niedziela, 7 października 2018

SASETKA I MALUDA (pudełko wspomnień).

Pudełko wspomnień Sasetki


Sasetka z Maludą są pierwszymi naszymi dziećmi zastępczymi, przy których przedstawiliśmy rodzicom adopcyjnym pewną propozycję procesu adopcyjnego.
Opisałem ją kiedyś tutaj.
Na pierwszym spotkaniu (na którym byli również przedstawiciele ośrodka adopcyjnego), przekazaliśmy im krótki opis, jak my to widzimy... a w zasadzie jak podchodzą do tej sprawy psycholodzy. Nie wymagaliśmy od rodziców żadnego komentarza tego pierwszego dnia. Nie wymagaliśmy odniesienia się do tematu również na drugim spotkaniu, trzecim i dziesiątym. Prawdę mówiąc, do samego końca nie miałem pojęcia, jak postąpią.

W dużym skrócie, chodzi o to, aby dziecko nie tylko przez dłuższy okres spotykało się z rodzicami adopcyjnymi mieszkając jeszcze z rodziną zastępczą, ale również aby nastąpiło kilka spotkań z rodzicami zastępczymi w krótkim czasie po odejściu do nowej rodziny. Jest to pewnego rodzaju odwrócenie początkowej sytuacji (tym razem byli rodzice zastępczy odwiedzają dziecko). Zamierzeniem jest dopełnienie całego procesu, w którym dziecko nie ma poczucia nagłej straty, nagłego zerwania więzi. Daje mu to świadomość tego, że rodzice zastępczy gdzieś tam nadal istnieją, że się nim interesują.

W tej chwili nie mam wątpliwości, że tak właśnie wszystko powinno przebiegać.
Nie spotkałem jeszcze psychologa, który miałby inne zdanie... chociaż podobno tacy są. A już na pewno istnieją ośrodki adopcyjne (a nawet sądy), które w swoim postanowieniu zalecają „nagłe cięcie”. Nieskromnie stwierdzę, że mamy swój malutki wkład w propagowaniu takiego procesu adopcyjnego. Wielokrotnie wspominałem o Big Benie, człowieku wielkiego serca. Współpracuje on z ośrodkiem adopcyjnym, poprzez który odchodzi od nas najwięcej dzieci. Z nim również rozmawialiśmy na ten temat. Wszystko skończyło się na tym, że będą prowadzone warsztaty dla pracowników ośrodka, którzy zajmują się szkoleniem rodziców adopcyjnych.
I to jest właśnie bardzo ważne... aby mówić jednym głosem. Do tej pory, rodzice adopcyjni dopiero od nas dowiadywali się, że tak warto robić (również rodzice Sasetki i Maludy). A kim my właściwie jesteśmy? W oczach wielu... nikim – zwykłymi tymczasowymi opiekunami. Często jesteśmy mniej ważni niż rodzice biologiczni, którzy zasługują na miano „korzeni” (chociaż często byli rodzicami przemocowymi, a czasami ich rola sprowadziła się tylko do poczęcia i urodzenia).
Bywa więc, że w momencie gdy dzieci zamieszkają z nowymi rodzicami, ustają wszelkie kontakty (chociaż do rozprawy adopcyjnej jest jeszcze daleko) z rodzicami zastępczymi.
I tutaj widzę pewien paradoks. Opiekun prawny (którym najczęściej jest rodzic zastępczy), jest proszony na takiej rozprawie o ocenę funkcjonowania dziecka w nowej rodzinie. Jak ma to zrobić, gdy sąd na wcześniejszej rozprawie o powierzenie pieczy, zakaże wszelkiej styczności z dotychczasowymi rodzicami zastępczymi? Jak ma to zrobić, gdy rodzice adopcyjni blokują wszelkie kontakty z zastępczymi?

