sobota, 12 maja 2018

--- Uwierz w ducha.


Kilka dni temu wydarzyło się coś, czego w żaden sposób nie potrafię racjonalnie wytłumaczyć. Było około północy, gdy nagle ze ściany spadł obrazek oraz słuchawka od domofonu. Obrazek był raczej solidnie zawieszony na haczyku, ale nawet gdyby był źle przytwierdzony (chociaż wisi już przynajmniej od dziesięciu lat) i miał strącić w locie słuchawkę, to musiałby raczej lecieć po orbicie, a nie w linii prostej. Mniej więcej godzinę później sama włączyła się grająca zabawka, która miała już wyczerpane baterie. Zbudziła i postawiła na nogi wszystkich dorosłych domowników, którzy wyszli ze swoich pokoi. Wprawdzie po chwili umilkła, jednak nie był to „łabędzi śpiew”, ale dźwięk wydawany z pełną mocą. Wprawdzie przez pół nocy szalała wówczas burza, to jednak trudno nam było jej przypisać sprawczą rolę.
W zasadzie nie wierzymy w opowieści, że osoby umierające przychodzą się pożegnać (chociaż ja mam trochę naturę sceptyczną – nie jestem w stanie niczego zanegować w 100%), to jednak w tym momencie trochę powiało grozą. Majka bała się zadzwonić do swojej mamy, ale stwierdziliśmy, że jeżeli faktycznie to ona, to i tak już jej nie pomożemy. Starałem się pocieszyć Majkę, że „babcia” nie znalazłaby do nas drogi (bo z orientacją w terenie nie było najlepiej), chociaż w stanie lotnym... kto to wie. Moi rodzice raczej nie wybraliby się na tamten świat w tym samym momencie (zwłaszcza w nocy), więc jedno z nich by zadzwoniło. Ale lęk był i noc nieco niespokojna.

Wszedłem więc pod kołdrę i zacząłem rozmyślać. Gdybym spał razem z Majką, to byłoby mi łatwiej. Niestety teraz ona spędza noce z Ploteczką. Świadomość tego, że być może po domu pałęta się jakiś duch, powodowała że czułem się trochę dziwnie.

Jednak szybko moje myśli zeszły na lęki dzieci. Przecież one odbierają świat zupełnie inaczej. Nie mają ani wiedzy, ani doświadczeń, które mam ja. Przypomniała mi się sytuacja sprzed kilku miesięcy, gdy czteroletnia Sasetka bała się pani chodzącej za oknem i stuków dochodzących zza jej łóżka. Uważam, że nie można dziecka w takim momencie wyśmiać, zawstydzić i kazać mu spać. Próbowałem sytuację jakoś wytłumaczyć. Mówiłem więc, że za oknem to albo widzi kota na parapecie, albo drzewa kołyszące się na wietrze. A to co stuka, to woda w kaloryferze. Zawsze dodawałem, że w razie czego, to jesteśmy za drzwiami.
Na szczęście skorzystała z tego koła ratunkowego tylko kilka razy. Dawniej, w sytuacji gdy budziła się w pustym (w sensie beze mnie) pokoju, kładła się pod drzwiami i zaczynała płakać. Teraz już wychodzi i krzyczy „wujek, wujek”. W nocy nie mam już wyjścia, proszę aby poszła do łóżeczka i chwilę na mnie poczekała. Czeka. Zastanawiam się jak długo dałaby radę – kilkanaście minut, daje.
W tej chwili miewa jakieś koszmary senne. Czasami krzyczy tak, że trzeba do niej podejść.
  • Coś ci się śniło?
  • Tak.
  • Ale co?
  • Nie wiem.
Częściej jednak krzyczy o różnych porach w nocy: „wujek, jesteś tutaj?”. Wystarczy, że odpowiem: „tak, jestem” i śpi dalej.
Z kolei Maruda, dopóki śpi, to jest wszystko dobrze. Jednak gdy tylko się obudzi, jest wielki wrzask. Tylko raz udało mi się go przekonać, aby się położył i dalej spał. Dzieje się to o bardzo różnych porach, czasami o drugiej w nocy, a czasami dopiero o siódmej nad ranem. Czy też ma jakieś koszmary senne?
Niestety biorę go w takich sytuacjach do swojego łóżka. Obawiam się jednak, że może to wzmagać lęk separacyjny, który w jego wieku (dwa i pół roku) jeszcze bucha pełną parą.

No i właśnie, czym jest lęk separacyjny? Odpowiedź niby prosta, jest to strach przed rozstaniem z mamą. Ale co może dziać się w głowie takiego dziecka?
Lęk separacyjny pojawia się około ósmego miesiąca i potrafi trwać nawet jeszcze kilka lat. Teoretycznie dziecko powinno zdobywać doświadczenie i w wieku dwóch lat, wiedzieć że skoro mama za każdym razem wracała, to w tym konkretnym przypadku też wróci. A jednak nie wszystkie dzieci kierują się takim schematem myślowym. Może to tak jak ze mną. To, że tym razem okazało się, iż to jednak nie był duch, wcale nie oznacza, że gdy następnym razem spadnie obrazek ze ściany, też nie będę miał takich samych wątpliwości. Być może gdyby codziennie spadały obrazki, to bym się do tego przyzwyczaił. A może bym stwierdził, że przecież nie tylko moi najbliżsi chcą się ze mną pożegnać w chwili śmierci? Może dzieci, które długo przeżywają lęk separacyjny, mają jeszcze większą wyobraźnię?

A jakie lęki mają jeszcze młodsze dzieci?
Smerfetka na przykład bała się Endy'ego – postaci z jednej z bajek. Lęk ten pozostał do samego końca, gdy miała już ponad dwa lata. Być może gdybyśmy nie przełączali w tym momencie kanału na inny, to by się z tą postacią oswoiła. Albo taki Hawranek, który niemal od urodzenia uwielbiał bawić się z naszą Furią, teraz boi się psów. Przejął lęk swojej mamy adopcyjnej. Prawdę mówiąc nie mam zdania, czy z tego rodzaju drobnymi lękami należy walczyć. Mama Hawranka, w którymś momencie stwierdziła, że jest gotowa się poświęcić i kupi chłopcu yorkę. Ponieważ zapytała nas o zdanie, to jej odradziliśmy. W końcu pies to pies – yorki też się będzie bała, a chłopiec to wyczuje.

Z kolei niemowlaki, które do nas przychodzą, najczęściej boją się głośnych dźwięków: krzyków, szczekania psa, pukania przedmiotami. Ale również odgłosów, wydawać by się mogło, bardzo miłych: szumu wiatru, śpiewu ptaków, lejącej się wody. Plotka początkowo nerwowo reagowała zwłaszcza na głos Marudy, który jest bardzo ekspresyjny. Ciekawe jest to, że mimo iż Maruda krzyczy bardzo głośno, to jednak wyższy głos Sasetki jest słyszany przez sąsiadów oddalonych o prawie kilometr, a Marudę słyszą najwyżej ci najbliżsi. Niezależnie od tego, Ploteczka oswoiła swoje lęki. W tej chwili potrafi spać, często w bardzo trudnych warunkach, w których ja dla przykładu, natychmiast bym się obudził (dlatego ostatnio miewam bezsenne noce). Być może zdobywa doświadczenia na zupełnie innym poziomie... jeszcze nie rozumowym.

No i na koniec pozostał Kapsel, jako przykład zupełnie odrębnej kategorii lęków. On nie boi się niczego, poza tym, że nie będzie mógł oglądać bajek.
Ja pamiętam ze swojego dzieciństwa, że strasznie bałem się zlodowacenia, że nasza Ziemia znowu pokryje się lodem (a byłem o dwa lata młodszy od Kapsla). Rodzice tłumaczyli mi, że jest to niemożliwe, bo musiałbym żyć tysiące lat. No to zacząłem się bać, że nie będę żył tak długo.
Jednak w przypadku Kapsla, spotkaliśmy się z kolejną koncepcją, że chłopiec może mieć zaburzenia określane mianem dysocjacji, będące konsekwencją wcześniejszych doświadczeń o charakterze traumatycznym. Kapsel miał wujka, który go krzywdził... i to bardzo. Dysocjacja jest zjawiskiem bardzo złożonym, więc może być tak, że chłopiec przestał odczuwać strach. Mógł również „wyłączyć” odczuwanie pewnych innych emocji.
W psychologii (dotyczącej tematu traumy) istnieje takie pojęcie jak „bodźce spustowe”, czyli podobne do tych, które występowały podczas traumatycznego zdarzenia. Dziecko (i nie tylko dziecko) potrafi się wówczas „wyłączyć” i na nowo przeżywać traumatyczne zdarzenie. I nie chodzi o to, że sobie je zaczyna przypominać, ale w swoim umyśle, rzeczywiście uczestniczy w tym, czego wcześniej doświadczyło. Są też bodźce, które wywołują złe wspomnienia, a te z kolei stają się bodźcami spustowymi.
Być może w przypadku chłopca nie istnieją bodźce spustowe, a może jeszcze ich nie odkryliśmy. Czymś takim może być na przykład dotyk - w jego przypadku "zły dotyk".

Kapsel wykazuje wiele cech dziecka, które doświadcza dysocjacji. Jednak nawet, jeżeli jest to prawda, to nie jest to jego jedyną bolączką.

Majka w drodze do przedszkola zadała mu pytanie:
  • Kapsel, a chciałbyś u nas zostać na zawsze?
  • Mógłbym zostać.
  • A gdybyś miał pójść do innej rodziny, takiej jak nasza?
  • Tak, mogę pójść?
  • A może chciałbyś pójść do takiej szkoły, w której byłoby dużo dzieci i tam byś się uczył, tam byś jadł i spał?
  • Lubię dzieci. Chyba fajnie by tam było?
  • Ale wolisz wrócić do mamy?
  • Tak, chciałbym pójść do mamy.
  • Czyli gdziekolwiek pójdziesz, będzie ci dobrze?
  • Tak ciociu.

Kapsel ma bardzo wyraźne zaburzenia więzi. Jednym z elementów jest też to, że lubi się przytulać czasami do zupełnie obcych osób. W obecnej sytuacji, w jakiś sposób go to chroni. Jednak co z nim będzie w dorosłym życiu?

Do tego jego niski poziom umysłowy, też raczej nie wynika z takich, czy innych dysfunkcji. Chłopiec nadal ma problemy z liczeniem, łączeniem w zbiory, rozwiązywaniem zadań dla czterolatka. Ciąg przyczynowo-skutkowy jest u niego bardzo pogmatwany. Niedawno jechał z Majką samochodem, stanęli na światłach, a on mówi: „to jest wujka samochód”. Majka się zdziwiła, bo ani nie ta marka, ani nie ten kolor. Okazało się, że chodziło o czerwone tylne światła. Nie dał się przekonać, że inne samochody mają takie same światła. Cały czas twierdził, że to był mój samochód.

Ostatnio pisałem, że w testach określających stopień upośledzenia, zabrakło mu kilku punktów do uzyskania niepełnosprawności umiarkowanej, co dawałoby mu szansę na rodzinę specjalistyczną. Pani psycholog z Poradni Psychologiczno-Pedagogicznej, zdecydowała jednak, że będzie miał przeprowadzone bardziej szczegółowe testy.
Tak więc, w ciągu najbliższych dwóch tygodni będą tylko zabawy ruchowe i bajki (może w odwrotnej kolejności). Kapsel ma bardzo krótką pamięć, więc mamy nadzieję, że wiele zapomni i obleje egzamin.
Nigdy bym nie przypuszczał, że kiedyś będę się cieszył z niezdanego testu. Ale z drugiej strony, dla chłopca może będą to najpiękniejsze chwile z czasu, który pamięta.

Nie wiem dlaczego zrobiłem w tym temacie tak rozbudowaną dygresję. Może przyszło mi na myśl, że gdyby Majka zapytała Kapsla: „A chciałbyś zostać duchem?”, on zapewne odpowiedziałby: „Tak ciociu, mogę zostać duchem”.


czwartek, 3 maja 2018

--- Bez tytułu.

