadna, a czas realizacji – jakieś dwa tygodnie. Tym razem dostaliśmy propozycję wykonania diagnozy w pewnej fundacji – za darmo. Czekamy już trzy miesiące. Obiecanki, cacanki. Najpierw ponad miesiąc czekaliśmy na termin spotkania. Potem odbyły się trzy etapy. Najpierw sama Majka, potem z dzieckiem. Wyniki miały być po tygodniu. Organizator pieczy zastępczej zgłosił już chłopca do ośrodka adopcyjnego z adnotacją, że badanie psychologiczne będzie dosłane wkrótce. Ośrodek mógłby już wdrożyć całą procedurę, bo przecież zanim komukolwiek zaproponuje dziecko, musi przyjść na wywiad. A zanim na ten wywiad przyjdzie, musi ustalić termin. To często nie są dni – to są tygodnie.
Majka jeszcze jest ambitna, jeszcze jej zależy, jeszcze jej pasja nie legła w gruzach. Dzwoni, ponagla, przeklina i obiecuje, że już nigdy więcej nie zrobi żadnej diagnozy za darmo.

Teraz mamy trójeczkę, z którą szybko się pożegnamy. Majka właśnie wchodzi na najwyższe obroty. Gdy wkrótce zadzwoni do sędzi naszego sądu rodzinnego, to zapewne znowu usłyszy: „Pani Majko, a gdzie tym razem wyjeżdżacie, że sprawa jest tak pilna?”.

Kiedyś nam też przestanie zależeć. I wtedy nadejdzie koniec.



niedziela, 10 sierpnia 2025

--- Porażka

Czasami, gdy muszę wstać skoro świt, bo któreś z dzieci cierpi na bezsenność – dla zabicia czasu podejmuję się filozoficznej dysputy z samym sobą.
Niedawno zacząłem się zastanawiać nad istotą porażki w systemie pieczy zastępczej. Okazało się, że im dalej zagłębiałem się w swoich rozważaniach, tym coraz bardziej oddalał się horyzont, do którego chciałem dotrzeć. Skończyło się na tym, że podzieliłem sobie moje rozważania na trzy grupy. Zacznę może od tej najmniej kontrowersyjnej – chociaż może nie dla każdego.

Znaczenie porażki w wychowaniu dzieci

Zapewne już nie raz próbowałem wyrazić swój pogląd dotyczący współczesnych metod wychowania dzieci. Ten mój można nazywać przestarzałym, staroświeckim, albo delikatniej – tradycyjnym. Ja bym go nazwał autorytatywnym (od autorytetu, a nie autorytaryzmu). Owszem, jestem osobą kontrolującą, choćby poprzez ustalanie i konsekwentne egzekwowanie zasad. Ale jestem też elastyczny. Staram się dostrzegać punkt widzenia dziecka i na niego reagować. Staram się tłumaczyć, dopóki widzę, że ma to sens. Staram się dbać o prawo do autonomii i nie uwłaczać wolności ani godności dziecka. Ale są też jasno postawione granice. Być może niektóre można nazwać fanaberią starego tetryka, jak choćby zakaz skakania po tapczanie i wchodzenia na parapety, a zwłaszcza jeżdżenia samochodzikami po pianinie, a nawet ustawiania na nim czegokolwiek. U nas są to zasady dotyczące każdego i nie ma od tego wyjątku. Nawet Majka nie może chodzić po parapetach. Gdy ostatnio coraz częściej zaczęła na nie wchodzić, kupiłem jej w prezencie robota do mycia okien. Początkowo narzekała na zbędny wydatek, ale ostatecznie przestała i nawet go doceniła. Osobiście uważam, że jest lepszy od Majki. Dobrze – nie gorszy.

Niedawno spotkałem w sklepie dziewczynę, która była opiekunką Omena i Dagona w przedszkolu. Zamieniliśmy kilka zdań. Nie wchodząc w szczegóły, mógłbym stwierdzić, że styl wychowania nadopiekuńczych rodziców niewiele się zmienia od lat. Na potrzeby tego wpisu wystarczy ująć go w sformułowaniu: „Nie biegaj, bo się spocisz”.
Wielu współczesnych rodziców próbuje chronić swoje dzieci przed najmniejszą porażką, co przekłada się na uniemożliwianie im doświadczania konsekwencji swojego działania. Kiedyś mówiło się: „Jak się nie przewrócisz, to się nie nauczysz”. Teraz to stwierdzenie jakby się nieco zdewaluowało. Tyle, że skutkiem jest krucha osobowość, lęk przed popełnianiem błędów, niechęć do podejmowania ryzyka. Niektórzy mówią, że w zamian mamy osoby dużo bardziej otwarte, chętniej mówiące o swoich emocjach. Być może.
Ani Majka, ani ja, nigdy nie staraliśmy się chronić naszych dzieci (żadnych dzieci) przed porażką. Jest ona w jakiejś mierze codziennością, czymś nieuniknionym. Czymś, co uczy przewidywania i daje możliwość zmierzenia się z poniesieniem konsekwencji. Porażka uczy jak przeżywać niepowodzenia, jak unikać błędów, a nawet jak ją przekuć w sukces. Ważne, aby o niej rozmawiać i traktować jak sprzymierzeńca. Chyba nie bez powodu mówi się: „Co cię nie zabije, to cię wzmocni”.
Już się tak nie mówi?
Ktoś kiedyś ironicznie stwierdził, że na placach zabaw powinny być strefy wolne od dorosłych. Jestem "za". Tak było za czasów mojego dzieciństwa, a nawet dzieciństwa naszych dzieci. Teraz się pozmieniało. 
Moja pamięć krótkotrwała jest coraz bardziej ulotna. Jednak to co było dziesiątki lat temu, wciąż jest żywe. Pamiętam jak dostaliśmy nowe mieszkanie (kiedyś się dostawało). Miałem wówczas jakieś pięć lat i nikt się nie dziwił, że dzieci w tym wieku same wychodziły na plac zabaw. Wówczas tym placem był plac budowy. Pewnie dlatego dzieci wychodziły na niego w kaloszach. Pewnego dnia zapuściłem się w miejsce, w którym zwyczajnie utknąłem w błocie. Nie mogłem się ruszyć ani do przodu, ani do tyłu. Stałem jak zabetonowany. Teraz pewnie ktoś by to zgłosił policji, która zawiozłaby mnie do rodziny zastępczej. Pół wieku temu nikt nie był zainteresowany małym chłopcem stojącym w błocie na placu budowy. Nie miałem wyjścia, musiałem pomyśleć i samemu wyjść z opresji. Wysunąłem więc nogi z kaloszy i w samych zabłoconych skarpetkach wróciłem do domu.

