sobota, 25 lutego 2017

CHAPIC 5

Historia chłopca wraca tutaj co jakiś czas, niczym bumerang.
Chapic nie jest z nami od prawie roku, a jednak ciągle jest obecny w naszym życiu (zresztą jak większość dzieci, które kiedyś u nas przebywały).
Krótko przypomnę jego historię. Chłopiec pojawił się w naszej rodzinie gdy miał niespełna pół roku. W wieku prawie dwóch lat, został adoptowany przez Francescę i Giuseppe – małżeństwo z Włoch. Dziecko w „papierach” miało podejrzenie FAS (alkoholowego zespołu płodowego). Mając go pod opieką, skupialiśmy się głównie na diagnozowaniu konkretnych zaburzeń. Podchodziliśmy do chłopca zadaniowo. Gdy pojawiał się problem, to trzeba było go rozwiązać, idąc do lekarza-specjalisty, albo poszukując różnego rodzaju ośrodków rehabilitacyjnych, czy wczesnego wspomagania rozwoju. Tak więc współpracowaliśmy z kim tylko się dało – lekarzami, psychologami, terapeutami, rehabilitantami.
Przez długi czas walczyliśmy z sobą, czy powinniśmy zdiagnozować go pod kątem istnienia FAS. Majka była kiedyś na szkoleniu prowadzonym przez osobę, która uznawana jest za autorytet w zakresie zaburzeń poalkoholowych. Po wykładzie poszła z nią porozmawiać. Oczywiście temat szybko zszedł na Chapicka. Na podstawie zdjęcia i krótkiego opisu zachowań chłopca (a przede wszystkim faktu, że mama biologiczna non-stop była „wstawiona” - również idąc na porodówkę), została postawiona wstępna diagnoza - na 90% ma FAS. Jednak my widzieliśmy, jak chłopak się rozwija. Może nie równomiernie (jak większość dzieci), lecz skokowo – przez kilka tygodni nie robił postępów, by nagle zrobić krok milowy. W każdym razie doganiał rówieśników, a przynajmniej się od nich nie oddalał. Do dzisiaj nie wiem, czy zrobiliśmy słusznie rezygnując ze zdiagnozowania FAS-u, chociaż wiem, że gdyby ocena była pozytywna (czyli, że dziecko ma FAS), to dzisiaj pewnie odwiedzalibyśmy chłopca w DPS-ie.
Chapic przechodził kolejne szczeble adopcji krajowej, nikt nie był nim zainteresowany (chociaż cały czas występowało tylko podejrzenie zespołu FAS).
Z informacji, które otrzymaliśmy od osoby koordynującej adopcje zagraniczne, wynikało że stwierdzenie istnienia FAS jest szlabanem, natomiast jego podejrzenie jest do zaakceptowania dla potencjalnych rodziców z zagranicy.
Pierwsza włoska rodzina, po namyśle zrezygnowała z adopcji Chapicka. Sytuacja stawała się napięta, ponieważ wątpliwe było też znalezienie dla chłopca rodziny zastępczej w naszym kraju. Coraz bardziej realny stawał się dom pomocy społecznej.
Po pewnym czasie pojawiła się Francesca i Giuseppe – kolejna włoska rodzina.

Dlaczego o tym piszę? Ano dlatego, że w ostatnim czasie wiele się mówi o tym, że polskie dzieci są niepotrzebnie adoptowane przez rodziny zagraniczne, że jest wiele nieprawidłowości, że trzeba coś z tym zrobić (krótko mówiąc - ukrócić). O ile dotychczas wszystko sprowadzało się do stwierdzenia „wydaje się”, można to było uznać jako zwyczajne „bicie piany”. Niestety niedawno doszło do zamknięcia krajowego ośrodka adopcyjnego, mającego ogromne doświadczenia w adopcjach zagranicznych. Pozostał ośrodek katolicki oraz diecezjalny (który jeszcze nie przeprowadził ani jednej adopcji zagranicznej).

Zamieszczam poniżej link do bardzo ciekawej dyskusji, która skłoniła mnie do napisania dzisiejszego posta. Trochę zabrakło mi w niej opinii strony przeciwnej, dla której najważniejsza jest możliwość dorastania dzieci w kraju ojczystym, w którym nie zostaną oderwane od języka polskiego, kultury, a przede wszystkim religii.

Chapickowi jeszcze się udało. Czy podobne szanse będą miały kolejne dzieci, które nie znajdą rodziny adopcyjnej w kraju? Czy może ważniejszy będzie patriotyzm, wiara i dostęp do dóbr kultury – przebywając w domu pomocy społecznej prowadzonym przez siostry zakonne?
Osobiście nie mam nic do zarzucenia tego rodzaju placówkom. W końcu Królewna (jedna z dziewczynek, która jakiś czas temu była w naszym pogotowiu) przebywa w takim ośrodku i mam o nim jak najlepsze zdanie.
Jednak z pewnością nie byłoby to właściwe miejsce dla Chapicka.

W sytuacjach, gdy poszukujemy rodziny dla naszych dzieci zastępczych, ważne są cechy i predyspozycje rodziców, którzy chcą je adoptować. Nie ma znaczenia narodowość, światopogląd, religia. Między innymi dlatego, nie ochrzciliśmy jeszcze żadnego naszego dziecka zastępczego (mimo, że ksiądz z naszej parafii już wielokrotnie nas zachęcał, mówiąc że wszelkie sakramenty dla naszych dzieci zastępczych są wolne od opłat).

Z rodzicami Chapicka mamy równie częsty (a nawet jeszcze bardziej częsty) kontakt jak z rodzicami innych dzieci, które od nas odeszły. Francesca przesyła nam dziesiątki SMS-ów, zdjęć i filmików z życia chłopca. Ostatnio nawet naciska na nawiązanie kontaktów poprzez Skype-a. Dotychczas tłumaczyliśmy się barierą językową oraz bardzo wolnym i zawodnym dostępem do internetu. Wydaje nam się, że nie powinniśmy być zbyt bezpośrednio obecni w życiu chłopca. Włoscy rodzice mają chyba odmienne zdanie. Niedawno znaleźli kilka kilometrów od siebie rodzinę, która mówi po polsku i chętnie będzie tłumaczem podczas rozmów przez internet. Nas poprosili, abyśmy znaleźli jakieś miejsce z szybkim internetem. Cóż …, chyba będziemy musieli się przyznać, że mamy łącze światłowodowe. Jednak najbardziej dręczy mnie myśl, że kiedyś wpadną na pomysł, aby nas zaprosić do siebie.

Co słychać u chłopca?
Dwuletnie dziecko w niespełna rok nauczyło się rozumieć język włoski, wypowiadać proste zdania, liczyć do dziesięciu. Dla porównania, nasz sześcioletni Kapsel biegle liczy do trzech (jak bardzo się skupi to do pięciu). Gdyby w wieku dwóch lat był skierowany do adopcji, to pewnie chętnych byłoby wielu.
Rodzice Chapicka zdecydowali się na przeprowadzenie badań dotyczących możliwych konsekwencji istnienia alkoholu w jego życiu płodowym. FAS został wykluczony, jednak potwierdzona została możliwość pojawienia się zaburzeń ośrodkowego układu nerwowego określanych mianem ARND (pewna pochodna FAS).
Czy gdyby taka diagnoza została postawiona w Polsce, to zwiększyłaby szansę chłopca na adopcję w naszym kraju?





To zdjęcie Chapicka "wyłowiłem" z internetu

sobota, 11 lutego 2017

GACEK

Dawno niczego nie napisałem. Niestety ostatnimi czasy, gonię resztkami sił. Powiedziałbym, że wręcz „uciekam w noc” starając się jakoś „przetrwać ciężar dnia”. Mógłby ktoś pomyśleć, że uciekam od moich dzieci zastępczych … na szczęście to właśnie one są pewnego rodzaju odskocznią od pracy zawodowej. Moją zmorą w ostatnim czasie jest enigmatyczny Jednolity Plik Kontrolny, który sprawia, że odwiedzam moich klientów, których często nie widziałem od wielu lat. Przemierzam więc nasz kraj z północy na południe, z zachodu na wschód – tylko dlatego, że ktoś wymyślił  plik JPK, nie do końca przemyślany, wielokrotnie zmieniany – koncepcję, która z pewnością ma sens, ale jak to u nas bywa, wszystko robione jest w pośpiechu, bez przygotowań i najważniejszą sprawą jest, aby ten plik przesłać – nawet mniej ważne jest to, co będzie w środku.
Tyle w kwestii JPK, którym przeciętny człowiek zupełnie nie zaprząta sobie głowy. Jednak musiałem to napisać, choćby dlatego, aby usprawiedliwić moją ponad miesięczną nieobecność na blogu.

Chciałbym dzisiaj napisać o Gacku, chłopcu który jest z nami już ponad pół roku. Jest to dziecko, które w szczególny sposób skierowało moją uwagę na pewne mechanizmy, sterujące życiem rodzin zastępczych … Chociaż może trochę się zagalopowałem – wpłynęło na moje postrzeganie rodzicielstwa zastępczego,  uświadamiając mi, że na dobrą sprawę nie ma żadnych reguł. Wszystko jest ulotne, żyjemy w rzeczywistości, w której nic nie jest pewne. Mam na myśli różnego rodzaju doznania, odczucia - które wcale nie wynikają z zachowań dziecka.
Pozwolę sobie zacytować zdanie pewnej mamy zastępczej (z opinią której całkowicie się zgadzam):

Są dzieci, które się kocha z brzucha i są takie, które się kocha, choć się ich nie lubi. Są też dzieci, które się lubi, ale wobec których nie czujemy miłości zbliżonej do rodzicielskiej. Są wreszcie takie, które kocha się miłością o niezliczonych odcieniach, balansując między uwielbieniem i wyczerpaniem.
Dekretowanie, jaką miłością powinna kochać RZ jest tak nonsensowne, że nie chce mi się nawet rozwijać tematu.”

