poniedziałek, 27 lipca 2020

MOWGLI


Czyżby nasze siódme dziecko zastępcze?

Mowgli urodził się kilka dni temu. Jego mama jest upośledzona. Jednak gdy przeglądam w myślach matki biologiczne dzieci, które z nami mieszkały, to... prawie każda wariatka.
Być może ja też jestem ułomny, więc przyjmijmy, że nikt nie jest doskonały.

Chłopiec jest zdrowy... ale nikt go nie chce.
Dlaczego?
Bo brakuje w naszym powiecie rodzin zastępczych, a sąd postanowił chłopca umieścić w jednej z nich.
Ja, w którymś poście (było to wiele miesięcy temu) napisałem, że nie będę brał wszystkich dzieci, które zaproponuje nam nasz organizator pieczy zastępczej, gdyż jest to ze szkodą dla pozostałych naszych podopiecznych. Wiele rodzin się na to godzi... z różnych przyczyn. Jedne wychodzą z założenia, że ich odmowa spowoduje umieszczenie dzieci w placówce, inne mają jakieś niepisane prawa ze swoim przełożonym (czyli w naszym przypadku PCPR-em).
Dla mnie już Paprotka była dzieckiem ponad miarę. Więc teraz mówię „pass”. Zresztą Majka też, bo Stokrotka i Paprotka budzą ją w nocy co dwie, trzy godziny. Może i dobrze, bo być może Mowgli jednak by z nami zamieszkał – a przecież mamy jeszcze czwórkę przedszkolaków wymagających ogromnego zaangażowania. Nasz PCPR to rozumie. Z jednej strony rozumie, a z drugiej musi znaleźć dla chłopca jakąś rodzinę.

Trochę się w tej chwili czuję jak handlarz dziećmi. Mimo wszystko jestem jakimś trybikiem tego systemu. Pewnie takim samym jak nasza koordynatorka, która też stara się znaleźć złoty środek. Nie chce, aby Mowgli trafił do placówki, ale też zdaje sobie sprawę z tego, że będzie on dla nas zbyt dużym obciążeniem.
Poszukujemy więc dla chłopca rodziny zastępczej. Takiej, która najprawdopodobniej w pewnym momencie będzie musiała podjąć bardzo trudną decyzję. Będzie musiała powiedzieć „adoptujemy”, albo „oddajemy do adopcji”. Albo może nie będzie musiała podejmować żadnej decyzji, bo Mowgli wróci do mamy biologicznej.
Może też być tak, że chłopiec będzie jednak dorastał w tej rodzinie, ale będzie spotykał się ze swoją mamą. Bo tego wymaga prawo. Bo to jest prawo dziecka zastępczego. Nie tylko do znajomości swojej historii, ale też życia w dwóch różnych historiach. A może zupełnie nie o jego prawo tutaj chodzi? I zupełnie nie o jego dobro?

Wiem, że znowu wracam do tematu adopcji otwartej. Bardzo bym chciał, żeby to było możliwe. Bardzo bym chciał, żeby mamy biologiczne dzieci zastępczych chociaż starały się zrozumieć, że mają być już tylko kimś, kto jest jedynie wsparciem dla rodziny zastępczej. Kimś, kto pomaga w wychowywaniu ich dziecka, a nie stawia warunki, i nie traktuje mamy zastępczej jak opiekunkę do dziecka.

Wczoraj Remus wrócił z weekendu u swojej babci. Dziewczyna (mogę tak o niej powiedzieć, bo jest młodsza ode mnie) nie chce już brać do siebie dwójki bliźniaków razem. Próbuje to jakoś tłumaczyć... chociaż przecież wcale nie musi. Romulus był zatem w tym czasie z nami.
Całe trzy dni były „rozpieprzone”, łącznie z dzisiejszym pójściem do przedszkola. Romulus nie potrafił sam zasnąć w nocy, a w ciągu dnia wciąż dopytywał o brata. Remus po powrocie sprawiał wrażenie jakby był na jakichś dopalaczach. Był nieposłuszny, głośny, wdawał się w spory z każdym, i o wszystko (a przecież jest takim spokojnym, mądrym i ułożonym dzieckiem). W nocy budził się kilkakrotnie, wołając „wuuuujek!”. W zasadzie niczego nie chciał. Nawet nie mówił, że boi się ciemności (jak to czasami bywa). To nawet nie było sprawdzanie, czy jestem obok i czy do niego przyjdę. To było odreagowanie emocji. Na dobrą sprawę, my nawet nie wiemy co dzieje się, gdy dzieci jadą do babci. Nie wiemy ani co tam robią, ani jak wygląda spotkanie z rodzicami, którzy prawie za każdym razem ich tam odwiedzają.

Tak więc rodzina zastępcza Mowgliego będzie musiała to wszystko wziąć pod uwagę. A jeżeli nie gustuje w chłopcach, to jest możliwość, że weźmie do siebie Paprotkę (wówczas u nas będzie miejsce dla chłopca). Jej mama siedzi w zakładzie karnym. Nie wiem ani za co, ani na jak długo. Ale pewnie gdy wyjdzie, to będzie miała jeszcze sporo czasu na to, aby pokazać, że jest wspaniałą matką. Przerabialiśmy to... a właściwie przerabiamy nadal z Białaskiem. Właściwie to nie my, ale jego rodzina zastępcza. Kapsel pewnie by się nie doliczył, który to już rok leci (bo on z biedą panował nad palcami jednej ręki).

To co? Zachęciłem do wzięcia w pieczę Mowgliego?

Ale jest pewien pozytywny aspekt tej sytuacji. Nie wiem, czy jest to trend ogólnokrajowy, bo na pewno nie jest wymuszony zapisami w prawie. Nasz PCPR nie robi żadnych problemów, gdy przeszkolona przez niego rodzina zastępcza, przychodzi z prośbą o pieczę nad dzieckiem nawet z drugiego końca Polski. Jest też gotowy rozmawiać z innymi organizatorami pieczy zastępczej, więc jeżeli ktoś widziałby się w roli rodzica zastępczego dla Mowgliego lub Paprotki, to proszę o informację na powiązany z tym blogiem adres mailowy.
Stokrotka nie wchodzi w grę, gdyż termin rozprawy jest już wyznaczony i raczej można przewidzieć, jaka będzie decyzja sądu.

Myślałem, że nigdy nie będę musiał pisać takich słów... przynajmniej tutaj.

sobota, 18 lipca 2020

--- Mielenko 2020

Pogoda nam tym razem nie dopisała... chociaż może to dobrze
Gdy kilka miesięcy temu Majka ustalała z panią Dorotką termin naszego wypoczynku w Mielenku, to zakładaliśmy, że może z nami już nie być Ptysi, albo Bliźniaków. Niestety były to płonne nadzieje.
Gdy przyszła do nas Stokrotka, to zarezerwowaliśmy dodatkowy (trzeci) pokój.
Paprotka już wiele nie zmieniła, poza tym, że musieliśmy zabrać dodatkowe łóżeczko i pojechać dwoma samochodami.

To było najbezpieczniejsze miejsce... i tylko dla nas
Tym razem wcale nie mam ochoty opisywać tego, jak było.
Jest nas zbyt dużo. Do tego przekrój wieku dzieci i istniejące zaburzenia powodują, że wcale nie czuję się fajną rodziną. Nie czerpię żadnej przyjemności z bycia rodziną zastępczą. Jestem tylko opiekunem... a to wcale nie jest miłe.

Zupełnie inaczej dzieci funkcjonują, gdy są osobno i zupełnie inaczej się wówczas z nimi pracuje. Dla przykładu, wczoraj po kolacji Majka stwierdziła, że jeszcze na pół godziny wyjdzie z maluchami na spacer do lasu (czyli Stokrotką i Paprotką). Ptyś chciał już się kąpać i pójść spać, a Balbina znowu się posikała w majtki, więc tym bardziej była gotowa do kąpieli. Remus z Romulusem poszli z ciocią zabierając swoje rowery. Bawili się w psi patrol, który gasi pożar lasu... potrafili wymyślać sytuacje i odgrywać scenki. Remus powiedział do Romulusa
  • Chodź, bo tam płonie las.
  • A co to znaczy płonie?
  • No... pali się.
  • To mów normalnie, a się nie wygłupiaj.
Była to sytuacja, kiedy Majka mogła z chłopcami porozmawiać, wytłumaczyć znaczenie pewnych słów.

Albo gdy po powrocie chłopcy podczas kąpieli zapytali mnie
  • Wujek, a ty masz dużego siusiaka?
  • No dużego, bo cały jestem większy od was.
  • A pokażesz nam?
Nie wiem, czy stanąłem na wysokości zadania w tłumaczeniu, że jednak im nie pokażę, ale chciałem tutaj zwrócić uwagę na pewne zachowania, które nie mają miejsca, gdy dzieci są w grupie.
Wyjście na spacer z całą czwórką (czyli Bliźniakami i Ptysiami), sprowadza się do bezsensownego biegania, rzucania kamieniami, czy łamania patyków.
Gdy dzieci są razem, to cały czas muszą być pod kontrolą, bo nie wiadomo co wymyślą i co zniszczą. Do tego skarżą na siebie tak, że nie można już tego słuchać. Balbina krzyczy – a Romulus wylał wodę, Romulus – wujek, Ptyś rozlał wodę, Ptyś – nie, to Balbina wylała. Tylko Remus najczęściej nic nie mówi.

