piątek, 29 maja 2020

--- Masz wiadomość cz. 5


Korzenie, tożsamość, historia... chyba mimo wszystko są to pojęcia, których waga jest niedoceniana nie tylko w środowisku rodzin adopcyjnych, ale być może również zastępczych. Może zrozumienie tego jest pewnym procesem, który wymaga czasu.

Ścianka numer 1

Kilka lat temu opisałem dziewczynkę, której na blogu dałem imię Landryna. Był to tylko wpis epizodyczny, gdyż dziewczynka wraz ze swoim bratem była u nas chyba tylko dwa tygodnie... może miesiąc, dokładnie już nie pamiętam. Później spotkaliśmy się jeszcze pewnie kilka razy, gdyż Landryna mieszkała w rodzinie zastępczej, z którą mamy ciągły kontakt... rodzinie, z którą często się spotykamy. Bywa, że nasze dzieci spędzają tam kilka godzin (a nawet dzień, czy dwa), i na odwrót. Jest to rodzina, w której mieszka starszy brat Balbiny i Ptysia.
Mogłoby się wydawać, że taka bardzo krótka znajomość nie pozostawi w życiu dziecka żadnego śladu... a jeżeli już, to będzie to przykre wspomnienie - być może związane z koniecznością nagłego zamieszkania w zupełnie obcym domu, albo poczuciem odrzucenia przez rodzinę zastępczą, bo ta zechciała pojechać sama na wakacje.
Kilka miesięcy temu Majka zupełnie przypadkowo spotkała Landrynę będąc w domu Erica i Skiatos... czyli aktualnej rodziny Billa. W końcu musiałem nadać imiona rodzicom zastępczym, o których bardzo często wspominam w swoich opisach. Etymologii nie będę tłumaczył. Podobnie zresztą nie będę tłumaczył dlaczego kiedyś Landrynę nazwałem Landryną. Tylko jej brat jest jedynym dzieckiem, któremu na blogu nie zmieniłem imienia. Bardzo ono do niego pasowało... choć było specyficzne. Stwierdziłem, że nikt nie pomyśli, że jakiś rodzic mógł tak nazwać swoje dziecko. Chociaż... moja najstarsza córka też ma dość ciekawe imię.
Gdy Landryna zobaczyła Majkę, to podbiegła do niej i się przytuliła. Pamiętała...
Niedawno dziewczynka napisała do mnie parę słów na FB i zaprosiła do znajomych. Do Majki też napisała.
Nie mamy w zwyczaju przyjmować do znajomych dzieci. Ale ją przyjęliśmy, bo Landryna jest wyjątkowa. Mam nadzieję, że moje (nietypowe jak na mnie) wulgaryzmy w komentarzach, związane z naszą niedawną kwarantanną, nie odcisnęły się jakoś mocno na jej zdrowiu psychicznym.

Ścianka numer 2 - gdzieś tu jest Landryna


Ale może też chodzi o to, że to jej rodzice adopcyjni są wyjątkowi? Otwarci na przeszłość, dbający o to, aby każdy fragment życia ich dzieci był … zwyczajnie był. My mamy chyba setki puzzli, które nasze dzieci układają. Jednak na wielu pudełkach są napisy – brakuje dwóch, brakuje trzech... czterech. Tych puzzli dzieci nie za bardzo chcą układać... bo i po co. Zawsze zostanie jakaś biała plama.
Landryna wie, że zaistniała na moim blogu. Wie, że ma na imię Landryna. Nie wiem, czy go czyta. Ona ma tylko jakieś dwanaście lat. Pewnie opisuję tutaj różne sprawy, które mogą być trudne dla dwunastolatki. Czy dziewczynka potrafi zrozumieć, że czasami trzeba od siebie odpocząć... nawet od najbardziej kochanych dzieci? Czy potrafi zrozumieć, że będąc u nas na wakacjach, jej rodzice zastępczy zwyczajnie potrzebowali trochę samotności, bycia tylko z sobą? Jest to trudne do zrozumienia nawet dla wielu rodziców zastępczych... bo przecież od dzieci się nie odpoczywa.