Porażki rodzin zastępczych

Skupię się na pogotowiu rodzinnym (bo w końcu o tym jest ten blog), albo innej zawodowej rodzinie zastępczej, która wielokrotnie traktowana jest jak pogotowie. Czyli występuje częsta rotacja dzieci.

Tytułem wstępu (a może bardziej jako tło rozważań) przytoczę historię Jacha. Chłopca, który od ponad dwóch miesięcy jest na naszym stanie (brzydko mówiąc) i nie wiadomo jak długo jeszcze będzie.







Jachu zapętlony
































































Chłopiec mówi, że mama zwracała się do niego imieniem Jachu, albo Misiu. To drugie określenie nie bardzo przechodzi mi przez gardło, więc stosuję imię Jachu.
Był środek nocy, gdy policja przywiozła go nam do domu – mimo naszej wcześniejszej deklaracji, że mamy komplet dzieci, a pięciolatek zupełnie nie pasuje do naszej rodziny. Policjanci byli zdesperowani. Nikt chłopca nie chciał, więc jeździli od drzwi do drzwi. Od jednej rodziny zastępczej do drugiej.
Majce zrobiło się żal chłopca (a może nawet pani policjantki) i uległa. Liczyliśmy, że Jachu spędzi u nas kilka, może kilkanaście dni.
Niestety w polskim prawie nie istnieje pojęcie interwencyjnego przyjęcia dziecka przez rodzinę zastępczą. Tak jak sądy rodzinne ślimaczą się z podejmowaniem decyzji, tak sędzia dyżurny potrafi wypisać decyzję w ciągu dwóch godzin – umieszczając dziecko na czas trwania postępowania. Nie czasowo, nie na kilka dni potrzebnych do znalezienia rodziny zastępczej. Umieszcza dziecko do wyjaśnienia jego sytuacji prawnej, co może trwać lata.
Do tego w takim przypadku o dziecku niewiele wiadomo. W zasadzie nic. Gdyby Majka wiedziała, że chodzi o artykuł 207 kk, to może byłaby bardziej stanowcza. Ten artykuł dużo mówi o rodzicach, ale w jakiejś mierze również o dziecku (zwłaszcza gdy ma ono kilka lat). A dokładniej – o możliwych traumach i zaburzeniach.
Nie wiem na czyje polecenie, ale ostatnio zostałem zaproszony na przesłuchanie w komisariacie policji. Przy okazji podzieliliśmy się z panem policjantem wrażeniami, żeby nie powiedzieć, że ponarzekaliśmy na system. Pan policjant bardzo ubolewał nad tym, że w przypadku konieczności odebrania dziecka w trybie interwencyjnym (zwłaszcza nocnym lub weekendowym), niemal zawsze mają problem ze znalezieniem rodziny zastępczej w przypadku gdy nie ma żadnej osoby z najbliższej rodziny, która mogłaby się dzieckiem zająć. Ja zawsze myślałem, że jeżeli znajdzie się jakaś miła sąsiadka chcąca na krótki czas przygarnąć dziecko, to jest to jak najbardziej możliwe. Okazuje się, że sędziowie mówią policjantom, że owszem mogą tak zrobić, ale tylko na własną odpowiedzialność – czyli w zasadzie nie mogą. A ponieważ panowie i panie z naszego komisariatu nie za bardzo chcą na siebie brać takiej odpowiedzialności, to zdarza się, że jeżdżą z dzieckiem w radiowozie do rana i czekają aż matka wytrzeźwieje. Na to ja mu odpowiedziałem (co go bardzo zdziwiło), że w niektórych przypadkach jest to bardzo dobre rozwiązanie. Trauma dla dziecka jest niewielka. O ile w ogóle jest, bo przecież jeżdżenie przez całą noc w radiowozie jest nie lada atrakcją i może zostać miłym wspomnieniem. Za to zawiezienie go do rodziny zastępczej, automatycznie rozpoczyna całą procedurę systemu. A jak ta machina ruszy, to nie zatrzyma się prędzej niż po kilku miesiącach. Trochę więc mu zasugerowałem, że do nich należy ocena rodziny. Czy jest to patologia nad patologiami, czy też rodzice wyprawili tylko nieco za głośne imieniny, a życzliwy sąsiad zadzwonił na 112. Jestem przekonany, że większość rodziców nie ma świadomości, że na każdej imprezie z udziałem dzieci, musi też być przynajmniej jedna trzeźwa osoba z najbliższej rodziny. Nie sąsiadka, nie koleżanka. Policja nie ma dowolności interpretowania tego przepisu.

