poniedziałek, 25 marca 2019

--- ROMULUS i REMUS 4


Dzisiaj zabrałem się do opisania bliźniaków na najbliższe spotkanie zespołu oceniającego zarówno dzieci, ich rodziców, rozmaite instytucje, no i oczywiście nas.
W zasadzie bym sobie podarował ten wpis, ale Majka zadzwoniła do mnie mówiąc „zmień ostatnie zdanie, pani Izolda będzie na zespole”. I tak mnie to podkręciło, że jednak muszę coś napisać. Oczywiście zmieniłem ostatnie zdanie, zwłaszcza, że nie za bardzo musiałem się wysilić. W pierwotnej wersji było tak: „zmieniło się tylko to, że zmieniła się pani”.
No ale pani Izolda mogłaby to przeczytać i poczuć się urażona, więc... co mi tam.
Ale odniosę się do tego tematu, bo jest on dość ciekawy. Sama pani Izolda jest bardzo młodym dziewczęciem, tuż po studiach, naładowanym wiedzą. Mi zapewne brakuje tej wiedzy, za to mam doświadczenie, a do tego „swoje lata”, co razem powoduje, że nie powinienem być traktowany jak szczeniak, który przyprowadza do przedszkola dziecko, nie mając pojęcia kto to taki. Ale tej kwestii nie będę rozwijał.
Skupię się na samym przedszkolu. Nie wiem, czy jest to jakiś obowiązujący nurt, bo jest to nowe, prywatne przedszkole. Po kilkunastu miesiącach funkcjonowania, wymienionych zostało sporo wychowawców (łącznie z panią psycholog). Część została zwolniona, część zwolniła się sama. Przedszkole nie toleruje behawioralnego podejścia do dzieci. Nie istnieje coś takiego jak przyczyna i skutek, bodziec i reakcja, kara i nagroda. Może i fajnie, ale nie w grupie. No dobrze, niech będzie i w grupie – ale niech sobie nad tym sami zapanują. Odbierając dzieci słyszałem tylko uwagi, uwagi i uwagi. A co robić? Rozmawiać, rozmawiać i rozmawiać.
Nie bywam już w tym przedszkolu, bo nie che mi się rozmawiać, rozmawiać i rozmawiać (zwłaszcza z panią Izoldą, chociaż dziewczyna ogólnie jest nawet sympatyczna).
Ostatnio Romulus rozsypał po całym pokoju płatki ze swojej miseczki. Nie, że mu upadła i się rozsypały... zwyczajnie je rozrzucił. Majka właśnie szykowała dzieci na spacer. Przekaz był prosty – posprzątasz co rozrzuciłeś, to pójdziesz ze wszystkimi. Była wielka awantura, płacz, krzyk, rzucanie się na podłogę. Gdy wszyscy wyszli, zaczął sprzątać... i w końcu dołączył do grupy. Oczywiście mu pomogłem... chodziło o sam fakt wyrażenia chęci. Być może pani Izolda powiedziałaby, że go złamaliśmy, że pokazaliśmy swoją siłę, że powinniśmy rozmawiać. Ale gdybyśmy tylko rozmawiali, to nikt nie wyszedłby na spacer aż do wieczora.

Paśnik

Na górze jest jeszcze ciekawiej
Tylko schodzenie trochę przeraża


A teraz to, co za kilka dni przeczytają osoby zebrane na posiedzeniu zespołu:


Rozwój obu chłopców należy podzielić na kilka kategorii, ponieważ w niektórych jest on galopujący, w innych nieharmoniczny, a w jeszcze innych można nawet postawić tezę, że nastąpił regres w stosunku do tego co było kilka miesięcy temu.

Od stycznia bliźniaki chodzą do przedszkola. Bardzo lubią przebywać z dziećmi, są bardzo otwarci. Kiedyś chory Romulus, musząc pozostać w domu (gdy pozostała trójka naszych dzieci wychodziła do przedszkola) zrobił nawet małą aferę... ale taką malutką.
Również panie w przedszkolu uważają, że fizycznie i społecznie chłopcy są bardzo dobrze rozwinięci, a nawet przerastają swoich rówieśników z grupy.

