piątek, 29 maja 2020

--- Masz wiadomość cz. 5


Korzenie, tożsamość, historia... chyba mimo wszystko są to pojęcia, których waga jest niedoceniana nie tylko w środowisku rodzin adopcyjnych, ale być może również zastępczych. Może zrozumienie tego jest pewnym procesem, który wymaga czasu.

Ścianka numer 1

Kilka lat temu opisałem dziewczynkę, której na blogu dałem imię Landryna. Był to tylko wpis epizodyczny, gdyż dziewczynka wraz ze swoim bratem była u nas chyba tylko dwa tygodnie... może miesiąc, dokładnie już nie pamiętam. Później spotkaliśmy się jeszcze pewnie kilka razy, gdyż Landryna mieszkała w rodzinie zastępczej, z którą mamy ciągły kontakt... rodzinie, z którą często się spotykamy. Bywa, że nasze dzieci spędzają tam kilka godzin (a nawet dzień, czy dwa), i na odwrót. Jest to rodzina, w której mieszka starszy brat Balbiny i Ptysia.
Mogłoby się wydawać, że taka bardzo krótka znajomość nie pozostawi w życiu dziecka żadnego śladu... a jeżeli już, to będzie to przykre wspomnienie - być może związane z koniecznością nagłego zamieszkania w zupełnie obcym domu, albo poczuciem odrzucenia przez rodzinę zastępczą, bo ta zechciała pojechać sama na wakacje.
Kilka miesięcy temu Majka zupełnie przypadkowo spotkała Landrynę będąc w domu Erica i Skiatos... czyli aktualnej rodziny Billa. W końcu musiałem nadać imiona rodzicom zastępczym, o których bardzo często wspominam w swoich opisach. Etymologii nie będę tłumaczył. Podobnie zresztą nie będę tłumaczył dlaczego kiedyś Landrynę nazwałem Landryną. Tylko jej brat jest jedynym dzieckiem, któremu na blogu nie zmieniłem imienia. Bardzo ono do niego pasowało... choć było specyficzne. Stwierdziłem, że nikt nie pomyśli, że jakiś rodzic mógł tak nazwać swoje dziecko. Chociaż... moja najstarsza córka też ma dość ciekawe imię.
Gdy Landryna zobaczyła Majkę, to podbiegła do niej i się przytuliła. Pamiętała...
Niedawno dziewczynka napisała do mnie parę słów na FB i zaprosiła do znajomych. Do Majki też napisała.
Nie mamy w zwyczaju przyjmować do znajomych dzieci. Ale ją przyjęliśmy, bo Landryna jest wyjątkowa. Mam nadzieję, że moje (nietypowe jak na mnie) wulgaryzmy w komentarzach, związane z naszą niedawną kwarantanną, nie odcisnęły się jakoś mocno na jej zdrowiu psychicznym.

Ścianka numer 2 - gdzieś tu jest Landryna


Ale może też chodzi o to, że to jej rodzice adopcyjni są wyjątkowi? Otwarci na przeszłość, dbający o to, aby każdy fragment życia ich dzieci był … zwyczajnie był. My mamy chyba setki puzzli, które nasze dzieci układają. Jednak na wielu pudełkach są napisy – brakuje dwóch, brakuje trzech... czterech. Tych puzzli dzieci nie za bardzo chcą układać... bo i po co. Zawsze zostanie jakaś biała plama.
Landryna wie, że zaistniała na moim blogu. Wie, że ma na imię Landryna. Nie wiem, czy go czyta. Ona ma tylko jakieś dwanaście lat. Pewnie opisuję tutaj różne sprawy, które mogą być trudne dla dwunastolatki. Czy dziewczynka potrafi zrozumieć, że czasami trzeba od siebie odpocząć... nawet od najbardziej kochanych dzieci? Czy potrafi zrozumieć, że będąc u nas na wakacjach, jej rodzice zastępczy zwyczajnie potrzebowali trochę samotności, bycia tylko z sobą? Jest to trudne do zrozumienia nawet dla wielu rodziców zastępczych... bo przecież od dzieci się nie odpoczywa.


Wiele lat temu mieszkała z nami Sztanga. Gdy odchodziła, miała mniej więcej czternaście lat. Teraz dobiega dwudziestki. Przez kilka lat mieliśmy tylko kurtuazyjny kontakt typu „wszystkiego dobrego z okazji urodzin – dziękuję”. Od jakiegoś czasu Sztanga zaczęła odzywać się do nas częściej. Rozmawia z Majką na FB, dzieli się swoimi emocjami, uczuciami, planami na przyszłość. Opowiada o sobie i dopytuje co u nas słychać. Bardzo miło wspomina czas spędzony w naszej rodzinie.
Był to tylko rok wyrwany z jej życia. Ale może jednak zupełnie inny rok... odmienny od tych, które były przed, i które były po. Majka w pewien sposób gnębiła Sztangę, mobilizując ją do nauki. Widziała w niej potencjał i rzeczywiście dziewczynka znacznie poprawiła swoje oceny (mimo, że poziom naszej szkoły był zdecydowanie wyższy niż jej poprzednich... które wielokrotnie zmieniała).
Ja, cały czas mam wrażenie, że jesteśmy przeciętną rodziną, ani lepszą, ani gorszą od innych. A jednak dla niektórych dzieci możemy być wyjątkowi. Nie wiem dlaczego. Może przyczyna jest bardzo prozaiczna... może wystarczy to, że ja nie krzyczę na Majkę, a ona na mnie. Może wystarczy tylko to, że wszystko jest przewidywalne.
Sztanga właśnie wyszła za mąż. Miała pecha, bo na jej ślubie mogło być tylko pięć osób. Nie napisała, czy była również jej mama. Pewnie w innych okolicznościach zapakowalibyśmy całą naszą ferajnę do samochodu i pojechalibyśmy do kościoła. Sztanga pewnie by się ucieszyła. W końcu nie wstydzi się czasu, który u nas spędziła. Nie chce o nim zapomnieć.
Wkrótce przyjdzie na świat jej dzieciątko. Dziewczyna bardzo wierzy w swój związek. A ja wierzę w jej mądrość. Nawet jako trzynastolatka była nad wyraz dojrzała. Mam nadzieję, że jak będzie trzeba, to zadzwoni do Majki.

Ploteczki nie widziałem już ponad cztery miesiące. Być może epidemia spowodowała, że następnym razem dziewczynka już mnie nie pozna. Ten następny raz będzie już pojutrze.
Czasami się zastanawiam, czym jest czas? Bardziej lekiem, czy może przekleństwem? Chyba jednak tym pierwszym. Gdy ostatnim razem poszedłem do sklepu, aby kupić Plotce jakiś prezent, to doszedłem do wniosku, że już niewiele o niej wiem. Nie mam pojęcia czym się lubi bawić, jakie zabawki już ma, albo o jakich marzy. Kupiłem lalkę... coś, co każdemu facetowi się wydaje, że będzie najlepsze dla dziewczynki. Albo bardziej tak się wydaje każdemu dupkowi, który nie wie co kupić swojej córce.
Plotka nie jest już moją córką. Rozchodzimy się, i nie jest to niczyją winą. W moim sercu będzie na zawsze, niezależnie od tego jak często będziemy się spotykać.

Majka jednak złożyła życzenia urodzinowe Smerfetce (po dwóch latach nieodzywania się). Czy to możliwe, że nadal jesteśmy tak wielkim zagrożeniem, aby zwyczajnie nie odpisać „dziękuję, u nas wszystko okej”?
Zastanawiam się, jak dziewczynka tłumaczy sobie swoją historię. Bo pewnie jakoś tłumaczy. Gdy od nas odchodziła, to miała już ponad dwa lata. Ja, gdy byłem w jej wieku, pamiętam stertę gruzu w mieszkaniu, do którego się wprowadzaliśmy. Pamiętam jak utknąłem w błocie i musiałem wyjść z kaloszy, biegnąc do domu w samych skarpetkach. Ale to był mój dom, którego nikt nigdy nie próbował wymazać gumką z mojej pamięci.

Iskierka niedawno opowiadała swoim rodzicom jak Furia (nasz pies) rozwinął rolkę papieru toaletowego. A przecież ona była jeszcze młodsza. Ale ona ma rodziców, którzy pielęgnują jej historię... nie pozwalają zapomnieć.

Nie wiem kto czyta tego bloga, ale chciałbym, aby to wybrzmiało. Resetowanie historii dziecka jest wielką zbrodnią, jaką można mu wyrządzić.
Iskierka ma w swoim umyśle pawlacz, z którego co jakiś czas wyciąga jakieś pudełko, w którym jest kawałek jej życia... coś, co chce sobie przypomnieć, o czym chce opowiedzieć.
Smerfetka pewnie też ma takie pudełka, ale nikt nie chce wraz z nią ich otworzyć.

Nie wiemy co dzieje się u Sasetki i Maludy. Majka niedawno roztrzaskała swój telefon, tracąc bezpowrotnie wiele numerów telefonów. Mam nadzieję, że jest to tylko jej przypadłość, a rodzice naszych byłych dzieci zastępczych w razie potrzeby znajdą do nas drogę. Ja w swoim telefonie mam zapisany tylko jeden numer rodzica adopcyjnego. Jest to tata Smerfetki. Nie wiem dlaczego zapisałem sobie tylko ten telefon. Jeszcze nigdy go nie użyłem.

Majka narzeka, że ostatnio piszę jakoś tak nostalgicznie. Mówi, że piszę zbyt poważnie, że już nie może się pośmiać tak jak kiedyś.
No to specjalnie dla niej... sytuacja z wczoraj. W środku nocy wychodzi ze swojego pokoju Remus. Spogląda na mnie i wcale nie ma zamiaru się usprawiedliwiać. Zadaje pytanie „dlaczego jeszcze nie śpisz?”

piątek, 22 maja 2020

--- Byłem na kwarantannie


Gdy pod koniec ubiegłego tygodnia pojawiła się informacja, że otwierają nasze przedszkole, to było to niezwykłą radością dla całej rodziny. Wszyscy byli w „siódmym niebie”. Dzieci nie mogły doczekać się, kiedy znowu zobaczą swoje panie, koleżanki i kolegów, a my... kiedy wreszcie przestaniemy mieć je ciągle „na głowie”, kiedy nie będziemy musieli wymyślać zajęć, które choć na chwilę je uspokoją, ani być ciągłym rozjemcą w wybuchających na okrągło sporach.
Nieco nam się pogorszyły nastroje, gdy trzeba było podpisać oświadczenie, że akceptujemy warunki funkcjonowania przedszkola, które zostały określone przez gminę (chociaż pewnie w porozumieniu z dyrekcją przedszkola).

To, że rodzice będą oddawać i odbierać dzieci w progu, nawet mi się podobało, ponieważ przekonać Balbinę i Bliźniaki do szybkiego ubrania się czasami nie jest prosto. Dla personelu przedszkola jest to z pewnością duże utrudnienie.
Niestety było jeszcze kilka innych punktów, które spowodowały, że mina nam nieco zrzedła. Jednak wizja kolejnych tygodni, czy nawet miesięcy w pełnym składzie przez dwadzieścia cztery godziny na dobę powodowała, że podpisalibyśmy nawet cyrograf z diabłem.
W jednym z punktów, który musieliśmy zaakceptować było napisane, że jeżeli dziecko (będąc w przedszkolu) dostanie wysypki, kaszlu, albo gorączki, to nie tylko zobowiązujemy się natychmiast je odebrać z placówki, ale też zostanie powiadomiony Sanepid. Stwierdziliśmy, że będziemy musieli podjąć nadzwyczajne środki ostrożności i przed każdym wyjściem dzieci do przedszkola dokładnie je obejrzeć, osłuchać i zmierzyć temperaturę. Zakładaliśmy też, że do odesłania z przedszkola chyba nie wystarczy lekki kaszelek, czy stan podgorączkowy, ale również powinny pojawić się inne objawy współistniejące przy towarzyszącej nam wszystkim zarazie. Troszkę żartem mówiłem, że przez katarek mamy szansę pójść na dwutygodniową kwarantannę. Zakładałem zatem, że nawet jeżeli będziemy musieli pojechać do szpitala, to nikt nie będzie robił niepotrzebnie testu na wirusa dziecku, któremu prawie nic nie jest, a tylko nie spełnia wewnętrznych norm gminy i przedszkola.

O tym jak bardzo się myliliśmy, dowiedzieliśmy się już trzeciego dnia. Zadzwoniła wychowawczyni Romulusa, że chłopiec ma wysoką temperaturę i natychmiast mamy po niego pojechać. Dwa odczyty termometru bezdotykowego (którego błąd pomiaru czasami wynosi kilka kresek) pokazały 37,9 i 38,1 stopnia. Do tego chłopiec miał zaczerwienione policzki. Ciekawe jest też to, że dzieci do naszego przedszkola są przyjmowane do temperatury 37,5, a powyżej tej wartości trzeba już dziecko odebrać (z jednoczesnym powiadomieniem Sanepidu i Gminy).
Nie wiem więc kto wymyślił te zasady, ale może ktoś taki jak były włodarz stadniny w Janowie Podlaskim, który wprawdzie na koniach się nie znał, ale traktował swoją pracę jak hobby. Tutaj regulamin w przedszkolu też chyba był ustalony przez kogoś, kto traktuje dzieci jak hobby. Każdy rodzic (a przynajmniej matka) dobrze wie, że wzmożona aktywność fizyczna może powodować krótkotrwałe wahania temperatury. Ponadto dziecko niemal codziennie styka się z jakimiś wirusami, na które organizm czasami reaguje zwiększoną ciepłotą ciała, która mija po godzinie lub dwóch (potocznie mówi się, że dziecko się zgrzało).
No i my przy 38 stopniach nie robimy zupełnie nic. Apteczkę otwieramy dopiero po przekroczeniu tej magicznej liczby, albo gdy temperatura utrzymuje się przez dłuższy czas.