Jachu z pozoru jest zwykłym pięciolatkiem. Zna kolory, potrafi liczyć, całkiem poprawnie się wypowiada. Zachowania świadczące o zaburzeniach więzi są chwilowo mało znaczące, a agresywne zachowania wynikające z rozmaitych opisów (przedszkola, OPS-u) jakby przesadzone.
Tyle, że chłopiec jest rozwojowy. Z każdym dniem się rozkręca. Testuje rodzinę. Sprawdza na co może sobie pozwolić.
Zupełnie inaczej zachowuje się w mojej obecności, a zupełnie inaczej z Majką. Zupełnie inaczej gdy wie, że go obserwuję, a zupełnie inaczej gdy nie jest w zasięgu mojego wzroku.

Teraz już wiemy, że przyjęcie Jacha było błędem i całą sytuację możemy traktować w kategorii porażki. Przez jedną, wydawać by się mogło empatyczną decyzję, ucierpiała cała rodzina. Waleria, która ma bezdech afektywny, nagle zaczęła się zawieszać niemal co chwilę. Nie musiała czekać aż chłopiec ją uderzy (co też się zdarzało). Czasami wystarczyło, że krzyknął albo tylko przeszedł obok niej. Pozostałe dzieci jakby lepiej znosiły obecność chłopca. Chociaż może były to tylko pozory, bo pewnie nikt nie lubi gdy błogi sen przerywa mu nagły hałas czy uderzenie choćby tylko pluszakiem. Chwilowo przeszedłem na czas przeszły, bo Waleria już prawie z nami nie mieszka – ale o tym za moment.

W każdym razie, razem z naszym organizatorem pieczy zastępczej, rozpoczęliśmy poszukiwania rodziny, w której Jachu mógłby zamieszkać na dłuższy czas – prawdopodobnie na zawsze. Oczywiście postępowanie prawne będzie jeszcze trwać i trwać, jednak nie przewiduję, że jego zakończenie będzie pozytywne dla mamy biologicznej. Chociaż z jej punktu widzenia, może właśnie będzie. Pozbędzie się zbędnego balastu, a jednocześnie będzie mogła narzekać na bezduszny wymiar sprawiedliwości. Na razie cieszy się wolnością i od dwóch miesięcy do nikogo nie odzywa. A Jachu o niej wspomina w zasadzie tylko wtedy, gdy chce nas nią postraszyć. Chociaż muszę to doprecyzować. Mama zadzwoniła jeden raz i zapytała jak się czuje jej synek. Jak usłyszała, że całkiem dobrze, to się obruszyła, stwierdzając że przecież dziecko odebrane matce nie może czuć się dobrze. No ale cóż?
Czekamy na dalszy rozwój wypadków, ale tym razem muszę się pochylić nad wyjątkowym zachowaniem sądu – wyjątkowo pozytywnym zachowaniem. Nie dość, że sędzia zapoznał się dokładnie z całą sytuacją, to ją monitoruje dzwoniąc przez telefon niemal codziennie. Gdy znajdzie się rodzina, która przyjmie chłopca do siebie, to możemy liczyć na natychmiastowy podpis umożliwiający zmianę zabezpieczenia dziecka.
Miesiąc temu taka rodzina się znalazła. Dwójka braci – jeden młodszy, drugi dwa lata starszy od Jacha. Rodzice bardzo otwarci, bardzo chętni. Wszystko bardzo, bardzo. Również bardzo zafascynowani współczesnymi metodami wychowawczymi – podążający za potrzebami dziecka, rozmawiający, tłumaczący, rezygnujący z kar i odrzucający jakąkolwiek formę przemocy między rodzeństwem.
Wydawało nam się, że siedmiolatek szybko postawi do pionu naszego Jacha. Niestety... Albo nie dano mu szansy, albo na etapie wychowania nie wyposażono w odpowiednie narzędzia radzenia sobie w sytuacjach kryzysowych. Po trzech dniach otrzymaliśmy informację, że Jachu jest agresywny, bije starszego z braci i próbuje przejąć kontrolę nad każdym z domowników. Dostaliśmy jednak nieco ponad tydzień na znalezienie nowej rodziny.
Na to było zbyt mało czasu, ale wykorzystaliśmy go na realizację przyspieszonego procesu przekazania Walerii innej rodzinie. Uznaliśmy, że szkody wynikające z przebywania u nas razem z Jachem, będą dla Walerii dużo większe, niż szybsze niż zwykle przejście do bezpiecznej rodziny. Jeszcze kilka dni wcześniej chcieliśmy to zrobić powoli, tak jak zawsze. W planach był wspólny wyjazd na wakacje do Mielenka i stopniowe zapoznawanie się z nowymi rodzicami i nowym rodzeństwem. Niestety wszystko trzeba było skrócić do tygodnia. Nowi rodzice znali Walerię od dawna – od czasu naszego wyjazdu do Peru. Poznali dziewczynkę gdy była w rodzinie pomocowej i już wtedy ją pokochali. Tyle, że wówczas jeszcze istniało duże prawdopodobieństwo powrotu do mamy biologicznej. Teraz dostali propozycję na spotykanie się niemal dzień w dzień i z niej skorzystali. 
Podobnie jak w przypadku Jacha, również jestem pod wrażeniem sądu. Sędzina zgodziła się „przenieść” Walerię do nowej rodziny na niecałe dwa miesiące przed rozprawą (przypuszczalnie odbierającą władzę rodzicom biologicznym). Postronne osoby może to nie dziwić (bo przecież zadaniem sądu rodzinnego jest dbanie o dobro dziecka), ale dla mnie takie jego działanie jest pozytywnym szokiem.

