sobota, 24 października 2020

CALINECZKA


 

I co miałem zrobić?

Kiedyś napisałem, że jeżeli przyjmę jeszcze jedno dziecko, to każdy może mnie nazwać idiotą.

Teraz już może. Mamy siódme dziecko. Całe dwa i pół kilograma szczęścia.

Majka powiedziała do mnie: „ty decyduj”.

Ta dziewczynka wprowadzi najwięcej zmian w moim życiu. Na noc przenoszę się do naszej sypialni (z której miałem wypad kilka miesięcy temu), w której będę musiał ogarnąć Stokrotkę i Paprotkę. A to oznacza czasami nawet kilka pobudek, robienie mleka, przewijanie. A do tego wciąż będę miał na podglądzie starszą czwórkę, z której Remus też potrafi mnie wołać... że go boli noga, że jest ciemno, że dzieje się cokolwiek innego. Będę więc pewnie chodził śnięty przez całą dobę.

Majka przeprowadza się z Calineczką do garażu.

Gdy tak właśnie powiedzieliśmy naszemu organizatorowi pieczy zastępczej, to najpierw była konsternacja. No ale nasz garaż, od wielu lat ma zamurowaną bramę wjazdową, i pełnowymiarową toaletę, niczym nie ustępującą hotelowej. Może pięć gwiazdek bym jej nie przyznał... ale jedną na pewno.

Jest to więc jeden z najlepiej wyposażonych pokoi w naszym domu... chociaż bywało, że pełnił rolę magazynu. Garażem nigdy nie był, nawet gdy nim był.

Nie chciałem, aby Calineczka poszła śladem Mowgliego. Chłopiec rozpłynął się w systemie. Nikt ze znanych nam osób nic o nim nie wie.

Po wielkim zamieszaniu związanym z poszukiwaniem dla niego rodziny po całej Polsce, i wielkim odzewem tychże rodzin, okazało się, że sąd podjął decyzję o umieszczeniu chłopca u jego taty.

Tata, to taki rzadki gatunek (patrząc z mojej perspektywy ojca zastępczego), ale jak już jest, to najczęściej jest bardzo upierdliwy. Nie wiem co było przyczyną, jednak po kilku dniach, sąd wycofał się ze swojej pierwotnej decyzji, stwierdzając że tata się nie nadaje. Rozpoczęło się kolejne poszukiwanie rodziny zastępczej.

Obawiam się, że chłopiec ostatecznie mógł trafić do domu dziecka – nikt nic nie wie, a przynajmniej z zawodowymi rodzinami mamy ciągły kontakt... informacja jest równie szybka jak błyskawica.

Tak więc chciałem takiego losu Calineczce oszczędzić. Był to jednak dobry powód do upieczenia drugiej potrawy na tym samym ogniu.

Ptysie całkiem niedawno spędziły cały miesiąc w rodzinie zastępczej, która deklarowała chęć pozostania dla nich rodziną na stałe.

Postawiliśmy więc warunek, że weźmiemy Calineczkę, jeżeli sytuacja Ptysi zostanie uregulowana. Krótko mówiąc... gdy od nas odejdą.

Były to trudne negocjacje (które prowadziła też Majka – bo to ona jest od gadania), angażujące wiele osób.

Okazało się, że nasz sąd nie może podjąć decyzji o umieszczeniu Ptysi w nowej rodzinie zastępczej. Z kolei sąd, w którym toczy się postępowanie, też nie może takiej decyzji podjąć, bo sprawa nie jest zamknięta, a do tego przed nami badanie więzi (czytaj: kompetencji rodzicielskiej mamy).

Ale tak sobie pomyślałem, że przecież gdybym zamordował Majkę, to chyba jakiś sąd by mi te Ptysie odebrał. A czym się różni zamordowanie Majki od znalezienia fajnej rodziny dla dzieci? Niczym.

Tak więc Majka razem z naszą koordynatorką Jowitą dalej drążyły temat, i mamy rozwiązanie, które dla mnie jest bez precedensu. Jest niezrozumiałe... ale jest.

