wtorek, 28 czerwca 2016

--- Rodzice naszych dzieci cz.3

Rodzice adopcyjni.

Jest to grono osób, które są najważniejsze dla nas, jako rodziny zastępczej. Zajmujemy się dziećmi, które dostajemy pod opiekę, mając na względzie potencjalnych rodziców, którzy zechcą zaadoptować „nasze” dzieci. Jest to trochę tak, jak z dzieckiem, które wybiera sobie partnera na dalsze lata swojego życia i żeni się lub wychodzi za mąż. Z jednej strony jest to naszym celem, ale z drugiej, nie mamy zbyt wielkiego wpływu na wybranków (w tym przypadku, przedstawianych nam przez ośrodek adopcyjny).
Rodzice adopcyjni są ludźmi, których znam raczej słabo. W zasadzie jest to argument przemawiający za tym, że nie powinienem się w tej kwestii wypowiadać, ale być może moje zdanie będzie pewnego rodzaju wypadkową, w jaki sposób patrzy na rodzica adopcyjnego przeciętny człowiek.

Wydaje mi się, że tak samo jak bogatemu trudno jest zrozumieć biednego, tak samo ktoś, kto ma własne dzieci, nie jest w stanie zrozumieć tego, co dzieje się w umysłach ludzi, którzy są spragnieni posiadania własnego potomstwa. Nie będę więc wdawał się w rozważania dotyczące motywacji, aczkolwiek być może niektóre moje opinie mogą być kontrowersyjne. Jeżeli więc kogoś urażę, to z góry przepraszam i zapraszam do przedstawienia swojego zdania w komentarzach.

Rodzice adopcyjni przechodzą odpowiednie szkolenie i mogą zgłosić się do jednego lub kilku różnych ośrodków adopcyjnych. Każdy z takich ośrodków ma własne przepisy regulujące przekazywanie dzieci rodzicom. Wprawdzie każda rodzina, chcąca adoptować dziecko, określa swoje oczekiwania w stosunku do niego, to ośrodek adopcyjny proponuje im dzieci według własnego klucza (oczywiście biorąc pod uwagę zadeklarowane preferencje). Niektóre ośrodki informują rodziców o dziecku według kolejności zgłoszeń, inne próbują dobrać dziecko do rodziny (a dokładniej, rodzinę do dziecka). Wydawać by się mogło, że ta druga opcja jest bardziej rozsądna, jednak rodzi podejrzenia, że mogą pojawiać się rozmaite nieprawidłowości. Czas oczekiwania na dziecko waha się między kilkoma miesiącami (w naszym przypadku najkrótszym okresem było 6 miesięcy), a kilkoma latami.

Rodzice adopcyjny są nieco innym typem ludzi, niż rodzice zastępczy. Przede wszystkim są osobami, które pragną dziecka, myśląc głównie o własnym szczęściu. W mojej ocenie jest to bardzo dobra motywacja. Nawet biorąc pod uwagę ewentualne zaburzenia lub choroby dziecka, radość z jego posiadania musi być priorytetem. Bywa, że przedłużający się czas oczekiwania na „ten telefon”, powoduje, że rodzice zaczynają dopuszczać pewne cechy dziecka, które wcześniej odrzucali. Zdarza się, że ośrodki adopcyjne proponują rodzicom dzieci, nieco odbiegające od określonego przez nich wzorca – często dość znacznie. W większości przypadków powoduje to, że rodzice zaczynają szczegółowo interesować się danym zaburzeniem, czy chorobą i po takiej analizie decydują się na adopcję. Niektórzy uważają, że takie działanie ośrodków adopcyjnych jest nieco wątpliwe z moralnego punktu widzenia.

Patrząc z mojej strony (jako rodzica zastępczego, który chce znaleźć dla swojego dziecka, jak najlepszą rodzinę adopcyjną) jest to bardzo dobra praktyka. Może się jednak zdarzyć, że przedłużający się czas oczekiwania na dziecko spowoduje wyrażenie zgody na adopcję, bez dokonania chłodnej kalkulacji jego zaburzeń, co w przyszłości może się negatywnie odbić na życiu całej rodziny. Na szczęście ośrodki adopcyjne, proponując rodzicom konkretne dziecko, nie pokazują jego wizerunku, co w pewien sposób wymusza podjęcie bardzo świadomej decyzji.

A jakiego właściwie dziecka poszukują rodzice adopcyjni?
Krótko mówiąc, im młodsze tym lepsze. Po ukończeniu czterech lat, szanse dziecka na adopcję zaczynają maleć w postępie geometrycznym. Dzieci 6-7 letnie mogą mówić o szczęściu, gdy znajdą rodziców zastępczych, chociaż wielokrotnie są to dzieci bardzo wrażliwe, marzące o prawdziwej rodzinie, którą chciałyby kochać i przez którą czułyby się kochane.

W poniższym linku można doszukać się pewnych preferencji rodziców adopcyjnych, chociaż jak do tej pory jest tam moim zdaniem zbyt mało wpisów i ankieta ta jest póki co, niezbyt miarodajna.

http://www.nasz-bocian.pl/phpbbforum/viewtopic.php?f=32&t=93229


Jednak jest jedna rzecz, która zwróciła moją uwagę. Jest to dość duża tolerancja na FAS, czyli zaburzenia będące konsekwencją picia alkoholu przez mamę w czasie ciąży.
Z moich doświadczeń wynika, że dziecko z zespołem FAS (a nawet tylko podejrzeniem), nie jest w ogóle brane pod uwagę przez rodziców adopcyjnych. Czyżby coś w tym względzie się zmieniało?

Kiedyś zacząłem się zastanawiać w jaki sposób funkcjonują osoby dorosłe, u których stwierdzono FAS. Większość opracowań dotyczących zaburzeń związanych z ekspozycją na alkohol w okresie płodowym, dotyczy opisów z wczesnego okresu życia. Przedstawiane problemy w większości przypadków przerażają potencjalnych rodziców, którzy chcieliby adoptować lub wziąć w opiekę zastępczą takie dziecko (chociaż w tym drugim przypadku – rodziców zastępczych - spotykam się z większym otwarciem na te zaburzenia).
Je też jeszcze dwa lata temu, gdybym chciał adoptować dziecko, FAS odrzuciłbym na pierwszym miejscu. Dzisiaj, gdy miałem do czynienia z kilkoma dziećmi (jako rodzic zastępczy) obarczonymi problemem swojej mamy, patrzę na tą sprawę zupełnie inaczej. Teraz, gdybym chciał adoptować dziecko, podejrzenie, czy też diagnoza FAS, nie byłyby dla mnie czymś aż tak przerażającym.
Ważna jest świadomość tego, czego można po takim dziecku oczekiwać. Jak zachowują się takie osoby w życiu dorosłym? Jak można pomóc dzieciom w okresie dorastania?
Truizmem jest stwierdzenie, że w przypadku tych dzieci nie można mówić o ich lenistwie, nieposłuszeństwie, jak też błędach wychowawczych ich rodziców. Dziecka z FAS, nie da się z tego wyleczyć, a co najgorsze ciężko jest też przewidzieć, jak trudne będzie ono wychowawczo.
Skupiać się trzeba na zaburzeniach wtórnych, które w okresie dorosłym mogą przejawiać się w postaci lęków, depresji, złości, skłonności do uzależnień, popadania w konflikty z prawem, podatnością na bezdomność, bycie bezrobotnym. W okresie dziecięcym występują zaburzenia przywiązania. W zależności od postępowania rodzica, może być więc tak, że w przyszłości, osoba z zespołem FAS może wcielić się zarówno w rolę ofiary jak też rolę prześladowcy.
Czy należy się bać FAS? A może wystarczy wiedzieć, jak z takimi dziećmi postępować?
Może wystarczy ograniczyć bodźce zaburzające koncentrację? Może wystarczy opieka psychologa?
Znam rodzinę, która adoptowała dwójkę dzieci. Jedno miało podejrzenie FAS (matka alkoholiczka – paradoksalnie wcześniactwo uratowało je przed dalszą destrukcją). W okresie dorastania, dziecko to (w przeciwieństwie do drugiego) zachowywało się bardzo dojrzale. Być może dlatego, że rodzice mieli świadomość wystąpienia pewnych nieprawidłowości i reagowali dużo wcześniej.
Termin FAS pojawił się w USA i było to trzy lata po moich narodzinach. Było więc to już prawie pół wieku temu. Jednak w Polsce minęło jeszcze jedno pokolenie, zanim negatywne skutki picia w ciąży dotarły do świadomości rodzin. Nawet dzisiaj wiele osób (często wykształconych) nie ma pojęcia co to jest.
Nie ma bezpiecznej dawki alkoholu wypitej w czasie ciąży. Nie trzeba być alkoholiczką, aby urodzić dziecko z zaburzeniami związanymi z wypitym w tym czasie alkoholem.
W czasach PRL-u, dużo częściej dochodziło do rozmaitych spotkań, w których alkohol lał się strumieniami. Kim są FAS-owcy z tamtych lat?
Ja, od zawsze byłem lekko cherlawy. Do dzisiaj często śmieję się z dowcipu, tylko dlatego, że wszyscy się śmieją (rozumiejąc podtekst czy metaforę dopiero po dłuższym czasie). Nie podejrzewam mojej mamy o picie w ciąży, ale moje życie rozpoczęło się w okresie wakacyjnym (i przez pierwszych kilkanaście dni, moi rodzice pewnie nie mieli świadomości, że ja już istnieję). Niestety czasami może wystarczyć jeden wieczorek zapoznawczy. Czy miałem (mam) FAS?
Kończę temat FAS, bo nie chciałbym, aby ktoś pomyślał, że go bagatelizuję. Jest to bardzo poważny problem. Uważam więc, że rodzice chcący adoptować dziecko, powinni taką ewentualność dobrze rozważyć (a przede wszystkim w najdrobniejszych szczegółach zapoznać się z tematem), najlepiej zanim zostanie im zaproponowane jakiekolwiek dziecko.



Nawet jeżeli rodzice adopcyjni decydują się na dziecko malutkie i zupełnie zdrowe, godząc się w pewien sposób na dłuższy czas oczekiwania, to zawsze należy się liczyć z rozmaitymi trudnościami, często takimi, o których nikt nigdy nie mówił.. Poniższy cytat nie jest czymś niezwykłym:

Szukałam sporo na tym forum, ale nigdzie nie udało mi się znaleźć żadnego wątku dotyczącego tematu depresji poadopcyjnej, która pojawia się u mamy adopcyjnej już po przeprowadzonej adopcji. Niby jest wszystko OK, dziecko śliczne, zdrowe, ładnie śpi, je, nie ma większych kłopotów, rodzina gratuluje, przyjaciele wspierają, mąż pomaga, ot - żyć nie umierać. Ale jednak nie wszystko gra...czujesz smutek, nieadekwatność sytuacji, nowa rola cię przerasta, czasem czujesz lęk, niepokój, masz poczucie zmarnowanego życia, ogólnego zdołowania, niechęci do wszystkiego...Nie wiem, może temat nie jest podejmowany, bo ogólnie adopcję, jak i rodzicielstwo, się idealizuje, w końcu jak można czuć depresję, jeśli się tyle lat o coś walczyło, jak można teraz być zdołowanym z tego powodu. A jednak można...ja byłam w takiej depresji (tak myślę) i mimo, że minęło już sporo miesięcy, czasem nadal mam takie dni...



Rozwinięcie tego bardzo ciekawego wątku można znaleźć pod linkiem:
http://www.nasz-bocian.pl/phpbbforum/viewtopic.php?f=82&t=86688



Wydaje mi się, że pewnego rodzaju problemy emocjonalne u rodziców adopcyjnych mogą występować dużo częściej, niż u rodziców biologicznych. W tym przypadku można mówić nawet o nadmiarze wiedzy, nadmiarze oczekiwań, nadmiarze dyskusji na ten temat. I nagle cała ta nagromadzona energia musi zostać skonfrontowana z rzeczywistością. Do tego trzeba sobie jeszcze poradzić z całym otoczeniem (rodziną i znajomymi), którzy też wielokrotnie nie wiedzą jak się zachować. Być może sami rodzice adopcyjni w różnoraki sposób podchodzą do nowej sytuacji. Jedni oczekują zainteresowania i chcą na ten temat rozmawiać, inni wręcz przeciwnie potrzebują wyciszenia, skupiając się tylko na sobie i dziecku … chociaż w zasadzie akurat w tym przypadku, dokładnie tak samo jest, gdy rodzi się dziecko biologiczne.



