niedziela, 21 października 2018

KAPSEL - pożegnanie.

Nowy dom Kapsla.



Kapsel spędził w naszej rodzinie równe dwa lata. Przynajmniej o rok za długo. Dla nas o rok za długo. Chłopcu było już chyba wszystko jedno. Patrząc z perspektywy czasu, wydaje mi się, że nie chodziło mu o jakieś zwątpienie, czy rezygnację. Kapsel trochę płynie pod prąd. Im większa stabilizacja i spokój, tym gorzej. Ma trochę tak, jak Majka. Wszystko musi się wokół niego zmieniać – wówczas jest w swoim żywiole.

Dzień przed odwiezieniem go do Domu Pomocy Społecznej, wyprawiliśmy wielką imprezę. Był tort, przyjechali goście. Chłopiec wiedział, że następnego dnia Majka odwiezie go do szkoły, z której już nie będzie codziennie wracał do naszego domu. Twierdził, że rozumie, jednak w tym momencie najważniejsze było to, że teraz może najeść się słodyczy do syta.
Nie mam pojęcia w jaki sposób chłopiec potrafił sobie przetworzyć w umyśle te informacje.
Nawet w dniu wyjazdu nie wiedziałem, czy zdaje sobie sprawę z tego, co go czeka. Pożegnał się ze mną tak jak zawsze, gdy wychodził do przedszkola. Zagadnął nawet, że jak wróci, to... Powiedziałem „Kapsel, ty już tutaj nie wrócisz”. „Ano tak” odpowiedział. Zjadł rozklapanego arbuza z poprzedniego dnia, przybił „piątkę” i powiedział „cześć wujek”. Było mi smutno. W zasadzie nie dlatego, że już nie będzie mieszkał w naszym domu (bo przecież długo czekałem na ten dzień), ale dlatego że to po nim spłynęło jak po kaczce. Dla jego umysłu było to bardzo dobre, jednak po raz kolejny dotarło do mnie, że chłopiec przez te dwa lata nie nawiązał z nami prawie żadnych więzi. Czy tak właśnie wygląda RAD? Czy spotkałem się z zaburzeniem, o którym sądziłem, że nie występuje u dzieci, które nigdy nie przebywały w placówce? Przecież Kapsel przez całe życie mieszkał z jakąś rodziną. Większą jego część spędził ze swoją mamą i babcią. To one zawiniły, czy może my? A może tylko próbuję dorobić jakąś teorię do sytuacji, której podłożem jest zupełnie coś innego?

Psychologowie uprzedzali nas, że po oddaniu Kapsla przeżyjemy pewnego rodzaju żałobę. Będziemy tęsknić, będziemy go wspominać. Owszem, we wspomnieniach pełni on jedną z ważniejszych ról. Nie chcę się wypowiadać za Majkę, jednak dla mnie rozstanie z Kapslem było wielką ulgą. Prawie jakbym wrócił z zaświatów do życia. Nie mam pojęcia, co jest tego przyczyną, bo chyba nie to, że pani przedszkolanka, niemal codziennie mówiła „panie Pikuś, proszę zaczekać, muszę z panem porozmawiać”. Zwłaszcza, że była to tylko przedszkolanka wakacyjna. Ta śródroczna już nie miała uwag. Podobnie jak ja, wiedziała że trzeba zacisnąć zęby i dotrwać do końca.

Majka odwiozła Kapsla do Domu Pomocy Społecznej. Spędziła tam kilka godzin. Dokładnie tak jak napisałem – tam, a nie z nim. Chłopiec był niezwykle podniecony nową sytuacją, nowym miejscem. Biegał po wszystkich pokojach, witał się ze wszystkimi chłopakami (ponieważ jest to DPS tylko dla chłopców), każdy był już jego przyjacielem. Cieszył się, że może pokazać swój rower i swoje zabawki, które przywiózł. Z Majką pożegnał się tak samo jak ze mną: „cześć ciociu”.

Na temat domów pomocy społecznej nie chcę się wypowiadać, ponieważ znam tylko dwa.
Mogę się tylko oprzeć na zdaniu Nikoli i moim subiektywnym wrażeniu. To ostatnie jest bardzo dobre, a opinia Nikoli o tym konkretnym miejscu, jeszcze lepsza.
Chłopca odwiedziłem po trzech tygodniach. Pojechaliśmy tam we trójkę: Majka, Plotka i ja.
Widziałem piękne, dwuosobowe pokoje, łazienki full-wypas, przemiłe siostry (bo DPS prowadzą siostry zakonne) i opiekunki.
Niestety ogólne wrażenie było dla mnie bardzo przygnębiające. Nie potrafiłbym tam pracować.
Przywitał nas mężczyzna. Już po wymianie kilku zdań, wiedziałem że jest to pięćdziesięcioletni chłopiec. Później było jeszcze gorzej. Odwiedziny są w tym miejscu wielkim wydarzeniem. W ciągu kilku minut, cały ośrodek wiedział, że do Kapsla przyjechali rodzice i wszyscy chłopcy chcieli się z nami spotkać (a przynajmniej nas zobaczyć). Większości z nich, nikt nigdy nie odwiedził.
Nawet siostrom trudno było im wytłumaczyć, że jesteśmy gośćmi tylko Kapsla – a nie wszystkich. Chociaż Majka, ze swoją wrodzoną (czy też nabytą) otwartością, potrafiła porozmawiać z głuchoniemym piętnastolatkiem na temat małżeństwa, dzieci i sensu istnienia. Mogę tylko dodać, że chłopiec był również niepełnosprawny umysłowo.