Wiele lat temu mieszkała z nami Sztanga. Gdy odchodziła, miała mniej więcej czternaście lat. Teraz dobiega dwudziestki. Przez kilka lat mieliśmy tylko kurtuazyjny kontakt typu „wszystkiego dobrego z okazji urodzin – dziękuję”. Od jakiegoś czasu Sztanga zaczęła odzywać się do nas częściej. Rozmawia z Majką na FB, dzieli się swoimi emocjami, uczuciami, planami na przyszłość. Opowiada o sobie i dopytuje co u nas słychać. Bardzo miło wspomina czas spędzony w naszej rodzinie.
Był to tylko rok wyrwany z jej życia. Ale może jednak zupełnie inny rok... odmienny od tych, które były przed, i które były po. Majka w pewien sposób gnębiła Sztangę, mobilizując ją do nauki. Widziała w niej potencjał i rzeczywiście dziewczynka znacznie poprawiła swoje oceny (mimo, że poziom naszej szkoły był zdecydowanie wyższy niż jej poprzednich... które wielokrotnie zmieniała).
Ja, cały czas mam wrażenie, że jesteśmy przeciętną rodziną, ani lepszą, ani gorszą od innych. A jednak dla niektórych dzieci możemy być wyjątkowi. Nie wiem dlaczego. Może przyczyna jest bardzo prozaiczna... może wystarczy to, że ja nie krzyczę na Majkę, a ona na mnie. Może wystarczy tylko to, że wszystko jest przewidywalne.
Sztanga właśnie wyszła za mąż. Miała pecha, bo na jej ślubie mogło być tylko pięć osób. Nie napisała, czy była również jej mama. Pewnie w innych okolicznościach zapakowalibyśmy całą naszą ferajnę do samochodu i pojechalibyśmy do kościoła. Sztanga pewnie by się ucieszyła. W końcu nie wstydzi się czasu, który u nas spędziła. Nie chce o nim zapomnieć.
Wkrótce przyjdzie na świat jej dzieciątko. Dziewczyna bardzo wierzy w swój związek. A ja wierzę w jej mądrość. Nawet jako trzynastolatka była nad wyraz dojrzała. Mam nadzieję, że jak będzie trzeba, to zadzwoni do Majki.

Ploteczki nie widziałem już ponad cztery miesiące. Być może epidemia spowodowała, że następnym razem dziewczynka już mnie nie pozna. Ten następny raz będzie już pojutrze.
Czasami się zastanawiam, czym jest czas? Bardziej lekiem, czy może przekleństwem? Chyba jednak tym pierwszym. Gdy ostatnim razem poszedłem do sklepu, aby kupić Plotce jakiś prezent, to doszedłem do wniosku, że już niewiele o niej wiem. Nie mam pojęcia czym się lubi bawić, jakie zabawki już ma, albo o jakich marzy. Kupiłem lalkę... coś, co każdemu facetowi się wydaje, że będzie najlepsze dla dziewczynki. Albo bardziej tak się wydaje każdemu dupkowi, który nie wie co kupić swojej córce.
Plotka nie jest już moją córką. Rozchodzimy się, i nie jest to niczyją winą. W moim sercu będzie na zawsze, niezależnie od tego jak często będziemy się spotykać.

Majka jednak złożyła życzenia urodzinowe Smerfetce (po dwóch latach nieodzywania się). Czy to możliwe, że nadal jesteśmy tak wielkim zagrożeniem, aby zwyczajnie nie odpisać „dziękuję, u nas wszystko okej”?
Zastanawiam się, jak dziewczynka tłumaczy sobie swoją historię. Bo pewnie jakoś tłumaczy. Gdy od nas odchodziła, to miała już ponad dwa lata. Ja, gdy byłem w jej wieku, pamiętam stertę gruzu w mieszkaniu, do którego się wprowadzaliśmy. Pamiętam jak utknąłem w błocie i musiałem wyjść z kaloszy, biegnąc do domu w samych skarpetkach. Ale to był mój dom, którego nikt nigdy nie próbował wymazać gumką z mojej pamięci.

Iskierka niedawno opowiadała swoim rodzicom jak Furia (nasz pies) rozwinął rolkę papieru toaletowego. A przecież ona była jeszcze młodsza. Ale ona ma rodziców, którzy pielęgnują jej historię... nie pozwalają zapomnieć.

Nie wiem kto czyta tego bloga, ale chciałbym, aby to wybrzmiało. Resetowanie historii dziecka jest wielką zbrodnią, jaką można mu wyrządzić.
Iskierka ma w swoim umyśle pawlacz, z którego co jakiś czas wyciąga jakieś pudełko, w którym jest kawałek jej życia... coś, co chce sobie przypomnieć, o czym chce opowiedzieć.
Smerfetka pewnie też ma takie pudełka, ale nikt nie chce wraz z nią ich otworzyć.