Dlatego długo zastanawialiśmy się, czy w ogóle powinniśmy pojechać nad morze z całą szóstką. Mamy jeszcze zarezerwowany drugi termin. Jeżeli skład się nie zmieni, to pozostaniemy w domu. Tutaj przynajmniej jest bezpiecznie... ja czuję się bezpiecznie.

W zasadzie to już wiem, że skład się nie zmieni. Sąd Ptysi postanowił wykonać badanie więzi, co odwleka kolejną rozprawę o kilka miesięcy. Nie wiem tylko dlaczego nie wpadł na ten pomysł przez minione półtora roku. Ale chociaż nie wprost dał do zrozumienia, że ma w planie odebranie praw rodzicielskich i potrzebuje podkładki. A może potrzebuje podkładki na to, że mama Ptysi może być rewelacyjną matką? Chociaż takiej to pewnie nie dostanie, gdyż mama nie ogarnia niczego i nikogo nie słucha. Ciągle prosimy ją, aby nie przyjeżdżała na spotkania z dziećmi z wielkimi prezentami, a zwłaszcza z zabawkami militarnymi. Albo nie może zrozumieć, że to ona ma być na spotkaniu dla nich atrakcją, albo doskonale wie, że jak przyjedzie z pustymi rękami, to dzieci ją zwyczajnie „oleją”. Kilka dni temu przywiozła tak wielkie pudła, że ledwo z nimi doszła. I co było w środku? Dla Balbiny kolejna lalka, którą po powrocie do domu dziewczynka rzuciła do kąta, a dla chłopców pojazdy opancerzone, śmigłowce z karabinkami, czołgi i karabiny maszynowe.


Od momentu powrotu z Mielenka minęło już parę dni, i trochę ochłonęliśmy. Tak więc już wiem, że jednak za trzy tygodnie znowu pojedziemy na wakacje. Wiem, że znowu czeka nas ciężka praca i znowu będę mówił „już nigdy więcej”. Mam 55 lat i podobnie jak rodzice naszych dzieci, nie uczę się na własnych błędach. A może to widok tych niesfornych, acz uśmiechniętych pyszczków powoduje, że wciąż brnę wbrew temu, co podpowiada mi mój umysł? W zasadzie to jestem taki jak oni... jak ci rodzice, którzy wciąż powtarzają „to było ostatni raz”, „już więcej tego nie zrobię”, „dlaczego nie chce mi pani zaufać?”.

Mama Bliźniaków odwołała się od wyroku. Nie wiem jakimi kanałami udało nam się otrzymać i przeczytać uzasadnienie decyzji sądu, na podstawie którego takie odwołanie było w ogóle możliwe. Ktoś mi je zwyczajnie pokazał i powiedział „nie pytaj”.
Zastanawiam się tylko od czego mama się odwołała? Nie można przecież złożyć apelacji tylko dlatego, że decyzja sądu się komuś nie podoba. Tutaj sędzina w uzasadnieniu nie pozostawiła suchej nitki na rodzicach. Setki stron załączników. Opinie specjalistów, notatki policji, oceny osób mających kontakt z dziećmi i rodzicami chłopców (w tym również moje).

W związku z zaistniałą sytuacją, rozpoczęliśmy rozmowy z całą czwórką naszych przedszkolaków dotyczące zbliżającego się rozstania. Majka stwierdziła, że musimy w końcu dowiedzieć się, co myślą o przyszłości przebywające z nami dzieci. Czy uważają, że zawsze będą mieszkać w naszej rodzinie?
Bliźniakom było smutno, chociaż chłopcy przyjęli tę wiadomość po męsku. Powiedzieliśmy im, że za jakiś czas się rozstaniemy... że zamieszkają w innej rodzinie, prawdopodobnie nie ze swoją mamą (chociaż może). Ważne było dla nich to, czy my nadal będziemy w ich życiu. Czy będziemy się spotykać? Czy będą mogli do nas przyjeżdżać i czy my będziemy ich odwiedzać w domu, w którym zamieszkają? Dla mnie było to zadziwiające, jak dojrzały może być niespełna pięciolatek, który kilka godzin wcześniej ściągnął majtki i zrobił siku na fotel. Chociaż tak do końca nie jestem przekonany, czy chłopcy dobrze zrozumieli nasz przekaz.
Ptysie ucieszyły się, że zamieszkają w nowej rodzinie. Przypomniał mi się Kapsel, który też był „obywatelem świata”. Żadnych więzi, przynależności do rodziny, utożsamiania się z kimkolwiek.

Wczoraj odkryłem pewne magiczne słowo... „hipotetycznie”. Pozwoli mi ono opisać pewne sytuacje, zachowania, poglądy... coś, o czym nie chciałbym napisać wprost. Zostawię sobie to słowo na koniec.

Wrócę do naszych wakacji w Mielenku.
Był to tylko tydzień... ale tydzień najcięższej pracy, jaką miałem do wykonania w swoim życiu.





Każde z dzieci (poza niemowlakami) uwypukliło swoją ciemną stronę. Coś co pojawia się, gdy są one razem.

Balbina zgodnie z przewidywaniami musiała odnaleźć się w nowym otoczeniu, więc nie zrobiła ani jednej afery. Za to rozpoczęła od wyjedzenia wszystkich słodyczy, które z sobą przywieźliśmy, i które miały wystarczyć na cały czas naszego pobytu nad morzem.
Bardzo cierpiała, gdy szliśmy na lody, a ona dostawała tylko wafelek.
Często się zastanawiam, jak powinniśmy reagować na jej zachowania... i wciąż nie znajduję odpowiedzi. Kara? Konsekwencja? Czy ona w ogóle kojarzy przyczynę i skutek?
Zapytaliśmy ją już po powrocie znad morza (gdy tym razem wyjadła nutellę ze słoika), czy pamięta, co za takie przewinienie było karą na wakacjach? Po długim namyśle odpowiedziała, że nie mogła kąpać się w morzu. Co???
Tak więc Balbina nie jadła na wakacjach słodyczy i prała swoje majtki brudne od kupy. Ściany nie porysowała, bo kredki ciągle były pod moją kontrolą. Musieliśmy tylko zapłacić za poduszkę, na którą zwyczajnie się zsikała.
Wiele osób mówi mi „zaakceptuj to”. Ale przecież ona jest w normie rozwojowej. Psycholodzy nawet gdy mieliśmy Kapsla, mówili nam, że pewną metodą jest pranie przez dzieci zabrudzonej bielizny. Przy Kapslu wydawało nam się to trochę nieludzkie, gdyż chłopak może faktycznie nie do końca potrafił się kontrolować. Ale Balbina przecież doskonale zna zasady. Wie, że po zrobieniu kupy trzeba wytrzeć pupę, i potrafi to zrobić. Dlaczego zatem tego nie robi?
Czy zdanie, które kiedyś do mnie powiedziała „wygram z tobą”, jest w jakiś sposób przemyślane? Czy ona prowadzi ze mną jakąś grę?

Remus na wakacjach pokazywał swoją egocentryczno narcystyczną naturę. Rzucał się na ziemię niczym dwulatek i krzyczał „nieee!!!”, „pójdę!”, „chcę!”, „dostanę!”. Chłopiec jest bardzo inteligentny, ma ogromny zasób słów, którymi bardzo sprawnie się posługuje. Do tego jest filigranowy, co powoduje, że wszyscy są nim zauroczeni. Chłopak ma świadomość swojej ponadprzeciętności. Z jednej strony próbujemy umacniać w nim poczucie własnej wartości, a z drugiej bardzo się obawiamy, że z fajnego małego dziecka może wyrosnąć wcale niefajny dorosły. Mam nadzieję, że nieco odmienne podejście Majki i moje, pozwoli chłopcu w jakiś sposób zapanować nad swoją niezwykłością. Różnica między nami polega na tym, że ja w chwilach napadu szału chłopca, z nim nie dyskutuję, a Majka pozwala na prowadzenie negocjacji, które umożliwią mu wyjść z całej sytuacji z twarzą. Remus musi się jeszcze nauczyć, że nie należy rozpoczynać wojen, w których nie ma najmniejszych szans na zwycięstwo.
Bywa jednak, że chłopiec nas zaskakuje. Na ogół patrzy na pozostałą trójkę przedszkolaków nieco z góry. Nie bije się z nimi, nie wdaje w utarczki słowne. Wyraża swoją opinię i jak oni go nie rozumieją, to trudno. Miało jednak miejsce bardzo ciekawe zdarzenie, gdy Remus i Balbina huśtali się na wakacyjnym placu zabaw i dziewczynka tak starała się rozhuśtywać na boki, aby uderzać w siedzisko Remusa. Niby nic wielkiego, ale Remus raczej nie lubi tego rodzaju zaczepek. Gdy po którymś poskarżeniu się chłopca stwierdziliśmy „to uderz ją też”, Remus zwyczajnie zszedł ze swojej huśtawki, zatrzymał Balbinę i centralnie walnął ją przez łeb. Udaliśmy, że tego nie zauważyliśmy, bo przecież zrobił to niejako w majestacie prawa. Naszą winą było niedoprecyzowanie, jak ma ją uderzyć.

Romulus jeszcze bardziej pokazał nam, pod jak wielkim jest wpływem Ptysia. Ten drugi jest bardzo grzeczny , ale tylko wówczas, gdy wie, że ktoś go obserwuje. Jego zachowanie jest więc potwierdzeniem ciągle istniejących zaburzeń w sferze przywiązania, albo dowodem w fizyce kwantowej na to, że stan obiektu zależy od stanu obserwującego.
Romulus jest dużo bardziej inteligentny, niż Ptyś. Potrafi lepiej się wysławiać, rozumie związki przyczynowo skutkowe, wie co to jest konsekwencja i potrafi przyznać się do błędu. Ale Ptyś jest półtora roku starszy, co daje mu mandat bycia mądrzejszym. Remus i Balbina nic sobie nie robią z prawa starszeństwa. Remus na zachowania Ptysia patrzy z politowaniem, a Balbina przecież chce kontrolować wszystko i wszystkich.

