sobota, 17 września 2016

--- Słodziaki z piątej nad ranem.

Pod ostatnim postem, pojawił się komentarz (a w zasadzie pytanie) Uli, który skłonił mnie do głębszej refleksji. Jak to właściwie jest, że udaje nam się zapanować nad często sporą gromadką maluchów? I nie chodzi o zabawienie ich przez kilka godzin na placu zabaw, czy w pokoju z zabawkami, ale o bycie z nimi przez 24 godziny na dobę. Często nam się zdarza, że wzbudzamy podziw u osób, które nas odwiedzają, ponieważ ich dzieci albo zasypiają godzinami, albo jedzą przez pół dnia, albo są rozpieszczone do granic możliwości, albo wrzeszczą, biegają, nie dają się opanować … i każdy tylko czeka, aż wreszcie podrosną. W rodzinach zastępczych tego rodzaju co nasza jakoś udaje się to wszystko ogarniać, nie nadwyrężając swojego zdrowia psychicznego (w większości przypadków).
Co jest kluczem? Może pozwalamy dzieciom płakać przed snem (wychodząc z założenia, że w końcu się zmęczą)? A może jak nie chcą jeść, to im nie dajemy (stąd niektóre są takie cherlawe)?
Oczywiście, że nie.
Jeszcze zanim zostaliśmy pogotowiem rodzinnym, ale już mieliśmy do czynienia z innymi rodzinami zastępczymi o takim właśnie charakterze, też nurtowały mnie tego rodzaju pytania, chociaż sam nie wiem dlaczego, ale jakoś nie miałem odwagi ich zadać.

Gdybym teraz miał krótko odpowiedzieć na stawiane pytania, to określiłbym to jednym słowem – rytuały. Gdybym miał rozwinąć temat, to dorzuciłbym – bycie konsekwentnym.

Zacznę może od końca, czyli przygotowywania dzieci do snu nocnego. Tutaj najważniejsza jest kąpiel. Nie zdarzyło nam się, aby nasze dzieci zastępcze nie były wykąpane, mimo że codzienna toaleta całego ciała wcale nie jest konieczna i przy naszych córkach biologicznych nie przestrzegaliśmy tego tak rygorystycznie. Jednak dzieci (nawet niemowlaki) w jakiś sposób kojarzą sobie kąpanie ze spaniem. Nie potrafię sobie tego wytłumaczyć, ale zdarza się, że któremuś z naszych dzieci nieco przeciągnie się drzemka południowa. Nie dość, że śpi ono wówczas dłużej niż zazwyczaj, to po przebudzeniu, do kąpieli pozostaje mu zaledwie godzina (a nie jak zwykle trzy lub cztery). Okazuje się, że niczego to nie zmienia. Nie dość, że zasypia tak jak zawsze, to sen nocny niczym nie odbiega od przeciętnego. Mieliśmy też kiedyś niewidomą dziewczynkę. Obawialiśmy się, że mogą nas w tym przypadku napotkać problemy – przecież dziecko nie wiedziało kiedy jest noc. A jednak w ciągu dnia (nawet gdy spała w absolutnej ciszy) budziła się po 2-3 godzinach. W nocy przesypiała do rana. Być może trochę demonizuję kąpiel i zupełnie inne prawa rządzą naturą dziecka, jednak jest ona dla nas najważniejszym punktem dnia – po prostu wiemy, że po dwudziestej mamy już czas dla siebie a ewentualne niespodzianki ze strony dzieci są sporadyczne.

Sama kąpiel też jest elementem tak ciekawym, że być może można by na ten temat napisać pracę naukową. Dzieci bardzo lubią wodę, lubią się w niej pluskać i ewentualne niezadowolenie przejawiają w momencie wycierania i ubierania w piżamki. Ciekawe jest jednak to, że zdarzają się przypadki, gdy nowe dziecko przez kilka dni wzbrania się przed kąpielą, a jeżeli już wejdzie do wody, to za żadne skarby nie pozwoli położyć się na plecach. A jeszcze ciekawsze jest to, że słyszeliśmy opinie od rodziców, którzy adoptowali lub wzięli w opiekę zastępczą dziecko z naszej rodziny, że najgorszą rzeczą dla tego dziecka jest kąpanie. Czy zmieniło ono upodobania? Czy ja kąpię w jakiś specyficzny sposób? Nie sądzę – raczej jest to kojarzenie pewnych faktów występujących „przed” lub „po”. Ale jakich? A może właśnie przyczyna tkwi w nieuchronności kąpieli. W końcu, „jak się nie ma co się lubi, to się lubi, co się ma”.

Kolejną sprawą jest południowe spanie. Nie dotyczy to dzieci przedszkolnych i szkolnych, bo te (jak sama nazwa wskazuje) w tym czasie są poza domem. Maluchy zwyczajnie zaczynają czuć znużenie i czasami większym problemem jest „przetrzymanie” przez jakiś czas dziecka, które ziewa, trze oczy, i nawet jak się uśmiecha, to chyba tylko dlatego, aby sprawić nam przyjemność.
Jednak południowe spanie jest czasem, w którym można zrobić coś konkretnego – obiad, posprzątać pokój dzienny, a nawet wykonać jakieś mniej lub bardziej konieczne „telefony”. Dlatego ważne jest, aby dzieci chodziły spać o tej samej godzinie. Wbrew pozorom jest to bardzo łatwo osiągnąć. Może to takie małe przedszkole, ale myślę, że nie wpływa to w żaden sposób na rozwój emocjonalny dziecka. 

Poranek … też jest ciekawym tematem, biorąc pod uwagę zachowania dzieci. Przede wszystkim, zaczyna się on różnie – niestety tutaj nie ma reguły. Bywa, że dzieci budzą się o piątej, ale potrafią też pospać do siódmej. Ciekawe jest to, że nawet śpiąc w jednym pokoju, wzajemnie sobie nie przeszkadzają … w większości. Są bowiem wyjątki - niektóre dzieci są tak hałaśliwe, że mogą spać tylko w pokoju z Majką, która nie wiem jakim cudem, potrafi jednocześnie spać jak też kontrolować sen dziecka. Takim przypadkiem była opisywana jakiś czas temu Iskierka, która w pewnym momencie awansowała (jako starszak) i została umieszczona w pokoju na piętrze, którym w ciągu nocy to ja zarządzam. Niestety Iskierka miała taką przypadłość, że bez żadnego ostrzeżenia wydawała z siebie przeraźliwy krzyk. Można się było do tego przyzwyczaić w ciągu dnia, jednak w nocy stawiała na nogi wszystkich śpiących w naszym pokoju (zwłaszcza mnie). Po trzech dniach zamieniłem ją na dużo młodszego Chapicka, który do tej pory spędzał noce razem z Majką.
Ostatnimi czasy, śladami Iskierki zaczyna iść przebywająca aktualnie u nas Smerfetka. Wydaje dźwięk równie wysoki co niespodziewany – niestety bywa, że w środku nocy. Powoli zastanawiam się nad jej podmianką na Białaska, który aktualnie spędza noce w pokoju Majki, a być może bardziej nadawałby się do męskiego pokoju, w którym spałby z Gackiem i ze mną.
Jednak nie o tym chciałem napisać w tym temacie...
Ciekawą rzeczą jest to, że dzieci po przebudzeniu (nawet jeżeli jest to o piątej rano) dostają mleko i przynajmniej przez dwie godziny potrafią zajmować się same sobą. Czasami jeszcze się „kimną”, co dodatkowo wydłuża czas do ostatecznego wyjścia z pieleszy. Dostają zabawki do łóżka i to im wystarcza. Widząc „kumpla” w łóżeczku po przeciwnej stronie pokoju, potrafią prowadzić z nim dyskusje, śmiać się, podskakiwać – są to niezwykłe zachowania, co ja wykorzystuję na dosypianie.
Bywa, że jednak zaczynają się denerwować – krótko mówiąc – wrzeszczeć. Wówczas puszczam ich luźno po pokoju, który tak naprawdę jest jednym wielkim łóżeczkiem z mnóstwem zabawek. Nie wiem dlaczego, ale najlepszą z nich jestem dla nich – ja. Chodzą po mnie, zaglądają do oka, ucha, nosa. Nawet się nie kłócą, tak jak wciągu dnia, o to kto pierwszy wejdzie mi na głowę lub poskacze po brzuchu. Pecha mają tylko wtedy, gdy muszę pojechać do klienta i rano spoglądając na moje łóżko, mnie tam nie widzą. Okazuje się jednak, że wcale przez to nie płaczą. Wychodzą chyba z założenia, że skoro mnie nie ma, to nie ma sensu się wydzierać i przez jakiś czas zadowalają się zabawkami, które przed wyjściem im podrzucam.
Z kolei Majka nieco inaczej wychowuje „swoje dzieci”. Łóżeczka ma tuż przy swoim łóżku i wychodzi z założenia, że najlepszą zabawką jest jej ręka, która poda smoczek, pogłaszcze po policzku, przytrzyma za rączkę. Wkłada więc nad ranem (gdy dziecko zaczyna się budzić) swoją rękę przez szczebelki i też tym sposobem opóźnia rozpoczęcie dnia. Na szczęście rzadko ogarnia w nocy więcej niż jednego malucha, bo rozpiętość łóżka jest zdecydowanie większa, niż rozpiętość jej rąk.

