sobota, 28 marca 2026

PRECEDENS

 

Pod koniec ubiegłego roku miała miejsce sytuacja, która wydarzyła się po raz pierwszy w naszej już kilkunastoletniej historii bycia pogotowiem rodzinnym – zostaliśmy sami. Wszystkie dzieci oddaliśmy docelowym rodzinom, ku radości wszystkich stron.

Aby uczcić tę niebywałą okoliczność, pierwszemu dziecku, które do nas przyszło w nowym roku nadałem blogowe imię Precedens. Chłopiec miał zaledwie dziesięć dni, gdy stanął w progu naszego domu. Teraz ma niewiele więcej, ale mogę powiedzieć, że stał się moim synkiem. W zasadzie mam już również córeczkę, bo Majka ma swoją półtoraroczną Izoldę. Dziewczynkę, która przez długi czas nie opuszczała jej na krok, a mój widok doprowadzał ją do niemal panicznego płaczu.

Zanim przejdę do opisu nowych dzieci, cofnę się kilka miesięcy wstecz. Było to jakoś pod koniec wakacji, gdy Majka doszła do wniosku, że być może również ja mógłbym skorzystać z usług naszego narodowego funduszu zdrowia i podobnie jak ona po swojej chorobie, wyjechać do sanatorium. Ostatecznie swoje lata już mam, kręgosłup nie ten co dawniej i składki na ubezpieczenie zdrowotne płacę od trzydziestu paru lat. Zakładała, że jak się uda, to może na wiosnę jakiś Ciechocinek dostaniemy. Ku naszemu ogromnemu zdziwieniu, po niecałych trzech miesiącach, dostaliśmy przydział – do Rymanowa Zdrój (tak jak Majka sobie zażyczyła – góry), już na listopad i do tego do szpitala uzdrowiskowego. To ostatnie określenie oznaczało, że nie tylko pobyt był zupełnie bezpłatny, ale jeszcze przysługiwało nam zwolnienie lekarskie. W moim przypadku pierwsze w tym stuleciu. Po powrocie trochę się namęczyłem z wypełnianiem odpowiedniego druku na stronie ZUS-u, bo jakby nie było, robiłem to po raz pierwszy w życiu. I chyba ostatni. Myślę, że jakoś doczekam do emerytury w zdrowiu, przynajmniej „papierowym”. Sądziłem, że jako „prawiczek chorobowy” dostanę bez większych problemów zasiłek chorobowy, zwłaszcza że zwolnienie zostało wystawione przez szpital – czyli o żadnej symulacji nie mogło być mowy. Okazało się, że wypłata tegoż zasiłku została chwilowo wstrzymana, gdyż ZUS musiał zapytać PCPR, czy aby na pewno nie wykonywałem dla niego w tym czasie jakiejś pracy.

A jaką mógłbym wykonywać? Jedynie sprawując opiekę nad dzieckiem. Trochę śmieszne, trochę dziwne.

Sanatorium też było nieco nietypowe, chociaż narzekać nie mogę. Jedzenie było bardzo dobre, zabiegi na wysokim poziomie i wszyscy bardzo mili. Pokoje rodem z PRL-u powodowały tylko miłe wspomnienia z dziecięcych lat, a kiepski internet – z wakacji w Afryce (te wspomnienia). Jedyną upierdliwością był zakaz zamykania pokoi na klucz i wchodzenie pań pielęgniarek bez pukania. Raz jedna zastała mnie niemal całego gołego, bo właśnie byłem w drodze pod prysznic. Ale tylko zapytała: „Wsistko dobzie?” i poszła.

Całe trzy tygodnie spędziliśmy bardzo miło. Chadzaliśmy po górach, po knajpach, bywaliśmy na koncertach. Skorzystaliśmy z usług lokalnego biura podróży i pojechaliśmy obejrzeć zielone wzgórza nad Soliną zimową porą. 





Nasłuchaliśmy się góralskich dowcipów.
Może przytoczę ze dwa. Albo jeden, bo drugi, który pamiętam, dotyczy serków i może komuś zniesmaczyć kolację.

„Dziewczyna wybrała się autobusem do miasta. Na przystanku stoi niedźwiedź, więc dzwoni do ojca – co robić? Rób zdjęcia, rób zdjęcia.”




I prawdopodobnie wszystko było tak fajne, bo wiedzieliśmy, że nikt na nas nie czeka. Wszystkie urzędy i sądy stanęły na wysokości zadania. Ramzes, Cash i Tango poszli do rodzin na zawsze. Cash ma już nawet nowy pesel.

Pobyt w sanatorium wręcz prowokował do wielu rozmów na temat naszej przyszłości. Głównie tej, która dotyczy pieczy zastępczej.
Doszedłem do wniosku, że chyba nie do końca mogę oceniać siebie w kategorii wypalenia zawodowego, chociaż sporo osób tak właśnie myśli.
Próbuję oceniać to co widzę z perspektywy kilkunastu lat bycia ojcem zastępczym. I widzę ogromne zmiany. Na lepsze? Moim zdaniem – nie.
Kryzys demograficzny jak najbardziej dotknął również pieczy zastępczej.
Chciałbym napisać, że jest coraz mniej dzieci do umieszczenia w rodzinach. Bardzo bym chciał.
Niestety dzieci jest coraz więcej, bo kryzys demograficzny jakby nie dotyczy niżej funkcjonujących warstw społeczeństwa. Za to coraz mniej jest chętnych do podjęcia się roli bycia rodzicem zastępczym.
Dlaczego? Spróbuję na to odpowiedzieć. Można się ze mną zgodzić, ale nie trzeba. A nawet lepiej się nie zgadzać.
Patrzę na rodziny, które mają „nasze” dzieci. Mogę je podzielić na dwie grupy – te, które szukają dziecka dla siebie i te, które chcą być tylko i wyłącznie rodziną zastępczą – w sensie – krótko.
Pierwsza grupa skupia się na dzieciach kilku, ewentualnie kilkunasto-miesięcznych. Bierze ona pod uwagę możliwość wystąpienia silnych turbulencji, ale nie dopuszcza niczego innego poza ostatecznym zerwaniem kontaktów z rodzicami biologicznymi. Drugą grupę stanowią rodzice, którzy w zasadzie chcieliby być pogotowiem rodzinnym, ale tylko częściowo, bo w drugiej części stanowić jednak rodzinę zastępczą na stałe, nie akceptując możliwości adopcji.