Na koniec chciałbym poruszyć temat adopcji noworodka. Myślę, że jest to kwestia dosyć kontrowersyjna, a sprawa wyszła na blogu Lady Makbet, o którym już wielokrotnie wspominałem. Wiedziałem, że takie adopcje mają miejsce, natomiast zawsze mi się wydawało, że raczej dotyczą one adopcji ze wskazaniem (aktualnie może to być tylko dziecko z rodziny). Żyłem więc w niewiedzy, opierając się na tym, jak sprawa wygląda w naszym powiecie.
Trochę podrążyłem temat i okazuje się, że można adoptować noworodka prosto ze szpitala, chociaż tego rodzaju praktyki są niezwykle rzadkie. Sąd tak jak zawsze zwraca się do organizatora pieczy zastępczej (PCPR-u, MOPS-u), o ustanowienie tymczasowej opieki zastępczej. Organ ten najczęściej kieruje dziecko do rodziny zastępczej (głównie pogotowia rodzinnego). Bywa jednak, że podpisuje umowę z ośrodkiem adopcyjnym, na mocy której, rodziną zastępczą są przyszli rodzice adopcyjni.
Osoby te, w większości przypadków uważają, że jest to najlepsze rozwiązanie dla maluszka (ponieważ od samego początku przebywa w kochającej rodzinie, w której pozostanie na zawsze) i tego rodzaju sytuacji powinno być dużo więcej niż ma to miejsce aktualnie. Wydaje mi się, że może to dotyczyć tylko okoliczności, gdy mama biologiczna sama zrzeknie się praw rodzicielskich lub dziecko pochodzi z okna życia. W każdym innym przypadku byłoby to raczej „igranie ze śmiercią”.
Jednak nawet jeżeli dziecko pochodzi z okna życia, lub matka zdecyduje się na pozostawienie go w szpitalu tuż po porodzie, to ma jeszcze sześć tygodni na zmianę decyzji. Decydujący się na takie rozwiązanie rodzice adopcyjni, ponoszą ryzyko tego, że adopcja może nie dojść do skutku.
Oczywiście można dyskutować jakie rozwiązanie jest lepsze (rodzina zastępcza czy adopcyjna żyjąca przez jakiś czas w ogromnym stresie). Ku rozwadze przytaczam kilka wypowiedzi znalezionych w sieci:

Te pierwsze 6 tygodni to była niepewność i strach. Codzinnie ze łzami w oczach starałam się zapamietać, co musiałabym przekazać mb na temat Oleńki, gdybym musiała ją jednak oddać; kiedy ma kolki, jak trzeba ją masować aby brzuszek przestał boleć, ile mleczka pije o określonych godzinach, jak lubi być noszona itp. 
Może uznasz mnie za wariatkę, ale dobro dziecka było dla mnie ważniejsze - tym bardziej że wtedy miałam wszelkie przesłanki by wierzyć, ze mb oddała maleńką do adopcji bo nie miała środków do życia, mieszkania, wsparcia rodziny- oddała bo kochała. 
Sytacja się nieco zmieniła gdy nie zgłaszała sie na kolejne terminy w sądzie i ostatecznie pozbawiono ją praw rodzicielskich. Po 9 miesiącach.”

Ja (...) powiem ze troche to jest strach dlatego ze mb zawsze moze po dziecko wrocic tzn 6 tyg a ty wtedy zwariujesz wiem bo ja mialam mb ktora chciala nam oddac dziecko do azw a jak urodzila to sie rozmyslila tyle dobrze ze nawet nie zdarzylismy zabrac malej do domu bo to juz wogole bylaby kleska ale i tak strasznie to przezylam.Wiec niechce sobie nawet wyobrazac co moze czuc kobieta ktora opiekuje sie malenstwem iles tygodni a tu nagle mb wraca po dziecko. Oczywiscie moze osrodki faktycznie wiedza ze dana mb nie wroci i wtedy warto ryzykowac ale trzeba byc silnym wrazie czego.”

Z przykrością stwierdzam, że taka procedura budzi wiele wątpliwości...rodzice adopcyjni oczekujący na maleństwo bardzo często nie są w stanie realnie ocenić swoich możliwości poradzenia sobie z ewentualną koniecznością rozstania z dzieckiem (w przypadku gdy nie dojdzie do zrzeczenia po 6 tygodniach)...Poza tym rozstanie niemowlęcia z rodzicami, którzy mieli nimi być a nie będą jest też traumatycznym przeżyciem.”



Osobiście, patrząc z punktu widzenia rodzica zastępczego, który opiekował się już niejednym noworodkiem, mogę stwierdzić, że mówienie tutaj o dobru dziecka jest trochę na wyrost. Myślę, że bardziej chodzi o dobro rodziców adopcyjnych, dla których strata kilku pierwszych tygodni , a często miesięcy życia dziecka (kiedy pojawia się pierwszy uśmiech, pierwszy ząbek), jest czymś, co decyduje o podjęciu tak ryzykownej drogi. Ale czy warto?
Dla dziecka kilkutygodniowego, a nawet kilkumiesięcznego, ważne jest, aby od początku swojego życia, miało jednego stałego opiekuna (bo ma to ogromny wpływ na jego rozwój emocjonalny). Jeżeli nauczy się nawiązywać więzi, to przejście do rodziny adopcyjnej nie jest żadną traumą. Nawet jeżeli rozpoznaje już dotychczasowych domowników, to jest czas na zapoznanie się z nowymi rodzicami.



Niestety jest jeszcze coś, o czym muszę w tym temacie napisać.
Zdarzyła nam się sytuacja rodziców adopcyjnych, którzy zaczęli już spotykać się ze swoim przyszłym dzieckiem w rodzinie zastępczej. Mimo, że rodzice biologiczni mieli już odebrane prawa rodzicielskie, nagle po kilku tygodniach złożyli do sądu wniosek o przywrócenie im tych praw. Widocznie sąd znalazł ku temu powody, bo został wyznaczony termin rozprawy (chociaż nie jestem przekonany, czy w takiej sytuacji, sąd nie jest zwyczajnie zobligowany do przeprowadzenia rozprawy - a niestety terminy są z reguły dość odległe). Niedoszli rodzice adopcyjni zrezygnowali z tego dziecka. Trauma była tak duża, że do kolejnej adopcji podeszli dopiero po kilku latach.
Obawiam się, że obecna ustawa 500+ może spowodować, że takich sytuacji będzie więcej.









środa, 15 czerwca 2016

--- Rodzice naszych dzieci cz.2

Dzisiejszy tekst jest kontynuacją rozważań rozpoczętych w poprzednim artykule, dotyczących rodziców, z którymi mają do czynienia dzieci odebrane swoim rodzinom biologicznym.
Ostatnio skupiłem się na rodzicach biologicznych, dzisiaj spróbuję opisać rodziców zastępczych (czyli między innymi, kogoś takiego jak ja). Jacy ludzie decydują się na pełnienie takiej funkcji, jakie są ich motywacje i jakie korzyści odnoszą dzieci przebywające w rodzinie zastępczej (w porównaniu na przykład z domem dziecka). Na dobrą sprawę, od tego artykułu powinienem rozpocząć prowadzenie tego bloga wiele miesięcy temu. Ale jakoś wyszło inaczej.


Rodzice zastępczy.

Istnieją dwa podstawowe stereotypy funkcjonujące w odbiorze rodzin zastępczych przez zwyczajnych ludzi. Pierwsze wyobrażenie związane jest z bardzo popularnym (przynajmniej kiedyś) serialem „Rodzina zastępcza”, drugi dotyczy posądzania rodzin zastępczych, że wszystko co robią – robią dla pieniędzy.
Wprawdzie sielankowe życie przedstawione w filmie może mieć miejsce w rzeczywistości, to jednak nawet w każdej przeciętnej rodzinie biologicznej jest dużo więcej problemów, zwłaszcza w okresie dorastania „pociech”. A trzeba przecież brać pod uwagę fakt, że dzieci w rodzinach zastępczych pochodzą z bardzo różnych (najczęściej patologicznych, a nawet przestępczych) rodzin.
Drugie wyobrażenie związane jest głównie z tym, że przeciętny człowiek zna model rodziny zastępczej głównie z mediów, a te niestety pokazują tylko sytuacje skrajne (bo przecież reportaż, czy artykuł o codziennym życiu rodziny zastępczej, nie zwiększy poczytności, czy też oglądalności danego środka przekazu). Do tego być może dochodzi własna hierarchia wartości życiowych niektórych osób, dla których działanie, które nie przynosi wymiernych korzyści materialnych, jest bezcelowe. Jednak czasami się zastanawiam, czy przypadkiem same rodziny zastępcze nie nakręcają pewnej spirali poczucia piętnowania, widząc wokół intrygi, spiski, coś czego tak naprawdę nie ma lub występuje marginalnie.
Sam nigdy nie doświadczyłem bezpośredniego ataku na moją osobę (w takim sensie, że na przykład ktoś uważa, że bogacę się wychowując cudze dzieci). Za to spotykam się dużą sympatią i pomocą ze strony osób, których czasami nawet nie znam. Pewnie są tacy, którzy podejrzliwie na mnie patrzą, ale prawdę mówiąc niewiele mnie to interesuje.

W założeniu, opieka zastępcza (w każdej formie) jest związana z tymczasowością i koniecznością utrzymywania kontaktów dziecka z jego rodzicami biologicznymi (oczywiście gdy ci wychodzą z taką inicjatywą). Najczęściej rodzice zastępczy i biologiczni, to dwie różne „bajki”. Kontakty te bywają więc w większości przypadków uciążliwe.
Każdy rodzic zastępczy musi liczyć się z tym, że w którymś momencie dziecko zostanie uwolnione prawnie (czyli zostaną odebrane prawa rodzicielskie rodzicom biologicznym) i dziecko zostanie skierowane do ośrodka adopcyjnego. Rodzice zastępczy mają pierwszeństwo w procesie przysposobienia (czyli adopcji), jednak nie wszyscy są na to gotowi (choćby ze względów finansowych). Bywa więc, że ośrodek adopcyjny (po rozważeniu wszelkich plusów i minusów) nie kieruje dziecka do adopcji (co powoduje, że nadal pozostaje ono w rodzinie zastępczej). Dotyczy to jednak głównie dzieci, które od dłuższego czasu przebywają w rodzinie zastępczej (istnieją bardzo silne więzi), albo są to dzieci starsze, chore lub upośledzone. Jednak w przypadku, gdy rodzina zastępcza ma na celu znalezienie dla dziecka kochającej rodziny adopcyjnej, to ośrodek adopcyjny szuka rodziców również dla dzieci starszych, a nawet w znacznym stopniu opóźnionych w rozwoju.

Niektóre osoby pragnące pozostać rodzicem zastępczym, zastanawiają się po co właściwie są szkolenia. Wielokrotnie są to ludzie, którzy wychowali już, lub wychowują własne dzieci. Mają więc doświadczenie. A zatem jaki jest tego cel? Przecież bywa, że bardzo młode osoby też często mają dzieci i potrafią się nimi zajmować bez jakichkolwiek szkoleń.
Niestety w przypadku rodzicielstwa zastępczego, nierzadko trzeba zmierzyć się z dziećmi bardzo trudnymi wychowawczo albo mającymi spore problemy zdrowotne. Bywa, że przy pierwszych spotkaniach z dzieckiem, a nawet w początkowym okresie wspólnego życia, nic nie zapowiada trudności, które mogą się pojawić. Zdarza się zatem, że rodzice doskonale przygotowani teoretycznie (poza szkoleniami można też korzystać z pomocy psychologa, prowadzone są wspólne zajęcia z rodzicami zastępczymi – tak zwane grupy wsparcia), mają chwile zwątpienia. Bywa więc, że opieka nad dzieckiem zastępczym przerasta rodziców pod względem emocjonalnym.
Zdarzają się zatem przypadki (na szczęście niezbyt częste), że dziecko opuszcza taką rodzinę. Bywa, że znajdzie się wówczas jakaś inna rodzina zastępcza, gotowa podjąć się tego wyzwania. Najczęściej jednak dziecko jest umieszczane w domu dziecka. Paradoksalnie wcale nie jest ono z tego powodu nieszczęśliwe. To, że dziecko świadomie stara się być bardzo trudnym w rodzinie zastępczej, wcale nie jest odosobnionym przypadkiem. W końcu rodzina stara się zadbać o takiego młodego człowieka, ukształtować go tak, aby w przyszłości potrafił sobie poradzić we współczesnym świecie. Niestety jest to związane z pewną kontrolą jego zachowania, często trzeba zastosować jakiś „szlaban”, aby przywrócić pożądane postępowanie. Dzieciom nie zawsze się to podoba (w końcu nawet dzieci biologiczne często się przed tym buntują). W domu dziecka jest większy luz. Można zginąć w tłumie innych dzieci.

Poza trudnościami natury charakterologicznej, występują też rozmaite zaburzenia mające podłoże medyczne. Za chwilę omówię różne formy funkcjonowania rodzin zastępczych. W każdym razie pomijając pogotowie rodzinne, w opiekę zastępczą w większości przypadków idą dzieci, które mają jakiś defekt. Czasami jest to drobiazg (który poprzez rehabilitację zniknie bez śladu), jednak często bywa, że występują duże problemy ze znalezieniem dla takich dzieci rodziny adopcyjnej.

Konkludując, pozostanie rodziną zastępczą jest ogromnym wyzwaniem. Zdarzają się sytuacje, że mimo szczerych chęci, świadomości podejmowanej decyzji i odbytych szkoleń, jest coś, co zostało przeoczone … albo zwyczajnie sprawa sama wymknęła się spod kontroli.

