Przed
nami kolejne spotkanie mające na celu omówienie sytuacji
przebywających u nas dzieci zastępczych. Tym razem będzie to ocena
całej czwórki, do opisania której właśnie się przymierzam.
Wszystko
zaczęło się kilka lat temu. Stwierdziłem, że skoro nie mogę
pojawić się na takim spotkaniu zespołu, to opiszę moje
spostrzeżenia. Majka nawet zastanawiała się, czy ma to przekazać
zebranym osobom, czy tylko ma jej posłużyć jako pomoc w
przedstawianiu naszego zdania. Okazało się, że pisane w kolejnych
miesiącach opinie, nie tylko były dołączane do akt danego
dziecka, ale również były przekazywane do ośrodka adopcyjnego.
Stały się pierwszymi informacjami, z którymi mogli zapoznać się
rodzice adopcyjni (jeszcze nie widząc dziecka). Doszedłem do
wniosku, że powinienem tam opisywać to, czego nie uda się wyczytać
w opiniach psychologów, ocenach medycznych, czy nawet raportach
sporządzanych przez organizatora pieczy zastępczej. Opisuję więc
rozmaite zachowania dzieci w różnych momentach ich życia. Wydaje
mi się, że jest to ważne dla ich przyszłych rodziców. Są jednak
rzeczy, które pozostawiam dla siebie. Mam świadomość tego, że
opisy te przeczytają nie tylko rodzice danego dziecka (adopcyjni lub
zastępczy), ale również rodzice biologiczni, którzy przychodzą
na takie spotkania i często proszą nas o kopię tej oceny. Jest to
też pewnego rodzaju opis naszych metod wychowawczych, z którymi
mogą zapoznać się osoby oceniające naszą pracę w charakterze
rodzica zastępczego. No i muszę mieć na względzie podstawowy cel
pieczy zastępczej, więc przynajmniej w oficjalnych pismach pewne
rzeczy przemilczam (chociaż może niesłusznie).
Siedzę
więc i myślę, co chciałbym przekazać przyszłym rodzicom dzieci,
które teraz mieszkają z nami.
Opis
zacznę chyba od Sasetki i Marudy, rodzeństwa które najszybciej od
nas odejdzie. Nie wiemy jednak dokąd. Tata dzieci cały czas
deklaruje chęć zaopiekowania się nimi. Mam wrażenie, że facet
zupełnie nie rozumie powagi sytuacji. Prawa rodzicielskie ma
odebrane, decyzja sądu już się uprawomocniła, a on ciągle
opowiada jak to będzie, gdy dzieci do niego wrócą. A może tylko
mi się wydaje, że nie wie o czym mówi?
Do sądu
wpłynął wniosek rodziny spokrewnionej z dziećmi, o ustanowienie
jej rodziną zastępczą dla Sasetki i Marudy. Przypuszczalnie wiele
osób przyklasnęłoby, gdyby sąd się do niego przychylił. Na
dobrą sprawę, my też powinniśmy kibicować sędzinie, aby podjęła
właśnie taką decyzję. W końcu celem pieczy zastępczej jest
przywrócenie dzieci rodzicom biologicznym. Ale jej nie kibicujemy.
Tata po
raz kolejny pogodził się z mamą, a potencjalna rodzina zastępcza
jest bardzo blisko związana z mamą dzieci. Nietrudno przewidzieć
co wydarzy się w przypadku realizacji takiego scenariusza.
Sasetka
niemal każdej nocy przybiega do mojego łóżka i wtula się we
mnie. Zdarza się też, że budzi mnie z krzykiem „wujek przytul!”
Gdy obudzi się, będąc sama w pokoju, nie woła nikogo, ani też
nie wychodzi (chociaż bez problemu potrafi nacisnąć klamkę).
Kładzie się pod drzwiami i płacze. Nie wiem, czy są to lęki,
które dla czterolatków nie są czymś niezwykłym, czy jakaś
trauma z dzieciństwa? Podobno dzieci były zostawiane same w domu na
wiele godzin... ale tylko podobno. Zastanawiam się, czy o tym
wspomnieć, chociaż dla rodziców adopcyjnych byłaby to ważna
informacja.
Chyba
zbyt wcześnie zaczęliśmy z Sasetką rozmowy na temat nowej mamy.
Od kilku dni nie daje nam spokoju. Ciągle dopytuje, kiedy po nią
przyjdzie. Nawet Kapsel się w to wkręcił i też chce mieć nową
mamę (po raz kolejny). Jednak o ile Kapsel chyba nie do końca wie o
czym mówi, o tyle Sasetka doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że
nowa mama, to zupełnie inna osoba niż stara mama. Ale o tym w moim
opisie nie wspomnę.