Od lat nie spotkałem rodziny, która chciałaby zaopiekować się jednym, poranionym i tym samym trudnym dzieckiem. Od lat nie spotkałem pasjonatów, osób zafascynowanych pieczą zastępczą, chcących bezinteresownie pomagać dzieciom. A Majka mówi, że mam być bardziej optymistyczny i opisywać uroki pieczy zastępczej. Dwa dni temu przyszli do nas praktykanci – osoby kończące szkolenie dla rodziców zastępczych. W zasadzie już tylko pro forma zadaję pytanie o interesujący ich przedział wiekowy dziecka. Bo przecież znam odpowiedź i zdziwiłbym się, gdyby była inna. Przyszli do nas z innego powiatu. Dowiedzieliśmy się, że znalezienie rodziny, w której można odbyć praktyki jest w obecnych czasach problematyczne. Bo to przecież dla rodziny duży kłopot. 

Nie wiem jak dla Majki, ale dla mnie piecza zastępcza przechodzi ogromny kryzys i nie wiem, czy kiedykolwiek z niego wyjdzie.
Swoje rozważania rozpocznę przedstawieniem przypadków naszej obecnej trójki dzieci. Najpierw wszystko opiszę, a potem z pewnością stwierdzę, że to co napisałem w żadnym wypadku nie powinno ujrzeć światła dziennego – dla mojego bezpieczeństwa. Majka zapewne też dorzuci swoje trzy grosze – to nie, to nie, to zmień, to koniecznie wyrzuć, ale przecież o tym nie możesz pisać. To o czym mam pisać? Nie jestem taki dobry, aby stworzyć tysiąc wierszy o sadzeniu grochu. Bo i po co.

Izolda.

Dziewczynka w wieku żłobkowym. Do buntu dwulatka jeszcze jej trochę brakuje, ale chyba wyprzedza rówieśników – niestety tylko w tym względzie.

Pojechaliśmy po nią do domu rodzinnego. Nie było to odebranie interwencyjne, chociaż bardzo podobnie wyglądało. Na dobrą sprawę od interwencji odróżniało je to, że również my tam byliśmy.
Zatrzymaliśmy się kilkadziesiąt metrów od domu. Ja z Precedensem siedziałem w samochodzie i obserwowałem wszystko w lusterku wstecznym. Majka wyszła na spotkanie z panią kurator i policjantem. Na wszelki wypadek zabrała z sobą koc i jakiegoś pluszaka. Gdy zobaczyłem kuratorkę i towarzyszącego jej policjanta, to stwierdziłem, że policja ma chyba jakieś niedobory wysyłając chłopaczka wyglądającego na szybko wyrośniętego licealistę, który jeszcze nie zdążył nabrać masy. Wkrótce okazało się, że był to wabik – osoba, której mama dziewczynki nie zna, więc z dużym prawdopodobieństwem otworzy drzwi.
Gdy tak przyglądałem się początkowej fazie operacji, obok naszego samochodu stanęło auto. I wtedy poczułem dreszczyk emocji. Wysiadło z niego dwóch osobników postury Pudziana i kowbojka. Dziewczyna miała na sobie skórzaną kurtkę do pasa, spod której wystawała kabura. Nie znam się na broni, ale z pewnością nie był to damski Glock 43.
Cała operacja chyba była dobrze przemyślana i zaplanowana, bo mama drzwi otworzyła, a potem wyciągnęła nóż i interwencja w pełni zasłużyła na swoje określenie.
Izolda została szybko wręczona stojącej w progu Majce. Kocyk się przydał, bo dziewczynka miała na sobie tylko krótki rękawek i rajstopki, a w ręce trzymała maskotkę – która później okazała się być zużytą pieluchą.
Izolda jest dziewczynką bardzo straumatyzowaną. Paniczny krzyk powoduje szczekanie psa za płotem, dźwięk przejeżdżającego pociągu, trzaśnięcie drzwiami, czy odgłos schodzenia po schodach. Przełamanie lęku w stosunku do mnie nastąpiło po ponad miesięcznym pobycie w naszym domu. Nagle, nie wiadomo z jakiego powodu, podeszła do mnie i się przytuliła. Do tej pory każdy mój widok powodował zaniepokojenie. W miarę bezpiecznie czuła się siedząc przynajmniej trzy metry ode mnie i przy obecności Majki. Gdy ta wychodziła z domu (tylko w przypadkach, gdy było to konieczne), Izolda brała kocyk i szła pod drzwi. Tam potrafiła siedzieć w oczekiwaniu na Majkę nawet kilka godzin. Nie wydawała przy tym najmniejszego dźwięku. Czasami miałem wrażenie, że nawet przestawała oddychać.

Precedens.

Po chłopca pojechaliśmy sami, bo miejscem odbioru była porodówka – miejsce przyjazne, bezpieczne. Takim też było. Poznaliśmy rodziców Precedensa, którzy okazali się być bardzo młodymi ludźmi. Całkiem sympatycznymi, ale nie do końca umiejscowionymi we współczesnym świecie. Mama chłopca przyjechała do szpitala z bólem brzucha, bo nie wiedziała, że jest w ciąży. Tata kilka miesięcy wcześniej poszedł na całość. Albo inaczej... spróbował owocu, który dotychczas był zakazany. No i mamy Precedensa. 

Czy rodzice mają szansę na odzyskanie dziecka? Wątpię.
Dlaczego?

Enigma.