Poniżej przytaczam fragmenty rozważań trzech różnych osób. Ktoś, kto myśli o pozostaniu rodziną zastępczą, niech sobie je weźmie do serca. Często są to tylko chwilowe zwątpienia, ale trzeba brać pod uwagę, że coś takiego może mieć miejsce.

Od 5 dni jestem Rz dla 4-latki. Z info od pracownika socjalnego 'zdrowe, mądre dziecko' pewnie po jakichś przejściach. Dzisiaj już wiem, że to molestowana dziewczynka, która wykazuje cechy rad. Sprawa idzie do prokuratury. Ani razu nie zapłakała za matką, czy ojcem. jest bystra, inteligentna, ładna i potrafi manipulować otoczeniem. Mnie za zabranie z placu zabaw wyzwała od debilek i chamek, rzucała we mnie kaloszami, szmatą, kopała drzwi i łóżko. Budowlańcowi, który pracował za naszym płotem powiedziała, że nie jadła śniadanka. Facet karmił dziecko przez płot kaszanką, gdy to zobaczyłam wyszłam i spytałam jak mam to rozumieć. Wtedy przypomniałam małej, że jadła płatki na mleku chwilę wcześniej. Później dziecko cały dzień mówiło, że ten pan ją kocha, a potem straszyła mnie, że mu powie, że ja ją bije, co jest oczywiście kłamstwem. Co według Was powinnam zrobić? Czy my sobie poradzimy z dzieckiem po takich przeżyciach? Z jednej strony już ją lubię, ale ona mną manipuluje...”

Ja chłonę wszystkie emocje, nasiąkam nimi jak gąbka i spalam się. Przeraża mnie bezsilność i bezradność. Czuję się za głupia, zbyt niedoświadczona. Ciągle myślę, że mogłabym i powinnam dawać więcej, więcej wiedzieć, potrafić.
A jednocześnie nie mam siły ani czasu by tym się zająć.
Mąż nie potrzebuje samotności, oddzielenia od dzieci.
Ja czasem rozpaczliwie potrzebuję być SAMA. Dziś np. wysłałam wszystkich z domu (do przedszkola, szkoły, pracy), a sama zostałam w domu. Tylko pies jest, ale mądra sunia wie, że lepiej trzymać się z boku.
Dzieci nie wiedzą, wchodzą na głowę, domagają się uwagi, wszystkie na raz. Jest troje. Czasami mam ochotę uciekać.
I zawsze, kiedy poświęcam czas jednemu, mam wyrzuty sumienia, że odsuwam pozostałą dwójkę.
Za dużo się dzieje, za szybko.”

Moje małżenstwo prawie nie istnieje. Jak tylko mogę to wychodzę z domu, żeby zapomnieć o tym, co tam się dzieje i nie mam ochoty tam wcale wracać, chyba tylko ze względu na synka. Rano zanim wstane (a przez pół dnia musze sobie radzic z dwójką sama) czasem mysle, ze moze Mała wyparowala w nocy z łózeczka i że jej nie ma i moje życie wróci do normy.Synek pójdzie do przedszkola, a ja będę mogła normalnie wrócicd o pracy, zamiast iść na świadczenie pielęgnacyjne i się z córką męczyć w domu.
A myślałam sobie - dam rady, pomożemy jeszcze jednemu biednemu dziecku, zapewnimy mu zajęcia, rehabilitację, otoczymy opieką. Takie dziecko akurat stanęło na naszej drodze życia. Jesteśmy w tym wszystkim sami z mężem, on też już czasem nie daje rady. A mała będzie potem chciała chodzić, biegać, być, jak inne dzieci. Każdy specjalista powtarza, że nie jest zle, że rokuje, ze moze normalnie chodzic, że to moze nawet nie byc porazenie mózgowe, tylko jakaś sprawa genetyczna (bo, poza tym mówi normalnie, ma sprawne rączki, a nawet kontroluje potrzeby fizjologiczne, co u dziecka z porażeniem jest czymś niespotykanym), ale co z tego, skoro nie ma żadnej motywacji i ani grozby, ani prosby jej do chodzenia nie sa w stanie nakłonić, bo nie.


Przejdę może do przedstawienia różnych form bycia rodzicem zastępczym:

Rodzina zastępcza spokrewniona.
W myśl ustawy, rodzinę taką tworzą rodzice będący wstępnymi (czyli dziadkowie, pradziadkowie) lub rodzeństwo dziecka (brat, siostra). Jest to o tyle ciekawe, że dla przeciętnego człowieka, spokrewniony jest każdy, kto należy do rodziny (bliższej lub dalszej). Jednak w myśl przepisów prawa rodzinnego, spokrewnione są tylko te dwie grupy, o których wspomniałem wcześniej. Nawet ciocia dziecka (na przykład siostra jego mamy) jest osobą niespokrewnioną.
Rodziny zastępcze spokrewnione, zwolnione są z odbywania szkolenia dla rodzin zastępczych.

Rodzina zastępcza niezawodowa.
Jest to największa grupa rodziców zastępczych, ponieważ są to zarówno rodziny, które z takich lub innych powodów chciałyby się zaopiekować nieswoim dzieckiem, jak też osoby mu bliskie (dla których jest to dziecko rodziców z rodziny, którym zawieszono lub odebrano prawa rodzicielskie, ewentualnie nadal toczy się postępowanie w sprawie).
Wszystkie rodziny zastępcze (poza wspomnianymi wcześniej rodzinami spokrewnionymi) muszą przejść odpowiednie szkolenie, na końcu którego otrzymują kwalifikację do pozostania rodzicem zastępczym (albo nie). Wbrew pozorom nie jest to sprawa oczywista.
Rodzice zastępczy niezawodowi, najczęściej planują zaopiekować się jednym maluchem, biorąc ewentualnie pod uwagę jego rodzeństwo. Chociaż ciekawe jest to, że rodzice ci, w przeciwieństwie do adopcyjnych, wolą dzieci nieco starsze. Może nie nastolatki, ale też nie niemowlęta.

Rodzina zastępcza zawodowa.
W tym przypadku jedna osoba z rodziny otrzymuje wynagrodzenie, natomiast druga jest zobowiązania do uzyskiwania dochodów z innych źródeł. Chodzi o to, aby nie istniała pokusa korzystania ze środków uzyskiwanych na utrzymanie dzieci. Rodzina zawodowa najczęściej zajmuje się wychowywaniem trójki dzieci zastępczych. W wyjątkowych przypadkach (za zgodą rodziny) może być ich więcej, jednak ma to miejsce głównie w przypadku opiekowania się kilkorgiem rodzeństwa.

Rodzina zastępcza specjalistyczna.
Jest to forma zawodowej opieki zastępczej. Można powiedzieć, że od zwykłej zawodowej rodziny zastępczej, różni się ona tylko tym, że podopieczni mają bardzo duże problemy. W większości przypadków chodzi o dysfunkcje natury medycznej, ale bywa w takich rodzinach również tak zwana trudna młodzież. Gdybym sam miał podjąć się takiego wyzwania, to zdecydowanie wolałbym pierwszy wariant (czyli dzieci chore, upośledzone). Jakoś częste wizyty na komisariacie policji nie są moim marzeniem.
Niestety bardzo mało osób decyduje się na tą formę rodzicielstwa zastępczego. W skali kraju, jest to zaledwie niecałe trzysta rodzin.

Rodzinny dom dziecka.
W rodzinie tego rodzaju przebywa ośmioro dzieci (oczywiście jest to liczba umowna, w praktyce dzieci może być nieco więcej lub mniej). Podstawowa różnica w porównaniu do zwykłego domu dziecka polega na tym, że w rodzinnym domu dziecka, opiekunami są osoby zajmujące się dziećmi przez całą dobę (najczęściej małżonkowie). Jest to po prostu duża rodzina. Z psychologicznego punktu widzenia, każde dziecko potrzebuje przynajmniej jednego stałego opiekuna, bo to daje gwarancję harmonijnego rozwoju emocjonalnego. Zresztą nie tylko dzieci to dotyczy. Nawet każdy z nas dorosłych, mimo że chętnie wyjedzie na szalone wakacje (na których życie toczy się kilka razy szybciej), z przyjemnością wraca do domu, do rodziny.
W rodzinnych domach dziecka przebywają dzieci mające małe szanse na adopcję oraz bardzo często liczne rodzeństwa, które umieszczone w zwykłych (nawet zawodowych) rodzinach zastępczych, musiałyby być rozdzielone.

Pogotowie rodzinne.
Jest to forma krótkotrwałej (ale również zawodowej) opieki zastępczej. Do takiej rodziny przychodzą dzieci, których rodzice z różnych powodów nie mogą się nimi opiekować i sąd wydaje decyzję o tymczasowym umieszczeniu dziecka w rodzinie zastępczej. Bywa, że przywożone są tutaj dzieci z interwencji policji w ich rodzinnym domu. Trafiają tutaj również dzieci porzucone (choćby z okien życia). Wielokrotnie są to noworodki, które przychodzą prosto z oddziału położniczego.
Ideą utworzenia pogotowi rodzinnych była chęć zapewnienia dziecku domu rodzinnego na czas, w którym ma ono nieuregulowaną sytuację prawną. Chodzi o czas, w którym sąd musi podjąć decyzję, czy dziecko może wrócić do rodziny biologicznej, czy też odbiera jej prawa rodzicielskie i dziecko jest kierowane do ośrodka adopcyjnego. Teoretycznie dzieci w pogotowiu rodzinnym powinny przebywać cztery miesiące, z możliwością przedłużenia pobytu o kolejne cztery miesiące. Na szczęście pozostawiona jest „furtka”, umożliwiająca dłuższy pobyt w sytuacjach wyjątkowych.
W naszym pogotowiu, dzieci przebywają średnio 10 miesięcy, chociaż bywają duże odchylenia w obie strony. W przypadku, gdy nie widać „światełka w tunelu”, bo nie zanosi się ani na adopcję, ani na powrót do mamy biologicznej, dziecko kierowane jest do rodziny zastępczej długoterminowej (wprawdzie takie określenie nie istnieje, jednak mam na myśli dowolną rodzinę zastępczą, poza pogotowiem rodzinnym).
Pogotowie rodzinne jest dla wielu osób najtrudniejszą formą opieki zastępczej. Ponieważ ta sytuacja dotyczy Majki i mnie, rozwinę temat nieco bardziej, niż przy pozostałych postaciach rodzicielstwa zastępczego.
Jako główną przeszkodę w podjęciu decyzji o pozostaniu pogotowiem rodzinnym, wymienia się częste rozstania z dziećmi, które miało się pod opieką przez wiele miesięcy. Ale nie tylko to często zniechęca potencjalnych kandydatów do pełnienia tej roli. Duże znaczenie ma sam fakt rotacji dzieci (czyli również ich rodziców biologicznych, z którymi trzeba utrzymywać kontakty) oraz niepewność dnia codziennego. Na dobrą sprawę, z dnia na dzień dowiadujemy się, że wkrótce będziemy mieli nowych podopiecznych. Bywa, że jest to nawet tylko kilka godzin. Wprawdzie teoretycznie istnieje prawdopodobieństwo, że nawet w środku nocy podjedzie pod nasz dom radiowóz i przywiezie jakieś dzieci (które jesteśmy zobowiązani przyjąć), to jednak policja najpierw szuka pogotowia rodzinnego (chętnego i w miarę „pustego”) telefonicznie. W ciągu dnia, najpierw dzwoni do koordynatora pieczy zastępczej (w naszym przypadku PCPR-u), jednak po godzinach pracy urzędu, decyzję muszą podejmować rodziny zastępcze.
Kiedyś zadzwonił do mnie w godzinach późnowieczornych podinspektor Nowak (oczywiście nazwiska nie pamiętam, ale powiedzmy, że tak się nazywał), zadając jedno krótkie pytanie: „Mamy piątkę dzieci do umieszczenia od zaraz, ile jest pan w stanie przyjąć?” Zgodziliśmy się wówczas na dwójkę. Poszukiwania rodzin trwały do nocy. Ostatecznie znalazła się jakaś (chyba był to rodzinny dom dziecka), która zdecydowała się przyjąć całą piątkę.
Wyjeżdżając z domu na kilka dni (na przykład ostatni tydzień czerwca spędzamy z naszymi dziećmi zastępczymi nad morzem), zgłaszamy ten fakt do PCPR-u, aby wiedział, że nie jesteśmy w stanie wrócić do domu w ciągu kilku godzin.
Niektórzy (nawet wśród rodzin zastępczych) uważają, że aby zostać pogotowiem rodzinnym, trzeba mieć specyficzne predyspozycje. Kiedyś wydawało mi się, że mają na myśli pewnego rodzaju gruboskórność, zero empatii. Teraz podchodzę do tego zupełnie inaczej. Być może chodzi o to, że okazało się, iż (odpowiednio przygotowane) dzieci odchodzą do nowych rodziców bez tęsknoty za nami i bez cienia żalu do nas. Nowi rodzice dużo wcześniej spotykają się z dzieckiem, zabierają je na wycieczki, często do swojego domu. My trochę się wycofujemy, a oni stopniowo przejmują naszą rolę. Niestety nie zawsze jest to możliwe. Jednak nawet w najgorszym przypadku, do kilku spotkań dochodzi. Przy małych dzieciach, wielokrotnie jest to wystarczające. Pomijając powrót do rodziny biologicznej lub pokrewnej, nie mieliśmy jeszcze rozstania z dzieckiem kilkuletnim. Myślę, że w takim przypadku (o ile uznamy, że jest to konieczne) będziemy się upierać, aby nowi rodzice wcześniej stali się dla dziecka kimś ważnym, kimś kto w chwili odejścia, będzie już dla niego rodziną. Tak więc rozstania (odpowiednio przygotowane) nie są czymś strasznym. Osobiście, bardziej obawiałbym się ciągłego stresu, gdybym był rodzicem zastępczym z przebywającym u mnie dzieckiem od kilku lat, które nadal nie ma uregulowanej sytuacji prawnej. Teoretycznie rodzic biologiczny takiego dziecka, w każdej chwili może się nie upomnieć. Wprawdzie prawdopodobieństwo powrotu po latach, jest znikome, to jednak nie jest niemożliwe.
Kontakty z rodzicami biologicznymi naszych dzieci zastępczych też jakoś ogarniamy. Staramy się nie być wyniośli, ale też mamy własne zdanie, które jesteśmy w stanie poprzeć konkretną wiedzą. Zwłaszcza Majka w temacie chorób, zdrowia, pielęgnacji – jest nie do zagięcia (ale w końcu ma wykształcenie medyczne). Zresztą tak jakoś wyszło, że ona pełni rolę „złego policjanta” a ja dobrego. O ile sprawdzało się to w przypadku naszych dzieci (biologicznych), to nie przypuszczałem, że będzie równie skuteczne w przypadku rodziców naszych dzieci zastępczych.