Kapsel przywitał nas tak jak zawsze... tak jak nas witał, gdy odbieraliśmy go z przedszkola. Czasami mam wrażenie, że dla niego czas stoi w miejscu, że wszystkie wydarzenia dzieją się jednocześnie, że chłopak nie zauważył że już nie mieszka z nami i że ostatni raz widzieliśmy się trzy tygodnie wcześniej.

Nie wiem, czy widok Kapsla mnie ucieszył. Nawet nie mam pewności, czy Majka jeździ tam z potrzeby serca, czy zwykłej przyzwoitości – bo przecież jeszcze jest jego opiekunem prawnym.
Ja nie chciałbym już tam go odwiedzać... nie czuję takiej potrzeby.

Zgadzam się z opinią wielu osób, że miejsce dziecka jest w rodzinie, a nie w placówce. Jednak widzę, jak bardzo się teraz wszystko u nas zmieniło. Każdy z członków rodziny stał się inny - pogodniejszy, spokojniejszy... nawet te najmłodsze dzieci. Nie chcę nikomu udowadniać, że tak należy postępować z trudnymi i zaburzonymi dziećmi. Pewnie gdyby Kapsel był moim dzieckiem biologicznym, to nadal mieszkałby z nami. Być może nie nadaję się na ojca zastępczego (chociaż zawsze byłem postrzegany jako osoba rodzinna, która jest lubiana przez dzieci), a może tak właśnie wygląda moja żałoba po Kapslu, o której wspominali psycholodzy.

Moje pierwsze wrażenie po przyjeździe było: „ale ty jesteś gruby!”. Gdy się odezwał, wskoczył siostrze na ręce, beknął jej prosto w twarz i się tym dobrze ubawił, to już wiedziałem, że wszystko czego uczyliśmy go przez dwa lata, diabli wzięli. Nie mówi już proszę, przepraszam, dziękuję. Nie mówi „słucham?”, tylko „co?”.
Nie wiem dlaczego słowo „słucham” jest trudniejsze niż „co”. Dlatego, że dłuższe? Ale może się czepiam.
Zacząłem się wówczas zastanawiać, że może to my obraliśmy zupełnie niewłaściwą taktykę. Po co Kapslowi dobre maniery, skoro być może już nigdy nie opuści tego ośrodka. Tylko, że my wcześniej tego nie wiedzieliśmy.
Teraz chłopiec sprawia wrażenie szczęśliwego. Też zawieźliśmy mu pudełko wspomnień, w którym były zdjęcia i rozmaite szpargały z okresu, gdy przebywał w naszej rodzinie. Biegał z tym pudłem po wszystkich pokojach i się nim chwalił.

Początkowo zamieszkał w pokoju z Jaromirem, chłopcem z zaburzeniem FAS (dwa lata od niego starszym). Wszystkim wydawało się, że dzieci do siebie pasują, mają podobny tok myślenia, podobne umiejętności – jak to się mówi, nadają na tych samych falach.
Niestety po kilku dniach zostali rozdzieleni, ponieważ oboje kierowali się bardzo skrajnymi emocjami. Jak się kochali, to bardzo czule, a jak nienawidzili, to krew się lała. Tak więc Kapsel zamieszkał w pokoju z dużo starszym chłopcem, jeżdżącym na wózku inwalidzkim.
Można powiedzieć, że doskonale się dogadują, ponieważ Kapsel (i ten drugi) uwielbia wyścigi wózkiem po korytarzach i chodnikach. Niestety jest to najdroższy wózek w całym ośrodku, więc niewykluczone, że zostaną podjęte jakieś działania, aby posłużył on jeszcze przez jakiś czas.

