Dzisiaj
spędzamy pierwszą noc bez Messengera. Majka odwiozła chłopca do
mamy biologicznej. Miał być spokojny wieczór.
![]() |
| "Nie wiem, czy to miłość?". |
Siedzę
jednak w oczekiwaniu na telefon z policji, która rozważa dokonanie
interwencji w domu jednej z rodzin. Minęło zaledwie kilka godzin od
pożegnania się z chłopcem, a już w zamian dostaniemy dwójkę
rodzeństwa. Żeby chociaż było tak, że dzieci zostaną nam
przywiezione. Nie zostaną... jedynymi uprawnionymi do odebrania
dzieciaków, jesteśmy my. Policja może tylko przypilnować, aby
nikt w tym czasie nie zrobił nam krzywdy. Policjant nie może nawet
dotknąć dziecka. A my? My możemy dziecko zapakować do samochodu,
nie mając nawet postanowienia sądu. Kurator może pojawić się w
rodzinie nie później niż do dwudziestej drugiej, więc pewnie się
nawet nie spotkamy. Zobaczymy za to wkur...ną matkę i płaczące
dzieci, które wyrwane ze snu w środku nocy, nagle zostaną
zapakowane do obcego samochodu, a później do obcego łóżka w
obcym domu. Dobrze, że chociaż mają siebie.
Dlaczego
ma być przeprowadzona taka akcja? Mama ucieka z dziećmi i ukrywa
się w różnych zakątkach kraju. Tyle wiemy... mamy być w
gotowości.
Dobrze,
że chociaż miałem informację i zdążyłem posprzątać pokój, w
którym planujemy dzieci umieścić. Plotka wylądowała więc w
łóżeczku Messengera w sypialni Majki, a ja przeniosłem się do
innego pustego pokoju (na szczęście mamy ich kilka).
Ale
miało być o Messengerze.
Krótko
przypomnę jego historię, ponieważ pewne jej elementy mogą być
znaczące w dalszym opisie.
Oboje
rodzice chłopca są upośledzeni w stopniu lekkim (jak niektórzy
uważają – są nerwowi). Ojciec jest alkoholikiem stosującym
przemoc w stosunku do swojej żony (mamy chłopca). Zresztą
Messenger jest owocem gwałtu (jak niektórzy uważają –
powinności małżeńskiej).
Sąd
wydał decyzję o umieszczeniu dziecka w naszej rodzinie zastępczej,
do czasu wyjaśnienia sytuacji rodzinnej (czyli na czas trwania
postępowania).
Mama
Messengera zdecydowała się odejść od męża i zamieszkała ze
swoim ojcem. Cały czas pracowała i rozpoczęła terapię z
psychologiem.
Złożyła
jednak zażalenie na postanowienie sądu, co jak się okazało było
dużym błędem.. Oczekiwanie na rozprawę w sądzie apelacyjnym
skutkowałoby pozostawieniem chłopca w naszej rodzinie jeszcze
przynajmniej przez rok (tyle mniej więcej czeka się na sprawę w
sądzie okręgowym).
Ponieważ
zespół opiniujący jej zachowanie po odebraniu dziecka,
jednogłośnie stwierdził dużą poprawę i zaczął rozważać
możliwość powrotu chłopca do niej – sprawa nabrała tempa. Mama
(za namową) złożyła rezygnację z odwołania się od wyroku
(czyli zrezygnowała z wcześniej wniesionego zażalenia), które
dziwnym zbiegiem różnych okoliczności, nie zostało jeszcze
wysłane do sądu wyższej instancji. Wydawało się jednak, że
pierwotna decyzja tak czy inaczej zostanie utrzymana w mocy, co
powodowało oczekiwanie na kolejną rozprawę (czyli przynajmniej
trzy miesiące). Okazało się jednak, że sąd bardzo poważnie
podszedł do tego przypadku. Nie dość, że znalazł odpowiedni
paragraf (co paradoksalnie wcale nie jest rzeczą oczywistą), to
jeszcze wydał postanowienie w trybie ekspresowym.
Pierwotna
decyzja nie została uchylona, co oznacza że mamę nadal czeka
rozprawa potwierdzająca jej zdolności do sprawowania opieki
rodzicielskiej nad chłopcem. Zmieniony został tylko tryb
zabezpieczenia chłopca na czas postępowania. Messenger może więc
ponownie zamieszkać ze swoją mamą. Tyle tylko, że w mieszkaniu
swojego dziadka, przy ścisłej współpracy asystenta rodzinny i
kuratora sądowego oraz istnieniu jeszcze kilku warunków
koniecznych, jak choćby udziału mamy w warsztatach mających na
celu podniesienie jej kompetencji rodzicielskich.
