Ploteczka
jest już z nami od kilkunastu dni. I niewiele dłużej trwa jej
życie.
Nie będę
na razie go opisywał, ponieważ w większości polega ono na spaniu
i jedzeniu.
Bardziej
skupię się na sobie, chociaż może to nieskromne.
W
pierwszej części opiszę swoje przemyślenia jako rodzica
zastępczego. Druga będzie pewnego rodzaju refleksją, zadumą nad
sobą, chcącym spełnić się w roli ojca adopcyjnego. Ponieważ
nigdy taka sytuacja nie miała miejsca, będzie to więc tylko moje
wyobrażenie, jak w takim przypadku bym się zachował.
![]() |
| 6-dniowa Ploteczka |
Czasami
się zastanawiam, co myślą osoby czytające moje opisy dotyczące
rodziców biologicznych. Wprawdzie stosuję się do mickiewiczowskiej
zasady braku jedności miejsca, czasu i akcji... do tego nadając
moim bohaterom niepowtarzalne pseudonimy, to mimo wszystko może się
wydawać, że przedstawiane historie są wyjątkowe, że ktoś kto
zna taką rodzinę, bez problemu rozszyfruje wszystkich bohaterów.
Może i tak, chociaż niekoniecznie trafnie, bo takich (niemal
identycznych) przypadków jest mnóstwo. To co opisuję, to są tylko
ogólniki. Szczegóły, które mogłyby jednoznacznie zidentyfikować
daną osobę (czy rodzinę), muszę zachować dla siebie. A byłoby
co opisywać.
Ja,
jako rodzic zastępczy:
Bardzo
obawiam się tego, że któregoś dnia wpadnę w rutynę. Stanę się
ojcem zastępczym, który przyjmuje pod swój dach kolejne dziecko,
którym trzeba się zaopiekować. Dziecko, które nie będzie już
osobą, a przedmiotem mojej pracy.
Na
szczęście jeszcze nie tym razem. Cieszę się, ponieważ noworodki
nigdy nie robiły na mnie takiego wrażenia jak na Majce. W zasadzie
wszystkie są takie same … podobne do mnie, nieco pomarszczone i z
przerzedzoną czupryną. Plotka jest pod tym względem wyjątkowa.
Bardzo lubię spędzać z nią czas, a nawet zacząłem zazdrościć
kobietom urlopu macierzyńskiego. Życie z noworodkiem płynie w
zupełnie innym tempie. Nie istnieje słowo „musisz”. Nie musisz
posprzątać, nie musisz zrobić obiadu... wielu rzeczy nie musisz.
Trochę się rozmarzyłem, bo jednak my, mając pod opieką kilkoro
dzieci, wiele rzeczy zrobić musimy. Chociaż dużą przyjemność
sprawia mi świadomość tego, że gdy karmię (jakkolwiek by to
dziwnie zabrzmiało), wiem że nie muszę odebrać telefonu od
klienta.
Wracając
do Plotki. Dziewczynka grzecznie poczekała w szpitalu na wykonanie
postanowienia sądu, czyli umieszczenie jej w naszej rodzinie
zastępczej. Mama do ostatniego dnia była razem z nią. Miała
nadzieję, że uda jej się zabrać dziecko do swojego domu. Nie
słuchała lekarzy i pielęgniarek, którzy mówili jej, że
dziewczynka zostanie jej odebrana..., że musi zamieszkać w rodzinie
zastępczej. Co kilka godzin podchodziła do dyżurki pielęgniarek,
z prośbą o wypisanie się z dzieckiem na własne życzenie.
Lekarzom wydawało się, że robi im na złość. Oni mówią jedno –
ona drugie. Można powiedzieć, że na tej podstawie można by zrobić
niezły reportaż, napisać artykuł, który ujmowałby za serce.
