niedziela, 6 listopada 2022

OMEN i DAGON 4

 


Wciąż jesteśmy razem i chociaż od dawna jest „zlecenie” na umieszczenie chłopców w rodzinie zastępczej długoterminowej (w domyśle – na zawsze), to sytuacja raczej przez dłuższy czas się nie zmieni.

Na ostatnim posiedzeniu zespołu, mama bliźniaków dostała krótki przekaz: „Ma pani trzy miesiące na uporządkowanie swojego życia. Jeżeli nic się w tym czasie nie zmieni, to po następnym zespole wnioskujemy do sądu o odebranie władzy rodzicielskiej i kierujemy dzieci do ośrodka adopcyjnego”. Dziewczyna przyjęła to oświadczenie ze zrozumieniem, wyraziła skruchę i postanowiła poprawę.
W związku z takim obrotem sprawy, wstrzymane zostały wszelkie działania zmierzające do znalezienia dla chłopców rodziny zastępczej. O ile w ogóle zostały rozpoczęte, bo wszyscy mówią, że u nas takiej rodziny nie ma.
Przez jakiś czas widzieliśmy więc jakieś światełko w tunelu, licząc że być może ośrodek adopcyjny ma w zanadrzu rodziców marzących o przyjęciu dwóch nie do końca zdyscyplinowanych czterolatków. Szybko się jednak okazało, że mamusia Omena i Dagona nie za bardzo wzięła sobie do serca zalecenia z ostatniego zespołu, gdyż zwyczajnie poszła sobie „posiedzieć”. Zapewne za jakieś duperele, ale tak czy inaczej nie będzie jej na najbliższym zespole i zapewne nikt nie zawnioskuje za odebraniem jej władzy rodzicielskiej, bo przecież w więzieniu nie ma za bardzo okazji się wykazać jako dobra matka, a tym bardziej poszukać mieszkania i jakiejkolwiek pracy. A następny zespół dopiero za kolejne pół roku, gdyż chłopcy wiekowo są już na wyższym poziomie, na którym ich sytuacja będzie omawiana tylko raz na sześć miesięcy.
Nie wiem, czy w takiej sytuacji będzie szukana jakaś rodzina zastępcza. Ostatecznie dzieci mają opiekę, rozpoczętą terapię, chodzą do przedszkola i raczej czują się w naszym domu całkiem dobrze – a wręcz coraz lepiej. Odnoszę wrażenie, że zanosi się na pobicie rekordu pobytu dziecka w naszej rodzinie. A szkoda, bo każdy kolejny miesiąc, to coraz mniejsza szansa na znalezienie jakiejkolwiek rodziny. Być może więc za jakiś czas ktoś wpadnie na pomysł, że powrót do mamy będzie najlepszym rozwiązaniem. Albo bardziej – jedynym.
Tyle tylko, że wówczas najprawdopodobniej wszystko co zostało dotychczas zrobione, zostanie zaprzepaszczone. Kiedyś się zastanawiałem nad sytuacją mamy chłopców i doszedłem do wniosku, że dla każdej ze stron najlepszym rozwiązaniem byłoby, aby dzieci nigdy nie opuściły systemu pieczy zastępczej, a ona mogła okazywać miłość matczyną na spotkaniach, dwa razy w miesiącu. Dziewczyna jest zupełnie sama. Ma wprawdzie mamę, ale raczej nie pełni ona funkcji wspierającej. Mieszkania ma rotacyjne – zadłuża je i ucieka. Być może właśnie za to siedzi. Z pracą jest podobnie. Raz ją ma, raz nie. Mottem na profilach wielu znanych nam mam biologicznych jest: „Szlachta nie pracuje”. Nie pamiętam, czy ona też kieruje się tą zasadą, chociaż sprawia takie wrażenie. Przeliczyłem kiedyś pobieżnie wszystkie stałe miesięczne wydatki na chłopców. Wyszło, że ledwo, ledwo starczyłaby Majki pensja. A przecież zarabia nie najgorzej. Mama chłopców pewnie może liczyć najwyżej na najniższą krajową, o ile nie na pracę dorywczą za psie pieniądze. Nie mam pojęcia, czy razem ze wszystkimi świadczeniami społecznymi, wystarczyłoby jej na utrzymanie trzyosobowej rodziny. Raczej w to wątpię, bo przecież samo wynajęcie mieszkania sporo kosztuje. Do tego – jak sama kiedyś mówiła – młodość ma swoje prawa. Dzieci jakoś nie do końca wpisują się w ten scenariusz. Zarówno finansowo, jak też czasowo. Przypuszczam, że cięcia rozpoczęłaby od terapii, bo pewnie uważa, że chłopcy są tylko żywiołowi i sami wyrosną na ludzi.
Jest jak jest i wcale tej dziewczynie nie zazdroszczę jej pozycji na tym świecie. Przypuszczam, że ona nawet by chciała jak najlepiej. Chciałaby mieć fajną rodzinę i mieć możliwość wychowywać swoje dzieci. Ale jest tylko dwudziestoparolatką, od której wszyscy wymagają rzeczy niemal niemożliwych. I ta perspektywa chyba ją trochę przeraża.

Bo chłopcy niestety nie są przeciętnymi czterolatkami. A żeby tak się stało, potrzeba dużo czasu, cierpliwości i wiedzy. Ich zachowanie wciąż zmienia się jak w kalejdoskopie, chociaż wydaje mi się, że idzie ku lepszemu. Niestety nadal, gdy tylko oczami wyobraźni zobaczę wspólne życie na zawsze, to ciarki przechodzą mi po skórze. Na szczęście jest to niemożliwe. I nie wiem, czy kiedykolwiek powiem inaczej niż: „jakoś da się z nimi wytrzymać”. Zresztą mniej więcej w podobny sposób wypowiadają się wszyscy, którzy mają z chłopcami do czynienia: „Dają popalić”, „Staram się jakoś przeżyć”, „Jeszcze daję radę”.

Niedawno Omen po przyjściu z przedszkola pochwalił się swoim zachowaniem:

   – Wujku, dzisiaj w przedszkolu byłem grzeczny.

   – To super, a co robiłeś?
   – Nie kopałem pani.

W każdym razie, aby nie trzeba było z chłopcami tylko „wytrzymywać” – staramy się działać. Zaprowadzanie ich na terapię jest tylko jednym z elementów. Równie ważne (a może i ważniejsze) jest postępowanie na co dzień. A tutaj potrzebna jest wiedza i właściwe postrzeganie tych dzieci.

Ta druga kwestia była dla mnie dużo trudniejsza. Przez długi czas poszukiwałem w obu braciach mocnych stron, na których można by było bazować i je wzmacniać. Wyszło trochę jak z fraszką Kochanowskiego o zdrowiu. Potrzebny był wstrząs, który wytrąciłby mnie z jakiegoś marazmu, przekonania o nieuchronności przeznaczenia. Od paru tygodni mieszka z nami kolejna dwójka braci – Jacek i Placek. Jeden jest nieco starszy od bliźniaków, drugi troszeczkę młodszy. Ich przyjście pozwoliło mi przejrzeć na oczy i dostrzec to, czego dotychczas nie zauważałem. Ujrzałem mocne strony.

Zebrałem ostatnio w pewną całość wszystko, czego „dzięki” Omenowi i Dagonowi się dowiedziałem. Zapewne się to jeszcze kiedyś przyda. Być może już wkrótce  przy Jacku i Placku.

Prezentację wspomnianej całości zacznę od możliwych przyczyn zaburzeń występujących u naszych chłopców:

  • Obciążenia genetyczne. W tym temacie nie mamy żadnej wiedzy. Chłopcy są jedynymi dziećmi swojej mamy, a o rodzinie nie wiemy nic. Teoretycznie można zrobić badania genetyczne, ale te podstawowe niewiele wniosą do sprawy. Wszystkie bardziej skomplikowane musiałyby zostać poparte przynajmniej jakimiś podejrzeniami, a powiedzmy sobie szczerze – przyczyny genetyczne są w tym przypadku mało prawdopodobne.