Trochę się zdziwiłem, gdy Majka po powrocie wypuściła z samochodu całą czwórkę. Okazało się, że Ptyś miał 37,2, Balbina była smutna, a Remus miał pecha, bo należy do rodziny. Dostaliśmy polecenie wykonania testów na koronawirusa (całej czwórce), gdyż od tego miało zależeć, czy przedszkola nie trzeba będzie zamknąć. Chociaż logicznie patrząc na całą sprawę, to pozostawienie go otwartym było też bezsensowne, bo jeżeli nasze dzieci byłyby chore, to przez te dwa dni zdążyły już pozarażać kolegów, a teraz ci koledzy zarażaliby innych. Niestety każde z naszych dzieci chodzi do innej grupy, a nasza prośba, aby w tym trudnym czasie uczęszczały do jednej (dla dobra ogółu) okazała się niewykonalna logistycznie.

Takich dzieci zakwalifikowanych przez przedszkole do wykonania testów, była tego dnia siódemka. Nie wiem, czy smutna Balbina i zdrowy Remus byli policzeni osobno, czy też zawarci w tej siódemce.
No to stwierdziliśmy, że skoro trzeba, to niech przyślą nam busa mobilnego, bo bez sensu jest pchać się do szpitala z czwórką zupełnie zdrowych dzieci, które nie wiadomo co stamtąd mogą przywlec do domu. Okazało się, że do dzieci taki pojazd nie jeździ i zostaliśmy skierowani do szpitala. Początkowo ktoś miał tylko podejść do samochodu, ale ostatecznie kazali Majce wejść do budynku.
Była tam tylko z Romulusem i Ptysiem, gdyż już wcześniej została odrzucona kandydatura Balbiny i Remusa. Ani na smutek (będący tylko fochem strzelonym z samego rana, który jeszcze nie przeminął), ani na bycie członkiem rodziny, test nie przysługuje. Jeżeli przedszkole ma wątpliwości, to niech dzwoni do Sanepidu – tak powiedziała pani w szpitalu.
Zresztą tak czy inaczej wykonano badanie dwójce zdrowych dzieci. Romulus już po powrocie z przedszkola (czyli po niecałej godzinie) zbladł, temperatura zeszła poniżej trzydziestu siedmiu. Gdyby posiedział trochę w izolatce, którą przedszkole w jakimś celu wydzieliło, to pewnie też by ochłonął.
Lekarka w szpitalu, dzieci dokładnie zbadała. Zmierzyła im również temperaturę. Gdy jej wyszło 35 stopni, to stwierdziła, że ma chyba termometr „do dupy”, więc na karcie wypisowej podała 36,6. Szkoda, że pani w przedszkolu też nie doszła do podobnych wniosków.

Ale najgorsze miało nadejść tuż przed wyjściem z badania. Okazało się, że od tej chwili cała nasza rodzina przebywa na kwarantannie. Nie możemy opuszczać miejsca zamieszkania do czasu uzyskania ujemnego wyniku testu. Kilka dni temu gdzieś czytałem, że ostatnio czas oczekiwania skrócił się z 24 do 12 godzin. Zresztą lekarka też mówiła, że prawdopodobnie będzie gotowy już następnego dnia. Właśnie mija pięćdziesiąta godzina, lodówka i zamrażarka zaczynają świecić pustkami (bo przecież nie zakładaliśmy, że przez trzy dni będziemy mieli cztery dodatkowe „gęby” do wyżywienia), a Sanepid nie przyjmuje już interesantów.
Bo jeszcze nie dodałem, że to Sanepid ściąga z nas kwarantannę, a pracuje tylko w dni robocze do 15-tej. Nie sądzę, aby było to możliwe poprzez numer alarmowy... tutaj to najwyżej ją nakładają.

Jeszcze ciekawiej by było, gdyby jednak wyszedł wynik pozytywny. Wówczas możemy kiblować w domu przez kilka miesięcy. Wynika to z tego, że ten potencjalnie zakażony Romulus musi być na kwarantannie dwa tygodnie. I dopiero od tego dnia zaczyna nam się nasza kwarantanna, bo przecież mógł nas zarazić ostatniego dnia swojej kwarantanny. Żeby jeszcze bardziej dodać tej sprawie pikanterii, to może być i tak, że po tych dwóch pierwszych tygodniach, zarazi się ktoś z pozostałej trójki, więc nam przesuwa się wszystko o kolejne dwa tygodnie. I tak dalej do końca wakacji. A przecież mamy już zarezerwowane lokum nad morzem. Trudno byłoby wytłumaczyć naszym dzieciom, że z powodu rumieńców na twarzy Romulusa, nie wykąpią się w morskiej bryzie.

Stoimy jednak przed ogromnym dylematem... co dalej z przedszkolem. Posłać dzieci i ryzykować, że sytuacja za chwilę znowu się powtórzy? Co będzie, gdy za dwa dni Romulusowi znowu podskoczy temperatura? Po raz drugi będziemy musieli robić mu testy?
Do tego prawdopodobieństwo pojawienia się pozytywnego wyniku testu, u któregoś ze 120 dzieci w przedszkolu, wcale nie jest takie małe. A wówczas zamykają placówkę i wszystkie dzieci wraz ze swoimi rodzinami idą na dwutygodniową kwarantannę.
Może lepiej posiedzieć w domu i w razie czego przechorować tego wirusa w swoim towarzystwie. A może można gdzieś zrobić testy na przeciwciała? Jakoś mam wrażenie, że my mamy zarazę już za sobą. W ciągu ostatnich dwóch miesięcy, każdy (może prawie każdy) z nas był chory w dość dziwny sposób... krótko (tylko po kilka godzin), ale intensywnie.

Posłanie dzieci do przedszkola jest też związanie z ogromnym stresem, głównie dla nich. One już teraz czują się w pewien sposób inne, odrzucone. Remus ciągle powtarza, że go wyrzucili z przedszkola.
A teraz jeszcze będzie tak, że skoro w grupie może być tylko połowa dzieci, to kto przyjdzie pierwszy, ten będzie lepszy. Czy możliwe, że o szóstej rano zacznie się ustawiać kolejka przed drzwiami? A nawet jeżeli nasze dziecko zostanie przyjęte, a potem przyjdzie dziecko rodzica uprzywilejowanego, to według regulaminu, my musimy przyjechać i nasze odebrać. Ja sobie z tym jakoś poradzę, ale jak wytłumaczę Remusowi, że znowu go wyrzucają, bo przyszła Kasia. To taka trochę stygmatyzacja.
Jak tu więc planować sobie pracę zawodową? Bo przecież ja pracuję, a Majce za chwilę znowu zaczną się wyjazdy do sądów, lekarzy, urzędów. Ale to nawet nie o mnie chodzi. Nie negocjuję umów wartych dziesiątki, czy setki tysięcy złotych. Nie miewam umówionych spotkań, które ważą o losach mojej firmy. Nie mam szefa, który mnie zwolni, bo co chwilę nie przychodzę do pracy. Mogę pójść na kwarantannę w każdej chwili (bo przecież od dawna pracuję zdalnie). Mogę odebrać dziecko z przedszkola w ciągu 15 minut. Ja mogę...inni nie.

I pewnie trudno mieć pretensje do naszego przedszkola. Odnoszę wrażenie, że bardzo podobnie jest również w innych placówkach. Każdy prowadzący się boi, aby nie trafił na pierwsze strony gazet. Tyle tylko, że na takich zasadach nie uda się funkcjonować na dłuższą metę.

PS Późnym wieczorem dostaliśmy informację ze szpitala, że wynik Romulusa i Ptysia jest negatywny. Telefon alarmowy Sanepidu jednak zadziałał. Zostaliśmy skreśleni z listy osób na kwarantannie. Jutro jadę po zakupy. I znowu ciśnie mi się na usta dowcip o Rabinie, Mośku i kozie... ale kolejny raz nie będę go przytaczał. Chociaż może go trochę sparafrazuję: „poślij dzieci do przedszkola, a dowiesz się jak przyjemne jest robienie codziennych zakupów”.





sobota, 16 maja 2020

--- Sezon szkoleń

Ostatnio odkryłem Amerykę... wreszcie doszedłem do wniosku, że psychologia to nie matematyka, a terapeuta to nie psycholog. Chociaż może odwrotnie – psycholog to nie terapeuta. Ten drugi jest bardziej jak asystent rodziny, który może być przyjacielem, powiernikiem, pomocnikiem... ale może być tylko urzędnikiem. Terapeuta może być tylko psychologiem.

Mówią, że świat po pandemii będzie nie do poznania, że wszystko ulegnie zmianie i przewartościowaniu. Ale może wiele rzeczy ulegnie uproszczeniu? Może odzyskamy trochę czasu dla siebie, który tracimy zupełnie bez sensu? Wcale nie mam na myśli jakichś zmian świadomościowych, czy tworzenia nowego porządku świata. Moje spostrzeżenia są dużo bardziej przyziemne.
Gdy dwa lata temu Majka zapisała się na jakieś szkolenie w Warszawie, to było to nie lada przedsięwzięcie logistyczne. Dwa dni wykreślone z mojego życiorysu.
Ja w ostatnim tygodniu wziąłem udział w trzech wideokonferencjach i mam opanowane już przynajmniej trzy komunikatory. Nawet nie wyszedłem z domu. Nawet nie musiałem zmienić zaplutego przez Stokrotkę sweterka, bo kamerka laptopa jakoś wszystko ładnie rozmazała. Musiałem tylko wybrać, czy chcę wystąpić na tle obciachowej półki z książkami, okna (z którego światło spowoduje, że zupełnie nie będzie mnie widać), kartonów z rzeczami dla dzieci, czy stosu złożonego z rozmaitych komputerów, drukarek, skanerów, przeplatanych pudełkami z puzzlami i fragmentami łóżka połamanego przez Romulusa. Ostatecznie wybrałem tę półkę z książkami.

Wrócę do drugiej części warsztatów poświęconych zaburzeniom więzi, o których pisałem ostatnio. Czy dowiedziałem się czegoś nowego? Powiedziałbym, że i tak, i nie. W pewien sposób odkurzyłem i usystematyzowałem sobie wiedzę, którą już znałem. Tyle tylko, że tym razem miałem przed oczami Balbinę i Ptysia. Przy każdym kolejno omawianym syndromie świadczącym o zaburzonych więziach, pisałem tak,tak,tak,tak,tak. Ile razy może być „tak”? Wyszło nam, że Ptyś może mieć nawet zdezorganizowany styl przywiązania, o którym niektórzy mówią , że występuje niezmiernie rzadko. A przecież chłopak zrobił tak ogromne postępy. Zrobił i wrócił niemal do punktu wyjścia.
My z kolei stoimy przed dylematem, czy diagnozować rodzeństwo pod względem zaburzeń więzi? Majka mówi, że pojedzie z nimi. Przecież to tylko trzysta kilometrów. Ale to nie o to chodzi. Nie mieszkamy w jakiejś Pipidówie na krańcu świata, więc pewnie w bliższej okolicy też taką diagnozę można by uzyskać. Cofamy się teraz o cztery lata, kiedy podejmowaliśmy decyzję, czy Chapickowi robić diagnozę FAS. Wtedy tego nie zrobiliśmy, i jak się później okazało, być może uratowało go to przed pójściem do placówki.
Co będzie, gdy potencjalna rodzina przeczyta, że Balbina ma lękowo-unikający styl przywiązania, a Ptyś zdezorganizowany? A może moje „tak” stawiałem zbyt pochopnie i wyniki będą zupełnie inne? A może lepiej gdy nowi rodzice  tylko przeczytają moje opisy i sami wyciągną własne wnioski?
Nie wiem... Póki co Majka zamówiła kolejną książkę Chrisa Taylora, w której terapeuta skupił się głównie na zdezorganizowanym stylu przywiązania. Nie mam pojęcia jak przez nią przebrnę, jeżeli będzie napisana tak jak ta poprzednia, którą czytałem.

To szkolenie nie dało mi jednak odpowiedzi na pytania związane ze sposobem postępowania z dziećmi mającymi zaburzenia przywiązaniowe, a zwłaszcza z naszymi dziećmi. Chociaż może trochę mijam się z prawdą. Pewną sentencją było stwierdzenie „zasady, zasady, zasady... i bezwzględne ich przestrzeganie”. Majka zadała dwa pytania. Pierwsze dotyczyło rodzicielstwa bliskości i podążania za dzieckiem w odniesieniu do dzieci z zaburzeniami więzi. Osoba prowadząca stwierdziła, że nie do końca zna tę ideę i ponownie odwołała się do zasad. Drugie pytanie dotyczyło łamania zasad, co było tym bardziej uzasadnione, że prowadząca powoływała się na książkę „Wychowanie zranionego dziecka”. Jej zdaniem chodzi o łamanie zasad, które obowiązywały w rodzinie biologicznej, z której dziecko zostało zabrane. Dla przykładu, kiedyś nie musiało myć rąk przed posiłkiem, a u nas musi. No... ja to rozumiem zupełnie inaczej. I właśnie dlatego psychologia nie jest matematyką.

