sobota, 6 lipca 2024

--- Ostatnie pokolenie

Majka mówi, że jak opiszę na blogu swoje „mądrości”, to będzie koniec. Nie chce jednak doprecyzować co ma na myśli – koniec bloga, bo nikt nie będzie chciał już czytać moich tekstów (teraz uważa, że parę osób mnie jeszcze lubi), koniec naszego małżeństwa (bo publicznie wypisuję bzdury), czy koniec pogotowia (kiedy nasz organizator pieczy zastępczej w najlepszym razie zleci ponowne badanie psychologiczne mojej osoby).

Trudno, zaryzykuję i zobaczymy co się stanie.

Jak tylko sięgam pamięcią, z Majką kłóciliśmy się tylko i wyłącznie w sferze wychowania dzieci. Dobre i to, bo inaczej nasz związek byłby mdły, bez odrobiny adrenaliny. Teraz, kiedy mamy już wnuki i do dyskusji włączają się również nasze córki, to dopiero się dzieje. Podobnie jak w kwestii naszych osobowości (Majka jest ekstrawertykiem, a ja introwertykiem), tak i w tym przypadku jesteśmy z Majką skrajnymi obozami (wręcz po dwóch stronach barykady). Nasze dzieci są gdzieś tam pośrodku, co nie znaczy, że trzymają stronę któregoś z nas.

Ja jestem najbardziej zachowawczy. Wszelkie nowinki przepuszczam przez filtr moich możliwości poznawczych czy też intelektualnych. Muszę rozumieć sens takiego czy innego mojego zachowania (zwłaszcza jeżeli mam dokonać jego zmiany).
Majka jest najbardziej postępowa. Chłonie wszelką wiedzę w tym temacie. Czyta książki, zapisuje się na rozmaite szkolenia, słucha webinarów i robi z tego notatki. Niedawno ostentacyjnie (ogłaszając wszem i wobec) wyrzuciła cały zbiór książek o wychowaniu autorstwa Benjamina Spocka. Owszem, były to jeszcze opracowania z lat dziewięćdziesiątych, a zawarte w nich koncepcje tak stare jak sam Spock. Jednak na półce prezentowały się całkiem przyzwoicie. Do tego były też pamiątką po naszym sposobie wychowywania córek. Teraz Majka mówi, że tylko częściowo z nich korzystała, eliminując elementy jej zdaniem mało sensowne. Dla przykładu, nigdy nie pozwalaliśmy naszym dzieciom „wyryczeć” się w łóżeczku przed snem (na zasadzie 5-10-15), aby nie wychować małych terrorystów i manipulantów. Twierdzi, że zawsze uważała, iż malutkie dziecko nie potrafi jeszcze manipulować, a płaczem tylko wyraża swoje potrzeby. Trudno mi się do tego odnieść, bo zwyczajnie nie pamiętam co wtedy uważała, nawet jeżeli mi o tym mówiła. Faktem jest, że nasze dzieci nigdy nie płakały w samotności przed zaśnięciem, ale też nigdy nie nosiliśmy ich godzinami na rękach, kiedy nie chciały zasnąć. Podejrzewam, że obowiązywała taka sama zasada jak teraz, czyli sekwencyjnej powtarzalności pewnych zdarzeń przed snem nocnym. Każdego dnia dzieło wieńczyła kąpiel, dająca dziecku sygnał, że zaczyna się noc. Tak samo robimy i teraz. Mieliśmy już przecież w pieczy kilkadziesiąt niemowlaków i każdemu po kąpieli wystarczała butelka z mlekiem i buziak na dobranoc. Nie do końca jest to dla mnie logiczne, ale się sprawdza. Jest to dziwne zwłaszcza teraz, gdy dzieci idą spać kiedy na dworze jest jeszcze jasno. Nie musimy nawet opuszczać rolet i tworzyć sztucznej ciemności. Czasami trzeba kilka razy jeszcze później podejść, aby podać wypadnięty smoczek, poprawić kołderkę, czy tylko pogłaskać i ponownie pożegnać się ciepłym słowem. Są to jednak wyjątkowe sytuacje. I nawet awanturnik Marko z powodzeniem wpisuje się w ten schemat. Zwłaszcza jego przypadek jakby potwierdza, że rutyna może sterować potrzebami dziecka.

