I
prawdopodobnie wszystko było tak fajne, bo wiedzieliśmy, że nikt
na nas nie czeka. Wszystkie urzędy i sądy stanęły na wysokości
zadania. Ramzes, Cash i Tango poszli do rodzin na zawsze. Cash ma już
nawet nowy pesel.
Pobyt
w sanatorium wręcz prowokował do wielu rozmów na temat naszej
przyszłości. Głównie tej, która dotyczy pieczy zastępczej.
Doszedłem
do wniosku, że chyba nie do końca mogę oceniać siebie w kategorii
wypalenia zawodowego, chociaż sporo osób tak właśnie myśli.
Próbuję
oceniać to co widzę z perspektywy kilkunastu lat bycia ojcem
zastępczym. I widzę ogromne zmiany. Na lepsze? Moim zdaniem –
nie.
Kryzys
demograficzny jak najbardziej dotknął również pieczy zastępczej.
Chciałbym
napisać, że jest coraz mniej dzieci do umieszczenia w rodzinach.
Bardzo bym chciał.
Niestety
dzieci jest coraz więcej, bo kryzys demograficzny jakby nie dotyczy
niżej funkcjonujących warstw społeczeństwa. Za to coraz mniej
jest chętnych do podjęcia się roli bycia rodzicem zastępczym.
Dlaczego?
Spróbuję na to odpowiedzieć. Można się ze mną zgodzić, ale nie
trzeba. A nawet lepiej się nie zgadzać.
Patrzę
na rodziny, które mają „nasze” dzieci. Mogę je podzielić na
dwie grupy – te, które szukają dziecka dla siebie i te, które
chcą być tylko i wyłącznie rodziną zastępczą – w sensie –
krótko.
Pierwsza
grupa skupia się na dzieciach kilku, ewentualnie
kilkunasto-miesięcznych. Bierze ona pod uwagę możliwość
wystąpienia silnych turbulencji, ale nie dopuszcza niczego innego
poza ostatecznym zerwaniem kontaktów z rodzicami biologicznymi.
Drugą grupę stanowią rodzice, którzy w zasadzie chcieliby być
pogotowiem rodzinnym, ale tylko częściowo, bo w drugiej części
stanowić jednak rodzinę zastępczą na stałe, nie akceptując
możliwości adopcji.
Od
lat nie spotkałem rodziny, która chciałaby zaopiekować się
jednym, poranionym i tym samym trudnym dzieckiem. Od lat nie
spotkałem pasjonatów, osób zafascynowanych pieczą zastępczą,
chcących bezinteresownie pomagać dzieciom. A Majka mówi, że mam
być bardziej optymistyczny i opisywać uroki pieczy zastępczej. Dwa
dni temu przyszli do nas praktykanci – osoby kończące szkolenie
dla rodziców zastępczych. W zasadzie już tylko pro forma zadaję
pytanie o interesujący ich przedział wiekowy dziecka. Bo przecież
znam odpowiedź i zdziwiłbym się, gdyby była inna. Przyszli do nas
z innego powiatu. Dowiedzieliśmy się, że znalezienie rodziny, w
której można odbyć praktyki jest w obecnych czasach
problematyczne. Bo to przecież dla rodziny duży kłopot.
Nie
wiem jak dla Majki, ale dla mnie piecza zastępcza przechodzi ogromny
kryzys i nie wiem, czy kiedykolwiek z niego wyjdzie.
Swoje
rozważania rozpocznę przedstawieniem przypadków naszej obecnej
trójki dzieci. Najpierw wszystko opiszę, a potem z pewnością
stwierdzę, że to co napisałem w żadnym wypadku nie powinno ujrzeć
światła dziennego – dla mojego bezpieczeństwa. Majka zapewne też
dorzuci swoje trzy grosze – to nie, to nie, to zmień, to
koniecznie wyrzuć, ale przecież o tym nie możesz pisać. To o czym
mam pisać? Nie jestem taki dobry, aby stworzyć tysiąc wierszy o
sadzeniu grochu. Bo i po co.
Izolda.
Dziewczynka
w wieku żłobkowym. Do buntu dwulatka jeszcze jej trochę brakuje,
ale chyba wyprzedza rówieśników – niestety tylko w tym
względzie.
Pojechaliśmy
po nią do domu rodzinnego. Nie było to odebranie interwencyjne,
chociaż bardzo podobnie wyglądało. Na dobrą sprawę od
interwencji odróżniało je to, że również my tam byliśmy.
Zatrzymaliśmy
się kilkadziesiąt metrów od domu. Ja z Precedensem siedziałem w
samochodzie i obserwowałem wszystko w lusterku wstecznym. Majka
wyszła na spotkanie z panią kurator i policjantem. Na wszelki
wypadek zabrała z sobą koc i jakiegoś pluszaka. Gdy zobaczyłem
kuratorkę i towarzyszącego jej policjanta, to stwierdziłem, że
policja ma chyba jakieś niedobory wysyłając chłopaczka
wyglądającego na szybko wyrośniętego licealistę, który jeszcze
nie zdążył nabrać masy. Wkrótce okazało się, że był to wabik
– osoba, której mama dziewczynki nie zna, więc z dużym
prawdopodobieństwem otworzy drzwi.
Gdy
tak przyglądałem się początkowej fazie operacji, obok naszego
samochodu stanęło auto. I wtedy poczułem dreszczyk emocji.
Wysiadło z niego dwóch osobników postury Pudziana i kowbojka.
Dziewczyna miała na sobie skórzaną kurtkę do pasa, spod której
wystawała kabura. Nie znam się na broni, ale z pewnością nie był
to damski Glock 43.