Wczoraj brałem udział w warsztatach poświęconych seksualności dzieci. Sprawa niby prosta... jak Remus chce sobie miętolić swojego siusiaka, to niech to robi. Byle tylko nie przy stole, w samochodzie, czy sklepie... no i nie za często. Problemy zaczynają się, gdy do gry wchodzą dzieci molestowane seksualnie. Podałem przykład Billa (najstarszego z Ptysi), który ze szczegółami opowiada swojemu rodzeństwu zastępczemu, jak to jego mama całowała siusiaki jego wujków, a oni jej „pipkę”. Z psychologicznego punktu widzenia sprawa jest dość prosta – trzeba wymyślić nową drogę, zachowania alternatywne, nowe historie, które chłopiec będzie chciał opowiadać innym dzieciom, aby nadal być duszą towarzystwa. Tylko czy to wystarczy?
Dawne zachowania Balbiny i Ptysia są tak utrwalone, że w sytuacjach kryzysowych (jaką jest aktualna epidemia i ciągłe przebywanie wszystkich ze wszystkimi), dzieci dążą do zredukowania dyskomfortu z tym związanego, poprzez powrót do działań, które kiedyś były uznawane za właściwe. A są to zachowania silnie zabarwione seksualnie. Są to zachowania, które wydawało się, że już minęły. Teraz wybuchły ze zdwojoną siłą.

To drugie szkolenie podobało mi się bardziej, choćby dlatego, że będzie miało jeszcze ciąg dalszy. Przeznaczony czas zwyczajnie się skończył, a wiele osób czuło niedosyt, gdyż nie miało okazji zadać pytań związanych z nurtującymi je problemami. Ja również miałem jeszcze w zanadrzu przynajmniej dwa pytania. Jednym z nich jest nasza wątpliwość związana z zachowaniami Balbiny w stosunku do chłopaków naszych córek. Wchodzi im na kolana, głaszcze po brodzie, ręce... przytula się. Oni nie są domownikami, ale nie są też osobami obcymi. Dziewczynka nie zachowuje się tak w stosunku do żadnej kobiety... również Majki. Jak mamy na to reagować? Jestem bardzo ciekawy odpowiedzi.

Jest jeszcze trzecie szkolenie. Na tę chwilę mogę je nazwać szkoleniem, chociaż chodzi o coś zupełnie innego. Dla mnie jest ono najtrudniejsze. Mój organizm uruchamia chyba wszelkie hormony jakie jeszcze mam w zanadrzu, abym nie wyszedł na idiotę... abym powiedział cokolwiek mądrego. Czasami się zastanawiam, co ja tam robię. Gdy niedawno odpowiedzią na moją wypowiedź było „to jest takie efemeryczne”, to nie wiedziałem, czy zostałem obrażony, czy tylko ktoś się ze mną nie zgadza... a może właśnie się zgadza. Ale o tym będzie innym razem.
Najlepsze Blogi

sobota, 9 maja 2020

--- Krótki wpis


Niech wreszcie otworzą te pieprzone przedszkola, bo zwariuję.
Ludzie piszą, że się nudzą, grają w gry, słuchają muzyki, ewentualnie się kłócą z braku ciekawszych zajęć. Ja nie dość, że nie mam czasu pokłócić się z Majką, to jeszcze od dwóch dni gnębi mnie permanentna (żeby nie powiedzieć pijacka) czkawka. Obudziłem się dzisiaj o trzeciej i pewnie już nie zasnę. Więc może chociaż coś krótkiego napiszę.

Wczoraj wziąłem udział w szkoleniu. W zasadzie były to warsztaty prowadzone online, a ja tak do końca w nich nie uczestniczyłem, ponieważ to Majka za nie zapłaciła i to ona siedziała przed kamerką. Ja byłem z boku (niewidoczny) i dopiero teraz dotarło do mnie, że jednak czasami mam ochotę coś powiedzieć. Bywały chwile, że cisnęły mi się na usta pewne sentencje, które chciałbym wygłosić. Podpowiadałem Majce... nawet ją kopałem, a ona tylko „cicho, to moje szkolenie”. Może i dobrze, bo z tą moją czkawką to pewnie zbyt dobrze bym nie wypadł.

Osoba prowadząca jest pedagogiem, psychologiem, terapeutą i jeszcze rodziną zastępczą. Ale może ważniejsze jest to, że przez wiele lat była urzędnikiem, który z ramienia PCPR-u nadzorował inne rodziny zastępcze. Wiele razy mówiła, że przecież to takie fajne dziecko, czego od niego chcecie. No to teraz ma... taką Balbinę, tylko pięć lat starszą.

Po dwóch godzinach miałem ochotę opuścić pokój, bo niedługo porzygam się Bowlby'm (chociaż może wtedy minie mi ta czkawka).  Co mi z tego, że wiem, że Balbina ma lękowo unikający styl przywiązania, skoro nikt nie potrafi mi powiedzieć jak z tym konkretnym dzieckiem mam postępować.
No właśnie... jeszcze nie powiedziałem, że całe szkolenie dotyczyło więzi i sposobu postępowania z dziećmi zaburzonymi w tym zakresie.

Stwierdziłem jednak, że nie wyjdę, bo przecież Majka specjalnie zorganizowała cztery osoby do opieki nad naszą piątką dzieci, abym ja też mógł w tym szkoleniu wziąć udział.
I dobrze że nie wyszedłem, bo po pięciu godzinach zajęć, okazało się, że każde z naszych przedszkolaków dostało wypad do swojego pokoju. Najpierw przystawili drabinkę od trampoliny do płotu sąsiada i próbowali do niego przejść, a potem wdrapali się (nie wiadomo jakim cudem) na ponad dwumetrowy mur dzielący nas od drugiego sąsiada.

Wrócę jednak do szkolenia. Gdy minęły dwie godziny i teoria poszła nieco do kąta, to zaczęło robić się ciekawie. Dowiedziałem się, że są dzieci, które nie powinny trafić do rodziny, bo tę rodzinę zwyczajnie rozwalą. Ale też nie ma przyzwolenia na istnienie placówek typu domy dziecka, czy domy pomocy społecznej. Czyli co? To taki paradoks, który być może mogą zrozumieć wyłącznie osoby bezpośrednio związane z pieczą zastępczą... takie, które mają pod opieką dziecko z zaburzeniami więzi.
Bo tak naprawdę, to okazuje się, że w przypadku takich dzieci można wręcz powiedzieć, że żyje się z zupełnie obcą osobą. Nie zna się jej zainteresowań, nie wiadomo co ona chce... gdyż ona o tym nie chce mówić. Często latami poszukuje swojej tożsamości, latami kształtuje swoją ufność w stosunku do rodziny, w której mieszka. Latami funkcjonuje w stanie wojny, mając poczucie, że jest tylko coś za coś.
Wielokrotnie ceną za przyjęcie dziecka z zaburzonym przywiązaniem jest rozpad rodziny. Pewnie jest dużo prawdy w stwierdzeniu, że kobiety są dużo silniejsze psychicznie. Facet odchodzi, bo emocjonalnie nie daje rady, albo ma nieakceptowalny sposób postępowania.

Ja czasami też mam wrażenie, że jestem pewnego rodzaju terapeutą. Wiele osób dzieli się ze mną swoim życiem, pisząc do mnie prywatnie. Zresztą dla Balbiny też jestem terapeutą. Każdy rodzic jest terapeutą, bo przecież przebywa z dzieckiem na co dzień. Nawet najlepszy specjalista nie zdziała cudu spotykając się z rodziną nawet kilka godzin w miesiącu. Do tego ta rodzina musi chcieć.
Kilka miesięcy temu prowadziłem pewną rozmowę na temat sensu rozpoczęcia terapii rodzinnej. W pewnym momencie dziewczyna mi napisała, że dziecko dostało wpierdol i na tydzień był spokój. Nie odpowiedziałem nic, bo nie wiedziałem co mam odpowiedzieć. Z pewnością jest to bardzo skuteczna metoda wychowawcza. Skuteczna w danej chwili... pytanie co będzie potem, za kilka lat.
Ale pozostaje też otwarte pytanie o to, co siedzi w głowie dziecka. Czasami udaje nam się skłonić Balbinę do jakichś zwierzeń, chociaż coraz mniej już pamięta, gubi się w opowieściach, myli fakty. Ostatnio zaczęła opowiadać, że Helmut bił jej mamę. „A mama co na to? A mama dawała mu w czapę tak jak wujek mi”. Jeżeli takie rewelacje opowie psychologowi, a może jeszcze doda, że wujek wącha jej pupę (bo i takim tekstem potrafi rzucić), to ostatnie lata życia spędzę w kryminale.

Póki co, za kilka godzin druga część warsztatów, po której obiecuję sobie dużo więcej niż po tej wczorajszej.
Muszę tylko sprawdzić, czy ta czwórka osób do opieki nad tą piątką, jeszcze jest w domu.



Najlepsze Blogi

poniedziałek, 20 kwietnia 2020

--- Epidemia 2

Cyborgi przed wyjściem na spacer
Minął piąty tydzień przebywania z naszymi dziećmi zastępczymi dzień w dzień, minuta w minutę. Zresztą nie tylko z dziećmi... również ja muszę przebywać z Majką, a ona ze mną. Dzieci też nie mają innego wyjścia, jak tylko pogodzić się z losem i humorami wszystkich domowników, od których ciężko uciec... bo nie za bardzo jest gdzie.

Bywają dni, kiedy czekam aż wreszcie nadejdzie noc i będę mógł spędzić chociaż kilka godzin w zupełnej samotności, w zupełnej ciemności. Przynajmniej do pierwszego wołania Remusa „wujku, wujku, ja się boję”.
Godzina piąta nie jest jutrzenką nadziei. Nie jest świtem zwiastującym coś nowego, niepowtarzalnego. Jest początkiem...
W zasadzie nie jest żadnym początkiem. Jest kontynuacją tego, co miało miejsce wczoraj, przedwczoraj, tydzień temu.

Reakcje wszystkich domowników na stan, w którym się znaleźliśmy, są bardzo różne. Są bardzo zmienne.
Czasami się zastanawiam, czy w tej chwili to nie ja jestem najsłabszym ogniwem. Tuż po świętach już nie mogłem doczekać się godziny dwunastej, aby wsiąść w samochód i pojechać do sklepu po zakupy. W zasadzie, to nawet niczego nie potrzebowaliśmy. Mrożony chleb zawsze mamy w zapasie. Musiałem choć na chwilę wyjechać, aby w ciszy postać w kilkudziesięciometrowej kolejce przed supermarketem. Niestety... kolejki nie było. A do tego w sklepie było wszystko, co chciałem kupić. Nawet mąka żytnia, z której Majka potrafi zrobić chleb.
Po godzinie byłem już w domu, witany słowami „jak miło, że już jesteś”, „wujeczku mój kochany”, „wujciu, a kupiłeś kupę jeża?”. Miłe, prawda? Miłe... w normalnych czasach.

Staram się dbać o stan psychiczny Majki, bo to ona jest teraz najważniejsza w naszej rodzinie. Od rana ogarniam Bliźniaki i Ptysie. Gdy Stokrotka ma ciężką noc, to Majka czasami mi ją przynosi, aby móc jeszcze pospać przynajmniej godzinkę, czy dwie.
Majka odwiedza też raz w tygodniu swoją mamę. Robi jej zakupy, spędza z nią kilka godzin. To są w tej chwili bardzo cenne minuty, kiedy można pobyć w oderwaniu od rodziny. Działają bardzo dziwne mechanizmy, bo mogłoby się wydawać, że przecież nikt nie chce odpoczywać od swojej rodziny. A jednak.

Remus po dwóch tygodniach kwarantanny w pewien sposób się poddał. Przestał wykrzykiwać, że musi gdzieś wyjechać. Przestał się buntować przeciwko wszystkiemu. Zaakceptował (przynajmniej pozornie) to, że nie może być inaczej, że być może już nigdy nie wróci do swojego przedszkola, że ten niewidoczny wirus będzie z nami już na zawsze. Tak jak w pierwszych dwóch tygodniach najbardziej przeżywał odosobnienie, tak teraz, w przeciwieństwie do innych, zaczął tolerować to, że nie możemy wychodzić do lasu (który jest tuż za płotem), że nikt nas nie odwiedza, ani my nigdzie nie wyjeżdżamy. Jest zadowolony z tego, że ma plac zabaw w swoim ogrodzie, że spacer polega na przejściu wiejskimi chodnikami, na których nie ma żywego ducha. Ostatnio Remus nawet zaczął zabierać z sobą lornetkę, aby kogoś wypatrzyć. Czasami ma szczęście i coś zaobserwuje. Wczoraj, gdy przypadkowo zwrócił tę lornetkę w kierunku Majki, padł tekst „Ooo! Widzę jakieś wielkie ptaszysko z wózkiem!”.