Ptysie zostaną przeniesione do nowej rodziny decyzją administracyjną. Potem zostanie to zgłoszone do sądu (w którym toczy się postępowanie), a ten to przyklepnie, rozszerzając nowej rodzinie kompetencje dotyczące podejmowania decyzji w sprawach medycznych i edukacyjnych.

Majka miała duży zgrzyt, bo traktowała to wszystko jako naszą chęć pozbycia się Ptysi.

Ale z drugiej strony... Rodzina jest dzieciom znana. Mieszkamy blisko siebie, więc będziemy się mogli odwiedzać. Telefony też jeszcze działają.

Mama zastępcza mówi do Ptysia nie inaczej jak Ptysiek. Da radę?

Tego nie wiem. Ale wiem, że ja nie jestem dla tych dzieci dobrym ojcem zastępczym.

Majka mówi, że jestem nudny, bo gdy wieczorem po kąpieli schodzę do niej, to zawsze mówię „przepaść”.

Z Bliźniakami potrafię czasem (przed snem) rozmawiać nawet godzinę. I to nie jest już czytanie bajek. To jest dyskusja. O wszechświecie, planetach, podróżach na księżyc, czarnych dziurach, dinozaurach. O tym jakie będą mogli wykonywać zawody. O tym, jakie są muzea, książki. O finansach?

Ptysie są nieco starsze, a jednak rozmawiamy tylko o tym, kto włączy lub wyłączy światło. Nie potrafię do nich dotrzeć. Czasami coś opowiadam i... widzę, że mnie tam nie ma. A przecież się staram. Naprawdę się staram.

No to się rozpisałem o Calineczce.

Ale w zasadzie to nic o niej nie wiem. Poza tym, że mama chce jej przywozić mleko (własne), a tata już nalega na spotkania i mówi, że będzie walczył.

Panie z porodówki wysyłały mu zdjęcia Calineczki i krótko ją opisywały w wiadomościach tekstowych.

Pewnie jest to ciekawy temat dla mediów. Troskliwa matka, dobrze zarabiający ojciec, i... odebrane dziecko.

Tyle tylko, że mama już ma dwójkę starszych dzieci, do których odebrano jej prawa. Tata pojawił się właściwie znikąd. Mama nie zgłosiła go jako ojca dziewczynki... nie są razem.

Zadzwoniła tylko do swoich starszych dzieci oznajmiając „słuchajcie... macie siostrzyczkę!!!”. Myślę, że pochłonęły tę wiedzę dokładnie tak jak Balbina (ona też ma siostrzyczkę)... czyli nijak.

Staram się nie być negatywnie nastawionym do rodziców dzieci, które zostają u nas umieszczane. Może ten facet jest całkiem porządnym człowiekiem. Może tylko przytrafiło mu się być ojcem kolejnego dziecka tej kobiety. Przecież bywa tak, że grzeczni chłopcy zostają ojcami dzieci z niegrzecznymi dziewczynkami.

Zobaczymy co będzie dalej. Póki co, odkurzyliśmy numery telefonów na policję i do firmy ochraniającej nasz dom.

Tutaj ważna jest też postawa Majki. Jej umiejętność prowadzenia rozmowy, nieugiętość, asertywność. Rodzice pewnie zadzwonią. Być może do drzwi naszego domu.

Tata na tę chwilę jest nikim... o ile nim faktycznie jest.

Mieszkającym z nami dzieciom zawsze wymyślam jakieś imię, które funkcjonuje na tym blogu. Tym razem (po raz pierwszy) jest to imię nadane przez Majkę. Ja bym tę dziewczynkę nazwał Comaneci.

A jak będziemy się do niej zwracać na co dzień? Nie mam pojęcia.

Do Paprotki mówię „Gabrycha”. Do Romulusa „Łysy”. A Balbina to „Zuzula”.

Moja mama mówiła do mojej siostry „Anita”, chociaż kilka lat wcześniej dała jej zupełnie inne imię.

Ostatnio rozmawiałem z dziećmi o liczbie mnogiej.

