piątek, 27 maja 2016

--- Ja, taki fajny gość.

Kilka tygodni temu, pod postem, w którym opisałem Majkę, pojawił się komentarz Uli, sugerujący aby teraz to ona napisała coś na mój temat. Maja zdecydowanie stwierdziła, że jeszcze nie jest na takie zwierzenia gotowa.
Jakież więc było moje zdziwienie, gdy dwa dni temu znalazłem na komodzie kopertę z wielkim napisem PIKUŚ. W środku była zapisana kartka. Już po przeczytaniu pierwszego zdania wiedziałem, że jest to opis mojej osoby. Zresztą nietrudno było się zorientować, skoro zaczynało się ono od mojego imienia.
Po przeczytaniu całego opracowania, od razu przyszedł mi do głowy tytuł dzisiejszego posta, który zapożyczyłem z piosenki jednego z moich ulubionych zespołów. Wprawdzie cała moja charakterystyka nie jest jakoś przesadnie obszerna, jednak jest bardzo uczuciowa. Nie przypuszczałem, że dla kogoś mogę być kimś aż tak ważnym, że jest ktoś, kto potrafi kochać bezgranicznie i bezwarunkowo.

Oto znalezione studium Pikusia:

Pikuś jest najważniejszą osobą w moim życiu. Kocham go wyjątkową miłością i wiem, że mogłabym oddać za niego życie. Mocno wierzę, że on również darzy mnie takim bezinteresownym uczuciem, mimo że wprost mi tego nigdy nie powiedział (nie wiem dlaczego, ale woli używać innych czułych słów, niż wyrazić to zwyczajnie: „kocham cię”). Jednak jest między nami bardzo silna więź i na dobrą sprawę słowa nie są potrzebne.

Pamiętam jak wiele lat temu, po przeprowadzce do nowego domu, Pikuś przez jakiś czas pracował w sypialni (bo jeszcze nie miał dokończonej swojej pracowni). Klawiaturę trzymał na niskim stoliczku, a sam siedział na podłodze „po turecku”. Przychodziłam wówczas do niego, siadałam mu na kolanach i wtulałam się w jego ciało. Mimo, że często mu przeszkadzałam, wcale się nie złościł. Głaskał mnie czule po szyi – czułam się fantastycznie. Później, gdy „wyprowadził” się z sypialni do pracowni, wiele się zmieniło.
Tęsknię do tych chwil, chociaż nadal są inne przyjemności. Latem, gdy jest ładna pogoda, Pikuś wstaje rano, robi kawę i wychodzi na taras. Mamy tam taką zdezelowaną kanapę, na której siadamy obok siebie i wygrzewamy się na słońcu. Wprawdzie obecnie Pikuś rzadko przebywa w ogrodzie, bo dzieci i praca zabierają sporo czasu, to jednak często wracam myślami do okresu, w którym kosił trawnik prawie co tydzień. Cały czas mam w pamięci ten zapach świeżo skoszonej trawy … Turlaliśmy się w tym sianie jak dzieci – bezcenne wspomnienia. Teraz praktycznie nie mamy trawnika, ale dziką łąkę, co też ma swój urok. Leżenie w pokrytej rosą trawie i patrzenie w niebo daje mi tylko odrobinę mniej radości niż kulanie się na sianie. Szkoda, że Pikuś jakoś nie lubi wilgoci i rzadko mi towarzyszy w tej przyjemności.

Mieliśmy też okres, w którym biegaliśmy po lesie. Jednak pewnego dnia spotkaliśmy w nim myśliwego. Tą sytuację zapamiętam do końca życia. Spojrzał mi prosto w oczy i zapytał, czy się nie boimy? Przecież możemy zostać pomyleni z dzikiem – i co wtedy (zwłaszcza, że najczęściej biegaliśmy tuż przed zmierzchem)? Od tego czasu dobiegałam tylko na skraj lasu i wracałam do domu. Jednak Pikuś jest odważny, biegł dalej, nie zważając na pogróżki myśliwego. Teraz dałam sobie już spokój z bieganiem – niestety kondycję mam coraz słabszą.

Mam też pewien lęk – panicznie boję się zastrzyków. Jednak gdy jest to konieczne, Pikuś zawsze towarzyszy mi w tym przykrym zabiegu. Jest tuż obok mnie i wspiera jak może. Ufam mu.

Parę lat temu, gdy pojawiły się w naszym domu dzieci, wiele rzeczy uległo zmianie. Chociaż w zasadzie z czystym sumieniem mogę stwierdzić, że uwielbiam te dzieciaczki. Wprost przepadam za tymi chwilami, w których się nimi opiekuję i z nimi bawię. Na dobrą sprawę są to bardzo długie chwile, po kilka a nawet kilkanaście godzin dziennie. Jednak mi to nie przeszkadza, jestem bardzo cierpliwa.

Pamiętam jeszcze, jak kilka lat temu Pikuś spędzał noce w sypialni. Kładłam się wtedy obok niego, a on wyciągał rękę i delikatnie muskał dłonią moją głowę i szyję.
Teraz sypia z dziećmi na piętrze. Bierze je na rękę i zamyka mi drzwi tuż przed nosem. Chciałabym w tym momencie nacisnąć klamkę i wejść do niego. Jednak gdy spoglądam na moje łapy, to wiem, że nigdy mi się to nie uda.
A do Pikusia mam żal tylko za moje imię (Furia), przecież ono wcale do mnie nie pasuje.



sobota, 21 maja 2016

CHAPIC 4

Doszedłem do przedstawienia ostatniej części historii chłopca. Większość opisów naszych dzieci udaje mi się zawrzeć w jednym, góra dwóch rozdziałach. Chapic był jednak specyficznym dzieckiem. Praktycznie od wielu miesięcy był wolny prawnie, a walka toczyła się o to aby znaleźć mu wspaniałych rodziców … a w zasadzie, aby znaleźć mu jakichkolwiek rodziców. Jego dzieje dziecka zastępczego, mimo że bardzo burzliwe (na szczęście chłopiec nie miał tego świadomości) w końcu zakończyły się szczęśliwie w rodzinie Giuseppe i …? Mama ma na imię Francesca, ale nie mam pojęcia jak to odmienić (w wersji pisanej).
W międzyczasie chłopiec był proponowany wielu rodzinom. Biorąc pod uwagę fakt, że znalazł się w bazie ogólnopolskiej, mogły to być nawet setki rodzin, a może tylko kilka. Każda rodzina decydująca się na przysposobienie, określa wstępnie pewne cechy dziecka, które chce adoptować. Dotyczy to również warunków, których nie jest w stanie zaakceptować. Z tego co wiem, słowo FAS, jest w większości przypadków warunkiem wystarczającym aby takie dziecko odrzucić bez dalszej oceny. Być może brzmi to brutalnie, jednak są to z pewnością decyzje podejmowane bardzo świadomie. Chapic, mimo że w chwili obecnej nie jest bardzo opóźniony w stosunku do rówieśników, to tak naprawdę nie wiadomo, czy nie stanie się dla swoich rodziców przysłowiową puszką Pandory. Bardzo ich cenię za podjętą decyzję, bo wiem, że mają pełną świadomość stanu medycznego chłopca. Kolejne miesiące i lata, będą pełne radości związanych z pokonywaniem przez syna kolejnych barier, ale też pełne obaw, czy przypadkiem nie dojdzie do takiej, której nie uda mu się przeskoczyć. Pół biedy, gdy będą to tylko problemy z nauką matematyki. Niestety najgorsza w wychowaniu takich dzieci jest niewiadoma. Chapic sprawia wrażenie, że sam sobie poradzi w życiu, ale pewności nie ma.

Chapic jest jedynym naszym dzieckiem, którego impreza pożegnalna trwała trzy dni.
Rozpoczęła się w niedzielę. Była na niej nasza rodzina, na czele z ciociobabcią Hanią, która jak zawsze zasponsorowała tort (biorąc pod uwagę zarówno finanse jak i robociznę). Była też „przyszywana” prababcia Chapicka, czyli mama Majki (w końcu Maja bardziej zasługuje już na miano babci zastępczej niż mamy zastępczej), oraz siostrzenica Majki (dla której chyba będę musiał wymyślić jakiś pseudonim, ponieważ z racji niedalekich narodzin drugiego dziecka i przeprowadzki w nasze okolice, pewnie będzie częstym naszym gościem). Była też ciociobabcia Ela, która przede wszystkim dla naszych dzieci zastępczych jest kimś wyjątkowym.
Jednak najważniejszymi osobami w tym dniu (na pewno dla nas, ale myślę że również dla Chapicka ) była Malwina i Jeremi z córką Oleńką. Nie będę wracał do ich historii, bo wspominałem o nich wielokrotnie w poprzednich opisach. Jestem jednak przekonany, że to im, Chapic zawdzięcza najwięcej. Spędzając z nimi każdy weekend nauczył się, że rodzina to nie tylko ciocia, która spędza z nim większość dnia, ani wujek, którego widzi tuż przed snem i chwilę po obudzeniu. Rodzina, to również ktoś, kto zabiera z domu, organizuje zabawy, daje miłość być może w zupełnie inny sposób niż ta, w której się wyrasta. Myślę, że znajomość z Malwiną i Jeremim, bardzo ułatwiła chłopcu pokochanie nowych włoskich rodziców.
Co na mnie zrobiło największe wrażenie tego pierwszego dnia? Łzy wzruszenia w oczach mężczyzny. Do tego, że Majka płacze przy każdym pożegnaniu, już się przyzwyczaiłem. Mój smutek trwa dosłownie kilkanaście sekund, bo mimo wszystko ważniejsza jest świadomość, że dziecko rozpoczyna nowy, lepszy okres swojego życia.
Doszedłem do wniosku, że więź między Chapickiem a Jeremim musiała być bardzo silna.
Chłop jak dąb, który wielokrotnie ma do czynienia z sytuacjami bardzo drastycznymi, wymagającymi silnego charakteru – płacze … Piękne.
Kolejne dwa dni były już mniej nostalgiczne, chociaż Majka i Francesca „beczały” wielokrotnie. Najszczęśliwszy był chyba Chapic, bo tylu ciastek, ile w tych ostatnich trzech dniach, nie zjadł chyba przez całe życie.
Nowi rodzice przyjechali wypasionym minivanem (który potrafi zmieścić więcej niż dwa nasze samochody razem wzięte) wypełnionym po brzegi rzeczami dla Chapicka (głównie zabawkami). Gdy Majka dołożyła wyprawkę, którą dla niego przygotowała, to okazało się, że na tylnym siedzeniu pozostała tylko 40 centymetrowa przestrzeń na krzesełko dla chłopca. Niestety nie było to dla niego czymś, o czym marzył, więc po kilkunastu minutach przesiadł się na przednie siedzenie, na którym (przypięty jednym pasem ze swoją mamą) dojechał do tymczasowego domu w Polsce. Bardzo mu się taki wariant podobał, jednak na wyjazd do Włoch, będą musieli coś wykombinować.
Od tego dnia otrzymaliśmy już przynajmniej kilkadziesiąt zdjęć. Francesca bez przerwy pisze coś do Majki i na odwrót, oczywiście każda w swoim języku. Nie przypuszczałem, że najważniejszymi słowami zarówno w języku polskim jak i włoskim są: SUPER i OK.
Chłopak radzi sobie rewelacyjnie, ma świetny apetyt (śmiać nam się chce, bo na większości zdjęć, na których coś je - tym czymś jest spagetti). Gdy był u nas, uwielbiał jeść samodzielnie. Cieszymy się, że dalej to kontynuuje – w jednej ręce trzyma widelec, a drugą nakłada jedzenie do dzióbka.

Tydzień temu pisałem, że Chapic będzie miał spotkanie z psychologiem w ośrodku adopcyjnym. Trochę powątpiewałem w sens tych badań, mając na względzie krótki okres, w którym chłopiec przebywał w nowej rodzinie. Ale z drugiej strony, wiedząc, że jest „super i ok” oraz widząc uśmiechniętą buźkę Chapicka na zdjęciach, wierzyłem, że powali na tych badaniach wszystkich na kolana. Miałem rację (a wiemy to bezpośrednio ze źródła, czyli ośrodka adopcyjnego).
Przede wszystkim, mały doskonale już wie, kto jest dla niego najważniejszy. Zdecydowanie faworyzuje Francescę i Giuseppe.
Pani psycholog była zachwycona tym, że chłopiec potrafi już po włosku powiedzieć: mamma, papa i ciao. Nie wiedzą jeszcze, że zna słowo „buongiorno”. Wprawdzie jest ono zbyt trudne do wypowiedzenia, ale gdy tylko je usłyszy, to natychmiast wyciąga rękę na powitanie.
Trochę zdziwiła nas wypowiedź pani psycholog, która stwierdziła, że chłopiec świetnie rozumie, co się do niego mówi po włosku.
Mama powiedziała: „przynieś samochodzik” - przyniósł,
potem: „przynieś misia” - przyniósł,
przynieś bucik” - przyniósł.
Nie wiem, czy pani psycholog zna język włoski, ale ja bym raczej podejrzewał, że Francesca cały czas mówiła: „Chapic, przynieś wreszcie tą piłkę bo nam nie zaliczą”.