Kocham, ale nie lubię. Lubię, ale nie kocham. Swoista postać oksymoronów, z którą ma do czynienia pewnie niejedna rodzina zastępcza. Gacek jest właśnie takim specyficznym dzieckiem. Patrząc na niego chłodnym okiem, można powiedzieć, że jest on idealny. Potrafi bawić się sam przez długi czas i wyraźnie sprawia mu to przyjemność. Nie wdaje się w utarczki ze starszą Smerfetką (chociaż potrafi zawalczyć o swoje), a nawet z młodszym Białaskiem. Bardzo ładnie przesypia noce. Nawet jak zdarza mu się obudzić o czwartej nad ranem, to siada w łóżeczku i zaczyna bawić się zabawkami (których kilka pozostawiamy mu na noc). Nie przeszkadza mu, że wokół panuje ciemność, że Smerfetka co jakiś czas wydaje przez sen swój okrzyk, a wujek (czyli ja) pewnie nie raz zachrapie. Ostatnio zauważyłem, że z notesu, którym chłopiec bardzo lubił się bawić, pozostały tylko okładki. Reszta została wyjedzona. Pocieszam się tylko tym, że odrobina celulozy jeszcze nikomu nie zaszkodziła (bo myślę, że nie dokonał tego w ciągu jednej nocy). W każdym razie, było to już kilka tygodni temu, i Gacek wciąż żyje.
Wydaje mi się, że chłopiec zwyczajnie ma taką introwertyczną duszę (chociaż z taką osobowością u dziecka jeszcze się nie spotkaliśmy). Poza tą specyficzną umiejętnością zajmowania się sobą w dziwnych sytuacjach, chłopiec jest zupełnie normalnym dzieckiem.  Lubi się przytulać, lubi się bawić w grupie, lubi psocić. Mimo, że gdzieś tam stoi w cieniu Smerfetki (czasami zaczynam zauważać pewne analogie: Smerfetka-Gacek i Majka-Pikuś), jest bardzo inteligentny. Pokazały to ostatnie testy psychologiczne, w których Gacek, w wielu sytuacjach wykazał się umiejętnościami dwulatka (chociaż nawet nie ma półtora roku).
A jednak tylko go lubię … dlaczego? Czy z biegiem czasu, chłopiec zacząłby dla mnie znaczyć coś więcej? Czy za kilka miesięcy mógłbym powiedzieć, że jednak go pokochałem?
Nigdy na to pytanie nie odpowiem, ponieważ Gacek jest już wolny prawnie (czekamy tylko na podpis sędziny) i wkrótce zaczną go odwiedzać rodzice adopcyjni.
Zdecydowanie przyczyna powstania jednostronnej bariery tkwi we mnie. Chłopiec widząc mnie po przyjściu z pracy, biegnie mnie przywitać tak samo jak inne dzieci. Gdy się bawimy, to jego zachowania w żaden sposób nie odbiegają od zachowań innych maluchów, a ja staram się nikogo nie wyróżniać. A poza tym, Gacek chyba nie może narzekać na brak uczuć. W końcu jest ulubieńcem (z wzajemnością) Kubusia (naszej najmłodszej córki). Również Majka kocha go tak samo jak każde inne nasze dziecko.
... A ja go tylko lubię … , mimo że o upierdliwej i wrzeszczącej Smerfetce mogę powiedzieć, że ją kocham (chociaż może niekoniecznie lubię).

Do czasu pojawienia się u nas Gacka, wydawało mi się, że każde dziecko można pokochać (przynajmniej malutkie). Uważałem, że wszystko jest tylko kwestią czasu – w końcu wszystkie dzieci, które u nas były, prędzej czy później stawały się mi bliskie.
Gackiem tylko się opiekuję. A może chodzi o to, że jego niebywała inteligencja przewyższa moją i czuję się zagrożony?

Pewnie nigdy nie dojdę do tego, jakie mechanizmy wyznaczają nasze wzajemne relacje, jednak zacząłem zadawać sobie pytania natury psychologicznej.
Na przykład, czy możliwe jest, że tata adopcyjny Gacka będzie czuł to co ja?
Co czują rodzice adopcyjni spotykając się ze swoim dzieckiem pierwszy, drugi, trzeci … i kolejny raz? Czy jeżeli poczują, że nie "iskrzy" w ich relacjach z dzieckiem, to będą na tyle odpowiedzialni, aby o tym powiedzieć? Czy może będą uważać, że nie wypada "wybrzydzać"? Wreszcie, czy ja będę w stanie zauważyć, że coś jest "nie tak". Być może Majka się ze mną nie zgodzi, ale uważam, że do rodziców adopcyjnych podchodzi dużo bardziej emocjonalnie niż ja, więc w tym względzie za bardzo na nią liczyć nie mogę.
Kończę te rozważania bo już późno. Zadałem wiele pytań, na które nie znam odpowiedzi. Obawiam się, że wraz z każdym nowym dzieckiem i każdymi nowymi rodzicami adopcyjnymi, tych pytań może być coraz więcej.

Jednak muszę jeszcze coś wspomnieć o rodzicach chłopca. Aktualnie bardzo dużą uwagę przykłada się do robienia wszystkiego, aby dziecko wróciło do rodziny biologicznej. Faktycznie cele są szczytne.
Nasz Gacek ma typową rodzinę biologiczną, której odebrano dziecko. Mama bardzo młoda (w wieku naszych córek), ojciec znany (ale tylko jej), sporo partnerów, nawet w okresie, gdy chłopiec był u nas (wiek tych facetów jest nieważny, bo przecież liczy się miłość), Wykształcenie nie do końca gimnazjalne. Praca okazjonalna. Miejsce zamieszkania trudne do zlokalizowania. Współpraca z wszelkimi ośrodkami pomocy społecznej - niełatwa.
Mama Gacka zadzwoniła do nas kilka dni temu, że już nie będzie odwiedzać chłopca, bo jest w ciąży z jakimś Jackiem czy Plackiem (o którym usłyszeliśmy po raz pierwszy), a poza tym i tak nie byłaby w stanie zapewnić Gackowi należytej opieki, bo przecież "on jest taki schorowany"
Właściwie taka deklaracja wcale nas nie zdziwiła, mimo że chłopak ma tylko problemy skórne i trzeba go smarować maściami dwa razy dziennie.

Wrzucę jeszcze na koniec moje opisy Gacka, które pisałem na kwartalne oceny rozwoju dzieci dla PCPR-u. Aż się boję je ponownie przeczytać w świetle tego co napisałem powyżej.

Ocena rozwoju dziecka na podstawie obserwacji opiekunów (ukończone 12 miesięcy).

Gacek przebywa w naszej rodzinie od trzech miesięcy. Trafił trochę w nieszczęśliwym okresie, ponieważ tuż po umieszczeniu go u nas, wyjeżdżaliśmy na wakacje nad morze. Wprawdzie pojechał tam razem z nami, to jednak ciągle był „w ruchu”, zmieniając miejsca pobytu. W sierpniu z kolei spędził wakacje z rodziną pomocową, co dodatkowo (poza nowym miejscem), spowodowało również zmianę opiekunów. Mógł więc czuć się nieco skołowany, ale zniósł to bardzo dzielnie.

Gdy po raz pierwszy przyszedł do naszej rodziny, sprawiał wrażenie dziecka smutnego. Rzadko się uśmiechał i rzadko płakał. Potrafił siedzieć, ale nie potrafił siadać. Posadzony wśród zabawek, mógł się sam godzinami bawić, niczego się nie domagając (poza jedzeniem).
Jego dolegliwości skórne są już tylko wspomnieniem. Aktualnie czasami „biednie” wygląda, bo od czasu kiedy zaczął raczkować zdarza mu się nabić guza, a do tego jest chyba ulubieńcem komarów (bo żadnego innego dziecka tak nie gryzą). Na szczęście już jesień za pasem.

Wykaz umiejętności dziecka:

  • Chłopiec zaczął sprawnie czworakować, chociaż polega to na uginaniu jednej nogi i odpychaniu się drugą. Znamy ten styl, gdyż prezentował go chłopiec będący w naszej rodzinie jakiś czas temu. Nigdy nie nauczył się czworakować stylem klasycznym, po prostu któregoś dnia wstał i zaczął chodzić. Pewnie podobnie będzie z Gackiem, zwłaszcza że już wstaje, mając jakąś podporę. Powiela zachowania wszystkich dzieci, opierając się na „byle czym” - niekoniecznie stabilnym, zwłaszcza psie.
  • Nie potrafi już, tak długo jak to było na początku, bawić się samodzielnie. Lubi towarzystwo, nawet jeżeli wcale nie zamierza podzielić się zabawką. Po przebudzeniu nad ranem szuka wzrokiem znajomych twarzy. Wystarczy gdy zobaczy w łóżeczku po przeciwnej stronie pokoju Smerfetkę (starszą od niego o 4 miesiące). Jeżeli oboje dostaną do swoich łóżeczek zabawki, to potrafią się jeszcze przez długi czas bawić, prowadząc dialogi w tylko sobie znanym języku. 
  • Gacek zna już zakazy i doskonale wie, czego się od niego oczekuje. Uwielbia lustro, które akurat w pokoju, w którym śpi, jest na wysokości jego wzroku. Gdy tylko zostanie „wypuszczony” z łóżeczka, natychmiast do niego podbiega i uderza w nie ręką lub zabawką. Wie, że tak robić nie wolno, ponieważ co chwilę się rozgląda, czy ktoś go nie obserwuje. Gdy zauważy, że widzę jego zachowanie, to zamiast przestać, jeszcze bardzie intensyfikuje swoje działanie.
  • Podobnie jest podczas kąpieli. Myje się w dużej wannie razem ze Smerfetką. Moim zdaniem, jest to dla niego jedna z większych przyjemności w ciągu dnia. Jednak zamiast cieszyć się tym, że może pluskać się z dziewczyną, to on tylko patrzy co tu zbroić. Doskonale wie, co jest zakazanym owocem, ale z premedytacją testuje moją cierpliwość. Efektem tego jest to, że jako pierwszy opuszcza wannę, ale myślenie przyczynowo-skutkowe dopiero przed nim.
  • Chłopiec posługuje się rozmaitymi, własnymi słowami zbudowanymi z kilku znanych już sobie sylab. Bywa, że powie ma-ma, czy ta-ta, jednak nie utożsamia tego z konkretnymi osobami. Na dobrą sprawę, mógłbym powiedzieć, że jest milczkiem. Aktywny (w kwestii mowy) jest głównie nad ranem (kiedy rozmawia ze Smerfetką) oraz w czasie toalety, po wyjściu z kąpieli. W tym ostatnim przypadku potrafi wypowiadać bardzo długie zdania, ale cieszę się, że tego nie rozumiem.
  • Nie chce za bardzo powtarzać ani słów (nawet tych dźwiękonaśladowczych: hau-hau, miau-miau, ejo-ejo, gul-gul), ani gestów (pa-pa, jakie dobre, jaki jesteś duży). Zamiast tego, czaruje nas swoim uśmiechem.
  • Lubi się przytulać, chociaż jest mu wszystko jedno, kto użyczy mu swoich ramion. Gdy odbieraliśmy dzieci po wakacjach (cała trójka była w jednej rodzinie), on jako pierwszy przyszedł się przywitać (niemal natychmiast). Pozostała dwójka przez jakiś czas trzymała dystans. Jednak chyba zachowanie tej dwójki było prawidłowe, a nie Gacka.
  • Lubi się bawić zabawkami. Potrafi wkładać przedmioty do otworu (nawet całkiem wąskiego) i je wyciągać. Udaje mu się przekładać kartki książeczki (takiej z grubej tekturki) i pokazywać palcem obrazki, jednak nie potrafi wskazać na przykład pieska, słoneczka itd.
  • Rozumie stosunkowo niewiele poleceń np. chodź, nie wolno, proszę. Reaguje na swoje imię. Słowa „daj”, „weź” niby rozumie, ale zdecydowanie w tym zrozumieniu pomagają mu gesty.

Gacek, mimo że dużo już się w tej chwili uśmiecha, a czasami nawet wręcz rechocze ze śmiechu, to jednak w porównaniu z innymi dziećmi, cały czas jest jakiś smutny. Mimo, że włącza się do wspólnej zabawy (na miarę dziecka rocznego), to jakby cały czas stoi gdzieś na uboczu.
Być może po prostu taka jego „uroda”.

Ocena rozwoju dziecka na podstawie obserwacji opiekunów
 (prawie 15 m-cy).

