sobota, 23 września 2023

--- Miesiąc miodowy

Przyjęliśmy nowe dziecko.


Żartowałem – dziewczynka na zdjęciu to nasza wnuczka.

Chociaż sytuacja związana z naszą rodziną zastępczą jest rozwojowa. Dzieje się dużo, a nie powinno dziać się nic.

Ale o tym za chwilę. Zacznę od obecnej sytuacji Majki i jej postępów.

W zasadzie można powiedzieć, że przyjęła schemat rozwojowy Dagona. Robi skokowy postęp, a potem długo nic, a nawet następuje pewien regres. Najbardziej spektakularna poprawa jej stanu zdrowia miała miejsce w szpitalu rehabilitacyjnym, w którym w ciągu trzech tygodni przeszła z pozycji leżącej do zrobienia pierwszego kroku. A potem zaczęła się uczyć chodzić, podobnie jak robią to nasze najmłodsze dzieci. I nadal się uczy. Porusza się powoli, co jakiś czas traci równowagę i się zatacza. Potrafi już usiąść na podłodze i z niej wstać. Ale sama – z dzieckiem nawet nie próbuje, bo jest to trochę ryzykowne. Poza zaburzeniami równowagi, problemem jest wciąż kiepskie czucie w stopach. Jakiś specjalista powiedział Majce, że układ nerwowy regeneruje się w tempie jednego milimetra na dobę i w pełni sprawne nogi może mieć dopiero za jakieś dwa lata. Jak ja zmierzyłem długość jej nóg, to mi wyszło, że raczej za cztery.

Ostatnio Majka coraz częściej przebąkuje, że chciałaby spróbować przejechać się samochodem. Staram się nie podtrzymywać tego tematu, a nawet udaję, że nie słyszę. Nasz mniejszy samochód pożyczyliśmy na czas nieokreślony siostrzenicy, a dużego jakby trochę szkoda. Jakoś nie jestem przekonany, czy Majka potrafi ucelować w pedał hamulca, a przynajmniej zareagować w odpowiednio krótkim czasie.
Wolę skupiać się na spacerach, chociaż gdy tak chodzimy trzymając się za rękę, to wyglądamy jak „nawalona patologia”. Dlatego spacerujemy głównie po najbliższej okolicy, bo tutaj wszyscy nas znają – co zresztą było dla mnie ogromnym zaskoczeniem. Zawsze myślałem, że jestem w dużej mierze anonimowy. Wychodziłem z założenia, że skoro ja kogoś nie znam, to on mnie również. Okazuje się, że jest inaczej, gdyż bywają sytuacje kiedy dla przykładu jakaś młoda dziewczyna, którą pierwszy raz widzę na oczy, zatrzymuje się przy płocie, albo zaczepia mnie na chodniku słowami: „Cześć Pikuś, i co u Majki?”. A potem w rozmowie z Majką próbuję dochodzić kto to mógł być.
W każdym razie teraz przeżywamy miesiąc miodowy i cieszymy się tą chwilą, bo nie wiemy jak długo ona potrwa. Ja dość szybko nadrobiłem zaległości w pracy, a nawet jako tako doprowadziłem ogród do porządku. Przynajmniej w takim zakresie, że już nic nie wysycha i rośliny nie zarastają się na śmierć. Rośnie jeszcze mnóstwo chwastów, więc chociaż wcześniej wzorowałem się bardziej na ogrodach japońskich, to teraz chwilowo przyjmuję styl wiejski w wersji chaotycznej.
Mam nawet czas na oglądanie filmów. W zasadzie to obejrzałem już wszystko co mnie interesowało.
Majka jest dziewczyną, która ma ogromną podzielność uwagi. Potrafi jednocześnie robić wiele rzeczy i jeszcze do mnie gadać. Ja w danym momencie umiem robić tylko jedno. Dlatego często jej powtarzam, że jak przekazuje mi coś ważnego, to ma się upewnić, że dotarło.

Zaczyna być nudno. Powoli dochodzę do wniosku, że mój cel życia – czyli dobrnięcie do błogiej emerytury – być może jest chybiony i za parę lat zwyczajnie będę zawiedziony.

Majka jakoś jeszcze się nie nudzi. Potrafi godzinami haftować i relaksować się ciszą. 


Najnowsze dzieło (jeszcze nieoprawione)

A to największa duma

Robi sobie tylko przerwy na zajęcia rehabilitacyjne. A tych jest całkiem sporo – wirówki, masaże (a w zasadzie jakieś ugniatania), rowerki, joga, spacery i autorehabilitacja (czyli zadania domowe). Chociaż jak ostatnio ją odbierałem po zajęciach i stwierdziła: „obmacał mi całe ciało”, to nie za bardzo wiedziałem jak się zachować. Niedawno padło hasło „bioprądy”, więc pewnie będziemy mieli kolejny przerywnik w naszym nudnym życiu. Potem jedziemy do sanatorium, a jeszcze wcześniej, albo krótko po nim – do innego sanatorium. Od wyjścia ze szpitala już dwa razy byliśmy na wakacjach nad morzem (oczywiście w Mielenku). Majka ma zalecone chodzenie po różnych fakturach, więc zarówno morski piasek jak i fale, doskonale się w te zalecenia wpisują. W Mielenku mamy do plaży mniej więcej kilometr. Majka pokonywała tę trasę bez odpoczynku. Powiedziałbym, że lepiej niż ja, bo mnie jej tempo nieco przygniata.



Podobno nie ma dzikich plaż


Mogę tylko dodać, że ZUS przyznał Majce zasiłek rehabilitacyjny na następne pięć miesięcy (bo półroczny okres zwolnienia z pracy już się skończył). I to tylko na podstawie wypisu ze szpitala – więc chyba faktycznie było źle.

Zostaliśmy poproszeni na rozmowę do naszego PCPR-u. Zastanawialiśmy się, czy być może dostaniemy dyplom pożegnalny i uścisk dłoni na zakończenie dziesięcioletniej współpracy. Decyzję o czasowym nieprzyjmowaniu dzieci już podjęliśmy, więc trudno byłoby znaleźć jakiś argument, który mógłby ją zmienić. Panią dyrektor ucieszyło to spotkanie, a przynajmniej takie sprawiała wrażenie. Zaczęła od przytulenia Majki. Mnie nie przytuliła – a szkoda – może nie wypadało. Nieważne. Rozmowa była bardzo miła.

Od nas zależy kiedy wrócimy i czy w ogóle wrócimy. Wszyscy na to liczą oraz na to, że nastąpi to szybko. Ale bez pośpiechu. Jedyny wymóg po powrocie, to ustawowa trójka dzieci. Czyli luzik. Trójeczkę to ja jestem w stanie sam ogarnąć nawet bez Majki... przynajmniej przez jakiś czas. Być może Majka jeszcze będzie na zasiłku rehabilitacyjnym, którego przerwać nie można, ale nie będzie problemem podpisanie umowy-zlecenia ze mną. W końcu sprawdziłem się przez te cztery miesiące pobytu Majki w szpitalu i nie pozwoliłem na umieszczenie dzieci w zupełnie nowych rodzinach. Przekazałem je rodzicom docelowym. Jestem super, hiper i co tam jeszcze. Jestem Batmanem, Iron-Manem i każdym ze stajni Marvela jednocześnie.

No nie do końca. I mam w tym temacie kilka przemyśleń.

Pierwszą sprawą jest to, że rodziną zastępczą się jest, a nie bywa. Nawet jeżeli przyjmuje ona formę pogotowia rodzinnego. W świetle prawa jesteśmy taką samą rodziną jak każda inna. W dniu pójścia Majki do szpitala, cały czas byłem ojcem całej piątki mieszkających ze mną chłopców. Nie mogłem powiedzieć: „Proszę po nich przyjechać i ich zabrać. Mam swoją pracę i nie mogę się nimi opiekować ”. W tym momencie zupełnie abstrahuję od jakiejkolwiek teorii przywiązania, czy zwykłej przyzwoitości. Mogłem jedynie liczyć na dobrą współpracę z różnymi osobami. Nawet nie urzędami – osobami. Na szczęście się nie zawiodłem. I mam nadzieję, że ja też nikogo nie zawiodłem.

Poszukiwanie nowych rodzin dla chłopców trochę przypominało przyspieszoną budowę księgi popytu w świecie finansów i gospodarki. Omen, Dagon i Sajgon już spotykali się z potencjalnymi rodzinami. Już im byli znani. Argus był pewnego rodzaju rarytasem w pieczy zastępczej. Istniała pokusa oddania go niemal natychmiast, bo przecież był malutki. Pewnie tak zrobiłaby większość ojców zastępczych na moim miejscu. Pewnie tak zrobiłaby większość PCPR-ów i tak chciałaby większość rodzin marzących o niemowlaku.

Argus odszedł powoli, etapami – tak jak wszystkie inne dzieci, gdy Majka była z nami. I to uważam za swój sukces. Nawet zapoznałem nowych rodziców z mamą biologiczną chłopca (po prawie miesiącu od odejścia Argusa ode mnie). Było to spotkanie w dość dużym gronie, bo przecież i Majka już z nami była. Ucieszył się na mój widok, ale nie mam pojęcia czy mnie poznał. Później spotkaliśmy się jeszcze na rozprawie w sądzie, na którą zaproszono Majkę, a nie mnie. W zasadzie sąd wiedział, że Majka była z Argusem tylko półtora miesiąca, a ja prawie pół roku. Gdy Maja szła do szpitala, to Argus miał nieco ponad dwa miesiące i wszystko co jest ważne działo się później. Ale może sąd wiedział też, że ona jest bardziej wygadana, więc decyzja o jej przesłuchaniu była słuszna.

Nie wiem, czy jeszcze kiedykolwiek zobaczę Argusa. Wszystko zależy od bardzo wielu czynników. Wszystko zależy od potrzeb i wrażliwości nowych rodziców. Od ich umiejętności wsłuchiwania się w dziecko, co wcale nie jest łatwe. Chyba już pisałem o Sasetce, która zupełnie wyparła fakt adopcji i bardzo się zdziwiła, gdy zobaczyła swoje zdjęcie wiszące na ścianie w naszym domu. Niedawno zadzwoniła mama adopcyjna Hawranka, który (jak się okazuje) cały czas uważał, że my jesteśmy jego rodziną biologiczną. To ja mam jeszcze jakąś trzecią mamę? – zapytał jakiś czas temu. Nie widzieliśmy się kilka dobrych lat. Jeszcze nie ma takiej potrzeby.
Argus mieszka już z nowymi rodzicami zupełnie oficjalnie. Tym razem sąd wyrobił się stosunkowo szybko, bo w niecały miesiąc, a sprawa o odebranie władzy rodzicielskiej będzie się pewnie jeszcze ciągnąć wiele miesięcy, a może i lat. Mama biologiczna ma tylko jedno marzenie, aby móc się spotykać z synem co jakiś czas. Rodzicom zastępczym, póki co, to nie przeszkadza. Sprawa może się skomplikować, gdy spotkania zaczną przeszkadzać Argusowi. Ale to nie prędzej jak za kilka lat.

Obelixa zupełnie sobie odpuściłem. Raz na jakiś czas pojawiają się takie dzieci, o których chce się jak najszybciej zapomnieć. Widziałem go już po powrocie Majki. Nie wzbudzał we mnie żadnych emocji, chociaż może tylko tak mi się wydaje. Po prostu był i patrzył na mnie. Jego nowa mama zaprasza nas do siebie. Nie wiem co z tego wyjdzie. Obelix zapewne nie ma potrzeby spotkania się. Ja również. Zbyt dużo krzywdy emocjonalnej wyrządził dzieciom, które były dla mnie ważne. Jest przypadkiem, przy którym zachowałem się nieprofesjonalnie. Nie dałem z siebie nic poza opieką, co na szczęście trwało bardzo krótko.