  • Czynniki prenatalne. To, że mama wyklucza używanie alkoholu i narkotyków w ciąży, nie za bardzo nas przekonuje. Chyba wszystkie mamy naszych dzieci twierdziły, że „one to na pewno nie”. Zresztą, chociaż sam alkohol jest najbardziej prawdopodobny, do tej grupy należą również możliwe choroby i leki zażywane podczas ciąży, a nawet przebyte zatrucia, czy stres emocjonalny (którego jej nie brakowało).

  • Czynniki okołoporodowe. Tutaj w grę może wchodzić wcześniactwo, niedotlenienie przy porodzie, cesarskie cięcie, poród z użyciem kleszczy, długi i bolesny poród, albo niska masa urodzeniowa. W przypadku Omena i Dagona – faktycznie coś mogłoby być na rzeczy.

  • Czynniki poporodowe. Mowa tutaj o zanieczyszczeniu środowiska, niewystarczającej stymulacji, hospitalizacji, pobycie w domu dziecka. Raczej wszystko odrzucam. Przynajmniej dwa ostatnie punkty.

  • Czynniki emocjonalne. Chodzi głównie o zaburzoną relację z rodzicem, będącą następstwem zaniedbania, przemocy fizycznej lub emocjonalnej, ale również będącą skutkiem choroby psychicznej matki. Osobiście trzymałbym się przede wszystkim tego punktu (z wykluczeniem choroby psychicznej).

Niezależnie od przyczyn, chłopcy mają szereg zaburzeń, z którymi staramy sobie jakoś radzić. Jest tego całkiem sporo.

Zaburzenia w odbiorze dotyku:

  • Unikanie dotyku. Obu chłopców nie można nazwać przytulaśnymi. Owszem, przychodzą się przytulić, ale robią to w bardzo dziwny sposób – przykładają głowę do naszej nogi. Chociaż w przypadku Dagona następuje pewien przełom. Bywa, że przytula się całym ciałem. Być może jest to efekt mocnego ugniatania ciała, w zamian zwyczajnego głaskania – co zaleciła nam terapeutka chłopca.

  • Nietolerowanie czynności pielęgnacyjnych. Mowa tutaj o obcinaniu paznokci, włosów, czesaniu, czy myciu głowy. Niby jest coraz lepiej, chociaż idziemy do przodu bardzo małymi krokami. I znowu coraz lepszy jest Dagon. Ostatnio przy obcinaniu włosów siedział grzecznie, nie krzyczał, a nawet mnie zagadywał. Dzięki temu wygląda całkiem przyzwoicie. Za to Omen cały czas się wyrywał i wrzeszczał – wygląda więc, jak wygląda. Podobnie jest z myciem głowy

  • Unikanie kontaktu z substancjami lepkimi, sypkimi. Widać ogromne postępy w obu przypadkach. Prawdopodobnie dużą rolę odegrało tutaj również przedszkole. Ale przede wszystkim terapia integracji sensorycznej.

  • Podwyższony próg bólu. W zasadzie dotyczy to tylko Dagona. Ciągle jest poobijany, posiniaczony i obdrapany. Wszystkie skaleczenia robi sobie po cichu, w sposób niezauważalny dla nas. Najczęściej nie potrafi powiedzieć gdzie nabił sobie jakiegoś guza, albo czym się zadrapał. A nawet jak potrafi, to te opowieści można włożyć między bajki. Omen za to ma jakby w drugą stronę. Wystarczy go dotknąć, a wrzeszczy jakby go ktoś ze skóry obdzierał.

  • Wkładanie przedmiotów do ust. Tutaj prym wiedzie Dagon. Wszystkie puzzle są poobgryzane, samochodziki bez kół (a przynajmniej opon), a książeczki jak po spotkaniu z Mango (psem).

  • Zawijanie się w koce, firanki, kołdry, wchodzenie pod matę na podłodze. Domena Dagona. Bardzo mu to pomaga w wyciszeniu się.

  • Hiperaktywność. Znowu chodzi o Dagona, gdyż Omen jest flegmatykiem i "anemią"  najwyższej klasy. Dagon jest w ciągłym ruchu. Jest impulsywny i nieuważny. Cechuje go wzmożona irytacja i niezdolność do skupienia uwagi. Pracujemy nad tym – na razie efekty są mizerne. Chociaż wydaje się, że pewne skutki przynosi robienie częstych przerw – takie odwrócenie na chwilę uwagi. Bywa, że nadmiar bodźców może powodować zmęczenie, a dzieci ratując się przed całkowitym wyczerpaniem albo się „wyłączają”, albo wręcz przeciwnie – zachowują jeszcze gorzej. Dagon należy do tego drugiego obozu.

Nieprawidłowości w zakresie czucia głębokiego:

  • Sztywne i nieskoordynowane ruchy. Problem dotyczy obu chłopców, chociaż bardziej widoczny jest u Omena, którego lewa ręka nie wie co robi prawa. Dużą nadzieję pokładamy w naszym ogrodzie – placu zabaw, trampolinie, zjeżdżalniach, rowerkach. A przede wszystkim w terapii.

  • Częste potykanie się i upadanie. Gównie Omen jest jakiś niezorganizowany. Co chwilę się przewraca, wpada na przedmioty znajdujące się w jego otoczeniu, albo spada z krzesła. Potrafi zapomnieć, że ma niepodciągnięte spodnie i wyrżnąć się przy pierwszym kroku.

  • Trudności z ubieraniem się i rozbieraniem. Tutaj mam pewne wątpliwości. Pojawiły się one (te wątpliwości) w dniu, gdy poznałem Jacka i Placka. Zwłaszcza ten drugi nie potrafi prawie nic. A do tego zupełnie się tym nie przejmuje i nie wykazuje najmniejszego zainteresowania samoobsługą.

  • Szuranie nogami lub tupanie. U Omena szuranie przeszło w tupanie. Nie wiem, czy jest to objaw zdrowienia. Dagon czasami potupie, ale musi być naprawdę wściekły.

  • Prowokowanie bójek w celu uzyskania informacji sensorycznej. Dziedzina zarezerwowana dla Dagona. Zaczepia wszystkich i bez powodu. Z Omenem i Jackiem prowadzi regularne wojny – czasami z dwoma naraz. Wielkość strat jest bez znaczenia.

Objawy dyspraksji. Niektórzy nazywają to syndromem niezdarnego dziecka. Głównie chodzi o trudności w wykonywaniu zadań sekwencyjnych, kłopoty z koordynacją, przetwarzaniem bodźców i zapamiętywaniem. Również problemy z motoryką małą i dużą, opóźnionym rozwojem mowy, zaburzeniami równowagi. Nie do końca jestem przekonany, czy podam dobry przykład, ale staje mi przed oczami Omen wchodzący do wanny w skarpetkach. Myślał, że już je zdjął.

Inne nieprawidłowości, które pewnie należą do którejś z powyższych grup, ale jeszcze ich nie wymieniłem:

  • Zaburzenia koncentracji uwagi, rozkojarzenie. Dotyczą obu chłopców. Mam nadzieję, że następuje postęp, chociaż nie za bardzo go zauważam.

  • Opóźnienie rozwoju fizycznego i umysłowego. Pod względem intelektualnym nastąpił wręcz rozkwit. Z przedszkolnych testów wyszło, że chłopcy są w normie rozwojowej. Tyle tylko, że Dagon musiał podchodzić do zadania w trzech etapach, gdyż emocje go rozpierały. Ale obaj dobrze nazywają kolory i kształty. Świetnie rozpoznają zwierzęta. Natomiast starszy Jacek potrafi pomylić się nawet przy psie i kocie. Niedawno zadaliśmy mu pytanie, prosząc aby bliźniacy nie podpowiadali:

       – Co to jest?

