wtorek, 29 grudnia 2020

ROMULUS i REMUS 9

 

      Last Christmas


Przed kilkoma godzinami wypełniałem pewną ankietę mającą służyć pracy badawczej o stylach przywiązania i stresie występującym w rodzinach zastępczych. Gdy pobieżnie zdiagnozowałem samego siebie, to wyszło że wszystko mam pod kontrolą, że chociaż jestem uwikłany w nieudolny system pieczy zastępczej, to mam poczucie dobrze wykonywanej pracy, dbania o dzieci... mam poczucie bycia szczęśliwym.

No i przyszła wiadomość, którą będę jakoś musiał wkomponować w to moje poczucie szczęścia. Najłatwiej byłoby ją wyprzeć ze swojej świadomości, bo przecież ona nic nie zmieni. A może się mylę?

Mama Bliźniaków właśnie nas poinformowała, że za trzy miesiące będzie składać wniosek do sądu o przywrócenie władzy rodzicielskiej.

Bo została jej pozbawiona. Sąd okręgowy odrzucił jej apelację, podtrzymując jednocześnie decyzję sądu rejonowego. Trwało to prawie rok, ale wyrok jest już prawomocny.

Nie zostaliśmy zaproszeni na rozprawę. Nie zostali na nią zaproszeni nawet rodzice chłopców. Wszyscy zostaliśmy tylko powiadomieni. Chociaż Majka ostatnio sama wprasza się na wszystkie rozprawy... jak do tej pory nikt jej jeszcze nie wyrzucił. Nie jest już przesłuchiwana, ale chociaż mamy informacje z pierwszej ręki.

Na dwa dni przed dniem rozprawy zostaliśmy poproszeni przez sąd o naszą perspektywę całej sytuacji. Mieliśmy opisać jak funkcjonują dzieci, jak oceniamy ich rodziców. Niby standardowa prośba, ale jednak z pominięciem korespondencji za potwierdzeniem odbioru, i z terminem siedmiu dni na odpowiedź. Może sędzina zaczęła się przygotowywać i czegoś jej brakowało na potwierdzenie wydania swojej decyzji. Jakiejś podkładki? A może zwyczajnie pani sekretarka zapomniała wysłać do nas pismo miesiąc wcześniej i jedyną możliwością była prośba telefoniczna i tak krótki czas na jej realizację.

W tym momencie wiedziałem, że każda decyzja sędziny będzie tylko pyrrusowym zwycięstwem dla każdej ze stron. Wiedziałem też, że przecież ma ona wszystkie moje oceny chłopców, w których cały czas nutą przewodnią było sugerowanie umieszczenia dzieci w rodzinie adopcyjnej.
Ale teraz już nie byłem tego taki pewny. Minęło zbyt dużo czasu. Zbyt wiele osób jest dla Bliźniaków ważnych... chociaż najmniej mama. A tata?

Niedawno wziąłem udział w dyskusji dotyczącej słowa „mama” w życiu dziecka. Co ono oznacza? Czy dziecko czuje wewnętrzną potrzebę mówienia „mamo”?

We wspomnianej na wstępie ankiecie były dwa pytania dotyczące podatności moich przekonań na krytykę, oraz płynięcie z nurtem opinii większości. Aby być w zgodzie z tym, co zaznaczyłem, muszę napisać, że nie uważam, aby słowo „mama” samo w sobie czymś się wyróżniało. Dlaczego ma być ono ważne dla dziecka, którego mama nie zważała na jego potrzeby? W naszej rodzinie tylko jedna dziewczynka zapytała, czy może mówić do Majki „mamo”. Ale było to wiele lat temu, gdy mieszkały z nami nasze córki. Ona też chciała mówić tak jak one. Romulus podczas spotkania z psychologiem stwierdził, że on nie ma mamy, tylko ciocię. Czy możliwe jest, że któryś z chłopców będzie chciał mówić do swojego ojca adopcyjnego „wujku”, a do mamy „ciociu”? Niech każde z dzieci mówi tak jak chce... tak jak czuje. Można mieć wiele mam, tak samo jak można mieć wiele cioć. Dzieci nie mają z tym problemu.

W opisie chłopców dla sądu nie chciałem znowu moralizować i wykazywać wyższości Świąt Bożego Narodzenia nad Świętami Wielkiej Nocy. Skupiłem się na pewnych sytuacjach... na faktach. Jedna z naszych mam biologicznych kiedyś stwierdziła: „mój mecenas mówi, że pan nie jest od wydawania opinii”. W zasadzie ma rację, zwłaszcza, że te fakty czasami są bardziej oczywiste w swoim przekazie. Napisałem kilka stron, ale zacytuję jeden fragment, który wybrzmiał przy uzasadnianiu wyroku:

Ostatnio zdecydowaliśmy się na spotkanie w niedzielę – w mikołajki. Uznaliśmy, że jest to na tyle ważny dzień dla chłopców, aby zrezygnować z naszych zasad, że niedziele przeznaczamy dla naszej rodziny, a nie rodzin biologicznych przebywających u nas dzieci.

Ponieważ komunikacja miejska tego dnia funkcjonuje trochę inaczej i dojazd do nas jest nieco utrudniony, przyjęliśmy propozycję spotkania się w mieście, na placu zabaw, który chłopcy dobrze znają. Tata bardzo chciał, aby to była Cytadela... nie tłumaczył dlaczego.
Tego dnia rodzice mieli przyjechać o umówionej porze, przywieźć dzieciom prezenty i zapewnić fajną zabawę przez dwie godziny. Mama spóźniła się prawie pół godziny, chociaż wcześniej uprzedziła, że nie zdążyli na pociąg, więc jadą autobusem. Tata przyjechał po godzinie... podobno szukał czapki Mikołaja. Nie znalazł ani czapki, ani prezentów (po które rodzice razem z dziećmi poszli do marketu... co w obecnie proponowanym reżimie sanitarnym, nie bardzo nam się podobało). Za to przyniósł z sobą dezodorant, którym spryskiwał chłopców. Stosował też duży dystans epidemiologiczny w stosunku do mamy zastępczej.”

Emocje na rozprawie (i tuż po niej) były ogromne. Mama podeszła do Majki ze słowami „I co, cieszy się pani?”. Tata pewnie gdyby nie było świadków, to wszedłby w konflikt z prawem z artykułu 158 KK. W każdym razie od tego dnia już się do Majki nie odzywa... nawet nie odpowiada na „dzień dobry”, chociaż był już dwa razy na spotkaniu z chłopcami.

W wieczornej rozmowie telefonicznej (gdy napięcie już puściło) mama Bliźniaków szczerze porozmawiała z Majką. Nie pierwszy już raz... ale chyba była to rozmowa pozbawiona jakiejkolwiek gry z obu stron. Mama stwierdziła, że gdyby wiedziała jak to się skończy, to nie składałaby rok temu apelacji. Padło pytanie, czy rodzice adopcyjni wyrażą zgodę na spotykanie się chłopców z mamą... chociaż raz na jakiś czas. Majka pewnie pomyślała, że w tej kolejce stoimy my, ciocia Marlenka, babcia Basia... Raczej kontaktów z rodzicami biologicznymi nie będzie. Może z rodzeństwem.

Majka tego dnia miała strasznego doła. W pewien sposób obwiniała się za to co się ostatecznie wydarzyło. Bo gdyby przyjrzeć się całej sytuacji na zimno, to na każdym etapie postępowania, nasze oceny sytuacji miały kluczowe znaczenie. Czy taka sama byłaby opinia PCPR-u, albo biegłych sądowych na badaniu więzi, gdybym się tak nie wymądrzał w swoich wielostronicowych opisach? Czy same testy psychologiczne były aż tak bardzo druzgoczące? Czy mój pierwszy tekst nie był małą kulką śniegu, która z każdym miesiącem nabierała rozpędu i ostatecznie przysypała rodziców chłopców?

Wszyscy spodziewali się ograniczenia władzy rodzicielskiej... najpierw na etapie sądu rejonowego, a potem okręgowego.

Byłoby to rozwiązanie, które nikogo by nie raniło. Mama nadal mogłaby spotykać się z chłopcami i wciąż „walczyć”. Rodzice zastępczy, u których dzieci zostałyby umieszczone, pewnie wyrażaliby zgodę na spotykanie się Bliźniaków również z babcią, ciocią Marlenką i z nami. A chłopcy? Nadal żyliby mamieni obietnicami, że któregoś dnia zamieszkają z mamą. Może czuliby się szczęśliwi, może nie zaburzyłoby to ich poczucia przynależności do nowej rodziny.

Jak ja się z tym czuję?

Czy jestem otwarty, aby Romulus i Remus przeczytali kiedyś wszystko co o nich napisałem na tym blogu?

Co oznacza wniosek o przywrócenie praw rodzicielskich?

Przede wszystkim rozpoczęcie wojny z nami. Po rozprawie Majka tłumaczyła mamie, jak ważna dla dzieci jest rodzina... nowa rodzina. Jak ważne byłoby powiedzenie chłopcom, że ich kocha... ale nie potrafi być ich mamą. Jak ważne byłoby pozwolić im odejść.
Czego ona chce? Kolejnego nieadoptowalnego dziecka, którego przeznaczeniem będzie dom dziecka?

Z prawnego punktu widzenia, deklaracja mamy niczego nie zmienia. Ośrodek adopcyjny może rozpocząć swoje procedury. Mamy w miarę aktualne wyniki badań psychologicznych, więc wszystko może ruszyć z kopyta. Jest tylko pytanie, czy znajdą się chętni rodzice adopcyjni, którzy zostaną uświadomieni, że mama chłopców będzie składać wniosek o przywrócenie praw rodzicielskich. Z pewnością nie uda się do tego czasu zakończyć sprawy o przysposobienie. Być może sąd zdąży wydać decyzję o powierzenie pieczy, która pozwoli chłopcom zamieszkać w nowej rodzinie. Jednak sam proces adopcyjny zapewne zostanie wstrzymany. Na jak długo? Pewnie na kilka miesięcy... kilka miesięcy życia w niepewności.

Teoretycznie sąd mógłby wydać decyzję niezależnie od wniosku mamy Bliźniaków. Nie musi czekać na wydane w związku z nim postanowienie. Najczęściej jednak tak się nie dzieje.

W zasadzie to nie mam pojęcia na co liczy mama dzieci. Wniosek o przywrócenie władzy rodzicielskiej może złożyć w swoim sądzie rodzinnym, albo odpowiadającym miejscu zamieszkania chłopców (czyli w naszym). W pierwszym przypadku jest raczej mało realne, aby sędzina, która wydała decyzję o odebraniu praw rodzicielskich (i która to decyzja przecież została podtrzymana przez sąd okręgowy), nagle po trzech miesiącach zmieniła zdanie... bo cóż w tak krótkim czasie może się wydarzyć. Przypuszczalnie mama zaryzykuje drugie rozwiązanie, zakładając że w swoim sądzie jest już spalona. Ale się przeliczy. Teraz najważniejszą sprawą jest ustanowienie Majki opiekunem prawnym Bliźniaków. A potem wszystko powinno pójść już gładko (co nie znaczy, że szybko). Najprawdopodobniej będą już w drodze dwie sprawy karne, o których mama chłopców jeszcze nie wie. Oj, bardzo się zdziwi. Będzie też można wykorzystać fakt ogromnego zadłużenia, które znacznie przyrosło w ciągu ostatnich trzech lat. Jakim cudem, skoro dziewczyna przez ten cały czas miała pracę i tylko siebie na utrzymaniu? Albo jak wytłumaczy niewywiązanie się z podstawowego warunku, który mógł dać jej duże szanse na odzyskanie dzieci? Miała rozstać się z toksycznym partnerem. Można powiedzieć, że przedłożyła jego dobro, ponad dobro swoich dzieci. Gdyby od niego odeszła, to chłopak nie musiałby spędzać nocy w piwnicy i skakać przez balkon, ukrywając się przed kuratorem. Ale czy nie poznałaby kolejnego? Przecież dwóch poprzednich było prawie identycznych.