Nie miałem w planach o niczym dzisiaj pisać, ale przecież wiadomo, że życie jest przewrotne.
Właśnie dowiedzieliśmy się, że Furia (pies, który od początku pomagał nam w opiece nad dziećmi... co wcale nie jest przesadą) ma nowotwór.  Zaczęło się niewinnie, pies zaczął utykać na jedną nogę. Nic go niby nie bolało. Wydawało się, że sam się z tego wyliże. Ostatecznie ja też po każdym treningu wylizuję się przez kilka dni. To już nie ten wiek, a Furia jest ode mnie sporo starsza (w przeliczeniu na wiek człowieka).
Dostaliśmy do wyboru trzy opcje. Pierwsza to amputacja jednej łapy. Bieganie na trzech nie byłoby większym problemem – pies bez problemu potrafi się tego nauczyć. Niestety Furia ma już przerzuty na inne organy. Druga możliwość, to trzymanie jej w kojcu i wyprowadzanie na krótkiej smyczy (to dawałoby jej szansę na dłuższe życie). Trzecia – środki przeciwbólowe i czekanie na dzień, w którym złamie sobie łapę, co może nastąpić w każdej chwili. Kości Furii robią się puste w środku.
Wybraliśmy ostatni wariant. Do końca będzie z nami, wśród dzieci, które kocha... a nie w kojcu. Gdy się połamie podejmiemy decyzję o eutanazji. Nie będziemy amputować jej wszystkich kolejnych nóg.
Furia nie jest moim pierwszym psem, jednak wszystkie poprzednie odchodziły nagle, umierając na „starość”. Teraz jest inaczej.

Kilka refleksji z tym związanych.

Razem z Majką należymy do pokolenia upośledzonego emocjonalnie... w pewnym sensie jesteśmy chorzy psychicznie. Byliśmy wychowywani na ludzi, którzy muszą radzić sobie sami. Nie potrzebujemy pomocy innych... nie szukamy tej pomocy. Gdy dowiedzieliśmy się, co jest naszemu psu, przytuliliśmy się do siebie, wymieniliśmy kilka zdań. Majka uroniła kilka łez, ja udawałem twardziela. W nocy pewnie będziemy „ryczeć” do poduszki. Ja dla złagodzenia negatywnych emocji, opróżniłem spiżarnię ze wszystkich znajdujących się tam puszek piwa (nie pomogło).

Rozstania z dziećmi przebywającymi w naszej rodzinie też przeżywamy i razem i osobno.
Może to normalne, ale pewnymi emocjami z tym związanymi, nie chcę dzielić się nawet z Majką, która w zasadzie jest moim jedynym przyjacielem. Wydaje mi się, że Majka też ma swoje tajemnice... coś czego ja nie ogarniam.

Kolejna sprawa. Co czują dzieci „widząc” nasze emocje?
Furia zachowuje się dzisiaj nie tak jak zawsze. Przecież nie zrozumiała, co mówił o niej lekarz. Nie chciała wieczorem jeść. Patrzyła na mnie jak ten koń, którego prowadzą na rzeź. Ploteczka, która zawsze zasypia w moich ramionach, tym razem nie chciała usnąć.
O czym myślą dzieci, widząc po raz pierwszy swoich rodziców adopcyjnych?
One czują to co my.

Nie wiem co będzie dla mnie łatwiejsze, odwiezienie Kapsla do Domu Dziecka, czy Furię do uśpienia. Może jest to niewłaściwe porównanie
Ja pierdolę, Furia jest dla mnie ważniejsza,

sobota, 28 kwietnia 2018

--- Kiedyś pójdę siedzieć.

Dzisiejsze komentarze pod ostatnim postem, zmotywowały mnie do napisania kolejnego tekstu (chociaż siedzę nad wypełnianiem PIT-ów... no ale mam przecież całe dwa dni).
W skrócie opiszę jeszcze raz nasz mechanizm rozstawania się z dziećmi odchodzącymi do adopcji, ponieważ się do niego za chwilę odniosę.
Najpierw rodzice adopcyjni przychodzą w charakterze naszych znajomych. Tak zwyczajnie na kawę. Zauważyłem, że nieco stresujące dla dzieci jest pierwsze spotkanie, na którym jest również osoba z Ośrodka Adopcyjnego i wszystko być może ma zbyt oficjalną formę. Trudno jednak to zmienić, ponieważ dzieci wyczuwają, że nie jest to zwykłe spotkanie. Wydaje mi się, że najbardziej wyluzowany jest psycholog z ośrodka. Największe emocje są po stronie rodziców adopcyjnych, natomiast dzieci czują pewną niezwykłość tego spotkania, obserwując nas. Kolejne odwiedziny są już dużo łatwiejsze. Wszyscy zaczynają się poznawać (również my z nowymi rodzicami dziecka). Po kilku dniach takich spotkań, dzieci otrzymują jasny przekaz – lubimy się, akceptujemy się.
Kolejne przyjazdy rodziców adopcyjnych, to coraz większa ingerencja w codzienne rytuały dziecka, w to co dotychczas było zarezerwowane tylko dla nas. Rodzice adopcyjni wychodzą ze swoim dzieckiem na spacer, w pewnym momencie wyjeżdżają z nim na kilka godzin na plac zabaw, albo organizują inne przyjemności. Końcowym etapem są wspólnie spędzane dni i weekendy. Po mniej więcej miesięcznym okresie takiego nawiązywania więzi z nowymi rodzicami (a jednocześnie rozluźniania z nami) sąd wydaje postanowienie o powierzeniu pieczy (co jeszcze wcale nie jest formalnym przysposobieniem).
Od niedawna proponujemy rodzicom adopcyjnym jeszcze kilka spotkań w nowym domu dziecka. Chcemy poznać jego nowy pokój, nowe zabawki, a nawet nowych znajomych (bo ono tego chce).
W opinii psychologów, jest to najlepszy sposób na rozstanie, niezależnie od tego, czy nazwiemy to przekazaniem więzi, czy nawiązaniem nowych (zrywając dotychczasowe).
Niektórzy uważają, że psychologowie dzielą włos na czworo, inni że dotychczasowi rodzice zastępczy nie mogą pogodzić się z rozstaniem. Rodzice adopcyjni chcieliby, aby dziecko zamieszkało z nimi jak najszybciej. Czasami jest to słuszna droga, a czasami tylko wydaje się być słuszną.
W komentarzach, o których na początku wspomniałem, pojawiła się propozycja utworzenia pewnego rodzaju planu pracy na przyszłość. W tej chwili też coś takiego ma miejsce, tyle tylko, że są to ustalenia pomiędzy nami, a rodzicami adopcyjnymi. Do tej pory nigdy w ten sposób nie myślałem, ale zastanawiam się na ile narzucamy tym rodzicom swoją wolę? Gdy mówimy, że proponujemy wyżej przedstawiony schemat, a oni się z tym zgadzają, to czy myślą tak samo? Na ile potrafią wyrazić swój pogląd? A może bardziej, na ile potrafią o tym porozmawiać, przedstawić swoje argumenty i przyjąć nasze?
Aby taki plan stworzyć, faktycznie (tak jak to zostało przedstawione) potrzebny byłby zespół wielu osób, które dotychczas miały do czynienia z dzieckiem adopcyjnym, przy tym ja położyłbym główny nacisk na wysłuchanie opinii rodziców adopcyjnych. Nie znaczy to, że zaspokojenie ich potrzeb byłoby priorytetem. Należałoby wypracować wspólną drogę, która mogłaby (a nawet powinna) być modyfikowana. Nie chodziłoby też o to, aby dotychczasowi rodzice zastępczy musieli być obecni fizycznie w kolejnych latach życia dziecka, aby w jakikolwiek sposób ingerowali w to życie.
Wszystko zamykałoby się mniej więcej w trzech miesiącach (czasami dłużej, czasami krócej), czyli w czasie, w którym aktualnie dochodzi do rozprawy o przysposobienie (wcześniej jest najczęściej powierzenie pieczy nad dzieckiem). A później? Wszystko potoczyłoby się swoim życiem. Niedawno byliśmy w odwiedzinach u Hawranka. Rodzice przemycają (niby niechcący) pewne informacje o adopcji. Kupili nawet książeczki o tej tematyce, ale chłopiec nie jest zainteresowany. Jednak gdy wychodziliśmy, zadał pytanie: "Jak miał na imię ten pies, z którym kiedyś mieszkałem?" Jutro odwiedzi nas Iskierka (jest w wieku Hawranka). Ta to dopiero drąży temat. A ja doskonale wiem, do jakich zabawek dopadnie i będzie skłonna toczyć boje z Marudą (zjeżdżalnia i tor dla piłeczek). Na trampolinę nie wejdzie, chyba że najpierw pierwszy wejdzie tata. Trzy dni temu przyjechał Gacek z rodzicami. To też już zupełnie inne dziecko. W każdym z tych przypadków, w najlepszym razie mogę liczyć na "przybicie piątki". Jestem tylko osobą ze zdjęć, które być może czasami dzieci oglądają. Nie jestem już żadną konkurencją dla rodziców, ale w świadomości dziecka cały czas istnieję. Wielu z tych rodziców często zadaje pytanie, dlaczego na zdjęciach, które robiliśmy w trakcie pobytu u nas, my tak rzadko się pojawiamy. No właśnie... nasza świadomość też rośnie.
Wydaje mi się, że dla rodziców adopcyjnych, najtrudniejszy jest sam początek. Chociaż, jak napisała ostatnio jedna z komentujących mam adopcyjnych, ten okres wydaje się być po latach tylko chwilą, ale jak wiele dobrego może uczynić dziecku.  

Czy tworzenie takich zespołów jest możliwe? Osobiście uważam, że jest wręcz nieuniknione i wszystko ku temu zmierza. Przecież od niedawna ma to miejsce na etapie przebywania dziecka w pieczy zastępczej, o czym niedawno pisałem. Boję się tylko tego, że rodzice adopcyjni będą się czuli podobnie jak w tej chwili rodzice biologiczni. Będzie im się wydawało, że wszyscy są przeciw nim. Będą starali się zachowywać tak, jak będzie im się wydawało, że powinni się zachowywać - tak, jak oczekuje tego zespół.
Coraz bardziej obawiam się kolejnych rodziców adopcyjnych, którzy będą do nas przychodzić. A w zasadzie nie ich, tylko siebie. Dotychczas tekst był na przykład taki: "to co, jutro spacer, a pojutrze kąpiel i położenie małego spać?". Nie zdawałem sobie sprawy z tego, że trauma związana z niemożnością posiadania własnego dziecka może być tak wielka, że niektórzy z tych rodziców w takiej sytuacji najchętniej daliby mi po pysku za samo decydowanie o tym, co mają teraz robić.
I dlatego uważam, że utworzenie takiego zespołu w procesie przysposobienia byłoby ogromnie ważne i świadomym rodzicom adopcyjnym dawałoby poczucie pewności, że nie trafią na niekompetentnych rodziców zastępczych.

Ale nie tylko to powinno być przedmiotem zmiany. Problem polega też na tym, że jako rodzic zastępczy, jestem zobowiązany do pełnienia osobistej opieki nad dzieckiem przez całą dobę.
I chociaż powyższej metodzie rozstania się z dzieckiem przyklaskują wszyscy (psychologowie, PCPR, sędziowie rodzinni), to będąc w zgodzie z obowiązującym prawem, wystarczyłoby oddać dziecko rodzicom adopcyjnym jak przysłowiową paczkę, bo jak niby ma ono nawiązać więź, będąc cały czas w obecności dotychczasowego opiekuna?
Jako rodzic zastępczy nie powinienem pozwolić nikomu na spacer bez mojej obecności. Nie powinienem pozwolić babci, cioci, opiekunce do dziecka, na zajmowanie się nim w przypadku, gdy nie ma mnie w pobliżu. Nie powinienem pozwolić dziecku na spędzenie nocy u koleżanki, a nawet pójście do niej na urodziny. W zasadzie powinienem być cały czas przy dziecku.