Cała
operacja chyba była dobrze przemyślana i zaplanowana, bo mama drzwi
otworzyła, a potem wyciągnęła nóż i interwencja w pełni
zasłużyła na swoje określenie.
Izolda
została szybko wręczona stojącej w progu Majce. Kocyk się
przydał, bo dziewczynka miała na sobie tylko krótki rękawek i
rajstopki, a w ręce trzymała maskotkę – która później okazała
się być zużytą pieluchą.
Izolda
jest dziewczynką bardzo straumatyzowaną. Paniczny krzyk powoduje
szczekanie psa za płotem, dźwięk przejeżdżającego pociągu,
trzaśnięcie drzwiami, czy odgłos schodzenia po schodach.
Przełamanie lęku w stosunku do mnie nastąpiło po ponad
miesięcznym pobycie w naszym domu. Nagle, nie wiadomo z jakiego
powodu, podeszła do mnie i się przytuliła. Do tej pory każdy mój
widok powodował zaniepokojenie. W miarę bezpiecznie czuła się
siedząc przynajmniej trzy metry ode mnie i przy obecności Majki.
Gdy ta wychodziła z domu (tylko w przypadkach, gdy było to
konieczne), Izolda brała kocyk i szła pod drzwi. Tam potrafiła
siedzieć w oczekiwaniu na Majkę nawet kilka godzin. Nie wydawała
przy tym najmniejszego dźwięku. Czasami miałem wrażenie, że
nawet przestawała oddychać.
Precedens.
Po
chłopca pojechaliśmy sami, bo miejscem odbioru była porodówka –
miejsce przyjazne, bezpieczne. Takim też było. Poznaliśmy rodziców
Precedensa, którzy okazali się być bardzo młodymi ludźmi.
Całkiem sympatycznymi, ale nie do końca umiejscowionymi we
współczesnym świecie. Mama chłopca przyjechała do szpitala z
bólem brzucha, bo nie wiedziała, że jest w ciąży. Tata kilka
miesięcy wcześniej poszedł na całość. Albo inaczej... spróbował
owocu, który dotychczas był zakazany. No i mamy Precedensa.
Czy
rodzice mają szansę na odzyskanie dziecka? Wątpię.
Dlaczego?
Enigma.
Pewne
jest tylko to, że mama ją urodziła w szpitalu, do którego po
dziewczynkę pojechaliśmy. Potem wersje zdarzeń były bardzo
rozbieżne. Według jednych źródeł mama chciała się zrzec praw
rodzicielskich, według innych – zamierza walczyć. Lekarz na
porodówce twierdził, że mama po wyjściu ze szpitala nigdy nie
przyszła do swojego dziecka. Mama uważała, że je odwiedza, a
pomoc społeczna, że ma dwa potwierdzone przypadki spotkań. Sąd po
trzech dniach od narodzin wydał decyzję o poszukiwaniu dla dziecka
rodziny zastępczej. My wyraziliśmy zgodę na przyjęcie
dziewczynki. A potem minęły ponad cztery tygodnie, w którym to
czasie nie działo się nic. Myśleliśmy, że sąd czeka na te
magiczne sześć tygodni. Ale nie – na niecałe dwa tygodnie przed
czasem wydał decyzję o umieszczeniu Enigmy w naszej rodzinie.
Dlaczego nie zrobił tego wcześniej? Dlaczego nie poczekał jeszcze
tych kilkunastu dni?
Zgodnie
z obowiązującym prawem, matka dziecka może złożyć przed sądem
oświadczenie o wyrażeniu zgody na adopcję bez wskazywania
konkretnych osób. Z tego co rozumiem, to sytuacja wygląda
tak, że mama decyduje się na oddanie dziecka. Szpital powiadamia
sąd. Ten czeka sześć tygodni na możliwość rezygnacji mamy i
wycofanie się ze swojego postanowienia. Chodzi o wykluczenie
możliwości podjęcia takiej decyzji pod wpływem emocji, albo
będącej następstwem depresji poporodowej. Potem musi ona przed
sądem swoją wolę potwierdzić. A co jak tego nie zrobi? Nie mam
pojęcia. Pewnie zostaje wszczęte postępowanie o odebranie władzy
rodzicielskiej.
Co
łączy te trzy historie? Wiele, ale dodam czwartą.
Dziewczynka.
Kiedyś
mieliśmy pod opieką dziewczynkę. A może chłopca. Teraz to już
sam się gubię, albo próbuję zmylić tropy.
W
każdym razie sprawa wygląda tak, że poszliśmy z dzieckiem na
pewną imprezę – oczywiście dziecięcą. Wszystkie maluchy
usiadły w kręgu, a pani prowadząca zapytała, czy może zrobić
zdjęcie do kroniki. Dzieci siedziały tyłem, ale... kronika była
internetowa. Oczywiście wszyscy rodzice wyrazili zgodę, tym
bardziej, że wszystko było bez cienia podejrzeń o niezgodność z
prawem, czy też przekroczenie jakichkolwiek zasad ujawnienia danych
osobowych. Sprawa prosta – dziecko tyłem, bez podpisu kto jest kim
i do tego wszystko w grupie. Ale matka-wariatka, youtuberka siedząca
wiecznie w kompie gdzieś to zdjęcie wypatrzyła.
Nikt
nie zwróciłby na nie uwagi, gdyby nie afera, którą ona sama
rozpętała i gdyby paluchem nie pokazała, która to jest jej
córeczka – oczywiście bezprawnie odebrana. Tylko czekam, aż
odnajdzie zdjęcie swojej dziewczynki na tym blogu.