Nie
napiszę też o pewnym przypadku z Marudą, który mógłby uchodzić
za przykład głodzenia dziecka. Przed podwieczorkiem, dzieci
sprzątają swoje zabawki. Maruda nie dość, że nie pomagał
Kapslowi i Sasetce, to jeszcze wyrzucał to co oni już posprzątali.
Aby usiąść do stołu, musiał włożyć do kartonu pięć klocków,
które rozrzucił. Nie zrobił tego, nie zjadł, a mimo wszystko mi
zaimponował. Nie swoim uporem, ale zrozumieniem zasad. Podjął
decyzję i pogodził się z jej konsekwencjami. Stał przy stole i
patrzył jak inni jedzą. Nie płakał, nie wściekał się...
Chociaż może o tym napiszę. Nie dodam tylko, że tego dnia
podwieczorek był wyjątkowo późno i kolacja nie była już
przewidziana. Chłopiec poszedł więc spać na głodniaka.
Nie
napiszę też, że chciałbym aby Ploteczka jak najszybciej znalazła
rodziców adopcyjnych, chociaż jest to moim marzeniem. Mama
dziewczynki zaczęła odzywać się mniej więcej po dwóch
tygodniach od umieszczenia małej w naszej rodzinie. Przyjdzie na
posiedzenie zespołu, chce się tam spotkać z dziewczynką i
zapowiada, że będzie o nią walczyć.
Wszyscy
rodzice stosują tą samą terminologię: „będę walczyć”.
Gdyby tak któryś powiedział: „uporządkuję swoje życie, wyjdę
na prostą”.
Nie
chcą tak zrobić, czy wiedzą, że jest to nierealne? Zdecydowanie
łatwiej deklarować miłość i walkę o własne dziecko. I jak
łatwo przekonać o swoich dobrych chęciach osoby patrzące na
sprawę z boku.
W
każdym takim przypadku zastanawiam się, jak wiele zależy od
decyzji sędziego, a potem szeregu dalszych zbiegów okoliczności. O
przyszłości dziecka mogą zadecydować jego (sędziego) wewnętrzne
przekonania, albo popłynięcie z nurtem obowiązujących w danym
momencie zasad.
Plotka
może więc wrócić do swojej mamy. Gdy rozmawiamy z tą dziewczyną
przez telefon, to jest nam jej szczerze żal. Mimo stwierdzonego
upośledzenia umysłowego, mówi bardzo ładnie. Jest w swoich
wypowiedziach logiczna i bardzo uczuciowa (w przeciwieństwie do
wielu innych rodziców, z którymi mieliśmy kontakt). Nawet gdyby
przyjąć, że jej rodzina będzie ją wspierać i Ploteczka
zamieszka ze swoją mamą, to czeka ją podstawowe wykształcenie i
prawdopodobnie ciągłe życie na zasiłkach. Tak funkcjonuje cała
jej rodzina biologiczna. Dla nikogo nie jest ważna edukacja, nabycie
jakichś kwalifikacji zawodowych... nikt nie przykłada wagi do
odpowiedzialności za drugiego człowieka. Ale to byłaby jej
rodzina. Póki co, w kolejkę po otrzymane becikowe, ustawiło się
już kilku pożyczkobiorców. Tysiąc złotych to w takiej rodzinie
sporo pieniędzy. Chociaż z jaką łatwością wydają 100 zł na
fryzjera, albo 300 na buty.
Drugim
rozwiązaniem jest adopcja. Rodzice zapewne postawią na rozwój,
będą chcieli dać dziewczynce wszystko. Pewnym niebezpieczeństwem
jest to, że przegną w drugą stronę. Dziecko nie musi umieć
śpiewać, grać na fortepianie, być mistrzem sztuk walki, albo
baletnicą. Nie musi znać pięciu języków obcych, jeździć konno,
wygrywać konkursów matematycznych.
Kim
będzie Plotka za dwadzieścia lat?
Zostaje
mi jeszcze Kapsel. Nie wiem, czy cokolwiek o nim napiszę. Dla kogo
miałbym to zrobić?
Adopcja
już nie jest marzeniem, ale raczej należałoby ją sklasyfikować w
kategorii ”cudu”. Rodzina zastępcza?
Prawdopodobnie
zrobimy chłopcu diagnozę pod względem istnienia FAS. Będzie to
pierwszy taki nasz przypadek. Nie spodziewamy się po tym badaniu
niczego szczególnego. Dowiemy się najwyżej, co jest przyczyną
jego zaburzeń. Ale jakie to ma znaczenie?
Pytaliśmy
osoby, które pracują z chłopcem, czy świadomość istnienia FAS,
w jakiś sposób wpłynęłaby na sposób pracy z nim? Nie byliśmy
zaskoczeni odpowiedziami.
Ale
zrobimy to badanie – game over.