Pewne jest tylko to, że mama ją urodziła w szpitalu, do którego po dziewczynkę pojechaliśmy. Potem wersje zdarzeń były bardzo rozbieżne. Według jednych źródeł mama chciała się zrzec praw rodzicielskich, według innych – zamierza walczyć. Lekarz na porodówce twierdził, że mama po wyjściu ze szpitala nigdy nie przyszła do swojego dziecka. Mama uważała, że je odwiedza, a pomoc społeczna, że ma dwa potwierdzone przypadki spotkań. Sąd po trzech dniach od narodzin wydał decyzję o poszukiwaniu dla dziecka rodziny zastępczej. My wyraziliśmy zgodę na przyjęcie dziewczynki. A potem minęły ponad cztery tygodnie, w którym to czasie nie działo się nic. Myśleliśmy, że sąd czeka na te magiczne sześć tygodni. Ale nie – na niecałe dwa tygodnie przed czasem wydał decyzję o umieszczeniu Enigmy w naszej rodzinie. Dlaczego nie zrobił tego wcześniej? Dlaczego nie poczekał jeszcze tych kilkunastu dni?

Zgodnie z obowiązującym prawem, matka dziecka może złożyć przed sądem oświadczenie o wyrażeniu zgody na adopcję bez wskazywania konkretnych osób.  Z tego co rozumiem, to sytuacja wygląda tak, że mama decyduje się na oddanie dziecka. Szpital powiadamia sąd. Ten czeka sześć tygodni na możliwość rezygnacji mamy i wycofanie się ze swojego postanowienia. Chodzi o wykluczenie możliwości podjęcia takiej decyzji pod wpływem emocji, albo będącej następstwem depresji poporodowej. Potem musi ona przed sądem swoją wolę potwierdzić. A co jak tego nie zrobi? Nie mam pojęcia. Pewnie zostaje wszczęte postępowanie o odebranie władzy rodzicielskiej.
Co łączy te trzy historie? Wiele, ale dodam czwartą.

Dziewczynka.

Kiedyś mieliśmy pod opieką dziewczynkę. A może chłopca. Teraz to już sam się gubię, albo próbuję zmylić tropy.

W każdym razie sprawa wygląda tak, że poszliśmy z dzieckiem na pewną imprezę – oczywiście dziecięcą. Wszystkie maluchy usiadły w kręgu, a pani prowadząca zapytała, czy może zrobić zdjęcie do kroniki. Dzieci siedziały tyłem, ale... kronika była internetowa. Oczywiście wszyscy rodzice wyrazili zgodę, tym bardziej, że wszystko było bez cienia podejrzeń o niezgodność z prawem, czy też przekroczenie jakichkolwiek zasad ujawnienia danych osobowych. Sprawa prosta – dziecko tyłem, bez podpisu kto jest kim i do tego wszystko w grupie. Ale matka-wariatka, youtuberka siedząca wiecznie w kompie gdzieś to zdjęcie wypatrzyła.
Nikt nie zwróciłby na nie uwagi, gdyby nie afera, którą ona sama rozpętała i gdyby paluchem nie pokazała, która to jest jej córeczka – oczywiście bezprawnie odebrana. Tylko czekam, aż odnajdzie zdjęcie swojej dziewczynki na tym blogu.

No dobrze... to jeszcze pójdę za ciosem. Dopiszę piątą historię.

Basia.

Tak się jakoś składa, że dzieci, które spędziły w naszej rodzinie jakiś czas – zaczynają dorastać. A to sprawia, że zaczynają mieć pytania, chcą wrócić do przeszłości, poznać swoją historię. Być może widzianą innymi oczami, albo może będącą czymś zupełnie nowym i nieznanym.

Niedawno Majka dostała tajemniczo brzmiącego SMS-a: „Basia chce się z tobą spotkać”.
Basi na tym blogu nikt nie znajdzie. Nie napiszę też ile ma lat i czy faktycznie jest dziewczynką. Jest dzieckiem, które kiedyś z nami mieszkało i teraz zaczyna drążyć temat. Chwała mamie za otwartość, bo podejrzewam, że wiele ją to musiało kosztować. Razem z Majką ustaliły, których tematów lepiej nie poruszać i których nie pamiętać. Nawet byłem zaskoczony, że nie było tego zbyt wiele.
Majka pojechała po Basię i zabrała ją do pobliskiej kawiarni. Bardzo miło spędziły czas, porozmawiały, zjadły lody, nawet zagrały w jakąś grę. Dziewczynka nie zadawała pytań o swoje korzenie. Nie pytała o mamę, babcię. Nie skupiała się na temacie odebrania jej od mamy. Pytała o to, jak było u nas. Próbowała poskładać brakujące puzzle swojej pamięci. Mogę się założyć, że za jakiś czas wróci – pewnie z innymi pytaniami. Być może będzie też chciała poznać moje zdanie.

