piątek, 24 stycznia 2020

--- W krainie Morfeusza






Przechadzam się alejkami osiedla, na którym mieszkałem w dzieciństwie. Po ponad czterdziestu latach, wszystko wygląda dokładnie tak samo jak kiedyś. Takie same budynki, takie same place zabaw. Nawet dziura w asfalcie, do której kulaliśmy korale, jakby ta sama. Tylko wszystko jakieś takie rudo brązowe. Palą się latarnie, chociaż przecież jest dzień. To zapewne smog, o którym co chwilę gdzieś czytam.
Dochodzę do bloku, w którym mieszkałem jako kilkulatek. Mijam klatkę 39 i stoję przy 41, w której mieści się moje dawne mieszkanie... mój dawny dom. W oddali widzę numer 45... nic się nie zmieniło. Podchodzę do drzwi wejściowych. Nie wiem dlaczego dziwię się, że nie ma domofonu, ani listy numerów mieszkań z pustymi okienkami, w których powinny być nazwiska. Ciekawe kto teraz mieszka w moim mieszkaniu sprzed lat. Wchodzę... Jestem już na pierwszym piętrze, gdy uświadamiam sobie, że zapewne na ścianie przy wejściu, jak dawniej wisi lista lokatorów. Nieważne, zatrzymam się przy niej, gdy będę schodził. Idę na trzecie piętro. Nie chcę dzwonić do drzwi, nie chcę z nikim rozmawiać. Wystarcza mi to, że jestem tutaj, w tym klimacie z lat sześćdziesiątych. Jestem już na drugim piętrze. Została mi do pokonania tylko jeszcze jedna kondygnacja. Nie spieszę się. Schody są tutaj szerokie i bardzo łagodnie się po nich wspinam. Za chwilę będzie jeszcze kawałek prostej. To coś w rodzaju antresoli. Poziom, z którego widzę schody w dół i w górę. Bardzo dziwnie się kiedyś budowało... powiedzmy inaczej. Dochodzę do korytarza, w którym jest sześć par drzwi. Jedne otwierają moje dawne mieszkanie. Jednak coś mi nie pasuje. Nie ma już schodów prowadzących na czwarte piętro. Jak to możliwe, że przegapiłem trzecie? Śmieję się z mojego roztargnienia, bo rzymska czwórka na ścianie potwierdza, że jestem na ostatnim piętrze. Ktoś wychodzi zza jednych drzwi. Mówimy sobie „dzień dobry” i facet schodzi na dół. O nic mnie nie pyta i nie dziwi się, co ja tutaj robię. A przecież wcale się nie znamy.
Wracam schodami w dół na moje piętro. Jednak... nie ma mojego piętra. Na ścianie jak wół jest narysowana rzymska dwójka. Tym razem na pewno niczego nie pomyliłem. Zaczynam czuć jakiś dziwny niepokój... coś jest nie tak. Brakuje trzeciego piętra. Zbiegam szybko do wyjścia, zupełnie zapominając o liście lokatorów, przy której chciałem się zatrzymać. Lęk zaczyna narastać. Zaczynam biec w kierunku klatki 45. Tam mieszkał mój kolega. Dochodzę do niej, jednak jakaś siła każe mi wrócić. Cofam się i z niedowierzaniem stwierdzam, że wejścia 41 już nie ma. Został po nim tylko właz w chodniku. Taki jak do kanalizacji na ulicy. Długo się nie namyślam i biegnę do samochodu, który zaparkowałem na tym samym parkingu, na którym mój tato kiedyś parkował syrenkę. Dobrze pamiętam gdzie go zostawiłem... ale go tam nie ma. Nagle czuję przejmujące gorąco. Zewsząd wydobywa się para, a chodnik zaczyna parzyć mnie w stopy. Biegnę do najbliższego budynku. Może uda mi się wskoczyć na parapet jakiegoś okna. Dotykam ściany. Jest miękka i gorąca. Krzyczę z bólu, a moja ręka jest cała zwęglona. Rozgrzany do czerwoności chodnik zaczyna mnie wciągać. Uświadamiam sobie, że to już jest koniec.

Oczywiście nie był to koniec, gdyż bym tego dzisiaj nie opisał. Jednak obudziłem się cały mokry i chociaż doskonale wiedziałem, że był to tylko sen, do rana już nie mogłem zasnąć.

