Trochę
sobie ponarzekam na rodziców biologicznych... ale nie tylko.
Chyba
jednak się starzeję, bo zamiast cieszyć się sielanką, która
ostatnio zapanowała w naszej rodzinie zastępczej, to znowu
wyszukuję sobie trudne tematy.
![]() |
| Sasetka i Maruda w oczekiwaniu na spotkanie z mamą. |
Jeszcze
kilkanaście dni temu, nasze dzieci zastępcze spędzały wakacje w
innych rodzinach. Romulus z Remusem przebywali w rodzinie zastępczej
niezawodowej, którą tak naprawdę niezbyt dobrze znali. Zresztą
muszę przyznać, że my również. Udało nam się spotkać
wcześniej tylko dwa razy. Wprawdzie odniosłem wrażenie, że mama
wakacyjna była dla chłopców miłością od pierwszego wejrzenia,
to jednak życie mnie nauczyło, że ważniejsze jest to drugie,
trzecie, czwarte wrażenie – czyli codzienność.
I
być może właśnie dlatego, bardziej spokojny byłem o Ploteczkę i
Kapsla, niż o bliźniaki.
Chłopcy
na wakacjach nie sprawiali większych problemów. My, co kilka dni,
dostawaliśmy jakieś ich zdjęcie i krótki opis aktualnej sytuacji.
Teoretycznie, będąc na urlopie powinniśmy odpoczywać od pracy. W
przypadku Majki, tą pracą jest opieka nad dziećmi.
Chociaż
źle napisałem. To nie jest tylko opieka, to przede wszystkim bycie
z sobą, wspólne przeżywanie każdego dnia, poznawanie siebie,
uczenie się świata. Dlatego takie informacje były dla nas bardzo
ważne, zwłaszcza że byliśmy daleko.
Urlop
jednak dobiegł końca i nastąpił dzień, w którym chłopcy mieli
wrócić do naszej rodziny. Niby nic niezwykłego. Dzień, który
przeżywaliśmy już wielokrotnie. Tym razem był on jednak
wyjątkowy. Okazało się, że bliźniacy nie chcieli opuścić
rodziców wakacyjnych. W ciągu miesiąca tak bardzo się do nich
przywiązali, że rozstanie wyglądało tak, jak kiedyś wyobrażałem
sobie odbieranie dzieci rodzicom biologicznym – płacz, tulenie
się, niemal odrywanie na siłę.
Zresztą
była to też relacja zwrotna. Zarówno rodzice oraz ich dzieci,
również zakochali się w chłopakach. Rozstanie było więc trudne
i długotrwałe. Jeszcze do wieczora, chłopcy (będąc już w naszym
domu) pokazywali palcami na drzwi, dając nam do zrozumienia, że
chcieliby wrócić. Na szczęście noc minęła spokojnie i
następnego dnia wszystko wyglądało już tak jak miesiąc
wcześniej.
Rodzice
wakacyjni zapytali nas, czy mogliby nadal spotykać się z chłopcami,
odwiedzać ich, a najlepiej zapraszać do siebie. Zaproponowali
środę, czyli zaledwie cztery dni po rozstaniu. Jeszcze kilkanaście
miesięcy temu, powiedzielibyśmy: „przystopujcie”. Niech
bliźniaki trochę ochłoną, niech trochę was zapomną, po co mają
powtórnie przeżywać powrót i rozstanie.
Teraz
zrobiliśmy zupełnie inaczej.
Tyle
tytułem wstępu, który tym razem wyjątkowo wpisał się w temat,
który zamierzam poruszyć.
W
naszym powiecie istnieje niepisana zasada, że rodzice zastępczy
odbierają dziecko z domu rodziców biologicznych (często nawet w
przypadku interwencji policji). I jest to zasada, której
udokumentowania próżno byłoby szukać w jakichkolwiek przepisach,
w jakichkolwiek ustawach – nie reguluje tego nic. Jest to więc
dobra wola każdej ze stron, i na szczęście ta dobra wola ma
miejsce. Przyjeżdża więc kurator, osoba z PCPR-u, pracownik z
Pomocy Społecznej, lekarz z pobliskiej przychodni. Policja na
wszelki wypadek stoi gdzieś za rogiem. Zjawiamy się też i my,
chociaż rzadko wchodzimy do domu. Najczęściej ktoś przyprowadza
nam dzieci do samochodu. Wielokrotnie towarzyszą im rodzice...
powiedzmy, że mama (ojca jeszcze nie widziałem).
