niedziela, 16 grudnia 2018

--- Cipka, czy siusia?

Dwa w jednym (ptaszek i sikorka).


Dzisiaj stwierdziłem, że Majka chyba czyta zbyt dużo. A nawet jeżeli nie, to może nie to co powinna. Wieczorem doszło między nami do dyskusji. Rozpoczęła się ona niewinnie, i choć zakończyła bardzo miło, to jednak miała bardzo burzliwy przebieg, a co najciekawsze – nie doszliśmy do porozumienia.
Maja zadała mi pytanie, dlaczego na żeński narząd płciowy używam określenia „cipka”?
  • A jak mam mówić?, zapytałem.
  • Może „siusia”, usłyszałem w odpowiedzi.
Zaniemówiłem. Od trzydziestu lat wiedziałem, że moje córki i Majka mają cipeczki, a dzisiaj się okazało, że siusie. To chyba wszystko przez bliźniaki. Chłopcy gdy do nas przyszli, uważali że mają siusiaki. Okej, już ich nie poprawialiśmy. Niech tak sobie myślą, w końcu są u nas tylko przez chwilę, więc nie ma sensu ich wyprowadzać z błędu. Nie muszą przecież wiedzieć, że wujek to ma „ptaszka”.
No ale żeby nagle Plotka miała się dowiedzieć, że ma siusię, to byłoby już zbyt wiele. Przecież od urodzenia wie, że ma cipeczkę. Majka stwierdziła, że jest to zbyt wulgarne określenie i muszę przestać tak mówić, bo kojarzy jej się to z filmami pornograficznymi. Nie wiem jakie filmy ona ogląda, ale mi prędzej nasuwają się słowa „ja gut, ja gut”
Słowo „siusia” zupełnie do mnie nie przemawia, zresztą podobnie jak „siusiak”. O ile jeszcze do bliźniaków mógłbym powiedzieć „myjemy członki”, o tyle powiedzenie do Plotki „teraz umyjemy pochewkę” albo „teraz umyjemy waginkę”, brzmi jednocześnie ciężko i groteskowo.
Jakby jednak na to nie spojrzeć, ta siusia i siusiak (czy też cipka i ptaszek) są normalnymi częściami ciała i jakoś trzeba je ujmować w słowa. Niektórzy obruszają się na takie infantylne określenia, uważając że trzeba je nazywać według oficjalnego nazewnictwa. Niby tak, ale z drugiej strony, każdy mówi „otwórz buzię”, a nie „otwórz jamę ustną”.
Być może zdarzyło się kiedyś (chociaż nic mi o tym nie wiadomo), że któraś z naszych córek poszła do pani przedszkolanki twierdząc, że coś ją uwiera w cipkę. Ale czy lepiej brzmiałoby, że coś ją uwiera w muszelkę, brzoskwinkę, myszkę, sikorkę, pipulkę, a może waginę, srom, czy genitalia? Zapomniałem, mogła jeszcze powiedzieć, że coś ją uwiera w bikini. Wiele lat temu słyszałem też sformułowanie „mała pupa”. Ale co w przypadku chłopca?
Być może określenia srom, krocze, wagina, penis, prącie, członek, są słowami które można odczarować. Może gdyby były używane częściej wśród małych dzieci, to by się przyjęły. Tylko po co?
Ja ze swojej strony chyba już się nie zmienię. Nie widzę potrzeby zamiany cipki na siusię i ptaszka na siusiaka. Są to tylko słowa. Zresztą sprawdziłem w słowniku języka polskiego. Cipka nie jest wulgaryzmem. Cipa – już tak.

Jednak ważniejszą sprawą w tym temacie jest utrzymywanie higieny intymnej i zapoznawanie się dzieci z częściami ciała skrywanymi pod majtkami. Nasi chłopcy chyba nigdy nie nauczą się robić siku na stojąco, bo Majka ma jakiś wstręt przed wzięciem „siusiaka” do ręki. Na szczęście dotyczy to tylko małych „siusiaków”. Ja z kolei nie mam motywacji w tym względzie, ponieważ sam nauczyłem się robić siku na siedząco. Zdaję sobie sprawę z tego, że jest to niemęskie (jak powiedział pewien znany mi chłopiec, jest to sikanie po dziewczyńsku), ale trudno. Jest to bardzo wygodne, ponieważ nie muszę co chwilę sprzątać osikanej klapy, czy podłogi (bo wbrew pozorom precyzyjne ucelowanie z odległości ponad pół metra, nie jest proste), ani stresować się, że któreś z dzieci nagle zechce popatrzyć co robię. Pewnie, że istnieje coś takiego jak zamek w drzwiach, ale bywa, że nagle poczuję potrzebę podczas kąpania dzieci. Nie będę przecież ich wyciągał z wanny... łatwiej zwyczajnie usiąść.

Chociaż nagość nie jest dla dzieci żadnym problemem. Myślę, że poczucie wstydu zaczyna się pojawiać między siódmym, a ósmym rokiem życia, ale zapewne zależy też to od indywidualnych cech dziecka oraz od podejścia do tematu przez rodziców. Dawno, dawno temu, miałem w podstawówce kolegę, którego mama bez skrępowania paradowała nago po pokoju. Była to szósta, albo siódma klasa, gdy potrzeby seksualne już nie tylko się budzą, ale nawet są w rozkwicie. Jednak dla tego mojego kolegi, było to zupełnie naturalne i dziwił się, że tak bardzo nas ten wątek interesuje. Zupełnie nie pamiętam, czy mówił też coś o swoim tacie. Myślę, że nie utkwiło to w mojej pamięci, ponieważ akurat to zagadnienie jakoś nie bardzo mnie interesowało.
Uważam jednak, że nagość rodziców jest zupełnie bezpieczna mniej więcej do wieku przedszkolnego. Mi zdarzają się wspólne kąpiele z naszymi dziećmi, jednak zawsze występuję w majtkach. Niestety facet ma gorzej od kobiety, ponieważ są rzeczy niepodlegające jego woli. Pewnie dlatego podczas masażu w gabinecie, jest on przepasany podwójnym ręcznikiem, a na półce czeka w pogotowiu encyklopedia.

Skoro już rozpocząłem ten temat, to pójdę za ciosem. Do moich obowiązków należy kąpiel wszystkich dzieci do lat pięciu i ewentualnie starszych chłopców (chociaż do tej kategorii załapał się dotychczas tylko ośmioletni Kapsel).
Niektórzy rodzice ograniczają się tylko do opłukiwania. W przypadku chłopców pewnie można na tym poprzestać (chociaż nie jestem do końca przekonany), ale z dziewczynkami jest sytuacja bardziej skomplikowana. Okolice cewki moczowej są bardzo wrażliwe na podrażnienia i infekcje bakteryjne. Nie wystarczy silny strumień wody. Być może pozostałości kupy da się wypłukać, ale już resztki kremów i innych mazideł czasami trzeba zwyczajnie wygrzebywać.
Chłopcy najczęściej sami interesują się swoim członkiem (tylko Kapslowi musiałem pokazać co i jak). Często napletek mają jeszcze przyrośnięty. My z tym nic nie robimy, chociaż zdania w tej kwestii są podzielone. Ja należę do tej frakcji, która w takim przypadku czeka do wieku dojrzewania.

No to się wypowiedziałem.



niedziela, 9 grudnia 2018

--- Mój pierwszy raz.


Nie... Tym razem nie będzie o seksie.
Będzie totalny bałagan myślowy, chociaż jego podstawą jest ostatnie posiedzenie zespołu oceniającego dzieci przebywające w naszej rodzinie zastępczej.

Zacznę jednak od tego „pierwszego razu”. Do tej pory nie zdarzyło mi się, abym na takie zebranie nie przedstawił pisemnej oceny jakiegoś dziecka. Bywało, że robiłem to na ostatnią chwilę. Czasami drukowałem opisy tuż przed wyjściem Majki na zespół, co powodowało, że nie za bardzo wiedziała co tam napisałem. Tym razem wystąpił precedens.
Wyjątkowo miałem sporo czasu, ponieważ Plotkę opisałem już na spotkanie z psychologiem, a chłopaków prawie tydzień wcześniej.

Został mi tylko najmłodszy Messenger. Doszedłem jednak do wniosku, że nie za bardzo wiem, o czym mam napisać. Ja zwyczajnie go nie znam (mimo że przebywa w naszej rodzinie już dwa miesiące). Jesteśmy sobie prawie obcy, chociaż widujemy się dość często każdego dnia. Majka potrafi go uspokoić tylko przytuleniem i ciepłym słowem. Ja, nawet nosząc go na rękach, mam problemy z jego wyciszeniem. Do Majki się uśmiecha, a do mnie nie. Gdy próbuję spojrzeć mu w oczy, to odwraca wzrok.
Wydaje mi się to niemożliwe, aby chłopiec miał jakieś skojarzenia, aby odróżniał kobietę od mężczyzny. Przecież gdy do nas przyszedł, miał zaledwie miesiąc.
Tata chłopca również pojawił się na zespole, chociaż oburzony wyszedł po siedmiu minutach. Doprowadziło do tego zacytowane stwierdzenie (z postanowienia sądu), że stosował przemoc seksualną w stosunku do żony. Cóż, może lepiej, że wyszedł... chociaż kuratorka i asystentka rodziny, przed wyjściem z budynku poczuły dreszcz emocji. Przed Majką (na szczęście) były jeszcze kolejne oceny naszych dzieci, więc strach nieco opadł.
Losy Messengera będę jeszcze opisywał nieco dokładniej. Teraz tylko wspomnę, że wspólnym wnioskiem zebranej grupy osób było to, aby chłopiec wrócił do mamy. Jest tylko jeden problem. Mama skutecznie odwołała się od wyroku, na mocy którego Messenger został umieszczony w naszej rodzinie. Jeżeli sąd uzna jej zażalenie (tym samym przyznając, że odebranie nastąpiło zbyt pochopnie), to chłopak może wrócić do mamy nawet przed świętami. Jeżeli jednak skieruje sprawę do sądu okręgowego, to będziemy się jeszcze „bujać” przynajmniej rok. Co ciekawe – odradzono mamie wniesienie pozwu rozwodowego (bo taki ma zamiar). Okazuje się, że w takim przypadku chłopiec nie mógłby do niej wrócić do czasu rozstrzygnięcia sprawy o rozwód. Musi więc z tym jeszcze poczekać.