Wracając do Jacha – męczymy się niemiłosiernie. On też, bo nie był przyzwyczajony do respektowania jakichkolwiek nakazów i życia w ramach ustalonych zasad. Chronimy półroczną Tango i o tydzień młodszego Casha. Jacha powoli oswajamy z informacją, że być może już nigdy nie wróci do swojej mamy. Cały czas twierdzi, że jest w szpitalu i za kilka dni po niego przyjedzie. A nas straszy, że opowie jej, jak źle go traktujemy. Lista zastrzeżeń jest długa – choćby to, że ma nieodkurzony dywan w swoim pokoju. Szkoda, że jakoś nie zastanawia się nad tym, że w szpitalu też są telefony i można z nich zadzwonić. Staram się nie być okrutnym i mu tego nie uświadamiać... jeszcze. Jednak wspólne przebywanie od wczesnych godzin rannych do późnych wieczornych powoli staje się koszmarem. Chłopiec ani chwili nie chce spędzić w samotności. Nie bawi się w swoim pokoju. Ani razu nie wyszedł sam na trampolinę, huśtawkę, do piaskownicy, czy choćby tylko do ogrodu. Bardziej ambitne aktywności jak rysowanie, układanie puzzli albo zabawa stempelkami, są chwilowe. Większą część dnia spędza siedząc na tapczanie. Cały czas mamrocze coś do siebie i rozciąga koszulkę. Wydaje nam się, że te zachowania są związane z jakąś traumą będącą następstwem pozostawiania go samego na dłuższy czas. Jachu często powtarza, że mama wychodziła do sklepu zostawiając go samego w domu. Pewnie dlatego bez przerwy domaga się zainteresowania swoją osobą, a przynajmniej ciągłej obecności dorosłego. Gdy przez dłuższy czas moja uwaga skierowana jest na maluchy, domaga się jej przekierowania na siebie w sposób bezpardonowy. Zdarza się, że bierze jakąś zabawkę i rzuca nią we mnie, albo trzymając coś bardziej skomplikowanego z jakimiś przyciskami, czy klawiszami – krzyczy „wyrwę to”. Swoją złość wyraża też trzaskaniem drzwiami albo kopaniem w barierki odgradzające schody od pokoju. Lubi też mi ubliżać, wykrzykując że jestem gruby i brzydki. Zastanawiam się, kiedy wpadnie na to, że jestem też stary. Na razie stara i brzydka jest Majka, bo przecież jej też nie oszczędza swoimi epitetami. Na każde zwrócenie uwagi, że zachowuje się niewłaściwie, reaguje agresją. Najczęściej wyciąga język, robi głupie miny i krzyczy, że na niego krzyczę i wszystkim o tym powie. Gdy zaczyna „nakręcać się” ponad miarę, ze stoickim spokojem proszę, aby odszedł na bok i się wyciszył. Nie chcę na siłę wysyłać go do jego pokoju, bo ten powinien być azylem.

Jednak dla chłopca, bycie w swoim pokoju, jest karą. Chociaż jest to pokój, w którym są kolejki, samochody, jakieś psie patrole, samoloty i inne ciekawe zabawki. Jest to pokój, w którym inne dzieci w jego wieku lubiły się bawić. On nie lubi tego pokoju – bo nie chce być sam.
Jednak przyzwolenia na użycie bomby atomowej w pokoju dziennym nie ma. Majka próbuje. Ja wiem, że powinienem go przytulić, tłumaczyć, rozmawiać nawet gdy on tego nie chce. Ale nie potrafię. Jest to tym bardziej trudne, że wszystko zawsze kończy się tak samo. Jachu ostatecznie sam stwierdza, że idzie do swojego pokoju. Jednak zanim do niego dojdzie, najpierw robi wielką awanturę na schodach, potem trzaska drzwiami i przez parę minut słychać tupanie w podłogę i uderzanie różnymi przedmiotami w ściany i drzwi.
Mam też wrażenie, że chłopiec prowadzi ze mną jakąś otwartą wojnę. Jego strategia jest nawet logiczna. Gdy jesteśmy sami, to jest w miarę dobrze. Przychodzi Majka i zaczyna się „jazda”. Moim zdaniem Jachu doskonale zna już zasady i wie, że moja reakcja za każdym razem będzie taka sama. Być może liczy, że skłóci Majkę ze mną, albo zwyczajnie potrzebuje świadka, na którego kiedyś może chcieć się powołać. Na przykład zaczyna rzucać w pokoju piłką, albo jeździć samochodzikami po pianinie. Ostrzegam go kilka razy. Dla pewności przypominam zasady i że takie zachowanie skończy się „wypadem” z pokoju. Czasami mam wrażenie, że już nie może się doczekać, kiedy go wyproszę (powinienem napisać "wyrzucę", ale do tego słowa Majka zapewne by się przyczepiła). Podchodzi do mnie i krzyczy: „Nie będziesz mi mówił co mam robić!”. Bywa też, że spogląda mi prosto w oczy i stwierdza: „Ja tu zostanę na zawsze”. Niestety czasami mam wrażenie, że mówi poważnie.
Ostateczną metodą na sprowokowanie naszej zdecydowanej reakcji było zrobienie siku w majtki. Napisałem „było”, bo Jachu chyba zaczyna się przekonywać, że jest to metoda mało skuteczna, a do tego nieco nieprzyjemna. Pomijam sytuacje, gdy "popuszcza" z przyczyn emocjonalnych – na przykład gdy zbyt dobrze się bawi. Takie rzeczy mają prawo się zdarzyć. Szkoda tylko, że wówczas nas obarcza za to winą wykrzykując: "Dlaczego mi nie przypomniałeś?".
Mamy też wrażenie, że próbuje odgrywać sceny, które pamięta ze swojego domu. Psychologowie nazywają to dysocjacją, podświadomym przenoszeniem się w inne miejsce i czas. W takiej chwili chłopiec prawdopodobnie nie widzi mnie czy Majki, tylko swoją mamę. Bywa więc, że Jachu prowokuje do tego, aby go uderzyć. Jak nic nie skutkuje, to robi jeszcze większą awanturę i na końcu sam idzie do swojego pokoju krzycząc: „Chodź mnie przeprosić”.
Raz tylko się otworzył i powiedział, że mama go dusiła, a potem pies szczekaniem nie kazał mu o tym mówić. Raz tylko powiedział, że mama chce mieć grzecznego synka, a on nie jest grzeczny. Nie potrafi jednak zdefiniować słowa „grzeczny” i „niegrzeczny”. Za to często powtarza: „Czy jak będę grzeczny, to dostanę jeść?”. Słowa "grzeczny" i "niegrzeczny" są używane przez chłopca dziesiątki razy w ciągu dnia. Często mówi tak sam do siebie – jakby sam siebie strofował.
Awanturę potrafi zrobić z niczego. Chociaż Majka mówi, że pewnie swój powód ma. Ostatnio bardzo się zdenerwował, że pies naszej córki przyjedzie następnego dnia. Jachu chciał, żeby przyjechał natychmiast. Zaczął tupać w podłogę i szarpać się z Majką. Krzyku narobił tyle, że gdybyśmy mieszkali w bloku, to któryś z sąsiadów pewnie zadzwoniłby na policję. Gdy trochę ochłonął, stwierdził że powybija nam wszystkie szyby w oknach.
Pies w końcu przyjechał. No i dodatkowym moim obowiązkiem było chronienie go przed Jachem. Już nawet nie chce mi się wszystkiego opisywać. Niedawno słyszałem (w bezpośredniej rozmowie, więc nie jest to plotka) o przypadku, gdy dziecko w pieczy zastępczej zakopało kota na śmierć. No i w tym temacie zdanie Majki i moje jest zupełnie inne. Majka stoi na stanowisku, że chłopiec nie potrafiłby zrobić psu krzywdy. Tę tezę wspiera stosunek Jacha do rozmaitych owadów zwanych przez niego robakami. Nigdy żadnemu nie wyrządził krzywdy. W przeciwieństwie do innych dzieci w jego wieku, żadnego nie próbował rozdeptać ani powyrywać skrzydełek i nóżek. Nawet gdy wyrywamy razem chwasty w ogrodzie, to przy niektórych się zatrzymuje i zastanawia czy ich to nie boli. Jednak jest też druga strona medalu. Im ktoś jest starszy i bardziej inteligentny, tym w oczach chłopca stanowi dla niego większe zagrożenie. Dlatego ja mam do Jacha ograniczone zaufanie.