Myślę, że pewne akcenty dotyczące dalszych losów Chapicka będą co jakiś czas się pojawiać na tym blogu. Jego włoscy rodzice są bardzo sympatyczni i skoro w tej chwili aż tyle czasu poświęcają rozmowom z nami i przesyłaniem zdjęć chłopca, to pewnie w przyszłości też znajdą trochę czasu na krótką informację choćby raz na kilka miesięcy. Będzie to dla nas bardzo miły gest.

Na koniec zamieszczę oficjalne listy i życzenia, które zostały napisane przez różne osoby. Jeżeli ktoś lubi coś takiego czytać, to zapraszam.
Jest w nich kilka odniesień do imienia chłopca. Według aktualnego mojego stanu wiedzy, imię nie ulegnie zmianie (poza jedną literką – bo tak jest w języku włoskim – zamiast Chapic będzie Chapis)

List rodziców włoskich do nas:

"Szanowni Państwo,
mamy nadzieję, że u was wszystko dobrze. Dowiedzieliśmy się dziś, że możemy przyjechać po Chapicka 10 maja, a 23 maja będzie rozprawa w sądzie. Jesteśmy z tego powodu bardzo szczęśliwi, bo to już niedługo!!! Myślimy o Chapicku każdego dnia. Wieczorem, kiedy jemy kolację rozmawiamy o nim, o rzeczach, które będziemy razem robić. Cała nasza rodzina (dziadkowie, wujkowie, ciocie, kuzyni) już na niego czekają. Marzymy już od dawna o powiększeniu naszej rodziny i o dziecku. Rozpoczęliśmy starania o adopcję dwa lata temu, ale już dużo wcześniej byliśmy gotowi w naszych sercach by zostać rodzicami. Chcielibyśmy bardzo Wam podziękować, że tak wspaniale się zajmujecie Chapickiem. To, że jest on takim pogodnym dzieckiem to tylko i wyłącznie zasługa Waszej miłości. Wiemy, że nie będzie Wam łatwo powierzyć go nam, po tym jak troszczyliście się o niego przez tyle czasu i po tym jak patrzyliście na jego uśmiech i na pierwsze kroki. Chcielibyśmy, żebyście mu powiedzieli, że na niego czekamy i że zrobimy wszystko by pomóc mu być szczęśliwym i rozwinąć wszystkie jego możliwości. Do zobaczenia wkrótce.
Mama Francesca i tata Giuseppe"


List Majki do rodziców włoskich:

Kochani!
Oddajemy w Wasze ręce Wielki Skarb – Chapicka.
Pokochaliśmy go bardzo, więc trudno nam się z nim rozstawać, ale jesteśmy pewni, że będziecie o niego dbać i obdarzycie go wielką miłością.
Życzymy Wam wiele radosnych chwil i wspólnej zabawy. Bądźcie jego przewodnikiem w odkrywaniu i poznawaniu świata, a jesteśmy pewni, że on odpłaci Wam uśmiechem, miłością i przywiązaniem. Jeżeli zechcielibyście czasem napisać nam parę słów i przysłać jakieś zdjęcie z Waszego wspólnego życia, będziemy bardzo wdzięczni.
Majka i Pikuś
PS. Na Wasze ręce przekazujemy listy dla Chapicka. Prosimy, przeczytajcie je i sami zadecydujcie, kiedy mu je pokażecie.”


List ciociobabci Hani do Chapicka:

Piszę Kochany Chapicku, bo nie wiem, jak teraz masz na imię. Jesteś cudownym i pięknym chłopcem. Wierzę, że wyrośniesz na mądrego, dobrego człowieka i obdarzysz Twoich rodziców wszystkim co najlepsze, a oni będą z Ciebie dumni i szczęśliwi.
Pamiętaj, że daleko w Polsce jest ciocia, która bardzo Cię kocha i nigdy o Tobie nie zapomni.
Bądź szczęśliwy i radosny. Mocno Cię całuję.
Ciociobabcia Hania”


List od nas do Chapicka:


Kochany Chapicku!

Na początku mego listu, serdecznie Cię pozdrawiam, chociaż prawdę mówiąc nie wiem, kiedy go przeczytasz i czy w ogóle go przeczytasz. Nie wiem też jak masz na imię w dniu, w którym dostałeś go do ręki. Twoi włoscy rodzice zastanawiali się kiedyś, czy masz nadal pozostać Chapickiem, czy też dostaniesz nowe imię w jakiś sposób zbliżone, albo zupełnie inne. Mi na przykład podoba się imię Carlo. Nie wiem dlaczego, ale mam wrażenie, że do Ciebie pasuje. Oczywiście nie mi o tym decydować, ale mam nadzieję, że kiedyś je poznam.
Jestem niemal pewny, że Twoja sympatyczna buzia jak dawniej jest uśmiechnięta i jak kiedyś masz dobry humor. Chciałbym, abyś wiedział, że razem z ciocią Majką wkładaliśmy całe serce, aby dać Ci podwaliny do bycia dobrym człowiekiem. Pewnie, że na naszej drodze pojawiały się czasami jakieś wyboje w postaci zakazów i nakazów (jak choćby w sytuacji gdy chciałeś skakać „na główkę” z parapetu na podłogę), jednak staraliśmy się, aby każde nasze działanie było dla Twojego dobra. Zresztą nie tylko my byliśmy dla Ciebie w tym okresie najważniejszymi osobami w życiu. Była też druga rodzina, która dawała Ci równie tyle samo ciepła co my. Przez wiele miesięcy spędzałeś u niej weekendy, mając zapewniane liczne atrakcje – basen, place zabaw, festyny. Wóz straży pożarnej chyba znałeś jak własną kieszeń.
Naszym wspólnym celem chyba nie tylko było nauczenie Cię dobrych manier, co przychodziło Ci z dużą łatwością (wszystkie kobiety, które całowałeś w rękę na powitanie, były Tobą oczarowane), lecz postawiliśmy sobie zadanie, aby nauczyć Cię, że na miłość trzeba odpowiadać miłością, na uśmiech – uśmiechem, a na miłe słowo – miłym słowem. Chyba nam się to udało, ponieważ naszym zdaniem taki właśnie byłeś w dniu, w którym się rozstaliśmy. Jednak to co my zrobiliśmy było tylko pewnego rodzaju wstępem do tego co czekało Cię w przyszłości. Zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że zarówno przed Tobą jak i Twoimi włoskimi rodzicami jeszcze długa droga do poznania i kochania.
Mogę się tylko domyślać co teraz czujesz. Nic nie jest już takie samo jak kiedyś, na wszystko patrzysz inaczej. W końcu pewnie Twoje wspomnienia z pobytu w Polsce są bardzo mgliste, o ile w ogóle cokolwiek pamiętasz. Każdy dzień spędzony we Włoszech, w nowej, kochającej Cię rodzinie, dla której byłeś tym jedynym, wymarzonym – był coraz pełniejszy, bardziej wyrazisty i bardziej intensywny. W naszej rodzinie byłeś jednym z kilkorga dzieci. W pewien sposób musiałeś dzielić się z nimi naszą miłością. Jednak takie współistnienie też daje wymierne korzyści, rozwija inne zdolności – empatię, współdziałanie w grupie. Zawsze było Ci bardzo przykro, gdy któreś dziecko płakało. Byłeś bardzo opiekuńczy w stosunku do Smerfetki, a jednocześnie doskonale jednoczyłeś się z Luzakiem gdy trzeba było coś zbroić.
Mocno wierzę w to, że czytając ten list, jesteś kimś wyjątkowym. I wcale mi nie chodzi o to, że masz świetne stopnie w szkole, albo być może już wspaniałą pracę … lub piękną dziewczynę.
Myślę, że „masz w sobie coś” (bo to „coś” było widać w Twoich oczach niemal od urodzenia).
Być może masz jakąś pasję, może marzenia, cel do którego zmierzasz? Bo to właśnie daje w życiu szczęście.

Trzymaj się,
wujek Pikuś

PS.
Dodam jeszcze parę słów od siebie.
Gdy zagościłeś w naszym domu, byłeś małym okruszkiem. Z dnia na dzień obserwowaliśmy jak rośniesz, jak się rozwijasz. Przytulaliśmy Cię, kołysaliśmy, a w zamian otrzymywaliśmy pierwsze spojrzenia w oczy, uśmiechy. Każdy krok do przodu, nowa umiejętność, była dla nas wielką radością.
Pokochaliśmy Cię całym sercem, ale nasza rodzina była tylko krótką przystanią w drodze do portu. Wiedzieliśmy, że gdzieś, może na drugim końcu świata, jest KTOŚ kto na Ciebie czeka. Że są tam ludzie gotowi Cię pokochać – Twoi rodzice.
Choć w dniu rozstania bez łez się nie obejdzie, to jednak cieszymy się, że zaczynasz nowy etap swojego życia. Wierzymy, że w dniu gdy czytasz ten list, jesteś szczęśliwym, radosnym człowiekiem, a przy Tobie są Twoi kochający rodzice.
Ale pamiętaj, że tu, w dalekiej Polsce, my nadal myślimy o Tobie i mamy Cię w sercu na zawsze.

Ciocia Majka







sobota, 14 maja 2016

CHAPIC 3

Kilka dni temu rozstaliśmy się z Chapickiem.
Jak do tej pory, był to najdłuższy pobyt dziecka w naszej rodzinie zastępczej – ponad półtora roku. Oczywiście tak długi czas powoduje, że dzień, w którym trzeba sobie powiedzieć „pa-pa” jest bardzo trudny. Wiedzieliśmy, że włoscy rodzice adopcyjni nie będą mogli na etapie pobytu chłopca u nas, nawiązać z nim jakichś szczególnych więzi. Na dobrą sprawę, były tylko cztery spotkania, a w zasadzie dwa po dwa dni.
Już w czasie, gdy jego szanse na adopcję krajową coraz bardziej malały, zastanawialiśmy się, jak chłopaka przygotować do dosyć brutalnego rozstania z nami. Wchodziły bowiem w grę dwie opcje: albo trafi do rodziny adopcyjnej zagranicznej, albo niestety do jakiejś placówki (najpewniej domu pomocy społecznej). W obu przypadkach praktycznie nie ma czasu na lepsze zapoznanie się z nowymi opiekunami. Udało nam się jednak wykorzystać sprzyjającą sytuację, która na dobrą sprawę pojawiła się samoistnie. W ubiegłym roku Chapic spędził miesięczne wakacje w rodzinie Malwiny i Jeremiego (oczywiście wcześniej dobrze ich poznając). Bliskość, która w tym czasie się rozwinęła, miała swoją kontynuację również w późniejszym okresie (aż do teraz). Na dobrą sprawę, chłopiec był zapraszany do ich domu w każdy weekend. I był to czas spędzany bardzo aktywnie – basen, place zabaw, rozmaite festyny. Dla małego było to doskonałe rozwiązanie. Mimo, że Majkę traktował jako głównego opiekuna (mimo wszystko z nią przebywał najczęściej), to nauczył się funkcjonować równolegle w dwóch rodzinach. Wiedział, że po dwóch dniach wspaniałej zabawy wróci do nas, bo tutaj jest jego dom (mam nadzieję, że tak myślał).
Trochę się tylko obawialiśmy o Malwinę i Jeremiego. Mimo, że byli świadomi tego, że naszym wspólnym celem jest umieszczenie chłopca w rodzinie adopcyjnej, to jednak na pewnym etapie zdaliśmy sobie sprawę z tego, że jeżeli nie znajdą się chętni zagraniczni rodzice adopcyjni, to oni są skłonni wziąć go w opiekę zastępczą. Wprawdzie temat ten nigdy nie został poruszony, to jednak „mowa ciała” czasami jest bardziej sugestywna niż słowa.
Rozpoczął się okres, w którym rozum zaczął walczyć z sercem (zarówno w ich rodzinie, jak i naszej). Z jednej strony bardzo chcieliśmy, aby znalazła się jakaś zagraniczna rodzina chcąca pokochać chłopca, jednak oznaczało to, że dzień, w którym wyjedzie, będzie naszą ostatnią, wspólnie spędzoną chwilą. Gdzieś w podświadomości pojawiała się myśl: „a może nikt go nie będzie chciał?” Rozum odpędzał takie zamysły, jednak serce było trochę „upierdliwe”.