       – Nie wiem.
       – Znasz kurę? To jest jej mąż. Ko...Ko...
       – Koza.
  • Opóźnienie rozwoju mowy. Wszystko zależy z czym porównać. Przy Jacku bliźniaki wypadają blado. W konfrontacji ze swoją przeszłością, jest bardzo dobrze, a w zestawieniu z Plackiem można mówić o rozwojowej przepaści. A przecież dotyczy to dzieci w mniej więcej tym samym wieku.

  • Zaburzenia koordynacji wzrokowo-ruchowej – to chyba czucie głębokie. Nie jest najlepiej, zwłaszcza jeśli chodzi o Omena. Chociaż Dagon może się tylko dobrze kamuflować, nadrabiając wszystko swoją nadaktywnością.

  • Problemy z pamięcią, logicznym myśleniem i pojmowaniem związków przyczynowo-skutkowych. Nadal kiepściutko.

  • Kłopoty z myśleniem abstrakcyjnym. Jak wyżej.

  • Brak rozumienia przenośni i ironii. Nie jestem przekonany, czy będą kiedyś w stanie wstawić wodę na kawę, albo wskoczyć w buty.

  • Trudności w kontrolowaniu emocji. Utrzymujące się poczucie lęku i niepokoju. Dagon robi duże postępy. Być może dlatego, że zaczynał z bardzo niskiego pułapu. Coraz rzadziej się wścieka. Omen nadal jest pod tym względem w dużo lepszej formie, ale jakby stoi w miejscu.

  • Niewygaszone odruchy pierwotne. Są. Bardzo liczymy na terapeutkę, chociaż cudów nie obiecuje. Być może w niektórych przypadkach jest już zbyt późno.

No i teraz pytanie, co my możemy z tym wszystkim zrobić i co czeka przyszłych rodziców chłopców?

  • Przede wszystkim trzeba zmienić sposób myślenia. Nieodpowiednie zachowanie i nieprzestrzeganie norm, nie są wynikiem lenistwa, braku motywacji, czy błędów wychowawczych rodziców. Przyczyną jest nieprawidłowa praca mózgu, być może trwałe jego uszkodzenie.

  • Ważne jest jak najszybsze rozpoczęcie terapii, co my już zrobiliśmy, a której kontynuacja będzie należała do naszych następców. Póki co, nie skupiamy się na przyczynach, bo już nie da się tego odwrócić. Likwidujemy skutki. Zaczynamy od wygaszania odruchów pierwotnych, gdyż ich pozostałości powodują istnienie specyficznych trudności i niedojrzałości zachowania. Najważniejsze zadanie stoi przed terapeutką chłopców, bo to ona musi dać ich mózgom „drugą szansę”, aby nauczyły się schematów ruchów wygaszających odruchy. Takich, które powinny pojawić się dawno temu na odpowiednim etapie rozwoju. Powtarza więc ciągle określone sekwencje ruchowe zgodnie z tym, jak postępuje rozwój mózgu u chłopców . Jeżeli uda się skorygować wadliwe działanie odruchów, to powinno minąć wiele dolegliwości fizycznych i emocjonalnych. Zobaczymy. Mnie najbardziej fascynuje niewygaszony odruch Moro, z którym zmaga się Dagon. Jest on instynktowną reakcją na zagrożenie, pełniącą rolę mechanizmu przetrwania. Powinien się wygasić w pierwszych 3-4 miesiącach życia i zostać zastąpiony przez odruch wzdrygnięcia. Jeżeli pozostaje na dłużej, to powoduje stałą nadwrażliwość na niektóre bodźce – dotyk, hałas, światło. W starszym wieku wywołuje ciągłe dążenie do konfrontacji, ciągłe zaczepki z kimkolwiek – tak dla zasady. Dagon jest już na tym drugim etapie. Nie dalej jak pół godziny temu zaczął kopać Placka. Siedział na fotelu, patrzył mi prosto w oczy i go kopał. A ten drugi zamiast cokolwiek zrobić, to wył. Zwróciłem uwagę raz, drugi, trzeci. Nic. Przecież wiedział jak to się skończy, bo jedną z zasad jest konsekwencja. Ale nie o to mu chodzi. Uderzanie bez powodu, wydzieranie zabawek z ręki, czy niszczenie układanych puzzli i budowli z klocków, jest normą. Być może chłopiec próbuje w taki sposób się uspokoić, ale nie ma wypracowanego odpowiedniego mechanizmu i liczy na naszą pomoc. Jest to dość karkołomna teza, ale możliwa. Mówienie w takiej sytuacji: „Dagon uspokój się”, nie ma najmniejszego sensu. Za to można go na kilka minut wyprowadzić i pomóc obniżyć napięcie i zmniejszyć niepokój. W powyższym przypadku wyprowadziłem chłopca za kominek – dosłownie kilka kroków od całego zamieszania. Już po kilkunastu sekundach wrócił mówiąc: „Już nie krzyczę”. Wprawdzie nie o krzyki tym razem chodziło, ale na jakiś czas się wyciszył. Pocieszające jest to, że rozmaite napady szału i buntu zdarzają się coraz rzadziej, a chłopiec uspokaja się w coraz krótszym czasie. Ale i tak przed nami jeszcze sporo pracy.

  • Cóż więc możemy robić sami? Po pierwsze nie szkodzić, ponieważ dzieci często same uruchamiają system autoterapii i wykonują czynności, które je stymulują, usprawniają, bądź rekompensują niedobory. Dla przykładu, Omen czasami zatyka uszy rękami. Nie oznacza to, że sam nie robi hałasu. Owszem robi, bywa że nawet większy – tyle, że ten swój, potrafi kontrolować. Dagon natomiast owija się kocem, firaną, albo wchodzi pod matę na podłodze. Od czasu, gdy dostał w spadku po Mopiku kołderkę wypełnioną kamyczkami, przykrywa się nią kilka razy dziennie. I chyba faktycznie mu to pomaga.

  • Trzeba też być wyrozumiałym, pogodzić się z pewnego rodzaju niepełnosprawnością dziecka (bo chyba tak można to nazwać) i dostosować swoje oczekiwania i wymagania względem niego. W przeciwnym wypadku będzie narastała obustronna frustracja i poczucie bezradności. Pewnym problemem może być umiejętność ustawienia poprzeczki na odpowiednim poziomie – nie za wysoko, ale też nie za nisko. Ja mam raczej tendencję do zaniżania poziomu, a Majka z kolei śrubuje go do granic możliwości. Jak do tej pory, wychodzi na to, że jej sposób jest lepszy. Dagon nauczył się sprzątać prawie do perfekcji. Nie chodzi o to, że jest idealny błysk (bo potrafi dziesięć razy przejść obok klocka i go nie zauważyć), ale o umiejętność segregowania, łączenia w zbiory. Omen jest pod tym względem dużo gorszy, a Jacek z Plackiem zupełnie nie wiedzą o co chodzi. Oni w ogóle nie potrafią sprzątać. Jacek mówi: „nie umiem”, a Placek zwyczajnie rżnie głupa, udając że to nie do niego. Ciekawy jestem co będzie dalej, bo Dagon sam z siebie przyjął funkcję nauczyciela. Nie tylko pilnuje nowych kolegów aby sprzątali, ale uczy ich jak mają to robić. W sumie mają cztery pudła i trzy szuflady. Do jednego wkładają samochodziki, dalej zwierzęta, a potem kolejno klocki, książeczki, układanki i... coś tam jeszcze – sam już nie pamiętam. Dzisiaj Dagon powyrzucał im niepasujące zabawki na podłogę (nie żeby przełożył do właściwych pudeł) i powiedział: „sprzątać dalej”. Spojrzeli na mnie, ale nie widząc żadnego wsparcia, szybko zabrali się do pracy. Akurat Dagona, nigdy bym o takie umiejętności przywódcze nie podejrzewał. Jest to poniekąd sprzeczne z zasadami, według których powinniśmy naszych chłopców traktować jako młodszych niż są w rzeczywistości i mieć nad nimi stały nadzór.