Zostało mi jeszcze opisanie tego, co dzieje się w nocy. Tutaj niestety jest bardzo różnie i kładąc się spać, nigdy nie można być niczego pewnym. Bywa, że pierwsza pobudka jest o siódmej, a nawet ósmej, ale zdarzają się sytuacje, gdy dziecko ma ochotę na zabawę o trzeciej lub czwartej. Mam wrażenie, że pewien wpływ ma na to pogoda. Gdy pada deszcz, to mimo że krople bardzo głośno odbijają się o okna dachowe, dzieci smacznie śpią. Natomiast gdy jest piękne, rozgwieżdżone niebo, to jakoś częściej się budzą – takie małe wilkołaki.
Z kolei niemowlaki (takie maksymalnie do pół roku), które na szczęście ogarnia Majka, budzą się w miarę regularnie co 3-4 godziny, dostają mleko i zasypiają dalej. Najbardziej nieprzewidywalne są noworodki (ale tych nie ma zbyt dużo). Zdarzały się więc sytuacje, że miewałem kursy tańca w samym środku nocy.
Patrząc z mojej perspektywy, właśnie noce są najbardziej uciążliwe. Z kolei dla Majki jest to czas tuż przed kąpielą (zwłaszcza, że ewentualne przedszkolaki i szkolniaki też potrafią dać się we znaki).

Jeżeli chodzi o jedzenie, to nie zdarzyło nam się dziecko, które nie chciało nic jeść. Bywają niejadki, jednak zawsze jest coś, co lubią. Wprawdzie w naszym domu praktycznie nie istnieją słodycze, to jednak równie wielkim przysmakiem okazują się różnego rodzaju deserki, jogurty i przede wszystkim owoce. Nie trafiło nam się jeszcze dziecko, które nie lubiłoby żadnego owocu. Nawet jeżeli któreś nie do końca ma ochotę na śniadanie, to wielokrotnie „dopchnie” się winogronami, borówkami, malinami. Nie pamiętam dziecka, które nie lubiłoby bananów, a do tego szlagierem okazuje się kiwi, które mimo nieco kwaśnego smaku, jest jednym z najbardziej uwielbianych owoców. W każdym razie, gdy czasami policzymy wszystko, co dziecko zjadło w ciągu dnia, to stwierdzamy, że z pewnością nie może być głodne. Inną sprawą są pewnego rodzaju nawyki. Stały dostęp do owoców sprawia, że dziecko może mieć poczucie, że życie polega na ciągłym jedzeniu. Pewnie dietetyk mógłby mieć do nas zastrzeżenia. W każdym razie, tak wyglądało życie naszej rodziny od zawsze, a żadna z naszych córek nie może narzekać na nadwagę.

Chciałbym się jeszcze odnieść do pytania Uli, czy traktujemy nasze dzieci zastępcze jakoś inaczej, niż traktowaliśmy nasze córki biologiczne, biorąc pod uwagę ich przeżycia z przeszłości?
Myślę, że Majka – nie, a ja … na pewno nie. Przede wszystkim mylą mi się wszystkie ich historie, które tak naprawdę są bardzo podobne. Jedynie, gdy w przypadku jednego z dzieci istniało podejrzenie molestowania seksualnego, byliśmy początkowo bardzo ostrożni, ale też okazało się, że nie ma powodów, aby traktować je w jakiś szczególny sposób.
Staram się tylko „kodować” sobie wszelkie zakazy – kto czego nie może jeść, albo jaką część ciała trzeba oszczędzać w zabawach ruchowych ...chociaż i tak nie raz zdarzyło mi się, że odkładając dziecko na matę, zwyczajnie je sadzałem – i dziwiłem się, że się przewraca, a przecież nawet nie potrafiło pełzać.

Jednak ogólnie bardzo pozytywnie oceniam naszą decyzję o pozostaniu pogotowiem rodzinnym. Jak do tej pory, jest lepiej, niż się tego spodziewałem.
W końcu, ja jestem wiecznie młodym tatą, Majka spełnia swoją życiową pasję. Bardziej martwi nas to, jak długo wytrzymamy kondycyjnie … ale póki co, siłownię mamy za darmo.

Przeczytałem przed chwilą to co sam napisałem i stwierdziłem, że może to być odebrane jako sielaneczka – żyć nie umierać. Aby nieco złamać ten barwny świat odcieniami szarości, opiszę jeszcze dzisiejszą sytuację. Od niecałych trzech tygodni opiekujemy się sześcioletnim Kapslem. Chłopiec jest bardzo sympatyczny i pomijając to, że trzeba do niego powiedzieć kilka razy, zanim wykona polecenie, to muszę stwierdzić, że jest posłuszny. Dzisiaj okazało się, że jest również nieprzewidywalny. Majka wyjechała na cały dzień na zawody nordic walking, więc chcąc nie chcąc przypadła mi opieka nad całą aktualnie mieszkającą z nami czwórką. Abym jednak nie popadł w depresję, Maja już tydzień temu załatwiła Kapslowi kilkugodzinne spotkanie z rodziną zastępczą, w której przebywał jakiś czas temu. Wracamy dzisiaj ze spaceru, a on siada na schodach przed domem i mówi, że poczeka na ciocię i wujka. Nie pomagały argumenty, że musi się umyć, przebrać, a przede wszystkim zrobić „siku” (bo ma z tym trochę problem). Wychodziłem do niego trzy razy w odstępach pięciominutowych, bo mieliśmy jeszcze trochę czasu, a on „nie i nie”. Pomyślałem, bunt trzylatka. Stwierdziłem jednak, że „kto mieczem wojuje, od miecza zginąć może”. Skoro stosuje taktykę trzylatka, to w taki sposób go potraktuję. Wziąłem go za rękę i się zaczęło... Chyba za bardzo wczuł się w swoją rolę, bo rzucił się na ziemię, zaczął kopać, krzyczeć. Gdy zwyczajnie wziąłem go „pod pachę”, aby wnieść do domu, wyrywał się niemiłosiernie. Na szczęście ja sobie dałem z nim radę bez większych problemów, jednak jeśli wywinie taki numer Majce, gdzieś z dala od domu i w obecności pozostałej trójki maluchów – to już nie będzie tak wesoło. Najciekawsze jest to, że po kilkunastu minutach płaczu i leżenia na podłodze, nagle wstał, poszedł do toalety, przebrał się w wyjściowe rzeczy i zachowywał się tak jakby cała ta sytuacja nie miała miejsca.
No, ale to są tylko takie osobliwości w tym naszym ciągłym „dniu świstaka”.



niedziela, 11 września 2016

--- Powrót do normalności.

Powrót do normalności trochę trwał. Wprawdzie Białasek (po prawie dwóch tygodniach) jeszcze nie do końca wszedł na stare tory, to myślę, że mimo wszystko mogę powiedzieć, że jest już tak jak dawniej. Przez miesiąc nasze dzieci zastępcze przebywały w nieco innej normalności (w innej rodzinie zastępczej), która pewnie pod pewnymi względami była nieco lepsza, pod innymi, nieco gorsza – krótko mówiąc było inaczej, do czego dzieci potrafiły się bardzo szybko przyzwyczaić.
Taka umiejętność przystosowania się do nowych warunków jest ogromną zaletą dla młodego organizmu, a mi (jako ojcu zastępczemu) daje argument w rozmowach z rodzicami adopcyjnymi, do których trafiają nasze dzieci. Wielu osobom wydaje się, że przejście z jednej rodziny do drugiej jest dla dziecka traumatycznym przeżyciem. Też jeszcze kilka lat temu myślałem podobnie. Przypuszczam, że po części wiele zależy od wieku dziecku, a po części od tego, w jakim stopniu zaznajomiło się ono wcześniej z nową rodziną. Jeżeli chodzi o pierwszą kwestię, to coraz bardziej przesuwam granicę wieku. Dawniej uważałem, że bezbolesne (w sensie emocjonalnym) są rozstania dla niemowlaków, później poszerzyłem zakres wieku do kilkunastu miesięcy. Aktualnie odnoszę wrażenie, że również dzieci kilkuletnie potrafią godzić się z rozstaniami, bez większego uszczerbku na swoim zdrowiu psychicznym.
Wydaje mi się, że z punktu widzenia dziecka, mniejsze znaczenia ma to, od kogo ono odchodzi, a większe to, kto będzie jego kolejną rodziną. Dlatego staramy się kłaść ogromny nacisk na to, aby dziecko bardzo dobrze poznało nowych rodziców (również dotyczy to rodzin, do których idą nasze dzieci na czas naszego urlopu – przecież maluchom trudno byłoby wytłumaczyć, że za miesiąc znowu do nas wrócą). Ważne dla dziecka jest też to, że czuje ono akceptację „nowych” rodziców przez „starych” rodziców, a przede wszystkim, że wszystko wydaje się być procesem zupełnie normalnym, czymś co było celem, dążeniem, potrzebą – zarówno dziecka, jak i jego dotychczasowych rodziców.
Nie jestem fanem Słowackiego (zdecydowanie bardziej wolę Mickiewicza), jednak kilka jego sformułowań (dzisiaj można by użyć określenia – memów) zapadło mi w pamięci. „Aby język giętki powiedział wszystko, co pomyśli głowa” - cytat, który dzisiaj strasznie ciśnie mi się na usta. Chciałbym powiedzieć (chociaż wychodzi mi to nieudolnie) przyszłym rodzicom adopcyjnym, aby się nie martwili o rozstania dzieci z dotychczasową rodziną zastępczą. W zdecydowanej większości przypadków, nie są to traumatyczne przeżycia. Wystarczy tylko rozłożyć cały proces w czasie (co tak, czy inaczej wymuszają procedury sądowe). Nie chciałbym wyciągać daleko idących wniosków, ale istnieje duże prawdopodobieństwo, że przyczyną trudnych rozstań (o których czasami się mówi) są rodzice, a nie dzieci.