W sprawie Plotki nadal czekamy na ten „podpisik”. Wszystko jest już przygotowane. A nie jest to wcale mało dokumentów. Kiedyś w komentarzu o tym wspomniałem, ale może jeszcze raz przytoczę, co musi być złożone w Ośrodku Adopcyjnym, zanim ten rozpocznie
swoje procedury:

  • informacja o sytuacji prawnej dziecka,
  • szczegółowe informacje o dziecku,
  • odpis aktu urodzenia,
  • postanowienie o umieszczeniu w pieczy,
  • dokumentacja o stanie zdrowia dziecka, w tym karta szczepień,
  • diagnoza psychofizyczna,
  • informacja o sytuacji rodziny biologicznej,
  • opinia o zasadności przysposobienia dziecka,
  • opinia o kontaktach dziecka z rodziną biologiczną,
  • informacja o przebiegu pobytu dziecka w pieczy zastępczej.

Nasza koordynatorka Jowita opowiedziała na zespole o swoich zmaganiach z paniami sekretarkami z sądów rodzinnych. Akurat ta sprawa nie dotyczyła Ploteczki (albo był to tylko kamuflaż), ale leciało to mniej więcej tak (może parę słów przekręciłem, ale sens z pewnością pozostał niezmieniony): „ Czy pani uważa, że my tutaj nic nie robimy? Każda sprawa jest ważna. Myśli pani, że gdy tylko wyrok się uprawomocni, to natychmiast mam biec do sędziego po podpis?”

No właśnie... czasami mam wrażenie, że są tysiące światów. Ten mój jest fajny i normalny. Tyle tylko, że raz na jakiś czas zderza się z inną galaktyką i wtedy się dziwię.
Nasza pani sekretarka z sądu rodzinnego udziela wszelkich informacji, i wie że jej zasranym obowiązkiem jest pilnowanie terminów uprawomocnienia się wyroków (bo sędzia nie musi tego ogarniać). Podpis jest na czas i decyzja jest wysyłana nawet faksem, czy mailem. Na podpis w sprawie Plotki, czekamy już ponad miesiąc - ale to jest inny sąd. Nasza sędzina potrafi porozmawiać nawet z rodziną zastępczą. Potrafi wysłuchać argumentów i się nad nimi pochylić. Dla dobra dziecka, jest gotowa poświęcić swój czas, zrobić coś ponad to co musi. Kiedyś przepraszała Majkę, że daje jej trochę potłuszczoną decyzję, ale podpisywała ją w przerwie śniadaniowej (jedząc kanapkę), i już nie było czasu na ponowny wydruk.
Nasz PCPR też robi wszystko, abyśmy wspólnie stanowili zespół. Cieszę się, że nasze zdanie (jako pogotowia rodzinnego) w ocenie zasadności podejmowanych decyzji jest priorytetowe.
Tak było choćby w przypadku Plotki. Majka chciała jeszcze zorganizować pożegnalne spotkanie z mamą dziewczynki. Ja byłem temu przeciwny, uznając że niczemu to nie posłuży. Jowita dopiero przy którejś kolejnej rozmowie, gdy Maja wyłuszczyła też moje obawy, wyznała że od dawna wydawało się jej, iż jest to kiepski pomysł. Ale gdybyśmy się upierali, to pewnie do takiego spotkania by doszło. Nawet mielibyśmy zapewniony pokój i kogoś do pomocy. Gdy ostatnio Majka zdecydowała się na spotkanie z mamą Messengera w mieszkaniu jej ojca, Jowita bez wahania postanowiła jej towarzyszyć.
Jakiś czas temu czytałem o przypadku, gdy usamodzielniająca się córka zastępcza złożyła doniesienie na swoich rodziców zastępczych do sądu. Chodziło o całokształt, zwyczajnie twierdziła, że jej się nie podobało mieszkanie z tą konkretną rodziną. PCPR natychmiast rozwiązał z rodziną umowę, przenosząc przebywające u niej dzieci w inne miejsce. Myślę, że nasz PCPR stanąłby za nami murem. Być może nawet nie tylko o nas by chodziło, ale o te przebywające w naszej rodzinie dzieci.
Do naszego Ośrodka Adopcyjnego też nie mam żadnych zastrzeżeń, całkiem dobrze się dogadujemy. Owszem, jego metoda proponowania dzieci rodzicom adopcyjnym (pierwszym z kolejki) nie do końca do mnie przemawia, ale to akceptuję i widzę też pozytywy.

Na koniec zostawiłem sobie bliźniaki.
Niestety akurat tym razem , na zespole nie było ani kuratora, ani asystenta rodziny. Majka przedstawiła nasze obawy związane z powrotem do rodziny biologicznej. Przekazała obecnym osobom moje opracowanie (które zamieściłem w poprzednim wpisie). Nawet została wsparta przez psycholożkę z ośrodka adopcyjnego. Ta nawet bezpośrednio zwróciła się do taty chłopców: „proszę przeczytać ten opis nie raz, nie dwa, ale pięć razy, bo jest tam zawartych wiele ważnych myśli, wiele cytatów.” Wieczorem zadzwoniła babcia (mama taty). Powiedziała: „przyszedł, rzucił na stół cztery kartki i powiedział, że mu to dali i jak chcę to mogę sobie poczytać.” Nie wiem, czy przeczytała. Nie wiem też, czy cokolwiek dotarło do mamy bliźniaków. Krótko mówiąc, była ona zbulwersowana tym, że najprawdopodobniej dla dzieci będzie poszukiwana długoterminowa rodzina zastępcza. Była przekonana, że wrócą one do niej jeszcze w tym roku. Nie potrafiła zrozumieć, że potrzeba czasu, że nie wystarczy zaliczenie terapii i znalezienie pracy. Odebrano jej dzieci po raz trzeci. Ostatnim razem przebywały one w rodzinie zastępczej ponad półtora roku. Tym razem zapewne krócej nie będzie. Ile prawdy jest w krążących po okolicy plotkach? Tego nikt nie wie. Szkoda tylko, że kurator odwiedza ją zawsze we wtorki... jest zbyt przewidywalny.
Zespół podjął decyzję, aby pozwolić jeszcze babci na urlopowanie chłopców i spotykanie się dzieci z rodzicami. Wsparł jednak Majkę w stwierdzeniu, że nie zawaha się ograniczyć tych spotkań, jeżeli trudności będą się nasilać, a nawet gdy nie zaczną się stabilizować.
Remus, który jeszcze kilka tygodni temu był fantastycznym dwulatkiem (kiedy spotkania z rodzicami miały miejsce nie częściej niż dwa razy w miesiącu), teraz czasami jest nie do opanowania. Wrzeszczy, kopie, rzuca się na podłogę. Nawet jadąc na spotkanie z mamą nie potrafi zapanować nad swoimi emocjami. Jednocześnie tego chce i nie chce.
Romulus jest dużo bardziej stonowany. Może dlatego, że bardziej werbalizuje swoje emocje, a może dlatego, że w swojej rodzinie był „brzydkim kaczątkiem”. A może po prostu, taki jego urok.
Nie wiem co będzie zawierała notatka (ze spotkania zespołu) sporządzona dla sądu.
Z „roboczych” rozmów wiemy, że chłopcy najprawdopodobniej pozostaną u nas przynajmniej przez kolejne pół roku. A to oznacza jeszcze dwa posiedzenia zespołu, więc pewnie i kurator się pojawi i opcja adopcji wróci.

Niedawno (a dokładniej wczoraj) śledziłem pewną dyskusję na temat otwartości adopcji. Niby się zgadzam z tym, że w imię dbania o tożsamość i znajomość swoich korzeni, dużą wartością byłoby umożliwienie kontaktów dzieciom adoptowanym z ich rodzicami biologicznymi. Mogliby oni współuczestniczyć w procesie wychowywania dzieci, spotykać się z nimi, przychodzić na rodzinne imprezy, być drugą (a może pierwszą) mamą i tatą.
I wszystko to mi się układa w logiczną całość, a nawet rozumiem że w innych krajach tak jest i ogólnie jest cool. Jednak gdy spróbuję to przełożyć na rodziców biologicznych przebywających u nas dzieci, to cała teoria bierze w łeb.
Pominę fakt, że relacji z rodzicami biologicznymi nie można nawet określić terminem „szorstka przyjaźń”. Jest to tylko tolerowanie się, a jedynie kwestią czasu jest eskalacja wzajemnych animozji. Mama bliźniaków miała już do czynienia z niejedną rodziną zastępczą i tak to się kończyło – my czekamy tylko na swoją kolejkę.
Mogę pominąć malutkie dzieci, do których raz na miesiąc przychodziła jakaś pani (całując je dzióbek w dzióbek). Taka mama niewiele znaczy.
Niestety w każdym innym znanym mi przypadku, wszystko odbywało się z ogromną szkodą emocjonalną dla dziecka. Tak było w sytuacji Sztangi, Asterii, Kapsla, Sasetki, i teraz bliźniaków. Być może jest to cena, którą trzeba zapłacić, aby na pewnym etapie swojego życia udało się ułożyć wszystkie puzzle. Nie wiem.
Jednak gdy patrzę na życie Białaska, jego mamę zastępczą i tą biologiczną, która złożyła wniosek do sądu o umożliwienie spotkań we wszystkie weekendy, święta, ferie i miesiąc wakacji, to ręce mi opadają. Ale przecież takich historii są miliony. Tatuś będący po rozwodzie z mamą, zabiera córkę na zajebiste wakacje i zapewnia niezapomniane atrakcje raz w tygodniu. On jest wspaniały, a ona... łazi na wywiadówki, odrabia lekcje, bręczy że pokój nieposprzątany, albo włosy nieumyte. A jednak godzi się na te spotkania i cieszy się, że córka ma kontakt z ojcem. Tak... ten przykład chyba do mnie przemawia.