Ogólnie rzecz biorąc Kapsel niewiele się zmienił. Już drugiego dnia, będąc na akademii rozpoczynającej rok szkolny, rzucił się na podłogę – bo przecież właśnie miał ochotę pójść na plac zabaw. Podobnych zachowań jest wiele, mimo że chłopak cały czas jest na lekach psychiatrycznych. Można powiedzieć, że pasuje do towarzystwa. Od jakiegoś czasu (kilku lat), siostry stwierdziły, że jedynym wyjściem do kościoła jest niedzielna msza. Wszelkiego rodzaju inne kościelne nabożeństwa i uroczystości, są drogą krzyżową dla nich. Część chłopców podczas mszy przebywa na zewnątrz kościoła (bo nie nadają się, aby wejść do środka). Kapsel na początku wyglądał na takiego, który się nadaje. Jednak gdy w połowie kazania rzucił się przed ołtarzem, twierdząc że chce wyjść do Jaromira, to była to jego ostatnia msza w ciepełku.
Jest jednak coś, co wszystkich zadziwia. Kapsel wie, że ma bardzo drogie okulary, które pozwalają mu lepiej widzieć i o które musi dbać. W związku z tym, w momencie, gdy ma zamiar rzucić się na podłogę, albo walnąć głową w ścianę – najpierw je zdejmuje i odkłada na bok. Prawdę mówiąc, nie pamiętam, czy tak samo robił mieszkając z nami.

Chłopak starał się być gospodarzem. Pokazał mi park, pojeździliśmy gokartami. Jednak po dwóch godzinach, stwierdził „ciocia, chyba już musicie jechać do domu”. Zwyczajnie się nami znudził. No to porozmawialiśmy jeszcze z kilkoma osobami i wyjechaliśmy.
Trudno mi powiedzieć, w jakim zakresie takie wizyty sprawiają chłopcu przyjemność. A są osoby, które się do niego wybierają – cicociobabcia Ela, ciocionbabcia Hania, logopedka Basia. Oczywiście jest jeszcze mama Kapsla, która początkowo deklarowała chęć przyjazdu raz w tygodniu. Jak to najczęściej bywa w przypadku mam biologicznych, wszystko widziała w różowych kolorach. Bo przecież ma mnóstwo koleżanek, które zawiozą ją samochodem i wspólnie miło spędzą dzień. Jak do tej pory była u Kapsla tyle razy co ja – czyli raz. I do tego pociągiem.

Nie wiem jednak co Kapslowi jest teraz potrzebne. Może wreszcie znalazł się w miejscu, które kocha. Jest ktoś, kto go nosi na rękach, pozwala na wszystko co nie stanowi niebezpieczeństwa, niewiele wymaga.
A może to tylko ja próbuję się jakoś usprawiedliwić?






sobota, 20 października 2018

--- Facebook.


Zdjęcie profilowe Januszka
Powoli dochodzę do siebie... Chciałem opisać dzisiaj nasze rozstanie z Kapslem, ale jakaś wyższa siła przełożyła wajchę na inne tory, więc może zabiorę się do tego jutro (jak ochłonę po dzisiejszym dniu).
Wbrew pozorom, wcale nie mam na myśli zmęczenia związanego z opieką nad dziećmi.

Przedpołudnie, popołudnie, a nawet wieczór, spędziłem w towarzystwie Plotki. Majka pojechała z Messengerem na spotkanie z mamą, potem miała zahaczyć o PCPR, odwiedzić dziadków, wpaść na pocztę, do apteki, zrobić zakupy... i w końcu odebrać bliźniaki od zaprzyjaźnionej rodziny, co z dużym prawdopodobieństwem oznaczało wypicie kawy. Tak też się stało, wszystko przeciągnęło się do późnych godzin wieczornych. Chłopcy kolację jedli właściwie w wannie, w której niemal zasypiali. Ale za to, gdy już weszli do łóżek, to nie zdążyłem nawet wyjść z pokoju, gdy już usłyszałem chrapanie.