No
dobrze... to jeszcze pójdę za ciosem. Dopiszę piątą historię.
Basia.
Tak
się jakoś składa, że dzieci, które spędziły w naszej rodzinie
jakiś czas – zaczynają dorastać. A to sprawia, że zaczynają
mieć pytania, chcą wrócić do przeszłości, poznać swoją
historię. Być może widzianą innymi oczami, albo może będącą
czymś zupełnie nowym i nieznanym.
Niedawno
Majka dostała tajemniczo brzmiącego SMS-a: „Basia chce się z
tobą spotkać”.
Basi
na tym blogu nikt nie znajdzie. Nie napiszę też ile ma lat i czy
faktycznie jest dziewczynką. Jest dzieckiem, które kiedyś z nami
mieszkało i teraz zaczyna drążyć temat. Chwała mamie za
otwartość, bo podejrzewam, że wiele ją to musiało kosztować.
Razem z Majką ustaliły, których tematów lepiej nie poruszać i
których nie pamiętać. Nawet byłem zaskoczony, że nie było tego
zbyt wiele.
Majka
pojechała po Basię i zabrała ją do pobliskiej kawiarni. Bardzo
miło spędziły czas, porozmawiały, zjadły lody, nawet zagrały w
jakąś grę. Dziewczynka nie zadawała pytań o swoje korzenie. Nie
pytała o mamę, babcię. Nie skupiała się na temacie odebrania jej
od mamy. Pytała o to, jak było u nas. Próbowała poskładać
brakujące puzzle swojej pamięci. Mogę się założyć, że za
jakiś czas wróci – pewnie z innymi pytaniami. Być może będzie
też chciała poznać moje zdanie.
Te
przedstawione pięć historii (można powiedzieć pięć żyć) ma
wiele wspólnego.
Przede
wszystkim zaczynają mnie utwierdzać w przekonaniu, że czas kończyć
opisywanie kolejnych przypadków. Czasy się zmieniają. Nikt nie
chce być Basią ani stać tyłem do zdjęcia (przodem tym bardziej).
A mi się nie chce tłumaczyć sądowi, że Basia tak naprawdę jest
Kasią i ogólnie rzecz biorąc, jako rodzic zastępczy, też mam
prawo do tego czy tamtego.
Kolejną
sprawą jest ewoluowanie moich przekonań. Przez wielu jest to
interpretowane jako wypalenie zawodowe. Tylko dlaczego? Bo nie
wpisuję się w pewnego rodzaju mainstream? Bo jako rodzic zastępczy
powinienem krakać jak reszta? Tylko jaka reszta? Może ta
mniejszość, którą słychać, a nie ta, która zwyczajnie robi
swoje i nie ma ochoty się odzywać.
Każda
z pięciu historii, które opisałem przed chwilą, mogła zakończyć
się zupełnie inaczej. A przecież nie wybrałem szczególnych
przypadków z ponad pięćdziesięciu. Przedstawiłem sytuacje, które
wydarzyły się w ostatnim czasie.
Każde
dziecko zasługuje na to, aby być w rodzinie. Jest to naczelne hasło
pieczy zastępczej i (jak mówią prawnicy) co do zasady się z tym
zgadzam.
Problem
polega na tym, że rodzin zastępczych nie ma i będzie ich coraz
mniej. Jest to prosty skutek kryzysu demograficznego, o czym
wspomniałem na wstępie. System próbuje z tym walczyć. Podobno ma
zawiać wiatr odnowy. Ma być nowa ustawa. Co w niej będzie? Majka
spróbowała ostatnio podpytać pewną osobę, która jest
zaangażowana w tworzenie nowych przepisów. Odpowiedziała, że o
wielu rzeczach nie może jeszcze opowiadać, ale ma być znacząca
podwyżka pensji dla zawodowych rodzin zastępczych. Skoro osoba
znająca środowisko i jego potrzeby zaczyna od takiego stwierdzenia,
to trudno się dziwić, że takie mniemanie ma ogół społeczeństwa.
Bo przecież przeciętny człowiek tak właśnie myśli o rodzicu
zastępczym – że dla niego liczy się kasa, kasa i jeszcze raz
kasa. A może ma rację?
Gdy
w swoim myśleniu próbuję wyeliminować emocje, nawyki i
doświadczenie – zostawiając jedynie wiedzę – dochodzę do
wniosku, że system popełnia ogromny błąd. Nie chcę nikogo
pouczać, bo tematem zajmują się wybitni specjaliści i do ich
pracy podchodzę z ogromnym szacunkiem. Ale też od zawsze uważam,
że jak komuś nie podoba się jego praca, to ją zmienia, a nie
szuka poplecznika w związkach zawodowych.
Czy
tak będzie z nami? Majką i ze mną? Nie wiem. Ale nie wykluczam, że
pożegnamy się z pieczą zastępczą szybciej niż nam się wydaje.
Mam
coraz większy lęk o to, że do pieczy zastępczej zaczną napływać
ludzie przypadkowi. Pensje będą coraz wyższe, powiaty będą
proponować mieszkania, domy. Może nawet standardem stanie się
siedmio, albo dziewięcio-osobowy samochód. Nie chcę nikogo urażać,
więc nie wymienię konkretnego zawodu, ale może niejeden stwierdzi,
że warto zamienić swoją pracę na opiekowanie się dziećmi.
Tyle,
że to nie jest zwyczajna praca i moim zdaniem mało kto się do niej
nadaje. Natomiast rozdawnictwo spowoduje pewną formę uzależnienia,
bo konsekwencją rezygnacji z bycia rodziną zastępczą będzie
konieczność wyprowadzki, oddania samochodu i zaczynania wszystkiego
od nowa – poszukania nowego mieszkania, nowej pracy. Kto po
kilkunastu latach zajmowania się dziećmi rzuci się na głęboką
wodę? Raczej wyrazi gotowość przyjęcia czwartego, piątego...
jedenastego dziecka.