Nie wiemy co dzieje się u Sasetki i Maludy. Majka niedawno roztrzaskała swój telefon, tracąc bezpowrotnie wiele numerów telefonów. Mam nadzieję, że jest to tylko jej przypadłość, a rodzice naszych byłych dzieci zastępczych w razie potrzeby znajdą do nas drogę. Ja w swoim telefonie mam zapisany tylko jeden numer rodzica adopcyjnego. Jest to tata Smerfetki. Nie wiem dlaczego zapisałem sobie tylko ten telefon. Jeszcze nigdy go nie użyłem.

Majka narzeka, że ostatnio piszę jakoś tak nostalgicznie. Mówi, że piszę zbyt poważnie, że już nie może się pośmiać tak jak kiedyś.
No to specjalnie dla niej... sytuacja z wczoraj. W środku nocy wychodzi ze swojego pokoju Remus. Spogląda na mnie i wcale nie ma zamiaru się usprawiedliwiać. Zadaje pytanie „dlaczego jeszcze nie śpisz?”

piątek, 22 maja 2020

--- Byłem na kwarantannie


Gdy pod koniec ubiegłego tygodnia pojawiła się informacja, że otwierają nasze przedszkole, to było to niezwykłą radością dla całej rodziny. Wszyscy byli w „siódmym niebie”. Dzieci nie mogły doczekać się, kiedy znowu zobaczą swoje panie, koleżanki i kolegów, a my... kiedy wreszcie przestaniemy mieć je ciągle „na głowie”, kiedy nie będziemy musieli wymyślać zajęć, które choć na chwilę je uspokoją, ani być ciągłym rozjemcą w wybuchających na okrągło sporach.
Nieco nam się pogorszyły nastroje, gdy trzeba było podpisać oświadczenie, że akceptujemy warunki funkcjonowania przedszkola, które zostały określone przez gminę (chociaż pewnie w porozumieniu z dyrekcją przedszkola).

To, że rodzice będą oddawać i odbierać dzieci w progu, nawet mi się podobało, ponieważ przekonać Balbinę i Bliźniaki do szybkiego ubrania się czasami nie jest prosto. Dla personelu przedszkola jest to z pewnością duże utrudnienie.
Niestety było jeszcze kilka innych punktów, które spowodowały, że mina nam nieco zrzedła. Jednak wizja kolejnych tygodni, czy nawet miesięcy w pełnym składzie przez dwadzieścia cztery godziny na dobę powodowała, że podpisalibyśmy nawet cyrograf z diabłem.
W jednym z punktów, który musieliśmy zaakceptować było napisane, że jeżeli dziecko (będąc w przedszkolu) dostanie wysypki, kaszlu, albo gorączki, to nie tylko zobowiązujemy się natychmiast je odebrać z placówki, ale też zostanie powiadomiony Sanepid. Stwierdziliśmy, że będziemy musieli podjąć nadzwyczajne środki ostrożności i przed każdym wyjściem dzieci do przedszkola dokładnie je obejrzeć, osłuchać i zmierzyć temperaturę. Zakładaliśmy też, że do odesłania z przedszkola chyba nie wystarczy lekki kaszelek, czy stan podgorączkowy, ale również powinny pojawić się inne objawy współistniejące przy towarzyszącej nam wszystkim zarazie. Troszkę żartem mówiłem, że przez katarek mamy szansę pójść na dwutygodniową kwarantannę. Zakładałem zatem, że nawet jeżeli będziemy musieli pojechać do szpitala, to nikt nie będzie robił niepotrzebnie testu na wirusa dziecku, któremu prawie nic nie jest, a tylko nie spełnia wewnętrznych norm gminy i przedszkola.

O tym jak bardzo się myliliśmy, dowiedzieliśmy się już trzeciego dnia. Zadzwoniła wychowawczyni Romulusa, że chłopiec ma wysoką temperaturę i natychmiast mamy po niego pojechać. Dwa odczyty termometru bezdotykowego (którego błąd pomiaru czasami wynosi kilka kresek) pokazały 37,9 i 38,1 stopnia. Do tego chłopiec miał zaczerwienione policzki. Ciekawe jest też to, że dzieci do naszego przedszkola są przyjmowane do temperatury 37,5, a powyżej tej wartości trzeba już dziecko odebrać (z jednoczesnym powiadomieniem Sanepidu i Gminy).
Nie wiem więc kto wymyślił te zasady, ale może ktoś taki jak były włodarz stadniny w Janowie Podlaskim, który wprawdzie na koniach się nie znał, ale traktował swoją pracę jak hobby. Tutaj regulamin w przedszkolu też chyba był ustalony przez kogoś, kto traktuje dzieci jak hobby. Każdy rodzic (a przynajmniej matka) dobrze wie, że wzmożona aktywność fizyczna może powodować krótkotrwałe wahania temperatury. Ponadto dziecko niemal codziennie styka się z jakimiś wirusami, na które organizm czasami reaguje zwiększoną ciepłotą ciała, która mija po godzinie lub dwóch (potocznie mówi się, że dziecko się zgrzało).
No i my przy 38 stopniach nie robimy zupełnie nic. Apteczkę otwieramy dopiero po przekroczeniu tej magicznej liczby, albo gdy temperatura utrzymuje się przez dłuższy czas.