Jaki ja byłem szczęśliwy kilka lat temu, gdy o tym wszystkim nie miałem zielonego pojęcia, .

sobota, 1 grudnia 2018

ROMULUS i REMUS 3


Posiedzenie zespołu.


Wkrótce czeka nas kolejne posiedzenie zespołu oceniającego sytuację dzieci przebywających w naszej rodzinie zastępczej.
Sprawa bliźniaków utkwiła w martwym punkcie. Praktycznie nie dzieje się nic, nie ma nawet wyznaczonego terminu rozprawy – a czas leci.
Nieraz się pocieszam, że może nie jestem informowany o pewnych poczynaniach, że może ktoś zbiera intensywnie jakieś dokumenty, że rodzina dzieci jest poddawana wnikliwej obserwacji, że...
Częściej jestem jednak realistą, mając świadomość tego, że z każdym dniem Romulus i Remus mają coraz mniejsze szanse na szczęśliwe życie.
Tym razem postanowiłem trochę bardziej się przyłożyć do opisów dzieci, które przygotowuję na każde takie zebranie. Majka zadała mi pytanie, czy nie próbuję za bardzo wchodzić w czyjeś kompetencje. Nie wiem, może tak. Może ktoś uzna, że za bardzo się wymądrzam, że moją rolą jest tylko zaopiekować się dziećmi.
Obiecała jednak, że poniższy opis przekaże wszystkim osobom obecnym na zespole. Najbardziej zależy mi na kuratorze, asystentce rodziny i rodzicach chłopców.
Być może wszystko po nich spłynie, być może nawet tego nie przeczytają. Ale chociaż mam świadomość tego, że ze swojej strony zrobiłem wszystko co mogłem.
Coraz częściej odnoszę wrażenie, że największą bolączką rodzin zastępczych jest ich cel, to w jakim duchu zostali przeszkoleni i jaką funkcję mają pełnić w społeczeństwie.
Mamy zrobić wszystko, aby dzieci wróciły do rodziny biologicznej. Nie mogę więc napisać wprost, żeby mama bliźniaków zastanowiła się nad możliwością zrzeczenia się praw rodzicielskich. Ale jest to inteligentna kobieta... tak znam bajkę o łodzi.


Romulus i Remus (bliźnięta – 2 lata i 8 miesięcy).

Rozwój intelektualny, poznawczy i społeczny bliźniaków pędzi niemal z prędkością tornada. Z każdym tygodniem odkrywają oni coś nowego, uczą się nowych słów, nowych piosenek, nowych zabaw. Coraz lepiej (są coraz bardziej zgodni) potrafią się wspólnie bawić. Z początkiem roku będą chodzić do przedszkola, na co już teraz się cieszą. Byli zapoznać się z nowym miejscem, paniami, dziećmi i... nie chcieli wyjść.

Ktoś kiedyś powiedział, że „dzieci potrzebujące najwięcej miłości, proszą o nią w najmniej kochany sposób”. Mam tutaj na myśli Romulusa. Chłopiec sprawia wrażenie, jakby uważał się za tego gorszego bliźniaka, mniej kochanego. Jeszcze cały czas walczy o nasze zainteresowanie. Robi to tak jak potrafi, co niestety najczęściej przekłada się na „brojenie”.
Gdy rzucę hasło „chłopcy podajcie Plotce jakąś zabawkę”, to Romulus chce jej podać akurat tą, którą wybrał Remus. Nie taką samą, ale właśnie tą. No i jest afera. Natomiast gdy zwrócę się bezpośrednio do Romulusa (z taką samą prośbą, ale Remusa nie ma w pobliżu), to często nie wykazuje żadnego zainteresowania.
Mimo, że jest większym rozrabiaką, to jednak dużo częściej niż Remus przychodzi się przytulić. W większym zakresie potrzebuje bliskości fizycznej.

Jakimś dziwnym zbiegiem okoliczności, najważniejszym słowem w naszej rodzinie stało się słowo „kulamy”. Już chyba setki razy było wypowiedziane zdanie: „nie rzucamy piłką w domu, tylko kulamy”. Tak więc, gdy mówimy: „nie biegamy w pokoju”, chłopcy odpowiadają „kulamy”. Nie skaczemy po tapczanie – kulamy. Nie wchodzimy na szafę – kulamy. I tak dalej.
W życiu takich prawie trzylatków, nadal największą rolę odgrywają rozmaite nawyki i rytuały. Chłopcy wiedzą, że po zrobieniu siku, trzeba spuścić wodę i umyć ręce. Tyle, że czasami robią to siku na nocnik. To, że myją potem ręce, to rozumiem. Ale dlaczego spuszczają wodę w ubikacji?

Trzeba bardzo uważać, co się do nich mówi, ponieważ wszystko co do nich powiemy, może być wykorzystane przeciwko nam.
Kiedyś Remus siedział na nocniku... siedział i gadał, gadał i siedział. Powiedziałem do niego „lej, nie marudź”. Było to tylko raz, ale od tamtego czasu, gdy któregoś z nich zapytam „już zrobiłeś?”, odpowiada „nie chujek, jeszcze lejem”.

Nie łapią jeszcze dowcipów, powiedzeń, metafor.
Unikamy sformułowania „puknij się w głowę”, bo z pewnością tak zrobią.
Na pytanie, ”ja mam za ciebie zrobić to siku?”, odpowiedzą „tak”.
Albo gdy w samochodzie Romulus kopał w siedzenie i został skarcony słowami: „trzymaj nogi spokojnie”, Remus na sąsiednim foteliku złapał się za nogi i stwierdził „ja trzymam”.
Mam w zwyczaju mówić do dzieci per Żabko. Doszło do tego, że Remus na pytanie „jak masz na imię?”, zaczął odpowiadać „Re-re-kum-kum”. A nawet przedstawiał się pełnym imieniem i nazwiskiem, czyli Re-re-kum-kum Benc.
Chociaż może też mają własne poczucie humoru, którego my jeszcze nie rozumiemy. Była sytuacja, gdy Remus na polecenie „zrób siku”, odpowiedział „robiłem u babci Basi”. Tyle tylko, że było to dwa dni wcześniej.

Dysponują coraz większym zasobem słów.
Bardzo się starają mówić poprawnie, ale cały czas stosują też własną terminologię. Tak więc nadal chujek, to wujek, jejejat to wieje wiatr, halopter to mól albo helikopter, a łejo adelaska wciąż jest nierozszyfrowana.
Trudne słowa zastępują łatwiejszymi zamiennikami. Na przykład na prośbę „powiedz hi-po-po-tam”, w odpowiedzi usłyszeliśmy „zebra”.
Tworzą neologizmy. Gdy mówimy „chcesz bułkę, czy pić?”, słyszymy „bupić”.

Remus wszedł w rolę starszego brata (w końcu urodził się o całe dwie minuty wcześniej) i często poucza Romulusa. Gdy ten drugi nad ranem zaczyna być zbyt głośny, Remus mówi do niego „cicho, chujek pi!”. Albo gdy krzyczy „abudzi ciocia, abudzi ciocia, abudzi ciocia...”, Remus krótko ucina „abudzi kiedyś”.

Obaj nauczyli się mówić „proszę” i „dziękuję”. Kiedyś było „chcę pić”, teraz już „proszę pić”. Gdy otwierają bramkę zabezpieczającą schody (nie jest to już dla nich żadna bariera), mówią do mnie „proszę chujek”.

Niestety dużo gorzej wygląda rozwój emocjonalny obu chłopców.
Dzieci od kilku tygodni dość intensywnie spotykają się z członkami swojej rodziny biologicznej: mamą, tatą, i babcią. Ta ostatnia ma pozwolenie sądu na urlopowanie chłopaków i dwa razy z tego prawa skorzystała. Niestety jest mało asertywna, umożliwiając widywanie się dzieci (w tym czasie) ze swoimi rodzicami. I nie byłoby nawet w tym nic niezwykłego, gdyby rodzice nie przypominali dzieciom sytuacji z okresu, gdy z nimi mieszkali – bywają więc krzyki, awantury. Na dobrą sprawę, tata ma zakaz zbliżania się do mamy chłopców, więc nawet takie wspólne spotkania nie powinny mieć miejsca.
Jednak już sporo wcześniej (gdy babcia jeszcze nie zabierała dzieci do swojego domu), nastąpił regres w ich rozwoju emocjonalnym. Kiedyś, kilka tygodni po przyjściu do naszej rodziny, chłopcy zaczęli kontrolować swoje potrzeby fizjologiczne. Pieluchy mieli tylko zakładane na noc, a i tak najczęściej nad ranem były one suche, ponieważ chłopcy zgłaszali potrzebę skorzystania z toalety (nawet wczesnym ranem). W chwili obecnej wróciliśmy do zakładania pieluch również na południową drzemkę. Po nocy niemal zawsze są one brudne, a do tego zdarzają się „wpadki” (zarówno siku jak i kupa) w ciągu dnia (gdy tych pieluch nie mają).