Matka, która przytula swoje dziecko, ale ktoś każe jej to dziecko
zostawić, oddać obcym ludziom. Jest to przykre, bo mamie Ploteczki
niewątpliwie nie było łatwo. Dlaczego więc tak się stało?
Dlaczego to rozumiem, chociaż uważam się za człowieka obdarzonego
dość dużą dozą empatii?
Jakie
właściwie są powody ograniczania rodzicom władzy rodzicielskiej?
Z uporem
maniaka będę powtarzał, że nie bieda, chociaż ten element
występuje prawie zawsze (jako czynnik współistniejący).
Czyli
co?
Przemoc
w rodzinie, alkohol i inne uzależnienia, konflikt prawem,
molestowanie seksualne, upośledzenie umysłowe, brak
odpowiedzialności i świadomości obowiązków związanych z
macierzyństwem (co najczęściej jest związane z nieistnieniem
właściwych wzorców), a co jednym zdaniem można określić jako
brak kompetencji do sprawowania władzy rodzicielskiej.
Najczęściej
jest tak, że rodzina zmaga się z dwoma, trzema wspomnianymi
problemami. W przypadku Ploteczki wystąpiły wszystkie okoliczności
naraz. Gdyby dziewczynka miała zamieszkać ze swoją mamą, to
ładnie rzecz ujmując – wprowadziłaby się do rodziny
wielopokoleniowej. Jednak mówiąc wprost – znalazłaby się w
rodzinie, w której wszyscy żyją „na kupie”, bo nie mają
innego wyjścia. Brakuje tam tylko dzieci, ponieważ wszystkie
zostały umieszczone w pieczy zastępczej. Mama Plotki do niedawna
również przebywała w domu dziecka, ale cóż … ukończyła 18
lat i wróciła do mamusi.
Historie
takich młodych ludzi są bardzo przykre. Niestety mam świadomość
tego, że Kapsel prędzej czy później, też wróci do mamy. Jedyną
nadzieją dla niego byłaby adopcja, ale prawdopodobieństwo takiego
obrotu sprawy jest już bliskie zeru.
Mama
Ploteczki jest więc osobą bardzo młodą, ale też bardzo
doświadczoną przez życie. Chociaż nie wiem, czy życiem
powinienem nazywać osoby, które krzywdziły ją od najmłodszych
lat, zarówno w sensie psychicznym, jak i fizycznym. Pewnych spraw
już się pewnie nie da odwrócić (choćby zmienić jej
światopoglądu), a przynajmniej nikomu na tym nie zależy.
Mama nie
potrafi wskazać ojca dziewczynki... chociaż mówi o trzech
facetach, których teoretycznie może ścigać o alimenty. Pierwszy
jest kryminalistą z wieloma wyrokami, drugi - przemocowym
alkoholikiem. Trzeciemu oddała się za 80 złotych, tak po prostu,
bo to przecież zupełnie normalne. Tak więc Ploteczka pewnie będzie
miała wpisane w akcie urodzenia „ojciec nieznany”. Chociaż nie
wiem, czy teraz nie wpisuje się jakiegoś fikcyjnego nazwiska. Przez
chwilę jeden z tej trójki (a może nawet jakiś inny) zdecydował
się za flaszkę wódki przyznać do ojcostwa, ale pewnie gdy
wytrzeźwiał, to sprawę przemyślał.
Ktoś,
kto ma do czynienia z opieką zastępczą, zapewne nie jest tą
historią zdziwiony.
Dla mnie
też jest to już standard. Skupiam się na dziecku (chociaż Majka
ma w tym względzie dużo większe zasługi), aby dać mu wszystko
to, co dostaje dziecko urodzone w porządnej rodzinie, to co dostały
nasze dzieci.
Istnieje
jednak w mojej świadomości pewien zgrzyt. Teoretycznie celem
umieszczenia dziecka w rodzinie zastępczej, jest przywrócenie go
rodzinie biologicznej.