Decyzją sądu Obelix został już przyznany nowej rodzinie zastępczej. Gdy się o tym dowiedziałem, kamień spadł mi z serca. Nie ma już żadnej możliwości, aby kiedyś wrócił.
Niedawno dostałem wezwanie na policję w sprawie „zamieszkiwania z Obelixem”. Tak lakonicznie napisane zdanie powoduje, że mogę się tylko domyślać o co chodzi. Bardzo mnie to nurtuje, ale muszę jeszcze na kilka dni okiełznać swoją ciekawość.

Sajgon jest chłopcem, który jakby wrócił, to bym się wcale nie zmartwił. Ale byłoby to dla niego z ogromną szkodą i wiem, że nie wróci. Sprawa o przejęcie pieczy leży w sądzie. Pewnie na dolnej półce, bo przecież z punktu widzenia sądu, chłopiec jest zabezpieczony. Teoretycznie wciąż jest na naszym stanie, a nowa mama co dwa miesiące przedłuża umowę o bycie rodziną pomocową.

Rodzice biologiczni ciągle są aktywni. Raz się schodzą, raz rozchodzą. Raz się kochają, raz nienawidzą. Dają coraz więcej argumentów, aby odebrać im władzę rodzicielską. Ale zarówno dla chłopca, jak i jego nowej mamy jest to męczące. Chociaż daje radę. Wie czego chce i doprowadzi sprawę do końca. Raz na jakiś czas się spotykamy. Czy jest to Sajgonowi potrzebne? Nie mam pojęcia. Ale lubi przychodzić. Być może nawet nie do nas. Może tylko do tego miejsca.

Kto mi jeszcze został?

Porażka systemu. A przede wszystkim moja porażka – Omen i Dagon.
Zastanawiam się, czy wszystko potoczyłoby się inaczej, gdyby Majka była z nami. Wydaje mi się, że nie, ale tym razem to tylko ja byłem odpowiedzialny za przekazanie chłopców nowej rodzinie. To ja uznałem, że wszystko idzie w dobrą stronę.
Omen z Dagonem wracają do systemu. Po raz który? Doliczyłem się już czterech rodzin na przestrzeni dwóch lat. Czterech, co do których chłopcy prawdopodobnie mieli nadzieję, że będą w nich na zawsze.
Znowu szukamy rodziców. Pewnie jacyś się pojawią. Nie wiem tylko, czy chłopcy są gotowi na kolejny, taki sam krok, który prowadzi donikąd.
Chciałbym napisać na ten temat dużo więcej. Zwłaszcza na temat ich obecnych zachowań. Ale wiele osób by mnie zamordowało – z Majką na czele. Nie mogę.
Psycholożka twierdzi, że lepiej wszystko zakończyć teraz niż za rok, czy dwa. Ale lepiej dla kogo?
Czasami się zastanawiam, czym kierują się psycholodzy, do których przychodzą rozmaite osoby ze swoimi problemami. Zapewne dobrem. Myślę, że dobrem swojego klienta. Czy w tym przypadku dobro Omena i Dagona było w jakiejś mierze brane pod uwagę?
Z technicznego punktu widzenia, łatwiej teraz wycofać z sądu wniosek o pozostanie rodziną zastępczą, niż składać drugi o jej rozwiązanie. Mnie zastanawia tylko to, czy można było wszystko przewidzieć wcześniej. I kto mógł to zrobić?
Tygodnie znajomości. Dziesiątki przegadanych godzin. Kilka niezależnych ocen i opinii.
Im jestem starszy, tym coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że nikt tak do końca nie zna samego siebie. Nigdy nie może powiedzieć: „zawsze”, „nigdy”, „to mnie nie dotyczy”.

Jeżeli rodzina, w której chłopcy wciąż jeszcze przebywają, zdecyduje się na przedłużenie umowy do końca roku, a nie zostanie w tym czasie znaleziona kolejna rodzina zastępcza na stałe, to Omen z Dagonem wracają do nas. Proste. Tak stanowi prawo i taka możliwość nawet mnie nie przeraża.

Co jednak będzie, jeżeli życie zaproponuje inny scenariusz? Co się stanie jeżeli obecna rodzina rozwiąże umowę z dnia na dzień? Przecież ma tylko status rodziny pomocowej.

Chłopcy, po odejściu kilka miesięcy temu, odwiedzili nas już parę razy. Dagon zawsze się do mnie przytulał, opowiadał, chwalił nowymi umiejętnościami. Omen jakby bał się, że znowu tu wróci. Może tak wyglądają jego koszmarne sny.

Zdajemy sobie sprawę z tego, że po ewentualnym powrocie już nic nie będzie jak dawniej. Chłopcy już nigdy nam nie zaufają. A przynajmniej mi, bo przecież to ja im mówiłem, że odchodzą na zawsze. Do mamy, która będzie na ich zawołanie, do nowych pokoików, nowych łóżeczek, nowych zabawek... nowego przedszkola. Na pożegnanie każdy z chłopców przyniósł mi roślinkę ze swoim imieniem. Obiecałem, że będę o nie dbał, a oni będą wpadać w odwiedziny i sprawdzać jak rosną.

Na pierwszym planie Dagon, w oddali Omen

Lista chętnych do zaopiekowania się Omenem i Dagonem kurczy się w zastraszającym tempie. Właściwie to już jej nie ma. Liczy sobie zero pozycji. Być może szybkie wyznaczenie kolejnego terminu rozprawy przez sąd, zwieńczonej odebraniem władzy rodzicielskiej, pozwoliłoby na poszerzenie poszukiwań o nową grupę chętnych – z bazy rodzin adopcyjnych. Ale jest to tylko pewna, niczym nie poparta, hipoteza. Bardziej prawdopodobna jest próba sięgnięcia do zasobów, które do tej pory nigdy nie były brane pod uwagę. Nie były dlatego, ponieważ stanowią jakąś grupę zwiększonego ryzyka. Przynajmniej jeśli chodzi o przypadek naszych chłopców.

Ale być może trzeba będzie po nie sięgnąć, bo przecież trzeba spojrzeć prawdzie w oczy. My jesteśmy tylko pogotowiem, w którym dzieci nie mogą przebywać w nieskończoność. Czy mamy czekać kolejnych pięć lat, aż osiągną wiek umożliwiający umieszczenie ich w domu dziecka?
Coś tutaj poszło nie tak. Być może zbyt szybko chcieliśmy znaleźć chłopcom rodzinę. Teraz, każda kolejna będzie zadawała sobie pytanie: „Dlaczego poprzednicy ich nie chcieli?”.
W zasadzie to nie wiem dlaczego ich nie chcieli. Być może mieli zbyt duże oczekiwania. Być może wydawało im się, że chłopcy zaczną robić kolosalne postępy, że odwdzięczą się miłością za przygarnięcie porzuconych sierotek. Nie wiem co myśleli. Nikt niczego nie obiecywał. Wręcz przeciwnie.
Nawet nie wiem, który z chłopców mógł wydawać się dzieckiem trudniejszym. Bezemocjonalny i jednocześnie przytulający się do każdego Omen, czy ekspresyjny i niepotrafiący zapanować nad swoimi emocjami Dagon?
Wydaje mi się, że kluczem jest poznanie chłopców i umiejętność wypracowania sobie własnych metod postępowania. Nieksiążkowych, nieszablonowych – zdobytych we współpracy z terapeutą. Teraz nawet nie wiem, czy chłopcy chodzą na jakąkolwiek terapię.
Mimo, że przez kilka miesięcy nie było Majki z nami, to nie miałem większych problemów z ogarnięciem rozmaitych zachowań dzieci. Być może przyczyną było to, że już dobrze się znaliśmy. Że doskonale potrafiliśmy przewidzieć zachowania drugiej strony i jakkolwiek może to dziwnie zabrzmieć – potrafiliśmy się zjednoczyć i współpracować w obliczu trudnej sytuacji. Gdyby chłopcy umieli czytać, to napisałbym na ścianie wielkimi literami: „Nie, to nie”. Było to najczęściej powtarzane przeze mnie zdanie, które w jakiś dziwny sposób było lekiem na trudne zachowania obu braci. Na przestrzeni kilku tygodni bycia bez Majki, miałem tylko jedną trudną sytuację z Dagonem. Nie chciał założyć butów w przedszkolu. Nie, to nie. Pójdziesz w skarpetkach – powiedziałem. Zabrałem jego buty, poszedłem z Omenem odbić kartę przy wyjściu z przedszkola i otworzyłem drzwi. Dagon dobiegł i założył buty na chodniku. Co bym zrobił, gdyby jednak został w przedszkolu? Pewnie zaprowadziłbym do samochodu Omena i Argusa, a potem wzorem strażaka Sama wrócił po Dagona i wyniósł niczym z płonącego budynku. Takie sytuacje już mi się zdarzały. Raz z Remusem i kilka razy z Ptysiem. Można się zatem pokusić o stwierdzenie, że Dagon nie jest aż tak trudnym dzieckiem.

Kim zatem mogą być kolejni rodzice, którzy przyjdą do chłopców? Może tacy, którzy nie przepracowali jeszcze swojej bezpłodności. A może samotna mama?

Dotychczas z dużą empatią podchodziłem do tego drugiego przypadku. Uważałem, że takie osoby mają pod górkę w systemie adopcyjno-pieczowym. Zresztą nadal tak uważam – mają.
Większość ośrodków adopcyjnych w naszym kraju kieruje się niepisaną zasadą ograniczonego zaufania do osób samotnych. Dla nich najważniejsza jest rodzina. Do tego składająca się z mamy i taty, a dokładniej – kobiety i mężczyzny. Samotne kobiety mają niewielką szansę na adopcję malutkiego i zdrowego dziecka. Próbują zatem „obchodzić” system drogą pieczy zastępczej. Trzeba jasno stwierdzić, że tak robią, bo nie mają innego wyjścia. Ale tutaj z kolei napotykają na mur często nie do przeskoczenia w postaci rodziny biologicznej dziecka. Do tego małe, zdrowe i wolne prawnie dzieci nie pozostają w pieczy zastępczej. Natychmiast kierowane są do ośrodków adopcyjnych, w których (jak już wspomniałem) czeka na nich mama i tata. W związku z tym, samotna mama mająca motywacje adopcyjne, nie dostanie zdrowego noworodka z prostą sytuacją, który po kilku miesiącach uwolni się prawnie i pójdzie do adopcji. A to oznacza, że na samotne mamy w pieczy zastępczej czekają dzieci z nieuregulowaną sytuacją prawną, trudne emocjonalnie, z rozmaitymi zaburzeniami i przede wszystkim starsze. Czyli kółko się zamyka, bo wychodzi na to, że jest tak samo jak w ośrodku adopcyjnym. Są na samym końcu listy. W zasadzie są na liście rezerwowej. Stanowią zasoby, po które sięga się w ostateczności.
Gdyby zastanowić się nad tym dogłębniej, to na dobrą sprawę trudno nie dojść do wniosku, że powinno być zupełnie na odwrót. To właśnie samotne mamy powinny dostawać małe i zdrowe dzieci, bo przy takich mają największe szanse na sukces. Najlepiej od razu do adopcji, przy której określenie „rodzina biologiczna” jest tylko terminem, z którym będzie trzeba się zmierzyć w kontekście opowiadania dziecku jego historii.
Dlaczego tak uważam? Nie mam jakiegoś wielkiego doświadczenia w tej kwestii. Ale jakieś mam. Naszkicuję po krótce mój (bardzo subiektywny) obraz osoby samotnej, starającej się o dziecko z „systemu”. Można się z nim zgodzić, albo nie. Można spróbować wrysować w ten obraz Omena i Dagona na podstawie moich wcześniejszych opisów chłopców. Przynajmniej ja tak zrobię.