Nastąpił ogromny postęp w sposobie wypowiadania się. Chłopcy są bardzo grzeczni, a nawet szarmanccy. Na przykład otwierają barierkę (nie stanowi ona już dla nich zabezpieczenia przed niczym) i mówią „proszę ciociu”. Nawet do mnie mówią też już „proszę wujku”, a nie jak wcześniej „prosze chujek”.
Rozumiemy już wszystkie wypowiadane przez nich słowa. No może poza tym „łejo adelaska”, chociaż czasami zastanawiam się, czy oni sami jeszcze pamiętają co to było. Jednak bywa, że powtarzają ten zwrot i wspólnie mamy niezły ubaw Chłopcy zaczynają rozumieć żarty i sami się nimi posługują.
Starsze o rok dzieci, które mieszkają w naszej rodzinie, wypowiadają się dużo bardziej niezrozumiale i popełniają dużo więcej błędów językowych. Początkowo wydawało nam się, że jest to kwestią czasu i po dziesięciu miesiącach nauczyliśmy się rozumieć ich mowę. Jednak bliźniaki na samym początku miały przeprowadzoną ocenę przez logopedę. Nie kwalifikowały się wówczas na terapię, ale gdzieś w kartotece ten fakt został odnotowany. Traf chciał, że ta sama pani logopedka pracuje w przedszkolu, do którego dzieci uczęszczają. Postanowiła po tym niecałym roku sprawdzić, jak się teraz rzeczy mają. Nawet pani wychowawczyni nie chciała jej oddać chłopaków na badanie, twierdząc: „ale oni przecież mówią”. Okazuje się, że niektóre dzieci z tej samej grupy w ogóle nie mówią. W każdym razie, pani logopedka była pod ogromnym wrażeniem postępów dokonanych przez obu chłopców.

Fizycznie nie można chłopcom niczego zarzucić. Chętnie biegają po lesie, jeżdżą na rowerkach (na razie tylko biegowych), skaczą na trampolinie (nawet zimą, gdy tylko śnieg na niej nie zalega) i wchodzą do paśnika po dygoczącej się drabinie. Sprawnie korzystają z wszelkiego rodzaju przyrządów na placu zabaw i w parku rozrywki (do którego mają wykupiony karnet).

Społecznie też są bardzo dobrze rozwinięci. Potrafią (i robią to chętnie) nawiązać kontakt nawet z zupełnie obcymi sobie osobami. Dzięki temu, pójście do przedszkola nie wiązało się z żadną traumą, płaczem, odreagowywaniem wszystkiego w nocy.
Dzieci uwielbiają chadzać na zakupy. Z jednej strony pewnie dlatego, że jest to miejsce, w którym sporo się dzieje, a z drugiej że zawsze są atrakcją (zarówno dla pań obsługujących klientów, jak też dla samych klientów). Chociaż staramy się rozdzielać rodzeństwo, aby nie wydawało im się, że wszystko muszą robić razem. Bywa więc, że jedzie do sklepu tylko jeden z nich, albo w konstelacji z połówką drugiego rodzeństwa. Zabranie całej czwórki raczej wiązałoby się z demolką sklepu.
Zdarza się jednak, że jadą tylko bliźniaki i też jest to dla nich jakieś doświadczenie, które być może przekonuje ich, że nie są jednym ciałem. Kiedyś byliśmy w cukierni i pani zwróciła się do Romulusa (wyższego o głowę) mówiąc: „ty jako starszy powinieneś być mądrzejszy”. Na to Remus: „ja jestem starszy”. I miał rację... dwie minuty często robią wielką różnicę.

Gorzej sytuacja wygląda z radzeniem sobie z emocjami. W tym przypadku trudno jest napisać o bliźniakach, trzeba osobno napisać o Romulusie i osobno o Remusie.
Romulus jakby ciągle tkwi w cieniu swojego brata. Od samego początku sprawiał wrażenie, że czuje się tym gorszym z braci. Starał się na siłę zwrócić na siebie uwagę, był większym rozrabiaką (ale bez przesady, wszystko było w granicach zachowań trzylatka). W pewnym momencie zaczęło się to zmieniać. Może poczuł się bardziej akceptowany, doceniany, albo traktowany na równi ze swoim bratem. Pójście do przedszkola spłynęło po nim jak woda po kaczce, albo może właściwsze jest określenie, że poczuł się tam jak ryba w wodzie. Od dwóch tygodni wszystko nagle się zmieniło. W przedszkolu stał się agresywny. Zaczął bić i gryźć inne dzieci - tak że nawet krew się lała. W domu było nieco lepiej... ale tylko nieco. Stał się nieposłuszny. Bywało, że wpadał w niczym nieuzasadniony szał. Nie chciał sprzątać zabawek, co dotychczas robił nawet z przyjemnością. Gdy kiedyś moja żona go przytuliła i powiedziała „kocham cię”, on odpowiedział „nie... ty kochasz Remusa”.
Trudno powiedzieć, co może być przyczyną takich zachowań, chociaż widzę trzy różne możliwości.
Pierwsza to taka, że jednak różnicujemy bliźniaków (wyróżniając Remusa), ale tego nie dostrzegamy.
Druga, że chłopcy zaczęli się spotykać jednocześnie z babcią oraz mamą i tatą. Gdy spotkania miały miejsce trzy razy w miesiącu i raz była to babcia, a raz mama, to wszystko było dobrze. Nie mamy zbyt dużej wiedzy na temat tego co działo się w domu rodzinnym dzieci. Ale być może zobaczenie rodziców znowu razem, spowodowało że wróciły jakieś dawne wspomnienia. Być może Romulus zaczął dysocjować. Przenosi się do czasu sprzed roku i nagle podchodzi do któregoś z dzieci i „wali go w łeb”. Chociaż swojego brata nie bije.
Trzecia możliwość (być może najbardziej prawdopodobna) to taka, że dwa tygodnie temu odchodziła od nas Plotka (do rodziny adopcyjnej). Dziewczynka miała nieco ponad rok i dla chłopców była przecież jak siostra. Byli z nią bardzo związani. Gdy schodzą rano po schodach, to często mówią „cicho... bo Ploteczka śpi”. Niby wiedzą, że już jej nie ma, ale ciągle istnieje w ich świadomości. Będąc u nas, pożegnali już Sasetkę, Maludę i Kapsla... no i Ploteczkę. Być może zastanawiają się, którego dnia oni też znikną. Nie wiedzą tylko gdzie się ponownie pojawią... zresztą tak jak my.
Czwarta możliwość...?