  • Pies... psy

  • Okno... okna

  • Człowiek... ludzie (wow)

  • Łysy... Łysy jest tylko jeden


Tak więc póki co, mamy siódemkę dzieci i słowne zapewnienia, że Ptysie odejdą do rodziny, w której będą już na zawsze. Do rodziny, która będzie te dzieci kochać, która podejmie się terapii, która dostała od nas (i jeszcze dostanie) całą wiedzę, którą posiadamy.

Adresu do bloga nie dostała... tak na wszelki wypadek.



sobota, 3 października 2020

--- KRETA, czyli wakacje z malkontentem


Gdzieś na Krecie

 Majce bezrobocie chyba nigdy nie będzie grozić. Jeżeli nie będzie już się nadawała choćby do pracy za ladą, to z pewnością chętnie zostanie zatrudniona w charakterze negocjatora, który potrafi przekonać każdego zdesperowanego człowieka, że jednak z parapetu, na którym siedzi, skakać nie warto.


Prawie rok temu udało jej się mnie przekonać, że po roku ciężkiej pracy z naszymi dziećmi, przyda nam się tygodniowy wypoczynek w Grecji. Znając mój trudny charakter, i niechęć do wyjazdów zagranicznych (zwłaszcza tych, gdy każdego dnia trzeba wstawać skoro świt, spędzać pół dnia w autokarze, by zobaczyć kilka budynków, które sam mogę sobie wygooglać siedząc w swoim pokoju, przed własnym komputerem), obiecała pełne odprężenie.


Majka wypadająca ze zjeżdżalni


Mieliśmy być jak ta Grażynka z Januszkiem, którzy dzień w dzień leżą przy basenie, piją piwo i wino, i opalają się... z rzadka przechadzając po nadmorskiej plaży. Mieliśmy ładować sobie furę jedzenia na talerze (wszystko co jest w zasięgu naszego wzroku), by po tygodniu narzekać, że codziennie było do jedzenia to samo. Mieliśmy nie robić nic. Do tego Majka obiecywała, że ptaki będą budzić nas, a łąki kołysać do snu... i że będziemy się kochać ile dusza zapragnie. W zasadzie całe ostatnie zdanie jest prawdziwe. Nie wiedziałem tylko, że ptaki wstają o 4:30.


Najważniejsze było jednak to, że byliśmy tam zupełnie sami. Oderwani od moich klientów, rodzin biologicznych naszych dzieci zastępczych i wszystkich instytucji.

Od rozmów o Ptysiach, Bliźniakach i dwóch maluchach, nie potrafiliśmy się uwolnić.

Pewnie to dobrze, bo być może świadczy o tym, że jednak te dzieci są dla nas ważne, i bycie pogotowiem rodzinnym jest czymś więcej niż tylko pracą Majki - który to pogląd wiele osób wyraża.

Nie pamiętam dokładnie, kiedy dałem sobie spokój z dręczącym mnie twierdzeniem, że od dzieci urlopu się nie bierze. To chyba było jakieś dwa, albo trzy lata temu.

W tej chwili jestem przekonany, że urlop rodziców zastępczych jest bardzo ważny... nie tylko dla samych rodziców, ale również dla mieszkających z nimi dzieci. W pewien sposób zostaje oczyszczona atmosfera, następuje reset i zaczynamy wszystko od nowa – mając jednocześnie zapisane w pamięci wcześniejsze historie i doświadczenia.

Bardzo obawialiśmy się o nasze najmłodsze dwie dziewczynki. Nie mam pojęcia, czym może skutkować rozstanie na dwa dni, tydzień, czy miesiąc. Czy nasze miesięczne rozstanie z półroczną Paprotką i Stokrotką mogłoby skutkować jakąś traumą w ich dalszym życiu? Na wszelki wypadek postanowiliśmy, że te dwa maluchy nie będą przebywać poza naszym domem dłużej niż tydzień. Ciekawe było dla mnie to, że urlop z tymi dwiema dziewczynkami, nadal był dla mnie urlopem. Jestem też przekonany, że tak samo by było, gdybyśmy wyjechali na wakacje tylko z samymi Bliźniakami, albo z samymi Ptysiami. Chyba nie bez powodu ktoś kiedyś wymyślił, że w zastępczej rodzinie zawodowej powinna być tylko trójka dzieci. Kolejne dziecko powoduje lawinowy wzrost trudności w każdej sferze. Teraz, gdy mamy szóstkę dzieci, wcale nie uważam, że jestem dobrym ojcem zastępczym. Co do nich mówię? Poczekaj, nie teraz, nie krzycz bo ona śpi, nie przeszkadzaj, pobaw się sam, muszę zrobić obiad.