W tej całej układance byłem jeszcze ja. Osoba, która wciąż nie może zrozumieć zachowań niektórych ludzi, widzących rodzinę z szóstką dzieci. Tym bardziej, że przecież wyglądam raczej na dziadka tych dzieci, a nie ich ojca. Nawet nie goliłem się przez cały tydzień, aby mój siwy zarost dawał do myślenia.
Nadal, gdy przedzierałem się wózkiem bliźniaczym przez zwały piasku na plaży, słyszałem teksty „ciung, ciung – chciałeś bliźniaki, to masz”. Chociaż tym razem nikt nie odniósł się do naszych pięcioletnich czworaczków. Zresztą już nie chce mi się odpowiadać nawet na sympatyczne komentarze. Uśmiecham się i idę dalej. Na idiotyczne uwagi, że dziecko płacze bo mu słońce świeci w oczy, odpowiadam „taaak”. Jest mi już zupełnie obojętne to, że ktoś traktuje mnie jak „patologię”, która za „pincet plus” wyjechała sobie nad morze.
Tylko Majka czasami wdaje się w dyskusję. Z nią to lepiej nie zaczynać. Była ostra jazda, gdy pewna przewrażliwiona starsza pani (w naszym wieku), podważyła nasze kompetencje rodzicielskie, kwestionując akceptowanie chodzenia naszych dzieci po murku umacniającym wydmy... bo przecież mogą spaść z wysokości około metra.
W takich sytuacjach jestem z Majki dumny, ponieważ potrafi wyrazić swoją opinię inteligentnie, z gracją, od razu odpowiadając na ewentualne kontrargumenty. Ja bym tylko powiedział „tak, najwyżej spadną”.

Jeszcze a propos dumy. Była pewna sytuacja na placu zabaw, na którym był przyrząd, który należało przejść, wisząc na samych rękach. Dwójka chłopców w wieku mniej więcej ośmiu lat próbowała się sprawdzić w tej materii, spadając po drugim, albo trzecim przełożeniu ręki. No to Majka krzyknęła do Balbiny „pokaż chłopcom, jak to się robi”. Więc ona pyk, pyk, pyk – wow!. Widziałem wzrok tatusiów tych dzieci, który niemal pożerał Majkę za to, że pozwoliła pięciolatce sprowadzić ośmiolatków do parteru. Widziałem też radość Balbiny, która pokazała swoją wyższość nad starszymi dziećmi. Są więc chwile, gdy przekonujemy się, że jednak to dziecko, które jest trudne, niegrzeczne, nieposłuszne i mamy go już szczerze dosyć... jednak jest naszym dzieckiem. Jest dzieckiem, o które jesteśmy gotowi walczyć do usranej śmierci.


Przejdę do słowa „hipotetycznie”, o którym wspomniałem na początku. Załóżmy, że nasz organizator rodzinnej pieczy zastępczej wchodzi w pewną polemikę z naszym sądem na temat szybszego podejmowania decyzji dotyczących dzieci przebywających w pieczy zastępczej.
Sąd, jak to sąd... nie ma sobie nic do zarzucenia. Co z tego, że Bliźniaki już trzeci rok z rzędu zwiedzały z nami molo w Chłopach? Co z tego, że Stokrotka i Paprotka powinny jak najszybciej znaleźć się w rodzinie, w której zostaną już na zawsze?
No ale przecież (zdaniem sądu) organizator pieczy może po ustawowych czterech miesiącach przebywania dzieci w pogotowiu rodzinnym, umieścić dziecko w rodzinie zastępczej... bo to przecież też jest tylko sytuacja tymczasowa.
Załóżmy więc hipotetycznie, że organizator pieczy znajduje rodzinę zastępczą dla Stokrotki i Paprotki. Nie byle jaką rodzinę zastępczą... nie taką jak nasza. Rodzinę, która zechce być rodziną już na zawsze, która w pewnym momencie podejmie decyzję o adopcji dziewczynek.
Ale wówczas do gry wchodzi ośrodek adopcyjny, i zadaje pytanie „jak można w ten sposób (poprzez pieczę zastępczą) obchodzić procedury adopcyjne?”

Tak więc hipotetycznie może być tak, że umieszczane u nas dzieci, po czterech (ewentualnie ośmiu) miesiącach będą kierowane do innych rodzin zastępczych... aby zwolnić miejsca w pogotowiach. Czy ktoś zadaje sobie pytanie, co czuje dziecko przerzucane z jednej rodziny do drugiej?
No tak, ale znowu pojawia się słowo „hipotetycznie”... bo przecież takich rodzin zastępczych zwyczajnie nie ma. To może należałoby zachęcać rodziców planujących adoptowanie dziecka do pójścia drogą pieczy zastępczej? Ale przecież większość z nich nie jest w stanie zaakceptować kontaktów przebywającego u nich dziecka z rodziną biologiczną, a tym bardziej możliwego powrotu do niej na stałe.

Ale to rozwiązanie ma moim zdaniem też zalety... w zasadzie jedną, ale ważną. Ostatnio dowiedziałem się, że zapis w ustawie o magicznych 18 miesiącach, po których dziecko powinno mieć uregulowaną sytuację prawną jest do wykorzystania, chociaż w zasadzie sam w sobie jest bez sensu i zupełnie nie trzyma się kupy.
Otóż przede wszystkim nie dotyczy on pogotowi rodzinnych, ponieważ dziecko w pogotowiu może przebywać do czasu uregulowania jego sytuacji prawnej... czyli bezterminowo. W związku z tym, fakt że Bliźniaki jakiś czas temu rozpoczęły już trzeci rok pobytu w naszej rodzinie, nikogo nie dziwi i jest zupełnie zgodny z prawem.
Jednak zapis ten obowiązuje, gdy dziecko przebywa w zwyczajnej rodzinie zastępczej. I chociaż jest to już uregulowana sytuacja prawna dziecka, to organizator pieczy zastępczej powinien po tych 18 miesiącach (liczonych łącznie z pobytem w pogotowiu rodzinnym, czy jakiejś placówce) wystąpić z wnioskiem do sądu. Tyle tylko, że nie o uregulowanie sytuacji prawnej (na co w zasadzie wskazuje zapis w ustawie, choć ta już przecież jest uregulowana), ale o odebranie władzy rodzicom biologicznym. No i gdy tak sobie patrzę na historię naszych dzieci zastępczych, to dwa razy taka sytuacja miała miejsce... i sąd rzeczywiście stanął na wysokości zadania.

Jednak konkluzja wcale nie jest optymistyczna. Wciąż mieszkamy w dziwnym kraju... tutaj nadal trzeba wszystko obchodzić.








wtorek, 23 czerwca 2020

PAPROTKA


Dawniej opisywałem nasze dzieci zastępcze, gdy były z nami już kilka miesięcy, a czasami nawet dopiero wówczas, gdy odeszły do nowej rodziny. Dlatego doskonale wiedziałem, dlaczego Luzak był Luzakiem, Foxik – Foxikiem, a Hawranek – Hawrankiem. Teraz piszę niemal w czasie rzeczywistym. Niemal... bo jednak muszę trochę dbać o anonimowość opisywanych dzieci, historii i zdarzeń.

Niedawno przyszła do nas kolejna dziewczynka, dla której muszę wymyślić jakieś imię. Ale przecież jeszcze jej nie znam. Nie wiem jakie ma zwyczaje, cechy charakteru.
Początkowo chciałem dać jej na imię Lawenda... gdyż pojawiła się w naszym domu w czasie, gdy te piękne rośliny rozpoczynały swoje kwitnienie. Równie dobrze mogłaby zostać Różyczką.



Niech jednak będzie Paprotką, bo... rymuje się ze Stokrotką, a te dwie dziewczynki są jak siostry, prawie jak bliźniaczki.

Obecny okres epidemii powoduje, że jednak wszystko płynie dużo wolniej. Wiedzieliśmy, że Paprotka do nas przyjdzie, już kilka dni wcześniej. Bywa, że są to tylko godziny wcześniej. Wiedzieliśmy, że jest dziewczynką, znaliśmy jej imię i wiek. Może to się wydawać dziwne, ale czasami znamy tylko wiek... i to mniej więcej. Tym razem nawet znaliśmy nazwisko mamy dziewczynki, co spowodowało, że Majka dokładnie prześledziła jej profil na facebooku. No cóż, każdy odkrywa tam siebie tak jak chce, a mama Paprotki bardzo chce.

Dowiedzieliśmy się zatem, że Paprotka jest o niecałe dwa tygodnie młodsza od naszej Stokrotki. Ostatni tydzień dziewczynka spędziła w szpitalu, z którego mieliśmy ją odebrać. Majka doszła do wniosku, że jako dziecko zabiedzone, może być dużo mniejsza od Stokrotki. Jednak na wszelki wypadek zabrała z sobą rzeczy w różnym rozmiarze... i dobrze zrobiła.