Czasami
mam wrażenie, że Kapsel cofa się w rozwoju, że rok temu był
mądrzejszy. Chociaż pewnie wynika to z faktu, że mam do niego
coraz mniej cierpliwości. Dzisiaj spędziłem popołudnie sam z całą
czwórką. To było tylko kilka godzin, a czuję się bardziej
wyczerpany, niż gdybym miał pod opieką szóstkę noworodków. Na
szczęście Sasetka i Maruda trochę pomogli mi w okiełznaniu
Kapsla. Mam świadomość tego, że niestety chłopak ma zły wpływ
na młodszą dwójkę. Jak by nie było, jest dla nich „starszym
bratem”, z którego wypada brać przykład. Bawiąc się zabawkami,
chłopiec nagle zaczął nimi rzucać po pokoju. Nie rozrzucać,
tylko rzucać na ściany, meble, sufit. Zwróciłem mu oczywiście
uwagę. Zawiesił na mnie wzrok na kilkanaście sekund, po czym
zaczął robić dalej to samo. Chwilę później wyszedłem do
toalety... czasami trzeba. Zazwyczaj, gdy Kapsel się zorientuje, że
nikt go nie kontroluje, to zaczyna biegać, skakać, krzyczeć. Tym
razem było inaczej. Wracam, a tu cisza... coś nienormalnego.
Rozglądam się dookoła, sprawdzam stan liczebny domowników –
brakuje Furii. Kapsel ma absolutny zakaz wypuszczania psa do ogrodu.
Pytam go:
Na
szczęście Furia jest łagodnym bokserem, i nawet gdyby udało jej
się wyjść poza ogrodzenie, to nikomu nic nie zrobi. Ale równie
dobrze mogłaby być niebezpiecznym rottweilerem. Czasami się
zastanawiam, czego jeszcze nie przewidziałem.
Myślę
też co będzie za kilka lat, gdy chłopak będzie już mieszkał ze
swoją mamą (wydaje mi się, że jest to tylko kwestią czasu).
Dziewczyna nie dostrzega praktycznie żadnych problemów. Myślę, że
ma do nas żal, że chcemy umieścić chłopca w szkole specjalnej.
Jej się wydaje, że przecież poradziłby sobie w normalnej szkole i
zapewne do takiej by go posłała... a może nawet pośle, bo do
września jeszcze sporo się może wydarzyć.
Po
ostatniej rozprawie z pewnością nie mamy już u niej dobrych
notowań. Majka poddała w wątpliwość kompetencje rodzicielskie
mamy, opowiadając jak trudnym dzieckiem jest Kapsel. Sama, mimo
ogromnej wiedzy i ciągłych szkoleń, często ma problemy z doborem
odpowiednich metod w procesie wychowywania chłopca. Czy mama, która
nie może sobie poradzić z samą sobą, temu podoła? Zapewne teraz
myśli, że nie chcemy jej oddać dziecka, bo jest dla nas źródłem
dochodu.
Gdybym
ja był na tej rozprawie, to powiedziałbym, że podoła (w końcu
wszystko do tego zmierza – po co przedłużać agonię). Przecież
go kocha, dzwoni do niego, regularnie się z nim spotyka, daje mu
jeść... no właśnie, daje mu jeść.
Wielu
psychologów i pedagogów próbowało rozwiązać zagadkę Kapsla.
Ostatnia teoria polega mniej więcej na tym, że chłopak w okresie
niemowlęcym, gdy mama jeszcze z nim była i zaczęły nawiązywać
się między nimi więzi, zaczął utożsamiać ją z jedzeniem.
Przytulała go i jednocześnie karmiła. Później mama zniknęła, a
jedzenie pozostało. W świadomości chłopca pojawiło się bardzo
proste przełożenie – mama i jedzenie to jest to samo. W tej
chwili będzie mu dobrze wszędzie tam, gdzie jest pod dostatkiem
jedzenia, bo ono tak naprawdę jest jego mamą. Ciekawa koncepcja. Na
ile prawdziwa?
Oto
przedpremierowa ocena naszych dzieci:
Sasetka (4 lata)
Ocena rozwoju dziecka
na podstawie obserwacji opiekunów.
Dziewczynka
nadal jest trochę nieśmiała i czasami wraca do dawnego
przyzwyczajenia, gdy w sytuacji zażenowania, zaczynała się
uśmiechać. Bywa to jednak bardzo rzadko, a większość uśmiechów
wypływa już tylko z jej pogodnego charakteru.
Być
może ta jej nieśmiałość powodowała, że wydawało nam się, iż
ma pewne zaległości do nadrobienia w stosunku do rówieśników.