Trochę się zdziwiłem, gdy Majka po powrocie wypuściła z samochodu całą czwórkę. Okazało się, że Ptyś miał 37,2, Balbina była smutna, a Remus miał pecha, bo należy do rodziny. Dostaliśmy polecenie wykonania testów na koronawirusa (całej czwórce), gdyż od tego miało zależeć, czy przedszkola nie trzeba będzie zamknąć. Chociaż logicznie patrząc na całą sprawę, to pozostawienie go otwartym było też bezsensowne, bo jeżeli nasze dzieci byłyby chore, to przez te dwa dni zdążyły już pozarażać kolegów, a teraz ci koledzy zarażaliby innych. Niestety każde z naszych dzieci chodzi do innej grupy, a nasza prośba, aby w tym trudnym czasie uczęszczały do jednej (dla dobra ogółu) okazała się niewykonalna logistycznie.

Takich dzieci zakwalifikowanych przez przedszkole do wykonania testów, była tego dnia siódemka. Nie wiem, czy smutna Balbina i zdrowy Remus byli policzeni osobno, czy też zawarci w tej siódemce.
No to stwierdziliśmy, że skoro trzeba, to niech przyślą nam busa mobilnego, bo bez sensu jest pchać się do szpitala z czwórką zupełnie zdrowych dzieci, które nie wiadomo co stamtąd mogą przywlec do domu. Okazało się, że do dzieci taki pojazd nie jeździ i zostaliśmy skierowani do szpitala. Początkowo ktoś miał tylko podejść do samochodu, ale ostatecznie kazali Majce wejść do budynku.
Była tam tylko z Romulusem i Ptysiem, gdyż już wcześniej została odrzucona kandydatura Balbiny i Remusa. Ani na smutek (będący tylko fochem strzelonym z samego rana, który jeszcze nie przeminął), ani na bycie członkiem rodziny, test nie przysługuje. Jeżeli przedszkole ma wątpliwości, to niech dzwoni do Sanepidu – tak powiedziała pani w szpitalu.
Zresztą tak czy inaczej wykonano badanie dwójce zdrowych dzieci. Romulus już po powrocie z przedszkola (czyli po niecałej godzinie) zbladł, temperatura zeszła poniżej trzydziestu siedmiu. Gdyby posiedział trochę w izolatce, którą przedszkole w jakimś celu wydzieliło, to pewnie też by ochłonął.
Lekarka w szpitalu, dzieci dokładnie zbadała. Zmierzyła im również temperaturę. Gdy jej wyszło 35 stopni, to stwierdziła, że ma chyba termometr „do dupy”, więc na karcie wypisowej podała 36,6. Szkoda, że pani w przedszkolu też nie doszła do podobnych wniosków.

Ale najgorsze miało nadejść tuż przed wyjściem z badania. Okazało się, że od tej chwili cała nasza rodzina przebywa na kwarantannie. Nie możemy opuszczać miejsca zamieszkania do czasu uzyskania ujemnego wyniku testu. Kilka dni temu gdzieś czytałem, że ostatnio czas oczekiwania skrócił się z 24 do 12 godzin. Zresztą lekarka też mówiła, że prawdopodobnie będzie gotowy już następnego dnia. Właśnie mija pięćdziesiąta godzina, lodówka i zamrażarka zaczynają świecić pustkami (bo przecież nie zakładaliśmy, że przez trzy dni będziemy mieli cztery dodatkowe „gęby” do wyżywienia), a Sanepid nie przyjmuje już interesantów.
Bo jeszcze nie dodałem, że to Sanepid ściąga z nas kwarantannę, a pracuje tylko w dni robocze do 15-tej. Nie sądzę, aby było to możliwe poprzez numer alarmowy... tutaj to najwyżej ją nakładają.