Romulus z Remusem odreagowują zatem emocjonalnie wszystkie spotkania z rodzicami. Romulus bardziej się uzewnętrznia (werbalizując), z kolei Remus wszystko tłumi w sobie, choć przekłada się to na nagłe wybuchy złości, rzucanie się na podłogę, nieposłuszeństwo. Są to reakcje, które kiedyś nie miały miejsca.
Spotykanie się z rodziną biologiczną wpływa więc niewątpliwie negatywnie na rozwój bliźniaków, co paradoksalnie świadczy o tym, że mają oni silne więzi ze swoimi rodzicami. Często ich wspominają, pytają o kolejne spotkanie i cieszą się na każde z nich.

Niestety z prawnego punktu widzenia, wszystko się przedłuża – nie ma jeszcze nawet określonego terminu rozprawy.

Istnieją cztery opcje:

A. Powrót do rodziny biologicznej.

Tutaj sprawę komplikuje fakt, że starsze rodzeństwo przebywających u nas bliźniaków jest już podwójną i pojedynczą zwrotką, co oznacza, że już kiedyś było odebrane rodzinie, ponownie do niej wróciło i znowu zostało odebrane. Nasi chłopcy, znaleźli się w rodzinie zastępczej po raz pierwszy.
W Polsce nie prowadzi się żadnych statystyk związanych z tym, co dzieje się z dziećmi zwróconymi rodzinie biologicznej. Posłużę się jednak opracowaniem Anny Krawczak, opartym na raporcie Mary Baginsky oraz badaniach Elaine Farmer i Johna Wade'a (obu z 2011 roku), dotyczących brytyjskiego systemu pieczy zastępczej. Myślę, że u nas te badania nie wypadłyby lepiej.

Przytoczę pewien fragment tego tekstu:

W 2017 roku brytyjskie ministerstwo edukacji opublikowało rozległy raport dotyczący między innymi długofalowych efektów reintegracji. Pojawiło się w nim wiele interesujących danych.
Wykazano między innymi, że:
  • 46% dzieci zreintegrowanych z rodziną biologiczną było dalej po powrocie krzywdzonych przez członków rodziny;
  • w ciągu sześciu miesięcy od powrotu do domu, 35% dzieci zostało ponownie odebrane rodzinom z powodu przemocy lub ciężkiego zaniedbania.
  • Jeśli zaś monitorowanie zintegrowanej rodziny było prowadzone przez cztery lata, liczba dzieci-zwrotek (czyli dzieci, które ponownie zostały odebrane rodzicom) wyniosła aż 63%.
Nie są to jedyne zatrważające dane dotyczące dzieci-zwrotek. Janet Boddy wraz ze swoim zespołem badawczym wykazała, że ponad 40% dzieci, które w wieku 10-15 lat trafiły do rodziny zastępczej lub domu dziecka, wcześniej doświadczyło co najmniej trzech nieudanych reintegracji z rodziną i następujących po nich interwencyjnych odebrań. Ich rodzicom dawano więc kilkakrotnie i w krótkich odstępach czasu ponowne szanse, mimo iż skutki tej polityki okazały się druzgocące dla dzieci.
Z kolei John Wade zbadał losy zintegrowanych rodzin alarmując, że czynnik uzależnienia rodziców od substancji psychoaktywnych (alkohol i/lub narkotyki) jest jednym z najbardziej negatywnych prognostyków reintegracji.
W badaniach Wade'a aż 81% dzieci rodziców uzależnionych, którym system dał kolejną szansę, zostało z tych rodzin ponownie zabranych, ponieważ krzywda i skrajne zaniedbywanie dzieci nie ustały.
Co więcej dla 19% dzieci, które jednak zostały w rodzinach biologicznych, rezultaty po 4 latach pobytu w rodzinie (mierzone w skali globalnego dobrostanu) były wciąż gorsze niż rezultaty uzyskane u dzieci, które nie wróciły do swoich rodziców, ale były dalej wychowywane przez rodziny zastępcze.
Podobne wnioski wysunęli niezależnie Ian Sinclair i Heather Tausing. Pierwszy badacz dokumentował związek między wyższym ryzykiem wejścia w konflikt z prawem i porzuceniem edukacji przez dzieci zreintegrowane z rodzinami, niż przez grupę dzieci, które zostały w rodzinach zastępczych i dzięki temu osiągnęły lepsze rezultaty społeczne oraz edukacyjne.
Tausing natomiast przez sześć lat badała dzieci z Kalifornii. Konkluzje jej pracy są miażdżące dla idei reintegracji. Dzieci, które przywrócono rodzinom osiągnęły znacząco gorsze wyniki w edukacji (włączając w to odsetek przerwania edukacji szkolnej), znacząco gorsze wyniki zachowań autodestrukcyjnych, znacząco wyższe odsetki uzależnień i wchodzenia w konflikt z prawem, w porównaniu z tymi, którym pozwolono wychowywać się w rodzinach zastępczych i nie reintegrowano z rodzinami biologicznymi.


Anna Krawczak: „Rodzina święta nawet wtedy, gdy bije. Rząd chce karami zmusić gminy do szybkiego zwracania dzieci biologicznym rodzicom.”


B. Rodzina zastępcza.

Tutaj z kolei oprę się na badaniu NIK z lutego 2015 roku.

Dla dużej części wychowanków z rodzin zastępczych i domów dziecka próby wejścia w dorosłość po 18. roku życia nie kończą się najlepiej: powiększają kolejki bezrobotnych w urzędach pracy i pobierają zapomogi z opieki społecznej.
(...)
Spośród próby blisko tysiąca wychowanków, którzy podjęli próbę usamodzielnienia, 23 proc. korzystało ze świadczeń pomocy społecznej. 31 proc. zarejestrowało się w powiatowych urzędach pracy, 14 proc. przerwało proces usamodzielnienia, a kolejne 14 proc. wróciło do patologicznego środowiska, z którego wcześniej trafiło do pieczy zastępczej.
(...)
Powiatowe centra pomocy rodzinie nie mają narzędzi, aby nadzorować proces usamodzielnienia. Nie mogą rozliczać wychowanków z przyznanej pomocy ani sprawdzać, czy świadczenia zostały wykorzystane zgodnie z wnioskami. Dodatkowo NIK zwraca uwagę na fakt, że z powodu braku podstawy prawnej, także po zakończeniu procesu usamodzielnienia nie można śledzić losów byłych wychowanków, chociaż mogłoby to pomóc w ocenie skuteczności procesów usamodzielniania. Monitorowanie losów wychowanków ogranicza się więc głównie do egzekwowania zaświadczeń o kontynuowaniu nauki.


C. Adopcja.
Z punktu widzenia dobra bliźniaków, byłoby to rozwiązanie najlepsze. Z punktu widzenia dobra ich rodziców – najgorsze.
Pozostaje tylko postawić sobie pytanie, o czyje dobro właściwie zabiegamy?
Jest to również (a może przede wszystkim) pytanie do rodziców chłopców.
Za kilka lat, gdy powtórzy się historia... a pewnie się powtórzy (bo na to wskazują zarówno badania brytyjskie, jak też doświadczenia starszego rodzeństwa chłopców), pozostanie już tylko wariant D.

D. Dom dziecka.
Przynajmniej z emocjonalnego punktu widzenia, jest to więzienie dla nieletnich. I być może osoby prowadzące taki dom dziecka oburzyłyby się na takie moje stwierdzenie. Jednak ja, gdy czasami zdarza nam się opiekować przez chwilę szóstką, albo siódemką dzieci, to czuję się wówczas jak dom dziecka – nie zaspokajamy wtedy najważniejszych potrzeb dzieci. Potrzeb emocjonalnych.
Jeżeli jest to możliwe, to miejsce każdego dziecka powinno być w rodzinie – pytanie tylko: „jakiej?”




niedziela, 25 listopada 2018

PLOTKA 3




Na przykładzie historii Plotki będę się starał opisać, jak skutecznie (czy też nieskutecznie) działają rozmaite instytucje, których celem jest uregulowanie sytuacji dziecka, od momentu, gdy zostało ono odebrane rodzicom biologicznym, do czasu gdy pojawią się rodzice adopcyjni.
Krótko tylko przypomnę, że dziewczynka mieszka z nami od urodzenia. Właśnie minęło dziesięć miesięcy, a wszystkie znaki na ziemi i niebie wskazują, że pewnie wyprawimy jej jeszcze roczek.
Mama Plotki jest starszą wersją Kapsla. Ma dokładnie takie samo orzeczenie o niepełnosprawności. Uważa jednak, że jest zupełnie normalną osobą, a rentę dostaje i do psychiatry chodzi tylko dlatego, że jest nerwowa.
Z tym psychiatrą, to być może i mi przydałoby się czasami spotkać, ale renty z pewnością nikt nie zechciałby mi przyznać. Mama dziewczynki nie przestrzega żadnych ustalonych z nami reguł. Zdjęcia Ploteczki ma wysyłane co dwa tygodnie, rozmowy telefoniczne raz w tygodniu (wszystko w konkretne dni tygodnia). Często jednak bywa, że Majka otrzymuje w ciągu jednego dnia, nawet kilkanaście SMS-ów o treści niemal identycznej: „Dziendobry wieczur prosze o zdiencie dzienkuje”. Albo „moge ptosic o sriencie”. Chociaż do tego ostatniego zdania nawet bym się specjalnie nie przyczepiał. Znam pewnego informatyka, który napisałby niemal identycznie. Użyłby tylko słowa „sriecie” zamiast „sriencie”.
Mama dość często dzwoni do Majki... jak ma z czego. Niestety (a może na szczęście) bywają sytuacje, gdy jest zupełnie odcięta od świata. Wyznaje bowiem dziwną zasadę, że jak się nie ma telefonu, to nie trzeba za niego płacić rat przewidzianych umową. Dostaje więc jakiegoś smartfona na dwa, albo trzy lata. Po kilku tygodniach go sprzedaje, przestaje spłacać raty i szuka nowego operatora. Chyba jednak obskoczyła wszystkich, bo ostatnio dzwoni już tylko z telefonu swojej mamy. Wracając do mojej myśli... potrafi zadzwonić do Majki z pytaniem, czy nie jest w ciąży (mówiąc „pani pewnie się zna”) bo nie ma okresu od miesiąca i na teście ciążowym wyszła jej jedna kreska. Teoretycznie, cykl u kobiety trwa właśnie miesiąc... ale może ona ma inaczej. Niezależnie od tego, do testu raczej dołączane są instrukcje.