No i właśnie  dochodzę do wniosku, że tylko taki desperat jak ja, który nagle został sam z piątką dzieci pod opieką, mógłby uwierzyć w powodzenie takiego przedsięwzięcia.

Samotna mama poszukująca dziecka w systemie okołopieczowym, ma około czterdziestki (plus-minus pięć lat). Jest wykształcona, zamożna, pewna siebie, posiadająca dużą teoretyczną wiedzę w temacie, z którym chce się zmierzyć. Jest sympatyczna, elokwentna, daje się lubić. Wszystko ma zaplanowane w najmniejszych szczegółach, włącznie z odpowiednio dobraną grupą wsparcia – najczęściej w osobie mamy, siostry, czy przyjaciółki. Wszystko jest dobrze, dopóki na tym całym misternie zbudowanym planie nie zaczną pojawiać się rysy. A niemal na pewno coś pójdzie nie tak. Choćby dlatego, że dziecko wcale nie będzie chciało ten plan realizować. Choćby dlatego, że demon rodziny biologicznej zacznie być potężniejszy niż się wcześniej wydawało. Trzeba będzie sięgnąć po plan awaryjny, który często przekracza możliwości pojedynczej osoby. Głównie w zakresie czasowym i emocjonalnym. Wsparcie na dochodne nie wystarczy.
Dlatego w przypadku naszych chłopców bardzo ważne jest poznanie ich początkowych zachowań. Przy każdej rodzinie wracają niemal do punktu wyjścia i odgrywają swoją rolę od początku. Zmieniają tylko metody, bo przecież są coraz starsi i mądrzejsi.

Nie wiem jak się wszystko dalej potoczy, ale już teraz można powiedzieć, że chłopcy mają w życiu przechlapane. A ja nie wiem jak mogę im pomóc.



czwartek, 13 lipca 2023

--- Powrót

 


Odebrałem Majkę ze szpitala. Po prawie czterech miesiącach. Do pełnej sprawności jeszcze długa droga, ale to ma mniejsze znaczenie. Wreszcie jest w domu i mam się do kogo odezwać. Dotychczas rozmawiałem z sześciomiesięcznym Argusem, ale on zupełnie mnie nie rozumiał.


Majka przeszła bardzo długą i wyboistą drogę. Zaczęło się od tego, że przestała ruszać rękami i nogami. Miała trudności z oddychaniem i przełykaniem. W nosie miała rurkę z tlenem, a w szyję wbitą drugą rurkę do podawania leków. Przeszła zapalenie płuc. Gdy pierwszy raz odwiedziłem ją w szpitalu to jej nie poznałem. Gdybym nie wiedział, że leży po prawej stronie pod oknem, to bym przeszedł obok niej. Była jakaś wielka, napuchnięta. Mówiła niewyraźnie.
Jej życie wisiało na włosku. W każdej chwili mogła zostać podłączona do respiratora. Pewnym szczęściem w nieszczęściu było to, że na oddziale intensywnej terapii walczono z jakąś bakterią. Lekarze odkładali więc w czasie ten respirator, bo ta bakteria mogłaby ją dobić.
Bezpośrednią przyczyną stanu, w którym Majka się znalazła, był jakiś wirus. Najprawdopodobniej wirus opryszczki, bo jedynie taki został w jej krwi znaleziony. Jednak pośrednią przyczyną był stres, który spowodował, że organizm Majki był osłabiony i nie potrafił sobie z tym wirusem poradzić. Jej przeciwciała zamiast próbować go zniszczyć, zaczęły atakować ośrodkowy układ nerwowy. Jakby zgłupiały i chciały zniszczyć własny organizm.
Leczenie polegało na wykonywaniu zabiegów plazmaferezy. Prosto mówiąc, jest to oddzielanie osocza od pozostałych składników krwi i filtrowanie go w celu usunięcia tych ogłupiałych przeciwciał. A potem próbowano jakoś te przeciwciała odbudować, bo przecież bez nich nie da się żyć.
Ostatecznie, chorobę Majki nazwano polineuropatią pozapalną z zespołem Guillain-Barre. Ostatnie określenie dawało dużą nadzieję, ponieważ chociaż początkowy stan jest bardzo ciężki, to stosunkowo szybko następuje poprawa. I choć te cztery miesiące wydają się być długim okresem, to z medycznego punktu widzenia można mówić o bardzo szybkim zdrowieniu. Z Majką na sali leżała trzydziestoletnia dziewczyna, która przyszła wcześniej i do dzisiaj nie rusza nogami. Nadal przebywa w szpitalu i lekarze wciąż nie są w stanie określić, jak długo tam pozostanie. A miała dokładnie to samo – zwariowane przeciwciała.

U Majki dość szybko następowała poprawa. Najpierw odzyskała czucie w rękach i jak ktoś położył przed nią telefon, to w pół godziny była w stanie napisać krótkiego sms-a. Później kiwnęła palcem u nogi, co dawało jej nadzieję, że będzie coraz lepiej. Po dwóch tygodniach zacząłem ją rozpoznawać. Po miesiącu zabrano jej tlen i wyjęto rurkę z szyi. Potrafiła już się sama najeść.
Na dwa tygodnie wróciła do domu, ale wciąż w stanie leżącym. Nie potrafiła przekręcić się z jednego boku na drugi. Jeśli chodzi o kwestie fizjologiczne, to była masakra. Nie będę tego opisywał.
Po okresie pobytu w domu, pojechała do szpitala rehabilitacyjnego. A tam czekała ją ciężka praca. Zajęcia zaczynały się o dziewiątej i z przerwą na obiad trwały do szesnastej. Najpierw udało jej się siedzieć, gdy ktoś ją posadził. Później sama zaczęła siadać, a w dalszej kolejności przemieszczać z łóżka na wózek inwalidzki i z powrotem. Po kilku tygodniach potrafiła wstać i zrobić kilka kroków w obecności rehabilitanta.
Teraz już chodzi. Wprawdzie jak Frankenstein, bo jeszcze nie ma czucia w stopach, ale można powiedzieć, że jest samodzielna. Szybko się męczy. Jednego dnia spróbowała wyjść z Argusem na spacer. Za cel postawiła sobie pójście na plac zabaw oddalony od naszego domu o jakieś trzysta metrów. W jedną stronę szła ponad pół godziny, ale udało się. Wierzymy, że będzie coraz lepiej. W planach jest rehabilitacja. Po części prywatna, po części na NFZ. Podobnie sanatorium.

Dla mnie był to najtrudniejszy okres w życiu. Zarówno emocjonalnie, jak też fizycznie. Przez cały czas miałem pod opieką Argusa, a Sajgon, Omen i Dagon raz byli, raz ich nie było. Rodziny pomocowe, do których chłopcy poszli, nie mogły się zdecydować na pozostanie rodziną zastępczą na stałe. Walczyły pomiędzy miłością do dzieci, a lękiem przed rodzicami biologicznymi. Ale nie tylko ciągłe wątpliwości powodowały, że chłopcy do mnie wracali. Duże znaczenie miała nagłość sytuacji. Przecież nie każdy może sobie pozwolić na wzięcie kilkumiesięcznego urlopu, a łączenie opieki nad dziećmi z pracą zawodową często jest bardzo trudne. Bywało, że ja dzieci odwoziłem do przedszkola, a mamy je odbierały i przywoziły na kolację. Chłopcy żyli na dwa domy i cały proces przejścia do nowej rodziny trwał bardzo długo, co z punktu widzenia dobra dziecka było bardzo dobre. Jednak taka sytuacja była trudna dla tych rodzin. Tęsknota powodowała, że po krótkim czasie znowu stawały się rodziną pomocową i chłopcy ode mnie odchodzili. Na szczęście tak się złożyło, że nigdy nie miałem pod opieką czwórki dzieci – najwyżej trójkę.
Nie miałem czasu na nic, więc nawet nie zaglądałem na bloga. Argus budził się w nocy średnio siedem razy, więc w ciągu dnia chodziłem śnięty. A przecież musiałem ogarniać przedszkole, terapie, rodziców biologicznych i sprawy urzędowe. Do tego nie mogłem wziąć czteromiesięcznego urlopu od moich klientów, chociaż strasznie ich zaniedbywałem. Wypadało też odwiedzać Majkę w szpitalu, a to nie było logistycznie łatwe zadanie. Najpierw musiałem odwieźć dzieci do moich córek, potem skoczyć choć na godzinkę do Majki i zdążyć je tak odebrać, żeby wrócić na wieczorną kąpiel. W szpitalu rehabilitacyjnym było już dużo lepiej. Był tam duży park, więc mogłem jeździć razem z dziećmi. Niektórzy jeździli tam nawet z psami – wystarczyło niezauważonym przejechać dyżurkę.

Dużą sztuką było dla mnie panowanie nad tym co działo się w przedszkolu. Musiałem pamiętać o wszystkich wycieczkach, strojach galowych i tym co w odpowiednim czasie trzeba przynieść na jakieś zajęcia. Chociaż w przedszkolu najbardziej gubiły się obce dzieci. Nasze nadzwyczaj dobrze odnajdywały się w zaistniałej sytuacji. Cała trójka chłopców była w jednej grupie, a ja raz odbierałem Omena i Dagona, a Sajgon zostawał i czekał na swoją ciocię, by za jakiś czas sytuacja się odwróciła i to Omen z Dagonem zostawali, a Sajgon wracał ze mną. Jednego dnia jakaś dziewczynka mnie zapytała: „Wujek, dzisiaj odbierasz Omena i Dagona?” (bo wszystkie dzieci nazywały mnie wujkiem Pikusiem), a ja na to: „A nie. Dzisiaj odbieram Sajgona”.

Na szczęście Obelixa miałem tylko kilka dni – później wyjechał do psychiatryka, w którym spędził dwa miesiące. Włos zjeżył mi się na głowie, gdy się dowiedziałem, że wraca. I tutaj chwała naszemu PCPR-owi, który do tego nie dopuścił. W ciągu kilku dni znaleziono dla niego rodzinę pomocową. W zasadzie mogę być wdzięczny naszej koordynatorce Jowicie, która dodatkowo zawiozła i odebrała Obelixa z tego szpitala. Dla mnie byłoby to trudne logistycznie, gdyż szpital psychiatryczny był oddalony ode mnie o prawie trzysta kilometrów. Nie ryzykowałbym, że uda mi się obrócić w godzinach funkcjonowania przedszkola, więc pewnie jechałbym z trójką dzieci, bo akurat w tym czasie był ze mną Omen i Dagon.

Nie mogę narzekać na wsparcie, które widziałem na każdym kroku. Nawet przedszkole stało się przychylne pod względem obowiązujących w nim zasad. Dotychczas było tak, że jak jakieś dziecko trochę się spociło, to miało mierzoną temperaturę. No i jak chiński termometr pokazał 37,5 to trzeba je było odebrać. Po powrocie do domu dziecko nieco ochłonęło i nagle temperatura spadała do 36,6.
W czasie nieobecności Majki nie musiałem odebrać przedwcześnie żadnego dziecka. Być może na wszelki wypadek żadnemu temperatury nie zmierzono.
O wsparciu ze strony moich córek nie muszę chyba nikogo przekonywać. Przyjeżdżały do mnie żeby odgruzować chatę, albo opiekowały się przez jakiś czas dziećmi w swoich mieszkaniach. Mogłem też liczyć na sąsiadów, którzy służyli swoją pomocą. Zwłaszcza sąsiadka Ela była nieoceniona. Wychodziła z Argusem na spacery, a jak musiałem gdzieś wyjechać to zabierała chłopca do swojego ogrodu.
Wiele osób do mnie dzwoniło, pisało sms-y. Też chciało pomóc, chociaż paradoksalnie powodowało to, że miałem jeszcze mniej czasu.