  • Omen z Dagonem nie potrafią myśleć w sposób przyczynowo – skutkowy. Zgodnie z zasadami, bezsensowne jest zadawanie pytania: „Dlaczego to zrobiłeś?”, bo oni tego nie wiedzą. Należy tylko skupić się na nauce właściwych zachowań, poprzez ciągłe powtarzanie – w kółko, a potem znowu od początku. Jednak jak wytłumaczyć opisane powyżej zachowanie Dagona? Wydaje się, że chłopiec doskonale wie, że dopóki nie będzie posprzątane, to nie będzie kolacji.

  • Chyba, że w grę wchodzi rutyna. Bardzo ważny element dotyczący zabawy, posiłków, kąpieli, snu – o którym nie możemy zapominać. Z tym pojęciem bardzo ściśle wiąże się stałość. Nie powinniśmy zaskakiwać chłopców nowymi pomysłami. Również nowymi poleceniami, czy zwrotami. Wszystko musi być przewidywalne – minuta po minucie, dzień po dniu, tydzień po tygodniu. Być może jest więc tak, że Dagon zwyczajnie nie wyobraża sobie zjedzenia kolacji, jeżeli wcześniej nie będzie miał miejsca rytuał sprzątania. Zresztą nowi chłopcy też są dziwni. W naszym domu do ogrodu wychodzi się przez taras. Latem drzwi są cały czas otwarte i nikt nie liczy ziarenek wniesionego piasku, a tym bardziej nie wymaga ciągłego zdejmowania i zakładania butów. Ostatecznie mamy odkurzacz, a podłogę wyłożoną płytkami. Na polecenie: „wchodzimy do domu”, Jacek z Plackiem zapychają wokół domu i meldują się przed drzwiami wejściowymi – nawet gdy wystarczy zrobić jeden krok, by przekroczyć próg tarasu. Może do wiosny się nauczą, chociaż idzie im opornie.

  • Ze wszystkim o czym piszę nierozerwalnie łączy się język, którym się posługujemy. Wszystkie polecenia muszą być zwięzłe, jasne i proste, bo inaczej chłopcy nie zrobią nic. Powinniśmy dokładnie opisywać co ma być zrobione. Wszystko krok po kroku, dzieląc zadania na etapy. Mówić musimy wolno, dając czas na zastanowienie, a co jakiś czas upewniać się, że zrozumieli. Tyle, że gdy takiego Omena zapytam: „zrozumiałeś?”, to z całym przekonaniem odpowie, że „tak”, nawet jak nie ma zielonego pojęcia o co mi chodzi. Muszę więc zadawać pytania pomocnicze. Ale nowi chłopcy nie są ani na jotę lepsi. Plackowi nie zadaję prawie żadnych pytań, bo mi nie odpowiada – moja poprzeczka leży więc na samej ziemi. Natomiast Jacka traktuję jak przeciętnego czterolatka, bo jest i wygadany, i początkowo wydawał się dużo bardziej kumaty od Omena z Dagonem razem wziętych. Bywa, że wychodzi z wanny i stoi jak słup. Wytrzyj się w różowy ręcznik – mówię do niego. Nadal stoi. Powtarzam. Nadal nic. 

            – Rozumiesz mnie?

            – Tak.
            – Wiesz co to ręcznik?
            – Tak.
            – Wiesz co to różowy?
            – Tak.
            – Widzisz ten ręcznik?
            – Tak.

         W końcu brakuje mi pytań pomocniczych i sam muszę go wytrzeć.

  • Kolejną sprawą jest przestrzeganie zasad i bycie konsekwentnym. Bo tylko zasady sprawiają, że świat wokół dziecka zaczyna mieć dla niego sens. No i nastał taki dzień, w którym Omen z Dagonem dorwali się do mojego sprzętu, który po ostatnim malowaniu domu nieopatrznie pozostawiłem w zasięgu ich wzroku. Wśród rozmaitych pędzli i wałków, jakimś trafem znaleźli też długopis. No i dawaj po tych niedawno wymalowanych ścianach. Farba niby zmywalna. Najlepsza z najlepszych. Ale długopis za cholerę nie chce zejść – trzeba będzie znowu przemalować. A żeby było jeszcze ciekawiej, to jak malowanki już im się znudziły, odnaleźli szafę z puzzlami i grami planszowymi dla dorosłych. Całość zabrali do swojego pokoju i rozsypali po podłodze, mieszając dokumentnie. A wszystko to robili podczas południowej drzemki, kiedy ja niczego nieświadomy upajałem się błogą ciszą. Majka stwierdziła, że puzzli nie da się inaczej rozdzielić jak tylko układając poszczególne obrazki, a gry to chyba są do wyrzucenia, bo zupełnie nie wiadomo co jest od czego. No i teraz nie dość, że wieczorami ciągle haftuje, to za dnia będzie układała puzzle. W każdym razie wykrzyczałem chłopakom, że mam tego już dość i do wieczora nie ma żadnych przyjemności. Żadnego podwieczorku, żadnych bajek, a na kolację suchy chleb i woda. No i musiałem być konsekwentny, aby ich świat nie zatracił sensu. Przygotowałem się do kolacji w sposób szczególny. Omen z Dagonem dostali po kromce chleba z serem na osobnych talerzykach. Już tylko to było zaprzeczeniem wszelkiej stałości, rutyny i czego tam jeszcze, bo przecież zawsze jest szwedzki stół i każdy je to co najbardziej lubi. Woda była tak jak każdego dnia, więc w tej materii nic się nie zmieniło. Za to Jackowi i Plackowi przygotowałem nadzwyczaj wykwintny posiłek. Zrobiłem sałateczkę z zielonym groszkiem, pastę z pora i żółtego sera, kiełbaski, jajeczka, ogóreczki, pomidorki. Wszystko było zwieńczone półmiskiem z ananasikiem, arbuzikiem, winogronami, boróweczkami i bananem. Omen zjadł co dostał, powiedział dziękuję i wstał od stołu. Dagon skwitował całość jednym zdaniem: „On ma jajko”. Nie było żadnej skruchy, lamentu, czy postanowienia poprawy. No i na co mi taka konsekwencja? Tylko się napracowałem przy tych sałatkach.

  • Nie wypada nie wspomnieć o kolejnej przypadłości naszych chłopców, a mianowicie o nierozumieniu metafor, przenośni, ironii, słów o podwójnym znaczeniu. Z tego powodu nie powinniśmy używać tego rodzaju zabiegów słownych, gdyż zwyczajnie nie ma to sensu. Ale chyba gdy mówię: „Omen, skocz po ciocię. Ale tak na jednej nodze.”, to raczej krzywdy mu nie wyrządzam, chociaż stoi wówczas zdziwiony i nie wie czego od niego chcę. Podobnie jest gdy zwracam się do Dagona ze słowami: „Rzuć okiem na Kori, czy nie wypadła jej butelka z mlekiem”. Ciekawe jest to, że tłumaczyłem już obu nie raz, co oznaczają te zwroty, ale jakoś nie mogą tego pojąć. Chociaż może jest to tylko kwestia wieku, bo Jacek wcale nie jest lepszy. Przybiegł do mnie jednego dnia ze słowotokiem, za którym nie mogłem nadążyć myślą. Zrozumiałem tylko tyle, że Omen coś ode mnie chce.

       – A on buzi nie ma, że sam nie umie powiedzieć? – zapytałem.

       – Omen, pokaż buzię... Nie, nie ma – oświadczył.

    Być może tym razem to on zastosował jakiś trik słowny, a ja wyszedłem na idiotę.

  • Na koniec mogę jeszcze dodać, że ważna jest też odpowiednia dieta. Głównie chodzi o ograniczanie ilości spożywanego cukru i mleka, gdyż składniki te mogą wywoływać u dzieci niepokój i nadpobudliwość. My i nasze dzieci nie mamy z tym najmniejszego problemu. Od lat płatki i musli są zjadane przez dzieci na sucho, a słodycze są racjonowane.