Zanim przejdę do opisania całego procesu adopcji zagranicznej oraz emocji związanych z odejściem chłopca, przedstawię ostatnią charakterystykę Chapicka, którą sporządziłem na potrzeby kwartalnej oceny dzieci w PCPR-rze.



Ocena rozwoju dziecka na podstawie obserwacji opiekunów (ukończone 21 miesięcy).

Najprawdopodobniej jest to ostatnia ocena chłopca w naszej rodzinie. Za dwa tygodnie będzie miało miejsce pierwsze spotkanie Chapicka z jego nowymi rodzicami. Jest to rodzina z Włoch.
Nowy tata ma firmę budowlaną, a mama zajmuje się rekrutacją osób do pracy (taki łowca głów).
Jeżeli „zaiskrzy”, w co bardzo wierzymy, to od tego momentu sprawy mogą się już potoczyć bardzo szybko. Złożenie wniosku do włoskiego ministerstwa wraz z otrzymaniem zgody, to nieco ponad dwa tygodnie, a później wszystko będzie zależało od szybkości naszego sądu. Podobno w takich przypadkach jest to kwestia kilku dni, plus trzy tygodnie na uprawomocnienie się wyroku. W tym czasie nowi rodzice będą mieli czas na zapoznanie się z chłopcem. Chapic jest dzieckiem bardzo otwartym na inne osoby. Nie jest dla niego większym problemem spędzenie dnia, a nawet nocy w innym domu w towarzystwie innej rodziny.
Wprawdzie pierwsi potencjalni rodzice włoscy po namyśle zrezygnowali z ubiegania się o adopcję, to jednak istnieją dwie ważne przesłanki, które upewniają nas w tym, że ci którzy wkrótce przyjadą, się nie odmyślą. Pierwsza sprawa to fakt, że są podobno już na obecnym etapie zafascynowani chłopcem, ciągle oglądają zdjęcia i filmiki z jego udziałem oraz dopytują o wszelkie postępy, które robi. Wprawdzie nie mamy bezpośredniego kontaktu, ale informacje przekazywane są przez osobę koordynującą cały proces adopcji zagranicznej. Ważniejsze jest jednak to, że ostatnie badania psychologiczne, które wykonaliśmy, potwierdziły ogromne postępy rozwojowe dziecka. Został on przebadany międzynarodowym testem Bayley III w pięciu skalach – poznawczej, mowie biernej, mowie czynnej, motoryce precyzyjnej oraz motoryce dużej. W każdej dziedzinie był tylko nieco poniżej normy, a w mowie nawet przekraczał minimalny poziom o kilka punktów. Wnioski były takie, że Chapic wymaga stymulacji motoryki oraz rozwoju w sferze poznawczej. Prawdopodobnie przynajmniej w ciągu pierwszych kilku lat życia będzie miał pewne problemy natury emocjonalnej, może być impulsywny, może mieć trudności z koncentracją. Ale czy to aż taka wielka wada, biorąc pod uwagę fakt, że nie chciała go adoptować żadna polska rodzina?

Wykaz umiejętności nabytych w ostatnim kwartale.

  • Od nowego roku ograniczyliśmy rehabilitację w sferze ruchowej. Krótko mówiąc zakończyliśmy wyjazdy na Walecznych, ponieważ w opinii lekarza tego ośrodka, dalsza pomoc dziecku nie jest już potrzebna Nadal kontynuujemy zajęcia na Obuwniczej, gdzie poza stymulacją sensoryczno-motoryczną, spotykamy się również z psychologiem i logopedą. Chłopiec zaczął sprawnie chodzić. Chociaż może słowo sprawnie jest trochę „na wyrost”, bo gdyby nie pielucha to pewnie miałby siną pupę. Kiedyś jeden z naszych rodziców adopcyjnych rozważał zakupienie kasku ochronnego dla swojego nowego dziecka. Wówczas trochę się z tego podśmiewałem, ale jak patrzę na Chapicka podczas kąpieli (kiedy to po zmyciu brudu, moim oczom ukazują się siniaki i guzy), to zastanawiam się, czy nie byłby to dobry pomysł.
  • Ostatnio pisałem, że jest bardzo ostrożny i nie ryzykuje życiem. Od tego czasu sporo się zmieniło. Wchodzi wszędzie, gdzie tylko się da. Wprawdzie potrafi zejść, przekręcając się na brzuch i opuszczając nogi, jednak bywa, że szkoda mu na to czasu i trzeba go łapać w locie.
  • Nadal operuje niewielką ilością wyrazów. Mówi mama, tata, zna alfabet od „a” do „d” oraz „f”. Nie chce powiedzieć „e”, chociaż świetnie mu wychodzi „eeeeeeeeee”. Mówi też „papa”, co po włosku oznacza „tata”, jednak w niewłaściwym miejscu akcentuje i prawdopodobnie nowi rodzice będą rozumieli, że mówi „papież”. Posługuje się całą gamą wyrazów dźwiękonaśladowczych. Między innymi za to uzyskał ponadprzeciętny wynik „w mowie” przy badaniu psychologicznym.
  • Bardzo dużo rozumie. Praktycznie mogę stwierdzić, że jeżeli czegoś nie rozumie, to tylko dlatego, że nie chce tego zrozumieć (ale jest to normalne dla dziecka w jego wieku). Niestety spowoduje to, że początkowy okres w nowej rodzinie może być dla niego bardzo trudny. Zawsze w takich sytuacjach próbuję się „wczuć” w rolę i patrzeć oczami takiego małego człowieczka. Też byłoby mi ciężko, gdybym znalazł się w rodzinie, która ciągle mówi do mnie po włosku i jedyne słowo jakie znam to „papa”. I mimo że wiem, że trzeba wówczas pomachać ręką (i to robię), to wszyscy mówią „non-non”, mimo że inni do tej pory się cieszyli i też mi machali.
  • Chapic jest dzieckiem bardzo uczuciowym. Chętnie się przytula, rozdaje „buziaki”, kobiety całuje po rękach, a psa byle gdzie, unikając tylko pocałunku „z języczkiem”. Akurat taka czułość w psim wykonaniu nie jest dla niego przyjemnością (mimo, że bywają dzieci, które to uwielbiają). W pewien sposób przekłada się to też na jego stosunek do 10 miesięcznej Smerfetki. Nie jest w żaden sposób agresywny, nie próbuje jej uderzyć zabawką (mimo, że byłoby to całkiem normalne zachowanie). Za to często do niej podchodzi, mówi „aja-aja” i całuje.
  • Bardzo lubi naśladować dorosłych, chociaż może jest to już próba bycia samodzielnym. Uwielbia posługiwać się sztućcami, ubierać się i przekładać „z pustego w próżne”. Zwłaszcza tej ostatniej czynności chyba się nauczył od swojej cioci (a mojej żony), która ciągle przekłada jakieś ubrania dzieci z jednego pudła do innego.
  • Od kilku dni zaznajamiamy go z nocnikiem. Niestety nie daje się przekonać, że to nie jest „brum-brum”. Nawet czasami chwilę posiedzi, po czym wstaje i robi siku na podłogę.

Pewne zaburzenia natury emocjonalnej Chapicka dają się zauważyć głównie w momencie gdy jest on zmęczony lub śpiący. Wówczas jest bardziej impulsywny, krzyczy, płacze bez powodu. Jednak nie jest agresywny, nie próbuje robić krzywdy ani sobie, ani innym.
Mocno wierzę, że za kilka lat będzie całkiem dobrze funkcjonował w grupie rówieśników.

P.S. Moja żona po przeczytaniu powyższego tekstu miała jedną uwagę. Okazuje się, że Chapic jednak lubi całować się z Furią „z języczkiem” i podobno istnieje potwierdzenie tego faktu w postaci nakręconego filmiku.
Cóż, z twardymi dowodami nie będę polemizował. Być może w mojej obecności, chłopiec jest bardziej powściągliwy.


Od tego opisu (a było to dwa miesiące temu), chłopak stał się jeszcze bardziej żywiołowy. Praktycznie przestał już chodzić „na czworaka”. Sprawnie chodził, a nawet biegał, co niestety powodowało, że trzeba było mieć przynajmniej dwie pary oczu. Mimo, że pokój dzienny, w którym w większości przebywają nasze dzieci w ciągu dnia, jest w miarę przystosowany do obecności kilkulatków, to jednak trudno jest zrezygnować z kanapy, stołu, krzeseł … a nawet parapetu.
Chapic w ostatnim okresie, w ułamku sekundy potrafił znaleźć się na stole albo parapecie. Wprawdzie chyba nie miał skłonności samobójczych, bo nigdy nie skoczył z tej wysokości na podłogę, jednak wielokrotnie testował naszą wytrzymałość, siedząc wysoko, machając nogami i szelmowsko się uśmiechając.

Wrócę jednak do procedury adopcji zagranicznej, opierając się na tym konkretnym przypadku (adopcji do Włoch). Być może adopcje do innych krajów wyglądają nieco inaczej, jednak wydaje mi się, że różnice są niewielkie. Formalności z nimi związanych jest tak dużo, że niestety wszystko trwa, trwa i trwa. Chociaż może to i dobrze, ponieważ zdarzało mi się usłyszeć opinie, że jest to alternatywna droga do dziecka, dla bogatych obcokrajowców. Łatwiejsza i szybsza (bo wystarczy wyłożyć trochę gotówki), mimo że do dziecka jest ustawiona kolejka polskich rodziców adopcyjnych, a nawet bezpodstawnie są one odbierane rodzicom biologicznym. Zbyt dużo podmiotów bierze udział w takiej adopcji, aby mogło dochodzić do jakichś nieprawidłowości. Pewnie, że może coś być przeprowadzone lepiej lub gorzej, ale we wszelkie teorie spiskowe nie wierzę.