Obecnie przebywa z nami tylko półroczny Argus. Ale jego dni są już policzone. Od ponad miesiąca spotyka się z rodziną, w której ma zamieszkać na stałe. Rozstanie będzie smutne. Zwłaszcza dla chłopca, dla którego przez cztery miesiące byłem jedyną osobą, którą widział o każdej porze dnia i nocy. Ale nowych rodziców zaakceptował. Być może dlatego, że ma pogodną naturę i śmieje się do każdego. Może z wyjątkiem swojej mamy, która często nie wytrzymuje godzinnego spotkania i dwadzieścia minut przed czasem wraca z Argusem do samochodu, bo mały „ryczy”. Ja jej zawsze mówię, że ma go włożyć do wózka i pospacerować, to się uspokoi. A ona z uporem maniaka siedzi na tej ławce, robi sobie selfie, rozmawia przez telefon i potrząsa chłopcem. Dopiero jak zamierza wrócić do samochodu, to robi rundę wokół skweru. Może dlatego, żeby Argus taki zaryczany nie przyjechał.

Pozostali chłopcy teoretycznie wciąż są nasi, chociaż już z nami nie mieszkają. Przynajmniej z punktu widzenia prawa. A to oznacza, że ciągle musimy być w gotowości, ponieważ są sytuacje, w których rodzina pomocowa nie może podejmować decyzji. Ostatnio byłem z Obelixem w Poradni Psychologiczno-Pedagogicznej na badaniach. Mama, z którą chłopiec teraz mieszka też oczywiście była, bo to ona zna zachowania Obelixa i coś może na ten temat powiedzieć. Mnie chłopiec nawet nie poznał. No ale musiałem przejechać się te kilkadziesiąt kilometrów by złożyć podpis.

Musiałem też pójść na badanie więzi dotyczące Sajgona. Na zespoły do PCPR-u też muszę jeździć, chociaż teraz mam niewiele do powiedzenia. Będę też musiał przejechać się do sądu w sprawie odrzucenia spadku.
Najgorsze jest to, że nie wiem jak długo taki stan potrwa. Na tę chwilę tylko mama Omena i Dagona złożyła wniosek do sądu o ustanowienie jej rodziną zastępczą. Mama Sajgona wciąż nie może podjąć tej decyzji, a rodzina Obelixa jest wielkim znakiem zapytania. Ta ostatnia, na zespole twierdziła, że chłopiec jest cudownym dzieckiem. Na badaniu psychologicznym już mówiła, że ma trudne zachowania. Oby szybko złożyła ten wniosek, zanim stwierdzi, że ma go dość. Bo moim zdaniem, zachowania Obelixa niewiele się zmieniły. Uderzył swoją nową mamę i zarechotał. Wyrwał siedzenie z samochodu, którym się bawił i też go to rozbawiło. Podobno już mało przeklina i nie rozbiera się do naga. Może dopiero się rozkręca.

Za to Dagon zrobił ogromne postępy. Gdy go widziałem kilka dni temu, to nie mogłem wyjść z podziwu. Tak ładnie i tak mądrze mówi. Używa sformułowań, które dotychczas były mu obce. W tym względzie zdecydowanie przegonił Omena, chociaż do tej pory było odwrotnie. Przestał też wreszcie używać pieluchy i załatwia swoje potrzeby nawet nie na nocnik, tylko do ubikacji. Omen jakby niewiele się zmienił. Jest taką gapą jaką był. Widocznie jego potencjał rozwoju był mniejszy. O przepraszam – nauczył się robić siku na stojąco. Chociaż dla mnie jest to mało znacząca umiejętność, a nawet mieszkających z nami chłopców zawsze starałem się tego oduczyć. Nie uważam, że jest to męskie, bo co męskiego jest w osikanej klapie, podłodze i ścianie. Nowa mama twierdzi, że jest zmęczona, ale ma ogromną satysfakcję z postępów dzieci. Początkowo chciała się im całkowicie poświęcić i przez bodajże rok podarować sobie posyłanie chłopców do przedszkola. Teraz zmieniła zdanie. I dobrze, bo obaj bardzo lubili chodzić do przedszkola, a dla niej będzie to kilka godzin wytchnienia.

Sajgon też bardzo się rozwinął. Wprawdzie nadal nie wypowiada zrozumiałych słów, ale nie mówi już „eszesze”, tylko posługuje się sylabami. Ma wycięty migdałek. Nie wiem jak nowa mama tego dokonała w tak krótkim czasie, ale chwała jej za to. Prawdopodobnie teraz chłopiec zaczął dobrze słyszeć i powinien zacząć mówić. Mama bardzo się cieszy, bo Sajgon mówi „mama”. Dla mnie to jest raczej „amam”, ale co tam. Niech każdy słyszy co chce. Nie mogę tylko zrozumieć dlaczego wciąż nie może podjąć decyzji o pozostaniu mamą zastępczą. W zasadzie wiem dlaczego, ale nie mogę zrozumieć. Przecież sąd bez problemu przyzna jej możliwość decydowania w sprawach medycznych i edukacyjnych, a jeżeli tata biologiczny chłopca będzie agresywny na spotkaniach, to wyda tacie zakaz kontaktowania się z synem. Ostatnio, gdy obecna mama pomocowa i mama biologiczna były już z chłopcem w szpitalu, on strasznie się pieklił, że nie zgadza się na wycięcie tego migdałka. Tak dla zasady – bo ma do tego prawo. Na szczęście zgoda mamy biologicznej wystarczyła.

Nowi rodzice Argusa nie mają problemu z akceptacją rodziców biologicznych. Ale jeszcze nie mieli z nimi nic do czynienia, więc może się to zmienić.

Tak więc już niedługo będziemy sami, bez żadnego dziecka.

Długo rozmawialiśmy z Majką o naszej przyszłości. Ostatecznie podjęliśmy decyzję, że nie rezygnujemy z pieczy zastępczej. Jakoś się do niej przywiązaliśmy. Ale teraz odpoczywamy. Przynajmniej do końca roku. Potem zobaczymy jak Majka będzie się czuła i będziemy przyjmować tylko trójkę dzieci – w przelocie czwórkę. Teraz w przelocie mieliśmy siódemkę i pewnie dlatego tak to się skończyło.

A to oznacza, że nie będę miał już o czym pisać. Może raz na jakiś czas wrzucę jakiś tekst o postępach Majki.

Zatem nie żegnam się, tylko mówię do widzenia.


czwartek, 11 maja 2023

--- TENERYFA

Za kilka dni wylatuje samolot na Teneryfę. Dwa fotele będą puste – trudno.

Majka na prawie dwa tygodnie wróciła do domu. Krótko mówiąc, przed weekendem majowym wywalili ją ze szpitala, żeby nie mnożyła kosztów. Nikt nie zapytał, czy ma dokąd wrócić? Czy jest ktoś, kto się nią zaopiekuje? Przewinie, zrobi jedzenie, porozmawia.

Pierwsze dni były trudne. A w zasadzie noce. Z jednej strony miałem Argusa, który budził się co dwie-trzy godziny, a z drugiej Majkę nie mogącą samodzielnie przewrócić się z jednego boku na drugi. Do tego Omen z Dagonem bardzo emocjonalnie przechodzili do nowej rodziny. Ten drugi w środku nocy schodził po schodach i krzyczał, że chce się do mnie przytulić.
Ale mimo wszystko nie zamieniłbym tych dwóch tygodni na żadną Teneryfę, Wietnam czy nawet Peru.

Teraz znowu jestem samotnym ojcem zastępczym. Omen z Dagonem odeszli, Sajgon wrócił. Obelix na szczęście wciąż kibluje w psychiatryku. Staram się dbać o czteromiesięcznego Argusa, ale nie jest to proste. Chłopiec odstaje od swoich rówieśników i być może jest to moją winą. On zwyczajnie potrzebuje mamy, a nie podstarzałego wujka.

Balansuję na krawędzi, którą trudno mi zdefiniować. Pewnie jeden by powiedział, że to wypalenie, a drugi że przemęczenie. Prawda zapewne leży pośrodku.
Parę dni temu byłem na superwizji. Nie spodziewałem się odpowiedzi na pytanie, czyje dobro jest teraz ważniejsze. I takiej nie dostałem. Dziewczyna prowadząca spotkanie pewnie pamięta erę paleozoiku i być może właśnie dlatego tak dobrze nam się rozmawia. Każda moja decyzja będzie jednocześnie dobra i zła.

Świat jest mały, chociaż nie myślałem, że aż tak bardzo. Ostatnio poszedłem do naszej lekarki rodzinnej w sprawie Majki. Lekarz prowadzący w szpitalu nie wystawił Majce zwolnienia, nie wypisał recepty na wszystkie leki, ani nie wydał zlecenia na transport karetką do drugiego szpitala.

– Bo wie pani, on jest jakiś nieogarnięty. Taki Asperger, czy coś takiego – powiedziałem.

– Ooooo!? Good Doctor – odpowiedziała spoglądając na wypis ze szpitala.
– Zna go pani?
– Tak, razem pracowaliśmy.

Wspomniałem o tym, bo mam ochotę napisać o rodzinach zastępczych. Kim są, jakie mają motywacje, czego oczekują po ukończeniu szkolenia?

Być może znowu będę musiał usunąć jakieś fragmenty bloga. Być może znowu ktoś stwierdzi, że ciocia Majka nie ma czasu się spotykać, bo ma dużo dzieci pod opieką, chociaż wcześniej mówiła: „możecie wpadać kiedy chcecie”.

Żongluję tym blogiem losami dzieci i pewnie czas to zakończyć.

Pomijając pogotowia rodzinne, znam tylko jedną rodzinę zastępczą pragnącą spełnić swoją podstawową rolę – przywrócić dziecko rodzinie biologicznej. Jest nią mama zastępcza Ptysi. W jej przypadku miałem ogromne wątpliwości. Znałem Balbinę, widziałem jej negatywny wpływ na Majkę i całą naszą rodzinę. A jednak komuś innemu się udało. Ktoś inny stał się nie tylko matką tych dzieci, ale również matką matki.
Teraz patrzę na wszystko zupełnie inaczej. Przez prawie dwa miesiące miałem trójkę dzieci pod opieką. Mam dom, samochód, dobrą (bo zdalną) pracę, pieniądze. Myślę, że całkiem przyzwoitą wiedzę i nienajgorsze predyspozycje do bycia rodzicem. Mam wszystko, czego oczekuje sąd od rodziców biologicznych, aby oddać im dzieci. A jednak zaczynam wymiękać. Bo jestem sam. Bo o wielu sprawach zapominam, bo jestem zmęczony, niewyspany, bo... mam dosyć ryku Argusa i szaleństw Sajgona. Od trzech dni zabieram się do napisania czynnego żalu – zapomniałem wysłać w terminie PIT-a.

Nieco inaczej spoglądam na rodziców biologicznych. Być może dlatego, że teraz to ja się z nimi spotykam, że do mnie dzwonią i do mnie wypisują wiadomości. Co mi szkodzi wysłać im jakieś zdjęcie, albo napisać dwa zdania. Oddzwaniam, przepraszając że poprzedniego dnia nie odebrałem telefonu. A przecież mógłbym powiedzieć, że nie był to ustalony dzień kontaktu i po jaką cholerę trują mi dupę. Tata Sajgona jest dla mnie miły, chociaż uchodzi za awanturnika. Próbuje mi coś tłumaczyć, a ja staram się to zrozumieć. Zastanawiam się jakim byłbym człowiekiem, gdybym urodził się w jego rodzinie. Lepszym? Wątpię.