Staramy się jak możemy, chociaż niektórych rzeczy nie przeskoczymy. Choćby coraz silniejszych więzi emocjonalnych z rodziną. Z jednej strony jest to bardzo dobre w procesie zdrowienia, ale musimy mieć świadomość tego, że kiedyś zostaną one zerwane. Nie mam pojęcia, czy będą one na tyle prawidłowe, że spowodują bezpieczne przejście do nowej rodziny. Być może proces pójścia do nowego domu będzie musiał wyglądać inaczej, niż praktykujemy to do tej pory.

Jeżeli jednak nie ma możliwości znalezienia rodziny na zawsze, a do tego wciąż w grze jest prawdopodobieństwo powrotu do mamy biologicznej – staramy się nie naciskać na znalezienie kolejnej rodziny przystankowej.
Zresztą w ogólnym rozrachunku jest coraz lepiej. Być może jest to kwestia przyzwyczajenia. Nie wiem, ale jestem coraz bardziej cierpliwy i coraz mniej irytują mnie pytania w stylu:

   – Gdzie jest ciocia?
    Poszła siku.
   – A dlaczego?

Albo wymuszanie wszystkiego w myśl zasady „bo ja chcę”, bez słuchania argumentów, bez próby zrozumienia czegokolwiek.

Przyzwyczaiłem się też do tego, że Omen nadal nie za bardzo wie, gdzie jest śmietnik, a piżamę wciąż zamiast na wieszak, wrzuca do pojemnika na brudną bieliznę. Przyzwyczaiłem się do wielu rzeczy.

Dołączę jeszcze opis z ostatniego posiedzenia zespołu. Najciekawsze jest to, że chociaż jest on całkiem „świeży”, to wiele spraw jest już nieaktualnych. Wszystko zmienia się w tak szybkim tempie, że trudno jest przewidzieć cokolwiek w perspektywie dłuższej, niż kilka dni.

Omen i Dagon – 3 lata i 8 miesięcy

Ocena dzieci na podstawie obserwacji opiekunów

Sytuacja zdrowotna

W sensie fizycznym, nie mamy zastrzeżeń do stanu zdrowia obu chłopców. Nie chorują. Nawet rzadko są zasmarkani, chociaż obaj chodzą do przedszkola i są bardziej narażeni na rozmaite infekcje.
Gorzej sytuacja wygląda w sferze psychicznej i emocjonalnej. Niedawno otrzymaliśmy ocenę rozwoju Dagona, opracowaną przez jego terapeutkę, która jest pedagogiem specjalnym, logopedą i terapeutą integracji sensorycznej. Wcześniej diagnozowaliśmy Omena i to z nim kilka miesięcy temu rozpoczęliśmy terapię, którą można nazwać wczesnym wspomaganiem rozwoju. Dagon wydawał nam się dzieckiem dużo lepiej funkcjonującym w rozmaitych aspektach. Wprawdzie był bardziej żywiołowy i trudniejszy we współżyciu, to jednak jego zachowania wydawały się bardziej naturalne i łatwiej udawało się je zinterpretować. Przede wszystkim nie dało się zauważyć jakichkolwiek zaburzeń w kwestiach przywiązaniowych. Dagon był bardzo nieufny w stosunku do obcych osób. Nie przytulał się do nich tak jak Omen, a nawet stronił od podania ręki na powitanie. Nie chciał też wychodzić na spacery z kimś, kogo nie znał – nawet w grupie innych dzieci (w tym ze swoim bratem). Pojawiały się jednak pewne zachowania, które być może dałoby się wytłumaczyć w przypadku dziecka półtorarocznego, ale przy prawie trzylatku były już niepokojące. Dagon od początku pobytu w naszej rodzinie był w opozycji do wszystkiego, co spotykał na swojej drodze. Po kilku miesiącach braku zmian w jego zachowaniu zaczęliśmy tracić nadzieję, że jest to tylko przedłużający się bunt dwulatka.
Zdiagnozowanie chłopca było dużo trudniejsze niż Omena. Razem z terapeutką prowadzącą Omena, podjęliśmy decyzję o rozpoczęciu terapii z Dagonem jeszcze przed rozpoznaniem wszystkich jego deficytów.
Można zatem przyjąć, że ocena Dagona uwzględnia wszystkie jego nietypowe zachowania. Podsumowując ją w kilku zdaniach można powiedzieć, że chłopiec ma zaburzenia w przesyłaniu informacji pochodzących z różnych systemów zmysłowych. Ma dysfunkcje w pracy systemu dotykowego, wzrokowego, słuchowego. Problemy z motoryką dużą i małą oraz koncentracją uwagi. Jednak co w tej opinii wydaje się najważniejsze i tłumaczące zachowania Dagona, to niewygaszone odruchy pierwotne. Chłopiec ma asymetryczny odruch szyjny ATOS, do tego STOS, TOB i parę innych nieprawidłowości, co przekłada się na zaburzenia postawy, równowagi, obniżone napięcie mięśniowe, szybkie męczenie się, trudności w postrzeganiu wzrokowym, słuchowym, dotykowym, brakiem rozumienia poleceń, nadruchliwością i trudnościami w panowaniu nad emocjami. Prościej mówiąc, chłopiec nie do końca odczuwa samego siebie.
Jednak najbardziej niepokojący (z mojego punktu widzenia) jest niewygaszony odruch Moro – co w codziennym życiu dość znacznie odróżnia zachowania Dagona i Omena. Jeżeli nie uda się go wygasić, to w przyszłości chłopiec może ciągle dążyć do zwady z każdym i bez wyraźnego powodu. Aby to przełożyć na świat ludzi dorosłych, terapeutka podała przykład osoby wyskakującej z kijem bejsbolowym do kogoś, kto niechcący zajechał jej drogę jadąc samochodem. Również ciągłe niezdecydowanie chłopca „chcę  nie chcę”, raczej jest wynikiem niewygaszonych odruchów pierwotnych, chociaż jest też dość charakterystyczne dla zachowań autystycznych. Na tę chwilę skupiamy się na pierwszej możliwości. Bardziej interesuje nas jak pomóc chłopcu, niż co jest przyczyną jego zaburzeń. Zdaniem terapeutki Dagon boi się wszystkiego, co jest nowe albo zaskakujące. Z tego powodu Dagon jest nieufny w stosunku do obcych. Lęk przed osobą, której nie zna, jest silniejszy niż chęć przytulenia się do niej. To powoduje również całkiem poprawne zachowania w nowych sytuacjach, jak choćby pierwsze spędzone dni w przedszkolu. Jednak w dłuższej perspektywie wszystko się zmienia. Dagon przestaje skupiać się na zagrożeniach i docierają do niego bodźce, które go rozpraszają – coś co dla przeciętnego człowieka jest niezauważalne. Chłopiec koncentruje się na dochodzącym odgłosie przejeżdżającego kilka kilometrów dalej pociągu, ledwie słyszalnym szczekaniu psa za oknem, albo dochodzącym zapachu gotującego się obiadu.
W chwili obecnej szczególną wagę przywiązujemy do częstych zajęć terapeutycznych. Jeżeli z jakichś powodów mają one wypaść, to termin przysługujący Omenowi przydzielamy Dagonowi. Bacznie zwracamy uwagę na nasze zachowanie w stosunku do Dagona. Wszystko powinniśmy robić mocno i jednoznacznie. Głaskanie zamieniamy na mocne uciskanie (na przykład ramion albo głowy) i nie dotykamy go w części ciała, których nie widzi. Zwyczajne głaskanie jest dla chłopca niezrozumiałe, ponieważ odbiera je jako naprzemienne zbliżanie i oddalanie się. Wysyłamy jakby sprzeczne sygnały – Dagon nie rozumie, czy chcemy go przytulić, czy odtrącić.