Od momentu, gdy chłopiec stał się wolny prawnie (czyli jego mamie, która nigdy nie wykazała choćby najmniejszego zainteresowania synkiem, zostały odebrane prawa rodzicielskie), do momentu skierowania go do adopcji zagranicznej, minęło prawie pół roku. W tym czasie przechodził on kolejne szczeble adopcji krajowej, najpierw był proponowany rodzinom z naszego ośrodka adopcyjnego, później krąg został poszerzony o miasto, powiat, województwo, w końcu całą Polskę. Brak zainteresowania powoduje rozpoczęcie poszukiwań rodziców adopcyjnych za granicą. Zajmują się tym już odrębne agencje adopcyjne (w naszym przypadku z Włoch), których zadaniem jest koordynowanie wszelkich działań różnych instytucji biorących udział w całym procesie, jak choćby odpowiednich ministerstw w obu krajach, sądów, ośrodków adopcyjnych w Polsce. Przedstawiciele tych agencji czuwają też nad prawidłowym przekazaniem dziecka w ręce rodziców adopcyjnych. Jest to proces długotrwały. Mimo, że nowi rodzice nie mają jeszcze bezpośredniej styczności z dzieckiem, to poznają je na podstawie wywiadów przeprowadzanych z dotychczasowymi rodzicami zastępczymi, dostają zdjęcia lub filmiki z udziałem ich przyszłej pociechy (w przypadku starszych dzieci, mogą to być rozmowy, albo bardziej kontakt wzrokowy, poprzez internet), a przede wszystkim mają tłumaczoną wszelką dokumentację związaną z dzieckiem, będącą w posiadaniu ośrodka adopcyjnego. Widziałem teczkę Chapicka – mała encyklopedia.
Pierwsza wizyta odbyła się dwa miesiące temu. Włoscy rodzice mieli już oczywiście ukończone niezbędne kursy, przygotowujące do pozostania rodzicem adopcyjnym. Mieli też zgodę swojego ministerstwa na adopcję dziecka z Polski (jednak na tym etapie nie było jeszcze mowy o konkretnym dziecku) oraz zgodę naszego ministerstwa na styczność z istniejącym dzieckiem (znanym z imienia i nazwiska, czyli Chapickiem). Spędzili z w naszym domu dwa dni (chociaż na noc pojechali do hotelu).
Po powrocie do Włoch, musieli złożyć wniosek do swojego ministerstwa o zgodę na adopcję Chapicka. W tym czasie w Polsce zostały złożone dokumenty w sądzie, mające na celu ustalenie terminu rozprawy celem przysposobienia chłopca. Realizację tego wzięła na siebie osoba będąca przedstawicielem włoskiej agencji adopcyjnej. My jako opiekunowie prawni, musieliśmy podpisać mnóstwo formularzy, w których wyrażaliśmy zgodę na adopcję zagraniczną. W międzyczasie otrzymaliśmy z sądu bardzo szczegółową informację o włoskich rodzicach. Wiemy więc czym się zajmują, ile zarabiają, znamy ich drogę do adopcji oraz ocenę psychologiczną. Znamy ich dotychczasowe losy oraz plany na przyszłość. Być może nawet ich rodzice, nie wiedzą o nich tyle ile my (przynajmniej w pewnych kwestiach). W przypadku adopcji krajowych, taki ekshibicjonizm rodziców adopcyjnych nie jest wymagany, a przynajmniej my jako opiekunowie prawni, tak szczegółowej opinii nie dostajemy. Aktualnie chłopiec będzie przebywał z nowymi rodzicami w Polsce kilka tygodni (mając wsparcie przedstawicieli włoskiej agencji adopcyjnej – tłumaczy, psychologów i innych osób pomocowych). Wymagana jest też pozytywna opinia macierzystego ośrodka adopcyjnego – jutro (a właściwie dzisiaj, bo północ już minęła) dojdzie do oceny psychologicznej w naszym ośrodku adopcyjnym. Wprawdzie trochę mnie dziwi fakt, że następuje to tak szybko (po tygodniu pobytu z nowymi rodzicami), jednak w przypadku Chapicka nie mam wątpliwości, że badanie wypadnie pozytywnie. Właśnie Majka kilka minut temu pokazała mi zdjęcia chłopca, które przysłała Francesca. Jest uśmiechnięty, zadowolony – po prostu szczęśliwy. Wierzyłem w to, że nawet jeżeli wyjeżdżając kilka dni temu z nowymi rodzicami, myślał, że jedzie na wycieczkę i za kilka dni wróci, to po tych kilku dniach zapomni o tym, że tak właśnie myślał. I tak się chyba stało. Dobrze go znam, więc oglądając zdjęcia, wiem że czuje się fantastycznie.
Teraz potrzeba jeszcze trochę czasu. Poza rozprawą w sądzie o przysposobienie i oczekiwaniem na uprawomocnienie się wyroku, trzeba jeszcze wyrobić chłopcu nowy akt urodzenia, paszport … może jeszcze jakieś inne dokumenty.
Mam nadzieję, że opisując powyższe procedury adopcji zagranicznej, niczego nie pomieszałem.
W każdym razie mogę tylko stwierdzić jedno – rodzice zagraniczni, decydujący się na adopcję dziecka z Polski, muszą wykazać się ogromną cierpliwością i być strasznie zdeterminowani do podjęcia takiej decyzji.

Emocje związane z trzema ostatnimi dniami pobytu Chapicka w naszym domu, opiszę w przyszłym tygodniu.








sobota, 7 maja 2016

--- Takie-tam-stożki

Do napisania dzisiejszego tekstu skłonił mnie pewien blog, prowadzony przez osobę mającą nick Lady Makbet, mający dokładnie taki tytuł jak dzisiejszy mój post. Wprawdzie zdarza mi się zaglądać na rozmaite strony związane zarówno z rodzicielstwem zastępczym jak też adopcyjnym i wiele artykułów, które przeczytałem jest niezwykle ciekawych (do tego pisanych z ogromnym kunsztem i charyzmą), to jednak ten blog jest w pewnym sensie niezwykły. Jego autorka bardzo sprawnie posługuje się piórem (chociaż nie wiem, czy tak można powiedzieć o kimś, kto stuka w klawiaturę). Nawet zaryzykowałbym stwierdzenie, że w tej materii jest dużo lepsza ode mnie. Jednak nie to decyduje o jego niezwykłości (w mojej opinii).

Są dwie rzeczy, które powodują, że chętnie tam zaglądam.

Sprawa pierwsza, to fakt, że Lady Makbet opisuje swoją drogę do adopcji krok po kroku. Wiele innych opisów związanych z tym tematem, na dobrą sprawę rozpoczyna się od dnia, w którym dziecko pojawia się w danej rodzinie. Retrospekcja jest bardzo krótka i w większości skupia się na trudnościach drogi adopcyjnej, biorąc pod uwagę głównie elementy proceduralne oraz emocjonalne. Nigdzie nie spotkałem się z opisem rodziny, u której przebywało dziecko, zanim trafiło do rodziny adopcyjnej (chociaż może akurat nie trafiłem na tego rodzaju artykuł).
Ze wszystkich wpisów, które czytałem, Lady Makbet jako pierwsza zastanowiła się nad tym, że przecież dzieci, które idą do adopcji – nie biorą się znikąd. Jest to więc dla mnie bardzo cenne źródło wiedzy, bo liczę na to, że będą też opisy pierwszych spotkań z dzieckiem, pojawi się ocena procedur niezbędnych w procesie adopcji oraz pewnego rodzaju charakterystyka dotychczasowych opiekunów (może nawet nie tyle w zakresie ich zachowań, czy też umiejętności, ale bardziej „kim oni są dla mojego dziecka?”).

Często się zastanawiam, co czują rodzice adopcyjni, którzy przychodzą na spotkanie z dziećmi będącymi w naszym pogotowiu. Są zawsze bardzo mili i nigdy nie zdarzyły nam się jakieś nieporozumienia. Jednak … co tak naprawdę myślą, czy nie traktują nas jak pewien element nieczułej machiny, której zadaniem jest tylko tymczasowe „przechowanie” dziecka?
Za każdym razem staram się spojrzeć ich oczami, żeby zrozumieć co czują. Ogrom emocji przed pierwszym spotkaniem z dzieckiem, może powodować, że gdy już do niego dojdzie, to widzą tylko to dziecko (które w pewien sposób wyłania się z jakiejś otchłani). Kolejne spotkania jeszcze bardziej mogą potęgować jakiegoś rodzaju frustracje. Jest to chyba takie dziwne odczucie, że dziecko niby jest, ale go nie ma, że nic nie zależy ode mnie, na nic nie mam wpływu, mogę liczyć tylko na dobrą wolę osób, u których przebywa, bo to one decydują jak często i jak długo mogę cieszyć się jego obecnością. Do tego często dochodzi okres uprawomocnienia się wyroku (w którym rodzice biologiczni jeszcze mogą się odwoływać). Pojawiają się więc wątpliwości, czy na pewno to dziecko będzie moje?
Doskonale też widzę, że rozstania z dzieckiem (po wizycie u nas) są trudne. Staramy się gdzieś tam, między wierszami, przekazać nowym rodzicom, że takie stopniowe nawiązywanie więzi z nimi (a jednoczesne ich rozluźnianie z nami) ma sens. Chociaż sami to doskonale wiedzą (w końcu po to między innymi są szkolenia). Jednak czy nie pojawia się poczucie bezsilności, jakieś okropne uczucie, że trzeba czekać?

Lady Makbet jest taką wirtualną znajomą, mieszkającą gdzieś w Polsce. Liczę więc na to, że opisze wszystkie swoje odczucia również wówczas, gdy zacznie odwiedzać swoje dziecko – być może w takiej rodzinie jak nasza.
Aktualnie przedstawia kolejne etapy szkolenia, które jest wymagane, aby zostać rodziną adopcyjną. Wprawdzie wplata również artykuły zupełnie oderwane od swojej „drogi adopcyjnej”, to jednak w każdym znajdzie się choćby drobny element nawiązujący do kluczowego tematu.

Zresztą jej aktualne wpisy są dla mnie również niezmiernie ciekawe, ponieważ mam pewne porównanie szkoleń dla rodziców adopcyjnych i zastępczych. Okazuje się, że tematy wielokrotnie się powtarzają (na dobrą sprawę my nie mieliśmy tylko zajęć związanych z pielęgnacją dzieci).
Też rysowaliśmy nasz genogram (który wbrew pozorom może wiele o nas powiedzieć) oraz naszą linię życia … Gdy o tym napisała, z chęcią sięgnąłem do zapisków z okresu naszego szkolenia (były to tak zwane „księgi życia”), ponieważ sam byłem ciekawy na co wówczas zwróciłem uwagę (co moim zdaniem było najważniejsze w moim życiu). Zaznaczyłem więc dzień, w którym się zakochałem, potem ten, w którym „dostałem kosza”, oraz kiedy wróciła. Były tam też dni urodzin wszystkich moich córek, oraz dzień, w którym zacząłem, a właściwie po wielu latach powróciłem do trenowania judo. Inne (wydawałoby się) ważne rzeczy jakoś pominąłem. Zdanie matury i uzyskanie dyplomu studiów, uznałem jako jeden z wielu egzaminów w życiu, a ślub był tylko pewnym usankcjonowaniem tego co miało miejsce już od jakiegoś czasu. Czy o to chodziło osobom nas szkolącym? Do dzisiaj tego nie wiem.
Szkolenia, to również rozmaite testy psychologiczne. Jako rodzice zastępczy przechodzimy je co dwa lata i chyba właśnie dlatego, że mają ocenić nasze zdrowie psychiczne, to ciężko się do nich przygotować – jakoś się nie powtarzają. Pamiętam, że na szkoleniu dostaliśmy polecenie narysowania drzewa owocowego. Oczywiście chciałem być nieszablonowy (co tam będę rysował jabłoń), więc postanowiłem narysować leszczynę (w końcu orzechy to też owoce). Nie wiem jak to zostało zinterpretowane, ale (jak później doczytałem) kwiatki na drzewie oznaczają skłonności narcystyczne (a moje zdolności artystyczne raczej mogły wskazywać na to, że właśnie je narysowałem). Ale i tak się cieszyłem, że nie narysowałem na tym drzewie ptaszka, wiewiórki i dziupli … na szczęście.

Jest też druga rzecz, która powoduje, że z ciekawością zaglądam na bloga Lady Makbet.
Dziewczyna ta, według moich pobieżnych obliczeń, mogłaby być moją córką (gdybym się dobrze postarał). Dzieli więc nas prawie różnica jednego pokolenia. A jednak tak wiele nas łączy. Mamy podobny pogląd na życie i co najciekawsze podobne wspomnienia. Gdyby nie pewne szczegóły, to pomyślałbym, że tego bloga prowadzi moja Majka. Ale jednak są pewne różnice, na przykład nie znamy takiego emerytowanego pana E. o bardzo dziwnych poglądach. Jednak już taki gość jak M. (obiekt nastoletnich westchnień) też był (nawet miał podobne inicjały – ale w moim przypadku już go nie ma, co mnie cieszy).
I do tego ta Krajka śpiewana na przyczepce zdezelowanego malucha. Ja jeszcze pamiętam Krajkę śpiewaną na wozie zaprzęgniętym w dwa konie. I pamiętam Krajkę śpiewaną trzy miesiące temu (bo nadal spotykamy się co jakiś czas w starym gronie z obecną drużyną harcerską).

Tak więc blog Lady Makbet, jest dla mnie pod wieloma względami powrotem do przeszłości.
Ale jest też wybieganiem w przyszłość – mam nadzieję, że już niedługo będę mógł napisać w komentarzu: „Gratuluję, cieszę się Waszym szczęściem”.

Odejdę trochę od bloga Lady Makbet, jednak nadal pozostając przy temacie, o którym ona pisze.
Kilka dni temu dostałem link od pani Jowity (naszej koordynatorki z PCPR-u) do filmu ReMoved. Nie znalazłem oficjalnego tłumaczenia tego tytułu (być może nikt nie zaryzykował, bo słowo to może mieć wiele znaczeń). Ja przetłumaczyłbym to jako „Odrzucona” (przynajmniej po obejrzeniu filmu). Opowiada on o tym, jak widziana jest przemoc oczami dziecka. Dziewczynka (główna bohaterka) mówi: „Czasem ktoś krzywdzi tak bardzo, że przestaje już boleć”, albo „jestem niewidoczna, niesłyszana, niechciana”. Mimo, że jej powierzchowność może zniechęcać, to w głębi serca jest spragniona miłości i przesłaniem filmu jest zwrócenie uwagi na potrzeby takich dzieci, na to, że zasługują na nasze zainteresowanie, na to aby były szczęśliwe.
Jest to więc film skierowany do wszystkich rodzin, myślę że również biologicznych. Wydaje mi się, że powinien on zwiększać świadomość nie tylko rodzin zastępczych, ale również adopcyjnych. Te drugie najczęściej są zainteresowane dziećmi małymi i wielokrotnie zupełnie zdrowymi.
Niedawno poszukiwaliśmy rodziny dla rodzeństwa, mniej więcej w wieku bohaterki filmu. Nie było żadnych chętnych rodziców adopcyjnych, mimo że dzieci nie przejawiały tak skrajnych emocji jak w filmie (po prostu chciały tylko kochać i być kochane). Znalazła się jednak rodzina zastępcza gotowa się nimi zaopiekować, chociaż na tą chwilę ostateczna decyzja nie została jeszcze podjęta.
Rozumiem, że każdy w taki czy inny sposób chce zaspokoić własne potrzeby (bycia rodzicem adopcyjnym czy też zastępczym). Sam jestem tego przykładem. W altruizm już dawno przestałem wierzyć. Jednak może warto poszukiwać szczęścia również wśród dzieci nieco starszych?