Ostatnio Majka zapisała się na pewien webinar dotyczący wychowania dziecka. Ten jeden był darmowy i zapewne miał zachęcić do wykupienia całego cyklu spotkań. Koszt wprawdzie nie był niski, ale zapewniał dożywotni dostęp do wszelkich materiałów, a nawet dożywotnią możliwość konsultacji ze specjalistami w przypadku wystąpienia konkretnych trudności z jakimś dzieckiem. No i patrząc z tej perspektywy, to zachęcałem Majkę do skorzystania z oferty, gdyż wydawała mi się atrakcyjna. Chociaż biorąc pod uwagę nasze doświadczenia z teoriami Spocka, to może nawet Majka miała rację, że poszczędziła (bo przecież za kilka lat być może pewne metody znowu będą krytykowane). Notabene od lat nurtuje mnie pytanie, czy Bowlby zawsze będzie „żywy”.

W każdym razie Majka wykupiła sobie miesięczny dostęp do audycji archiwalnych i teraz od trzech tygodni słucha po kilka godzin dziennie jakiegoś Niemca, który po czasie okazał się Brytyjczykiem. Facet mówi nawet ciekawie, a dodatkowego smaczku dodaje osobliwy akcent. Majka cały czas coś notuje i zapisała już trzy czwarte 60-stronicowego zeszytu. Gdy się z nim zapoznam to dopiero będziemy mieli pole do dyskusji.
Na razie rozmawialiśmy tylko o niektórych sprawach. Na przykład o tym, że do dziecka nie powinno się mówić „nie”. Zdanie trzeba jakoś zamienić na „tak”, a jak się nie da, to ewentualnie użyć słowa „stop”. Ja jakoś nie jestem przeciwnikiem słowa „nie”. Skoro istnieje w języku polskim, to po to, aby go używać. Zatem często mówię do dziecka „nie”, a nawet „nie, nie, nie” – aby lepiej zrozumiało. Bo niby jak mam inaczej powiedzieć: „Nie wchodź na parapet”. Owszem, mogę użyć stwierdzenia: „Usiądź na kanapie”, albo rzec: „Stop”. Ale jaki to odniesie skutek skoro dziecko właśnie ma zamiar wejść na parapet. A po tym „stop” to jaki miałby być ciąg dalszy bez słowa „nie”? Uważam, że „nie” jest niezbędne w procesie wyznaczania granic, ale nie upieram się jeżeli ktoś robi to innymi metodami.
Albo słowa „muszę” i „chcę”. Nie powinno się zbyt często używać „muszę”. „Chcę” jest słowem zdecydowanie bardziej motywującym – nawet dla nas dorosłych. Ja mówię to co w danym momencie czuję. Jak muszę, to nie mówię, że chcę bo to bez sensu. Nie widzę niczego złego w stwierdzeniu:  „Luna, muszę cię przewinąć”. Tym bardziej, że przecież ja wcale nie chcę jej przewinąć, ale muszę, gdy w pobliżu nie ma Majki, która chce. Ona zawsze chce.
Majka w ogóle uważa, że źle komunikuję się z naszymi maluchami. Używam niewłaściwych słów i powinienem nad sobą popracować. W jej słowniku nie ma dla przykładu słowa „ryczy”. Albo takie zdanie: „Ale się zesrałeś po pachy!”. Majka w takim wypadku mówi: „Jaką piękną kupę zrobiłeś, brawo!”. Twierdzi, że mój zwrot może spowodować u dziecka przekonanie, że zrobiło coś złego. Zupełnie się z tym nie zgadzam. Uważam, że moje określenie również może skutkować dumą z dobrze wykonanej pracy. Płachtą na byka dla Majki jest moje powiedzenie: „Jak będziesz dalej ryczał na rękach, to wrócisz tam gdzie byłeś”. Zawsze to komentuje w niewybredny sposób, wytykając moje błędy wychowawcze. 
Ogólnie rzecz biorąc uważam, że do dziecka trzeba mówić swoimi słowami, oczywiście nie nadużywając wulgaryzmów. Przynajmniej jednym z pozytywów takiego postępowania jest regulowanie własnych emocji. W końcu dziecko nie potrzebuje sfrustrowanego ojca, który ciągle musi pamiętać, aby nie użyć słowa „zesrał”.
Gdybym chciał tę tezę uogólnić, to powiedziałbym, że rozwój języka powinien następować płynnie, w długim czasie. Podobno obecnie całkiem poprawne jest zdanie: „Otwarłem drzwi i wyszłem do ogrodu”. No ja bym tak nigdy nie powiedział, ale skoro coraz więcej osób tak mówi, to pewnie po jakimś czasie nawet mnie przestanie to drażnić. Podobnie rzecz się ma z feminatywami. Generalnie nie mam z nimi problemu jak ktoś ich używa. Nie lubię tylko być do czegoś przymuszany i poprawiany. Nadal dla mnie dziwne jest zdanie: „Naszą gościnią jest ministra Kowalska”. Z kolei chirurżkę i architektkę trudno wymówić, literatka to zawsze była do wódki, a doktorka określeniem potocznym. A teraz w jakimś kraju ktoś został premierką. A może ktosia została premierką?
Kto chce, to niech tak sobie mówi – ja potrzebuję czasu na przyzwyczajenie się. Myślę też, że jeszcze długo będę jeździł na Ukrainę, skoro przecież jeżdżę na Litwę, na Łotwę, a nawet na Węgry. Dziwnym trafem jeżdżę do Wielkiej Brytanii, choć przecież to jest wyspa, co zdaniem niektórych determinuje użycie słowa „na” i „do”.
Póki co, późną jesienią lecimy na Sri Lankę. Jak widać Majka nie odpuszcza. Wykupiliśmy tylko maksymalne ubezpieczenie, przewidujące również powrót w plastikowym worku.