Teraz, gdy wyrok jest już prawomocny, wypływa szereg spraw, które dotychczas gdzieś umykały, wydawały się mało ważne, albo ktoś nie chciał dobić przeciwnika (może z poczucia przyzwoitości lub lojalności w stosunku do kogoś innego).

Teraz okazuje się, że rodzina biologiczna nie zawsze jest tą, w której dziecku będzie najlepiej. Nie zawsze jest tą, którą trzeba wspierać za każdą cenę (choćby przydzielając asystenta rodziny, czy prawnika z urzędu). Za to często jest tą, która przyczynia się do tego, że dzieci latami żyją w zawieszeniu gdzieś w pieczy zastępczej.

Kilka miesięcy temu znowu wdałem się w dyskusję, w której być może wcale nie powinienem uczestniczyć. Wypowiedziałem swoje zdanie na temat rodziców biologicznych (mających ograniczone prawa rodzicielskie), które wcale nie było pochlebne. Przedstawiłem ich jako osoby ciągle walczące, których walka nijak nie przekłada się na zmianę siebie... swoich zachowań, przyzwyczajeń, rezygnację z uzależnień. Nie sprowadza się do podniesienia swoich kompetencji rodzicielskich.

Za to jest bodźcem do działań pozorowanych, do unikania kuratora, czy asystenta rodziny. Jest walką samą w sobie, służącą tylko zaspokojeniu swoich potrzeb. Ale jakich?

Mama Bliźniaków tylko utwierdza mnie w tym przekonaniu. Jeszcze kilka dni temu żałowała, że swoją apelacją zabrała swoim dzieciom kolejny rok życia... życia bez poczucia przynależności do jakiejkolwiek rodziny. Już o tym zapomniała.

A ja straciłem do niej szacunek. Bo o ile rozumiem jej rozmaite wybory życiowe, o tyle działanie wbrew dobru własnego dziecka (i to działanie, którego zło i bezsens sama rozumie), powoduje że kolejni rodzice biologiczni przychodzących do nas dzieci będą mieli coraz bardziej pod górkę.
I pomyśleć, że jeszcze kilka lat temu planowałem zapraszać ich do wigilijnego stołu.




poniedziałek, 14 grudnia 2020

PAPROTKA 2

 


Paprotka jest dziewczynką, o której dawno już nie wspominałem.

Wypada zatem nadrobić zaległości, zwłaszcza że z całej naszej aktualnej piątki dzieci, to ona może być pierwszą, z którą się rozstaniemy... i to być może już niedługo. Ale co to znaczy niedługo? W geologii termin ten oznacza tysiące lat, a w przypadku pieczy zastępczej jest to kilka miesięcy. Może więc być tak, że Paprotka odejdzie do nowej rodziny dopiero wiosną. Ale to i tak będzie bardzo dobry wynik, jeżeli chodzi szybkość działania sądu i ośrodka adopcyjnego.

Majka zapewne skomentuje: „obyśmy z nią nie pojechali na przyszłe wakacje”. W zasadzie ma rację, gdyż jeszcze nic nie jest przesądzone. Decydująca rozprawa dopiero przed nami. Ale tak się składa, że z naszej trójki (Majka, nasza koordynatorka Jowita, i ja) to ja jestem najlepszym jasnowidzem. Myślę więc, że z mieszkających z nami obecnie dzieci, tylko dwójka pojedzie z nami w przyszłym roku nad morze, a pozostałe pójdą do adopcji. Tak... do adopcji. Która to będzie dwójka? Na razie pozostawię to tajemnicą, bo jak jeszcze trochę popracuję z moim kotem i kulą, to może okaże się, że tylko jedno.

Niedawno znowu opisywałem niektóre z naszych dzieci na posiedzenie zespołu. O ile Majka nie sprawdza i nie poprawia moich wpisów tutaj na blogu, o tyle to co przesyłamy do PCPR-u, czyta – i to dokładnie. Właśnie przy ocenie Paprotki (który to opis będzie na końcu) zamieściłem dość duży fragment zawierający informacje o kontaktach z rodzicami biologicznymi. Majka zakreśliła mi go czerwonym flamastrem, z adnotacją: „to nie ta matka”.

Tak więc upewniłem się w przekonaniu, że wszystko co tutaj opisuję, jak najbardziej zasługuje na miano etnografii fikcyjnej. Oznacza to z grubsza tyle, że każda z przedstawionych sytuacji się wydarzyła, ale niekoniecznie temu dziecku, niekoniecznie jego mamie biologicznej, i niekoniecznie w czasie, który opisuję.
Skąd znam takie pojęcie? Pewnie też to kiedyś wyjaśnię.

Trochę enigmatyczny dzisiaj jestem. Czas przejść do konkretów dotyczących Paprotki.

O ile dobrze pamiętam, jest to ta dziewczynka, której mama znienacka zawiozła czwórkę dzieci do swojego ojca, którego tego dnia zobaczyła po raz pierwszy w życiu... tym, które ogarnia pamięcią. Nie utrzymywała z nim kontaktów, gdyż nie miała takiej potrzeby, a poza tym facet większą część życia spędził w więzieniu.

Mama powiedziała mu, że musi wyjechać zagranicę. Trudno powiedzieć, czy tak zrobiła. W każdym razie po kilku tygodniach została odnaleziona przez odpowiednie służby w więzieniu... naszym polskim.
Dzieci dużo wcześniej trafiły do pieczy zastępczej (między innymi Paprotka do nas), ponieważ dziadek nie do końca zdawał sobie sprawę z tego, że mieszka z czwórką swoich wnuków. I tak dobrze, że miał w lodówce mleko w kartoniku, po którym Paprotka nawet nie wyglądała na wychudzoną.

Nigdy nie widziałem mamy dziewczynki. Majka też nie... Oj, przepraszam – raz w sądzie.

Pierwsza rozprawa się nie odbyła, gdyż mama jeszcze siedziała. Jednak skoro termin został wyznaczony, a koniec odsiadki znany, to zakładam, że istniała możliwość, aby w tym sądzie się pojawiła.

Na drugą przyszła. Jeszcze siedzi, ale złożyła wniosek o udzielenie zezwolenia na odbywanie kary pozbawienia wolności w systemie dozoru elektronicznego. Nie wiem kto rozpatruje taki wniosek, ani czy bardziej pomogła jej pandemia, czy tocząca się sprawa o pozbawienie władzy rodzicielskiej. W każdym razie to „siedzenie” polega na życiu w społeczeństwie, chodzeniu do pracy, zajmowaniu się domem, i... możliwości pokazania, że jest się dobrą mamą.
Jednak bardzo pogorszyła jej się pamięć. Być może z powodu stresu związanego z wezwaniem na rozprawę. Na każde pytanie sędziego odpowiadała „nie pamiętam”, albo „ona tak mówi, bo mnie nie lubi”.

W pewnym momencie sędzia zadał pytanie:

  • Pani złożyła wniosek o przydzielenie prawnika z urzędu?

  • Tak.
  • Podtrzymuje pani swój wniosek?
  • Tak.
  • Proszę zaprotokołować, że sąd nie wyraża zgody na przydzielenie prawnika z urzędu.

Wyjaśnił, że mama jest osobą inteligentną. Skoro sama potrafiła zawalczyć o dozór elektroniczny, to z pewnością sama jest w stanie radzić sobie podczas rozprawy.

Zawsze myślałem, że taki adwokat z urzędu przysługuje każdemu rodzicowi biologicznemu jak psu zupa.

No to zacząłem drążyć temat, i znalazłem taką oto jego wykładnię:

"Udział adwokata (radcy prawnego) w sprawie jest potrzebny zazwyczaj wtedy, gdy strona wnosząca o jego ustanowienie jest nieporadna, ma trudności z samodzielnym podejmowaniem czynności procesowych albo gdy sprawa jest skomplikowana pod względem faktycznym i prawnym i strona nie jest w stanie jej samodzielnie prowadzić. Z powyższego wynika, że nie zachodzi potrzeba ustanowienia adwokata lub radcy prawnego, jeżeli sprawa nie jest skomplikowana, a strona potrafi sobie sama poradzić w prowadzeniu procesu. Brak wykształcenia prawniczego nie stawia strony w nierównej pozycji w postępowaniu. Sąd ustanawia zatem prawnika z urzędu w przypadku spełnienia dwóch wspomnianych przesłanek jednocześnie, tj. niewystarczających możliwości finansowych strony oraz gdy z uwagi na sprawę bądź osobę strony taka pomoc jest stronie potrzebna.”

https://poradnikprzedsiebiorcy.pl/-prawnik-z-urzedu-kto-i-kiedy-moze-go-dostac


Sytuacja jest więc dość jednoznaczna, a kolejna rozprawa wyznaczona w bardzo krótkim (jak na realia pracy sądów) czasie.
Tym razem wąskie gardło możemy napotkać w kontakcie z ośrodkiem adopcyjnym. Nie mam pojęcia jak ten nasz pracuje w czasach pandemii.
Czy wyśle kogoś do nas na wywiad i przeprowadzenie badania psychologicznego Paprotki?
Czy nie będzie próbował znaleźć jednej rodziny dla całej czwórki rodzeństwa? To by znacznie mogło przeciągnąć sprawę w czasie. A Paprotka tego czasu ma już coraz mniej.

Oby tylko ktoś przyszedł... będziemy dyskutować.

Sprawa Paprotki zapowiadała się na trudną i długotrwałą. Słyszeliśmy, że matce odbywającej karę więzienia trzeba dać więcej czasu na pokazanie swoich kompetencji rodzicielskich... a przede wszystkim musi zakończyć odbywanie kary. Słyszeliśmy, że skoro dawała sobie sama radę przez siedem lat (bo tyle ma jej najstarszy syn), to nie może być najgorsza.

Ale sędzia spojrzał na dzieci. Na to jak wyglądały gdy znalazły się w pieczy, jak się zachowywały, jakie mają zaburzenia.
Na mamę też spojrzał... chociaż częściej spoglądał na Majkę, słuchając wypowiedzi mamy.

Teraz cieszę się, że nic nie wyszło z umieszczenia Paprotki w rodzinie zastępczej, gdy trwały poszukiwania rodziców dla Mowgliego. Nie wiadomo, czy jej nowi rodzice zastępczy zdecydowaliby się na adopcję. Mieliby tylko dwa wyjścia, bo przy takim dziecku jak Paprotka, system zapewne nie odpuściłby z umieszczenia dziewczynki w rodzinie adopcyjnej. Być może musiałaby znowu zmienić rodziców.