Nie opisałem tego wszystkiego dlatego, aby się w jakiś sposób wyśmiewać z tej dziewczyny. Chciałbym, aby Kapsel za kilkanaście lat potrafił chociaż tak pisać jak ona.
W mojej ocenie, problem polega na tym, że ona przecież nie przeszła jakiejś transformacji w ciągu jednego dnia. Mieszkała w domu dziecka, a gdy stała się pełnoletnia, wróciła do domu rodzinnego, który od zawsze był pod dozorem pomocy społecznej. Czy naprawdę nie dało się nic zrobić, aby uchronić ją przed ciążą? Czy nie powinna po wyjściu z domu dziecka trafić do jakiegoś ośrodka, w którym byłaby pod stałą opieką? Czy nie powinno się rozpocząć jakichś działań już w momencie, gdy było wiadomo, że jest w ciąży i nie ma nadziei na to, aby samodzielnie wychowywała dziecko (bo nie ma żadnych kompetencji rodzicielskich)? Może jeszcze jest jakaś szansa, bo inaczej... prędzej czy później znowu zobaczy dwie kreski.

Jak więc wcześniej wspomniałem, Plotka dziesięć miesięcy temu trafiła do naszej rodziny. I dopiero wówczas całej sprawie została nadana odpowiednia sygnatura i machina ruszyła. Pierwsza rozprawa została wyznaczona po czterech miesiącach. Niestety mama nie zjawiła się na sali sądowej, twierdząc że przecież nie mogła pokazać się w sądzie z niezrobionymi paznokciami. W związku z tym, wszystko zostało odłożone na następne cztery miesiące. W sądach nie da się niczego przyspieszyć, ominąć kolejki. W końcu sąd jest po to, aby kierować się literą prawa. Może tylko ta „litera” jest nie do końca sprawna i zbyt sztywna, zbyt zrutyniała. Na drugą rozprawę, asystentka rodziny dopilnowała, aby mama się stawiła. Wyrok nie był zaskoczeniem, nastąpiło odebranie praw rodzicielskich.
Niestety mama od razu zadeklarowała, że będzie się od niego odwoływać. To nie była jej decyzja (a przynajmniej nie tylko jej). Nawet gdy rozmawia z nami przez telefon, to ma obok siebie suflera. Zresztą to też mnie w pewien sposób zadziwia, że rodziny „niewydolne od zawsze”, które nie potrafią dobrze zliczyć do pięciu, przepisy umożliwiające im uzyskanie jakichś profitów, mają w małym palcu.
Adwokat „z urzędu” nie pomógł. Pewnie bardzo chciał, chociaż... może niekoniecznie. Nie wiem, zasady obowiązujące w świecie prawa, są mi zupełnie obce. Mama czegoś nie dopełniła, może tylko nie wpłaciła opłaty w kasie sądu. W każdym razie wyrok się uprawomocnił.
Chyba się uprawomocnił, ponieważ są to tylko informacje uzyskane od pani sekretarki z sądu. Jest to druga, a w niektórych sądach nawet pierwsza osoba w hierarchii ważności. Majce czasami łatwiej udaje się porozmawiać z sędziną niż z panią sekretarką. Wszystko zależy od sądu. I o ile mogę zrozumieć, że dla pani sekretarki, taka zwykła rodzina zastępcza, jak nasza, jest nikim – o tyle trudno mi pojąć, że nasza pani koordynator z PCPR-u, też często ma pod górkę. W tym przypadku wiadomo tylko tyle, że „sprawa jest zamknięta”.
Niestety oficjalnego postanowienia sądu jeszcze nie ma, bo pani sędzina nie ma czasu go podpisać. A przecież minęło już kilkanaście dni (od uprawomocnienia, bo od wydania decyzji - ponad półtora miesiąca).

Mając jednak takie informacje (że sprawa jest zamknięta), zaczęliśmy działać. Piętą achillesową jest Poradnia Psychologiczno-Pedagogiczna. Tutaj terminy są kilkutygodniowe. Niestety po naszych ostatnich szorstkich rozmowach dotyczących przypadku Kapsla, nie mamy już tam dobrych notowań, a co za tym idzie, możliwości jakiegokolwiek skrócenia terminu. Majka zadzwoniła jednak do ośrodka adopcyjnego. Tutaj, nasze akcje stoją jeszcze dość wysoko. Udało nam się uzyskać zgodę na opinię psychologiczną z dowolnej poradni dziecięcej. Najpierw Majka „uderzyła” do psychologa z ośrodka, w którym rehabilitujemy Ploteczkę. Już było lepiej – początek grudnia. Jednak byłoby to już po terminie zespołu, na którym zbierają się wszystkie najważniejsze osoby opiniujące dziecko kierowane do adopcji. Majka nie odpuszczała. Zadzwoniła do znanych sobie psychologów, w tym do osoby prowadzącej naszą ostatnią superwizję. Okazało się, że ma ona koleżankę, która zajmuje się dziećmi i dysponuje odpowiednimi testami. Dzięki dobrej woli obu pań, zostaliśmy wciśnięci w napięty grafik.... ale jesteśmy już po badaniu. W ciągu kilku dni będzie gotowa pisemna opinia, chociaż już wiadomo, że dla Plotki będzie ona korzystna. Pani psycholog poprosiła tylko, abyśmy wcześniej przekazali jej dokumentację medyczną i jakiś nasz opis zachowań dziewczynki. No to napisałem po swojemu (bo inaczej nie potrafię), co zamieszczam poniżej. Podobno bardzo to pomogło.

PCPR stoi już w progach startowych. Ośrodek adopcyjny nie lubi upierdliwych klientów (takich jak Majka), więc jest szansa, że też szybko ruszy z kopyta.

Czekamy zatem na podpis pani sędziny, mając nadzieję, że pani sekretarka nie pomyliła akt sprawy, albo nie miała czegoś innego na myśli.

Poniżej ostatnie dwie oceny Plotki:

Plotka (7 miesięcy)

Ocena rozwoju dziecka na podstawie obserwacji opiekunów.

Dziewczynka rozwija się swoim tempem – tak mógłbym ją ogólnie podsumować.
Większym problemem jest to, że wciąż jest w naszej rodzinie zastępczej i pewnie jeszcze jakiś czas będzie (chociaż już od dawna nie powinna).

  • Biorąc pod uwagę rozwój fizyczny, można mieć zastrzeżenia do tego, że jest trochę leniwa i nie chce się przewracać z pleców na brzuch i odwrotnie. Potrafi to zrobić, ponieważ kilka razy już jej się ta sztuka udała, jednak nie czuje takiej potrzeby.
  • Za to bardzo dobrze siedzi i w tej pozycji (pomijając noszenie na rękach) najchętniej spędzałaby cały dzień. Niestety, zdaniem fizjoterapeutki, to jeszcze nie ten czas. W tej chwili powinna próbować pełzać do tyłu, turlać się i kręcić wokół własnej osi. Świetnie wychodzi jej ta ostatnia czynność. Natomiast cały czas stara się usiąść. Wydawałoby się, że przynajmniej ćwiczy mięśnie brzucha. Okazuje się jednak, że pomijanie pewnych etapów rozwoju nie zawsze jest dobre.
  • Ploteczka jest dzieckiem towarzyskim. Uwielbia jak coś się dzieje. Lubi gdy jest obiektem zainteresowania, chociaż nie wymaga ciągłego noszenia na rękach. Nie oznacza to jednak, że tego nie lubi.
  • Tak jak większość dzieci, potrzebuje zabaw fizycznych: podniebnych lotów, skakania jak sprężynka i szeroko pojętej gimnastyki. Nieustannie chce odkrywać świat. Nawet trudno ją przewinąć, ponieważ również na zupełnie pustym przewijaku, próbuje sprawdzić, czy aby na pewno jest on pusty.
  • Poza tym, że nie chce się turlać i w pozycji pionowej trochę za bardzo odchyla ramiona do tyłu – jest w normie rozwojowej. Przekracza linię środka, próbuje się dobrać do każdej zabawki, która jest w zasięgu jej wzroku, bawi się stopami. Potrafi trzymać dwie różne zabawki w dwóch dłoniach. Umie też przekładać zabawkę z jednej ręki do drugiej.
  • Bardzo dobrze trzyma w dłoniach butelkę z mlekiem. Potrafi ją nawet sama odnaleźć w łóżeczku, więc jest samowystarczalna, gdy przypadkiem ją upuści.
  • Dość długo była oporna na jedzenie czegoś innego – co nie przypominało mleka. Zjedzenie dwóch łyżeczek zupy, czy kremu warzywnego, było dużym osiągnięciem. W tej chwili jada już obiadki złożone z całego bukietu warzyw i odrobiny mięsa. Uwielbia podjadać obiad dorosłych, chociaż chyba jest uczulona na jajko, bo ostatnio dostała lekką wysypkę.
  • Emocjonalnie jest w normie rozwojowej. Zaczyna pojawiać się lęk separacyjny. Nie tylko potrafi w sposób świadomy (oczywiście niewerbalnie) wyrażać swoje sympatie i antypatie, ale bywają momenty (żeby nie powiedzieć – osoby), gdy jedynym pocieszycielem jest ciocia lub wujek.
  • Doskonale rozpoznaje rozmaite sytuacje (stan emocjonalny różnych osób). Śmieje się, gaworzy i macha rączkami, gdy czuje się bezpiecznie. Gdy inne dzieci zaczynają płakać, jest zaniepokojona i rozgląda się dookoła.
  • Od jakiegoś czasu, zaczęła reagować na swoje imię. Niestety w tej kwestii muszę popracować trochę nad sobą, ponieważ Plotce wydaje się, że ma też na imię „Żabka”.
  • Dziewczynka lubi też zabawy z lustrem (chociaż od niedawna). Rozpoznaje w nim mnie, ale nie mam pewności, czy jest świadoma odbicia tej mniejszej osóbki. Jednak sprawia jej to dużą przyjemność – jeszcze jakiś czas temu, lustro dla niej w zasadzie nie istniało.
  • Plotka zdecydowanie ma swoją wolę. Gdy stwierdzi, że dalej nie chce jeść, to należy tylko zgodzić się z jej decyzją. Bardzo sugestywnie informuje o swoich potrzebach: zabawie, jedzeniu, śnie i... kupie.
  • Ze snem jest bardzo różnie. Bywają okresy, gdy dzień staje się nocą i na odwrót.
  • Jak większość dzieci, uwielbia spacery. Teraz są one dla niej już tylko możliwością poznawania świata. Zasypia bowiem wyłącznie w łóżeczku. Przestała też używać smoczka – tak sama z siebie.
  • Ząbkuje... już od kilku tygodni (chociaż jeszcze żadnego ząbka nie widać). Ale teraz, to już chyba na sto procent.