Rodzice adopcyjni bardzo często obawiają się zbliżeń z poprzednią rodziną. Wydaje im się, że dzieci nie potrafią kochać jednocześnie wielu mam i ojców.
Owszem potrafią. Tyle tylko, że ta pierwsza miłość z biegiem czasu staje się coraz słabsza. Czasami na końcu pozostaną tylko wspomnienia, mniej lub bardziej podtrzymywane przez rodziców adopcyjnych.
Spotkaliśmy niedawno rodzinę adopcyjną, która bardzo obawiała się wizyty rodziców zastępczych. W tym przypadku dochodziło nawet do bezpośredniego formułowania swoich potrzeb przez dziecko: „ja tęsknię za ciocią”. Był smutek, okresy przygnębienia. Spotkanie wyglądało mniej więcej tak, jak za chwilę opiszę to z naszymi (już nie naszymi) dziećmi. Nie wiem jakie myśli przewijają się przez głowę Sasetki, ale w przypadku który opisałem, dziecko nagle zrozumiało, że nie istnieje żaden konflikt lojalnościowy, że można kochać mamę i jednocześnie ciocię. Pragnęło tego, ale nigdy nie dostało takiego przekazu od rodziców adopcyjnych.
Po tym spotkaniu rodzice adopcyjni stwierdzili, że nastąpiło ono zbyt późno.
Z pewnością wielu rodziców powiedziałoby „ale ja chcę mieć dziecko dla siebie”. Ostatnio nawet słyszałem komentarz „chciałem adoptować chłopców, bo gdy mnie zabraknie to ktoś musi pracować na roli” - można i tak. Pewnie niejeden z takich rodziców dziwi się, że nie dostaje kwalifikacji do pełnienia funkcji rodzica adopcyjnego. No to idzie do innego ośrodka – w którymś w końcu dostanie.
Bycie rodzicem adopcyjnym to zupełnie inna bajka, niż bycie rodzicem biologicznym. A kwestie „genów”, są moim zdaniem na szarym końcu, chociaż rodzice adopcyjni czasami podnoszą je do rangi największego problemu.

Czas przejść do Sasetki i Maludy.
Cały proces zapoznawania się dzieci z rodzicami, był trochę inny niż zazwyczaj. Optymalnym rozwiązaniem (w mojej ocenie) jest kilkanaście spotkań i wszystko powinno się zamknąć w przeciągu miesiąca. Słyszałem niedawno o przypadku, gdy rodzice już od jakiegoś czasu spotykają się z dzieckiem, a rodzina zastępcza stwierdziła, że nie ma mowy o odejściu prędzej niż w grudniu. To nie jest normalne, nawet biorąc pod uwagę jakieś nietypowe potrzeby i zachowania dziecka.
W przypadku naszego rodzeństwa, wszystko trwało prawie dwa miesiące. Po niecałym miesiącu było widać, że dziewczynka bardzo tęskni do niemal codziennych spotkań i przebywania z rodzicami adopcyjnymi. Był to moment, w którym dzieci powinny już nas opuścić.
Nie wiem, czy powinienem oceniać ośrodek adopcyjny. Informacje, które od niego otrzymujemy na temat rodziców adopcyjnych, są bardzo zdawkowe. Zresztą bardzo dobrze, że nie jesteśmy informowani jaka była ocena psychologiczna rodziców. Jest to tajemnicą, podobnie jak szczegóły z życia, czy ewentualne zastrzeżenia do kompetencji rodzicielskich.
Podam więc tylko kilka faktów, które znamy od rodziców Sasetki i Maludy, oraz pewne nasze subiektywne wnioski, będące następstwem analizy naszej kilkutygodniowej znajomości.
Najczęściej bywa tak, że rodzice tuż po pierwszym spotkaniu (w ciągu kilku, czasami kilkunastu dni) składają wniosek do sądu o tymczasowe powierzenie pieczy, co umożliwia im wspólne zamieszkanie z dzieckiem (rozprawa o przysposobienie ma miejsce czasami nawet po kilku miesiącach). Tym razem tak się nie stało – rodzice przez długi czas nie składali wniosku o powierzenie im opieki nad dziećmi. Ośrodek adopcyjny wszystko opóźniał. Doszukiwał się pewnych nieprawidłowości w bezpieczeństwie domu, w którym mieli zamieszkać Maluda i Sasetka. Dla mnie było to trochę „czepianie się”. Dom nie jest jeszcze wykończony na zewnątrz, a prace wciąż trwają. Trudno więc zabezpieczyć wszystkie elementy, które mogą stanowić dla dziecka potencjalne niebezpieczeństwo. Do tego rodzice sprawiali wrażenie bardzo odpowiedzialnych, a dzieci były karne. Nie wyobrażam sobie, aby mogły być pozostawione same na placu budowy. W wątpliwość zostało też poddane bezpieczeństwo schodów.
Na mnie nowy dom dzieci zrobił niezwykłe wrażenie, chociaż nie jest w moim stylu i chyba nie chciałbym w nim mieszkać. Jest w nim dużo prostoty, przestrzeni i elementów marynistycznych. Jest nowoczesny i albo maczał tam palce architekt wnętrz, albo właściciele mają niezwykły zmysł tworzenia. Moją uwagę zwróciła otwarta sypialnia rodziców na piętrze. Coś pięknego... Jednak być może paniom z ośrodka nie przypadła ona do gustu. Majka też by się w niej nie odnalazła, a jeżeli już, to sypiałaby w babcinej, flanelowej koszuli nocnej, zapięta pod samą szyję.
Nie chcę wchodzić dalej w szczegóły wystroju nowego domu Sasetki i Maludy.
Nie mogę się jednak oprzeć, aby jeszcze nie wspomnieć, że klamką do drzwi od toalety jest wiosło od kajaka. Schody finalnie też zostały zabezpieczone zgodnie z klimatem tego domu – siatką stylizowaną na sieć rybacką.
Przedstawiłem moje wrażenia z pobytu w tym domu, ponieważ wielu przyszłych rodziców adopcyjnych bardzo obawia się tak zwanej wizytacji pań z ośrodka adopcyjnego. Może tę funkcję powinni przejąć panowie?