Ploteczka jest dziewczynką, przy której popracować za bardzo sobie nie mogę. Natomiast gdy razem usiądziemy na kanapie, ona dostanie sporą ilość zabawek, i co jakiś czas rzucę w jej stronę uśmiech, albo przynajmniej mrugnę okiem, a do tego opowiadam cokolwiek (nawet czytając na głos to co widzę na monitorze), to jest OK. Do pełni szczęścia brakuje tylko chrupek, chipsów, piwa i bebiko-2, ale da się żyć.
Dzisiaj stwierdziłem, że w końcu założę sobie profil na facebooku. Wcale nie dlatego, że jest on mi niezbędny, potrzebny, a nawet że fajnie byłoby go mieć. Mój problem polega na tym, że czasami wchodzę na facebooka Majki i mam ochotę coś skomentować... ale przecież nie wypada podszywać się pod czyjąś tożsamość, a do tego z pewnością ciągle myliłbym „łam” z „łem”.
Jakiś czas temu poprosiłem Kamisię (moją córkę, która FB ma obcykanego niemal do perfekcji), aby założyła mi profil pod nazwą „Pikuś Incognito”. Po dwóch godzinach spasowała. Facebook nie przewiduje, aby tak nazywała się osoba, firma, a nawet VIP. Zostałem więc tylko fanpage (czyli stroną) na profilu Majki. Nawet by mi to pasowało, tyle tylko, że z tego miejsca mogę komentować jedynie inne tego rodzaju strony. A nie o to mi chodziło.
Tak więc razem z Plotką postanowiliśmy tę wiedzę zweryfikować. Daliśmy sobie godzinę i ani minuty dłużej.
Ostatecznie zostałem „Januszkiem”... mogłem napisać komentarz.
Jednak to co nastąpiło później, nieco mnie przeraziło... bardzo mnie przeraziło.
Pojawia się tam zakładka „Osoby, które możesz znać”. „Januszek” nie jest moim prawdziwym nazwiskiem, adres mailowy był podany na Pikusia, a pojawiło się mnóstwo osób, które faktycznie znam. Zobaczyłem prywatne strony moich klientów. Niektórych znam tylko z rozmów telefonicznych lub poprzez kontakt mailowy (a teraz się dowiedziałem jak wyglądają). Byli też tacy, których znam, ale nigdy nie wysłałem do nich maila, ani nie połączyłem się z ich komputerem. Nie mamy żadnych wspólnych znajomych, bo „Januszek” ma dopiero dwóch znajomych.
Gdy wiele lat temu szliśmy z Majką po „różową serię” do wypożyczalni filmów, to wiedział o tym tylko pan tam pracujący. Być może, gdybyśmy teraz chcieli sobie obejrzeć „filmy dla dorosłych” w internecie, to dowiedzieliby się o tym wszyscy znajomi „Januszka”. Dlatego na obscenę chadzamy do teatru.
Na wszelki wypadek wkleiłem zdjęcie profilowe sprzed ponad dziesięciu lat. Teraz jestem gruby i łysy, więc nikt mnie nie pozna. Ploteczka mówi, że tak będzie dobrze.







piątek, 12 października 2018

MESSENGER



Dzisiaj zmieniłem sypialnię i ogólnie nastąpiła wielka reorganizacja.
Rolą pogotowia rodzinnego jest otwartość na przyjęcie dziecka w sposób nagły. Właśnie pojawił się w naszej rodzinie Messenger – miesięczny chłopiec. Chociaż w tym przypadku mieliśmy ponad dobę, aby przygotować się na pewne zmiany zarówno w sensie psychicznym, ale przede wszystkim logistycznym.
Tak więc siedzę teraz w byłym pokoju Kapsla, czekając aż Ploteczka obudzi się do pierwszego nocnego karmienia. Z reguły ma to miejsce krótko po północy, więc kładzenie się spać wcześniej nie ma większego sensu. Za to potem można liczyć na nieprzerwany sen aż do szóstej. Niestety dziewczynka zorientowała się, że to nie jest jej łóżeczko i jej pokój. Co chwilę się budzi i ponownie zasypia.
Bliźniaki śpią w dotychczasowym pokoju, chociaż trudno przewidzieć jak ta pierwsza noc przebiegnie. Zwłaszcza martwię się o Romulusa, który podobnie jak kiedyś Sasetka, w środku nocy migruje do mojego łóżka. Pozostaje mi tylko nadzieja, że w ciemności nie zauważy, iż mnie w nim nie ma. Tak czy inaczej, ta noc pewnie nie będzie spokojna.
Łóżeczko Plotki (śpiącej dotychczas z Majką) zajął Messenger. Niewiele o nim wiadomo, więc póki co, cieszę się, że mam pod opieką „starą” trójkę, niż jego jednego.

Myślałem, że niewiele rzeczy (w zakresie przyjmowania dzieci) może mnie jeszcze zaskoczyć. A jednak...
Rodzice chłopca są upośledzeni umysłowo, ich starsze dziecko również znajduje się w opiece zastępczej. Najciekawsze jest jednak to, że chłopiec nie był zaniedbany. Rodzicom odebrano synka dlatego, że nie dają gwarancji prawidłowej opieki nad nim. Pewnie ma to sens, ponieważ rodzina od dawna jest pod opieką pomocy społecznej. Gdy wyobrażam sobie Kapsla w roli ojca, to jego dziecko `też chciałbym przed nim chronić, mimo że chłopak jest bardzo uczuciowy. Tyle tylko, że jest nieprzewidywalny. Nie wiadomo jak zareagowałby na długotrwały płacz dziecka, albo na konieczność wstawania w nocy co kilka godzin.
Zastanawia mnie tylko to, dlaczego pozwolono Messengerowi mieszkać z rodzicami przez miesiąc. Jego ojciec ma założoną Niebieską Kartę. Jest uzależniony od alkoholu, stosuje przemoc fizyczną, seksualną i psychiczną wobec swojej żony (czyli mamy chłopca). Ta z kolei często bywa rozdrażniona (jak było napisane w postanowieniu sądu). W przeszłości nie chciała wpuszczać do domu asystenta rodziny. Oboje zachowywali się agresywnie w stosunku do położnej... w zasadzie w stosunku do każdego, kto próbował ingerować w ich życie.

