poniedziałek, 25 marca 2019

ROMULUS i REMUS 4


Dzisiaj zabrałem się do opisania bliźniaków na najbliższe spotkanie zespołu oceniającego zarówno dzieci, ich rodziców, rozmaite instytucje, no i oczywiście nas.
W zasadzie bym sobie podarował ten wpis, ale Majka zadzwoniła do mnie mówiąc „zmień ostatnie zdanie, pani Izolda będzie na zespole”. I tak mnie to podkręciło, że jednak muszę coś napisać. Oczywiście zmieniłem ostatnie zdanie, zwłaszcza, że nie za bardzo musiałem się wysilić. W pierwotnej wersji było tak: „zmieniło się tylko to, że zmieniła się pani”.
No ale pani Izolda mogłaby to przeczytać i poczuć się urażona, więc... co mi tam.
Ale odniosę się do tego tematu, bo jest on dość ciekawy. Sama pani Izolda jest bardzo młodym dziewczęciem, tuż po studiach, naładowanym wiedzą. Mi zapewne brakuje tej wiedzy, za to mam doświadczenie, a do tego „swoje lata”, co razem powoduje, że nie powinienem być traktowany jak szczeniak, który przyprowadza do przedszkola dziecko, nie mając pojęcia kto to taki. Ale tej kwestii nie będę rozwijał.
Skupię się na samym przedszkolu. Nie wiem, czy jest to jakiś obowiązujący nurt, bo jest to nowe, prywatne przedszkole. Po kilkunastu miesiącach funkcjonowania, wymienionych zostało sporo wychowawców (łącznie z panią psycholog). Część została zwolniona, część zwolniła się sama. Przedszkole nie toleruje behawioralnego podejścia do dzieci. Nie istnieje coś takiego jak przyczyna i skutek, bodziec i reakcja, kara i nagroda. Może i fajnie, ale nie w grupie. No dobrze, niech będzie i w grupie – ale niech sobie nad tym sami zapanują. Odbierając dzieci słyszałem tylko uwagi, uwagi i uwagi. A co robić? Rozmawiać, rozmawiać i rozmawiać.
Nie bywam już w tym przedszkolu, bo nie che mi się rozmawiać, rozmawiać i rozmawiać (zwłaszcza z panią Izoldą, chociaż dziewczyna ogólnie jest nawet sympatyczna).
Ostatnio Romulus rozsypał po całym pokoju płatki ze swojej miseczki. Nie, że mu upadła i się rozsypały... zwyczajnie je rozrzucił. Majka właśnie szykowała dzieci na spacer. Przekaz był prosty – posprzątasz co rozrzuciłeś, to pójdziesz ze wszystkimi. Była wielka awantura, płacz, krzyk, rzucanie się na podłogę. Gdy wszyscy wyszli, zaczął sprzątać... i w końcu dołączył do grupy. Oczywiście mu pomogłem... chodziło o sam fakt wyrażenia chęci. Być może pani Izolda powiedziałaby, że go złamaliśmy, że pokazaliśmy swoją siłę, że powinniśmy rozmawiać. Ale gdybyśmy tylko rozmawiali, to nikt nie wyszedłby na spacer aż do wieczora.

Paśnik







Na górze jest jeszcze ciekawiej
Tylko schodzenie trochę przeraża


A teraz to, co za kilka dni przeczytają osoby zebrane na posiedzeniu zespołu:


Rozwój obu chłopców należy podzielić na kilka kategorii, ponieważ w niektórych jest on galopujący, w innych nieharmoniczny, a w jeszcze innych można nawet postawić tezę, że nastąpił regres w stosunku do tego co było kilka miesięcy temu.

Od stycznia bliźniaki chodzą do przedszkola. Bardzo lubią przebywać z dziećmi, są bardzo otwarci. Kiedyś chory Romulus, musząc pozostać w domu (gdy pozostała trójka naszych dzieci wychodziła do przedszkola) zrobił nawet małą aferę... ale taką malutką.
Również panie w przedszkolu uważają, że fizycznie i społecznie chłopcy są bardzo dobrze rozwinięci, a nawet przerastają swoich rówieśników z grupy.

Nastąpił ogromny postęp w sposobie wypowiadania się. Chłopcy są bardzo grzeczni, a nawet szarmanccy. Na przykład otwierają barierkę (nie stanowi ona już dla nich zabezpieczenia przed niczym) i mówią „proszę ciociu”. Nawet do mnie mówią też już „proszę wujku”, a nie jak wcześniej „prosze chujek”.
Rozumiemy już wszystkie wypowiadane przez nich słowa. No może poza tym „łejo adelaska”, chociaż czasami zastanawiam się, czy oni sami jeszcze pamiętają co to było. Jednak bywa, że powtarzają ten zwrot i wspólnie mamy niezły ubaw Chłopcy zaczynają rozumieć żarty i sami się nimi posługują.
Starsze o rok dzieci, które mieszkają w naszej rodzinie, wypowiadają się dużo bardziej niezrozumiale i popełniają dużo więcej błędów językowych. Początkowo wydawało nam się, że jest to kwestią czasu i po dziesięciu miesiącach nauczyliśmy się rozumieć ich mowę. Jednak bliźniaki na samym początku miały przeprowadzoną ocenę przez logopedę. Nie kwalifikowały się wówczas na terapię, ale gdzieś w kartotece ten fakt został odnotowany. Traf chciał, że ta sama pani logopedka pracuje w przedszkolu, do którego dzieci uczęszczają. Postanowiła po tym niecałym roku sprawdzić, jak się teraz rzeczy mają. Nawet pani wychowawczyni nie chciała jej oddać chłopaków na badanie, twierdząc: „ale oni przecież mówią”. Okazuje się, że niektóre dzieci z tej samej grupy w ogóle nie mówią. W każdym razie, pani logopedka była pod ogromnym wrażeniem postępów dokonanych przez obu chłopców.

Fizycznie nie można chłopcom niczego zarzucić. Chętnie biegają po lesie, jeżdżą na rowerkach (na razie tylko biegowych), skaczą na trampolinie (nawet zimą, gdy tylko śnieg na niej nie zalega) i wchodzą do paśnika po dygoczącej się drabinie. Sprawnie korzystają z wszelkiego rodzaju przyrządów na placu zabaw i w parku rozrywki (do którego mają wykupiony karnet).

Społecznie też są bardzo dobrze rozwinięci. Potrafią (i robią to chętnie) nawiązać kontakt nawet z zupełnie obcymi sobie osobami. Dzięki temu, pójście do przedszkola nie wiązało się z żadną traumą, płaczem, odreagowywaniem wszystkiego w nocy.
Dzieci uwielbiają chadzać na zakupy. Z jednej strony pewnie dlatego, że jest to miejsce, w którym sporo się dzieje, a z drugiej że zawsze są atrakcją (zarówno dla pań obsługujących klientów, jak też dla samych klientów). Chociaż staramy się rozdzielać rodzeństwo, aby nie wydawało im się, że wszystko muszą robić razem. Bywa więc, że jedzie do sklepu tylko jeden z nich, albo w konstelacji z połówką drugiego rodzeństwa. Zabranie całej czwórki raczej wiązałoby się z demolką sklepu.
Zdarza się jednak, że jadą tylko bliźniaki i też jest to dla nich jakieś doświadczenie, które być może przekonuje ich, że nie są jednym ciałem. Kiedyś byliśmy w cukierni i pani zwróciła się do Romulusa (wyższego o głowę) mówiąc: „ty jako starszy powinieneś być mądrzejszy”. Na to Remus: „ja jestem starszy”. I miał rację... dwie minuty często robią wielką różnicę.

Gorzej sytuacja wygląda z radzeniem sobie z emocjami. W tym przypadku trudno jest napisać o bliźniakach, trzeba osobno napisać o Romulusie i osobno o Remusie.
Romulus jakby ciągle tkwi w cieniu swojego brata. Od samego początku sprawiał wrażenie, że czuje się tym gorszym z braci. Starał się na siłę zwrócić na siebie uwagę, był większym rozrabiaką (ale bez przesady, wszystko było w granicach zachowań trzylatka). W pewnym momencie zaczęło się to zmieniać. Może poczuł się bardziej akceptowany, doceniany, albo traktowany na równi ze swoim bratem. Pójście do przedszkola spłynęło po nim jak woda po kaczce, albo może właściwsze jest określenie, że poczuł się tam jak ryba w wodzie. Od dwóch tygodni wszystko nagle się zmieniło. W przedszkolu stał się agresywny. Zaczął bić i gryźć inne dzieci - tak że nawet krew się lała. W domu było nieco lepiej... ale tylko nieco. Stał się nieposłuszny. Bywało, że wpadał w niczym nieuzasadniony szał. Nie chciał sprzątać zabawek, co dotychczas robił nawet z przyjemnością. Gdy kiedyś moja żona go przytuliła i powiedziała „kocham cię”, on odpowiedział „nie... ty kochasz Remusa”.
Trudno powiedzieć, co może być przyczyną takich zachowań, chociaż widzę trzy różne możliwości.
Pierwsza to taka, że jednak różnicujemy bliźniaków (wyróżniając Remusa), ale tego nie dostrzegamy.
Druga, że chłopcy zaczęli się spotykać jednocześnie z babcią oraz mamą i tatą. Gdy spotkania miały miejsce trzy razy w miesiącu i raz była to babcia, a raz mama, to wszystko było dobrze. Nie mamy zbyt dużej wiedzy na temat tego co działo się w domu rodzinnym dzieci. Ale być może zobaczenie rodziców znowu razem, spowodowało że wróciły jakieś dawne wspomnienia. Być może Romulus zaczął dysocjować. Przenosi się do czasu sprzed roku i nagle podchodzi do któregoś z dzieci i „wali go w łeb”. Chociaż swojego brata nie bije.
Trzecia możliwość (być może najbardziej prawdopodobna) to taka, że dwa tygodnie temu odchodziła od nas Plotka (do rodziny adopcyjnej). Dziewczynka miała nieco ponad rok i dla chłopców była przecież jak siostra. Byli z nią bardzo związani. Gdy schodzą rano po schodach, to często mówią „cicho... bo Ploteczka śpi”. Niby wiedzą, że już jej nie ma, ale ciągle istnieje w ich świadomości. Będąc u nas, pożegnali już Sasetkę, Maludę i Kapsla... no i Ploteczkę. Być może zastanawiają się, którego dnia oni też znikną. Nie wiedzą tylko gdzie się ponownie pojawią... zresztą tak jak my.
Czwarta możliwość...?