Staram się, przez ten krótki czas pobytu chłopca w naszym domu, odpuszczać wszystko co można odpuścić, chociaż nie jest to proste. Nie chcę mu za bardzo mieszać w głowie, bo nowa rodzina zapewne będzie miała inne zasady i w nieco innych miejscach ustawione granice.

Rozpoczęcie wszystkiego od początku będzie wielkim wyzwaniem zarówno dla Jacha, jak i jego nowej rodziny. Aktualnie wszelkie próby tłumaczenia chłopcu pewnych zasad powodują, że wpada w jeszcze większą furię. Zdecydowanie lepiej reaguje na proste polecenia – żeby nie powiedzieć „rozkazy”. Tyle, że to nie jest metoda.

Jedno jest pewne – dziecka, które przez kilka lat przebywało w niewydolnej wychowawczo rodzinie, nie uda się miło i przyjemnie wpasować w swoje ramy. Wynika to również z tego, że o takim dziecku niewiele wiadomo. Nawet ono samo ma wiele tajemnic, które z jakichś pobudek chroni. Gdy Jachu siedzi na schodach i wrzeszczy, a ja chcę go delikatnie zmotywować do dojścia do pokoju (tylko idąc w jego kierunku), to ucieka z krzykiem „nie rób mi tego!”. Podejrzewam, że chodzi o coś, co robiła mu mama.
Nie wydaje mi się też, aby można było to zrobić (to wpasowanie) bez choćby cienia krzywdzenia emocjonalnego. Dla rodziny, która oddała nam Jacha z powrotem, wysłanie chłopca do jego pokoju bez jego wewnętrznej akceptacji, prawdopodobnie jest krzywdzeniem emocjonalnym. Dla mnie z kolei czymś takim był jego powrót z całodobowym zakładaniem pieluchy.
Ciekawym przykładem hipotetycznej przemocy emocjonalnej jest kolejna sytuacja. Bardzo nie lubię jak przedszkolaki płci męskiej robią siku na stojąco. Celownik mają niewyregulowany, a „szwung” taki, że leci po ścianach. Wyzwaniem jest przekonanie ich, że dużo bardziej higieniczne i wygodne jest robienie siku na siedząco. Jachu po przyjściu do nas nie był wyjątkiem. Swoją męskość wyrażał umiejętnością obsikiwania klapy, podłogi i wszystkiego dookoła. Nie dawał się przekonać, że może być inaczej. Upierał się, krzyczał, a czasami wpadał w szał. Był nawet gotowy zaakceptować szmatkę, którą miał po sobie sprzątać. Najciekawsze jest jednak to, że po dwóch tygodniach obecności w innej rodzinie, Jachu wrócił i zaczął sikać na siedząco. Do tego z ogromną determinacją zaczął mnie przekonywać, że tak właśnie należy robić.

Zdarzają się czasami miłe chwile (gdy ze sobą rozmawiamy czy też robimy wspólnie surówkę do obiadu)  albo przynajmniej śmieszne. Są to jednak perełki w gąszczu sytuacji trudnych i nieprzewidywalnych.

– Jachu! Albo czytam bajkę, albo ryczysz.

– To ty czytaj, a ja będę ryczał.

Jachu często próbuje coś ugrać komplementami, ale nie za bardzo wie co mówi. Być może są to jakieś zdania, których nauczył się w swoim domu, zupełnie ich nie rozumiejąc. Mówi dla przykładu: „Uwielbiam waszą jajecznicę”. O ile mnie pamięć nie myli, to naszej jajecznicy nigdy nie jadł. Po każdym posiłku słyszymy: „Dziękuję, było pyszne”. I nie ma znaczenia, że chwilę wcześniej stwierdził, że czegoś nie lubi i połowę kolacji zostawił niedojedzoną.