Nasz sędzia rodzinny podchodzi do sprawy w ten sposób, że należy traktować dziecko zastępcze tak jak swoje. Gdy nasze dzieci odbierała kiedyś z przedszkola sąsiadka, albo gdy szły one pobawić się z jej dziećmi, to nawet nie przyszło mi na myśl, że może to być niewłaściwe. Okazuje się, że w przypadku rodziców zastępczych – może.
Jeszcze do niedawna wychodziłem z założenia, że nawet w przypadku, gdyby podczas pobytu u przyszłych rodziców adopcyjnych doszło do jakiegoś wypadku, to nawet jeżeli to ja jestem w danym momencie odpowiedzialny i nie powinienem wyrazić zgody na taką wizytę, to sąd podejdzie do sprawy „po ludzku”.
Trochę drążymy ten temat w ostatnim czasie i okazuje się, że rodzice zastępczy wolą dmuchać na zimne. Jeżeli w procesie zaznajamiania dziecka nie można go zostawić sam na sam z przyszłymi rodzicami adopcyjnymi... to nie można. A prawo okazuje się być ślepe na pewne specyficzne przypadki. Podobno dzieci przebywające w domu dziecka, mogą być przewożone tylko samochodem będącym na wyposażeniu tej placówki. Niedawno miał miejsce przypadek, że pracownik domu dziecka chciał zawieźć jednego chłopca do szpitala. Samochodu służbowego akurat nie było, a oczekiwanie na karetkę pogotowia wydawało się być stratą czasu. Niestety w trakcie transportu prywatnym samochodem, miał miejsce wypadek i chłopiec doznał uszczerbku na zdrowiu. Jego rodzice biologiczni wytoczyli sprawę z powództwa cywilnego i ją wygrali. Wprawdzie rodzice zastępczy nie dostają samochodów służbowych (więc muszą posługiwać się prywatnymi), to jednak ten przypadek uzmysłowił mi, jak niewiele trzeba, aby działając w dobrej wierze, pozbyć się dorobku całego życia.
Nawet nie da się ubezpieczyć od odpowiedzialności cywilnej. Owszem można... od przypadku gdy dziecko zastępcze uszkodzi sąsiadowi samochód jadąc na rowerze. Jednak żadna polisa nie uwzględni przekroczenia prawa, a takim jest pozwolenie na spędzenie przez dziecko weekendu z przyszłą rodziną adopcyjną, albo pójście na plac zabaw z opiekunką, która nie jest oficjalną rodziną pomocową, albo choćby zarejestrowaną wolontariuszką.

Prawie codziennie przekraczamy prawo i chociaż wszyscy o tym wiedzą, to my będziemy odpowiedzialni w sytuacji, gdyby wydarzyło się jakieś nieszczęście. Nie mam z tym problemu. Czuję się jak Agent 007.
Zdaję sobie sprawę z tego, że niemal w każdej chwili mogę obniżyć loty o kilka pięter. Z wzorowego ojca zastępczego, mogę stać się kryminalistą. Mogę spaść na samo dno i wylądować w więzieniu. Ale co tam... wreszcie się wyśpię, nadrobię zaległości w czytaniu książek, a Państwo mnie nakarmi i zapewni rekreację ruchową.

Niedawno toczyła się ciekawa dyskusja (tutaj) na temat interwencjonizmu Państwa w życie rodziny. Nie wziąłem w niej udziału z prostej przyczyny – nie mam w tej kwestii wyrobionego zdania (trafiają do mnie argumenty każdej ze stron)
W ostatnią sobotę stwierdziliśmy z Majką, że trzeba obciąć dzieciom włosy, bo trochę zarosły. Ponieważ mama Kapsla zawsze uważa, że chłopiec ma zbyt długie włosy, postanowiliśmy obciąć go „na jeżyka”, tak jak był cięty będąc pod jej opieką. Przeprowadzenie tej operacji wziąłem na siebie, ponieważ mam odpowiedni sprzęt (golarkę z rozmaitymi akcesoriami, kontrolą prędkości i długości włosa). Niestety kolejne próby doprowadzenia do doskonałości spowodowały, że chłopak wygląda tak jak ja – przysłowiowy dwudniowy zarost. Tyle tylko, że on ma go na głowie.
Kapsel cały czas się przewraca, albo na coś wpada. Ma więc mnóstwo guzów i siniaków. Wczoraj spadając z roweru, przejechał pięknie klatką piersiową po bruku, zdzierając sobie skórę. Gdyby to było moje dziecko, to zwyczajnie bym je przytulił i pocieszył. W przypadku Kapsla zrobiłem dokładnie tak samo. Jednak dodatkowo gdzieś tam w duszy się cieszyłem, że wreszcie jest to otarcie, a nie siniak.
Kilka tygodni temu miała miejsce nietypowa sytuacja, gdy odbierałem Kapsla z przedszkola. Chłopak ni stąd, ni zowąd zadał mi pytanie: „wujek piłeś piwo?” Zaskoczyło mnie to nie dlatego, że jestem abstynentem (bo nie jestem), ale bardziej dlatego, że Kapsel nigdy nie używał tego terminu. Do tego z piwem widział mnie kilka razy w życiu, przy okazji jakiegoś grilla albo spotkania towarzyskiego. Wszystko działo się przy obecności pani przedszkolanki. Czy powinna zadzwonić w tym momencie na policję, aby ta sprawdziła mnie alkomatem?
Innego dnia Majka odebrała telefon z przedszkola, że Kapsel od kilkunastu minut bez przerwy chodzi w kółko mówiąc: „kur...mać”. Majka natychmiast mnie przesłuchała, czy przypadkiem nie jest to moja „zasługa”, zwłaszcza że poprzedniego dnia chłopak zrobił „ostrą jazdę” a jej przy tym nie było. I tutaj znowu nie chciałbym się upierać, że takie słowa są mi zupełnie obce, ale przy dzieciach jestem w stanie nad sobą panować. Wprawdzie Kapsel po dłuższej rozmowie stwierdził, że usłyszał to słowo rano od swojego kolegi, jednak wszystko przypominało wymuszenie zeznań, więc na dobrą sprawę nic nie wiadomo. Pewne jest tylko to, że ja usłyszawszy tekst: „w naszym przedszkolu nie tolerujemy takich zachowań”, po skończeniu rozmowy zakląłem siarczyście, bo przecież w podtekście było, że my takie zachowania tolerujemy. Zastanawiam się, czy o całym zdarzeniu nie wystarczyło wspomnieć przy odbieraniu Kapsla z przedszkola? Bo niby co miałem zrobić w danym momencie? Przyjechać po niego, albo przeprowadzić przez telefon rozmowę dyscyplinującą? Z Kapslem? Na szczęście był to tylko incydent, który już więcej się nie powtórzył.
Kolejna sytuacja – chłopcy pokazywali sobie „siusiaki”. Znowu telefon z przedszkola, niemal przesłuchanie. Czasami zadaję sobie pytanie, kto jest nienormalny?

Nie chciałem nigdy poruszać tematu seksualności dzieci. Choćby dlatego, że może kiedyś, któreś z nich wejdzie na tego bloga i uzna, że uważałem go za małego zboczeńca. Zmieniłem jednak zdanie, ponieważ pewne zachowania są zupełnie normalne, a nawet nie jest normalne, gdy się nie pojawią. O ile mogą one budzić zgorszenie w pewnych kręgach, to tak naprawdę nie ma się czego wstydzić. Może niech każdy poszuka w swoich wspomnieniach? W zrozumieniu problemu, w dużej mierze pomógł mi cykl wykładów, w których bierze udział Majka, a prowadzonych przez seksuologa dziecięcego. Nigdy nie widziałem na oczy osoby prowadzącej te zajęcia, ale godzinne spotkanie, Majka referuje mi przez przynajmniej półtorej godziny, dodając swoje uwagi i innych osób biorących udział w wykładzie.

Zacznę od czteroletniej Sasetki. Ostatnio, raz na jakiś czas, lubi się rozbierać (do naga) przed obcymi chłopcami, mówiąc „zobacz, ja nie mam majtek”. Z „braku laku” tym obcym czasami jest Kapsel... ale nigdy jej brat Maruda. Z Kapslem bardzo lubi się bawić „w doktora”. Słyszałem więc tekst Majki skierowany do dziewczynki: „Sasetka, pupa nie służy do zabawy”. Nigdy też obiektem zainteresowania nie jestem ja, chociaż psycholog specjalizujący się w seksualności dzieci uważa, że w opinii Sasetki, jest ona zwyciężczynią w konkurowaniu z Majką o moje względy. Do czasu, gdy w naszym domu nie zamieszkała Plotka, Majka spała razem ze mną i każda próba przyjścia Sasetki do naszego łóżka przed świtem kończyła się niepowodzeniem (dziewczynka zostawała odprowadzana do swojego łóżeczka). Teraz jest w zasadzie tak samo (o ile uda mi się zauważyć moment przyjścia Sasetki do mnie) , ale nie ma już cioci. Być może dziewczynka uważa, że jej się pozbyła? Nie miałem pojęcia, że okres między trzecim a szóstym rokiem życia jest aż tak bardzo przesycony seksualnością. Kapsel mimo swojego wieku, też kwalifikuje się do tej kategorii. Jego radość w trakcie mycia swojego przyrodzenia jest tak duża, że na tą chwilę sobie podarowałem przypominanie mu o umyciu najważniejszych części ciała. Do tego dochodzi trzyletni Maruda, który... można powiedzieć, że masturbuje się mimo posiadania pieluchy. Albo może łagodniej - wykonuje ruchy frykcyjne i czerpie z tego przyjemność. Zasięgaliśmy porady psychologów, którzy nie widzą w tym niczego niezwykłego. Należy próbować w takich momentach odwrócić uwagę dziecka, zająć go czymś innym. I faktycznie to się sprawdza. Jednak gdy czasami o piątej nad ranem Maruda przychodzi do mojego łózka, wchodzi mi na plecy i rozpoczyna swoją zabawę, to zwyczajnie nie mam siły i ochoty, aby zabawiać go czymś innym. Tym bardziej, że psychologowie mówią, że w momencie gdy dziecko ma już maślane oczy i przyspieszony oddech, to należy go zostawić samemu sobie. Gdy się budzę, to często tak już właśnie jest. Zastanawiam się jednak, kto kogo w takim przypadku molestuje? Marudy nikt za to nie skaże, ale może to ja powinienem się obawiać jakichś konsekwencji prawnych?
Gdzie leży granica? Choćby pytanie, od jakiego wieku dziecko powinno kąpać się samo?
W przypadku własnych dzieci, sprawa jest dużo bardziej prosta. Można dać dzieciom większą swobodę. Nawet jeżeli się nie domyją, to trudno. Nawet gdybym w takim przypadku spotkał się z jakimiś uwagami ze strony nauczycielek w przedszkolu, to nawet nie próbowałbym się specjalnie tłumaczyć.
Uwagi kierowane w stronę rodzica zastępczego mają nieco większą wagę. Chociaż może to ja przesadzam?
Skończę jednak myśl związaną z seksualnością dzieci. Majka zapewne nie rozwinie tematu, ale w przedszkolu też sobie „pokazywała” z Krzysiem. Ja specjalnie dla Marudy, Sasetki i Kapsla (gdyby tutaj weszli za kilka lat i poczuli się urażeni), przedstawię moją historię z wczesnego dzieciństwa.
Miałem jakieś pięć lat, gdy spędzałem z rodzicami wakacje u babci na wsi. Do sąsiadów przyjechały dwie dziewczynki. Były nieco starsze, ale niewiele (może z rok). Polubiliśmy się i fajnie razem bawiliśmy. Po kilku dniach zaproponowały mi właśnie, że sobie pokażemy to co mamy najcenniejsze. One pierwsze się rozebrały i dla mnie był to pierwszy kontakt z nagością. Po kilku minutach przyszła kolej na mnie. Opuściłem spodenki, jednak po mniej więcej 5 sekundach, gdy zobaczyłem ich wielkie oczy... wziąłem nogi za pas. Niestety „dałem dupy” na całej linii. Nie dość, że nie wywiązałem się z umowy, to jeszcze pobiegłem do mamy i o wszystkim jej opowiedziałem. Ta podzieliła się tą informacją z babcią dziewczynek. Na domiar złego, inna z sąsiadek wszystko obserwowała przez płot, więc cała wieś już wiedziała, że Kasia i Basia mi pokazywały. Mój pięciosekundowy występ nie został zauważony. To one były na językach, jako te rozwiązłe (a przecież miały tylko sześć lat). Nikt nie zwrócił uwagi na to, że gdybyśmy uważali całą sytuację za coś złego, to poszlibyśmy do lasu albo w pole pszenicy. Było to prawie pięćdziesiąt lat temu, ale mam wrażenie, że postrzeganie takich zachowań niewiele się zmieniło. Nie chodzi mi o propagowanie nagości, ale nie robienie z takich sytuacji wielkiej sensacji.