Może jeszcze jeden przykład.

Sceneria bardzo podobna jeżeli chodzi o ciemnobrązowe barwy. Niby dzień, a jednak noc. Wchodzę do budynku, który bardzo przypomina amerykańskie drapacze chmur z początku poprzedniego wieku. Zwłaszcza windy są bardzo charakterystyczne. Jednak nic mnie nie dziwi. Doskonale wiem gdzie jestem i do którego pokoju się udaję. Wysiadam na siódmym piętrze i stwierdzam, że chyba jednak coś mi się pomyliło. Wszystko wygląda zupełnie inaczej, niż miało wyglądać. Próbuję zejść schodami, wychodząc z założenia, że pojechałem za wysoko. Niestety niższe kondygnacje też nie przypominają mi miejsca, do którego zmierzam. Postanawiam dojść do windy, zjechać na dół i zacząć wszystko od początku. Wprawdzie winda nie wygląda już tak jak ta, którą wjechałem na górę, ale jest. I jedzie ze mną na dół. Wychodzę z budynku. Nie znam tej ulicy. Próbuję obejść dookoła, licząc że może wyszedłem innymi drzwiami niż zawsze. Jednak każda z ulic, którymi idę, niczego mi nie przypomina. Nie znam mijanych budynków. Po torach przemykają jakieś futurystyczne pojazdy na szynach. Myślę sobie, co to jest? Pociągi, tramwaje, metro? Próbuję sobie przypomnieć nazwę ulicy, której szukam... jakiejkolwiek ulicy. Nic nie pamiętam. Zresztą nie ma to większego znaczenia, bo wokół nie ma ani jednego człowieka. Dochodzę do jakiegoś placu, który pokrywa gruba warstwa błota. Chcę zawrócić, ale błoto jest już wszędzie. Znowu się budzę i znowu ten sen nie pozwala mi zasnąć do rana.

Utkwiła mi w pamięci jeszcze końcówka innego snu, który kolorystyką wpisuje się w tę samą serię.

Wychodzę z jakiegoś miejsca, którego zupełnie nie pamiętam. Może jest to schron, a może mój dom we wnętrzu Ziemi. Tak czy inaczej, raczej nie mam dobrych wspomnień z nim związanych. Widzę grupkę ludzi stojących nad brzegiem jakiejś wody, która ciągnie się aż po horyzont. Na niebie są trzy słońca, które jednak nie oświetlają wszystkiego jak należy. Jest to zatem albo wschód, albo zachód. Zadaję tym ludziom jakieś pytania, ale nikt nie zwraca na mnie uwagi... wszyscy patrzą w przestrzeń i wydają się być bardzo szczęśliwi. Zresztą ja też jestem tym w jakiś sposób podekscytowany. Dochodzę do wniosku, że coś się zmienia. Nie wiem, czy na lepsze... ale się zmienia.
Budzę się, lecz tym razem mam ochotę szybko ponownie zasnąć, aby dokończyć śnienie. Nawet mi się udaje, lecz sen nie powraca.

Kolorowe sny też miewam, chociaż w nich najczęściej śni mi się moja praca lub wracam do czasu, gdy chodziłem jeszcze do szkoły. Niestety sny o zabarwieniu erotycznym już dawno mnie opuściły. Zresztą podobnie jak te, w których wypadałem z okna, albo chciałem uciekać samochodem, a on tylko pyr,pyr,pyr.
Miłymi i powtarzalnymi snami są te, w których latam. Są one nawet bardzo logiczne, gdyż wcale nie muszę machać rękami. Wykorzystuję siłę umysłu i jakieś fale. Nie są to prądy powietrza. I chociaż nie wiem, czym one są, to nauczyłem się nad nimi panować.