Te przedstawione pięć historii (można powiedzieć pięć żyć) ma wiele wspólnego.
Przede wszystkim zaczynają mnie utwierdzać w przekonaniu, że czas kończyć opisywanie kolejnych przypadków. Czasy się zmieniają. Nikt nie chce być Basią ani stać tyłem do zdjęcia (przodem tym bardziej). A mi się nie chce tłumaczyć sądowi, że Basia tak naprawdę jest Kasią i ogólnie rzecz biorąc, jako rodzic zastępczy, też mam prawo do tego czy tamtego.
Kolejną sprawą jest ewoluowanie moich przekonań. Przez wielu jest to interpretowane jako wypalenie zawodowe. Tylko dlaczego? Bo nie wpisuję się w pewnego rodzaju mainstream? Bo jako rodzic zastępczy powinienem krakać jak reszta? Tylko jaka reszta? Może ta mniejszość, którą słychać, a nie ta, która zwyczajnie robi swoje i nie ma ochoty się odzywać.
Każda z pięciu historii, które opisałem przed chwilą, mogła zakończyć się zupełnie inaczej. A przecież nie wybrałem szczególnych przypadków z ponad pięćdziesięciu. Przedstawiłem sytuacje, które wydarzyły się w ostatnim czasie.
Każde dziecko zasługuje na to, aby być w rodzinie. Jest to naczelne hasło pieczy zastępczej i (jak mówią prawnicy) co do zasady się z tym zgadzam.
Problem polega na tym, że rodzin zastępczych nie ma i będzie ich coraz mniej. Jest to prosty skutek kryzysu demograficznego, o czym wspomniałem na wstępie. System próbuje z tym walczyć. Podobno ma zawiać wiatr odnowy. Ma być nowa ustawa. Co w niej będzie? Majka spróbowała ostatnio podpytać pewną osobę, która jest zaangażowana w tworzenie nowych przepisów. Odpowiedziała, że o wielu rzeczach nie może jeszcze opowiadać, ale ma być znacząca podwyżka pensji dla zawodowych rodzin zastępczych. Skoro osoba znająca środowisko i jego potrzeby zaczyna od takiego stwierdzenia, to trudno się dziwić, że takie mniemanie ma ogół społeczeństwa. Bo przecież przeciętny człowiek tak właśnie myśli o rodzicu zastępczym – że dla niego liczy się kasa, kasa i jeszcze raz kasa. A może ma rację?
Gdy w swoim myśleniu próbuję wyeliminować emocje, nawyki i doświadczenie – zostawiając jedynie wiedzę – dochodzę do wniosku, że system popełnia ogromny błąd. Nie chcę nikogo pouczać, bo tematem zajmują się wybitni specjaliści i do ich pracy podchodzę z ogromnym szacunkiem. Ale też od zawsze uważam, że jak komuś nie podoba się jego praca, to ją zmienia, a nie szuka poplecznika w związkach zawodowych.
Czy tak będzie z nami? Majką i ze mną? Nie wiem. Ale nie wykluczam, że pożegnamy się z pieczą zastępczą szybciej niż nam się wydaje.
Mam coraz większy lęk o to, że do pieczy zastępczej zaczną napływać ludzie przypadkowi. Pensje będą coraz wyższe, powiaty będą proponować mieszkania, domy. Może nawet standardem stanie się siedmio, albo dziewięcio-osobowy samochód. Nie chcę nikogo urażać, więc nie wymienię konkretnego zawodu, ale może niejeden stwierdzi, że warto zamienić swoją pracę na opiekowanie się dziećmi.
Tyle, że to nie jest zwyczajna praca i moim zdaniem mało kto się do niej nadaje. Natomiast rozdawnictwo spowoduje pewną formę uzależnienia, bo konsekwencją rezygnacji z bycia rodziną zastępczą będzie konieczność wyprowadzki, oddania samochodu i zaczynania wszystkiego od nowa – poszukania nowego mieszkania, nowej pracy. Kto po kilkunastu latach zajmowania się dziećmi rzuci się na głęboką wodę? Raczej wyrazi gotowość przyjęcia czwartego, piątego... jedenastego dziecka.
Obecny system zupełnie nie wspiera swoich własnych ustaleń, założeń, rozporządzeń. Pogotowie rodzinne (takie jak nasze) powinno mieć pod opieką trójkę dzieci (zgodnie z obecną ustawą). Wtedy może być całkiem dobrze funkcjonującą rodziną. Ale wszelkiego rodzaju dodatki zaczynają się od czwórki dzieci. Nam w zasadzie nie przysługuje osoba do pomocy ani częściowe pokrycie kosztów utrzymania domu.

Ale mimo to, usilnie trzymamy się ustawowej trójki. Widzimy, że to może ponownie dawać zadowolenie z wykonywanej pracy i motywować do działania. Dzieci są jakby szczęśliwsze. Nie czują się jednymi z wielu. Czują się nasze, mają poczucie przynależności do rodziny. Pewnie nie jesteśmy wyjątkiem, ale konia z rzędem rodzinie, która nie pomyślała o wzięciu kolejnego dziecka, aby mieć dodatkowe świadczenia. Jedno więcej – 20%, kolejne – to już 40%... ósme? Trochę przesadziłem. To ósme to już jedynie z przyzwoitości, albo z poczucia obowiązku. Chociaż w różnych powiatach może być różnie.

Owszem, istnieje furtka – jakiś paragraf. I na jego podstawie jestem osobą do pomocy. Osobą, która pełniąc całodobową opiekę nad jednym, nieco podrośniętym noworodkiem oraz przejmując pieczę nad kolejnym (albo dwoma) – gdy Majka musi jechać do sądu, na spotkanie z rodzicami biologicznymi, na posiedzenie zespołu do PCPR-u, na rehabilitację, do lekarza, albo choćby morsowanie czy kawę z koleżankami... Zgubiłem wątek tego zdania.
Jest tego tyle, że moja praca zawodowa musi się dostosowywać. Ale muszę ją mieć – na szczęście muszę, bo tego wymaga obecna ustawa. I chwała jej za to, bo jestem niezależny i mogę wszystko rzucić w diabły kiedy będę chciał. Póki co, za moje zaangażowanie dostaję na przysłowiowe waciki. Niestety w tym przypadku – dosłownie.  Ale biorę skoro dają. 
Nie mam pojęcia co wniesie nowa ustawa (poza tym, że Majka podobno dostanie siedem „tysi” brutto).
Mi wystarczyłaby możliwość umówienia dziecka z pieczy do specjalisty w krótkim terminie, na rehabilitację według potrzeb, diagnozowanie zaburzeń, programy terapii, albo choćby tworzenie jakichś kółek wzajemnej adoracji dla rodziców zastępczych i ich dzieci. Ten ostatni przykład jest moim zdaniem najlepszą opcją tworzenia grup wsparcia. Z dziećmi i bez czujnego oka psychologa z ramienia organizatora pieczy zastępczej.
Ale pewnie tak nie będzie. Przewiduję napływ nowych rodzin zastępczych.
Nie wiem, czy można to uznać jako żart, czy też należałoby się rozpłakać, ale jedna z naszych mam biologicznych, której odebrano dziecko – rozpływała się w swoim CV na temat niebywałych kompetencji dotyczących opieki nad dzieckiem. Może znajdzie pracę jako matka zastępcza. No był to żart, bo przynajmniej jednego wymogu nie spełni, choćby bardzo chciała.
Spodziewam się w związku z tym dodatkowych form i programów kontroli rodzica zastępczego. Już dostajemy ankiety, w których najważniejszym elementem są nasze propozycje dotyczące dodatkowej ochrony małoletnich. Z jakichś przecieków dotarło do mnie, że istnieje propozycja zamieszkania w domu rodziny zastępczej jakiegoś pracownika socjalnego, koordynatora rodziny, czy kogoś takiego. Niby na krótki czas, niby tylko w wyjątkowych sytuacjach, niby coś tam jeszcze. Niby brzmi jak fejk.
Może odpowiednio zmotywowani nowi rodzice zastępczy przetrwają te kilka tygodni totalnej inwigilacji. Może... chociaż bardziej obawiałbym się o obsadę koordynatorów, którym nagle kazano by zamieszkać z podległą rodziną zastępczą.
A wszystko dlatego, żeby każde dziecko mogło mieszkać w rodzinie. Szczytne idee dorosłych. Pewnie tak samo jak teoria Spocka odeszła w zapomnienie, tak nowe pokolenie być może za jakiś czas wyrzuci to wszystko na śmietnik historii.