Wrócę może do tematu, bo przez swoje dygresje, zaczynam się upodabniać do Majki.
Dzieci, od których wzięliśmy urlop (mimo wszystko, to sformułowanie ciągle mnie dręczy), miały 8, 12 i 16 miesięcy. Akurat tym razem udało się, że cała trójka poszła na wakacje do jednej rodziny, co z pewnością było ogromnym plusem. Wprawdzie ekwipunek naszej ferajny nie wymagał wynajęcia szerpów i osiołków, jednak trzeba było podjechać po towarzystwo dwoma samochodami, bo do jednego, z biedą zmieściłyby się bagaże. Jechaliśmy z dwóch różnych miejsc i tak jakoś wyszło, że pierwsza zajechała Majka. Nie było przywitania (ze strony dzieci) z otwartymi ramionami, co wcale nas nie zdziwiło, bo już nie raz mieliśmy do czynienia z taką sytuacją. Pierwszy podszedł Gacek (średni), później najstarsza Smerfetka, najdłużej trzymał dystans najmłodszy Białasek. Czy taka kolejność o czymś świadczy? Moim zdaniem,  zupełnie o niczym. Ja dojechałem po 20 minutach. Przypominanie sobie mojej osoby, zajęło dzieciom nieco mniej czasu, co zapewne też nie jest pretekstem do wysnucia jakiejkolwiek hipotezy. Jeżeli miałbym na tej podstawie wyciągnąć jakiś wniosek, to stwierdziłbym, że umiejętność zapominania, jest czymś fantastycznym, czymś bez czego trudno byłoby żyć.
Powrót do domu też był spektakularnym wydarzeniem. Dzieci chodziły z kąta w kąt, i było widać, że przypominają sobie „coś” - może miejsce, może jakieś zdarzenie? Cieszyliśmy się tylko, że widzimy radość w ich oczach.
Pierwsza noc była fantastyczna. Widocznie emocje poprzedniego dnia były tak wielkie, że cała trójka spała do dziewiątej. Niestety wkrótce się okazało, że dzieci uwielbiają noszenie na rękach. Na dobrą sprawę, możemy być tylko wdzięczni rodzinie, w której przebywały nasze dzieci, bo jest to dowód na to, że z pewnością nie były one zaniedbywane. W przeciwieństwie do naszej rodziny, ta wakacyjna była ... bardzo rozbudowana. Trudno mi znaleźć odpowiednie słowo, w każdym razie nasze dzieci miały mnóstwo cioć i wujków, co powodowało, że nie miały one większych problemów ze znalezieniem pocieszenia w objęciach któregoś z nich. Niestety Białasek poszedł tak daleko w swoim uwielbieniu trzymania go na ręce, że (po powrocie) grzeczny był tylko wówczas, gdy ktoś z nim chodził po pokoju. Nie wystarczyło nawet posadzenie go na kolanach, bujanie w leżaczku, na koniku, nie mówiąc już o wspólnej zabawie na dywanie.
Dzisiaj, po prawie dwóch tygodniach, wszystko wróciło do normy. To co opisałem, jest przykładem, jak łatwo dziecko potrafi się przyzwyczaić do pewnych nawyków (zwłaszcza czegoś, co jest dla niego niezwykle atrakcyjne), oraz jak trudno jest to w przyszłości zwalczyć (a może całkiem łatwo – ostatecznie minęły tylko dwa tygodnie).
Pewnie, że ktoś mógłby powiedzieć: co złego jest w noszeniu dziecka na rękach? W zasadzie nic…, przecież my również nosimy nasze dzieci. Staramy się jednak, aby równie atrakcyjne były dla dziecka inne formy zabawy, także „sam na sam” z zabawkami (bez osób trzecich). Wielokrotnie spotkaliśmy się z opiniami rodziców adopcyjnych albo zastępczych, do których trafiają nasze dzieci, że są one bardzo grzeczne – ułożone, nie robią scen, nie strzelają „fochów” na ulicy, nie biją, nie krzyczą, niczego nie wymuszają.
Czasami się zastanawiam, czy nie wyrządzamy im w ten sposób jakiejś krzywdy. Może dziecko potrzebuje być rozpieszczone, może rzucenie się na podłogę, gdy nie dostanie batonika – ma jakiś pozytywny wpływ na rozwój jego osobowości?
Cały czas się uczymy, chociaż ciągle wychodzimy z założenia, że radość wynikająca ze spędzenia wspólnego czasu z rodzicem na dywanie (bawiąc się zabawkami, a nawet bez nich), jest czymś lepszym niż na przykład radość wynikająca z biernego noszenia na rękach.
Dziwny jest ten świat” - świat dzieci (który nadal odkrywam), bo świat dorosłych jakoś udało mi się już ogarnąć.



niedziela, 28 sierpnia 2016

--- Urlop cz. 3

Wszystko co dobre, kiedyś się kończy (na szczęście to co niedobre – też)
Dzisiaj odebraliśmy nasze dzieci zastępcze, które przez cały sierpień przebywały w rodzinie, która (jak się właśnie dowiedzieliśmy) wkrótce zostanie zawodową rodziną zastępczą. Jednak będzie się opiekować dziećmi starszymi niż nasze maluchy.
Odbiór dzieci po urlopie, jest dla mnie zawsze trochę tremujący. Zastanawiam się, jak zareagują, czy w ogóle nas poznają? Jak będą wyglądały pierwsze dni po powrocie?
Dzisiaj nie było źle, teraz smacznie śpią i wszystko wskazuje na to, że potraktowały ten okres jak wyjazd na kolonię (zwłaszcza, że miały dużo atrakcji i z pewnością były dopieszczane – od jutra okaże się jak bardzo). W przyszłym tygodniu postaram się opisać jak wyglądał powrót do codzienności.
Póki co, chciałbym jeszcze trochę powspominać. „Wspomnienia to do siebie mają, że zawsze chcesz czy nie chcesz, wracają” - jeszcze miesiąc temu tak śpiewałem przy ognisku. Dzisiaj mogę tylko przejrzeć kilka zdjęć i cieszyć się tym, co mnie spotkało. Na dobrą sprawę, nie było to nic wielkiego, nie zwiedzałem wielkiego świata, nie podziwiałem cudów architektury, nie zapoznawałem się z obcą kulturą. Jednak nie to jest mi potrzebne. Pewnie Majka miałaby ochotę na wakacje życia (bo coś ostatnio zaczyna przebąkiwać), gdzieś z dala od naszego kraju. Prawdopodobnie kiedyś do czegoś takiego dojdzie. Póki co, bardzo się cieszę, że decyduje się spędzać urlop w ciszy i spokoju, bo myślę, że po wakacjach życia, to ja będę potrzebował urlopu, aby po nich odpocząć – taki już jestem.

Widok ze szlaku na Śnieżnik

Majka spogląda na Czarną Górę - nasz kolejny cel.
W tym roku zdecydowaliśmy się wyjechać do Kotliny Kłodzkiej. Kiedyś wydawało mi się, że góry zaczynają się od Tatr. Jednak od wielu lat, dostrzegam też piękno innych miejsc.


Niestety zaczynam też zauważać, że razem z Majką popadamy w rutynę, która potrafi się niemiłosiernie mścić. 

Pierwszego dnia pobytu w górach, postanowiliśmy pójść na „lajcikową” wyprawę na Śnieżnik, aby sprawdzić naszą formę i zwyczajnie oswoić się z klimatem górskim. Trasę chcieliśmy pokonać w 4-5 godzin (wliczając w to pierogi i czeskie piwo „Opat” w schronisku pod Śnieżnikiem). Szlaki, którymi chcieliśmy pójść, były nam doskonale znane. Jednak schodząc, zdecydowaliśmy się na drogę rowerową, których jest wiele i oznakowane są w identyczny sposób.
Czarna Góra - czyż nie warto tu przyjechać.
Ciągle powtarzaliśmy naszym dzieciom (gdy wspólnie chodziliśmy po górach), aby zawsze sprawdzać swoją pozycję z mapą, że góry to nie spacer po parku i trzeba mieć w stosunku do nich, dużo pokory. 






To miał być skrót, jednak zawróciliśmy na szlak.
Niestety tym razem to my się nie popisaliśmy. Gdy już zorientowaliśmy się, że idziemy niewłaściwą drogą, próbowaliśmy znaleźć jakiś skrót, co spowodowało kolejne wydłużenie naszej trasy. 


Jeden ze szlaków, na którym nie było "żywego ducha".

A wszystko przepasane, jakby wstęgą, miedzą ...



Tak więc wyszło na to, że była to najdłuższa droga jaką przeszliśmy w czasie tego pobytu w górach – prawie 9 godzin. Ale daliśmy radę, co było pewną pociechą przy tej naszej niefrasobliwości. W kolejnych dniach byliśmy już bardziej uważni. Chodziliśmy szlakami, które nie tylko były urokliwe, ale też czasami mieliśmy wrażenie, że są dziewicze. Bywało, że przez ponad godzinę nie spotkaliśmy żadnego turysty.





Bywało, że nagle wchodziliśmy w trawę „po pas”.
Oj, było fajnie.





Nie mogę się zdecydować - ratować, czy pozwolić popadać w ruinę?
Może kiedyś uda nam się wyjechać w góry z dziećmi, które będziemy mieli pod opieką. Może kiedyś będziemy mieć dzieci chodzące, uwielbiam zarażać górami (a Majka jest jeszcze bardziej zaraźliwa).








Po powrocie zabraliśmy się za porządkowanie pokoju dla Kapsla (sześciolatka, który za kilka dni zagości w naszej rodzinie). To było coś strasznego. Nie przypuszczałem, że w ciągu kilkunastu miesięcy, można nazbierać tyle potrzebnych-niepotrzebnych rzeczy.
Pamiętam, że 25 lat temu mieszkaliśmy z małą Kaśką na 9 m2 i jakoś się mieściliśmy. Teraz mamy prawie 200 m2 i ciągle brakuje miejsca. Jak to jest możliwe?



poniedziałek, 15 sierpnia 2016

--- Urlop cz 2

Cały czas cieszymy się urlopem. W sumie to głównie Majka, bo ja po powrocie znad morza musiałem trochę nadgonić w pracy, zwłaszcza że za chwilę wyjeżdżamy w góry i znowu będę miał tygodniową przerwę – mi to pasuje, ale moim klientom niekoniecznie.
Ale cieszę się, że Majka odpocznie, bo następny czas dla siebie będzie miała za rok (jak dobrze pójdzie). W tym roku zaplanowała sobie każdy dzień wakacji. Doszło nawet do tego, że gdy jej siostra zaproponowała wypad na grzyby, to … Majka nie miała już wolnego terminu.
Nie wiem jak ona to robi, ale dziewczyna jest po prostu bardzo zorganizowana. Nawet planuje już przyszłe wakacje. Proponowała mi wyjazd w Alpy, a nawet zdobycie Wezuwiusza, czy Kilimandżaro (zanim całkowicie stopi się tam śnieg). Prawdę mówiąc, bardzo się cieszę, że bierze takie przedsięwzięcia na siebie (ja w tym czasie mogę zająć się czymś innym). Zaoponuję dopiero wówczas, gdy zaproponuje mi zwiedzanie Luwru.