Ale chłopiec był zadbany, czysty, najedzony... zupełnie zdrowy i szczęśliwy niemowlak.
W jakim, celu czekano ten miesiąc? A jeżeli już czekano, to dlaczego akurat do teraz?
Do tego rodzice nie zostali poinformowani, że ktoś przyjedzie i zabierze im synka. Nikt im nie powiedział „sorry, dziecko jest zaniedbane, musi być umieszczone w rodzinie zastępczej”. Bo przecież było zadbane. Co musieli czuć, gdy nagle pojawiła się policja, kuratorzy, pani z PCPR-u.
A co czuli policjanci, kuratorzy i pani z PCPR-u?
Wiem co czuła Majka i Jowita (czyli ta pani z PCPR-u).

Jednak jeszcze ciekawsze jest to, że nie bardzo było wiadomo, kto ma chłopca odebrać z domu rodziców. Kurator jeszcze wczoraj do późnego wieczora „studiował” przepisy prawne i stwierdził, że nie może zabrać chłopca z domu. Może być tylko „obecny”, natomiast samego aktu odebrania, może dokonać jedynie rodzic zastępczy (czyli my) lub pracownik socjalny z OPS-u lub PCPR-u. Ośrodek Pomocy Społecznej nie był zainteresowany, twierdząc że nadal będzie prowadzona praca z rodziną, więc nie chce występować w charakterze wroga (zupełnie to rozumiem). PCPR stwierdził, że to nie należy do jego obowiązków, ale decyzję pozostawił Jowicie (naszej koordynatorce). Majka „wrzuciła” pytanie do grupy rodzin zastępczych na facebooku.
W zasadzie nie byłem zaskoczony odpowiedziami, bo temat ten był już wałkowany jakiś czas temu. Wszędzie wygląda to bardzo różnie. Znaleźliśmy nawet pisemne wytyczne sąsiedniego PCPR-u, w których było stwierdzone, że dzieci odbiera kurator sądowy.
Zastanawiam się tylko co by było, gdyby rodzina podlegająca pod ten PCPR dowiedziała się, że kurator ma w dupie te wytyczne, bo kieruje się literą prawa, która tak naprawdę niewiele wnosi do tematu.
Kiedyś próbowałem zgłębić to zagadnienie i... poległem.
W tej chwili wiadomo tylko tyle, że sąd umieszcza dziecko w rodzinie Majki i Pikusia, i na tej podstawie oni mają prawo zabrać je do swojej rodziny. Faktem jest, że jest to wystarczający „papier” do odebrania noworodka (prosto z porodówki). Jednak jakiś czas temu Rzecznik Praw Dziecka wypowiedział się, że rodzice zastępczy nie powinni odbierać dzieci od rodziców biologicznych (nie będę rozwijał tematu)... a nadal jest jak jest.

Ostatecznie w procedurze przekazania Messengera Majce, brało udział dwóch policjantów, dwóch kuratorów sądowych, jeden aplikant i Jowita.

A teraz trochę z innej strony. Niedawno wystąpiliśmy (jako grupa pogotowi rodzinnych) z prośbą do PCPR-u, aby w postanowieniach sądu nie był zamieszczany nasz adres.
Nie został. Mogę spać spokojnie – rodzice Messengera nie staną jutro w progu.

Plotka znowu się odzywa. Robię mleko i idę spać... byle do rana.






niedziela, 7 października 2018

SASETKA I MALUDA (pudełko wspomnień).

Pudełko wspomnień Sasetki


Sasetka z Maludą są pierwszymi naszymi dziećmi zastępczymi, przy których przedstawiliśmy rodzicom adopcyjnym pewną propozycję procesu adopcyjnego.
Opisałem ją kiedyś tutaj.
Na pierwszym spotkaniu (na którym byli również przedstawiciele ośrodka adopcyjnego), przekazaliśmy im krótki opis, jak my to widzimy... a w zasadzie jak podchodzą do tej sprawy psycholodzy. Nie wymagaliśmy od rodziców żadnego komentarza tego pierwszego dnia. Nie wymagaliśmy odniesienia się do tematu również na drugim spotkaniu, trzecim i dziesiątym. Prawdę mówiąc, do samego końca nie miałem pojęcia, jak postąpią.

W dużym skrócie, chodzi o to, aby dziecko nie tylko przez dłuższy okres spotykało się z rodzicami adopcyjnymi mieszkając jeszcze z rodziną zastępczą, ale również aby nastąpiło kilka spotkań z rodzicami zastępczymi w krótkim czasie po odejściu do nowej rodziny. Jest to pewnego rodzaju odwrócenie początkowej sytuacji (tym razem byli rodzice zastępczy odwiedzają dziecko). Zamierzeniem jest dopełnienie całego procesu, w którym dziecko nie ma poczucia nagłej straty, nagłego zerwania więzi. Daje mu to świadomość tego, że rodzice zastępczy gdzieś tam nadal istnieją, że się nim interesują.