Remus jest bardziej spolegliwy, bardziej introwertyczny, nie wyraża swoich emocji w sposób bardzo ekspresyjny. Chociaż w ostatnim czasie jest bardziej empatyczny. Przejmuje się losem dziecka, któremu jest przykro, albo które się wścieka. Kiedyś było mu wszystko jedno, co dzieje się wokół.
A jednak pójście do przedszkola nieco zmieniło jego świat... ale ten świat bycia w przedszkolu. W przeciwieństwie do Romulusa, nie nadawał na tych samych falach z panią wychowawczynią. Nie chciał spać (albo chociaż wyciszyć się) w południe, zaczął robić siku w majtki, łazić po meblach. I nagle wszystko wracało do normy po powrocie z przedszkola - Remus stawał się innym dzieckiem.
Ale już wszystko się zmieniło. Remus znowu nie ma zakładanej pieluchy będąc w przedszkolu. Nie wchodzi na szafki, nie przeszkadza innym dzieciom, które mają ochotę się przespać. Widocznie w końcu się z panią dogadał.






sobota, 16 marca 2019

--- Teleportacja


W dniu, gdy odeszła od nas Plotka, zmienił się stan mojej świadomości. Zawsze gdy odchodzi od nas dziecko, poznaję nowych rodziców, nowe sytuacje, zdobywam nowe doświadczenia, które jak sądzę pozwalają mi być coraz lepszym przy kolejnej adopcji.
Jednak tym razem zmienił się również mój stan skupienia. Krótko mówiąc, przeszedłem w stan lotny... taka sublimacja. Dzisiaj byłem u klienta. Wracając, minąłem znany sobie zjazd. Wiedziałem, że mam jeszcze pięć kilometrów do kolejnej krzyżówki, która zaprowadzi mnie do domu. Przejechałem kilkaset metrów... no może kilometr, i nagle zobaczyłem wielki napis „punkt poboru opłat – 500 metrów”. Zacząłem się zastanawiać, gdzie ja właściwie jestem, bo przecież na drodze, którą jechałem, nigdy czegoś takiego nie było... nagle znalazłem się na autostradzie. Do najbliższego wyjazdu miałem kolejnych 20 kilometrów. Wyjechałem niedaleko od miejsca, w którym mieszka Plotka. Dzisiaj nie odwiedziłem jej, bo przecież widzieliśmy się wczoraj. Zacząłem się jednak zastanawiać, jak było to możliwe. Drogę, którą jechałem, znam jak zły szeląg. Nadrobiłem ponad pięćdziesiąt kilometrów, a dojechałem do domu o pięć minut szybciej, niż gdy rano jechałem w przeciwną stronę. Nie potrafię tego wyjaśnić. Teoretycznie można by rozważać taką możliwość, że przysnąłem za kierownicą. Tyle tylko, że nie jechałem autonomicznym samochodem Tesli, tylko starym gratem Majki, który nie osiąga prędkości światła... a nawet dźwięku. Jak nic – teleportacja. Niestety musiałem za nią zapłacić. Na szczęście tylko 7 złotych.

Po tym przydługim wstępie, opiszę nasze wczorajsze spotkanie z Plotką. Elton i Majka ustaliły, że ten pierwszy raz spotkamy się bez dzieci zastępczych (czyli Ptysi i Bliźniaków), za to wizyta będzie bardzo szybko. Mam nadzieję, że niczego nie pomieszałem, chociaż nawet jeżeli tak, to bardzo będzie to pasowało do imienia, które nadałem dziewczynce. Zresztą próbowałem dociec, dlaczego wydawało mi się, że Plotka zasypia tylko w obecności taty. No i była to tylko plotka, którą przekazała mi Majka. Był to tylko jednorazowy incydent, gdy tata położył się obok Plotki (w czasie południowej drzemki), i gdy chciał już wyjść, to zaskrzypiała podłoga i musiał wrócić. Ostatecznie przyszła do niej Elton. Mam nadzieję, że tym razem niczego nie pomyliłem... chociaż pewności nie mam.

Skupię się może na faktach. Na tym co widzę i czytam.
Po naszym wyjściu z wczorajszego spotkania, Elton napisała, że musi nas zmartwić, ale dziewczynka nie płakała za nami, zjadła deserek, poszła na spacer, a potem spać. Oczywiście było to napisane z przymrużeniem oka (no powiedzmy kilkoma emotkami), bo wszyscy wiemy, że z tego tylko należy się cieszyć. I chociaż cały czas w jakiś sposób tęsknię za Ploteczką, to wiem że wszystko wspólnie przeprowadziliśmy najlepiej, jak było to możliwe. Przynajmniej według tego, co w tej chwili wiemy. Pisałem już, że Plotka ma czteroletniego (mniej więcej) brata, którego Elton i David adoptowali te kilka lat temu. Elton stwierdziła, że od tego czasu bardzo zmieniło się podejście ośrodka adopcyjnego do procesu przekazania dziecka rodzinie adopcyjnej. Zresztą my też mamy podobne zdanie, bo przecież kilka lat temu również odchodziły od nas dzieci do adopcji – głównie z tego ośrodka. Dawniej nacisk był kładziony na czas. Na to, aby jak najszybciej złożyć wniosek w sądzie o powierzenie pieczy, aby dziecko jak najszybciej znalazło się w rodzinie adopcyjnej. Teraz na „dzień dobry” rodzice otrzymali informację, że dwa tygodnie spotkań dzień w dzień, to jest minimum. I to jest dobre, chociaż pewnie może być uciążliwe. Staramy się wspomagać rodziców, więc Majka zawoziła dziewczynkę rano (gdy tata był w pracy) a wieczorem rodzice ją odwozili. W tym przypadku nie było problemu, bo przejazd w jedną i drugą stronę zamykał się w półtorej godziny. Niestety mam coraz większe wątpliwości do zasadności adopcji, gdy odległość między rodzicami, a miejscem pobytu dziecka, wynosi dobrych kilkadziesiąt, a nawet kilkaset kilometrów – no chyba, że też potrafią się teleportować.

Plotka oczywiście nas poznała i ucieszyła na nasz widok. Bardzo fajnie się bawiliśmy (jak zawsze w parterze – czyli na podłodze). Nadal ma stare przyzwyczajenia i na przykład przychodzi, w specyficzny sposób układając główkę do całowania po szyi. Krążyła tak przez kilka minut między Elton, Majką a mną. Zauważyliśmy też nowe zachowania, uśmiech numer siedem – którego wcześniej nie było. Mała na pożegnanie przybiła piątkę i zrobiła pa-pa.
I chociaż ogromnie się cieszę z tej adopcji, to jednak gdzieś sercu żal. Pamiętam (jeszcze było to u nas), gdy Ploteczka się przewróciła. Romulus przybiegł krzycząc „Plotka sie wyrzneła”. Chciałem podbiec, ale uświadomiłem sobie, że to już nie ja jestem tatą. Bo ten stał obok.
I być może dlatego tak długo zwlekałem z przekazaniem rodzicom informacji o tym blogu. Właściwie to nigdy im o nim nie powiedziałem. Elton sama na niego trafiła i poznała po zdjęciu... nie wiem tylko czy moim, czy Plotki.

Mama biologiczna dziewczynki cały czas się odzywa. Pyta co u małej, prosi o zdjęcie. Zupełnie nie zdaje sobie sprawy z tego, że nie ma już żadnych praw do dziewczynki. Nie potrafi zrozumieć prostej decyzji sądu, ale jest w stanie wynająć prawnika, który na fali obowiązującej ideologii, bez zawahania złoży wniosek o przywrócenie praw rodzicielskich, zupełnie nie wgłębiając się w ten konkretny przypadek.
Niestety jest to kolejna sytuacja, gdy ukrywamy prawdę... chociaż w zasadzie to zwyczajnie okłamujemy mamę biologiczną. Przesyłamy zdjęcia (w końcu trochę ich mamy). Majka nie chciała, abym o tym pisał. Ale nie mogę... Nie mogę zrozumieć, dlaczego rodzic biologiczny, który kilka miesięcy temu miał odebrane prawa rodzicielskie, nadal może złożyć wniosek o ich przywrócenie, mimo że dziecko mieszka już w rodzinie adopcyjnej i rodzice mają powierzoną nad nim pieczę.
No to przesyłamy mamie na przykład takie zdjęcie (jak poniżej) wyszukane gdzieś tam. Plotka to, czy nie Plotka? Kiedyś jedna z mam, przychodząc na spotkanie ze swoim dzieckiem, zwyczajnie go nie poznała i przywitała się z innym. Mamie Plotki też możemy wysłać dowolne zdjęcie. Czekamy do rozprawy i uprawomocnienia się wyroku.
Najbardziej przykre jest to, że z taką łatwością nauczyłem się kłamać. A może bardziej to, że zostałem do tego zmuszony przez niesprawne prawo.








sobota, 9 marca 2019

PLOTKA 6

Kiss me goodbye



No i stało się. Czterysta dziewięć wspólnych dni dobiegło końca. Długo... o wiele za długo, chociaż do rekordu jeszcze sporo brakuje.
Kupiłem sobie dzisiaj butelkę cytrynówki. Siedzę, piję do lustra i wspominam. Nie mam ochoty rozmawiać z kimkolwiek, nawet z Majką... chcę być sam. Tym bardziej, że po czterech latach wypada znowu przepłukać kanaliki łzowe.

Od kilku dni zacząłem odhaczać „ostatnie razy”. Ostatni spacer, ostatnia kolacja, ostatnia kąpiel. Wczorajszej nocy miało być ostatnie mleko. Nie było... Plotka przespała bez budzenia się aż do ósmej. I pomyśleć, że można zatęsknić do wstawania o trzeciej nad ranem.