Remus jest bardziej spolegliwy, bardziej introwertyczny, nie wyraża swoich emocji w sposób bardzo ekspresyjny. Chociaż w ostatnim czasie jest bardziej empatyczny. Przejmuje się losem dziecka, któremu jest przykro, albo które się wścieka. Kiedyś było mu wszystko jedno, co dzieje się wokół.
A jednak pójście do przedszkola nieco zmieniło jego świat... ale ten świat bycia w przedszkolu. W przeciwieństwie do Romulusa, nie nadawał na tych samych falach z panią wychowawczynią. Nie chciał spać (albo chociaż wyciszyć się) w południe, zaczął robić siku w majtki, łazić po meblach. I nagle wszystko wracało do normy po powrocie z przedszkola - Remus stawał się innym dzieckiem.
Ale już wszystko się zmieniło. Remus znowu nie ma zakładanej pieluchy będąc w przedszkolu. Nie wchodzi na szafki, nie przeszkadza innym dzieciom, które mają ochotę się przespać. Widocznie w końcu się z panią dogadał.




sobota, 16 marca 2019

--- Teleportacja


W dniu, gdy odeszła od nas Plotka, zmienił się stan mojej świadomości. Zawsze gdy odchodzi od nas dziecko, poznaję nowych rodziców, nowe sytuacje, zdobywam nowe doświadczenia, które jak sądzę pozwalają mi być coraz lepszym przy kolejnej adopcji.
Jednak tym razem zmienił się również mój stan skupienia. Krótko mówiąc, przeszedłem w stan lotny... taka sublimacja. Dzisiaj byłem u klienta. Wracając, minąłem znany sobie zjazd. Wiedziałem, że mam jeszcze pięć kilometrów do kolejnej krzyżówki, która zaprowadzi mnie do domu. Przejechałem kilkaset metrów... no może kilometr, i nagle zobaczyłem wielki napis „punkt poboru opłat – 500 metrów”. Zacząłem się zastanawiać, gdzie ja właściwie jestem, bo przecież na drodze, którą jechałem, nigdy czegoś takiego nie było... nagle znalazłem się na autostradzie. Do najbliższego wyjazdu miałem kolejnych 20 kilometrów. Wyjechałem niedaleko od miejsca, w którym mieszka Plotka. Dzisiaj nie odwiedziłem jej, bo przecież widzieliśmy się wczoraj. Zacząłem się jednak zastanawiać, jak było to możliwe. Drogę, którą jechałem, znam jak zły szeląg. Nadrobiłem ponad pięćdziesiąt kilometrów, a dojechałem do domu o pięć minut szybciej, niż gdy rano jechałem w przeciwną stronę. Nie potrafię tego wyjaśnić. Teoretycznie można by rozważać taką możliwość, że przysnąłem za kierownicą. Tyle tylko, że nie jechałem autonomicznym samochodem Tesli, tylko starym gratem Majki, który nie osiąga prędkości światła... a nawet dźwięku. Jak nic – teleportacja. Niestety musiałem za nią zapłacić. Na szczęście tylko 7 złotych.

Po tym przydługim wstępie, opiszę nasze wczorajsze spotkanie z Plotką. Elton i Majka ustaliły, że ten pierwszy raz spotkamy się bez dzieci zastępczych (czyli Ptysi i Bliźniaków), za to wizyta będzie bardzo szybko. Mam nadzieję, że niczego nie pomieszałem, chociaż nawet jeżeli tak, to bardzo będzie to pasowało do imienia, które nadałem dziewczynce. Zresztą próbowałem dociec, dlaczego wydawało mi się, że Plotka zasypia tylko w obecności taty. No i była to tylko plotka, którą przekazała mi Majka. Był to tylko jednorazowy incydent, gdy tata położył się obok Plotki (w czasie południowej drzemki), i gdy chciał już wyjść, to zaskrzypiała podłoga i musiał wrócić. Ostatecznie przyszła do niej Elton. Mam nadzieję, że tym razem niczego nie pomyliłem... chociaż pewności nie mam.