Funkcjonowanie dziecka w domu

Gdyby spojrzeć na chłopców z perspektywy prawie rocznego pobytu w naszym domu, to niewątpliwie nastąpiła ogromna zmiana na lepsze. Kiedyś obaj wypowiadali pojedyncze, jednosylabowe wyrazy, a zdania budowali najwyżej z trzech słów. W tej chwili zarówno Omen jak i Dagon, mówią pełnymi zdaniami, chociaż jeszcze niezupełnie wyraźnie. Z Omenem można się swobodnie porozumieć. Chłopiec jest coraz mądrzejszy, można się z nim na coś umówić i wytłumaczyć mu wiele spraw. Dagon mimo dość dużego zasobu słów, mówi jakby bez sensu. Pytania, które zadaje są niedorzeczne, a odpowiedzi ni w pięć, ni w dziewięć.

Omen potrafi zająć się sobą – ułożyć puzzle, zbudować dom z klocków, obejrzeć książeczkę, czy pobawić się zabawkami. W przeciwieństwie do niego, aktywności Dagona są krótkotrwałe. Nie umie on skoncentrować się na jednej czynności. Wszystko co bierze do ręki – niszczy. Książeczki drze, układanki zgniata, a wystające elementy zabawek obgryza. Nie potrafi przewidywać (w przerwie między bajkami w telewizji zaczyna płakać: „nie ma bajki!!!”) i zapamiętywać (na przykład w kółko powtarza: „gdzie jest ciocia?”). Nadal ciągle jest w opozycji do wszystkiego, łącznie z samym sobą. Konieczność podjęcia jakiejkolwiek decyzji prowadzi do przynajmniej kilkuminutowego buntu, na który jedynym sposobem jest ignorowanie zachowania i nie wchodzenie z chłopcem w dyskusję. Ostatnio taki atak wściekłości trwał prawie dwie godziny, zaczynając się jak zwykle od niewinnej wymiany zdań:

   – Załóż spodnie.

   – Nie.
    No to nie.
   – Ale ja chcę.
   – To załóż.
   – Nie chcę.

Ignorowanie powoduje, że chłopiec zaczyna wykłócać się sam z sobą, co chwilę zmieniając zdanie. W końcu jednak milknie. I to nagle. Dyskutowanie z nim powoduje coraz większy wzrost poziomu emocji, co w przypadku Dagona przekłada się na wzrost poziomu lęku, a to zwiększa ilość wydzielanego kortyzolu i spirala coraz bardziej się nakręca. Sugerowane przez terapeutkę uciskanie ramion i głowy działało przez jeden dzień, gdy jeszcze było czymś nowym i zaskakującym.

Takich okresów rozdrażnienia jest przynajmniej kilka w ciągu dnia, a powodem do zainicjowania pierwszego „nie chcę” jest najczęściej drobiazg – na przykład przesunięcie talerzyka podczas jedzenia kolacji.

Chłopcy bardzo ładnie śpią. W stosunku do sytuacji sprzed roku, widzimy tutaj ogromny postęp. Omen nie budzi już się już z krzykiem po kilka razy w nocy i nie wychodzi z łóżeczka w poszukiwaniu nie wiadomo czego. Dagon po przebudzeniu opuszcza łóżeczko w celu znalezienia jakiejś książeczki, po czym ponownie do niego wchodzi i drze książeczkę w drobny mak. Próbowaliśmy kiedyś chować przed nim wszystkie książki, ale przynosiło to jeszcze gorszy skutek, bo chłopiec popisywał się jeszcze gorszym zachowaniem, a do tego wydzierał się na całe gardło: „ciocia!!!”, albo: „wujek!!!”. Niestety kończy nam się zasób mocno wyeksploatowanych książeczek, więc czasami podrzucamy mu egzemplarze po pierwszym darciu – nawet daje się nabrać.

Bracia śpią sami w jednym pokoju. Nie wymagają już tak jak kiedyś, aby spał z nimi ktoś z opiekunów.

Ogromny postęp nastąpił w sferze przywiązania. Obaj chłopcy tęsknią za nami gdy nas nie ma, wspominają nas i pytają kiedy wrócimy.

Nie ma żadnych problemów z jedzeniem. Chłopcy jedzą raz lepiej, raz gorzej, ale w ogólnym rozrachunku – dużo. Dagon ma szansę zostać wegetarianinem, a Omen wprost przeciwnie. Teraz, gdy są jedynymi dziećmi przy stole, świetnie spisuje się tak zwany szwedzki stół, czyli taca z różnorodnymi wiktuałami. Każdy wybiera co chce i nie ma obawy, że chłopcy wyjedzą wszystko innym dzieciom. Najwyżej Dagon Omenowi, bo ten drugi ze swoją angielską flegmą je przynajmniej dwa razy wolniej. Ale głodny żaden nie jest, gdyż na końcu zawsze jakieś kawałki kanapek zostają. Najwyżej są już pozbawione obkładu.
W kwestii higieny jest dużo gorzej. Obaj bracia wciąż mają jakąś fobię przed obcinaniem paznokci, włosów i myciem głowy. Chociaż w przypadku Omena jest już dużo lepiej niż było kiedyś. Największą sztuką jest umycie głowy Dagonowi. Krzyczy, rzuca się, a potem przez tydzień wciąż chodzi po domu i marudzi: „nie myjemy głowy, nie myjemy głowy, nie myjemy głowy”. Dlatego staramy się go (i siebie) nie stresować za bardzo i mycie głowy jest nie częściej niż raz na dwa tygodnie. Niestety powoduje to, że nijak nie możemy pozbyć się ciemieniuchy, którą chłopiec ma od samego początku pobytu w naszej rodzinie. Czasami się zastanawiam, czy nie jest to przypadkiem jakieś przebarwienie skóry, ale trudno to sprawdzić. Dagon gdy tylko wyczuje nasze intencje, nie pozwala się do siebie zbliżyć nawet na krok.
Najciekawsze jest to, że chłopcy bardzo lubią pluskać się w wannie. Nawet wylewają sobie (to znaczy wzajemnie) wodę na głowę i jakoś nic się nie dzieje. Myć się nie potrafią, chociaż doskonale wiedzą, że jak sami tego dobrze nie zrobią, to będę musiał poprawić – czego bardzo nie lubią. Mycie przez nich polega na dotykaniu wyciśniętą niemal do sucha gąbką okolic brody. Za to całkiem dobrze myją zęby. Niestety mimo to, wybieramy się z Omenem do dentysty, gdyż dwa zęby ma zepsute. Nie wiadomo co z tego wyjdzie, ponieważ prawdopodobieństwo, że się zatnie i nie otworzy buzi wynosi prawie sto procent.

Kiepsko jest też z umiejętnością uczenia się. Omen lepiej rozróżnia kolory, nazywa zwierzęta, czy figury – ale szału nie ma. Dagon jakby nie rozumiał, czego od niego oczekujemy. W najlepszym razie powtarza to, co mówi Omen.

Chłopcy teoretycznie potrafią się już rozebrać i ubrać. W praktyce wygląda to różnie. Dagon jak się zatnie z tym swoim „tak-nie”, to nie pozostaje nic innego jak włożenie między bajki idei podążania za dzieckiem i szybkie ubranie go bez zbędnych ceregieli. Flegmatyczny Omen pięć rzeczy ubiera przez pół godziny, pytając przy każdej skarpetce: „dobrze?”, a próbując włożyć rękę do rękawa wygląda jak pies goniący swój ogon.
Znaczny postęp widzimy w temacie korzystania z nocnika. Dagon wprawdzie jeszcze przez cały dzień chodzi z pieluchą, ale już zaczął rozumieć, że nocnik nie służy do posiedzenia i zanim usiądzie to ją ściąga. Nie zawsze (a nawet rzadko) uda mu się zrobić to co zamierza, ale jest dużo lepiej niż kiedyś. Musimy tylko pilnować jak się ubiera, bo podciągając pieluchę zapomina schować siusiaka i potem jest ambaras.
Omen w ciągu dnia chodzi już bez pieluchy, a wpadki są sporadyczne.