Mama Sajgona nie ogarnia świata. Ale to jej matka zgotowała jej ten los. Mam być kolejną osobą, która dobija ją do dna? Wkrótce spotkamy się na badaniu psychologicznym. Mama Kasia, u której Sajgon spędził kilka ostatnich tygodni zapewne modli się o jak najgorszą opinię, która posłuży sądowi do odebrania władzy rodzicielskiej. Ale mama biologiczna Sajgona kocha swojego syna i pewnie zaakceptowałaby fakt, że chłopiec będzie dorastał w rodzinie zastępczej. Chciałaby tylko móc go co jakiś czas zobaczyć, zabrać na jakąś wycieczkę, albo wspólnie spędzić święta.
Mama dziewiątego dziecka stróża też nie nadaje się na matkę. Nie wytrzymuje godzinnego spotkania. Wraca dwadzieścia minut przed czasem, bo Argus beczy. Też z nią rozmawiam, opowiadam o chłopcu. Jest miła. Stara się mnie zrozumieć i ja ją. Nie chce stracić syna na zawsze.

Majka zawsze trzymała większy dystans. Bardziej przestrzegała ustalonych na początku zasad. Ale bywali też rodzice, którzy w jakiś sposób stawali się bliżsi. Niektórzy do teraz są w jakimś kontakcie. Są tacy, którzy dowiedziawszy się o chorobie Majki, przesłali życzenia, a nawet śpiewali piosenki. Najbardziej rozbawił mnie jeden tekst: „Pani Majko, pani tak dużo zrobiła dla moich dzieci. Jak ja panią kocham, no ja pierdolę. O przepraszam, kurwa mać.” Mogę tylko dodać, że wszystkie dzieci tej mamy mieszkają w rodzinach adopcyjnych.

No i teraz przejdźmy do rodziców zastępczych.

Po części są tacy jak ja. Wykształceni, trzymający życie na krótkiej smyczy. Mają pieniądze i wiedzę... teoretyczną. Nie mają mojego doświadczenia. Próbują wdrukować dziecko w swoje życie. Jak to się nie udaje (a nigdy się nie udaje) to odpuszczają. Po krótkim czasie zaczynają tęsknić, rozważać inne scenariusze – mówią, że kochają i nie potrafią bez tego dziecka żyć. Każdy przechodzi tę samą ścieżkę.
Sajgon wrócił po kilku tygodniach. Myślę, że nie na długo.
Wszystkie te osoby są szkolone tym samym programem, którym ja dziesięć lat temu. Gdyby ktoś mnie obudził w środku nocy i zapytał co z niego pamiętam, to wymieniłbym dwie rzeczy: więzi i rodzinę biologiczną. Jak to jest możliwe, że przychodzący do nas rodzice zastępczy tak bardzo wypierają historię dziecka? Oni jakby chcieli się o wszystkim dowiedzieć, a potem nagle o wszystkim zapomnieć i zacząć od początku. Lęk goni lęk. Lęk o wszystko. O dane osobowe, o to że ktoś zna historię dziecka, o to że pani w przedszkolu wie, że ojciec siedzi w pierdlu. Nie rozpowiadamy wszem i wobec o naszych dzieciach. Ale niektóre fakty są ważne, bo w jakiejś mierze mogą tłumaczyć pewne zachowania dzieci. Bywają rodzice, którzy przed drzwiami zdejmują dziecku czapkę, albo rozbierają je do majtek, bo ma ich spodnie. I to dziecko tak właśnie mówi, że to są spodnie cioci Beni – a nie, że to są moje spodnie jak inne leżące w szafie. I to wcale nie znaczy, że nie będą oni wspaniałymi rodzicami.
Lada dzień przyjdą rodzice do Argusa. Też zastępczy i z motywacją adopcyjną.

Patrzę przez okno na mój ogród i marzę tylko o tym, aby tam pójść na cały dzień.




sobota, 22 kwietnia 2023

--- Kot Schrödingera

Jako obiekt kwantowy jestem teraz jednocześnie żywy i martwy. Jak ten kot tytułowego noblisty.

Nie przypuszczałem, że samotne zajmowanie się dziećmi może być tak frustrujące, demotywujące i dołujące. Dużą negatywną rolę odgrywają rodzice biologiczni, którzy chcą się spotykać, dostać zdjęcie i jakąś informację. Dochodzą też... już nawet nie chce mi się pisać, co musi robić samotny ojciec zastępczy. Nie chcę też opisywać mojej pracy zawodowej, która legła w gruzach, a która już niedługo może być podstawą naszego utrzymania.

Próbuję spoglądać na swoje życie z pozycji obserwatora. Wtedy jest łatwiej. Wydaje mi się ono ciekawe, a nawet zabawne. Na przykład ostatnio przestały mi się zamykać drzwi pasażera w samochodzie. A dokładniej – otwierały się przy skręcie w lewo. Teraz to się samo naprawiło, ale z kolei wszystkie inne drzwi przestały się otwierać. Chłopcy wchodzą do tyłu od strony kierowcy, a w bagażniku został uwięziony najlepszy wózek Argusa. Stary, kilkunastoletni model dużo gorszej marki nie ma tyle elektroniki i wszystko w nim działa. Ale nie ma izofixów, a ja wszystkie inne foteliki wydałem przyszłym mamom chłopaków. Zresztą tych uwięzionych w siedmioosobówce nie mam jak wyciągnąć, bo przecież drzwi się nie otwierają. Nie mogę też pojechać do blacharza – no bo jak?

Nie mam pojęcia kiedy cokolwiek się zmieni. Nie wiem kiedy Obelix wróci z psychiatryka, ani Sajgon z rodziny pomocowej. Trudno mi też powiedzieć kiedy odejdzie Omen z Dagonem i czy w ogóle odejdą.

Przyglądam się rodzinom, które ukończyły szkolenie dla rodziców zastępczych i uzyskały odpowiednie kwalifikacje. Jakie mają motywacje? Czyje potrzeby chcą zaspokoić? Widzę ich lęki, wręcz fobie. Ale idą drogą pieczy zastępczej. Bo co? Bo nie mają innego wyjścia.

Omen z Dagonem stali się jacyś mili. Ciągle się do mnie przytulają. Dagon wręcz nie schodzi z moich kolan. Nie chcą słuchać o mamie Natalii, do której za chwilę mają odejść. Za to wciąż mówią, że kochają ciocię Majkę i ciocię Elę (która jest naszą sąsiadką i w obecnej sytuacji często ich zabiera do siebie). Ciocia Natalia nie chce zabierać chłopców do swojego domu, bo tam płaczą. Tłumaczy to tym, że zapewne chcieliby tam zostać na zawsze, ale muszą wrócić do mnie. Nie jestem przekonany. Wręcz mam zupełnie inne zdanie. W związku z tym zabiera ich na spacery. Rzadko kiedy wytrzymuje dwie godziny. Temu się nawet nie dziwię, bo dwie godziny w ciągłym skupieniu jest wyczynem – z tymi chłopcami.

Dużo rozmawiam z Omenem i Dagonem. Nie wiem czy cokolwiek rozumieją. Dzisiaj była taka wymiana zdań:

       – Jak już pójdziecie do cioci Natalii, to może wam na to pozwoli.

       – Ale wrócimy na kolację – odpowiedzieli.

Chłopcy ciągle pytają, kiedy na obiad będzie futro. Kilka dni temu, gdy zrobiłem im spaghetti, zapytali co będzie na obiad jutro. No i teraz muszę coś wymyślić.

Nie jestem dobrym ojcem zastępczym. Jestem najwyżej dość dobrym ojcem. Zaspokajam tylko potrzeby emocjonalne będących ze mną dzieci. Chłopakom puszczam bajki w telewizji, a najmłodszego Argusa biorę jedynie na kolana. Boję się, że padnie mi kręgosłup, co zdarza się raz na kilka miesięcy. Teraz jestem sam i muszę rozważać zupełnie inne scenariusze.

Za kilka dni mam superwizję. Chciałem ją odwołać, bo nijak nie wpisuje się ona w moje dotychczasowe życie. Ale pójdę. Jestem ogromnie ciekawy jak psycholożka rozważy dobro moje, Majki i dzieci.

sobota, 15 kwietnia 2023

--- Życie po życiu

Mija czwarty tydzień bez Majki. Czwarty tydzień życia w matrixie, którego końca nie widać.

Jakoś daję radę.
Postanowiłem, że mieszkające z nami dzieci doprowadzę do końca. Odejdą do swoich nowych rodzin tak, jak to działo się zawsze. Bez ostrego cięcia i bez pośpiechu.
Chociaż może tylko tak mi się wydaje, że jest to moja decyzja i że mogłem powiedzieć: „Sorry, proszę zabrać mi te nie moje dzieci, bo ja jestem tylko mężem matki zastępczej prowadzącej pogotowie rodzinne”. Z prawnego punktu widzenia, cała piątka jest moja i tylko moja. Tak przecież zadecydował sąd. Umowę o prowadzenie pogotowia też podpisałem razem z Majką. Jestem więc ojcem piątki dzieci tak samo jak inny ojciec. Każdy ojciec – zastępczy, adopcyjny, biologiczny.

Powoli zacząłem wdrażać się w tematy, których dotychczas zupełnie nie ogarniałem. Spotykam się z rodzinami biologicznymi naszych dzieci – mamą, która próbuje mnie podrywać i babcią sprawdzającą czystość uszu i długość paznokci. Koordynuję dziesiątki tematów wydzwaniając tam gdzie trzeba i pisząc tu i ówdzie. Odpowiadam na pytania w sądzie, z których najtrudniejszym okazało się: „Ile ma pan lat?”. Piszę wnioski o odrzucenie spadku i organizuję strój galowy z okazji dnia prosinfoniki – nie wiedząc nawet czym jest ta prosinfonika.

Jako przykład mogę też podać pranie. Samo pranie, a nawet jego wysuszenie, od zawsze było proste. Ale już składanie i segregacja tego prania należała do Majki. Teraz mam cały worek skarpetek, które nie mają swojej pary i nijak nie potrafię zrozumieć dlaczego tak jest. Poszedłem zatem po rozum do głowy i stwierdziłem, że będę pranie ogarniał „wsadami”. Wrzucam więc do pralki wszystko z danego dnia – to, co chłopcy zdejmują z siebie przed wejściem do wanny. No i właśnie wyciągnąłem z suszarki taki wsad, a w nim trzy skarpetki. Każda w innym kolorze i nie ma czwartej.
Mam też problemy z odróżnieniem bluzki od piżamy. Na szczęście chłopcy są nieco bardziej ogarnięci i czasami gdy ubieramy się do przedszkola mówią: „Wujek, zakładasz nam piżamę”. Najciekawsze w tym wszystkim jest to, że przecież od zarania dziejów to ja zajmowałem się kąpielą i to ja zakładałem dzieciom piżamy. Powinienem mieć je w małym palcu, znać jak szeląg zły czy cokolwiek jeszcze. A jednak jestem jak daltonista, który stara się odróżnić kolory po odcieniach.
Ostatnio dałem rano Omenowi spodnie do założenia. Prosto z prania. Całkiem przyzwoite, nawet sprawdziłem czy nie ma w nich dziur. Coś a'la moro – melanż beżowo brązowy. Na szczęście zainteresowały mnie sznureczki, które wychodziły jakby od wewnętrznej strony. Okazało się, że były to zwyczajne dżinsy przewrócone na lewą stronę. Strach pomyśleć co by było, gdyby chłopiec tak poszedł do przedszkola.

A'propos wspomnianego wsadu. Obelixowi przebywającemu w szpitalu psychiatrycznym wykupiłem pralnię. Drugim rozwiązaniem było jeżdżenie co kilkanaście dni po dwieście kilometrów w jedną stronę i dowożenie czystych rzeczy. Ciekawy jestem rachunku, który dostanę na koniec miesiąca. Jeden wsad to kwota pięćdziesięciu pięciu złotych. Ja przy trójce mieszkających ze mną dzieci robię dwa wsady dziennie. Pewnie wsad pralniczy jest większy. Nie ma to jednak znaczenia. Ważne, że nie muszę odwiedzać Obelixa. Z tym chłopcem nie wiąże mnie nic. A właściwie jego ze mną. Byliśmy z sobą przez chwilę. W pojęciu astronomicznym było to mrugnięcie powieką albo i mniej. A jednak jesteśmy połączeni decyzją sądu i Obelix do mnie wróci – prędzej czy później. Raczej prędzej, bo okazuje się, że wcale nie jest chory psychicznie. Nie jest też niepełnosprawny umysłowo. Jest emocjonalną i intelektualną kaleką będącą wynikiem siedmioletnich zaniedbań. Potrzebuje rodziny, która będzie chciała go z tej otchłani wydobyć. Czy taka się znajdzie? Przestałem już wierzyć w cuda, ale może się mylę. Wierzę w to, że się mylę.