Chociaż nadal nurtuje mnie pytanie, gdzie jest teraz Mowgli?

A oto tekst, który już niedługo przeczytają rodzice, do których zadzwoni telefon, a z ust miłej pani popłyną słowa: „mamy dla państwa dziecko, zapraszamy na spotkanie”.

Paprotka (9 miesięcy).

Ocena dziecka na podstawie obserwacji opiekunów.

Sytuacja zdrowotna

Dziewczynka nie choruje. Nawet drobny katarek pojawia się bardzo rzadko i w żaden sposób nie wpływa na jej samopoczucie. Paprotka jest dzieckiem pogodnym i żywiołowym.

Kilka tygodni temu (gdy do naszej przychodni dotarła karta szczepień) zaczęliśmy nadrabiać zaległości. Mama Paprotki cały czas utrzymywała, że chodziła do przychodni i wszystkie szczepienia są na bieżąco... tylko nie zostały wpisane do książeczki zdrowia. Teraz już wiemy, że jedynymi były te wykonywane w szpitalu tuż po porodzie.
Pewnym problemem jest wrażliwość skóry na pupie. Mimo częstego przewijania, stosowania jakichś antyalergicznych pieluch i maści wykonywanej według specjalnego przepisu... nadal nie jest najlepiej.

Funkcjonowanie dziecka w domu

  • Paprotka jest dziewczynką jakby nad wyraz rozwiniętą. Dla wielu dzieci w jej wieku, często szczytem sukcesu jest sprawne raczkowanie i siadanie. W jej przypadku, prawdopodobnie tylko kwestią dni jest samodzielne chodzenie. Już prawie dwa miesiące temu dziewczynka zaczęła podciągać się przy ramie łóżeczka, a teraz chodzi mając jakikolwiek punkt podparcia. Świetnie utrzymuje równowagę, więc nie chodzi na szeroko rozstawionych nogach, co pozwala jej również bezproblemowo siadać z pozycji stojącej. Potrafi też przez kilka sekund utrzymać się w tej pozycji bez podparcia.

  • Być może, za tak szybki rozwój w zakresie przemieszczania się, odpowiedzialny jest ogromny apetyt. Paprotka największą prędkość uzyskuje, gdy na stół wjeżdża posiłek dla innych dzieci. I chociaż niekoniecznie są tam potrawy dla niej, to rozpycha się łokciami, próbując zabrać coś z talerza starszych kolegów.

  • Zdecydowanie preferuje potrawy mięsne (na przykład parówki), w czym bardzo pomocne jest sześć zębów (cztery na górze i dwa na dole). Gdy pewnego dnia dawałem jej obiadek (a było to dwa miesiące temu) nie mając okularów, to również zjadła go błyskawicznie, choć jak się później okazało, był przeznaczony dla dzieci powyżej roku. Lubi też biszkopty i herbatniki zbożowe. Nie przepada za arbuzem, który natychmiast ląduje na podłodze... chyba, że zauważy, że stolik świeci pustkami. Za to nie gardzi deserkami owocowymi i mlecznymi.

  • Dzieci w jej wieku powinny mieścić się w przedziale 7,5 kg – 11,5 kg (tak gdzieś czytałem). Paprotka ma 12 kg, chociaż wcale nie jest otyła. Jest po prostu wielka. Ale wielka była również, gdy do nas przyszła pół roku temu.

  • Ma bujną czuprynę, którą w tajemnicy przed mamą zastępczą już dwa razy jej przycinałem.

  • Z racji swojej mobilności, sprawnie wyciąga rozmaite zabawki z pudeł ustawionych w pokoju. Bierze udział w zabawach ze starszymi kolegami, chociaż najczęściej sprowadza się to do psucia tego, co oni stworzyli. Ale też wiele się od nich uczy. Na przykład gdy uda jej się wyciągnąć zabawkowy mikrofon, to przykłada go do buzi, a nie wali bez sensu w podłogę (jak niektórymi innymi zabawkami).

  • Lubi muzykę. Próbuje nawet tańczyć, uginając się lekko na nóżkach i kołysząc biodrami. Im głośniejsza zabawka tym ciekawsza, więc niektóre trąbki i piszczałki musiały w pewnym momencie zniknąć.

  • Paprotka jest dużo bardziej związana z mamą zastępczą niż ze mną, chociaż gdy mnie zobaczy nad ranem, to też przychodzi się przytulić. Ale potrafi się obrazić. Gdy niedawno spędziła tydzień w innej rodzinie zastępczej, to po powrocie musiałem kolejny tydzień czekać na choćby delikatny uśmiech.

  • Zaczyna przewidywać. Doskonale wie, jaka może być moja reakcja na pewne jej zachowanie, więc często zanim cokolwiek zrobi, to zerka w moją stronę, czy może na nią nie patrzę. Wyjątkiem jest wspomniany wcześniej stół z jedzeniem, który działa na nią jak czerwona płachta na byka... zresztą też jest czerwony.

  • Paprotka rozumie już wiele słów, które do niej wypowiadamy. Reaguje też na trzy imiona: Paprotka, Gabrycha i Duża.

  • Rechocze, gdy zobaczy się w lustrze.

  • Uwielbia się kąpać.

  • Trudno mi powiedzieć, czy jest to już lęk separacyjny, ale obcym osobom długo się przygląda i nie każdego akceptuje.

  • Wypowiada kilka podstawowych sylab, chociaż gadułą nie jest. Najbardziej rozgadana jest tuż po przebudzeniu.

  • Śpi rewelacyjnie. Też to trochę budziło nasz niepokój, ale pediatra podczas ostatniej wizyty szybko nam go rozwiał. Paprotka idzie spać przed dwudziestą. Budzi się koło ósmej nad ranem, dostaje butelkę z mlekiem i ponownie zasypia... czasami na kolejne dwie, a nawet trzy godziny. Potem potrafi jeszcze zdrzemnąć się z godzinkę albo dwie na spacerze, lub po obiadku.

Kontakty z rodzicami biologicznymi

Na ostatniej rozprawie sędzia zadał pytanie mamie zastępczej:

  • Czy mama biologiczna odzywała się do państwa?

  • Tak, raz.
  • A kiedy?
  • Wczoraj.

Oczywiście należałoby wziąć pod uwagę fakt, że mama przebywała w zakładzie karnym, z którego wyszła niecały miesiąc wcześniej. Ale raczej nie była to placówka o podwyższonym rygorze, w którym telefony są odbierane osadzonym.

Od wspomnianej rozprawy, do dnia dzisiejszego, nie było kontaktu z mamą dziewczynki w żadnej postaci.



sobota, 28 listopada 2020

ROMULUS i REMUS 8

 


Właśnie wróciłem z pokoju Bliźniaków, do którego odprowadziłem ich po kąpieli.

Nie pierwszy już raz sobie porozmawialiśmy. O czym? O gwiazdach, rakietach... i naszej przyszłości. Niby naszej, ale jednak osobno.
Od czytania i opowiadania wieczornych bajek jest Majka. Ja nie czytam (bo się jąkam), i nie opowiadam.
Rozmawiam... czasami. Niestety najczęściej ma to miejsce przed snem. Napisałem „niestety”, ponieważ zdarzyło mi się podsłuchać nad ranem rozmowę Majki z zaspanym Remusem schodzącym po schodach:
  • Remus dlaczego ziewasz?

  • Bo się nie wyspałem.

  • To trzeba było wcześniej pójść spać.

  • Tak, ale wujek jeszcze chciał pogadać.

Z Majką też już przegadałem wiele godzin. Nawet można powiedzieć, że wiele nocy.

Od kilku miesięcy przygotowujemy chłopców na rozstanie z nami.
Czy będą gotowi odejść do zupełnie nowej rodziny? A może jednak lepszy będzie powrót do mamy? Jaką decyzję podejmie sąd apelacyjny? Rozprawa już niedługo.

Chłopcy mają coraz większą świadomość swojej sytuacji. Coraz częściej nawiązują do tematu odejścia do innej rodziny. Wiedzą, że z nami nie będą mieszkać zawsze.

Często odnoszę wrażenie, że obecny czas zawieszenia, bardzo ich męczy. Pięć lat, to już nie ten wiek, w którym żyje się tylko dniem dzisiejszym. Czasami przyłapuję ich na dyskusji o tym, kto może być ich nową rodziną.
  • Może ciocia Marlenka?

  • Tak, ja też bym chciał... albo babcia Basia.

  • A ta ciocia Agnieszka, co u niej byliśmy?

  • Tak, też jest fajna.

Dzieci jakby czuły, że coś wkrótce się wydarzy. Być może wpływ na to ma odejście Ptysi. Do Bliźniaków dotarło, że mówienie o rozstaniu nie jest już zwykłą paplaniną, ale to naprawdę się zdarza. Zwłaszcza Remus stał się jakiś uduchowiony. Wszystko robi „w imię Ojca i Syna...”, a wychodząc do toalety mawia „idę siku, zostańcie z Bogiem”.

Wciąż próbuję nawiązywać do naszych córek. Bliźniaki są z nami już tak długo, że pamiętają czasy, gdy dwie młodsze jeszcze z nami mieszkały. One też odeszły. A jednak często nas odwiedzają, i gdy przychodzą to są uśmiechnięte, zadowolone.

Czy pięciolatek potrafi zrozumieć taką analogię? Nie... ale się stara. A ja udaję, że w to wierzę.
Remus powiedział mi ostatnio, że chciałby mieszkać z nami na zawsze. Nigdy tak nie mówił.

Mnie zastanawia tylko to, że chłopcy nie wspominają o powrocie do mamy, chociaż doskonale wiedzą, że taka opcja również jest możliwa.

Babcia Basia z bólem serca już się opowiedziała na „nie”. I chociaż ma świadomość tego, że odejście dzieci do rodziny adopcyjnej na zawsze pozbawi ją kontaktu z nimi, to uważa, że byłoby to najlepsze rozwiązanie.

Ciocia Agnieszka jest dziewczyną mało znaną chłopcom. Może kilka razy nas odwiedziła, a niedawno Romulus z Remusem spędzili kilka godzin w jej domu. Czyżby nas rozszyfrowali i wiedzą, że na pierwszym spotkaniu z nowymi rodzicami nie dokonamy prezentacji typu „poznajcie się, to wasza nowa mama i tata, a to wasze nowe dzieci”. Jednak tym razem to nie ten trop - ciocia Agnieszka, to nie nowa mama.

Ciocia Marlenka? Najukochańsza ciocia (poza Majką oczywiście). To ta, u której dzieci spędzają wakacje i jeżdżą raz na jakiś czas w odwiedziny. Niedawno spędzili tam ponad tydzień. Gdy wrócili, to wieczorem musieli do niej zadzwonić, bo już tak bardzo się stęsknili. Nigdy nas nie poprosili, abyśmy wykręcili numer telefonu do ich mamy.