Staraliśmy się więc ją aktywizować w rozmaitych sferach życia,
co dziewczynce bardzo przypadło do gustu. Lubi nie tylko rozwiązywać
zadania z książeczek dla czterolatków, wykonywać prace
plastyczne, ale również pomagać w codziennych obowiązkach
domowych (znoszenie naczyń ze stołu, przygotowywanie rzeczy do
prania itp.). Ostatnie badania psychologiczne potwierdziły, że
nieco poniżej normy jest tylko w dziedzinie mowy. Chociaż biorąc
pod uwagę stan sprzed pół roku (gdy wypowiadała tylko kilka
prostych słów), nastąpił ogromny postęp. Dziewczynka zna w tej
chwili bardzo dużo wyrazów (myślę, że nawet kilkaset), jednak ma
problemy z odmianą przez przypadki i odróżnianiem rodzaju
żeńskiego od męskiego. Do tego łącząc je w zdanie, często
pomija pierwszy człon danego słowa. Nie mówi „byłam w
przedszkolu”, ale „byłam w szkolu”. W związku z powyższym,
uczęszcza na zajęcia z logopedą – mawia „idę do pedy”.
Mimo
odebrania praw rodzicom biologicznym, Sasetka rozmawia ze swoim tatą
przez telefon (mniej więcej raz w tygodniu), i doszło nawet do
jednego spotkania z nim. Ma świadomość kim on dla niej jest,
jednak nie tęskni do spotkań i rozmów z tatą, i nie przekłada
się to w żaden sposób na jej zachowanie. Mama się nie odzywa.
Dziewczynka jej nie wspomina
,
Wykaz umiejętności
dziecka:
Sasetka bardzo lubi wszelkiego rodzaju aktywność fizyczną, łącznie z
ekstremalnymi figurami gimnastycznymi. Jest duża szansa, że w
przyszłości nie będzie prosiła rodziców o zwalnianie z zajęć
wychowania fizycznego.
Jest
bardzo samodzielna. Potrafi korzystać z toalety, sama się ubiera i
rozbiera, myje zęby, a nawet potrafi się wykąpać. Do nas
opiekunów należą tylko elementy wykończeniowe np. zapięcie
guzików, zasznurowanie butów, umycie włosów.
Dostrzega
i klasyfikuje emocje. Odróżnia dobro od zła, zna poczucie winy i
wstydu. Często zdarza jej się strzelać tak zwanego „focha”.
Mówimy do niej wówczas „co masz taką minę?”. Jest świetnym
obserwatorem. Bywa, że czasami odgryza nam się w podobny sposób,
mówiąc „miny robisz?”.
Jest
bardzo opiekuńcza w stosunku do młodszych dzieci i… osób w
podeszłym wieku (myślę tutaj o sobie). Gdy w weekendowy dzień
próbujemy trochę dłużej pospać i dzieci przychodzą do naszego
łóżka, to Sasetka bardzo dba o mój sen. Głaszcze mnie po twarzy i
pilnuje, aby Maruda nie klepał mnie po głowie (co bardzo lubi
robić). Niestety jest przy tym tak głośna, że spać i tak się
nie daje – ale liczą się chęci.
Jest
dość nietypowa jak na czterolatkę. Nie wpada w szał, nie miewa
ataków nieuzasadnionej złości. Jest bardzo karna, wie co jest
dozwolone a co nie, i nie stara się testować naszej cierpliwości.
„Zakazany owoc” nie jest dla niej obiektem pożądania, który
uzasadniałby bunt. Jest bardzo przewidywalna, nawet w kwestii tych
fochów.
Mimo,
że mowa nie jest mocną stroną Sasetki, to rozumie polecenia, nawet
bardzo złożone, kilkustopniowe. Dla przykładu, zdanie „odłóż
talerz, umyj buzię i przynieś szczotkę do włosów”, wcale jej
nie przerasta. Ale bywają też momenty zawieszenia, gdy krótkie,
dwuwyrazowe zdanie trzeba powtórzyć kilka razy.
Dziewczynka
jest bardzo sprawna manualnie. Ładnie rysuje, precyzyjnie koloruje,
wycina, nakleja. Jeszcze do niedawna nie potrafiła bawić się
sama. Teraz zdarza się, że odchodzi od grupy dzieci (a dokładniej
od szalonego siedmioletniego Kapsla i nie mniej szalonego jej
dwuletniego brata), bierze jakąś kolorowankę i oddaje się
zajęciom intelektualnym.
Nauczyła
się rozróżniać kolory, kształty, faktury i smaki. W kwestii
kolorów, to być może niedługo będzie lepsza ode mnie, bo
aktualnie uczy się jak wygląda bordowy i granatowy. Jak dojdzie do
błękitnego, chabrowego, lazurowego, kobaltowego, indygo... to będę
musiał uznać jej wyższość. Gdy je jakąś potrawę, to potrafi
określić, czy jest ona słodka, czy kwaśna, a nie tylko dobra lub
nie. Rozumie też formę czasu przeszłego, teraźniejszego i
przyszłego. Wprawdzie słowa jej się czasami mylą, ale wie, czy
to już było, czy dopiero będzie. Mały-duży, góra-dół,
przód-tył – to już są pojęcia oczywiste.