Jeszcze ciekawiej by było, gdyby jednak wyszedł wynik pozytywny. Wówczas możemy kiblować w domu przez kilka miesięcy. Wynika to z tego, że ten potencjalnie zakażony Romulus musi być na kwarantannie dwa tygodnie. I dopiero od tego dnia zaczyna nam się nasza kwarantanna, bo przecież mógł nas zarazić ostatniego dnia swojej kwarantanny. Żeby jeszcze bardziej dodać tej sprawie pikanterii, to może być i tak, że po tych dwóch pierwszych tygodniach, zarazi się ktoś z pozostałej trójki, więc nam przesuwa się wszystko o kolejne dwa tygodnie. I tak dalej do końca wakacji. A przecież mamy już zarezerwowane lokum nad morzem. Trudno byłoby wytłumaczyć naszym dzieciom, że z powodu rumieńców na twarzy Romulusa, nie wykąpią się w morskiej bryzie.

Stoimy jednak przed ogromnym dylematem... co dalej z przedszkolem. Posłać dzieci i ryzykować, że sytuacja za chwilę znowu się powtórzy? Co będzie, gdy za dwa dni Romulusowi znowu podskoczy temperatura? Po raz drugi będziemy musieli robić mu testy?
Do tego prawdopodobieństwo pojawienia się pozytywnego wyniku testu, u któregoś ze 120 dzieci w przedszkolu, wcale nie jest takie małe. A wówczas zamykają placówkę i wszystkie dzieci wraz ze swoimi rodzinami idą na dwutygodniową kwarantannę.
Może lepiej posiedzieć w domu i w razie czego przechorować tego wirusa w swoim towarzystwie. A może można gdzieś zrobić testy na przeciwciała? Jakoś mam wrażenie, że my mamy zarazę już za sobą. W ciągu ostatnich dwóch miesięcy, każdy (może prawie każdy) z nas był chory w dość dziwny sposób... krótko (tylko po kilka godzin), ale intensywnie.

Posłanie dzieci do przedszkola jest też związanie z ogromnym stresem, głównie dla nich. One już teraz czują się w pewien sposób inne, odrzucone. Remus ciągle powtarza, że go wyrzucili z przedszkola.
A teraz jeszcze będzie tak, że skoro w grupie może być tylko połowa dzieci, to kto przyjdzie pierwszy, ten będzie lepszy. Czy możliwe, że o szóstej rano zacznie się ustawiać kolejka przed drzwiami? A nawet jeżeli nasze dziecko zostanie przyjęte, a potem przyjdzie dziecko rodzica uprzywilejowanego, to według regulaminu, my musimy przyjechać i nasze odebrać. Ja sobie z tym jakoś poradzę, ale jak wytłumaczę Remusowi, że znowu go wyrzucają, bo przyszła Kasia. To taka trochę stygmatyzacja.
Jak tu więc planować sobie pracę zawodową? Bo przecież ja pracuję, a Majce za chwilę znowu zaczną się wyjazdy do sądów, lekarzy, urzędów. Ale to nawet nie o mnie chodzi. Nie negocjuję umów wartych dziesiątki, czy setki tysięcy złotych. Nie miewam umówionych spotkań, które ważą o losach mojej firmy. Nie mam szefa, który mnie zwolni, bo co chwilę nie przychodzę do pracy. Mogę pójść na kwarantannę w każdej chwili (bo przecież od dawna pracuję zdalnie). Mogę odebrać dziecko z przedszkola w ciągu 15 minut. Ja mogę...inni nie.

I pewnie trudno mieć pretensje do naszego przedszkola. Odnoszę wrażenie, że bardzo podobnie jest również w innych placówkach. Każdy prowadzący się boi, aby nie trafił na pierwsze strony gazet. Tyle tylko, że na takich zasadach nie uda się funkcjonować na dłuższą metę.

PS Późnym wieczorem dostaliśmy informację ze szpitala, że wynik Romulusa i Ptysia jest negatywny. Telefon alarmowy Sanepidu jednak zadziałał. Zostaliśmy skreśleni z listy osób na kwarantannie. Jutro jadę po zakupy. I znowu ciśnie mi się na usta dowcip o Rabinie, Mośku i kozie... ale kolejny raz nie będę go przytaczał. Chociaż może go trochę sparafrazuję: „poślij dzieci do przedszkola, a dowiesz się jak przyjemne jest robienie codziennych zakupów”.





sobota, 16 maja 2020

--- Sezon szkoleń

Ostatnio odkryłem Amerykę... wreszcie doszedłem do wniosku, że psychologia to nie matematyka, a terapeuta to nie psycholog. Chociaż może odwrotnie – psycholog to nie terapeuta. Ten drugi jest bardziej jak asystent rodziny, który może być przyjacielem, powiernikiem, pomocnikiem... ale może być tylko urzędnikiem. Terapeuta może być tylko psychologiem.