Bracia uczęszczają do przedszkola i na razie jest całkiem dobrze. Z Omenem nie ma żadnych problemów, a Dagon zaczyna czuć się coraz bezpieczniej. Niestety oznacza to, że panie wychowawczynie zaczynają mówić, że jest uparty i przechodzi okres buntu. Chyba nie mają jeszcze świadomości, że prawdopodobnie będzie się to nasilać, gdyż zachowania chłopca z buntem dwulatka mają niewiele wspólnego. Niewykluczone, że w którymś momencie ktoś stwierdzi, że Dagon burzy plan pracy grupy i do przedszkola się nie nadaje.

Rozwój fizyczny jest jako taki. Przez długi czas wydawało się, że w tym względzie nie powinno być zastrzeżeń, ponieważ chłopcy są bardzo ruchliwi i potrafią wejść wszędzie. A nawet zejść, co niektórym dzieciom w ich wieku nie zawsze się udaje. Ale jednak ta ich ruchliwość jest nieco koślawa. Chłopcy nie potrafią utrzymać równowagi i często się przewracają bez większego powodu. Jednego dnia nagle usłyszałem głośny łomot. Spojrzałem i zobaczyłem leżącego na podłodze Omena. Co robiłeś? – zapytałem. Stałem – odpowiedział. Myślę, że mówił prawdę, bo Dagona nie było w pobliżu. W każdym razie przyczyn tej niezdarności mamy upatrywać również w niewygaszonych odruchach pierwotnych i zaburzeniach integracji sensorycznej.

Podsumowując, Omen staje się coraz bardziej sympatyczny, przewidywalny i pogodny. Nie płacze już z byle powodu jak dawniej.

Dagon ciągle uchodzi za rozbójnika. W przedszkolu jeszcze nie słyszeliśmy skarg, ale w domu ciągle zaczepia Omena – zabiera mu zabawki, uderza znienacka i bez powodu.
Jeszcze jedna ciekawa sytuacja. Pewnego dnia Dagon zdjął pieluchę i zrobił kupę na środku pokoju. Zaciekawiła go do tego stopnia, że wdepnął w nią nogą w skarpetce i rozdeptał dalej po całym pokoju. Coś mu jednak nie pasowało, ponieważ w następnym kroku, próbował wyczyścić skarpetkę ręką. Chyba przypadkowo podrapał się po nosie, a nieciekawy zapach spowodował, że chciał go usunąć i ostatecznie rozsmarował kupę po całej twarzy.
No i wbrew pozorom było to całkiem normalne, rozwojowe zachowanie. Zdarzyło się tylko raz. Dagon zaspokoił swoją ciekawość i powtarzać tego nie próbuje.

Kontakty z rodzicami biologicznymi

Chłopcy spotykają się ze swoją mamą średnio co dwa tygodnie. Wiedzą, że jest to ich mama, ale pomiędzy spotkaniami nigdy jej nie wspominają. Kontakty nie wpływają w żaden sposób na zachowania braci ani w krótkim, ani w długim terminie. Jadą na spotkanie z radością, bo wiedzą, że będzie fajna zabawa. Potem jakby o wszystkim nagle zapominają.


piątek, 21 października 2022

MORTUS

 


Było krótko przed północą, gdy zadzwonił telefon. Po drugiej stronie odezwała się osoba, która przedstawiła się jako kurator sądowy z naszego powiatu. Została wezwana przez policję do interwencji w jednym z mieszkań. Dla dwójki starszych dzieci udało już jej się znaleźć miejsce w placówce. Pozostał tylko „on” – ośmiomiesięczny chłopiec o imieniu Mortus. Był za mały, aby pójść razem z rodzeństwem. Trzeba było znaleźć dla niego rodzinę.

Jesteśmy pogotowiem rodzinnym już ponad dziewięć lat i jak do tej pory jeszcze nie przywieziono nam dziecka w środku nocy. Odnoszę wrażenie, że nasze numery telefonów nie są znane policji, bo do innych znanych nam pogotowi, co jakiś czas ktoś dzwoni. My w dotychczasowej historii mieliśmy zaledwie kilka próśb o przyjęcie interwencyjne. Najczęściej jednak odbijaliśmy piłeczkę – a to byliśmy przepełnieni, a to dzieci były zbyt duże, było ich zbyt wiele na raz, albo pochodziły z innego powiatu. W ostateczności dzieci znajdowały miejsce na tę jedną noc w ośrodku interwencji kryzysowej, który również do tego jest powołany. Tym razem trudno było odmówić. Mieliśmy zaledwie trójkę dzieci pod opieką, sporo miejsc do spania, a do tego chłopiec wiekowo jak ulał pasował do naszego towarzystwa. Na wszelki wypadek skonsultowaliśmy się z naszą koordynatorką, bo pewnie jak mało które pogotowie, możemy do niej dzwonić o każdej porze dnia i nocy.

Można powiedzieć, że była to sytuacja jakich wiele. Jedna z tych, których nie da się liczyć na palcach jednej ręki. Tylko media, gdy czasami opisują przypadek dziecka przebywającego pod opieką pijanej matki, uznają to za temat roku i coś zdumiewającego, zdarzającego się bardzo rzadko. Niestety jest to chleb powszedni pieczy zastępczej i stały element kronik policyjnych.

Jest jednak coś, co akurat tę sytuację wyróżnia spośród wielu podobnych. I niestety raczej w negatywnym znaczeniu.

Szybko okazało się, że chłopiec niestety nie pochodzi z naszego powiatu i rejonizacja nadal ma się całkiem dobrze. Chociaż, jeżeli chodzi o pogotowia rodzinne, to nie jestem tak do końca negatywnie do tej rejonizacji nastawiony. W każdym razie wyszło na to, że tylko pani kurator jest z naszego powiatu, a dziecko mieszka zupełnie gdzie indziej. Na dobrą sprawę nie mam pojęcia dlaczego kuratorka podzieliła się z nami tą wiedzą, bo co nas interesuje gdzie ona mieszka. Być może była bardzo zdesperowana i telefon do Majki był jej ostatnią deską ratunku. Ale pewnie dobrze wiedziała jak to się musi zakończyć – chłopiec ostatecznie zostanie przeniesiony do rodziny ze swojego powiatu. Ku mojemu zdziwieniu, wszystko odbyło się błyskawicznie. Powiat ościenny w ciągu jednego dnia znalazł chętnych rodziców zastępczych. Od tego momentu pałeczkę sztafety przejął sąd. Pracę do wykonania miał bardzo prostą. Wystarczyło napisać pismo, w którym dokonano by zmiany zabezpieczenia z jednej rodziny na drugą, podpisać je i wysłać do adresatów. Wydawało się, że skoro w ciągu jednego dnia dostaliśmy decyzję o umieszczeniu chłopca u nas, to również w ciągu jednego dnia będzie decyzja o jego przeniesieniu. Nie będę już tłumaczył, że ze względu na dobro chłopca, czas miał niemałe znaczenie. Minął jednak dzień, potem drugi, trzeci. Rozpoczęło się wydzwanianie do sądu przez rozmaite osoby, gdyż każdemu zależało, aby sprawę szybko zamknąć. Sąd pochylał się nad trudną sytuacją i za każdym razem odpowiadał: „dzisiaj, najdalej jutro”. To pochylanie się trwało równo trzynaście dni. Mortus odszedł do podobnej rodziny jaką jesteśmy my – pogotowia rodzinnego. Tyle, że z jego powiatu. Ale żeby było jeszcze ciekawiej, okazało się, że już jakiś czas temu była wydana przez sąd decyzja o umieszczeniu chłopca w rodzinnej pieczy zastępczej. Raczej na stałe, gdyż stopień demoralizacji rodziców nie dawał większych szans na wyjście z dołka. Nie wiemy dlaczego Mortus wciąż tkwił w domu rodzinnym. Być może nie było chętnych, a może szukano rodziców dla całej trójki w myśl idei nierozdzielania rodzeństw. Skończyło się jak skończyło, chociaż chłopiec od kilku tygodni (a może i miesięcy, bo nie mamy takiej wiedzy) mógł być w rodzinie, z której nigdy i nigdzie nie byłby przenoszony. W obecnym domu też pewnie długo miejsca nie zagrzeje. Oby... bo rekord przebywania dziecka w tym pogotowiu, to aż sześć lat. Wydaje się niemożliwe.