Gdy Majka wróciła ze szpitala i zobaczyłem dziewczynkę po raz pierwszy, to przeżyłem szok. Powiedziałem „Boże, jaka wielka”, a po chwili dodałem „i jaka brzydka”. Na to Majka stwierdziła „ale zobacz, jakie ma piękne oczy”.
Nie wiem, czy tak reagują wszyscy ojcowie widzący po raz pierwszy swoje dziecko, czy jest to tylko moja przypadłość. Nie mam pojęcia, dlaczego teraz Stokrotka jest dla mnie najpiękniejszym dzieckiem na świecie (chociaż jest łysa jak kolano), a Paprotka mimo bujnej czupryny zupełnie mnie nie zachwyca. Na szczęście wiem, że wkrótce to się zmieni.

Niestety Paprotka może pozostać z nami na dłużej. Chodzi o to, że jej mama zniknęła, zostawiając wcześniej czwórkę swoich dzieci u ich dziadka (czyli swojego ojca).
Bo Paprotka ma jeszcze starsze rodzeństwo, chociaż jej mama jest w wieku naszej najmłodszej córki. Z prostych obliczeń wyszło, że rodząc swoje pierwsze dziecko, sama była jeszcze dzieckiem. Idąc dalej tym tropem, doszedłem do wniosku, że dziadek Paprotki mógłby być moim synem (chociaż musiałbym się trochę postarać). Dalszych wniosków nie będę wysnuwał, aby samemu za bardzo się nie przerazić.

W każdym razie, dziadek z dnia na dzień został postawiony przed faktem, że musi się zaopiekować czwórką swoich wnuków.
Nie do końca jestem przekonany, czy ja bym sprostał takiemu wyzwaniu (chociaż mam przecież jako takie doświadczenie w obyciu z dziećmi). Dziadek, będąc w więzieniu, raczej nie miał zajęć edukacyjnych z zakresu opieki nad maluchami. Pewnie dlatego stwierdził, że mleko to mleko, więc Paprotka przez jakiś czas była karmiona mlekiem UHT z kartonika.

Już nie po raz pierwszy dochodzę do wniosku, że dzieci wychowujące się w rodzinach niekoniecznie posiadających predyspozycje do bycia rodzicem, są o wiele bardziej zahartowane i lepiej przystosowane do istnienia we wrogim dla siebie świecie.

Gdy patrzę na nasze dwie dziewczynki, to stwierdzam, że Stokrotka jest jakaś opóźniona. Ciągle domaga się naszej obecności, nie potrafi samodzielnie pić z butelki i jest strasznie zazdrosna o Paprotkę.
Oczywiście piszę to z dużym przymrużeniem oka... bo tak właśnie powinno być. Nie jest normalne to, że czteromiesięczne dziecko potrafi godzinami leżeć w łóżeczku i niczego nie chcieć od swoich opiekunów. Paprotka ma bardzo płaską głowę, co zdaniem lekarzy jest skutkiem ciągłego przebywania w tej samej pozycji. Ale podobno już podczas pobytu w szpitalu zaczęła jej się zaokrąglać. Stokrotka zdecydowanie ma głowę „goryla” ochraniającego dyskotekę.



Nie mam pojęcia jakie w tej sytuacji zostały podjęte kroki, aby odnaleźć mamę Paprotki. Wszystko komplikuje wypowiedź dziadka, że dziewczyna wyjechała z kraju. Być może powinna być ścigana listem gończym... ale pewnie tak nie jest.

Jeszcze na koniec muszę dodać, że jednak Paprotka jest dwa tygodnie starsza od Stokrotki. Już chcieliśmy dzwonić do sądu, że pomylił datę urodzenia. Okazało się jednak, że to mama nie za bardzo pamięta, kiedy ją urodziła. A może tylko tak bardzo chce anonimizować swoją rodzinę na portalach społecznościowych...

Jestem bardzo ciekawy tej dziewczyny. Dwadzieścia lat (z małym kawałkiem), czwórka dzieci. Ale przecież jakoś sobie dawała radę sama. W żadnych notatkach nikt nie wspomina, żeby miała jakiekolwiek wsparcie. Może jest tą mamą, która pogubiła się w swoim życiu, która z pomocą różnych instytucji odzyska dzieci i będzie się nimi opiekować. Może jest tą mamą, na którą ja wciąż czekam. Może dokona tego, co udało się mamie Messengera... jako jedynej. Ale najpierw musiałaby wrócić... a trochę się obawiam, że wyjechała w siną dal.




środa, 10 czerwca 2020

STOKROTKA 2


Ty jej chyba jeszcze nie kochasz... powiedziała do mnie Majka kilka dni temu. Nie było to pytanie, ani stwierdzenie. Była to refleksja niepoparta żadnym konkretnym wydarzeniem.

Zacząłem się zastanawiać nad tym, co łączy mnie z tą czteromiesięczną dziewczynką. Pewnie, że zdarzają się z mojej strony teksty typu „przejmij ją, bo ciągle wrzeszczy i nie wiem co z nią zrobić”. Ale bywa też tak, że wczesnym rankiem budzi mnie sms od Majki „nie śpi od czwartej... pomożesz?”.

Czy ja kocham Stokrotkę?




Jednak są ogromne różnice pomiędzy kobietą a mężczyzną, pomiędzy matką a ojcem. W przypadku tak małych dzieci, nie ma znaczenia, czy jest to dziecko biologiczne, adoptowane, czy też tylko zastępcze. Dobrze... adoptowane wykreślam, bo takiego doświadczenia nie mam, chociaż mógłbym się założyć o duże pieniądze, że mechanizm działa identycznie.
W naszej rodzinie, po raz kolejny powtarza się ten sam schemat. Majka czuwa nad nocnym życiem Stokrotki, a ja ogarniam pozostałych. Mocne słowa – pozostałych. W praktyce oznacza to tylko tyle, że raz na kilka dni jestem budzony w nocy przez Remusa (który miewa jakieś koszmary senne), albo Romulus rozpoczyna dzień tuż przed szóstą (bo przecież za oknem świeci już słońce). Ptysie śpią bardzo przyzwoicie.

Majka śpi ze Stokrotką w jednym łóżku. Właściwie powinienem napisać, że mała zwyczajnie wyrzuciła mnie z mojej sypialni, bo przecież to nie Majka przeniosła się do jej kołyski. Co się wówczas dzieje w organizmie matki... nawet zastępczej? Jakie hormony się wydzielają? Czy to już jest miłość?

Ja potrzebuję trochę więcej czasu.
Moją rolą jest nie tyle pokochać, ile pozwolić się pokochać. To taka subtelna różnica mówiąca o tym, że to dziecko przywiązuje się do rodzica, a nie odwrotnie.
Temat więzi wciąż jest dla mnie workiem bez dna. Wciąż odnajduję w nim coś nowego.
Niedawno odwiedziła nas Ploteczka z bratem i rodzicami. Obawiałem się, że po czterech miesiącach może już mnie nie pamiętać... przecież ma dopiero dwa lata z kawałkiem.
Nie miałem czasu, aby do końca wypić kawę. Plotka wołała mnie gdy szła na plac zabaw, gdy rysowała kolorowanki, gdy miała ochotę zwiedzić swój dawny pokój na piętrze. Pokój, w którym spędziła ze mną kilka ostatnich miesięcy swojego życia (bo wówczas w łóżku Majki spał Messenger). Byłem wtedy ostatnią osobą, którą widziała przed snem, tym na kogo mogła liczyć w środku nocy, i tym kogo widziała tuż po przebudzeniu.
Czy te więzi mogły być aż tak silne, że teraz wołała wujek, a nie ciocia... albo mama, czy tata? Pewnie odpowiedź na to pytanie jest niezwykle prosta. Wybrała sobie osobę, dla której przyjemnością było spędzenie czasu z nią, a nie picie kawy.

Gdy napisałem pierwszy tekst o Stokrotce, to myślałem, że pobije rekord Irokeza, który odszedł do rodziny już po trzech miesiącach.
Teraz obawiam się, że dziewczynka może pobić rekord ustanowiony przez Smerfetkę... ponad dwa lata bycia z nami.
Odwołanej przez pandemię rozprawie w sądzie nie zostanie nadany nowy tryb do momentu, gdy mama Stokrotki nie wyjdzie ze szpitala psychiatrycznego. Co będzie jeżeli nie wyjdzie przez rok, dwa, trzy … albo nigdy?

Rzeczami, na które nie mam wpływu, nie próbuję sobie zaprzątać głowy.
Od kilku tygodni ma miejsce nowy rytuał. Na przedpołudniowe spanie zabieram Stokrotkę do swojego pokoju. Nie zawsze ma ochotę na drzemkę. Jednak jesteśmy obok siebie. Ona zagaduje mnie, a ja ją. Pozwala mi nawet porozmawiać przez telefon z klientami. W końcu zasypia... a gdy się budzi, zaczyna się do mnie uśmiechać.

Czy Stokrotka będzie kolejną Smerfetką, Gackiem, Ploteczką? A może kolejnymi Bliźniakami? Romulus po przebudzeniu przychodzi do mojego łóżka, kładzie się na mnie w pozycji embrionalnej i mocno przytula. Czasami leżymy tak kilka minut.
Nie potrafię wyobrazić sobie chwili, gdy rozpocznę z nim rozmowę o jego nowej rodzinie. Nie wiem kiedy to będzie... może za rok. Chłopiec o nic nie pyta. Nie mówi, że chce wrócić do mamy. Nie pyta też, czy tutaj jest jego domek. Może on zwyczajnie jest przekonany, że będziemy z sobą już na zawsze.

Ale miało być o Stokrotce... Chociaż właściwie cały czas jest. Jakie znaczenie ma to, czy używam imienia Stokrotka, Smerfetka, czy Romulus? To są dzieci miesiącami i latami przetrzymywane w naszej rodzinie... w rodzinie, w której wiadomo, że nigdy nie zostaną.
Mama Stokrotki czasami się uaktywnia... i jak inne znane nam mamy, mówi że będzie walczyć. Być może pacjenci w tym jej szpitalu mają dostęp raz na jakiś czas do internetu, a może to ona raz na jakiś czas sobie przypomina, że ma córkę.