Pojawiają się też zachowania świadczące o tym, że chłopiec potrafi dobrze funkcjonować w rodzinie, tylko potrzebuje czasu. Od mniej więcej dwóch tygodni mówi do Majki: "Kocham cię", a od trzech dni sprawia mu przyjemność przytulanie się do mnie. Dobrze to wróży na przyszłość, chociaż ja te dwa fakty łączę ze zniknięciem z naszej rodziny najpierw Walerii, a potem psa. Jachu ma nas teraz niemal na wyłączność, a Tango i Casha postrzega trochę w kategorii robaka.

Udało się znaleźć nową rodzinę zastępczą, która jest gotowa przejąć Jacha za niecały miesiąc (po powrocie ze swoich wakacji). Tym razem mamy do czynienia z rodziną zastępczą zaprawioną w boju z nadpobudliwą dwunastolatką będącą w pieczy już od wielu lat. Sam nie wiem czy będzie to próba połączenia ognia z wodą, czy świetny sposób na zapanowanie nad naszym chłopcem.

Spotkaliśmy się już dwa razy. Za każdym razem Jachu zrobił dobre wrażenie. Bardzo bym chciał, żeby się okazało, że chłopiec tylko mnie nie lubił, a w nowej rodzinie będzie miłym synkiem i bratem.

Przyjęcie Jacha traktuję w kategorii porażki. Chociaż właśnie takiej, która wzmacnia. Takiej, która powoduje zaangażowanie całego systemu, w której każdy trybik pieczy zastępczej (włącznie z sądem) dąży do znalezienia najlepszego rozwiązania.

Jednak nie zawsze tak jest. Zresztą historia Jacha jeszcze się nie zakończyła. Nawet bym powiedział, że dopiero nabiera tempa.

Istnieją dwa powiedzenia. Dwa stereotypy, które jeszcze kilka lat temu sam powtarzałem. Dlaczego teraz myślę inaczej? Jedni mogą to nazwać wypaleniem zawodowym, inni doświadczeniem. Jak zwał, tak zwał – wnioski są takie same.

Chodzi o stwierdzenia: „Każde dziecko można pokochać” i „Każde dziecko powinno mieszkać w rodzinie”. Spróbuję przyjrzeć się obu zdaniom nie tylko patrząc ze swojej perspektywy, ale również posiłkując się przykładami innych rodzin zastępczych.

Czy każde dziecko można pokochać?

Uważam, że nie. Nawet zaryzykowałbym stwierdzenie, że nie każde można zaakceptować.
W tej chwili jestem ostatnią osobą, która rzuciłaby kamieniem w kierunku rodziny zastępczej oddającej dziecko z powrotem do systemu.
Nie można ukrywać, że wiek dziecka ma tutaj ogromne znaczenie. Chociaż gdybym chciał doprecyzować, to chodzi o czas przebywania w rodzinie biologicznej, z której w pewnym momencie zostaje ono zabrane.
Właśnie zrobiłem sobie krótką przerwę i spojrzałem na naszą „ścianę pamięci”. Przywiesiłem na niej 54 zdjęcia. Brakuje portretów tych dzieci, które odeszły w tym roku i tych, które jeszcze z nami są. Czyli można dodać pięć kolejnych historii. Dzieci, które znalazły się w systemie pieczy zastępczej w wieku powyżej dwóch lat jest piętnaścioro (Jacha jeszcze nie liczę). Jest to zatem trochę mniej niż jedna trzecia. Spośród tych starszaków, dwójka rodzeństwa (według mojego stanu wiedzy) cieszy się szczęśliwą rodziną. Każde z pozostałych trzynastu wróciło do systemu, albo do rodziny biologicznej.
Nie wiem jak zakwalifikować Omena i Dagona. Po pierwsze jeden był nieco poniżej dwóch lat, a drugi miał prawie trzy. Ich historia jeszcze się nie skończyła. Nie wiem też czy bardzo zaangażowana mama i równie zaangażowany (tyle, że w swej powściągliwości) tata, są gwarantem sukcesu.

Szkoda, że nie istnieją żadne naukowe badania tego tematu. Być może trudno byłoby znaleźć wiarygodną grupę badawczą, a może zwyczajnie nikogo to nie interesuje.

Rodzice oddający dzieci do systemu, albo robiący wszystko aby wróciło ono do rodziny biologicznej (bo to też jest metoda) pozostają ze swoją traumą sami sobie. Do tego dla systemu stają się rodziną mało wiarygodną, taką która się nie sprawdziła. Pewnie nie zawsze tak jest, ale kółko wzajemnych animozji się zamyka. Ja czuję się jakimś trybikiem tego systemu. Może mało znaczącym, ale jednak. I choćby dlatego nie stawiam krzyżyka na rodzinie, która oddała nam Jacha. Nie podołali wcześniej trzylatkowi, nie podołali naszemu pięciolatkowi, ale może mogliby zostać wspaniałą rodziną dla półrocznej Tango.
Wiele z tych rodzin znam osobiście. Prawie każda z nich jest dużo bardziej empatyczna niż ja. Dużo bardziej otwarta na wyzwania, dużo bardziej ambitna. I mimo szczerych chęci, nie potrafi pokochać dziecka, nie potrafi go zaakceptować. A dziecko doskonale wyczuwa emocje. Wie czy jest lubiane, czy nie. Być może dlatego Jachu rzuca we mnie zabawkami.

Kolejną sprawą jest prawo dziecka do mieszkania w rodzinie.