Ciocia Marlenka po pierwszych wakacjach z dziećmi (trzy lata temu) stwierdziła, że nigdy nie byłaby gotowa zostać dla nich rodziną zastępczą. Nie dlatego, że byli upierdliwi, tylko dlatego, że nie wyobrażała sobie możliwości rozstania i powrotu do mamy. Teraz zaczyna się łamać... choć mama cały czas jest walcząca. Czy jest możliwe, że sąd apelacyjny zmieni decyzję rejonowego z odebrania praw rodzicielskich na ich ograniczenie? Wszystko jest możliwe. Chociaż bardziej skłaniam się ku podtrzymaniu orzeczenia pierwszej instancji i skierowaniu chłopców do adopcji. A na to ciocia Marlenka nie jest gotowa. Ma już czwórkę dzieci, w tym jedno zastępcze, i kolejna dwójka zwyczajnie przerasta jej możliwości finansowe.

Co będzie, gdy pojawi się zupełnie nieznana rodzina adopcyjna? Nie potrafię przewidzieć ani reakcji chłopców, ani moich. Nie wiem, czy sprawdzi się nasz dotychczasowy sposób przekazywania dzieci, który w teorii mamy doskonale opracowany. Gorzej z praktyką, bo Bliźniaki, to nie Gacek, który był dużo młodszy. To nie Sasetka, która spędziła z nami trzy razy krótszy czas. To też nie Ptysie, które nie chciały się do nas przywiązać i po części traktowały nasz dom jak hotel.

Znowu łapię się na tym, że zadaję sobie pytanie „kim będą rodzice adopcyjni?”

Jak to kim? Będą pierwszymi, którzy figurują na liście kolejkowej naszego ośrodka adopcyjnego. Czy będą gotowi spotykać się z chłopcami przez miesiąc, dwa, a może trzy, zanim zabiorą ich do swojego domu? Czy będą chcieli poczekać, aż dzieci będą gotowe na przejście?

Nie wiem dlaczego, ale jakoś nie biorę pod uwagę możliwości powrotu do mamy biologicznej, chociaż czasami wydaje mi się, że w obecnej sytuacji byłaby to może najlepsza opcja.

Jednak sąd okręgowy musiałby podważyć większość opinii, na podstawie których sąd rejonowy podjął decyzję o odebraniu praw rodzicielskich. Czy będzie skłonny podważyć druzgoczące dla rodziców wnioski psychologów z Opiniodawczego Zespołu Specjalistów Sądowych?

Czy uwierzy rodzicom, że już się naprawili i nigdy nie popełnią błędów z przeszłości?

Całkiem niedawno zadzwonił do Majki tata Bliźniaków. Było to tuż przed dwudziestą drugą, a może nawet chwilę później. Język mu się plątał, mówił nieskładnie... chociaż miał wiele do powiedzenia. Majka nie do końca wiedziała, co w zasadzie chciał jej przekazać. No i była bardzo zdziwiona, bo nigdy do niej nie dzwoni, a na spotkaniach nie za bardzo potrafi sklecić trzy słowa do kupy. Ale przecież jest naprawionym ojcem, który z dobrym skutkiem ukończył terapię odwykową.

Majka zadzwoniła do kuratora, aby może przejechał się do rodziców w odwiedziny. Stwierdził, że nie może. A policja? Ta z kolei może się pojawić tylko wtedy, gdy otrzyma zgłoszenie, że rodzina zaburza czyjś spokój. Niestety nasz zaburzony spokój duszy w ten paragraf się nie wpisywał.

Bardzo bym chciał, aby ten facet chociaż raz w życiu stanął na wysokości zadania, przyjechał na rozprawę i wreszcie szczerze powiedział, że wcale nie oczekuje powrotu dzieci do domu. Tym bardziej, że zwalą mu się na głowę również dzieci poprzednich partnerów mamy chłopców, o których mówi do niej „twoje dzieci”.

Ile razy przetrzepie skórę Romulusowi, który chociaż jest kochany, to nie należy do dzieci spolegliwych? Ma w tej kwestii spore doświadczenie, bo sądowy zakaz zbliżania się do mamy dzieci, sprzed kilkunastu miesięcy, raczej nie był przypadkowy.

Jak na przestrzeni tych trzech lat zmieniło się moje postrzeganie mamy chłopców?

Może jest to dziwne... a może zupełnie normalne, że w jakiś sposób staje się nam jakby coraz bliższa. Nie w sensie bycia przyjaciółką, czy choćby koleżanką (bo nadajemy na zupełnie innych częstotliwościach), ale...

Majka przez telefon rozmawia z mamami biologicznymi naszych dzieci zastępczych tylko przez chwilę. Wysłuchuje co mają do powiedzenia, przekazuje najważniejsze wiadomości... i tyle.
W przypadku mamy Bliźniaków jest inaczej. Często rozmawia z nią pół godziny, godzinę, dwie. Czasami, gdy już skończy to stwierdza, że dziewczyna chyba była nawalona... bo tak mądrze mówiła.

Kim zatem jest ta mama? Udaje, czy pewne rzeczy rozumie? Ale nawet jeżeli udaje, to wie jak być dobrą aktorką. Wie, czego od niej oczekujemy.

Podczas dwugodzinnych spotkań z chłopcami bardzo się stara. Przynosi gry, zabiera ich na basen, plac zabaw. Czy to też jest tylko bycie dobrym animatorem?
Ostatnio nam powiedziała, że traktuje nas jak rodzinę. Że na zawsze będziemy w życiu Bliźniaków. Że będziemy się spotykać, odwiedzać. Że musimy ją nauczyć „chłopców”, bo przecież nie zna ich zwyczajów, a powrót do niej musi być procesem rozłożonym na kilka tygodni.
Czy powinienem to przyjąć za dobrą monetę?

Nie mam pojęcia, w którym kierunku może się wszystko potoczyć.

Czy to, że rodzice nie zostali wezwani na rozprawę (a tylko poinformowani, że się odbędzie) może o czymś świadczyć? Może o tym, że sędzia podjął już decyzję i nie zamierza nikogo przesłuchiwać.

Majka na wszelki wypadek się stawi... chociaż też jej nikt nie zapraszał.
Może więc być tak, że nasza przygoda z Bliźniakami, szybkimi krokami zmierza ku końcowi. Chociaż niedawno się dowiedziałem, że poprzednia sprawa jednej z naszych rodzin zastępczych w sądzie okręgowym, do którego odwołała się mama chłopców, trwała ponad dwa lata.
Taka ewentualność znaczyłaby, że Romulus z Remusem będą z nami mieszkać pięć lat. Pięć najważniejszych lat ich życia.

Zawsze myślałem, że w takim sądzie apelacyjnym wszystko dzieje się szybko (czyli decyzja jest podjęta na jednej rozprawie). Wydawało mi się, że sędzia albo podtrzymuje decyzję sądu rejonowego, albo kieruje sprawę do ponownego rozpatrzenia przez tenże sąd. Okazuje się, że powrót do pierwszej instancji jest rzadko stosowany. Najczęściej decyzja zostaje podtrzymana, ale bywają sytuacje, że sąd apelacyjny (okręgowy) rozpoczyna swoje postępowanie kończące się nowym orzeczeniem. Dlatego może to trwać wiele miesięcy. Ale już od tej decyzji odwołać się nie można.

Czyżby? Istnieje jeszcze sąd kasacyjny (Sąd Najwyższy, sąd trzeciej instancji). I owszem, ten już nie może prowadzić postępowania. Może jedynie utrzymać wyrok w mocy (czyli oddalić skargę, mając na przykład na względzie dobro dziecka), albo go uchylić, kierując sprawę do ponownego rozpatrzenia przez sąd apelacyjny.

Gubię się już w tych wszystkich zawiłościach prawnych, ale myślę że dobrze to przedstawiłem... a przynajmniej w dobrej wierze.

Podsumuję zatem jeszcze raz wszystko od początku. Od momentu umieszczenia chłopców w naszej rodzinie, do czasu wydania decyzji o odebraniu praw rodzicielskich, minęły dwa lata (plus-minus kilkanaście dni). Dlaczego tak dużo? Rodzice musieli poddać się kolejnej terapii, pokazać że potrafią znaleźć i utrzymać pracę, że są w stanie stworzyć bezpieczne miejsce na przyjęcie czwórki rodzeństwa. Zapewne dużą rolę odegrało też przeciążenie niewielkiego sądu rodzinnego, w którym pracuje jedna pani sędzina, jedna pani sekretarka i pewnie jedna pani protokolantka. A przecież ludzie chorują, biorą urlopy. W ciągu tych dwóch lat odbyły się zaledwie trzy rozprawy.

Mama od zawsze się odgrażała, że będzie walczyć o swoje dzieci do śmierci, że będzie się odwoływać od wszystkiego od czego się można odwołać, a na koniec pójdzie do telewizji. Póki co, jest konsekwentna w swoich zapowiedziach.
Rozprawa w sądzie okręgowym będzie miała miejsce po ośmiu miesiącach od wydania decyzji przez sąd rejonowy. Jeżeli będzie skarga do sądu kasacyjnego, to pewnie na termin rozprawy też trzeba będzie poczekać kolejnych osiem miesięcy. Nawet jeżeli sąd podtrzyma decyzję swojego poprzednika, to dzieci będą z nami mieszkać trzy lata i cztery miesiące. WOW, będziemy poniżej średniej. Niestety w naszym kraju dziecko przebywa w rodzinie zastępczej średnio trzy lata i siedem miesięcy.
Ale zapewne może być też sytuacja, że znacznie przekroczymy normę. Wystarczy, że sąd drugiej instancji zechce rozpatrywać sprawę od początku, albo sąd kasacyjny zwróci ją do ponownego rozpatrzenia. Kolejne miesiące...

A mogło być tak pięknie. Dwuletnie Bliźniaki mogłyby mieszkać z nami tylko niecały rok. Pierwsza rozprawa mogła mieć miejsce po czterech miesiącach, kolejna po następnych czterech... i ostateczna decyzja. Czy osiem miesięcy nie wystarczy, aby ocenić, czy rodzic jest w stanie sprawować opiekę nad swoimi dziećmi? Czy dla rodzica zagubionego w życiu, nie jest to wystarczający czas, aby przejrzeć na oczy i zrobić wszystko, aby znowu być ze swoim dzieckiem?

Moje postrzeganie rodzica, któremu ograniczono jego prawa do dziecka, bardzo zmieniło się na przestrzeni kilku ostatnich lat. Nie przemawia do mnie argument, że wystarczy podać mu rękę. Nie rozumiem tłumaczenia, jak bardzo ten rodzic cierpi. Nie interesuje mnie, że rozłąka z dzieckiem powoduje frustracje, stany depresyjne, agresję.

Patrzę, i widzę tylko działania pozorowane, nieprzemyślane, bez celu. To nie jest walka w imię dobra swojego dziecka. To jest walka dla samej walki.

Majka już nie raz tłumaczyła mamie chłopców, jak bardzo krzywdzi emocjonalnie swoich synów, którzy już od dawna powinni przebywać w bezpiecznej rodzinie. W takiej, w którą mogliby wsiąknąć, zapuścić korzenie, poczuć że do niej przynależą.

Mama to rozumie... chociaż zupełnie inaczej. Nawet była na czterech dwugodzinnych szkoleniach mających podnieść jej kompetencje rodzicielskie. Myślę, że wcale nie tylko po to, aby się podpisać.

Ja brałem udział w wielu szkoleniach, wykładach, webinarach, superwizjach (czasami przeznaczonych dla wszystkich pogotowi, ale również dotyczących wyłącznie naszej rodziny). Niby sporo wiem, a jednak wciąż popełniam błędy.