Ale wracając do wakacji tegorocznych, udało nam się również odwiedzić naszych byłych podopiecznych. Spotkaliśmy się z Irokezem i Luzakiem, przed nami wizyta w Gumicku (czyli odwiedziny Iskierki). Przez kilka dni gościliśmy również Królewnę. Często się zastanawiam, czy te dzieci (widząc nas) mają jakieś skojarzenia, czy też zwyczajnie jesteśmy dla nich ciocią i wujkiem, których widują co jakiś czas. Pewnie najwięcej zależy od tego, w jakim wieku odeszły z naszej rodziny. Ale tak naprawdę, najbardziej cieszy nas, gdy słyszymy, że mają prawidłowe zachowania społeczne, że nie mają problemów natury emocjonalnej, że są typowymi urwisami w swojej kategorii wiekowej.

Tak więc Majka wykorzystuje swój wolny czas po swojemu (poza wspólnymi wyjazdami, odwiedza koleżanki, wypuszcza się „na miasto”, niedługo jedzie na obóz sportowy), a ja po swojemu.
Wakacje są okresem, w którym próbuję nadrobić zaległości w czytaniu książek. Niestety nie potrafię czytać, przynajmniej nie tak jak Majka. Ona czyta przez cały rok. Jedną ręką karmi dziecko, a drugą przewraca strony. Nawet mam wrażenie, że potrafi czytać, jednocześnie rozmawiając przez telefon. Wykorzystuje każdą wolną chwilę, nawet jeżeli przeczyta tylko kilka stron. Niestety ja jestem nieco innym charakterem. Jak już zacznę czytać, to muszę skończyć i w międzyczasie nie potrafię zrobić niczego innego. Dlatego czytam tylko na wakacjach.

Urlop, to dla mnie również okres, gdy mogę trochę poszaleć w internecie. Czytam wówczas głównie artykuły nieco bardziej … filozoficzne. Zboczenie zawodowe (Majki), spowodowało, że wychwytuję również teksty związane z rodzicielstwem zastępczym i adopcyjnym, a gdy do tego dochodzi element doświadczeń i stawianie hipotez, to z pewnością czegoś takiego nie pomijam.
Natknąłem się ostatnio na „Eksperyment Calhouna”. Jest to opracowanie z 1968 roku, jednak w tym przypadku ma to istotne znaczenie. W pewnym sensie dotyczy sytuacji, które dzieją się na naszych oczach (prawie pół wieku później). Być może jestem trochę przewrażliwiony, ale w ostatnich latach doświadczam w swoim otoczeniu dużo więcej problemów związanych zarówno z płodnością, jak też z chęcią posiadania potomstwa. A tego właśnie dotyczy to doświadczenie.
Eksperyment został przeprowadzony (jak to bywa najczęściej) na myszach. Prawdę mówiąc, obiekt doświadczeń bardzo do mnie przemawia, ponieważ kilkanaście lat temu, osobiście miałem okazję poznać zachowania społeczne tych gryzoni. Moja pracownia przylegała do garażu, co powodowało, że jesienią pomieszkiwała tam całkiem spora rodzina (przez bramę garażową myszy przedostawały się bez problemu, natomiast części mieszkalnej pilnował kot, więc było to w miarę bezpieczne). Ogólnie bardzo lubię zwierzęta, więc ich obecność nie stanowiła dla mnie większego problemu. Miałem okazję poznać ich zachowania i jestem skłonny zgodzić się z naukowcami, przeprowadzającymi doświadczenia z ich udziałem, że można je odnieść do … człowieka.
Trochę żałuję, że moje eksperymenty z myszkami zakończyły się w miarę szybko. Byłem w stanie zaakceptować to, że wyjadały fusy kawy (którą właśnie wypiłem), że właziły mi na klawiaturę (co mnie trochę rozpraszało), że musiałem sprzątać ich kupy, a nawet dawać im jeść (aby nie zżarły mi firmowych dokumentów). Niestety przegięły, gdy zaczęły wkręcać się w drukarkę … dalej nie będę opisywał.
Wrócę więc do eksperymentu Calhouna. Cztery pary myszy zostały umieszczone w idealnym środowisku, w którym jedzenia i picia było pod dostatkiem, nie było naturalnych wrogów, i zadbano aby nie dręczyły zwierzaki żadne choroby i pasożyty.
Początkowo nastąpił gwałtowny wzrost populacji – wszyscy byli szczęśliwi. Jednak stopniowo zaczął postępować podział osobników męskich na dominujące i uległe. Ilość dzieci zależała od pozycji społecznej rodziców. Z biegiem czasu zaczęło pojawiać się coraz więcej osobników nieradzących sobie w sensie społecznym. Samce zatracały umiejętność ochrony swojego terytorium, z kolei te dominujące zaczęły ze sobą walczyć. Zaczęły pojawiać się zachowania homoseksualne – niektóre osobniki męskie zaczęły przyjmować rolę żeńską. Samice stawały się coraz bardziej agresywne, zaczęły pełnić funkcję obrońcy gniazda. Wśród samców zaczęli pojawiać się „pięknisie”, których nie interesowało nic, poza jedzeniem, spaniem i dbaniem o swoje futerko. U samic zaczął pojawiać się mechanizm naturalnej antykoncepcji – płody były wchłaniane przez organizm. Dzieci, które się rodziły, były odrzucane przez matkę, zanim wykształciły się u nich prawidłowe zachowania emocjonalne i społeczne. Samice coraz rzadziej zachodziły w ciążę, a ich młode coraz częściej nie przeżywały. Po czterech latach od rozpoczęcia doświadczenia, umarła ostatnia mysz.

Mam wrażenie, że coraz bardziej zaczynamy naśladować myszy.

piątek, 5 sierpnia 2016

--- Urlop cz.1

Kilka dni temu rozpoczęliśmy urlop. Dokładniej mówiąc, to Majka go rozpoczęła, ponieważ ja z punktu widzenia PCPR-u, mam bardzo dziwny status (biorąc pod uwagę osobę współprowadzącą pogotowie rodzinne). W zasadzie jestem stroną w umowie określającej naszą działalność. Mam pewne obowiązki (poza wspomaganiem Majki w opiece nad dziećmi, muszę mieć na przykład jakieś stałe zatrudnienie, a przynajmniej dochody), oraz prawa (głównie w zakresie reprezentowania przebywających u nas dzieci – między innymi mam prawo odebrać dziecko ze szpitala a nawet wyjechać z nim na samodzielne wakacje). Jednak gdybym miał się jakoś określić, to powiedziałbym, że jestem wolontariuszem z szerokim wachlarzem uprawnień. Tak więc mój urlop muszę organizować we własnym zakresie i tak go dopasować, abym mógł wyjechać na wakacje razem z Majką.