Mam jednak poczucie dobrze wykonanej pracy. Chociaż bez współpracy z rodzicami adopcyjnymi niewiele by z tego wyszło. Spotykali się z dziewczynką przez ponad miesiąc. Najpierw przyjeżdżali do nas, później Majka zawoziła rano Plotkę do ich domu, a rodzice odwozili ją na noc. Mała zaczęła tam spędzać coraz więcej czasu. Poznała swój pokój, swoje łóżeczko. W ciągu ostatnich kilkunastu dni częściej bywała tam niż tu (zarówno w ciągu dnia, jak i w nocy).
Tata Plotki dostąpił jednak zaszczytu wykąpania córki w naszej łazience, chociaż myślałem że ten element zostanie pominięty. Przyjechał kiedyś sam (bez żony) i zapytał, czy może ją przed pożegnaniem wykąpać. Pokazałem mu, gdzie jest wanna, gdzie ręcznik, pielucha. Poradził sobie doskonale. Nie pierwszy już raz ogarnął kupę. Może nawet ja byłem w większym stresie, bo zupełnie zapomniałem pokazać, gdzie jest witamina C, D, zyrtec i krem do posmarowania dupska.
Plotka bardzo lubi swojego tatę (mamę też, ale mamę to lubi każde dziecko). Wyciąga do niego ręce, zasypia tylko w jego obecności. Trochę go wykorzystuje, bo gdy wracała na noc do naszego domu, to zasypiała sama – tak jak zawsze.
Pani psycholog z ośrodka adopcyjnego powiedziała ostatnio, że odejście dziecka do rodziny adopcyjnej, zawsze wiąże się z traumą (większą lub mniejszą) i pozostawia na zawsze ślad w jego umyśle. No skoro tak mówi... Ja jednak odnoszę wrażenie, że nowi rodzice są dla dziewczynki już przynajmniej tak samo ważni jak my. Zobaczymy co będzie dalej. Postaram się też zwrócić uwagę na zachowanie Bliźniaków i Ptysi. W tej chwili wszyscy się cieszą, że Ploteczka odeszła do rodziców. Tyle, że oni nie wiedzą co to rodzic adopcyjny. Mama – to mama... to ich mama. Nie wiem co by było, gdyby do nich zaczęli przychodzić rodzice adopcyjni – bo przecież oni czekają, kiedy wrócą do swojej mamy.

Dzisiaj cała nowa rodzina Ploteczki przyjechała na pożegnalną kawę. Wypełniliśmy wszystkie druki, które są niezbędne do przedstawienia w rozmaitych urzędach (zarówno przez nich, jak i przez nas). Pstryknęliśmy sobie kilka zdjęć. Napomknęliśmy o pudełku wspomnień (nawet je pokazaliśmy), ale musimy jeszcze dołożyć tam parę rzeczy... przede wszystkim wywołać zdjęcia z dzisiejszego spotkania. No i jest to dobry pretekst, aby wkrótce się spotkać. Zostaliśmy zaproszeni w przyszłym tygodniu ze wszystkimi naszymi dziećmi zastępczymi.

Pojechali... Mógłbym zacytować klasyka: „pełno nas, a jakoby nikogo nie było”.
Wydałem dzieciom obiad, Majka wybrała się w odwiedziny do Sasetki i Maludy. Trzeba było czymś zająć umysł. Udawaliśmy przed sobą, że jest dobrze. Ale tak wcale nie było... i jeszcze przez jakiś czas nie będzie.
Kilka tygodni temu, Majka zapytała mnie, czy uważam że dobrze robię, tak bardzo obnażając się na blogu ze swoimi uczuciami w stosunku do Plotki. Zastanawiała się, czy innym rodzicom adopcyjnym naszych dzieci nie będzie przykro. Nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie. Nie wiem też czym zauroczyła mnie Plotka. Bo przecież nie była ani mądra, ani piękna... no dobrze – była. Co ja mówię – jest.

Cieszę się jednak z moich odczuć. Kiedyś obawiałem się, że oddając dwudzieste któreś dziecko, będę jak automat. Do perfekcji opracowane procedury i zero emocji.
Nie ma co się oszukiwać, że wszystkie dzieci kocha się tak samo. A do tego, raz na jakiś czas, trafia się Plotka. I na taką ewentualność trzeba być przygotowanym.




niedziela, 3 marca 2019

--- Masz wiadomość cz. 1


Od jakiegoś czasu zbieram się do opisania tego, jak ewoluowały moje poglądy w kontekście rodzicielstwa zastępczego i adopcyjnego. Często rozmaite osoby zadają mi pytania... bardzo różne pytania, chociaż moje odpowiedzi wielokrotnie bywają podobne. Jak już się z tym uporam, to zwyczajnie podam tylko link do strony.

Póki co, łatwiej jest mi opisać dalsze losy dzieci, które z nami mieszkały. Może nawet nie tyle ciekawe jest to, co się u nich w tej chwili dzieje, ale to w jaki sposób rodzina, w której przebywają, dba o ich historię, o to aby w ich świadomości nie było kiedyś w tej kwestii białych plam.

Dzisiaj napiszę o kilkorgu z tych dzieci. Kolejność jest zupełnie przypadkowa, a cały tekst zakończy się w momencie, gdy poczuję, że zaczynam wpadać w objęcia Morfeusza.

Mniej więcej dwadzieścia lat temu oglądałem film „Masz wiadomość”. Doceniam kunszt aktorski Toma Hanksa, chociaż (z bardziej prozaicznych powodów) utkwiła mi w pamięci rola zagrana przez Meg Ryan. Dzisiaj wróciłem myślami do tego filmu, ponieważ spodobał mi się jego tytuł... bo to on, a nie fabuła, doskonale pasują do tego, o czym chciałbym napisać (a już na pewno, od czego chciałbym zacząć).

Pięć lat temu mieszkała z nami Królewna. Niewidoma dziewczynka z porażeniem mózgowym i wieloma innymi przypadłościami. Była mi ona bardzo bliska, a rozstanie z nią było najtrudniejsze w mojej dotychczasowej historii rodzica zastępczego. Być może nawet pożegnanie Plotki będzie łatwiejsze. Tego jeszcze nie wiem, ale jeśli tak będzie, to głównie dlatego, że ona trafi do kochającej ją rodziny adopcyjnej. Królewna mieszka teraz w Domu Pomocy Społecznej. Ja mam z nią mały kontakt. Widuję ją może ze dwa razy w roku. Majka odwiedza ją częściej. Staramy się też spędzić wspólnie kilka dni w czasie wakacji.
Niestety Królewna jest dzieckiem, którym powoli wszyscy będą przestawać się interesować. Myślę tutaj zarówno o wolontariuszach przychodzących do DPS-u, jak też ludziach wspomagających finansowo rozmaite fundacje. Królewna nie jest już małym bobaskiem. Za kilka lat będzie nastoletnią dziewczynką, z coraz większymi problemami zdrowotnymi. Nigdy nie usiądzie, nigdy nie wypowie żadnego zdania... najwyżej będzie się uśmiechać. Nie jest to stan, który mobilizuje ludzi do pomocy. Łatwiej pomaga się gdy jest szansa na wyzdrowienie, niż gdy można tylko przynieść ulgę w cierpieniu.
Królewna ma jednak Nataszę. Z prawnego punktu widzenia, jest to jej opiekunka prawna, ale ja nazwałbym ją mamą... chociaż jak ktoś kiedyś powiedział, jest to tylko „mama na dochodne”. Królewnie to wystarczy, bo niejedna biznesmama widzi swoje dzieci rzadziej niż Natasza Królewnę.
I właśnie ta jej mama, poza poświęcanym czasem i sercem, próbuje robić różne rzeczy, które pozwolą aby życie dziewczynki było łatwiejsze. Już drugi rok z rzędu zbiera na pionizator i specjalistyczny wózek. Wprawdzie dziewczynka ma jakieś przyrządy, które ułatwiają jej życie, to Natasza (jako jej rehabilitantka od urodzenia), zdaje sobie sprawę, iż nie jest to to, co być powinno (choćby dlatego, że dziewczynka jest coraz większa, więc te potrzeby się zmieniają). Ma otwarte konto w jednej z fundacji. Wspólnymi siłami staraliśmy się zmobilizować znane nam osoby do przekazania jednego procenta na jej cel. Po prawie dwóch latach udało się zebrać zaledwie trzy tysiące złotych.
Majka podobnie jak rok temu ruszyła z kampanią na swoim FB. Przeglądając znajomych, natknęła się na osobę, która w zasadzie jest tam przez przypadek. Niektórzy ludzie zapraszają każdego „jak leci”. Majka stara się dobierać osoby, i znajomy musi być nawet kimś więcej niż tylko znajomym. Prawdę mówiąc, to nawet się zastanawiałem, czy odpowie na moje zaproszenie.
Osoba, o której wspomniałem, jest jej dawną klientką. Trudno nawet powiedzieć, czy się lubiły. Dziewczyna przychodziła na zabieg kosmetyczny i chciała się tylko zrelaksować. Nie lubiła rozmawiać, a Majka starała się to uszanować... chociaż pewnie przychodziło jej to z trudem.
Trochę zawahała się przed naciśnięciem klawisza „enter”, ale jednak to zrobiła - kliknęła na „wyślij wiadomość”. Następnego dnia otrzymała informację zwrotną: „a ile to kosztuje?” Majka odpowiedziała, że pionizator to wydatek rzędu 16 tysięcy, ale ważna jest każda złotówka. Liczyliśmy może na kilkadziesiąt złotych. Kolejne pytanie: „a wózek?” Majka skonsultowała się z Nataszą, podliczyły wszystko. Mamy trzy tysiące, NFZ finansuje pięć. No to brakuje 21 400. Następnego dnia rano: „pani Majko, przelałam 22 tysiące, potrzebuje pani jakieś potwierdzenie?”

Co u Kapsla? Pewnie będzie coraz gorzej. To, że wyzywa siostry zakonne od dziwek, to w zasadzie nikogo już nie dziwi. Jego kultura osobista powoli „opada”. Chociaż siostry nadal uważają, że w porównaniu z innymi chłopcami z tej placówki, wciąż prezentuje wysoki poziom. Majka wybrała się ostatnio do niego razem z mamą Gacka. Była ona dla Kapsla też ważną osobą. Chłopiec sporo dni spędził z rodziną Gacka już po jego adopcji.
Mama Kapsla zaczyna go odwiedzać coraz rzadziej, co zresztą przewidywaliśmy. Sprawa o przywrócenie praw rodzicielskich cały czas jest aktualna, chociaż nie wiem, czy istnieje jakiekolwiek prawdopodobieństwo, aby chłopak z nią zamieszkał. Z nami mama nie utrzymuje już żadnych kontaktów. Miała pozwolenie na urlopowanie syna na święta. Majka nawet zaproponowała, że odwiezie go do ośrodka, ale mama nie skorzystała z tej propozycji.
Ciekawe jest to, że Kapsel cały czas reaguje na uwagi opiekunek typu „cioci Majce będzie przykro, jak tego nie zrobisz”. Maja jest więc z jednej strony straszakiem, ale z drugiej można powiedzieć, że cieszy się dużym autorytetem wśród dzieci. Nie tylko Kapsla.
Nie wiem jak ona to robi, ale dzieciaki ją lubią (a wręcz kochają) i jednocześnie wykonują wszelkie jej polecenia. No, może nie zawsze... chociaż w porównaniu ze mną, to można powiedzieć, że zawsze.
Załączę poniżej trzy zdjęcia, które zrobiłem w odstępie kilkunastu sekund (podglądając poprzez elektroniczną nianię). Dzieciaki uwijają się jak w ukropie (sprzątając zabawki), a Majka siedzi i czyta książkę. Tak było przez kilkanaście następnych minut. Gdy ja podjąłem się takiego zadania, to niestety sam musiałem wykonać większość czarnej roboty.

