Znam się
z Plotką tylko nieco więcej niż tydzień. Gdybym jednak musiał
dzisiaj oddać ją mamie, to byłoby to dla mnie szalenie trudne.
Przyzwyczaiłem się do przekazywania dzieci rodzicom adopcyjnym, i
mam nadzieję, że ta dobra passa jeszcze przez długi czas nie
zostanie przerwana.
Ja,
jako rodzic adopcyjny:
Wczoraj
ośrodek adopcyjny zadzwonił do Majki, że jest noworodek, którego
szanse na zamieszkanie ze swoimi rodzicami praktycznie nie istnieją.
Jest to dziewczynka, która może stać się częścią naszej
rodziny. Może zostać naszym dzieckiem, o którym od tylu lat
marzyliśmy. Właśnie jedziemy na spotkanie do ośrodka adopcyjnego,
tam dowiemy się więcej szczegółów. W samochodzie panuje
przerażająca cisza. Majka, która wiecznie coś mówi, tym razem
siedzi i patrzy tępo przed siebie. Aż strach zapytać, o czym
myśli.
Ja
jestem jeszcze bardziej nerwowy. Lewa noga drży mi niemiłosiernie.
Na szczęście służy tylko do wciskania sprzęgła, więc jakoś
jedziemy.
Cały
czas zastanawiam się, co usłyszymy o dziecku. Pewnie Majce chodzą
po głowie takie same myśli. Zdecydowaliśmy się adoptować
zdrowego noworodka. Dlaczego zdrowego? Bo mamy takie prawo, a ja nie
wiem, czy byłbym w stanie pokochać dziecko upośledzone. A co
właściwie znaczy „dziecko zdrowe”? Naczytałem się rozmaitych
opinii, że nie ma zdrowych dzieci przeznaczonych do adopcji. Wiem,
że jest to wielka bzdura. Ale wiem też, że często trzeba pomóc
dziecku, kierując je na rozmaite terapie, rehabilitacje. Trzeba mu poświęcić wiele czasu, trzeba mu poświęcić siebie. Spoko, na
to jestem przygotowany. Przeraża mnie tylko FAS i niektóre
dziedziczone choroby psychiczne. Zespół Downa? Boże, oby nie. Dla
Majki chyba nie byłby to wielki problem. Zaczynam wariować... przecież
decydowaliśmy się na dziecko zdrowe.
Dojechaliśmy.
Trzymamy się za ręce... wszystko bez słów. Gul w gardle. Ogromne
emocje. Radość i strach w jednym. Wchodzimy.
Siadamy
przy okrągłym stole. Na wszelki wypadek dziękuję za proponowaną
kawę, bo wiem, że nie dam rady nasypać łyżeczką cukru (a
gorzkiej nie lubię). Znana mi od wielu miesięcy pani psycholog,
patrzy mi prosto w oczy. Co chce mi powiedzieć i czego oczekuje ode
mnie? Czasami się zastanawiałem, czy nie dostałem kwalifikacji do
bycia rodzicem adopcyjnym, tylko i wyłącznie w pakiecie z Majką.
Czy ja się nadaję, aby zostać ojcem dziecka urodzonego przez
zupełnie obcą kobietę i mającego geny zupełnie nieznanego mi faceta?
Nie
mówię o swoich wątpliwościach. Im mniej powiem, tym będzie
lepiej. Majka z pewnością zrobi dobre wrażenie – jak zawsze.
Otrzymujemy
wszelkie informacje na temat dziewczynki. Krótko mówiąc, mamy
podjąć decyzję. Dziewczynka jest zdrowa, jednak ilość złych
wiadomości o rodzinie dziecka mnie przytłacza. Mamy kilka godzin,
żeby powiedzieć "tak”, albo „nie”. Majka patrzy na mnie. Wiem
co myśli, ale potrzebuje mojej akceptacji. W naszej rodzinie, to ja
zawsze mam ostatnie zdanie. Jak zadaję pytanie „co mam kupić na
obiad?”, w odpowiedzi słyszę „co kupisz to zrobię”. No to
może golonkę z kapuśniakiem? Tylko ty to lubisz. A zupa jagodowa?