Omen z Dagonem zaczęli spotykać się z kolejną rodziną. Omen na drugim spotkaniu wczepił się w potencjalną mamę mówiąc, że ma go zabrać do domu. Dziewczyna miała łzy w oczach. Pewnie sobie pomyślała, że ta biedna sierotka wreszcie znalazła swoją wymarzoną mamusię i nie może się z nią rozstać. Dagon ze stoickim spokojem przyglądał się wszystkiemu, siedząc u mnie na kolanach. Próbowałem jej wytłumaczyć, że prawidłowe jest zachowanie Dagona, a Omen ten sam numer może wykręcić za pół roku, gdy przyjdzie do niej zupełnie obca mu osoba.

Chłopcy mają zupełnie inne problemy. Dagon będzie wymagał jeszcze wielu miesięcy, o ile nie lat, terapii. I nie ma żadnej gwarancji, że będzie lepiej. Ostatnio czekając w samochodzie zaczął walić głową w szybę. Gdy dostał ode mnie zwyczajną „zjebkę”, to ugryzł siedzącego obok Omena. Tak bez powodu, aby rozładować energię. Może więc być tak, że w wieku kilkunastu lat walnie głową w szybę, raniąc siebie i niszcząc okno – bo z czymś nie będzie chciał się zgodzić. Omen z kolei może wykrzyczeć: „Nie jesteś moją matką i spadaj na drzewo”. Wszystko to nie musi się wydarzyć, ale może i prawdopodobieństwa nie da się określić procentami. Nie wiem czy potrafię to rodzicom wytłumaczyć. Nie wiem czy potrafią to zrozumieć.

Nie wiem co będzie za tydzień, albo dwa. Dzisiaj przyszedł do nas w odwiedziny Sajgon. Przebywa w rodzinie pomocowej. Czas pobytu nieubłaganie dobiega końca, więc chłopiec musi sobie przypomnieć mnie, nasz dom, mieszkające z nami dzieci. Omen, podobnie jak w tamtą mamę, wczepił się w tymczasową mamę Sajgona i chciał aby zabrała go do swojego domu. Nie wiem czy powinienem o tym powiedzieć tej mamie, która myśli, że jest tą wymarzoną i wyczekiwaną.

Sajgon wyszedł za drzwi, ale przed płotem rzucił się na ziemię i za cholerę nie chciał wejść do samochodu.

Gdybym dziesięć lat temu miał dzisiejsze doświadczenia, to nie wchodziłbym do tej wody.

Nie wiem jak mam promować pieczę zastępczą. To taki film dla ludzi o mocnych nerwach – jak to kiedyś bywało w zapowiedziach horrorów. To taki film dla Majki, która lubiła jak coś się dzieje, która lubiła zawalczyć o jakieś dziecko. Lubiła albo tylko mi się wydawało, że lubiła.

Musimy z Majką odpocząć. Dobrze o tym wiem.

Niektórzy próbują mnie wspierać pisząc, że muszę o siebie zadbać, że przekroczyłem czerwoną linię, że mam już swój wiek, że powinienem wystawić dzieci za próg i niech się system martwi. No nie jest to wspierające. Ale jest tak cholernie motywujące do tego, aby pokazać, że dzieci którymi się teraz zajmuję, odejdą tak jak zawsze. A potem będzie koniec.

niedziela, 2 kwietnia 2023

--- Okienko

 


Nigdy nie przestawiałem plastikowego okienka w kalendarzu ściennym. Dzisiaj wciąż pokazuje ono siedemnasty dzień miesiąca.

Od kilkunastu dni jestem samotnym ojcem zastępczym. Nie wiem jak długo potrwa taki stan. Być może kilkanaście tygodni, albo tylko kilkanaście dni.

Majka trafiła do szpitala. Z dnia na dzień. Odwiozła Jacka i Placka do rodziny biologicznej, poszła spać, a rano już nie mogła wstać z łóżka. Na szczęście zmieściliśmy się do siedmioosobowego samochodu, więc stosunkowo szybko znalazła się w szpitalu.
Przyczyny jej stanu nie są znane do teraz. Istnieje tylko pewna hipoteza, która zakłada, że osłabiony stresem organizm został zaatakowany wirusem opryszczki. W każdym razie Majka nie może się poruszać, ledwo utrzymuje w ręce telefon, a silne leki przeciwbólowe powodują, że czasami mówi bardzo wolno i trudno zrozumieć co ma na myśli. Ogólnie rokowania są dobre, ale wszystko może trwać bardzo długo, a końcowe zalecenia będą brzmiały: „Jak najmniej stresu”.
Majka może spędzić w szpitalu jeszcze kilka tygodni, a potem czeka ją jeszcze dłuższa rehabilitacja. Istnienie naszego pogotowia rodzinnego wisi na włosku. Ja bym nawet nie bronił się rękami i nogami przed powrotem do życia sprzed dziesięciu lat. Jednak dla Majki piecza zastępcza była całym jej życiem. Niemal od dnia, w którym się poznaliśmy, była jej marzeniem, a przychodzące dzieci stawały się jej wyzwaniem. Bycie mamą zastępczą nadal jest jej pasją, której chyba nic nie może zastąpić. Może się zatem okazać, że brak dzieci będzie większym stresem, niż stres związany z byciem z nimi.

Za wcześnie jednak na dzielenie skóry na niedźwiedziu. Na tę chwilę, żadne z naszych dzieci jeszcze nie ucierpiało. Żadne nie musiało z dnia na dzień znaleźć się w obcej rodzinie. Jak już wspomniałem, Jacek z Plackiem rzutem na taśmę zdążyli od nas odejść, do swojej mamy, na stałe. Obelix jest na planowanych badaniach w szpitalu psychiatrycznym, a Sajgon z kimś bardzo mu bliskim. Ze mną został Omen, Dagon i Argus.

Trudno mi w jakikolwiek sposób przewidywać przyszłość. Żyję chwilą. Tym, czy z przeziębienia Argusa nie wyjdzie zapalenie płuc, albo czy nie zapomnę zapłacić za wycieczkę chłopców w przedszkolu. Nie ogarniam jeszcze przedszkolnej aplikacji. Do dzisiaj, nigdy żadnym dzieciom nie czyściłem uszu, ani nie obcinałem paznokci. A wydawało mi się, że jestem równorzędnym partnerem Majki, bo przecież potrafię przewinąć, nakarmić, wykąpać, zrobić obiad i posprzątać. Wiem gdzie są dokumenty dzieci, rzeczy do ubrania, a nawet zapasowe mydło i proszek do prania. Wydawało mi się, że wiem wszystko.

Bycie samotnym ojcem jest bardzo ciekawym doświadczeniem. Jedni traktują mnie jak bohatera, inni jak potencjalną ofermę. A jeszcze inni każą wystawić dzieci za przysłowiowy próg i skupić się tylko na Majce.

Muszę jednak przyznać, że krąg osób chcących nieść pomoc naszej rodzinie jest ogromny. Myślę, że przynajmniej podwoiłem ilość kontaktów w telefonie i na rozmaitych portalach społecznościowych. Odczytuję też ciekawe wiadomości w telefonie typu: „Czy mam państwu przynieść obiadek?”, albo „Czy tata potrzebuje jakiejś pomocy?” i zupełnie nie mam pojęcia kto jest ich nadawcą.

Pierwszy raz w życiu byłem na zespole oceniającym nasze dzieci. Za chwilę pierwszy raz spotkam się z rodzicami biologicznymi na spotkaniu z ich dzieckiem, a później pierwszy raz pojadę na rozprawę w sądzie. Wiele rzeczy robię pierwszy raz – sam, bez Majki. Nawet tramwaje zaczynam ogarniać, chociaż dotychczas wszędzie jeździłem samochodem. Zdobywam nowe doświadczenia. Ostatnio szukałem przystanku tramwajowego, na którym kilka godzin wcześniej wysiadłem. Miasto, które trzydzieści lat temu miałem w małym palcu i znałem wszystkie jego ulice, nagle stało się labiryntem. W końcu odnalazłem wspomniany przystanek, ale nie przewidziałem, że tramwaj w drugą stronę będzie jechał z drugiej strony. Niby proste i logiczne, ale skończyło się na bieganiu po torowisku. Zaczynam uczyć się chodzić, podobnie jak za chwilę będzie to robić Majka – w dosłownym tego słowa znaczeniu.

Kilka dni temu poszedłem z Argusem do lekarza na szczepienie. Teoretycznie na szczepienie, bo kaszlał, więc nie spodziewałem się niczego poza lekami na wyzdrowienie. No i dostałem jakiś Benodil do nebulizacji. Lekarka, gdy dowiedziała się, że Majka jest w szpitalu, trzy razy upewniała się, czy aby zrozumiałem, że mam robić inhalację i do tego dwa razy dziennie. Zapewniałem, że nie raz takie rzeczy robiłem i wszystko mam pod kontrolą. Nie przewidziałem tylko tego, że nie mam zielonego pojęcia, gdzie Majka przechowuje inhalator. Kilka pokoi, dwa razy tyle szaf i kilkadziesiąt pudeł do przejrzenia. A Majka była już na takim etapie, że nawet ręce odmawiały jej posłuszeństwa. Nie potrafiła odpisać na prostego sms-a. Wszystkie wiadomości zaczęły przechodzić pocztą pantoflową, których nadawcami były osoby odwiedzające Majkę. Dopiero po kilku dniach dowiedziałem się, gdzie są wiosenne kurtki, czapki i buty naszych chłopców. Próbowałem jakoś sobie radzić. Wychodziło jako tako. Najłatwiejsze było kupowanie w sklepie, a nawet dokonywanie zakupów w ilościach hurtowych, na przykład majtek i skarpetek dla Obelixa. Bywało też, że coś udało mi się znaleźć, choćby piękne białe adidasy dla Omena... albo bardziej mokasyny – prawie nówki. A może nówki? Chłopiec wszystkim się chwalił, że ma nowe buty. Wciąż w nich chodzi i swoich z jesieni nie chce, chociaż są mu jeszcze dobre. Wyzwaniem było kupienie stroju gimnastycznego dla Obelixa. Był to wymóg szpitala, a czas realizacji zadania został skrócony do trzech godzin. Zupełnie jak w jakimś reality show. W odwiedzanych sklepach nikt nie wiedział, co mi zaproponować. Ostatecznie kupiłem białą podkoszulkę i piżamę, której krótkie spodenki trochę przypominały sportowe.

Zacząłem zwracać uwagę na rzeczy, które zupełnie nie interesowały mnie kiedyś. Na przykład na to, co może o swojej rodzinie powiedzieć czterolatek w przedszkolu. A może na przykład stwierdzić, że na obiad dostaje biszkopty i żelki. Niby nic wielkiego, w końcu wyobraźnia małego człowieka jest nieograniczona.

Niestety ostatni tekst Dagona w przedszkolu brzmiał: „Ciociu, zesrałem się w trzy dupy”.
Więc życzcie mi szczęścia.

sobota, 4 marca 2023

ARGUS

 


Rodzice poszukujący swojego największego szczęścia w życiu bardzo dbają, aby było ono w wieku od zera do dwóch lat. I ani o miesiąc więcej. Dlaczego?