Opisywałem całkiem niedawno Jacha. On nie nadaje się do mieszkania w rodzinie. On pewnie nawet tego nie chce. Majka była jakiś czas temu na rozprawie w sądzie rodzinnym. Nie musiała tam być, ale poprosiła ją o to obecna mama zastępcza. Jachu nie pasuje do tej rodziny... on nie pasuje do żadnej rodziny. Sędzia zapytał mamę zastępczą, czy podtrzymuje chęć opiekowania się chłopcem. Odpowiedziała, że tak – ale do zakończenia postępowania. A on jej na to, że właśnie kończy postępowanie. Co teraz? Ktoś jej nie poinformował, że piecza zastępcza (poza taką formą jak nasza) jest w zasadzie dożywotnia? Zrezygnuje z bycia rodziną zastępczą i odda również dwójkę pozostałych dzieci? Odwiezie Jacha na próg PCPR-u albo do domu dziecka?

Nie – pewnie będzie się z nim męczyć kolejnych dwanaście lat. A razem z nią, dwójka pozostałych dzieci. A może poszuka kogoś, kto będzie chciał Jacha adoptować. Małym, niedopowiedzianym druczkiem pominie wszelkie wady fabryczne, niedoskonałości i upierdliwości. Kolejną możliwością jest przekonanie sędziego, że chłopiec bardzo tęskni za mamą, wciąż o niej mówi i w zasadzie powrót do domu rodzinnego byłby najlepszym rozwiązaniem. 
Jachu nie mieszka z nami już prawie rok, ale to ja (a nie obecny opiekun) dostałem pismo z sądu karnego w sprawie mamy biologicznej chłopca. Nie miałem wyjścia. Musiałem pójść i powiedzieć, że „co do zasady” to już nie pamiętam tego co było rok temu, a mamy biologicznej chłopca nie widziałem na oczy. Zresztą tej zastępczej też.
Kilka dni temu przyszło również pismo z innego sądu – rodzinnego, w sprawie mojego wniosku o odrzucenia spadku przez Omena i Dagona. Po trzech latach poinformowali mnie, że dla chłopców nie jestem już nikim i nowa rodzina zastępcza może podejmować dalsze kroki. Nowa rodzina od dawna jest już rodziną adopcyjną i też „co do zasady” ma „gdzieś” długi dzieci, których pesele już nie istnieją.

Wrócę jednak do rozprawy mamy Jacha w sądzie karnym. Po prostu muszę. Mam nadzieję, że ryzykuję niewiele. Dla mnie stres był ogromny. Dla Majki trochę mniejszy, bo jednak ma doświadczenie z sądami rodzinnymi. Mógłbym powiedzieć, że atmosfera była prawie jak u cioci na imieninach. Pan sędzia sypał dowcipami i przytaczał anegdoty z innych rozpraw. Pani prokurator w trakcie rozmowy nawilżała sobie usta błyszczykiem, a pan adwokat pouczony, że ma zadać pytanie w innej formie, był nawet nieco rozbawiony. Powiedziałbym może trochę przewrotnie – praca jak praca. Wszyscy dobrze się znali. Każdy robił to, co do niego należy.

Mnie zdziwiła jedynie pewna nieznajomość tematu, bo myślałem, że co jak co, ale nie będę musiał rozszyfrowywać skrótu – PCPR. W tym kontekście sformułowania typu „pogotowie opiekuńcze” już zupełnie nie robiły na mnie żadnego wrażenia. Na pięciu świadków przyszło tylko dwóch – Majka i ja. Mnie wszyscy potraktowali z przymrużeniem oka i byli bardzo mili. Może dlatego, że głos mi drżał i byłem wystrojony jak na ślub własnej córki – bo Majka tak mi kazała. Mama Jacha wyglądała jakby przyszła na imprezę karnawałową, oblepiona cekinami i innymi świecidełkami. Pewnie w swoim mniemaniu też była elegancka. Chociaż może się mylę. Może luzacki sędzia spojrzawszy właśnie na mnie, pomyślał: „A ten co tak się wystroił”.
Razem z Majką uważamy, że mama dostanie bardzo łagodną karę. Może kilka miesięcy w zawieszeniu, może nadzór kuratora, a może z braku twardych dowodów sprawa zostanie umorzona.
To z kolei pozwoli sądowi rodzinnemu ponownie rozpatrzyć sprawę o ograniczenie władzy rodzicielskiej i być może zdecyduje się na „szczęśliwy” powrót Jacha do mamy. I szczerze mówiąc, odnoszę wrażenie, że chyba tylko Majka byłaby niepocieszona. Na dobrą sprawę mogę napisać, że już teraz jest zrozpaczona i twierdzi, że jak chłopiec wróci do mamy, to wyrośnie z niego psychopata. W moim odczuciu jest już za późno. Jachu staje się coraz bardziej agresywny, coraz bardziej nieprzewidywalny, coraz bardziej niebezpieczny. Już wprost mówi, że jak kogoś nie będzie lubił to go zabije. Niewykluczone, że za jakiś czas przypomni sobie o mnie.