Romulus nadal odreagowuje agresją konieczność ciągłego przebywania w grupie. Chociaż w zasadzie chodzi o obecność Ptysi. Gdy ta dwójka z jakiegoś powodu znika z jego otoczenia, to chłopiec staje się dzieckiem idealnym. Rzadko wchodzi w spory ze swoim bratem, i nawet trudno mi powiedzieć, czy chłopcy mają jakąś określoną przez siebie hierarchię ważności. Oni zwyczajnie się dogadują.

Balbina po trzech tygodniach wróciła na dawne tory. Skończyła się sielanka, współpraca, chęć pomagania. Skończyły się rozmowy, próba ustalania wspólnych zasad. Najwidoczniej dziewczynka opanowała już nowe reguły gry, i chce nad nimi panować. W obecnych czasach, gdy spędzamy z sobą całe dnie, jej zachowanie jest szczególnie trudne do zaakceptowania.
W ciągu dnia nie jest jeszcze najgorzej. Jednak każdego wieczora po kąpieli jest „jazda”. Majka mnie zawsze pyta „o co tym razem poszło?”. Najczęściej nie potrafię na to pytanie odpowiedzieć. Może, że kąpała się pierwsza, a może że ostatnia? Może, że to nie ona zapaliła światło w przedpokoju, a może że miało być zgaszone? Może, że zrobiliśmy przed spaniem pięć pompek, a miało być dziesięć... albo jeszcze chciała poskakać na jednej nodze?

Tylko Stokrotka w pewien sposób zyskała na stanie epidemii. Dużo chodzi z Majką na spacery. Nie musi nosić maseczki, a przejeżdżająca powoli policja najwyżej tylko się przygląda. Nieczynne przedszkolaki nie przynoszą żadnych bakterii, więc dziewczynka do tej pory nie miała nawet małego kataru. A skończyła już dwa miesiące.
Spędzam z nią sporo czasu i jest ona dla mnie lekiem na te trudne chwile.




W największym stopniu epidemia dopadła Ptysia. Cofnął się niemal do początku. Na szczęście się jeszcze nie zawiesza tak jak kiedyś. Jednak znowu stara się być niewidoczny. Proste pytania, czy prośby skierowane w jego kierunku puszcza mimo ucha. Udaje, że ich nie słyszy, albo jego umysł stwierdza, że nie należy ich słyszeć. Tylko dlaczego? Zwykła skarga innych dzieci typu „a Ptyś mnie uderzył”, powoduje że chłopiec natychmiast nurkuje pod łóżko, chowa się pod stół, włazi pod fotel.
Często jest zupełnie niewinny. Bywa, że układa jakieś klocki w kącie pokoju, a Balbina siedzi na swoim łóżku i krzyczy „ała, nie bij mnie... nieee, nie bij mnie!”. Nie mam pojęcia, jaki jest jej cel. Dysocjuje, czy prowadzi jakąś swoją grę?


Gdy patrzę na te dwie pary rodzeństwa, to nachodzą mnie rozmaite refleksje dotyczące ich przeszłości. Bliźniaki potrafią wykorzystać w trudnej sytuacji zdobyte umiejętności – potrafią chronić swój umysł, potrafią się przystosować. Robią to może nawet lepiej niż ja.
Ptysie wracają do wypracowanych dawno temu zachowań.

Nie lubię wdawać się w dyskusje na temat wyższości genów nad wychowaniem. Ale jednak mam parę uwag ku przemyśleniu.
Ptysie zostały odebrane swojej mamie mając od czterech lat w górę. O Billu, który już chodzi do szkoły nie chcę zbyt wiele pisać, bo jednak przebywa w innej rodzinie zastępczej. Ale ostatnio uczył się ośmiowersowego wiersza przez osiem godzin. Nie potrafił na końcu wyrecytować ani jednej linijki. Gdy kilka miesięcy temu uczyłem go piosenki o kotku, to po dwóch godzinach znał tylko dwa pierwsze słowa refrenu: „kotku, kotku”.
Ptyś? Ostatnio wspominałem, że bawimy się z dziećmi w kalambury. Chłopiec sobie te zabawy zupełnie odpuszcza. Zwyczajnie w nich nie uczestniczy i żadne zachęcanie niczego nie zmienia. Jest nieśmiały, czy ma świadomość swojej ułomności? Raczej stawiam na tę drugą możliwość, bo idiotę z siebie robi bardzo chętnie, a freski na ścianach za chwilę sięgną sufitu.
Balbina wygaduje takie głupoty, że czasami się zastanawiam, na jakiej zasadzie jest klasyfikowana w normie rozwojowej.

No i naprzeciw stawiam Bliźniaki. Dzieci błyskotliwe, pewne siebie, potrafiące nauczyć się wierszyka, piosenki... dzieci, z którymi można porozmawiać na wiele tematów. Gdy chłopcy przyszli do naszej rodziny, też nie byli już młodzi... mieli nieco ponad dwa lata. Mają jeszcze dwójkę starszego rodzeństwa, które nie odbiega od nich inteligencją, czy umiejętnościami poznawczymi.
Co łączy tę szóstkę dzieci (traktując Bliźniaki jako jedno)? Każde z nich ma innego ojca.
Można przyjąć, że każdy z partnerów mamy Ptysi był imbecylem, a każdy mamy Bliźniaków - geniuszem. Ale też można założyć, że te pierwsze lata życia dziecka są dla niego najważniejsze. Mama Bliźniaków jest nawet całkiem dobrą mamą... wtedy, gdy nie staje się bardzo złą mamą. Ale wygląda na to, że mimo wszystko przekazała chłopcom w ciągu ich pierwszych dwóch lat życia pewne zasady. Pokazała im czym jest więź, czym jest miłość, nauczyła ich się uczyć. Był to okres, gdy właśnie odzyskała odebrane wcześniej starsze dzieci. Był to okres, kiedy się starała, kiedy była monitorowana przez rozmaite instytucje. Cały czas miała asystenta rodziny, a kurator sądowy jest niemal jej „ojcem”.

My, jako rodzina zastępcza, możemy pewne umiejętności pielęgnować... ale niektorych braków być może już nigdy nie da się nadrobić.

Gdyby ktoś w tej chwili zadał mi pytanie, której mamie byłbym skłonny oddać jej dzieci, to zdecydowanie wsparłbym kandydaturę mamy Bliźniaków. Może gdyby miała innego faceta? Może gdyby miała wsparcie swojej mamy? Zapomniałem, dziewczyna spędziła dzieciństwo w spokrewnionej rodzinie zastępczej, w której miała może nawet gorzej, niż gdyby mieszkała ze swoją mamą.
Tak... najlepszym rozwiązaniem byłoby, gdyby chłopcy pozostali w naszej rodzinie zastępczej już na zawsze. Gdy patrzę na roześmiany pyszczek Romulusa, który rozrzuca piasek na trampolinie, albo Remusa, który kamieniem rysuje karoserię samochodu, to tłumaczę sobie, że to są tyko dzieci. Pewnie jest tak dlatego, że jednak bardzo ich kocham.
Jednak opcja pozostania w naszej rodzinie nie istnieje. Nie istnieje, bo to był mój jedyny warunek, który postawiłem przed pozostaniem pogotowiem rodzinnym – nie adoptujemy żadnego dziecka, żadne nie pozostanie naszym dzieckiem na zawsze.
Ale jak za kilka miesięcy wytłumaczę Romulusowi ten dzisiejszy pocałunek, to dzisiejsze przytulenie? Przecież ono bardzo wiele znaczyło... nie tylko dla chłopca.

Gdy wchodzę do zdemolowanego pokoju Ptysi, to natychmiast się wycofuję, bo ciśnienie skacze mi do granicy wytrzymałości organizmu. Uspokaja mnie tylko stwierdzenie, które słyszałem wiele lat temu z ust innych rodzin zastępczych: „będą dzieci, które znienawidzicie”. To jeszcze nie jest ten moment. Ale jest to czas na zastanowienie się, jak przedstawić Ptysie ich przyszłym rodzicom. Mówić o naszych odczuciach, czy nie mówić?
Jest to też czas na uświadomienie sobie, że ja też mam prawo do złych emocji. Nawet o Kapslu nie mogę powiedzieć, że go nienawidziłem. Na końcu tylko zwyczajnie już go nie lubiłem. Ale nie wiem, co byłoby wraz z upływem czasu. 
Rodziny zastępcze, które wypowiadają się gdzieś na rozmaitych forach, często mówią, że jest bardzo ciężko. Czasami wspominają, że są już u kresu wytrzymałości. Jednak nikt nie mówi, że nie lubi swojego dziecka (a przynajmniej bardzo rzadko). Takie sformułowania padają w rozmowach prywatnych. Dlaczego mało kto chce się przyznać do tego, że nie lubi swojego dziecka? Czy jest to powód do wstydu? Wreszcie pytanie, czy można być dobrym rodzicem, nie lubiąc swojego dziecka? Jeszcze na te pytania nie potrafię sobie odpowiedzieć. 

Właściwie piszę nie o tym, o czym chciałem. Zapisałem sobie w notatkach stwierdzenie Balbiny: „Ptyś rekoł wytrzoł kupe”.
Pewnie o słowotwórstwie naszych dzieci napiszę innym razem. Teraz tylko wytłumaczę „kupę jeża”, o której wspomniałem powyżej. Kiedyś dałem naszym dzieciom, jako deser do kolacji, takie dmuchane kulki w polewie czekoladowej. Zapytały „co to jest?”. Pewnie jako rodzic zastępczy powinienem myśleć nad każdym wypowiadanym słowem, ale wówczas bez jakiejkolwiek refleksji odpowiedziałem „to jest kupa jeża”. Powiedziałem tak jeden, jedyny raz. Teraz będę się bał zabrać kogokolwiek do sklepu, gdyż to określenie weszło do ogólnie stosowanego języka w naszej rodzinie.
Jest też coś, co mnie bardzo zastanawia. Generalnie staram się przy dzieciach nie przeklinać, ale w dobie epidemii, czasami zdarza mi się rzucić sformułowanie „ja pierdolę”.
Majka też czasami już zaczyna „pierdolić”. Ciekawe jest to, że dzieci tego nie podchwytują. Ich ulubionymi przekleństwami są nadal kupy, dupy, siusiaki, i... kupa jeża. A może to wcale nie są przekleństwa?

Czuję się źle z tym, że za jakiś czas będę musiał powiedzieć Bliźniakom, że nasz dom nie będzie już ich domem. Czuję się źle z tym, że za jakiś czas nie będę czuł potrzeby spotykania się z Ptysiami i rodziną, w której zamieszkają. Co nie znaczy, że postawię między nami jakiś mur nie do pokonania. 
W pewien sposób tym ostatnim stwierdzeniem zatrzaskuję sobie furtkę przed udostępnieniem tego bloga przyszłym rodzicom Ptysi. Może i dobrze.

Czasami staram się w jakiś sposób podsumować swój własny tekst.
Tak jest właśnie teraz. Napisałem go już kilka dni temu (więc pewne fragmenty są nieaktualne - znowu chodzimy do lasu), ale miałem duże wątpliwości, czy go opublikować. Zastanawiałem się, czy nie zostanie odebrany jak relacja ojca zastępczego, który zwyczajnie tym ojcem nie powinien już być.
Przeczytałem wszystko dzisiaj jeszcze raz, i doszedłem do wniosku, że przecież właśnie tak wygląda życie rodzin zastępczych. Ono nie jest różowe, co nie zmienia faktu, że jest satysfakcjonujące. Przyszłość wszystkich naszych dzieci jest w tej chwili jedną wielką niewiadomą. To, że nie wyobrażam sobie siebie w roli ojca adopcyjnego Balbiny, nie oznacza, że taki ojciec nie istnieje. To, że nie wyobrażam sobie rozstania z Bliźniakami, nie oznacza, że do tego rozstania nie dojdzie... i pewnie w przyszłości będzie miłym wspomnieniem.
Może teraz wygaduję bzdury. Może wielu rzeczy jeszcze nie doczytałem. Może powinienem zostać skierowany na cykl warsztatów poświęconych teorii przywiązania. A może zbyt długo przebywam w odosobnieniu.
Jednak, gdy patrzę na nasze dzieci zastępcze i ich związki z rodziną biologiczną, to dochodzę do wniosku, że dzieci potrzebują tylko kogoś, z kim mogą wejść w pewną relację. I to jest jedyna ich potrzeba. Nie ma jednak znaczenia, kim jest ta osoba (czy osoby). Mama Ptysi (być może z wielką ulgą) przyjęła wiadomość, że w czasie epidemii nie będzie się mogła spotykać ze swoimi dziećmi. Mama Bliźniaków odebrała tę informację ze zrozumieniem, jednak co kilka dni dzwoni i widzi się (o ile tak można powiedzieć) z chłopcami online.
A co na to dzieci? Teraz już mnie nie dziwi, że one nie tęsknią, nie dopytują. Wydaje mi się, że nawet wcale nie chodzi o to, że ich rodzice nie do końca byli dobrymi rodzicami. Te więzi, jakiekolwiek by one nie były, zwyczajnie przestały istnieć. Majka prowadząc wideokonferencję Bliźniaków z ich mamą, po niecałej minucie zostaje sama z mamą, bo chłopcy mają już ciekawsze zajęcia, niż odpowiadanie na pytania jakiejś pani, którą nazywają mamą. Teraz najważniejszym dla nich słowem jest „ciocia”.
Ptysie zapomniały nie tylko o mamie, ale nawet o swoim starszym bracie Billu. Przypomnę rysunek Balbiny, na którym miała przedstawić swoją rodzinę. Poza nią, był tam tylko Ptyś, Remus i Romulus.
Czas... Czas i łagodne rozluźnianie więzi. To jest chyba klucz. Najważniejsza rzecz w rodzicielstwie zastępczym.
Jeszcze całkiem niedawno uważałem, że rodzeństwa pod żadnym pozorem nie należy rozdzielać. Teraz dochodzę do wniosku, że czasami wręcz trzeba. Być może zdrowienie Ptysia wcale nie wynikało z naszych działań, lecz tylko z tego, że w przedszkolu był w innej grupie, niż jego siostra. 
A Balbina? Prawie cały wczorajszy dzień spędziła razem ze mną. Może to zbyt dużo powiedziane, bo ja byłem w swoim pokoju, a dziewczynka w swoim, tuż obok. Można to nazwać karą, albo konsekwencją jej wcześniejszego zachowania. Miała do wykonania zadanie, które zajęłoby jej nie więcej niż piętnaście minut. I z pewnością  jej to nie przerastało. Pozostała trójka chłopców bawiła się w tym czasie na placu zabaw w ogrodzie, a potem wyszła z Majką na spacer.
Balbinę ta sytuacja cieszyła. Mnie przerażała.