Próbowałem doszukać się jakichś informacji na temat śnienia dzieci, ponieważ mam całkiem ciekawe obserwacje z tym związane. Na razie moja grupa badawcza nie jest zbyt duża (raptem siedem osób), ale z pewnością będzie się ona powiększać.
Niestety większość materiałów, do których dotarłem raczej poruszała temat dobrego snu, czyli dotyczyła kolacji, wieczornego wyciszenia, rezygnacji z bajek w telewizji i tym podobnych rzeczy.
Śnienie jest chyba materią stosunkowo słabo poznaną, chociaż wiadomo, że śnią również maluchy w brzuchu mamy. Na podstawie tego, że ruch źrenic dziecka i mamy w ciąży jest niemal identyczny, wysnuto przypuszczenie, że oboje śnią o tym samym. Nie chodzi jednak o to, że jak mamie śni się mąż, to dziecku jego tata, tylko o zabarwienie emocjonalne tego snu. Gdy mama we śnie przeżywa lęk, to dziecko też się boi. Gdy śni jej się coś przyjemnego... to dziecku również. Jakie sny mają niemowlaki i dzieci kilkuletnie? Podobno wszystko jest związane ze stanem emocjonalnym i tym, co dzieje się na jawie. Dzieciom przede wszystkim śni się najbliższa rodzina, więc koszmary senne związane są głównie z występującymi w niej napięciami (krzykami, awanturami). Podobno chłopcom częściej niż dziewczynkom, śnią się potwory z bajek.
W okresie szkolnym tematyka snów zaczyna wychodzić poza życie rodzinne. Większą rolę odgrywają w nich koledzy i nauczyciele. Czy to oznacza, że dobry uczeń ma same przyjemne sny? Niekoniecznie. Może mu się śnić, że dostał jedynkę, zawiódł swoją panią i nie zadowolił rodziców.

Przejdę do naszych dzieci. Romulus i Balbina śpią snem nieprzerwanym. Z pewnością nie oznacza to, że nic im się nie śni. Czy możliwe, aby ich sny były tylko piękne? Takie, które nie powodują wybudzenia, nagłego kołatania serca, strachu?
Taki sam był też Kapsel. Całą trójkę łączy to, że są to dzieci, które bardzo uzewnętrzniają swoje emocje w ciągu dnia. Potrafią kogoś uderzyć, ugryźć, rzucić klockiem, krzesłem, zniszczyć coś... nawet swoją ulubioną zabawkę. Bywa, że przed spaniem szaleją, ale gdy zasną... śpią do rana. Łączy ich jeszcze jedna rzecz. Każde z tych dzieci ma (miało – Kapsel) zakładaną pieluchę na noc. Nad ranem Kapsel zawsze miał mokrą, Balbina też, a Romulus przeważnie.
Czasami ktoś zadaje pytanie, czy dziecko kontroluje swoje potrzeby fizjologiczne w nocy?
Ale co to w zasadzie oznacza? Przecież ja też nie kontroluję swoich potrzeb jak śpię. Robi to za mnie mój organizm. Może gdyby nic mi się nie śniło przez całą noc i bym się nie budził, to też zwyczajnie zlałbym się w łóżko.


Remus budzi się dość często. Ponieważ elektroniczna niania leży tuż przy mojej głowie, wiem że jego noc nie zawsze jest spokojna. Chłopiec czasami chwilę popłacze i zasypia dalej. Bywa jednak, że zaczyna mnie wołać. Nie potrafi odpowiedzieć na pytanie, co mu się śni. W środku nocy staram się go nie wypytywać, a nad ranem nawet nie pamięta, że do niego przychodziłem. Przypuszczam, że często po przebudzeniu z koszmarnego snu, wraca do niego ponownie gdy natychmiast zaśnie. Nie pomaga pogłaskanie, buziak, ani ciepłe słowo. Musi zostać wybudzony na dobre. Stawiam go wówczas do pionu i idziemy zrobić siku. Czasami wcale mu się nie chce, ale w tym momencie nie o to chodzi.
Chociaż bywają sytuacje, gdy zwyczajnie chłopak mnie sprawdza. Przed spaniem zawsze się upewnia, czy aby na pewno przez cały czas będę w pokoju obok. Nie jest to prawdą, ponieważ śpię w sypialni na parterze. Trochę jest to męczące, bo jak tylko nad ranem usłyszę, że chłopcy się obudzili, biegnę na górę, aby Remus po wyjściu z pokoju zobaczył mnie w mojej pracowni. A jeszcze gorzej, gdy chłopak ma ochotę powiedzieć "sprawdzam" w środku nocy. Nawet dzisiaj o 3:15 miała miejsce następująca wymiana zdań:

- Wujku! Wujku! Wujku! Wuuuuuujku!
- Co się dzieje Remus, dlaczego mnie wołasz?
- Chciałem ci powiedzieć, że cię kocham.
- I dlatego musisz mnie budzić w środku nocy?
- Tak, resztę ci powiem rano.