Argus jest dziewiątym dzieckiem swojej mamy, moim szóstym. Żadne z nas go nie chciało. Żadne nie planowało. Można powiedzieć – patologia. Ale jest. I niespodziewanie stało się kimś ważnym zarówno dla swojej mamy, jak i dla mnie. Jakiegoś rodzaju iskierką nadziei, wiary w sens istnienia.

Mama chłopca powiedziała do Majki: „Ja już nie będę miała więcej dzieci, bo ja teraz biorę tabletki”. Eureka – w wieku prawie czterdziestu lat odkryła antykoncepcję. Być może faktycznie Argon jest jej ostatnim dzieckiem. Może rzeczywiście kobieta na stare lata stanie się bardziej odpowiedzialna, a może zrobi to za nią biologia. W każdym razie ze szczytnymi hasłami na ustach i obietnicami poprawy zdecydowała, że będzie walczyć o chłopca do śmierci. To jej ostatnie dziecko, więc musi mieszkać z nią, a ona stanie się dla niego najcudowniejszą matką na świecie. Tym bardziej, że jej starsze dzieci przebywające w pieczy zastępczej nie za bardzo pałają chęcią spotykania się ze swoją mamą, co nawet sama zauważa.

Ja nie byłem zachwycony perspektywą zamieszkania Argona w naszym domu. Nie chodziło mi o to, że jest noworodkiem, ale że noworodkiem płci męskiej. Malutcy chłopcy jakoś nie zapisali się w mojej pamięci złotymi zgłoskami. Było ich kilku, ale szybko odchodzili i nigdy nie zdążyło pojawić się między nami coś więcej – coś co można nazwać bliskością, więzią, miłością. Do tego było to dość dawno, kiedy często wyjeżdżałem z domu i czas poświęcany dzieciom był nader skromny. Powiedziałbym – ojcowski. Byłem dostępny dzieciom tylko popołudniami i w weekendy. A często nawet nie tyle.

Później wszystko zaczęło się zmieniać. Mój kontakt z klientami zaczął przybierać formę pracy zdalnej, a przychodzące noworodki były dziewczynkami. Bycie ojcem zaczęło przybierać zupełnie inną formę. Psycholożki rozmawiające z nami przed oddaniem dziecka rodzinie adopcyjnej zadawały nam pytanie: „Kto jest dla dziecka wiodącym opiekunem?”. A my nie potrafiliśmy na to pytanie odpowiedzieć. A w zasadzie odpowiadaliśmy, że jest nas dwoje, co zupełnie nie wpisywało się w scenariusz ankiety psychologicznej. Odkryłem, że kluczową rolę w rodzicielstwie (jakimkolwiek) odgrywa czas – ilość chwil poświęcanych dziecku. Intensywność, czy też atrakcyjność bycia z sobą ma o wiele mniejsze znaczenie.

Argus już po kilku dniach zaczął zdobywać moje serce i zupełnie przestało mi przeszkadzać, że między nogami ma siusiaka.

Bo z tymi siusiakami to jest tak, że Majka zupełnie umywa ręce. Powiedziała, że siusiaków nie będzie dotykać i tyle. Tak więc realizacja wszelkich zaleceń lekarskich w tym względzie spoczywa na moich barkach. Ewentualna odpowiedzialność – również. Bywa zatem, że Majka dzwoni do mnie od chirurga z pytaniem: „To które jądro mu ucieka?”.
Niestety czas na jakąś dziewczynkę, bo stulejek, załupków i znikających jajek zaczynam mieć powyżej uszu.
Argus niedawno skończył dwa miesiące. Uśmiecha się do mnie, szuka wzrokiem, a od niedawna nawet zagaduje. Spędzamy z sobą mnóstwo czasu i coraz lepiej poznajemy. Nawet tak małe dziecko potrafi w jasny sposób wyrażać swoje potrzeby – zróżnicowaną tonacją głosu, mimiką twarzy czy nawet zmiennością ruchów ciała. Mamy swoje sposoby na wspólne spędzanie czasu i z całą odpowiedzialnością muszę stwierdzić, że dziecku wcale nie zależy na ciągłym noszeniu na rękach i potrząsaniu nim. Wręcz przeciwnie.
Bycie z Argusem jest dla mnie jakimś połączeniem magii, podróży w czasie i relaksu. Trudno to jakoś sensownie opisać. Można to jedynie przeżyć.
Za to całkiem dobrze przychodzi mi opisywanie moich odczuć związanych z pozostałą grupą chłopców. Grupą niepokornych przedszkolaków, z których każdy jest emocjonalnym samotnikiem. I nie tylko emocjonalnym.
Dzieci, które kilka pierwszych lat swojego życia spędziły w świecie pozbawionym miłości, zaufania i zainteresowania, prawdopodobnie nigdy nie będą zdolne do jakichś głębszych uczuć i relacji z innymi ludźmi. Będą rozdarte między chęcią i potrzebą emocjonalnego zaangażowania, a lękiem i brakiem odpowiednich umiejętności.
Gdy przebywam z naszymi przedszkolakami, nie czuję nic. Być może dlatego, że one niczego ode mnie nie oczekują. Nie czują potrzeby bliskości, przytulania się. Każde ich zachowanie nastawione jest na uzyskanie takiej czy innej korzyści. Żaden z tych chłopców nie zrobi dla mnie nic bezinteresownie – choćby dlatego, aby zobaczyć mój uśmiech. Wręcz przeciwnie. Wciąż prowokują. Ciągle testują granice. Ich urok i wyjątkowość istnieją tylko w sferze wyobrażeń rozmaitych osób odwiedzających naszą rodzinę.

Wydawało mi się, że Jacek z Plackiem są jakimś zaprzeczeniem moich spostrzeżeń, wyjątkiem potwierdzającym regułę. Starszy z braci wydaje się być bardzo empatycznym chłopcem. Jego aktywność w naszym domu sprowadza się do tęsknienia za mamą. Po przyjściu z przedszkola siada w fotelu i tęskni. Nie bawi się prawie niczym. Rzadko angażuje się w jakąkolwiek aktywność z innymi dziećmi. Najczęściej tylko siedzi i gapiąc się w telewizor wykrzykuje: „Zasłaniasz!”. Nawet gdy jest on wyłączony.

Chłopiec niedawno był w szpitalu na operacji i potem przez dwa tygodnie nie chodził do przedszkola. Siłą rzeczy, trochę się do siebie zbliżyliśmy. Chociaż nie wiem czy jest to właściwe określenie. Stałem się biernym odbiorcą jego opowieści o rodzinie. Biernym dlatego, że Jacek wciąż opowiadał to samo. Na końcu posługiwał się już tylko pojedynczymi słowami, a nawet gestami. Wiedział, że doskonale znam ciąg dalszy. Pokazywał mi na przykład dziesięć palców, a ja doskonale wiedziałem, że Wojewódzki kupił na Sylwestra dziesięć petard, które razem odpalili. Wojewódzkiego znam prawie tak dobrze jak mamę chłopca. Przez długi czas nie miałem pojęcia o kim Jacek opowiada. Pytałem: „To jest jakiś twój wujek?”, a on na to: „Tak, Wojewódzki”. Po kilku tygodniach, po rozmowie z mamą chłopca, okazało się, że „Wojewódzki” to wuja Łódzki. Nawet mama nie pamięta, dlaczego wszyscy mówią na niego Łódzki. Ale dla chłopca jest on kimś bardzo ważnym i w jego opowieściach prezentuje się całkiem przyzwoicie.
Nie uważam jednak, aby Jacek był dzieckiem zdrowym emocjonalnie. On zwyczajnie potrzebuje kogoś, kto będzie dla niego ważny, jedyny i za którym będzie tęsknił. Opiekun podstawowy? Gdy do nas przyszedł, cały czas tęsknił za wujkiem z poprzedniej rodziny zastępczej. Ale wtedy nie spotykał się ze swoją rodziną. Potem tęsknił za panią w przedszkolu, a od kilku miesięcy już tylko za mamą. Przerzuca te swoje emocje w zależności od sytuacji. A jeżeli komuś nie podoba się słowo „przerzuca”, to mogę powiedzieć, że likwiduje wszelkie relacje z jednym, aby z całą mocą poświęcić się komuś drugiemu. To, że teraz jest to mama – jest zwykłym zrządzeniem losu.
Ale czeka i tęskni. A sąd jakby głuchy i ślepy. Niewrażliwy na wszelkie opinie. Wydaje zgodę na urlopowanie na święta na ostatnią chwilę albo zgadza się na spędzenie ferii z rodziną, gdy te już się zaczęły. Dlaczego w jednym postanowieniu nie zgodził się na urlopowanie na weekendy? Czego jeszcze potrzebuje, aby zgodzić się na powrót chłopców do mamy na stałe? Dlaczego dokonuje wtórnej traumatyzacji dzieci?
Od niedawna mamy już nawet pozytywną opinię biegłych psychologów. Po raz kolejny w swojej historii zacząłem więc odliczanie. Na zbyt wiele nie liczę, bo myślę, że wiem o co chodzi. Ważniejsi są rozwodnicy i alimenciarze, bo ci mają swoich prawników. Ważniejsze są zażalenia, bo trzeba się do nich odnieść w określonym w prawie czasie. Jacek z Plackiem mogą poczekać. Mają tylko Majkę. Ale ona przecież jest nikim.

Omenowi i Dagonowi też zacząłem odliczanie. Właściwie nie im, tylko również ich sędziemu. Nie będę za bardzo owijał w bawełnę, bo nie ma takiej potrzeby. Mama chłopców już się tutaj nie odnajdzie. Przynajmniej nie ta mama.

Mogę napisać tak, jak uważa większość osób nie mających większego pojęcia o pieczy zastępczej. Omen z Dagonem są już biednymi sierotkami. Nie wiem ile czasu potrzebuje sędzia, aby wydać decyzję nie mając już żadnych alternatyw i nie musząc wyznaczać jakiegokolwiek terminu rozprawy. Tydzień, dwa? Minęło już więcej, a zegar adopcyjny tyka coraz szybciej. Ja już nawet słyszę sygnał ciągły.

Sajgon jest dla mnie najbardziej obojętny emocjonalnie spośród całej piątki starszaków. Może dlatego, że jest najtrudniejszy. Nie mam na niego żadnego pomysłu. Duże nadzieje pokładałem w nowej mamie, ale nadaktywność taty chłopca sprawia, że raczej jeszcze przez długi czas nic się nie zmieni.

A tata ma duże szanse na odzyskanie syna. A przynajmniej „jakieś”. Spotyka się z chłopcem. Nawet rozmawia z nim przez internet. Opowiada mu, jak ratuje życie innym ludziom. Ktoś mógłby pomyśleć, że jest strażakiem albo ratownikiem medycznym. Albo chociaż policjantem. Tata potrafi przez długi czas opowiadać chłopcu o swojej pracy, a ten słucha z z mniejszym lub większym (w zasadzie mniejszym) zainteresowaniem, przerywając mu co jakiś czas swoim „eszesze”. Być może są to dla Sajgona ciekawe opowieści. Dla taty są. Nie raz usłyszał w swoim życiu słowa: „Uratował mi pan życie” – gdy naprawił komuś lodówkę w środku lata. Być może Sajgon będzie potrafił kiedyś naprawić niejeden sprzęt, może nawet samochód. Ale czy będzie potrafił kogoś przytulić?

Czy dziwię się, że rodziny poszukują dzieci od zera do dwóch lat?
Wcale. Nawet doskonale wiem, że takich rodzin jest całkiem sporo. Do tego dokładają warunek, że rodzina biologiczna nie powinna być zbyt aktywna, a dzieci w miarę zdrowe – bez większych chorób i zaburzeń.
Nadal jednak stawiam pytanie, co z dziećmi pokroju naszych przedszkolaków?

Miało być o Argusie.