Majka mnie ostatnio zapytała, co sądzę na temat ewentualnego wysłania życzeń urodzinowych do Smerfetki. Nie byłyby to życzenia, które dziewczynka mogłaby odczytać, bo choć minęło już kilka lat, to jednak Smerfetka czytać pewnie nie potrafi. Byłoby to swego rodzaju zaproszenie do szlemika skierowane do rodziców dziewczynki. Może po tych paru latach coś się zmieniło. Może nie jesteśmy już zagrożeniem. Zawsze rodzice mogą powiedzieć „pas”... albo nic nie powiedzieć. Tak czy inaczej, dla Smerfetki jesteśmy już nikim. Pewnie już nawet nie jesteśmy wspomnieniem.
Ale te nasze dzieci zastępcze będą kiedyś miały kilkanaście lat. Jakie wówczas bedą ich potrzeby?

Najlepsze Blogi

czwartek, 2 kwietnia 2020

--- Epidemia


Minął już drugi tydzień dobrowolnej kwarantanny całej naszej rodziny. Prawie pełnej kwarantanny, bo jednak dwa razy w tygodniu ktoś musi wyjść po zakupy. To ja zostałem oddelegowany do tego zadania. Jakoś żyjemy, chociaż to dopiero początek.


Gdy te kilkanaście dni temu próbowaliśmy przewidzieć konsekwencje wspólnego spędzania czasu dzień w dzień, godzina w godzinę - to od razu założyliśmy, że to może trwać długo... bardzo długo. To założenie sprawiło, że od początku odrzuciliśmy pojawiające się rozmaite teorie, że jest to niepowtarzalny czas, w którym rodzina ma okazję być razem, w którym znacząco zaczną zacieśniać się więzi pomiędzy poszczególnymi jej członkami, w którym będzie można poznać uroki edukacji domowej... i być może się do niej przekonać.
Doświadczenia innych krajów jednoznacznie pokazywały, że w każdym z nich przemoc domowa wzrosła przynajmniej dwukrotnie. Przypuszczam, że wnioski takie były oparte głównie o sytuacje związane z przemocą fizyczną. A przecież jest też coś takiego jak przemoc emocjonalna, ciche dni, wygarnianie sobie dawnych win. Daleki jestem od twierdzenia, że wkrótce czeka nas baby boom. Prędzej fala rozwodów. Ludzie przyzwyczaili się do różnych form spędzania wspólnie czasu (ale też spędzania tego czasu osobno). I chociaż na co dzień narzekają na jego brak, zwłaszcza w odniesieniu do rodziny, to pewne schematy są już tak skostniałe, że mogą wytrzymać próbę tygodnia, dwóch, może trzech. Być może powoli wszyscy zbliżają się do wyczerpania potencjału dobrej woli.

Postanowiliśmy się przed tym ustrzec od samego początku, i w tym wspólnym więzieniu jak najczęściej być osobno.
Ustaliliśmy pewien plan dnia, który z niewielkimi modyfikacjami jest powielany codziennie. Postawiliśmy na rutynę i zasady. Jeszcze się to sprawdza, chociaż czasami nikt nie wie jaki jest dzień tygodnia.

Majka śpi na parterze ze Stokrotką, a ja na piętrze kontroluję nocne życie Ptysi i Bliźniaków. Obydwa rodzeństwa budzą się około siódmej nad ranem. Czasami pośpią do ósmej, ale bywa też, że ktoś wstanie po szóstej. Do pokoju dziennego schodzimy dopiero o dziewiątej. Do tego czasu cała czwórka dzieci ma zajęcia w podgrupach w osobnych pokojach. Będąc dwójkami, potrafią organizować sobie rozmaite zabawy i nawet nie generują zbyt wielkiego hałasu. Co jakiś czas tylko przychodzą do mnie i zadają pytanie „jak długo jeszcze?” Bliźniaki nawet zaczynają kojarzyć określenia związane z czasem. Wiedzą, że godzina to jeszcze długo, a pół jest już do zaakceptowania. Chociaż wolą mieć podawany czas w minutach, gdyż wówczas potrafią go sobie przełożyć na pokazywanie na palcach.
Ptysie za to przekładają ten określany przeze mnie czas na sformułowania „bardzo długo”, „długo”, „tak sobie”, „krótko” i „bardzo krótko”. Tyle tylko, że sami nie potrafią przypisać do tego określeń podawanych w minutach, czy godzinach. Gdy mówię „jeszcze godzina”, to Balbina zawsze pyta „to długo, czy krótko?” Ptyś nad ranem w zasadzie sam nie wychodzi z pokoju... no chyba, że musi naskarżyć na swoją siostrę. Buduje tory dla pociągów, albo jakieś budowle z rozmaitych klocków.

O dziewiątej wszyscy schodzimy na parter. Daję dzieciom coś do zjedzenia i robię kawę dla Majki i dla siebie. Przez prawie godzinę wszyscy jesteśmy razem. Stokrotka dosypia na moich kolanach, wysłuchujemy wiadomości w telewizji, wymieniamy z Majką uwagi dotyczące przebytej nocy. Dzieci są siebie stęsknione, więc przez jakiś czas jest w miarę spokojnie. Wystarczają krótkie komunikaty kierowane do nich raz po raz, typu „ciszej”, „Romulus”, „Balbina”, „Hej, hej”.

Później ja idę do pracy (czyli do pokoju na piętrze). Moja sytuacja zawodowa właściwie zupełnie nie uległa zmianie. Od dawna pracuję zdalnie, a moi klienci nie pozamykali swoich przedsiębiorstw. Tylko może nieco mniej przejmuję się tym, co dociera do ich uszu, gdy rozmawiamy przez telefon. Czasami ktoś zapyta „Boże, co się tam u pana dzieje?” - proszę się nie przejmować, to tylko kwarantanna.



Po drugim śniadaniu wychodzimy z dziećmi na spacer do lasu. Ja tylko co drugi dzień, bo jednak będąc w lesie nie połączę się z nikim i nie „wejdę” na jego komputer. Prawie zawsze pokonujemy tę samą trasę... mniej więcej pięć kilometrów. Zastanawiam się, kiedy nasze dzieci przestaną zatrzymywać się przy każdym rozwidleniu dróg, pytając „a teraz gdzie?”.
Staramy się ten czas spaceru również wykorzystać na naukę. Uczymy dzieci rozpoznawać drzewa (przynajmniej brzoza i reszta), mówimy że kwiaty leszczyny, to nie robaki (chociaż podobnie wyglądają), przypominamy jakie owoce rosną na jakich drzewach. Bawimy się w kalambury i zadajemy zagadki typu „ma czerwony kapelusz i stoi w lesie na jednej nodze”. Jednak trzeba jeszcze wielu powtórzeń. Muchomora nikt nie może odgadnąć i jak w „Dniu świstaka”, Romulus codziennie odpowiada, że to biedronka, a Balbina że żyrafa.

Majka kiedyś zadała pytanie:
  • Pamiętacie co rośnie na dębie?
  • Cisza
  • No co to jest? Żo...? Żo...?
  • Rzodkiewki! (Remus)
Dawniej w lesie spotykaliśmy najwyżej innych mieszkańców naszej wsi. Teraz jest to teren spacerowy dla rozmaitych rodzin, które podjeżdżają samochodami (zupełnie jak ma to miejsce jesienią, gdy jest wysyp grzybów). W pewien sposób bawi mnie to, że każdej z tych rodzin wydaje się, że na takim zadupiu będzie tylko sam na sam z naturą. Dziwi się więc, gdy idąc leśnym traktem, nagle zauważa naszą bandę. No i jest konsternacja... przejść obok, wycofać się, czy wydeptać nową ścieżkę byle jak najdalej od nas. Trzeci wariant jest najczęściej stosowany. My nie ustępujemy... to przecież „nasz” las.
Chociaż od dwóch dni las znowu się wyludnił. Pewnie niektórzy się zastanawiają, czy to przypadkiem nie jest park, albo bulwar. W razie czego będziemy się tłumaczyć, że jesteśmy wyznawcami panteizmu i jest to dla nas miejsce kultu. Na wszelki wypadek chodzę z Majką po tych leśnych ścieżkach w odległości dwóch metrów, chociaż posiłki jemy przecież przy jednym stole. Dziwne czasy nastały.

Po powrocie z lasu, dzieci znowu coś jedzą. Teraz wszyscy ciągle są głodni. Gdy jadę do sklepu, to wciąż czuję się jak wirusowy panikarz, bo zawsze robię dwa kursy z piętrowym wózkiem.
O trzynastej znów się rozdzielamy. Dzieci idą na piętro na popołudniową drzemkę. Ptysie spędzają mniej więcej dwie godziny w swoim pokoju, Bliźniaki w swoim, ja w swoim , i Majka ze Stokrotką w swoim. Wszyscy odpoczywamy od siebie.



Po obiedzie teoretycznie mają miejsce zajęcia edukacyjne. Teoretycznie... bo praktycznie często dzieci wychodzą do ogrodu – na trampolinę, huśtawki, zjeżdżalnię, do piaskownicy. Wszystko zależy od pogody.
Zadania, które dostajemy z przedszkola realizujemy bardzo selektywnie. Niestety każde z naszej czwórki dzieci uczęszcza do odrębnej grupy. Oznacza to tyle, że dla każdego codziennie otrzymujemy program, którego realizacja pochłonęłaby przynajmniej dwie godziny.
Robimy więc wspólnie to, co wydaje nam się najciekawsze. W tym momencie bardzo się cieszę, że nie mamy dzieci szkolnych... choćby takiego Billa (starszego brata Ptysi). Gdy kiedyś był u nas i moim zadaniem było nauczenie go piosenki, to po dwóch godzinach zdołał zapamiętać dwa wyrazy refrenu. Jak takiego chłopca utrzymać przy komputerze i wyegzekwować naukę on-line? Przecież on wprost mówi, że nie chce się uczyć. Może faktycznie, w obecnej sytuacji, należałoby każdemu dać promocję do następnej klasy i tak okroić program (wyrzucając zbędne fajerwerki), aby po roku czy dwóch zniwelować braki jednego semestru. Ale co z egzaminami? A może obligatoryjnie usadzić każdego na drugi rok w tej samej klasie? Dublowanie się roczników mamy już przecież przerobione. Chyba nie ma tutaj prostych rozwiązań, a jedyną rzeczą, co do której panuje ogólna zgoda jest to, że nauczanie zdalne przerasta wszystkich... dzieci, rodziców i nauczycieli.


Czym jest wirus dla naszych dzieci? Niedawno do pokoju wleciał trzmiel. Dzieci nie miały wchodzić, dopóki owad nie wyleci przez otwarte drzwi. Koronawirus jest chyba postrzegany przez nie w taki sam sposób, chociaż wszyscy wiedzą, że nie można go zobaczyć. Ale wiedzą, że jak wyleci, to wszystko znowu będzie takie jak dawniej.

Największe problemy z adaptacją w nowych warunkach ma Remus. Tłamszą go wszelkiego rodzaju ograniczenia, a nawet przewidywalność każdej godziny, która jest przed nim. Potrafi stanąć i krzyczeć „ja muszę gdzieś wyjechać, muszę pójść do sklepu, chcę iść na plac zabaw!”. Dobrze, że kilkadziesiąt metrów od naszego domu zaczyna się las, a w ogrodzie mamy całkiem przyzwoite wyposażenie służące zabawie. A jednak Remus postrzega to jako ograniczenie swojej wolności. Od dwóch tygodni nigdzie nie pojechał samochodem, nie spotkał innych ludzi. Stał się najbardziej oportunistycznym członkiem naszej rodziny. Przestały go interesować nasze zasady, kieruje się tylko swoim dobrem. Nawet w środku nocy często słyszę, jak przez sen krzyczy „nieee! nieeee!”