Zmieniam temat.
Nie jestem wizjonerem, więc mam nadzieję, że bardzo, ale to bardzo się mylę.
Boję się jednak, że chwilowy przyrost rodzin zastępczych (motywowanych finansowo) może zakończyć się katastrofą. W jakiejś mierze zgadzam się, że placówki są złe. Ale rodziny (choćby rodzice mieli najlepsze chęci i kwalifikacje) potrafią być jeszcze gorsze.
Nie wiem, czy wystarczy coraz większe dociskanie rodzin rozmaitymi kontrolami i sprawdzaniem kompetencji. Właściwie zaryzykowałbym twierdzenie, że może to przynieść zupełnie odwrotny skutek.
Nowe zasady zaczynają też rozlewać się poza środowisko pieczy zastępczej. Ostatnio czytałem, że w ramach ochrony małoletnich, niektóre hotele wymagają potwierdzenia pewnego rodzaju „własności” dziecka. Trzeba mieć jego dowód osobisty, paszport, albo chociaż akt urodzenia.
Czyli gdy będę chciał pojechać z wnuczkami w góry, będę musiał mieć zgodę sądu? Przecież każda z nich nazywa się inaczej niż ja i mieszka w zupełnie innym miejscu.
Majka twierdzi, że przesadzam.
Niektórzy mówią, że warto tak robić po to, aby uratować choćby jedno dziecko przed hipotetyczną przemocą i traumą na całe życie. Z takimi argumentami trudno polemizować nie wystawiając się na ostrą krytykę. Ale jednak nie rezygnujemy z samochodów tylko dlatego, że istnieją wypadki. Można co najwyżej podnieść poprzeczkę i osobom zupełnie się do tego nie nadającym nie dawać prawa jazdy, a psychopatów nie dopuszczać do polityki.
Czas pokaże co będzie dalej. Zaczną też dorastać i wypowiadać się dzieci, które mieszkały w przepełnionych rodzinach zastępczych. Również te biologiczne.

Pewnie niektórzy pomyślą, że ostatnimi stwierdzeniami szykuję się do jakiejś puenty.

Jeszcze nie. W zasadzie to dopiero się rozkręcam.

(…)

No i zakończyłem swój wywód. Majka wyrzuciła wszystko na śmietnik.

Ostatnio dużo dyskutujemy. Nie tylko spieramy się, przedstawiając swoje argumenty, ale dochodzimy do zupełnie odmiennych wniosków. Cóż, każdy ma prawo do swoich poglądów i należy je uszanować. Moje przekonania zaczynają ewoluować zupełnie w innym kierunku, a to oznacza, że przestaję być dobrym reprezentantem pieczy zastępczej. Co nie przekreśla faktu, że wciąż uważam się za dobrego ojca zastępczego.
Podjąłem zatem decyzję o zakończeniu prowadzenia bloga. Nie zrobiłem tego w afekcie. Nie obraziłem się na Majkę za to, że wycięła mi kilka kolejnych stron. Myślałem kilka dni jak mam pisać dalej, dla kogo i właściwie w jakim celu.
Tak będzie najlepiej. Tych kilka lat opisywania naszej historii, kształtowania się naszych myśli i dojrzewania naszych poglądów, daje całkiem przyzwoitą bazę danych do analizy dla kogoś, kto chciałby dogłębnie zapoznać się z tematem pieczy zastępczej, a być może nawet wejść do tej wody. Czy tak to wygląda w przypadku każdej zawodowej rodziny zastępczej? Nie wiem. Pewnie nie. Jednak z pełnym przekonaniem mogę napisać, że jesteśmy reprezentantem jakiejś części rodzin zastępczych. Przynajmniej kilku, które znam.
Majka mówi: „Daj pisać innym – młodszym”. I ma rację.

Czytałem niedawno o pewnym eksperymencie na szczurach. Wrzucano je do wody i czekano, aż się utopią. Szczury nie miały innej możliwości, niż tylko pływać. Średni czas próby ratowania swojego życia wynosił piętnaście minut. Ale niektóre z nich wyciągano wcześniej, zanim zdążyły się utopić. Osuszano je, nakarmiono, pozwolono przez chwilę pożyć swoim życiem. A potem znowu wrzucano do wody. Nadzieja pozwalała niektórym z nich pływać nawet kilkanaście kolejnych godzin.

Odnoszę wrażenie, że ewoluowanie moich poglądów ku obecnym tezom rozpoczęło się kilka lat temu, gdy Majka była w szpitalu i ja spotykałem się z rodzicami biologicznymi. Wówczas zacząłem na nich patrzeć inaczej. Zacząłem dostrzegać człowieka. Nie wywyższałem się, nie pouczałem, nie stawiałem warunków. W jakiejś mierze staliśmy się partnerami. Można powiedzieć, że nic z tego nie wyszło, bo żadne z tamtych dzieci nie wróciło do mamy biologicznej. Ale się staraliśmy. Może zostało z tego tylko dobre wspomnienie. A może nawet nie to. Ale jestem przekonany, że każde kolejne odbierane rodzicom dziecko coraz bardziej wpycha ich w odchłań, z której nie ma wyjścia. Z każdym odebranym dzieckiem, rodzic potrafi pływać coraz krócej.
Polityka społeczna jest jaka jest. Brakuje pieniędzy, brakuje programów. A przecież należałoby zacząć od edukacji rodziców, od upewnienia się, że rozumieją co się do nich mówi. Gdy dziecko trafia do naszej rodziny, to jego rodzice w zasadzie zostają pozostawieni samym sobie. Wszystko jeszcze jakoś działa, dopóki sytuacja prawna nie jest uregulowana i jak to się mówi – rodzice walczą o dziecko. Potem jest równia pochyła.. Rodzice sami muszą mierzyć się ze swoimi traumami i poczuciem wyrządzenia im ogromnej krzywdy. A potem rodzi się kolejne dziecko i zabawa zaczyna od początku.
Owszem, zgadzam się z tezą, że dzieci wychowujące się w rodzinach dysfunkcyjnych, ileś tam razy częściej od średniej, powielają zachowania swoich rodziców, wchodzą w konflikt z prawem czy nawet krzywdzą własne dzieci. Skoro tak uważamy, a przeciwdziałanie polega tylko na odbieraniu im dzieci, to nie spoczywajmy na laurach – zabrońmy im zakładania rodzin i płodzenia potomstwa. Stwórzmy prawo nakazujące przymusową sterylizację i będzie po problemie.