Jest
więc wielki „happy end”. Ploteczka zrobiła „brawo-brawo”,
bliźniacy przybili piatkę, a wszelkie urzędy ucieszyły się, że
sprawa jest zamknięta... a przynajmniej na jakiś czas wyciszona.
Jest
tylko dwoje malkontentów. Jednego nazywają Pikuś, a drugą osobą
jest Basia logopedka. Nie rozmawiałem z Basią, więc nie wiem jakie
ma przemyślenia. Dotarło do mnie tylko tyle, że jest jej żal, iż
chłopiec musi wrócić do swojej mamy.
Jednak
swoje zdanie mogę przedstawić.
Moją
przewagą nad innymi osobami jest to, że nie znam osobiście mamy
Messengera. Wizualizuję ją sobie wyłącznie w oparciu o
docierające do mnie rozmaite opinie. Nie wiem więc jak wygląda, w
jaki sposób przedstawia swoje racje, nigdy nie spojrzałem jej
prosto w oczy. Opieram się więc tylko na spostrzeżeniach innych
osób (głównie Majki).
Nie chcę
umniejszać postępów mamy chłopca. Jej determinacja w chęci
odzyskania syna jest faktycznie imponująca (przynajmniej w
porównaniu z innymi mamami naszych dzieci zastępczych).
Jest
jednak pewne „ale”.
Mama
Messengera w chwili obecnej może liczyć przede wszystkim na
wsparcie swojego taty. Jest to faktycznie człowiek twardo stąpający
po ziemi, mający świadomość wszelkich konsekwencji związanych z
przyjęciem córki i Messengera pod swój dach. Tyle tylko, że jest
on sporo starszy ode mnie (a przecież z mojej półki już też
biorą).
Co
będzie gdy go zabraknie?
Majka
bardzo broni tej dziewczyny. Ja analizuję tylko to co słyszę,
próbując spojrzeć w przyszłość. Co będzie za lat pięć,
dziesięć, czy piętnaście?
Mama
Messengera jest typowym przykładem dużego dziecka. Ona ma już
prawie czterdzieści lat, a nadal nie potrafi podejmować decyzji,
wziąć odpowiedzialności za siebie i za swojego syna. Cechuje ją
typowa roszczeniowa postawa, której ja zupełnie nie akceptuję.
Uważa, że jej się wszystko należy, że ktoś powinien objąć ją
swoją opieką. Wie, że jest dorosła, ale cały czas traktuje
siebie jak małą dziewczynkę.
Majka
kiedyś zaproponowała jej przyjazd do lekarza. Chyba chodziło o
poradnię preluksacyjną. Była to okazja, aby mama spędziła jakiś
czas z chłopcem, aby poznała przychodnię, do której być może
wielokrotnie będzie uczęszczać. Maja nawet zaproponowała, że
sprawdzi o której wyjeżdża tramwaj (prosto spod jej domu) i na
którym przystanku musi wysiąść. Nie była tym zainteresowana.
Twierdziła, że nie zna tego miejsca, więc nie dojedzie.
Dwa dni
temu miała przyjechać na rehabilitację Messengera. Dostała od
Majki proste polecenie:”proszę wsiąść w tramwaj numer 14 spod
swojego domu o 13.46 i wysiąść na dziewiątym przystanku na placu
Powstańców Warszawy – tam będę na panią czekała”.
Proste,
prawda?
Nie
powiedziałem tego Majce, ale byłem przekonany, że nie dojedzie.
Zorganizowaliśmy jednak całą wyprawę. Miałem zostawić Majkę na
przystanku i dalej pojechać z Messengerem na rehabilitację. Pół
godziny wcześniej zadzwoniła asystentka mamy, że jednak mama nie
dojedzie bo ma sprawy do załatwienia.
I to
jest właśnie znamienne - te mamy mają swoje asystentki. Gdybym ja
chciał mieć asystentkę, która wykona za mnie kilka telefonów,
wypełni ileś tam formularzy i napisze parę pism, to musiałbym ją
zwyczajnie zatrudnić za przyzwoite pieniądze. A mama Messengera
mówi do Majki: „Wie pani... ta moja asystentka w ogóle o mnie nie
dba. Wcale do mnie nie dzwoni. Jak coś chcę, to muszę ja zadzwonić
do niej”. Albo: „Muszę zadzwonić do mojej asystentki, aby
dowiedziała się w sądzie, czy już wysłali do mnie orzeczenie”.