Bliźniaki i Ptysie spędziły w rodzinach wakacyjnych cały miesiąc. Romulus z Remusem dopytywali o nas, upewniali się, że istniejemy i że niedługo do nas wrócą. Czy rozmowy przez telefon i trzykrotne odwiedziny w ciągu tego wakacyjnego miesiąca coś zmieniły... w jakiś sposób im pomogły?

Myślę, że tak. Ale tylko tak myślę. Nie wiem co dla takiego pięciolatka jest ważniejsze – proza życia w naszym domu, czy wakacyjne atrakcje z inną rodziną?

Z Ptysiami nie mieliśmy kontaktu przez cały miesiąc (tylko z ich rodzicami wakacyjnymi). Dzieci nas nie wspominały, o nic nie pytały.

Wychodzi na to, że to one zrobiły sobie od nas urlop.


Teraz jesteśmy już wszyscy razem. Powroty też były bardzo różne.

Stokrotka gdy mnie zobaczyła, to ucieszyła się całą sobą. To nie był tylko uśmiech, nie tylko wyciągnięcie rąk.

Paprotka sprawiała wrażenie obrażonej. Kilkadziesiąt minut musiałem czekać na jej zalotne spojrzenie. Chociaż może wynikało to z tego, że musiała się rozstać z nieco starszym Leosiem, z którym bawiła się przez miniony tydzień.

Romulus po powrocie wciąż na mnie wchodził, przytulał się, całował (właściwie robi to do teraz). Remus z kolei zamęczał mnie rozmaitymi opowieściami.

Balbina z Ptysiem weszli jak do supermarketu. Rozejrzeli się dookoła... spojrzeli na mnie, na Stokrotkę, Paprotkę, Romulusa, Remusa. Ptyś usiadł na fotelu... Balbina zapytała o bajkę i kolację. Zupełnie jakbyśmy widzieli się godzinę temu.

Ptysie były bardzo zadowolone z pobytu na wakacjach. Ich rodzice zastępczy jeszcze bardziej. Chłopiec przez cały czas był bardzo grzeczny. Balbina krótko przed końcem zrobiła kilka awantur, dwa razy siku w majtki. Zostało to potraktowane jako emocje związane ze świadomością powrotu do naszej rodziny. Nie zmieniło to jednak nastawienia rodziców wakacyjnych do dzieci... nadal chcą, aby Ptysie zamieszkały z nimi na zawsze. Mają świadomość tego, że rodzeństwo ma trudną przeszłość, że może nie być łatwo. Teraz tylko sąd musi wyrazić zgodę na przeniesienie dzieci od nas do nich. W tej kwestii, myśli już prawie dwa miesiące.

Balbina od kilku dni jest idealna. Nie krzyczy, nie wścieka się, znowu się do mnie przytula. Nawet mówi, że mnie kocha. Staram się utwierdzać ją w przekonaniu, że te zachowania są tak bardzo przez nas pożądane, tak bardzo potrzebne obu stronom.

Co z tego, że wiem, iż jest to tylko początek kolejnego miesiąca miodowego. Wiem, że jest to chocholi taniec, który zakończy się tak jak zawsze. A może jednak nie tym razem?

Tylko dlaczego Ptysie ani razu nie wspomniały rodziców zastępczych, u których spędziły cały jeden miesiąc? Nic... zupełnie nic.

Romulus z Remusem godzinami opowiadali o kurach, którym wybierali jajka... a te ich dziobały. Może kluczem są kury?

Ale przecież chciałem pisać o wakacjach na Krecie.

Czasami myślę, że powinienem mieć prawny zakaz wyjeżdżania na jakiekolwiek wakacje... ponieważ ściągam jakieś złe moce.