Mieszkam z dziećmi, które mają swoją historię. Coś, czego nie można odrzucić, ale jednocześnie bardzo przeszkadza.



wtorek, 10 listopada 2020

PTYSIE 5

 


Odeszli...

Czy czuję ulgę? Tak.

Czy była to dobra decyzja? Nie wiem.

Jednak okazało się, że propozycja sądu, w którym toczy się postępowanie Ptysi, aby dzieci zostały przeniesione do nowej rodziny zastępczej postanowieniem PCPR-u, nie wypaliła. Wyszło na to, że nasza koordynatorka Jowita, to nie cały PCPR. A ten (czyli pani z jakiegoś innego działu) stwierdził, że takie numery to były dozwolone kilka lat temu. Teraz musi być decyzja sądu i kropka.

Ja, ze swoją katastroficzną wizją świata, już widziałem kolejne miesiące z siódemką dzieci, z których czwórka będąca razem, jest niemal nie do opanowania.

Ale Jowita nie dała za wygraną. Ponownie zadzwoniła do sędziego, z pytaniem „i co pan na to?”. No to Pan stwierdził, że co powiat, to inny zwyczaj. Skąd ja to znam... sam często mówię „co sąd, to obyczaj”. I tak się bujamy wszyscy, licząc na dobrą wolę kogoś, kto jest władny w podejmowaniu decyzji.

Tym razem się udało. Pan sędzia w końcu stwierdził „to do kogo mam przenieść Ptysie?”.

Nagle bariera w postaci toczącej się sprawy i fakt przekazania całej dokumentacji specjalistom sądowym (w celu przygotowania się do badania więzi), runęła.

Odczekaliśmy jeszcze kilka dni, próbując w tym czasie wytłumaczyć dzieciom całą sytuację. Niby wiedziały, że nie będą u nas mieszkać na zawsze. Miały świadomość tego, że być może wrócą do mamy, a być może zamieszkają z inną rodziną... już na stałe.

Póki co ziścił się drugi wariant. Ale czy na stałe?

Aktualni rodzice zastępczy Ptysi nie są gotowi na adopcję. Ale też nie mają nic przeciwko utrzymywaniu kontaktów z mamą dzieci.

Co będzie, jeżeli sąd za trzy miesiące odbierze rodzicom biologicznym władzę rodzicielską?

Na dobrą sprawę, to teraz wszystko należałoby przeciągać do granic możliwości. Tak, aby dzieci stały się „za stare” na adopcję. Nie wiem, czy są one gotowe po raz kolejny zmienić rodzinę. Nie wiem też, czy istnieje rodzina adopcyjna, która chociaż zrozumie trudności, i nie będzie chciała tego zbagatelizować. Cały czas mam przed oczami mamę biologiczną Stokrotki... i jej mamę adopcyjną. Tam też miłość miała wszystko uzdrowić. Ale tak się nie stało.

Obecna mama zastępcza Ptysi jest pedagogiem. Niech ją jakoś nazwę... może Afrodyta? Nie próbuję się tutaj w żaden sposób odnosić do urody. Po prostu, też na „A”.

Rodzice mają już jedno dziecko zastępcze, więc można powiedzieć, że są wprawieni w boju. Pytanie tylko, czy Ptysie to ten sam kaliber?

Jak ostatnio wspomniałem, rodzice zastępczy nie dostali adresu do bloga. Zbyt dużo cierpkich słów tutaj wypowiedziałem. Za bardzo odkryłem swoje emocje.

Chociaż może obiektywnie nie za bardzo... ale za bardzo dla nich.

Za to nasz Ośrodek Adopcyjny ma namiary na bloga. Nie wiem, czy teraz ktoś go czyta. Może w sytuacji, gdy jest do umieszczenia jakieś dziecko z naszej rodziny. Jakby nie było, jest tu pewnego rodzaju wiedza tajemna. Informacje, których trudno szukać w oficjalnych ocenach dzieci kierowanych do PCPR-u. Może więc ktoś uzna, że Ptysie nie mogą być zakwalifikowane do adopcji i na zawsze pozostaną w rodzinie Afrodyty.

A co jeżeli wrócą do mamy? W tej chwili jest jeszcze zbyt dużo znaków zapytania.

Przygotowywaliśmy Ptysie do odejścia przez ponad miesiąc. To były nie tylko rozmowy, ale też dwa weekendy spędzone z rodziną Afrodyty. Mieliśmy też w pamięci miesiąc wakacji, który można uznać za w pełni udany. Dzieci były zadowolone.

Chociaż gdy wróciły do nas po tym okresie, miała miejsce sytuacja, która nas nieco zaskoczyła. Mnie nawet zszokowała. Wiedzieliśmy już, że wakacyjni rodzice mają w planach zostanie dla dzieci rodziną długoterminową, być może na zawsze. Wiedzieliśmy też, że dzieciom było tam całkiem miło, miały wiele atrakcji, chociaż cały czas chodziły do swojego przedszkola.

Zadaliśmy im pytanie „czy chcielibyście zamieszkać na stałe z ciocią Afrodytą?”.

Ptyś nic nie odpowiedział, ale to jest w jego stylu. Balbina powiedziała krótko, acz dosadnie „nie”. Było to stwierdzenie wypowiedziane tonem nie dającym nam przyzwolenia na jakikolwiek sprzeciw, czy choćby dyskusję. Dlatego w tym momencie odpuściliśmy.

Druga podobna sytuacja miała miejsce w dniu, w którym Majka odwoziła dzieci do domu Afrodyty. Balbina najpierw kurczowo chwyciła za drzwi samochodu, i przywarła do nich znowu krzycząc „nie”. Potem przytuliła się do Majki, rozpłakała i stwierdziła, że nie chce tutaj zostać.

Długo rozważaliśmy z Majką całą sytuację. Doszliśmy do pewnych wniosków, chociaż nie jestem przekonany, czy prawdziwych.

Balbina przez cały okres pobytu w naszej rodzinie prowadziła z Majką regularną wojnę. Chociaż może były to bardziej bitwy podjazdowe. Dziewczynka przez cały czas próbowała narzucić jej swoją wolę, chociaż doskonale wiedziała, że nie skończy się to dla niej dobrze. Mnie z kolei (jako to słabsze ogniwo w naszej rodzinie) ciągle testowała. Czy naprawdę liczyła, że w którymś momencie się ugnę? Że pozwolę jej złamać obowiązujące w naszym domu zasady?

Bardzo często zdarza mi się być samemu z całą naszą gromadką dzieci. Gdy Ptysie były z nami, to praktycznie cały czas musiałem je mieć pod kontrolą... w zasadzie tylko Balbinę.

Gdy chciałem skorzystać z toalety, to musiało to być przy uchylonych drzwiach i zgaszonym świetle, bo Balbina wykorzystywała każdą chwilę, w której zniknąłem z jej pola widzenia. Wchodziła do kuchni w poszukiwaniu słodyczy, albo dopadała do leżaczka ze Stokrotką i potrząsała nią tak mocno, że tylko pasy ratowały ją przed wystrzeleniem z katapulty. Robiła więc to, co było zabronione. Czy w ten sposób chciała pokazać (przynajmniej sobie), że to ona ma nad wszystkim kontrolę?

Remus w takich sytuacjach przychodził do tej toalety, w której siedziałem, i mawiał „wujku, zapalę ci światło w imię ojca i syna i ducha świntucha amen”.

Tak więc przyjaźń między Balbiną a nami, była bardzo szorstka.

Dlaczego zatem dziewczynka nie chciała odejść?

Doszliśmy do wniosku, że prawdopodobnie poczuła rodzące się uczucie między nią a Afrodytą. A uczucie i więzi, są czymś co pozbawia Balbinę poczucia władzy, kontroli nad wszystkimi i wszystkim.

Przejście do nowej rodziny okazało się wyjątkowo łagodne w sensie utrzymywania wzajemnych kontaktów. Praktycznie widujemy się codziennie.

W ramach rozmaitych obostrzeń, nasze przedszkole pracuje teraz od godziny ósmej. A rodzice zastępczy Ptysi, swoją pracę rozpoczynają dużo wcześniej. Majka zaproponowała, że mogą przywozić dzieci do nas, a ona razem z Bliźniakami odwiezie je do przedszkola.

Tak więc codziennie z samego rana, mamy przynajmniej godzinę na wspólne rozmowy i zabawy. Ptyś siedzi jak siedział na fotelu i najchętniej gapi się w telewizor. A Balbina? Jest niesamowicie miła, pomocna i uśmiechnięta. Gdy przewijam Stokrotkę, to sama bierze pieluchę (nawet z kupą), zawija ją i odnosi do śmieci. Dawniej na prośbę o odniesienie już zabezpieczonej pieluchy, najczęściej odpowiadała „nie”. Teraz wchodzi mi na kolana, patrzy prosto w oczy, gładzi po twarzy i mówi „wujku, kocham cię”.

Stałem się dla niej bezpieczny. Jestem jak każdy inny ojciec jej kolegów z przedszkola. Wie, że z nami nie będzie już mieszkać, więc podświadomie czuje, że z pewnością nie zaangażuje się uczuciowo. Bariera w postaci mieszkania osobno jest dla niej wystarczającym buforem emocjonalnym.

W rodzinie Afrodyty jeszcze jest dobrze. To znowu jest nowa sytuacja, którą dziewczynka musi rozpracować, w jakiś sposób się w niej odnaleźć.

Jest ogromny kontrast między jej porannym zachowaniem w naszym domu, a tym co dzieje się w przedszkolu. Tam sytuacja się nie zmieniła, więc gdzieś trzeba pokazać swoją władzę. Teraz przedszkole jest miejscem, w którym można rozładować swoje emocje. Bywają dni, gdy Balbina tak się wydziera, że słychać ją nawet w salach na piętrze. Dziewczynka ze zdwojoną siłą wchodzi w konflikt z koleżankami, które nie chcą poddać się jej woli. To ona chce decydować, kto będzie w grupie w której się bawi, a kto nie. To ona chce decydować, z kim pójdzie na zajęcia logopedyczne, a kto ma zostać w sali.

Nie są to zachowania obce, które dziwiłyby panie wychowawczynie. Jednak tym razem, ich skala chyba wszystkich przerasta.

Ptyś też jest inny niż kiedyś. Tyle tylko, że jego odreagowanie emocji polega na tym, że nie chce współpracować. Jest to znany nam mechanizm, polegający na tym, że udaje że nie słyszy. Na szczęście nie wraca zawieszanie się, które miało miejsce jeszcze rok temu.

Majka kilka dni temu była z Ptysiami na badaniu więzi. Trzy godziny w jedną stronę i trzy w drugą. Gdybyśmy wiedzieli, że dzieci już zamieszkają z Afrodytą, to złożylibyśmy wniosek o przeniesienie tego badania do naszego miasta. Tyle, że mogłoby to trwać nawet pół roku. Nasz OZSS musiałby wyznaczyć swój termin, należałoby przewieźć całą dokumentację, co jak się okazuje wcale nie jest kwestią kilku dni.