Prawo do urlopu przysługuje dopiero od kilku lat. Dotyczy ono tylko zawodowych rodzin zastępczych, a więc pogotowi rodzinnych, rodzinnych domów dziecka i typowych zawodowych rodzin zastępczych (potocznie zwanych długoterminowymi). Przez długi czas było mi bardzo trudno zaakceptować możliwość wzięcia urlopu, ponieważ wydawało mi się, że w pewien sposób biorę urlop od własnych dzieci (bo w takich kategoriach traktujemy nasze dzieci zastępcze).
Wydawało mi się, że jest to pewnego rodzaju sprzeczne z celem, do którego zmierzamy. Mamy zaopiekować się dziećmi, wzbudzić w nich poczucie bezpieczeństwa, nauczyć nawiązywania więzi. Ogromną rolę przywiązuje się do przekazania dziecka nowej rodzinie (na przykład adopcyjnej), tak aby nie poczuło się ponownie odrzucone, nie miało poczucia straty. I tu nagle ktoś (czyli ustawodawca) wymyślił coś takiego jak urlop? Okazuje się, że mimo wszystko, nie taki diabeł straszny jak go malują. Dzieci przebywające w rodzinach zastępczych są przyzwyczajone do tego, że mają kontakt z rozmaitymi osobami. Choćby to, że mają podwójnych rodziców (nas i swoich biologicznych), podwójnych dziadków, a nawet podwójne rodzeństwo, powoduje że są one bardzo otwarte w stosunku do innych osób. Zwłaszcza fakt, że muszą dzielić się naszą miłością z innymi dziećmi przebywającymi w naszym pogotowiu, sprawia że każde zainteresowanie nimi przez innych, odbierają bardzo pozytywnie. Oczywiście taka sytuacja ma również swoją ciemną stronę (dlatego staramy się, aby dzieci jak najszybciej znalazły nową rodzinę), jednak w przypadku naszego urlopu jest ogromnym plusem. Problemem jest więc tylko zaznajomienie naszych dzieci z ich rodzicami urlopowymi dużo wcześniej. Nie może być mowy o tym, że nagle zawozimy je do jakiejś rodziny zastępczej, a sami jedziemy na urlop. W tym roku obawialiśmy się trochę o Smerfetkę, która bardzo mocno przeżywała lęk separacyjny. Było to kilka miesięcy temu, gdy w naszej rodzinie pojawił się Białasek. Rozważaliśmy nawet taką sytuację, że ona jako jedyna pojedzie na wakacje z nami. O ile pobyt nad morzem nie stanowiłby większego problemu, o tyle chodzenie po górach, już tak. Pozostawiliśmy wszystko swojemu losowi. W międzyczasie przyszedł do nas jeszcze kolejny chłopczyk – dziesięciomiesięczny Gacek. Smerfetce nie dość, że przeszedł okres, w którym nie schodziła Majce z kolan, to jeszcze stała się w swoim mniemaniu ich starszą siostrą, służącą radą, ale też nie znoszącą sprzeciwu.
W każdym razie w ubiegłym miesiącu dzieci zapoznały się z rodzicami urlopowymi, a nawet spędziły próbnie jedną noc w ich domu. Było rewelacyjnie, zwłaszcza że mieszkają oni razem ze swoim wnukiem, co dodatkowo „rozluźniło” atmosferę. Tak więc idąc na urlop byliśmy o nie spokojni, chociaż nie przeszkodziło to Majce już kilka razy zadzwonić – jak się czują?
Ale nie zawsze jest tak prosto. Dwa lata temu mieliśmy u siebie niewidomą dziewczynkę z porażeniem mózgowym. Nawet przez myśl nam nie przeszło, aby pojechać bez niej na wakacje. Nie była na coś takiego gotowa.
Jako pogotowie rodzinne, opiekujemy się głównie małymi dziećmi (chociaż nie jest to regułą i starsze dzieci też pojawiają się w takiej tymczasowej opiece zastępczej) i może łatwiej jest je przygotować do rozstania. Jednak co zrobić ze starszymi dziećmi, które mogą poczuć się porzuconymi, zwłaszcza gdy rodzice zastępczy mają też własne dzieci (biologiczne), z którymi pojadą na wakacje? We wrześniu przyjdzie do nas sześcioletni chłopiec, który aktualnie też przebywa w takiej rodzinie urlopowej. Dodatkowym szokiem będzie dla niego to, że nie wróci do dotychczasowej rodziny zastępczej, u której przebywał. Niestety czasami tak bywa. Zobaczymy, jak wpłynie to na jego zachowanie i adaptację w nowym środowisku (czyli u nas).
Wrócę jednak do urlopu w przypadku starszych dzieci zastępczych. Wielokrotnie rodzina zastępcza ma jakiś dobry kontakt z inną rodziną, która jest dobrze zaznajomiona z dziećmi. Niekoniecznie musi to być rodzina zastępcza. Wielokrotnie może być to ktoś bliski – rodzice, rodzeństwo. Jeżeli nie mają szkolenia dla rodzin zastępczych (co jest najczęstszym przypadkiem), to PCPR nie może ich ustanowić rodziną urlopową. Niektórzy się przeciwko temu buntują, wskazując na bezduszne przepisy. Jednak zastanawiając się nad tym głębiej, trzeba wziąć pod uwagę fakt odpowiedzialności za rodzinę urlopową. Można jednak wystąpić do sądu o urlopowanie dziecka, nawet w przypadku zupełnie obcej rodziny. Odpowiednio uzasadniony wniosek, poparty opinią dotychczasowej rodziny zastępczej i PCPR-u, w większości przypadków rozpatrywany jest pozytywnie. Może trzeba napisać ze dwie kartki więcej, ale dziecko ma możliwość spędzić wakacje z kimś, kto jest mu bliski. Może to być również rodzina biologiczna dziecka, co jest dla niej dużą szansą, zwłaszcza jeżeli myśli o jego odzyskaniu. Alternatywą jest jeszcze wysłanie dziecka (na ten czas) na obóz lub kolonię.
Możliwości jest sporo i czasami trzeba się trochę zaangażować w poszukiwania rodziców urlopowych lub szukać jakichś innych rozwiązań. PCPR ma tylko obowiązek znaleźć opiekę dla dzieci zastępczych (na czas urlopu). Bywa jednak, że nie ma chętnych rodzin zastępczych do pełnienia tej funkcji. W takim przypadku jedyną alternatywą może być umieszczenie dziecka w domu dziecka, a myślę, że na coś takiego nie zgodziłaby się żadna rodzina zastępcza.

Tak więc dzięki ustawie o wspieraniu rodzin i systemie pieczy zastępczej, jesteśmy na wakacjach bez naszych dzieci zastępczych. Niewątpliwie jest to nam bardzo potrzebne, ponieważ dzieci, mimo że urocze, nie dają nam zbyt dużo czasu na wypoczynek, a ten jest potrzebny każdemu, choćby raz w roku.
Nasze dzieci biologiczne są już dorosłe (i same jeżdżą na swoje wakacje), co powoduje, że mam możliwość przebywać z Majką sam na sam (oczywiście nie zawsze).

Rozpoczęliśmy od wyjazdu na obóz harcerski. Pewnie dziwnie to brzmi, jednak jesteśmy związani z pewną drużyną (Maja od podstawówki, ja dołączyłem dużo później). Ponieważ drużyna ta nadal istnieje (już kilkadziesiąt lat), tradycją się stało, że każdego roku, "stara" ekipa przyjeżdża w odwiedziny w trakcie trwania obozu. Myślę jednak, że największą atrakcją jest spotkanie się w dawnym gronie. Oczywiście bierzemy udział w apelu, a nawet rozmaitych zabawach (i nie chwaląc się, w większości wygrywamy - nawet te sprawnościowe), to jednak najważniejsze jest nasze ognisko (bo wyjazd jest dwudniowy), na którym śpiewamy piosenki z dawnych lat. Młodzi harcerze mają już zupełnie inny repertuar i trudno jest nam znaleźć coś, co moglibyśmy zaśpiewać wspólnie.
Zresztą my sami nie do końca pamiętamy teksty naszych dawnych piosenek, mylimy zwrotki, mieszamy wersy ... ale przecież nie o to chodzi. Są to zawsze bardzo miłe spotkania, które długo się wspomina.
Wróciliśmy do domu, aby się przepakować i następnego dnia wyjechaliśmy nad morze, do Mielenka. Uwielbiamy spokój, więc ta miejscowość 
bardzo nam pasuje.
Majka o zachodzie słońca
Wprawdzie pogoda jest raczej kiepska, to jednak ma to też swój urok. Gdyby taka przytrafiła nam się miesiąc temu (gdy byliśmy tutaj z naszymi dziećmi), to raczej nie bylibyśmy szczęśliwi. A teraz … przede wszystkim nadrobiliśmy wszelkie zaległości związane z pobytem w łóżku … czyli głównie dobrze się wyspaliśmy. Nikt nas nie budzi, więc nie zjawiamy się na plaży prędzej niż koło południa. Wieczorami nikogo nie trzeba kąpać, więc możemy pospacerować brzegiem morza. Krótko mówiąc: Hulaj dusza, piekła nie ma.
Nasze morze jest wbrew pozorom bardzo atrakcyjne. Osobiście nie za bardzo lubię leżeć plackiem na kocu, więc wakacje nad Bałtykiem były dla mnie dotychczas ciekawe tylko ze względu na pewne doznania (szum morza w świetle zachodzącego słońca, spacery wzdłuż plaży, krótkie wygrzanie kości na słońcu, smażona rybka – i to w zasadzie wszystko). Nigdy nie miałem tutaj takich przypływów adrenaliny, jak choćby w górach – wisząc na łańcuchach lub wchodząc po drabinkach. Ale chyba to się zmienia... Leżymy któregoś dnia z Majką na plaży. Opalamy się, czytamy książki, popijamy zimne piwko – żyć nie umierać. W pewnym momencie podnoszę głowę ponad parawan, a tam … totalna ewakuacja. Pomyślałem, że może ktoś ogłosił alarm o tsunami (co jak się okazuje już wielokrotnie w Polsce się zdarzało), ale nawet Majka, która nie jest tak głucha jak ja, nic nie słyszała. Jednak gdy spojrzałem na zachód, to już nie musiałem się domyślać o co chodzi. Chmura szelfowa (zwana też wałem szkwałowym), jakiej nigdy w życiu nie widziałem. Do tego, jak po chwili walnął grom z jasnego nieba, to czym prędzej zacząłem się zbierać do ucieczki. Tylko Majka, ze stoickim spokojem stwierdziła, że musi jeszcze dokończyć rozdział, który czyta. Niestety w tamtej chwili nie było mi w głowie robienie zdjęcia. 
Zdjęcie z internetu
Znalazłem jednak w internecie fotografię, która doskonale obrazuje to co wówczas widziałem (włącznie z leżącą i niczym się nie przejmującą Majką). 
Wyobrażam sobie jednak, jak by ona reagowała (Majka), gdyby ta sytuacja wystąpiła miesiąc temu, gdy byliśmy tam razem z trójką dzieci. Nie byłoby szans na ucieczkę. Samo zebranie całego majdanu, zajęłoby nam więcej czasu, niż teraz wraz z dobiegnięciem do domu. Jednak dawne ludy plemienne (zwłaszcza koczownicze) dobrze wiedziały co robią, zachowując odpowiednie odstępy czasowe pomiędzy kolejnymi dziećmi. Chodziło o to, aby w nagłych sytuacjach, jedna osoba dorosła brała na plecy jedno małe dziecko i uciekała ratując życie.
Tak, czy inaczej, chmury i nieprzewidywalność natury, niewątpliwie dodają uroku pobytowi nad naszym polskim morzem (zwłaszcza w oczach kogoś takiego jak ja, kto niekoniecznie lubi upały i opalanie się tak długo, aż skóra zacznie schodzić). Myślę, że zamieszczone poniżej zdjęcia to potwierdzają.


Robiłem zdjęcia chmurom, a Majka wcięła się w kadr.













Pomijając pogodę, Bałtyk faktycznie jest inny niż poprzednimi laty. Jest bardziej przepełniony i o dobrą kwaterę jest dużo trudniej. Słyszałem opinie, że winna temu jest obawa przed wakacjami w krajach południowych, a nawet program 500+ (co w mojej ocenie oznaczałoby, że mimo wszystko się on sprawdza – przynajmniej w pewnym zakresie). Nie wiem ..., żadnych badań nie przeprowadzałem. Wiem za to, że są miejsca ciche i spokojne. Zdjęcia, które zamieszczam, zrobiliśmy jednego dnia w odstępach kilkudziesięciominutowych.