Chyba już nie będzie. Może tylko trochę.
Ale myślę, że ciąg dalszy może być godny mistrza powieści grozy. Zaskakujący i przerażający. Wspomniałem na początku, że Argus jest moją iskierką. Na kilka dni ta iskierka niemal zgasła. Tliła się, ale wydawało mi się, że szanse na ponowne jej rozpalenie są prawie zerowe. Argus był z nami, ale jakby go już nie było.

Dostaliśmy informację, że jest do umieszczenia w trybie interwencyjnym pięciolatek krzywdzony przez jakiegoś wujka i wszelkie próby znalezienia dla niego rodziny zastępczej spaliły na panewce. Można powiedzieć, że nic niezwykłego. Rzesza rodzin zastępczych tkwiąca w spisie powszechnym czeka przecież na dziecko tylko do lat dwóch. Majka też ma już jasno sprecyzowaną politykę przyjmowania dzieci, więc wiadomo, że drugi raz na siódme dziecko nabrać się nie da. I dokładnie taka była jej odpowiedź. Ostatecznie już Argusa wzięliśmy do siebie z założeniem, że dziewczyna zainteresowana Sajgonem zostanie potraktowana priorytetowo względem otrzymania (bądź nie) kwalifikacji do pełnienia dla niego funkcji mamy zastępczej. I w zasadzie dostała.

Ostatecznie zgodziliśmy się przyjąć zabiedzonego, niespełna pięcioletniego Obelixa. Drugą stroną tej transakcji było przyspieszenie prac zmierzających do powrotu do mamy Jacka i Placka. Nie będę precyzował na czym miało ono polegać.

Ale nie tylko o to chodziło. Również Argus miał odejść do rodziny. Takiej, w której byłby drugim dzieckiem, co dawałoby gwarancję poświęcania mu dużej ilości czasu, a przede wszystkim przebywania w ciszy i brakiem ryzyka, że jakaś zabawka poruszająca się niekontrolowanym lotem, wpadnie do jego łóżeczka. Oczywiście Majka najpierw zadzwoniła do mnie z pytaniem: „Co o tym myślisz?”. A ja jak zwykle odpowiedziałem: „Rób co chcesz”. Taka rutynowa wymiana zdań daje Majce hipotetyczną możliwość wygarnięcia mi w przyszłości, że przecież się zgodziłem, a mi powiedzenia: „Sama tego chciałaś”. Oboje jednak wiemy, że decyzja jest wspólna i skoro nie ma zdecydowanego sprzeciwu żadnej ze stron, to znaczy, że kontrargumenty nie są znaczące.

Gdy Obelix stanął w progu, od razu wiedziałem, że coś tu jest nie tak. Wcale nie wyglądał jak zaniedbany rówieśnik naszego Jacka. Był jakiś nadmuchany. Niemal dwa razy wyższy i dwa razy grubszy niż zakładałem. Z ciekawości go zważyłem, bo wydawało mi się niemożliwe, aby miał tylko 26 kilogramów (tak było napisane w wypisie ze szpitala). Ale miał. Musi więc być pusty w środku.

Postanowienie sądu konieczne do odebrania chłopca ze szpitala dostaliśmy na ostatnią chwilę, więc nawet nie było okazji dokładnie go przeczytać. Obelix okazał się niepełnosprawnym umysłowo i agresywnym siedmiolatkiem, który nijak nie pasuje do naszej rodziny – choćby z racji tego, że podlega już obowiązkowi szkolnemu. Na szczęście będziemy mogli go odraczać i pozostawić w przedszkolu, bo jego ocena gotowości szkolnej to 16 punktów na 118. Żal tylko naszych przedszkolnych pań wychowawczyń. Ale za to zdobędą niezwyczajne doświadczenie.
Chłopiec już w szpitalu zaatakował fizycznie Majkę krzycząc do niej: „zostaw mnie babo”. Na szczęście skończyło się na trzech siniakach. Cała akcja wyglądała jak w superprodukcji Marvela, gdy personel błyskawicznie podbiega, aplikując agresorowi jakiś specyfik unieszkodliwiający go w ułamku sekundy. Dało to Majce możliwość złapania chłopca za rękę i przeprowadzenia dyscyplinującej rozmowy, z której pewnie każdy psycholog byłby zadowolony.
Chłopiec został przebadany pod kątem rozmaitych nieprawidłowości. Poza licznymi siniakami i zadrapaniami, fizycznie nie było zastrzeżeń. Dostaliśmy tylko skierowanie do psychiatry. Na razie tylko dla niego. Więcej szczegółów nie powinienem chyba zdradzać, więc tylko dodam, że Obelix wygląda jak jakaś upiorna, zmodyfikowana genetycznie postać Kapsla. Jego historia też jest podobna. Różnica jest tylko taka, że tam był wujek mamy, a tutaj jest wujek taty – chociaż nie w takim układzie jak tam. Proste.
Poznawczo chłopiec jest na etapie dziecka trzyletniego. Obelix nie zna kolorów, nie potrafi liczyć, z biedą narysuje koślawe koło. Emocjonalnie mamy do czynienia z absolutnym zerem. Chłopiec zna tylko złość. Podobno jeszcze smutek, chociaż nie udało mi się tego zauważyć. Empatia jest mu zupełnie obca, a ironiczny uśmiech psychopaty, gdy kogoś skrzywdzi albo coś zepsuje, może śnić się po nocach.
Wielokrotnie strofowany przez rozmaite osoby już pamiętam, że w każdym dziecku powinienem poszukiwać czegoś dobrego. Mocnych stron, które można wspierać. Często wracam do historii Kapsla. W nim też poszukiwałem dobra. I nie mogłem znaleźć. Jednak tamten chłopiec bardzo chciał, tylko mu nie wychodziło. Obelix nie chce. Od pierwszego dnia obiecuje, że mi zbije szybę i zniszczy laptopa. Z uśmiechem na ustach oznajmia, że usiądzie psu na łapę, bo chce mu ją złamać.
W ciągu kilku godzin rozwalił wszystko, co udało nam się budować tygodniami. Po jednym wspólnym popołudniu Placek zaczął przeklinać w przedszkolu, a Jacek przestał mówić. Sajgon gryzie teraz każdego kto pojawi się w jego pobliżu, a z Omena i Dagona wychodzą demony uśpione od miesięcy. Obelix jest agresywny i sprzeciwia się wszystkiemu. Te bardziej zdrowe emocjonalnie i psychicznie dzieci próbują się bronić, otaczając pancerzem izolowania się. Te mniej zdrowe, garściami czerpią wzorce do naśladowania.
W takich okolicznościach nie miałem zbyt wielkiego wyboru. Wprowadziłem coś na kształt stanu wojennego. Wydaję polecenia, upewniam się, że zostały zrozumiane i z zimną krwią egzekwuję ich realizację – wszelkimi dostępnymi metodami. Niektórym dzieciom dało to poczucie nieco większego bezpieczeństwa.
Obelix jeszcze nie próbował mnie uderzyć. Przygląda się i ocenia swoje szanse. A mi cały czas chodzi po głowie myśl, że to jest dopiero miesiąc miodowy. Bo na pewno jest – zawsze jest. Nasze wspólne relacje najtrafniej ilustruje pewna moja wymiana zdań z chłopcem:
      
             – No to podwieczorku nie będzie.
             – No i chuj.

Wyjątkowo nie miałem najmniejszych problemów z przyjęciem roli złego policjanta. Wszystkie rozwiązania natury psychologicznej poszły w...
Obelix nie zna żadnych zasad. Z upodobaniem dłubie w nosie i zjada babole, albo grzebie w odbycie upajając się przenoszoną na palcach wonią. I niestety są to najmniej obrzydliwe jego zachowania. I najmniej deprawujące inne dzieci. Nie zamierza też zmienić swoich przyzwyczajeń, bo przecież tak samo robi jego tata, wujek i dziadek.
Jest maniakiem trzaskania drzwiami i wyrywania klamek (również w samochodzie). Panie w przedszkolu zamykają drzwi na klucz, bo ucieka. W przestrzeni publicznej trzeba go wciąż trzymać za rękę (albo za cokolwiek), gdyż wciąż się wyrywa. Gdy mu się to uda, to biegnie przed siebie na oślep – na ulicę, pod samochód.
Trudno się z nim porozumieć, bo inteligencją odbiega od trzyletniego Placka. W którejś jego opinii przeczytałem, że jest na poziomie dwuipółrocznego dziecka. Teraz się z tym zgadzam.
Nie jest zatem wesoło. Majka działa metodami psychologicznymi, a ja chronię inne dzieci. Dobro tego chłopca nie jest moim priorytetem. Przychodzi mi to z łatwością, bo go zwyczajnie nie lubię.

Ostatnio czekaliśmy w samochodzie na Majkę.

     – Jedź – krzyczy do mnie.

     – Uspokój się, czekamy na ciocię – odpowiadam.
     – Jedź wreszcie.
     – (…) – nie reaguję.
     – Jedź. Czy ty kurwa rozumiesz co do ciebie mówię?

Obelix byłby świetnym materiałem badawczym do pracy naukowej. Szkoda tylko, że trafił na nasze dzieci, które cofnął emocjonalnie o kilka miesięcy.

W zasadzie można powiedzieć, że przecież taki chłopiec to nic niezwykłego. Wielokrotnie właśnie tak prezentują się dzieci przywożone z interwencji. Nawet zawyżenie wieku traktuję jak zwyczajną pomyłkę, chociaż miała ona decydujący wpływ na podjętą przez nas decyzję.

Jest jednak w całej tej historii coś, co mnie dziwi, chociaż myślałem, że widziałem już wszystko. Wiele miesięcy temu sąd rodzinny zamknął sprawę Obelixa, ograniczając rodzicom władzę sprawowania opieki nad chłopcem i nakazując znalezienie dla niego rodziny zastępczej. Tyle tylko, że nikogo o tym nie poinformował, a chłopak nadal mieszkał z ojcem, dziadkiem i wujkiem. Mama gdzieś się wyniosła i tyle o niej wiemy. Nawet tata nie wiedział, że ograniczono mu władzę.
Co więc sąd zrobił teraz? Nie mógł umieścić chłopca u nas na czas trwania postępowania, bo przecież żadne postępowanie już nie trwa. Umieścił więc go na stałe. Zrobił zatem coś co jest sprzeczne z prawem. Nie zna pojęcia „pogotowie rodzinne”? Nie wiem jak to się wszystko zakończy, ale nie zamierzam męczyć się z Obelixem przez najbliższe trzy lata, aby potem oddać go do domu dziecka. Ale na szczęście rozwiązań jest przynajmniej kilka. Czyli trzy, chociaż patrząc realistycznie – dwa.

Najważniejsze, że Argon został. Nie wiem czy „dzięki mnie”, czy „przeze mnie”. W każdym razie do mnie należało decydujące zdanie. Zobowiązałem się, że przejmę nad nim nocną opiekę i nieco zwolnię Majkę. W ciągu dnia też w większości chłopiec jest ze mną, bo Majka krąży po przedszkolach, terapiach, lekarzach, sądach i spotkaniach z rodzicami biologicznymi. Chronię Argusa jak mogę przed naszym rodzinnym DPS-em.

Zapewne można zadać pytanie: „Dlaczego?”. Przecież chłopiec mógł zamieszkać w rodzinie, w której miałby spokój, ciszę i byłby noszony na rękach.
Być może jestem przewrażliwiony na punkcie wagi pierwszych miesięcy życia dziecka. Być może dwumiesięczny Argon nawet by nie zauważył, że nagle zaczął zasypiać przy innej osobie, w innym łóżeczku. Być może wystarczyłoby zawieźć go do nowego domu i tak pozostawić (bo tylko taka opcja wchodziła w grę). Zbyt dużo jest tych „być może”. Zbyt mało konkretów. Dla chłopca byłaby to kolejna przejściowa rodzina – typowo zastępcza, na krótko.