Wracam do wychowania dzieci – tematu, w którym tak pięknie z Majką (i niektórymi innymi członkami naszej rodziny) się różnimy.

Z całą naszą trójką niemowlaków chodzimy na rehabilitację. Każde ma coś. A to wzmożone napięcie mięśniowe, a to obniżone czy też asymetrię ułożeniową. Marko, który jest w najlepszej formie, dostał nawet skierowanie „na cito”. Jak sięgam pamięcią, to chyba wszystkie nasze niemowlaki na jakimś etapie swojego życia były rehabilitowane. No i zastanawiałem się kiedyś, co jest tego przyczyną, bo przecież dawniej tak nie było. Zanieczyszczenie środowiska i chemia w jedzeniu spożywanym przez mamę w ciąży? To raczej może być jedynie przyczyną rozmaitych alergii. No to może ocieplenie klimatu, albo zwiększająca się ilość CO2 w atmosferze? A może moda?
Do końca nie znam odpowiedzi, ale rehabilitantka Marko potwierdziła, że jeszcze kilkanaście lat temu nikt nie wpadłby na pomysł, aby go do niej przysłać. Jest zbyt dobry i w zasadzie chodzi teraz tylko o to, aby nie zepsuć tego co jest. Być może jest więc tak, że lekarze kierują dzieci na rehabilitację, aby nauczyć rodziców „obsługi” niemowlaka. Najważniejsza jest bowiem codzienność – to w jaki sposób dziecko przewijamy, podnosimy, nosimy oraz wrażliwość na sytuacje, które powinny być niepokojące. Chodzenie na rehabilitację raz w tygodniu, albo i rzadziej, mija się z celem jeżeli nie będzie powtarzalności pewnych ruchów, których można się szybko nauczyć. Zresztą jak patrzę na nasze dzieci, to niezależnie od tego co im jest, wszystkie są rehabilitowane w taki sam sposób. Nawet bym tego nie nazywał rehabilitacją, ale nauką pewnych schematów i wypracowaniem nawyków, których celem jest łatwiejsze i szybsze rozpoczęcie raczkowania czy też chodzenia. Ale nie będę się upierał. Niech będzie, że są rehabilitowane. Teraz to nawet zwykłe zakroplenie oczu nazywa się zabiegiem.