Jednak wówczas zależało nam na czasie, więc Majka wyraziła zgodę na przejechanie ponad dwustu kilometrów. Na dobrą sprawę powinna z dziećmi pojechać Afrodyta, ale co ona wie o ich zachowaniu... póki co, dzieci funkcjonują w stanie wojny. Próbują przeżyć, jakoś się dostosować.

Niestety na badaniu miał się stawić również tatuś Balbiny. Jakoś nie czuł takiej potrzeby. W zasadzie nie wiem w jakim celu został zaproszony, bo ani nie zamierza odzyskać Balbiny, ani nie łączą go z nią jakiekolwiek więzi. Ostatni raz widział dziewczynkę, gdy ta miała zaledwie kilka miesięcy.

Ale sąd nie odpuszcza... badanie musi się odbyć. Tak więc Majka za dwa tygodnie będzie miała kolejny kurs na południe Polski. Gdyby to było lato, a Balbina nie była Balbiną, to może pojechałaby na dwa dni i pokazała dziewczynce góry.

Na szczęście umówiła się z psycholożkami w ten sposób, że jeżeli tatuś pojawi się o dziewiątej, to Majka wsiada w samochód i jedzie. Niech czeka te trzy godziny. Będzie miał więcej czasu na skupienie się nad wypełnianymi testami. Jeżeli go nie będzie, to zostanie wyznaczony nowy termin i tak będziemy się bawić do skutku, albo gdy znudzi się to sądowi.

Badanie psychologiczne było bardzo ciekawe. Śmiem nawet twierdzić, że dużo lepsze niż u nas. Poza standardowym wypełnianiem testów i rozmową, była też pani psycholog, która przez cały czas siedziała w poczekalni i coś notowała.

No to mama z babcią odstawiły piękne przedstawienie. Były cudowne. Zainteresowane potrzebami dzieci. Co chwilę tylko łypały wzrokiem na panią psycholog, czy aby to konkretne zachowanie zapisała. Balbina też zachowywała się inaczej... przez długi czas była wtulona w mamę, co dotychczas na taką skalę nigdy nie miało miejsca. Czy była to reakcja na zachowanie mamy? A może dziewczynka po przejściu do nowej rodziny bała się, że nigdy już mamy nie zobaczy? Bo mama przez tych kilkanaście dni nie raczyła nawet zadzwonić.

Doszliśmy jednak z Majką do wniosku, że czterogodzinne badanie ma sens. Kiedyś nas to bardzo irytowało, ale z punktu widzenia poprawności wyciąganych wniosków, jest to dobre.

Już w drugiej godzinie wszyscy zaczynali być znudzeni. Mama z babcią doszły do ostatniej linijki scenariusza, a improwizować za bardzo nie potrafiły. Zaczął się jeden wielki rozpiździel. Balbina przysiadła się do Majki, a chłopcy (bo przecież był też Bill) niemal nie rozwalili całej budy. Majka była tylko obserwatorem. Podobnie jak psycholożka, która wciąż coś notowała. A mama z babcią nic. Siedziały znużone, w oczekiwaniu, aż wszystko się zakończy.

Dzień przed wyjazdem Majka poprosiła mnie, abym wydrukował wszystko co kiedykolwiek napisałem o Ptysiach. Zebrało się tego całkiem sporo, a Majka przygotowując się do badania wszystko jeszcze raz przeczytała. Okazało się, że o wielu sprawach już zapomnieliśmy. Podkreśliła sobie najważniejsze sprawy zielonym pisakiem, aby podczas rozmowy o czymś nie zapomnieć.

Okazało się, że oceny Ptysi, które pisałem na posiedzenia zespołu w PCPR były paniom już znane. Znajdowały się one w materiale przesłanym z sądu.

Za to fragmenty bloga były czymś nowym, często rzucającym inne światło na daną sprawę. Mnie zaskoczyło to, że panie doskonale wiedziały czym trudni się mama Ptysi. Zawsze wydawało mi się, że jej profesja cały czas leży na pograniczu faktów i mitów, że może nawet należy ją traktować w kategorii „plotka”. Widać sąd oparł się na dużo bardziej wiarygodnych informacjach, niż tylko nasze rozmowy z babciami dzieci.

Ciekawe jest też to, że specjaliści sądowi (czyli te panie psycholożki) nie mogą w swojej opinii opierać się na blogu i w jakikolwiek sposób wykorzystywać jego fragmentów w swoim opracowaniu. Ale już blog wydrukowany i przekazany przez rodzinę zastępczą, to zupełnie coś innego. Tak więc panie zabrały Majce wszystkie wydrukowane teksty i przyjęły do wiadomości, że blogowa Balbina to Balbina, a Ptyś to Ptyś. Chciały też zeskanować odręczne notatki Majki, ale ta nie przystała na tę propozycję. Cóż... gdyby nie używała sformułowań typu „głupia baba”, to nie miałaby się czego wstydzić.

Wyjazd na badanie spełnił jeszcze jedną, może nawet ważniejszą rolę. Pokazał dzieciom, że my wciąż istniejemy, że się nimi interesujemy, że mogą z nami porozmawiać.

Ptyś jest chłopcem małomównym (przy założeniu, że jest sam). Gdy wyjeżdżaliśmy na wakacje, to zawsze brałem go do swojego samochodu, bo przez prawie trzy godziny potrafił nie wypowiedzieć ani jednego słowa. Tym razem był wyjątkowo gadatliwy. Opowiadał o swoim nowym domu, o tym jak jest u cioci Afrodyty. Okazało się, że mentalnie wciąż jeszcze mieszka z nami. Mówił na przykład „kolacja u cioci jest inna jak u nas”, albo „w pokoju są takie same meble jak u nas”. On ciągle żyje „u nas”. Potrzebuje jeszcze trochę czasu. Oby tylko nie zamknęli przedszkoli.

Dorzucę jeszcze moje ostatnie oceny na posiedzenie zespołu. Ostatnie... choć sprzed kilku miesięcy.

W zasadzie nie chciałem tego robić. Może dlatego, że wszystkie moje opisy są historią mojej (Majki też) porażki. To nie tak miało wyglądać.

Może gdybym przeniósł się w czasie do stycznia ubiegłego roku, to stwierdziłbym, że to są zupełnie inne dzieci. Może... Ale jestem tu i teraz. Widzę jak trudno jest pokochać dzieci, które tę miłość odrzucają.

Gdyby jednak się okazało, że Ptysie za jakiś czas znajdą się w bazie Ośrodka Adopcyjnego, to poniższe teksty zostaną udostępnione potencjalnym rodzicom adopcyjnym. Jak do tego podejdą? Czy nie rzucą się z motyką na słońce?

Póki co kibicujemy Afrodycie, licząc na to, że to jednak z nami jest coś nie tak. Będziemy ją wspierać, pomagać jak się da. Nie wiem jednak co będzie za kilka lat. Czy nie będzie przeklinać dnia, w którym podjęła decyzję o zaopiekowaniu się dziećmi?

Czy bycie pedagogiem jest wystarczającą gwarancją?

Balbina (5 lat).

Sytuacja zdrowotna

Balbina jest zdrowa w bardzo szeroko rozumianym zakresie. Zmogła ją tylko ospa, kilka miesięcy temu, i od tego czasu już nic. Nie miewa nawet zwykłego przeziębienia, ani podwyższonej temperatury. Chociaż w dobie pandemii, została jakiś czas temu odesłana z przedszkola z powodu bycia smutną. Odebraliśmy ją, chociaż był to jeszcze nieprzepracowany foch, strzelony z samego rana.

Żołądek też ma zdrowy, ponieważ potrafi dobrać się do szafki ze słodyczami, po którym to epizodzie nie ma ani mdłości, ani wymiotów... a szkoda.

Funkcjonowanie dziecka w domu

Balbina bardzo lubi pełnić funkcje przywódcze. Chciałaby kontrolować wszystko i wszystkich. Trójka innych naszych chłopców zastępczych skutecznie się przed tym broni, co powoduje, że wielokrotnie dochodzi do rozmaitych spięć, a nawet bójek. Chociaż cieszy nas postawa jej brata, który kiedyś był przez nią regularnie bity, a teraz potrafi sobie już sam poradzić... niekoniecznie odpowiadając agresją.

Balbina próbuje też przejąć władzę nad nami (czyli rodzicami zastępczymi). To ona chce decydować kiedy coś się wydarzy.

Mocne strony dziecka

Chciałbym napisać, że to chęć współpracy. Często tak właśnie jest... jednak wszystko zależy od tego, czy dziewczynka uzna, że ona w tym momencie tego chce.

Gdy przewijam naszą najmłodszą latorośl, i trzeba wyrzucić pieluchę do śmieci, to bardzo trudno jest mi przewidzieć jej reakcję. Czasami wyrzuca ją z chęcią, a czasami mówi „nie”. Gdy proszę wówczas Romulusa (który zawsze jest pomocny), to wówczas rzuca się na niego (a właściwie na tę pieluchę) niemal wydrapując mu oczy... w każdym razie krzycząc „Jaaaaaaa!!!!”.

Balbina potrafi bardzo ładnie rysować. Ale najczęściej nie chce. W większości przypadków bierze do ręki kredkę (albo kredę na tarasie) i maże. Byle jak, byle gdzie.

Gdybym nie opisywał akurat tej dziewczynki, to uznałbym za mocną stronę jej otwartość. Bo ona faktycznie potrafi oczarować różnych naszych gości, a nawet zupełnie obce osoby spotkane na spacerze. Jest wówczas miła, potrafi porozmawiać, a nawet się przytulić, czy wejść na kolana.

Wydawałoby się, że jej mocną stroną jest nawiązywanie kontaktów z innymi dziećmi. Jednak jest to tylko chwilowe. Nie potrafi tych kontaktów podtrzymywać. Z dziećmi silniejszymi psychicznie, szybko wchodzi w konflikt. Tych słabszych, próbuje sobie podporządkować.

Ujawnione u dziecka trudności

Balbina bardzo dobrze funkcjonuje w nowej sytuacji. Tak było gdy pojawiła się w naszej rodzinie, poszła do przedszkola, zamieszkała w rodzinie wakacyjnej poprzedniego lata. Nawet tak było, gdy rozpoczęła się epidemia i nagle wszyscy byliśmy razem w domu, bez możliwości jego opuszczania. Tak też jest teraz, gdy ponownie poszła do przedszkola. Jest czarująca, pomocna... próbuje rozeznać sytuację i się do niej dostosować. Niestety taki okres sielanki bardzo szybko się kończy.

Balbina niemal codziennie moczy się w ciągu dnia. Dlaczego? Przecież w nocy śpi już bez pieluchy i rzadko zdarzają się jej tylko drobne popuszczenia. Nauczeni doświadczeniem z innym dzieckiem, staramy się dawać jej dużo pić w ciągu dnia... bo pełen pęcherz szybciej daje o sobie znać, niż wypełniony tylko w części. Nic z tego. Planujemy wizytę u urologa, chociaż nie wiążemy z nią większych nadziei.

Dziewczynka ma też zwyczaj niewycierania pupy po zrobieniu kupy. Potrafi to zrobić... zwłaszcza jak nad nią stoimy i przypominamy. Jednak gdy sama idzie do toalety, to wychodząc zawsze ma brudne majtki (często z przyklejonymi kawałkami kupy).