Skupię się może na faktach. Na tym co widzę i czytam.
Po naszym wyjściu z wczorajszego spotkania, Elton napisała, że musi nas zmartwić, ale dziewczynka nie płakała za nami, zjadła deserek, poszła na spacer, a potem spać. Oczywiście było to napisane z przymrużeniem oka (no powiedzmy kilkoma emotkami), bo wszyscy wiemy, że z tego tylko należy się cieszyć. I chociaż cały czas w jakiś sposób tęsknię za Ploteczką, to wiem że wszystko wspólnie przeprowadziliśmy najlepiej, jak było to możliwe. Przynajmniej według tego, co w tej chwili wiemy. Pisałem już, że Plotka ma czteroletniego (mniej więcej) brata, którego Elton i David adoptowali te kilka lat temu. Elton stwierdziła, że od tego czasu bardzo zmieniło się podejście ośrodka adopcyjnego do procesu przekazania dziecka rodzinie adopcyjnej. Zresztą my też mamy podobne zdanie, bo przecież kilka lat temu również odchodziły od nas dzieci do adopcji – głównie z tego ośrodka. Dawniej nacisk był kładziony na czas. Na to, aby jak najszybciej złożyć wniosek w sądzie o powierzenie pieczy, aby dziecko jak najszybciej znalazło się w rodzinie adopcyjnej. Teraz na „dzień dobry” rodzice otrzymali informację, że dwa tygodnie spotkań dzień w dzień, to jest minimum. I to jest dobre, chociaż pewnie może być uciążliwe. Staramy się wspomagać rodziców, więc Majka zawoziła dziewczynkę rano (gdy tata był w pracy) a wieczorem rodzice ją odwozili. W tym przypadku nie było problemu, bo przejazd w jedną i drugą stronę zamykał się w półtorej godziny. Niestety mam coraz większe wątpliwości do zasadności adopcji, gdy odległość między rodzicami, a miejscem pobytu dziecka, wynosi dobrych kilkadziesiąt, a nawet kilkaset kilometrów – no chyba, że też potrafią się teleportować.

Plotka oczywiście nas poznała i ucieszyła na nasz widok. Bardzo fajnie się bawiliśmy (jak zawsze w parterze – czyli na podłodze). Nadal ma stare przyzwyczajenia i na przykład przychodzi, w specyficzny sposób układając główkę do całowania po szyi. Krążyła tak przez kilka minut między Elton, Majką a mną. Zauważyliśmy też nowe zachowania, uśmiech numer siedem – którego wcześniej nie było. Mała na pożegnanie przybiła piątkę i zrobiła pa-pa.
I chociaż ogromnie się cieszę z tej adopcji, to jednak gdzieś sercu żal. Pamiętam (jeszcze było to u nas), gdy Ploteczka się przewróciła. Romulus przybiegł krzycząc „Plotka sie wyrzneła”. Chciałem podbiec, ale uświadomiłem sobie, że to już nie ja jestem tatą. Bo ten stał obok.
I być może dlatego tak długo zwlekałem z przekazaniem rodzicom informacji o tym blogu. Właściwie to nigdy im o nim nie powiedziałem. Elton sama na niego trafiła i poznała po zdjęciu... nie wiem tylko czy moim, czy Plotki.

Mama biologiczna dziewczynki cały czas się odzywa. Pyta co u małej, prosi o zdjęcie. Zupełnie nie zdaje sobie sprawy z tego, że nie ma już żadnych praw do dziewczynki. Nie potrafi zrozumieć prostej decyzji sądu, ale jest w stanie wynająć prawnika, który na fali obowiązującej ideologii, bez zawahania złoży wniosek o przywrócenie praw rodzicielskich, zupełnie nie wgłębiając się w ten konkretny przypadek.
Niestety jest to kolejna sytuacja, gdy ukrywamy prawdę... chociaż w zasadzie to zwyczajnie okłamujemy mamę biologiczną. Przesyłamy zdjęcia (w końcu trochę ich mamy). Majka nie chciała, abym o tym pisał. Ale nie mogę... Nie mogę zrozumieć, dlaczego rodzic biologiczny, który kilka miesięcy temu miał odebrane prawa rodzicielskie, nadal może złożyć wniosek o ich przywrócenie, mimo że dziecko mieszka już w rodzinie adopcyjnej i rodzice mają powierzoną nad nim pieczę.
No to przesyłamy mamie na przykład takie zdjęcie (jak poniżej) wyszukane gdzieś tam. Plotka to, czy nie Plotka? Kiedyś jedna z mam, przychodząc na spotkanie ze swoim dzieckiem, zwyczajnie go nie poznała i przywitała się z innym. Mamie Plotki też możemy wysłać dowolne zdjęcie. Czekamy do rozprawy i uprawomocnienia się wyroku.
Najbardziej przykre jest to, że z taką łatwością nauczyłem się kłamać. A może bardziej to, że zostałem do tego zmuszony przez niesprawne prawo.








sobota, 9 marca 2019

PLOTKA 6

Kiss me goodbye



No i stało się. Czterysta dziewięć wspólnych dni dobiegło końca. Długo... o wiele za długo, chociaż do rekordu jeszcze sporo brakuje.
Kupiłem sobie dzisiaj butelkę cytrynówki. Siedzę, piję do lustra i wspominam. Nie mam ochoty rozmawiać z kimkolwiek, nawet z Majką... chcę być sam. Tym bardziej, że po czterech latach wypada znowu przepłukać kanaliki łzowe.