Gacek jest dzieckiem „cichym i pokornego serca”. Wprawdzie nie stroni od towarzystwa innych dzieci (chyba, że czuje się w jakiś sposób zagrożony – wówczas albo ucieka, albo zaczyna wrzeszczeć), to jednak potrafi przez dłuższy czas bawić się samodzielnie. Jest to jego dużą zaletą (z naszego punktu widzenia, jako opiekunów), jednak gdy wszyscy bawią się w grupie, to staramy się aby nie przebywał na uboczu (chyba, że wybitnie ma na to ochotę).
Opieka nad nim nie stanowi żadnego problemu. Bardzo ładnie śpi i nie choruje. Nieco gorzej jest z jedzeniem. Wprawdzie mleko i obiadki je całkiem ładnie, to już ze śniadaniem jest gorzej. Nie przepada za chlebem, wędlinami, serami. Również owoce nie są jego ulubionym jedzeniem. Jedne lubi, inne wypluwa. Jednak staramy się mu je podawać, ponieważ okazuje się, że po kilkudziesięciu wyplutych, nagle zaczyna doceniać ich smak. Tak było z winogronami – obecnie się nimi zajada. Z malinami poczekamy do lata, bo o tej porze roku, trochę ich szkoda.

Wykaz umiejętności dziecka:

  • Chłopiec uwielbia chodzić. Jednak przypomina mi podstarzałego emeryta, który bez balkonika nigdzie się nie rusza. Gacek ma też swój balkonik (jest nim wózek dla lalek). Trzymając za uchwyt, potrafi poruszać się po całym pokoju i robi to bardzo sprawnie. Trzymany za rękę też idzie bardzo ładnie. Jednak gdy poczuje, że nie ma żadnego punktu podparcia, natychmiast przechodzi do parteru. Staramy się do niczego go nie zmuszać. Rehabilitantka naszych dzieci zawsze mówi: „nic na siłę”.
  • Umiejętność samodzielnej zabawy, chyba sprawiła, że ma doskonale rozpracowane wszelkie zabawki. Pomijając mój telefon komórkowy, potrafi otwierać i zamykać pojemniki, wkładać i wykładać z nich mniejsze przedmioty. Kombinuje też z klockami, ale na razie nic mu nie wychodzi. Ma zabawkę w formie sześcianu, bez której chyba nie wyobraża sobie zabawy po przebudzeniu (dlatego rezyduje ona w jego łóżeczku). Poza różnymi „bajerami”, ma ona również zamknięcie, którego rozpracowanie wcale nie jest proste. Od jakiegoś czasu, Gacek chowa we wnętrzu tej zabawki, swój smoczek. Teraz już się nie daję nabrać, ale pamiętam, że za pierwszym razem trochę się go naszukałem.
  • Jeżeli chodzi o umiejętności popisywania się przed dorosłymi, to parę sztuczek zna. Potrafi pokazać „jaki jest duży”, bić brawo, przywitać się. Dzisiaj podczas kąpieli zrobiłem całej trójce maluchów sprawdzian (kąpię ich razem w dużej wannie, co też daje mi okazję zaobserwować pewne ich zachowania). Wypowiadałem więc różne pojęcia i kto je znał, to się popisywał. Po raz pierwszy zauważyłem jak Gacek zrobił „żółwika”. Nie wiem, czy mu to zaliczyć, bo moim zdaniem „ściągał” od Smerfetki.
  • Trudno powiedzieć, czy wynika to z jego flegmatycznego charakteru, ale bardzo lubi zbierać rozmaite okruszki, nitki i inne mikroskopijne rzeczy. Jak nie mam okularów, to czasami nie wiem, co mi podaje.
  • Na razie nic nie wskazuje na to, że będzie erudytą. Stroni od książeczek. Jeżeli ma już coś pokazywać to woli pytanie o oko, czy nos, niż „gdzie jest piesek na obrazku”.


Chłopiec jest dzieckiem bardzo pogodnym, a nawet jak płacze, to robi to cichutko. Ma duże potrzeby czułości, bliskości. Gdy cała trójka podchodzi do mnie, to Gacek zawsze musi się wdrapać na mnie, najwyżej.

niedziela, 1 stycznia 2017

SMERFETKA - I kto to mówi 2

Zakończę ten rok kolejną odsłoną życia Smerfetki. Nie miałem takich planów. Prawdę mówiąc, nie zakładałem, że napiszę jakikolwiek post, ponieważ przełom roku jest dla mnie bardzo absorbujący zawodowo. Jednak to co wydarzyło się przedwczoraj, mogę nazwać cudem … chociaż może póki co, tylko „półcudem”.
Zadzwoniła do nas mama Smerfetki. Podjęła decyzję, że zrzeknie się praw rodzicielskich i chce, aby dziewczynka wychowywała się w rodzinie adopcyjnej. Wcześniej deklarowała chęć walki o jej odzyskanie, wynajęła prawnika. Majka odebrała telefon, będąc w drodze po Kapsla, który był w przedszkolu. Dobrze, że wyjechała dużo wcześniej, bo musiała zjechać na pobocze. Emocje były ogromne (z obu stron) a rozmowa bardzo długa. Nie chcemy się jeszcze cieszyć (bo przecież wszystko się może wydarzyć), ale Smerfetka dostała „zielone światło”. Jak wszystko dobrze pójdzie, to najbliższe święta (wielkanocne) spędzi w nowej rodzinie.
Jutro ma się odbyć ostatnie (pożegnalne) spotkanie mamy z córką. Najczęściej nigdy nie wiemy, które spotkanie dzieci ze swoimi rodzicami jest tym ostatnim. Po prostu, któregoś dnia przestają się oni pojawiać w naszym domu. Jednak te, które są deklarowane jako ostatnie, są bardzo uczuciowe. Z jednej strony smutne i przygnębiające, a z drugiej dające nadzieję na lepsze życie. Tak było w przypadku Irokeza i tak mam nadzieję, że będzie w przypadku Smerfetki. Nie wiem, czy dzieci te kiedyś się dowiedzą, jakie były decyzje ich rodziców biologicznych i czy będą w stanie docenić ich czyn. Póki co, trzymamy kciuki za mamę Smerfetki, aby wytrzymała w swoim postanowieniu.

Oddaję głos Smerfetce:

Wszystkiego dobrego w Nowym Roku


Wiele się ostatnio wydarzyło w moim życiu. Wczoraj był jakiś magiczny dzień. Wszystkie dzieci poszły spać dużo później niż zwykle, a do tego cały czas mogliśmy oglądać telewizję, co przecież nigdy się nie zdarza. Wieczorem tata Pikuś zapalał zimne ognie. Kto chciał, mógł je potrzymać. Każdy chciał, ale tylko ja miałam tyle odwagi, aby je wziąć do ręki. Nawet Kapsel wolał się wszystkiemu przypatrywać z daleka. Wprawdzie przypaliłam dywan i włosy Gackowi, to jednak wrażenie było niesamowite.
Dwa dni temu też był dziwny dzień. Mama Majka mnie przytulała i płakała. Mówiła, że to są łzy szczęścia. Tata też brał mnie „na apa”, tak sam z siebie – zawsze muszę się o to sporo naprosić (aż bolą mnie ręce od ich wyciągania w górę). Oboje mówili, że jest to dla mnie ważny dzień. Nie wiem co mieli na myśli, bo poza tym, że byli dla mnie bardziej czuli – niewiele się wydarzyło.
Za to dużo działo się kilka dni temu. Tylu gości w naszym domu dawno nie widziałam. Przyszedł nawet taki stary pan z brodą w czerwonej sukience i czerwonej czapce. Mimo, że dawał mi różne prezenty, to trochę się go bałam i nie chciałam pójść do niego na kolana. Był jakiś dziwny, chociaż nazywał mnie Smerfetką – zupełnie jak tata.

Mama Majka przeczytała mi jakiś czas temu kolejne części opisów moich zachowań, które są dziełem taty. Chciałam już to wcześniej tutaj przedstawić, ale nigdy nie mam czasu. Przecież cały czas muszę pilnować kolan mamy, aby przypadkiem Gacek, albo Białasek mnie nie ubiegł. A do tego jeszcze Furia często ładuje się na te kolana. Oj, nie jest to łatwe zajęcie. Ja jedna, a ich troje.
Jednak wczoraj nie za bardzo mogłam zasnąć, bo straszne huki były za oknem (chociaż chłopcom jakoś to nie przeszkadzało). Miałam więc trochę wolnego czasu.

Oto ciąg dalszy mojej historii sprzed kilku miesięcy:


Ocena rozwoju dziecka na podstawie obserwacji opiekunów (ukończone 4 miesiące).

Smerfetka jest dzieckiem zdrowym, w normie rozwojowej. Wprawdzie panie rehabilitantki dają nam pewne zalecenia (na co należy zwrócić uwagę i w jakim kierunku stymulować „małą” do działania), ale są to rzeczy, które przydałyby się każdemu niemowlakowi, a gdy jakaś mama o czymś takim nie wie, to też żadna krzywda dziecku się nie dzieje. Dziewczynka najprawdopodobniej wkrótce zostanie przeznaczona do adopcji. W sierpniu była na wakacjach u rodziny, która jest skłonna wziąć ją w opiekę zastępczą (długoterminową) do czasu znalezienia rodziny adopcyjnej (gdyby były jakieś problemy ze znalezieniem takowej). Niestety rzeczą, która obciąża dziewczynkę jest schizofrenia jej mamy. O tacie nic nie wiadomo, co dla potencjalnych rodziców może być kolejnym czynnikiem ryzyka.
Jest alergiczką pokarmową, więc pije Nutramigen. Jest to hipoalergiczny preparat zastępczy (strasznie to brzmi, ale jest to tak samo niesmaczne mleko jak każde inne, które piją niemowlaki).