Obecny
system zupełnie nie wspiera swoich własnych ustaleń, założeń,
rozporządzeń. Pogotowie rodzinne (takie jak nasze) powinno mieć
pod opieką trójkę dzieci (zgodnie z obecną ustawą). Wtedy może
być całkiem dobrze funkcjonującą rodziną. Ale wszelkiego rodzaju
dodatki zaczynają się od czwórki dzieci. Nam w zasadzie nie
przysługuje osoba do pomocy ani częściowe pokrycie kosztów
utrzymania domu.
Ale mimo to, usilnie trzymamy się ustawowej trójki. Widzimy, że to może
ponownie dawać zadowolenie z wykonywanej pracy i motywować do
działania. Dzieci są jakby szczęśliwsze. Nie czują się jednymi
z wielu. Czują się nasze, mają poczucie przynależności do
rodziny. Pewnie nie jesteśmy wyjątkiem, ale konia z rzędem
rodzinie, która nie pomyślała o wzięciu kolejnego dziecka, aby
mieć dodatkowe świadczenia. Jedno więcej – 20%, kolejne – to
już 40%... ósme? Trochę przesadziłem. To ósme to już jedynie z
przyzwoitości, albo z poczucia obowiązku. Chociaż w różnych
powiatach może być różnie.
Owszem,
istnieje furtka – jakiś paragraf. I na jego podstawie jestem osobą
do pomocy. Osobą, która pełniąc całodobową opiekę nad jednym,
nieco podrośniętym noworodkiem oraz przejmując pieczę nad
kolejnym (albo dwoma) – gdy Majka musi jechać do sądu, na
spotkanie z rodzicami biologicznymi, na posiedzenie zespołu do
PCPR-u, na rehabilitację, do lekarza, albo choćby morsowanie czy
kawę z koleżankami... Zgubiłem wątek tego zdania.
Jest
tego tyle, że moja praca zawodowa musi się dostosowywać. Ale muszę
ją mieć – na szczęście muszę, bo tego wymaga obecna ustawa. I
chwała jej za to, bo jestem niezależny i mogę wszystko rzucić w
diabły kiedy będę chciał. Póki co, za moje zaangażowanie
dostaję na przysłowiowe waciki. Niestety w tym przypadku –
dosłownie. Ale biorę skoro dają.
Nie
mam pojęcia co wniesie nowa ustawa (poza tym, że Majka podobno
dostanie siedem „tysi” brutto).
Mi
wystarczyłaby możliwość umówienia dziecka z pieczy do
specjalisty w krótkim terminie, na rehabilitację według potrzeb,
diagnozowanie zaburzeń, programy terapii, albo choćby tworzenie
jakichś kółek wzajemnej adoracji dla rodziców zastępczych i ich
dzieci. Ten ostatni przykład jest moim zdaniem najlepszą opcją
tworzenia grup wsparcia. Z dziećmi i bez czujnego oka psychologa z
ramienia organizatora pieczy zastępczej.
Ale
pewnie tak nie będzie. Przewiduję napływ nowych rodzin
zastępczych.
Nie
wiem, czy można to uznać jako żart, czy też należałoby się
rozpłakać, ale jedna z naszych mam biologicznych, której odebrano
dziecko – rozpływała się w swoim CV na temat niebywałych
kompetencji dotyczących opieki nad dzieckiem. Może znajdzie pracę
jako matka zastępcza. No był to żart, bo przynajmniej jednego
wymogu nie spełni, choćby bardzo chciała.
Spodziewam
się w związku z tym dodatkowych form i programów kontroli rodzica
zastępczego. Już dostajemy ankiety, w których najważniejszym
elementem są nasze propozycje dotyczące dodatkowej ochrony
małoletnich. Z jakichś przecieków dotarło do mnie, że istnieje
propozycja zamieszkania w domu rodziny zastępczej jakiegoś
pracownika socjalnego, koordynatora rodziny, czy kogoś takiego. Niby
na krótki czas, niby tylko w wyjątkowych sytuacjach, niby coś tam
jeszcze. Niby brzmi jak fejk.
Może
odpowiednio zmotywowani nowi rodzice zastępczy przetrwają te kilka
tygodni totalnej inwigilacji. Może... chociaż bardziej obawiałbym
się o obsadę koordynatorów, którym nagle kazano by zamieszkać z
podległą rodziną zastępczą.
A
wszystko dlatego, żeby każde dziecko mogło mieszkać w rodzinie.
Szczytne idee dorosłych. Pewnie tak samo jak teoria Spocka odeszła w
zapomnienie, tak nowe pokolenie być może za jakiś czas wyrzuci to
wszystko na śmietnik historii.
Opisywałem
całkiem niedawno Jacha. On nie nadaje się do mieszkania w rodzinie.
On pewnie nawet tego nie chce. Majka była jakiś czas temu na
rozprawie w sądzie rodzinnym. Nie musiała tam być, ale poprosiła
ją o to obecna mama zastępcza. Jachu nie pasuje do tej rodziny...
on nie pasuje do żadnej rodziny. Sędzia zapytał mamę zastępczą,
czy podtrzymuje chęć opiekowania się chłopcem. Odpowiedziała, że
tak – ale do zakończenia postępowania. A on jej na to, że
właśnie kończy postępowanie. Co teraz? Ktoś jej nie
poinformował, że piecza zastępcza (poza taką formą jak nasza)
jest w zasadzie dożywotnia? Zrezygnuje z bycia rodziną zastępczą
i odda również dwójkę pozostałych dzieci? Odwiezie Jacha na próg
PCPR-u albo do domu dziecka?