A mnie, to już pewnie żaden rodzic adopcyjny do siebie nie zaprosi. Będziemy spotykać się tak jak my z rodzicami biologicznymi naszych dzieci zastępczych - „na mieście”.

Początkowy okres zapoznawania się Sasetki i Maludy z ich nowymi rodzicami, przebiegał tak jak zazwyczaj. Najczęściej przyjeżdżał Sindbad (czyli tata) z Piruzą (mamą), a jeżeli nie razem, to jedno z nich. Wizyty miały miejsce prawie codziennie.
Dzieci (a przynajmniej Sasetka) od pierwszego spotkania wiedziały, że są to ich nowi rodzice – nowa mama i nowy tata. Taką świadomość budowaliśmy już od kilku tygodni, chociaż było to obarczone pewnym ryzykiem. To ryzyko niestety istniało aż do momentu uprawomocnienia się wyroku adopcyjnego.
Wtrącę małą dygresję. Moim zdaniem ogromnym błędem „systemu” jest możliwość wykonania ruchu prawnego przez rodziców biologicznych, gdy dziecko zostanie już skierowane przez sąd do adopcji (choćby złożenie wniosku o przywrócenie praw rodzicielskich). Szlaban zamyka się dopiero w momencie uprawomocnienia się wyroku o przysposobienie, co następuje kilkanaście tygodni później. Jaki to ma sens?

Sindbad, w porównaniu do innych znanych nam ojców adopcyjnych, jest specyficzny. Gdy sam przyjeżdżał do dzieci, albo odbierał Sasetkę z przedszkola, to jego środkiem komunikacji był rower. Kupił specjalną przyczepkę (dla dwójki dzieci), wyszukał trasy biegnące przez lasy... i tak jeździł. Nie muszę chyba dodawać, że dzieciakom bardzo to odpowiadało. Gdy któregoś dnia przyjechał samochodem, to Kapsel (który jeszcze wówczas z nami mieszkał) ze zdziwieniem stwierdził: „Wujek, ty potrafisz jeździć samochodem?”.
Jednak nie tylko to wyróżnia go spośród innych rodziców adopcyjnych. W momencie gdy wszystko zaczęło się przedłużać i istniało prawdopodobieństwo, że dzieci będą musiały pojechać z nami na wakacje – samowolnie zaproponowaliśmy oddanie ich w tym czasie pod opiekę nowym rodzicom. Był to czas, gdy dzieci nawiązywały coraz silniejsze więzi z rodzicami adopcyjnymi. Wakacje z nami nie miały już sensu, bo jest to okres szczególnej bliskości, a w tym przypadku już nie o to chodziło. To my podejmowaliśmy ryzyko (z prawnego punktu widzenia). Sindbad stwierdził, że nie weźmie na siebie takiej odpowiedzialności i na ten układ się nie pisze. Początkowo pomyślałem „o co mu chodzi, przecież za kilka tygodni jego odpowiedzialność za dzieci będzie taka sama”.
Jednak poznawaliśmy się coraz bardziej. Myślę nawet, że głównie poprzez zachowania dzieci. Sindbad okazał się człowiekiem, który bardzo wiele zawdzięcza sobie. Swojej pracy, swojej determinacji w osiąganiu celów. Bynajmniej nie myślę tutaj o dobrach materialnych. W dużej mierze przypomina mnie sprzed dobrych kilkunastu lat. I mniej więcej taka jest między nami różnica wieku. Łączy nas to, że mamy zasady, których się trzymamy. Nie są to wspólne zasady, ale przecież nie musimy się zgadzać, możemy się nawet różnić. Maluda też zaczął się tego uczyć. Myślę, że w przyszłości nie będzie zmuszany do głoszenia poglądów swojego ojca, ale nauczy się bronić swojego zdania.
Pierwszym przykładem jest odkładanie szczoteczki po myciu zębów. Przez rok chłopak oddawał mi ją do ręki. Nagle stwierdził, że musi ona leżeć „tu, tu, nie tu... tu”.
Piruza też jest dziewczyną sprawiającą wrażenie osoby, która wie czego chce i wszystko ma pod kontrolą. Bardzo przypomina mi Majkę, chociaż dużo mniej mówi, co powoduje, że jest bardziej enigmatyczna. Jednak Sasetce przypadła do gustu od pierwszego dnia. Sporo czasu już minęło od momentu, gdy dzieci odeszły z naszej rodziny. Jednak najbardziej utkwił mi w pamięci obraz Sasetki tulącej się do Piruzy.