Nie rozumiem tego co się dzieje. W przypadku Stokrotki, sprawa jest prowadzona w naszym sądzie... tym do którego mam zaufanie, który jeszcze mnie nie zawiódł. I nagle okazuje się, że „ideał sięgnął bruku”? Krótko mówiąc „dupa”?

Pozostaje mi tylko pisać.
Załączam mój ostatni opis Stokrotki, który przygotowałem na posiedzenie zespołu oceniającego całą sytuację. Kiedyś ten tekst przeczytają nowi rodzice dziewczynki. Nie wiem kiedy to będzie.



Ocena rozwoju dziecka na podstawie obserwacji opiekunów (3 miesiące).

Stokrotkę odebraliśmy ze szpitala w drugim tygodniu jej życia.
Z powodu panującej epidemii, wszystkie umówione wcześniej wizyty u lekarzy zostały odwołane, co spowodowało, że w pewien sposób sami musieliśmy dokonywać oceny jej rozwoju w ciągu pierwszych dwóch miesięcy życia. Posiłkowaliśmy się znanymi nam specjalistami, ale wszystko było robione zdalnie, więc dziewczynka nie przeszła żadnych konkretnych badań w ciągu pierwszych dwóch miesięcy życia. Między innymi skonsultowaliśmy się ze znaną nam fizjoterapeutką, która poprzez wzajemne przesyłanie rozmaitych filmików, mówiła nam jakie ćwiczenia możemy ze Stokrotką prowadzić. Dziewczynka w drugim tygodniu swojego życia, potrafiła już podnosić głowę leżąc na brzuchu, co wbrew pozorom mogło świadczyć nie tyle o nadzwyczajnym rozwoju dziecka, ile o wzmożonym napięciu mięśniowym, co faktycznie miało miejsce. Jednak nie można tutaj mówić o jakimś zaburzeniu, a jedynie o pewnej nieprawidłowości rozwoju, co drobnymi ćwiczeniami fizycznymi daje się szybko zniwelować. W tej chwili jest już prawie dobrze.

Gdy nastąpiło luzowanie sytuacji związanej z koronawirusem i można już było zwyczajnie pójść do lekarza, to Stokrotka została obejrzana przez naszą lekarkę rodzinną i nadrobiliśmy wszystkie zaległe szczepienia.
Byliśmy również u audiologa i od tej strony też jest wszystko w porządku (czyli dziewczynka słyszy tak jak powinna).
W poradni preluksacyjnej jesteśmy umówieni na trzeciego czerwca.
Gorzej z neonatologiem, gdyż żaden z trzech znanych nam lekarzy nie przyjmuje jeszcze zapisów. Wstrzymujemy się z wizytą prywatną, ponieważ zależy nam na wykonaniu USG głowy, a z tym jest już gorzej w przypadku pominięcia wyspecjalizowanej poradni.

Stokrotka fizycznie jest bardzo dobrze rozwinięta. Potrafi wspierać się na przedramionach i podnosić głowę tak wysoko, że patrzy prawie na wprost. Udaje jej się utrzymać taką pozycję nawet przez kilkadziesiąt sekund. W wieku trzech miesięcy jest to bardzo pozytywne i już nie świadczy o wzmożonym napięciu mięśniowym.
Również przez długi czas utrzymuje głowę w pozycji pionowej, gdy jest trzymana na rękach.
Leżąc na brzuchu próbuje odpychać się nóżkami, co w pewien sposób można uznać za pierwsze próby pełzania.
Leżąc na plecach, stara się przewracać na boki. Jeszcze jej się to nie udało, ale musimy już bardzo uważać, aby nie zostawiać jej samej na wysokości, ponieważ w każdej chwili może jej się ta sztuka udać i czasami mogłaby spaść na podłogę.

Rozwój społeczny i emocjonalny nie budzi naszego niepokoju. Stokrotka żywo reaguje na wszystko co dzieje się dookoła (dźwięki, ruch, jak również... co wcale nie jest dobre, na obrazy pojawiające się w telewizorze). Nawet zaczęła przyzwyczajać się do pewnych rytuałów dnia codziennego. Wie, że do wieczornego zaśnięcia jest jej potrzebna ciocia, a nad ranem (tuż po przebudzeniu) wypatruje wujka (czyli mnie). Obowiązującym punktem dnia jest kawa z mlekiem. Ja piję kawę, a Stokrotka mleko. Gdy mnie nie widzi, to kręci głową i szuka mnie wzrokiem. Jak tylko się odezwę, to natychmiast spogląda w kierunku słyszanego głosu. Doskonale rozróżnia domowników. Nie tylko po wyglądzie, ale również po głosie.


Potrafi łączyć rączki w linii środkowej ciała i najczęściej dłonie są już otwarte. Chętnie chwyta za palec, albo podaną zabawkę (do której często dokłada drugą rączkę). Zarówno zabawki jak i piąstki wkłada do buzi. Próbuje też chwytać butelkę podczas karmienia.
Reaguje na kolorową karuzelę nad łóżeczkiem. Obserwuje ją i próbuje do niej sięgnąć, co jest dobrym ćwiczeniem na koordynację „ręka-oko”.

Wydaje już kilka różnych dźwięków. Głuży i odpowiada na mówienie do niej, zwłaszcza na słowa onomatopeiczne typu „chał-chał”, „chrum-chrum”, „brrrrrum”, „pyr-pyr-pyr-pyr-pyr”. Nie tylko się wówczas uśmiecha, ale czasami nawet śmieje w głos.

Bardzo lubi, gdy się coś przy niej robi. Nie sprawia więc jej problemu przebieranie, przewijanie, a kąpiel wręcz uwielbia. Kąpiemy ją codziennie, bo jest to dla niej sygnał, że rozpoczyna się noc.
Sen nocny trwa mniej więcej od godziny 21-wszej i bywa, że budzi się dopiero po ośmiu godzinach. Chociaż są przypadki, że obudzi się po północy i wówczas najlepszym rozwiązaniem jest zabranie jej do łóżka cioci (zresztą w swoim łóżeczku śpi dopiero mniej więcej od dwóch tygodni – wcześniej spała z ciocią). W ciągu dnia ze spaniem jest dużo gorzej. Drzemki są krótkie i można powiedzieć, że dziewczynka jest ciągle w ruchu (chociaż bywa, że prześpi kolejne karmienie nawet o dwie godziny). Karmimy ją mlekiem Nan 1, średnio w odstępach 3-4 godzin (na dobę wychodzi 6 razy) po 160 ml.
Podczas ostatniej wizyty u lekarza rodzinnego (co miało miejsce trzy tygodnie temu) ważyła 5 kilogramów (czyli w normie). Teraz ma zapewne więcej, gdyż ostatnio musiałem już zakupić pieluchy o numerze 3. W dwójki ledwo się mieści. Ale „utyta” nie jest. Jest pięknym, zdrowym niemowlakiem.

Uwielbia spacery... zwłaszcza po lesie, gdy wózek telepie się po szyszkach i gałęziach. Na asfalcie czasami nie może zasnąć.

Od tygodnia zaczęła interesować się lustrem. Z pewnością jeszcze siebie nie rozpoznaje, ale może traktuje je jak bajkę w telewizji.

Mama dziewczynki nie odzywała się przez ponad dwa miesiące. Od dwóch tygodni usilnie poszukuje mamy zastępczej (czyli mojej żony) na Facebooku, wysyłając do wszystkich jej znajomych pytania i prośby o pomoc w kontakcie, gdyż jest to dla niej „sprawa życia i śmierci”. Gdyby w postanowieniu sądu był również nasz adres, to z pewnością byłaby już u progu. Chociaż może miałaby pewne problemy, gdyż jest leczona psychiatrycznie w zakładzie zamkniętym. Na tę chwilę przekazujemy zdjęcia poprzez PCPR. Nie wykluczamy rozmów telefonicznych. Ewentualne kontakty bezpośrednie będziemy ustalać w porozumieniu z PCPR-em.








piątek, 29 maja 2020

--- Masz wiadomość cz. 5


Korzenie, tożsamość, historia... chyba mimo wszystko są to pojęcia, których waga jest niedoceniana nie tylko w środowisku rodzin adopcyjnych, ale być może również zastępczych. Może zrozumienie tego jest pewnym procesem, który wymaga czasu.