Ostatnio pisałem, że obawiam się, że tata Sasetki i Marudy złoży wniosek o przywrócenie praw rodzicielskich na etapie, gdy rozpocznie się już procedura adopcyjna. Kilka dni temu dostaliśmy pismo z sądu, które nas powaliło. Brat babci dzieci złożył wniosek o ustanowienie go rodziną zastępczą i została określona data rozprawy. Temat nie jest nowy, jednak już wiele miesięcy temu wszystko poszło w zapomnienie. Rodzina nie dostała wówczas kwalifikacji do bycia rodzicami zastępczymi. Teraz cała procedura adopcyjna została wstrzymana do czasu tej rozprawy. Nie znam tych ludzi (spotkaliśmy się tylko kiedyś na schodach w sądzie). Być może są sympatyczni. Ale są w moim wieku i z jakiegoś powodu nie otrzymali kwalifikacji. A może teraz otrzymali?
Nie wiem... może jesteśmy nieobiektywni. A może złośliwi? Dzieci mają szansę zamieszkać z kochającą je rodziną adopcyjną. Wiem... nie mogę stwierdzić, że brat babci dzieci, nie będzie kochał Sasetki i Marudy. Coś jednak o tej rodzinie wiemy i coś mi w niej „nie gra”. Gdy widzę roześmiane oczy Marudy, to... nie chciałbym, aby tam odszedł. Znam też Majkę. Wiem, że na rozprawie będzie potrafiła spojrzeć tym osobom prosto w oczy i powiedzieć, że jej zdaniem nie jest to dobry pomysł. Bardzo ją za to cenię, bo mnie stać tylko na napisanie krótkiej notki.

Z Kapslem też mamy problemy. Nie wchodząc w szczegóły, PCPR dość sceptycznie podchodzi do kwestii umieszczenia go w Domu Pomocy Społecznej (tylko nasza koordynatorka nas rozumie i wspiera). Każdemu wydaje się, że tam przebywają tylko „roślinki”. Rodziców zastępczych, którzy chcieliby się nim zaopiekować – nie ma. Istniałaby pewna szansa na specjalistyczną rodzinę zastępczą. Tyle tylko, że Kapsel musiałby mieć orzeczenie o niepełnosprawności. Warunkiem koniecznym (chociaż niekoniecznie wystarczającym) jest stwierdzenie upośledzenia w stopniu umiarkowanym (a Kapsel ma tylko lekkie). Chłopcu takie orzeczenie dawałoby wiele możliwości. Jeżeli sąd zdecydowałby o powrocie do mamy biologicznej, to gmina w której mieszka byłaby zobowiązana do zawożenia go do szkoły specjalnej. W przeciwnym wypadku mama musiałaby go dowozić sama. Nie zrobi tego. Ona nie potrafi ogarnąć samej siebie.
Specjalistyczna rodzina zastępcza byłaby rozwiązaniem optymalnym. Walczymy więc o stwierdzenie upośledzenia umiarkowanego. Chłopiec jest na pograniczu. W ostatnich testach uzyskał 59 punktów. Od 55 jest upośledzenie umiarkowane. Jest więc za dobry o 4 punkty. Pani psycholog z poradni stwierdziła nawet, że ma inne testy, w których Kapsel zdecydowanie wypadłby gorzej i „zasłużyłby” na upośledzenie umiarkowane. Ma jednak dylemat moralny, bo przecież dzieci zawsze się podciąga, aby dać im szansę. Uważa, że Majka wzbudza w niej poczucie winy. Ale Maja nie odpuszcza, chociaż kosztem jest strata dobrego imienia naszej rodziny i być może w przyszłości nie będziemy mogli już liczyć na jakiekolwiek preferencje. Jeżeli będzie wyrok za nękanie, to ja go odsiedzę... trochę odpocznę. Żartuję oczywiście, ale możliwość umieszczenia Kapsla w domu dziecka, mnie przeraża. I nie ma tutaj znaczenia fakt, że mam już dosyć jego obecności w naszej rodzinie, że źle wpływa na inne nasze dzieci. Niedawno byłem z Kapslem na placu zabaw. Został zaproszony do gry w piłkę. Robił z siebie idiotę. Chłopcy w jego wieku mieli niezły ubaw.
Jeżeli trafi do domu dziecka, to będzie masakra. Kapsel zrobi wszystko, aby być w centrum uwagi. Jak każą ukraść, to ukradnie. Czy zabije? Mam nadzieję, że nie.
Chyba już o tym pisałem, ale bardzo się boję, że prędzej czy później popadnie w konflikt z prawem. Ja, jak pójdę siedzieć za bycie ojcem zastępczym, to chociaż świadomie.
Niektóre osoby, które znają naszą rodzinę, często mówią mi: „kochasz tego chłopca”. Nie, nie kocham go, ale zależy mi na nim. Dlatego nie chcę biernie czekać, aż przyjdzie czas na umieszczenie go w domu dziecka. Dopiero wówczas, to ja będę miał poczucie winy.

niedziela, 15 kwietnia 2018

--- Czasami jest ciężko.


Trudno mi w ostatnim czasie sklecić sensownie choćby dwa zdania. Brak weny, brak czasu... a może to, że ostatnio chadzam spać przyzwoicie (przed północą), a przecież najlepiej myślę w nocy.
Spróbuję jednak dokonać pewnego rodzaju analizy psychologicznej samego siebie, w kontekście bycia rodzicem zastępczym.
Zdaję sobie sprawę z tego, że w którymś momencie dojdę do ściany, której nie będę w stanie pokonać. To jeszcze nie ten etap, chociaż być może tak to w przyszłości będzie wyglądało. Często się zastanawiam, co powoduje, że póki co, bycie rodzicem zastępczym daje mi radość, poczucie satysfakcji? Być może rację mają ci, którzy uważają, że trzeba mieć umysł psychopaty.

Na początek dodam też, że wczoraj byliśmy z Majką na warsztatach poświęconych więziom, przeznaczonych tylko dla pogotowi rodzinnych. Jest to może o tyle istotne, że kilka razy się do nich odniosę.

Większość ludzi, którzy poznają naszą rodzinę, największe trudności upatruje w konieczności rozstawania się z dziećmi przebywającymi z nami przez kilka, kilkanaście miesięcy, a czasami kilka lat. Najczęściej jest to stwierdzenie typu: „podziwiam waszą pracę, ale ja bym tak nie mogła, jestem zbyt uczuciowa”. Przyzwyczaiłem się już do tego, że niechcący i wcale nie w złej wierze, ktoś mówi mi, że jestem zwykłą zimną kanalią. Bo w końcu dla mnie, faktycznie rozstania są stosunkowo łatwe. Podchodzę jednak do tego tak, jak do własnych dzieci. Ostatecznie spędzają one z rodzicem tylko jedną trzecią jego życia (czasami jeszcze mniej). Dzieci nie są dla rodziców, to rodzice są dla nich. W pewnym momencie trzeba pozwolić im odejść i żyć własnym życiem, bo we wzorcowym modelu rodziny, one tego właśnie chcą. Wczoraj się dowiedziałem, że przywiązanie powinno być terminem dotyczącym tylko dzieci, ponieważ jego celem jest zapewnienie sobie poczucia bezpieczeństwa. Więzi między rodzicem a dzieckiem powinny więc polegać na umożliwieniu przywiązania się dziecka do rodzica, natomiast rodzice powinni mieć tylko potrzeby opiekuńcze. Niestety w rodzinach dysfunkcyjnych często jest odwrotnie. To rodzic szuka poczucia bezpieczeństwa w dziecku, które siłą rzeczy, takiego ciężaru nie jest w stanie udźwignąć. Rodzicielstwo zastępcze (zwłaszcza w wersji pogotowia rodzinnego) jest dla mnie prostym przełożeniem zasad z rodziny biologicznej, tyle tylko, że wszystko odbywa się dużo szybciej. Tak więc nie było dla mnie trudnym, pożegnanie Smerfetki (która mieszkała z nami od urodzenia, przez ponad dwa lata). Problemem stało się to, że wszelkie kontakty z rodziną adopcyjną dziewczynki zostały zerwane. Nie dostajemy żadnego zdjęcia, żadnej informacji, nawet odpowiedzi na życzenia świąteczne. Być może zostaniemy wykreśleni z jej historii... być może z tej historii zostaną również wykreśleni jej rodzice biologiczni.
Niestety istnieje duży stopień prawdopodobieństwa, że to kiedyś wróci. Rodzice adopcyjni nigdy nie będą mieli statusu rodziców biologicznych. Czy tego chcą czy nie, czy to zaakceptują czy nie, dziecko adopcyjne ma swoją historię. Niedawno zadzwoniła do nas mama Iskierki. Dziewczynka ma już cztery lata (a może tylko cztery) i zadaje mnóstwo pytań związanych ze swoją historią, ze swoimi korzeniami. Iskierka zanim do nas przyszła, przebywała w innym pogotowiu rodzinnym. Teraz interesuje się tym, kim była ta rodzina. Wcale bym się nie zdziwił, gdyby zaproponowała swoim rodzicom odwiedziny w tym pogotowiu. Mógłbym położyć na szali duże pieniądze, obstawiając że ani rodzice, ani pierwsza rodzina zastępcza, nie mieliby nic przeciw takiemu rozwiązaniu.
Wrócę jednak jeszcze na chwilę do przypadku Smerfetki. Wczorajsze warsztaty były zorganizowane przez Ośrodek Adopcyjny, poprzez który odchodzi od nas zdecydowana większość dzieci. Mogliśmy więc podzielić się własnymi doświadczeniami dotyczącymi relacji z tym ośrodkiem. Podobno prowadzący szkolenia dla rodziców adopcyjnych sugerują rodzicom, aby pierwsze spotkanie dziecka z jego byłą rodziną zastępczą nie następowało prędzej niż po upływie sześciu miesięcy. Spojrzałem więc wczoraj na rodziców Smerfetki nieco inaczej. Dla nich przekaz był jasny... kontakty z nami trzeba ograniczyć, a najlepiej uciąć. Rodzice adopcyjni są bardzo różni. Jedni są pewni siebie, inni zmagają się z własną traumą związaną z niemożnością posiadania dziecka. Niezależnie od tego, niewielu z nich czuje potrzebę mówienia na ten temat. Do tego, dzieci też mają rozmaite deficyty, co powoduje kolejne obciążenie psychiki. Kiedyś nie zdawałem sobie z tego sprawy. W tej chwili, z każdym miesiącem coraz bardziej wsiąkam w tematykę adopcji i rodzicielstwa zastępczego i zastanawiam się, jak niewielką świadomość miałem kończąc kurs i uzyskując kwalifikację.
Zapewne podobnie jest w przypadku rodziców adopcyjnych po ukończeniu szkolenia. Komu mają zawierzyć? Ja pewnie też bardziej zaufałbym osobie szkolącej, niż rodzinie zastępczej. Tli się we mnie jeszcze jakaś iskierka nadziei, że jednak coś zostało przeinaczone, że może rodzice adopcyjni nie tak interpretują przekazywaną wiedzę, że może coś należy powiedzieć wprost. Za kilka dni pojawią się u nas rodzice adopcyjni dla Sasetki i Marudy. Na pierwszym spotkaniu zawsze jest również przedstawiciel ośrodka (najczęściej psycholog), więc nie omieszkam poruszyć tego tematu. W każdym razie osoba prowadząca warsztaty, była kolejną, która potwierdziła potrzebę odbycia kilku odwiedzin dziecka (w krótkim czasie po odejściu do rodziny adopcyjnej) w jego nowym domu.

Wspomnę też krótko, co w naszym ośrodku jest najczęstszą przyczyną braku uzyskania kwalifikacji do pozostania rodziną adopcyjną. Wprawdzie informacje te nie są nigdzie publikowane, to raczej nie stanowią tajemnicy, ponieważ ta wiedza raczej nie przyda się rodzicom, którzy chcieliby zafałszować swoje prawdziwe motywacje. Najwyżej może im pomóc w podjęciu pierwszego kroku... chociaż może bardziej w rezygnacji z tego kroku.
Najtrudniejsze są przypadki, gdy jeden z małżonków jest przekonany do adopcji i bardzo chce, a drugi decyduje się na ten czyn z miłości. Nie do dziecka, ale do żony lub męża.
Próbując dokonać oceny samego siebie, dochodzę do wniosku, że gdybym kilka, czy kilkanaście lat temu, podjął decyzję o adopcji, to najprawdopodobniej bym ją uzyskał. W tej chwili... raczej nie. Moje przekonania strasznie ewoluują. Czuję się niemal jak nastolatek, w którym buzują hormony. W tej chwili, do granic możliwości „ciągnąłbym” in-vitro (za każde pieniądze). Adopcja? Dziecko jak najmłodsze. Najlepiej noworodek, nawet ryzykując dość duże ryzyko zaburzeń, czy też fakt, że istnieje możliwość zmiany decyzji przez mamę w ciągu 6 tygodni.