Przecież nikt tego nie zje.
Najczęściej
moje ostatnie zdanie sprowadza się do stwierdzenia „masz rację
kochanie”.
Bywają
jednak sytuacje, gdy faktycznie to ja muszę postawić kropkę nad
„i”.
Zaczynam
więc szybko analizować wszystko, czego się dowiedziałem. Być
może nie będziemy potrzebowali kilku godzin na podjęcie decyzji.
Zaczynam
od ostatniej otrzymanej informacji – upośledzenie umysłowe mamy.
Szybko to odrzucam. W mojej ocenie wpływ na to ma czynnik
środowiskowy połączony może z zaburzeniami okołoporodowymi. W
przypadku dziewczynki, nie ma mowy o jakiejkolwiek genetycznej
chorobie umysłowej.
Myślę
dalej... Przemoc stosowana wobec mamy naszego dziecka (w tym natury
seksualnej), tak zwane wrodzone lenistwo, dzieciństwo spędzone w
placówce.
Tak...
trochę czytałem o epigenetyce (której jednym z wniosków jest
dziedziczenie cech nabytych). Dziecko alkoholika będzie
alkoholikiem, leniucha – leniuchem, prostytutki – prostytutką (a
chłopiec to pewnie alfonsem). Być może wychowywane w takiej
rodzinie, może przejąć takie zachowania. Nawet jest to bardzo
prawdopodobne. W przypadku naszego noworodka, takie niebezpieczeństwo
również odrzucam. Staram się nie wierzyć w teorie, które cały
czas są tylko teoriami.
Jest
tylko jedna myśl, która nie daje mi spokoju. Jednym z partnerów
mamy naszej dziewczynki... już mówię naszej – nie wiem, czy
dalsze rozważania mają większy sens.
Więc
jednym z partnerów, był człowiek nie stroniący od alkoholu. Nikt
nam nie da gwarancji, że mama dziewczynki (będąc w ciąży),
przebywając w jego towarzystwie, nigdy nie wypiła. Myślę nawet,
że jest to mało prawdopodobne. Pierwsze miesiące będą więc
bardzo nerwowe. Ja chciałem adoptować dziecko nieco starsze. Zdaję
sobie sprawę z tego, że też nie dawałoby to gwarancji, iż nie
pojawią się nagle jakieś zaburzenia. Więc w zasadzie nie ma
znaczenia czy dziecko ma tydzień, czy dziesięć miesięcy. Cóż,
próbuję się jakoś pocieszyć. Jednak podświadomie cały czas
obawiam się noworodka. W końcu do adopcji nie idą dzieci z dobrych
domów. I wydaje mi się, że to co może być najgorsze, powinno się
pojawić w ciągu kilku pierwszych miesięcy życia. Nie potrafię
przewidzieć swojego zachowania, gdy coś pójdzie nie tak. Jestem
„dupkiem”, czy tylko przeciętnym facetem? Chcę być ojcem, czy wybieram się na zakupy do marketu? Gubię się.
Istnieje
też niebezpieczeństwo, że mama naszej dziewczynki nagle zechce
odzyskać córkę. Przecież ani nie zrzekła się praw
rodzicielskich, ani nie było jeszcze rozprawy, na której sąd
odebrałby jej te prawa. Będziemy zatem przez jakiś czas taką
trochę rodziną „na niby”. Oby przez bardzo krótki czas.
Jednak
Majka bardzo chciała adoptować noworodka. Chciała poczuć ten
specyficzny zapach, być mamą od samego początku. Rozumiem to. Uśmiecham się
więc do niej i mówię „no to jedziemy do szpitala”.
Oby
wszystko ułożyło się dobrze.