Zrobię małą dygresję, bo akurat coś mi się przypomniało. Pod poprzednim postem była sugestia, abym coś napisał na temat dzieci, które już od nas odeszły. Więc tak nie do końca mogę to zrobić, bo jakby nie patrzeć, nie są to już moje dzieci. Ale mogę od czasu do czasu coś wtrącać, nie pokazując palcem. Ostatnio odwiedziliśmy jedno z naszych byłych dzieci. Jedno z pierwszych, które u nas mieszkały (czyli pokolenie, które już rozpoczęło edukację szkolną). I okazało się, że ma ono niewygaszone odruchy pierwotne. Dla mnie jest to termin, z którym po raz pierwszy spotkałem się przy Omenie i Dagonie. Wydawało mi się, że taki niewygaszony odruch Moro, mógł się przytrafić jedynie Omenowi, bo to on miał wszelkie niechciane przypadłości wieku dziecięcego. Teraz okazuje się, że prawie wszystkie dzieci przebywające w pieczy zastępczej mają rozmaite odruchy niepowygaszane i konieczna jest terapia. Skojarzyłem to sobie opisując rehabilitację naszych dzieci, ponieważ te terapie mają jedną wspólną rzecz. Spotkanie z terapeutą odbywa się rzadko – nawet raz w miesiącu (w celu przeanalizowania postępów i zalecenia kolejnych ćwiczeń, które trzeba prowadzić w domu). W przypadku wygaszania odruchów jest to masaż ciała polegający głównie na uciskaniu pewnych jego części. Jednym z elementów jest na przykład uciskanie głowy, które mieliśmy zalecone przy Omenie i Dagonie.

Tak sobie myślę (to jedna z tych „mądrości”, o których mówi Majka), że być może wiele dzieci jest źle diagnozowanych i choćby pewne trudno wytłumaczalne napady złości mogą być właśnie wynikiem niewygaszonych odruchów pierwotnych. Albo jest to kolejna moda, podobnie jak ta, że prawie każde dziecko ma jakieś spektrum autyzmu. Ja w każdym razie mam duszę sceptyka. Nic mnie nie dziwi, nigdy nie mówię „nigdy” i to co dzisiaj jest dobre, jutro może być złe. W każdym razie Majka stwierdziła, że będziemy musieli bliżej przyjrzeć się tematowi i poszukać jakiegoś dobrego terapeuty wygaszającego odruchy pierwotne.

Ponownie wracam do wychowania dzieci. Zapytaliśmy naszą rehabilitantkę, jakie ma zdanie na temat używania bujaczków. Odpowiedziała, że jako rehabilitantka musi powiedzieć stanowczo „nie”. Natomiast jako matka – że sama używa. Po pierwsze nie można przesadzać (dziecko nie może całymi dniami się bujać), a po drugie bujaczek bujaczkowi nie równy. Powiedziała, że sama często używa w domu fotelika samochodowego. Wprawdzie on się nie buja, ale jest najczęściej dobrze wyprofilowany i łatwy do przemieszczania. Stawia więc swoje dziecko w foteliku samochodowym na blacie w kuchni i robi obiad.

Nasze wnuczki znają bujaczki tylko z widzenia (widzą je u naszych dzieci). Ja nawet gdybym chciał, to zajmując się z rana całą trójką, nie byłbym w stanie ich wszystkich nosić. No to się bujają. Chociaż nie przez cały czas. Jak pewnie już pisałem – zmieniam im punkt widzenia i to wystarcza. Zresztą nie jestem do końca przekonany, że dziecko ma nieodpartą potrzebę bujania się. Kiedy rok temu sam spędzałem z Argusem całe dni, to często leżeliśmy obok siebie na tapczanie. Chłopcu wystarczała moja obecność, rozmowa (właściwie monolog) i rekwizyty, które mu podawałem. Nasze córki (a przynajmniej jedna) uważają, że dziecko powinno się bujać, bo bujało się w brzuchu mamy przez dziewięć miesięcy i jest przyzwyczajone. Ale oczywiście nie w bujaczku, tylko na rękach. Ja na to odpowiadam, że przez te dziewięć miesięcy przebywało w środowisku wodnym i nagle musiało wyleźć na suchy ląd. I w związku z tym, nikt nie wypełnia jego łóżeczka wodą. No i tak sobie dyskutujemy.
Nie jestem też przekonany, czy częste noszenie dziecka na rękach jest dla niego korzystne. Myślę tutaj o aspekcie czysto fizycznym (ruchowym). Bo przecież nosić też trzeba umieć. Ktoś wymyślił chusty – też trzeba umieć je zawiązać, a i obiad z takim dzieckiem w chuście robi się chyba dość trudno.