Od kilku dni zacząłem odhaczać „ostatnie razy”. Ostatni spacer, ostatnia kolacja, ostatnia kąpiel. Wczorajszej nocy miało być ostatnie mleko. Nie było... Plotka przespała bez budzenia się aż do ósmej. I pomyśleć, że można zatęsknić do wstawania o trzeciej nad ranem.

Mam jednak poczucie dobrze wykonanej pracy. Chociaż bez współpracy z rodzicami adopcyjnymi niewiele by z tego wyszło. Spotykali się z dziewczynką przez ponad miesiąc. Najpierw przyjeżdżali do nas, później Majka zawoziła rano Plotkę do ich domu, a rodzice odwozili ją na noc. Mała zaczęła tam spędzać coraz więcej czasu. Poznała swój pokój, swoje łóżeczko. W ciągu ostatnich kilkunastu dni częściej bywała tam niż tu (zarówno w ciągu dnia, jak i w nocy).
Tata Plotki dostąpił jednak zaszczytu wykąpania córki w naszej łazience, chociaż myślałem że ten element zostanie pominięty. Przyjechał kiedyś sam (bez żony) i zapytał, czy może ją przed pożegnaniem wykąpać. Pokazałem mu, gdzie jest wanna, gdzie ręcznik, pielucha. Poradził sobie doskonale. Nie pierwszy już raz ogarnął kupę. Może nawet ja byłem w większym stresie, bo zupełnie zapomniałem pokazać, gdzie jest witamina C, D, zyrtec i krem do posmarowania dupska.
Plotka bardzo lubi swojego tatę (mamę też, ale mamę to lubi każde dziecko). Wyciąga do niego ręce, zasypia tylko w jego obecności. Trochę go wykorzystuje, bo gdy wracała na noc do naszego domu, to zasypiała sama – tak jak zawsze.
Pani psycholog z ośrodka adopcyjnego powiedziała ostatnio, że odejście dziecka do rodziny adopcyjnej, zawsze wiąże się z traumą (większą lub mniejszą) i pozostawia na zawsze ślad w jego umyśle. No skoro tak mówi... Ja jednak odnoszę wrażenie, że nowi rodzice są dla dziewczynki już przynajmniej tak samo ważni jak my. Zobaczymy co będzie dalej. Postaram się też zwrócić uwagę na zachowanie Bliźniaków i Ptysi. W tej chwili wszyscy się cieszą, że Ploteczka odeszła do rodziców. Tyle, że oni nie wiedzą co to rodzic adopcyjny. Mama – to mama... to ich mama. Nie wiem co by było, gdyby do nich zaczęli przychodzić rodzice adopcyjni – bo przecież oni czekają, kiedy wrócą do swojej mamy.

Dzisiaj cała nowa rodzina Ploteczki przyjechała na pożegnalną kawę. Wypełniliśmy wszystkie druki, które są niezbędne do przedstawienia w rozmaitych urzędach (zarówno przez nich, jak i przez nas). Pstryknęliśmy sobie kilka zdjęć. Napomknęliśmy o pudełku wspomnień (nawet je pokazaliśmy), ale musimy jeszcze dołożyć tam parę rzeczy... przede wszystkim wywołać zdjęcia z dzisiejszego spotkania. No i jest to dobry pretekst, aby wkrótce się spotkać. Zostaliśmy zaproszeni w przyszłym tygodniu ze wszystkimi naszymi dziećmi zastępczymi.

Pojechali... Mógłbym zacytować klasyka: „pełno nas, a jakoby nikogo nie było”.
Wydałem dzieciom obiad, Majka wybrała się w odwiedziny do Sasetki i Maludy. Trzeba było czymś zająć umysł. Udawaliśmy przed sobą, że jest dobrze. Ale tak wcale nie było... i jeszcze przez jakiś czas nie będzie.
Kilka tygodni temu, Majka zapytała mnie, czy uważam że dobrze robię, tak bardzo obnażając się na blogu ze swoimi uczuciami w stosunku do Plotki. Zastanawiała się, czy innym rodzicom adopcyjnym naszych dzieci nie będzie przykro. Nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie. Nie wiem też czym zauroczyła mnie Plotka. Bo przecież nie była ani mądra, ani piękna... no dobrze – była. Co ja mówię – jest.