Nie odniosłem się jeszcze w sposób bardziej szczegółowy do motywacji rodziców zastępczych. Dlaczego podejmują się tak trudnego zadania?
Pewnie jest jakaś grupa, która (jak niektórzy mówią) robi to „dla kasy”. Wydaje mi się jednak, że jest to margines, który można pominąć.
W większości przypadków są to ludzie, którzy kochają dzieci i czują potrzebę opiekowania się nimi. Do takich ludzi należy Majka. Jak sama mówi, przebywanie z dziećmi jest jej pasją. Moją wprawdzie nie jest, ale potrafię to zrozumieć. W końcu też mam swoje pasje.
Dla mnie opieka nad dziećmi zastępczymi była pewnego rodzaju wyzwaniem, próbą pokazania (choćby sobie samemu), że facet też potrafi ogarnąć gromadkę dzieci (w końcu miałem doświadczenie z trójką własnych). Decydując się na pozostanie rodziną zastępczą, zbyt wiele nie ryzykowałem, bo wiedziałem, że w przypadku, gdy moje wyobrażenie będzie zupełnie niezgodne z rzeczywistością, to Majka potrafi nad wszystkim zapanować sama (ja najwyżej byłbym wówczas typowo „technicznym” ojcem zastępczym). Jednak mimo wszystko byłem skłonny zgodzić się tylko na pogotowie rodzinne. Ta forma daje ten komfort, że w przypadku całkowitego „wypalenia”, można wszystko zakończyć w ciągu kilku miesięcy.
Okazało się jednak, że są to fantastyczne przeżycia. Gdy dziecko mówi do mnie „tata” i ledwo chodząc biegnie do mnie „na złamanie karku”, to łza się w oku kręci, bo czuję, że jestem dla niego całym światem. W takich chwilach mój „id” (mówiący: przecież to nie twoje dziecko) walczy z „superego” (które chciałoby, abym to dziecko adoptował). Na szczęście mam chyba bardzo dobrze rozwinięte „ego”, które powoduje, że robię wszystko, aby znaleźć dla tego dziecka jak najlepszych rodziców.
Przedstawione powyżej motywacje, raczej sugerują, że z altruizmem nie mają one nic wspólnego.
Niedawno Majka była na szkoleniu dla rodzin zastępczych. Był tam temat dotyczący postrzegania rodzin zastępczych przez otoczenie. Jednym z potencjalnych zarzutów było stwierdzenie, że rodziny zastępcze robią to dla siebie. Majka nie byłaby sobą gdyby nie podjęła się polemiki z tym sformułowaniem (w końcu na większość spraw patrzymy bardzo podobnie). Wydaje nam się, że tylko radość z tego co robimy, daje siły do dalszego działania. Jeżeli nie ma satysfakcji i zaspokojenia typowo egoistycznych potrzeb (np. znowu jestem mamą czy tatą), to pasja może przerodzić się w zwykłą harówkę, kiedy to wstając rano, myśli się tylko o tym, kiedy ten dzień się zakończy.

Mam nadzieję, że nawet gdy ktoś mówi, że chce się poświęcić innym dzieciom, albo że czuje powołanie do rodzicielstwa zastępczego, lub jest to dla niego czymś w rodzaju misji – też ma na względzie własne szczęście, przyjemność, radość z dawania.

Z kolei rodzice będący krewnymi dziecka, prawdopodobnie kierują się przede wszystkim odpowiedzialnością, wielokrotnie również miłością do dziecka, a nawet jego rodzica, który trochę pogubił się w życiu. Ale często bywa, że znalezienie rodzica zastępczego w rodzinie dziecka, jest bardzo trudne. Nawet jeżeli ktoś ma wszelkie predyspozycje (również pod względem prawnym), często nie decyduje się zaopiekować dzieckiem swojego krewnego. Poza dodatkowym obowiązkiem w postaci nowego członka rodziny, dochodzą jeszcze kontakty z rodzicami biologicznymi dziecka (a te niekoniecznie są pozytywne) oraz konieczność współpracy z koordynatorem pieczy zastępczej, który interesuje się losem dziecka (w końcu jest w jakiś sposób współodpowiedzialny za jego losy, a do tego częściowo finansuje jego utrzymanie).

Nie sposób nie wspomnieć o motywacjach osób, które kończą szkolenie dla rodziców zastępczych, ponieważ jest to krótsza droga do posiadania dziecka, w porównaniu z drogą adopcyjną. Wielokrotnie chodzi o spełnienie wymagań niektórych ośrodków adopcyjnych, które niepotrzebnie wydłużają czas oczekiwania (np. konieczność posiadania pięcioletniego stażu małżeńskiego). Chyba nie jest to jakoś uregulowane prawnie, ale większość ośrodków adopcyjnych przyjmuje zasadę, że różnica wieku między matką a dzieckiem adoptowanym nie może być większa niż 35-40 lat (liczby te różnie się prezentują w różnych ośrodkach adopcyjnych). Rodzicielstwo zastępcze daje więc nieco większe pole manewru.
Jednak w mojej ocenie takie podejście do sprawy jest obarczone ogromnym ryzykiem. Dziecko będące w pieczy zastępczej, cały czas tak naprawdę jest dzieckiem swoich rodziców biologicznych (którzy są jego opiekunami prawnymi). W ważnych decyzjach podejmowanych w stosunku do dziecka, należy uzyskać ich zgodę – choćby w przypadku wyjazdów zagranicznych czy przeprowadzanych zabiegów medycznych. Tylko w wyjątkowych sytuacjach sąd powierza pewne decyzje rodzicom zastępczym. Jednak największym problemem jest to, że postępowanie prawne cały czas jest w toku. Mimo, że między poszczególnymi rozprawami mijają miesiące, a często nawet lata, zawsze istnieje prawdopodobieństwo, że rodzice „staną na nogi” i zaczną ubiegać się o swoją latorośl. Wówczas można liczyć tylko na silne więzi z rodziną zastępczą i dobrą wolę sędziego. Jednak zawsze istnieje jakaś niepewność (oparta na dość dużym prawdopodobieństwie), że dziecko wróci do swoich rodziców biologicznych.
Jakiś czas temu wprowadzono ustawę, wedle której po 18 miesiącach od umieszczenia dziecka w rodzinie zastępczej, organizator rodzinnej pieczy zastępczej powinien wnioskować do sądu o uregulowanie sytuacji prawnej dziecka. Wymusza to więc na sądzie podjęcie decyzji, czy dziecko wraca do rodziców biologicznych, czy też zostają im odebrane prawa rodzicielskie i dziecko jest skierowane do ośrodka adopcyjnego. Oczywiście sąd jest niezawisły, więc może sprawę odroczyć, dając rodzicom biologicznym kolejną szansę na dalszą naprawę. Również fakt, że organizator pieczy zastępczej powinien złożyć wniosek do sądu, nie jest warunkiem obligatoryjnym (przynajmniej dotychczas). Wielokrotnie do jego złożenia nie dochodzi.
Do tego rodzice, którzy wybierają taką drogę, są bardzo źle postrzegani przez ośrodki adopcyjne (jako ci, którzy wykradają dzieci z kolejki adopcyjnej).
Najczęściej historia dobrze się kończy dla dziecka i jego rodziców zastępczych, jednak stres jest ogromny. Jest to więc w mojej ocenie droga dla ludzi bardzo silnych psychicznie.

Oczywiście istnieje też cały szereg rodzin zastępczych, które decydują się zaopiekować jakimś dzieckiem, które często przypadkowo poznali w jakiejś placówce – domu dziecka, domu pomocy społecznej, a nawet rodzinie zastępczej zawodowej.
Jakie mają motywacje? Zauroczenie? Dla mnie wystarczy.


Na koniec jeszcze jedno małe przemyślenie.
Wielokrotnie spotykam opinie rodzin zastępczych, które od dłuższego czasu poszukują
dziecka … i nic. Prawdopodobnie są różne przypadki, jednak najczęściej są to rodzice, którzy chcieliby wziąć w opiekę najchętniej dziecko małe i zdrowe, a do tego najlepiej z uregulowaną sytuacją prawną. Takich dzieci faktycznie nie ma, bo kierowane są do rodzin adopcyjnych.
Ideą rodzicielstwa zastępczego jest pomaganie dzieciom, których nikt nie chce, lub w ich sprawie cały czas toczy się postępowanie sądowe. Nie są to więc dzieci małe, zdrowe i wolne prawnie. Jest jednak spore grono dzieciaczków z zaburzeniami rozmaitego rodzaju oraz dzieci starszych, które czekają na takich właśnie rodziców. Przez kilka miesięcy poszukiwaliśmy rodziców zastępczych dla dziewczynki z porażeniem splotu barkowego i lekką wadą serca. Długo nie było też odzewu w przypadku dzieci siedmioletnich.
Problemem jest też często nieciekawa współpraca PCPR-ów z różnych powiatów. A poza tym wielokrotnie zachowują się one jak brzydka księżniczka, poszukująca pięknego księcia na białym koniu – ale to już osobny temat.



sobota, 4 czerwca 2016

--- Rodzice naszych dzieci cz.1

Niedawno przeczytałem artykuł na temat rodziców biologicznych na blogu Lady Makbet. Jak już kiedyś pisałem, bardzo lubię tam zaglądać (link do opisu podam na końcu tego tekstu). Zarówno wpis autorki tego bloga, jak też zacytowana przez nią inna opinia dotycząca rodziców biologicznych dzieci, które są kierowane do adopcji, zachęciła mnie do opisania własnych przemyśleń dotyczących tej kwestii. Niestety nasze maluchy, w większości przypadków, mają aż trzy pary rodziców: biologicznych, zastępczych i adopcyjnych.
Postaram się w trzech kolejnych odcinkach wyrazić swoją opinię o wspomnianych wyżej rodzicach. Ciekawi mnie zwłaszcza to co napiszę na temat rodziców zastępczych. Z jednej strony, jest to duża grupa osób funkcjonujących w różnych formach rodzicielstwa zastępczego, a z drugiej, przyjdzie mi zmierzyć się z opisaniem osób mojego pokroju, czyli kogoś kto wybrał formę pogotowia rodzinnego.
Oczywiście wszystko co napiszę, będzie tylko i wyłącznie moją własną interpretacją tego, co widzę w codziennej pracy w charakterze taty zastępczego. Jeżeli ktoś ma inne odczucia, to zachęcam do przedstawienia własnych przekonań i doświadczeń.

Rodzice biologiczni naszych dzieci zastępczych.

Kim są? Czego pragną dla swoich dzieci? Jakie podejmują działania aby je odzyskać?
Dawniej myślałem, że są to głównie ludzie z marginesu, funkcjonujący w tak zwanym półświatku. Po części tak jest, jednak w większości przypadków, rodzice naszych dzieci są bardzo młodymi, zagubionymi osobami, które nie mają żadnego wsparcia w najbliższej rodzinie. Wielokrotnie mają konflikt z prawem, chociaż przy bliższym poznaniu okazują się całkiem sympatycznymi ludźmi.
Nie oznacza to jednak, że w każdym przypadku, chciałbym aby dzieci do nich wróciły. Wręcz powiedziałbym, że taka myśl przemknęła mi w całej naszej historii bycia pogotowiem rodzinnym, może dwa, albo trzy razy. Zanim zostanie podjęta decyzja o ograniczeniu praw rodzicielskich, rodzina w większości przypadków korzysta z pomocy opieki społecznej. Jednak przyczyną odbierania dzieci nie jest bieda, chociaż ta często też występuje. Podstawą decyzji sądu jest zawsze brak sprawowania należytej opieki nad dzieckiem. Mimo ogromnej sympatii do tych rodziców, w większości przypadków nie tylko zgadzam się z decyzją sądu, to jeszcze trzymam kciuki, aby te dzieci znalazły się w kochającej rodzinie adopcyjnej (a nie wracały do poprzednich domów).