Nie
– pewnie będzie się z nim męczyć kolejnych dwanaście lat. A
razem z nią, dwójka pozostałych dzieci. A może poszuka kogoś,
kto będzie chciał Jacha adoptować. Małym, niedopowiedzianym
druczkiem pominie wszelkie wady fabryczne, niedoskonałości i
upierdliwości. Kolejną możliwością jest przekonanie sędziego,
że chłopiec bardzo tęskni za mamą, wciąż o niej mówi i w
zasadzie powrót do domu rodzinnego byłby najlepszym rozwiązaniem.
Jachu
nie mieszka z nami już prawie rok, ale to ja (a nie obecny opiekun)
dostałem pismo z sądu karnego w sprawie mamy biologicznej chłopca.
Nie miałem wyjścia. Musiałem pójść i powiedzieć, że „co do
zasady” to już nie pamiętam tego co było rok temu, a mamy
biologicznej chłopca nie widziałem na oczy. Zresztą tej zastępczej
też.
Kilka
dni temu przyszło również pismo z innego sądu – rodzinnego, w
sprawie mojego wniosku o odrzucenia spadku przez Omena i Dagona. Po
trzech latach poinformowali mnie, że dla chłopców nie jestem już
nikim i nowa rodzina zastępcza może podejmować dalsze kroki. Nowa
rodzina od dawna jest już rodziną adopcyjną i też „co do
zasady” ma „gdzieś” długi dzieci, których pesele już nie
istnieją.
Wrócę
jednak do rozprawy mamy Jacha w sądzie karnym. Po prostu muszę. Mam
nadzieję, że ryzykuję niewiele. Dla mnie stres był ogromny. Dla
Majki trochę mniejszy, bo jednak ma doświadczenie z sądami
rodzinnymi. Mógłbym powiedzieć, że atmosfera była prawie jak u
cioci na imieninach. Pan sędzia sypał dowcipami i przytaczał
anegdoty z innych rozpraw. Pani prokurator w trakcie rozmowy
nawilżała sobie usta błyszczykiem, a pan adwokat pouczony, że ma
zadać pytanie w innej formie, był nawet nieco rozbawiony.
Powiedziałbym może trochę przewrotnie – praca jak praca. Wszyscy
dobrze się znali. Każdy robił to, co do niego należy.
Mnie
zdziwiła jedynie pewna nieznajomość tematu, bo myślałem, że co
jak co, ale nie będę musiał rozszyfrowywać skrótu – PCPR. W
tym kontekście sformułowania typu „pogotowie opiekuńcze” już
zupełnie nie robiły na mnie żadnego wrażenia. Na pięciu świadków
przyszło tylko dwóch – Majka i ja. Mnie wszyscy potraktowali z
przymrużeniem oka i byli bardzo mili. Może dlatego, że głos mi
drżał i byłem wystrojony jak na ślub własnej córki – bo Majka
tak mi kazała. Mama Jacha wyglądała jakby przyszła na imprezę
karnawałową, oblepiona cekinami i innymi świecidełkami. Pewnie w
swoim mniemaniu też była elegancka. Chociaż może się mylę. Może
luzacki sędzia spojrzawszy właśnie na mnie, pomyślał: „A ten
co tak się wystroił”.
Razem
z Majką uważamy, że mama dostanie bardzo łagodną karę. Może
kilka miesięcy w zawieszeniu, może nadzór kuratora, a może z
braku twardych dowodów sprawa zostanie umorzona.
To
z kolei pozwoli sądowi rodzinnemu ponownie rozpatrzyć sprawę o
ograniczenie władzy rodzicielskiej i być może zdecyduje się na
„szczęśliwy” powrót Jacha do mamy. I szczerze mówiąc,
odnoszę wrażenie, że chyba tylko Majka byłaby niepocieszona. Na
dobrą sprawę mogę napisać, że już teraz jest zrozpaczona i
twierdzi, że jak chłopiec wróci do mamy, to wyrośnie z niego
psychopata. W moim odczuciu jest już za późno. Jachu staje się
coraz bardziej agresywny, coraz bardziej nieprzewidywalny, coraz
bardziej niebezpieczny. Już wprost mówi, że jak kogoś nie będzie
lubił to go zabije. Niewykluczone, że za jakiś czas przypomni
sobie o mnie.
Zmieniam
temat.
Nie
jestem wizjonerem, więc mam nadzieję, że bardzo, ale to bardzo się
mylę.
Boję
się jednak, że chwilowy przyrost rodzin zastępczych (motywowanych
finansowo) może zakończyć się katastrofą. W jakiejś mierze
zgadzam się, że placówki są złe. Ale rodziny (choćby rodzice
mieli najlepsze chęci i kwalifikacje) potrafią być jeszcze gorsze.
Nie
wiem, czy wystarczy coraz większe dociskanie rodzin rozmaitymi
kontrolami i sprawdzaniem kompetencji. Właściwie zaryzykowałbym
twierdzenie, że może to przynieść zupełnie odwrotny skutek.
Nowe
zasady zaczynają też rozlewać się poza środowisko pieczy
zastępczej. Ostatnio czytałem, że w ramach ochrony małoletnich,
niektóre hotele wymagają potwierdzenia pewnego rodzaju „własności”
dziecka. Trzeba mieć jego dowód osobisty, paszport, albo chociaż
akt urodzenia.