Bo czy adoptując dziecko starsze można być czegokolwiek pewnym?
Sasetka i Maruda od jakiegoś czasu są wolni prawnie. Sprawa wydawała się prosta. Rodzice zostali pozbawieni praw rodzicielskich. Mama stwierdziła, że jest zbyt młoda i jeszcze nie dorosła do bycia matką, zamieszkała ze swoją mamą, poznała nowego chłopaka. Tata wprawdzie cały czas deklarował chęć walki o dzieci, to jednak wszystko kończyło się tylko na słowach (a przecież wystarczyło odwołać się od wyroku). Cała potrzebna dokumentacja znalazła się w ośrodku adopcyjnym. Rozpoczęliśmy rozmowy ze starszą Sasetką (bo Maruda jeszcze niewiele rozumie) na temat nowej mamy i taty. Być może zbyt wcześnie, chociaż wykorzystaliśmy rozmowę z Kapslem dotyczącą dzieci odchodzących z naszej rodziny zastępczej. W tej chwili, Sasetka prawie codziennie wraca do tematu nowej mamy. Jej tata w przeciągu prawie roku, odwiedził ją tylko raz. Natomiast często dzwoni. Rozmowa nie trwa zbyt długo, bo żadna ze stron nie za bardzo wie, o czym chciałaby porozmawiać.
Niestety niedawno mama wróciła do taty, zaszła w kolejną ciążę (podobno z nim) i teraz razem deklarują chęć odzyskania starszego rodzeństwa. W moim umyśle pojawił się bardzo duży konflikt lojalnościowy. Nie da się być uczciwym wobec wszystkich.
Rodzice biologiczni w zasadzie interesują mnie najmniej. W końcu nie odbiera się praw rodzicielskich z byle powodu. Nie przywykłem jednak do okłamywania kogokolwiek. Nawet pomijanie pewnych faktów, budzi we mnie pewien sprzeciw. Wszyscy zalecają nam zaprzestanie jakichkolwiek kontaktów z rodzicami biologicznymi pod byle jakim pretekstem.
Ostatnio miała miejsce rozmowa telefoniczna Sasetki z tatą:
  • Ty jesteś stary.
  • Tak, ja jestem twój stary.
W końcu ojciec się zorientuje, że ani matka nie jest jej starą, ani on jej starym, tylko chodzi o nową mamę i nowego tatę... zwłaszcza gdy rozpoczną się spotkania z rodzicami adopcyjnymi. Niestety to może uaktywnić rodziców biologicznych i mogą złożyć wniosek o przywrócenie praw rodzicielskich.
Co mówić rodzicom adopcyjnym? Uczciwość nakazuje, aby poinformować ich o planach rodziców biologicznych. Niestety złożenie wniosku o przywrócenie praw rodzicielskich (nawet gdyby było już powierzenie pieczy i dzieci mieszkałyby z nowymi rodzicami), spowoduje że wszystko zostanie zawieszone w próżni. Dzieci wprawdzie nadal będą mieszkać z przyszłymi rodzicami adopcyjnymi, ale rozpocznie się procedura związana z rozpatrzeniem wniosku rodziców biologicznych. To może trwać miesiącami, a nawet latami. Czy rodzice adopcyjni są na to gotowi emocjonalnie?

Chodzi mi po głowie pewien plan.
Utniemy wszelkie kontakty dzieci z tatą. Tutaj chyba nie trzeba wymyślać czegoś nadzwyczajnego. Wystarczy powiedzieć, że zmieniły się przepisy i musi złożyć do sądu wniosek o uregulowanie widzeń. Myślę, że to łyknie.
Sam nie za bardzo wie jak to zrobić, więc wystąpi z wnioskiem o przyznanie asystenta rodziny. To też możemy w jakiejś mierze opóźnić. Rodziców adopcyjnych o niczym nie informujemy, żeby ich nie denerwować.
Wykorzystujemy dobre układy z sądem rodzinnym, aby maksymalnie przyspieszyć rozprawę o przysposobienie.
Plan doskonały?
Pytanie tylko, co na to dzieci. One kiedyś dorosną i zapytają, jakim prawem wymyśliłem taki plan. Najciekawsze jest to, że gdybym zaczął wspierać rodziców biologicznych i dzieci by do nich wróciły, to pewnie większych dylematów by nie miały. Żyłyby na zasiłkach, jak ich rodzice, bez marzeń, ambicji, planów na przyszłość.

Dobrze, że to Majka podejmuje ostateczną decyzję.
Kolejną będzie musiała podjąć w przypadku Kapsla. Ostatnio rozmawialiśmy z Jowitą (naszą koordynatorką z PCPR-u) na temat umieszczenia go w Domu Pomocy Społecznej.
Ja wręcz zasugerowałem, czy warto na siłę poszukiwać rodziny zastępczej? Przecież chłopiec może ją skrzywdzić.
Zdaję sobie sprawę z tego, że mogło to mieć niewłaściwy wydźwięk. Ostatecznie to, że chłopak przerósł mnie (a nawet Majkę), nie oznacza, że nie istnieje rodzina, która potrafiłaby z nim świetnie funkcjonować. Uważam jednak, że musiałby to być ktoś, kto miał już kontakt z takimi dziećmi. Musiałby to być ktoś, kto zaakceptuje fakt, że chłopiec być może za dziesięć lat, nadal nie będzie znał dni tygodnia, albo miesięcy, czy pór roku. Ktoś, kto zaakceptuje możliwość, że chłopak w wieku 18 lat spakuje swój plecak i przeprowadzi się do mamy. Nie mam pojęcia jak Kapsel postrzega swoją mamę, ale tam jest zawsze jedzenie, które jest lekiem na wszystko, również dla dwumiesięcznej siostry chłopca. Powoli zaczyna do mnie docierać teoria, że jedzenie może być mamą.
Wszyscy uważają, że Kapsel nie powinien wrócić do mamy. Nawet na wczorajszych warsztatach, które przecież dotyczyły więzi, powrót do mamy jawił się jako coś, co nie powinno się zrealizować. W tej chwili Kapsel ma 8 lat, a funkcjonuje jak czterolatek. Przyjdzie jednak taki moment, gdy emocjonalnie stanie się 15-latkiem. Wówczas może być zagrożeniem przede wszystkim dla swojej siostry, ale również dla mamy i samego siebie.
Inna sprawa, że gdy oddamy go do DPS-u, to jego mama z pewnością się na nas obrazi. Ona nadal uważa, że chłopiec jest zupełnie normalny i powinien chodzić do zwyczajnej szkoły. Myślę też, że nas przerosło upośledzenie chłopca, a dokładniej to, że jest on z pogranicza – pewnego rodzaju koktajl głupoty i mądrości. Gdyby się spokojnie zastanowić, to chłopiec nie jest aż taki zły. Potrafi być posłuszny, tyle że co chwilę trzeba mu przypominać, jak ma się zachowywać. Do wścibstwa też pewnie można się przyzwyczaić. Ostatnio znalazł w łazience dwa pająki. Inne dziecko pewnie by je rozdeptało. Kapsel zaczął je chronić. Zamykał drzwi, żeby miały ciepło i nikomu nie pozwalał się do nich zbliżyć. Jestem przekonany, że w Domu Pomocy Społecznej, byłby wspaniałym pomocnikiem i opiekunem młodszych i słabszych. Mógłby też bez ograniczeń spotykać się z mamą. Niestety, chociaż rozumowo to ogarniam, to jednak sam fakt oddania dziecka do DPS-u, trochę mnie przeraża. Nie potrafię sobie wyobrazić dnia, w którym będziemy musieli go odwieźć do placówki. Tym bardziej, że chłopcu chyba podoba się mieszkanie z nami. Ostatnio w przedszkolu dzieci opowiadały kim chciałyby być w przyszłości. Jeden chciał być strażakiem, inny lekarzem, kolejny policjantem. A Kapsel? Byłem przekonany, że powiedział iż chce zostać koparką. Widocznie jakiś czas temu zmienił zdanie. Teraz chce zostać Ciocią Majką.

Opiszę jeszcze dwumiesięczną Plotkę. Sprawa wydawała się prosta. Niestety mama (mimo swojego upośledzenia w stopniu umiarkowanym) została już widocznie przez kogoś odpowiednio poinstruowana. Zdaje sobie sprawę z tego, że sąd najprawdopodobniej odbierze jej prawa rodzicielskie. Jednak już teraz zaznacza, że natychmiast odwoła się od wyroku, a jeżeli to nie pomoże, to pójdzie do mediów. Istnieje więc duże prawdopodobieństwo, że Plotka będzie kolejną Smerfetką. A przecież jej mama, przez cały czas bycia w ciąży, była pod opieką Pomocy Społecznej. Wszyscy od dawna wiedzą, że nie ma możliwości, aby Plotka z nią zamieszkała. Prawo chroni rodziców biologicznych, dając im szansę aby się naprawili. Zastanawiam się, dlaczego to samo prawo nie chroni dziecka, dając mu szansę na normalne życie.
Mama Plotki już doskonale wie, czego oczekuje od niej system. Nawet posługuje się pewną specyficzną terminologią. Ostatnio do nas zadzwoniła, że ma nowego partnera, który akceptuje jej córkę, i niedługo wyprowadzi się od mamy. Zwyczajna dwudziestoletnia dziewczyna powiedziałaby, że poznała chłopaka.
Problem w mojej ocenie polega na tym, że ten system określa pewne warunki konieczne, które muszą zostać spełnione i które w jakiś wymierny sposób da się zbadać (praca, mieszkanie). Jak jednak sprawdzić, czy mama zapewnia dziecku poczucie bezpieczeństwa w sensie emocjonalnym?
Majka na ostatnim zespole próbowała wytłumaczyć mamie, że miłość do dziecka, to niekoniecznie walka o jego odzyskanie. Czasami trzeba pozwolić mu odejść, aby stało się szczęśliwym człowiekiem. Nic nie dotarło. Jej wnioskiem końcowym było stwierdzenie: „będę walczyć”. Dowiozłem na to spotkanie dziewczynkę, aby mama mogła się z nią spotkać. W planach była godzina wspólnego pobytu. Spotkanie zostało zakończone po 15 minutach. Nie polała się ani jedna łza. Dla mamy najważniejsze było robienie zdjęć. Zupełnie zapominała, że dziewczynka nie trzyma jeszcze sama głowy, więc wokół niej stało troje osób, które tej głowy pilnowało. Na koniec stwierdziła, że Plotka chyba nie ma najlepiej w naszej rodzinie, bo ma zbyt duże rajstopy. Dobrze, że ubrałem dziewczynkę w rzeczy wcześniej przygotowane przez Majkę, bo gdybym sam wszystko wybierał z szafy, to dopiero by było.
Ostatnio po kąpieli założyłem Sasetce piżamkę i skarpetki. Przyjrzała im się przez dłuższą chwilę, po czym ze zdziwieniem stwierdziła: „obydwie takie same?”. A jednak wydaje mi się, że na obecnym etapie jestem dla niej najważniejszą osobą.

Piszę dzisiaj o trudnościach. Dotychczas skupiłem się tylko na problemach natury emocjonalnej. Wypada też wspomnieć o sprawach typowo fizycznych.
Maruda i Sasetka są pierwszymi naszymi „dziećmi wędrującymi”. Wychodzą w nocy ze swoich łóżeczek (Maruda sam jeszcze nie potrafi wyjść, więc krzyczy aby go wyciągnąć) i przychodzą do mojego łóżka. Umówiłem się z Sasetką, że może przyjść do mnie dopiero wówczas, gdy będzie jasno za oknem. Zmieniło się tylko tyle, że klepie mnie w środku nocy w ramię i zadaje pytanie: „wujek, jest już jasno?”. Czasami zdarza się to dwa, a nawet trzy razy w ciągu jednej nocy.
Czekam więc z niecierpliwością na rodziców adopcyjnych. Niech ich (tych rodziców) dzieci uszczęśliwiają swoją czułością. A mają w tym względzie ogromne potrzeby. Nad ranem czuję się jak orzełek ze złotówki, z przyklejonymi do obu ramion dziećmi. Do tego jestem symetrycznie podzielony na dwie strefy wpływów. Biada temu, który zarzuci mi rękę na szyję, przechodząc oś symetrii. Wszystko to powoduje, że mam „bezsenne noce, senne dnie”. Ostatnio, do Jeleniej Góry udało mi się dojechać na dwóch red-bullach... aby nie zasnąć. Trasy do stu kilometrów pokonuję na jednej puszcze.
Oczywiście trochę żartuję, jednak w takich przypadkach zastanawiam się nad pogotowiami rodzinnymi, które mają pod opieką czasami nawet dziesiątkę dzieci. Z jednej strony podziwiam takie rodziny (że dają radę), ale z drugiej zastanawiam się jak nad wszystkim panują (zwłaszcza w godzinach nocnych). Podejrzewam, że gdybym zostawił Sasetkę z Marudą w osobnym pokoju i do nich nie zaglądał, to w pewnym momencie doszliby do wniosku, że nie ma sensu krzyczeć i trzeba liczyć tylko na siebie. Ale czy o to chodzi?