Można powiedzieć, że jest to teza, z którą trudno polemizować. No to zastosuję technikę socjotechniczną i odwrócę kota ogonem. Czy dzieci mieszkające w rodzinie nie mają prawa do spokoju, zainteresowania, akceptacji? Czy przyjmowanie trudnego dziecka (nawet w imię szczytnych celów) nie jest jakąś formą pogwałcenia praw i potrzeb tych, które już mieszkają w rodzinie?
Czy wraz z przyjęciem Jacha, Waleria nie poczuła się odrzucona? Czy Tango i Cash nie czują się zagrożone?

Wreszcie należałoby zadać sobie pytanie, czego oczekuje taki Jachu?

U nas brakuje mu towarzystwa rówieśników. Ale gdy jeszcze kilka dni temu miał je zapewnione, to stawał się w stosunku do nich agresywny.
Chłopiec w dużej mierze przypomina Kapsla, który przychodząc do nas był zaledwie o rok starszy. Podobnie jak tamten, Jachu też chodzi nocą po całym domu, też zapycha toalety różnymi rzeczami, też wylewa szampony i płyny do kąpieli, które uda mu się znaleźć. Można jeszcze dodać jedzenie kompulsywne. Różnica między chłopcami jest taka, że Kapsel był niepełnosprawny umysłowo w stopniu umiarkowanym i często mówił: „Ja bym bardzo chciał być grzeczny, ale nie potrafię”. Jachu jest inteligentny... Na szczęście dużo mu brakuje do Obeliksa, który robił wszystko, aby sprawić nam przykrość i wręcz upajał się swoim sukcesem gdy nam było smutno.
Prawdopodobnie inteligencja Jacha sprawia, że z tej całej trójki jest najbardziej nieprzewidywalny. Nie wiem też na ile dysocjuje (w jakiejś mierze przenosząc dawne doświadczenia do obecnych sytuacji), a na ile pewne tezy są jego świadomym przemyśleniem. Niedawno stanął przede mną i stwierdził:

– Wszystko mnie boli przez ciebie.
– Bo co?
– Bo mnie wyrzuciłeś do ogrodu.

Próbowałem szybko skojarzyć jakieś sytuacje i chyba chodziło o to, że kilka minut wcześniej wypuścił psa do ogrodu i dostał reprymendę, że bez pozwolenia nie może otwierać drzwi od tarasu.


Jachu nie jest moim ulubieńcem i nic na to nie poradzę. Lata doświadczeń i rozmaitych szkoleń niczego w tym względzie nie zmienią. Niby wiem, że uczucia rodzą się w procesie. Może gdybym musiał być z chłopcem dłuższy czas to zaczęłoby między nami iskrzyć (w pozytywnym znaczeniu). Ale co, jeśli nie?
Kończę ten temat, bo czuję, że zaczynam wypływać na zupełnie nieakceptowalne wody.

(…)

A jednak wracam do tematu. Przecież doskonale wiem o co chodzi Jachowi. Chciałby przez cały czas być obiektem naszego zainteresowania i wszystko kontrolować. Potrzebuje rodziny, która chciałaby się jemu poświęcić i byłby w niej jedynym dzieckiem. Takiej, która przy współpracy z rozmaitymi specjalistami spróbowałaby naprawić pięć zmarnowanych lat życia chłopca – bez gwarancji sukcesu.

Takich chłopców jak Jachu są tysiące. Rodziny, o których wspomniałem, można policzyć na palcach jednej ręki. Może palcach kilku, kilkunastu, a może nawet kilkudziesięciu osób. Tego nie wiem. W każdym razie skala potrzeb w stosunku do bardzo ambitnych założeń systemu pieczy zastępczej, jest ogromna.

Istnieje też pewne prawdopodobieństwo, że Jachu nie potrzebuje nikogo. Że jego zaburzenia więzi są niewyobrażalnie duże i najlepiej czuje się wśród osób, które pojawiają się czasowo, a umieszczenie w rodzinie będzie wyrządzeniem mu krzywdy. Majka tę tezę odrzuca niejako a priori. 

Mam jednak nadzieję, że Jachu ma potencjał. Po ponad dwóch wspólnie spędzonych miesiącach jest nieco lepiej. Chociaż nie na tyle, żebym mógł pójść zrobić siku przy zamkniętych drzwiach. Bywają już godziny, o których można powiedzieć, że było dobrze. Jachu zaczyna oddalać się od domu (wychodzi na taras) nie tylko na odległość wzroku, ale również dźwięku. Trudno jednak przewidzieć co będzie, gdy znowu trafi na konkurencję w postaci dwunastolatki i trzylatka. Pewnie wszystko zacznie się od początku. A co będzie dalej?

Dochodzę więc do trzeciego elementu porażki.

Porażka systemu

Jeszcze raz chciałbym podkreślić, że piszę tylko i wyłącznie o swoich odczuciach i wszelkie rozważania dotyczą rodzin zawodowych, w których występuje częsta rotacja dzieci.