Ładnie
śpi (długo i zasypia bez problemów), kiepsko je (chociaż
pozytywne jest to, że lubi owoce i warzywa). Jednak wachlarz
potraw, które jej smakują, staje się coraz szerszy. Gdy do nas
przyszła, smakował jej tylko chleb, ziemniaki i banany.
Od
jakiegoś czasu zaczęła dostrzegać różnice płci (w sensie
fizycznym). Ponieważ siedmiolatek dużo bardziej ją fascynował
niż dwulatek, staramy się pilnować, aby ten pierwszy nie biegał
z gołym dupskiem po domu (co mu się wcześniej zdarzało).
Sasetka miewa jakieś koszmary senne. Czasami krzyczy i woła nas na pomoc.
Bywa również, że cichutko przychodzi do naszego łóżka. Są
więc przypadki, gdy jestem budzony słowami „wujek przytul”,
albo zwyczajnie budzę się z dodatkową dziewczyną u boku. Był
też okres, gdy opowiadała o jakiejś pani za oknem. Mówiła tak
realistycznie, że aż sam zacząłem się bać. Mieliśmy kiedyś
podglądacza w ogrodzie, ale to było wiele lat temu. Na szczęście
nie wpływa to na zasypianie. Tutaj liczy się ciąg elementów,
które muszą się wydarzyć tuż przed snem. Ważna jest nie tylko
kolejność wykonywanych czynności (podawanie witamin, leków,
mycie zębów), ale również pewne zwroty, powtarzające się
każdego dnia. Sasetka jest kąpana pierwsza, później Maruda. Gdy ona
leży w swoim łóżku, a jej brat wychodzi z wanny, zawsze zadaje
pytania „wychodzicie?”, „ubieracie się?”. Odpowiedź
twierdząca bardzo ją uspokaja. Chyba nie byłaby gotowa na spanie
w osobnym pokoju. Wystarczy jej jednak za ochronę – dwulatek. Gdy
czasami dłużej rano pośpi i jest już w pokoju sama, to po
przebudzeniu nie wychodzi (chociaż potrafi nacisnąć klamkę),
tylko kładzie się pod drzwiami i płacze. Jakieś koszmary z
przeszłości?
Gdybym
miał dziewczynkę podsumować jednym zdaniem, to powiedziałbym, że
takiego czterolatka życzyłbym wszystkim rodzicom.
Maruda (2,5 roku)
Ocena rozwoju dziecka
na podstawie obserwacji opiekunów.
Maruda jest typowym dwulatkiem. Pewne opóźnienie występuje tylko w
zakresie mowy, jednak widać bardzo duże postępy, w porównaniu do
tego, co było jeszcze kilka, czy kilkanaście tygodni temu.
Chłopiec
nie ma zupełnie świadomości, jaka jest jego rola w naszej
rodzinie. Nie ma się zresztą czemu dziwić, ponieważ jego
czteroletnia siostra, mimo że ma świadomość istnienia mamy i taty
(biologicznych), nie dopytuje w jakim celu się u nas znalazła. Dla Marudy to my jesteśmy mamą i tatą. Zaczął nawet mówić do mnie
jakiś czas temu „tata”. Starałem się mu wytłumaczyć, że nie
jestem tatą, tylko wujkiem. Chyba coś z tego zrozumiał, bo zaczął
mówić do mnie „ej”. Aktualnie na mnie (czyli tatę zastępczego)
mówi „tośta”, a na mamę zastępczą „taśta”. Trzeba się
jednak bardzo wsłuchać, aby dostrzec różnicę. Od dwóch dni mówi
do mnie również „bysiek”, ale nie wiem, czy powinienem się z
tego powodu cieszyć.
Wykaz umiejętności
dziecka:
Chłopiec
bardzo lubi zajęcia manualne: lepienie z plasteliny, rysowanie,
budowanie rozmaitych konstrukcji. Jeżeli chodzi o rysunki, to są
to jeszcze bazgroły, głównie linie proste, ale czasami uda mu się
narysować jakieś koślawe kółko. W budowaniu z klocków jest
mistrzem. Potrafi tworzyć bardzo rozbudowane formy przestrzenne.
Równie rewelacyjny jest w układaniu puzzli. Nie stanowią dla
niego problemu nawet obrazki kilkudziesięcioelementowe, tyle tylko,
że układanie polega na dopasowywaniu odpowiednich elementów, a
nie uzyskaniu końcowego widoku. Równie dobrze mógłby je układać
od „lewej strony”.
Ponieważ
mało mówi, nie do końca wiemy, czy rozróżnia kolory. Jednak
często potrafi wskazać na obrazku dwa przedmioty o tej samej
barwie.