Wykaz umiejętności dziecka:
  • Trzymana w pionie, mocno utrzymuje główkę (nie ma potrzeby jej podpierania). Położona na brzuchu, również unosi ją pewnie. Potrafi także oprzeć się na przedramionach (na samych dłoniach jeszcze jej nie wychodzi, ale próbuje). Prostuje nóżki, próbuje się nimi odpychać.
  • Pewnie sięga po zabawkę (zwłaszcza lubi te zawieszone nad bujaczkiem czy łóżeczkiem) i potrafi ją uchwycić. Sztuka z dwoma zabawkami jeszcze jej nie wychodzi, ale ma na to trochę czasu. Lubi bawić się rączkami, chętnie wkłada je do buzi.
  • Uczy się nowych czynności i lubi się nimi chwalić (często je powtarzając). Tak więc prycha, bulgocze, puszcza bańki ze śliny, wydaje okrzyki i śmieje się w głos. Rodzice wakacyjni powiedzieli, że jak do nich przyszła, to lubiła warczeć (ale jej tego oduczyli). Wróciła i znowu warczy - wydaje nam się, że jest to takie zaproszenie do zabawy. Mamy wprawdzie psa, ale ten nie warczy i nie szczeka, tak więc tą cechę ma chyba po mnie.
  • Śpi bardzo ładnie (w nocy zdarza się nawet 6-7 godzin bez przerwy). Je chętnie (chociaż często ale w małych ilościach).
  • Jest ciekawa świata, rozgląda się dookoła, doskonale lokalizuje źródła dźwięku. Być może cechę tą wykształciła sobie w obawie przed starszymi dziećmi (mniej więcej rocznymi), które tylko czyhają na chwilę nieuwagi ze strony opiekunów, aby do niej podbiec i zabrać smoczek (lub inne trofeum). Są to jednak symptomy świadomości. Smerfetka doskonale wie, że istnieją rzeczy, mimo że na jakiś czas znikną z jej pola widzenia – w tym wypadku są nimi Luzak i Chapic. Na spacerze też interesują ją dźwięki (i to nie tylko głośne, jak przejeżdżający samochód, ale również np. szum wiatru, szelest liści). Ma jeszcze zbyt słabe mięśnie, aby ją przełożyć do spacerówki, ale gdy to nastąpi, to z pewnością będzie miało ogromny wpływ na jej dalszy proces poznawczy.
  • Dziewczynka doskonale rozróżnia „swoich” i „obcych”. Co więcej – wie kogo uda jej się „namówić” na noszenie i wykorzystuje to z całą premedytacją.
  • Uwielbia słuchać - zwłaszcza cioci rozmawiającej przez telefon i wiadomości TVN 24. Głównie te ostatnie czasami są ostatnią deską ratunku, aby „przetrzymać” ją do kąpieli.
  • Bardzo lubi „wygłupy” - podrzucanie, huśtanie – krótko mówiąc „ekstremalne zabawy fizyczne”.
  • Ma przepuklinę pępkową, ale raczej nie będzie potrzebna interwencja chirurgiczna. Plastrujemy jej pępek specjalnym plastrem i widać dużą poprawę.

Podsumowując, Smerfetka jest dzieckiem bardzo pogodnym, typowym niemowlakiem wymagającym zainteresowania swoją osobą. W razie potrzeby potrafi zadbać o swoje prawa – najpierw cichutko nas zaczepia lub kokietuje uśmiechem, a jak to nie pomaga, to przechodzi na wyższe oktawy.
Jesteśmy dobrej myśli, jeżeli chodzi o jej przyszłość, chociaż z doświadczeń innych rodzin wiemy, że obciążenie chorobą psychiczną w rodzinie często jest problemem.





Ocena rozwoju dziecka na podstawie obserwacji opiekunów (ukończone 7 miesięcy).

Krótkie przypomnienie historii dziewczynki. Jest ona dzieckiem zupełnie zdrowym (ma tylko alergię pokarmową). Mieszka razem z nami od drugiego dnia swojego życia.

Wykaz umiejętności dziecka:
  • Smerfetka ma ustabilizowany rytm dnia, wyznaczany przez pewne stałe, powtarzające się elementy (np. kąpiel, spacer). Śpi bardzo ładnie, nie stwarza pod tym względem żadnych problemów.
  • Jest bardzo ekspresyjna. Na dźwięk znajomego głosu uśmiecha się, gaworzy, macha rączkami. Nie do końca wiemy, czy reaguje już na swoje imię, czy zwyczajnie na każde słowo wypowiedziane przez opiekuna – raczej jeszcze nie. W każdym razie świadomie wyraża (mimiką twarzy, „mową” ciała) swoje sympatie i antypatie (na przykład nie przepada za pieszczotami ze strony psa, tak jak inne dzieci). Wprawdzie odróżnia domowników, ale radość sprawia jej również zajmowanie się nią przez zupełnie obce osoby.
  • Mimo, że jeszcze nie siada, to „rwie się” do siadania a nawet stania. Leżąc na plecach wysoko podnosi głowę i potrafi dość długo utrzymać się w tej pozycji.
  • Potrafi przewracać się z pleców na brzuch, a zwłaszcza odwrotnie – z brzucha na plecy, ponieważ w tej pozycji nie za bardzo lubi przebywać. Umie też zrobić mostek na plecach.
  • Ciągle bada swoje ciało, zwłaszcza lubi bawić się stopami.
  • Bardzo ładnie bawi się zabawkami, chwyta je w dwie ręce, obraca i manipuluje nimi. Próbuje też chwycić butelkę przy karmieniu, ale dłuższe jej utrzymanie jeszcze jej nie wychodzi. Swobodnie manipuluje smoczkiem, wkłada go do buzi i tak długo nim kręci, aż trafi na właściwe ułożenie.
  • Leżąc na brzuchu prostuje ręce, podciąga się, obraca wokół własnej osi. Jeszcze nie pełza, ale pozostawiona na kilka minut w samotności, potrafi przemieścić się nawet o dwa metry.
  • Uwielbia towarzystwo innych dzieci. Wprawdzie w naszym przypadku jest to trochę obarczone ryzykiem uszczerbku na ciele (nigdy nie wiadomo, kiedy nieco starsi chłopcy nie zechcą jej uderzyć lub próbować zabrać smoczek), jednak nie za bardzo jej to przeszkadza. Uważa, że jak przymruży oczy to będzie bezpieczna i nawet jak w takiej sytuacji dostanie jakąś zabawką po głowie, to nie płacze.
  • W pewien sposób wyraża też swoją wolę. Gdy jej coś nie pasuje, to odwraca głowę, a gdy nie chce już jeść – zaciska zęby (wprawdzie jeszcze ich nie ma, ale „głupio” napisać, że zaciska szczękę). Jednak ta ostatnia sytuacja występuje niezwykle rzadko.Smerfetka uwielbia jeść, co zresztą przekłada się na jej wagę. Nie jest dzieckiem otyłym, tylko jest po prostu „wielka”. Waży tyle co 18-miesięczny Chapic.
  • Po przepuklinie pępkowej nie ma już śladu – plastrowanie pomogło.

Podsumowując, dziewczynka jest osobą bardzo pogodną, w normie rozwojowej. Potrafi zadbać o swoje potrzeby (doskonale wie kogo może na co „naciągnąć”). Gdy jest w towarzystwie Hizy Gurumy (naszej osoby pomocowej), praktycznie cały czas domaga się noszenia. Gdy jest ze mną (czyli tatą zastępczym), wystarcza jej zabawa na dywanie – doskonale wie, że na zbyt wiele nie może liczyć.
W tej chwili pozostaje nam czekać na decyzję sądu. Z punktu widzenia dobra dziecka, wskazane byłoby jak najszybsze przekazanie jej do rodziny, w której mogłaby pozostać na stałe (każdy kolejny miesiąc będzie powodował, że rozstanie będzie trudniejsze i proces przekazania będzie musiał być dłużej rozłożony w czasie). Jednak wiemy, że trzeba też brać pod uwagę potrzeby mamy dziewczynki, która cały czas wyraża chęć zaopiekowania się nią (mamy w miarę stały kontakt telefoniczny).

Ocena rozwoju dziecka na podstawie obserwacji opiekunów (ukończone 10 miesięcy).

Dziewczynka jest dzieckiem zdrowym. W naszym mniemaniu spełnia wszelkie normy rozwojowe dziecka dziesięciomiesięcznego.

Wykaz umiejętności dziecka:
  • Dziewczynka jest niezwykle aktywna i cały czas chce być w centrum uwagi. Można powiedzieć, że jest niewyczerpalnym źródłem energii. Trochę tylko żałujemy, że tą energię marnuje na ciągły „krzyk”, ale ten temat rozwinę później.
  • Smerfetka non stop się przemieszcza. Jeszcze kilka dni temu poruszała się stylem motylkowym (dokładnie tak samo jak na basenie), a ponieważ zaczynała już wstawać i nawet robiła pierwsze niezdarne kroki, byłem przekonany, że etap czworakowania po prostu pominie. Od dwóch dni czworakuje, chociaż ten typ „chodzenia” jest wolniejszy i jak się gdzieś spieszy (a spieszy się prawie zawsze), to przechodzi do stylu motylkowego.
  • Od ponad miesiąca wstaje na nogi, szukając jakiejś podpory. Początkowo były to jakieś stałe elementy (na przykład meble). W tej chwili zadowala się nawet stojącym psem, mimo że ten „balkonik” potrafi w ułamku sekundy zniknąć i trzeba klapnąć na pupę. Jeszcze jakiś czas temu wstawała, ale nie potrafiła z tej pozycji przejść do „parteru” i krzyczała, żeby ją ratować. Teraz z tym problemem radzi sobie sama. Zwróciłem też uwagę na to, że dawniej, gdy wstawała, trzymała się palcami stóp podłogi. Co ciekawe, już jej to minęło (mi do dzisiaj niestety nie, zwłaszcza gdy stoję na drabinie).
  • Z każdej pozycji błyskawicznie potrafi usiąść. Pozytywne jest to, że jest to siad prosty (z wyprostowanymi nogami, bez garbienia się). Oznacza to, że musi mieć silne mięśnie brzucha. Prawdopodobnie jest w tym duża zasługa Nataszy (naszej wolontariuszki-fizjoterapeutki).
  • Jeżeli chodzi o rozwój manualny, to też wszystko wydaje się być adekwatne do wieku. Potrafi trzymać dwa przedmioty w ręce (a czasami trzy), manipuluje nimi. Potrafi przekładać klocki umieszczone na spiralnym drucie. Akurat ta umiejętność wydaje mi się ponadprzeciętna. Ma jeszcze pewien problem z ruchem pęsetowym, ale wydaje się to być tylko kwestią dni. Żadnego problemu nie stanowi dla niej wkładanie i wykładanie przedmiotów z pojemnika. Podobnie jak inne nasze dzieci woli, gdy przedmiotem tej zabawy są „chrupki” psa, a nie kolorowe klocki. Podejrzewam, że chodzi o to, że jest to ten „zakazany owoc” i gdyby jakaś firma kiedyś wprowadziła na rynek zabawki w tej postaci, to pewnie nie stałyby się szlagierem.
  • Lubi zabawy ruchowe, ale nie wszystkie. Uwielbia skok na „bungee”, ale już jazda na koniku nudzi jej się po kilkunastu sekundach. Może będzie typem lubiącym wyzwania ekstremalne, chociaż lubi zabawy w „a ku-ku”, „pielucho nakryj mnie” i stosowanie wszelkiego rodzaju elementów onomatopeicznych. Pod tym względem jest zupełnie normalna.
  • Jednak jest element, w którym nie jest normalna, a dokładniej nie przejawia zachowań typowych dla dzieci w jej wieku. Jest to kwestia używania swojego głosu. Dziesięcznomiesięczne dziecko często korzysta z rozmaitych dźwięków. Jednak w większości przypadków, można to nazwać gaworzeniem, a nawet wypowiadaniem pierwszych sylab. Bywają sytuacje, gdy Smerfetka wypowie coś w rodzaju „mama”, a nawet „tata”, to wydaje nam się, że jedynym świadomie wypowiadanym słowem jest „ko-ko”. I wcale nie oznacza ono kury, ale kota. Za to dziewczynka uwielbia krzyczeć. Wprawdzie mieliśmy kiedyś Iskierkę, która miała podobną przypadłość, to jednak Smerfetka pod tym względem „bije wszystkich na głowę”. Krzyki i piski są jej ulubioną formą wyrażania ekspresji.
  • Co jeszcze? Robi „kosi-kosi”, „brawo-brawo” (to samo tylko szybciej), „dzień dobry”.
    Pa-pa” robiła miesiąc temu, teraz już nie chce. Wie „jaka jest duża”, a żeby pokazać „jakie dobre”, to chyba musi być naprawdę dobre. Zaprzyjaźniła się z psem. Ich wspólne zabawy są tak niesamowite, że lepiej abym ich nie opisywał. Higieniczne to one nie są, ale z pewnością mają pozytywny wpływ na rozwój emocjonalny dziewczynki.
    Właśnie sobie uświadomiłem, że zaniedbałem ją w temacie „zabawa z lustrem”, będę musiał to nadrobić.
Wnioski:
Najwyższy czas, aby dziewczynka została zakwalifikowana do adopcji. Doskonale wie już kto jest kim w naszej rodzinie (zna granice, których nie warto przekraczać w odniesieniu do poszczególnych domowników). Gdy „marudzi” przed zaśnięciem, to moja żona wysyła mnie do niej na poważną rozmowę. Jest to dziwne, ale w zdecydowanej większości, pomaga.
Za chwilę może rozpocząć się „lęk separacyjny”.
A jej mama biologiczna? Czasami się odzywa, deklaruje chęć odzyskania dziewczynki, ale chyba na zbyt wiele nie liczy. Być może, gdyby nagle Smerfetka do niej wróciła, to nie bardzo wiedziałaby co z tym fantem zrobić, bo jej życie cały czas jest niepoukładane (wprawdzie w jej mniemaniu jest inaczej, ale fakty, którymi się z nami dzieli, mówią zupełnie coś innego).