Zanim dzieci opuściły naszą rodzinę, często zastanawiałem się, jaką decyzję podejmą rodzice w kwestii utrzymywania z nami kontaktów. Już trzeciego albo czwartego dnia, Sasetka zadzwoniła do Majki. Później wyjechaliśmy z naszymi innymi dziećmi zastępczymi nad morze. Po powrocie, rodzice adopcyjni zapytali Majkę, czy mogłaby spędzić z dziećmi cały dzień i noc w ich domu. Jechali na wesele. Uznali, że zabranie dzieciaków z sobą nie byłoby dla nich korzystne. Nawet nie z obawy o ich reakcję, ale z obawy o zachowanie dorosłych, którzy mogliby potraktować dzieci w sposób niekoniecznie właściwy (co wcale nie wynikałoby z ich złej woli). Bycie maskotką towarzystwa, zwłaszcza na tak wczesnym etapie mieszkania z rodziną adopcyjną, jest dość ryzykownym i wątpliwym pomysłem.
Było nam bardzo miło, że Piruza i Sindbad uznali, iż dla dzieci najlepszym rozwiązaniem będzie spędzenie tego weekendu z Majką.
Zwłaszcza Sasetkę to spotkanie bardzo ucieszyło. Wszystko toczyło się zgodnie z opiniami psychologów. Nie było łez i tulenia się do cioci, jak można by przypuszczać... a dokładniej, jak wyobrażają to sobie często rodzice adopcyjni. Dziewczynka starała się pokazać, że jest gospodynią w swoim domu. Sprawiało jej ogromną przyjemność, gdy mogła podać Majce talerz albo szklankę, wskazać w której szafce może znaleźć nożyczki lub choćby gdzie może skorzystać z toalety. Był to też dzień, w którym po raz pierwszy porozmawiałem przez telefon z Sasetką, ale też przede wszystkim Maludą. Nigdy dotychczas tego nie robiliśmy, bo nie było takiej potrzeby. Nie mogłem wyjść z zachwytu, jaki to rezolutny chłopiec. Minęło zaledwie kilkanaście dni od naszego rozstania, więc niemożliwe aby nagle nauczył się mówić pełnymi zdaniami. Po prostu prędzej tego nie zauważałem.
Twarzą w twarz, spotkałem się z dziećmi po dwóch miesiącach. Pojechaliśmy tam razem z Ploteczką, i w zasadzie to ona była dla Sasetki i Maludy największą atrakcją. Chłopiec początkowo łypał na mnie prawym okiem, chociaż miał specyficzny dla siebie uśmiech zadowolenia. Z pewnością mnie pamiętał, pobawiliśmy się wyklejankami w książeczce. Sasetka pokazała mi swój pokój. Bardzo chciała, abym położył się w jej łóżku. Aby choć w części spełnić jej życzenie, położyłem w nim Plotkę. Wyraźnie było widać radość w jej oczach.


Po raz pierwszy wdrożyliśmy w życie „pudełko wspomnień”.


Nie przypuszczałem, że zwyczajna drewniana skrzynka zawierająca parę zdjęć i trochę szpargałów z przeszłości, może być atrakcyjna już dla tak małych dzieci. Raczej sądziłem, że spojrzą na nią i jej zawartość zimnym okiem, po czym szybko odłożą do kąta. A jednak było zupełnie inaczej. Chociaż może chodziło o gawędziarskie umiejętności Majki – bo przecież nie skończyło się tylko na zwykłym „proszę i dziękuję”.

Gdy się żegnaliśmy, Sasetka zapytała, czy będziemy się jeszcze spotykać. Teraz czekamy na rewizytę. Jej rodzice są otwarci, my również.



Dzisiaj odwiedził nas Białesek ze swoją mamą, za kilka dni ma wpaść Gacek z rodzicami. Ale to już są weterani i ich rodzice wiedzą, że takie spotkania nie powodują jakichś negatywnych emocji. Czy niosą one z sobą jakieś korzyści? Wierzę, że tak, chociaż pewnie teraz się tego jeszcze nie dowiemy.