Dużo
rozumie i chętnie wykonuje polecenia. Wie, co oznaczają pojęcia:
wysoko, nisko, obok, nad, pod. Potrafi pokazać, która piłka jest
duża, a która mała. Trochę gorzej z określeniem co jest
dłuższe, a co krótsze. Mimo, że nie nazywa zwierząt, to potrafi
je pokazać na obrazku. Chociaż w zasadzie je nazywa, tyle że
każde to „łoś', „eś”, albo „oś”. Zdaniem psychologa,
nie jest to jeszcze powodem do zmartwień.
Chłopiec
doskonale potrafi przewidzieć skutek swojego zachowania, i co
najważniejsze – go zaakceptować. Niedawno miała miejsce
sytuacja, kiedy nie chciał pomagać innym dzieciom przy sprzątaniu
zabawek, a do tego jeszcze wyrzucał z pudełek to, co one
posprzątały. Na końcu pozostało tylko pięć klocków, które
trzeba było wrzucić do kartonu. Okazało się, że niewinnie
brzmiące zdanie: „usiądziesz do podwieczorku, dopiero jak
posprzątasz te klocki”, urosło do rangi nie lada problemu. Maruda się uparł, a my musieliśmy być konsekwentni. Chyba każdy
żałował podjętej decyzji. Chłopiec stał przy stoliku i patrzył
jak pozostałe dzieci jedzą. Nie płakał. Zmierzył się z
konsekwencjami podjętej decyzji, jak przystało na prawdziwego
mężczyznę. Nawet mi tym zaimponował. Mam nadzieję, że
wyciągnął z tej lekcji jakieś wnioski, bo my na pewno tak.
Staramy
się dawać naszym dzieciom dużo swobody (nawet dwulatkom), o ile
przestrzegane są normy współżycia w grupie. Ja być może idę
zbyt daleko w swoich poglądach, ponieważ nie interweniuję w
wewnętrzne spory dzieci, dopóki „krew się nie leje”. Jednak
pozwala mi to wyciągnąć wniosek, że w grupie złożonej z dwu,
cztero i siedmiolatka, ten pierwszy niekoniecznie musi być
najsłabszym ogniwem. Gdy trzeba, przychodzimy dzieciom z pomocą,
gdy trzeba sprawiedliwie rozstrzygamy spory. Większość zabawek
mamy w kilku egzemplarzach, aby w jak największym zakresie
zmniejszać prawdopodobieństwo wystąpienia konfliktów. Niestety
nie eliminuje to kłótni o właśnie ten koc do przykrycia, albo
ten samochodzik, albo to konkretne krzesło (chociaż drugie różni
się tylko kolorem). W takim przypadku Maruda nie ma możliwości
podjęcia decyzji, więc tym samym nie godzi się z tym co następuje
później. No i rozpoczyna się „jazda”. Jeszcze do niedawna
rzucał się na podłogę, kopał nogami, a nawet sam siebie bił po
twarzy. W którymś momencie doszedł chyba do wniosku, że jest to
trochę bolesne, więc zauważyliśmy, że chowa się za fotelem,
wrzeszczy i klaszcze w dłonie. Odgłos był dokładnie taki sam. W
tej chwili tylko krzyczy. Aby nikt tego nie przeoczył, przychodzi w
centralny punkt pokoju, gdzie są wszyscy. Potrafi tak się
wydzierać nawet kilkanaście minut i w tym czasie nie docierają do
niego żadne argumenty. Jakiś czas temu, postanowiliśmy zastosować
trochę kontrowersyjną metodę „karnego jeżyka”. Trudno mi
powiedzieć, czy chłopiec nie traktuje tego jako „odstawienia do
kąta” (czyli pewnej formy kary), chociaż w założeniu ma to
służyć wyciszeniu się i w żaden sposób nie jest to związane z
takim, czy innym przewinieniem (tym bardziej, że Maruda najczęściej
już nie pamięta o co poszło). Po trzech-czterech wyniesieniach w
to samo miejsce, nagle chłopiec się uspokaja. Cała operacja trwa
jakieś 2-3 minuty. Wszyscy zyskują więc przynajmniej 10 minut
spokoju.
Emocjonalnie
chłopak jest chyba w normie rozwojowej. Wie co to radość, gniew,
zazdrość. Obcym wydaje się być uczucie strachu i wstydu. Nie za
bardzo odróżnia też dobro od zła. Potrafi kogoś ugryźć,
kopnąć albo uderzyć. Jest nastawiony na efekt. Jeżeli się przed
takimi zachowaniami powstrzymuje, to raczej dlatego, aby nas
zadowolić. Ogólnie jest bardzo głośny i impulsywny. Nigdy nie
wiadomo, co go nagle zainteresuje. A może to być wszystko: widok
bagietki, wyciągniętej z pudła zabawki, a nawet reklama Red
Bull-a. Wykrzykuje wówczas wszystkie słowa jakie zna: ej, oj, łoś,
eść i tym podobne.