Zresztą z każdym przyjętym dzieckiem, coraz bardziej przekonuję się, że rodzic zastępczy przede wszystkim musi mieć zasady (umiejętność opiekowania się jest sprawą drugorzędną). I te zasady trzeba umieć przedstawić i wyegzekwować. I wcale nie tylko chodzi o dzieci. Trzeba umieć powiedzieć swoje zdanie również sądowi, PCPR-owi, rodzicom biologicznym. Ostatnio na spotkanie z Ptysiami przyjechał Helmut. Zupełnie niezapowiedziany, do tego zaczął robić Majce jakieś uwagi. Bardzo często rodzice biologiczni traktują zastępczego jak opiekunkę do dziecka. No to Maja wytłumaczyła mu grzecznie, że jest zwyczajnym dupkiem, że jest co najwyżej ojcem przyszłego rodzeństwa Ptysi (jeżeli wcześniej nie ucieknie), że do przebywających u nas dzieci nie ma żadnych praw i jak jeszcze raz przyjedzie nieumówiony, to spakuje dzieci do samochodu i spotkania nie będzie. Oczywiście Majka wyraziła to nieco innymi słowami, ale przynajmniej to, że musi się umawiać na wizytę – powinien zrozumieć.

Niestety niewiele wiemy na temat Smerfetki. Rodzice się do nas nie odzywają, do Ośrodka Adopcyjnego również. Niedawno wspomniałem, iż dotarły do nas informacje, że wszystko jest w porządku, bo rodzice Smerfetki utrzymują kontakt z inną rodziną adopcyjną. Dostałem zresztą za to zjebkę od Majki, bo teoretycznie rodzice dziewczynki mogą zaglądać na tego bloga, więc w jakimś sensie mogłem pogrążyć tę rodzinę. Ale przecież dowiedzieliśmy się tylko tyle, że jest okej i nic więcej. Nie sądzę też, aby rodzice Smerfetki tutaj wchodzili. Oni zwyczajnie chcieli zapomnieć o wszystkim co było „przed”.

Opiszę może jeszcze Landrynę i Cezara. Rodzeństwo mieszkało z nami zaledwie przez miesiąc, chociaż jeszcze kilka razy spotkaliśmy się w późniejszym okresie. Rodzicom odebrano prawa rodzicielskie, a dzieci zostały zakwalifikowane do adopcji... i zamieszkały w nowej rodzinie. Niestety przypomniała sobie o nich babcia dzieci, która niewiele różni się od rodziców. No ale prawo jest prawem, więc sytuacja ciągnie się już prawie rok. Landryna jest już nastolatką, i ma pełną świadomość istniejącej sytuacji. Wszyscy żyją w wielkim stresie. Dzieci są całym sercem po stronie rodziców adopcyjnych i nie wyobrażają sobie zamieszkania z babcią. Ale sąd nadal myśli. Napisałem to dlatego, aby uzmysłowić osobom postronnym (bo rodzice adopcyjni najczęściej o tym wiedzą), że dopóki nie uprawomocni się orzeczenie o ustanowieniu rodziny adopcyjnej (co następuje kilka miesięcy po powierzeniu pieczy i zamieszkaniu z tą rodziną), wszystko może się zdarzyć.

Właśnie doszedłem do wniosku, że jednak kolejność opisywanych dzieci nie jest przypadkowa, chociaż wcale tego nie planowałem. Skupiłem się na sprawach trudnych.

Tak więc, aby dopełnić listę, muszę jeszcze wspomnieć o Białasku. Chłopcem zaopiekowała się samotna mama. Niestety szanse na adopcję miała niewielkie, więc wybrała drogę poprzez bycie rodzicem zastępczym. Nie ukrywała, że ma motywacje adopcyjne. Wspólnie z PCPR-em zaproponowaliśmy właśnie tego chłopca, bo wydawało się, że sprawa jest bardzo prosta. Do tego sąd pod który chłopiec podlega się nie pier...li i dobro dziecka faktycznie jest najważniejsze (co nie zmienia faktu, że do terminów też można mieć wiele zastrzeżeń). Traf chciał, że mama biologiczna poszła do więzienia. W takim przypadku nie można odebrać jej praw rodzicielskich, bo przecież nie może pokazać, że jednak jest wspaniałą mamą. Całkiem niedawno Białasek nas odwiedził. Jest fantastycznym chłopcem. Nie wiem w jakim zakresie pamięta to, że kiedyś z nami mieszkał. Być może nic nie pamięta. Ale świetnie się bawiliśmy. Bardzo szybko wszedł w relację z naszymi dziećmi zastępczymi, chociaż żadnego z nich nie znał. Zresztą jest to w zasadzie regułą, że dzieciom które od nas odchodzą, najbardziej brakuje dzieci... nawet niekoniecznie tych, z którymi się wychowywały.
Wszystko trwa już kilka lat, a mama po wyjściu z więzienia złożyła wniosek do sądu o możliwość urlopowania chłopca w każdy weekend, święto, ferie i wakacje. Ale nie przyszła na rozprawę. No to sędzina się zdenerwowała i połączyła jej wniosek z rozprawą o uregulowanie sytuacji prawnej chłopca. W zasadzie nie mamy wątpliwości, jaka będzie decyzja. Ale mama może się przecież odwołać, co spowoduje kolejne miesiące niepewności.

Przypomniałem sobie o jeszcze jednej smutnej historii. Jest nią przypadek Impresji. Majka jakiś czas temu zapakowała nasze dzieci do samochodu i pojechała ją odwiedzić. Chociaż nie wiem, czy jest to właściwe słowo, bo przecież dziewczynka spoczywa na cmentarzu. Ale przynajmniej mamy pewność, że grób jest zadbany. Być może dbają o niego sąsiedzi, bo rodzina mieszka w małej miejscowości, w której relacje międzyludzkie wyglądają nieco inaczej niż w dużych miastach.

Jeszcze dwa przypadki... Sztanga i Asteria. Tutaj historia zatoczyła koło i dziewczynki po kilkunastu miesiącach znalazły się w tym samym punkcie, skąd zostały interwencyjnie zabrane. Starsza z nich jest już dorosła i kiedyś pisała, że się zaręczyła. Jej wybranek mógłby być nawet jej ojcem, ale nie doszukiwałbym się jakiegoś psychologicznego podtekstu. Z młodszą nie mamy już kontaktu. Na początku Majka wysyłała jej życzenia urodzinowe, ale przestała na nie odpowiadać. Może tylko zmieniła numer telefonu, a może sama chce wykreślić pewien fragment czasu ze swojej pamięci. My to szanujemy. Jak by chciała, to nasze numery telefonów nie uległy zmianie.

Teraz to już chyba koniec. Więcej trudnych lub smutnych przypadków nie pamiętam. Następnym razem będą już tylko te, które miały szczęśliwe zakończenie. Mam nadzieję (a nawet jestem tego pewny), że wkrótce Białasek, Landryna i Cezar, też dołączą do tej grupy.


sobota, 23 lutego 2019

PLOTKA 5


Nadszedł ten dzień, gdy poznaliśmy rodziców adopcyjnych Ploteczki.
Zawsze pierwsze spotkanie jest w obecności psychologa z ośrodka adopcyjnego. Tym razem nie było inaczej. Tradycją stało się, że Majka wita gości, robi kawę (lub herbatę) i stara się rozluźnić atmosferę. Bo emocje są ogromne. Ja przychodzę z dzieckiem nieco później.



Pojawiłem się więc z Plotką po chwili i jak zazwyczaj usiedliśmy sobie na podłodze. Jest to bardzo bezpieczne... ja jestem w pobliżu, a rodzice adopcyjni jeszcze gdzieś w tle. Wszyscy potrzebują kilku (czasami kilkunastu) minut, aby ochłonąć.
Bardzo bałem się tego kim będą nowi rodzice Ploteczki, tego jak daleko od nas będą mieszkać i jakie będą mieli podejście do procesu przekazania im dziewczynki.

Niedawno wdałem się w dyskusję dotyczącą rodziców będących tej samej orientacji seksualnej. Stwierdziłem, że dwie mamy mnie nie przerażają, ale już dwóch ojców jest dla mnie trudne do zaakceptowania. Zwyczajnie znam siebie, znam moich kolegów... po prostu znam facetów. Jedna z osób napisała, że podchodzę do sprawy patrząc swoimi oczami, postrzegam mężczyzn tak, jak nauczyło mnie moje doświadczenie. No to zacząłem się zastanawiać, co by się stało, gdyby nagle się okazało, że Majka ma tego przysłowiowego na tym blogu „siusiaka”. Czy nagle przestałbym ją kochać? Z pewnością nie. Pewnie bym się w niej nie zakochał te trzydzieści lat temu... chociaż? W każdym razie dotarło do mnie, że taka Majka może siedzieć gdzieś w ciele jakiegoś faceta.

Być może dożyję chwili, gdy rodzice adopcyjni będą tej samej płci, albo że nie będą musieli mieć odpowiedniego stażu małżeńskiego (bo będą tylko parą kochających się osób). Ja jestem już na to gotowy, nasze prawo i ośrodki adopcyjne - jeszcze nie.

Każdym rodzicom adopcyjnym nadaję jakieś pseudonimy. Niech tym razem będzie to Elton i David. Elton to ona... i tym razem jest z pewnością kobietą.

Przejdę do tego pierwszego spotkania. Usiadłem z Plotką na podłodze i tak miało pozostać, mieliśmy się zapoznawać na odległość. Niestety moje zdolności reżyserskie spaliły na panewce, bo Elton po kilku sekundach przyszła do nas, a David po kilkunastu następnych. Impreza zeszła więc do parteru. Tylko pani Sławka (psycholog) i Majka siedziały przy stole. Plotka była zadowolona. Sprawdzała zarost Eltona i Davida. Pani Sławka nawet stwierdziła, że coś zaiskrzyło między dziewczynką a Davidem. Chociaż może tylko chodziło o to, że rano się nie ogolił.