Tsunami prawie zmyło Majkę z powierzchni ziemi

W ciągu tych zaledwie siedmiu dni, spowodowałem że Grecję nawiedził cyklon, który nie tylko był ewenementem w rejonie, w którym mieszkaliśmy, ale ewenementem w skali całego basenu Morza Śródziemnego. Ni stąd ni zowąd pojawiła się burza z piorunami i ulewa nie widziana od wielu lat. A przecież tam od maja nie spadła nawet jedna kropla deszczu. Nawet barman przestał polewać, mówiąc w kółko: „katastrof”. Ale to nie wszystko. Miało miejsce trzęsienie ziemi... pierwszy raz w tym regionie od ponad czterdziestu lat. W hotelu pojawili się złodzieje, którzy wchodzili do pokoju w środku nocy, rozpylali jakiś gaz i w spokoju plądrowali wszystko, zostawiając śpiącym gościom hotelowym tylko przysłowiowe skarpetki i... dokumenty. Najstarsi pracownicy nigdy z czymś takim się nie spotkali.

Gdy jechaliśmy na Santorini, byłem przekonany, że uśpiony od szesnastego wieku wulkan, z pewnością da o sobie znać. No nie dał... jednak aż takich mocy nie mam.


Chociaż złe moce zaczęły działać już dużo wcześniej. Dzień przed wylotem musieliśmy wygenerować tak zwany kod QR. Coś, bez czego nikt do Grecji nie wjedzie, nie wleci, nie wejdzie... nawet namaszczony wsparciem biura podróży. Teraz to jeszcze potrzebny jest wynik testu na wirusa... więc patrząc z perspektywy czasu, powinienem czuć się szczęśliwcem.

Pół dnia zajęło nam zalogowanie się na stronę, która taki kod tworzy. Gdy już się udało, to okazało się, że sam kod będzie nam dostarczony sms-em tuż po północy dnia, w którym będziemy lądować. Na Krecie mieliśmy wylądować około pierwszej w nocy. A co będzie, gdy aplikacja nie zadziała?

Aplikacja zadziałała, ale przez kilkanaście minut nie mogliśmy się połączyć z internetem. Nie działało lotniskowe wi-fi, ani transmisja danych naszego operatora komórkowego. Wszyscy przechodzili, a my motaliśmy się z odbiorem jakiegoś idiotycznego obrazka w telefonie. W końcu się udało.

Jednak zanim do tego doszło, w dniu wylotu Majka zaczęła mi mierzyć temperaturę. Już z samego rana miałem 37,0. Potem było tylko gorzej 37,5; 37,7; 37,8. A przecież byłem zupełnie zdrowy. Przed wyjazdem na lotnisko połknąłem kilka tabletek obniżających temperaturę. Badanie na bramce lotniska wskazało 34,2 – ufff.


O tym, że jadę na Kretę, dowiedziałem się kilka dni przed wylotem. Majka cały czas powtarzała Grecja, Grecja – więc byłem przekonany, że chodzi o Grecję kontynentalną. Ale przecież nie miało to wielkiego znaczenia. W końcu miałem siedzieć wyłącznie przy basenie.


Amfiteatr był na terenie hotelu...

... ruiny również


Jednak gdy tylko zajechaliśmy, Majka zaczęła coś przebąkiwać o jakichś wycieczkach fakultatywnych. Tak więc zaczęliśmy iść na kompromisy, co tak czy inaczej zakończyło się pełną realizacją niecnego planu Majki. Już wcześniej zaplanowała sobie wspomnianą Santorini, Spinalongę, aquapark w Hersonissos, czy zwiedzanie miasta... w którym na dobrą sprawę nie było czego zwiedzać.

Pewnego dnia zaproponowała wyjazd na plażę. Z hotelu, w którym mieszkaliśmy, trzy razy dziennie wyjeżdżał autokar. Najpierw zatrzymywał się na plaży, a potem jechał do Hersonissos. Na plażę, to wolałem iść piechotą. Po pierwsze było to tylko 800 metrów, a po drugie, nie musieliśmy się dopasowywać do jakiegokolwiek rozkładu jazdy autokaru.