W przypadku Balbiny, trudno jest nam stosować metodę podążania za dzieckiem... metodę rodzicielstwa bliskości. Niestety podstawową metodą wychowawczą jest tutaj stosowanie kar i nagród. Tak więc w sytuacji, gdy ma kupę w majtkach, to musi te majtki wyprać. Zresztą nie jest to nasz wymysł, a zasugerowany przez psychologa.

I tutaj mogę się odwołać do tego, o czym napisałem wcześniej. Dziewczynka wypierze swoją bieliznę, ale tylko wówczas gdy ma na to ochotę. Bywa, że potrafi dwie godziny siedzieć nad miską z nalaną wodą... i wyć (płaczem tego nazwać nie można). Ale są też sytuacje, gdy dokłada również rzeczy, które ma na sobie i kończy pranie po dziesięciu minutach. Nie wymagamy od niej wyprania tych majtek, czy piżamy. Ma tylko okazać chęć. Ma coś zacząć robić... najlepiej wycierać pupę. Gdyby pies miał ręce a nie łapy, to nauczyłby się tego szybciej niż ona. Bo pies zwyczajnie by tego chciał.

W czasie epidemii wróciły dawne zachowania o zabarwieniu seksualnym, chociaż w nieco innej postaci. Dziewczynka potrafi położyć się przed swoim bratem i powiedzieć „wąchaj mnie”... a on doskonale wie co ma robić. Zdarzyło się też, że udawała w ogrodzie, że robi kupę (ściągając majtki i informując o tym inne dzieci z nami mieszkające). Trudno powiedzieć, jaki był jej cel. Chodziło o to, aby się pokazać?

Nie krzyczymy na nią za to. Staramy się zadawać pytania, chociaż nie uzyskujemy żadnych odpowiedzi. Stoi i patrzy nam prosto w oczy, nie wydając żadnego dźwięku.

Dziewczynka cały czas faworyzuje wszystkich mężczyzn. Nawet biorąc pod uwagę jej zaburzenia przywiązania, i to że potrafi przytulać się do zupełnie obcych osób, to nigdy nie wybiera kobiet. Przytula się do mnie, ale już nawet do cioci – nie.

Gdy przychodzą do nas nasze dorosłe córki ze swoimi chłopakami, to dziewczynka siada im na kolanach, przytula się, gładzi ich po brodzie... zwyczajnie ich kokietuje. Chłopcy czują się zażenowani i ani oni, ani my nie wiemy jak reagować. Najczęściej mówimy „Balbina idź się bawić z dziećmi”. Ale ona nie zawsze chce. Chociaż od niedawna (po licznych lekturach) wprowadziliśmy komunikaty bardziej wprost. Przed wizytą mówimy wyraźnie, że może przyjść na kolana tylko do cioci i wujka, i do nikogo innego. Goście też są informowani. Ostatnio zadziałało.

Pewnym problemem jest niszczenie wszystkiego i wszędzie. Balbina rysuje po ścianach, zdrapuje kawałki farby, rozrywa maskotki, rzuca zabawkami. Nie przywiązuje się do niczego. Nie ma ulubionych rzeczy, o które chciałaby dbać. Jakiś czas temu babcia przywiozła jej lalkę... podobno była to jej lalka, którą kiedyś się bawiła. Balbina rzuciła ją na trawę w ogrodzie. Akurat zaczynał padać deszcz. Poprosiłem, aby ją zabrała do domu, bo się zniszczy. Po krótkim monologu (bo Balbina w takich sytuacjach nie wchodzi w dyskusję) stwierdziłem, że jeżeli jej nie zależy na tej lalce, to ją wyrzucę do śmieci. Spokojnie patrzyła jak otwieram kubeł...

Balbina cały czas próbuje decydować o wszystkim. Niestety podstawowym celem, który jej przyświeca, jest kontrola sytuacji. Gdy kiedyś w wannie któryś z chłopców powiedział „wujek nalej kolorowej wody”, to Balbina natychmiast „ja nie chcę kolorowej wody”. Odpowiedziałem „dobrze nie naleję” - „ale ja chcę kolorową wodę!!!”.

Balbina bardzo często sprawia wrażenie, jakby zupełnie nie słuchała tego, co się do niej mówi. Pewnego dnia podczas kąpieli próbowałem jej coś wytłumaczyć. A ona tylko nie i nie. W końcu pytam:

  • Balbina, czy ty słyszysz co do ciebie mówię?

  • Tak.

  • To co powiedziałem?

  • Słyszysz co do ciebie mówię”.

Balbina czasami próbuje oczernić lub zrzucić winę na któregoś z trójki chłopców mieszkających w naszej rodzinie. Pewnego dnia siedziała na tapczanie i krzyczała „nie bij mnie, nie bij”. Jej brat był w drugim końcu pokoju i bawił się zabawkami. Robiła to z premedytacją, czy dysocjowała?

Dziewczynka potrzebuje też do zaśnięcia silnych bodźców. Tylko gdy jest bardzo zmęczona, to zasypia bez hałasowania i awanturowania się. Najczęściej biega, rzuca zabawkami, krzyczy, albo śpiewa. Jej ulubionymi piosenkami są „sto lat, sto lat”, „jeszcze Polska nie zginęła...”, „widziałam orła cień...”. Niestety z każdej zna tylko po jednym wersie (i nie chce nauczyć się pozostałych), więc zachowuje się jak zacięta płyta puszczona na maksymalnej głośności. Można przychodzić i prosić wiele razy. Po zamknięciu drzwi natychmiast wraca do wcześniejszych zachowań. Trzeba zatem powiedzieć głośno (baaardzo głośno) i stanowczo, jednocześnie zdecydowanym ruchem pakując ją do łóżka... wówczas zasypia niemal natychmiast.

Balbina nie stosuje się do umów i zasad ustalanych z nią wcześniej... chociaż doskonale je zna.

Formy spędzania wolnego czasu

Balbina bardzo lubi robić to, czego w danym momencie robić nie powinna, lub nie może.

Gdy wszystkie dzieci bawią się w ogrodzie, to ona po pewnym czasie krzyczy, że chce pójść „na górę” - czyli do swojego pokoju. Mija może kilka minut, gdy słyszymy wrzask: „na dóóół!!!, na dóóół!!!”. A przecież nikt nie każe jej tam siedzieć za karę.

Dziewczynka nie potrafi podjąć konkretnej decyzji, nawet gdy jest uprzedzana o jej konsekwencjach. Ma to miejsce choćby w przypadku, gdy pytamy „idziesz do lasu, czy bawisz się w domu?”, „bierzesz rowerek, czy idziesz piechotą?”. Czasami mam wrażenie, że zastanawia się, co my byśmy woleli... bo ona chce zrobić odwrotnie. Bywa, że zmienia zdanie w trakcie spaceru... no ale wtedy mleko już jest rozlane.

Nie potrafi bawić się sama. Snuje się z kąta w kąt. Każda jej aktywność jest krótkotrwała... nawet oglądanie bajki. Jej zabawy są tylko odwzorowywaniem tego, co zobaczyła przed chwilą. Nie umie być kreatywna. Gdy przygotowuje zupę dla cioci, to po chwili robi kolejną zupę... i jeszcze następną. Nie potrafi wymyślić drugiego dania, deseru, czy kompotu.

Bardzo dobrze zachowuje się w sytuacjach nowych. Na przykład gdy dokądś wyjeżdżamy.

Dlatego z dużym spokojem patrzę na planowane wakacje nad morzem. Będzie dobrze, o ile nie będą trwały dłużej niż tydzień.

Rozwijanie zainteresowań u dziecka

Balbina nie ma zainteresowań. Chyba, że za takie można uznać próby wyjadania słodyczy i wylewanie wszystkich znajdujących się w pobliżu płynów. Tym sposobem straciliśmy już kilka szamponów, płynów do kąpieli, a nawet balsamów do ciała, które nieopatrznie pozostawiliśmy w jej zasięgu.

Niedawno była akcja „myjemy siusiaki”, którą zainicjowało pytanie „a co to jest?”. No to wytłumaczyłem wszystkim, do czego służy płyn do higieny intymnej.

  • Ja też chcę umyć siusiaka!

  • Balbina, ale ty nie masz siusiaka.

  • Ale ja chcę.

Program zakończył się po trzech dniach, gdy zapomniałem odłożyć płyn na najwyższe piętro w szafce łazienkowej.

Chociaż może nieco mijam się z prawdą z tymi zainteresowaniami. Balbina lubi chodzić na trening judo. Początkowo lubiła też piłkę nożną, balet i hip-hop. Straciła zainteresowanie, gdy chcieliśmy ją na te zajęcia zapisać.

Kontakty z rodzicami biologicznymi

W okresie trwania epidemii dziewczynka nie spotykała się ani z mamą, ani z babcią. Były tylko wideo-rozmowy, które trwały po kilka minut (raczej nie więcej niż trzy), gdyż Balbina nie za bardzo była nimi zainteresowana. Gdyby dziewczynka nie była mobilizowana przez ciocię, to prawdopodobnie spotkanie polegałoby na popatrzeniu na siebie.

Wcześniej kontakty miały miejsce mniej więcej raz na dwa tygodnie z mamą i raz na dwa miesiące z babcią. Od czasu gdy zostały poluzowane zasady epidemiologiczne, miały miejsce dwa spotkania z mamą.

Poprosiliśmy mamę, aby wytłumaczyła dzieciom, że wkrótce będą miały siostrę, albo brata. Wyszło jak wyszło. Młodsze rodzeństwo ani nie zauważyło, że mama jest gruba, ani nie wyniosło ze spotkania jakiejkolwiek informacji o dziecku. Jedynie najstarszy brat stwierdził, że mama powiedziała, iż będzie się niedługo opiekowała jakimś dzieckiem.

Balbina nadal nie dopytuje o kontakty z mamą, a w trakcie ich trwania wciąż najbardziej jest zainteresowana tym, co ma w torbie.

Uwagi, potrzeby, oczekiwania

Planujemy w niedługim czasie skontaktować się z terapeutą (ponieważ psycholodzy już rozkładają ręce). Pewnym powtarzającym się zaleceniem jest refleksja „co się stanie, gdy postąpimy tak, jak życzy sobie tego dziewczynka?” Nie bardzo to się sprawdza, gdyż jej głównym zamierzeniem jest przejęcie kontroli nad nami. Działanie wbrew ustalonym zasadom, nie przynosi pożądanych skutków.

Terapii rodzinnej rozpoczynać nie będziemy, gdyż musiałaby się ona skoncentrować na więziach. Być może należałoby się cofnąć do pewnych etapów, których dziewczynka nigdy nie przeżyła... noszenie na rękach, karmienie z butelki, smoczek na zaśnięcie. Być może w jej przypadku byłoby potrzebne całkowite poświęcenie się jednego z rodziców, a nawet rezygnacja z pracy zawodowej.

Od terapeuty oczekujemy tylko wskazówek, jak radzić sobie z rozbudzoną seksualnością, brakiem chęci do współpracy i napadami złości (które dziewczynka miewa prawie codziennie).

Ptyś (6 lat).

Sytuacja zdrowotna

Ptyś nie choruje, nie bywa nawet przeziębiony.