W tej chwili nie mam wątpliwości, że tak właśnie wszystko powinno przebiegać.
Nie spotkałem jeszcze psychologa, który miałby inne zdanie... chociaż podobno tacy są. A już na pewno istnieją ośrodki adopcyjne (a nawet sądy), które w swoim postanowieniu zalecają „nagłe cięcie”. Nieskromnie stwierdzę, że mamy swój malutki wkład w propagowaniu takiego procesu adopcyjnego. Wielokrotnie wspominałem o Big Benie, człowieku wielkiego serca. Współpracuje on z ośrodkiem adopcyjnym, poprzez który odchodzi od nas najwięcej dzieci. Z nim również rozmawialiśmy na ten temat. Wszystko skończyło się na tym, że będą prowadzone warsztaty dla pracowników ośrodka, którzy zajmują się szkoleniem rodziców adopcyjnych.
I to jest właśnie bardzo ważne... aby mówić jednym głosem. Do tej pory, rodzice adopcyjni dopiero od nas dowiadywali się, że tak warto robić (również rodzice Sasetki i Maludy). A kim my właściwie jesteśmy? W oczach wielu... nikim – zwykłymi tymczasowymi opiekunami. Często jesteśmy mniej ważni niż rodzice biologiczni, którzy zasługują na miano „korzeni” (chociaż często byli rodzicami przemocowymi, a czasami ich rola sprowadziła się tylko do poczęcia i urodzenia).
Bywa więc, że w momencie gdy dzieci zamieszkają z nowymi rodzicami, ustają wszelkie kontakty (chociaż do rozprawy adopcyjnej jest jeszcze daleko) z rodzicami zastępczymi.
I tutaj widzę pewien paradoks. Opiekun prawny (którym najczęściej jest rodzic zastępczy), jest proszony na takiej rozprawie o ocenę funkcjonowania dziecka w nowej rodzinie. Jak ma to zrobić, gdy sąd na wcześniejszej rozprawie o powierzenie pieczy, zakaże wszelkiej styczności z dotychczasowymi rodzicami zastępczymi? Jak ma to zrobić, gdy rodzice adopcyjni blokują wszelkie kontakty z zastępczymi?

Rodzice adopcyjni bardzo często obawiają się zbliżeń z poprzednią rodziną. Wydaje im się, że dzieci nie potrafią kochać jednocześnie wielu mam i ojców.
Owszem potrafią. Tyle tylko, że ta pierwsza miłość z biegiem czasu staje się coraz słabsza. Czasami na końcu pozostaną tylko wspomnienia, mniej lub bardziej podtrzymywane przez rodziców adopcyjnych.
Spotkaliśmy niedawno rodzinę adopcyjną, która bardzo obawiała się wizyty rodziców zastępczych. W tym przypadku dochodziło nawet do bezpośredniego formułowania swoich potrzeb przez dziecko: „ja tęsknię za ciocią”. Był smutek, okresy przygnębienia. Spotkanie wyglądało mniej więcej tak, jak za chwilę opiszę to z naszymi (już nie naszymi) dziećmi. Nie wiem jakie myśli przewijają się przez głowę Sasetki, ale w przypadku który opisałem, dziecko nagle zrozumiało, że nie istnieje żaden konflikt lojalnościowy, że można kochać mamę i jednocześnie ciocię. Pragnęło tego, ale nigdy nie dostało takiego przekazu od rodziców adopcyjnych.
Po tym spotkaniu rodzice adopcyjni stwierdzili, że nastąpiło ono zbyt późno.
Z pewnością wielu rodziców powiedziałoby „ale ja chcę mieć dziecko dla siebie”. Ostatnio nawet słyszałem komentarz „chciałem adoptować chłopców, bo gdy mnie zabraknie to ktoś musi pracować na roli” - można i tak. Pewnie niejeden z takich rodziców dziwi się, że nie dostaje kwalifikacji do pełnienia funkcji rodzica adopcyjnego. No to idzie do innego ośrodka – w którymś w końcu dostanie.
Bycie rodzicem adopcyjnym to zupełnie inna bajka, niż bycie rodzicem biologicznym. A kwestie „genów”, są moim zdaniem na szarym końcu, chociaż rodzice adopcyjni czasami podnoszą je do rangi największego problemu.