Ale tym razem Majka się uparła, że sobie podjedziemy. Gdy chciałem wysiąść na pierwszym przystanku, złapała mnie za rękę i powiedziała „poczekaj, jeszcze nie teraz”. Poczekałem... chociaż przecież doskonale wiedziałem, że ten autokar ma tylko dwa przystanki. Majka zaplanowała sobie zwiedzenie jakiejś cerkwi i zakup taniego, regionalnego wina nalewanego do tego co kto ma... na przykład półlitrowych butelek po wodzie. Nawiązała nawet jakieś znajomości hotelowe... dostała mapę z zaznaczonymi punktami, które mamy odwiedzić.

Niestety Grecy nie za bardzo wiedzą co to jest mapa. Nawigacja w telefonie pokazywała tylko nasze położenie na białym tle, a ulice w żaden sposób nie były opisane. Budynki mają tam tylko swoje imiona, bez żadnych numerów. Nawet nasza przewodniczka po Santorini powiedziała, że mieszka w domu, który nie ma żadnego adresu... ani nazwy ulicy, ani numeru adresowego. W związku z tym, nie może podpisywać żadnych umów, kupować czegokolwiek przez internet... jej dom w zasadzie nie istnieje.


Podczas tej podróży dowiedziałem się, że Majka ma jakiegoś świra na punkcie kapliczek... ogólniej mówiąc, na punkcie wszelkich budynków związanych z kultem religijnym.

Na Krecie jest tak, że wiele z tych kapliczek jest otwartych i każdy może tam sobie wejść. A w środku są ikony, rzeźby, piękne meble. Nikt tego nie pilnuje.

Tak więc Majka musiała zajrzeć do każdej budowli przypominającej kapliczkę. Każdej, choć niektóre z nich okazywały się zwykłymi toaletami.


Kapliczki są nawet przy hotelach




Ale pamiętnego dnia, naszym zadaniem było odnalezienie cerkwi, którą mieliśmy zaznaczoną na mapie. Ponieważ mapa nie była zbyt dokładna, a ulice (jak wspomniałem) nie były oznaczone (nawet pismem greckim), w pewnym momencie stanęliśmy przed odpowiedzeniem sobie na pytanie „gdzie my teraz jesteśmy?”. Akurat staliśmy przed pizzerią, w której nie było żywego ducha. Pan pewnie się ucieszył, że będzie miał klienta... a ja do niego z mapą i pytaniem. Przyjrzał się dokładnie mapie, podrapał po głowie, po czym zawołał jakąś dziewczynę (pewnie kelnerkę). Ta również nie za bardzo mogła się odnaleźć na mapie, ale nagle zaczęła krzyczeć „Jorgos, Jorgos!”. Jorgos właśnie wsiadał na skuter. Kto jak kto, ale dostawca pizzy był właśnie tym człowiekiem, którego potrzebowaliśmy. Spojrzał na mapę i bez wahania powiedział „tutaj”. Mieliśmy zatem już tylko 1,3 kilometra do celu wyprawy. Szliśmy i szliśmy... w tym znoju, trudzie i upale – pod górę. Uszliśmy już przynajmniej dwa kilometry, i nic. Przeszliśmy kolejny kilometr... nadal nic. I wówczas usłyszałem słowo, które najbardziej mnie przeraża podczas wszystkich naszych podróży zagranicznych - „zapytaj”. Nie mam pojęcia jak jest po angielsku cerkiew, a do tego jeszcze należałoby założyć, że Greczynka przy kasie w sklepie zna angielski. Majka mówi wówczas do mnie tak jak do dzieci „nie znasz słowa, to opisz to o czym mówisz”. W tym momencie wymiękłem. Powiedziałem „zapamiętaj trzy słowa po angielsku – prawy, sławny i kościół... ale ich zlepek z pewnością nie oznacza cerkwi – chcesz to idź i zapytaj”. Poszła... Po chwili wróciła z radością w głosie, że zaszliśmy już zbyt daleko i musimy kawałek zejść w dół. Cerkiew będzie po lewej stronie.

Trafiliśmy na przedszkole.

Do teraz nie wiem, czy dostawca pizzy wiedział co mówi, czy zwyczajnie chciał się nas pozbyć. Nie wiem też, o co Majka zapytała panią w markecie.