Mówią, że świat po pandemii będzie nie do poznania, że wszystko ulegnie zmianie i przewartościowaniu. Ale może wiele rzeczy ulegnie uproszczeniu? Może odzyskamy trochę czasu dla siebie, który tracimy zupełnie bez sensu? Wcale nie mam na myśli jakichś zmian świadomościowych, czy tworzenia nowego porządku świata. Moje spostrzeżenia są dużo bardziej przyziemne.
Gdy dwa lata temu Majka zapisała się na jakieś szkolenie w Warszawie, to było to nie lada przedsięwzięcie logistyczne. Dwa dni wykreślone z mojego życiorysu.
Ja w ostatnim tygodniu wziąłem udział w trzech wideokonferencjach i mam opanowane już przynajmniej trzy komunikatory. Nawet nie wyszedłem z domu. Nawet nie musiałem zmienić zaplutego przez Stokrotkę sweterka, bo kamerka laptopa jakoś wszystko ładnie rozmazała. Musiałem tylko wybrać, czy chcę wystąpić na tle obciachowej półki z książkami, okna (z którego światło spowoduje, że zupełnie nie będzie mnie widać), kartonów z rzeczami dla dzieci, czy stosu złożonego z rozmaitych komputerów, drukarek, skanerów, przeplatanych pudełkami z puzzlami i fragmentami łóżka połamanego przez Romulusa. Ostatecznie wybrałem tę półkę z książkami.

Wrócę do drugiej części warsztatów poświęconych zaburzeniom więzi, o których pisałem ostatnio. Czy dowiedziałem się czegoś nowego? Powiedziałbym, że i tak, i nie. W pewien sposób odkurzyłem i usystematyzowałem sobie wiedzę, którą już znałem. Tyle tylko, że tym razem miałem przed oczami Balbinę i Ptysia. Przy każdym kolejno omawianym syndromie świadczącym o zaburzonych więziach, pisałem tak,tak,tak,tak,tak. Ile razy może być „tak”? Wyszło nam, że Ptyś może mieć nawet zdezorganizowany styl przywiązania, o którym niektórzy mówią , że występuje niezmiernie rzadko. A przecież chłopak zrobił tak ogromne postępy. Zrobił i wrócił niemal do punktu wyjścia.
My z kolei stoimy przed dylematem, czy diagnozować rodzeństwo pod względem zaburzeń więzi? Majka mówi, że pojedzie z nimi. Przecież to tylko trzysta kilometrów. Ale to nie o to chodzi. Nie mieszkamy w jakiejś Pipidówie na krańcu świata, więc pewnie w bliższej okolicy też taką diagnozę można by uzyskać. Cofamy się teraz o cztery lata, kiedy podejmowaliśmy decyzję, czy Chapickowi robić diagnozę FAS. Wtedy tego nie zrobiliśmy, i jak się później okazało, być może uratowało go to przed pójściem do placówki.
Co będzie, gdy potencjalna rodzina przeczyta, że Balbina ma lękowo-unikający styl przywiązania, a Ptyś zdezorganizowany? A może moje „tak” stawiałem zbyt pochopnie i wyniki będą zupełnie inne? A może lepiej gdy nowi rodzice  tylko przeczytają moje opisy i sami wyciągną własne wnioski?
Nie wiem... Póki co Majka zamówiła kolejną książkę Chrisa Taylora, w której terapeuta skupił się głównie na zdezorganizowanym stylu przywiązania. Nie mam pojęcia jak przez nią przebrnę, jeżeli będzie napisana tak jak ta poprzednia, którą czytałem.

To szkolenie nie dało mi jednak odpowiedzi na pytania związane ze sposobem postępowania z dziećmi mającymi zaburzenia przywiązaniowe, a zwłaszcza z naszymi dziećmi. Chociaż może trochę mijam się z prawdą. Pewną sentencją było stwierdzenie „zasady, zasady, zasady... i bezwzględne ich przestrzeganie”. Majka zadała dwa pytania. Pierwsze dotyczyło rodzicielstwa bliskości i podążania za dzieckiem w odniesieniu do dzieci z zaburzeniami więzi. Osoba prowadząca stwierdziła, że nie do końca zna tę ideę i ponownie odwołała się do zasad. Drugie pytanie dotyczyło łamania zasad, co było tym bardziej uzasadnione, że prowadząca powoływała się na książkę „Wychowanie zranionego dziecka”. Jej zdaniem chodzi o łamanie zasad, które obowiązywały w rodzinie biologicznej, z której dziecko zostało zabrane. Dla przykładu, kiedyś nie musiało myć rąk przed posiłkiem, a u nas musi. No... ja to rozumiem zupełnie inaczej. I właśnie dlatego psychologia nie jest matematyką.