Rodzice adopcyjni w pełni zaakceptowali zaproponowany im sposób przyjęcia Plotki pod swój dach.
Trochę o nich opowiem. Mają już kilkuletniego chłopca, którego adoptowali w wieku paru miesięcy. Tak więc Plotka ma już brata. Dla niej jest to wielki bonus. Dla niego?... okaże się. W tej chwili jest nią zafascynowany, ale jednocześnie zazdrosny. Elton i David utrzymują też kontakty z rodzicami zastępczymi, od których wzięli chłopca. Jak się okazało, znamy tę rodzinę z rozmaitych szkoleń.
Ale wracając do rodziców Plotki. Są fantastyczni. Czasami pierwsze wrażenie nie jest najlepsze. Pamiętam rodziców Hawranka, którzy na pierwszym spotkaniu dyskutowali, czy zabawka jest modelem atomu. Po wymianie kilku zdań doszli do wniosku, że chyba jednak nie, bo nie ma jądra. Razem z panią Sławką robiliśmy wówczas wielkie oczy. I chociaż za plecami się z tego podśmiewaliśmy, to tak naprawdę mogło to być zwiastunem czegoś niedobrego. Czy dwoje wykształconych ludzi (będących wykładowcami na wyższych uczelniach) będzie w stanie podążać za dzieckiem, które być może nie będzie spełniać ich oczekiwań? W tamtym przypadku okazało się, że jednak potrafili potraktować adopcję dziecka, jako wyzwanie. Jako coś, o czym nie mają zielonego pojęcia... czego muszą się nauczyć. Pytali o wszystko, co nam wydaje się oczywiste, brali udział we wszystkich rytuałach dnia codziennego (karmieniu, kąpieli, układaniu do snu). Zadawali pytanie „gdzie jest przód pieluchy”, albo „czy siusiak ma być podwinięty w górę, czy w dół”, czy też „co zrobić, aby kropelki z butelki z witaminą C, zechciały wykapać na łyżeczkę”. Dziecko było dla nich pojęciem tak abstrakcyjnym, jak dla mnie funkcjonowanie sygnalizacji świetlnej. A jednak była to jedna z najbardziej udanych adopcji. Rodzice potrafili zejść do poziomu dziecka.
W przypadku rodziców Ploteczki, wiele elementów pomijamy. Bo przecież wiedzą jak przewinąć, wykąpać, czy nakarmić dziecko. Być może jest to błąd. Może powinniśmy chociaż poudawać, że uczymy ich jak mają dać jeść, albo pokazać jakie zwyczaje panują podczas kąpieli. Byłby to też kolejny (jakże ważny) element „przejścia”.
Plotka ma zwyczaj podchodzić do mnie i pochylać się, kładąc głowę prawie na podłodze. Wiem, że oczekuje wówczas całowania po szyi i zrobienia masażyku pleców. Do Majki tak nie podchodzi, do rodziców pewnie też nie. A może podchodzi, tylko oni nie wiedzą o co chodzi. Wprawdzie wspominaliśmy o tym już na pierwszym spotkaniu, ale nieco niezręcznie było to prezentować. Ja ją całuję po szyi, a ona wtedy warczy – trochę perwersyjne.

Elton i David przychodzą prawie codziennie. Mniej więcej do piątego spotkania wszystko przebiegało tak jak w dotychczasowych przypadkach. Plotka cieszyła się będąc w towarzystwie rodziców (a często też brata). W pewnym momencie chyba się zorientowała, że coś jest nie tak. Przestała cieszyć się z tych odwiedzin, przez większą cześć czasu płakała. Mówiliśmy, że może ma kiepski dzień (oszukując też samych siebie). Próbowaliśmy zmieniać pokoje. Jednak zły nastrój natychmiast mijał w momencie, gdy rodzice od nas odchodzili.
I wówczas pojawiło się zwątpienie. Rodzice wiedzieli, że nie jest to czas na odejście, że Plotka nie jest jeszcze gotowa. Byli trochę (a nawet bardzo) przerażeni. Mają też kontakt z innymi rodzicami adopcyjnymi, oczekującymi na dziecko. Niektórzy przekonywali ich, że to wszystko nie ma sensu, że powinni zaprzestać spotkań, a w momencie powierzenia pieczy zwyczajnie zabrać dziewczynkę do siebie. Okazało się, że metoda nagłego cięcia nie jest procedurą proponowaną przez ośrodek adopcyjny, za to jest dość popularna wśród rodziców adopcyjnych. Być może dlatego, nasz ośrodek od jakiego czasu trochę zmienił swoje zasady. Kiedyś bywały sytuacje, że rodzice adopcyjni już po trzech dniach składali wniosek w sądzie o powierzenie pieczy. Teraz ma to miejsce po trzech, albo czterech tygodniach, co w pewien sposób wymusza na rodzinie okres spotykania się z dzieckiem. Nasi rodzice jeszcze nie złożyli wniosku, ale Majka już ustaliła z panią sędziną, że podpis będzie w ciągu dwóch-trzech dni. Natomiast rodzice zobowiązali się do tego, że wspólnie ustalimy, kiedy Plotka będzie gotowa na odejście (niezależnie od decyzji sądu).

Widząc bunt Ploteczki, postanowiliśmy nieco zmodyfikować nasze dotychczasowe postępowanie. Po raz pierwszy w historii, Majka zaczęła zawozić dziewczynkę do domu rodziców adopcyjnych. Najpierw były tam w charakterze gości. Później Maja zostawiła Plotkę i pojechała na kawę do mamy Gacka (bo to mniej więcej ta sama miejscowość). Jutro Plotka jedzie na cały dzień, a za tydzień na weekend. Jest już dobrze. Przeżyliśmy kryzys.
Dziewczynka chyba jest już gotowa. Pewnie nie jest to jeszcze ten czas, gdy uważa iż ma czworo rodziców. Wprawdzie Elton z Davidem bywają u nas często (i tych spotkań było już kilkanaście), to jednak są one stosunkowo krótkie. W przypadku Hawranka bywało tak, że gdy wstawałem rano, oni już byli, a gdy szedłem spać – jeszcze byli. Ale za to w tym przypadku, po zamieszkaniu już z nową rodziną, wpadniemy kilka razy w odwiedziny. Może nawet z naszymi dziećmi, bo Bliźniaki i Ptysie są przecież dla Plotki jak rodzeństwo. Wiele się mówi o trudności rozstań z rodzicami – najpierw biologicznymi, potem zastępczymi. Dużą wagę przywiązuje się do nierozdzielania rodzeństw. Ale mało kto zwraca uwagę na to, że dziecko idące do adopcji też ma rodzeństwo. I wcale nie to biologiczne, ale to z którym wychowywało się przez wiele miesięcy, a czasami lat.

Za kilkanaście dni wszystko będzie pozamiatane. Nieśmiertelnik jest już w drodze, pudełko wspomnień zamówione. Zostało tylko wywołanie kilku zdjęć i zgranie reszty na płytkę. Jest mi potwornie ciężko, chociaż tego przecież chciałem, a lepszych rodziców adopcyjnych nie mogłem sobie wymarzyć. Trudne to...





czwartek, 14 lutego 2019

--- Nie, bo nie.


Oprę się w tym wpisie na temacie szczepienia dzieci, chociaż już kiedyś obiecałem sobie, że będą to dla mnie już sprawy zupełnie obce (w kwestii rozmaitych komentarzy).
Ale... tym razem już po raz ostatni (chyba) chciałbym się skupić na problemie ludzkich zachowań.

Kilka dni temu wypłynęła w mediach sprawa Szymona, okrzyczanego przez wszystkich drugim Alfiem Evansem. Chłopiec kilka dni po szczepieniu przeciwko pneumokokom, zmarł (chyba... tutaj różne wiadomości wzajemnie się zaprzeczają).
Rozpętała się burza. Lekarze opiekujący się chłopcem zostali zmieszani z błotem. Pojawiły się teksty podobno przez nich wypowiadane typu „nie będziemy wentylować zwłok”, „widocznie szczepionka nie była dobrze przebadana”. Woda na młyn dla antyszczepionkowców.

Jest pewna strona, na którą chętnie zaglądam i wydaje mi się ona bardzo rzetelna. Wypowiedzi z reguły nie są wulgarne, nikt nikogo nie obraża – co najwyżej niektórzy się spierają. Tym razem było zupełnie inaczej. Na kilkadziesiąt komentarzy, znalazłem tylko jeden sugerujący, że jednak szczepionki są czymś dobrym dla człowieka... powiedzmy dla ludzkości. Cała reszta była na poziomie rozważań pięcioletniego Ptysia: „nie, bo nie”. Wbrew swoim zasadom, postanowiłem wesprzeć tego gościa. Wprawdzie nie potrzebował on tego wsparcia, ostatecznie stwierdzając, że bełkotu czytać nie będzie, ale byłem ciekawy reakcji na mój komentarz. Napisałem bardzo kulturalnie, bo nie w moim zwyczaju jest obrażanie kogokolwiek. Dostałem jednego like'a (domyślam się od kogo) i kilkadziesiąt minusów. Dowiedziałem się, że jestem idiotą, debilem, lewackim łajnem i mam IQ poniżej 50. Dowiedziałem się, że jak chcę, to sam mogę się szczepić, a potem zdychać. Dowiedziałem się, że nie mam prawa mówić młodym rodzicom, jak mają postępować ze swoimi dziećmi.
A przecież tylko wypowiedziałem swoje zdanie. Stwierdziłem, że nie wierzę w prawdziwość słów lekarzy (co przecież zostało potwierdzone oficjalnym orzeczeniem szpitala) i że nie wierzę, iż szczepienia są doświadczeniami firm farmaceutycznych robionymi na dzieciach. Podałem przykład Królewny, która nigdy nie była na nic zaszczepiona, ponieważ jej układ odpornościowy był nieprzewidywalny i żaden lekarz nie był skłonny podjąć takiego ryzyka. Poszedłem po bandzie, twierdząc że żyje dlatego, iż inne dzieci są szczepione, że kontakt z wirusem odry byłby prawdopodobnie dla niej śmiertelny, i że takie dzieci jak ona mogą być kosztem wolnego wyboru rodziców dotyczącego szczepień.
Jest w tym dużo prawdy. Majka jako opiekun prawny kilkukrotnie musiała podejmować decyzje w kwestiach medycznych. Choćby podanie narkozy było ogromnym ryzykiem (za pierwszym razem nikt nie wiedział, czy to przeżyje) . Tyle tylko, że alternatywą była rezygnacja z operacji, co też było zagrożeniem życia, a do tego wiązało się z ogromnym bólem.