Jedynym jego przeżyciem związanym z koniecznością nagłego udania się do lekarza, była sytuacja, gdy wsadził sobie do ucha i nosa fragmenty zabawek. Chyba na złość pani w przedszkolu, bo gdy ta do niego podchodziła, to on wpychał coraz głębiej.

No i jeszcze kilkanaście dni temu chłopiec zafundował nam kwarantannę epidemiczną, gdyż w przedszkolu dostał temperatury 37,2 i miał robione testy na koronawirusa.

Kilka tygodni temu byliśmy u specjalisty w celu wykluczenia neurologicznej przyczyny „zawieszania” się chłopca. Czekamy jeszcze na EEG głowy, chociaż właściwie jest to już tylko formalność.

Ptyś przestał się już zawieszać. Nie patrzy już przeze mnie, tylko na mnie. Nie krzyczy, nie rzuca się na mnie z pięściami. Nie oznacza to, że jest już zupełnie dobrze. W tej chwili chłopiec udaje, że nie słyszy. Jeżeli coś od niego chcemy, to musimy szybko wyartykułować zdanie w sposób jednoznaczny. Najgorzej zacząć w stylu „słuchaj Ptysiu...”

W sytuacjach konfliktowych chłopiec unika konfrontacji. Nie patrzy w oczy, nie broni się, nie zaprzecza... ucieka.

Funkcjonowanie dziecka w domu

Spróbuję przedstawić Ptysia za pomocą pewnego tekstu, który napisałem o nim kilka tygodni temu:

Ognik to piękny krzew, i dlatego mam w ogrodzie kilkadziesiąt jego egzemplarzy. Już jako dziecko upajałem się pięknem nie tylko kwiatów kwitnących wiosną, ale głównie urodą jesiennych owoców, mieniących się rozmaitymi barwami od czerwieni po żółty.

Od ponad roku, gdy do naszej rodziny przyszedł Ptyś, patrzę na tę roślinę jakby inaczej. Nie wiem dlaczego chłopiec ją sobie upodobał. Lubi spędzać w grupie ogników długie chwile w samotności. Gdy czasami dzieci przebywając w ogrodzie zaczynają coś broić i wychodzę, aby dać im reprymendę, to Ptyś natychmiast nurkuje w gąszczu ognika... nawet jeżeli jest zupełnie niewinny. Dlaczego nie wybiera innych roślin, wśród których również mógłby stać się niewidoczny? Bo on chce się stać niewidoczny.

Zapomniałem wam powiedzieć, że ognik ma bardzo długie ciernie. Nie ma takiej możliwości, aby się w nim zaszyć i nie wyjść poranionym. Gdy ostatnio byliśmy na jakichś badaniach w szpitalu, w wypisie zostało odnotowane, że chłopiec jest pokaleczony niemal na całym ciele.

Co ich łączy? Ptysia i jego spersonifikowany odpowiednik... czyli ognik. Są jak bracia, jak dwie połówki jakiegoś większego organizmu.

Gdy Ptyś zamieszkał w naszej rodzinie, była akurat zima... bardzo chimeryczna zima. Wiele pędów ognika przemarzło, a liście (chociaż są zimozielone) zbrązowiały i opadły. Ptyś prezentował się bardzo podobnie. Był połamany emocjonalnie.

I nagle przyszła wiosna. Ognik przycięty i podsypany nawozem zaczął rozkwitać bielą swoich kwiatów. Ptyś podążał jego śladem. Stawał się coraz bardziej otwarty. Jesienią oboje cieszyli oko paletą ciepłych barw. Ale nastała kolejna zima, tym razem bardzo łagodna. Ognik zachował wszystkie zielone liście. Dlaczego Ptyś znowu „przemarzł”?

Mocne strony dziecka

Ptyś staje się coraz bardziej pewny siebie... przynajmniej w grupie rówieśników, a zwłaszcza w relacjach ze swoją młodszą siostrą. Nie jest już bitą i kopaną ofiarą. Potrafi o siebie zawalczyć, nawet uciekając się do przemocy. Częściej jednak posługuje się fortelem, polegającym na tym, że wychodzi na chwilę z pokoju, odczekuje kilkanaście sekund, po czym wchodzi informując swoją siostrę „wujek powiedział, że zaraz przyjdzie i ciebie pobije”.

Ptyś sprawia wrażenie jakby pobyt w naszej rodzinie był dla niego jakąś formą terapii. Robi coraz większe postępy, których może my nie zauważamy, ale widzą je osoby mające z chłopcem kontakt raz na jakiś czas. Nas w pewien sposób zaskoczyło zdanie wychowawczyni z przedszkola, która sporządziła notatkę dla psychologa z naszej poradni. Było tam napisane, że Ptyś bardzo często wspomina w przedszkolu swoją rodzinę. Tą rodziną okazała się ciocia, wujek, Balbina, Romulus i Remus (czyli rodzina, w której chłopiec teraz mieszka). Nawet Bill (najstarszy z rodzeństwa, mieszkający w innej rodzinie zastępczej) postrzegany był jako ktoś bliski, ale jednak spoza rodziny.

Ujawnione u dziecka trudności

Nie jest jednak tak dobrze jak byśmy chcieli. Zwłaszcza istniejąca epidemia, która wymusiła ponad dwumiesięczną kwarantannę naszych dzieci zastępczych spowodowała, że Ptyś cofnął się w wielu aspektach do dawnych zachowań. W domu, wśród dzieci, zachowuje się już bardzo pewnie. Nawet można powiedzieć, że jest „niegrzecznym” sześciolatkiem, uczącym swoich kolegów nie najlepszych manier. Potrafi na przykład zrobić siku do samochodziku stojącego na środku pokoju.

Jednak wciąż zachowuje ogromny dystans w stosunku do dorosłych. Wciąż się ich boi. Gdy nie jest pewny swojego zachowania, to na wszelki wypadek chowa się pod łóżko, szafkę, albo kaleczy się w krzewach ognika.

Nie nam przypada stawianie diagnozy, ale niektóre jego zachowania mogą sugerować, że pod względem przywiązaniowym, jest w dużo gorszym stanie, niż jego siostra. Jemu już na niczym nie zależy. Nie buntuje się. Z pokorą przyjmuje każdą naszą decyzję. Jest odporny na wszelkiego rodzaju kary. Powiedzenie „idź do swojego pokoju się wyciszyć, bo za bardzo szalejesz”, jest nawet pewną formą nagrody. Bo on lubi być sam... przynajmniej nikt mu wtedy nie przeszkadza.

Ptyś nie jest zbyt błyskotliwy, chociaż być może część zachowań wynika z lęku wobec dorosłych. A może z obawy, że nie stanie na wysokości zadania? Jednak gdy ma czas i wsparcie przy rozwiązywaniu jakichś zadań, to jest lepiej.

Czasami bawimy się w kalambury, czy też zadajemy sobie zagadki. Każdy wymyśla swoje, chociaż ja pamiętam jeszcze kilka z własnego dzieciństwa. Na przykład „stoi przy drodze na jednej nodze, mógłbym przysiąc, że jest w niej tysiąc”, albo „mam kapelusz w groszki białe, nie bierzcie mnie do kobiałek”. Dzieci próbują odgadnąć, zadają pytania pomocnicze. Siostra Ptusia w obu przypadkach wciąż twierdzi, że jest to żyrafa, a chłopiec... zupełnie się alienuje. Nadal nie wierzy w siebie, w to że zna odpowiedź, że potrafi coś zrobić. Czasami coś bąknie pod nosem i jest to prawidłowe rozwiązanie zadania. Gdy go pochwalimy, to przysunie się do nas, jednak przy następnym pytaniu znów odchodzi.

Spisaliśmy niedawno pewne zwroty i słowa wypowiadane przez Ptysia. Wszystkie z poniższych miały miejsce jednego popołudnia. Być może świadczą one o zbytniej infantylności sześciolatka, ale może to być również objaw jednego z lękowych stylów przywiązania... nawet zdezorganizowanego. Słowa rzucane w przestrzeń, nieprawidłowy wzorzec mowy, ciągłe trajkotanie i uporczywe, nonsensowne pytania. Ptyś wprawdzie nie zadaje bezsensownych pytań, ale on wcale nie zadaje pytań. Poniższe zdania chłopiec wypowiadał bez świadomości, że ktoś go słucha. Mówił jakby sam do siebie. Takie zachowanie ma miejsce również wtedy, gdy jest sam w pokoju, albo gdy Balbina (jego siostra) już śpi.

  • Balbina, hu hu

  • Romulus majtusiu

  • O tulu, tulu

  • Pupa, siku

  • Ty bębulku

  • Ty kupaśny

  • Dziwaczne, paraśne, papalatu

  • Jesteś perepo

  • Na kolację będzie dach, majtki, kupa, dudu

  • Ty jesteś inacka

  • Lubisz śmietany chodzące?

  • Zjem cały dom

Formy spędzania wolnego czasu

Ptyś bardzo lubi przebywać w swoim towarzystwie. Obecność innych dzieci często mu przeszkadza. Bywa, że rezygnuje z wyjścia do lasu, albo na rower. Pozostaje w domu i buduje zamki z klocków, albo tory dla pociągów. Lubi też kolorować i jest bardzo dokładny.

Jako „zwierzę” ogrodowe, należałoby go uznać za szkodnika. Łamie gałęzie, niszczy rośliny, rozsypuje żwir ze ścieżek, piasek z piaskownicy. Wrzuca do oczka wodnego rozmaite zabawki, rozdeptuje ślimaki. Uwielbia psuć. Siedzi i bezmyślnie wali jedną zabawką w drugą. Rysuje po ścianach, zeskrobuje tynk. Rzuca zabawkami w lampę, kamieniami w przejeżdżające samochody.

Rozwijanie zainteresowań u dziecka

Ptysia pociągają wszelkiego rodzaju zajęcia techniczne. W przedszkolu uczęszcza na robotykę. Dokładnie nie wiem co tam robią, ale chłopiec jest zadowolony i przynosi do domu różne dziwne konstrukcje.

Jest też fanem rowów melioracyjnych i rozmaitych kanałów ściekowych.

Kontakty z rodzicami biologicznymi

Mama jest dla chłopca tylko pewnego rodzaju pojęciem. Wie, że ją ma, i jak każą jechać na spotkanie, to jedzie. Nie dopytuje, nie cieszy się nawet na prezenty, które od niej dostaje.

Ale chłopiec wciąż funkcjonuje w trybie przetrwania. Nie przychodzi przytulić się z potrzeby serca. W jego rozumieniu, przytulenie jest jakąś formą gry, rytuałem odprawianym codziennie po kąpieli... i tylko tyle.

Uwagi, potrzeby, oczekiwania

Podobnie jak w przypadku siostry Ptysia, również zamierzamy skorzystać z pomocy terapeuty. Wprawdzie chłopiec nie jest jakoś bardzo problemowy i można nawet odbierać go jako sympatycznego, przeciętnego sześciolatka, to jednak wiele jego zachowań nas niepokoi.

Patrząc z perspektywy czasu, Ptyś jest zupełnie innym chłopcem niż był jeszcze rok temu. Jednak jego rozwój ma charakter naprzemiennych faz postępu i regresji. Jest bardzo podatny na czynniki zewnętrzne, na nowe sytuacje (jaką był choćby stan epidemii). Wówczas jego rozwój się zatrzymuje, a nawet cofa.