Czas przejść do Sasetki i Maludy.
Cały proces zapoznawania się dzieci z rodzicami, był trochę inny niż zazwyczaj. Optymalnym rozwiązaniem (w mojej ocenie) jest kilkanaście spotkań i wszystko powinno się zamknąć w przeciągu miesiąca. Słyszałem niedawno o przypadku, gdy rodzice już od jakiegoś czasu spotykają się z dzieckiem, a rodzina zastępcza stwierdziła, że nie ma mowy o odejściu prędzej niż w grudniu. To nie jest normalne, nawet biorąc pod uwagę jakieś nietypowe potrzeby i zachowania dziecka.
W przypadku naszego rodzeństwa, wszystko trwało prawie dwa miesiące. Po niecałym miesiącu było widać, że dziewczynka bardzo tęskni do niemal codziennych spotkań i przebywania z rodzicami adopcyjnymi. Był to moment, w którym dzieci powinny już nas opuścić.
Nie wiem, czy powinienem oceniać ośrodek adopcyjny. Informacje, które od niego otrzymujemy na temat rodziców adopcyjnych, są bardzo zdawkowe. Zresztą bardzo dobrze, że nie jesteśmy informowani jaka była ocena psychologiczna rodziców. Jest to tajemnicą, podobnie jak szczegóły z życia, czy ewentualne zastrzeżenia do kompetencji rodzicielskich.
Podam więc tylko kilka faktów, które znamy od rodziców Sasetki i Maludy, oraz pewne nasze subiektywne wnioski, będące następstwem analizy naszej kilkutygodniowej znajomości.
Najczęściej bywa tak, że rodzice tuż po pierwszym spotkaniu (w ciągu kilku, czasami kilkunastu dni) składają wniosek do sądu o tymczasowe powierzenie pieczy, co umożliwia im wspólne zamieszkanie z dzieckiem (rozprawa o przysposobienie ma miejsce czasami nawet po kilku miesiącach). Tym razem tak się nie stało – rodzice przez długi czas nie składali wniosku o powierzenie im opieki nad dziećmi. Ośrodek adopcyjny wszystko opóźniał. Doszukiwał się pewnych nieprawidłowości w bezpieczeństwie domu, w którym mieli zamieszkać Maluda i Sasetka. Dla mnie było to trochę „czepianie się”. Dom nie jest jeszcze wykończony na zewnątrz, a prace wciąż trwają. Trudno więc zabezpieczyć wszystkie elementy, które mogą stanowić dla dziecka potencjalne niebezpieczeństwo. Do tego rodzice sprawiali wrażenie bardzo odpowiedzialnych, a dzieci były karne. Nie wyobrażam sobie, aby mogły być pozostawione same na placu budowy. W wątpliwość zostało też poddane bezpieczeństwo schodów.
Na mnie nowy dom dzieci zrobił niezwykłe wrażenie, chociaż nie jest w moim stylu i chyba nie chciałbym w nim mieszkać. Jest w nim dużo prostoty, przestrzeni i elementów marynistycznych. Jest nowoczesny i albo maczał tam palce architekt wnętrz, albo właściciele mają niezwykły zmysł tworzenia. Moją uwagę zwróciła otwarta sypialnia rodziców na piętrze. Coś pięknego... Jednak być może paniom z ośrodka nie przypadła ona do gustu. Majka też by się w niej nie odnalazła, a jeżeli już, to sypiałaby w babcinej, flanelowej koszuli nocnej, zapięta pod samą szyję.
Nie chcę wchodzić dalej w szczegóły wystroju nowego domu Sasetki i Maludy.
Nie mogę się jednak oprzeć, aby jeszcze nie wspomnieć, że klamką do drzwi od toalety jest wiosło od kajaka. Schody finalnie też zostały zabezpieczone zgodnie z klimatem tego domu – siatką stylizowaną na sieć rybacką.
Przedstawiłem moje wrażenia z pobytu w tym domu, ponieważ wielu przyszłych rodziców adopcyjnych bardzo obawia się tak zwanej wizytacji pań z ośrodka adopcyjnego. Może tę funkcję powinni przejąć panowie?

A mnie, to już pewnie żaden rodzic adopcyjny do siebie nie zaprosi. Będziemy spotykać się tak jak my z rodzicami biologicznymi naszych dzieci zastępczych - „na mieście”.

Początkowy okres zapoznawania się Sasetki i Maludy z ich nowymi rodzicami, przebiegał tak jak zazwyczaj. Najczęściej przyjeżdżał Sindbad (czyli tata) z Piruzą (mamą), a jeżeli nie razem, to jedno z nich. Wizyty miały miejsce prawie codziennie.
Dzieci (a przynajmniej Sasetka) od pierwszego spotkania wiedziały, że są to ich nowi rodzice – nowa mama i nowy tata. Taką świadomość budowaliśmy już od kilku tygodni, chociaż było to obarczone pewnym ryzykiem. To ryzyko niestety istniało aż do momentu uprawomocnienia się wyroku adopcyjnego.
Wtrącę małą dygresję. Moim zdaniem ogromnym błędem „systemu” jest możliwość wykonania ruchu prawnego przez rodziców biologicznych, gdy dziecko zostanie już skierowane przez sąd do adopcji (choćby złożenie wniosku o przywrócenie praw rodzicielskich). Szlaban zamyka się dopiero w momencie uprawomocnienia się wyroku o przysposobienie, co następuje kilkanaście tygodni później. Jaki to ma sens?