Przykład wspomnianego Szymka jest bardzo przykry. To jest jego tragedia i tragedia jego rodziny. Czy jednak szczepionka była przyczyną śmierci? Może to zwykły zbieg okoliczności, a może rodzice zbyt długo zwlekali z pojechaniem do szpitala? A może kontakt z pneumokokiem w przedszkolu zakończyłby się tak samo? Tych „może” jest bardzo dużo.
Napisałem też, że każdy lek niesie z sobą pewne ryzyko, a przecież rodzice którzy nie chcą szczepić dzieci, chodzą do lekarza, podają swoim dzieciom antybiotyki i inne lekarstwa.
Ręce mi opadły po przeczytaniu odpowiedzi:
" ..co robią przeciwnicy szczepień, gdy ich dziecko zachoruje na całkiem zwyczajną chorobę? Nie chodzą do lekarzy?" tu jest problem, te dzieci nie chorują, dziwne prawda?





sobota, 9 lutego 2019

PLOTKA 4


Plotka niedawno skończyła roczek.
Jest już prawie połowa lutego, a prawa rodzicielskie odebrano jej mamie na początku września. Nawet doliczając czas na uprawomocnienie się wyroku, mamy już grubo ponad cztery miesiące niepotrzebnego przebywania dziewczynki w naszej rodzinie zastępczej.
W poprzednim opisie Plotki rozpocząłem rozważania na temat procesu przejścia dziecka do rodziny adopcyjnej.
Dzisiaj będzie kontynuacja. Krótko tylko przypomnę, że cała procedura mogła się rozpocząć w momencie uzyskania uprawomocnionej i podpisanej przez sąd decyzji o odebraniu praw rodzicielskich. No i na ten podpis czekaliśmy ponad trzy miesiące. Oficjalnie pani sędzina nie miała czasu, aby podpisać swoją decyzję. Otrzymywaliśmy tylko obietnice, że będzie to zrobione najszybciej, jak się da. Ponieważ pani sekretarka z „tego” sądu rodzinnego nie za bardzo lubi rozmawiać z rodzicami zastępczymi, całą operację wzięła na siebie Jowita (nasza koordynatorka). Okazało się, że ona też była traktowana jak upierdliwy petent. W końcu Majka stwierdziła, że również zacznie ją nękać telefonami. Niestety z tego nękania niewiele wychodziło, ponieważ telefon był głuchy, a w administracji sądu twierdzono, że skoro nikt nie odbiera, to znaczy, że tam zwyczajnie nikogo nie ma. Z jednej strony zbiegło się to z okresem protestu pracowników sądu, a z drugiej strony sobie pomyślałem, że przecież w takich małych sądach rodzinnych pracuje tylko jeden sędzia i jedna sekretarka. Wystarczy, że ktoś z tej dwójki zachoruje na grypę i pójdzie na zwolnienie lekarskie – to cała „firma” się sypie. Być może tak też było w tym przypadku. Majka próbowała poruszyć „niebo i ziemię”. Krótko mówiąc, była upierdliwa do granic możliwości. Jowita już się do tego pewnie przyzwyczaiła, ale pan kurator z sądu chyba jeszcze nie.
Dzień przed końcem roku, Maja tak „pro forma” wykręciła numer do sekretariatu, nie licząc że ktokolwiek odbierze. Czekała ją niespodzianka... Odebrała bardzo miła pani.
I tutaj rozmijamy się z Majką w zeznaniach. Minęło już trochę czasu, więc niezbyt dokładnie wszystko pamiętamy.
Moja wersja jest taka, że pani sekretarka stwierdziła, iż zaraz odszuka właściwe pismo i zaniesie pani sędzinie do podpisu. Po kilku minutach powiedziała, że przejrzała wszystkie dokumenty leżące na parapecie, na biurku i koło komputera... i nic nie znalazła. Ale... obiecała, że będzie szukać dalej i w ciągu dwóch dni sprawa zostanie pozytywnie załatwiona.
Wersja Majki jest taka, że pani sekretarka poszła do pani sędziny i szybko wróciła twierdząc, że na parapecie, biurku i wokół komputera jest tyle papierów, iż nie jest w stanie tego teraz odnaleźć... ale też obiecuje potraktować temat za priorytetowy.
Jednak niezależnie od tego kto ma rację, wychodzi na to, że sąd ma w papierach taki sam burdel jak ja. Tyle tylko, że gdyby mnie, powiedzmy Urząd Skarbowy o coś poprosił, to miałbym na odszukanie czegoś tam, najwyżej kilka dni.

Potraktowaliśmy obietnicę pani sekretarki za dobrą monetę. Minęło jednak kilka dni (i nic), więc Majka ponownie uderzyła do pana kuratora. Stwierdził, że potrzebuje trochę czasu, ponieważ robi jakieś statystyki i nie może wychodzić z pomieszczenia. Wygląda na to, że zamknęli biedaka w pokoju, bez żadnego kontaktu ze światem, na tydzień. Ale jednak stanął na wysokości zadania i po kilku dniach oddzwonił, że następnego dnia otrzymamy podpisaną decyzję, co umożliwi PCPR-owi przesłanie całej dokumentacji do Ośrodka Adopcyjnego. I tak się stało.

W połowie stycznia wreszcie wszystko ruszyło. Niestety okazało się, że my też się nie popisaliśmy. Zapomnieliśmy dołączyć opinię naszego lekarza rodzinnego. Wprawdzie jest to jedna strona z podpisem i stempelkiem, ale papier musi być. Na szczęście już następnego dnia nadrobiliśmy zaległość.
Po dwóch dniach zadzwoniła pani z Ośrodka Adopcyjnego, aby umówić się na spotkanie. Niezależnie od opinii psychologa, która jest przekazywana z całą dokumentacją, zawsze następuje dodatkowe badanie psychologiczne wykonywane przez pracowników ośrodka. Po kolejnych dwóch dniach Plotka dała więc popis swoich umiejętności. Poza motoryką dużą, wszystko jest w normie, a nawet do przodu.
Problemem była tylko historia Ploteczki... a w zasadzie jej rodziny. Tam nikt nie jest do końca normalny. Wszystkie dzieci wychowywały się w placówkach (mając orzeczenia o niepełnosprawności  – chociaż to czasami może być tylko zabiegiem natury technicznej). Rodzice i dziadkowie zawsze byli w konflikcie, nigdy nie byli dla siebie wsparciem, a do pomocy społecznej podchodzili na zasadzie: „mi się należy”, „ja nic nie muszę”.
Rodzice adopcyjni mogliby zatem pomyśleć, że coś jest nie tak w genach, że Plotka już w DNA ma zapisaną głupotę, lenistwo i roszczeniowość.

Nastał jednak ten dzień, gdy w naszym progu stanęli rodzice adopcyjni. Byli to pierwsi rodzice, którym zaproponowano Ploteczkę. W tej chwili jesteśmy już po kilku spotkaniach.

Bardzo się obawiałem tego, kim oni będą, jak daleko od nas będą mieszkać i jak zechcą podejść do naszej propozycji przekazania im dziewczynki.
Chyba po raz pierwszy bardzo szczerze porozmawialiśmy z panią psycholog z naszego ośrodka (gdy przyszła zrobić wywiad z Ploteczką). Kolejność proponowania dziecka jest według listy (jedyne co rodzice adopcyjni określają, to wiek i płeć) i nie ma żadnych odstępstw od tej reguły. Nie do końca się w tym temacie zgadzamy, ale rozumiem przejrzystość i uczciwość tej metody. Widzę jednak ludzi, którzy muszą odmawiać przyjęcia dziecka upośledzonego, albo bardzo chorego. Mi też się wydaje, że przecież można (a nawet trzeba) odmówić adopcji dziecka, które mnie przerasta, na które nie jestem przygotowany emocjonalnie. Tyle tylko, że ja patrzę z zupełnie innej perspektywy niż rodzic adopcyjny.
Nie są jednak prawdą krążące pogłoski, że nasz ośrodek zaleca „metodę nagłego cięcia”, zaprzestania kontaktów z dotychczasową rodziną zastępczą. Wręcz przeciwnie, proponowany jest nie tylko długi okres zapoznawania się z dzieckiem, ale również utrzymywanie kontaktu w przyszłości. Nie musi to być często, nie muszą to być bezpośrednie spotkania. Niestety człowiek ma to do siebie, że słyszy to, co chce usłyszeć. Dotyczy to rodziców biologicznych naszych dzieci, rodziców adopcyjnych, zastępczych .. i myślę, że również nas.
Każdy wybiera swoją drogę i pewnie ma do tego prawo. I nie wiem dlaczego się upieram przy tym, że powinien (ten każdy) o tym z nami porozmawiać (nami w sensie osób, które były zaangażowane w procesie adopcji). Na przykład ośrodek martwił się o to, co dzieje się z Hawrankiem (a my mamy z nim częsty kontakt i wiemy, że jest szczęśliwy). Z kolei my martwimy się o Smerfetkę, a podobno jej rodzice utrzymują znajomość z rodziną przygotowującą się do adopcji (i nieoficjalnie wiadomo, że dziewczynka bardzo dobrze funkcjonuje w swojej rodzinie).

No tak... tyle tylko, że Smerfetka jest już przeszłością, a Plotka jeszcze jest tu i teraz.
Abstrahując od adopcji, podziwiam osoby decydujące się zostać rodzicem zastępczym. Ja bym chyba nie mógł. O zgrozo... mówię dokładnie tak samo, jak niektórzy ludzie mówią do nas (co mnie strasznie irytuje). Patrzę jednak choćby na nasze bliźniaki. Rodzice, którzy się nimi zaopiekują, nigdy nie będą pewni, czy chłopcy nie wrócą do mamy biologicznej po roku, dwóch, a nawet pięciu latach. Takie sytuacje się zdarzają. A nawet jak nie wrócą, to czy nie staną się wolni prawnie i zostaną zgłoszeni do adopcji.
Ja od początku wiedziałem, że rozstanie z Plotką jest tak pewne jak to, że kiedyś umrę. Tyle tylko, że w tym przypadku – im szybciej, tym byłoby lepiej.
Nie będę jeszcze opisywał tego, co się dzieje w kontaktach z rodzicami adopcyjnymi. To jeszcze nie ten czas, nie te emocje.
Dzisiaj rano zszedłem z Ploteczką i postawiłem ją na podłodze. Podeszła do swojej mamy i się do niej przytuliła. Wiem, że potrafi to robić. Potrafi się uśmiechać, przytulać, kwiczeć z radości, głaskać po brodzie. Tego ją nauczyłem...a właściwie sama się tego nauczyła. A jednak czuję się trochę nieswojo, gdy to ja przestaję być w centrum jej zainteresowania. Zazdrość? Tak.
Majka tym razem podchodzi do tej adopcji dużo mniej emocjonalnie niż ja. Plotka cały czas jest córeczką tatusia (zastępczego). Gdy odszedł Messenger, znowu wróciłem do sypialni Majki, a Plotka zajęła łóżeczko chłopca. Jednak zmieniło się tylko to... i nic więcej. Gdy Ploteczka prosi o mleko o trzeciej (albo czwartej, albo piątej, albo... ósmej) nad ranem, to nie wstaje do niej Majka. Nawet gdy ona się pierwsza obudzi, to klepie mnie po ramieniu, abym wreszcie ruszył dupsko i podał małej to mleko. A najciekawsze w tym wszystkim jest to, że robię to z ogromną przyjemnością. W końcu niewiele mi już tych chwil zostało.
Rodzicom adopcyjnym jeszcze nie powiedziałem, że prowadzę bloga. Nie chcę, aby teraz wiedzieli jak ważna jest dla mnie Plotka. Mogliby to czasem źle zrozumieć.