Lady Makbet w ostatnim swoim artykule zastanawia się, czy ciągłe pytanie na szkoleniu o motywacje bycia rodzicem adopcyjnym ma sens, czy stanie się przez to lepszą kandydatką na mamę?
Też byłem pytany wielokrotnie o moje motywacje bycia rodzicem zastępczym. Też w pewien sposób irytowało mnie powtarzanie w kółko tego samego.
Ale może ma to sens?
Może na etapie szkolenia (gdy rozważane są różne sytuacje, mające spowodować, że coraz lepiej poznajemy siebie), ktoś zmieni zdanie. Może stwierdzi, że siedmioletnie rodzeństwo może dać taką samą radość jak piękna, niebieskooka dwulatka. A może stwierdzi, że zupełnie nie nadaje się na rodzica.

Na koniec, wrócę do filmu ReMoved i tematu w nim poruszonego.
Przedstawię dwie opinie załączone w komentarzach do tego filmu. Każdy może wyciągnąć z nich własne wnioski. Mam tylko nadzieję, że ta druga opinia dotyczy sytuacji sprzed trzydziestu lat i nijak się ma do czasów dzisiejszych (obym się nie mylił).

Ja bylem takim dzieckiem, dzieckiem wychowanym w domu pelnym przemocy i pogardy. Dzis mam 24 lata, od 6-8 lat jestem silnie uzalezniony, od paru lat miewam depresje i mysli samobojcze, nigdy tez nie potrafilem nawiazywac zdrowych relacji z plcia przeciwna, ba w ogole zadnych zdrowych relacji z nikim. Moze dlatego ze podswiadomie w kazdej sekundzie mojego zycia czulem sie i czuje sie kims gorszym i dlatego tez nigdy nie bylem w stanie zdjac maski za ktora sie skrylem. Ludzie czesto widza mnie jako kogos pewnego i pelnego pychy (jak takiego typowego cynicznego dupka), a to nic innego jak zaslona, jak iluzja. W rzeczywistosci boje sie zycia, boje sie ludzi, potrzebuje ludzi choc jednoczesnie nie potrafie sie przed nimi otworzyc. Mentalnie wciaz jestem tym malym bezbronnym dzieckiem. I tak ostatnie 10 lat mojego zycia spedzilem uciekajac przed tym zyciem. Zycie ucieka mi przez palca, bo nie potrafie odwrocic glowy i spojrzec w przod. Prewencja, slowo klucz w takich przypadkach. U mnie tego zabraklo. Sasiedzi ktorzy odwracali glowy i udawali ze nic sie nie dzieje. Policjanci ktorzy przyjezdzali i odjezdzali. Mama ktora trwala i trwala w tym zwiazku. Boli, wszystko moglo sie przeciesz potoczyc inaczej. Moglem byc inny...”

Przzeszlam przez to mialam 16 lat jak trafilam do rodziny zastepczej i to byl blad sadu w tej rodzinie prawie nigdy nie bylo co jesc byla tez przemoc po szkole zamiast sie uczyc musialam z zastepcza opiekunka chodzic z nia do pracy i pomagac jej sprzatac po kryjomu utrzymywalam kontakt z rodzina moja przeszlam tam pieklo nawet nie moglam sie nikomu poskarzyc bo nikt by mi nie uwierzyl mam teraz 45 lat zycie poukladane spokoj i stabilizacja ale prosze mi wierzyc to zostaje w psychice do konca zycia ktos oferuje ci pomoc a tak chodzilo naprawde o pieniadze z adopcji za te pieniadze kupili se nowe meble i wogole duzo do swojego domu juz przed 18 ucieklam od nich bo zostalam pobita bylam psychicznie teroryzowana a przed ta adopcja to byla taka mila fajna rodzina ja tylko szukalam akceptacji i milosci skonczylam szkole zawodowa i wyjechalam za granice by zmienic swoje zycie i zapomniec o tym koszmarze.....instytucje ktore daja dzieci do rodzin zastepczych powinni bardziej kontrolowac a oni licza na to ze dziecko powie jak mu jest nie to nie prawda dzieciak jest zastraszany ludzie z instytucji wyjda a ty jak powiesz prawde zaczyna sie koszmar........prawo polskie masakra.....”

Wypadałoby też podać linki do tekstów źródłowych.

Film ReMoved:




A tutaj pewne rozważania na temat rodzin zastępczych:



No i najważniejszy link, do bloga Lady Makbet:








piątek, 29 kwietnia 2016

MAJKA

W ostatnim czasie Majka skarżyła się na niskie ciśnienie (chociaż nie wiem, czy przypadkiem nie miała na myśli pogody, bo ciągle padało i nie mogła wychodzić na spacery). Tak czy inaczej , postanowiłem że jej pomogę, pisząc dzisiejszy artykuł. Sądzę, że już samo przeczytanie tytułu tego posta sprawi, że ciśnienie jej podskoczy i poczuje się lepiej. Jednak aby nie przeholować w drugą stronę, od razu zaznaczę, że żadnych pikantnych szczegółów z naszego życia nie będzie. W końcu cały opis musi się wkomponować w tematykę tego bloga, czyli przynajmniej w większości dotyczyć dzieci i naszej pracy jako rodziny zastępczej.

Majka od czasu jak sięgam pamięcią była „zarażona miłością do dzieci”. Prawdę mówiąc nie wiem, kto ją tym zaraził (bo chyba taka cecha nie jest przekazywana genetycznie), ani też na jakiej zasadzie poszukiwała sobie faceta na dalsze lata życia. W początkowej fazie naszej znajomości, temat „dzieci” praktycznie się nie pojawiał. Dopiero gdy na dobre zaczęło między nami iskrzyć, zaczęła testować mój pogląd na życie w tej kwestii. Pomimo tego, że na którymś etapie naszego związku stwierdziła (w swoim umyśle), że jednak się nadaję na kogoś kto podtrzyma gatunek (bo może niekoniecznie piękny, to chociaż odpowiedzialny), to prawdę mówiąc nie pamiętam czy też miałem już wówczas jakieś „ciągoty” do dzieci, czy też to ona mnie tym po prostu zaraziła w późniejszym okresie. Ta druga opcja, z jednej strony jest przerażająca (bo sugeruje w pewien sposób nieuchronność losu – co z kolei jest radykalną postacią wiary w przeznaczenie), ale z drugiej strony jest dowodem na istnienie szczególnej nici porozumienia pomiędzy osobami będącymi w związku. Wprawdzie nie ja to wymyśliłem, ale (patrząc z perspektywy prawie trzydziestoletniego bycia z Majką) mogę potwierdzić, że osoby przebywające z sobą, się do siebie upodabniają. Wydaję mi się, że z biegiem lat coraz bardziej zaczynamy siebie naśladować. I nie chodzi tu tylko o pewną mimikę, gesty, czy też sposób wypowiadania się, ale również zaczynamy podobnie myśleć, mieć wspólne marzenia, podobnie postrzegamy życie i otaczający nas świat. Mamy też wspólne powiedzonka, żarty, które na dobrą sprawę tylko nas śmieszą i tylko my je rozumiemy. Nawet nasze dzieci czasami patrzą na nas jak na wariatów, ale chyba im to za bardzo nie przeszkadza.
Znamy się z Majką już tak dobrze, że doskonale wiemy, jaka będzie reakcja drugiej osoby na daną sytuację. Tak więc, jeżeli chcemy się gdzieś z kimś umówić na spotkanie, to nie potrzebujemy akceptacji drugiej strony. Dawniej Majka bacznie zwracała uwagę na to, czy słucham tego, o czym do mnie mówi. Nawet udało mi się przez to nabyć umiejętność, polegającą na tym, że podświadomie zapamiętywałem ostatnie wypowiedziane przez nią zdanie. Dzięki temu, gdy nieoczekiwanie zadała jakieś pytanie, to przynajmniej mniej więcej wiedziałem do czego mam się odnieść. Z biegiem lat stawała się coraz bardziej tolerancyjna i nawet jak zdarzyło mi się przysnąć, gdy o czymś opowiadała, to nie miewaliśmy „cichych dni”. Chociaż chyba byłaby to większa kara dla niej, ponieważ Majka jest skrajną ekstrawertyczką i nie potrafi wytrzymać bez mówienia. Ja z kolei jestem introwertykiem, zupełnie na drugim końcu skali – sam nie wiem jak taki związek miał szansę na przetrwanie. A może właśnie o takie skrajności chodzi?
Zauważyłem też, że nasz pies (Furia), też w pewien sposób się do nas upodobnił. Jest bardzo opiekuńczy w stosunku do dzieci, opanowany, szczeka tylko wówczas, gdy sytuacja tego wymaga. Nie wiem tylko dlaczego tak bardzo szaleje z radości, gdy przychodzą do nas goście … tą cechę chyba ma po Majce.

Ale wracając do naszych młodzieńczych lat. Wówczas podrywałem Majkę na różyczkę, albo na lody w kawiarni lub spacer po ogrodzie zoologicznym. Nie mogę narzekać, w końcu przyniosło to odpowiedni skutek.
W tej chwili śpię w jednym pokoju z Chapickiem i Smerfetką, więc mogę zaobserwować, jak w dzisiejszych czasach robi to młodzież. Gdy się obudzą (niestety czasami już przed szóstą) a ja jeszcze dosypiam, to Chapic odstawia „popisówkę”. Czaruje Smerfetkę jak może: robi „pa-pa”, bije jej „brawo-brawo”, mówi „brum-brum”, ejo-ejo”, „chał-chał”. Smerfetka w tym momencie kwiczy z radości.
Gdybym te kilkadziesiąt lat temu wiedział, że wystarczy po prostu zaszczekać … to zaoszczędziłbym sporo pieniędzy.

Niedawno byłem z Majką w teatrze na sztuce „Seks dla opornych”. Już dokładnie nie pamiętam, czy to ja ją zaprosiłem, a ona zapłaciła za bilety, czy też było zupełnie odwrotnie. Wersja, że to ja wziąłem na siebie całe przedsięwzięcie, jest raczej mało prawdopodobna, więc pewnie było to tak, że powiedziała „idziemy do teatru” - zatem „wskoczyłem” w garnitur i poszedłem.
Świetne przedstawienie. W moim odczuciu, była to taka uwspółcześniona „Moralność pani Dulskiej” w wersji amerykańskiej. Wprawdzie czas, miejsce i akcja nijak się mają do sztuki Zapolskiej, to jednak takie skojarzenia były coraz silniejsze wraz z każdą chwilą trwania przedstawienia. Być może sztuka ta byłaby tanią farsą, gdyby nie obsada. W zasadzie było tylko dwoje aktorów, Maria Pakulnis i Mirosław Kropielnicki (czyli Alice i Henry – małżeństwo z 25 letnim stażem, trójką dorosłych dzieci i jak niektórzy mówią „ustawionych w życiu”). Z każdym wybuchem śmiechu zaczynałem sobie coraz bardziej uzmysławiać, że w zasadzie to śmieję się sam z siebie (no i z Majki oczywiście też). Różnica polegała tylko na tym, że Dulski chodził wokół stołu, Henry wokół łóżka, a ja chadzam dookoła kominka. Jednak w moim przypadku, chodzę zawsze z którymś z naszych „smerfów” na ręce i ze śpiewem na ustach. Myślę więc, że metoda, którą zaproponowała Majka na czas, gdy małżonkowie zaczynają odczuwać syndrom opuszczonego gniazda – ma sens. Ona nie gdera, ja nie narzekam, że coś mnie boli – po prostu nie ma na to czasu.

Na koniec napiszę jeszcze, że kiedyś (na samym początku), Majka była dla mnie taką Sandy z piosenki Travolty, albo dziewczyną z „Don't cry” Guns N' Roses (bo podobno to nie są słowa jego do niej, tylko na odwrót). Jednak teraz najbardziej mogę ją przyrównać do Lucy z utworu Beatlesów. Istnieje hipoteza, że w tej piosence chodzi o LSD (chociaż Lennon nigdy tego nie potwierdził). Ale nawet taka interpretacja, że jest narkotykiem mojego życia, jest jak najbardziej na miejscu. 