Jak wcześniej wspomniałem, rodzice biologiczni są bardzo często osobami młodymi. Wprawdzie nie jest to zarzut, jednak często brak doświadczenia życiowego i niewłaściwe wzorce w rodzinie powodują, że tacy ludzie nie potrafią się odnaleźć w roli rodzica. Mieliśmy na przykład do czynienia z mamą, która jest w wieku mojej dwudziestojednoletniej (cieszącej się życiem) córki, mającą już trójkę dzieci. Najstarsze z jej dzieci przebywało u nas i aktualnie znajduje się w rodzinie adopcyjnej. Co będzie z kolejną dwójką? Czy będzie potrafiła wykorzystać pomoc różnych instytucji (wiemy, że aktualnie ma to miejsce), czy „popłynie”, bo jej psychika nie będzie w stanie sprostać takim obowiązkom?
Zarówno młodość, jak też mnogość posiadanych dzieci, jest tym co przykuwa moją uwagę. Jednak w większości przypadków jest to schemat powielany w rodzinie, który jest dla niej czymś zupełnie normalnym. Trzydziestopięcioletnia babcia dziecka, które aktualnie u nas przebywa (która na siłę mogłaby być moją córką), nie robi już na mnie wrażenia. Nawet ostatnio, gdy dowiedziałem się, że będziemy mieli odwiedziny sześćdziesięcioletniej prababci, byłem trochę zawiedziony – zakładałem, że będzie w moim wieku.
Posiadanie dziecka w młodym wieku nie jest czymś złym, a nawet bym powiedział, że jest czymś pięknym (gdy Majka rodziła naszą najstarszą córkę, też miała zaledwie dwadzieścia jeden lat).
Problem polega na tym, że trzeba mieć choć odrobinę odpowiedzialności. Ojcowie naszych dzieci zastępczych praktycznie nie istnieją. Relacje „naszych mam” z ich partnerami w najlepszym razie możemy uznać za „szorstkie”. Niedawno Majka dostała wezwanie z sądu (odległego o 280 km), aby przyjechała zeznać, że partner mamy, której pierwsze dziecko było w naszej rodzinie – jest ojcem jej drugiego dziecka (???). Wprawdzie odwiedzali u nas swoją córkę, ale przecież do łóżka z nimi nie chodziliśmy.

Innym problemem rodziców naszych dzieci są rozmaite uzależnienia i choroby uniemożliwiające sprawowanie opieki nad dzieckiem (głównie choroby psychiczne). W pierwszym przypadku, najczęściej chodzi o alkohol lub narkotyki, ale spotkaliśmy się też z uzależnieniem od partnera. Czasami trzeba podejmować trudne decyzje, które w sposób radykalny zmienią dotychczasowe życie. Z wyrażeniem chęci dokonania gruntownych zmian, to może nawet nie ma większego problemu, jednak zrobienie pierwszego kroku często jest niewykonalne – a tych kroków trzeba zrobić sporo.
Dotyczy to również chorób, które leczone (np. schizofrenia), pozwalają na normalne życie. W przypadku ciężkiej i nieuleczalnej choroby, która uniemożliwia opiekowanie się dziećmi, zostają one skierowane do rodziny zastępczej, w której mogą przebywać do pełnoletności. Takie rozwiązanie jest również bardzo korzystne dla mamy biologicznej (bo oczywiście gdyby w rodzinie była osoba, która mogłaby zaopiekować się dziećmi – np. tata, to nikt by ich nie odbierał).

Dużym problemem jest brak wsparcia w rodzinie (tej bliższej i dalszej). Rodzice biologiczni najczęściej mogą liczyć tylko na siebie (chociaż bywają też pozytywne wyjątki). Zdarza się, że dziecko odchodzi od nas do cioci lub babci (które stanowią dla niego rodzinę zastępczą). Jednak częściej rodzina albo nie jest zainteresowana taką pomocą, albo nie może zostać rodziną zastępczą (bo na przykład nie może się pochwalić zaświadczeniem o niekaralności albo własne dzieci też ma odebrane). Zresztą brak pomocy w postaci pozostania rodziną zastępczą dla kogoś bliskiego, wielokrotnie nie wynika ze złej woli, ale z obawy przed natarczywością a wręcz agresją rodziców biologicznych.

Dzieci, które są umieszczane w naszym pogotowiu, w większości przypadków nie są dziećmi, które znalazły się w swojej rodzinie w wyniku świadomie podjętej decyzji swoich rodziców. Oznacza to, że ich mamy w czasie ciąży nie do końca dbały o siebie, wielokrotnie nawet nie mając świadomości jak wielkim niebezpieczeństwem dla płodu jest taki a nie inny tryb życia (choćby dotyczący spożywania alkoholu). Z czego wynika złe traktowanie dzieci po urodzeniu? Dlaczego biją, zaniedbują, porzucają? Nie wiem. Może żal do życia?
Kiedyś policzyłem na naszym przypadku, że tylko 25% dzieci, które do nas przyszło, było zupełnie zdrowych (nie licząc jakichś infekcji, czy też dolegliwości niezwiązanych ze sprawowaną opieką – np. alergii). Pozostałe miały mniejsze lub większe problemy wynikające z małej dbałości zarówno w życiu płodowym, jak też w pierwszym okresie po urodzeniu. Większość opóźnień i widocznych zaniedbań udaje się wyeliminować na drodze długotrwałej rehabilitacji, leczenia, czy też pracy z psychologiem, logopedą i innymi specjalistami. Ale w wielu przypadkach można by tego uniknąć.

Bardzo ciekawie wygląda sprawa kontaktów rodziców biologicznych z dziećmi, które u nas przebywają. Początkowo chcieliby się spotykać niemal codziennie. Niektórzy, gdy wyrażamy zgodę na wizytę jeden raz w tygodniu, są prawie oburzeni. Zalecamy wówczas sądowe uregulowanie widzeń. Jednak zanim rodzice tacy zabiorą się do napisania pisma do sądu, ochota na spotkania z dzieckiem powoli im przechodzi. Najczęściej nawet ten jeden raz w tygodniu staje się dla nich dużym problemem i widują się z dzieckiem rzadziej i nieregularnie (nawet w odstępach wielotygodniowych). Kiedyś przyszła do nas jedna z takich mam. Czule przywitała się z dzieckiem, wycałowała je i wyściskała … tyle tylko, że nie było to jej dziecko. Swojego zwyczajnie nie poznała.
Tak wygląda sytuacja z rodzicami, którym odebrano dziecko po raz pierwszy. Mamy, których kolejne dziecko trafia do rodziców zastępczych, często nie odwiedzają go wcale lub raz na kilka miesięcy. Bywa, że kontakt jest wyłącznie telefoniczny, a nawet tylko poprzez SMS-y. Tatusiowie takich „kolejnych” dzieci praktycznie dla nas nie istnieją. Zresztą w większości takich przypadków, każde z rodzeństwa ma innego ojca.

Wydawać by się mogło, że takie rodziny, które nie za bardzo interesują się swoim dzieckiem, pozwolą mu „odejść” i zamieszkać w rodzinie, która najlepiej jak potrafi zadba o jego rozwój emocjonalny, intelektualny, fizyczny. Niestety walka o odzyskanie dziecka trwa do końca. Rodzice potrafią udawać, obiecywać, odwoływać się od decyzji sądu. Umieją złożyć wniosek do sądu o ustanowienie swojego pełnomocnika. Wprawdzie jest to prawnik przysługujący „z urzędu” i być może nie będzie nadstawiał karku, aby sprawę za wszelką cenę wygrać, to jednak z pewnością wykorzysta wszelkie istniejące zapisy prawne. A czas płynie. Dziecko, które od dawna mogłoby znaleźć się w kochającej rodzinie adopcyjnej, cały czas przebywa u nas, więzi są coraz silniejsze, a odejście będzie trudniejsze. Na początku bardzo mnie dziwiła taka bezcelowa walka o dziecko. Teraz wiem, że nie chodzi o wielką miłość do dziecka, ale o pomoc finansową z opieki społecznej, która ma miejsce zwłaszcza w przypadku rodzin z dziećmi. Niestety niedawno wprowadzona ustawa powoduje jeszcze większą eskalację tego zjawiska. Słyszałem o przypadkach, w których rodzice biologiczni zaczynają interesować się dziećmi przebywającymi od wielu lat w rodzinach zastępczych. Nagle po miesiącach, a nawet latach nieobecności zaczynają do nich tęsknić.
Oczywiście nie chciałbym generalizować. Są z pewnością takie rodziny, którym po prostu w życiu nie wyszło. Takie, którym w którymś momencie powinęła się noga i zrobią wszystko, aby naprawić swoją sytuację i odzyskać dziecko … jak do tej pory na taką nie trafiliśmy.
Mieliśmy za to do czynienia z osobą, która świadomie podjęła decyzję o zrzeczeniu się praw do swojego dziecka (już na etapie, gdy była w ciąży). Jest to jedyny znany mi przypadek, gdy dziecko trafiło do rodziny adopcyjnej z powodu biedy. Jednak nie było to dziecko odebrane mamie. Gdyby chciała, mogłaby je wychowywać i liczyć na wsparcie finansowe ze strony Państwa. Jednak jak sama mówiła, nie chciała z nim „biedować”, pragnęła dla swojego dziecka czegoś więcej. Niestety jak do tej pory, była to jedyna osoba, o której można powiedzieć, że podjęła świadomą decyzję wymagającą ogromnej odwagi i miłości.

Niestety mój osąd rodziców biologicznych nie jest dla nich zbyt korzystny. Im dłużej mam do czynienia z rodzicielstwem zastępczym, tym coraz bardziej tracę wiarę, że któreś z przebywających u nas dzieci, wróci do rodziny biologicznej. A jeszcze bardziej przeraża mnie myśl, że jeżeli już do tego dojdzie, to czy nie będzie to najtrudniejsze rozstanie, z jakim do tej pory się zetknęliśmy.
Jednak mimo wszystko nie chcę wartościować tych ludzi. To co napisałem jest tylko moją subiektywną opinią dotyczącą pewnej rzeczywistości, którą obserwuję. Jest to zupełnie inny świat... Jest to świat, którego tak naprawdę nie znam i nie wiem jak sam bym się zachował, gdybym się w nim znalazł.

Często nurtuje mnie pytanie, co tak naprawdę myślą o nas rodzice biologiczni. W końcu dla nich, my też pochodzimy z zupełnie innego wymiaru, którego nie znają i nie rozumieją.
Dotychczas wszyscy, z którymi mieliśmy kontakt, byli całkiem sympatyczni. Być może mamy szczęście. Wiem jednak, że rodzice biologiczni wielokrotnie potrafią być nie tylko niemili, ale wręcz agresywni.
Może w tej kwestii ważne jest też zachowanie rodziców zastępczych?
Ale to rozważę w przyszłym tygodniu.

Na koniec link do artykułu, od którego rozpocząłem mój opis:

http://takie-tam-stozki.blog.pl/2016/05/27/rodzina-biologiczna

piątek, 27 maja 2016

--- Ja, taki fajny gość.

Kilka tygodni temu, pod postem, w którym opisałem Majkę, pojawił się komentarz Uli, sugerujący aby teraz to ona napisała coś na mój temat. Maja zdecydowanie stwierdziła, że jeszcze nie jest na takie zwierzenia gotowa.
Jakież więc było moje zdziwienie, gdy dwa dni temu znalazłem na komodzie kopertę z wielkim napisem PIKUŚ. W środku była zapisana kartka. Już po przeczytaniu pierwszego zdania wiedziałem, że jest to opis mojej osoby. Zresztą nietrudno było się zorientować, skoro zaczynało się ono od mojego imienia.
Po przeczytaniu całego opracowania, od razu przyszedł mi do głowy tytuł dzisiejszego posta, który zapożyczyłem z piosenki jednego z moich ulubionych zespołów. Wprawdzie cała moja charakterystyka nie jest jakoś przesadnie obszerna, jednak jest bardzo uczuciowa. Nie przypuszczałem, że dla kogoś mogę być kimś aż tak ważnym, że jest ktoś, kto potrafi kochać bezgranicznie i bezwarunkowo.