Poranna gimnastyka (Anna robi ją nieprawidłowo)

Zmierzam do tego, że moim zdaniem każde dziecko potrzebuje rozmaitej aktywności ruchowej i nic w nadmiarze nie jest dobre. A nawet jak ktoś o to zadba w okresie niemowlęcym, a potem dziecko będzie spędzać większość czasu z nosem wlepionym w telefon albo laptop, to skolioza gwarantowana. A w większości przypadków tak będzie, bo jak obserwuję młode mamy w przestrzeni publicznej, to prawie wszystkie „siedzą” w telefonie. A dziecko się uczy i jedną z pierwszych umiejętności jest przesuwanie paluchem po ekranie. Potem, w wieku szkolnym, będzie jeszcze gorzej.
Teraz wyjdzie ze mnie beton – kiedyś (żeby nie napisać „ja w tym wieku”) to się chodziło po drzewach, przechodziło przez płoty, grało w piłkę na podwórku, skakało przez skakankę, a nawet wchodziło do kanałów. Pewnie, że były skutki uboczne w postaci jakiejś wybitej szyby, albo przyjazdu policji (wtedy jeszcze milicji). Ale mało kto potrzebował rehabilitacji. Albo inaczej – każdy sam się rehabilitował.

Nadszedł czas na odkrycie mojej „mądrości życiowej” i tym samym wyjaśnienie tytułu tego wpisu.

Zdaniem wielu, pokolenie „zetek” jest słabo przygotowane do życia w społeczeństwie. Nawet moje córki zauważają jak ich rówieśnicy są mało ogarnięci. One jakoś twardziej stąpają po ziemi – może dzięki temu, że jednak Majka czytała tego Spocka. Podobno z dziećmi obecnie będącymi w wieku szkolnym i mającymi wejść w dorosłość za kilka lat (określanymi mianem pokolenia „alfa”), ma być jeszcze gorzej. Pokolenie Luny, Anny, Marko i naszych wnuczek chyba nie zostało jeszcze nazwane. Myślę jednak, że będzie to pokolenie „beta”, chociaż może właściwsze będzie określenie „omega”. Uważam, że granica między kształtowaniem poczucia własnej wartości, a egocentryzmem jest bardzo cienka. Dzieci są teraz wychowywane pod kloszem. Nie doznają porażek, uczy się je umiejętności proszenia o pomoc. Nie będą potrafiły funkcjonować w sytuacjach stresowych, a zderzenie z brutalną rzeczywistością może nastąpić już w okresie szkolnym, a niemal na pewno przy starcie w dorosłe życie – pójściem do pracy, chęcią założenia rodziny. Wszystko zostanie spotęgowane przez wszechobecną już sztuczną inteligencję, która spowoduje, że młody człowiek poczuje się zbędny i nikomu niepotrzebny. Czy zadowoli się dochodem gwarantowanym wypracowanym przez AI? Wątpię. Raczej rozpoczną się problemy natury psychicznej i korzystanie z pomocy psychologów, pewnie też w znacznej mierze przejętych przez sztuczną inteligencję. Nie mam pojęcia co taki sztuczny psycholog będzie polecał. Pewnie to co dzisiaj – zadbaj o siebie i naucz się korzystać z pomocy. Na którym miejscu będzie potrzeba założenia rodziny i posiadania dziecka? Obawiam się, że dalekim. Pokolenie beta z dużym prawdopodobieństwem dojdzie do wniosku, że dziecko jest zbyt dużym obciążeniem i w imię przedłużenia gatunku nie warto się poświęcać.
Stare pokolenia funkcjonują inaczej. Gdyby Majka dosłownie potraktowała zalecenia psychologa i zadbała tylko o swoje potrzeby, to raczej do pieczy zastępczej byśmy nie wrócili. Zwyciężyła jednak odpowiedzialność i wierność dawnym ideałom. Chociaż może za tych dwadzieścia parę lat koncepcja się zmieni i wróci tak bardzo krytykowana cecha mojego pokolenia, które nauczyło się radzić sobie samemu. Poczekamy, zobaczymy.
Oczywiście nie można wszystkiego uogólniać. W przyszłości będą przecież zawody, których robotom nie uda się przejąć. Załóżmy więc, że nasz dzisiejszy czteromiesięczny Marko zostanie cenionym specjalistą w jakiejś dziedzinie. Będzie go zatem stać na dużo więcej niż przeciętnego rówieśnika. O jakiej dziewczynie zamarzy? Już teraz istnieją roboty humanoidalne, a nawet prototypy wyposażone w sztuczną i ciepłą skórę. Czy taka sztuczna dziewczyna nie będzie bardziej atrakcyjna? Zawsze zgodna, zawsze wspierająca, zawsze chętna. A jeżeli komuś będzie mało gderania, to zapewne będzie ją można przełączyć w tryb konwersacji. Albo przeciwnie w tryb milczenia. Dla wymagających może będzie istniał tryb spierania się, a nawet tryb ludzki. I w takim ludzkim trybie sztuczna dziewczyna będzie nieprzewidywalna i będzie zaskakiwać. Na przykład tak jak Majka. Ostatnio byliśmy z dziećmi u lekarza. Wielki szpital, jeszcze większy parking, mnóstwo pustych miejsc. Niestety jedna kobieta zdecydowała się zaparkować obok nas. I niestety nie ucelowała, lekko przycierając nam samochód. Mówi się trudno, takie rzeczy się zdarzają. Wieczorem Majka wzięła mój telefon, bo chciała sobie obejrzeć zdjęcia, które zrobiłem dla ubezpieczyciela. No i działając w trybie nieprzewidywalności, przypadkowo utworzyła na FB moją relację i przypadkowo zadzwoniła do kobiety, która uszkodziła nam samochód. A ja się rano dziwiłem skąd wszyscy wiedzą o zdarzeniu i czego ta kobieta jeszcze ode mnie chce, że oddzwania.
Tak więc jeżeli Marko będzie chciał w przyszłości mieć takie atrakcje, to tylko wybierze odpowiedni przycisk w swojej aplikacji. Jako domorosły jasnowidz przewiduję, że modele sztucznych kobiet nie będą ceną odbiegały od średniej klasy samochodu. No i pewnie będzie też istniał rynek egzemplarzy używanych.
Cieszę się, że nie żyję w takim świecie, bo nie jestem przekonany, czy Majka nie wybrałaby zamiast mnie jakiejś męskiej wersji robota. Bystrzejszej i bardziej elokwentnej. Takiej, która natychmiast wywierci dziurę w ścianie, przemebluje pokój, ugotuje obiad i jeszcze zajmie się dziećmi. I wszystko bez zbędnego narzekania.