Wrócę na koniec do spraw technicznych. Gdy jeszcze nie mieliśmy podpisanego orzeczenia sądu, Majka z panią sędziną z naszego sądu rodzinnego postanowiły, że mamy napisać wniosek o ustanowienie opieki prawnej. Miało to być kolejnym czynnikiem motywującym panią sędzinę z sądu przypisanego Plotce, aby wreszcie raczyła złożyć swój autograf. W takim przypadku cała dokumentacja musiałaby zostać przesłana do naszego sądu. Optymistycznie, nasza pani sędzina wyznaczyła termin rozprawy na nieco ponad miesiąc później. Majka się stawiła... ale dokumentacja nie dotarła. Podobno jest w drodze... albo leży gdzieś na parapecie i nie mogą jej znaleźć. Ale w tej chwili nie ma to już większego znaczenia – do rozprawy o przysposobienie jeszcze kilka tygodni. Chociaż? Ploteczka nie ma w tej chwili nikogo, kto ją reprezentuje. Nikogo, kto mógłby podjąć decyzję choćby w ważnych sprawach natury medycznej. Mógłby to zrobić tylko sąd. Tyle tylko, że Plotka nie podlega już (i jeszcze) pod żaden sąd – bo przecież wszystkie dokumenty od trzech tygodni są „w drodze”.








sobota, 26 stycznia 2019

PTYSIE 2 (Ptyś, Balbina i Bill)


Bill nie miał nigdy pojawić się w moich opisach głównie dlatego, żeby w jak największym stopniu zachować anonimowość całej sytuacji i chronić ewentualną możliwość identyfikacji mamy dzieci.
Okazało się jednak, że odegrał istotną rolę, nie tylko w przełamywaniu naszych lodów z jego młodszym rodzeństwem, ale również nam (rodzicom zastępczym) uzmysłowił pewne rzeczy, które z pewnością będą rzutowały na nasze dalsze postępowanie (nie tylko z tymi dziećmi).
Chłopiec jest najstarszy z rodzeństwa, ma sześć lat. Podczas ostatniej interwencji policji, nie byliśmy jedynymi rodzicami zastępczymi, którym mama dzieci chciała wydrapać oczy. Patrząc z jej perspektywy, nawet się temu nie dziwię. Przyjechało dwóch „facetów w czerni” i jakieś dwie „zołzy”. Bill został zapakowany do jednej czarnej limuzyny, a Ptyś z Balbiną do drugiej. Nagle została sama ze swoimi myślami... bo przecież i policja, i kuratorzy, też pewnie szybko się wynieśli.
Rodzeństwo zostało rozdzielone na wniosek sądu. Ale przecież sąd opiera się na danych przekazanych przez organizatora pieczy zastępczej, czyli przez PCPR. Aby to bardziej swojsko zabrzmiało – przez naszą koordynatorkę Jowitę.
Gdy zadzwoniła ona do nas dzień przed odebraniem dzieci, nie byliśmy zachwyceni. Przyjęcie naraz trójki dzieci oznaczało, że będziemy nagle rodziną z sześciorgiem dzieci. Będziemy mieć dwa klany przeciwko sobie „Bliźniaki” kontra „Ptysie”, przy czym ten drugi (nowy) klan byłby w przewadze. Decyzję pozostawiliśmy Jowicie, chociaż nie kryliśmy, że wolelibyśmy tylko dwójkę młodszego rodzeństwa. Patrzyliśmy na całość też pod kątem logistycznym. Te wszystkie dzieci trzeba rozwieźć do przedszkoli i szkół. Ptyś z Balbiną i bliźniaki chodziliby do tego samego przedszkola, ale szkoła Billa jest już pięć kilometrów dalej. Byłoby ciężko.
Uważam jednak, że spieprzyliśmy sprawę. Powinniśmy byli powiedzieć, że bierzemy całą trójkę, albo żadnego.
Kilka ostatnich dni sześciolatek spędził w naszej rodzinie, mając kontakt ze swoim młodszym rodzeństwem. Jego nowa rodzina miała zaplanowane ferie w górach. I nawet chciała zabrać go z sobą, jednak nie udało się już wynająć większego pokoju, ani nawet załatwić jakiejś dostawki.
Dzień, w którym Bill pojawił się w naszej rodzinie, odmienił wszystko. Balbina zaczęła mówić do mnie wujek, przychodziła na kolana, przytulała się. Pozwalała się uczesać i umyć przy kąpieli. To nie ja, a Bill pokazał jej jak się myje zęby. To on zachęcił ją do wspólnych zabaw ze mną. Robiliśmy razem przewroty, karuzele, pompki, brzuszki...
Negatywnie odbiło się to na Romulusie. Cofnął się do dawnych zachowań, gdy starał się zwrócić na siebie uwagę poprzez wyrywanie innym dzieciom zabawek, krzyczenie bez sensu i nieuzasadniony (z naszego punktu widzenia) płacz. Remus zniósł to lepiej... chociaż może są to tylko pozory, może tylko tak mi się wydaje.




Nastał jednak dzień wyjazdu Billa... w zasadzie noc, bo obiecałem dzieciom jeszcze wspólną kolację. Ptyś z Balbiną odprowadzili go wzrokiem siedząc na parapecie. Przy kąpieli nie chcieli się bawić w wodzie (jak dotychczas), tylko szybko pójść do łóżka.
Ptyś przykrył się kołdrą i płakał. Nie chciał rozmawiać. Balbina zasnęła z kciukiem w buzi. Nawet Remus nie mógł zasnąć i musiałem go kilka razy uspokajać. Tylko Romulus był szczęśliwy.
Od rana Balbina znowu zaczęła mówić do mnie „pan”, a do Majki „pani”. Obawialiśmy się, że znowu przeniesiemy się do tych pierwszych dni. Na szczęście po kilku kolejnych godzinach wszystko wróciło do normy. Dzieciaki zachowują się tak samo, jak w okresie gdy był z nami Bill. Nie wiem tylko co siedzi w ich głowie.
Postanowiliśmy jednak, że będziemy się starać, aby rodzeństwo często się spotykało. Rodzina opiekująca się Billem mieszka tylko kilka kilometrów od nas. Nie ma więc większych przeszkód, aby chłopak przyjeżdżał do nas na weekend, albo Balbina z Ptysiem pojechała do niego.

Zacząłem się jednak zastanawiać, jak silne mogą być więzi braterskie. Czy brat może być kimś ważniejszym, niż mama? Dzieciaki rozmawiają z nią przez telefon prawie codziennie... nic się nie dzieje. Chociaż pierwsze spotkanie dopiero przed nami.

Mama...
Poznajemy się coraz lepiej, wiemy nieco więcej o jej przeszłości. Już nie chce nam wydrapywać oczu. Przyjaciółmi nigdy nie będziemy, ale próbujemy się wzajemnie zrozumieć.
Faktycznie może być tak, że przyczyną odebrania dzieci, były te przysłowiowe brudne paznokcie. Mama sama nie dawała sobie rady z trójką dzieci, do tego uciekała przed partnerem, który bił ją i dzieci. Bała się jego i bała się wszystkich... nie ufała nikomu, kuratorom, asystentom rodziny, policji. W końcu ją dopadliśmy. Czy system się pomylił? Czy nie pozwoliła sobie pomóc? Zobaczymy co będzie dalej. Póki co, otwieramy nową kartę, resetujemy swój umysł.
Odezwał się do Majki Helmut, o którym ostatnio wspomniałem. Chce się ożenić z mamą dzieci i je przysposobić. Pierwszą naszą myślą było, że cel uświęca środki. Zapytaliśmy jednak dzieci: „kim jest Helmut?”. W odpowiedzi usłyszeliśmy: „to nasz tata”.
Ale nie jest tatą biologicznym żadnego z nich, przed którym ostrzega nas mama. Ten prawdziwy za kilka miesięcy „wychodzi” i niestety zna nasz adres. Chyba będę musiał odkopać piloty antynapadowe. Majka twierdzi, że coraz bardziej przeklinam, ale ja pierdolę, o co w tym wszystkim chodzi?

Chcę jeszcze wspomnieć o Ptysiu. Między mną a chłopcem nawiązuje się jakaś nietypowa, ale bardzo silna więź. Nie ma ona nic wspólnego z tym co łączy mnie z Plotką, łączyło ze Smerfetką, czy innymi dziećmi. Kiedyś przyjdzie dzień, gdy chłopiec od nas odejdzie. Już teraz wiem, że powiem do niego „run Forrest, run”.



niedziela, 20 stycznia 2019

PTYŚ i BALBINA.


Jesteśmy z sobą już tydzień. Początkowo wszystko zaczęło układać się według znanej nam i wielokrotnie powtarzającej się zasady.

Balbina





















Ptyś























Gdy kilka miesięcy temu do naszej rodziny przyszedł Romulus i Remus, to chłopcy w żadnej
mierze nie byli smutni i przygnębieni. To nie ich musieliśmy pocieszać, to nie oni stali się centrum naszego zainteresowania. Wówczas chłopcy tryskali energią, poznawali nowe otoczenie, nie było widać jakiejkolwiek tęsknoty za rodziną. Z kolei przebywające wtedy z nami rodzeństwo (Sasetka i Maluda), zaczęło okazywać frustrację całą sytuacją. Sasetka przez pół dnia potrafiła bawić się sama, a Maluda leżał na kocu, przyglądając się tylko temu, co robią bliźniaki.