Majka należy do frakcji, która najchętniej odbierałaby dzieci niewydolnym rodzicom zaraz po narodzinach – dla ich dobra.

A mi się odmieniło.

Polityka jest teraz taka, że najważniejsza jest rodzina zastępcza, bo tylko ona może uchronić zranione dziecko przed przemocą fizyczną, emocjonalną, seksualną. Tylko ona może pokazać wzorzec domu, w którym nie ma przemocy domowej, uzależnień, chorób psychicznych. Tylko ona jest środowiskiem, w którym żaden z domowników nie mieszka w więzieniu, a jedynie chadza na rozprawy w sądzie karnym.

Tyle tylko, że to jest teoria. Nawet całkiem fajna i pewnie poparta rozmowami z wieloma rodzinami zastępczymi.
Niestety w mojej opinii wcale tak nie jest. A przynajmniej nie do końca. Wspomniany wcześniej kryzys demograficzny powoduje, że niezawodowe rodziny zastępcze ukierunkowane są na dzieci malutkie i zdrowe. Od wielu lat nie spotkałem (co nie znaczy, że takich nie ma) rodziny chcącej poświęcić się jednemu, trudnemu dziecku. Starszemu, po traumach, z wieloma zaburzeniami. Z historią, od której włos jeży się na głowie.
Wszystkie „nasze” dzieci, spełniające powyższe kryteria, trafiały do rodzin zawodowych. A te w mojej ocenie znacznie różnią się od przeciętnej rodziny biologicznej. W rodzinach zawodowych mieszkają dzieci w różnym wieku, z różnych środowisk, do tego często się zmieniające. Mam duże wątpliwości, czy jest to dla dziecka miejsce bezpieczne emocjonalnie. Gdy kilka lat temu przyszedł do naszej rodziny Obelisk, to sporo osób mówiło jak bardzo mu pomogliśmy, jak wiele dla niego zrobiliśmy. Nie zgadzam się z tym. My wyrządziliśmy krzywdę pozostałej szóstce. Nie fizyczną, może nawet nie seksualną chociaż Obelisk rozbierał się przy wszystkich i próbował masturbować. Przede wszystkim skrzywdziliśmy te dzieci emocjonalnie. I być może dopiero w dorosłym życiu, gdy któreś z nich trafi do psychologa albo psychiatry, bo uwikła się w przemocowy związek, doświadczy przemocy relacyjnej, czy też podejmie próbę samobójczą – ktoś połączy pewne fakty.
Mam wrażenie, że wiele rodzin zastępczych nie mówi o swoich problemach. O tych niby wstydliwych problemach, które mogłyby zasugerować, że nie mają właściwych kompetencji, że nie dają rady albo już się wypalili zawodowo. Tylko w prywatnych rozmowach zastanawiają się jak długo jeszcze podołają. Czy uda się wytrzymać do emerytury albo chociaż odchowania własnych dzieci biologicznych?
W pełni się zgadzam z tym, że na początku jest ogromny zapał. Jest chęć, ambicje. Głowa jest wypełniona pięknymi ideami – często pochodzącymi z reklam organizatorów pieczy zastępczej. Potem przychodzi doświadczenie, konieczność ulegania naciskom – czasami bezpośrednim, czasami pośrednim. W zasadzie można to nazwać wypaleniem zawodowym.
Uważam, że jeżeli nie będą wprowadzane nowe programy społeczne bardziej ukierunkowane na pracę z rodziną biologiczną, to będzie coraz gorzej. Każda z matek biologicznych naszej obecnej trójki maluchów jest rozwojowa. Będzie rodzić kolejne dzieci, być może licząc na to, że któreś z nią zostanie. I pewnie się tego doczeka, bo w końcu zabraknie rodzin zastępczych i adopcyjnych. A może nie, bo system stwierdzi, że przecież w rodzinnym domu dziecka może przebywać dwudziestka dzieci. Wystarczy dać większy lokal, większy samochód, zatrudnić dodatkową osobę do pomocy, a najlepiej zwiększyć jej ilość godzin. Póki co, ilość godzin spada. Bo stawka godzinowa rośnie, a przecież bilans musi wyjść na zero.
Pewną tajemnicą poliszynela jest to, kim są osoby do pomocy. Najczęściej są to współmałżonkowie, babcie albo dorosłe dzieci. Nikt inny nie ma ochoty nawet podjąć rozmowy na temat proponowanej pracy. Kiedyś przyszła do nas jedna dziewczyna i zapytała: „Ale to jest kwota za jedno dziecko?”. No nie, za czwórkę.

Na zakończenie przytoczę kilka cytatów z samego siebie. Wymieszanych chronologicznie, sytuacyjnie i personalnie. Miałem taki zwyczaj, że zostawiałem sobie fragmenty usuwane z bloga. Nigdy nie przypuszczałem, że do czegoś mi się przydadzą.