I tak sobie razem mieszkamy. Plotka uważa nas za rodziców, chociaż nimi nie jesteśmy, a my traktujemy ją jak córkę, mimo że przecież też nią nie jest.



Plotka (10 miesięcy)

Ocena rozwoju dziecka na podstawie obserwacji opiekunów.

Ploteczka od kilku tygodni jest rehabilitowana ruchowo. W stosunku do rówieśników jest nieco z tyłu, więc takie zalecenie dostaliśmy od osoby, która monitoruje w tym względzie nasze dzieci zastępcze. Podobno nie ma tragedii i bez tej rehabilitacji rozwój dziewczynki nastąpiłby tylko nieco później. Została odrzucona teoria o jakichkolwiek zaburzeniach ośrodkowego układu nerwowego. Ujmując sprawę kolokwialnie, zajęcia na które Plotkę zapisaliśmy, mają sprawić, że w przyszłości nie będzie prosiła rodziców o zwolnienia z lekcji wychowania fizycznego.

Dziewczynka ma też alergię pokarmową. Jest jeszcze zbyt wcześnie, aby robić testy i póki co, sprawę łagodzi nieco ketotifen (lek przeciwalergiczny). Istnieje jednak przypuszczenie, że może ją uczulać nawet coś bardzo łagodnego – ziemniak, marchewka, albo dynia.

Wykaz umiejętności dziecka:

  • Plotka nie raczkuje, a nawet nie pełza. Leżąc na plecach, sprawnie obraca się wokół własnej osi. Natomiast bardzo lubi siedzieć, chociaż nie powinniśmy utrzymywać jej w dłuższym czasie w tej pozycji (dopóki sama nie zacznie siadać). Jednak opracowała własny sposób poruszania się. Będąc w pozycji siedzącej, kładzie rączki między nogi, zapiera się i przesuwa do przodu.
  • Nadal rzadko przewraca się z pleców na brzuch i odwrotnie (chociaż potrafi). Wprawdzie motywujemy ją pokazanymi przez rehabilitantów ćwiczeniami, to jakoś nie specjalnie jest zainteresowana.
  • Ale za to, chętnie wchodzi w interakcje ze wszystkimi domownikami. Kiwa się, w rytm muzyki, albo gdy jest zadowolona. Interesuje się zabawkami (zwłaszcza tymi grającymi lub piszczącymi). Nadal najchętniej wkłada wszystkie przedmioty do buzi, chociaż coraz częściej zaczyna się im przyglądać i przekłada z rączki do rączki. Uwielbia wykładać klocki z pudełka, chociaż niekoniecznie wkładać z powrotem.
  • Zaczyna poznawać swoje ciało i potrafi wykorzystać je do swoich celów. Gdy leży na plecach, a chce podnieść lalkę, to gdy jest ona poza zasięgiem rąk, wykorzystuje nogi, którymi podaje sobie zabawkę.
  • Stosuje ruch szczypcowy zbierając okruszki.
  • Potrafi zrobić „pa-pa”. Przy „brawo-brawo”, rączki jeszcze się jej czasami mijają. Pracujemy nad przybijaniem „piątki”, „żółwikiem” i „grabulą”, chociaż umie się przywitać na „dzień dobry” (zwłaszcza bawi ją potrząsanie rączką).
  • Lubi też zabawę w „nie ma Ploteczki, nie ma” (gdy przykrywamy jej głowę pieluszką). Nie ma też problemu z odkryciem zasłoniętej w ten sposób zabawki, a gdy nie może się dostać do klocka lub samochodzika leżącego na pieluszcze, to zwyczajne za nią ciągnie, realizując zamierzony plan. Uwielbia zabawę w „a ku-ku”. Bawią ją moje głupie miny.
  • Odwraca się w pozycji siedzącej (nawet o 180 stopni) w poszukiwaniu osoby lub dźwięku.
  • Śledzi wzrokiem toczącą się piłkę, spadający przedmiot, czy odbijany w górę balonik.
  • Jest bardzo emocjonalna, chociaż najczęściej (a w zasadzie zawsze) kiwa głową na „nie”.
  • Charakterek też ma niczego sobie. Gdy jest zła, to rozrzuca wokół wszystkie zabawki, które ma pod ręką.
  • Wydaje się, że gadulstwo ma w genach, jednak używa niewielu sylab. W zasadzie doszukałem się tylko czegoś w rodzaju „bla”, „dla”, „ala”. Podobno do Majki mówi również „a-da-da” i „a-ba-ba”. Do mnie „a-dzia-dzia” jakoś nie mówi.
  • Lubi naśladować. Gdy chce kogoś „zagadnąć”, to często zaczyna warczeć (warczenie na siebie, to taka nasza ulubiona zabawa).
  • Nie mamy problemów z jedzeniem. Posiłków dziewczynki, nie stanowią już tylko zmiksowane papki, ale również potrawy z kawałkami warzyw, kluseczkami, czy ryżem. Chociaż do niedawna, Plotka wyciągała z buzi na przykład taką kluskę, oglądała i dopiero wówczas zjadała.
  • Bardzo lubi się przytulać i głaskać kogoś po brodzie. Pewnie się dziwi, że wujek, w przeciwieństwie do innych domowników, jest jakiś szorstki. Potrafi również bawić się samodzielnie, jednak potrzebuje kontaktu wzrokowego z opiekunem. Chociaż tym opiekunem może być również dwuletni kolega.
  • Nadal jest na etapie lęku separacyjnego. Wprawdzie nie ma problemu z pójściem na kolana do osoby, której nie do końca kojarzy, to jednak ktoś jej bliski musi być w zasięgu wzroku.
  • Od miesiąca ma dwa zęby (dwie dolne jedynki), którymi uwielbia się posługiwać, więc trzeba na nią uważać.

Wydaje się jednak, że dość łatwo potrafi się z kimś zaprzyjaźnić (ale też szybko o nim zapomnieć). Rozstanie z nami, nie powinno negatywnie odbić się na jej psychice, o ile zostanie rozłożone w czasie, a rodzina w której będzie miała zamieszkać, będzie tego świadoma.










niedziela, 18 listopada 2018

--- Ojciec zastępczy.


Dzisiejszy wpis poświęcę rodzinom zastępczym zawodowym, a przynajmniej takim, które mają pod opieką kilkoro dzieci, a jeden z opiekunów musi pracować
Tytułowy ojciec zastępczy, będzie więc trochę bezpłciowy, ponieważ może on być również kobietą. Myślę nawet, że żeńska forma ojca zastępczego, ma dużo bardziej przechlapane.


Rodziny zastępcze, których obowiązkiem (z definicji) są kontakty z rodzicami biologicznymi przebywających u nich dzieci, często spisują regulamin. Jest to pewnego rodzaju zbiór zasad obowiązujących w ich domu i w relacjach z odwiedzanymi dziećmi. Z takim regulaminem zapoznają się rodzice biologiczni, podpisują go i... czasami się do niego stosują. Bywa, że z biegiem lat, punktów w regulaminie przybywa i zaczyna on przypominać umowę kredytową z bankiem. Nie wykluczam, że w którymś momencie też coś takiego będzie obowiązywało w naszym pogotowiu rodzinnym. Póki co, albo jeszcze nie zdarzyli nam się naprawdę upierdliwi rodzice biologiczni, albo Majka od pierwszego spotkania trzyma ich na krótkiej smyczy i nawet nie śmią podskoczyć.

Jednak wydaje mi się, że ważniejszą rzeczą byłoby spisanie regulaminu obowiązującego rodziców zastępczych. Taki dokument powinien powstać na samym początku, zanim zostanie podjęta ostateczna decyzja o pozostaniu rodziną i zanim rozpoczną się jakiekolwiek szkolenia. Tak... problem tylko jest taki, że wówczas jeszcze nie wiadomo, co w takim regulaminie powinno być zawarte. I na dobrą sprawę, nie za bardzo wiadomo nawet wtedy, gdy pierwsze dzieci zostaną umieszczone w rodzinie zastępczej.
Wszystko przychodzi z czasem i najczęściej ojciec zastępczy zaczyna robić coraz większe oczy. Słyszy na przykład tekst „mógłbyś robić więcej”, albo „zrobiłbyś coś pożytecznego, a nie tylko czytasz książkę”, tudzież „ja nie mam na nic czasu, na fryzjera, kosmetyczkę – czuję się zaniedbana”. Nie są to teksty Majki, ale może tylko dlatego, że mam pracę określaną mianem „wolnego zawodu”. Ktoś mi kiedyś powiedział, że pracuję kiedy chcę i ile chcę. Może nie do końca jest to prawdziwe, ale faktycznie umawiam się z kalendarzem Majki, a nie swoim. Nawet gdy wczoraj dzwoniłem w sprawie wymiany opon na zimowe, to musiałem to skonsultować z Majką.