Tym razem to bliźniacy znaleźli się w tej roli. To w ich oczach było widać smutek. Romulus nie opuszczał naszych kolan, a Remus próbował zaszyć się w najciemniejszy kąt. Za to Ptyś z Balbiną „brylowali na parkiecie”. Zupełnie nie przypominali dzieci, które jeszcze kilka godzin wcześniej odbieraliśmy z bezpiecznego (w ich ocenie) środowiska.
Wydaje się to dziwne i niezrozumiałe, ale te nowe dzieci zaczynają funkcjonować w trybie przetrwania. Ich umysł próbuje się dostosować do nowej sytuacji, próbuje nie zwariować. Jest to schemat, który powtarza się zawsze... powtarzał się zawsze (do tej pory). Po pewnym czasie wszystko normalniało.

Zacznę jednak od początku. Zostaliśmy poinformowani, że istnieje duże prawdopodobieństwo interwencji policji w środku nocy i może dojść do odebrania dzieci pewnej rodzinie. Już kilka miesięcy wcześniej, sąd z drugiego końca Polski wydał postanowienie o odebranie mamie dzieci i przekazanie ich do pieczy zastępczej (najlepiej rodzinnej, ale z braku takowej - również instytucjonalnej). Od tego czasu mama wielokrotnie zmieniała miejsce zamieszkania i trudno było ją zlokalizować. Trochę przypominało to „obławę na młode wilczki”, która wreszcie miała dobiec końca.
Interwencja w środku nocy nikomu nie jest na rękę, więc jak się uda, to jest ona odwlekana do godzin porannych. Tym razem tak właśnie było. Przypuszczalnie patrol policji obserwował mieszkanie i gdyby nastąpiła jakakolwiek próba opuszczenia tego lokalu przez rodzinę, to wszystko zaczęłoby się w nocy.
Odebrania dzieci miał dokonać zespół składający się z dwóch policjantów, dwóch kuratorów sądowych i pracownika socjalnego z ośrodka pomocy społecznej. Majka miała jak zawsze podjechać samochodem i jak zawsze dzieci miały zostać jej przyprowadzone przez mamę. Jednak tym razem chciała, abym udał się tam razem z nią. W uzasadnieniu postanowienia sądu było napisane, że mama dzieci nie panuje nad swoimi emocjami, jest arogancka, niekulturalna, nerwowa, i wykazuje poirytowanie oraz złość. Niby standard, ale przecież gdy Majka mnie prosi, to nie odmawiam. Okazało się jednak, że w tym przypadku wszystko wyglądało inaczej niż zazwyczaj. Oczekując na dzieci, spędziliśmy na klatce schodowej ponad dwie godziny. Najpierw mama dzieci wybiegła do nas z „pianą na pysku” i chęcią wydrapania nam oczu. Wszystko zaczęło się rozjeżdżać, odbiegać od standardowych procedur. Policja w takich przypadkach jest również od tego, aby zapewnić bezpieczeństwo nam (w sensie fizycznym) oraz zabezpieczyć dzieci przed wyobrażeniem sobie nas jako agresorów – jako kogoś, kto przyszedł zabrać je jej mamie. Nie do końca to wyszło, chociaż nie mam żadnych pretensji do policji. Jedynie mogę tym młodym chłopakom współczuć takiej pracy. Po kilkunastu minutach zostały wezwane posiłki (przyjechał drugi radiowóz). Dochodzące z mieszkania krzyki nadal nie ustawały. W ciągu najbliższych kilkudziesięciu minut, w mieszkaniu zaczęły pojawiać się kolejne osoby. Wszyscy wchodzili, a nikt nie wychodził. Za to wychodzili sąsiedzi z dołu i z góry. Nagle każdy z nich miał potrzebę pójścia do piwnicy po kompot na obiad... o dziesiątej nad ranem.
Zaczęliśmy się z Majką zastanawiać nad sensem całej tej akcji. Rozumiem to, że istnieją pewne procedury. To, że ani policjant, ani kurator, ani pracownik socjalny, nie mogą dotknąć dziecka... nie mogą go zwyczajnie wziąć za rękę i wyprowadzić na korytarz. Ale czy policja nie może skuć w kajdanki awanturującej się i stanowiącej realne zagrożenie matki? Myślę, że może... z pewnością może. Jednak tutaj mimo wszystko górę wzięło doświadczenie. Po dwóch godzinach wyszła mama w towarzystwie kuratorki. Porozmawialiśmy, opowiedzieliśmy o sobie, o tym jak będzie wyglądał pobyt jej dzieci w naszej rodzinie i jej kontakty z nimi. W zasadzie to tylko Majka mówiła. Ja wypowiedziałem może dwa, albo trzy zdania. Ktoś powiedział do mnie „a ty co taki blady jesteś?”.
Po kolejnej godzinie, mama przyprowadziła nam dzieci do samochodu, dając jakąś torbę z rozmaitymi rzeczami, ale przede wszystkim książeczki zdrowia. Była już pogodzona z losem. Wówczas zobaczyłem w niej skrzywdzoną przez życie dwudziestolatkę. Majka mówi, że jest zniszczona. Może i tak. Może wygląda na trzydzieści lat, a może i więcej. Jednak w tym momencie wyglądała na młodą lwicę zaatakowaną przez stado hien. Jedną z tych hien byłem też ja.

Jest mi strasznie żal tej dziewczyny. Jest w wieku naszej średniej córki i nie ma nikogo... tylko swoje dzieci, które właśnie jej odebrano.
Dzwoni do Majki codziennie. Długo rozmawiają. Bardzo chce odzyskać dzieci.
Na dobrą sprawę, to niewiele o niej wiemy. Sąd uzasadnił swoją decyzję dość lakonicznie. Jowita próbuje czegoś się dowiedzieć z pomocy społecznej, ale było ich kilka. Nawet kurator używał określenia „prawdopodobnie”. Profesja, którą mama się para, jest też tylko hipotetyczna. Ma chyba wielu partnerów jednocześnie. To, że dzieci mają różnych ojców i różne nazwiska, to już mnie zupełnie nie dziwi. Jednak gdy mama rozważa, która kandydatura daje jej większe szanse na odzyskanie dzieci – trochę mnie niepokoi. Zadała Majce pytanie, czy Helmut będzie bardziej wiarygodny niż Mietek? No nie będzie... dopóki się z nią nie ożeni, albo nie uzna jej dzieci za swoje. Na ojców dzieci zupełnie nie może liczyć. Jeden już nie istnieje, a drugi „siedzi”.
W całej tej historii nic się nie „klei”. Pewne jest tylko to, że dzieci były zaniedbane, że mogą posiadać zaburzenia emocjonalne. W wyprawce, którą otrzymaliśmy od mamy, były dwie szczoteczki do zębów. Nówki, jeszcze nie rozpakowane. Pomyślałem sobie, jaka przezorna mama. My naszym dzieciom najwyżej moglibyśmy dać używane. Jednak gdy rozpakowałem te szczoteczki, nałożyłem pastę i dałem im do ręki, to zwyczajnie nie wiedziały co mają z tym zrobić.

Po kilku dniach pobytu w naszej rodzinie, nagle nastąpiło coś, co nigdy dotychczas nie miało miejsca. Dzieci stały się smutne i przygnębione. Pewnie tak w ich przypadku objawia się tęsknota. Tylko dlaczego nie chcą o tym mówić? Dlaczego po czterech dniach zniknęła początkowa otwartość? Być może dzieciaki zorientowały się, że przyszły do nas na dłużej, niż tylko na chwilę. Ale dlaczego jest to pierwszy taki przypadek?

Zwłaszcza Balbina stała się wycofana. Majce jeszcze jakoś udaje się do niej dotrzeć. Jednak ode mnie dziewczynka coraz bardziej się oddala. Zarówno emocjonalnie, jak też fizycznie. Nie pozwala się dotknąć, uczesać, ubrać. Przez tydzień jeszcze nie umyła zębów – sama nie potrafi, a nie pozwala pokazać sobie jak ma to robić.
Niestety bywają sytuacje, gdy Majki nie ma w domu. Gdy ostatnio Balbina zrobiła kupę, to zwyczajnie wyrzuciła mnie z łazienki, twierdząc że sama wytrze sobie pupę. Ale tego też nie potrafi, a ja nie chcę niczego robić na siłę. Cały czas mówi do mnie „pan”.
Chociaż będąc ostatnio w przychodni, też nie pozwoliła się zbadać. Nie otworzyła buzi i nie dała sobie podciągnąć bluzki. Lekarka stwierdziła więc, że Balbina pewnie ma to samo co bliźniaki, więc ma zażywać te same syropki. Akurat te zioła z pewnością jej nie zaszkodzą.

Ptyś jest bardziej otwarty. Sam nie przychodzi się przytulać, ale na to pozwala. I choć jest wówczas nieco spięty, przytulanie sprawia mu chyba przyjemność. Codziennie daje mi buziaka na dobranoc, a wczoraj nawet powiedział „lubię wujka”. Chociaż przed zaśnięciem często płacze. Coraz lepiej wychodzi mu szczotkowanie zębów, pozwala się umyć. Przez tydzień szorowaliśmy gąbką twarz, bo miał jakieś dziwne plamy. Początkowo myślałem, że są to przebarwienia skóry... ale po kilku dniach jednak zeszły.

Mama dzieci na razie zamęcza nas telefonami i sms-ami. Jej brak przywiązania do miejsca zamieszkania spowodował, że postanowiła wynająć jakieś mieszkanie kilka kilometrów od naszego domu. Ciekawe co będzie dalej?

Pisząc dzisiejszy tekst, po raz kolejny zacząłem się zastanawiać, czy nie przekraczam pewnych granic. Czy nie opisuję całej historii zbyt szczegółowo, czy ktoś nieprzychylny dzieciom, nie rozszyfruje pseudonimów i nie zechce tego jakoś wykorzystać. Wydaje się to niemożliwe... chociaż?
Patrzę jednak na grono osób, które tutaj zagląda. Rodzicom adopcyjnym (albo przyszłym adopcyjnym), takie historie może bardziej zobrazują losy dzieci, które z nimi zamieszkały lub zamieszkają. Rodzice zastępczy (zwłaszcza ci przyszli) może lepiej zrozumieją co może ich czekać w kontaktach z rodzicami biologicznymi.
Ale pewnie czytają to również rodziny „statystyczne”, mające „statystyczne” dzieci. I być może takie „statystyczne” dziecko również to przeczyta i stwierdzi: „Jak ja mam dobrze. Mam gdzie mieszkać i co jeść. Otaczam się ludźmi, którzy mnie kochają. Nigdzie nie muszę uciekać. Moim jedynym problemem jest to, że starzy nie chcą mi kupić butów za trzy stówy”.

PS Zapomniałem dodać, że Balbina jest pół roku starsza od bliźniaków, a Ptyś o kolejne dziewięć miesięcy.