Tyle napisał tata.
Gdy tak sobie to wszystko czytam, to zauważam, że między mną a tatą nawiązywała się coraz większa nić porozumienia. Z każdym tygodniem stawaliśmy się sobie coraz bliżsi. Ciekawe, bo z mamą było zupełnie inaczej. Kochała mnie od samego początku – również wtedy, gdy (jak mówi tata) byłam jeszcze czerwona i pomarszczona. Teraz mam już prawie dwa lata i tata jest bardzo ważną osobą w moim życiu – prawie tak ważną jak mama.



sobota, 17 grudnia 2016

--- Wiem, że nic nie wiem

podobnie jak Sokrates, zaczynam mieć coraz większą świadomość swojej niewiedzy. Tyle tylko, że dla niego było to drogą do poznania mądrości, a ja myślę, że taki „niekumaty” pozostanę już do śmierci, bo zwyczajnie pewnych rzeczy nie mogę pojąć.

Na dobrą sprawę, to chciałem napisać komentarz pod swoim ostatnim postem o Kapslu. Jednak jak zacząłem zagłębiać się w coraz szersze kręgi dowolności i wieloznaczności, to stwierdziłem, że wyjdzie z tego kolejny wpis.

Dwa razy w roku odbywają się w naszym PCPR-rze kursy dla rodziców zastępczych. Każdy z nich kończy się tak zwanym „panelem”, czyli kilkugodzinnym spotkaniem absolwentów tegoż kursu, z osobami mającymi praktyczną styczność z rodzicielstwem zastępczym. Są tam więc osoby prowadzące rodzinne domy dziecka, pogotowia rodzinne oraz będące inną formą rodzicielstwa zastępczego, jak również przedstawiciele różnych instytucji, w tym sędzia sądu rodzinnego.
Osobiście na takie spotkania nie chadzam z bardzo błahego powodu. Zwyczajnie mam tak długi przewód myślowy, że zanim bym się zastanowił co chcę powiedzieć, to rozmowa pewnie już dawno by zeszła na inny temat.
Jednak Majka, ze swoją radiową przeszłością jest tam obowiązkowo. Wprawdzie z tym radiem trochę przesadziłem (wystąpiła w nim tylko raz), to jednak doświadczenie sceniczne (prowadziła kilka imprez i festynów) bardzo jej w tym pomaga.
Ponieważ „świeżo upieczeni” rodzice zastępczy nawet nie bardzo wiedzą o co mogą zapytać takiego prawnika, to po jego krótkim wprowadzeniu, Majka zadaje mu pytania i prowadzi konwersjację. Wprawdzie są to nasze wątpliwości i najczęściej odwołują się do konkretnych przypadków naszych dzieci, to myślę że ich rozważanie też jest z korzyścią dla wszystkich słuchających.

Tak więc kilka dni temu „na tapetę” poszedł przypadek Kapsla.
Muszę więc przyznać, że to co napisałem ostatnio na temat możliwości zmiany decyzji przez samego sędziego, nie jest prawdą – a przynajmniej nie do końca. Raz wydany wyrok jest zamknięty w tym sensie, że sędzia po wpłynięciu odwołania, sam nie może go zmienić. Za to w uzasadnieniu wyroku może napisać, że … się pomylił. Sądzę, że na taką samokrytykę może się zdecydować tylko ktoś „z jajami”, więc pewnie takie przypadki są bardzo rzadkie. Jednak gdyby czasem, sędzina prowadząca sprawę chłopca zdecydowała się na taki krok, to mogłoby to znacznie przyspieszyć cały dalszy bieg wypadków w sądzie odwoławczym (chociaż i tak chodzi o przynajmniej pół roku – ale chociaż nie półtora).
Zawsze też myślałem, że sąd okręgowy (apelacyjny, odwoławczy – używam takich słów jako synonimów), może podtrzymać decyzję sądu niższej instancji, ale może również zmienić to postanowienie. Okazuje się jednak, że nie. Jeżeli ma jakieś zastrzeżenia, to sprawa wraca do ponownego rozpatrzenia, przez sąd, który wydał poprzednią decyzję. Do tego rozpatrywana jest ona w oparciu o materiał dowodowy z pierwszego postępowania (chyba, że jakaś procedura została przeprowadzona niewłaściwie, lub w ogóle nie została przeprowadzana - np. badanie w OZSS). Nie ma więc znaczenia, jeżeli na przykład w międzyczasie sytuacja rodziców biologicznych uległa zmianie na lepsze.
Wrócę do sytuacji Kapsla. Odwołanie mamy ma dużą szansę na pozytywne jego rozpatrzenie przez sąd apelacyjny, jednak tak czy inaczej sprawa wróci na biurko sędziny, która do tej pory nie była przychylna mamie (a odwołanie może ją tylko rozwścieczyć – w końcu sędzia to też człowiek i może się irytować). Wprawdzie istnieje możliwość złożenia przez mamę wniosku o zmianę sędziego (mając konkretne argumenty), ale co zrobić, gdy w sądzie jest tylko jeden sędzia rodzinny? Czy istnieje możliwość zmiany sądu? Niestety Majka o to już nie dopytała – ale będzie okazja za pół roku.
To, że jest duża szansa na ponowne rozpatrzenie sprawy wynika z dwóch powodów. Sprawa pierwsza, to fakt, że nie dokonano badania więzi i oceny kompetencji rodzicielskich mamy Kapsla przez Opiniodawczy Zespół Sądowych Specjalistów. Większość sądów traktuje to badanie jako rutynową czynność przed każdym odebraniem praw rodzicielskich, jednak nie ma takiego obowiązku. Czy sąd odwoławczy potraktuje to jako pewnego rodzaju zaniedbanie, czy również stwierdzi, że przecież nie trzeba?
Druga rzecz, to połączenie na jednej rozprawie odebrania praw rodzicielskich z zakazem widywania się z synem. Podobno nie ogranicza się kontaktów rodziców z dzieckiem, z urzędu. Musi wpłynąć jakiś wniosek. Czy coś takiego miało miejsce, czy może jednak była to samowolka? Nie wiemy, lecz trudno jest nam znaleźć kogoś, kto miałby jakiś interes w złożeniu wniosku o zakaz spotkań. Jednak tak czy inaczej powinny się odbyć dwie odrębne rozprawy.
Natomiast jeżeli chodzi o możliwość aktualnych odwiedzin, to jeżeli odwołanie spełni wszelkie wymogi prawne, wówczas sąd nie będzie mógł wydać odrębnej decyzji w sprawie, która została zaskarżona. Czyli Kapsel nadal będzie mógł spotykać się ze swoją mamą. 
Tyle tym razem się dowiedzieliśmy od sędziego z jednego z naszych sądów rodzinnych. Osobiście, wcale nie jestem przekonany, czy takie procedury obowiązują w całym kraju, zwłaszcza że sam pan sędzia stwierdził, że ze stuprocentową pewnością, może się wypowiadać tylko za siebie i swojego kolegę (bo akurat w tym wydziale rodzinnym jest ich tylko dwóch).

Z ciekawych rzeczy poruszył jeszcze kwestię, której bardzo obawiają się rodzice zastępczy, wychowujący jakieś dziecko już dłuższy czas. Co się stanie, gdy w którymś momencie zostaną odebrane prawa rodzicielskie rodzicom biologicznym i dziecko zostanie zgłoszone do ośrodka adopcyjnego? Czy jedyną możliwością będzie dla nich adopcja? Przecież nie zawsze stać rodzica zastępczego na taką alternatywę. Okazuje się, że w dziewięćdziesięciu kilku procentach dzieci te wcale nie zostają zakwalifikowane do adopcji, co oznacza, że nadal pozostają w dotychczasowej rodzinie zastępczej. Jednak bliższe sprecyzowanie pojęcia „dłuższy czas” nie jest możliwe i zależy od indywidualnej interpretacji osób pracujących w ośrodkach adopcyjnych.

W ten płynny sposób przejdę do pewnych aspektów funkcjonowania ośrodków adopcyjnych. Nie chcę twierdzić, że powinny być jakieś sztywne ramy czasowe, określające kiedy dziecko jest kwalifikowane do adopcji, a kiedy już nie. Wszystko zależy od sytuacji, jednak podobnie jak w przypadku sądów, wpływ na to ma subiektywna ocena poszczególnych ludzi. Gdyby więc kiedyś ktoś mnie zapytał o perspektywy swojego dziecka zastępczego, które przebywa w jego domu od kilkunastu, czy kilkudziesięciu miesięcy – musiałbym powiedzieć: „nie wiem”.

Jeżeli chodzi o decyzje podejmowane przez ośrodki adopcyjne, to są jeszcze inne ciekawe aspekty, powodujące że cały system rodzicielstwa zastępczego i adopcyjnego jest niejednoznaczny i w większości zależy od regulaminów i zasad wypracowanych przez poszczególne ośrodki adopcyjne, instytucje pieczy zastępczej i sądy (być może często wspólnie).

Dawniej wydawało mi się, że sprawa wygląda w ten sposób, że pomoc społeczna i/lub szpital, do którego trafiło dziecko, co do którego istnieje uzasadnione podejrzenie zaniedbania opieki rodzicielskiej, albo mama po porodzie poszła „w długą”, czy też zdecydowała się zrzec wychowania swojego dziecka – informuje o tym sąd i Powiatowe Centrum Pomocy Rodzinie (albo inną odpowiednią instytucję zajmującą się pieczą zastępczą). Dziecko kierowane jest do rodziny zastępczej, a sąd wszczyna proces, lub jeżeli mama sama decyduje się zrzec swoich praw rodzicielskich, musi to w odpowiedni sposób zgłosić sądowi. Jeżeli sąd po jakimś czasie podejmie decyzję o odebraniu praw rodzicielskich, zgłasza ten fakt do ośrodka adopcyjnego, który dokonuje kwalifikacji do adopcji i rozpoczyna poszukiwania rodziców adopcyjnych. Myślałem, że takie są procedury, ponieważ tak to wygląda u nas.
Dopiero od niedawna ośrodki adopcyjne nieco wcześniej dowiadują się o dziecku, ponieważ ich pracownicy biorą udział w spotkaniach w PCPR-rze, na których omawiane są poszczególne przypadki dzieci przebywających w rodzinach zastępczych. Mając pewną wiedzę na temat rozwoju dziecka i sytuacji jego rodziców biologicznych, mogą rozpocząć wstępne poszukiwania nowych rodziców (nikomu jeszcze dziecka nie proponując).