Pewnie
gdy Messenger będzie już chodził do szkoły i mama dostanie
zaproszenie na rozmowę od dyrektora, to też zadzwoni do asystentki.
Na tę chwilę, pani asystent rodziny zobowiązała się pojechać z
mamą i Messengerem na pierwszą rehabilitację. Nie jest wykluczone,
że będą to dla niego ostatnie zajęcia.
Ale cóż.
Cieszę się, że chłopiec wrócił do mamy. W końcu to nasz
pierwszy powrót dziecka do mamy biologicznej... otwierajmy szampany.
Szybko
oddalam jednak od siebie myśl, że ta sama sytuacja mogłaby spotkać
Ploteczkę.
Messenger
mieszkał z nami zaledwie trzy miesiące. Jego odejście było dla
mnie jak pstryknięcie palcem. Był impresją, przelotnym wrażeniem.
Nie zdążyłem się z nim bardziej związać, i myślę że była to
relacja zwrotna.
Nie
wiem, czy jest to tylko moja cecha, ale zawsze potrzebuję trochę
czasu, aby wykorzystać nabyte wcześniej umiejętności. Niedawno,
gdy wychodziłem z samochodu, ktoś zapytał mnie po angielsku, jak
dojść do Ronda Piłsudskiego. Odpowiedziałem: „eeeeee, I don't
speak English”. A na wakacjach w Maroku potrafiłem wykłócać się
o jakieś głupie parasolki na plaży. Podobnie jest z naszymi
dziećmi zastępczymi. Potrafię nawiązywać więzi, potrafię
angażować się emocjonalnie. Wiem, że dla dzieci jest to bardzo
ważne. Jednak Messengera sobie odpuściłem. Był z nami zbyt
krótko. O Plotkę walczyłbym pazurami... ona jest już moja (co nie
przeszkodzi mi w oddaniu jej rodzicom adopcyjnym). Bliźniacy powoli
też stają się moi. Gdy ostatnio pani w przedszkolu rzuciła jakimś
absurdalnym zarzutem w odniesieniu do Remusa, to... jeszcze „ugryzłem
się w język”... jeszcze.
Samo
pożegnanie Messengera było bardzo sympatyczne. Zarówno mama jak i
dziadek chłopca, zgodnie stwierdzili, że Majka będzie zawsze mile
widziana w ich domu. Póki co, planujemy szybkie odwiedziny – w
ciągu kilku najbliższych dni.
Przekazanie
dziecka na zasadach odejścia do rodziny adopcyjnej, sobie
podarowaliśmy.
Będę
szczery... oznaczałoby to codzienne wyjazdy Majki do domu chłopca
(bo tak wyglądały dotychczasowe spotkania). Dla mnie wiązałoby
się to z koniecznością organizowania sobie dzień w dzień kilku
wolnych godzin, aby pozostać z resztą dzieci (bo chyba tylko na
takie rozwiązanie byłaby gotowa przystać mama). Do tego, chłopak
ma dopiero cztery miesiące i jakby nie było, raz w tygodniu swoją
mamę widział. Zresztą Majka twierdzi, że ma on jakąś pamięć
pierwotną i wyczuwa mamę, gdy tylko znajdzie się w jej objęciach. Może
Maja ma rację.
Zastanawiam
się jednak, jaka powinna być nasza dalsza rola. Majka zawiozła wraz
z Messengerem cały bagażnik różnych rzeczy (na dziś, jutro i
pojutrze – czyli przynajmniej na najbliższy rok) oraz pakiet
startowy.
Obawiam
się, że możemy stać się kimś ważniejszym niż pani asystentka,
która jest tylko pomocą doraźną. Dzisiaj jest ta, jutro inna... i
tylko do piętnastej. Majka jest gotowa pojechać nawet o trzeciej w
nocy, gdy ktoś będzie potrzebował jej pomocy.
![]() |
| Pakiet startowy. |
![]() |
| Przez tydzień nie dane mi było zjeść obiadu przy stole - Majka szykowała wyprawkę. |
Nie
jestem przekonany, czy powrót Messengera do mamy był dobrą decyzją
sądu. Nie tylko sądu... również naszą, również moją.
W
zasadzie jest tylko jedna rzecz, która w moim przekonaniu ją
uzasadnia. Razem z dziadkiem mieszka też kilkuletni chłopiec. Nie
chciałem poruszać tego wątku. Za każdym razem, gdy Majka jechała
w odwiedziny, pytał „Czy dzisiaj Messenger zostanie z nami już na
zawsze?”. Ten chłopiec to brat Messengera.