Mielenko godzina 12:00
Dziesięć minut później, kilkaset metrów dalej na wschód od Mielenka.

Mielno, pół godziny później, 3 km dalej.

Mielno - tak wyglądała plaża na odcinku kilku kilometrów.

Chłopy - 2 km na zachód od Mielenka, godz. 14:30 (dużo luźniej niż w Mielnie).


Z mojego punktu widzenia, Mielenko ma tylko jedną wadę. Plaża jest zupełnie nieprzystosowana dla osób niepełnosprawnych i ludzi z wózkami dziecięcymi. Brak podjazdów i miejsc widokowych. Za to jest piękny las, który trzeba przejść w drodze na plażę, nie ma straganów, budek z lodami, nieprzyjemnych zapachów – jest sama natura. A skoro nam udało się miesiąc temu wjeżdżać na plażę dwoma wózkami (w tym jednym bliźniaczym), to chyba mimo wszystko jest ona przyjazna dzieciom.

Na koniec opiszę jeszcze śmieszną historię, która mi się wczoraj przytrafiła. Stoję sobie w kolejce, aby zamówić obiad dla Majki i siebie. Podchodzi pewna starsza pani (tylko ciut starsza ode mnie) i próbuje otworzyć butelkę z piwem, otwieraczem znajdującym się na ladzie.
  • Potrafisz otworzyć tą butelkę – mówi do mnie.
  • Oczywiście – odpowiadam
Po chwili uważnie mi się przygląda, po czym dodaje:
  • Och przepraszam, ale to chyba już nie chłopiec, tylko pan.
Nie wiem, czy ta pani pomyliła okulary, które miała na nosie, czy też ta butelka nie była jej pierwszą, jednak sprawiła mi swoim zachowaniem ogromną przyjemność.
Prawdę mówiąc od jakiegoś czasu, bardzo lubię osoby, które zwracają się do mnie po imieniu (lub po prostu per „ty”), nawet jeżeli są dużo młodsze ode mnie.
Majka mówi, że to skutek przechodzenia andropauzy. Dodaje też do tego jednym tchem, że pewnie to pomogło mi podjąć decyzję o pozostaniu rodziną zastępczą, oraz że przez to, nadal nie mam zamiaru zejść z maty (mimo coraz większego ryzyka urazu). Być może ma rację, ja jednak zaraz ripostuję, że chyba lepiej, jeżeli podświadomie odmładzam się w ten sposób, niż szukając nowej dziewczyny.
Wakacje z Majką dopiero się rozpoczynają i myślę, że najciekawsze dopiero przede mną. Cieszy mnie to, że wracamy do lat młodzieńczych. Potrafimy przegadać pół nocy (sam nie wiem skąd biorą nam się tematy), a potem spać do południa. Jak za dawnych lat śpiewamy stare harcerskie piosenki. Chociaż tutaj trochę nawalam, bo gdy ona próbuje wejść drugim głosem, ja „ciągnę” za nią. Ale chęci mamy i sprawia nam to dużą frajdę.
Jutro podobno kolejny deszczowy dzień … już nie mogę się doczekać.



piątek, 22 lipca 2016

--- Moje, "nie moje" dziecko.

Wielokrotnie opisywałem historie dzieci, które spędziły w naszym pogotowiu rodzinnym kilka lub kilkanaście miesięcy. Jednak dotychczas nie spróbowałem tego w żaden sposób podsumować.
Kim są gdy do nas przychodzą i kim są kiedy odchodzą do innych rodzin adopcyjnych lub zastępczych?
Nie wgłębiając się zbytnio w temat, powiedziałbym, że są przeciętnymi dziećmi, jakich miliony na świecie, jedne lepsze - inne gorsze, jedne mądrzejsze - inne trochę mniej, jedne ładniejsze – inne mniej, jedne zdrowsze … i tak dalej.
Dla nas, jako rodziców zastępczych, nie ma większego znaczenia … „pochodzenie” dziecka. Naszym zadaniem jest stworzenie mu domu, stanie się dla niego rodziną.
Po jakimś czasie, pojawia się ktoś, kto chce dla tego dziecka zostać całym światem.
Rodzice adopcyjni, po wielomiesięcznych (a często wieloletnich) rozważaniach określają, jakie dziecko chcieliby przyjąć pod swój dach. Niektórzy chcieliby adoptować tylko malutkie i zupełnie zdrowe dziecko, inni być może nieco starsze (nawet kilkuletnie), jeszcze inni dopuszczają rozmaite zaburzenia a nawet choroby, z którymi będą musieli się zmagać przez całe życie.
Cała historia medyczna znajduje się w dokumentacji ośrodka adopcyjnego, który proponuje dziecko danym rodzicom. Są to jednak suche fakty, podobnie jak informacje o rodzicach biologicznych (wynikające z postanowienia sądu, ewentualnie krótkich notatek koordynatora pieczy zastępczej, a czasami opinii ośrodków pomocy społecznej).
Czy to wystarcza rodzicom adopcyjnym? Okazuje się, że chyba tak.
Oczywiście nie jest to regułą, jednak dla wielu rodziców adopcyjnych, proponowane im dziecko jest osobą znikąd, jest „dzieckiem z chmur”, które w wyobrażeniach przebywało w bliżej nieokreślonym miejscu, czekając na ich miłość, akceptację i troskę, które w ich świadomości tak naprawdę zaistniało w dniu, w którym zostali poinformowani przez ośrodek adopcyjny i … uważają, że dla jego dobra trzeba zrobić wszystko, aby jak najszybciej trafiło pod ich dach.
Staram się to rozumieć …, być może na ich miejscu postępowałbym dokładnie tak samo.
Jednak jako rodzic zastępczy, patrzę na cały proces adopcji przez nieco mniej różowe okulary (a może po prostu podchodzę do sprawy w sposób mniej emocjonalny). Każde dziecko (nawet kilkudniowe) ma swoją historię, którą dobrze by było poznać.

Mało którzy rodzice interesują się rodziną biologiczną dziecka. I wcale nie chodzi mi o to, aby podtrzymywać jakiekolwiek kontakty z nimi...

Dawno temu, gdy byłem jeszcze nastolatkiem, interesowały mnie tematy natury filozoficzno-psychologicznej. Był to czas, w którym zasady eugeniki były już od dawna skompromitowane przez nazistowskie Niemcy, za to popularność ponownie zdobywała idea wpływu środowiska na zachowanie człowieka. „Tabula rasa” jako punkt wyjścia i możliwość plastycznego modelowania zachowań ludzkich (co zresztą było na rękę klasie rządzącej), były obowiązującą doktryną.
Dzisiejsze badania i nauka zajmująca się genetyką, każą nieco inaczej spojrzeć na tą sprawę, również w kontekście adopcji dziecka. Oczywiście współcześni natywiści nadal polemizują ze współczesnymi empirystami, co ma większy wpływ na naturę człowieka: geny, czy środowisko?
Gdybym sam miał to ocenić (opierając się na różnych opracowaniach, a nawet własnych doświadczeniach), to powiedziałbym: fifty-fifty. Oznacza to jednak, że być może wpływ genów na życie człowieka jest w pewien sposób marginalizowany przez rodziców adopcyjnych.
Oczywiście, że fakt, iż ktoś ma loki na głowie, albo posługuje się lewą ręką, nie ma większego znaczenia i jest tylko jego urodą. Jednak geny są odpowiedzialne za posiadanie predyspozycji do zdobywania różnych umiejętności (czasami będących wadą, a czasami zaletą). Na szczęście, istnieje ścisła zależność między genotypem a środowiskiem. W niektórych warunkach, pewne geny mogą się uaktywnić, w innych zostaną stłumione.
Do mnie przemawiają zwłaszcza badania dotyczące bliźniąt jednojajowych, które jakby nie było, są pewnego rodzaju naturalnymi klonami (100% zgodności genetycznej). Rodzeństwa takie, wychowywane w różnych rodzinach i z dala od siebie, wykazują niesamowite podobieństwo zachowań. Natomiast zupełnie inaczej może wyglądać sytuacja, gdy bliźnięta te wychowują się razem. Często jedno z nich zaczyna dominować nad drugim, zupełnie zmieniając jego zachowania.
Wynika z tego, że geny, to tylko pewne predyspozycje, mogące uaktywnić takie czy inne zachowania. W tym kontekście, jak najbardziej zasadne byłoby poznanie rodziny biologicznej dziecka. Niekoniecznie osobiście, ale choćby z opowiadań. Z mojego doświadczenia wynika, że rodzice adopcyjni wielokrotnie nie chcą tego słuchać. Podświadomie wypierają wszelką wiedzę dotyczącą rodziców biologicznych swojego dziecka.
Znam rodzinę, która wiele lat temu adoptowała dwie dziewczynki. Zapytałem, co wie o rodzicach biologicznych swoich dzieci? Okazało się, że praktycznie … nic.
Jako rodzice zastępczy, w większości przypadków, mamy kontakt z rodzicami biologicznymi dzieci, które u nas przebywają. Jesteśmy pewnego rodzaju skarbnicą wiedzy na ich temat dla rodziców adopcyjnych. Dlaczego najczęściej nie chcą z niej skorzystać?

Geny, to nie tylko predyspozycje do pewnych zachowań, ale również do dziedziczenia rozmaitych chorób. Dlaczego nikt nie robi pod tym kątem wywiadu z rodzicami biologicznymi? Dzisiejszy poziom nauk medycznych pozwala na wczesne wykrywanie wielu schorzeń. Można by to kontrolować, mając świadomość powtarzających się chorób w rodzinie biologicznej dziecka. Brak wiedzy w tym zakresie z pewnością nie pomaga.