Nieco lepiej było z poszukiwaniem sklepu z winem kupowanym na litry. Majka już wcześniej mnie przygotowywała – zastanów się, jak jest po angielsku wino z nalewaka. Na samą myśl robiło mi się gorąco i zaczynałem poszukiwać takiej małej tableteczki o nazwie „stoperan”. Czy istnieje angielski odpowiednik słowa „nalewak”? Czy osoba sprzedająca wino z nalewaka, wie jak to coś się nazywa?

Sprawa okazała się o tyle prosta, że pani sprzedawczyni całkiem dobrze mówiła po polsku, a pomiędzy wszelkiej maści kubkami, mydełkami, oliwkami i figurkami udającymi brąz lub marmur, udało nam się wypatrzyć kurek. No i z tego kurka nie płynęła woda, tylko alkohol. Nie było to wino, tylko rakija... zwana przez tutejszych „raki”. Kupiliśmy.


Opiszę może trochę trunki, które dano nam skosztować w ramach „all inclusive”.

Wybraliśmy hotel ze średniej półki... nie za drogi, nie za tani. Chociaż gdybym ja go prowadził, to za te niewielkie (nawet dla Polaka) pieniądze nazwałbym go „Hotelem emeryta”. Dlatego, że emeryt mało je, jeszcze mniej pije... cieszy się, że go zawiozą i odwiozą na plażę. Pozostałych bym nie przyjmował, aby nie zwiększać kosztów.

Majka była chyba kiepskim klientem, bo piła za dwóch i jadła za trzech. Ja tylko piłem za trzech. Chociaż ten ich alkohol nie kopał. Do wyboru mieliśmy piwo, wino (białe, czerwone – tylko wytrawne), brandy (wszyscy pili z colą), rakiję (czyli raki with sprite), i ouzo (mówi się quzo z akcentem na „u”) najlepiej z wodą.

Majka zagustowała w winie. Dla mnie było ono kwaśne i pasowało najwyżej do obiadu. Gdy pierwszy raz spróbowałem „raki”, to stwierdziłem że jest to bimber cuchnący denaturatem. Po trzech dniach zmieniłem zdanie... a na pożegnanie kupiłem sobie pół literka jako wspomnienie.

Majka w hotelu nie potrzebowała mojej pomocy. Gdy trzeciego dnia poprosiła mnie, abym przyniósł jej kolejne wino, powiedziałem „Majka, to jest proste... white wine – możesz dodać please”. Wiedziałem, że jak Majce wjadę na ambicję (chociaż mi też jest trudno wymówić white wine), to nie odpuści. Tak więc poszła. Barman puścił do niej oko i powiedział po polsku „po prostu białe wino”.

Innym razem poszedłem po lody po kolacji, ale nie mogłem znaleźć łyżeczek. Powiedziałem do Majki, że chyba zjemy je widelcem. Stwierdziła, że ona to załatwi. Po trzech minutach wróciła z dwiema łyżeczkami. Zapytałem - co powiedziałaś? Jak to co? Lody, łyżeczka, ice cream... OK? Ma dar dziewczyna.

Nie jest to moje zdanie, ale osób, które mieszkają na Krecie. W tej chwili Polacy ratują turystykę na tej wyspie... do spółki z Francuzami. Hotel, w którym mieszkaliśmy był zawsze postrzegany jako miejsce wypoczynku głównie Polaków i Rosjan. Tym razem nie było ani jednego Rosjanina, żadnego Anglika... było paru Niemców. Spotkaliśmy też trzy Ukrainki – od kilku lat mieszkające w Polsce. Niedaleko Hersonissos i Heraklionu jest taka miejscowość Chania. Mekka Anglików. W tej chwili wszystko jest tam pozamykane – hotele, restauracje, sklepy, wypożyczalnie samochodów.

Gdyby ktokolwiek mnie zapytał „czy było warto?”, to bez namysłu odpowiedziałbym, że „tak”. Tyle tylko, że ja mam taki wehikuł czasu, który przenosi mnie o tydzień lub dwa. Wcale nie jestem przekonany, czy faktycznie byłem na Krecie. Być może mam tylko wspomnienia.