Ścianka numer 1

Kilka lat temu opisałem dziewczynkę, której na blogu dałem imię Landryna. Był to tylko wpis epizodyczny, gdyż dziewczynka wraz ze swoim bratem była u nas chyba tylko dwa tygodnie... może miesiąc, dokładnie już nie pamiętam. Później spotkaliśmy się jeszcze pewnie kilka razy, gdyż Landryna mieszkała w rodzinie zastępczej, z którą mamy ciągły kontakt... rodzinie, z którą często się spotykamy. Bywa, że nasze dzieci spędzają tam kilka godzin (a nawet dzień, czy dwa), i na odwrót. Jest to rodzina, w której mieszka starszy brat Balbiny i Ptysia.
Mogłoby się wydawać, że taka bardzo krótka znajomość nie pozostawi w życiu dziecka żadnego śladu... a jeżeli już, to będzie to przykre wspomnienie - być może związane z koniecznością nagłego zamieszkania w zupełnie obcym domu, albo poczuciem odrzucenia przez rodzinę zastępczą, bo ta zechciała pojechać sama na wakacje.
Kilka miesięcy temu Majka zupełnie przypadkowo spotkała Landrynę będąc w domu Erica i Skiatos... czyli aktualnej rodziny Billa. W końcu musiałem nadać imiona rodzicom zastępczym, o których bardzo często wspominam w swoich opisach. Etymologii nie będę tłumaczył. Podobnie zresztą nie będę tłumaczył dlaczego kiedyś Landrynę nazwałem Landryną. Tylko jej brat jest jedynym dzieckiem, któremu na blogu nie zmieniłem imienia. Bardzo ono do niego pasowało... choć było specyficzne. Stwierdziłem, że nikt nie pomyśli, że jakiś rodzic mógł tak nazwać swoje dziecko. Chociaż... moja najstarsza córka też ma dość ciekawe imię.
Gdy Landryna zobaczyła Majkę, to podbiegła do niej i się przytuliła. Pamiętała...
Niedawno dziewczynka napisała do mnie parę słów na FB i zaprosiła do znajomych. Do Majki też napisała.
Nie mamy w zwyczaju przyjmować do znajomych dzieci. Ale ją przyjęliśmy, bo Landryna jest wyjątkowa. Mam nadzieję, że moje (nietypowe jak na mnie) wulgaryzmy w komentarzach, związane z naszą niedawną kwarantanną, nie odcisnęły się jakoś mocno na jej zdrowiu psychicznym.

Ścianka numer 2 - gdzieś tu jest Landryna


Ale może też chodzi o to, że to jej rodzice adopcyjni są wyjątkowi? Otwarci na przeszłość, dbający o to, aby każdy fragment życia ich dzieci był … zwyczajnie był. My mamy chyba setki puzzli, które nasze dzieci układają. Jednak na wielu pudełkach są napisy – brakuje dwóch, brakuje trzech... czterech. Tych puzzli dzieci nie za bardzo chcą układać... bo i po co. Zawsze zostanie jakaś biała plama.
Landryna wie, że zaistniała na moim blogu. Wie, że ma na imię Landryna. Nie wiem, czy go czyta. Ona ma tylko jakieś dwanaście lat. Pewnie opisuję tutaj różne sprawy, które mogą być trudne dla dwunastolatki. Czy dziewczynka potrafi zrozumieć, że czasami trzeba od siebie odpocząć... nawet od najbardziej kochanych dzieci? Czy potrafi zrozumieć, że będąc u nas na wakacjach, jej rodzice zastępczy zwyczajnie potrzebowali trochę samotności, bycia tylko z sobą? Jest to trudne do zrozumienia nawet dla wielu rodziców zastępczych... bo przecież od dzieci się nie odpoczywa.


Wiele lat temu mieszkała z nami Sztanga. Gdy odchodziła, miała mniej więcej czternaście lat. Teraz dobiega dwudziestki. Przez kilka lat mieliśmy tylko kurtuazyjny kontakt typu „wszystkiego dobrego z okazji urodzin – dziękuję”. Od jakiegoś czasu Sztanga zaczęła odzywać się do nas częściej. Rozmawia z Majką na FB, dzieli się swoimi emocjami, uczuciami, planami na przyszłość. Opowiada o sobie i dopytuje co u nas słychać. Bardzo miło wspomina czas spędzony w naszej rodzinie.
Był to tylko rok wyrwany z jej życia. Ale może jednak zupełnie inny rok... odmienny od tych, które były przed, i które były po. Majka w pewien sposób gnębiła Sztangę, mobilizując ją do nauki. Widziała w niej potencjał i rzeczywiście dziewczynka znacznie poprawiła swoje oceny (mimo, że poziom naszej szkoły był zdecydowanie wyższy niż jej poprzednich... które wielokrotnie zmieniała).
Ja, cały czas mam wrażenie, że jesteśmy przeciętną rodziną, ani lepszą, ani gorszą od innych. A jednak dla niektórych dzieci możemy być wyjątkowi. Nie wiem dlaczego. Może przyczyna jest bardzo prozaiczna... może wystarczy to, że ja nie krzyczę na Majkę, a ona na mnie. Może wystarczy tylko to, że wszystko jest przewidywalne.
Sztanga właśnie wyszła za mąż. Miała pecha, bo na jej ślubie mogło być tylko pięć osób. Nie napisała, czy była również jej mama. Pewnie w innych okolicznościach zapakowalibyśmy całą naszą ferajnę do samochodu i pojechalibyśmy do kościoła. Sztanga pewnie by się ucieszyła. W końcu nie wstydzi się czasu, który u nas spędziła. Nie chce o nim zapomnieć.
Wkrótce przyjdzie na świat jej dzieciątko. Dziewczyna bardzo wierzy w swój związek. A ja wierzę w jej mądrość. Nawet jako trzynastolatka była nad wyraz dojrzała. Mam nadzieję, że jak będzie trzeba, to zadzwoni do Majki.

Ploteczki nie widziałem już ponad cztery miesiące. Być może epidemia spowodowała, że następnym razem dziewczynka już mnie nie pozna. Ten następny raz będzie już pojutrze.
Czasami się zastanawiam, czym jest czas? Bardziej lekiem, czy może przekleństwem? Chyba jednak tym pierwszym. Gdy ostatnim razem poszedłem do sklepu, aby kupić Plotce jakiś prezent, to doszedłem do wniosku, że już niewiele o niej wiem. Nie mam pojęcia czym się lubi bawić, jakie zabawki już ma, albo o jakich marzy. Kupiłem lalkę... coś, co każdemu facetowi się wydaje, że będzie najlepsze dla dziewczynki. Albo bardziej tak się wydaje każdemu dupkowi, który nie wie co kupić swojej córce.
Plotka nie jest już moją córką. Rozchodzimy się, i nie jest to niczyją winą. W moim sercu będzie na zawsze, niezależnie od tego jak często będziemy się spotykać.

Majka jednak złożyła życzenia urodzinowe Smerfetce (po dwóch latach nieodzywania się). Czy to możliwe, że nadal jesteśmy tak wielkim zagrożeniem, aby zwyczajnie nie odpisać „dziękuję, u nas wszystko okej”?
Zastanawiam się, jak dziewczynka tłumaczy sobie swoją historię. Bo pewnie jakoś tłumaczy. Gdy od nas odchodziła, to miała już ponad dwa lata. Ja, gdy byłem w jej wieku, pamiętam stertę gruzu w mieszkaniu, do którego się wprowadzaliśmy. Pamiętam jak utknąłem w błocie i musiałem wyjść z kaloszy, biegnąc do domu w samych skarpetkach. Ale to był mój dom, którego nikt nigdy nie próbował wymazać gumką z mojej pamięci.

Iskierka niedawno opowiadała swoim rodzicom jak Furia (nasz pies) rozwinął rolkę papieru toaletowego. A przecież ona była jeszcze młodsza. Ale ona ma rodziców, którzy pielęgnują jej historię... nie pozwalają zapomnieć.

Nie wiem kto czyta tego bloga, ale chciałbym, aby to wybrzmiało. Resetowanie historii dziecka jest wielką zbrodnią, jaką można mu wyrządzić.
Iskierka ma w swoim umyśle pawlacz, z którego co jakiś czas wyciąga jakieś pudełko, w którym jest kawałek jej życia... coś, co chce sobie przypomnieć, o czym chce opowiedzieć.
Smerfetka pewnie też ma takie pudełka, ale nikt nie chce wraz z nią ich otworzyć.

Nie wiemy co dzieje się u Sasetki i Maludy. Majka niedawno roztrzaskała swój telefon, tracąc bezpowrotnie wiele numerów telefonów. Mam nadzieję, że jest to tylko jej przypadłość, a rodzice naszych byłych dzieci zastępczych w razie potrzeby znajdą do nas drogę. Ja w swoim telefonie mam zapisany tylko jeden numer rodzica adopcyjnego. Jest to tata Smerfetki. Nie wiem dlaczego zapisałem sobie tylko ten telefon. Jeszcze nigdy go nie użyłem.

Majka narzeka, że ostatnio piszę jakoś tak nostalgicznie. Mówi, że piszę zbyt poważnie, że już nie może się pośmiać tak jak kiedyś.
No to specjalnie dla niej... sytuacja z wczoraj. W środku nocy wychodzi ze swojego pokoju Remus. Spogląda na mnie i wcale nie ma zamiaru się usprawiedliwiać. Zadaje pytanie „dlaczego jeszcze nie śpisz?”

piątek, 22 maja 2020

--- Byłem na kwarantannie


Gdy pod koniec ubiegłego tygodnia pojawiła się informacja, że otwierają nasze przedszkole, to było to niezwykłą radością dla całej rodziny. Wszyscy byli w „siódmym niebie”. Dzieci nie mogły doczekać się, kiedy znowu zobaczą swoje panie, koleżanki i kolegów, a my... kiedy wreszcie przestaniemy mieć je ciągle „na głowie”, kiedy nie będziemy musieli wymyślać zajęć, które choć na chwilę je uspokoją, ani być ciągłym rozjemcą w wybuchających na okrągło sporach.
Nieco nam się pogorszyły nastroje, gdy trzeba było podpisać oświadczenie, że akceptujemy warunki funkcjonowania przedszkola, które zostały określone przez gminę (chociaż pewnie w porozumieniu z dyrekcją przedszkola).