Dla rozrzedzenia gęstniejącej atmosfery (bo już widzę minę Majki na tym etapie tekstu), opiszę jeszcze aktualną sytuację dzieci.

Rosną i rozwijają się prawidłowo. Teoretycznie nieco opóźniona jest średnia (pod względem wieku) Anna, a poalkoholowa Luna zupełnie w normie. Przed szereg wychodzi najmłodszy Marko, chociaż pozostała dwójka powtarza jego umiejętności w odstępie kilku dni. Tak było choćby z przewracaniem się na brzuch. Teraz już cała trójka przewraca się niemal w mgnieniu oka, a potem wrzeszczy, bo w drugą stronę ta sztuka im nie wychodzi – przeszkadza ręka. Zdaniem rehabilitantki tak może jeszcze być przez dłuższy czas, bo podobno jest to trudna sztuka.

Marko, który był najtrudniejszym maluchem w naszej historii, nagle stał się niemal idealny. Przestał się awanturować i domagać ciągłego noszenia. Początkowo była to dla mnie zagadka, bo przecież odbieraliśmy go prosto z porodówki, na której raczej nie był przesadnie noszony. Trudno zatem mówić o jakimś przyzwyczajeniu. Teraz mam wrażenie, że wynikało to z braku jakichkolwiek umiejętności. Chłopiec czegoś chciał, ale nie wiedział czego. Majka mówi, że miał potrzebę bliskości, a naszym zadaniem było tę potrzebę zaspokoić. Pewnie ma rację (Majka zawsze ma rację). Ale jednak Luna i Anna zaspokajały swoją potrzebę bez konieczności chodzenia wokół kominka. Wystarczało im bycie na rękach. Ale rozumiem, że dzieci są różne, a dyskusja z Majką zawsze zmierza do tego, że jestem niekompetentny i niedouczony. W każdym razie teraz Marko potrafi już zająć ręce zabawkami i samodzielnie się przesuwać (albo bardziej obracać w kółko), jest dużo spokojniejszy. Często zadowala się wnikliwą obserwacją tego, co dzieje się wokół niego. Ulubionym zajęciem jest uśmiechanie się do Anny, podawanie jej rąk i wkładanie palców do oka. Luny jakoś tak nie adoruje. Gdy kładziemy ich na macie na podłodze, to musimy zachować odpowiedni dystans, żeby za szybko do niej nie dopadł. Powoli przygotowujemy się do rozstania. Jego nowymi rodzicami będzie para, która była u nas na praktykach dla rodzin zastępczych. Przyszli i się zakochali – tak zwyczajnie. W przypadku chłopca sytuacja jest bardzo prosta. Rodzice biologiczni gdzieś wyjechali i ślad po nich zaginął, sędzia się nie spieszy i nawet jeszcze nie wyznaczył terminu rozprawy, a ośrodek adopcyjny twierdzi, że dla tak obciążonego dziecka (stanem umysłowym jego rodziców) nie ma na swojej liście rodzin chętnych do adopcji. Marko spędza już weekendy w nowej rodzinie i czekamy tylko na podpis sędziego pod decyzją o przeniesieniu chłopca w trybie zabezpieczenia. Docelowo zostanie adoptowany, a ja chętnie przyjmę wyzwanie w dyskusji dotyczącej tematu obchodzenia adopcji poprzez pieczę zastępczą. Argumentów mam teraz aż nadto.