To jeszcze napiszę, jakie są moje najmilsze wspomnienia.

Plaże... a dokładniej morze. Same plaże wcale nie są ciekawe. Bardziej przypominają plac budowy. Kamienie, żwir... co kilkaset metrów trochę piasku, który pozwala, że stopy nie będą za bardzo poranione – jednak w żaden sposób nie przypomina to piaszczystego wybrzeża Bałtyku.






Ale są też skały, piękne klify, nieskazitelnie czysta toń ciepłej, turkusowej wody, o takiej wyporności, że nie da się utopić. Pływałem w Morzu Egejskim przez kilkadziesiąt minut. Sto metrów od brzegu, ze świadomością, że pode mną jest kilkunastometrowa otchłań – a przecież wcale nie jestem dobrym pływakiem.

Zrobiłem siku w Morzu Egejskim. Wydaje się to obrzydliwe, ale w danym momencie czułem się cząstką tego ekosystemu. Było to na Spinalondze – wyspie, która dla Greków jest jednocześnie ich atrakcją turystyczną, jak też powodem do wstydu, gdyż jeszcze do lat sześćdziesiątych poprzedniego wieku, były tam osadzane osoby chore na trąd. Rodzina takich chorych też tam mogła pojechać. Tyle tylko, że sprzedawano jedynie bilet w jedną stronę. Myślę, że byłbym gotów taki bilet kupić. Piękne miejsce.

Spinalonga


Trochę jak z "Uwierz w ducha"


Piękne wspomnienie


Z kolei Santorini mnie nie zachwyciła. Od razu się przyznam, że byłem chyba jedyną osobą z naszej grupy, która miała takie odczucia.



Podróż na Santorini

Te domki wszystkich zachwycają


Ceny wynajmu pokoju dochodzą do 6 tys. EUR za dobę



Przemierzyłem z Majką wiele kilometrów wzdłuż plaży. Jednego dnia na wschód, innego na zachód. Znajdowaliśmy zatoczki... laguny mające nie więcej niż dziesięć metrów szerokości. To były małe plaże, tylko dla nas. Pewnie dlatego, że był to wrzesień, a do tego Rosjanie i Anglicy nie dopisali.





Jednego dnia doszliśmy do plaży naturystów. Majka mówi, że nie rozumie takiej potrzeby obnażania się... ale żurawia zapuszczała. Ja bym tam chętnie poszedł. Trudno się wypowiadać, jeżeli czegoś się nie doświadczyło.


Po takich rozmyślaniach, może niezręcznie jest pisać o systemie pieczy zastępczej w Grecji. Ale właściwie nie ma o czym pisać.

W Grecji bardzo ważna jest rodzina. Małżeństwo jest pewnego rodzaju firmą, w którą inwestują rodzice, rodzeństwo, ciotki i nie wiadomo kto jeszcze i w zasadzie dlaczego. I chociaż istnieje coś takiego jak rozwód, to jest on rzadko spotykany. Małżeństwo aż po grób... a przy okazji skoki na boki.

Domy starców, pogodnej jesieni, seniora (jakkolwiek by je zwać) – praktycznie nie istnieją. Oddanie starszej osoby do takiej placowki, jest ujmą na honorze rodziny.

Zapytaliśmy kilka osób o domy dziecka, rodzicielstwo zastępcze, ośrodki adopcyjne. Nikt nic nie wiedział. Pewnie istnieją takie instytucje i takie rodziny. Ale pewnie jest to dokładnie tak, jak z domami starców. Opiekę nad dziećmi w większości przypadków przejmuje rodzina.

Jednak mimo tak dużego przywiązania do rodziny i jej wartości rozumianej jako mama, tata i dzieci – istnieje ogromna tolerancja wszystkiego, co od tego schematu odbiega.

Przed wyjazdem na te wakacje, dostałem w prezencie od mojej szwagierki, bluzkę. Podobno męska, ładny kolor, dobrze się w niej czułem. Chociaż na zdjęciach wyglądam trochę dziwnie... zwłaszcza z damską torebką Majki. Ale chyba tylko ja to zauważyłem.