Cieszę się jednak z moich odczuć. Kiedyś obawiałem się, że oddając dwudzieste któreś dziecko, będę jak automat. Do perfekcji opracowane procedury i zero emocji.
Nie ma co się oszukiwać, że wszystkie dzieci kocha się tak samo. A do tego, raz na jakiś czas, trafia się Plotka. I na taką ewentualność trzeba być przygotowanym.




niedziela, 3 marca 2019

--- Masz wiadomość cz. 1


Od jakiegoś czasu zbieram się do opisania tego, jak ewoluowały moje poglądy w kontekście rodzicielstwa zastępczego i adopcyjnego. Często rozmaite osoby zadają mi pytania... bardzo różne pytania, chociaż moje odpowiedzi wielokrotnie bywają podobne. Jak już się z tym uporam, to zwyczajnie podam tylko link do strony.

Póki co, łatwiej jest mi opisać dalsze losy dzieci, które z nami mieszkały. Może nawet nie tyle ciekawe jest to, co się u nich w tej chwili dzieje, ale to w jaki sposób rodzina, w której przebywają, dba o ich historię, o to aby w ich świadomości nie było kiedyś w tej kwestii białych plam.

Dzisiaj napiszę o kilkorgu z tych dzieci. Kolejność jest zupełnie przypadkowa, a cały tekst zakończy się w momencie, gdy poczuję, że zaczynam wpadać w objęcia Morfeusza.

Mniej więcej dwadzieścia lat temu oglądałem film „Masz wiadomość”. Doceniam kunszt aktorski Toma Hanksa, chociaż (z bardziej prozaicznych powodów) utkwiła mi w pamięci rola zagrana przez Meg Ryan. Dzisiaj wróciłem myślami do tego filmu, ponieważ spodobał mi się jego tytuł... bo to on, a nie fabuła, doskonale pasują do tego, o czym chciałbym napisać (a już na pewno, od czego chciałbym zacząć).

Pięć lat temu mieszkała z nami Królewna. Niewidoma dziewczynka z porażeniem mózgowym i wieloma innymi przypadłościami. Była mi ona bardzo bliska, a rozstanie z nią było najtrudniejsze w mojej dotychczasowej historii rodzica zastępczego. Być może nawet pożegnanie Plotki będzie łatwiejsze. Tego jeszcze nie wiem, ale jeśli tak będzie, to głównie dlatego, że ona trafi do kochającej ją rodziny adopcyjnej. Królewna mieszka teraz w Domu Pomocy Społecznej. Ja mam z nią mały kontakt. Widuję ją może ze dwa razy w roku. Majka odwiedza ją częściej. Staramy się też spędzić wspólnie kilka dni w czasie wakacji.
Niestety Królewna jest dzieckiem, którym powoli wszyscy będą przestawać się interesować. Myślę tutaj zarówno o wolontariuszach przychodzących do DPS-u, jak też ludziach wspomagających finansowo rozmaite fundacje. Królewna nie jest już małym bobaskiem. Za kilka lat będzie nastoletnią dziewczynką, z coraz większymi problemami zdrowotnymi. Nigdy nie usiądzie, nigdy nie wypowie żadnego zdania... najwyżej będzie się uśmiechać. Nie jest to stan, który mobilizuje ludzi do pomocy. Łatwiej pomaga się gdy jest szansa na wyzdrowienie, niż gdy można tylko przynieść ulgę w cierpieniu.
Królewna ma jednak Nataszę. Z prawnego punktu widzenia, jest to jej opiekunka prawna, ale ja nazwałbym ją mamą... chociaż jak ktoś kiedyś powiedział, jest to tylko „mama na dochodne”. Królewnie to wystarczy, bo niejedna biznesmama widzi swoje dzieci rzadziej niż Natasza Królewnę.
I właśnie ta jej mama, poza poświęcanym czasem i sercem, próbuje robić różne rzeczy, które pozwolą aby życie dziewczynki było łatwiejsze. Już drugi rok z rzędu zbiera na pionizator i specjalistyczny wózek. Wprawdzie dziewczynka ma jakieś przyrządy, które ułatwiają jej życie, to Natasza (jako jej rehabilitantka od urodzenia), zdaje sobie sprawę, iż nie jest to to, co być powinno (choćby dlatego, że dziewczynka jest coraz większa, więc te potrzeby się zmieniają). Ma otwarte konto w jednej z fundacji. Wspólnymi siłami staraliśmy się zmobilizować znane nam osoby do przekazania jednego procenta na jej cel. Po prawie dwóch latach udało się zebrać zaledwie trzy tysiące złotych.
Majka podobnie jak rok temu ruszyła z kampanią na swoim FB. Przeglądając znajomych, natknęła się na osobę, która w zasadzie jest tam przez przypadek. Niektórzy ludzie zapraszają każdego „jak leci”. Majka stara się dobierać osoby, i znajomy musi być nawet kimś więcej niż tylko znajomym. Prawdę mówiąc, to nawet się zastanawiałem, czy odpowie na moje zaproszenie.
Osoba, o której wspomniałem, jest jej dawną klientką. Trudno nawet powiedzieć, czy się lubiły. Dziewczyna przychodziła na zabieg kosmetyczny i chciała się tylko zrelaksować. Nie lubiła rozmawiać, a Majka starała się to uszanować... chociaż pewnie przychodziło jej to z trudem.
Trochę zawahała się przed naciśnięciem klawisza „enter”, ale jednak to zrobiła - kliknęła na „wyślij wiadomość”. Następnego dnia otrzymała informację zwrotną: „a ile to kosztuje?” Majka odpowiedziała, że pionizator to wydatek rzędu 16 tysięcy, ale ważna jest każda złotówka. Liczyliśmy może na kilkadziesiąt złotych. Kolejne pytanie: „a wózek?” Majka skonsultowała się z Nataszą, podliczyły wszystko. Mamy trzy tysiące, NFZ finansuje pięć. No to brakuje 21 400. Następnego dnia rano: „pani Majko, przelałam 22 tysiące, potrzebuje pani jakieś potwierdzenie?”