Balbina chyba najlepiej przystosowała się do nowych warunków, chociaż o nią obawiałem się najbardziej. Drżałem, że może będzie chciała rozpocząć wojnę na wielu frontach, że będzie się awanturowała o wszystko. A jednak jest lepiej niż było kiedyś. Bywa, że trójka chłopaków szaleje, a Balbina jest do rany przyłóż. Można z nią porozmawiać, poprosić aby zrobiła to, czy tamto... i ona to robi.
Niewątpliwie żyjemy w czasie, gdy dużo więcej czasu spędzam z dziewczynką. Niemal każdą chwilę wykorzystuje, aby się do mnie przytulić, usiąść mi na kolanach, albo chociaż być w moim pobliżu. Zaczęła do mnie mówić „wujuś”. Potrafimy się do siebie przytulić tak zupełnie szczerze, bez żadnych podtekstów, nie zastanawiając się jaki może być tego cel. Przez moment planowałem wygaszać wątek Balbiny na tym blogu. Bo i po co pisać, że robi coś źle, albo jeszcze gorzej.
Ale te jej zachowania są tak specyficzne, że trudno o nich nie pisać. A do tego mogą być powielane w rodzinie, w której dziewczynka za jakiś czas się znajdzie.
Dlaczego Balbina nie wchodzi na kolana Majce? Dlaczego do niej się nie przytula?
Czy ona nie próbuje mną manipulować? Czy przypadkiem nie próbuje podmienić Majki, wejść w jej rolę?

Ostatnio (w ramach edukacji domowej) Balbina dostała polecenie narysowania swojej rodziny.
  • Ale kogo mam narysować?
  • Kogo chcesz, tego kto jest dla ciebie ważny... mamę, Ptysia, Billa, babcię, a może ciocię, albo wujka.
Balbina narysowała cztery postaci: siebie, Ptysia, Remusa i Romulusa. Mimo sugestii Majki, pominęła wszystkich dorosłych. Nikomu nie ufa, czy nikomu nie chce zaufać?

Ptyś jest coraz trudniejszy... a jednocześnie coraz bardziej normalny w sensie rozwojowym. Chociaż ta jego normalność jest spóźniona o jakieś dwa, a może i trzy lata. Ale może chłopiec musi wrócić i ponownie przeżyć okres, którego nigdy nie przeżył? Ptyś zaczyna bić innych, pluć na nich. Jego reakcja na tłumaczenie jest bardzo dziwna. W zasadzie to bym napisał, że robi z siebie klauna. Jednak Majka mówi, że klauna robi z siebie Remus i do tego potrzebna jest inteligencja. No to nie pozostaje mi nic innego, jak stwierdzenie, że Ptyś robi z siebie idiotę. Próbuję mu zatem tłumaczyć, że nie należy pluć na kogokolwiek, a on na to „ale wujek jest głupi, cha, cha”. Najciekawsze jest to, że on wcale nie chce być złośliwy. On nie chce mi dowalić... to ma być taki dowcip.
Ale... Ptysia będę bronił. Może on nie jest grzeczny, może nie jest błyskotliwy... jednak jego ogromny postęp w ciągu ostatniego roku robi na mnie tak duże wrażenie, że pewne jego zachowania traktuję jako koszt procesu zdrowienia.
Kilka dni temu dostał solidną reprymendę... chyba kogoś pobił. Nie zawiesił się, nie uciekł, a nawet próbował się tłumaczyć. W ogrodzie nie okopuje się już na kilka godzin, tylko wraca po kilku minutach.
Chociaż konieczność ciągłego przebywania z tymi samymi ludźmi (czyli z nami), też nie pozostaje bez wpływu na jego psychikę. Ściany w pokoju Ptysi zaczynają przypominać freski z Kaplicy Sykstyńskiej... tyle, że wykonane przez Jacksona Pollocka. Początkowo o te rysunki naścienne podejrzewałem Balbinę. Nigdy nie udało mi się nikogo przyłapać w trakcie tworzenia swojego dzieła. Mam wrażenie, że powstają one pod osłoną nocy, a narzędzia służące do ich wykonania są skrzętnie ukrywane w jakichś zakamarkach pokoju (tajnych skrytkach). Jednak dwa dni temu przyłapałem Ptysia na rysowaniu w książce. Nie była to żadna kolorowanka, lecz zwyczajna książka z bajkami. Od razu rozpoznałem ten sam styl, który widuję na ścianach... ekspresjonizm abstrakcyjny.
Ptyś stał się też maniakiem ustawiania termostatu przy grzejniku. Pewnie wydaje mu się, że jak robi to nocą, to nikt się o tym nie dowie. Nie rozumiem tylko, że jest mu wszystko jedno, czy budzi się w temperaturze 27 stopni, czy jedynie piętnastu.

Pozostało mi jeszcze do skomentowania zachowanie Romulusa. W jego przypadku widzę największy regres zachowań. Kilka miesięcy temu pisałem, że chłopiec zaczyna panować nad swoimi emocjami. Podnosi na kogoś rękę i po chwili zawahania, jednak odpuszcza. Wie, że bicie jest złe. Wystarczyły dwa tygodnie odosobnienia, by szlag trafił wszystkie dotychczasowe normy moralne. Trudno jest nam zapanować nad jego agresją skierowaną do wszystkich dzieci. Nie jest to może jakieś bardzo brutalne zachowanie, gdyż fizycznie nikomu wielka krzywda się nie dzieje. Jednak chłopiec nie potrafi tego kontrolować... musi komuś coś zepsuć, zabrać zabawkę, popchnąć, czy uderzyć... zupełnie bez powodu.
A z drugiej strony ciągle się do mnie przytula i mówi „wujeczku mój kochany”. Gdy dwa dni temu wciąż burzył misternie układane tory przez Ptysia, i już miał dostać wypad na schody, nagle powiedział do mnie „wujeczku, ale ty jesteś moim przyjacielem”. Nie wyleciał, potraktowałem to jako świetną okazję do rozmowy, tłumaczenia, i zapewnienia go o moich uczuciach. Pomogło na pięć minut.

O mały włos zapomniałbym o Stokrotce. Może dlatego, że tutaj wszystko przebiega wzorcowo. Rozpieściliśmy dziewczynkę do tego stopnia, że nie zasypia już inaczej niż na rękach, albo w wózku na spacerze. Gdyby nie epidemia, to właśnie uprawomocniałaby się decyzja sądu o odebraniu jej mamie praw rodzicielskich. Opinia psychiatryczna ze szpitala, w którym przebywa, nie pozostawia żadnych wątpliwości jak wszystko się zakończy.

Tak więc koronawirus otworzył zupełnie nową kartę. Obnażył moje przekonanie, że wszystko mam już pod kontrolą, że wiem czego mogę się spodziewać po każdym z naszych dzieci. Mam tylko nadzieję, że nikt nie wyda zakazu wychodzenia do własnego ogrodu, bo wtedy zwariujemy. Majka dzisiaj zaczęła już mówić podobnie jak Remus.
We mnie z kolei narasta frustracja związana z moją fobią, że coś się zepsuje i nie będę potrafił tego naprawić... a fachowców, to teraz można szukać ze świecą. Kilka dni temu mieliśmy awarię w kuchni. Woda sikała na odległość, zawiodły nawet zaworki przy wężykach do baterii. Na szczęście zawór główny okazał się w miarę szczelny. Co by było, gdyby były pozamykane wszelkie sklepy budowlane?

Tak więc cała sytuacja, w której się znaleźliśmy, często prowokuje mnie do rozmyślań typu „co by było gdyby?”. Nie ma przecież żadnej pewności, że wirusa w naszej rodzinie jeszcze nie ma. A może już go nie ma? Co będzie, gdy się jednak pojawi? No i co by się stało, gdyby nagle Majkę trzeba było podłączyć do respiratora (jak ktoś całkiem poważnie napisał w jednym z komentarzy... do depilatora)? A co stałoby się z naszymi dziećmi, gdybym i ja musiał do niej dołączyć?
Ciekawy jestem, czy ktoś zadaje sobie takie pytania, i czy istnieją jakieś procedury, które w takich przypadkach należałoby wdrożyć.
Czy możemy zatem spodziewać się umieszczenia u nas dzieci z innych rodzin zastępczych? Pewnie tak. A czy może do nas trafić jakieś dziecko w trybie zabezpieczenia pieczy (nagle, z rodziny biologicznej)? Tutaj uważam, że prawdopodobieństwo jest dużo mniejsze. Kuratorzy nie wychodzą w teren, pracownicy socjalni i asystenci rodziny pewnie też nie. Policja jeździ po parkach albo sprawdza odległości pomiędzy klientami ustawionymi w kolejce. Aż strach pomyśleć co się w tej chwili dzieje w dysfunkcyjnych rodzinach, które dotychczas były monitorowane przez różne służby.

Na tę chwilę muszę powiedzieć, że nawet czuję się zaopiekowany przez Jowitę (naszą koordynatorkę). Mimo, że teraz pracuje na pół zdalnie, to jednak jesteśmy w stałym kontakcie. Próbuje wydobyć akt urodzenia Stokrotki, obdzwania sądy Ptysi i Bliźniaków, rozmawia z asystentami rodziny mam obu rodzeństwa.
Jesteśmy zapewniani o pomocy w przypadku jakichkolwiek problemów. Dostaliśmy telefony do kilku psychologów, którzy są gotowi nam pomóc w sytuacji kryzysowej. Nawet przeszedł nam przez myśl pewien niecny pomysł, aby zadzwonić i powiedzieć, że mamy już ochotę pozabijać nasze dzieci zastępcze. Ciekawe jaka byłaby reakcja?
Jednak szybko odpuściliśmy. Może za kilka tygodni zaczniemy się topić... a wtedy nikt nie poda nam ręki.

Ale na akt urodzenia Stokrotki czekamy z niecierpliwością. Przecież my nawet nie wiemy jak ona ma na imię.


Najlepsze Blogi

sobota, 14 marca 2020

--- Czy jestem dobrym ojcem zastępczym?


Co jakiś czas czuję potrzebę zresetowania się w jakiejś dziedzinie. Bywa, że jest to praca zawodowa, czasami finanse, innym razem chodzi o natłok informacji natury gospodarczo-politycznej. Bywało też, że miałem już szczerze dość czytania czegokolwiek na temat ogrodnictwa... chociaż jest to przecież mój konik.
Niedawno musiałem odetchnąć od wszystkiego co dotyczy dzieci. Nie w sensie fizycznym... wręcz przeciwnie. Potrzebowałem być z naszymi dziećmi z pominięciem wszelkich teorii i metod wychowawczych. Musiałem uporządkować swoje myśli i odpowiedzieć sobie na pytanie „jakim właściwie jestem ojcem?”. Przestałem czytać o radościach i problemach innych rodzin. Odstawiłem fora społecznościowe na prawie trzy tygodnie.
Z dużą trudnością napisałem poprzedniego posta na tym blogu, chociaż dotyczył on przecież Stokrotki, z którą uwielbiam spędzać czas.
Podarowałem sobie ocenę Bliźniaków na ostatnie posiedzenie zespołu. Bo i po co? Niczego już ona nie zmieni.

Kim więc jestem? Kim jestem dla naszych dzieci zastępczych? Może już czas zakończyć etap życia zwany pogotowiem rodzinnym?

Może... Może ktoś tak uzna. No ale ja jeszcze nie.

Długo się przed tym broniłem, ale w końcu powiedziałem sobie wprost, że nie rozumiem wielu innych rodzin zastępczych. Nie rozumiem ich misyjnego postrzegania samych siebie. Ja jestem inny. Mogę takim być?

Zupełnie inaczej rozumiem pojęcie „dobro dziecka”. Co ono właściwie oznacza i czym jest dla tego konkretnego dziecka?
Ktoś mi kiedyś w jakimś komentarzu napisał, że nawet najgorsza rodzina zastępcza jest lepsza niż placówka. W teorii może tak.
Jednak gdyby Kapsel nadal był z nami, to zdecydowanie miałby gorzej niż teraz, gdy przebywa w domu „sióstr pingwinów”. Kiedyś do Majki zadzwoniła mama chłopca. Może pomyliła numer, a może faktycznie chciała się wygadać. Nie zamierza już składać żadnego wniosku o przywrócenie praw rodzicielskich. Nie daj boże, ktoś chciałby, aby chłopiec znowu zamieszkał razem z nią. Jej wystarczy kilka tygodni, a nawet dni spędzonych z Kapslem... i ma go już dość. Powinienem napisać, że jej nie oceniam. Ale jednak oceniam. Ma drugie dziecko i jakoś sobie radzi. Kapsel z dużym prawdopodobieństwem wszystko by zniszczył.

Wiele osób uważa, że domy dziecka i domy pomocy społecznej są placówkami, których trzeba się pozbyć... że jest to jakiś relikt przeszłości dziwnym trafem całkiem dobrze funkcjonujący w naszym kraju.
Co do zasady, się zgadzam.