Pomysł pozostania pogotowiem rodzinnym był Majki. Myślę, że w wielu przypadkach jest tak, że osoba zafascynowana wizją niesienia pomocy dzieciom, taka która zachłysnęła się ideą rodzicielstwa zastępczego, czasami zaczyna oszukiwać samą siebie. Zaczyna obiecywać temu przyszłemu ojcu zastępczemu coś, co może nigdy nie nastąpić. Wielokrotnie pewnie jest też tak, że ma ona zbyt mało danych, aby wszystko racjonalnie ocenić i zobowiązać się do takich, czy innych rzeczy.
Pamiętam nasze pierwsze rozmowy z Majką. Wydawało jej się, że wszystko będzie wyglądało tak, jak kilka lat wcześniej, gdy nasze dzieci były jeszcze małe. Mieliśmy ich trójkę, więc teoretycznie sytuacja identyczna jak w pogotowiu rodzinnym. Owszem, przewidzieliśmy to, że prawie zawsze będziemy mieć malutkie dzieci. Nie będzie więc dorastania, wyrastania z pieluch... zawsze będziemy tkwić niemal w tym samym punkcie. Dlatego, gdybyśmy wówczas spisali jakiś regulamin, to moim obowiązkiem byłaby nocna opieka nad całą gromadką w soboty (aby Majka mogła odespać nieprzespane noce z całego tygodnia) oraz spędzenie z dziećmi dwóch do trzech dni w miesiącu, bo przecież któreś może zachorować, albo trzeba będzie pojechać do sądu. W naszym przypadku ustne ustalenia tak właśnie wyglądały.

Wydawać by się mogło, że za chwilę napiszę: „tak się nie da”, że jedna osoba nie jest w stanie udźwignąć prowadzenia takiego pogotowia rodzinnego jak nasze.
Owszem, jest to możliwe, ale...

Opiszę ostatni tydzień, pod kątem mojego zaangażowania w naszą rodzinę zastępczą. Z wielu punktów mógłbym zrezygnować. Wielu elementów zupełnie nie brałem kiedyś pod uwagę. Na szczęście mam duszę kameleona i potrafię się dostosować. A jak już coś zaczynam robić, to chcę to robić dobrze (a przynajmniej być w zgodzie ze swoim światopoglądem). Do tego wolę mieć zadowoloną żonę, niż wiecznie zmęczoną i zrzędzącą.
I w gruncie rzeczy, lubię być ojcem zastępczym. Wkurza mnie tylko, jak Majka czasami pyta „a ty jeszcze coś zarabiasz?”. W sumie, biorąc pod uwagę czas, który poświęcam dzieciom zastępczym (albo bardziej... pieczy zastępczej) – nie jest to pytanie bezzasadne.

Każdego dnia do moich obowiązków należy zajmowanie się Plotką i bliźniakami między 6:30 a 9:00. Raz jest łatwiej, raz trudniej. Dziewczynka właściwie nie sprawia problemów. Chłopcy czasami bawią się bardzo ładnie, czasami czują potrzebę przytulania się i wszyscy dosypiamy pod kołdrą, a czasami przez dwie godziny tylko słyszę „abudzi, abudzi, abudzi, abudzi..." co można przetłumaczyć „kiedy się Majka wreszcie obudzi”.
Wziąłem na siebie jeszcze robienie kolacji i kąpiel dzieci, co w przypadku aktualnej czwóreczki zajmuje mi mniej więcej półtorej godziny.

A teraz opiszę to, co było dodatkowo w tym tygodniu.

Sobota
Majka rano zawiozła bliźniaki do babci (która ma zgodę sądu na urlopowanie). Teoretycznie moglibyśmy powiedzieć, że jak chce, to niech po chłopaków przyjedzie. Tyle tylko, że jest to daleko (babcia musiałaby jechać pociągiem i przesiadać się na autobus). O nią nam nie chodzi, ale o dzieci.
Przeleciały trzy godziny spędzone z Plotką i Messengerem.
Po południu zostaliśmy zaproszeni na urodziny do Foxika (dziewczynki, która przebywała w naszej rodzinie trzy lata temu).


Niedziela
Koło południa odwiedziła nas Iskierka z rodzicami (kolejna dziewczynka, która kiedyś z nami mieszkała). Jest to rodzina, która bardzo dba o nasze wspólne kontakty. Pokonali ponad 100 kilometrów (w jedną stronę), aby przyjechać na kawę. Bardzo lubię te spotkania i wydaje mi się, że są one ważne dla Iskierki. Ale minęły trzy godziny.
Wieczorem Majka miała odebrać chłopaków od babci. Okazało się, że rodzice dzieci zrobili u babci niezłą awanturę i Majka musiała pojechać trochę wcześniej, no i... trochę porozmawiać. Przeleciały kolejne trzy godziny.

Poniedziałek
Rano Majka pojechała z Messengerem na badanie bioder. Nawet wyjątkowo sprawnie poszło. Wszystko zamknęło się w niecałych trzech godzinach. Zabawy z Plotką i bliźniakami wspominam bardzo miło – ale czas leciał.
Majka próbowała umówić się dzień wcześniej z mamą Messengera, aby przyjechała do przychodni spotkać się z synkiem (zamiast wcześniej umówionej wizyty na wtorek). Niestety kobieta stwierdziła, że nie zna ulicy, przy której mieści się przychodnia (???), więc nie przyjedzie.
Po obiedzie odwiedził nas Gacek z rodzicami. Zabawa była przednia. Gdy chłopiec od nas odchodził (prawie dwa lata temu), to bliźniaków jeszcze nie było, ale dzieci dogadują się całkiem dobrze.

Wtorek
Majka pojechała z rana do PCPR-u na spotkanie z mamą Messengera. Cztery godziny z głowy.

Środa
Popołudniowe spotkanie w ramach grupy wsparcia w PCPR. Majka bardzo lubi na nie uczęszczać, chociaż czasami odnoszę wrażenie, że to ona tylko daje wsparcie. No ale skoro ją to kręci? Ja tam jeszcze nie byłem i prawdę mówiąc nie zamierzam. Słuchając miesiąc w miesiąc tych samych wywodów tych samych rodziców zastępczych, chyba wychodziłbym z tego spotkania zdołowany. Często na pytanie: „jak było?”, Majka odpowiada: „to samo co miesiąc temu”. A przecież na co dzień, takie odpowiedzi rzadko jej się zdarzają.
Tym razem miało być trochę więcej kombinacji, bo chciała przyjechać mama bliźniaków, aby się z nimi spotkać. Majka miała więc zabrać Romulusa i Remusa, aby pobawili się z mamą przed grupą wsparcia. Ja miałem dwie godziny później zapakować do drugiego samochodu Plotkę i Messengera, podjechać pod PCPR, włączyć światła awaryjne na środku ulicy (bo przecież nie ma tam jak zaparkować) i poczekać, aż Majka przyprowadzi mi chłopców.
Pani psycholog się rozchorowała i wszystko zostało odwołane. Mam nadzieję, że był to tylko katar - ale ile radości...

Czwartek
Majka chadza na spotkania czytelnicze. To się nazywa „świat książki”, czy jakoś tak. Dziewczyny i jeden facet mają za zadanie przeczytać w ciągu miesiąca pewną książkę (wskazaną przez lidera grupy) i potem ją omawiają. Maja bardzo to lubi, a mi nie zabiera to nawet dużo czasu. W zasadzie wychodzi tylko godzinę przed kąpielą dzieci. Tyle tylko, że muszę ogarnąć wówczas wszystko. Podobnie zresztą jak w dniu, gdy chadza na aerobic. W tym tygodniu (z racji święta) wypadł.

Piątek
Maja z samego rana wyjechała z Plotką i Messengerem na rehabilitację. Ja w tym czasie odwiozłem Romulusa i Remusa do zaprzyjaźnionej rodziny zastępczej. Dla chłopców jest to ogromna atrakcja (myślę, że dużo większa niż spotykanie się ze swoją rodziną biologiczną).
Po południu Majka wyszła z naszymi dziećmi (tymi dorosłymi) do teatru. Prawdę mówiąc, gdybym miał wybierać (chociaż nikt nie pytał mnie o zdanie), to wybrałbym wariant z dziećmi zastępczymi w domu – tak też się stało.

Dzisiaj
Luzik, nic nie musiałem. Może dlatego od rana bolała mnie głowa. Majka bardzo się przejęła. Mówiła o jakimś ciśnieniu śródczaszkowym i odwodnieniu – kazała pić dużo wody. Miałem szlaban na „wszystko”. Wszystko poza bawieniem się z dziećmi, robieniem kolacji, kąpaniem i pracowaniem przy komputerze. Tyle tylko, że na to „wszystko” czekałem od kilku dni. Już się wyleczyłem. Głowa nie będzie mnie boleć do końca życia. Nawet ból w kręgosłupie mi przeszedł... tak na wszelki wypadek.

Ale z drugiej strony, nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Gdyby łeb mi nie napierdalał z samego rana, to tego wpisu by nie było. A może komuś na coś się przyda?



poniedziałek, 12 listopada 2018

--- Armagedon.