Również
fizycznie jest bardzo sprawny i aktywny. Na spacerze potrafi
przemaszerować nawet 4 kilometry. Od kilku tygodni przestał spać
w południe, jednak nadal potrzebuje kilku chwil na regenerację.
Potrafi przysnąć w najmniej oczekiwanym momencie. Przy układaniu
puzzli to jeszcze rozumiem, ale dlaczego w trakcie jedzenia?
Jak
na dwulatka, jest bardzo samodzielny. Potrafi sam się umyć,
najeść, a nawet do pewnego momentu ubrać. Gdy ma trudności z
nakłuciem jakiegoś kęsa jedzenia, to zwyczajnie nakłada go sobie
ręką na widelec, a dalej już pełna kultura. Po zjedzeniu odnosi
brudne naczynia i udaje się do toalety.
Gorzej
wygląda umiejętność korzystania z nocnika. Chłopiec cały czas
ma zakładane pieluchy. Myślę jednak, że jeżeli poświęci mu
się w tym zakresie trochę więcej uwagi, to bardzo szybko
przestawi się na nocnik. W tej chwili nie sygnalizuje swoich
potrzeb, chociaż doskonale wie do czego nocnik służy. Łapiemy
więc kupę, gdy zauważamy, że szuka sobie kąta do jej zrobienia.
Czasami się uda, czasami nie. Gorzej z robieniem „siku”. Gdy
spostrzeżemy, że się otrząsnął, to już jest „po zawodach”.
Jednak nadchodząca wiosna będzie doskonałą okazją, aby mu
pokazać jak mało przyjemne jest robienie siku w spodnie.
Rozstanie
z nami może być dla chłopca trudne, o ile nie zostanie rozłożone
w czasie. Jak zawsze mam nadzieję, że nowa rodzina (nawet gdyby
była to rodzina biologiczna) to zrozumie i uszanuje.
Plotka (7 tygodni)
Ocena rozwoju dziecka
na podstawie obserwacji opiekunów.
Plotkę odebraliśmy ze szpitala w szóstej dobie jej życia.
Dotychczasowe
badania i obserwacja wskazują, że dziewczynka jest zupełnie
zdrowym i prawidłowo rozwijającym się noworodkiem.
Jesteśmy
po konsultacjach z lekarzem rodzinnym, badaniach w poradni
preluksacyjnej (kontrola bioder) i badaniach przez fizjoterapeutkę
dziecięcą. Wszystko jest prawidłowe. Bioderka są bez zarzutu,
jest symetryczna i przekracza linię środka. Cokolwiek to znaczy,
jest to poprawne.
Jedyną
rzeczą, na którą musimy zwrócić uwagę, to podejrzenie
wystąpienia alergii pokarmowej. Ma nieco szorstką cerę na buzi i
jeżeli będzie się to utrzymywało jeszcze przez jakiś czas, to
zmienimy podawane mleko na bezbiałkowe.
Dziewczynka
jest bardzo zgrabna, chociaż miała dość dużą masę urodzeniową.
Jak na niemowlaka, jest też bardzo ładna. Do tego jest też silna –
po miesiącu potrafiła już podnosić głowę (leżąc na brzuchu) i
utrzymać ją przez kilka sekund. Od tygodnia się uśmiecha. Trzeba
się jednak do niej zbliżyć na odległość około 30 cm (ponieważ
zmysł wzroku dopiero się rozwija), a najlepiej dużo mówić i
głaskać po twarzy i rączkach.
Bardzo
lubi się kąpać. Jest grzeczna i nie płacze (najwyżej chwilę
przy wyjmowaniu z wody). Kąpiemy Ploteczkę codziennie, ponieważ jest
to sygnał, że zaczyna się noc. I faktycznie dziewczynka potrafi
przespać bez przerwy nawet osiem godzin.
Inne
dłuższe drzemki mają miejsce podczas spacerów, na które
wychodzimy codziennie (nawet przy lekkich mrozach).
Jest
dość odporna na rozmaite hałasy, zwłaszcza krzyki innych dzieci,
razem z nami mieszkających.
Staramy
się jak najlepiej zastępować jej rodzinę. W tej chwili
najważniejszą rzeczą jest zapewnianie bliskiego kontaktu. W
zasadzie można tak zawiązać butelkę z mlekiem, że nawet
noworodek naje się sam. Gdy Plotka jest już bardzo głodna, a
trzeba jeszcze zrobić coś pilnego (na przykład interweniować, gdy
innemu dziecku dzieje się krzywda), to na kilka minut też stosujemy
ten manewr. Jest to jednak sytuacja wyjątkowa, bo widzimy, że gdy
do niej podejdziemy i zbliżymy się tak, aby mogła nas zobaczyć,
to wyraźnie się ożywia. Z kolei, gdy dostanie jeden palec do
przytrzymania, a drugi delikatnie muska ją po policzku, to przymyka
oczy i odpływa w błogi sen. Podobno dziecko rodzi się z w pełni
wykształconym zmysłem węchu i już w szóstym dniu życia potrafi
rozpoznać w ten sposób mamę.