Ptyś miał podobne zachowania na samym początku pobytu w naszej rodzinie. Tyle, że on wołał ciocię. Też nie chciał powiedzieć co mu się śni, ale bał się ciemności (chociaż zasypiał o ciemku). Wystarczyło wówczas zapalenia światła w korytarzu, a nawet odsunięcie rolety, powodujące że latarnia przy ulicy oświetliła fragment ściany. Teraz jest już o wiele lepiej, chociaż chłopiec nadal śpi dużo mniej spokojnie, niż jego siostra Balbina.

Podobnie zachowywała się kiedyś Sasetka i Reflux. To też były dzieci, które śniły a ich sny powodowały wybudzenie. To też były dzieci, które potrzebowały w nocy przytulenia. To też były dzieci bardzo wrażliwe, nieco introwertyczne, ale jednocześnie świetnie rozwinięte społecznie.

Czy sny zależą od charakteru i temperamentu? A może od przeszłości i przeżytych traum?
A może jest zupełnie odwrotnie i to one kształtują człowieka, wpływając na to jak on funkcjonuje? Może to one powodują, że mózg ma okazję zrobić sobie porządek, wyrzucając z siebie rzeczy zbędne... zbędne emocje. I robi to właśnie w środku nocy.
Mnie najbardziej dziwią zachowania Bliźniaków. Mają wspólne geny, tę samą historię. Od prawie dwóch lat żyją w stabilnym środowisku, w którym nikt nikogo nie wyróżnia (przynajmniej tak nam się wydaje). A jednak są tak bardzo różni.


Najlepsze Blogi

piątek, 17 stycznia 2020

--- Obserwacja psychologiczna




Kilka dni temu uświadomiłem sobie, że już niedługo czeka nas kolejne spotkanie z psychologiem, którego zadaniem jest potwierdzenie (albo zanegowanie) naszych zdolności do bycia zawodową rodziną zastępczą.
Dla mnie jest to całkiem dobra praktyka, gdyż niezależnie od tego konkretnego badania, pozwala na przyjrzenie się sobie samemu. Dla nas będzie to już kolejna ocena psychologiczna, więc doskonale wiem, czego mogę się spodziewać. Pewnie będą jakieś testy do wypełnienia, później rozmowa.
Doskonale już wiem, jak należy prawidłowo zaznaczać odpowiednie kwadraty mające potwierdzać moje kompetencje do bycia rodziną zastępczą. Opanowałem mowę ciała, więc będę patrzył w oczy prowadzącej badanie, chociaż najbardziej skupiam się, gdy patrzę w przestrzeń i chodzę w tę i z powrotem. Przy pytaniu: „za to samo przewinienie różnie postępuję, nie reaguję, wymierzam karę, krzyczę”, zapewne zaznaczę odpowiedź sugerującą, że jestem osobą zrównoważoną emocjonalnie. Może będę miał możliwość rozwinąć wątek w bezpośredniej rozmowie.

Jednak prowadzenie tego bloga pozwala mi na dużo więcej. Mogę zajrzeć do swojego wnętrza sprzed prawie dwóch lat... i porównać moje obecne przekonania z tym, o czym myślałem dawniej. W kwietniu 2017 roku napisałem post „Czy warto?”. Wówczas byłem już po badaniu psychologicznym. Podzieliłem moje poglądy na kilka kategorii.
Teraz tego nie zrobię. Nie wiem, czy jestem bardziej chaotyczny, czy bardziej dojrzały w swoich opisach. Nie wiem też, czy bardziej piszę dla siebie, czy może moje wpisy mogą się przydać komuś innemu... wszystko jedno.