Rodzice Sasetki i Maludy podjęli decyzję, że nie będą w sposób nagły odcinać się od przeszłości swoich dzieci. Czas pokaże, jak potoczą się dalsze losy.
Słyszałem wiele opinii, że opieka nad rodzinami adopcyjnymi nie jest doskonała. Jednym z zarzutów jest brak pomocy (psychologicznej, prawnej) i jednocześnie jakiejkolwiek kontroli rodziny, począwszy od dnia uprawomocnienia się wyroku o przysposobienie. Prawdę mówiąc, nie mam w tym względzie jednoznacznie wyrobionego zdania. Pewnie gdybym adoptował dziecko, to nie chciałbym, aby ktokolwiek mieszał się w sprawy mojej rodziny (jak ma to miejsce w przypadku pieczy zastępczej). Gdybym był dzieckiem, to być może chciałbym, aby ktoś czuwał nad moim bezpieczeństwem i w pewien sposób monitorował wszystko co się ze mną dzieje. Często jest tak, że rodzice adopcyjni znają dzieci (w sensie rodzicielstwa) tylko w teorii. Jak sobie dalej radzą? Czy wiedzą, gdzie mogą skorzystać z jakiejkolwiek pomocy? Czy w ogóle chcą z takiej pomocy skorzystać?
Dlatego Piruza i Sindbad są bardzo budującym przykładem. I nawet nie interesuje mnie to, czy kierują się rozumem, uczuciem czy intuicją. Ważne jest, że nie palą za sobą mostów. My nie znamy odpowiedzi na wiele pytań, ale często wiemy do których drzwi trzeba zapukać. Podobnie zresztą jak Basia – nasza logopedka, która cały czas spotyka się na zajęciach z Sasetką. Dla dziewczynki jest to pewnie też pewnego rodzaju pomost pomiędzy teraźniejszością a przeszłością. Z kolei dla rodziców adopcyjnych, wszystko to jest zasobem, z którego mogą skorzystać lub nie.
Rodzice adopcyjni (nie tylko ci konkretni) mogą pogodzić się z faktem, że są obiektem zainteresowania, że ktoś zna ich historię, ale też w trudnych chwilach liczyć na wsparcie. Mogą też o wszystkim zapomnieć... stając się obiektem zainteresowania osób zupełnie nie będących w temacie.
Odniosę tę sytuację do mojego przypadku. Jakiś czas temu napisałem post na temat depresji (Cover). Okazało się, że wzbudził on pewien niepokój w PCPR – nawet zebrało się dwuosobowe konsylium. Mógłbym to odebrać jako nieupoważnioną ingerencję w moje życie prywatne – bo przecież to mój blog (a nie blog PCPR-u). A jednak było to dla mnie bardzo pozytywne doświadczenie. W mojej ocenie było wyrazem troski o moje zdrowie psychiczne, a przede wszystkim nie odbyło się za moimi plecami. Póki co, podobno jestem zdrowy psychicznie, przynajmniej w miarę. I właśnie o to mi chodzi, aby ktoś kiedyś zwrócił mi uwagę na to, czego sam już nie będę w stanie zauważyć... a nie zauważa się wielu rzeczy. Niedawno gdy pojechałem z bliźniakami na zebranie zespołu (aby dzieci mogły przy okazji spotkać się z mamą), podeszła do mnie dziewczyna, która kilka lat temu wprowadzała nas w świat rodzicielstwa zastępczego... ktoś mógłby powiedzieć, że jej zadaniem było kontrolowanie naszej pracy. Powiedziała do mnie „ogromny szacunek dla was, za wszystko”. W tym momencie zabrakło mi „języka w gębie” (co akurat mnie nie zdziwiło), więc powiedziałem tylko „dziękuję” - i do teraz nie mam pojęcia co miała na myśli. Przeniosę jednak tę sytuację na naszych ostatnich rodziców adopcyjnych (Piruzę i Sindbada). Też mogę napisać, że mam dla nich ogromny szacunek... i też nie rozwinę tematu.
Chociaż wspomnę niedawną sms-ową wymianę zdań pomiędzy Basią (logopedką) i Majką:
  • Wyczytałam na blogu, że Maruda ma teraz na imię Maluda. Czy to prawda?
  • Tak.
  • A ja ciągle mówię o nim Maruda i mnie nie poprawiają.
  • Być może nie wymawiasz „r”.
  • Nikt nie jest doskonały. Doblanoc.