Oto znalezione studium Pikusia:

Pikuś jest najważniejszą osobą w moim życiu. Kocham go wyjątkową miłością i wiem, że mogłabym oddać za niego życie. Mocno wierzę, że on również darzy mnie takim bezinteresownym uczuciem, mimo że wprost mi tego nigdy nie powiedział (nie wiem dlaczego, ale woli używać innych czułych słów, niż wyrazić to zwyczajnie: „kocham cię”). Jednak jest między nami bardzo silna więź i na dobrą sprawę słowa nie są potrzebne.

Pamiętam jak wiele lat temu, po przeprowadzce do nowego domu, Pikuś przez jakiś czas pracował w sypialni (bo jeszcze nie miał dokończonej swojej pracowni). Klawiaturę trzymał na niskim stoliczku, a sam siedział na podłodze „po turecku”. Przychodziłam wówczas do niego, siadałam mu na kolanach i wtulałam się w jego ciało. Mimo, że często mu przeszkadzałam, wcale się nie złościł. Głaskał mnie czule po szyi – czułam się fantastycznie. Później, gdy „wyprowadził” się z sypialni do pracowni, wiele się zmieniło.
Tęsknię do tych chwil, chociaż nadal są inne przyjemności. Latem, gdy jest ładna pogoda, Pikuś wstaje rano, robi kawę i wychodzi na taras. Mamy tam taką zdezelowaną kanapę, na której siadamy obok siebie i wygrzewamy się na słońcu. Wprawdzie obecnie Pikuś rzadko przebywa w ogrodzie, bo dzieci i praca zabierają sporo czasu, to jednak często wracam myślami do okresu, w którym kosił trawnik prawie co tydzień. Cały czas mam w pamięci ten zapach świeżo skoszonej trawy … Turlaliśmy się w tym sianie jak dzieci – bezcenne wspomnienia. Teraz praktycznie nie mamy trawnika, ale dziką łąkę, co też ma swój urok. Leżenie w pokrytej rosą trawie i patrzenie w niebo daje mi tylko odrobinę mniej radości niż kulanie się na sianie. Szkoda, że Pikuś jakoś nie lubi wilgoci i rzadko mi towarzyszy w tej przyjemności.

Mieliśmy też okres, w którym biegaliśmy po lesie. Jednak pewnego dnia spotkaliśmy w nim myśliwego. Tą sytuację zapamiętam do końca życia. Spojrzał mi prosto w oczy i zapytał, czy się nie boimy? Przecież możemy zostać pomyleni z dzikiem – i co wtedy (zwłaszcza, że najczęściej biegaliśmy tuż przed zmierzchem)? Od tego czasu dobiegałam tylko na skraj lasu i wracałam do domu. Jednak Pikuś jest odważny, biegł dalej, nie zważając na pogróżki myśliwego. Teraz dałam sobie już spokój z bieganiem – niestety kondycję mam coraz słabszą.

Mam też pewien lęk – panicznie boję się zastrzyków. Jednak gdy jest to konieczne, Pikuś zawsze towarzyszy mi w tym przykrym zabiegu. Jest tuż obok mnie i wspiera jak może. Ufam mu.

Parę lat temu, gdy pojawiły się w naszym domu dzieci, wiele rzeczy uległo zmianie. Chociaż w zasadzie z czystym sumieniem mogę stwierdzić, że uwielbiam te dzieciaczki. Wprost przepadam za tymi chwilami, w których się nimi opiekuję i z nimi bawię. Na dobrą sprawę są to bardzo długie chwile, po kilka a nawet kilkanaście godzin dziennie. Jednak mi to nie przeszkadza, jestem bardzo cierpliwa.

Pamiętam jeszcze, jak kilka lat temu Pikuś spędzał noce w sypialni. Kładłam się wtedy obok niego, a on wyciągał rękę i delikatnie muskał dłonią moją głowę i szyję.
Teraz sypia z dziećmi na piętrze. Bierze je na rękę i zamyka mi drzwi tuż przed nosem. Chciałabym w tym momencie nacisnąć klamkę i wejść do niego. Jednak gdy spoglądam na moje łapy, to wiem, że nigdy mi się to nie uda.
A do Pikusia mam żal tylko za moje imię (Furia), przecież ono wcale do mnie nie pasuje.



sobota, 21 maja 2016

CHAPIC 4

Doszedłem do przedstawienia ostatniej części historii chłopca. Większość opisów naszych dzieci udaje mi się zawrzeć w jednym, góra dwóch rozdziałach. Chapic był jednak specyficznym dzieckiem. Praktycznie od wielu miesięcy był wolny prawnie, a walka toczyła się o to aby znaleźć mu wspaniałych rodziców … a w zasadzie, aby znaleźć mu jakichkolwiek rodziców. Jego dzieje dziecka zastępczego, mimo że bardzo burzliwe (na szczęście chłopiec nie miał tego świadomości) w końcu zakończyły się szczęśliwie w rodzinie Giuseppe i …? Mama ma na imię Francesca, ale nie mam pojęcia jak to odmienić (w wersji pisanej).
W międzyczasie chłopiec był proponowany wielu rodzinom. Biorąc pod uwagę fakt, że znalazł się w bazie ogólnopolskiej, mogły to być nawet setki rodzin, a może tylko kilka. Każda rodzina decydująca się na przysposobienie, określa wstępnie pewne cechy dziecka, które chce adoptować. Dotyczy to również warunków, których nie jest w stanie zaakceptować. Z tego co wiem, słowo FAS, jest w większości przypadków warunkiem wystarczającym aby takie dziecko odrzucić bez dalszej oceny. Być może brzmi to brutalnie, jednak są to z pewnością decyzje podejmowane bardzo świadomie. Chapic, mimo że w chwili obecnej nie jest bardzo opóźniony w stosunku do rówieśników, to tak naprawdę nie wiadomo, czy nie stanie się dla swoich rodziców przysłowiową puszką Pandory. Bardzo ich cenię za podjętą decyzję, bo wiem, że mają pełną świadomość stanu medycznego chłopca. Kolejne miesiące i lata, będą pełne radości związanych z pokonywaniem przez syna kolejnych barier, ale też pełne obaw, czy przypadkiem nie dojdzie do takiej, której nie uda mu się przeskoczyć. Pół biedy, gdy będą to tylko problemy z nauką matematyki. Niestety najgorsza w wychowaniu takich dzieci jest niewiadoma. Chapic sprawia wrażenie, że sam sobie poradzi w życiu, ale pewności nie ma.

Chapic jest jedynym naszym dzieckiem, którego impreza pożegnalna trwała trzy dni.
Rozpoczęła się w niedzielę. Była na niej nasza rodzina, na czele z ciociobabcią Hanią, która jak zawsze zasponsorowała tort (biorąc pod uwagę zarówno finanse jak i robociznę). Była też „przyszywana” prababcia Chapicka, czyli mama Majki (w końcu Maja bardziej zasługuje już na miano babci zastępczej niż mamy zastępczej), oraz siostrzenica Majki (dla której chyba będę musiał wymyślić jakiś pseudonim, ponieważ z racji niedalekich narodzin drugiego dziecka i przeprowadzki w nasze okolice, pewnie będzie częstym naszym gościem). Była też ciociobabcia Ela, która przede wszystkim dla naszych dzieci zastępczych jest kimś wyjątkowym.
Jednak najważniejszymi osobami w tym dniu (na pewno dla nas, ale myślę że również dla Chapicka ) była Malwina i Jeremi z córką Oleńką. Nie będę wracał do ich historii, bo wspominałem o nich wielokrotnie w poprzednich opisach. Jestem jednak przekonany, że to im, Chapic zawdzięcza najwięcej. Spędzając z nimi każdy weekend nauczył się, że rodzina to nie tylko ciocia, która spędza z nim większość dnia, ani wujek, którego widzi tuż przed snem i chwilę po obudzeniu. Rodzina, to również ktoś, kto zabiera z domu, organizuje zabawy, daje miłość być może w zupełnie inny sposób niż ta, w której się wyrasta. Myślę, że znajomość z Malwiną i Jeremim, bardzo ułatwiła chłopcu pokochanie nowych włoskich rodziców.
Co na mnie zrobiło największe wrażenie tego pierwszego dnia? Łzy wzruszenia w oczach mężczyzny. Do tego, że Majka płacze przy każdym pożegnaniu, już się przyzwyczaiłem. Mój smutek trwa dosłownie kilkanaście sekund, bo mimo wszystko ważniejsza jest świadomość, że dziecko rozpoczyna nowy, lepszy okres swojego życia.
Doszedłem do wniosku, że więź między Chapickiem a Jeremim musiała być bardzo silna.
Chłop jak dąb, który wielokrotnie ma do czynienia z sytuacjami bardzo drastycznymi, wymagającymi silnego charakteru – płacze … Piękne.
Kolejne dwa dni były już mniej nostalgiczne, chociaż Majka i Francesca „beczały” wielokrotnie. Najszczęśliwszy był chyba Chapic, bo tylu ciastek, ile w tych ostatnich trzech dniach, nie zjadł chyba przez całe życie.
Nowi rodzice przyjechali wypasionym minivanem (który potrafi zmieścić więcej niż dwa nasze samochody razem wzięte) wypełnionym po brzegi rzeczami dla Chapicka (głównie zabawkami). Gdy Majka dołożyła wyprawkę, którą dla niego przygotowała, to okazało się, że na tylnym siedzeniu pozostała tylko 40 centymetrowa przestrzeń na krzesełko dla chłopca. Niestety nie było to dla niego czymś, o czym marzył, więc po kilkunastu minutach przesiadł się na przednie siedzenie, na którym (przypięty jednym pasem ze swoją mamą) dojechał do tymczasowego domu w Polsce. Bardzo mu się taki wariant podobał, jednak na wyjazd do Włoch, będą musieli coś wykombinować.
Od tego dnia otrzymaliśmy już przynajmniej kilkadziesiąt zdjęć. Francesca bez przerwy pisze coś do Majki i na odwrót, oczywiście każda w swoim języku. Nie przypuszczałem, że najważniejszymi słowami zarówno w języku polskim jak i włoskim są: SUPER i OK.
Chłopak radzi sobie rewelacyjnie, ma świetny apetyt (śmiać nam się chce, bo na większości zdjęć, na których coś je - tym czymś jest spagetti). Gdy był u nas, uwielbiał jeść samodzielnie. Cieszymy się, że dalej to kontynuuje – w jednej ręce trzyma widelec, a drugą nakłada jedzenie do dzióbka.

Tydzień temu pisałem, że Chapic będzie miał spotkanie z psychologiem w ośrodku adopcyjnym. Trochę powątpiewałem w sens tych badań, mając na względzie krótki okres, w którym chłopiec przebywał w nowej rodzinie. Ale z drugiej strony, wiedząc, że jest „super i ok” oraz widząc uśmiechniętą buźkę Chapicka na zdjęciach, wierzyłem, że powali na tych badaniach wszystkich na kolana. Miałem rację (a wiemy to bezpośrednio ze źródła, czyli ośrodka adopcyjnego).
Przede wszystkim, mały doskonale już wie, kto jest dla niego najważniejszy. Zdecydowanie faworyzuje Francescę i Giuseppe.
Pani psycholog była zachwycona tym, że chłopiec potrafi już po włosku powiedzieć: mamma, papa i ciao. Nie wiedzą jeszcze, że zna słowo „buongiorno”. Wprawdzie jest ono zbyt trudne do wypowiedzenia, ale gdy tylko je usłyszy, to natychmiast wyciąga rękę na powitanie.
Trochę zdziwiła nas wypowiedź pani psycholog, która stwierdziła, że chłopiec świetnie rozumie, co się do niego mówi po włosku.
Mama powiedziała: „przynieś samochodzik” - przyniósł,
potem: „przynieś misia” - przyniósł,
przynieś bucik” - przyniósł.
Nie wiem, czy pani psycholog zna język włoski, ale ja bym raczej podejrzewał, że Francesca cały czas mówiła: „Chapic, przynieś wreszcie tą piłkę bo nam nie zaliczą”.

Myślę, że pewne akcenty dotyczące dalszych losów Chapicka będą co jakiś czas się pojawiać na tym blogu. Jego włoscy rodzice są bardzo sympatyczni i skoro w tej chwili aż tyle czasu poświęcają rozmowom z nami i przesyłaniem zdjęć chłopca, to pewnie w przyszłości też znajdą trochę czasu na krótką informację choćby raz na kilka miesięcy. Będzie to dla nas bardzo miły gest.