Tak
też było w przypadku Romulusa i Remusa. Niestety nie było czułych
pożegnań. Chłopcy zwyczajnie wsiedli do samochodu. Bez smutku, bez
jednej łzy. Po przyjeździe do naszego domu, nie pokazywali palcem
na drzwi... nie chcieli wrócić.
Tak
samo bywało w innych przypadkach.
Pozostanę
jeszcze przez chwilę przy tych konkretnych dzieciach. Co się stało,
że nie mogli się rozstać z rodziną, którą znali od miesiąca, a
pożegnanie z mamą biologiczną wyglądało jak wyjście ze sklepu?
Stres?
Może... Niecodzienność sytuacji? Raczej nie, bo do wizyt policji
byli przyzwyczajeni.
Krzywdzenie
emocjonalne jest faktem, na który zwracają nam uwagę psycholodzy.
W
momencie, gdy dzieci są już odebrane rodzicom i uruchomiona jest
cała machina mająca rozstrzygnąć co dla dziecka byłoby
najlepsze, jedyną stroną, która może dostrzec pewnego rodzaju
zależności między rodzicem a dzieckiem – jest tylko rodzina
zastępcza (bądź placówka, w której dziecko przebywa). Jako
pogotowie rodzinne, jesteśmy w zasadzie zobowiązani do
relacjonowania sytuacji: dziecko – rodzic biologiczny. Często też
jesteśmy proszeni przez sąd o wyrażenie własnej opinii.
Nie
do końca jest więc prawdą to, co Majka mówi rodzicom
biologicznym. Owszem, to od ich postępowania i decyzji sądu
wszystko zależy. Tyle tylko, że my jesteśmy obserwatorami...
bardzo wnikliwymi. Jeżeli więc myślą, że jeśli na spotkaniu
powstrzymają się od uderzenia dziecka i będą udawać idealnych rodziców, to my wystawimy im wzorową opinię - są w wielkim
błędzie.
Gdy
mam do czynienia z osobami, które zupełnie nie są w temacie, to
odnoszę wrażenie, że w społeczeństwie istnieje przyzwolenie na
odbieranie dzieci z powodu przemocy, alkoholu, wykorzystywania
seksualnego. Wszelkie inne krzywdy wydają się być „naprawialne”
z pomocą wsparcia finansowego, przydzielenia asystenta rodziny i być
może szeregu innych form pomagania przez różne instytucje –
wszystko w myśl zasady, że w rodzinie biologicznej, najlepiej.
Ale
czy takie rodziny biologiczne na pewno dadzą się naprawić? Ja mam coraz większe
wątpliwości.
Gdy
próbuję prześledzić zachowania rodziców dzieci, które mieszkały
w naszej rodzinie, to praktycznie u każdego z nich widzę
emocjonalną niedostępność, brak wrażliwości na potrzeby
dziecka. Pamiętam mamę Sasetki i Marudy, która „przeprowadzała”
dzieci przez plac zabaw. Bardziej przypominało to zatrzymywanie się
przy kolejnej stacji drogi krzyżowej, niż wspólną zabawę. Dzieci
niczego od niej nie oczekiwały, nie wyciągały rąk, nie przytulały
się, nie wchodziły na kolana.
Romulus
i Remus spotkali się ze swoją rodziną, będąc na wakacjach. Ich
tymczasowi opiekunowie nie mieli dotychczas żadnych doświadczeń z
rodzicami biologicznym dzieci (które zostały im odebrane), a mimo
to również zauważyli pewną sztuczność zachowań. Rozumiałbym
stres, bycie obserwowanym, bycie w jakimś sensie zależnym od
rodziny zastępczej – tylko, że tak jest zawsze, nawet na
dziesiątym, czy dwudziestym spotkaniu – wszystko wygląda jak
wyreżyserowany spektakl. Rodzice sprawiają wrażenie, jakby nie
chodziło im, aby pobyć z dzieckiem, czy nawet się z nim
popłakać... ale o to aby być, aby spotkanie zostało odnotowane.