Hmmm. Nie wiem, czy nawet Majka będzie wiedziała co chciałem teraz powiedzieć.
Ale to nie ma znaczenia – ogromny szacunek dla rodziców.
Sasetka w tej chwili „gada jak najęta”, prawie dorównuje Majce. Potrafi wymienić wszystkie składniki i czynności, które wykonuje robiąc z tatą obiad. I pomyśleć, że jeszcze nieco ponad rok temu mówiła tylko „ti-ti”, „pa-pa”, „am” i tym podobne słowa. Do tego mechanizmem obronnym była postawa na baczność i uśmiech (tak na wszelki wypadek).
A Maluda? Maluda ciągle się śmieje... ale jest to zupełnie inny rodzaj uśmiechu. Jest to uśmiech dziecka szczęśliwego.


PS
Niedawno byłem na szkoleniu. Ostatnimi czasy niebywale często (jak na mnie) bywam na takich psychologicznych imprezach. W zasadzie była to superwizja grupowa, przeznaczona tylko dla kilku pogotowi rodzinnych. Pierwsze spotkanie było bardzo luźne i poza tym, że nieco lepiej się poznaliśmy (a dokładniej rozmaite przypadki, z którymi mieliśmy do czynienia), to niczego nowego się nie dowiedziałem. Najwyżej poznałem nieco inny punkt widzenia innych rodzin. Chociaż i tak najwięcej mówiła Majka. Na szczęście była wyluzowana, bo w stresie gada jeszcze więcej.
Drugie spotkanie miało dotyczyć tematu spadania dzieci zastępczych w hierarchii ważności. Również biologicznych – gdy na przykład przychodzi starsze dziecko.
Jednak w tego rodzaju spotkaniach, nie ma sztywnych ram i prawdę mówiąc, coraz bardziej mi się to podoba. Został więc rozważony niemniej ciekawy temat, dotyczący potrzeb i radzenia sobie z sobą przez rodziców zastępczych. Tak trochę pod kątem mojej hipotetycznej depresji.
Mam nadzieję, że na ostatnim spotkaniu nie wypłynie inny równie ciekawy temat, bo będziemy chyba musieli poprosić PCPR o spotkanie dodatkowe. Raz już tak było.
Jednak chciałem teraz napisać o zmianie imienia dzieciom adopcyjnym, ponieważ ten temat też został poruszony. To tak w związku z tym, że Maruda jest teraz Maludą. Akurat psycholożka prowadząca tę superwizję, nie przykładała do tej sprawy zbyt wielkiej wagi. Pewnie, że bezpieczniejsze jest pozostawienie dotychczasowego imienia, a w przypadku starszych dzieci, wręcz niezbędne. Jednak najczęściej jest tak, że dziecko, które zaakceptuje nowe imię we wczesnym dzieciństwie, nie robi o to afer dorastając. Trzeba jednak przygotować sobie jakąś wiarygodną teorię (tłumaczącą tę decyzję) i najlepiej nie czekać, gdy dziecko samo to odkryje. No i dobrym argumentem raczej nie jest: „bo mi się nie podobało”.




10 komentarzy:

  1. ojej, jaki krzepiący, wspaniały wpis! Bardzo się cieszę, że tak się wszystko poukładało z Sasetką i Maludą, że system działa i że zrobiliście Pudełka Wspomnień. Super!!! Oby więcej takich rodziców adopcyjnych. No i takich rodzin zastępczych :)

    OdpowiedzUsuń
  2. podpisuję się pod wpisem a. wszystkimi kończynami. i bardzo, ale to bardzo czekam na wpis o Kapslu, bo już dobre 5 tygodni, jak zaczął nowe życie. napiszesz coś? i o nim , i o was w "życiu po Kapslu". No i co z Ploteczką? jest już u was te magiczne 8 miesięcy.... . Agata.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pewnie. Następny wpis będzie o Kapslu. Mam o czym napisać, bo też odwiedziłem go w nowym domu.
      Z Plotką jeszcze poczekam. Mamie odebrano prawa rodzicielskie, ale odwołała się od wyroku. Czegoś jednak nie dopełniła, lecz została o tym poinformowana i przedłużono jej termin na uzupełnienie dokumentacji. Czarno to widzę (z punktu widzenia dziewczynki i naszego) - podobno mama korzysta z pomocy prawnika.