Bywają jednak ośrodki adopcyjne, które jako pierwsze (poza sądem) są informowane o pojawieniu się dziecka w szpitalu (najczęściej noworodka). Decyzją sądu, maluch jest umieszczany w docelowej rodzinie adopcyjnej. I tutaj istnieją dwa znane mi rozwiązania (stosowane w różnych miastach), albo rodzice adopcyjni wcześniej muszą skończyć dodatkowy kurs dla rodziców zastępczych, albo sąd umieszcza dziecko w rodzinie adopcyjnej na zasadzie tzw. „powierzenia pieczy”. W sumie wszystko wygląda pięknie.
Jest zgodne prawem, ponieważ sąd na 6 miesięcy może umieścić dziecko na zasadzie powierzenia pieczy w dowolnej rodzinie (według własnego uznania), a jeżeli ma ona dodatkowe szkolenie dla rodzin zastępczych, to termin ten nie obowiązuje. Dla dziecka jest to komfortowa sytuacja, ponieważ niemal od urodzenia przebywa w docelowej rodzinie. Rodzice, u których w ten sposób zostało umieszczone dziecko, są szczęśliwi że mogą zajmować się nim od początku, że nie czeka ono na nich nie wiadomo gdzie.
Są w pełni świadomi wszelkich konsekwencji podejmowanej decyzji. Niestety te konsekwencje mogą dla nich okazać się tragiczne. Mama zostawiając dziecko w szpitalu po porodzie, ma 6 tygodni na zmianę decyzji. Nie musi niczego udowadniać – zwyczajnie mówi, że zmieniła zdanie i przychodzi po dziecko. Może też nie dopełnić wszelkich formalności i „zniknąć”. Rodzicom pozostaje niepewność – czy wróci i kiedy? Gdyby nasza Smerfetka znalazła się na takiej zasadzie w jakiejś rodzinie adopcyjnej, to nie chciałbym być w jej skórze (tej rodziny). Mama nagle wróciła, wynajęła prawnika i deklaruje walkę o odzyskanie dziewczynki. Rodzice zastępczy mają (a przynajmniej powinni mieć) świadomość tymczasowości. Wiedzą, że istnieje duże prawdopodobieństwo, że dziecko kiedyś od nich odejdzie. Rodzice adopcyjni nie są na coś takiego gotowi. Wiem, że mają świadomość podejmowanego w takim przypadku ryzyka, jednak gdyby musiał być zrealizowany wariant pesymistyczny, to mogłoby to „rozwalić” całą rodzinę … a przypadki powrotów czasami się zdarzają, mimo że do takiego sposobu adopcji wybierane są tylko dzieci z niemal stuprocentowym prawdopodobieństwem odebrania praw rodzicielskich.

Jest też inny wymiar takiego podejścia do adopcji. Niektóre osoby bardzo bulwersuje adopcja poprzez pozostanie najpierw rodziną zastępczą. Jeden z naszych ośrodków adopcyjnych uważa to za „wykradanie dziecka z kolejki” i w bardzo niemiły sposób traktował rodzinę która najpierw została rodziną zastępczą dla jednego naszego „pogotowiowego” malucha. Czym różni się sytuacja adopcji noworodka? Jest to pomijanie osób oczekujących w kolejce adopcyjnej, którzy nie są emocjonalnie zdolni do wybrania takiej drogi – a jednak są ośrodki, które proponują taki alternatywny wybór.
Osobiście uważam, że żadna droga do upragnionego dziecka nie jest niewłaściwa i rozumiem postępowanie poszczególnych rodzin, mimo że często sam też nie byłbym na coś takiego gotowy.
Dziwi mnie tylko różnorodność form podchodzenia do tego samego tematu przez instytucje. Powoduje to, że wiem coraz mniej, nie mówiąc o tym, czego jeszcze nie wiem. A może to jest właśnie pluralizm?

Jednak na koniec odniosę się też do PCPR-ów. Tutaj również istnieją wewnętrzne regulacje, które kształtują pewną „politykę” konkretnych jednostek.
Podam tylko jeden przykład. Rodzina, która planuje zostać pogotowiem rodzinnym, powinna teoretycznie najpierw pozostać na jakiś czas „zwykłą rodziną zastępczą”.
Problem polega tylko na tym, że nie można łączyć funkcji pogotowia z rodziną zastępczą. Tak więc po okresie bycia rodziną zastępczą należałoby przebywające w rodzinie dzieci zastępcze albo adoptować (jeżeli jest taka możliwość), albo oddać je do innej rodziny.
Dlatego też niektóre PCPR-y (nie chcę gdybać, czy większość, czy mniejszość) rezygnują z tego wymogu i rodzina decydująca się na pozostanie pogotowiem rodzinnym, pozostaje nim natychmiast. Ale są również takie rodziny, które nie wyobrażają sobie od razu rzucenia się na „głęboką wodę”.

Tak więc, reasumując całe moje rozważania, powiem tyle, że jak ktoś będzie mnie pytał jak wygląda system opieki zastępczej i adopcyjnej, to chyba będę brał wzór z naszego sędziego, twierdząc że w stu procentach to mogę się tylko wypowiadać za Majkę i siebie.



sobota, 10 grudnia 2016

KAPSEL 2

Niestety sytuacja Kapsla komplikuje się coraz bardziej.
Jeszcze miesiąc temu istniała realna szansa na powrót do rodzinnego domu – może nie najlepszego, ale bezpiecznego, a przede wszystkim własnego, w którym jest … mama.
Pomoc społeczna wystawiła mamie Kapsla całkiem przyzwoitą opinię, opierając się głównie na jej ogromnym zaangażowaniu. W miarę swoich możliwości, zrobiła remont aktualnego mieszkania i udało jej się spotkać z wójtem swojej gminy, dzięki czemu została zapisana na lokal socjalny w trybie pilnym. Pracę ..., może nie najlepiej płatną, ale ma – a to jest najważniejsze. Stanowisko PCPR-u też było jednoznaczne (zresztą poparte naszą pozytywną oceną sytuacji). Czekaliśmy więc na rozprawę, licząc na to, że być może chłopak spędzi święta już w swoim domu.
Decyzja sądu zaskoczyła wszystkich – odebranie praw rodzicielskich i zakaz widywania się z synem. Dlaczego …?
Pozwolę sobie w tym momencie zrobić pewną dygresję, dotyczącą mojej oceny sądów rodzinnych. Z pewnością jest to bardzo subiektywne spojrzenie, oparte na kilku, czy kilkunastu przypadkach, z którymi mieliśmy do czynienia, jednak sprawa Kapsla skłoniła mnie do takich rozważań.
Podobnie jak kilka milionów innych osób w naszym kraju, rokrocznie jadę na badanie techniczne mojego samochodu, aby dostać pieczątkę w dowodzie rejestracyjnym, że jest on dopuszczony do ruchu. Kilka lat temu wykonywałem te badania w pewnej stacji kontroli pojazdów. Mimo, że kilka dni wcześniej robiłem przegląd w autoryzowanym serwisie, osoba tam pracująca zawsze przyczepiała się do hamulców (nawet dwa razy odsyłając mnie ponownie do serwisu). Tak więc zmieniłem kontrolera. Po kilku latach nawet zrezygnowałem z autoryzowanego serwisu. Teraz przeglądy robię u mechanika Mirka i z badaniem technicznym nie mam problemu. Dlaczego o tym napisałem? Ponieważ tak jak w tym przypadku, tak samo przy decyzjach podejmowanych przez sąd rodzinny, wszystko zależy od jednego człowieka. Różnica polega tylko na tym, że sądu rodzinnego nie można sobie wybrać. Rodzice biologiczni są więc skazani na przypadek. Z pełną świadomością mogę stwierdzić, że identyczna sytuacja dziecka, prowadzona w różnych znanych mi sądach rodzinnych, mogłaby zakończyć się zupełnie innym wyrokiem.
Teoretycznie sędzia wydaje decyzję w oparciu o wszelkie istotne dla sprawy okoliczności. Tyle, że te okoliczności należy ustalić na podstawie czegoś. A tutaj jest bardzo różnie. Jedne sądy zapraszają rodziców zastępczych na rozprawę - inne nie, jedne wnioskują do rodziny zastępczej o przedstawienie opinii – inne nie, jedne są zadowolone z każdego dostarczonego materiału dowodowego – inne nie lubią, gdy ktoś niepytany się wychyla. Są sędziowie, którzy dzwonią do Majki z pytaniem: „to jaką decyzję mam podjąć?” (co też jest pewnego rodzaju przegięciem), jak również tacy, którzy wydają decyzję o przekazaniu dziecka do rodziny zastępczej, nie informując o tym nikogo poza rodzicami biologicznymi. I niby kto ma tych rodziców dla dziecka znaleźć?
W większości przypadków sędziowie bardzo twardo stąpają po ziemi, dokładnie zapoznają się z materiałem dowodowym - a przede wszystkim wiedzą o czym mówią … Ale nie zawsze.
Trochę sobie pogadałem, chociaż tak naprawdę ważne jest ostatnie zdanie. Sędzia orzekający w sprawie Kapsla był przekonany, że swoją decyzją otwiera mu drogę ku świetlanej przyszłości w rodzinie adopcyjnej. Trochę przypomina mi to dywagacje niektórych osób, w myśl których na każde urodzone dziecko, czeka tłum rodzin adopcyjnych.
Otóż nie … W przypadku Kapsla nie istnieją praktycznie żadne szanse na adopcję. Dla dzieci sześcioletnich trudno jest znaleźć rodzinę zastępczą, nie mówiąc o adopcyjnej – sąd o tym nie wie? Mówię tutaj o dzieciach zupełnie zdrowych, będących w normie rozwojowej pod każdym względem. Kapsel jest opóźniony w rozwoju i według wszelkich opinii dysproporcja w stosunku do rówieśników będzie się tylko powiększać. Czy sąd tego nie doczytał? Może nie, bo może nie chciał doczytać. W końcu sam nie wystąpił o przekazanie jakichkolwiek informacji ani do nas, ani do PCPR-u, a opinię wysłaną przez panią Jowitę (naszą koordynatorkę) potraktował jako pewnego rodzaju „samowolkę”.
Mama Kapsla zdecydowała się odwołać od decyzji sądu. Ale czy zrobiła to prawidłowo? Czy w ogóle to zrobiła? Była umówiona w naszym PCPR-rze. Pani Jowita przygotowała z prawnikiem wzory odpowiednich pism. Mama nie dotarła do dnia dzisiejszego.