Za to z Luną sytuacja jest tak skomplikowana, że rozważam większe zaangażowanie się w procesie powrotu dziewczynki do mamy. Wcale nie dlatego, że stała się ona matką roku, ale może to być najbardziej optymalne rozwiązanie. Mama Luny cały czas twierdzi, że przyszła do porodu pijana, bo taka u nich tradycja i trzeba samemu się znieczulić. A tak poza tym, to w ciąży nie piła. Nie potrafi tylko wyjaśnić, jak w ciągu paru godzin pojawiły się u dziewczynki cechy dysmorficzne twarzy i dlaczego jest taka malutka (teraz waży tyle ile nasza wnuczka przy porodzie). Chociaż przypomniała sobie, że długo nie wiedziała, że jest w ciąży i wtedy okazyjnie coś wypiła.

Ale za to w przeciwieństwie do mamy Anny, potrafi się dzieckiem zająć. Jest czuła, bierze dziewczynkę na ręce, przewija ją i do jej uspokojenia nie potrzebuje nawet grzechotki. Warunki mieszkaniowe rodzice mają nawet bardzo dobre, bo tata zarabia całkiem niezłą kasę na budowie.
Ale nie to powoduje, że chciałbym rodziców wspierać w procesie odzyskania córki. Problemem jest obywatelstwo Luny. Z Ukrainą nie mamy podpisanych żadnych umów w temacie dzieci. Owszem, możemy odebrać mamie władzę rodzicielską (bo to umożliwia nam nasze prawo), ale nie możemy żadnego dziecka adoptować – zwłaszcza dopóki trwa wojna. A potem z dużym (wręcz ogromnym) prawdopodobieństwem ktoś przyjedzie po swoją obywatelkę, umieści w swoim sierocińcu i będzie czekał, aż zacznie rodzić nowych poborowych. Majka ma w tym względzie zupełnie inne zdanie. Mówi, że trzeba umieścić Lunę w docelowej rodzinie zastępczej, a potem powołać się na silne więzi. Jak to nie pomoże, to odwoła się do rzecznika praw dziecka, samego prezydenta, albo w ramach protestu przykuje łańcuchem do mostu. Ja jestem już stary, sceptyczny, a nawet cyniczny. Nikt dupy nie ruszy. Nikt nie kiwnie nawet palcem, aby w imię pomocy małej Ukraince stawiać na szali nadwątlone już relacje międzypaństwowe. Dlatego już teraz dmucham na zimne i staram się zapobiec temu co może się stać. Może powrót do mamy (która zamierza na stałe mieszkać w Polsce) jest tylko lepszym złem. Ale chociaż nie tragedią.
To tak samo jak z tym naszym klimatem (wracając do moich mądrości). Nie warto walczyć z jego ociepleniem. Niezależnie od tego czy jego przyczyna jest antropogeniczna, czy nie – cały proces jest już nie do zatrzymania. A już z pewnością zbawicielem świata nie będzie sama Europa. Trzeba przygotować się na to, że poziom oceanów się podniesie – będzie taniej.
Jeszcze ostatnie słowo o Lunie. Ona ma jeszcze całkiem sensownego tatę, którego najczęściej nie mają inne nasze dzieci. Facet nie dość, że zarabia na życie, to jeszcze interesuje się swoją córką. Przyjeżdża na spotkania, mówi całkiem dobrze po polsku, a nawet złapał jakąś nić porozumienia z Majką. Przynajmniej w zakresie odczuwania zjawisk humorystycznych. To samo ich śmieszy, bawią ich te same teksty i sytuacje. Jeszcze trochę i będę zazdrosny.