Na koniec zamieszczę oficjalne listy i życzenia, które zostały napisane przez różne osoby. Jeżeli ktoś lubi coś takiego czytać, to zapraszam.
Jest w nich kilka odniesień do imienia chłopca. Według aktualnego mojego stanu wiedzy, imię nie ulegnie zmianie (poza jedną literką – bo tak jest w języku włoskim – zamiast Chapic będzie Chapis)

List rodziców włoskich do nas:

"Szanowni Państwo,
mamy nadzieję, że u was wszystko dobrze. Dowiedzieliśmy się dziś, że możemy przyjechać po Chapicka 10 maja, a 23 maja będzie rozprawa w sądzie. Jesteśmy z tego powodu bardzo szczęśliwi, bo to już niedługo!!! Myślimy o Chapicku każdego dnia. Wieczorem, kiedy jemy kolację rozmawiamy o nim, o rzeczach, które będziemy razem robić. Cała nasza rodzina (dziadkowie, wujkowie, ciocie, kuzyni) już na niego czekają. Marzymy już od dawna o powiększeniu naszej rodziny i o dziecku. Rozpoczęliśmy starania o adopcję dwa lata temu, ale już dużo wcześniej byliśmy gotowi w naszych sercach by zostać rodzicami. Chcielibyśmy bardzo Wam podziękować, że tak wspaniale się zajmujecie Chapickiem. To, że jest on takim pogodnym dzieckiem to tylko i wyłącznie zasługa Waszej miłości. Wiemy, że nie będzie Wam łatwo powierzyć go nam, po tym jak troszczyliście się o niego przez tyle czasu i po tym jak patrzyliście na jego uśmiech i na pierwsze kroki. Chcielibyśmy, żebyście mu powiedzieli, że na niego czekamy i że zrobimy wszystko by pomóc mu być szczęśliwym i rozwinąć wszystkie jego możliwości. Do zobaczenia wkrótce.
Mama Francesca i tata Giuseppe"


List Majki do rodziców włoskich:

Kochani!
Oddajemy w Wasze ręce Wielki Skarb – Chapicka.
Pokochaliśmy go bardzo, więc trudno nam się z nim rozstawać, ale jesteśmy pewni, że będziecie o niego dbać i obdarzycie go wielką miłością.
Życzymy Wam wiele radosnych chwil i wspólnej zabawy. Bądźcie jego przewodnikiem w odkrywaniu i poznawaniu świata, a jesteśmy pewni, że on odpłaci Wam uśmiechem, miłością i przywiązaniem. Jeżeli zechcielibyście czasem napisać nam parę słów i przysłać jakieś zdjęcie z Waszego wspólnego życia, będziemy bardzo wdzięczni.
Majka i Pikuś
PS. Na Wasze ręce przekazujemy listy dla Chapicka. Prosimy, przeczytajcie je i sami zadecydujcie, kiedy mu je pokażecie.”


List ciociobabci Hani do Chapicka:

Piszę Kochany Chapicku, bo nie wiem, jak teraz masz na imię. Jesteś cudownym i pięknym chłopcem. Wierzę, że wyrośniesz na mądrego, dobrego człowieka i obdarzysz Twoich rodziców wszystkim co najlepsze, a oni będą z Ciebie dumni i szczęśliwi.
Pamiętaj, że daleko w Polsce jest ciocia, która bardzo Cię kocha i nigdy o Tobie nie zapomni.
Bądź szczęśliwy i radosny. Mocno Cię całuję.
Ciociobabcia Hania”


List od nas do Chapicka:


Kochany Chapicku!

Na początku mego listu, serdecznie Cię pozdrawiam, chociaż prawdę mówiąc nie wiem, kiedy go przeczytasz i czy w ogóle go przeczytasz. Nie wiem też jak masz na imię w dniu, w którym dostałeś go do ręki. Twoi włoscy rodzice zastanawiali się kiedyś, czy masz nadal pozostać Chapickiem, czy też dostaniesz nowe imię w jakiś sposób zbliżone, albo zupełnie inne. Mi na przykład podoba się imię Carlo. Nie wiem dlaczego, ale mam wrażenie, że do Ciebie pasuje. Oczywiście nie mi o tym decydować, ale mam nadzieję, że kiedyś je poznam.
Jestem niemal pewny, że Twoja sympatyczna buzia jak dawniej jest uśmiechnięta i jak kiedyś masz dobry humor. Chciałbym, abyś wiedział, że razem z ciocią Majką wkładaliśmy całe serce, aby dać Ci podwaliny do bycia dobrym człowiekiem. Pewnie, że na naszej drodze pojawiały się czasami jakieś wyboje w postaci zakazów i nakazów (jak choćby w sytuacji gdy chciałeś skakać „na główkę” z parapetu na podłogę), jednak staraliśmy się, aby każde nasze działanie było dla Twojego dobra. Zresztą nie tylko my byliśmy dla Ciebie w tym okresie najważniejszymi osobami w życiu. Była też druga rodzina, która dawała Ci równie tyle samo ciepła co my. Przez wiele miesięcy spędzałeś u niej weekendy, mając zapewniane liczne atrakcje – basen, place zabaw, festyny. Wóz straży pożarnej chyba znałeś jak własną kieszeń.
Naszym wspólnym celem chyba nie tylko było nauczenie Cię dobrych manier, co przychodziło Ci z dużą łatwością (wszystkie kobiety, które całowałeś w rękę na powitanie, były Tobą oczarowane), lecz postawiliśmy sobie zadanie, aby nauczyć Cię, że na miłość trzeba odpowiadać miłością, na uśmiech – uśmiechem, a na miłe słowo – miłym słowem. Chyba nam się to udało, ponieważ naszym zdaniem taki właśnie byłeś w dniu, w którym się rozstaliśmy. Jednak to co my zrobiliśmy było tylko pewnego rodzaju wstępem do tego co czekało Cię w przyszłości. Zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że zarówno przed Tobą jak i Twoimi włoskimi rodzicami jeszcze długa droga do poznania i kochania.
Mogę się tylko domyślać co teraz czujesz. Nic nie jest już takie samo jak kiedyś, na wszystko patrzysz inaczej. W końcu pewnie Twoje wspomnienia z pobytu w Polsce są bardzo mgliste, o ile w ogóle cokolwiek pamiętasz. Każdy dzień spędzony we Włoszech, w nowej, kochającej Cię rodzinie, dla której byłeś tym jedynym, wymarzonym – był coraz pełniejszy, bardziej wyrazisty i bardziej intensywny. W naszej rodzinie byłeś jednym z kilkorga dzieci. W pewien sposób musiałeś dzielić się z nimi naszą miłością. Jednak takie współistnienie też daje wymierne korzyści, rozwija inne zdolności – empatię, współdziałanie w grupie. Zawsze było Ci bardzo przykro, gdy któreś dziecko płakało. Byłeś bardzo opiekuńczy w stosunku do Smerfetki, a jednocześnie doskonale jednoczyłeś się z Luzakiem gdy trzeba było coś zbroić.
Mocno wierzę w to, że czytając ten list, jesteś kimś wyjątkowym. I wcale mi nie chodzi o to, że masz świetne stopnie w szkole, albo być może już wspaniałą pracę … lub piękną dziewczynę.
Myślę, że „masz w sobie coś” (bo to „coś” było widać w Twoich oczach niemal od urodzenia).
Być może masz jakąś pasję, może marzenia, cel do którego zmierzasz? Bo to właśnie daje w życiu szczęście.

Trzymaj się,
wujek Pikuś

PS.
Dodam jeszcze parę słów od siebie.
Gdy zagościłeś w naszym domu, byłeś małym okruszkiem. Z dnia na dzień obserwowaliśmy jak rośniesz, jak się rozwijasz. Przytulaliśmy Cię, kołysaliśmy, a w zamian otrzymywaliśmy pierwsze spojrzenia w oczy, uśmiechy. Każdy krok do przodu, nowa umiejętność, była dla nas wielką radością.
Pokochaliśmy Cię całym sercem, ale nasza rodzina była tylko krótką przystanią w drodze do portu. Wiedzieliśmy, że gdzieś, może na drugim końcu świata, jest KTOŚ kto na Ciebie czeka. Że są tam ludzie gotowi Cię pokochać – Twoi rodzice.
Choć w dniu rozstania bez łez się nie obejdzie, to jednak cieszymy się, że zaczynasz nowy etap swojego życia. Wierzymy, że w dniu gdy czytasz ten list, jesteś szczęśliwym, radosnym człowiekiem, a przy Tobie są Twoi kochający rodzice.
Ale pamiętaj, że tu, w dalekiej Polsce, my nadal myślimy o Tobie i mamy Cię w sercu na zawsze.

Ciocia Majka







sobota, 14 maja 2016

CHAPIC 3

Kilka dni temu rozstaliśmy się z Chapickiem.
Jak do tej pory, był to najdłuższy pobyt dziecka w naszej rodzinie zastępczej – ponad półtora roku. Oczywiście tak długi czas powoduje, że dzień, w którym trzeba sobie powiedzieć „pa-pa” jest bardzo trudny. Wiedzieliśmy, że włoscy rodzice adopcyjni nie będą mogli na etapie pobytu chłopca u nas, nawiązać z nim jakichś szczególnych więzi. Na dobrą sprawę, były tylko cztery spotkania, a w zasadzie dwa po dwa dni.
Już w czasie, gdy jego szanse na adopcję krajową coraz bardziej malały, zastanawialiśmy się, jak chłopaka przygotować do dosyć brutalnego rozstania z nami. Wchodziły bowiem w grę dwie opcje: albo trafi do rodziny adopcyjnej zagranicznej, albo niestety do jakiejś placówki (najpewniej domu pomocy społecznej). W obu przypadkach praktycznie nie ma czasu na lepsze zapoznanie się z nowymi opiekunami. Udało nam się jednak wykorzystać sprzyjającą sytuację, która na dobrą sprawę pojawiła się samoistnie. W ubiegłym roku Chapic spędził miesięczne wakacje w rodzinie Malwiny i Jeremiego (oczywiście wcześniej dobrze ich poznając). Bliskość, która w tym czasie się rozwinęła, miała swoją kontynuację również w późniejszym okresie (aż do teraz). Na dobrą sprawę, chłopiec był zapraszany do ich domu w każdy weekend. I był to czas spędzany bardzo aktywnie – basen, place zabaw, rozmaite festyny. Dla małego było to doskonałe rozwiązanie. Mimo, że Majkę traktował jako głównego opiekuna (mimo wszystko z nią przebywał najczęściej), to nauczył się funkcjonować równolegle w dwóch rodzinach. Wiedział, że po dwóch dniach wspaniałej zabawy wróci do nas, bo tutaj jest jego dom (mam nadzieję, że tak myślał).
Trochę się tylko obawialiśmy o Malwinę i Jeremiego. Mimo, że byli świadomi tego, że naszym wspólnym celem jest umieszczenie chłopca w rodzinie adopcyjnej, to jednak na pewnym etapie zdaliśmy sobie sprawę z tego, że jeżeli nie znajdą się chętni zagraniczni rodzice adopcyjni, to oni są skłonni wziąć go w opiekę zastępczą. Wprawdzie temat ten nigdy nie został poruszony, to jednak „mowa ciała” czasami jest bardziej sugestywna niż słowa.
Rozpoczął się okres, w którym rozum zaczął walczyć z sercem (zarówno w ich rodzinie, jak i naszej). Z jednej strony bardzo chcieliśmy, aby znalazła się jakaś zagraniczna rodzina chcąca pokochać chłopca, jednak oznaczało to, że dzień, w którym wyjedzie, będzie naszą ostatnią, wspólnie spędzoną chwilą. Gdzieś w podświadomości pojawiała się myśl: „a może nikt go nie będzie chciał?” Rozum odpędzał takie zamysły, jednak serce było trochę „upierdliwe”.

Zanim przejdę do opisania całego procesu adopcji zagranicznej oraz emocji związanych z odejściem chłopca, przedstawię ostatnią charakterystykę Chapicka, którą sporządziłem na potrzeby kwartalnej oceny dzieci w PCPR-rze.



Ocena rozwoju dziecka na podstawie obserwacji opiekunów (ukończone 21 miesięcy).

Najprawdopodobniej jest to ostatnia ocena chłopca w naszej rodzinie. Za dwa tygodnie będzie miało miejsce pierwsze spotkanie Chapicka z jego nowymi rodzicami. Jest to rodzina z Włoch.
Nowy tata ma firmę budowlaną, a mama zajmuje się rekrutacją osób do pracy (taki łowca głów).
Jeżeli „zaiskrzy”, w co bardzo wierzymy, to od tego momentu sprawy mogą się już potoczyć bardzo szybko. Złożenie wniosku do włoskiego ministerstwa wraz z otrzymaniem zgody, to nieco ponad dwa tygodnie, a później wszystko będzie zależało od szybkości naszego sądu. Podobno w takich przypadkach jest to kwestia kilku dni, plus trzy tygodnie na uprawomocnienie się wyroku. W tym czasie nowi rodzice będą mieli czas na zapoznanie się z chłopcem. Chapic jest dzieckiem bardzo otwartym na inne osoby. Nie jest dla niego większym problemem spędzenie dnia, a nawet nocy w innym domu w towarzystwie innej rodziny.
Wprawdzie pierwsi potencjalni rodzice włoscy po namyśle zrezygnowali z ubiegania się o adopcję, to jednak istnieją dwie ważne przesłanki, które upewniają nas w tym, że ci którzy wkrótce przyjadą, się nie odmyślą. Pierwsza sprawa to fakt, że są podobno już na obecnym etapie zafascynowani chłopcem, ciągle oglądają zdjęcia i filmiki z jego udziałem oraz dopytują o wszelkie postępy, które robi. Wprawdzie nie mamy bezpośredniego kontaktu, ale informacje przekazywane są przez osobę koordynującą cały proces adopcji zagranicznej. Ważniejsze jest jednak to, że ostatnie badania psychologiczne, które wykonaliśmy, potwierdziły ogromne postępy rozwojowe dziecka. Został on przebadany międzynarodowym testem Bayley III w pięciu skalach – poznawczej, mowie biernej, mowie czynnej, motoryce precyzyjnej oraz motoryce dużej. W każdej dziedzinie był tylko nieco poniżej normy, a w mowie nawet przekraczał minimalny poziom o kilka punktów. Wnioski były takie, że Chapic wymaga stymulacji motoryki oraz rozwoju w sferze poznawczej. Prawdopodobnie przynajmniej w ciągu pierwszych kilku lat życia będzie miał pewne problemy natury emocjonalnej, może być impulsywny, może mieć trudności z koncentracją. Ale czy to aż taka wielka wada, biorąc pod uwagę fakt, że nie chciała go adoptować żadna polska rodzina?