Opiszę jeszcze jak wyglądał pobyt Mortusa w naszej rodzinie.

Chłopiec przywitał nas z uśmiechem na twarzy. Gdy Majka wypełniała niezbędne dokumenty z panią kurator, siedział u mnie na kolanach i był żywo zainteresowany wszystkim co działo się dookoła. Najgorsze było to, że zupełnie nic o nim nie wiedzieliśmy. Nie znaliśmy jego zwyczajów, ani nawet czym jest karmiony. Nie miał z sobą torby z najpotrzebniejszymi rzeczami, za to jakimś dziwnym trafem przywiózł książeczkę zdrowia. Tyle, że była ona dziewicza. Poza wpisami ze szpitala położniczego, nie było w niej nic.
Stwierdziliśmy, że najprawdopodobniej przed snem pije jakieś mleko, a skoro pora była bardzo późna, to najwyższy czas pójść spać. Majka powiedziała do mnie: „Połóż go w łóżeczku Einsteina” (chłopca, którego niby nie ma, a niby jeszcze jest – ale o tym innym razem). Tak też zrobiłem. No i zupełnie przez przypadek spędziłem z Mortusem pierwszą noc w jego nowym domu. Zazwyczaj bierze to na siebie Majka, a ja ogarniam maluchy, które są mi już dobrze znane. Do tego dla większości dzieci, ciocia jest dużo łatwiej przyswajalna niż wujek. Przynajmniej na tym początkowym etapie.
Stało się tak po raz drugi w mojej historii. Pierwszy raz podobna sytuacja miała miejsce gdy przyszła do nas Shirley. Gdy wkładałem ją do łóżeczka, ta natychmiast z niego wyskakiwała głową w dół. Pozostałem więc z nią na całą noc, aby nie zrobiła sobie krzywdy. Mortus aż tak rozwinięty jeszcze nie był, ale gdy kładłem go na plecach i podawałem butelkę z mlekiem, to natychmiast wstawał i krzyczał na całe gardło. Po kilku nieudanych próbach postanowiłem położyć się na łóżku obok i wziąć go do siebie. Naiwnie myślałem, że będzie chciał się przytulić i szybko zaśnie. Niestety nic z tego nie wychodziło. Mleka pić nie chciał, za to telepał się po całym łóżku, co chwilę pokrzykując. Nie mogąc zasnąć, zastanawiałem się co on może czuć. Niestety dochodziłem do smutnych konkluzji. Gdyby mnie ktoś brutalnie wyrwał z łóżka Majki i wsadził pod kołdrę z jakimś obcym facetem wciskającym w usta butelkę z ohydnym mlekiem – też nie byłbym zachwycony. Być może chłopiec miał w zwyczaju zasypiać w objęciach mamy. Ostatecznie, jaka by ona nie była, to mimo wszystko była. Z jego perspektywy zapewne miła, ważna i jedyna. Chłopiec zasnął dopiero nad ranem, gdy Omen z Dagonem zaczęli budzić się do przedszkola.
Kolejne dni odkrywały przed nami coraz więcej zachowań Mortusa, co pozwalało nam tworzyć swego rodzaju emocjonalną konstrukcję chłopca. Mleko, które podaliśmy mu pierwszej nocy jednak mu smakowało. Co więcej, było jedynym jedzeniem, które chłopiec akceptował. Odrzucał wszystkie inne potrawy należące do podstawowej diety ośmiomiesięcznego niemowlaka. Zupełnie nie był zainteresowany obiadkami (o różnej konsystencji), kaszką, bananem, arbuzem, rozgniecionymi ziemniakami, czy chlebem. Nawet chrupki kukurydziane traktował jak zabawkę – brał je do buzi, ale dziwił się gdy zaczynały się lepić i je wyrzucał. Jedynym alternatywnym i chętnie zjadanym pokarmem był mus owocowy. Ale tylko wyciskany z tubki wprost do buzi. Podany na łyżeczce był odtrącany.
Ciekawe też były inne nawyki żywieniowe. Chłopiec jadł nie rzadziej niż co trzy godziny. Zachowywał się w tym względzie prawie jak noworodek. Już nawet czteromiesięczna Kori potrafi w nocy zrobić sobie sześcio, a nawet ośmiogodzinną przerwę. Mortusowi było wszystko jedno czy był dzień, czy była noc. Co trzy godziny miał okres aktywności i musiał się najeść. Nie wiem, czy w przypadku tak małego dziecka można mówić o jedzeniu kompulsywnym, ale chłopiec jakby chciał najadać się na zapas. Jakby nie chciał dopuścić do tego, aby choć przez chwilę być głodnym (a w zasadzie nie być sytym). Być może wynikało to z jego dotychczasowych doświadczeń, gdyż podobno wiele razy przez dłuższy czas nie dostawał nic do jedzenia.
Mortus spał tylko na brzuchu i nawet w tej pozycji pił mleko z butelki. Dziwnie wykręcał głowę i jakoś udawało mu się wysączyć każdą kroplę. Dlatego pierwszej nocy tak bardzo sprzeciwiał się, gdy kładłem go na plecach.
W ciągu dnia nie było źle. Chłopiec po każdym przebudzeniu domagał się butelki z mlekiem (którą tym razem wypijał leżąc na plecach) i przez mniej więcej dwie godziny był pogodny. A nawet samowystarczalny, bo jakoś nie przepadał za braniem go na kolana i przytulaniem. Chodził na czworaka po całym pokoju, bawił się leżącymi na podłodze zabawkami i próbował ściągać wszystko co było w jego zasięgu, stając na dwóch nogach. Pod tym względem był niesamowity. Aby dojść do upatrzonego przedmiotu, potrafił zrobić kilka kroków wzdłuż stołu, albo tapczanu.

Najgorsze były noce. Licząc, że każda kolejna będzie tą ostatnią, nie chcieliśmy chłopcu co chwilę czegoś zmieniać. Spał zatem razem ze mną w jednym łóżku, podobnie jak pierwszej nocy. Raz było lepiej, raz gorzej. Najczęściej gorzej. Zdarzały się noce, gdy Mortus pomiędzy jedzeniem (co te trzy godziny) wcale nie zasypiał, tylko chodził po łóżku. Czasami przy tym marudził, a czasami robił to zupełnie bezdźwięcznie. Nawet się zastanawiałem, czy nie jest to działanie we śnie. To chodzenie było czymś pomiędzy pełzaniem, a czworakowaniem. Chłopiec przypominał samochodzik z wesołego miasteczka. Odbijał się od ściany, ramy łóżka, albo ode mnie i zmieniał kierunek ruchu. Najgorsze były chwile, gdy wdrapywał się na mnie i gdy był już przy samym uchu, zaczynał krzyczeć. Czasami z radości, a czasami z wściekłości. Tak czy inaczej wyrywał mnie brutalnie z półsnu co kilka minut.

Dałem za wygraną na trzy dni przed odejściem Mortusa. Obudziłem Majkę w środku nocy i powiedziałem: „zamieniamy się”. Widząc desperata, nie śmiała odmówić. Spędziłem więc noc w pokoju Kori i po raz pierwszy od ponad tygodnia się wyspałem. Majka też, bo okazało się, że nagle wszystko się zmieniło jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Może nie do końca wszystko, bo częstotliwość jedzenia została bez zmian. Jednak od tej pory, między posiłkami chłopiec „spał jak niemowlę”. Być może, przez tych pierwszych dziesięć dni, usilnie chciał mi powiedzieć, że woli tą panią, którą widuje za dnia.

Na przyszłość będę już mądrzejszy.