Zastanawiałem się, jak w krótkim zdaniu podsumować Majkę i nic mądrego mi do głowy nie przychodziło. Zupełnie w innym celu wszedłem do pokoju naszej córki i przypomniała mi się sentencja, którą wielokrotnie czytałem (bo jest wypisana u niej na ścianie):
„Przyjaciel to ktoś, kto daje ci totalną swobodę bycia sobą”. I to jest właśnie to zdanie, którego szukałem na zakończenie tego artykułu.



niedziela, 24 kwietnia 2016

--- Uczucia rodziców zastępczych


Kilka tygodni temu, pod jednym z postów pojawił się komentarz dotyczący zarówno naszych uczuć i doznań towarzyszących głównie rozstaniom z dziećmi (dla których jesteśmy rodzicami zastępczymi), jak również tego, w jaki sposób radzimy sobie z nimi na co dzień (również biorąc pod uwagę aspekt emocjonalny). Pytanie wyszło też trochę poza ramy mojej wiedzy, ponieważ dotyczyło uczuć innych rodzin zastępczych. Domyślam się, że chodziło o rodziny (czasami zastępcze, czasami adopcyjne), do których trafiają dzieci z naszego pogotowia rodzinnego. Tutaj mogę mówić tylko o moich ewentualnych odczuciach, a te niejako z definicji są subiektywne.

Zanim przejdę do rozważań na temat naszych uczuć, zacytuję ten fragment komentarza:



Zastanawiasz się co czują rodzice, którym odebrano ich dzieci.
A mnie nurtuje pytanie, co wy czujecie, gdy dzieci od was odchodzą?Jak się na to przygotowujecie i jakie są różnice w wychowywaniu i opiekowaniu się dziećmi zastępczymi i własnymi? A może wiesz jak do tego podchodzą inne rodziny zastępcze, w których dzieci przebywają latami?
GALL”


Zacznę może od sytuacji, w której dowiadujemy się, że w krótkim czasie pojawi się w naszej rodzinie nowy jej członek.
Majka jest zawsze bardzo podekscytowana, zaczyna rozważać rozmaite scenariusze. Próbuje się przygotować na wizytę dzieci poprzez robienie porządków, pranie. Przemeblowuje w głowie cały dom, próbując znaleźć najlepszy wariant – głównie w kwestii, kto z kim w jakim pokoju będzie spał. Ja staram się do tego podchodzić dużo spokojniej, żeby nie powiedzieć, że bagatelizuję problem. Jak maluch stanie w progu, to będę myślał. Już wielokrotnie zdarzały nam się sytuacje, że mieliśmy przyjąć jakieś dziecko i nic z tego nie wyszło (bo albo poszło do innej rodziny zastępczej, albo sąd zdecydował o pozostaniu w rodzinie biologicznej, albo z powodu bardzo silnego upośledzenia, zostało od razu umieszczone w placówce – niestety również tak bywa, albo wybrano opcję, żeby nie rozdzielać kilkoro rodzeństwa i rozsądniejszym rozwiązaniem było umieszczenie wszystkich w domu dziecka … możliwości jest mnóstwo, a pozytywną rzeczą w mojej ocenie jest to, że nie ma schematów, każde umieszczenie dziecka w opiece zastępczej jest rozpatrywane indywidualnie).

Właśnie spodziewamy się w najbliższych dniach nowych lokatorów. Majka już od kilku dni każe mi skręcać łóżeczka. Udaję, że jestem bardzo zajęty i przeciągam tą pracę do czasu, aż będę miał decyzję sądu. Bo jak już je skręcę, a dzieci nie przyjdą, to znowu będę musiał je rozkręcać.

Trochę to nasze bycie pogotowiem rodzinnym przypomina oczekiwanie na narodziny własnego dziecka (tylko czasowo jest krócej – „nasza ciąża” czasami trwa tylko kilka godzin).
Dzieci, które zostają umieszczane w naszej rodzinie, najczęściej odbieramy sami. Prawdę mówiąc, tylko w przypadku dwóch dziewczynek, zostały nam one przywiezione przez policję.
Zdarza się, że odbieram dzieci razem z żoną (zwłaszcza, gdy nie zabieramy ich ze szpitala). Już w samochodzie widzę, że nawiązuje się między nimi (Majką i dzieckiem) jakaś nić porozumienia. Przynajmniej Maja jest oczarowana każdym maluszkiem. Co to jest? Instynkt macierzyński?
Tak myślałem do niedawna, kiedy to dowiedziałem się, że coś takiego jak instynkt macierzyński nie istnieje. Istnieje tylko instynkt opiekuńczy, chociaż uważałem, że on dotyczy głównie mnie. Rzadko kiedy biorę coś na wiarę, bez chociażby pobieżnej weryfikacji. Jednak sprawdziłem … instynkt macierzyński faktycznie nie istnieje. Przy okazji dowiedziałem się, że nie istnieje też instynkt samozachowawczy. Tutaj to może nawet bym się zgodził, ponieważ jestem tego najlepszym przykładem. Czasami sam się zastanawiam, jak to możliwe, że dałem się namówić na zostanie pogotowiem rodzinnym, a co najciekawsze, że nawet mnie to „kręci”.
Ale wracając do instynktu macierzyńskiego. Skoro go nie ma, to znaczy, że emocje, które rządzą zachowaniem Majki, nie zostały jeszcze odkryte. Ja jednak do wszystkiego podchodzę ze stoickim spokojem. Naukowcy mają to do siebie, że dzisiaj ogłaszają, że coś jest, jutro że nie ma, pojutrze że znowu jest. Cieszę się, że moja żona ma taki charakter, iż kocha wszystkie dzieci (niezależnie od tego jakie instynkty nią targają).

Jednak rozpatrując sprawę zupełnie poważnie, to daleki jestem od stwierdzenia, że miłość jest lekarstwem, które uleczy każde dziecko znajdujące się w rodzinie zastępczej albo adopcyjnej. Wkraczam tutaj trochę w rozważania dotyczące tematów, które znam z relacji innych osób. Czasami bywa, że nowi rodzice nie potrafią pokochać dziecka z pewnymi dysfunkcjami. Z pozoru są fantastyczni, dają z siebie wszystko co mogą. Jednak gdzieś występuje jakaś bariera, która może być doskonale wyczuwana przez dziecko. I to wcale nie zmienia faktu, że rodzice ci, są rewelacyjni … ale nie dla tego konkretnego dziecka. Podobno zdarzają się przypadki, że ośrodki adopcyjne nie przekazują rodzicom adopcyjnym od razu pełnej wiedzy na temat stanu zdrowia dziecka, licząc na to, że jak zobaczą to dziecko, to nastąpi miłość od pierwszego wejrzenia. Gdy stykam się z takimi relacjami, to myślę sobie: „jak tak można”. Jednak jak sam zastanowię się nad sobą, to też muszę trochę uderzyć się w piersi. Wielokrotnie opisywałem już postać Chapicka, który ma podejrzenie zespołu FAS. Świadomie nie zdiagnozowaliśmy chłopca pod tym kątem, uznając że niewiele trzeba, aby zostało stwierdzone: „tak ma FAS”. Na dobrą sprawę w jego przypadku wystarczyłoby, że wiadomo, iż mama piła w ciąży, chłopiec ma niską masę i jest lekko opóźniony w stosunku do rówieśników. Diagnoza FAS ma za zadanie uświadomienie problemu, uzmysłowienie sobie tego, że dziecko potrzebuje pomocy i nie można mieć w stosunku do niego jakichś nierealnych oczekiwań. Nie określa jednak jakie dziecko ma zaburzenia, do jakich specjalistów należy się udać, a tym bardziej nawet w ogólnym zarysie nie wypowiada się na temat przyszłości. Prawda jest taka, że nie każde dziecko z FAS jest upośledzone umysłowo, nie każde musi postępować w swoim życiu nieodpowiedzialnie, czy nawet zejść na „złą drogę”. Również stopień opóźnienia rozwojowego może być bardzo różny.
Jednak „łatka FAS” zamyka w większości przypadków przed takim dzieckiem drogę do adopcji (przynajmniej w kraju). My zrobiliśmy chłopcu liczne badania, wskazując zarówno jego dobre strony, jak też sfery wymagające interwencji specjalistów. Nie nazwaliśmy tylko tego po imieniu, cały czas posługując się terminem: „podejrzenie zespołu FAS”.
Czy mam z tym problem? Pewnie biorąc pod uwagę fakt, że poświęciłem tej kwestii sporo zdań, to chyba mam. Jednak absolutnie nie żałuję decyzji, którą podjęliśmy. Chłopiec znalazł kochających rodziców (w pełni świadomych wszelkich zaburzeń) a jego stan psychofizyczny daje nadzieję, że będzie zupełnie normalnym człowiekiem. I pomyśleć, że były już przymiarki do tego, aby szukać dla niego miejsca w domu pomocy społecznej.
Oczywiście nie zmienia to faktu, że ośrodki adopcyjne powinny „na dzień dobry” przekazywać wszelką dostępną wiedzę na temat dziecka. A z kolei przyszli rodzice adopcyjni może powinni być bardziej asertywni. Wiem, że łatwo oceniać, ale może lepiej czasami powiedzieć, że to dziecko nie jest dla mnie (nawet po kilku spotkaniach z nim), niż brnąć wbrew sobie w twierdzeniu, że wystarczy tylko miłość i trochę czasu.

No tak, ale jak to się ma do tematu uczuć, którymi darzymy dzieci będące w naszej rodzinie zastępczej?
Przykład Chapicka pokazuje, że nasze działanie zmierza do znalezienia dla naszych dzieci jak najlepszych rodzin. Czy to nie jest miłość?
Przecież każda mama (a przynajmniej tata) pragnie, aby dziecko znalazło fajną żonę (lub męża) i założyło szczęśliwą rodzinę. My, jako rodzina zastępcza, różnimy się od przeciętnej rodziny tym, że nasze dzieci znajdują swoją nową rodzinę w o wiele krótszym czasie. Nie zmienia to jednak intensywności uczuć, którymi w tym czasie się darzymy.
Rozstania są oczywiście trudne, jednak świadomość tego, co czeka te dzieci dalej, sprawia że nie ponosimy większego uszczerbku na naszym zdrowiu psychicznym. W końcu taki jest nasz cel, a dzieci dużo wcześniej są zaznajamiane z nowymi rodzicami. Tak więc z ich strony też nie dochodzi do jakichś dramatów, czy też urazów psychicznych. W przypadku Chapicka mieliśmy pewien problem, ponieważ wizyt rodziców adopcyjnych nie było zbyt wiele. W końcu mieszkając we Włoszech, trudno wpadać do nas często w odwiedziny. Jednak tutaj staraliśmy się zastosować nieco inną metodę, która jak nam się wydaje, przyniesie odpowiedni skutek. Cały proces opiszę w ostatniej części historii Chapicka, co nastąpi już niedługo.