Wykaz umiejętności nabytych w ostatnim kwartale.

  • Od nowego roku ograniczyliśmy rehabilitację w sferze ruchowej. Krótko mówiąc zakończyliśmy wyjazdy na Walecznych, ponieważ w opinii lekarza tego ośrodka, dalsza pomoc dziecku nie jest już potrzebna Nadal kontynuujemy zajęcia na Obuwniczej, gdzie poza stymulacją sensoryczno-motoryczną, spotykamy się również z psychologiem i logopedą. Chłopiec zaczął sprawnie chodzić. Chociaż może słowo sprawnie jest trochę „na wyrost”, bo gdyby nie pielucha to pewnie miałby siną pupę. Kiedyś jeden z naszych rodziców adopcyjnych rozważał zakupienie kasku ochronnego dla swojego nowego dziecka. Wówczas trochę się z tego podśmiewałem, ale jak patrzę na Chapicka podczas kąpieli (kiedy to po zmyciu brudu, moim oczom ukazują się siniaki i guzy), to zastanawiam się, czy nie byłby to dobry pomysł.
  • Ostatnio pisałem, że jest bardzo ostrożny i nie ryzykuje życiem. Od tego czasu sporo się zmieniło. Wchodzi wszędzie, gdzie tylko się da. Wprawdzie potrafi zejść, przekręcając się na brzuch i opuszczając nogi, jednak bywa, że szkoda mu na to czasu i trzeba go łapać w locie.
  • Nadal operuje niewielką ilością wyrazów. Mówi mama, tata, zna alfabet od „a” do „d” oraz „f”. Nie chce powiedzieć „e”, chociaż świetnie mu wychodzi „eeeeeeeeee”. Mówi też „papa”, co po włosku oznacza „tata”, jednak w niewłaściwym miejscu akcentuje i prawdopodobnie nowi rodzice będą rozumieli, że mówi „papież”. Posługuje się całą gamą wyrazów dźwiękonaśladowczych. Między innymi za to uzyskał ponadprzeciętny wynik „w mowie” przy badaniu psychologicznym.
  • Bardzo dużo rozumie. Praktycznie mogę stwierdzić, że jeżeli czegoś nie rozumie, to tylko dlatego, że nie chce tego zrozumieć (ale jest to normalne dla dziecka w jego wieku). Niestety spowoduje to, że początkowy okres w nowej rodzinie może być dla niego bardzo trudny. Zawsze w takich sytuacjach próbuję się „wczuć” w rolę i patrzeć oczami takiego małego człowieczka. Też byłoby mi ciężko, gdybym znalazł się w rodzinie, która ciągle mówi do mnie po włosku i jedyne słowo jakie znam to „papa”. I mimo że wiem, że trzeba wówczas pomachać ręką (i to robię), to wszyscy mówią „non-non”, mimo że inni do tej pory się cieszyli i też mi machali.
  • Chapic jest dzieckiem bardzo uczuciowym. Chętnie się przytula, rozdaje „buziaki”, kobiety całuje po rękach, a psa byle gdzie, unikając tylko pocałunku „z języczkiem”. Akurat taka czułość w psim wykonaniu nie jest dla niego przyjemnością (mimo, że bywają dzieci, które to uwielbiają). W pewien sposób przekłada się to też na jego stosunek do 10 miesięcznej Smerfetki. Nie jest w żaden sposób agresywny, nie próbuje jej uderzyć zabawką (mimo, że byłoby to całkiem normalne zachowanie). Za to często do niej podchodzi, mówi „aja-aja” i całuje.
  • Bardzo lubi naśladować dorosłych, chociaż może jest to już próba bycia samodzielnym. Uwielbia posługiwać się sztućcami, ubierać się i przekładać „z pustego w próżne”. Zwłaszcza tej ostatniej czynności chyba się nauczył od swojej cioci (a mojej żony), która ciągle przekłada jakieś ubrania dzieci z jednego pudła do innego.
  • Od kilku dni zaznajamiamy go z nocnikiem. Niestety nie daje się przekonać, że to nie jest „brum-brum”. Nawet czasami chwilę posiedzi, po czym wstaje i robi siku na podłogę.

Pewne zaburzenia natury emocjonalnej Chapicka dają się zauważyć głównie w momencie gdy jest on zmęczony lub śpiący. Wówczas jest bardziej impulsywny, krzyczy, płacze bez powodu. Jednak nie jest agresywny, nie próbuje robić krzywdy ani sobie, ani innym.
Mocno wierzę, że za kilka lat będzie całkiem dobrze funkcjonował w grupie rówieśników.

P.S. Moja żona po przeczytaniu powyższego tekstu miała jedną uwagę. Okazuje się, że Chapic jednak lubi całować się z Furią „z języczkiem” i podobno istnieje potwierdzenie tego faktu w postaci nakręconego filmiku.
Cóż, z twardymi dowodami nie będę polemizował. Być może w mojej obecności, chłopiec jest bardziej powściągliwy.


Od tego opisu (a było to dwa miesiące temu), chłopak stał się jeszcze bardziej żywiołowy. Praktycznie przestał już chodzić „na czworaka”. Sprawnie chodził, a nawet biegał, co niestety powodowało, że trzeba było mieć przynajmniej dwie pary oczu. Mimo, że pokój dzienny, w którym w większości przebywają nasze dzieci w ciągu dnia, jest w miarę przystosowany do obecności kilkulatków, to jednak trudno jest zrezygnować z kanapy, stołu, krzeseł … a nawet parapetu.
Chapic w ostatnim okresie, w ułamku sekundy potrafił znaleźć się na stole albo parapecie. Wprawdzie chyba nie miał skłonności samobójczych, bo nigdy nie skoczył z tej wysokości na podłogę, jednak wielokrotnie testował naszą wytrzymałość, siedząc wysoko, machając nogami i szelmowsko się uśmiechając.

Wrócę jednak do procedury adopcji zagranicznej, opierając się na tym konkretnym przypadku (adopcji do Włoch). Być może adopcje do innych krajów wyglądają nieco inaczej, jednak wydaje mi się, że różnice są niewielkie. Formalności z nimi związanych jest tak dużo, że niestety wszystko trwa, trwa i trwa. Chociaż może to i dobrze, ponieważ zdarzało mi się usłyszeć opinie, że jest to alternatywna droga do dziecka, dla bogatych obcokrajowców. Łatwiejsza i szybsza (bo wystarczy wyłożyć trochę gotówki), mimo że do dziecka jest ustawiona kolejka polskich rodziców adopcyjnych, a nawet bezpodstawnie są one odbierane rodzicom biologicznym. Zbyt dużo podmiotów bierze udział w takiej adopcji, aby mogło dochodzić do jakichś nieprawidłowości. Pewnie, że może coś być przeprowadzone lepiej lub gorzej, ale we wszelkie teorie spiskowe nie wierzę.

Od momentu, gdy chłopiec stał się wolny prawnie (czyli jego mamie, która nigdy nie wykazała choćby najmniejszego zainteresowania synkiem, zostały odebrane prawa rodzicielskie), do momentu skierowania go do adopcji zagranicznej, minęło prawie pół roku. W tym czasie przechodził on kolejne szczeble adopcji krajowej, najpierw był proponowany rodzinom z naszego ośrodka adopcyjnego, później krąg został poszerzony o miasto, powiat, województwo, w końcu całą Polskę. Brak zainteresowania powoduje rozpoczęcie poszukiwań rodziców adopcyjnych za granicą. Zajmują się tym już odrębne agencje adopcyjne (w naszym przypadku z Włoch), których zadaniem jest koordynowanie wszelkich działań różnych instytucji biorących udział w całym procesie, jak choćby odpowiednich ministerstw w obu krajach, sądów, ośrodków adopcyjnych w Polsce. Przedstawiciele tych agencji czuwają też nad prawidłowym przekazaniem dziecka w ręce rodziców adopcyjnych. Jest to proces długotrwały. Mimo, że nowi rodzice nie mają jeszcze bezpośredniej styczności z dzieckiem, to poznają je na podstawie wywiadów przeprowadzanych z dotychczasowymi rodzicami zastępczymi, dostają zdjęcia lub filmiki z udziałem ich przyszłej pociechy (w przypadku starszych dzieci, mogą to być rozmowy, albo bardziej kontakt wzrokowy, poprzez internet), a przede wszystkim mają tłumaczoną wszelką dokumentację związaną z dzieckiem, będącą w posiadaniu ośrodka adopcyjnego. Widziałem teczkę Chapicka – mała encyklopedia.
Pierwsza wizyta odbyła się dwa miesiące temu. Włoscy rodzice mieli już oczywiście ukończone niezbędne kursy, przygotowujące do pozostania rodzicem adopcyjnym. Mieli też zgodę swojego ministerstwa na adopcję dziecka z Polski (jednak na tym etapie nie było jeszcze mowy o konkretnym dziecku) oraz zgodę naszego ministerstwa na styczność z istniejącym dzieckiem (znanym z imienia i nazwiska, czyli Chapickiem). Spędzili z w naszym domu dwa dni (chociaż na noc pojechali do hotelu).
Po powrocie do Włoch, musieli złożyć wniosek do swojego ministerstwa o zgodę na adopcję Chapicka. W tym czasie w Polsce zostały złożone dokumenty w sądzie, mające na celu ustalenie terminu rozprawy celem przysposobienia chłopca. Realizację tego wzięła na siebie osoba będąca przedstawicielem włoskiej agencji adopcyjnej. My jako opiekunowie prawni, musieliśmy podpisać mnóstwo formularzy, w których wyrażaliśmy zgodę na adopcję zagraniczną. W międzyczasie otrzymaliśmy z sądu bardzo szczegółową informację o włoskich rodzicach. Wiemy więc czym się zajmują, ile zarabiają, znamy ich drogę do adopcji oraz ocenę psychologiczną. Znamy ich dotychczasowe losy oraz plany na przyszłość. Być może nawet ich rodzice, nie wiedzą o nich tyle ile my (przynajmniej w pewnych kwestiach). W przypadku adopcji krajowych, taki ekshibicjonizm rodziców adopcyjnych nie jest wymagany, a przynajmniej my jako opiekunowie prawni, tak szczegółowej opinii nie dostajemy. Aktualnie chłopiec będzie przebywał z nowymi rodzicami w Polsce kilka tygodni (mając wsparcie przedstawicieli włoskiej agencji adopcyjnej – tłumaczy, psychologów i innych osób pomocowych). Wymagana jest też pozytywna opinia macierzystego ośrodka adopcyjnego – jutro (a właściwie dzisiaj, bo północ już minęła) dojdzie do oceny psychologicznej w naszym ośrodku adopcyjnym. Wprawdzie trochę mnie dziwi fakt, że następuje to tak szybko (po tygodniu pobytu z nowymi rodzicami), jednak w przypadku Chapicka nie mam wątpliwości, że badanie wypadnie pozytywnie. Właśnie Majka kilka minut temu pokazała mi zdjęcia chłopca, które przysłała Francesca. Jest uśmiechnięty, zadowolony – po prostu szczęśliwy. Wierzyłem w to, że nawet jeżeli wyjeżdżając kilka dni temu z nowymi rodzicami, myślał, że jedzie na wycieczkę i za kilka dni wróci, to po tych kilku dniach zapomni o tym, że tak właśnie myślał. I tak się chyba stało. Dobrze go znam, więc oglądając zdjęcia, wiem że czuje się fantastycznie.
Teraz potrzeba jeszcze trochę czasu. Poza rozprawą w sądzie o przysposobienie i oczekiwaniem na uprawomocnienie się wyroku, trzeba jeszcze wyrobić chłopcu nowy akt urodzenia, paszport … może jeszcze jakieś inne dokumenty.
Mam nadzieję, że opisując powyższe procedury adopcji zagranicznej, niczego nie pomieszałem.
W każdym razie mogę tylko stwierdzić jedno – rodzice zagraniczni, decydujący się na adopcję dziecka z Polski, muszą wykazać się ogromną cierpliwością i być strasznie zdeterminowani do podjęcia takiej decyzji.

Emocje związane z trzema ostatnimi dniami pobytu Chapicka w naszym domu, opiszę w przyszłym tygodniu.