Ale czy mamy jakąś alternatywę?
Przecież u nas istnieją rodziny, które są dysfunkcyjne z pokolenia na pokolenie. Takie, w których nikt nie zainteresuje się dzieckiem swojej siostry, brata... a nawet dzieckiem swojego dziecka. A nawet jak się zainteresuje, to nie ma ochoty, czy też możliwości podjęcia się opieki. Majka niedawno napisała w komentarzu, że byłaby za szybszym odbieraniem dzieci z takich nieprawidłowo funkcjonujących rodzin.
Ja w zasadzie też, ale tylko do pewnego wieku tych dzieci lub w przypadku skrajnego ich zaniedbania, albo krzywdzenia. Może czasami lepiej pozwolić tym dzieciom pozostać w rodzinie i wbrew wszelkim zasadom próbować ją wspierać.
Nie jesteśmy Włochami, Anglią, czy Australią. Ale też nie jesteśmy Kenią, czy Marokiem.
Znowu się pogrążam? Może... ale w ostatnim czasie poznałem historie wielu dzieci, które dla ich dobra były przerzucane z jednej rodziny do drugiej. To są dzieci tak poranione emocjonalnie, że moim zdaniem lepszym rozwiązaniem byłoby od razu umieszczenie ich w placówce, a może nawet pozostawienie w dysfunkcyjnej rodzinie biologicznej (wspieranej na ile się da).

Niedawno była u nas koordynatorka Jowita i z pewnym żalem stwierdziła, że dla trójki naszych Ptysi raczej nie uda się znaleźć rodziny zastępczej. Nie wiem czy była bardziej zdziwiona, zasmucona, czy zadowolona, gdy stwierdziłem, że moim zdaniem każde z dzieci powinno zamieszkać w osobnej rodzinie. Współistnienie Ptysi powoduje ciągłe bycie w przeszłości... ciągłe wracanie do wspomnień, które są złe. Może się czepiam, ale drobne rzeczy powodują skojarzenia sprzed wielu miesięcy. Do czego może służyć plastikowy miecz? Dla dziecka molestowanego seksualnie (niekoniecznie fizycznie), nie zawsze do odrąbania komuś głowy, chociaż to nawet mieści się w moich standardach rozumienia sensu istnienia miecza.

Największe problemy mamy z Balbiną. Czasami się zastanawiam, czy nawet rodzina zastępcza, która zostałaby przeszkolona tylko dla tej konkretnej dziewczynki, dawałaby gwarancję tego, że zacznie ona funkcjonować w miarę poprawnie. Niedawno przy okazji jakiejś dyskusji, ktoś wspomniał o takiej możliwości, opierając się na swoim przykładzie kilkuletniego chłopca. Zadałem pytanie, jak potoczyły się dalsze losy tego dziecka, jakie są refleksje jego rodziców zastępczych? Okazało się, że chłopak spędził fragmenty swojego życia w trzech różnych rodzinach zastępczych, by ostatecznie znaleźć się w placówce. Do tego wcale nie był jedynym dzieckiem w rodzinach zastępczych. Podejrzewam, że był tylko ich jedynym dzieckiem zastępczym... ale rodzice mieli też dzieci biologiczne, bądź adoptowane.
Dlatego ostatnio często się zastanawiam, czy tego chciałbym dla Balbiny? Czy warto podejmować ryzyko? Kto powinien podjąć taką decyzję?
Rodziny zastępcze często narzekają na swoje PCPR-y (czy inne MOPS-y), że niewiele mogą, że ich zdanie zupełnie się nie liczy. U nas niestety się liczy, bo jesteśmy pytani o zdanie i jest ono brane pod uwagę. Napisałem „niestety”, gdyż wiąże się to z ogromną odpowiedzialnością. Czy powinniśmy zasugerować, że Balbina nie powinna pójść do tej samej rodziny, co Ptyś (bo szkoda chłopaka)? Czy powinniśmy zasugerować, że Balbina powinna pójść do placówki? Myślę, że każda rodzina zastępcza potępiłaby nas za takie mówienie... pewnie nawet PCPR by się zdziwił.
Czym jednak jest dobro dziecka? Czym jest dobro Balbiny? Czy dziewczynka nie trafi do rodziny, w której skończy jak mama naszej Stokrotki? To nie była zła rodzina. Nawet powiedziałbym, że zbyt dobra.

Często też się spotykam z twierdzeniem, że rodzin zastępczych jest w Polsce wystarczająca ilość, aby żadne małe dziecko nie musiało być umieszczane w placówce. Aby wreszcie przestano budować kolejne domy dziecka, aby respektowano to, że dziecko do dziesiątego roku życia nie może znaleźć się w placówce. Tak, ja też bym tak chciał. I zlikwidowanie bezsensownej rejonizacji pewnie nieco by sprawę polepszyło. Tylko tutaj mam dwie uwagi. Skoro chcemy dbać o korzenie dzieci w rodzinach zastępczych, to dlaczego drugą ręką je podcinamy? Babcia Ptysi ma do przejechania ponad 300 kilometrów, aby zobaczyć swoje wnuki (z czego dwoje jest takich trochę patchworkowych).
Jest to prosta osoba (w sensie otwartości, prostolinijności, chociaż też z niewielką wiedzą na tematy wychowywania dzieci), ale na pewno nie prostacka. Stara się, pokonuje te kilkaset kilometrów raz na dwa miesiące... a ma ponad siedemdziesiąt lat. Czy mama dzieci byłaby do tego zdolna? Albo Helmut (partner mamy), który kiedyś walczył o dzieci i ich mamę pisząc pisma do prokuratury na wredny system, który odbiera rodzinie dzieci i godność? Teraz pisze pisma do sądu dyskredytujące mamę. Być może faktycznie dziewczyna zdecydowała się od niego odejść.

Nie znam żadnych danych dotyczących ilości rodzin zastępczych w Polsce. A nawet gdybym je znał, to pewnie nikt nie prowadzi żadnych statystyk dotyczących tego, ile dana rodzina chciałaby przyjąć dzieci, jak bardzo chore albo zaburzone, no i... czy ta rodzina nie jest tylko zapisem w bazie danych. Katolików „na papierze” też w naszym kraju jest całkiem sporo.
Nasz powiat jest jednym z największych w kraju. A jednak są ogromne trudności ze znalezieniem rodzin dla wielu dzieci. Jest sporo kandydatów na rodziców zastępczych, którzy nawet nie zostają zakwalifikowani do odbycia szkolenia. Są rodziny, które są przeznaczone do wygaszenia, oraz takie w których nikt nie ośmieli się umieścić żadnego dziecka. Kto o tym decyduje? Nie wiem, ale raczej nie tylko pani Kasia, albo Basia z PCPR-u.
A pomimo tego, są też zwrotki (czyli dzieci, które przebywając w rodzinie ponownie wracają do systemu). Czy rodzinom, które oddają dzieci, odbiera się kwalifikacje? Nie mam pojęcia. Być może są już to tylko martwe dusze mające jedynie odzwierciedlenie w statystykach.
Czy znajdzie się rodzina dla Balbiny? Czy warto jej szukać? A może lepiej zafunkcjonuje w placówce? Domyślam się, że wielu osobom trudno jest w tej chwili zrozumieć, że cały czas mam na myśli dobro dziewczynki.

Majka rozmawiała ostatnio z panią Jolą - psycholożką z naszego przedszkola. Zabrała z sobą notatnik, aby zapisać wszelkie uwagi, bo może robimy coś źle, albo może możemy robić coś lepiej... inaczej. Kilka dni wcześniej skończyła czytać książkę Agnieszki Stein „Dziecko z bliska”, po której doszła do wniosku, że wszystko co robiliśmy wychowując nasze dzieci biologiczne, to jedna wielka porażka. Zabieram się do przeczytania tej pozycji i jestem ciekawy swoich odczuć.
Okazuje się, że rodzicielstwo bliskości ma bardzo różne oblicza. Majka wróciła z dwoma wpisami, chociaż rozmowa trwała trzy godziny. Balbina wymyka się wszelkim zasadom. Jej próby przejmowania kontroli w przedszkolu są dużo bardziej otwarte niż u nas w domu, i jeszcze bardziej natarczywe, niż nam się wydawało.
Co w jej przypadku można przyjąć z filozofii rodzicielstwa bliskości? Pracowanie nad swoją złością i odpowiadanie sobie na pytanie, dlaczego akurat to zachowanie się nam nie podoba. Co się stanie, gdy powiemy „okej, niech będzie tak jak chcesz”.
Niby proste, a jednocześnie strasznie trudne w przypadku dziewczynki.
Kilka dni temu dzieci przyszły z przedszkola. Romulus i Balbina wbiegli do mojego pokoju na piętrze, w którym miałem na kolanach Stokrotkę. Romulus położył się obok mnie z lewej strony, a Balbina z prawej. Moja lewa ręka muskała delikatnie twarz Romulusa, a prawa... robiła dokładnie to samo. Chociaż właściwsze byłoby stwierdzenie, że tak samo. Jednak ta lewa ręką była ręką miłości, a ta prawa bezdusznym ramieniem robota wykonującym zaprogramowane zadanie. Czy Balbina to wyczuwa? A czy ja jestem w stanie zaprogramować się na miłość?
Balbina przeszła ze mną w fazę otwartej wojny. Nie wykonuje moich poleceń, wykrzykując do tego najczęściej „Nie! Nie!... Nieeee!!!” Wczoraj pobiła Romulusa. Gdybym nie był świadkiem tego zdarzenia, to pomyślałbym, że zapewne miała jakiś powód, bo chłopiec też święty nie jest. Zapytałem dlaczego to zrobiła? W odpowiedzi usłyszałem „bo chcę cukierasa”. Próbowałem doszukać się w tym stwierdzeniu jakiejś logiki. Czyżby pobiła go za to, że w naszym domu nie ma cukierków? A do tego skąd takie określenie - „cukieras”?
Balbinie zdarzają się proste teksty skierowane w moją stronę, typu „nie lubię cię”. No i to nawet mogę zrozumieć, ale już skąd sformułowanie „ja pójdę po prąd i cię zabiję”? Co w tym dziecku jeszcze siedzi?

Parę dni po rozmowie z panią psycholog miało miejsce spotkanie rodziców przedszkolnych z panią Sławką, która na co dzień prowadzi zajęcia z integracji sensorycznej, a w przedszkolu ma kilka, czy kilkanaście godzin w tygodniu z dziećmi z rozmaitymi deficytami. Również Ptyś będzie na te zajęcia uczęszczał, ale chyba jeszcze czekamy na opinię psychologa z naszej poradni.
Nawiasem mówiąc, gdy pani ta podała kilka przykładów rozmaitych zachowań, to stwierdziłem, że mi również być może przydałaby się jakaś terapia (i piszę to zupełnie poważnie). Jeżeli dziecko ma jakąś jedną cechę, na przykład lubi chodzić boso, to być może po prostu lubi chodzić boso. Ale jeżeli tych elementów jest więcej?
Nie lubię mieć obcinanych włosów, nie pozwoliłbym komuś obciąć sobie paznokci, nie lubię nadmiernej bliskości innych osób. Nie cierpię chodzić do dentysty, a nawet do innych lekarzy (na szczęście innych jeszcze nie muszę odwiedzać). Dlaczego lubię chodzić boso? Czy przypadkiem nie uwierają mnie skarpetki? A może jeszcze metka od koszulki?

Wracam jednak do rodzicielstwa bliskości w rozumieniu naszego przedszkola. Jednak danie przedszkolakowi do wyboru jednej z dwóch koszulek nie jest manipulacją jak to Majka przeczytała we wspomnianej książce. Ono nie potrafi jeszcze w tym wieku wybrać koszulki mając otwartą całą szafę... potrzebuje wsparcia rodzica, jakiejś sugestii. W tym momencie nasunął mi się przypadek Billa (najstarszego z Ptysi), którego mama zaprowadziła do przedszkola w piżamie, twierdząc że tak chciał. Bo pewnie tak chciał, a ona w stu procentach podążyła za swoim dzieckiem.
W jednej z naszych grup przedszkolnych (przynajmniej w jednej), dzieci mogą bawić się zabawkami tylko na dywanie. To dziecko, które znacznie oddali się ze swoją zabawką poza obręb dywanu, ma ją odbieraną. Jest to konsekwencja wynikająca z ustalonych zasad. Ale nie naturalna konsekwencja. Można powiedzieć, że zwyczajna kara. A jednak jest to przez wszystkich akceptowane. Co najważniejsze, przez same dzieci. Gdy któreś wyjedzie ze swoim samochodzikiem pod same drzwi, to samo zostawia zabawkę i bez niej wraca na dywan.
Może to ja się za bardzo przejmuję i ostrzegam Balbinę wiele razy... przecież ona też doskonale zna zasady. Dzisiaj tłukła Ptysia zupełnie bez sensu i za nic. Mówiłem kilka razy „nie bij go”. W końcu powiedziałem „jeszcze raz, i będziesz miała wypad”. Spojrzała na mnie i z uśmiechem na ustach zdzieliła go przez łeb. Wyleciała na schody i wyła przez kilkanaście minut.