Reasumując cały mój wywód dotyczący naszych uczuć i przywiązania do naszych dzieci zastępczych, mogę powiedzieć krótko, że w tej materii nie różnicujemy ich w porównaniu z naszymi dziećmi biologicznymi. Pewnie, że jedne dzieci darzy się większym uczuciem, a inne mniejszym. Nie wykluczam też sytuacji, że pojawi się kiedyś w naszej rodzinie dziecko, które będzie trudno pokochać. Znamienne jest też to, że różni członkowie naszej rodziny w różny sposób postrzegają nasze dzieci zastępcze. Mnie na przykład kiedyś ujął za serce chłopiec, który był z nami tylko niecałe trzy miesiące (myślę o Filemonie), chociaż nie zrobił większego wrażenia ani na Majce, ani na naszych córkach. Z kolei Smerfetkę (ulubienicę Majki), akurat ja nie darzę tak wielką sympatią (jak choćby Filemona) – być może dlatego, że potrafi używać bardzo wysokich dźwięków, czym lubi się chwalić również w środku nocy.
W przypadku rodzin zastępczych, a zwłaszcza tych o charakterze pogotowia rodzinnego, ważna jest świadomość tymczasowości. Nie wyklucza to w żaden sposób zaangażowania emocjonalnego, chociaż nie wszystkie osoby mogą to zrozumieć. Nawet w czasie naszego szkolenia dla rodziców zastępczych, Majka starała się wytłumaczyć innym jego uczestnikom, co czujemy, jak próbujemy połączyć ogień i wodę (czyli uczucia i rozstania). Wydaje mi się, że dla wielu osób jest to niewykonalne... Od czego to zależy? Od osobowości? Może... A może od ustalenia pewnych reguł na samym początku i konsekwentnym dążeniu do celu bycia rodzicem zastępczym, czyli przekazaniu dziecka do adopcji lub powrocie do rodziny biologicznej. Dla niektórych rodzin zastępczych, ta teoria staje się nie do przyjęcia w momencie gdy dochodzi do przekazania dziecka innej rodzinie. Nie ma problemu, gdy tacy rodzice, sami decydują się zaadoptować dziecko, gorzej gdy zaczyna się „walczyć z wiatrakami”, próbując zmobilizować kogo tylko się da, aby udowodnić, że najlepszym rozwiązaniem dla dziecka jest dalsze pozostanie w ich rodzinie zastępczej.
Nas, przed rozstaniem z dziećmi, bardziej martwi fakt, że mogą kiedyś pojawić się nowi rodzice, którzy w naszej ocenie nie będą stanowić z dzieckiem zgranego zespołu. Niby nie będziemy mieli im nic do zarzucenia, ale będzie widać, że między nimi a dzieckiem coś nie „iskrzy”. Jak do tej pory, takiego przypadku nie mieliśmy. Wszyscy dotychczasowi rodzice, do których odchodziły nasze dzieci są wspaniali. Co jakiś czas przesyłają nam jakieś zdjęcie, a nawet się spotykamy. Bardzo nas to cieszy, chociaż najważniejsza jest świadomość, że dzieci są szczęśliwe.
My jako rodzice jesteśmy spełnieni (w końcu mamy trzy własne córki). Być może w tym tkwi klucz do sukcesu - nie chcemy dzieci dla siebie.
Osobiście, bycie pogotowiem rodzinnym traktuję, jako pewnego rodzaju przygodę, która z jednej strony daje mi zadowolenie i satysfakcję, jednak z drugiej uświadamia mi, że niektórych takie podejście do sprawy może w pewien sposób irytować. Być może rodzicielstwo zastępcze należałoby traktować jako pewnego rodzaju misję. Wielu uważa, że jest to ogromne poświęcenie. Pewnie coś w tym jest, w końcu poświęciłem spędzanie nocy w sypialni z Majką, na rzecz spania w pokoju z maluchami (jednej osobie trudno byłoby ogarnąć nocne życie dzieci w różnym wieku). Pewnie, że czasami nie jest łatwo, jednak tak czy inaczej najważniejsze jest realizowanie własnych marzeń, przekładających się na poczucie szczęścia. W naszym przypadku marzenia są Majki, za to szczęście obopólne.

Skoro już w pewien sposób odniosłem się do własnych uczuć, jak też uczuć innych rodziców zastępczych, to spróbuję też napisać coś o uczuciach rodziców, którym te dzieci są zabierane.
Nie ulega wątpliwości, że nie ma bezpodstawnych umieszczeń dzieci w rodzinach zastępczych. Oczywiście nie śmiem twierdzić, że taki precedens nigdy i nigdzie nie miał miejsca, jednak traktowałbym go w kategorii wyjątku potwierdzającego regułę. Odbieranie dzieci „z biedy”, też można włożyć między bajki (zwłaszcza w kontekście nowej ustawy, nazywającej rzeczy po imieniu).
Nie uprawnia to jednak do twierdzenia, że rodzice tych dzieci są nieczuli. Myślę, że są miotani sprzecznymi emocjami. Wrócę może do przytoczonego na początku tego artykułu, instynktu opiekuńczego. Jest to coś, co powoduje, że rodzice, którym odebrano dzieci, czują pewien dyskomfort. Uważają, że powinni opiekować się własnymi dziećmi (i wielokrotnie na swój sposób je kochają), ale czują jakąś niemoc, aby uporządkować swoje życie. W większości przypadków przyczyną jest brak wsparcia ze strony najbliższych. Pamiętam jak wiele lat temu schodziłem w górach do schroniska, brnąc po pas w śniegu. Wówczas też czułem niemoc. Jednak ja widziałem cel. Rodzice naszych dzieci często tego celu nie widzą. Walczą o swoje dzieci, bo uważają, że tak trzeba, ale nie mają żadnego planu działania, ani wizji tego, co by zrobili gdyby jednak dzieci do nich wróciły. Gdy sąd odbierze im prawa rodzicielskie, czują ulgę. Ja ich za to nie potępiam. Być może z tymi rodzinami powinien pracować psycholog, który wskaże również alternatywę w postaci zrzeczenia się praw rodzicielskich. Obawiam się jednak, że w myśl zasady, że priorytetem jest powrót dziecka do rodziny biologicznej, takie rozmowy z psychologiem mogłyby zostać odebrane jako nakłanianie „do złego”.

Jeżeli ktoś chciałby prześledzić dyskusję w bardzo zbliżonym temacie (a być może nawet wziąć w niej udział), to zapraszam na poniższą stronę:


Zdecydowałem też, że będę nadawał konkretne tytuły poszczególnym postom (a nie jak dotychczas „opinie, pytania, odpowiedzi”), ponieważ sam się gubię w tym co już kiedyś napisałem. Jeżeli więc jakiś wątek z tego artykułu już kiedyś poruszałem, to bardzo przepraszam. 

sobota, 16 kwietnia 2016

"PARSZYWA DWUNASTKA" cz.5

Wprawdzie dzisiaj przymierzałem się do opisania pewnych moich refleksji związanych z uczuciami łączącymi nas z naszymi dziećmi zastępczymi oraz odczuciami towarzyszącymi rozstaniom z nimi, to jednak dokończę opis naszego doborowego zespołu dwunastu dzieciaczków. Do wspomnianego tematu przymierzam się od dwóch tygodni, gdy jedna z osób swoim pytaniem w komentarzu, podsunęła mi tą myśl. Jednak jeszcze tydzień poczekam, ponieważ na jednym z forum dla rodziców zastępczych pojawił się wątek muskający ten temat. Być może będę miał nieco więcej danych do rozważań.
Tak więc dzisiaj zakończę opis naszej dwunastki wspaniałych. Były to nasze pierwsze dzieci, dla których staraliśmy się na jakiś czas zostać rodzicami. Czy nam się to udało? Mam taką nadzieję, chociaż nie wszystkie historie kończyły się szczęśliwie.

SMERFETKA
Dziewczynka jest pewnym ewenementem wśród przedstawianych dzieci - jej historia jeszcze się tutaj nie pojawiła. Były tylko pewne wzmianki dotyczące jej zachowań, a czasami tylko napomknięcie tego imienia. Szczegółowy opis jej pobytu w naszym pogotowiu rodzinnym jeszcze się tutaj znajdzie, jednak na tą chwilę jej dzieje mogą się zakończyć na wiele sposobów.
Aktualnie mama biologiczna wystąpiła do sądu z wnioskiem o przyznanie jej pełnomocnika, który będzie bronił jej praw w procesie, w którym chce wykazać, że zasługuje na to, aby dziewczynka do niej wróciła (chociaż słowo „wróciła”, jest trochę na wyrost - Smerfetka w drugiej dobie życia, była już w naszej rodzinie). W każdym razie sąd przychylił się do prośby mamy dziewczynki. Jeżeli osoba starająca się o adwokata z urzędu wykaże, że sama nie jest w stanie ponieść kosztów wynagrodzenia profesjonalnego pełnomocnika, a sąd uzna, że wyznaczenie takiej osoby jest zasadne, to sytuacja kończy się tak jak w naszym przypadku. Z jednej strony jest to bardzo pozytywne, ponieważ oznacza, że każdy obywatel może otrzymać pomoc prawną, lecz w przypadku Smerfetki prawdopodobnie oznacza to odwleczenie problemu w czasie. Prawdopodobnie wszystko i tak skończy się odebraniem mamie praw rodzicielskich (im dłużej jestem rodziną zastępczą, tym coraz bardziej przestaję wierzyć w cuda), ponieważ poza dobrymi chęciami nic nie zmienia w swoim życiu. Jednak adwokat pewnie wykorzysta wszystkie możliwe akty prawne, sprawa będzie odraczana tak długo jak to będzie możliwe.
Niestety dziewczynka ma już rok, co oznacza, że więzi z naszą rodziną są coraz silniejsze.
Od niedawna mamy pod opieką kilkumiesięcznego chłopca. Wielokrotnie już zdarzało się, że przychodził do nas kolejny maluszek i był całkiem dobrze przyjmowany przez dotychczasowe dzieci. Nawet Chapic (który jeszcze przez kilka tygodni będzie z nami) nie ma większego problemu z nowym członkiem rodziny. Podchodzi do chłopca, robi mu „aja-aja” i dalej biegnie coś psocić.
Smerfetka niestety jest bardzo zazdrosna. Jeżeli Majka jest w pobliżu, to nie opuszcza jej na krok. Nawet to mało powiedziane. Grzeczna jest tylko wówczas, gdy znajduje się u Majki na rękach. Nawet ja z powietrznymi akrobacjami, przestałem być dla niej atrakcyjny. Mimo braku objawów choroby, zagorączkowała. Od dwóch dni chrypi (pewnie dlatego, że prawie bez przerwy wrzeszczy), krócej śpi, gorzej je. Niestety jest to dla niej trudny okres, mimo że wszystkie bliskie jej od urodzenia osoby zawsze są w pobliżu. Zaczęliśmy trochę się obawiać jak przebiegnie proces przechodzenia do nowej rodziny (niezależnie od tego kim ona będzie).
A mogło być tak pięknie … Jeszcze kilka tygodni temu Smerfetka lubiła każdego, kto chciał spędzić z nią jakąś chwilę. Niestety sąd nie wyznaczał terminu rozprawy, bo miał problemy z ustaleniem miejsca zamieszkania mamy – ta po prostu nie mieszkała nigdzie. Jeszcze nam się nie zdarzyło, aby po rocznym pobycie dziecka w naszej rodzinie, nie odbyła się żadna rozprawa w jego sprawie. Ale być może jeszcze wiele razy będziemy się dziwić różnymi przypadkami. W końcu za nami dopiero pierwsza dwunastka wspaniałych.

IMPRESJA
Dziewczynka jest kolejnym wyjątkiem. Należała do naszej rodziny tylko przez kilkanaście dni. Nawet nie miałem okazji jej zobaczyć, pogłaskać … Cały czas wierzyłem, że Impresja któregoś dnia wyjdzie ze szpitala i będziemy mogli ją powitać w naszym domu.
Szpital opuściła, chociaż nie tak jak tego chcieliśmy (mimo, że taka myśl czasami budziła w nas niepokój).
Jednak patrząc z perspektywy czasu, uważam że jej śmierć była dobrem. Przynajmniej dla dziewczynki. Majka spędziła z Impresją wiele godzin w jej ostatnich chwilach istnienia na tym świecie. Zrobiła chyba wszystko co mogła zrobić. Nawet ściągnęła księdza, aby ją ochrzcił. Chciała też, aby dokonał namaszczenia chorych, czego jak się okazało nie wykonuje się u malutkich dzieci. No to w zamian za to, ją wybierzmowała. Dobrze, że na tym skończyła. W końcu jest jeszcze parę innych sakramentów świętych.
Prawdę mówiąc było to trochę „nielegalne”. Takie działanie musi być potwierdzone zgodą rodziców lub opiekunów prawnych. Jednak ponieważ z mamą dziewczynki nie było kontaktu, Maja wzięła na siebie ewentualne konsekwencje podjętej decyzji.
Zresztą poszła dużo dalej, stając się „szarą eminencją” kontrolującą wszystko niejako z ukrycia. Upewniła się, czy rodzina odebrała ciało Impresji, odnalazła księdza, który dokonał pogrzebu, zawiozła mu akt chrztu i bierzmowania – porozmawiała.
Jak do tej pory mamy kontakt ze wszystkimi byłymi naszymi dziećmi zastępczymi i w większości przypadków co jakiś czas się odwiedzamy. Być może Impresja będzie dzieckiem, które będziemy odwiedzać najdłużej.



niedziela, 10 kwietnia 2016

"PARSZYWA DWUNASTKA" cz.4

W planach miałem napisanie „trylogii o parszywej dwunastce”, a zostały mi jeszcze do przedstawienia losy czwórki dzieci. Chyba więc będzie to „pięcioksiąg”.
Tydzień temu odwiedziliśmy dwójkę chłopców, którzy wprawdzie nie są rodzeństwem, ale mieszkają w tej samej miejscowości, chociaż w różnych rodzinach. Oczywiście myślę o dzieciach, które przez jakiś czas przebywały razem z nami.