To, że rodzice będą oddawać i odbierać dzieci w progu, nawet mi się podobało, ponieważ przekonać Balbinę i Bliźniaki do szybkiego ubrania się czasami nie jest prosto. Dla personelu przedszkola jest to z pewnością duże utrudnienie.
Niestety było jeszcze kilka innych punktów, które spowodowały, że mina nam nieco zrzedła. Jednak wizja kolejnych tygodni, czy nawet miesięcy w pełnym składzie przez dwadzieścia cztery godziny na dobę powodowała, że podpisalibyśmy nawet cyrograf z diabłem.
W jednym z punktów, który musieliśmy zaakceptować było napisane, że jeżeli dziecko (będąc w przedszkolu) dostanie wysypki, kaszlu, albo gorączki, to nie tylko zobowiązujemy się natychmiast je odebrać z placówki, ale też zostanie powiadomiony Sanepid. Stwierdziliśmy, że będziemy musieli podjąć nadzwyczajne środki ostrożności i przed każdym wyjściem dzieci do przedszkola dokładnie je obejrzeć, osłuchać i zmierzyć temperaturę. Zakładaliśmy też, że do odesłania z przedszkola chyba nie wystarczy lekki kaszelek, czy stan podgorączkowy, ale również powinny pojawić się inne objawy współistniejące przy towarzyszącej nam wszystkim zarazie. Troszkę żartem mówiłem, że przez katarek mamy szansę pójść na dwutygodniową kwarantannę. Zakładałem zatem, że nawet jeżeli będziemy musieli pojechać do szpitala, to nikt nie będzie robił niepotrzebnie testu na wirusa dziecku, któremu prawie nic nie jest, a tylko nie spełnia wewnętrznych norm gminy i przedszkola.

O tym jak bardzo się myliliśmy, dowiedzieliśmy się już trzeciego dnia. Zadzwoniła wychowawczyni Romulusa, że chłopiec ma wysoką temperaturę i natychmiast mamy po niego pojechać. Dwa odczyty termometru bezdotykowego (którego błąd pomiaru czasami wynosi kilka kresek) pokazały 37,9 i 38,1 stopnia. Do tego chłopiec miał zaczerwienione policzki. Ciekawe jest też to, że dzieci do naszego przedszkola są przyjmowane do temperatury 37,5, a powyżej tej wartości trzeba już dziecko odebrać (z jednoczesnym powiadomieniem Sanepidu i Gminy).
Nie wiem więc kto wymyślił te zasady, ale może ktoś taki jak były włodarz stadniny w Janowie Podlaskim, który wprawdzie na koniach się nie znał, ale traktował swoją pracę jak hobby. Tutaj regulamin w przedszkolu też chyba był ustalony przez kogoś, kto traktuje dzieci jak hobby. Każdy rodzic (a przynajmniej matka) dobrze wie, że wzmożona aktywność fizyczna może powodować krótkotrwałe wahania temperatury. Ponadto dziecko niemal codziennie styka się z jakimiś wirusami, na które organizm czasami reaguje zwiększoną ciepłotą ciała, która mija po godzinie lub dwóch (potocznie mówi się, że dziecko się zgrzało).
No i my przy 38 stopniach nie robimy zupełnie nic. Apteczkę otwieramy dopiero po przekroczeniu tej magicznej liczby, albo gdy temperatura utrzymuje się przez dłuższy czas.

Trochę się zdziwiłem, gdy Majka po powrocie wypuściła z samochodu całą czwórkę. Okazało się, że Ptyś miał 37,2, Balbina była smutna, a Remus miał pecha, bo należy do rodziny. Dostaliśmy polecenie wykonania testów na koronawirusa (całej czwórce), gdyż od tego miało zależeć, czy przedszkola nie trzeba będzie zamknąć. Chociaż logicznie patrząc na całą sprawę, to pozostawienie go otwartym było też bezsensowne, bo jeżeli nasze dzieci byłyby chore, to przez te dwa dni zdążyły już pozarażać kolegów, a teraz ci koledzy zarażaliby innych. Niestety każde z naszych dzieci chodzi do innej grupy, a nasza prośba, aby w tym trudnym czasie uczęszczały do jednej (dla dobra ogółu) okazała się niewykonalna logistycznie.

Takich dzieci zakwalifikowanych przez przedszkole do wykonania testów, była tego dnia siódemka. Nie wiem, czy smutna Balbina i zdrowy Remus byli policzeni osobno, czy też zawarci w tej siódemce.
No to stwierdziliśmy, że skoro trzeba, to niech przyślą nam busa mobilnego, bo bez sensu jest pchać się do szpitala z czwórką zupełnie zdrowych dzieci, które nie wiadomo co stamtąd mogą przywlec do domu. Okazało się, że do dzieci taki pojazd nie jeździ i zostaliśmy skierowani do szpitala. Początkowo ktoś miał tylko podejść do samochodu, ale ostatecznie kazali Majce wejść do budynku.
Była tam tylko z Romulusem i Ptysiem, gdyż już wcześniej została odrzucona kandydatura Balbiny i Remusa. Ani na smutek (będący tylko fochem strzelonym z samego rana, który jeszcze nie przeminął), ani na bycie członkiem rodziny, test nie przysługuje. Jeżeli przedszkole ma wątpliwości, to niech dzwoni do Sanepidu – tak powiedziała pani w szpitalu.
Zresztą tak czy inaczej wykonano badanie dwójce zdrowych dzieci. Romulus już po powrocie z przedszkola (czyli po niecałej godzinie) zbladł, temperatura zeszła poniżej trzydziestu siedmiu. Gdyby posiedział trochę w izolatce, którą przedszkole w jakimś celu wydzieliło, to pewnie też by ochłonął.
Lekarka w szpitalu, dzieci dokładnie zbadała. Zmierzyła im również temperaturę. Gdy jej wyszło 35 stopni, to stwierdziła, że ma chyba termometr „do dupy”, więc na karcie wypisowej podała 36,6. Szkoda, że pani w przedszkolu też nie doszła do podobnych wniosków.

Ale najgorsze miało nadejść tuż przed wyjściem z badania. Okazało się, że od tej chwili cała nasza rodzina przebywa na kwarantannie. Nie możemy opuszczać miejsca zamieszkania do czasu uzyskania ujemnego wyniku testu. Kilka dni temu gdzieś czytałem, że ostatnio czas oczekiwania skrócił się z 24 do 12 godzin. Zresztą lekarka też mówiła, że prawdopodobnie będzie gotowy już następnego dnia. Właśnie mija pięćdziesiąta godzina, lodówka i zamrażarka zaczynają świecić pustkami (bo przecież nie zakładaliśmy, że przez trzy dni będziemy mieli cztery dodatkowe „gęby” do wyżywienia), a Sanepid nie przyjmuje już interesantów.
Bo jeszcze nie dodałem, że to Sanepid ściąga z nas kwarantannę, a pracuje tylko w dni robocze do 15-tej. Nie sądzę, aby było to możliwe poprzez numer alarmowy... tutaj to najwyżej ją nakładają.

Jeszcze ciekawiej by było, gdyby jednak wyszedł wynik pozytywny. Wówczas możemy kiblować w domu przez kilka miesięcy. Wynika to z tego, że ten potencjalnie zakażony Romulus musi być na kwarantannie dwa tygodnie. I dopiero od tego dnia zaczyna nam się nasza kwarantanna, bo przecież mógł nas zarazić ostatniego dnia swojej kwarantanny. Żeby jeszcze bardziej dodać tej sprawie pikanterii, to może być i tak, że po tych dwóch pierwszych tygodniach, zarazi się ktoś z pozostałej trójki, więc nam przesuwa się wszystko o kolejne dwa tygodnie. I tak dalej do końca wakacji. A przecież mamy już zarezerwowane lokum nad morzem. Trudno byłoby wytłumaczyć naszym dzieciom, że z powodu rumieńców na twarzy Romulusa, nie wykąpią się w morskiej bryzie.

Stoimy jednak przed ogromnym dylematem... co dalej z przedszkolem. Posłać dzieci i ryzykować, że sytuacja za chwilę znowu się powtórzy? Co będzie, gdy za dwa dni Romulusowi znowu podskoczy temperatura? Po raz drugi będziemy musieli robić mu testy?
Do tego prawdopodobieństwo pojawienia się pozytywnego wyniku testu, u któregoś ze 120 dzieci w przedszkolu, wcale nie jest takie małe. A wówczas zamykają placówkę i wszystkie dzieci wraz ze swoimi rodzinami idą na dwutygodniową kwarantannę.
Może lepiej posiedzieć w domu i w razie czego przechorować tego wirusa w swoim towarzystwie. A może można gdzieś zrobić testy na przeciwciała? Jakoś mam wrażenie, że my mamy zarazę już za sobą. W ciągu ostatnich dwóch miesięcy, każdy (może prawie każdy) z nas był chory w dość dziwny sposób... krótko (tylko po kilka godzin), ale intensywnie.

Posłanie dzieci do przedszkola jest też związanie z ogromnym stresem, głównie dla nich. One już teraz czują się w pewien sposób inne, odrzucone. Remus ciągle powtarza, że go wyrzucili z przedszkola.
A teraz jeszcze będzie tak, że skoro w grupie może być tylko połowa dzieci, to kto przyjdzie pierwszy, ten będzie lepszy. Czy możliwe, że o szóstej rano zacznie się ustawiać kolejka przed drzwiami? A nawet jeżeli nasze dziecko zostanie przyjęte, a potem przyjdzie dziecko rodzica uprzywilejowanego, to według regulaminu, my musimy przyjechać i nasze odebrać. Ja sobie z tym jakoś poradzę, ale jak wytłumaczę Remusowi, że znowu go wyrzucają, bo przyszła Kasia. To taka trochę stygmatyzacja.
Jak tu więc planować sobie pracę zawodową? Bo przecież ja pracuję, a Majce za chwilę znowu zaczną się wyjazdy do sądów, lekarzy, urzędów. Ale to nawet nie o mnie chodzi. Nie negocjuję umów wartych dziesiątki, czy setki tysięcy złotych. Nie miewam umówionych spotkań, które ważą o losach mojej firmy. Nie mam szefa, który mnie zwolni, bo co chwilę nie przychodzę do pracy. Mogę pójść na kwarantannę w każdej chwili (bo przecież od dawna pracuję zdalnie). Mogę odebrać dziecko z przedszkola w ciągu 15 minut. Ja mogę...inni nie.