Jednak armagedon czasami staje się faktem. I nie mam na myśli kataklizmu (chociaż tak najczęściej jest ten termin odbierany – aczkolwiek niewłaściwie), ale zmianę stanu umysłu, przejście na wyższy poziom świadomości..
Parę dni temu coś takiego miało miejsce w naszej rodzinie. Wszystko zaczęło się wczesnym rankiem, chociaż do tego wniosku doszedłem dużo, dużo później.
Po przebudzeniu, okazało się, że nie ma prądu. W sumie nie było to niczym niezwykłym, ponieważ takie wielogodzinne wyłączenia energii są nam serwowane kilka razy w roku. Gdy Majka wyszła z dziećmi na spacer i dostrzegła ekipę wykonującą jakieś „wykopki” w pobliżu transformatora, jeszcze bardziej utwierdziliśmy się w przekonaniu, że jest to planowe wyłączenie.
Trochę się zaniepokoiłem, gdy minęła piętnasta, a prądu nadal nie było. Pomyślałem jednak sobie, trudno – widocznie chłopcy się jeszcze nie wyrobili. Niestety gdy zaczęło się ściemniać i pojawiły się światła w domach sąsiadów, dotarło do mnie, że coś jest nie tak. Sprawdziłem szafkę z bezpiecznikami. Niczego podejrzanego nie zauważyłem. Główny bezpiecznik był na „ON”. Kilka innych jest wyłączonych na stałe, jak choćby oświetlenie wokół domu (działające na ruch), które włączało się nawet przy lekkich podmuchach wiatru, albo kabel o którym zapomniałem wykonując bruk na tarasie (i kończy się teraz gdzieś pod betonem). No to wziąłem latarkę i poszedłem do skrzynki przed płotem. Tam wprawdzie nie było „ON” i „OFF”, ale bezpiecznik był ustawiony na kolor zielony (co uznałem za właściwe) i nie dał się przestawić w pozycję z kolorem czerwonym. Nawet chwilowe przytrzymanie w czerwonej pozycji nie powodowało choćby krótkotrwałego zapalenia się świateł, a wyłączenie bezpiecznika wewnątrz domu, też niczego nie zmieniało. Nie będę przedłużał opisu wszystkich kombinacji, które wykonałem, a które doprowadziły mnie do wniosku, że zrobiłem wszystko, co było w mojej mocy.

Kilkanaście lat temu, gdy przez nasz region przetoczyła się wichura z prędkością 130 km/h, nie mieliśmy prądu przez prawie tydzień. Jednak wówczas wszystkie nasze córki były już nastolatkami i potraktowały tę sytuację, jako swego rodzaju atrakcję. Wprawdzie ogrzewanie mamy gazowe, to jednak jak nie ma prądu – piec się nie uruchomi. Na szczęście mamy kominek, więc wspólne spanie na materacu w salonie tworzyło niepowtarzalny klimat. Była to również zima i w przeciwieństwie do tegorocznej sytuacji - mroźna. Poza salonem, we wszystkich pokojach zrobiło się zimno. Tak więc w jednym pokoju mieszkaliśmy całą piątką, do tego pies, kot i zeberki. W obliczu zagrożenia, zwierzaki ogłosiły rozejm i nawet kot nie próbował dobrać się do ptaków (którymi wbrew pozorom są zeberki).
Dzieci cieszyły się, że nie muszą odrabiać lekcji (bo przecież przy świeczkach tylko można sobie popsuć wzrok) i mogły myć tylko najważniejsze części ciała – czyli w zasadzie zęby.
Niestety po dwóch dniach miarka się przebrała i Majka wyjechała z dzieciakami do swoich rodziców. Ja musiałem zostać, aby podtrzymywać ogień, bo w wyobraźni już jawiły mi się pękające kaloryfery i zawór z dopływem wody. W każdym razie, od tego momentu, zawsze utrzymuję zapas drewna na ciągłe palenie przynajmniej przez miesiąc.

Niestety tym razem sprawa wyglądała dużo gorzej. Niemowlaki i bliźniaki, nie za bardzo cieszył nastrój spowodowany blaskiem świec. Nie było stałych rytuałów, które są niezbędne do zaśnięcia. Chłopcy domagali się dobranocki w telewizji i zapalenia nocnej lampki. Maluchy jeszcze nigdy nie poszły spać bez kąpieli, więc trudno było przewidzieć, czy przypadkiem nie potraktują snu nocnego jako popołudniowej drzemki.
W zamian zaproponowaliśmy dzieciom opowiadanie bajek i śpiewanie piosenek. Nie wiem, czy taka zamiana je satysfakcjonowała, w każdym razie podjęliśmy decyzję, że jakoś dotrwamy do rana. Aby nikt się nie przeziębił, Majka wzięła Messengera do swojego łóżka, ja Plotkę, a bliźniaki ubraliśmy w dresy, sweterki i grube skarpety. Udało się.

Z samego rana zadzwoniliśmy po pogotowie energetyczne. Panowie przyjechali nawet całkiem szybko. Jednak gdy stwierdzili, że do ich obowiązków należy tylko zapewnienie sprawności instalacji przed płotem, i jeżeli tutaj wszystko będzie działać, to muszę szukać sobie jakiegoś elektryka (aby dokonał naprawy awarii wewnątrz domu), to oblał mnie zimny pot. Pamiętam, jak kilka lat temu próbowałem znaleźć instalatora, aby wymienił mi wszystkie wężyki doprowadzające wodę do sanitariatów. Szukałem takiego prawie pół roku. Jeden nawet przyjechał, ale gdy zobaczył, że tych wężyków jest 27, a do tego wszystkie zakryte rozmaitymi obudowami, to zrezygnował – twierdząc, że jest to dłubanina. A myślałem, że wszystko jest tylko kwestią ceny? W pewnym momencie dodałem do zlecenia nawet wymianę zasobnika wody, który trochę przeciekał (chociaż jakoś sobie radziłem). Przyjechał instalator... wymienił zasobnik, skasował pieniądze. Dzień później miał przyjść wymieniać wężyki... nie pojawił się do dzisiaj. A wężyki mają już 15 lat.
Trudno się zatem dziwić, że z takimi doświadczeniami, nie patrzyłem optymistycznie na możliwość wystąpienia awarii instalacji elektrycznej.

Na szczęście sprawa była prosta. I wcale się nie przejmowałem tym, że w zasadzie zrobiłem z siebie idiotę. Okazało się, że jednak kolor czerwony jest prawidłowy, a żeby podnieść bezpiecznik, trzeba to zrobić dwa razy (raz po razie).
Niestety dowiedziałem się również, że wcale nie jest rzadkością uszkodzenie kabla na trasie między skrzynką przed płotem, a domem. Tak zupełnie bez powodu. No więc już wyobrażam sobie awarię przy temperaturze -20 stopni, kucie betonu pod wjazdem do domu – a przede wszystkim znalezienie odpowiedniej ekipy.

Na koniec przejdę do sedna sprawy.
W dniu, gdy poczuliśmy niesamowitą radość z normalności (czyli gdy znowu przewodami popłynął prąd), okazało się, że w pokoju chłopaków nie ma światła. Poszli więc spać tak jak dzień wcześniej, czyli po ciemku. Rano zacząłem szukać przyczyny. Już wieczorem poprzedniego dnia przypomniał mi się bezpiecznik, który był na „OFF”, a którego nie do końca byłem w stanie zlokalizować w projekcie instalacji elektrycznej.
W sypialni bliźniaków znalazłem kartonik z sokiem pomidorowym. Jestem fanem soku pomidorowego, i gdy spędzam czas w pokoju dzieci, to zawsze mam go pod ręką. Nie udało im się odkręcić zakrętki, więc zwyczajnie ją wyrwali, po czym zawartość wylali za kanapę, gdzie znajdował się przedłużacz prądu.
Od momentu zmiany czasu na zimowy, chłopcy nadal budzą się według czasu letniego (chociaż chodzą spać według zimowego). Jednak tego feralnego dnia, spali wyjątkowo długo... tak mi się wydawało. Gdy wszedłem do ich pokoju, to obu spotkałem stojących na przewijaku. Gdy mnie zobaczyli, to Remus natychmiast zanurkował do swojego łóżeczka. Na główkę... zupełnie jak do basenu na pływalni. Romulus miał pecha, bo właśnie stał z opuszczonymi majtkami i robił siku na ścianę. Mogę tylko stwierdzić, że póki co, problemów z prostatą jeszcze nie ma.
Chwilę później zauważyłem rozlaną na przewijaku oliwkę dla dzieci. Butelka stała na najwyższej półce szafki wiszącej na ścianie. Chłopcy musieli się więc wspiąć po nią niczym po ściance wspinaczkowej.


Wizja lokalna dokonana kilka dni później.


To doświadczenie było dla mnie tym tytułowym armagedonem, przejściem na wyższy poziom świadomości. Doskonale wiedziałem, jak ważne są rozmaite zabezpieczenia, że niebezpieczne środki należy przechowywać w miejscach niedostępnych dla dzieci.
Teraz wiem już dużo więcej. Bliźniacy nauczyli mnie tego, że dla trzylatka niczym jest barierka zabezpieczająca wejście na schody, czy do kuchni. Niczym są zamknięte drzwi (nawet na klucz, gdy ten klucz pozostaje w zamku). Wisząca na ścianie półka jest najwyżej wyzwaniem - jednym z ośmiotysięczników, który należy zdobyć. Drzwi od tarasu, to jak brama w Alcatraz... zakazany owoc, ale wciąż kusi.
Chociaż z drugiej strony, takie doświadczenia uczą samodzielności, niezależności, odpowiedzialności , łańcucha przyczynowo-skutkowego.
No... przynajmniej w teorii. Romulus nasikał na ścianę, wraz ze swoim bratem nie raz już spadł z jakiejś półki, czy też tapczanu, nie raz nabił sobie guza, albo zaklinował pod łóżkiem.
I co? Nic.