środa, 14 marca 2018

--- Wespół w zespół.


Przed nami kolejne spotkanie mające na celu omówienie sytuacji przebywających u nas dzieci zastępczych. Tym razem będzie to ocena całej czwórki, do opisania której właśnie się przymierzam.
Wszystko zaczęło się kilka lat temu. Stwierdziłem, że skoro nie mogę pojawić się na takim spotkaniu zespołu, to opiszę moje spostrzeżenia. Majka nawet zastanawiała się, czy ma to przekazać zebranym osobom, czy tylko ma jej posłużyć jako pomoc w przedstawianiu naszego zdania. Okazało się, że pisane w kolejnych miesiącach opinie, nie tylko były dołączane do akt danego dziecka, ale również były przekazywane do ośrodka adopcyjnego. Stały się pierwszymi informacjami, z którymi mogli zapoznać się rodzice adopcyjni (jeszcze nie widząc dziecka). Doszedłem do wniosku, że powinienem tam opisywać to, czego nie uda się wyczytać w opiniach psychologów, ocenach medycznych, czy nawet raportach sporządzanych przez organizatora pieczy zastępczej. Opisuję więc rozmaite zachowania dzieci w różnych momentach ich życia. Wydaje mi się, że jest to ważne dla ich przyszłych rodziców. Są jednak rzeczy, które pozostawiam dla siebie. Mam świadomość tego, że opisy te przeczytają nie tylko rodzice danego dziecka (adopcyjni lub zastępczy), ale również rodzice biologiczni, którzy przychodzą na takie spotkania i często proszą nas o kopię tej oceny. Jest to też pewnego rodzaju opis naszych metod wychowawczych, z którymi mogą zapoznać się osoby oceniające naszą pracę w charakterze rodzica zastępczego. No i muszę mieć na względzie podstawowy cel pieczy zastępczej, więc przynajmniej w oficjalnych pismach pewne rzeczy przemilczam (chociaż może niesłusznie).

Siedzę więc i myślę, co chciałbym przekazać przyszłym rodzicom dzieci, które teraz mieszkają z nami.

Opis zacznę chyba od Sasetki i Marudy, rodzeństwa które najszybciej od nas odejdzie. Nie wiemy jednak dokąd. Tata dzieci cały czas deklaruje chęć zaopiekowania się nimi. Mam wrażenie, że facet zupełnie nie rozumie powagi sytuacji. Prawa rodzicielskie ma odebrane, decyzja sądu już się uprawomocniła, a on ciągle opowiada jak to będzie, gdy dzieci do niego wrócą. A może tylko mi się wydaje, że nie wie o czym mówi?
Do sądu wpłynął wniosek rodziny spokrewnionej z dziećmi, o ustanowienie jej rodziną zastępczą dla Sasetki i Marudy. Przypuszczalnie wiele osób przyklasnęłoby, gdyby sąd się do niego przychylił. Na dobrą sprawę, my też powinniśmy kibicować sędzinie, aby podjęła właśnie taką decyzję. W końcu celem pieczy zastępczej jest przywrócenie dzieci rodzicom biologicznym. Ale jej nie kibicujemy.
Tata po raz kolejny pogodził się z mamą, a potencjalna rodzina zastępcza jest bardzo blisko związana z mamą dzieci. Nietrudno przewidzieć co wydarzy się w przypadku realizacji takiego scenariusza.
Sasetka niemal każdej nocy przybiega do mojego łóżka i wtula się we mnie. Zdarza się też, że budzi mnie z krzykiem „wujek przytul!” Gdy obudzi się, będąc sama w pokoju, nie woła nikogo, ani też nie wychodzi (chociaż bez problemu potrafi nacisnąć klamkę). Kładzie się pod drzwiami i płacze. Nie wiem, czy są to lęki, które dla czterolatków nie są czymś niezwykłym, czy jakaś trauma z dzieciństwa? Podobno dzieci były zostawiane same w domu na wiele godzin... ale tylko podobno. Zastanawiam się, czy o tym wspomnieć, chociaż dla rodziców adopcyjnych byłaby to ważna informacja.
Chyba zbyt wcześnie zaczęliśmy z Sasetką rozmowy na temat nowej mamy. Od kilku dni nie daje nam spokoju. Ciągle dopytuje, kiedy po nią przyjdzie. Nawet Kapsel się w to wkręcił i też chce mieć nową mamę (po raz kolejny). Jednak o ile Kapsel chyba nie do końca wie o czym mówi, o tyle Sasetka doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że nowa mama, to zupełnie inna osoba niż stara mama. Ale o tym w moim opisie nie wspomnę.
Nie napiszę też o pewnym przypadku z Marudą, który mógłby uchodzić za przykład głodzenia dziecka. Przed podwieczorkiem, dzieci sprzątają swoje zabawki. Maruda nie dość, że nie pomagał Kapslowi i Sasetce, to jeszcze wyrzucał to co oni już posprzątali. Aby usiąść do stołu, musiał włożyć do kartonu pięć klocków, które rozrzucił. Nie zrobił tego, nie zjadł, a mimo wszystko mi zaimponował. Nie swoim uporem, ale zrozumieniem zasad. Podjął decyzję i pogodził się z jej konsekwencjami. Stał przy stole i patrzył jak inni jedzą. Nie płakał, nie wściekał się... Chociaż może o tym napiszę. Nie dodam tylko, że tego dnia podwieczorek był wyjątkowo późno i kolacja nie była już przewidziana. Chłopiec poszedł więc spać na głodniaka.

Nie napiszę też, że chciałbym aby Ploteczka jak najszybciej znalazła rodziców adopcyjnych, chociaż jest to moim marzeniem. Mama dziewczynki zaczęła odzywać się mniej więcej po dwóch tygodniach od umieszczenia małej w naszej rodzinie. Przyjdzie na posiedzenie zespołu, chce się tam spotkać z dziewczynką i zapowiada, że będzie o nią walczyć.
Wszyscy rodzice stosują tą samą terminologię: „będę walczyć”. Gdyby tak któryś powiedział: „uporządkuję swoje życie, wyjdę na prostą”.
Nie chcą tak zrobić, czy wiedzą, że jest to nierealne? Zdecydowanie łatwiej deklarować miłość i walkę o własne dziecko. I jak łatwo przekonać o swoich dobrych chęciach osoby patrzące na sprawę z boku.
W każdym takim przypadku zastanawiam się, jak wiele zależy od decyzji sędziego, a potem szeregu dalszych zbiegów okoliczności. O przyszłości dziecka mogą zadecydować jego (sędziego) wewnętrzne przekonania, albo popłynięcie z nurtem obowiązujących w danym momencie zasad.
Plotka może więc wrócić do swojej mamy. Gdy rozmawiamy z tą dziewczyną przez telefon, to jest nam jej szczerze żal. Mimo stwierdzonego upośledzenia umysłowego, mówi bardzo ładnie. Jest w swoich wypowiedziach logiczna i bardzo uczuciowa (w przeciwieństwie do wielu innych rodziców, z którymi mieliśmy kontakt). Nawet gdyby przyjąć, że jej rodzina będzie ją wspierać i Ploteczka zamieszka ze swoją mamą, to czeka ją podstawowe wykształcenie i prawdopodobnie ciągłe życie na zasiłkach. Tak funkcjonuje cała jej rodzina biologiczna. Dla nikogo nie jest ważna edukacja, nabycie jakichś kwalifikacji zawodowych... nikt nie przykłada wagi do odpowiedzialności za drugiego człowieka. Ale to byłaby jej rodzina. Póki co, w kolejkę po otrzymane becikowe, ustawiło się już kilku pożyczkobiorców. Tysiąc złotych to w takiej rodzinie sporo pieniędzy. Chociaż z jaką łatwością wydają 100 zł na fryzjera, albo 300 na buty.
Drugim rozwiązaniem jest adopcja. Rodzice zapewne postawią na rozwój, będą chcieli dać dziewczynce wszystko. Pewnym niebezpieczeństwem jest to, że przegną w drugą stronę. Dziecko nie musi umieć śpiewać, grać na fortepianie, być mistrzem sztuk walki, albo baletnicą. Nie musi znać pięciu języków obcych, jeździć konno, wygrywać konkursów matematycznych.
Kim będzie Plotka za dwadzieścia lat?

Zostaje mi jeszcze Kapsel. Nie wiem, czy cokolwiek o nim napiszę. Dla kogo miałbym to zrobić?
Adopcja już nie jest marzeniem, ale raczej należałoby ją sklasyfikować w kategorii ”cudu”. Rodzina zastępcza?
Prawdopodobnie zrobimy chłopcu diagnozę pod względem istnienia FAS. Będzie to pierwszy taki nasz przypadek. Nie spodziewamy się po tym badaniu niczego szczególnego. Dowiemy się najwyżej, co jest przyczyną jego zaburzeń. Ale jakie to ma znaczenie?
Pytaliśmy osoby, które pracują z chłopcem, czy świadomość istnienia FAS, w jakiś sposób wpłynęłaby na sposób pracy z nim? Nie byliśmy zaskoczeni odpowiedziami.
Ale zrobimy to badanie – game over.
Czasami mam wrażenie, że Kapsel cofa się w rozwoju, że rok temu był mądrzejszy. Chociaż pewnie wynika to z faktu, że mam do niego coraz mniej cierpliwości. Dzisiaj spędziłem popołudnie sam z całą czwórką. To było tylko kilka godzin, a czuję się bardziej wyczerpany, niż gdybym miał pod opieką szóstkę noworodków. Na szczęście Sasetka i Maruda trochę pomogli mi w okiełznaniu Kapsla. Mam świadomość tego, że niestety chłopak ma zły wpływ na młodszą dwójkę. Jak by nie było, jest dla nich „starszym bratem”, z którego wypada brać przykład. Bawiąc się zabawkami, chłopiec nagle zaczął nimi rzucać po pokoju. Nie rozrzucać, tylko rzucać na ściany, meble, sufit. Zwróciłem mu oczywiście uwagę. Zawiesił na mnie wzrok na kilkanaście sekund, po czym zaczął robić dalej to samo. Chwilę później wyszedłem do toalety... czasami trzeba. Zazwyczaj, gdy Kapsel się zorientuje, że nikt go nie kontroluje, to zaczyna biegać, skakać, krzyczeć. Tym razem było inaczej. Wracam, a tu cisza... coś nienormalnego. Rozglądam się dookoła, sprawdzam stan liczebny domowników – brakuje Furii. Kapsel ma absolutny zakaz wypuszczania psa do ogrodu. Pytam go:
  • Wiesz, że nie możesz wypuszczać psa przez taras?
  • Tak
  • To dlaczego to zrobiłeś?
  • Nie wiem
Na szczęście Furia jest łagodnym bokserem, i nawet gdyby udało jej się wyjść poza ogrodzenie, to nikomu nic nie zrobi. Ale równie dobrze mogłaby być niebezpiecznym rottweilerem. Czasami się zastanawiam, czego jeszcze nie przewidziałem.
Myślę też co będzie za kilka lat, gdy chłopak będzie już mieszkał ze swoją mamą (wydaje mi się, że jest to tylko kwestią czasu). Dziewczyna nie dostrzega praktycznie żadnych problemów. Myślę, że ma do nas żal, że chcemy umieścić chłopca w szkole specjalnej. Jej się wydaje, że przecież poradziłby sobie w normalnej szkole i zapewne do takiej by go posłała... a może nawet pośle, bo do września jeszcze sporo się może wydarzyć.
Po ostatniej rozprawie z pewnością nie mamy już u niej dobrych notowań. Majka poddała w wątpliwość kompetencje rodzicielskie mamy, opowiadając jak trudnym dzieckiem jest Kapsel. Sama, mimo ogromnej wiedzy i ciągłych szkoleń, często ma problemy z doborem odpowiednich metod w procesie wychowywania chłopca. Czy mama, która nie może sobie poradzić z samą sobą, temu podoła? Zapewne teraz myśli, że nie chcemy jej oddać dziecka, bo jest dla nas źródłem dochodu.
Gdybym ja był na tej rozprawie, to powiedziałbym, że podoła (w końcu wszystko do tego zmierza – po co przedłużać agonię). Przecież go kocha, dzwoni do niego, regularnie się z nim spotyka, daje mu jeść... no właśnie, daje mu jeść.
Wielu psychologów i pedagogów próbowało rozwiązać zagadkę Kapsla. Ostatnia teoria polega mniej więcej na tym, że chłopak w okresie niemowlęcym, gdy mama jeszcze z nim była i zaczęły nawiązywać się między nimi więzi, zaczął utożsamiać ją z jedzeniem. Przytulała go i jednocześnie karmiła. Później mama zniknęła, a jedzenie pozostało. W świadomości chłopca pojawiło się bardzo proste przełożenie – mama i jedzenie to jest to samo. W tej chwili będzie mu dobrze wszędzie tam, gdzie jest pod dostatkiem jedzenia, bo ono tak naprawdę jest jego mamą. Ciekawa koncepcja. Na ile prawdziwa?