Czyli
gdy będę chciał pojechać z wnuczkami w góry, będę musiał mieć
zgodę sądu? Przecież każda z nich nazywa się inaczej niż ja i
mieszka w zupełnie innym miejscu.
Majka
twierdzi, że przesadzam.
Niektórzy
mówią, że warto tak robić po to, aby uratować choćby jedno
dziecko przed hipotetyczną przemocą i traumą na całe życie. Z
takimi argumentami trudno polemizować nie wystawiając się na ostrą
krytykę. Ale jednak nie rezygnujemy z samochodów tylko dlatego, że
istnieją wypadki. Można co najwyżej podnieść poprzeczkę i
osobom zupełnie się do tego nie nadającym nie dawać prawa jazdy,
a psychopatów nie dopuszczać do polityki.
Czas
pokaże co będzie dalej. Zaczną też dorastać i wypowiadać się
dzieci, które mieszkały w przepełnionych rodzinach zastępczych.
Również te biologiczne.
Pewnie
niektórzy pomyślą, że ostatnimi stwierdzeniami szykuję się do
jakiejś puenty.
Jeszcze
nie. W zasadzie to dopiero się rozkręcam.
(…)
No
i zakończyłem swój wywód. Majka wyrzuciła wszystko na śmietnik.
Ostatnio
dużo dyskutujemy. Nie tylko spieramy się, przedstawiając swoje
argumenty, ale dochodzimy do zupełnie odmiennych wniosków. Cóż,
każdy ma prawo do swoich poglądów i należy je uszanować. Moje
przekonania zaczynają ewoluować zupełnie w innym kierunku, a to
oznacza, że przestaję być dobrym reprezentantem pieczy zastępczej.
Co nie przekreśla faktu, że wciąż uważam się za dobrego ojca
zastępczego.
Podjąłem
zatem decyzję o zakończeniu prowadzenia bloga. Nie zrobiłem tego w
afekcie. Nie obraziłem się na Majkę za to, że wycięła mi kilka
kolejnych stron. Myślałem kilka dni jak mam pisać dalej, dla kogo
i właściwie w jakim celu.
Tak
będzie najlepiej. Tych kilka lat opisywania naszej historii,
kształtowania się naszych myśli i dojrzewania naszych poglądów,
daje całkiem przyzwoitą bazę danych do analizy dla kogoś, kto
chciałby dogłębnie zapoznać się z tematem pieczy zastępczej, a
być może nawet wejść do tej wody. Czy tak to wygląda w przypadku
każdej zawodowej rodziny zastępczej? Nie wiem. Pewnie nie. Jednak z
pełnym przekonaniem mogę napisać, że jesteśmy reprezentantem
jakiejś części rodzin zastępczych. Przynajmniej kilku, które
znam.
Majka
mówi: „Daj pisać innym – młodszym”. I ma rację.
Czytałem
niedawno o pewnym eksperymencie na szczurach. Wrzucano je do wody i
czekano, aż się utopią. Szczury nie miały innej możliwości, niż
tylko pływać. Średni czas próby ratowania swojego życia wynosił
piętnaście minut. Ale niektóre z nich wyciągano wcześniej, zanim
zdążyły się utopić. Osuszano je, nakarmiono, pozwolono przez
chwilę pożyć swoim życiem. A potem znowu wrzucano do wody.
Nadzieja pozwalała niektórym z nich pływać nawet kilkanaście
kolejnych godzin.
Odnoszę
wrażenie, że ewoluowanie moich poglądów ku obecnym tezom
rozpoczęło się kilka lat temu, gdy Majka była w szpitalu i
ja spotykałem się z rodzicami biologicznymi. Wówczas zacząłem na
nich patrzeć inaczej. Zacząłem dostrzegać człowieka. Nie
wywyższałem się, nie pouczałem, nie stawiałem warunków. W
jakiejś mierze staliśmy się partnerami. Można powiedzieć, że
nic z tego nie wyszło, bo żadne z tamtych dzieci nie wróciło do
mamy biologicznej. Ale się staraliśmy. Może zostało z tego
tylko dobre wspomnienie. A może nawet nie to. Ale jestem przekonany,
że każde kolejne odbierane rodzicom dziecko coraz bardziej wpycha
ich w odchłań, z której nie ma wyjścia. Z każdym odebranym
dzieckiem, rodzic potrafi pływać coraz krócej.
Polityka
społeczna jest jaka jest. Brakuje pieniędzy, brakuje programów. A
przecież należałoby zacząć od edukacji rodziców, od upewnienia
się, że rozumieją co się do nich mówi. Gdy dziecko trafia do
naszej rodziny, to jego rodzice w zasadzie zostają pozostawieni
samym sobie. Wszystko jeszcze jakoś działa, dopóki sytuacja prawna
nie jest uregulowana i jak to się mówi – rodzice walczą o
dziecko. Potem jest równia pochyła.. Rodzice sami muszą mierzyć
się ze swoimi traumami i poczuciem wyrządzenia im ogromnej krzywdy.
A potem rodzi się kolejne dziecko i zabawa zaczyna od początku.
Owszem,
zgadzam się z tezą, że dzieci wychowujące się w rodzinach
dysfunkcyjnych, ileś tam razy częściej od średniej, powielają
zachowania swoich rodziców, wchodzą w konflikt z prawem czy nawet
krzywdzą własne dzieci. Skoro tak uważamy, a przeciwdziałanie polega tylko na odbieraniu im dzieci, to nie spoczywajmy na laurach – zabrońmy im zakładania rodzin i płodzenia potomstwa. Stwórzmy
prawo nakazujące przymusową sterylizację i będzie po problemie.