Chociaż
tata bliźniaków jest jakimś specyficznym przypadkiem. Uwielbia
robić dzieciom zdjęcia. Czasami mam jednak wrażenie, że jest
jakimś chirurgiem plastycznym, ponieważ zwraca uwagę tylko na na
guzy, siniaki i zadrapania.
Niestety
jego większe zainteresowanie skupia się tylko na Remusie. Romulus
często spędza czas (będąc na spotkaniu z rodziną) w towarzystwie
Majki. Odnoszę wrażenie, jakby ojciec uważał, że tylko jedno z
bliźniąt jest jego. A drugie? Może moje.
Kontynuując ten wątek - często zauważam pewnego rodzaju segregację dzieci. Niemal
regułą jest wielość ojców. W jakimś zakresie mogę zrozumieć
faceta, który w zupełnie przypadkowy sposób został ojcem dziecka
z kobietą, która jak się później okazało, w równie przypadkowy
sposób urodziła dzieci będące wynikiem upojnych nocy z kilkoma
innymi mężczyznami. Może on nie czuć potrzeby i chęci podjęcia
się opieki nad dziećmi innego samca „alfa”... a nawet „omega”.
Myślę jednak teraz o matkach, które obwiniają, oskarżają
starsze dzieci o to, że ich ojcem był ktoś, kogo teraz nie
akceptują, lub wręcz nienawidzą. Przypisują dzieciom cechy ojca,
widząc w nich nie osoby, ale jakieś mityczne geny. Często
krytykują je, upokarzają i poniżają.
Przykładem
takiego zachowania była historia Sztangi. Dziewczynka zawsze była
dla swojej mamy dzieckiem drugiej kategorii. Jej marzeniem było
dorosnąć.
Często
się zastanawiam, jak potoczą się losy brata Sasetki i Marudy? Tata
(a w zasadzie partner mamy biologicznej) mówi, że kocha jak
swoje... ale tylko mówi. Poza tym, wszystko przypomina sytuację
sprzed dwóch lat.
Krzywdzeniem
emocjonalnym jest również brak umiejętności dostosowania
rozmaitych działań do poziomu rozwoju dziecka. Wachlarz zachowań
jest w tym przypadku bardzo szeroki. Z jednej strony mogę podać
przykład mamy Kapsla, która była nadopiekuńcza. Nosiła
siedmiolatka na rękach, wiecznie obawiała się, czy się nie
przeziębi (chociaż na dworze był upał), albo czy się nie zabije
wchodząc na drabinki. Ale też nie miała zupełnie żadnego
pomysłu, co z nim robić. W sytuacji, kiedy Kapsel coś kolorował,
albo wyklejał (co robił nieudolnie, z racji swoich zaburzeń), w
pewnym momencie traciła cierpliwość i kończyła pracę za niego,
chociaż chłopiec wcale tego nie oczekiwał. Dla niego była to
kara, a przynajmniej przesłanie „ty nic nie potrafisz dobrze
zrobić”, chociaż prawdopodobnie mama chciała go tylko wyręczyć.
Gdy mieszkał razem z nią, to wiecznie oglądał telewizję i coś
jadł. Zapewne z jej punktu widzenia, było to bardzo bezpieczne.
Osobiście widziałem ją tylko raz. Spotkała się z chłopcem w
kawiarni przy basenie. Zostawiłem ich samym sobie na godzinę –
poszedłem zrobić zakupy. Gdy wróciłem, ona siedziała z wzrokiem
wlepionym w smartfona, a Kapsel patrzył przed siebie. A pewnie
chętnie by popływał – choćby w brodziku.
Przeciwieństwem
była mama Hawranka, która zostawiła jego kilkuletnie rodzeństwo
samo w domu i poszła na trzydniową imprezę. Tłumaczyła potem, że
przecież mieli pełną lodówkę jedzenia... trzylatek i roczniak.