Jeszcze kilka lat temu uważałem, że psycholog jest potrzebny tylko w sytuacjach kryzysowych. Teraz dochodzę do wniosku, że dobrze jest mieć go „pod ręką” również na co dzień. Rodzice adopcyjni bardzo często mają tendencję do „zagłaskiwania kota na śmierć”, a z kolei dla dzieci adopcyjnych, okres dojrzewania może być bardziej burzliwy (niż to ma miejsce w przypadku dzieci biologicznych). Mieliśmy kiedyś kontakt z pewną panią psycholog, która mawiała, że bycie dobrą matką, to bycie dość dobrą matką. Wielokrotnie się zdarza, że problemy z dziećmi tkwią w ich rodzicach (tych, którzy wychowują). Nawet rodzice biologiczni często nie potrafią tego faktu zaakceptować. W przypadku rodziców adopcyjnych, jest to jeszcze trudniejsze. Niestety najczęściej nie widzą w tym swojej winy. Zdarzało mi się już słyszeć komentarze, że za zachowanie i charakter dziecka w 70% odpowiadają geny, 20% to zasługa otoczenia (głównie szkoły i kolegów), a tylko 10% to wpływ wychowywania przez rodziców. Tak więc w przypadku problemów, najłatwiej wszystko zrzucić na geny.
Prawdę mówiąc, nigdy nie drążyłem tematu wspierania rodzin adopcyjnych przez ośrodki adopcyjne, pod kątem pomocy psychologicznej (już w czasie przebywania dziecka w rodzinie). Rodzice zastępczy taką pomoc mają (przynajmniej u nas i w kilku innych miejscach w kraju, o których wiem).

Na dobrą sprawę, to co napisałem powyżej, jest nazbyt rozbudowanym wstępem do tematu, który chciałem poruszyć. Już w czasach szkolnych, często miałem pod wypracowaniem, uwagę nauczyciela: „zbyt długi wstęp”. Skoro do dzisiaj niczego się nie nauczyłem, to może faktycznie należy jeszcze bardziej docenić znaczenie genów.
Postaram się, aby rozwinięcie było zdecydowanie krótsze.

Dzieci, którymi się opiekujemy i przez jakiś czas je wychowujemy, w większości przypadków mają rozmaite zaburzenia. Biorąc pod uwagę zarówno swoje doświadczenia, jak też znanych mi rodzin zastępczych, mógłbym powiedzieć, że zupełnie zdrowych dzieci przebywających w opiece zastępczej jest mniej niż 30%. Nie biorę przy tym pod uwagę chorób czy też zaburzeń, które nie wynikają bezpośrednio z tego, w jakich warunkach i z jakimi bodźcami stykało się dziecko zarówno w życiu płodowym, jak też we wczesnym okresie rozwoju (np. różnego typu alergie).
Większość dzieci zostaje u nas umieszczonych z powodu zaniedbań. Ich przyczyną są najczęściej różnego rodzaju uzależnienia i brak wsparcia w najbliższej rodzinie rodziców dziecka. Jednak mógłbym to wszystko sprowadzić do jednego określenia. Chodzi o stary (może nawet kilkudziesięcioletni) neologizm: „tumiwisizm”. Tym rodzicom naprawdę wszystko „wisi”, chociaż starają się udawać, że jest inaczej. W zdecydowanej większości nie stać ich nawet na jeden przyjazd w tygodniu, aby spotkać się ze swoim dzieckiem. Jak więc uwierzyć w dbałość w okresie prenatalnym oraz w pierwszych miesiącach życia dziecka (które są najważniejsze dla jego rozwoju emocjonalnego). Nawet jeśli dziecko pod względem medycznym jest zupełnie zdrowe (pomijając nawet lekkie opóźnienia ruchowe wynikające z zaniedbań), to jednak nigdy nie wiadomo, jakie zostały poczynione szkody w psychice. Mieliśmy wątpliwą przyjemność poznać mamę, która poszła na imprezę, pozostawiając w domu dwoje rodzeństwa (chyba 2 i 3 latka). Impreza trochę się przeciągnęła … Po trzech dniach opieka społeczna (zawiadomiona przez sąsiadów) weszła do mieszkania – na szczęście dzieci przeżyły. Mnie tylko zastanawia, jak ten fakt wpłynął na ich psychikę? Jakie spustoszenie w umyśle dziecka powoduje bicie, molestowanie, odrzucenie?
Na szczęście ogromną zaletą jest umiejętność zapominania. W większości jest to zupełnie naturalny proces, chociaż w wielu wypadkach może być mechanizmem obronnym umysłu (co oznacza, że kiedyś te wspomnienia mogą powrócić). W każdym razie, powoduje to, że dzieci bardzo szybko dostosowują się do nowych warunków. Dzieci kilku-kilkunastomiesięczne, nawet już po kilku tygodniach (a nawet kilkunastu dniach) potrafią zapomnieć dotychczasowych opiekunów i od samego początku umieją nawiązać więzi (o ile zostały tego nauczone) z nowymi rodzicami.
Chociaż z drugiej strony, już wielokrotnie mieliśmy do czynienia z sytuacją, gdy dziecko potrafiło sobie przypomnieć pewne szczegóły z życia, z okresu gdy nie miało nawet roku. Jakiś czas temu opisywałem historię Iskierki. Dziewczynka nie jest już z nami od ponad roku. Niedawno zaczęła opowiadać swojej mamie, że Majka sadzała ją na deseczce. Po dłuższej analizie tego co mówi, okazało się, że chodzi o nakładkę na ubikację – wszystko co powiedziała było prawdą. Zresztą ja sam mam wspomnienia z bardzo wczesnego dzieciństwa. Pamiętam stertę gruzu leżącego pod ścianą kuchni, gdy przeprowadziliśmy się do nowego mieszkania. Było to prawie pół wieku temu i nawet moi rodzice tego nie pamiętają. Jednak dla mnie, są to wspomnienia bardzo żywe. Podobnie pamiętam historię, gdy ugrzązłem w błocie (miałem wówczas około czterech lat). Niewiele się namyślając wyszedłem z butów (na szczęście miałem kalosze, więc było łatwo) i w samych skarpetkach wróciłem do domu.
Jakie wspomnienia (gdzieś w podświadomości) przechowują dzieci doświadczone przez los (albo bardziej przez własnych rodziców)?
Pewnie dlatego, rodzice adopcyjni najchętniej decydują się na maluchy (im młodsze, tym lepsze).
Niedługo nasza rodzina powiększy się o sześciolatka. Problemem nie jest dla nas ani jego wiek, ani zaburzenia, które posiada i które będziemy się starali zredukować do minimum. Obawiamy się, że nawet gdyby udało nam się doprowadzić go do stanu pełnej normy rozwojowej, szanse na adopcję ma niezbyt duże – po prostu jest „za stary” - przykre. Być może po raz drugi będziemy liczyć na adopcję zagraniczną.
Czy oznacza to, że wymagania rodziców adopcyjnych są zbyt wygórowane?
Gdy staram się spojrzeć na proces przysposobienia oczami rodziców adopcyjnych, to pewnie też chciałbym dziecko jak najmłodsze, z jak najmniejszym bagażem doświadczeń. Chociaż z drugiej strony, nie wszystkie doświadczenia są złe. Nie wszystkie mają negatywny wpływ na rozwój młodego człowieka.
Prawdopodobnie (mając kilkuletnią praktykę w charakterze rodzica zastępczego) byłbym bardziej otwarty na dzieci z zaburzeniami.
Pod jednym z niedawnych postów, znalazłem komentarz, który moim zdaniem wart jest zacytowania:

"a. 30 czerwca 2016 12:08
"W czasach PRL-u, dużo częściej dochodziło do rozmaitych spotkań, w których alkohol lał się strumieniami. Kim są FAS-owcy z tamtych lat?"

Postawiłeś pytanie, które i ja często sobie w myślach zadaję. I powtórzę Twoje zastrzeżenie: nie bagatelizuję problemu FAS żadną miarą. Po prostu mam świadomość, ze my, ludzie z tamtego pokolenia (PRL i wódencja jako element niezbędny każdych imienin i spotkania rodzinnego) byliśmy prawdopodobnie nierzadko wspomagani kieliszeczkiem dla kurażu, dla lepszej zdrowotności ciąży, a przecież nie pochodziliśmy z rodzin, które - ujmując to obrazowo- nie trzeźwiały. Mimo to nikt nie wiedział wtedy o FASie, wiec nikt się nie zastanawiał, czy ta etykieta nie powinna być nam przypisana zmieniając diametralnie nasze życie, choćby w zakresie decyzji rodziców adopcyjnych. Dziś jest inaczej. To dobrze, że mówi się głośno o FASie, a jeszcze lepiej, że prowadzi się społeczne kampanie profilaktyczne. Mam za sobą setki dyskusji na forach rodzicielskich, gdzie uparcie powtarzałam "nie ma bezpiecznej dawki alkoholu w ciąży". Mimo to mam te same wątpliwości, co Ty, bo etykieta FAS ma również tę drugą, ciemną stronę. Oddala dziecko, każe na nie patrzeć podejrzliwie, w jakiś sposób monstroizuje FASowców jako tych, których szanse na normalność są często odbierane również społecznie po prostu na podstawie załozenia, że FASowiec nie ma prawa odnaleźć się w normalnej rzeczywistości i bedzie generować problemy w rodzinie.
Spędziłam ostatnio kilka dni w pogotowiu rodzinnym. Były tam maluchy z FASem. Nawet dla mnie, osoby ze zdawałoby się dobrze ułożonym poglądem na FAS, było zaskoczeniem zrozumienie, że tak, to są normalne dzieci. Bawią sie, śmieją, jedzą jogurt. Przyniosą wiele szczęścia rodzicom, którzy zdecydują się nimi zostać. Bardzo bym chciała, aby FAS przestał być traktowany jak jeż, i aby zaczął być traktowany normalnie, bez przekreślania tych dzieci.”