Majka
należy do frakcji, która najchętniej odbierałaby dzieci
niewydolnym rodzicom zaraz po narodzinach – dla ich dobra.
A
mi się odmieniło.
Polityka
jest teraz taka, że najważniejsza jest rodzina zastępcza, bo tylko
ona może uchronić zranione dziecko przed przemocą fizyczną,
emocjonalną, seksualną. Tylko ona może pokazać wzorzec domu, w
którym nie ma przemocy domowej, uzależnień, chorób psychicznych.
Tylko ona jest środowiskiem, w którym żaden z domowników nie
mieszka w więzieniu, a jedynie chadza na rozprawy w sądzie karnym.
Tyle
tylko, że to jest teoria. Nawet całkiem fajna i pewnie poparta
rozmowami z wieloma rodzinami zastępczymi.
Niestety
w mojej opinii wcale tak nie jest. A przynajmniej nie do końca.
Wspomniany wcześniej kryzys demograficzny powoduje, że niezawodowe
rodziny zastępcze ukierunkowane są na dzieci malutkie i zdrowe. Od
wielu lat nie spotkałem (co nie znaczy, że takich nie ma) rodziny
chcącej poświęcić się jednemu, trudnemu dziecku. Starszemu, po
traumach, z wieloma zaburzeniami. Z historią, od której włos jeży
się na głowie.
Wszystkie
„nasze” dzieci, spełniające powyższe kryteria, trafiały do
rodzin zawodowych. A te w mojej ocenie znacznie różnią się od
przeciętnej rodziny biologicznej. W rodzinach zawodowych mieszkają
dzieci w różnym wieku, z różnych środowisk, do tego często się
zmieniające. Mam duże wątpliwości, czy jest to dla dziecka
miejsce bezpieczne emocjonalnie. Gdy kilka lat temu przyszedł do
naszej rodziny Obelisk, to sporo osób mówiło jak bardzo mu
pomogliśmy, jak wiele dla niego zrobiliśmy. Nie zgadzam się z tym.
My wyrządziliśmy krzywdę pozostałej szóstce. Nie fizyczną, może
nawet nie seksualną chociaż Obelisk rozbierał się przy wszystkich
i próbował masturbować. Przede wszystkim skrzywdziliśmy te dzieci
emocjonalnie. I być może dopiero w dorosłym życiu, gdy któreś z
nich trafi do psychologa albo psychiatry, bo uwikła się w
przemocowy związek, doświadczy przemocy relacyjnej, czy też
podejmie próbę samobójczą – ktoś połączy pewne fakty.
Mam
wrażenie, że wiele rodzin zastępczych nie mówi o swoich
problemach. O tych niby wstydliwych problemach, które mogłyby
zasugerować, że nie mają właściwych kompetencji, że nie dają
rady albo już się wypalili zawodowo. Tylko w prywatnych rozmowach
zastanawiają się jak długo jeszcze podołają. Czy uda się
wytrzymać do emerytury albo chociaż odchowania własnych dzieci
biologicznych?
W
pełni się zgadzam z tym, że na początku jest ogromny zapał. Jest
chęć, ambicje. Głowa jest wypełniona pięknymi ideami – często
pochodzącymi z reklam organizatorów pieczy zastępczej. Potem
przychodzi doświadczenie, konieczność ulegania naciskom –
czasami bezpośrednim, czasami pośrednim. W zasadzie można to
nazwać wypaleniem zawodowym.
Uważam,
że jeżeli nie będą wprowadzane nowe programy społeczne bardziej
ukierunkowane na pracę z rodziną biologiczną, to będzie coraz
gorzej. Każda z matek biologicznych naszej obecnej trójki maluchów
jest rozwojowa. Będzie rodzić kolejne dzieci, być może licząc na
to, że któreś z nią zostanie. I pewnie się tego doczeka, bo w
końcu zabraknie rodzin zastępczych i adopcyjnych. A może nie, bo
system stwierdzi, że przecież w rodzinnym domu dziecka może
przebywać dwudziestka dzieci. Wystarczy dać większy lokal, większy
samochód, zatrudnić dodatkową osobę do pomocy, a najlepiej
zwiększyć jej ilość godzin. Póki co, ilość godzin spada. Bo
stawka godzinowa rośnie, a przecież bilans musi wyjść na zero.
Pewną
tajemnicą poliszynela jest to, kim są osoby do pomocy. Najczęściej
są to współmałżonkowie, babcie albo dorosłe dzieci. Nikt inny
nie ma ochoty nawet podjąć rozmowy na temat proponowanej pracy.
Kiedyś przyszła do nas jedna dziewczyna i zapytała: „Ale to jest
kwota za jedno dziecko?”. No nie, za czwórkę.
Na
zakończenie przytoczę kilka cytatów z samego siebie. Wymieszanych
chronologicznie, sytuacyjnie i personalnie. Miałem taki zwyczaj, że
zostawiałem sobie fragmenty usuwane z bloga. Nigdy nie
przypuszczałem, że do czegoś mi się przydadzą.
„Trzeba
jasno powiedzieć, że na pewnym etapie rozpoczyna się walka o
życie. Chłodna kalkulacja ulega emocjom, wracają wspomnienia i
predykcja mających się pojawić zdarzeń. Uciekaj, albo walcz –
uciekać nie ma dokąd.”
„Dziecko
aktualnie przebywa w pieczy zastępczej. W rodzinie zawodowej, razem
z innymi zmieniającymi się co jakiś czas dziećmi. Rodzice
zastępczy nie doprowadzą tego dziecka do dorosłości, bo prędzej
sami zejdą z tego świata. Ale dziecko jest miłe i sympatyczne –
więc ciągle jest – już od kilku lat. Teraz więzi są tak silne,
że nic więcej się nie zmieni.”
