sobota, 24 października 2020

CALINECZKA


 

I co miałem zrobić?

Kiedyś napisałem, że jeżeli przyjmę jeszcze jedno dziecko, to każdy może mnie nazwać idiotą.

Teraz już może. Mamy siódme dziecko. Całe dwa i pół kilograma szczęścia.

Majka powiedziała do mnie: „ty decyduj”.

Ta dziewczynka wprowadzi najwięcej zmian w moim życiu. Na noc przenoszę się do naszej sypialni (z której miałem wypad kilka miesięcy temu), w której będę musiał ogarnąć Stokrotkę i Paprotkę. A to oznacza czasami nawet kilka pobudek, robienie mleka, przewijanie. A do tego wciąż będę miał na podglądzie starszą czwórkę, z której Remus też potrafi mnie wołać... że go boli noga, że jest ciemno, że dzieje się cokolwiek innego. Będę więc pewnie chodził śnięty przez całą dobę.

Majka przeprowadza się z Calineczką do garażu.

Gdy tak właśnie powiedzieliśmy naszemu organizatorowi pieczy zastępczej, to najpierw była konsternacja. No ale nasz garaż, od wielu lat ma zamurowaną bramę wjazdową, i pełnowymiarową toaletę, niczym nie ustępującą hotelowej. Może pięć gwiazdek bym jej nie przyznał... ale jedną na pewno.

Jest to więc jeden z najlepiej wyposażonych pokoi w naszym domu... chociaż bywało, że pełnił rolę magazynu. Garażem nigdy nie był, nawet gdy nim był.

Nie chciałem, aby Calineczka poszła śladem Mowgliego. Chłopiec rozpłynął się w systemie. Nikt ze znanych nam osób nic o nim nie wie.

Po wielkim zamieszaniu związanym z poszukiwaniem dla niego rodziny po całej Polsce, i wielkim odzewem tychże rodzin, okazało się, że sąd podjął decyzję o umieszczeniu chłopca u jego taty.

Tata, to taki rzadki gatunek (patrząc z mojej perspektywy ojca zastępczego), ale jak już jest, to najczęściej jest bardzo upierdliwy. Nie wiem co było przyczyną, jednak po kilku dniach, sąd wycofał się ze swojej pierwotnej decyzji, stwierdzając że tata się nie nadaje. Rozpoczęło się kolejne poszukiwanie rodziny zastępczej.

Obawiam się, że chłopiec ostatecznie mógł trafić do domu dziecka – nikt nic nie wie, a przynajmniej z zawodowymi rodzinami mamy ciągły kontakt... informacja jest równie szybka jak błyskawica.

Tak więc chciałem takiego losu Calineczce oszczędzić. Był to jednak dobry powód do upieczenia drugiej potrawy na tym samym ogniu.

Ptysie całkiem niedawno spędziły cały miesiąc w rodzinie zastępczej, która deklarowała chęć pozostania dla nich rodziną na stałe.

Postawiliśmy więc warunek, że weźmiemy Calineczkę, jeżeli sytuacja Ptysi zostanie uregulowana. Krótko mówiąc... gdy od nas odejdą.

Były to trudne negocjacje (które prowadziła też Majka – bo to ona jest od gadania), angażujące wiele osób.

Okazało się, że nasz sąd nie może podjąć decyzji o umieszczeniu Ptysi w nowej rodzinie zastępczej. Z kolei sąd, w którym toczy się postępowanie, też nie może takiej decyzji podjąć, bo sprawa nie jest zamknięta, a do tego przed nami badanie więzi (czytaj: kompetencji rodzicielskiej mamy).

Ale tak sobie pomyślałem, że przecież gdybym zamordował Majkę, to chyba jakiś sąd by mi te Ptysie odebrał. A czym się różni zamordowanie Majki od znalezienia fajnej rodziny dla dzieci? Niczym.

Tak więc Majka razem z naszą koordynatorką Jowitą dalej drążyły temat, i mamy rozwiązanie, które dla mnie jest bez precedensu. Jest niezrozumiałe... ale jest.

Ptysie zostaną przeniesione do nowej rodziny decyzją administracyjną. Potem zostanie to zgłoszone do sądu (w którym toczy się postępowanie), a ten to przyklepnie, rozszerzając nowej rodzinie kompetencje dotyczące podejmowania decyzji w sprawach medycznych i edukacyjnych.

Majka miała duży zgrzyt, bo traktowała to wszystko jako naszą chęć pozbycia się Ptysi.

Ale z drugiej strony... Rodzina jest dzieciom znana. Mieszkamy blisko siebie, więc będziemy się mogli odwiedzać. Telefony też jeszcze działają.

Mama zastępcza mówi do Ptysia nie inaczej jak Ptysiek. Da radę?

Tego nie wiem. Ale wiem, że ja nie jestem dla tych dzieci dobrym ojcem zastępczym.

Majka mówi, że jestem nudny, bo gdy wieczorem po kąpieli schodzę do niej, to zawsze mówię „przepaść”.

Z Bliźniakami potrafię czasem (przed snem) rozmawiać nawet godzinę. I to nie jest już czytanie bajek. To jest dyskusja. O wszechświecie, planetach, podróżach na księżyc, czarnych dziurach, dinozaurach. O tym jakie będą mogli wykonywać zawody. O tym, jakie są muzea, książki. O finansach?