Trzeba jasno powiedzieć, że na pewnym etapie rozpoczyna się walka o życie. Chłodna kalkulacja ulega emocjom, wracają wspomnienia i predykcja mających się pojawić zdarzeń. Uciekaj, albo walcz – uciekać nie ma dokąd.”

Dziecko aktualnie przebywa w pieczy zastępczej. W rodzinie zawodowej, razem z innymi zmieniającymi się co jakiś czas dziećmi. Rodzice zastępczy nie doprowadzą tego dziecka do dorosłości, bo prędzej sami zejdą z tego świata. Ale dziecko jest miłe i sympatyczne – więc ciągle jest – już od kilku lat. Teraz więzi są tak silne, że nic więcej się nie zmieni.”

Rodzice dostali proste polecenie – mają podnieść swoje kompetencje rodzicielskie, znaleźć pracę i udowodnić, że potrafią zapewnić bezpieczny dom dla dziewczynki.

Idę o zakład, że żadne z nich nie rozumie słowa 'kompetencje'.”

"Potrafiłbyś to powiedzieć rodzicom adopcyjnym, którzy mają od nas dziecko?  powiedziała Majka."

... jeżeli faktycznie tak jest, to dlaczego akurat tym rodzicom zabezpieczono dziecko u nas? Bo nie mają wsparcia? Bo ojciec wychował się w domu dziecka, a mama w niewydolnej rodzinie wielodzietnej, w której każde z rodzeństwa chodziło do szkół specjalnych. No każde? Z całej siódemki?”

Najciekawsze było jednak stwierdzenie kogoś tam, gdzieś tam, na jakimś spotkaniu: 'Państwo powinniście poczytać książki na temat wychowania dziecka'. No super – przypomnę tylko, że tata nie potrafi czytać. Bo przecież sam przyznał, że czytać i pisać nie umie. Literki wprawdzie zna i nawet udaje mu się je poskładać do kupy, ale nie rozumie co mu z tego wyjdzie."

"Uważam, że zabranie Obeliksa i Jacha (w wieku sześciu i pięciu lat) z domu rodzinnego spowodowało dodatkowe traumy u tych dzieci i wyrządziło krzywdy wielu innym rodzinom (zwłaszcza innym dzieciom). Obeliks i tak wrócił do ojca, a Jachu z niemal stuprocentową pewnością wróci do mamy – zresztą ku ogromnej radości obu chłopców."

Mama czekała na cud. Chyba podobnie jak sąd, który zwlekał z podjęciem decyzji. Ale ten cud się wydarzył. Pojawił się książę z bajki. Z tą bajką to może nie miał zbyt wiele wspólnego, ale miał mieszkanie. Czy jest to dowód na to, że istnieją przypadki odbierania dzieci z biedy?”

Majka nie byłaby sobą, gdyby nie chciała dowiedzieć się jak najwięcej o rodzinie biologicznej. Tak więc założyła sobie fikcyjny profil, aby móc 'podglądać' mamę dziecka w sieci. Nadała sobie imię Lolita98, co w żaden sposób nie wyróżniało jej spośród innych obserwujących. Przy okazji odnaleźliśmy tam mamy kilku innych naszych 'byłych' dzieci. Same 'mądrale' były na tym profilu.

Pewnie jeszcze są. Tylko Majki już tam nie ma, bo została wyrzucona za brak serduszek.”

My robimy co możemy. Dla każdego dziecka z obecnej trójki mamy już potencjalnych rodziców. Oczywiście pierwszeństwo ma ośrodek adopcyjny. Tyle tylko, że on czeka. Sąd też czeka.

My nie czekamy, bo po tych osiemnastu miesiącach (po których według prawa powinno zakończyć się postępowanie) i kolejnych nikomu nie służących – chętny jest tylko dom dziecka. Mamy własną bazę danych. Bazę ryzykantów. Osób, które są skłonne zaryzykować istnienie rodzica biologicznego w życiu dziecka... w swoim życiu.”

Majka podpatrzyła wtedy jeden z takich samochodów. Spisała numery rejestracyjne, a nawet zrobiła zdjęcie. Przy piątym razie podeszła do człowieka i zapytała, czy ma jakiś problem. Wystraszony młody chłopak zaczął przepraszać i obiecał, że już nigdy więcej nie przyjedzie. Tłumaczył, że pracuje w naszej wsi i gdy zdarzy mu się przyjechać przed czasem, to zatrzymuje się na spokojnej uliczce i przegląda wiadomości w internecie. Ja mu uwierzyłem, chociaż też zacząłem iść tą drogą – jak ten pies Saba. Pewnego dnia spisałem numery rejestracyjne samochodu, który zatrzymał się w pobliżu naszego domu. Zadowolony wszedłem do pokoju, w którym akurat byli kandydaci na rodziców adopcyjnych jednego z naszych dzieci. 'To nasz samochód' – oświadczyli.

Od tego czasu nikt już się pod naszym domem nie zatrzymuje. Nawet listonosz parkuje kilkadziesiąt metrów dalej i dochodzi piechotą. Może poszła po wsi jakaś fama, że ta matka wariatka spod dwudziestki ma jakiś problem i nikt nie ryzykuje.”

Bardzo bym chciał, żeby Wojtek o nas zapomniał. Ale pewnie tak nie będzie.

Jego mama biologiczna odzywa się co jakiś czas. Podobnie jak babcia, chociaż babcia nie jest mamą mamy tylko taty, z którym żadna z nich nie utrzymuje już kontaktu. Proste – prawda? Taka właśnie jest piecza zastępcza.
Obydwie wiedzą, że Majka nic im nie powie. Ale co jakiś czas dzwonią. Być może wystarcza im tylko zapewnienie, że wiemy, że jest dobrze.
Nie mam pojęcia co powiem Wojtkowi, gdy skończy osiemnastkę i będzie chciał ze mną porozmawiać.
Pewnie na początek pokażę mu wycięte fragmenty bloga, o istnieniu którego (jak mniemam) nie ma zielonego pojęcia.
A potem?”

I to by było na tyle.