Istnieją trzy możliwości dalszego biegu wydarzeń.

Wariant nierealny polegałby na tym, że mama w prawidłowy sposób złożyłaby odwołanie od decyzji sądu, a ten uznałby jej racje i sam zmienił postanowienie.

Wariant mało prawdopodobny, ale możliwy - mama prawidłowo przeprowadziła wszelkie czynności odwoławcze.
W tym przypadku czekamy na rozprawę w sądzie apelacyjnym, co oznacza, że z pewnością będziemy razem z Kapslem witać Nowy Rok 2018 (a może i 2019).

Wariant najbardziej prawdopodobny – decyzja sądu się uprawomocni. Kapsel zostanie zgłoszony do ośrodka adopcyjnego, prawdopodobnie nawet zakwalifikowany do adopcji. Nie będzie chętnych rodzin adopcyjnych … rozpocznie się poszukiwanie rodzin zastępczych. Nie będzie chętnych rodzin zastępczych w naszym powiecie … rozpocznie się poszukiwanie poza powiatem. W tym momencie jest już „wolna amerykanka' – PCPR poszukuje jakichkolwiek rodziców swoimi kanałami, my swoimi – łącznie z umieszczaniem informacji na „tablicach ogłoszeń”, na różnych forach internetowych związanych z adopcją bądź rodzicielstwem zastępczym. Przykre? … bardzo, ale tak się to odbywa.Oczywiście jeżeli uda się taką rodzinę znaleźć, to jest ona weryfikowana przez PCPR, no i oczywiście musi mieć ukończony kurs dla rodziców zastępczych.
Czy znajdzie się rodzina, która zechce pokochać sześcioletniego chłopca, który sika w majtki, z trudem rozwiązuje zadania dla trzylatków, nie potrafi zapamiętać wierszyka, policzyć do dziesięciu, wymienić kolorów, dni tygodnia … Czy fakt, że jest bardzo opiekuńczy w stosunku do innych dzieci i zwierząt, że stara się być bardzo pomocny, że bardzo chce kochać i być kochanym – wystarczy, aby ktoś się nim zainteresował? Prawdę mówiąc – wątpię. Pozostanie dom dziecka …

Ciekawy jestem tylko, czy sąd raczy nas poinformować o tym, że podjął decyzję o zakazie kontaktowania się mamy z synem. Na dobrą sprawę, gdyby zakaz ten był celowy, to powinniśmy go już dawno otrzymać, w trybie natychmiastowej wykonalności (co w żaden sposób nie wiązałoby się z tym, czy wyrok się uprawomocni, czy nie). Dopóki niczego nie dostaliśmy na piśmie, dopóty nic nie wiemy i Kapsel nadal spotyka się z mamą. Codziennie zadaje pytanie „czy dzisiaj jest sobota?”. Chyba bardzo lubi to określenie, bo tak naprawdę spotyka się z mamą w poniedziałki. Jednak bardzo czeka na ten dzień i nie wyobrażamy sobie, jak w pewnym momencie będziemy musieli mu powiedzieć, że mama już więcej nie przyjdzie.
Chociaż z drugiej strony, jaki sens ma podtrzymywanie więzi, jeżeli prawdopodobieństwo powrotu do mamy będzie bliskie zeru?

Ale póki co, skupiamy się na tym, co jest teraz.
Dzień, w którym Kapsel spotyka się z mamą, nie należy do przyjemnych (z naszego punktu widzenia). Wieczór upływa pod znakiem płaczu, krzyków, negowania każdego polecenia, a nawet rzucania się na podłogę (nie wiadomo dlaczego, atak szału najczęściej następuje w wannie – przy kąpieli).
Bardzo się cieszę, że zachowanie Kapsla jest monitorowane przez psychologa, bo być może uznałbym to za przyczynek do ograniczania widzeń. Okazuje się, że jest to bardzo zdrowy symptom odbudowywania więzi z mamą. Tylko jak powinniśmy się do tego odnosić, mając w świadomości wyrok sądu? Sam nie wiem.

Na koniec wrócę jeszcze do sikania Kapsla w majtki. Zgodnie z zaleceniami psychologów, przestaliśmy w jakiś szczególny sposób na to reagować. Chłopiec, chyba potraktował to jak pewnego rodzaju przyzwolenie, albo uznał, że skoro na noc zakłada pieluchomajtki, to nie obowiązują go już żadne zasady. W każdym razie po kilku dniach kupiliśmy pieluchomajtki dla dorosłych, bo bywało, że z tych dziecięcych wszystko zaczęło się wylewać. Chociaż są też noce zupełnie suche i niestety nie udaje nam się ustalić jakiejś reguły. W ciągu dnia jest dużo lepiej, chociaż pralka i tak ma „pełne ręce” roboty.
Wizyta u urologa niczego szczególnego nie wniosła do sprawy. Anatomicznie wszystko jest w porządku. Badanie moczu wykazało tylko istnienie jakichś bakterii, które aktualnie staramy się zwalczać, jednak nijak ma się to do problemu moczenia się. Zliczamy też w odstępach kilkudniowych ilość wypijanej wody i porównujemy to z ilością oddanego moczu. Kapslowi bardzo spodobało się sikanie do butelki, więc często robi tak również jak nie musi. Początkowo miałem pewne opory, gdy podawał mi rękę (bo nigdy nie wiedziałem, czy idąc do ubikacji, nie wpadł na pomysł nasikania do butelki), ale do wszystkiego można się przyzwyczaić. Nie wiem co z tych pomiarów wyjdzie, następna wizyta u urologa, już wkrótce.

Dlaczego właściwie o tym wszystkim piszę?

Być może takie oceny dzieci trafiają do potencjalnych rodziców adopcyjnych.
Często się zastanawiam, jak wielkie emocje muszą nimi targać, gdy czytają podobne opisy?
A do tego świadomość, że być może są rzeczy z życia ich przyszłego dziecka, które nigdy nie ujrzą światła dziennego.

Chciałbym, aby znalazła się jakakolwiek rodzina chętna do zaopiekowania się Kapslem, bo inaczej chłopak będzie miał w życiu „przerąbane”. A wszystko przez jedną nietrafioną decyzję ..., można powiedzieć, że przez przypadek.
Żałuję tylko jednej rzeczy – że pani sędzia, która prowadziła sprawę Kapsla, nie zdecydowała się kiedyś na ukończenie Politechniki. Może badając stan techniczny pojazdów, sprawdziła by się lepiej – w końcu samochody mają dużo bardziej prostą konstrukcję.
Czy mam prawo oceniać jej pracę i podejmowane decyzje? Nie wiem, być może nie, ale musiałem sobie trochę ponarzekać.



piątek, 25 listopada 2016

SMERFETKA - I kto to mówi 1

Smerfetka przebywa w naszej rodzinie od ponad półtora roku. Patrząc z jej perspektywy, można powiedzieć, że jest u nas od zawsze. Od kilku miesięcy do mnie należy sprawowanie kontroli nad jej nocnym życiem. Oznacza to tylko tyle, że Smerfetka, Gacek i ja, dzielimy wspólnie jedną sypialnię. Dzieci śpią całkiem przyzwoicie, bo budzą się dopiero mniej więcej o siódmej nad ranem (czasami tylko zdarzają się nieprzewidziane sytuacje w środku nocy). Jednak w związku z tym, że Majka odwozi Kapsla do przedszkola i wraca około dziewiątej, moją rolą jest zabawienie maluchów do jej powrotu. Prawdę mówiąc, nie jest to duży problem. Nawet powiedziałbym, że to Smerfetka zabawia w tym czasie i mnie i Gacka (Białaska nie musi, bo ten wypija mleko przed ósmą i potrafi dalej pospać, nawet do dziesiątej). Dziewczynka niby nie zna jeszcze zbyt wielu słów, ale buzia jej się nie zamyka (zupełnie jak Majce). Mógłbym jednym tchem wymienić kilka, a nawet kilkanaście słów, które słyszę codziennie jak: „mama”-ciocia, „tata”-wujek, "pa-pa” - do widzenia, „ma” - nie ma, „da” - daj, „tak” - tak, „nie” - nie ...
Jednak ostatnimi czasy, spróbowałem nieco bardziej wsłuchać się w jej słowa, i mam wrażenie, że stworzyła sobie własny język, za pomocą którego stara się nam przekazać swoje opinie i emocje. Poszczególne wyrazy są często bardzo podobne fonetycznie, czasami różnią się tylko jedną literką, a nawet akcentem, który padając na inną sylabę tego samego słowa, może oznaczać coś zupełnie innego. Na przykład „lambam” to lampa, „bambam” - banan, a „mlemlem” dotyczy czegoś związanego z jedzeniem (wziąć, dostać). Nie jest to jednak język prosty. Wydawać by się mogło, że skoro „bambam” to banan, to jedno „bam” oznacza pół banana. Niestety tak nie jest. Smerfetka potrafi już łączyć swoje wyrazy w zdania i przykładowy jej tekst: „mlemlem bambam, bam” można przetłumaczyć jako „chciałam wziąć banana, ale się wyrżnęłam”.
Niedawno, opisując Kapsla, spróbowałem spojrzeć na świat jego okiem. Teoretycznie, nie jest to jakiś nowatorski pomysł. Nawet na szkoleniu dla rodzin zastępczych, naszym zadaniem było utożsamić się z hipotetycznym dzieckiem, które zostaje odebrane rodzicom i nagle znajduje się w zupełnie obcej rodzinie, bez jakiejkolwiek świadomości tego, co je czeka w przyszłości. Pamiętam, że wówczas nie zrobiło to na mnie większego wrażenia (widocznie mam słabą wyobraźnię, a może nawet jestem mało empatyczny), za to pozostanie na chwilę Kapslem … owszem – było pewnego rodzaju przeżyciem.
Postanowiłem więc, że na jakiś czas oddam głos Smerfetce. Sam jestem ciekawy, jak podejdzie do moich słów, które wypowiadałem kilkanaście miesięcy temu.

Smerfetko, zapraszam:

Dzięki tato. Zanim cofnę się do moich niemowlęcych miesięcy, pozwolę sobie nie zgodzić się ze stwierdzeniem, że ”mama” to ciocia, a „tata” to wujek. Przecież Kaśka, Kamisia i Kubuś też tak do was się zwracają. Mama to mama, a tata to tata – a nie ciocia i wujek. Nie zauważyłeś, że do innych wujków mówię „eyyyy” a do innych cioć „eyyyyji”. Zresztą trochę mnie dziwi, że każdą panią, która pojawia się w naszym domu, nazywacie ciocią. Najważniejszą dla mnie ciocią, jest ciocia Ela, którą od miesięcy widuję kilka razy w tygodniu – chodzimy razem na spacery, bawimy się, czasami bywam w jej domu. Chociaż ostatnio zaczęły się pojawiać trzy inne ciocie, które spędzają ze mną przedpołudnie, albo wieczór. Zaczynam lubić je coraz bardziej.
Jest jednak jedna ciocia, która odwiedza nas niezbyt często. Jest bardzo miła … uśmiecha się do mnie, a nawet czasami pobawi. Za to cały czas coś sobie zapisuje. Jest to chyba ciocia wyjątkowa … albo bardzo ważna. Ma na imię Jowita. Gdy ma nas odwiedzić, to pakujesz wszystkie moje zabawki do pojemników, mówiąc że musi być porządek, bo może ciocia będzie chciała zobaczyć pokój, w którym śpimy. Po twoich porządkach nie mogę znaleźć karetki pogotowia, która zawsze jest zaparkowana pod łóżkiem Gacka, ani gadającej lalki mieszkającej na bujanym fotelu. No i od rana znowu muszę wszystko wypakowywać, bo na pustej podłodze, zwyczajnie nie da się żyć.