Co u Kapsla? Pewnie będzie coraz gorzej. To, że wyzywa siostry zakonne od dziwek, to w zasadzie nikogo już nie dziwi. Jego kultura osobista powoli „opada”. Chociaż siostry nadal uważają, że w porównaniu z innymi chłopcami z tej placówki, wciąż prezentuje wysoki poziom. Majka wybrała się ostatnio do niego razem z mamą Gacka. Była ona dla Kapsla też ważną osobą. Chłopiec sporo dni spędził z rodziną Gacka już po jego adopcji.
Mama Kapsla zaczyna go odwiedzać coraz rzadziej, co zresztą przewidywaliśmy. Sprawa o przywrócenie praw rodzicielskich cały czas jest aktualna, chociaż nie wiem, czy istnieje jakiekolwiek prawdopodobieństwo, aby chłopak z nią zamieszkał. Z nami mama nie utrzymuje już żadnych kontaktów. Miała pozwolenie na urlopowanie syna na święta. Majka nawet zaproponowała, że odwiezie go do ośrodka, ale mama nie skorzystała z tej propozycji.
Ciekawe jest to, że Kapsel cały czas reaguje na uwagi opiekunek typu „cioci Majce będzie przykro, jak tego nie zrobisz”. Maja jest więc z jednej strony straszakiem, ale z drugiej można powiedzieć, że cieszy się dużym autorytetem wśród dzieci. Nie tylko Kapsla.
Nie wiem jak ona to robi, ale dzieciaki ją lubią (a wręcz kochają) i jednocześnie wykonują wszelkie jej polecenia. No, może nie zawsze... chociaż w porównaniu ze mną, to można powiedzieć, że zawsze.
Załączę poniżej trzy zdjęcia, które zrobiłem w odstępie kilkunastu sekund (podglądając poprzez elektroniczną nianię). Dzieciaki uwijają się jak w ukropie (sprzątając zabawki), a Majka siedzi i czyta książkę. Tak było przez kilkanaście następnych minut. Gdy ja podjąłem się takiego zadania, to niestety sam musiałem wykonać większość czarnej roboty.

































Zresztą z każdym przyjętym dzieckiem, coraz bardziej przekonuję się, że rodzic zastępczy przede wszystkim musi mieć zasady (umiejętność opiekowania się jest sprawą drugorzędną). I te zasady trzeba umieć przedstawić i wyegzekwować. I wcale nie tylko chodzi o dzieci. Trzeba umieć powiedzieć swoje zdanie również sądowi, PCPR-owi, rodzicom biologicznym. Ostatnio na spotkanie z Ptysiami przyjechał Helmut. Zupełnie niezapowiedziany, do tego zaczął robić Majce jakieś uwagi. Bardzo często rodzice biologiczni traktują zastępczego jak opiekunkę do dziecka. No to Maja wytłumaczyła mu grzecznie, że jest zwyczajnym dupkiem, że jest co najwyżej ojcem przyszłego rodzeństwa Ptysi (jeżeli wcześniej nie ucieknie), że do przebywających u nas dzieci nie ma żadnych praw i jak jeszcze raz przyjedzie nieumówiony, to spakuje dzieci do samochodu i spotkania nie będzie. Oczywiście Majka wyraziła to nieco innymi słowami, ale przynajmniej to, że musi się umawiać na wizytę – powinien zrozumieć.

Niestety niewiele wiemy na temat Smerfetki. Rodzice się do nas nie odzywają, do Ośrodka Adopcyjnego również. Niedawno wspomniałem, iż dotarły do nas informacje, że wszystko jest w porządku, bo rodzice Smerfetki utrzymują kontakt z inną rodziną adopcyjną. Dostałem zresztą za to zjebkę od Majki, bo teoretycznie rodzice dziewczynki mogą zaglądać na tego bloga, więc w jakimś sensie mogłem pogrążyć tę rodzinę. Ale przecież dowiedzieliśmy się tylko tyle, że jest okej i nic więcej. Nie sądzę też, aby rodzice Smerfetki tutaj wchodzili. Oni zwyczajnie chcieli zapomnieć o wszystkim co było „przed”.