LUZAK
Chłopiec będąc u nas, zaprzyjaźnił się z Klarą i Bastionem (rodzicami zastępczymi, u których spędził ostatnie wakacje). Nowi rodzice już na etapie zaznajamiania się z dzieckiem (zanim zabrali go do siebie na czas naszego urlopu) nie ukrywali, że najchętniej by go adoptowali. Wspólnie spędzony miesiąc, jeszcze bardziej utwierdził ich w tym przekonaniu. Odwiedzali nas po wakacjach prawie co tydzień. Wystąpili też do sądu z wnioskiem o ustanowienie ich rodziną zastępczą (oczywiście za zgodą PCPR-u i z pełnym naszym poparciem, jako pogotowia rodzinnego). Początkowo chłopiec został urlopowany, a po jakimś czasie miał już status dziecka przebywającego w rodzinie zastępczej Klary i Bastiona. Mama biologiczna wprawdzie odwiedzała Luzaka, jednak o wiele rzadziej niż u nas i do tego nieregularnie. Niedawno odbyła się kolejna rozprawa w sądzie, który miał ocenić postępy mamy biologicznej, ponieważ ta, cały czas podtrzymywała chęć odzyskania dziecka.
Biorąc pod uwagę sporadyczną (ale jednak) aktywność mamy, raczej wszyscy zakładali, że sprawa zostanie odroczona na kilka kolejnych miesięcy. Jej sytuacja niewiele się zmieniła, a wręcz pogorszyła. Nadal nie miała pracy (chociaż problemem nie było jej znalezienie, lecz chęć jej utrzymana), wróciła do „toksycznych” rodziców, poznała nowego partnera. Badanie psychologiczne jej predyspozycji do sprawowania opieki rodzicielskiej też wypadło fatalnie. Jednak dla wielu sądów, nawet taki stan rzeczy nie jest przesłanką do odebrania praw rodzicielskich. Kierują się zasadą, że jeżeli istnieje jakiekolwiek zainteresowanie dzieckiem przez rodziców, to należy dawać im kolejne szanse.
Dlatego też wszyscy byliśmy zaskoczeni podjętą decyzją. Sąd odebrał prawa rodzicielskie mamie biologicznej, czego następstwem będzie skierowanie Luzaka do ośrodka adopcyjnego. Dotychczasowi rodzice zastępczy mają prawo ubiegać się o przysposobienie chłopca (czyli o adopcję). Wprawdzie nie istnieje konkretny akt prawny (o ile mi wiadomo), który dawałby pewność rodzicom zastępczym, jednak w praktyce nie zdarzają się sytuacje, aby dziecko nie zostało adoptowane przez rodziców zastępczych (jeżeli ci wyrażają taką wolę). Brane jest pod uwagę szeroko rozumiane dobro dziecka, a przede wszystkim silne więzi z rodzicami zastępczymi.
Niestety taka sytuacja, czyli adopcja poprzez pierwotne pozostanie rodziną zastępczą, nie jest mile widziana przez ośrodki adopcyjne. Z jednej strony je rozumiem, w końcu dbają o interesy rodziców adopcyjnych ustawionych w długiej kolejce. Jednak droga, którą wybrali Klara i Bastion nie jest łatwa, przede wszystkim pod względem emocjonalnym. Zawsze istnieje możliwość (i wielokrotnie tak się zdarza), że dziecko przebywające w rodzinie zastępczej, wraca do rodziców biologicznych. Nawet teraz, gdy nowi rodzice Luzaka są już prawie na mecie, to jeszcze nie mogą „odgwizdać” zwycięstwa. Wprawdzie byłby to precedens (gdyby chłopiec nie został ich dzieckiem adopcyjnym), ale pewien element niepewności cały czas pozostaje.
Jednak dla nas ważne jest to, że Luzak znalazł się w kochającej rodzinie. Od ponad pół roku byliśmy całym sercem po stronie Klary i Bastiona. Wiemy, że decyzja, którą podjęli nie była łatwa, zresztą tak samo jak te kilka miesięcy niepewności.

Trochę się rozpisałem na temat prozy życia rodzica zastępczego, pomijając nasze spotkanie z chłopcem. Niestety Luzak był trochę „zasmarkany”. Było to konsekwencją ostatniego spotkania się z mamą biologiczną, która na wizytę na placu zabaw, spóźniła się czterdzieści minut.
Klara ma zbyt dobre serce. Majka pewnie odczekałaby „kwadrans akademicki” i wróciła do domu. Ja byłbym jeszcze mniej litościwy (w tym konkretnym przypadku). Wprawdzie zdarzają się rodzice biologiczni, których historia ujmuje mnie za serce i nawet byłbym skłonny zrobić wiele, aby dziecko do nich wróciło, to jednak mama Luzaka do takich nie należała. Była wyniosła i arogancka. Na szczęście możemy wszyscy powiedzieć: „była”.
Chłopiec mimo kiepskiego samopoczucia, jednak w końcu się „rozkręcił”. Trochę się pobawiliśmy, chociaż spotkanie było zdominowane rozmowami dotyczącymi rozprawy, której wynik wówczas nie był jeszcze znany.

Niestety ten opis mi nie wyszedł. Albo może powiem inaczej – jest adekwatny do atmosfery panującej podczas ostatniego naszego spotkania. Chyba nie potrafię sobie wyobrazić, jakimi emocjami targani są tacy rodzice jak Klara i Bastion. Mam nadzieję, że się jeszcze spotkamy i że wówczas jedynym tematem będzie tylko i wyłącznie Luzak. Droga do adopcji poprzez pozostanie rodziną zastępczą jest bardzo trudna. W pewien sposób podziwiam takich ludzi, bo sam chyba bym się na to nie odważył.
Skoro więc w powyższym opisie w większości skupiłem się na sprawach natury technicznej, to dodam do tego jeszcze jedną rzecz. Niedawna nowelizacja ustawy o wspieraniu rodziny i systemie pieczy zastępczej spowodowała, że pojawiło się nowe (popierane przez środowisko rodzin zastępczych) sformułowanie.
Jest to art.47 poz.7:
"W przypadku nieprzekazania do sądu w terminie 18 miesięcy od dnia umieszczenia dziecka w pieczy zastępczej informacji, o której mowa w ust. 6, organizator rodzinnej pieczy zastępczej składa do właściwego sądu wniosek wraz z uzasadnieniem o wszczęcie z urzędu postępowania o wydanie zarządzeń wobec dziecka celem uregulowania jego sytuacji prawnej. Do wniosku organizator rodzinnej pieczy zastępczej dołącza w szczególności opinię gminy lub podmiotu prowadzącego pracę z rodziną i opinię koordynatora rodzinnej pieczy zastępczej."
Aktualnie zarówno sądy jak też PCPR-y bardzo różnie podchodzą do tego zagadnienia, chociaż dla rodzin zastępczych, które chciałyby adoptować przebywające u nich dziecko, jest to bardzo ważny „paragraf”, na który można się powołać ponaglając w pewien sposób swojego organizatora pieczy zastępczej. Zdaniem sędziego z naszego Sądu Rodzinnego, takie postępowanie z biegiem czasu będzie standardem. Rodzice biologiczni będą mieli półtora roku, aby naprawić swoje życie i odzyskać dziecko. Tylko półtora roku … a może aż?


IROKEZ
Z naszego punktu widzenia (jako rodziny zastępczej), jest to najszczęśliwsza historia, która nam się przytrafiła. Chłopiec znalazł się w rodzinie adopcyjnej w czwartym miesiącu życia. Dla Dakoty i Paco (jego nowych rodziców …???) …
Naszła mnie nagle pewna refleksja. Często posługuję się sformułowaniem „nowi rodzice”, w odróżnieniu od rodziców biologicznych danego dziecka. Jest to chyba jednak pewien nietakt z mojej strony.
Będę zatem się starał nie używać tego określenia, choćby dlatego, że sam nie chciałbym być tak nazywany. W końcu Dakota i Paco po siedmiu miesiącach opiekowania się dzieckiem nie są już „nowi”, a dla chłopca są przecież prawie całym jego życiem.

Tak więc dla rodziców Irokeza …? Niestety robiąc dygresję, zgubiłem wątek i nie pamiętam co chciałem napisać.
Zanim sobie przypomnę, przejdę do innej myśli... Któregoś dnia Majka pokazała mi w telefonie zdjęcie chłopca, zadając pytanie: „kto to jest?”. Nauczony doświadczeniem, najpierw „przejrzałem” w swoich myślach wizerunki wszystkich naszych dzieci zastępczych. Nikt mi nie pasował. Zanim przeszedłem do poszukiwań wśród celebrytów, Majka z wyraźnym rozbawieniem (spowodowanym moim zażenowaniem) stwierdziła, że jest to Irokez. Bardzo się zdziwiłem, ponieważ spotykamy się co kilka miesięcy i mimo że dzieci szybko się zmieniają (choćby dlatego, że rosną), to przecież nie aż tak, aby ich nie poznać.
Jednak po namyśle odkryłem przyczynę mojej konsternacji, gdy miałem rozpoznać chłopca.
Muszę się przyznać, że z małymi dziećmi nie chadzamy do fryzjera. Najwyżej przycinamy im grzywkę, gdy włosy zaczynają wchodzić do oczu. Może powinniśmy zmienić to nasze przyzwyczajenie, ponieważ jedną z pierwszych rzeczy, którą robią rodzice, do których odchodzą nasze dzieci, jest właśnie pójście do fryzjera. Jednak w mojej ocenie, niecięte włosy nadają tym dzieciom pewien charakter. Dodają im takiej… „dzikości”. Jedne mają loczki, inne fale albo artystyczny nieład. W dniu, gdy idą do fryzjera, po prostu czar pryska.
Właśnie tak było z Irokezem. Na zdjęciu (na którym miałem go rozpoznać) nie miał już swojego „irokeza”, o którego tak dbałem podczas pobytu u nas. Wychodzi więc na to, że fryzura zmienia nie do poznania.

Tydzień temu odwiedziliśmy chłopca razem ze Smerfetką, którą opiszę w następnej części „parszywej dwunastki”. Dziewczynka jest jego rówieśniczką (Irokez jest starszy o niecałe dwa tygodnie) i dzieci znalazły się w naszym pogotowiu w odstępie kilku dni.
Irokez nie ma jeszcze tej świadomości, ale Smerfetka jest jego pierwszą dziewczyną, z którą poszedł do łóżka. Prawie przez miesiąc sypiali razem „na waleta” w jednej kołysce. Wprawdzie łóżek, łóżeczek i kołysek, u nas dostatek, to tym sposobem łatwiej było nad nimi zapanować – choćby w sytuacji, gdy jednemu i drugiej trzeba było trzymać butelkę z mlekiem.
Po miesiącu chłopiec stał się już na tyle ruchliwy, że musieliśmy towarzystwo rozdzielić. Irokez rozwijał się bardzo szybko i również dzisiaj widać, że jest „do przodu” w stosunku do rówieśników.
Wprawdzie Smerfetka jest przynajmniej w normie rozwojowej (aktualnie nieśmiało chodzi trzymając się różnych przedmiotów), to Irokez, jej aktualne umiejętności nabył przynajmniej dwa miesiące temu. Obecnie bardzo sprawnie chodzi. Może nie tak szybko jak na przykład Chapic, ale pewnie. Ten drugi biega jak szalony, obijając się co chwilę o wszystko dookoła. Pada wówczas na pupę (najczęściej), mówi „bam”, szybko wstaje i biegnie dalej. Irokez sprawia wrażenie, jakby miał wszystko przemyślane. Jeżeli dokądś idzie, to jest to celowe. Jeżeli coś je, to musi to coś mieć smak, który lubi. Wprawdzie na pozór wydaje się to oczywiste, to często w praktyce tak nie jest. Dla przykładu Chapic nie zawsze ma ochotę nawet na ulubione potrawy, a z kolei Smerfetka „wciąga” wszystko jak odkurzacz. Nie jest dla niej problemem jednoczesne jedzenie potrawy kwaśnej i słodkiej. Chociaż może tylko mnie to dziwi. Włoscy rodzice Chapicka (gdy u nas byli) potrafili wymieszać bigos z mizerią i też mówili, że dobre … znowu odchodzę od tematu.

Chociaż na dobrą sprawę już skończyłem. Cały czas próbowałem sobie przypomnieć wątek, od którego chciałem zacząć opis Irokeza. I nic, pustka w głowie. Jak sobie przypomnę, to najwyżej zrobię pewną dygresję, opisując Smerfetkę.