I pewnie trudno mieć pretensje do naszego przedszkola. Odnoszę wrażenie, że bardzo podobnie jest również w innych placówkach. Każdy prowadzący się boi, aby nie trafił na pierwsze strony gazet. Tyle tylko, że na takich zasadach nie uda się funkcjonować na dłuższą metę.

PS Późnym wieczorem dostaliśmy informację ze szpitala, że wynik Romulusa i Ptysia jest negatywny. Telefon alarmowy Sanepidu jednak zadziałał. Zostaliśmy skreśleni z listy osób na kwarantannie. Jutro jadę po zakupy. I znowu ciśnie mi się na usta dowcip o Rabinie, Mośku i kozie... ale kolejny raz nie będę go przytaczał. Chociaż może go trochę sparafrazuję: „poślij dzieci do przedszkola, a dowiesz się jak przyjemne jest robienie codziennych zakupów”.





sobota, 16 maja 2020

--- Sezon szkoleń

Ostatnio odkryłem Amerykę... wreszcie doszedłem do wniosku, że psychologia to nie matematyka, a terapeuta to nie psycholog. Chociaż może odwrotnie – psycholog to nie terapeuta. Ten drugi jest bardziej jak asystent rodziny, który może być przyjacielem, powiernikiem, pomocnikiem... ale może być tylko urzędnikiem. Terapeuta może być tylko psychologiem.

Mówią, że świat po pandemii będzie nie do poznania, że wszystko ulegnie zmianie i przewartościowaniu. Ale może wiele rzeczy ulegnie uproszczeniu? Może odzyskamy trochę czasu dla siebie, który tracimy zupełnie bez sensu? Wcale nie mam na myśli jakichś zmian świadomościowych, czy tworzenia nowego porządku świata. Moje spostrzeżenia są dużo bardziej przyziemne.
Gdy dwa lata temu Majka zapisała się na jakieś szkolenie w Warszawie, to było to nie lada przedsięwzięcie logistyczne. Dwa dni wykreślone z mojego życiorysu.
Ja w ostatnim tygodniu wziąłem udział w trzech wideokonferencjach i mam opanowane już przynajmniej trzy komunikatory. Nawet nie wyszedłem z domu. Nawet nie musiałem zmienić zaplutego przez Stokrotkę sweterka, bo kamerka laptopa jakoś wszystko ładnie rozmazała. Musiałem tylko wybrać, czy chcę wystąpić na tle obciachowej półki z książkami, okna (z którego światło spowoduje, że zupełnie nie będzie mnie widać), kartonów z rzeczami dla dzieci, czy stosu złożonego z rozmaitych komputerów, drukarek, skanerów, przeplatanych pudełkami z puzzlami i fragmentami łóżka połamanego przez Romulusa. Ostatecznie wybrałem tę półkę z książkami.

Wrócę do drugiej części warsztatów poświęconych zaburzeniom więzi, o których pisałem ostatnio. Czy dowiedziałem się czegoś nowego? Powiedziałbym, że i tak, i nie. W pewien sposób odkurzyłem i usystematyzowałem sobie wiedzę, którą już znałem. Tyle tylko, że tym razem miałem przed oczami Balbinę i Ptysia. Przy każdym kolejno omawianym syndromie świadczącym o zaburzonych więziach, pisałem tak,tak,tak,tak,tak. Ile razy może być „tak”? Wyszło nam, że Ptyś może mieć nawet zdezorganizowany styl przywiązania, o którym niektórzy mówią , że występuje niezmiernie rzadko. A przecież chłopak zrobił tak ogromne postępy. Zrobił i wrócił niemal do punktu wyjścia.
My z kolei stoimy przed dylematem, czy diagnozować rodzeństwo pod względem zaburzeń więzi? Majka mówi, że pojedzie z nimi. Przecież to tylko trzysta kilometrów. Ale to nie o to chodzi. Nie mieszkamy w jakiejś Pipidówie na krańcu świata, więc pewnie w bliższej okolicy też taką diagnozę można by uzyskać. Cofamy się teraz o cztery lata, kiedy podejmowaliśmy decyzję, czy Chapickowi robić diagnozę FAS. Wtedy tego nie zrobiliśmy, i jak się później okazało, być może uratowało go to przed pójściem do placówki.
Co będzie, gdy potencjalna rodzina przeczyta, że Balbina ma lękowo-unikający styl przywiązania, a Ptyś zdezorganizowany? A może moje „tak” stawiałem zbyt pochopnie i wyniki będą zupełnie inne? A może lepiej gdy nowi rodzice  tylko przeczytają moje opisy i sami wyciągną własne wnioski?
Nie wiem... Póki co Majka zamówiła kolejną książkę Chrisa Taylora, w której terapeuta skupił się głównie na zdezorganizowanym stylu przywiązania. Nie mam pojęcia jak przez nią przebrnę, jeżeli będzie napisana tak jak ta poprzednia, którą czytałem.

To szkolenie nie dało mi jednak odpowiedzi na pytania związane ze sposobem postępowania z dziećmi mającymi zaburzenia przywiązaniowe, a zwłaszcza z naszymi dziećmi. Chociaż może trochę mijam się z prawdą. Pewną sentencją było stwierdzenie „zasady, zasady, zasady... i bezwzględne ich przestrzeganie”. Majka zadała dwa pytania. Pierwsze dotyczyło rodzicielstwa bliskości i podążania za dzieckiem w odniesieniu do dzieci z zaburzeniami więzi. Osoba prowadząca stwierdziła, że nie do końca zna tę ideę i ponownie odwołała się do zasad. Drugie pytanie dotyczyło łamania zasad, co było tym bardziej uzasadnione, że prowadząca powoływała się na książkę „Wychowanie zranionego dziecka”. Jej zdaniem chodzi o łamanie zasad, które obowiązywały w rodzinie biologicznej, z której dziecko zostało zabrane. Dla przykładu, kiedyś nie musiało myć rąk przed posiłkiem, a u nas musi. No... ja to rozumiem zupełnie inaczej. I właśnie dlatego psychologia nie jest matematyką.

Wczoraj brałem udział w warsztatach poświęconych seksualności dzieci. Sprawa niby prosta... jak Remus chce sobie miętolić swojego siusiaka, to niech to robi. Byle tylko nie przy stole, w samochodzie, czy sklepie... no i nie za często. Problemy zaczynają się, gdy do gry wchodzą dzieci molestowane seksualnie. Podałem przykład Billa (najstarszego z Ptysi), który ze szczegółami opowiada swojemu rodzeństwu zastępczemu, jak to jego mama całowała siusiaki jego wujków, a oni jej „pipkę”. Z psychologicznego punktu widzenia sprawa jest dość prosta – trzeba wymyślić nową drogę, zachowania alternatywne, nowe historie, które chłopiec będzie chciał opowiadać innym dzieciom, aby nadal być duszą towarzystwa. Tylko czy to wystarczy?
Dawne zachowania Balbiny i Ptysia są tak utrwalone, że w sytuacjach kryzysowych (jaką jest aktualna epidemia i ciągłe przebywanie wszystkich ze wszystkimi), dzieci dążą do zredukowania dyskomfortu z tym związanego, poprzez powrót do działań, które kiedyś były uznawane za właściwe. A są to zachowania silnie zabarwione seksualnie. Są to zachowania, które wydawało się, że już minęły. Teraz wybuchły ze zdwojoną siłą.

To drugie szkolenie podobało mi się bardziej, choćby dlatego, że będzie miało jeszcze ciąg dalszy. Przeznaczony czas zwyczajnie się skończył, a wiele osób czuło niedosyt, gdyż nie miało okazji zadać pytań związanych z nurtującymi je problemami. Ja również miałem jeszcze w zanadrzu przynajmniej dwa pytania. Jednym z nich jest nasza wątpliwość związana z zachowaniami Balbiny w stosunku do chłopaków naszych córek. Wchodzi im na kolana, głaszcze po brodzie, ręce... przytula się. Oni nie są domownikami, ale nie są też osobami obcymi. Dziewczynka nie zachowuje się tak w stosunku do żadnej kobiety... również Majki. Jak mamy na to reagować? Jestem bardzo ciekawy odpowiedzi.

Jest jeszcze trzecie szkolenie. Na tę chwilę mogę je nazwać szkoleniem, chociaż chodzi o coś zupełnie innego. Dla mnie jest ono najtrudniejsze. Mój organizm uruchamia chyba wszelkie hormony jakie jeszcze mam w zanadrzu, abym nie wyszedł na idiotę... abym powiedział cokolwiek mądrego. Czasami się zastanawiam, co ja tam robię. Gdy niedawno odpowiedzią na moją wypowiedź było „to jest takie efemeryczne”, to nie wiedziałem, czy zostałem obrażony, czy tylko ktoś się ze mną nie zgadza... a może właśnie się zgadza. Ale o tym będzie innym razem.
Najlepsze Blogi