„Rodzice
dostali proste polecenie – mają podnieść swoje kompetencje
rodzicielskie, znaleźć pracę i udowodnić, że potrafią zapewnić
bezpieczny dom dla dziewczynki.
Idę
o zakład, że żadne z nich nie rozumie słowa 'kompetencje'.”
"Potrafiłbyś to powiedzieć rodzicom adopcyjnym, którzy mają od nas dziecko? – powiedziała Majka."
„...
jeżeli faktycznie tak jest, to dlaczego akurat tym rodzicom
zabezpieczono dziecko u nas? Bo nie mają wsparcia? Bo ojciec
wychował się w domu dziecka, a mama w niewydolnej rodzinie
wielodzietnej, w której każde z rodzeństwa chodziło do szkół
specjalnych. No każde? Z całej siódemki?”
„Najciekawsze
było jednak stwierdzenie kogoś tam, gdzieś tam, na jakimś
spotkaniu: 'Państwo powinniście poczytać książki na temat
wychowania dziecka'. No super – przypomnę tylko, że tata nie
potrafi czytać. Bo przecież sam
przyznał, że czytać i pisać nie umie. Literki wprawdzie zna i
nawet udaje mu się je poskładać do kupy, ale nie rozumie co mu z
tego wyjdzie."
"Uważam, że zabranie Obeliksa i Jacha (w wieku sześciu i pięciu lat) z domu
rodzinnego spowodowało dodatkowe traumy u tych dzieci i wyrządziło
krzywdy wielu innym rodzinom (zwłaszcza innym dzieciom). Obeliks i
tak wrócił do ojca, a Jachu z niemal stuprocentową pewnością
wróci do mamy – zresztą ku ogromnej radości obu chłopców."
„Mama
czekała na cud. Chyba podobnie jak sąd, który zwlekał z podjęciem decyzji. Ale ten cud się wydarzył. Pojawił się książę z
bajki. Z tą bajką to może nie miał zbyt wiele wspólnego, ale
miał mieszkanie. Czy jest to dowód na to, że istnieją przypadki
odbierania dzieci z biedy?”
„Majka
nie byłaby sobą, gdyby nie chciała dowiedzieć się jak najwięcej
o rodzinie biologicznej. Tak więc założyła sobie fikcyjny profil,
aby móc 'podglądać' mamę dziecka w sieci. Nadała sobie imię
Lolita98, co w żaden sposób nie wyróżniało jej spośród innych
obserwujących. Przy okazji odnaleźliśmy tam mamy kilku innych
naszych 'byłych' dzieci. Same 'mądrale' były na tym profilu.
Pewnie
jeszcze są. Tylko Majki już tam nie ma, bo została wyrzucona za
brak serduszek.”
„My
robimy co możemy. Dla każdego dziecka z obecnej trójki mamy już
potencjalnych rodziców. Oczywiście pierwszeństwo ma ośrodek
adopcyjny. Tyle tylko, że on czeka. Sąd też czeka.
My
nie czekamy, bo po tych osiemnastu miesiącach (po których według
prawa powinno zakończyć się postępowanie) i kolejnych nikomu nie
służących – chętny jest tylko dom dziecka. Mamy własną bazę
danych. Bazę ryzykantów. Osób, które są skłonne zaryzykować
istnienie rodzica biologicznego w życiu dziecka... w swoim życiu.”
„Majka
podpatrzyła wtedy jeden z takich samochodów. Spisała numery
rejestracyjne, a nawet zrobiła zdjęcie. Przy piątym razie podeszła
do człowieka i zapytała, czy ma jakiś problem. Wystraszony młody
chłopak zaczął przepraszać i obiecał, że już nigdy więcej nie
przyjedzie. Tłumaczył, że pracuje w naszej wsi i gdy zdarzy mu się
przyjechać przed czasem, to zatrzymuje się na spokojnej uliczce i
przegląda wiadomości w internecie. Ja mu uwierzyłem, chociaż też
zacząłem iść tą drogą – jak ten pies Saba. Pewnego dnia
spisałem numery rejestracyjne samochodu, który zatrzymał się w
pobliżu naszego domu. Zadowolony wszedłem do pokoju, w którym
akurat byli kandydaci na rodziców adopcyjnych jednego z naszych
dzieci. 'To nasz samochód' – oświadczyli.
Od
tego czasu nikt już się pod naszym domem nie zatrzymuje. Nawet
listonosz parkuje kilkadziesiąt metrów dalej i dochodzi piechotą.
Może poszła po wsi jakaś fama, że ta matka wariatka spod
dwudziestki ma jakiś problem i nikt nie ryzykuje.”
„Bardzo
bym chciał, żeby Wojtek o nas zapomniał. Ale pewnie tak nie
będzie.
Jego
mama biologiczna odzywa się co jakiś czas. Podobnie jak babcia,
chociaż babcia nie jest mamą mamy tylko taty, z którym żadna z
nich nie utrzymuje już kontaktu. Proste – prawda? Taka właśnie
jest piecza zastępcza.
Obydwie
wiedzą, że Majka nic im nie powie. Ale co jakiś czas dzwonią. Być
może wystarcza im tylko zapewnienie, że wiemy, że jest dobrze.
Nie
mam pojęcia co powiem Wojtkowi, gdy skończy osiemnastkę i będzie
chciał ze mną porozmawiać.
Pewnie
na początek pokażę mu wycięte fragmenty bloga, o istnieniu
którego (jak mniemam) nie ma zielonego pojęcia.
A
potem?”
I
to by było na tyle.