Zupełną przeciwnością Balbiny jest Ptyś, który potrafi przyjść, przytulić się i powiedzieć „wujku, kocham cię”. Często się zastanawiam, co jest przyczyną tak skrajnych zachowań tego rodzeństwa. Czy jest możliwe, że Ptyś, który przyszedł do nas niczym zastraszone zwierzątko z łatką swojej mamy że nie jest do końca normalny, w jakiś podświadomy sposób chronił swoją psychikę?
Po rozmowie z Majką (po przyjściu od pani psycholog), która trwała prawie kolejne trzy godziny, doszedłem do wniosku, że przynajmniej ja pozwalam Balbinie na dużo więcej, niż innym naszym dzieciom... tak dla świętego spokoju. Po wyjściu z kąpieli, jest jedyną, którą wycieram ręcznikiem. Ona twierdzi, że nie potrafi, a ja nie mam ochoty na kolejną aferę o nic. Jednak kilka dni temu Remus (który jeszcze nie zdążył się wytrzeć) przeszedł obok niej i niechcący zostawił jej na ręce trochę piany. No i zaczęła się „jazda”. Czasami się zastanawiam, czy pisanie o Balbinie, że „wyje”, nie jest jest jakąś formą wyrażania mojej złości – bo przecież powinienem napisać, że „płacze”. Ale pocieszyło mnie, gdy z ust kilku osób z przedszkola, też usłyszałem takie określenie. Bo to nie jest płacz.
No i co powinienem zrobić z tą Balbiną po kąpieli? Wytarłem jej szybko tę pianę i powiedziałem, że przecież nic się nie stało. Jednak niczego to nie zmieniło... wyła dalej. Pewnie należało ją przytulić i powiedzieć, że ją kocham. Ale już mi się nie chce, bo próbowałem wiele razy... no i wcale jej nie kocham.
Ptysia przytuliłem kilka razy, gdy kiedyś widziałem, że zaczyna się zawieszać. Nie wiem, czy akurat to pomogło, ale teraz takie zachowania już nie mają miejsca. Jak długo mam przytulać wyjącą Balbinę, która w tym momencie wcale tego przytulenia nie chce?
Tutaj wtrącę pewną opinię pani Sławki (którą w pełni podzielam), że dziecka, które rzuca się na ziemię (w takiej kategorii widzę zachowania Balbiny) nie trzeba brać pod pachę i wychodzić z nim wbrew jego woli... o ile nie leży na środku jezdni. Jeżeli nie chce się przytulić, to takie jego prawo. Jednak pewną granicą jest agresja (czy to w stosunku do siebie, czy też innych osób). Co zatem powinienem zrobić, gdyby Balbina wyjąc, zechciała na przykład mnie kopać, albo okładać pięściami? Powinienem ją przytulić. Ale przecież ani ona tego nie chce w tym momencie, ani ja nie mam takich potrzeb. Byłaby to zwyczajna pacyfikacja, zwyczajna przemoc mająca na celu tylko obezwładnienie dziewczynki... chociaż ładnie nazwana.
Przemoc ma bardzo różne oblicza. W stosunku do Balbiny jest ona w zasadzie na porządku dziennym, chociaż często nazywam ją konsekwencją. Ostatnio poprosiłem dzieci, aby posprzątały porozrzucane zabawki. Ptyś i Remus zabrali się do pracy (chociaż temu drugiemu musiałem co chwilę przypominać, że właśnie sprząta). Romulus? Duża zmiana... dopiero po kilku ponagleniach zabrał się do pracy. Balbina stanowczo powiedziała swoje „nie!”. Przypominałem jej co chwilę „Balbina sprzątaj”... na co ona nadal konsekwentnie „nie!”. Kilka ostatnich zabawek sam wrzuciłem do pudeł, po czym powiedziałem „chłopcy siadajcie do stołu – będzie deser”. Balbina była pierwsza na krześle. Tym razem ja powiedziałem „Sorry Balbina, ale nie”. Oj, wycie trwało przynajmniej pół godziny.
Co się zmieniło na przestrzeni czasu (w ciągu ostatnich kilku miesięcy)? Teraz Ptyś w pewnym momencie przestaje sprzątać, twierdząc, że swoje już zrobił (choć kiedyś tak nie było), a Romulus zaczyna mieć coraz większy „olew”, bo przecież skoro Balbina nie musi, to dlaczego on musi. Oj ciężkie będą najbliższe dni przymusowej kwarantanny w domu.

Odwołam się jeszcze do wspomnianego wcześniej behawioralnego elementu rodzicielstwa bliskości z naszego przedszkola, polegającego na oddaniu zabawki po przekroczeniu obszaru wyznaczonego dywanem.
Czym różni się to od odebrania Balbinie deseru? Tym, że Balbina albo nigdy się nie podda, albo my będziemy mieli poczucie, że ją złamaliśmy.

Balbina czasami jest bardzo miła. Można z nią porozmawiać, powygłupiać się. Jednak każde nasze działanie musimy na bieżąco analizować, co też w pewien sposób powoduje, że nie jesteśmy naturalni, że boimy się wszelkich zachowań spontanicznych. Kiedyś w przypadku Kapsla, psycholog proponował nam zabawę polegającą na czasowym (10 minutowym) oddaniu kontroli chłopcu... kontroli nad tym co się w danym momencie dzieje. Jednak teraz to się zupełnie nie sprawdza. Dziewczynka nie potrafi wyjść z tej zabawy i wszystko zawsze źle się kończy. Być może chwilowe oddanie władzy jest dla niej sygnałem, że wreszcie jej ulegliśmy.

Czasami gdzieś czytam, że jest poszukiwana rodzina dla jakiegoś dziecka... trudnego dziecka, które tęskni, aby mieć kochającą mamę i tatę. Ale też czytam zdania niektórych rodzin, które mają żal, że nikt im nie powiedział całej prawdy o dziecku, które przyjęły do siebie. Jak mam się zachować w przypadku Balbiny, gdy znajdzie się dla niej rodzina zastępcza? Pominąć niektóre jej zachowania i mieć czyste sumienie, bo pewnie to tylko między nami nie iskrzy?
Jakie są moje uprawnienia (głównie moralne), aby powiedzieć, że najlepszym rozwiązaniem będzie rozdzielenie całej trójki Ptysi? A co jeżeli się okaże, że Ptyś nie potrafi funkcjonować bez Balbiny?
Kto właściwie powinien podejmować takie decyzje? Sąd? Choćbym nie wiem jak bardzo merytorycznie i emocjonalnie opisał całą naszą sytuację, a sąd się nad tym pochylił i wszystko spróbował przeanalizować posiłkując się rozmaitymi specjalistami, to i tak będzie to dla niego tylko pewien przypadek... bezemocjonalny przypadek.

Pewnie niejeden pomyśli, że skreślam Balbinę, podobnie jak kiedyś skreśliłem Kapsla. Nie chcę jednak walczyć o jej dobro kosztem dobra innych dzieci i mało świadomych rodziców.
Sąd Ptysi po raz trzeci odracza wydanie decyzji, która jako ostateczna miała być wydana w grudniu. Nie mam pojęcia o co mu chodzi. Teraz brakuje mu dokumentu rozwodowego siedemdziesięcioletniej babci dziewczynki, która chce zostać dla niej rodziną zastępczą. Czy sąd faktycznie bierze pod uwagę taką możliwość? Starsza pani bez jakiejkolwiek wiedzy z pracą z zaburzonym dzieckiem, i bez żadnego wsparcia ze strony jej synka (taty Balbiny). Ale taka decyzja uwolniłaby Ptysia.

Niedawno przyszła do nas Stokrotka. Nawet jeszcze nie minęły trzy tygodnie. Mogło by się wydawać, że jest to przecież dziecko zupełnie niezagrażające pozostałej czwórce. Pewnego rodzaju maskotka rodziny. A jednak nie do końca tak jest. Od tego czasu Remus budzi się już każdej nocy przynajmniej raz, aby sprawdzić czy jestem w pokoju obok. Bywa więc, że jestem mniej wyspany niż Majka, która śpi z noworodkiem.
Romulus, gdy tylko mnie widzi, to przybiega i krzyczy „wujeczku mój kochany”. Ptyś w jakiś sposób się wycofał i (jak nigdy od wielu tygodni), muszę go zapewniać że jest super chłopakiem, że go kocham, i... no i nic więcej, bo przecież nie mogę mu powiedzieć, że już na zawsze będziemy razem. Znowu zaczął wchodzić pod łóżko.
A Balbina? Chyba jeszcze nie potrafi się określić. Z jednej strony wykorzystuje każdą sytuację, aby się do mnie przytulić i wejść na kolana, a z drugiej mówi, że mnie nie lubi i że ze mną wygra.
I tak się zastanawiam, co bym zrobił, gdyby Majka usilnie nalegała na to, że jesteśmy gotowi zaopiekować się dziesiątką takich dzieci. Nie jest to przecież nic niezwykłego wśród rodzin zastępczych. Miałbym na tyle dużo odwagi, aby powiedzieć „żegnaj” (po trzydziestu latach)? A może wbrew sobie tkwiłbym w tym układzie? No i gdzie w tym wszystkim jest dobro dziecka?

Dwa posty wstecz, napisałem kilka komentarzy. Nie chciałbym tego wątku rozkręcać, bo ani nie chcę się usprawiedliwiać, ani brnąć w uzasadnienia swoich myśli. Jednak trochę nad tym myślałem. Majka mnie zrąbała. Córka, która na bieżąco śledzi tego bloga powiedziała, że akceptuję przemoc. Kilka innych osób też stwierdziło, że trochę to tak wybrzmiało. Były to łagodne stwierdzenia... może z litości dla mnie, a może z sympatii do Majki.
No i nie wiem z czego to wynika, bo przecież nigdzie nie napisałem, że jestem za jakąkolwiek przemocą w stosunku do dziecka. Chciałem tylko powiedzieć, że czasami metody dyscyplinowania dziecka są bardzo ograniczone.
Być może jakąś rolę odgrywa tutaj płeć... w sensie takim, że ja jednak jestem facetem. Pewnie mój język, którym się posługuję jest zupełnie inny niż Majki.
Może... ale jest też sprawa odbioru tego języka.
Opiszę sytuację, która miała miejsce kilka dni temu podczas odwiedzin Jowity (naszej koordynatorki). Odebrałem Ptysie i Bliźniaki z przedszkola. Po powrocie zaczęło się szaleństwo. Dzieci wchodziły na mnie, biegały, krzyczały... krótko mówiąc wariacje, kombinacje i permutacje w jednym. Pewnie niejeden koordynator stwierdziłby, że nie potrafimy zapanować nad naszymi dziećmi, że nie potrafimy ich zdyscyplinować. No ale nie Jowita. Zachowanie dzieci było pewnego rodzaju radością z powrotu do domu... co zresztą wybrzmiało z jej ust na najbliższym posiedzeniu zespołu dotyczącym oceny Bliźniaków.
Jednak w pewnym momencie Remus zleciał z fotela na głowę – pewnie nabijając sobie solidnego guza. Mój komentarz był mniej więcej taki: „no i dobrze... wcale nie jest mi ciebie żal – ostrzegałem, że tak to się skończy”. Majka z kolei powiedziała: „przestań płakać i chodź się przytulić”. Remus otarł łzy, wstał... spojrzał na Majkę, na mnie, i przyszedł się przytulić do mnie. Dlaczego?

Wypada jakoś podsumować cały ten wpis.
Uważam, że wcale nie jestem dobrym ojcem zastępczym. Jestem dobrym pogotowiem rodzinnym. Potrafię funkcjonować w krótkim czasie. Razem z Majką potrafimy wydobyć z dzieci to, co da się wydobyć. Zdiagnozować to, co da się zdiagnozować. Przekazać następnej rodzinie maksymalną wiedzę, jaką udało nam się zdobyć o dziecku. Potrafimy zawalczyć o dziecko wtedy, gdy uważamy, że trzeba zawalczyć.

Nie byłbym dobrym ojcem zastępczym na zawsze ani dla Kapsla, ani dla Balbiny. Jeszcze siedem lat temu wydawało mi się, że takie dzieci nie istnieją. Wydawało mi się, że wystarczy dużo miłości, zainteresowania, bycia z dzieckiem... jak to mówią, witamina „M” plus terapia (bo przecież mocno wierzę we wsparcie specjalistów).
Ale jak tu kochać wbrew sobie? Jak kochać kogoś, kto się broni przed tą miłością... raniąc coraz bardziej?
Informacje, które ponad rok temu otrzymaliśmy na temat Balbiny były takie, że dziewczynka jest swego rodzaju szarą eminencją, prezesem, kimś kto kontroluje i dominuje w swojej rodzinie... że razem z braćmi i swoją mamą demoluje każde mieszkanie, do którego się wprowadza.
Kilka (a nawet kilkanaście) pierwszych miesięcy pobytu w naszej rodzinie zupełnie temu przeczyło. Jeszcze całkiem niedawno mówiliśmy w przedszkolu, że dziewczynka u nas tak się nie zachowuje. Ale już się tak zachowuje, o czym pisałem powyżej. Ściany w jej pokoju są porysowane, miejscami zdrapana jest farba, rolety w oknach powyrywane. Na ścianie są dziwne smugi... ni to krew, ni kupa. Biorąc jednak pod uwagę to, że co jakiś czas Balbina odkłada do prania majtki z kupą (nie pobrudzone, ale z kawałkami kupy), to raczej zakładam drugą opcję.
Przeżyłem Kapsla, przeżyję i Balbinę... choćby to miało trwać jeszcze rok, czy dwa.
Najsmutniejsze jest to, że jest mi wszystko jedno, czy wróci ona do mamy, zamieszka z siedemdziesięcioletnią babcią, trafi do rodziny zastępczej, adopcyjnej, czy do domu dziecka.

Tylko Ptysia mi żal. Ktoś może się upierać, że powinien od nas odejść w pakiecie z Balbiną. Czy powinienem mówić, że to nie ma sensu? Czy jestem o tym przekonany?
Nie wiem.










Najlepsze Blogi