Psycholog zapewne zapyta, co było najtrudniejsze w ostatnich dwóch latach.
Dwa lata temu bez zastanowienia odpowiedziałem: „Kapsel”. A teraz?
Teraz też odpowiem „Kapsel”. Nie chodzi jednak o fakt rozstania. Odwiezienie chłopca do domu pomocy społecznej, było dla nas pewnego rodzaju błogosławieństwem. Jednak w tym momencie musiałem przyznać przed samym sobą, że chłopiec zwyczajnie mnie przerósł. Kapsel nie był naszym pierwszym dzieckiem. Mieliśmy już doświadczenie i kilka lat praktyki w byciu rodziną zastępczą. Wydawać by się mogło, że jesteśmy w stanie poradzić sobie emocjonalnie z każdym dzieckiem, że nad każdym potrafimy zapanować, albo chociaż pogodzić się ze swoją niemocą.
Czasami na rozmaitych forach spotykam się z poszukiwaniem rodzin dla różnych dzieci. Wszyscy wychodzą z założenia, że każde dziecko powinno mieszkać w swoim domu... jakimkolwiek domu, jakiejkolwiek rodzinie – byle własnej. My dla Kapsla też poszukiwaliśmy rodziny... może dobrze, że jej nie znaleźliśmy.
Pisałem już wielokrotnie o znanej nam rodzinie zastępczej, która przyjęła pod swój dach chłopca z domu pomocy społecznej. Wydawało się, że znalazł się w tej placówce przez pomyłkę. Był inteligentny, miły... był inny. Niedawno spotkaliśmy się z tą rodziną. Powiedzieli, że gdy chłopiec wróci ponownie do placówki, nie będą czuli potrzeby odwiedzania go i utrzymywania z nim dalszych kontaktów. Ja też nie mam potrzeby odwiedzania Kapsla. Byłem w jego nowym domu zaledwie dwa razy. Majka jeździ częściej, czasami rozmawia z chłopcem przez telefon. Dlaczego to robi? Przecież też najchętniej przesłoniłaby cały nasz wspólny pobyt ciemną kurtyną. Pewnie po części dla samego Kapsla, a po części dla innych, którzy śledzą tę historię. Może też dla samej siebie, bo wydaje jej się, że Kapsel tego potrzebuje. Czy potrzebuje?
Cofnę się do mojej początkowej myśli, gdy wspomniałem o poszukiwaniu rodziny dla chorych lub zaburzonych dzieci poprzez rozmaite strony internetowe. Sam tak robiłem zarówno w przypadku Kapsla, jak też wcześniej Królewny. Teraz mam wątpliwości, czy miało to sens. Czy istnieje rodzina, która potrafi takim dzieciom dać szczęście? Nie na początku... na początku to każda potrafi. Problemy zaczynają się po kilku latach. I to nie z dziećmi, gdyż te dzieci najczęściej niewiele się zmieniają. Po czasie są takie same jak były na początku. To rodzice się zmieniają, albo może bardziej zaczynają dostrzegać coś, na co nie zwracali uwagi kiedyś. Żeby nie zwariować, zaczynają traktować swoją opiekę nad dzieckiem jako misję, posłannictwo które daje szczęście tylko w wymiarze psychologicznym, czy też filozoficznym.
Najciekawsze w moich rozważaniach jest to, że być może się mylę. Nie zmienia to jednak faktu, że jestem przykładem osoby, której wydawało się, że da radę... a nie dała.

Psycholog zapewne zapyta mnie: „co jeszcze było dla ciebie trudne?” Niewątpliwie rozstanie z Ploteczką. Tutaj tylko rozum dążył do jak najszybszego przekazania dziewczynki rodzinie adopcyjnej. Serce pragnęło, aby mama biologiczna dziewczynki odwołała się od decyzji sądu, bo to dawało nadzieję na jeszcze kilka miesięcy wspólnego bycia z sobą. Na szczęście zarówno w moim przypadku jak i Majki, rozum panuje nad sercem.
Z Plotką spotykam się bardzo często. Majka się ze mnie śmiała, że przed wylotem do Kenii zrobiłem dwie najważniejsze dla mnie rzeczy... odwiedziłem swoich rodziców i zaprosiłem do siebie Plotkę. Był to przypadek, ale jak niektórzy mówią „coś jest na rzeczy”. Od tego czasu nie minęło wiele tygodni, a właśnie wróciliśmy z odwiedzin u dziewczynki. Gdy kupowałem dla niej prezent (bo już za parę dni skończy dwa lata), to uświadomiłem sobie, jak już mało o niej wiem. Nie mam pojęcia czym lubi się bawić, czy układa klocki, rysuje, a może lepi z plasteliny. Jednak jej widok sprawia mi ogromną radość, i mam wrażenie, że ona również cieszy się ze wspólnych spotkań.