Wczoraj brałem udział w warsztatach poświęconych seksualności dzieci. Sprawa niby prosta... jak Remus chce sobie miętolić swojego siusiaka, to niech to robi. Byle tylko nie przy stole, w samochodzie, czy sklepie... no i nie za często. Problemy zaczynają się, gdy do gry wchodzą dzieci molestowane seksualnie. Podałem przykład Billa (najstarszego z Ptysi), który ze szczegółami opowiada swojemu rodzeństwu zastępczemu, jak to jego mama całowała siusiaki jego wujków, a oni jej „pipkę”. Z psychologicznego punktu widzenia sprawa jest dość prosta – trzeba wymyślić nową drogę, zachowania alternatywne, nowe historie, które chłopiec będzie chciał opowiadać innym dzieciom, aby nadal być duszą towarzystwa. Tylko czy to wystarczy?
Dawne zachowania Balbiny i Ptysia są tak utrwalone, że w sytuacjach kryzysowych (jaką jest aktualna epidemia i ciągłe przebywanie wszystkich ze wszystkimi), dzieci dążą do zredukowania dyskomfortu z tym związanego, poprzez powrót do działań, które kiedyś były uznawane za właściwe. A są to zachowania silnie zabarwione seksualnie. Są to zachowania, które wydawało się, że już minęły. Teraz wybuchły ze zdwojoną siłą.

To drugie szkolenie podobało mi się bardziej, choćby dlatego, że będzie miało jeszcze ciąg dalszy. Przeznaczony czas zwyczajnie się skończył, a wiele osób czuło niedosyt, gdyż nie miało okazji zadać pytań związanych z nurtującymi je problemami. Ja również miałem jeszcze w zanadrzu przynajmniej dwa pytania. Jednym z nich jest nasza wątpliwość związana z zachowaniami Balbiny w stosunku do chłopaków naszych córek. Wchodzi im na kolana, głaszcze po brodzie, ręce... przytula się. Oni nie są domownikami, ale nie są też osobami obcymi. Dziewczynka nie zachowuje się tak w stosunku do żadnej kobiety... również Majki. Jak mamy na to reagować? Jestem bardzo ciekawy odpowiedzi.

Jest jeszcze trzecie szkolenie. Na tę chwilę mogę je nazwać szkoleniem, chociaż chodzi o coś zupełnie innego. Dla mnie jest ono najtrudniejsze. Mój organizm uruchamia chyba wszelkie hormony jakie jeszcze mam w zanadrzu, abym nie wyszedł na idiotę... abym powiedział cokolwiek mądrego. Czasami się zastanawiam, co ja tam robię. Gdy niedawno odpowiedzią na moją wypowiedź było „to jest takie efemeryczne”, to nie wiedziałem, czy zostałem obrażony, czy tylko ktoś się ze mną nie zgadza... a może właśnie się zgadza. Ale o tym będzie innym razem.
Najlepsze Blogi

sobota, 9 maja 2020

--- Krótki wpis


Niech wreszcie otworzą te pieprzone przedszkola, bo zwariuję.
Ludzie piszą, że się nudzą, grają w gry, słuchają muzyki, ewentualnie się kłócą z braku ciekawszych zajęć. Ja nie dość, że nie mam czasu pokłócić się z Majką, to jeszcze od dwóch dni gnębi mnie permanentna (żeby nie powiedzieć pijacka) czkawka. Obudziłem się dzisiaj o trzeciej i pewnie już nie zasnę. Więc może chociaż coś krótkiego napiszę.

Wczoraj wziąłem udział w szkoleniu. W zasadzie były to warsztaty prowadzone online, a ja tak do końca w nich nie uczestniczyłem, ponieważ to Majka za nie zapłaciła i to ona siedziała przed kamerką. Ja byłem z boku (niewidoczny) i dopiero teraz dotarło do mnie, że jednak czasami mam ochotę coś powiedzieć. Bywały chwile, że cisnęły mi się na usta pewne sentencje, które chciałbym wygłosić. Podpowiadałem Majce... nawet ją kopałem, a ona tylko „cicho, to moje szkolenie”. Może i dobrze, bo z tą moją czkawką to pewnie zbyt dobrze bym nie wypadł.

Osoba prowadząca jest pedagogiem, psychologiem, terapeutą i jeszcze rodziną zastępczą. Ale może ważniejsze jest to, że przez wiele lat była urzędnikiem, który z ramienia PCPR-u nadzorował inne rodziny zastępcze. Wiele razy mówiła, że przecież to takie fajne dziecko, czego od niego chcecie. No to teraz ma... taką Balbinę, tylko pięć lat starszą.