Pogwałceniem
indywidualności i odrębności dziecka, jest również jego
wykorzystywanie do zaspokojenia własnych potrzeb psychicznych,
choćby wykorzystywanie go w konflikcie z inną osobą. Do teraz
pamiętam, w jaki sposób była manipulowana Asteria, zarówno przez
mamę jak i przez tatę. W pewnym momencie wszelkie rozmowy
telefoniczne mogły się odbywać tylko w trybie głośnomówiącym.
Dziewczynka była nie tylko wciągana w ich wewnętrzne spory, ale
również zaznajamiana z problemami mamy. Bywało, że z własnego
kieszonkowego musiała pożyczyć (która to pożyczka była później
umarzana – zwyczajnie Asteria się nie dopominała zwrotu) mamie na
bilet, aby ta mogła ją odwiedzić. A przecież mogła przyjechać
„na gapę”. Zresztą niewykluczone, że tak właśnie robiła, a
pożyczki przeznaczała na alkohol (bo znacznie przekraczały one
cenę biletu). I znów Majka musiała przeprowadzić z mamą poważną
rozmowę. Co z tego wyszło? Oficjalnie wszystko zostało wyjaśnione.
Kieszonkowe miało pozostać wyłącznie do dyspozycji Asterii.
Podejrzewam jednak, że nieoficjalnie, mama z córką przeszły do
„podziemia”.
Wbrew
pozorom, ten aspekt krzywdzenia emocjonalnego, może obejmować
również światopogląd mamy Plotki. Dla tej kobiety, pewną
wykładnią urody, jest waga. Chociaż w innych przypadkach może być
tak, że rodzice akceptują tylko określony ubiór, jedzenie, pewne
wybrane zabawy – krótko mówiąc, działania podejmowane zgodnie z
wolą rodzica. Mama Ploteczki cały czas podkreśla, że dziewczynka
musi dużo jeść, bo przecież kiedyś ma być taka duża jak ona.
Oby nie... bo to już jest kategoria „open”.
Krzywdzeniem
emocjonalnym jest także przyzwalanie, albo nawet zachęcanie do
zachowań aspołecznych.
Już
nawet nie próbuję się zastanawiać, ile razy Romulus i Remus (i
ich starsi bracia) musieli być świadkami awantur, libacji
alkoholowych, przemocy? Filemon (brat bliźniaków), który przez
jakiś czas z nami mieszkał i bardzo go lubiłem (Romulus mocno mi
go przypomina), w tej chwili jest podobno trudny do opanowania – a
ma zaledwie pięć lat.
Ile
razy Sasetka z Marudą byli świadkami współżycia swoich rodziców?
Może nie byli, chociaż ich mama podobno rzadko wychodziła z łóżka,
a dzieci razem z nią spędzały każdy dzień.
Ile
razy Sztanga i Asteria musiały zmienić miejsce zamieszkania, szkołę
i koleżanki?
Ile
razy Foxik usłyszał (chociaż był zbyt mały , aby to zapamiętać),
że podstawa to się nie przemęczać?
Ile
razy mama bliźniaków mówiła, że „ma prawo”, bo jest chora
(prawo do zaniedbań, bo chorobą jest alkohol)?
Ile
razy mama Białaska mówiła „mi się należy”?
A
co mówiła mama Gacka? Chyba nic, bo prawie jej nie pamiętam. Może
tylko myślała „synek, po coś ty mi się przytrafił”?
Pewnie
mógłbym wymienić jeszcze innych rodziców biologicznych dzieci,
których przez jakiś czas byliśmy historią (a one naszą).
Staramy
się zwracać uwagę na szczegóły, które z pozoru są błahe i nic
nie znaczące. A jednak mogą mieć wielką wagę dla przyszłości
dziecka.
Niestety
z tego względu, w mojej świadomości pojawia się pewien konflikt
dotyczący otwartości adopcji (nie chodzi mi o jawność adopcji). W
teorii jestem na „tak”, jednak praktyka mówi mi „nie, nie i
jeszcze raz nie”- przynajmniej w zdecydowanej większości
przypadków.