I tak się często zastanawiam, co będą czuły Ptysie i Bliźniaki, gdy zamieszkają w innej rodzinie. Być może ich tęsknota będzie dużo większa niż Plotki. Te dzieci dużo więcej pamiętają. Przez kilkanaście miesięcy wrosły w naszą rodzinę na tyle, że nasz dom jest jedynym domem, który tak nazywają. Ptyś w przedszkolu często opowiada o swojej rodzinie. Ale wcale nie o swojej mamie, czy babci... opowiada o nas.
Babcia Balbiny ostatnio zapytała, czy w przypadku gdy sąd podejmie decyzję o umieszczeniu dziewczynki u niej, to czy będzie mogła ją odebrać następnego dnia. Odpowiedzieliśmy, że tak ponieważ takiej decyzji sądu zupełnie nie bierzemy pod uwagę.
Przynależność tej czwórki dzieci do naszej rodziny zauważamy zwłaszcza gdy coś się dzieje... coś co odbiega od codziennej rutyny. Niedawno gościliśmy przez weekend dwie siostry zbliżone wiekiem do naszych dzieci. To jest niesamowite jak bardzo nasza czwóreczka podkreślała, że jest w swoim domu, a my jesteśmy jej rodziną. To była gościnność połączona z przekazem – wy tu jesteście tylko na chwilę. Balbina, która generalnie łamie wszelkie zasady, stała się strażnikiem tych zasad. Ptyś był smutny i w poniedziałek nie chciał iść do przedszkola, a Remus miał nocne koszmary. Romulus tylko pozornie zniósł wizytę dziewczynek nie okazując większych emocji. Pozornie, gdyż kilka razy słyszeliśmy skargi „a Romulus mnie uderzył”.
Przykład Bliźniaków i Ptysi jest więc kolejną smutną refleksją, którą pewnie będę musiał się podzielić z oceniającym nas psychologiem. Jeszcze kilka lat temu opiekowaliśmy się głównie dziećmi kilkumiesięcznymi, które kończyły roczek i szły do rodziny adopcyjnej. Teraz wszystko się zmienia, co widzimy nie tylko po naszym pogotowiu rodzinnym. Dzieci dużo dłużej przebywają w rodzinie, z której dawno powinny być zabrane. Ich rodzicom bardziej niż kiedyś zależy na utrzymaniu dzieci przy sobie, a rozmaite służby czują presję opinii społecznej. Wszystkim się wydaje, że dzieciom najlepiej jest w swojej rodzinie, a że tak nie jest, często wychodzi dopiero wówczas gdy dziecko zacznie chodzić do przedszkola, albo nawet do szkoły.
Gdy kilka miesięcy temu mieszkał z nami Bill (starszy brat Balbiny i Ptysia), dostał w szkole zadanie nauczenia się piosenki. Majka drugiego dnia dała za wygraną i przysłała go do mojego pokoju. Po trzech godzinach sam się jej nauczyłem (chociaż wcale nie było to moim zamierzeniem), a Bill potrafił powtórzyć tylko dwa słowa refrenu... a przecież jest w normie rozwojowej. Ptysia też uczyłem wierszyka na dzień babci i dziadka, chociaż ten wprost powiedział, że nie będzie go ze mną powtarzał. Postanowiłem, że wszyscy się go nauczymy. Bliźniakom poszło to w mig, Balbinie zabrało trochę więcej czasu, ale też potrafiła go wyrecytować. Gdy nawet ja opanowałem tę sztukę, to stwierdziłem że kończymy zabawę w naukę. Okazało się jednak, że Ptyś zapamiętał cztery wałkowane wersy i nie tylko jeszcze teraz potrafi je powtórzyć, ale nawet przy odrobinie dobrej woli chwali się tym przed paniami w przedszkolu. Problem polega na tym, że będzie miał to powiedzieć na scenie podczas przedstawienia z okazji święta babci i dziadka. Nie wiem czy mu się ta sztuka uda. Chociaż w roli dziadka na widowni ja wystąpię, więc może się zepnie w sobie i coś z tego wyjdzie.
Zresztą przy okazji dnia babci i dziadka wynikła dość ciekawa sytuacja na facebookowej grupie rodziców. Nie do każdego dziecka może przyjechać babcia. No i pytanie, czy w związku z tym takie występy powinny w ogóle się odbywać? A jeżeli tak, to może dziecko, u którego babcia nie zagości, powinno tego dnia pozostać w domu? To mniej więcej te same wątpliwości, gdy przychodzi dzień matki. Jak takie uroczystości nazywać? Przecież nie każde dziecko ma mamę, tatę, babcię, czy dziadka. A nawet jak ma, to nie do każdego ktoś przyjdzie. Rezygnować z takich uroczystości? Nazywać je dniem rodziny? No ale przecież wierszyki są wierszykami. Jak ubezpłciowić wers „babciu, babciu coś ci dam, jedno serce tylko mam”. Czasami mam wrażenie, że problem mają rodzice, a nie dzieci, bo one same traktują ten szczególny dzień właśnie jako święto rodziny.
Ja w przedszkolu pełnię rolę taty, dziadka, wujka. Gdy ktoś niebędący w temacie powie „tata po ciebie przyszedł”, to dzieci wiedzą, że mają szukać mnie, a nie swojego taty. Gdy Sasetka pisała laurkę „mamusiu, która nosiłaś mnie pod serduszkiem”... to robiła ją dla Majki, zupełnie nie wgłębiając się w sens słów. Tym razem do Bliźniaków przyjedzie ich babcia. Problem polega na tym, że chłopcy mają uroczystość dokładnie w tym samym czasie. Babcia się nie rozdwoi, więc u jednego tę rolę będzie pełnić Majka. Mógłbym się założyć, że gdyby ich zapytać, do którego ma przyjść Majka, to obaj chcieliby widzieć na widowni ciocię.