Oto przedpremierowa ocena naszych dzieci:

Sasetka (4 lata)


Ocena rozwoju dziecka na podstawie obserwacji opiekunów.

Dziewczynka nadal jest trochę nieśmiała i czasami wraca do dawnego przyzwyczajenia, gdy w sytuacji zażenowania, zaczynała się uśmiechać. Bywa to jednak bardzo rzadko, a większość uśmiechów wypływa już tylko z jej pogodnego charakteru.
Być może ta jej nieśmiałość powodowała, że wydawało nam się, iż ma pewne zaległości do nadrobienia w stosunku do rówieśników. Staraliśmy się więc ją aktywizować w rozmaitych sferach życia, co dziewczynce bardzo przypadło do gustu. Lubi nie tylko rozwiązywać zadania z książeczek dla czterolatków, wykonywać prace plastyczne, ale również pomagać w codziennych obowiązkach domowych (znoszenie naczyń ze stołu, przygotowywanie rzeczy do prania itp.). Ostatnie badania psychologiczne potwierdziły, że nieco poniżej normy jest tylko w dziedzinie mowy. Chociaż biorąc pod uwagę stan sprzed pół roku (gdy wypowiadała tylko kilka prostych słów), nastąpił ogromny postęp. Dziewczynka zna w tej chwili bardzo dużo wyrazów (myślę, że nawet kilkaset), jednak ma problemy z odmianą przez przypadki i odróżnianiem rodzaju żeńskiego od męskiego. Do tego łącząc je w zdanie, często pomija pierwszy człon danego słowa. Nie mówi „byłam w przedszkolu”, ale „byłam w szkolu”. W związku z powyższym, uczęszcza na zajęcia z logopedą – mawia „idę do pedy”.
Mimo odebrania praw rodzicom biologicznym, Sasetka rozmawia ze swoim tatą przez telefon (mniej więcej raz w tygodniu), i doszło nawet do jednego spotkania z nim. Ma świadomość kim on dla niej jest, jednak nie tęskni do spotkań i rozmów z tatą, i nie przekłada się to w żaden sposób na jej zachowanie. Mama się nie odzywa. Dziewczynka jej nie wspomina
,
Wykaz umiejętności dziecka:

  • Sasetka bardzo lubi wszelkiego rodzaju aktywność fizyczną, łącznie z ekstremalnymi figurami gimnastycznymi. Jest duża szansa, że w przyszłości nie będzie prosiła rodziców o zwalnianie z zajęć wychowania fizycznego.
  • Jest bardzo samodzielna. Potrafi korzystać z toalety, sama się ubiera i rozbiera, myje zęby, a nawet potrafi się wykąpać. Do nas opiekunów należą tylko elementy wykończeniowe np. zapięcie guzików, zasznurowanie butów, umycie włosów.
  • Dostrzega i klasyfikuje emocje. Odróżnia dobro od zła, zna poczucie winy i wstydu. Często zdarza jej się strzelać tak zwanego „focha”. Mówimy do niej wówczas „co masz taką minę?”. Jest świetnym obserwatorem. Bywa, że czasami odgryza nam się w podobny sposób, mówiąc „miny robisz?”.
  • Jest bardzo opiekuńcza w stosunku do młodszych dzieci i… osób w podeszłym wieku (myślę tutaj o sobie). Gdy w weekendowy dzień próbujemy trochę dłużej pospać i dzieci przychodzą do naszego łóżka, to Sasetka bardzo dba o mój sen. Głaszcze mnie po twarzy i pilnuje, aby Maruda nie klepał mnie po głowie (co bardzo lubi robić). Niestety jest przy tym tak głośna, że spać i tak się nie daje – ale liczą się chęci.
  • Jest dość nietypowa jak na czterolatkę. Nie wpada w szał, nie miewa ataków nieuzasadnionej złości. Jest bardzo karna, wie co jest dozwolone a co nie, i nie stara się testować naszej cierpliwości. „Zakazany owoc” nie jest dla niej obiektem pożądania, który uzasadniałby bunt. Jest bardzo przewidywalna, nawet w kwestii tych fochów.
  • Mimo, że mowa nie jest mocną stroną Sasetki, to rozumie polecenia, nawet bardzo złożone, kilkustopniowe. Dla przykładu, zdanie „odłóż talerz, umyj buzię i przynieś szczotkę do włosów”, wcale jej nie przerasta. Ale bywają też momenty zawieszenia, gdy krótkie, dwuwyrazowe zdanie trzeba powtórzyć kilka razy.
  • Dziewczynka jest bardzo sprawna manualnie. Ładnie rysuje, precyzyjnie koloruje, wycina, nakleja. Jeszcze do niedawna nie potrafiła bawić się sama. Teraz zdarza się, że odchodzi od grupy dzieci (a dokładniej od szalonego siedmioletniego Kapsla i nie mniej szalonego jej dwuletniego brata), bierze jakąś kolorowankę i oddaje się zajęciom intelektualnym.
  • Nauczyła się rozróżniać kolory, kształty, faktury i smaki. W kwestii kolorów, to być może niedługo będzie lepsza ode mnie, bo aktualnie uczy się jak wygląda bordowy i granatowy. Jak dojdzie do błękitnego, chabrowego, lazurowego, kobaltowego, indygo... to będę musiał uznać jej wyższość. Gdy je jakąś potrawę, to potrafi określić, czy jest ona słodka, czy kwaśna, a nie tylko dobra lub nie. Rozumie też formę czasu przeszłego, teraźniejszego i przyszłego. Wprawdzie słowa jej się czasami mylą, ale wie, czy to już było, czy dopiero będzie. Mały-duży, góra-dół, przód-tył – to już są pojęcia oczywiste.
  • Ładnie śpi (długo i zasypia bez problemów), kiepsko je (chociaż pozytywne jest to, że lubi owoce i warzywa). Jednak wachlarz potraw, które jej smakują, staje się coraz szerszy. Gdy do nas przyszła, smakował jej tylko chleb, ziemniaki i banany.
  • Od jakiegoś czasu zaczęła dostrzegać różnice płci (w sensie fizycznym). Ponieważ siedmiolatek dużo bardziej ją fascynował niż dwulatek, staramy się pilnować, aby ten pierwszy nie biegał z gołym dupskiem po domu (co mu się wcześniej zdarzało).
  • Sasetka miewa jakieś koszmary senne. Czasami krzyczy i woła nas na pomoc. Bywa również, że cichutko przychodzi do naszego łóżka. Są więc przypadki, gdy jestem budzony słowami „wujek przytul”, albo zwyczajnie budzę się z dodatkową dziewczyną u boku. Był też okres, gdy opowiadała o jakiejś pani za oknem. Mówiła tak realistycznie, że aż sam zacząłem się bać. Mieliśmy kiedyś podglądacza w ogrodzie, ale to było wiele lat temu. Na szczęście nie wpływa to na zasypianie. Tutaj liczy się ciąg elementów, które muszą się wydarzyć tuż przed snem. Ważna jest nie tylko kolejność wykonywanych czynności (podawanie witamin, leków, mycie zębów), ale również pewne zwroty, powtarzające się każdego dnia. Sasetka jest kąpana pierwsza, później Maruda. Gdy ona leży w swoim łóżku, a jej brat wychodzi z wanny, zawsze zadaje pytania „wychodzicie?”, „ubieracie się?”. Odpowiedź twierdząca bardzo ją uspokaja. Chyba nie byłaby gotowa na spanie w osobnym pokoju. Wystarczy jej jednak za ochronę – dwulatek. Gdy czasami dłużej rano pośpi i jest już w pokoju sama, to po przebudzeniu nie wychodzi (chociaż potrafi nacisnąć klamkę), tylko kładzie się pod drzwiami i płacze. Jakieś koszmary z przeszłości?

Gdybym miał dziewczynkę podsumować jednym zdaniem, to powiedziałbym, że takiego czterolatka życzyłbym wszystkim rodzicom.


Maruda (2,5 roku)

Ocena rozwoju dziecka na podstawie obserwacji opiekunów.

Maruda jest typowym dwulatkiem. Pewne opóźnienie występuje tylko w zakresie mowy, jednak widać bardzo duże postępy, w porównaniu do tego, co było jeszcze kilka, czy kilkanaście tygodni temu.
Chłopiec nie ma zupełnie świadomości, jaka jest jego rola w naszej rodzinie. Nie ma się zresztą czemu dziwić, ponieważ jego czteroletnia siostra, mimo że ma świadomość istnienia mamy i taty (biologicznych), nie dopytuje w jakim celu się u nas znalazła. Dla Marudy to my jesteśmy mamą i tatą. Zaczął nawet mówić do mnie jakiś czas temu „tata”. Starałem się mu wytłumaczyć, że nie jestem tatą, tylko wujkiem. Chyba coś z tego zrozumiał, bo zaczął mówić do mnie „ej”. Aktualnie na mnie (czyli tatę zastępczego) mówi „tośta”, a na mamę zastępczą „taśta”. Trzeba się jednak bardzo wsłuchać, aby dostrzec różnicę. Od dwóch dni mówi do mnie również „bysiek”, ale nie wiem, czy powinienem się z tego powodu cieszyć.

Wykaz umiejętności dziecka:

  • Chłopiec bardzo lubi zajęcia manualne: lepienie z plasteliny, rysowanie, budowanie rozmaitych konstrukcji. Jeżeli chodzi o rysunki, to są to jeszcze bazgroły, głównie linie proste, ale czasami uda mu się narysować jakieś koślawe kółko. W budowaniu z klocków jest mistrzem. Potrafi tworzyć bardzo rozbudowane formy przestrzenne. Równie rewelacyjny jest w układaniu puzzli. Nie stanowią dla niego problemu nawet obrazki kilkudziesięcioelementowe, tyle tylko, że układanie polega na dopasowywaniu odpowiednich elementów, a nie uzyskaniu końcowego widoku. Równie dobrze mógłby je układać od „lewej strony”.
  • Ponieważ mało mówi, nie do końca wiemy, czy rozróżnia kolory. Jednak często potrafi wskazać na obrazku dwa przedmioty o tej samej barwie.
  • Dużo rozumie i chętnie wykonuje polecenia. Wie, co oznaczają pojęcia: wysoko, nisko, obok, nad, pod. Potrafi pokazać, która piłka jest duża, a która mała. Trochę gorzej z określeniem co jest dłuższe, a co krótsze. Mimo, że nie nazywa zwierząt, to potrafi je pokazać na obrazku. Chociaż w zasadzie je nazywa, tyle że każde to „łoś', „eś”, albo „oś”. Zdaniem psychologa, nie jest to jeszcze powodem do zmartwień.
  • Chłopiec doskonale potrafi przewidzieć skutek swojego zachowania, i co najważniejsze – go zaakceptować. Niedawno miała miejsce sytuacja, kiedy nie chciał pomagać innym dzieciom przy sprzątaniu zabawek, a do tego jeszcze wyrzucał z pudełek to, co one posprzątały. Na końcu pozostało tylko pięć klocków, które trzeba było wrzucić do kartonu. Okazało się, że niewinnie brzmiące zdanie: „usiądziesz do podwieczorku, dopiero jak posprzątasz te klocki”, urosło do rangi nie lada problemu. Maruda się uparł, a my musieliśmy być konsekwentni. Chyba każdy żałował podjętej decyzji. Chłopiec stał przy stoliku i patrzył jak pozostałe dzieci jedzą. Nie płakał. Zmierzył się z konsekwencjami podjętej decyzji, jak przystało na prawdziwego mężczyznę. Nawet mi tym zaimponował. Mam nadzieję, że wyciągnął z tej lekcji jakieś wnioski, bo my na pewno tak.
  • Staramy się dawać naszym dzieciom dużo swobody (nawet dwulatkom), o ile przestrzegane są normy współżycia w grupie. Ja być może idę zbyt daleko w swoich poglądach, ponieważ nie interweniuję w wewnętrzne spory dzieci, dopóki „krew się nie leje”. Jednak pozwala mi to wyciągnąć wniosek, że w grupie złożonej z dwu, cztero i siedmiolatka, ten pierwszy niekoniecznie musi być najsłabszym ogniwem. Gdy trzeba, przychodzimy dzieciom z pomocą, gdy trzeba sprawiedliwie rozstrzygamy spory. Większość zabawek mamy w kilku egzemplarzach, aby w jak największym zakresie zmniejszać prawdopodobieństwo wystąpienia konfliktów. Niestety nie eliminuje to kłótni o właśnie ten koc do przykrycia, albo ten samochodzik, albo to konkretne krzesło (chociaż drugie różni się tylko kolorem). W takim przypadku Maruda nie ma możliwości podjęcia decyzji, więc tym samym nie godzi się z tym co następuje później. No i rozpoczyna się „jazda”. Jeszcze do niedawna rzucał się na podłogę, kopał nogami, a nawet sam siebie bił po twarzy. W którymś momencie doszedł chyba do wniosku, że jest to trochę bolesne, więc zauważyliśmy, że chowa się za fotelem, wrzeszczy i klaszcze w dłonie. Odgłos był dokładnie taki sam. W tej chwili tylko krzyczy. Aby nikt tego nie przeoczył, przychodzi w centralny punkt pokoju, gdzie są wszyscy. Potrafi tak się wydzierać nawet kilkanaście minut i w tym czasie nie docierają do niego żadne argumenty. Jakiś czas temu, postanowiliśmy zastosować trochę kontrowersyjną metodę „karnego jeżyka”. Trudno mi powiedzieć, czy chłopiec nie traktuje tego jako „odstawienia do kąta” (czyli pewnej formy kary), chociaż w założeniu ma to służyć wyciszeniu się i w żaden sposób nie jest to związane z takim, czy innym przewinieniem (tym bardziej, że Maruda najczęściej już nie pamięta o co poszło). Po trzech-czterech wyniesieniach w to samo miejsce, nagle chłopiec się uspokaja. Cała operacja trwa jakieś 2-3 minuty. Wszyscy zyskują więc przynajmniej 10 minut spokoju.
  • Emocjonalnie chłopak jest chyba w normie rozwojowej. Wie co to radość, gniew, zazdrość. Obcym wydaje się być uczucie strachu i wstydu. Nie za bardzo odróżnia też dobro od zła. Potrafi kogoś ugryźć, kopnąć albo uderzyć. Jest nastawiony na efekt. Jeżeli się przed takimi zachowaniami powstrzymuje, to raczej dlatego, aby nas zadowolić. Ogólnie jest bardzo głośny i impulsywny. Nigdy nie wiadomo, co go nagle zainteresuje. A może to być wszystko: widok bagietki, wyciągniętej z pudła zabawki, a nawet reklama Red Bull-a. Wykrzykuje wówczas wszystkie słowa jakie zna: ej, oj, łoś, eść i tym podobne.
  • Również fizycznie jest bardzo sprawny i aktywny. Na spacerze potrafi przemaszerować nawet 4 kilometry. Od kilku tygodni przestał spać w południe, jednak nadal potrzebuje kilku chwil na regenerację. Potrafi przysnąć w najmniej oczekiwanym momencie. Przy układaniu puzzli to jeszcze rozumiem, ale dlaczego w trakcie jedzenia?
  • Jak na dwulatka, jest bardzo samodzielny. Potrafi sam się umyć, najeść, a nawet do pewnego momentu ubrać. Gdy ma trudności z nakłuciem jakiegoś kęsa jedzenia, to zwyczajnie nakłada go sobie ręką na widelec, a dalej już pełna kultura. Po zjedzeniu odnosi brudne naczynia i udaje się do toalety.
  • Gorzej wygląda umiejętność korzystania z nocnika. Chłopiec cały czas ma zakładane pieluchy. Myślę jednak, że jeżeli poświęci mu się w tym zakresie trochę więcej uwagi, to bardzo szybko przestawi się na nocnik. W tej chwili nie sygnalizuje swoich potrzeb, chociaż doskonale wie do czego nocnik służy. Łapiemy więc kupę, gdy zauważamy, że szuka sobie kąta do jej zrobienia. Czasami się uda, czasami nie. Gorzej z robieniem „siku”. Gdy spostrzeżemy, że się otrząsnął, to już jest „po zawodach”. Jednak nadchodząca wiosna będzie doskonałą okazją, aby mu pokazać jak mało przyjemne jest robienie siku w spodnie.
Rozstanie z nami może być dla chłopca trudne, o ile nie zostanie rozłożone w czasie. Jak zawsze mam nadzieję, że nowa rodzina (nawet gdyby była to rodzina biologiczna) to zrozumie i uszanuje.





Plotka (7 tygodni)

Ocena rozwoju dziecka na podstawie obserwacji opiekunów.

Plotkę odebraliśmy ze szpitala w szóstej dobie jej życia.
Dotychczasowe badania i obserwacja wskazują, że dziewczynka jest zupełnie zdrowym i prawidłowo rozwijającym się noworodkiem.
Jesteśmy po konsultacjach z lekarzem rodzinnym, badaniach w poradni preluksacyjnej (kontrola bioder) i badaniach przez fizjoterapeutkę dziecięcą. Wszystko jest prawidłowe. Bioderka są bez zarzutu, jest symetryczna i przekracza linię środka. Cokolwiek to znaczy, jest to poprawne.
Jedyną rzeczą, na którą musimy zwrócić uwagę, to podejrzenie wystąpienia alergii pokarmowej. Ma nieco szorstką cerę na buzi i jeżeli będzie się to utrzymywało jeszcze przez jakiś czas, to zmienimy podawane mleko na bezbiałkowe.
Dziewczynka jest bardzo zgrabna, chociaż miała dość dużą masę urodzeniową. Jak na niemowlaka, jest też bardzo ładna. Do tego jest też silna – po miesiącu potrafiła już podnosić głowę (leżąc na brzuchu) i utrzymać ją przez kilka sekund. Od tygodnia się uśmiecha. Trzeba się jednak do niej zbliżyć na odległość około 30 cm (ponieważ zmysł wzroku dopiero się rozwija), a najlepiej dużo mówić i głaskać po twarzy i rączkach.
Bardzo lubi się kąpać. Jest grzeczna i nie płacze (najwyżej chwilę przy wyjmowaniu z wody). Kąpiemy Ploteczkę codziennie, ponieważ jest to sygnał, że zaczyna się noc. I faktycznie dziewczynka potrafi przespać bez przerwy nawet osiem godzin.
Inne dłuższe drzemki mają miejsce podczas spacerów, na które wychodzimy codziennie (nawet przy lekkich mrozach).
Jest dość odporna na rozmaite hałasy, zwłaszcza krzyki innych dzieci, razem z nami mieszkających.
Staramy się jak najlepiej zastępować jej rodzinę. W tej chwili najważniejszą rzeczą jest zapewnianie bliskiego kontaktu. W zasadzie można tak zawiązać butelkę z mlekiem, że nawet noworodek naje się sam. Gdy Plotka jest już bardzo głodna, a trzeba jeszcze zrobić coś pilnego (na przykład interweniować, gdy innemu dziecku dzieje się krzywda), to na kilka minut też stosujemy ten manewr. Jest to jednak sytuacja wyjątkowa, bo widzimy, że gdy do niej podejdziemy i zbliżymy się tak, aby mogła nas zobaczyć, to wyraźnie się ożywia. Z kolei, gdy dostanie jeden palec do przytrzymania, a drugi delikatnie muska ją po policzku, to przymyka oczy i odpływa w błogi sen. Podobno dziecko rodzi się z w pełni wykształconym zmysłem węchu i już w szóstym dniu życia potrafi rozpoznać w ten sposób mamę.
Mamy nadzieję, że Ploteczka nie będzie musiała spędzić u nas dwóch lat (jak to już bywało). Jest fantastycznym dzieckiem, ale jej miejsce jest gdzie indziej.




Kapsel (7,5 roku)

Ocena rozwoju dziecka na podstawie obserwacji opiekunów.

Sytuacja Kapsla zmieniła się o tyle, że mama złożyła do sądu wniosek o przywrócenie praw rodzicielskich, odbyła się pierwsza rozprawa i aktualnie czekamy na badanie więzi w OZSS.
Poszukiwania rodziny adopcyjnej zostały wstrzymane.
Prawdopodobnie chłopiec pozostanie jeszcze z nami jakiś czas, więc rozpoczęliśmy starania o umieszczenie go (od przyszłego roku szkolnego), w szkole specjalnej.


  • Kapsel spotyka się ze swoją mamą i rozmawia z nią przez telefon. Niestety powoduje to, że jest rozbity emocjonalnie. Nie ma dnia, aby panie w przedszkolu się na niego nie żaliły. Psoci (niedawno rozwinął cały papier w toalecie), nie przestrzega zasad (wszedł do kuchni i kopiąc w drzwi, uderzył panią kucharkę), przeszkadza na zajęciach (na angielskim wchodzi na rury z centralnym ogrzewaniem, a na rytmice skacze i biega po sali). Jednak może to oznaczać, że mama jest dla niego ważna i konieczność przebywania w obcej rodzinie powoduje tęsknotę i nieradzenie sobie z sobą samym. W tej chwili, dla chłopca ważne jest tylko to, co powiedziała mama. Jednak dość duże prawdopodobieństwo powrotu do domu rodzinnego powoduje, że w żadnej mierze nie będziemy starali się ograniczać tych kontaktów.
  • Chłopiec przebywając w naszej rodzinie nauczył się pewnych zasad (choćby tego, że po przebudzeniu bawi się w swoim pokoju, nie chodzi po całym domu i nie budzi wszystkich domowników). Lubi pomagać i sprawia mu to dużą przyjemność. Świetnie sprawdza się w roli kierownika od spraw porządkowych, angażując też inne, mieszkające z nami dzieci.
  • Rozwój w zakresie intelektualnym i poznawczym, jest coraz wolniejszy. Nie jest to tylko nasze zdanie, ale również innych osób pracujących z Kapslem (logopedy, nauczyciela z integracji sensorycznej, pedagoga wspomagającego w przedszkolu). Chłopiec nadal nie zdołał nauczyć się nazw miesięcy, a nawet myli kolejność dni tygodnia. Potrafi policzyć do dziesięciu i rozpoznaje podstawowe kolory. Nie potrafi skupić uwagi na tym co się do niego mówi. Musimy używać prostych poleceń, a i tak często jego rozbiegany wzrok świadczy o tym, że nie do końca rozumie o co nam chodzi. Rozwiązuje zadania na poziomie dziecka czteroletniego. Czytanie i pisanie jest tylko w sferze marzeń. Potrafi przeczytać tylko literkę „K”, na którą rozpoczyna się jego imię. Spieramy się, czy umie ją zapisać, ponieważ zawsze jest to lustrzane odbicie. Znaną mu cyfrą jest 1 i potrafi ją narysować. Jednak cyfra 7, która niewiele różni się od jedynki, już go przerasta.
  • Opiekowanie się Kapslem jest bardzo absorbujące. Chłopiec funkcjonuje na zasadzie nakazów i zakazów, a myślenie przyczynowo-skutkowe jest poza jego zasięgiem. Ostatnio zrobiłem dzieciom jajecznicę. Podając ostrzegłem, że jest jeszcze gorąca i mają uważać, aby się nie oparzyć. Upewniłem się, czy wszyscy usłyszeli. Czterolatka zrozumiała, dwulatek również. Kapsel władował sobie do buzi pełną łyżkę i oczywiście się oparzył, wypluwając wszystko na talerz. Niestety opiekując się chłopcem, należy mieć świadomość, że cały czas trzeba myśleć za niego. Przynajmniej na obecnym etapie.
  • Dużym plusem Kapsla jest to, że nigdy nie robi nikomu krzywdy w sposób świadomy. Jeżeli do tego dochodzi, to wyłącznie dlatego, że nie pomyślał.