Trudno
mi sobie wyobrazić sytuację, w której rodzice adopcyjni mogliby
zachowywać przyzwoite relacje z rodzicami biologicznymi. Dzisiaj
bliźniacy pojechali na spotkanie z mamą. Kobieta nie widziała ich
ponad dwa miesiące. Ważniejsze niż spędzenie wspólnych chwil z
dziećmi, były uwagi na temat uszczerbków na ciele, a przede
wszystkim – dlaczego dzieci nie mają na głowie kasków?
Teoretycznie
można by było przyznać jej rację. Tyle tylko, że należałoby
przyjąć zasadę, że powinni chodzić w kaskach przez okrągłą
dobę. Rowerki na których jeździli są biegowe, więc nie stanowią
większego niebezpieczeństwa niż w przypadku zabawy piłką, a
nawet robieniem babek z piasku (chyba żeby pozbawić chłopców
łopatek, wiaderek, foremek i nie wpuszczać ich do piaskownicy). Gdy
rano Romulus wyszedł ze swojego łóżeczka, to zobaczyłem
wielkiego czerwonego „biniola” pod okiem. Wieczorem go jeszcze
nie miał i nie mam pojęcia jak go sobie nabił. Może gdyby spał w
kasku...? A najlepiej w masce bramkarza hokejowego.
Jednak
najbardziej frustrujące są komentarze pod koniec spotkania.
Wszystkim rodzicom wydaje się, że będzie płacz i tęsknota za
następnymi odwiedzinami. Niestety prawda jest dużo bardziej
brutalna. Rodzice biologiczni są już dla tych dzieci „nikim”.
Najważniejsze jest to, że w pobliżu zawsze jest Majka.
Skupiłem
się na rodzicach biologicznych, których dzieci przebywały w naszej
rodzinie zastępczej. Niestety krzywdzenie emocjonalne może dotyczyć
każdej rodziny, często jest nieświadome, a bywa że czasami trudne
do uniknięcia.
Ten
wątek rozpocznę od samego siebie. W jakimś sensie też byłem
ofiarą i doznawałem krzywd natury emocjonalnej. Zawsze uchodziłem
za dziecko niezwykle uzdolnione, które niemal w każdej sferze życia
musi być najlepsze i ciągle odnosić sukcesy. Prawda jednak była
taka, że byłem zupełnym przeciętniakiem, któremu powiedziano:
„jesteś najlepszy”. Pewnie niejeden stwierdziłby, że nie ma to
jak dobra motywacja. Ja tak jednak nie uważałem i starałem się
poprowadzić swoje dzieci inną drogą. Wydawało mi się, że
przekazuję im światopogląd, w którym najważniejsze nie są oceny
w szkole, kariera, praca, pieniądze. Wydawało mi się, że mówię
„wyluzuj”, „odpuść”, „nie każdy musi być mistrzem
świata”, „odpocznij”, „idź na piwo”, „życie nie polega
tylko na zaliczaniu kolejnych egzaminów”. Wydawało mi się...
I
pewnie bardzo podobnie jest w rodzinach, które my (ci niby lepsi)
określamy mianem patologicznych. Zapewne niejeden z rodziców
zmagający się z rozmaitymi uzależnieniami i mający wrodzony
(wręcz genetyczny) wstręt do podejmowania jakiejkolwiek
działalności, próbuje zmotywować swoje dziecko, aby nie skończyło
tak samo. Być może niejeden nauczyciel, pedagog, też stara się
pomagać, zachęcać.
„Pójdź
dziecię, ja cię uczyć każę” - niestety idee najczęściej
pozostają nimi do końca.
Będąc
rodziną zastępczą, też nie jesteśmy wolni od krzywdzenia
emocjonalnego. Gdy przychodzą do nas nowe dzieci, siłą rzeczy
stajemy się mniej dostępni dla tych dotychczasowych, na ich sygnały
reagujemy z dużym opóźnieniem, musimy dokonywać wyborów.