      Usuń
  3. Z tego co Majka mówiła i z tego co wcześniej słyszałam o tym miejscu, to Kapsel trafił bardzo dobrze...jak na placówkę. Wy tam w swoim województwie macie dobre te dpsy...zawsze to mówiłam, a trochę znam takich miejsc...i nie wszędzie wygląda to rsk super...wiec to bardzo super...jeśli już ta nieszczęsna placówka zamiast domu. ..to przynajmniej niech będzie to świetna placówka.
    9 lat miałam do czynienia z dwoma dpsami...i kilka lat z innymi..zawsze i wszędzie wygrywaja te z Waszego województwa...we wszystkim...nie wiem , ale jakoś tak mentalnie inne podejście inna otwartość na współpracę i otoczenie i inna walka o godne życie.
    Znam dps fajny spoza Waszego rejonu...a i tak mu BARDZO daleko do dps Kapsla lub dpsu Królewny. ..
    Nie zmieniam zdania nadal, że wszystkie te dzieci powinny mieszkać w rodzinie, nie w placówce. Lecz świetnie, że macie tam super placówki.
    Nikola

    OdpowiedzUsuń
  4. Dobrze,że są takie rodziny zastępcze,jak Wasza.
    Ale przyszłym rodzicom adopcyjnym,czytającym ten blog/myślę,ze sporo tu jest takich/ warto przypomnieć,że często dzieci odbierane są z rodzin zastępczych o trochę innym myśleniu i nie będzie tak różowo, są też dzieci odbierane z DD.A to już zupełnie inna bajka.
    Dziecko przekazywane/nie potrafię jakoś tego inaczej nazwać/
    w ciągu dwóch tygodni od pierwszego spotkania.Są to najczęściej dzieci starsze 3-6 latki.
    Dużo mądrości potrzeba i wiedzy.
    Często rodzice zostawiani są zupełnie sami,bez pomocy ośrodka adopcyjnego.
    Mam pytanie.
    Te Wasze szkolenia są dobrowolne czy jest jakiś wymóg dla rodziców zastępczych by ciągle się szkolili?
    Pozdrawiam serdecznie.
    Olga

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niestety wszystko o czym wspomniałaś jest prawdą.
      O ile na szkoleniu w Ośrodku Adopcyjnym, można przedstawić najlepszy sposób przekazania dziecka z rodziny zastępczej (z psychologicznego punktu widzenia), o tyle na szkoleniu dla rodzin zastępczych, coś takiego pewnie nie przejdzie.
      Nasza metoda postępowania, chociaż zachwalana przez psychologów, trochę mija się z prawem. Teoretycznie dziecko spotykające się z rodzicami adopcyjnymi (a będące jeszcze pod naszą opieką), zawsze powinno być w zasięgu naszego wzroku. Jak zatem dziecko ma wsiąkać w nową rodzinę? Jak mają nawiązywać się nowe więzi, gdy w pobliżu jest ta ukochana ciocia? Jak mają zachowywać się rodzice adopcyjni, gdy wiedzą, że wciąż są obserwowani?
      Nasz PCPR nam mówi, że przede wszystkim jesteśmy rodziną i to my podejmujemy decyzje. Jednak wszystko jest dobrze tak długo, dopóki nic się nie wydarzy.. Nie wszystkie rodziny zastępcze są gotowe pozwolić rodzicom adopcyjnym zabrać dziecko choćby do zoo, czy wesołego miasteczka, nie mówiąc o wyrażeniu zgody na nocowanie w przyszłym domu tego dziecka. Nie wszystkie rodziny zastępcze są skłonne podjąć takie ryzyko, a myślę też, że nie wszystkie PCPR-y stoją na takim stanowisku jak nasz. Gdyby nam powiedziano: „macie zakaz pozostawiania dziecka tylko w obecności rodziców adopcyjnych”, to pewnie byśmy się tego trzymali. Chociaż może nie... ale na blogu już bym o tym nie pisał.

      W kwestii szkoleń, nie ma żadnego przymusu. Jednak jest to mile widziane i przynajmniej raz na jakiś czas dobrze jest się pokazać. Majka chadza na wszystkie organizowane przez PCPR, a nawet zdarza się, że sama wynajduje sobie coś ciekawego i jedzie na drugi koniec Polski.
      Osobiście też uważam, że warto. Problemem nie jest jednak chęć, a logistyka. Gdy jedziemy we dwójkę, to musimy gdzieś rozmieścić przebywające u nas dzieci. I co ciekawe... w tym momencie też rozmijamy się z prawem – bo przecież nie są one w tym czasie pod naszą bezpośrednią opieką.
      Na ostatniej superwizji zastanawialiśmy się nawet nad możliwością utworzenia funkcji rodziny pomocowej. Byłaby to rodzina zastępcza, która ukończyłaby odpowiednie szkolenie, która w jakiś sposób byłaby opłacana, i której zadaniem byłoby zaopiekowanie się dziećmi z innych rodzin zastępczych w bardzo krótkim terminie. Choćby, aby umożliwić im wspólne szkolenie... a nawet wspólny wyjazd na weekend (dokądkolwiek), albo wyjście do kina, czy restauracji, czy też spędzenie razem nocy – chociażby tylko dlatego, żeby się dobrze wyspać.
      Ale chyba potraktowaliśmy ten pomysł jako z kategorii „baśnie i legendy”.