Ptysie są nieco starsze, a jednak rozmawiamy tylko o tym, kto włączy lub wyłączy światło. Nie potrafię do nich dotrzeć. Czasami coś opowiadam i... widzę, że mnie tam nie ma. A przecież się staram. Naprawdę się staram.

No to się rozpisałem o Calineczce.

Ale w zasadzie to nic o niej nie wiem. Poza tym, że mama chce jej przywozić mleko (własne), a tata już nalega na spotkania i mówi, że będzie walczył.

Panie z porodówki wysyłały mu zdjęcia Calineczki i krótko ją opisywały w wiadomościach tekstowych.

Pewnie jest to ciekawy temat dla mediów. Troskliwa matka, dobrze zarabiający ojciec, i... odebrane dziecko.

Tyle tylko, że mama już ma dwójkę starszych dzieci, do których odebrano jej prawa. Tata pojawił się właściwie znikąd. Mama nie zgłosiła go jako ojca dziewczynki... nie są razem.

Zadzwoniła tylko do swoich starszych dzieci oznajmiając „słuchajcie... macie siostrzyczkę!!!”. Myślę, że pochłonęły tę wiedzę dokładnie tak jak Balbina (ona też ma siostrzyczkę)... czyli nijak.

Staram się nie być negatywnie nastawionym do rodziców dzieci, które zostają u nas umieszczane. Może ten facet jest całkiem porządnym człowiekiem. Może tylko przytrafiło mu się być ojcem kolejnego dziecka tej kobiety. Przecież bywa tak, że grzeczni chłopcy zostają ojcami dzieci z niegrzecznymi dziewczynkami.

Zobaczymy co będzie dalej. Póki co, odkurzyliśmy numery telefonów na policję i do firmy ochraniającej nasz dom.

Tutaj ważna jest też postawa Majki. Jej umiejętność prowadzenia rozmowy, nieugiętość, asertywność. Rodzice pewnie zadzwonią. Być może do drzwi naszego domu.

Tata na tę chwilę jest nikim... o ile nim faktycznie jest.

Mieszkającym z nami dzieciom zawsze wymyślam jakieś imię, które funkcjonuje na tym blogu. Tym razem (po raz pierwszy) jest to imię nadane przez Majkę. Ja bym tę dziewczynkę nazwał Comaneci.

A jak będziemy się do niej zwracać na co dzień? Nie mam pojęcia.

Do Paprotki mówię „Gabrycha”. Do Romulusa „Łysy”. A Balbina to „Zuzula”.

Moja mama mówiła do mojej siostry „Anita”, chociaż kilka lat wcześniej dała jej zupełnie inne imię.

Ostatnio rozmawiałem z dziećmi o liczbie mnogiej.

  • Pies... psy

  • Okno... okna

  • Człowiek... ludzie (wow)

  • Łysy... Łysy jest tylko jeden


Tak więc póki co, mamy siódemkę dzieci i słowne zapewnienia, że Ptysie odejdą do rodziny, w której będą już na zawsze. Do rodziny, która będzie te dzieci kochać, która podejmie się terapii, która dostała od nas (i jeszcze dostanie) całą wiedzę, którą posiadamy.

Adresu do bloga nie dostała... tak na wszelki wypadek.



10 komentarzy:

  1. Och mam nadzieję że się uda i że ci ludzie sobie dadzą radę!

    OdpowiedzUsuń
  2. Tak, ja piszesz. Wyjściem jest administracyjna furtka - jesteście pogotowiem i to przepełnionym. Umieszczenie Ptysiów w potencjalnie długoterminowej, a może i docelowo adopcyjnej rodzinie ma sens. Weryfikacją dla powstałej więzi będą sygnały od dzieci i tutaj bliskość zamieszkania pomiędzy Waszą rodziną i przyszłą RZ dzieciaków może być pomocna. Trzymam kciuki!

    OdpowiedzUsuń
  3. Odpowiedzi
    1. Na tę chwilę, mogę częściowo uchylić rąbka tajemnicy. Mamy już tylko piątkę dzieci.

      Usuń
    2. oj to doskonała wiadomość!

      Usuń
    3. Jak się czujesz z taką zmianą? jak dzieciaki?

      Usuń
  4. Ciekawe jak się czują i sprawują i ciekawe, jak ich nowi rodzice zastępczy sobie radzą? No i co wy czujecie teraz
    jak Ptysi nie ma już z wami(jeśli to rzeczywiście one są gdzie indziej).

    OdpowiedzUsuń
  5. Pisałam komentarz wcześniej, ale mi go nie opublikowało. Na fejsbuku jest Pan widoczny pod swoim imieniem i nazwiskiem, które jeśli jest prawdziwe, jest też najprawdopodobniej znane nowym rodzicom zastępczym Ptysi. A na głównej stronie Pana profilu pierwsze, co rzuca się w oczy to adres tego bloga... Prawdopodobieństwo, że jeszcze tu nie trafili/nie trafią nigdy jakieś tam pewnie jest.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na FB jestem pod fikcyjnym nazwiskiem. Oczywiście nie zmienia to faktu, że rodzice Ptysi mogą w jakiś sposób odnaleźć tego bloga. Jest to bardziej prawdopodobne, niż to, że odnajdą go jacyś rodzice biologiczni... chociaż tego też nie wykluczam.

      Usuń