![]() |
| Marudzie trudno było zaakceptować nowych członków rodziny. |
Albo
przykład Kapsla z jego kompulsywnym jedzeniem. Chłopiec musiał być
ciągle pilnowany, a w przedszkolu dostawał wydzieloną porcję na
talerzyku. Pamiętam sytuację, gdy podczas obiadu dzieci, musiałem
skorzystać z toalety. Zajęło mi to minutę, może dwie. Po
powrocie, talerze Marudy i Sasetki były dokładnie wyczyszczone z
każdego kęsa.
Jaką
więc krzywdą emocjonalną musiało być dla chłopca patrzenie na
innych, którzy jeszcze jedzą, a jego talerz jest już pusty.
To
może jeszcze jeden wątek w tej materii – rodzice adopcyjni.
Są
to najczęściej osoby będące mniej więcej w połowie drogi na tym
ziemskim padole. Niestety mające już dawno za sobą lata świetności
– przynajmniej w zakresie uczenia się i bycia otwartym na „nowe”.
Są to rodzice, którzy mają swoją pracę, swoje pasje, swoich
przyjaciół. Przyzwyczaili się do tego, że nikt im nie mówi co
mają robić, bo doskonale wiedzą, co chcą robić. I nagle pojawia
się jakiś mały człowieczek, który zaczyna dyktować swoje
warunki. Bardzo łatwo jest go skrzywdzić emocjonalnie.
Nie
będę rozwijał tematu niedostępności rodzica, której przyczyną
są nadmierne zobowiązania zawodowe, bowiem truizmem jest
twierdzenie, że żadna zabawka nie zastąpi fizycznej obecności
mamy, czy taty.
Odniosę
się jednak do tego, jak dziecko postrzega swoją przeszłość.
Dotknę tylko jednego problemu.
Pewnie
do końca życia nie zapomnę kilkuletniego chłopca, który siedząc
nad kolorowanką, w kółko powtarzał: „jestem Franek Pieczarka,
jestem Franek Pieczarka, jestem Franek Pieczarka...”.
Niestety
już sama zmiana nazwiska jest dla dziecka dużym przeżyciem. Gdy
dochodzi do tego zmiana imienia, to może to już być postrzegane w
kategorii pogwałcenia jego indywidualności i odrębności. Z
prawnego punktu widzenia, wszystko jest poprawne, jednak dziecko
patrzy na tę sprawę zupełnie inaczej.
Wspomniany
Franek Pieczarka, nagle został Władysławem Dudą.
Nawet
Iskierka, która bardzo utożsamiała się z nową rodziną
adopcyjną, nie chciała nazywać się Duda, tylko Hauser-Duda (mniej
więcej tak jak mama).
W tej chwili podobne rozterki ma Sasetka – ona również nie chce się nazywać Duda.
W tej chwili podobne rozterki ma Sasetka – ona również nie chce się nazywać Duda.
Mieliśmy
w swojej historii kilka przypadków, gdy rodzice adopcyjni zmienili
imię swojemu dziecku. Hawranek nie jest już Hawrankiem, ani
Foxik... Foxikiem. Maruda też ma zmienioną jedną literkę –
teraz ma na imię Maluda. Na tym początkowym etapie nie ma to
zupełnie żadnego znaczenia (pomijając kilkuletniego Franka
Pieczarkę). Maruda nawet nie zauważył podmianki, tym bardziej, że
Sasetka jeszcze nie do końca wymawia „r”, więc w jej wykonaniu
zawsze był Maludą. Nastanie jednak czas, gdy te dzieci podrosną i
zadadzą pytanie „dlaczego nie podobało wam się moje imię?”.
Czy mogą mieć wówczas poczucie skrzywdzenia emocjonalnego? Pewnie
jedne tak, inne nie.
Sam
czasami się zastanawiam, jak ja bym postąpił? Powiedzmy, że moje
adopcyjne dziecko miałoby na imię Amanda. Chyba bym nie zmieniał,
ale jak ktoś by powiedział na nie Amandzia... to bym „zabił”.
I
ostatnie pytanie, które pozostawię jako retoryczne. Czy nagłe
odcięcie się od byłej rodziny zastępczej, nie jest krzywdzeniem
emocjonalnym dziecka?