Gdyby przyjrzeć się rozmaitym obozom i grupom systemu pieczy zastępczej, to każda z frakcji chwali się swoimi osiągnięciami. Ośrodki preadopcyjne są zajebiste, domy dziecka zapewniają bezpieczeństwo, edukację, rozwój umiejętności społecznych, a rodziny zastępcze, przy współpracy ze swoim organizatorem pieczy, z pasją oddają się przebywającym u nich dzieciom. Wszystko w imię dobra dziecka, w imię przygotowania go do dorosłego życia.
To był oczywiście sarkazm, chociaż uważam, że każdy z tych trzech elementów jest ważny i potrzebny.
Wydaje mi się jednak, że system nie za bardzo nad tym panuje, chociaż sporo się teraz dzieje i nadchodzi wiatr wielkich zmian.
Wielokrotnie już pisałem, ale powtórzę. Od systemu pieczy zastępczej oczekiwałbym tylko jednej rzeczy – szybkiego i bezpłatnego dostępu do specjalistów. Jest duża szansa, że tego doczekam.
Odnoszę jednak wrażenie, że panaceum na wszystkie bolączki systemu pieczy zastępczej ma być wzrost finansów. I nie tylko chodzi o refinansowanie rozmaitych wydatków związanych z dziećmi, jak choćby koszty korepetycji czy rozwijania zainteresowań. Tutaj nie mam żadnych zastrzeżeń. Za to z ogromną ostrożnością podchodzę do prób motywowania do pozostania zawodową rodziną zastępczą poprzez proponowanie coraz większego wynagrodzenia.
Trudno jest wyważyć jaka kwota będzie pozwalała na godne życie rodziny, a jaka spowoduje napływ ludzi, którzy zupełnie się do tego nie nadają. Bycie zawodowym rodzicem zastępczym nie jest pracą dla każdego. Nie powinno być sposobem na dorobienie się w życiu. Nie powinno skłaniać do prób adaptowania tego modelu do swojej rodziny z małymi dziećmi. Niekoniecznie biologicznymi, ale takimi które mają w tej rodzinie dorastać i czuć się bezpiecznie.

Zawodowstwo w pieczy zastępczej szybko wypala. A przynajmniej, po latach, prowadzi do konieczności zdefiniowania swojej pasji (czy misji) od nowa.

Pewnie nie dotyczy to wszystkich. Może tylko niewielu, a może tylko tych, których znam.
Może tylko w pieczowych kuluarach padają pytania: „Ile jeszcze wytrzymamy?”.

My po ponad dwunastu latach spróbowaliśmy ponownie określić siebie w systemie. Jesteśmy w stanie opiekować się trójką malutkich dzieci i może to nam dawać radość, satysfakcję, a dzieciom bezpieczny start w dalsze życie.

System może to zrozumieć albo nie. Może skorzystać z naszej oferty albo nie.
Wiele rodzin nie ma takiego komfortu. Z różnych powodów.
Teoretycznie pogotowie rodzinne powinno przyjmować dzieci "jak leci". Nie powinno wybrzydzać, ani myśleć o dobru tych już umieszczonych. Ma być rodziną na chwilę. No to ja tylko chciałbym przypomnieć, że ta chwila powinna trwać cztery miesiące.

Ktoś kiedyś nam zarzucił, że jesteśmy otwarci na niemowlaki, które są miłe, łatwe i bezproblemowe.

Jak zwykle, punkt widzenia zależy od punktu stania. Być może zrozumie to ktoś, kto choć przez kilka miesięcy miał pod opieką dwójkę albo trójkę dzieci kilkumiesięcznych.
Patrząc z mojej perspektywy – dajemy tym dzieciom skrzydła. Chociaż niektórzy uważają, że im je podcinamy.
Ale też nie ma zbyt wielu chętnych zawodowych rodzin zastępczych na noworodki, a nawet niemowlaki. Bo to są nieprzespane noce, ciągłe diagnozowanie, rehabilitacje, wczesne wspomaganie rozwoju – dzień w dzień, coś. Być może dlatego tak dobrze się mają rozmaite ośrodki preadopcyjne? Przedszkolak większą część dnia spędza w przedszkolu, a w nocy śpi. W naszym przypadku pewnie byłoby łatwiej, gdyby Jachu nie przyszedł do nas w okresie wakacyjnym, a znalezienie mu miejsca w przedszkolu byłoby jedynie kliknięciem myszki.

Coraz częściej zaczynam odnosić wrażenie, że system próbuje wyważać zamknięte drzwi. Przyjął założenie, że rodzina zastępcza jest największym dobrem i wszelkie działania temu podporządkowuje. I wszystko miałoby sens, gdyby te rodziny istniały, a te które są, nie były nadmiernie obciążane.

To jest dokładnie tak samo jak z próbą zwiększenia dzietności w naszym kraju. Nie działa nic.
Jak ktoś czuje potrzebę posiadania dziecka, to je ma niezależnie od wszystkiego. Jeżeli jednak woli zarobione pieniądze przeznaczyć na podróże, inwestycje w siebie albo rozwój firmy – to ma do tego prawo.

Istnieje takie powiedzenie: „Srasz we własne gniazdo”. Wielu tak zapewne pomyśli. Ja jednak uważam, że chronię to gniazdo. Chciałbym powiedzieć innym rodzinom zastępczym, że mają prawo dbać o siebie i swoje dzieci.

Martwi mnie to, że zaczynamy rozmijać się z Majką w swoich poglądach. Ona cały czas stoi na stanowisku, że najpierw trzeba nawiązać z dzieckiem relację, a potem określać zasady. Cały czas myśli o szkoleniu TBRI – podejściu do budowania relacji z dziećmi opartym na zaufaniu i współczuciu, o którym na dobrą sprawę niewiele wiemy.
Dla mnie najważniejsze są zasady i to na ich podstawie można budować jakieś relacje. Zwłaszcza, gdy dziecko nie jest jedynym w rodzinie. A wspomniane szkolenie to w obecnej sytuacji może nam posłużyć w kategorii zaspokojenia ciekawości, ponieważ dotyczy starszych dzieci i do tego takich, które pozostaną w rodzinie na zawsze.

Moim zdaniem Jachu powinien zostać przyjęty interwencyjnie (podobnie jak istnieje interwencyjne odebranie). Myślę, że dla niego nie miałoby znaczenia czy byłaby to rodzina czy jakaś placówka. Mógłby nawet przyjść do nas, ale na kilka dni. Stało się inaczej, a to inaczej spowodowało, że chłopiec zaburzył życie dwóch rodzin, zniszczył poczucie bezpieczeństwa kilkorga dzieci i nie wiadomo jakie spustoszenie potrafi jeszcze poczynić.