Przeczytałam niedawno twoje wspomnienia z pierwszych dni mojego życia. Są to te informacje mailowe, które wysyłałeś do cioci Jowity. Dodam tylko, że Smerfetka jest imieniem, którym zwracasz się do mnie głównie ty (inni tylko czasami). Tak naprawdę mam na imię Lianka. 
Chociaż ??? W pewien sposób czuję się tym imieniem przez ciebie wyróżniana.
Zresztą nie tylko tym imieniem … choć może wynika to z tego, że jestem jedyną „księżniczką” w gronie trzech rozbójników.
Ale chyba nie zawsze tak było. Kiedyś napisałeś coś takiego:

Pani Jowito, przesyłam wypis Lianki ze szpitala. Małą musieliśmy odebrać już w czwartek, ponieważ szpital miał problemy z jej mamą biologiczną (momentami była agresywna i nieobliczalna) i na dobrą sprawę ktoś musiałby być przy niej non stop. Dzisiaj mama dziewczynki nas odwiedziła, co nie było dla mnie wielkim zaskoczeniem. Nie wpuściliśmy jej do domu, ale porozmawialiśmy przed domem i ustaliliśmy zasady dotyczące odwiedzin dzieci przez rodziców. Pokazaliśmy jej córkę i pozwoliliśmy się z nią przywitać. Mama była grzeczna i spokojna, chociaż widać było, że nie jest osobą zupełnie naturalną. Mówiła, że ukradziono jej dziecko i podobno jest u nas, ale musi sprawdzić, czy na pewno jest to jej córka. Gdy ją zobaczyła, rozpłakała się - mówiła, że odnalazła swoje dziecko i kilkukrotnie zadawała nam pytanie, czy my nie chcemy ukraść jej dziecka. Majka trochę obawia się spotkań z nią w naszym domu. Chciałaby, aby pierwsza wizyta odbyła się w PCPR-ze. Ewentualne odwiedziny w naszym domu mogłyby się odbywać tylko przy mojej obecności. Osobiście bardziej obawiam się tego, że jak przyjdzie, to nie będzie chciała wyjść, niż tego, że może dla nas stanowić jakieś realne zagrożenie fizyczne. Nawet gdyby próbowała wyrządzić komuś jakąś krzywdę, to nie powinno być problemu z jej ujarzmieniem (ma raczej wątłą posturę). W sumie to jest mi jej żal. Zresztą podobnie jak innych rodziców "naszych dzieci" (może z wyjątkiem mamy Luzaka). Wszystkie mamy bardzo chcą być ze swoimi dziećmi, ale "coś" im w tym przeszkadza. Ja staram się nie oceniać - myślę, że ma to logiczne uzasadnienie, ale aby to zrozumieć trzeba by najpierw samemu "sięgnąć dna". Nie wiem czy nie robimy błędu (a jednocześnie krzywdy tym dziewczynom) poprzez wspieranie i namawianie do "ogarnięcia się". I my i one, chyba mamy świadomość tego, że jest to mało realne. Do tego my nawet nie za bardzo chcemy, aby to im się udało. Mimo, że mamy na względzie dobro dzieci, to jednak trochę jest to obłudne. Jak z perspektywy czasu patrzę na mamę Foxika, to mam wrażenie, jakby ona oczekiwała abyśmy jej powiedzieli : "pozwól dziewczynce odejść a będziesz wielka". Trochę się wdałem w rozważania psychologiczno-filozoficzne. Pewnie dlatego, że dzisiaj słucham "Starego Dobrego Małżeństwa" (właśnie leciał "czarny blues o czwartej nad ranem".) Jeżeli chodzi o Liankę (trochę mi to imię nie pasuje - nie ma ładnego zdrobnienia - będziemy chyba musieli wymyślić jakąś ksywkę) to raczej poczuła się u nas dobrze. Większość czasu śpi, żółtaczki na razie nie dostała, je ładnie. Od Irokeza odróżniam ją głównie po kolorze smoczka.”

Wyszło więc na to, że zacząłeś nazywać mnie Smerfetką, bo imię Lianka nie ma ładnego zdrobnienia. No super … chociaż bardzo mi się podoba, jak mówisz do mnie pieszczotliwie - Smerfuś.
Ale i tak nie jest najgorzej, bo podobno mama jednej z dziewczynek, przebywających kiedyś w naszej rodzinie, mówiła do niej Niunia.
Jednak zadumałam się nad tym, co napisałeś o pani, którą razem z mamą Majką nazywacie – mamą biologiczną. Maila, którego przeczytałam, wysłałeś ponad półtora roku temu. Miałam wówczas trzy dni i nic z tego nie pamiętam. Niedawno zobaczyłam tą panią po raz drugi. Byliśmy w jakimś obcym pokoju. Były tam zabawki, ale były też inne osoby, które na mnie patrzyły i zadawały jakieś pytania. Ta pani mówiła do mnie „chodź do mamy”, przytulała mnie, przyniosła mi pluszowego misia. Nie mogłam zrozumieć o co chodzi – przecież moją mamą jest Majka, a misia już mam – śpi ze mną w łóżeczku.

Przejdę do kolejnych twoich wpisów:

LIANKA: To imię kojarzy mi się z mimozą (taką Barbarą z "Nocy i dni"), dlatego nazywam ją Smerfetką. Niewiele mogę o niej powiedzieć , bo jej dzień jest bardzo nudny - je, śpi, je, śpi, je, śpi itd. (czasami ją jeszcze przewijamy, więc ma jakieś urozmaicenie).”

Sama nie wiem, czy mnie wtedy lubiłeś. Żebyś chociaż wspomniał, że jestem śliczna …
Ale może nie powinnam narzekać, może wszyscy „tatowie” tak mają?
Nawet pisząc moją charakterystykę dla PCPR-u (w związku z kwartalną oceną wszystkich dzieci), też za bardzo się nie wysiliłeś:


Ocena rozwoju dziecka na podstawie obserwacji opiekunów (5 tygodni).

Ponieważ Lianka jest aktualnie jedyną dziewczynką w naszym Pogotowiu, nazywamy ją „Smerfetką”. Dziewczynka jest dzieckiem zdrowym. Miała 10-tkę w skali Apgar. Przejawia wszystkie typowe dla noworodka odruchy: Moro, Babińskiego, Rootinga i chwytny.
Pojawiła się w naszej rodzinie w drugiej dobie życia. Jej problemem jest mama, która ma schizofrenię paranoidalną, co niestety może być pewną przeszkodą dla potencjalnych rodziców adopcyjnych. Faktem jest, że prawdopodobieństwo wystąpienia tej choroby wynosi 50% gdy oboje rodzice są schizofrenikami i dziecko wychowuje się w ich rodzinie, Jednak wszelkie odstępstwa od tej zasady powodują, że prawdopodobieństwo spada do kilkunastu procent. A poza tym, nawet osoby cierpiące na schizofrenię, jeżeli poddadzą się leczeniu, są zupełnie zwyczajnymi ludźmi.

Prawdopodobnie ma alergię pokarmową, więc tydzień temu „przeszła” na Nutramigen i obserwujemy co się będzie działo.

Wykaz umiejętności dziecka:

  • Jej wzrok nie jest jeszcze w pełni rozwinięty. Patrzy na nas, ale jeszcze nie rozpoznaje szczegółów.
  • Słyszy, ale ma dużą tolerancję na hałas.
  • Położona na brzuchu lekko unosi główkę i wydaje ciche dźwięki.
  • Wie do czego służą rączki (gdy zabraknie smoczka – wkłada je do buzi).
  • Ma tylko jeden rodzaj płaczu, albo ja nie potrafię jeszcze go rozróżniać.
  • Potrafi płakać łzami – co jest nietypowe – zwykle występuje to dopiero po trzecim miesiącu życia.
  • Dobrze trzyma główkę.
  • Jest małomówna.
  • Dużo śpi.
  • Ładnie je.
  • Uwielbia spacery i jazdę samochodem.
  • Ma lekką przepuklinę pępkową, chociaż lekarz zaleca tylko obserwację. Ponieważ z upływem czasu nie było lepiej (a wręcz gorzej), od dwóch dni wprowadziliśmy naszą autorską metodę złotówkową. Jest to metoda prosta ale skuteczna. Wypracowaliśmy ją gdy był u nas Foxik – też miał przepuklinę pępkową.
    Stosowaliśmy różne plastry. Kosztowały ogromnie duże pieniądze (oczywiście w porównaniu do zwykłego plastra) a ich skuteczność była znikoma.
    Nasza metoda polega na przyklejeniu do pępka zwykłej złotówki, zwykłym plastrem.
    Trzeba tylko uważać, aby za bardzo nie potrząsać dzieckiem. Przy Foxiku wszystko się wydało, gdy poszła na rehabilitację. Podczas ćwiczeń nagle wypadła z niej złotówka. Najpierw była konsternacja, a potem dużo śmiechu. Przez jakiś czas była nazywana skarbonką.
    Od tego czasu metodę dopracowaliśmy – plastrujemy złotówkę krzyżowo, prawdopodobieństwo, że wypadnie jest znikome.

Podsumowując, Smerfetka jest typowym niemowlakiem, będącym pod każdym względem w normie rozwojowej.
Jedynym „felerem” jest niestety jej mama.


Pod koniec drugiego miesiąca mojego życia również napisałeś o mnie krótką informację, bez większego zabarwienia emocjonalnego:

  • zaczyna być coraz bardziej aktywna, wręcz domaga się zainteresowania swoją osobą,
  • trochę się o nią obawiałem, ale tydzień temu byłem z Luzakiem na Obuwniczej (mając z sobą Smerfetkę i Irokeza) i panie rehabilitantki zdecydowanie stwierdziły, że mała jest w normie (tylko Irokez jest "na wyrost"),
  • aktualnie zaczęła wodzić wzrokiem za nami, zaczyna się uśmiechać (w odpowiedzi na uśmiech),
  • lubi głaskanie, przytulanie (niby to normalne, ale zawsze będę pamiętał "wczesnego Chapicka")
  • zaczyna interesować się wiszącymi nad nią zabawkami,
  • jako jedyna z dotychczasowych dzieci nie lubi "czułości" ze strony psa (ciekawy jestem czy to się zmieni).

Zastanawiam się, kiedy stałam się dla ciebie naprawdę ważna.

Chętnie przeczytałabym od razu wszystko co o mnie napisałeś, ale muszę się przyznać, że jeszcze nie umiem czytać i to wszystko opowiedziała mi mama Majka. Muszę więc grzecznie poczekać na kolejną odsłonę.
A swoją drogą, uwielbiam książeczki. Są nawet ciekawsze niż zabawki.
To chyba zasługa Majki.