No i ostatnia Anna. Osobiście przeczuwam szybkie rozstanie i oby intuicja mnie nie zawiodła. Może jeszcze nie będzie odebrania władzy, ale przynajmniej jej ograniczenie i umieszczenie dziewczynki w docelowej rodzinie zastępczej. Mama nadal nie pracuje. Nadal przymierza się do jakiegoś szkolenia podnoszącego kompetencje wychowawcze. Nadal na spotkaniu z dziewczynką potrafi tylko grzechotać grzechotką. W chacie ma „burdel” nawet podczas umówionego spotkania z pracownikiem socjalnym. Do tego jakaś sprawa w sądzie karnym. Nie jest ciekawie. 

Tata zapytany na rozprawie, czy widział swoją córkę, odpowiedział: „Oczywiście... na zdjęciu”.

I na tym bym zakończył. Nie wiem czy jest to koniec o jakim myślała Majka, ale jest.





6 komentarzy:

  1. Ciekawe rzeczy się u Was dzieją! Losy Waszej rodziny i Waszych dzieci śledzę z wypiekami na twarzy. Zapisałam się na ten sam kurs umiejętności rodzicielskich i tak samo zapisałam już pół zeszytu. Na razie jestem zachwycona. Życzyłabym sobie, żeby ten lub podobny kurs był obowiązkowy dla każdego (przyszłego) rodzica.
    Beza

    OdpowiedzUsuń
  2. (Majka ma zawsze rację) ujęło mnie w swojej prostocie.
    Niezmiernie się cieszę z opisu kolejnej historii z waszego życia:)
    Teraz trzeba czekać na nie dłużej, ale niezmiennie warto!

    OdpowiedzUsuń
  3. Jeszcze jedno mnie zastanowiło. Skoro ojciec Luny rokuje, to czy jest jakakolwiek przesłanka do odebrania mu praw do córki? Gdyby chcieć odbierać dzieci z rodzin, gdzie jedno z rodziców lubi zaglądać do kieliszka, ale poza tym rodzice wywiązują się z obowiązków, to mielibyśmy dodatkowe kilkadziesiąt tysięcy dzieci w systemie...
    Beza

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A jeszcze ciekawsze jest to, że starsze rodzeństwo Luny wciąż mieszka z tymi rodzicami i jakoś nikomu to specjalnie nie przeszkadza

      Usuń
  4. melduję się - Agata

    OdpowiedzUsuń
  5. Odnośnie mówienia "nie" to wg mojego rozumienia chodzi o to, aby małym dzieciom mówić co i jak mają zrobić, zamiast podkreślać, czego robić nie mają. Chodzi o takie zupełne maluchy, dla których wszystko jest nowością i nie mają gotowego scenariusza. Dla przykładu: zamiast mówić "nie biegaj że szczoteczką w buzi" powiedzieć "gdy myjemy żeby to stoimy w miejscu" lub "gdy chodzimy to szczoteczkę trzymamy w rączce". Taka informacja jest po prostu łatwiejsza dla dziecka do przyswojenia.

    Co do rehabilitacji niemowlęcej, to uważam, że temat jest mocno rozdmuchany i pełno zdrowych dzieci, z objawami fizjologicznymi odpowiednimi dla danego wieku trafia na terapię. Wszyscy wola chuchać na zimne. A część osób robi z tego biznes. Szalenie popularną w dużych miastach odnogą tego trendu jest osteopatia niemowlęca. Sama w desperacji byłam z dzieckiem u takiego specjalisty, rzekomo najlepszego w naszym mieście (i najdroższego) i z perspektywy czasu widzę, że było to totalne zerowanie na mojej naiwności/dobrej woli/desperacji.

    OdpowiedzUsuń