Opiszę może jeszcze Landrynę i Cezara. Rodzeństwo mieszkało z nami zaledwie przez miesiąc, chociaż jeszcze kilka razy spotkaliśmy się w późniejszym okresie. Rodzicom odebrano prawa rodzicielskie, a dzieci zostały zakwalifikowane do adopcji... i zamieszkały w nowej rodzinie. Niestety przypomniała sobie o nich babcia dzieci, która niewiele różni się od rodziców. No ale prawo jest prawem, więc sytuacja ciągnie się już prawie rok. Landryna jest już nastolatką, i ma pełną świadomość istniejącej sytuacji. Wszyscy żyją w wielkim stresie. Dzieci są całym sercem po stronie rodziców adopcyjnych i nie wyobrażają sobie zamieszkania z babcią. Ale sąd nadal myśli. Napisałem to dlatego, aby uzmysłowić osobom postronnym (bo rodzice adopcyjni najczęściej o tym wiedzą), że dopóki nie uprawomocni się orzeczenie o ustanowieniu rodziny adopcyjnej (co następuje kilka miesięcy po powierzeniu pieczy i zamieszkaniu z tą rodziną), wszystko może się zdarzyć.

Właśnie doszedłem do wniosku, że jednak kolejność opisywanych dzieci nie jest przypadkowa, chociaż wcale tego nie planowałem. Skupiłem się na sprawach trudnych.

Tak więc, aby dopełnić listę, muszę jeszcze wspomnieć o Białasku. Chłopcem zaopiekowała się samotna mama. Niestety szanse na adopcję miała niewielkie, więc wybrała drogę poprzez bycie rodzicem zastępczym. Nie ukrywała, że ma motywacje adopcyjne. Wspólnie z PCPR-em zaproponowaliśmy właśnie tego chłopca, bo wydawało się, że sprawa jest bardzo prosta. Do tego sąd pod który chłopiec podlega się nie pier...li i dobro dziecka faktycznie jest najważniejsze (co nie zmienia faktu, że do terminów też można mieć wiele zastrzeżeń). Traf chciał, że mama biologiczna poszła do więzienia. W takim przypadku nie można odebrać jej praw rodzicielskich, bo przecież nie może pokazać, że jednak jest wspaniałą mamą. Całkiem niedawno Białasek nas odwiedził. Jest fantastycznym chłopcem. Nie wiem w jakim zakresie pamięta to, że kiedyś z nami mieszkał. Być może nic nie pamięta. Ale świetnie się bawiliśmy. Bardzo szybko wszedł w relację z naszymi dziećmi zastępczymi, chociaż żadnego z nich nie znał. Zresztą jest to w zasadzie regułą, że dzieciom które od nas odchodzą, najbardziej brakuje dzieci... nawet niekoniecznie tych, z którymi się wychowywały.
Wszystko trwa już kilka lat, a mama po wyjściu z więzienia złożyła wniosek do sądu o możliwość urlopowania chłopca w każdy weekend, święto, ferie i wakacje. Ale nie przyszła na rozprawę. No to sędzina się zdenerwowała i połączyła jej wniosek z rozprawą o uregulowanie sytuacji prawnej chłopca. W zasadzie nie mamy wątpliwości, jaka będzie decyzja. Ale mama może się przecież odwołać, co spowoduje kolejne miesiące niepewności.

Przypomniałem sobie o jeszcze jednej smutnej historii. Jest nią przypadek Impresji. Majka jakiś czas temu zapakowała nasze dzieci do samochodu i pojechała ją odwiedzić. Chociaż nie wiem, czy jest to właściwe słowo, bo przecież dziewczynka spoczywa na cmentarzu. Ale przynajmniej mamy pewność, że grób jest zadbany. Być może dbają o niego sąsiedzi, bo rodzina mieszka w małej miejscowości, w której relacje międzyludzkie wyglądają nieco inaczej niż w dużych miastach.

Jeszcze dwa przypadki... Sztanga i Asteria. Tutaj historia zatoczyła koło i dziewczynki po kilkunastu miesiącach znalazły się w tym samym punkcie, skąd zostały interwencyjnie zabrane. Starsza z nich jest już dorosła i kiedyś pisała, że się zaręczyła. Jej wybranek mógłby być nawet jej ojcem, ale nie doszukiwałbym się jakiegoś psychologicznego podtekstu. Z młodszą nie mamy już kontaktu. Na początku Majka wysyłała jej życzenia urodzinowe, ale przestała na nie odpowiadać. Może tylko zmieniła numer telefonu, a może sama chce wykreślić pewien fragment czasu ze swojej pamięci. My to szanujemy. Jak by chciała, to nasze numery telefonów nie uległy zmianie.

Teraz to już chyba koniec. Więcej trudnych lub smutnych przypadków nie pamiętam. Następnym razem będą już tylko te, które miały szczęśliwe zakończenie. Mam nadzieję (a nawet jestem tego pewny), że wkrótce Białasek, Landryna i Cezar, też dołączą do tej grupy.