      Usuń
  5. Trochę się wkręciłem w twojego bloga i nie czekam już na relacje Kasi tylko sam czytam. Znamy się już jakiś czas, bardziej ja znam ciebie niż ty mnie ale zadam pytanie po przeczytaniu tego posta i tego o adopcji razem z komentarzami. Jaki sens ma promowanie opisanego przez panią Czub sposobu na adopcję, skoro połowa z tego jest albo niezgodna z prawem albo nie chcą tego rodzice zastępczy albo nie chcą tego rodzice adopcyjni. Rozumiem interes dziecka, ale w tej chwili to nie ma sensu.
    Przepraszam, nie chcę się czepiać tylko zrozumieć.
    Serdecznie pozdrawiam
    Kasia też.

    OdpowiedzUsuń
  6. Gall - bo kropla drąży kamień, bo dziecko i jego dobro jest tu dobrem najwyższym, bo może i powinna wyniknąć z tego inicjatywa ustawodawcza? To kilka moich propozycji odpowiedzi. Jeśli rodzice adopcyjni tego nie chcą, nie są to najszczęśliwiej dobrani rodzice. Może nawet być nimi nie powinni, bo stali się jedynie "przechowalnią" a to ma NIE BYĆ przechowalnia. Tymi były kiedyś placówki typu DD i oby zniknęły na wieki. Jeśli "nie chcą tego rodzice adopcyjni" to mam nadzieję, ze odpowiednie szkolenia, sito w OA oraz - ostatecznie - przymus w postaci regulacji prawnych nie da im wyboru. Skoro rozumiesz interes dziecka - tu tłumaczyć nie będę. Pozdrawiam serdecznie. Agata

    OdpowiedzUsuń
  7. "jeśli rodzice adopcyjni tego nie chcą" - błąd, miało być "zastępczy". mea culpa. Agata

    OdpowiedzUsuń
  8. Tak jak napisała Agata, kropla drąży skałę. I mniej więcej w ten sposób do tego podchodzę.
    Rodzice zastępczy są w zdecydowanej większości bardzo empatyczni i uważają się za rodzinę, a nie przechowalnię dzieci zastępczych. Przynajmniej te rodziny, które znam, nie trzymają się sztywno zasady „sprawowania bezpośredniej opieki”. Owszem, ma to miejsce w stosunku do rodziców biologicznych – ale tym te dzieci z jakiegoś powodu odebrano. Rodzice adopcyjni są natomiast ludźmi już sprawdzonymi, po szkoleniu i uzyskaniu kwalifikacji. Za kilkanaście dni to oni będą sprawować bezpośrednią opiekę nad dzieckiem. Nie wiem co by było, gdyby wydarzył się jakiś nieszczęśliwy wypadek w domu RA, gdy nie było jeszcze powierzenia pieczy. Nie znam takiego precedensu. Z pewnością wszedłby prokurator. Co byłoby dalej? Jednak tak jak wyżej wspomniałem, większość rodziców zastępczych wkalkulowuje takie ryzyko w swoją pracę, bo jest to dobre dla dziecka.
    Natomiast rodzice adopcyjni są często pozbawieni wsparcia ze strony OA (tak jak napisała Olga). I to nie tylko po adopcji, ale nawet w trakcie szkolenia. Zapamiętują z niego kilka procent informacji, najczęściej dotyczących FAS, RAD i innych zaburzeń. Niektórzy zafiksowują się na sobie, próbując zawłaszczyć dziecko tylko dla siebie. Czasami nieprzepracowane traumy związane z niepłodnością mają swoje konsekwencje w momencie gdy dziecko zaczyna dorastać. Wszystko to powoduje, że taki nastolatek jest dzieckiem trudnym. I o ile większość nastolatków jest trudnych (w każdej rodzinie biologicznej), o tyle w tym przypadku mówi się „bo on tak ma po rodzicach”. Nie bierze się pod uwagę okresu z wczesnego dzieciństwa. Również tego z czasu, gdy zamieszkało w rodzinie adopcyjnej – ale nie tylko.
    Właśnie dlatego uważam, że to co napisała dr Czub, powinni przeczytać wszyscy rodzice, nawet jeżeli rzeczywistość okaże się zupełnie inna.
    A może właśnie dzięki temu, rzeczywistość zacznie się zmieniać?

    OdpowiedzUsuń