Po dwóch godzinach miałem ochotę opuścić pokój, bo niedługo porzygam się Bowlby'm (chociaż może wtedy minie mi ta czkawka).  Co mi z tego, że wiem, że Balbina ma lękowo unikający styl przywiązania, skoro nikt nie potrafi mi powiedzieć jak z tym konkretnym dzieckiem mam postępować.
No właśnie... jeszcze nie powiedziałem, że całe szkolenie dotyczyło więzi i sposobu postępowania z dziećmi zaburzonymi w tym zakresie.

Stwierdziłem jednak, że nie wyjdę, bo przecież Majka specjalnie zorganizowała cztery osoby do opieki nad naszą piątką dzieci, abym ja też mógł w tym szkoleniu wziąć udział.
I dobrze że nie wyszedłem, bo po pięciu godzinach zajęć, okazało się, że każde z naszych przedszkolaków dostało wypad do swojego pokoju. Najpierw przystawili drabinkę od trampoliny do płotu sąsiada i próbowali do niego przejść, a potem wdrapali się (nie wiadomo jakim cudem) na ponad dwumetrowy mur dzielący nas od drugiego sąsiada.

Wrócę jednak do szkolenia. Gdy minęły dwie godziny i teoria poszła nieco do kąta, to zaczęło robić się ciekawie. Dowiedziałem się, że są dzieci, które nie powinny trafić do rodziny, bo tę rodzinę zwyczajnie rozwalą. Ale też nie ma przyzwolenia na istnienie placówek typu domy dziecka, czy domy pomocy społecznej. Czyli co? To taki paradoks, który być może mogą zrozumieć wyłącznie osoby bezpośrednio związane z pieczą zastępczą... takie, które mają pod opieką dziecko z zaburzeniami więzi.
Bo tak naprawdę, to okazuje się, że w przypadku takich dzieci można wręcz powiedzieć, że żyje się z zupełnie obcą osobą. Nie zna się jej zainteresowań, nie wiadomo co ona chce... gdyż ona o tym nie chce mówić. Często latami poszukuje swojej tożsamości, latami kształtuje swoją ufność w stosunku do rodziny, w której mieszka. Latami funkcjonuje w stanie wojny, mając poczucie, że jest tylko coś za coś.
Wielokrotnie ceną za przyjęcie dziecka z zaburzonym przywiązaniem jest rozpad rodziny. Pewnie jest dużo prawdy w stwierdzeniu, że kobiety są dużo silniejsze psychicznie. Facet odchodzi, bo emocjonalnie nie daje rady, albo ma nieakceptowalny sposób postępowania.

Ja czasami też mam wrażenie, że jestem pewnego rodzaju terapeutą. Wiele osób dzieli się ze mną swoim życiem, pisząc do mnie prywatnie. Zresztą dla Balbiny też jestem terapeutą. Każdy rodzic jest terapeutą, bo przecież przebywa z dzieckiem na co dzień. Nawet najlepszy specjalista nie zdziała cudu spotykając się z rodziną nawet kilka godzin w miesiącu. Do tego ta rodzina musi chcieć.
Kilka miesięcy temu prowadziłem pewną rozmowę na temat sensu rozpoczęcia terapii rodzinnej. W pewnym momencie dziewczyna mi napisała, że dziecko dostało wpierdol i na tydzień był spokój. Nie odpowiedziałem nic, bo nie wiedziałem co mam odpowiedzieć. Z pewnością jest to bardzo skuteczna metoda wychowawcza. Skuteczna w danej chwili... pytanie co będzie potem, za kilka lat.
Ale pozostaje też otwarte pytanie o to, co siedzi w głowie dziecka. Czasami udaje nam się skłonić Balbinę do jakichś zwierzeń, chociaż coraz mniej już pamięta, gubi się w opowieściach, myli fakty. Ostatnio zaczęła opowiadać, że Helmut bił jej mamę. „A mama co na to? A mama dawała mu w czapę tak jak wujek mi”. Jeżeli takie rewelacje opowie psychologowi, a może jeszcze doda, że wujek wącha jej pupę (bo i takim tekstem potrafi rzucić), to ostatnie lata życia spędzę w kryminale.

Póki co, za kilka godzin druga część warsztatów, po której obiecuję sobie dużo więcej niż po tej wczorajszej.
Muszę tylko sprawdzić, czy ta czwórka osób do opieki nad tą piątką, jeszcze jest w domu.



Najlepsze Blogi