Wrócę jednak do tego, kim są dzieci odbierane swoim rodzicom. Mogę powiedzieć, że w większości przypadków, są to dzieci, którym się „nie przelewa” (w sensie zamożności). Jednak nie to jest powodem przekazania ich do rodzin zastępczych lub adopcyjnych. Oprę się może na kilku cytatach dostępnych na stronie:


Analiza akt 43 spraw przekazanych przez sądy rejonowe, wskazanych pod koniec 2015 r. przez Ministerstwo Sprawiedliwości nie potwierdziła, aby wyłączną przyczyną umieszczenia dziecka w pieczy zastępczej były warunki materialne i socjalne rodziny.”

W analizowanych przez Rzecznika Praw Dziecka sprawach do najczęściej występujących w rodzinie problemów lub czynników skutkujących koniecznością ingerencji sądu w rodzinę należały: choroba alkoholowa rodziców (52% analizowanych przypadków); zaniedbania opiekuńczo-wychowawcze, w tym zdrowotne i higieniczne (39% analizowanych przypadków); przemoc, w tym przemoc fizyczna, psychiczna i seksualna (36% analizowanych przypadków); trudna sytuacja materialna rodziny (21% analizowanych przypadków); brak odpowiedniego nadzoru ze strony rodziców (18% analizowanych przypadków); zaburzenia psychiczne rodziców (12% analizowanych przypadków) i pozostawienie dziecka pod opieką innego członka rodziny lub w szpitalu (27% analizowanych przypadków).”

Wielokrotnie dzieci z bardzo ubogich rodzin bywają szczęśliwe i takie nie są umieszczane w rodzinach zastępczych, ani nie trafiają do adopcji. Dzieci, które przychodzą do naszego pogotowia rodzinnego są często bardzo smutne (i wcale nie wynika to z faktu odseparowania ich od rodziców). Niczego od nas nie chcą, nie płaczą. Czasami taki stan mija dopiero po kilku tygodniach.
Staramy się, aby dzieci odchodząc do nowej rodziny, były radosne. Do tej pory nam się to udaje.






sobota, 9 lipca 2016

--- Wakacje z duchami.

W tym roku postanowiliśmy wyjechać na wakacje również z naszymi dziećmi zastępczymi. Sytuacja była o tyle sprzyjająca, że po odejściu Chapicka do włoskiej rodziny adopcyjnej, mieliśmy pod opieką tylko Smerfetkę i Białaska. Uznaliśmy, że w takim składzie wypoczną nie tylko dzieci, ale również my. Zarezerwowaliśmy pokój nad morzem i czekaliśmy tylko na dobrą pogodę. Jednak kilka dni przed wyjazdem, przyszedł do naszej rodziny dziesięciomiesięczny Gacek. Trochę było nam żal rezygnować z wyjazdu, więc mimo że jeszcze zbyt dobrze nie poznaliśmy chłopca, postanowiliśmy nie rezygnować z naszych planów. Domówiliśmy tylko dodatkowy pokój, kupiliśmy kolejne łóżeczko turystyczne i pojechaliśmy. Obawialiśmy się podróży, ponieważ dodatkowe dziecko wymusiło wyjazd dwoma samochodami. Tak więc kilkugodzinną jazdę nad morze, dzieci musiały spędzić we własnym towarzystwie. Tylko Białasek mógł trochę „pogadać” ze mną, bo jechał na przednim siedzeniu mojego samochodu. Okazało się, że droga minęła dzieciom bardzo szybko, ponieważ cała trójka, w większości ją przespała.



Zamieszkaliśmy w pokojach wydzielonych z części dawnej stodoły. Można więc powiedzieć, że zagościliśmy w gospodarstwie agroturystycznym, chociaż jedynym zwierzakiem, którego można było zauważyć, był kot. Jednak dla nas i naszych dzieci, ważny był głównie duży, pięknie utrzymany ogród, z poustawianymi wiatami, będącymi alternatywą na ewentualną deszczową pogodę. Jednak aura nam dopisała, mieliśmy tylko jeden dzień z deszczem.





Postanowiliśmy zachować identyczną jak w naszym domu, obsadę w nocy. Tak więc Smerfetka z Gackiem, spali w jednym pokoju ze mną, a Majka z Białaskiem, w drugim. Nie spodziewałem się jakichś nieprzewidzianych wydarzeń. Okazało się jednak, że pierwsza noc była dla trójki z mojego pokoju niemałym horrorem. Udało nam się smacznie spać do godziny drugiej (co niestety dla mnie oznaczało niecałe dwie godziny snu). Pierwsza obudziła się Smerfetka. W domu, nawet jeżeli coś takiego jej się przydarzy, to po kilku minutach marudzenia, sama dalej zasypia. Tym razem jednak było inaczej. Obudziłem się również ja i na końcu Gacek. Każde z nas próbowało podsypiać, jednak co jakiś czas budził nas jakiś dziwny „chichot”. Najpierw zacząłem podejrzewać o to Gacka, ponieważ ma on umiejętności brzuchomówcze (potrafi wydawać dźwięki, a nawet artykułować sylaby, nie otwierając ust). Smerfetka raczej odpadała, bo ona operuje dużo wyższym brzmieniem. Zacząłem też posądzać o ten śmiech, jedną z zabawek, która została w ogrodzie, jednak dźwięk ten wyraźnie dobiegał gdzieś z wnętrza budynku (a przecież wiedzieliśmy, że poza nami, nikogo w nim nie ma). Wprawdzie osobiście nie za bardzo wierzę w duchy (tym bardziej dzieci nie mają pojęcia co to takiego), to jednak chichot nie pozwolił nam zasnąć głębszym snem do ósmej rano (nawet mleko i smoczki nie pomagały). Gdy już przyszła błoga chwila i cała trójka popadła w objęcia Morfeusza, to przyszła Majka i kazała się zbierać na plażę. Do dzisiaj nie mam pojęcia co to było, a kolejne noce przesypialiśmy już spokojnie. Pani Dorotka (właścicielka pensjonatu) zaklinała się, że nie były to dodatkowe atrakcje, które funduje urlopowiczom. Ponieważ nie lubię rzeczy niewyjaśnionych, cała nasza trójka jednogłośnie uznała, że ciocia Majka musiała mieć jakieś dziwne sny i śmiejąc się, nie pozwoliła nam się wyspać.

Wakacje z dziećmi, były też dla mnie ciekawym doświadczeniem. Wydawało mi się, że nie będziemy w żaden sposób wzbudzać sensacji. W końcu uznałem, że przecież bywają dziadkowie, którzy zabierają swoje wnuki na wczasy i na taką rodzinę moim zdaniem wyglądaliśmy. Największą atrakcją dla innych jest zawsze wózek trojaczy. Jednak tym razem wzięliśmy dwa osobne wózki (trojakiem po plaży nie dałoby się przejechać, chociaż bliźniakiem też nie było łatwo). Najpierw byliśmy wielką zagadką dla właścicielki restauracji (albo raczej wakacyjnej jadłodajni), w której jedliśmy obiad. Znamy się od wielu lat i pewnie pamięta nas również z okresu, kiedy przyjeżdżaliśmy z naszymi córkami. A tu nagle trójka berbeci. Muszę przyznać, że zachowała klasę, bo było widać, że męczy ją pytanie: „kim one są?”, ale skupiła się na pytaniach ogólnych: „jak mają na imię?”, „w jakim są wieku?” itp. Kolejka przy barze stawała się coraz dłuższa, a ona cały czas oddawała się rozmowie z nami, pewnie licząc na to, że Majka uchyli rąbka tajemnicy. Nie wiem dlaczego (przecież moja żona bardzo lubi się chwalić naszymi dziećmi zastępczymi), jednak Maja pozostawiła ją z tymi wątpliwościami do następnego dnia. Ale za to jak już zaczęła opowiadać, to przyszedł tego posłuchać cały personel – panie kucharki, sprzątaczki … a nawet pies (który jednak szybko uciekł, bo czułości Smerfetki nie przypadły mu do gustu).

Nie przypuszczałem, że plaża jest miejscem, w którym można dowiedzieć się o sobie wielu ciekawych rzeczy. Chyba mało kto zdaje sobie sprawę z tego, że każde, nawet szeptem wypowiedziane zdanie, lecąc z wiatrem, jest doskonale słyszane nawet kilkadziesiąt metrów dalej.
Zawsze mi się wydawało, że rodzina z kilkorgiem dzieci (wyglądająca na szczęśliwą), motywująco wpływa na innych. Pokazuje swoim przykładem, że wielodzietność nie jest niczym strasznym, a przynajmniej uzmysławia mamom z jednym dzieckiem, jak mają dobrze. Po części pewnie tak jest, jednak efektem ubocznym jest wzmożone przeklinanie. Najczęściej słyszane zdania, brzmiały mniej więcej tak:
Ja pier...lę, bliźniaki i jedno takie trochę starsze”.
Ty, patrz tego z bliźniakami, ale ma prze...ne”.
O k...wa, zobacz tych”.
Osobną sprawą były rozważania, kim my dla tych dzieci jesteśmy (dziadkami czy rodzicami?), no i czy Smerfetka jest nieco wyrośniętym „trzecim bliźniakiem”, czy też opóźnionym w rozwoju dzieckiem z poprzedniej ciąży.

Jednak któregoś dnia wracaliśmy z plaży i nagle przez mijających nas ludzi, zostaliśmy zagajeni słowami: „widzę, że wam też nie jest lekko”. Spojrzałem na nich … wózek bliźniaczy, a przy nim trzeci, niewiele lepiej chodzący niż Smerfetka. Oni ..., przynajmniej ze dwadzieścia lat młodsi od nas. I wówczas zrozumiałem tych wszystkich ludzi, których przez kilka dni wysłuchiwałem na plaży, ponieważ w tym momencie przychodziły mi na myśl dokładnie takie same zdania.
Jednak chyba wypływa z tego bardzo pozytywny wniosek. To co przeraża u innych, często u siebie samego jest „bułką z masłem”.