Mamy
nadzieję, że Ploteczka nie będzie musiała spędzić u nas dwóch lat
(jak to już bywało). Jest fantastycznym dzieckiem, ale jej miejsce
jest gdzie indziej.
Kapsel (7,5 roku)
Ocena rozwoju dziecka
na podstawie obserwacji opiekunów.
Sytuacja
Kapsla zmieniła się o tyle, że mama złożyła do sądu wniosek o
przywrócenie praw rodzicielskich, odbyła się pierwsza rozprawa i
aktualnie czekamy na badanie więzi w OZSS.
Poszukiwania
rodziny adopcyjnej zostały wstrzymane.
Prawdopodobnie
chłopiec pozostanie jeszcze z nami jakiś czas, więc rozpoczęliśmy
starania o umieszczenie go (od przyszłego roku szkolnego), w szkole
specjalnej.
Kapsel spotyka się ze swoją mamą i rozmawia z nią przez telefon.
Niestety powoduje to, że jest rozbity emocjonalnie. Nie ma dnia,
aby panie w przedszkolu się na niego nie żaliły. Psoci (niedawno
rozwinął cały papier w toalecie), nie przestrzega zasad (wszedł
do kuchni i kopiąc w drzwi, uderzył panią kucharkę), przeszkadza
na zajęciach (na angielskim wchodzi na rury z centralnym
ogrzewaniem, a na rytmice skacze i biega po sali). Jednak może to
oznaczać, że mama jest dla niego ważna i konieczność
przebywania w obcej rodzinie powoduje tęsknotę i nieradzenie sobie
z sobą samym. W tej chwili, dla chłopca ważne jest tylko to, co
powiedziała mama. Jednak dość duże prawdopodobieństwo powrotu
do domu rodzinnego powoduje, że w żadnej mierze nie będziemy
starali się ograniczać tych kontaktów.
Chłopiec
przebywając w naszej rodzinie nauczył się pewnych zasad (choćby
tego, że po przebudzeniu bawi się w swoim pokoju, nie chodzi po
całym domu i nie budzi wszystkich domowników). Lubi pomagać i
sprawia mu to dużą przyjemność. Świetnie sprawdza się w roli
kierownika od spraw porządkowych, angażując też inne,
mieszkające z nami dzieci.
Rozwój
w zakresie intelektualnym i poznawczym, jest coraz wolniejszy. Nie
jest to tylko nasze zdanie, ale również innych osób pracujących
z Kapslem (logopedy, nauczyciela z integracji sensorycznej, pedagoga
wspomagającego w przedszkolu). Chłopiec nadal nie zdołał nauczyć
się nazw miesięcy, a nawet myli kolejność dni tygodnia. Potrafi
policzyć do dziesięciu i rozpoznaje podstawowe kolory. Nie potrafi
skupić uwagi na tym co się do niego mówi. Musimy używać
prostych poleceń, a i tak często jego rozbiegany wzrok świadczy o
tym, że nie do końca rozumie o co nam chodzi. Rozwiązuje zadania
na poziomie dziecka czteroletniego. Czytanie i pisanie jest tylko w
sferze marzeń. Potrafi przeczytać tylko literkę „K”, na którą
rozpoczyna się jego imię. Spieramy się, czy umie ją zapisać,
ponieważ zawsze jest to lustrzane odbicie. Znaną mu cyfrą jest 1
i potrafi ją narysować. Jednak cyfra 7, która niewiele różni
się od jedynki, już go przerasta.
Opiekowanie
się Kapslem jest bardzo absorbujące. Chłopiec funkcjonuje na
zasadzie nakazów i zakazów, a myślenie przyczynowo-skutkowe jest
poza jego zasięgiem. Ostatnio zrobiłem dzieciom jajecznicę.
Podając ostrzegłem, że jest jeszcze gorąca i mają uważać, aby
się nie oparzyć. Upewniłem się, czy wszyscy usłyszeli.
Czterolatka zrozumiała, dwulatek również. Kapsel władował sobie
do buzi pełną łyżkę i oczywiście się oparzył, wypluwając
wszystko na talerz. Niestety opiekując się chłopcem, należy mieć
świadomość, że cały czas trzeba myśleć za niego. Przynajmniej
na obecnym etapie.
Dużym
plusem Kapsla jest to, że nigdy nie robi nikomu krzywdy w sposób
świadomy. Jeżeli do tego dochodzi, to wyłącznie dlatego, że nie
pomyślał.