Wrócę jednak do badania psychologicznego, które wkrótce mnie czeka. Pani psycholog zapewne nie da za wygraną i jednak będzie chciała usłyszeć, co w przeciągu tych dwóch lat było fajne, dawało mi radość, było moją siłą napędową do dalszego bycia rodzicem zastępczym. Pewnie zacznę jak zawsze, że moim motorem napędowym jest widok dzieci, które rozkwitają na naszych oczach. Przeobrażają się z szarego kaczątka w łabędzia. Jest w tym dużo prawdy, chociaż ta największa transformacja ma miejsce dopiero wówczas, gdy dzieci od nas odchodzą. Być może nie wystarczają im słowa „kocham cię”. Być może oczekują sformułowania „będziemy razem na zawsze”. Same nie pytają, a my im tego powiedzieć nie możemy.
Jest jednak coś, co w przeciągu tych dwóch lat w sobie przepracowałem i zrozumiałem. Jest to może bardzo egoistyczne... może nawet egocentryczne. Najważniejszym elementem naszej rodziny zastępczej jesteśmy my – Majka i ja. Bliźniaki bardzo przeżyły nasz miesięczny okres rozłąki. Jeszcze teraz rano w przedszkolu dopytują, kto i o której po nich przyjdzie... i czy aby na pewno. Wiele zawodowych rodzin zastępczych mówi „nie biorę urlopu od dzieci”. Wiele mówi „przyjmę to ósme, czy dziesiąte dziecko, bo jak nie, to trafi do domu dziecka”. Znam kilka fajnych rodzin zastępczych zajmujących się większą gromadką dzieci. Ale jeszcze więcej takich, które rodzicielstwo zastępcze przerosło.
Te dwie dziewczynki, o których wcześniej wspomniałem, były bardzo grzeczne, niesprawiające większych problemów. Co by jednak było, gdyby dzieci miały zostać na dłużej? Ciągła walka o względy rodziców zastępczych, czy może rezygnacja z tej walki?

Co więc było fajne? Co odpowiem pani psycholog? Chyba tylko to, że nadal uważam się za zwyczajną rodzinę. Taką, która nie miewa „doła” i nie zadaje sobie pytania „po co to wszystko?” Nie mam ambicji zbawiać świata, ani ratować wszystkie dzieci. Wiem, że mnie na to nie stać i tego się trzymam. Wiem też, że nasze działania są wspierane przez nasz PCPR. Nasza koordynatorka stoi za nami murem, a jej szefostwo jest otwarte na argumenty. Może właśnie to jest podstawą bycia dobrą rodziną zastępczą... bo za taką się uważam.


Najlepsze Blogi