Sindbad, w porównaniu do innych znanych nam ojców adopcyjnych, jest specyficzny. Gdy sam przyjeżdżał do dzieci, albo odbierał Sasetkę z przedszkola, to jego środkiem komunikacji był rower. Kupił specjalną przyczepkę (dla dwójki dzieci), wyszukał trasy biegnące przez lasy... i tak jeździł. Nie muszę chyba dodawać, że dzieciakom bardzo to odpowiadało. Gdy któregoś dnia przyjechał samochodem, to Kapsel (który jeszcze wówczas z nami mieszkał) ze zdziwieniem stwierdził: „Wujek, ty potrafisz jeździć samochodem?”.
Jednak nie tylko to wyróżnia go spośród innych rodziców adopcyjnych. W momencie gdy wszystko zaczęło się przedłużać i istniało prawdopodobieństwo, że dzieci będą musiały pojechać z nami na wakacje – samowolnie zaproponowaliśmy oddanie ich w tym czasie pod opiekę nowym rodzicom. Był to czas, gdy dzieci nawiązywały coraz silniejsze więzi z rodzicami adopcyjnymi. Wakacje z nami nie miały już sensu, bo jest to okres szczególnej bliskości, a w tym przypadku już nie o to chodziło. To my podejmowaliśmy ryzyko (z prawnego punktu widzenia). Sindbad stwierdził, że nie weźmie na siebie takiej odpowiedzialności i na ten układ się nie pisze. Początkowo pomyślałem „o co mu chodzi, przecież za kilka tygodni jego odpowiedzialność za dzieci będzie taka sama”.
Jednak poznawaliśmy się coraz bardziej. Myślę nawet, że głównie poprzez zachowania dzieci. Sindbad okazał się człowiekiem, który bardzo wiele zawdzięcza sobie. Swojej pracy, swojej determinacji w osiąganiu celów. Bynajmniej nie myślę tutaj o dobrach materialnych. W dużej mierze przypomina mnie sprzed dobrych kilkunastu lat. I mniej więcej taka jest między nami różnica wieku. Łączy nas to, że mamy zasady, których się trzymamy. Nie są to wspólne zasady, ale przecież nie musimy się zgadzać, możemy się nawet różnić. Maluda też zaczął się tego uczyć. Myślę, że w przyszłości nie będzie zmuszany do głoszenia poglądów swojego ojca, ale nauczy się bronić swojego zdania.
Pierwszym przykładem jest odkładanie szczoteczki po myciu zębów. Przez rok chłopak oddawał mi ją do ręki. Nagle stwierdził, że musi ona leżeć „tu, tu, nie tu... tu”.
Piruza też jest dziewczyną sprawiającą wrażenie osoby, która wie czego chce i wszystko ma pod kontrolą. Bardzo przypomina mi Majkę, chociaż dużo mniej mówi, co powoduje, że jest bardziej enigmatyczna. Jednak Sasetce przypadła do gustu od pierwszego dnia. Sporo czasu już minęło od momentu, gdy dzieci odeszły z naszej rodziny. Jednak najbardziej utkwił mi w pamięci obraz Sasetki tulącej się do Piruzy.

Zanim dzieci opuściły naszą rodzinę, często zastanawiałem się, jaką decyzję podejmą rodzice w kwestii utrzymywania z nami kontaktów. Już trzeciego albo czwartego dnia, Sasetka zadzwoniła do Majki. Później wyjechaliśmy z naszymi innymi dziećmi zastępczymi nad morze. Po powrocie, rodzice adopcyjni zapytali Majkę, czy mogłaby spędzić z dziećmi cały dzień i noc w ich domu. Jechali na wesele. Uznali, że zabranie dzieciaków z sobą nie byłoby dla nich korzystne. Nawet nie z obawy o ich reakcję, ale z obawy o zachowanie dorosłych, którzy mogliby potraktować dzieci w sposób niekoniecznie właściwy (co wcale nie wynikałoby z ich złej woli). Bycie maskotką towarzystwa, zwłaszcza na tak wczesnym etapie mieszkania z rodziną adopcyjną, jest dość ryzykownym i wątpliwym pomysłem.
Było nam bardzo miło, że Piruza i Sindbad uznali, iż dla dzieci najlepszym rozwiązaniem będzie spędzenie tego weekendu z Majką.
Zwłaszcza Sasetkę to spotkanie bardzo ucieszyło. Wszystko toczyło się zgodnie z opiniami psychologów. Nie było łez i tulenia się do cioci, jak można by przypuszczać... a dokładniej, jak wyobrażają to sobie często rodzice adopcyjni. Dziewczynka starała się pokazać, że jest gospodynią w swoim domu. Sprawiało jej ogromną przyjemność, gdy mogła podać Majce talerz albo szklankę, wskazać w której szafce może znaleźć nożyczki lub choćby gdzie może skorzystać z toalety. Był to też dzień, w którym po raz pierwszy porozmawiałem przez telefon z Sasetką, ale też przede wszystkim Maludą. Nigdy dotychczas tego nie robiliśmy, bo nie było takiej potrzeby. Nie mogłem wyjść z zachwytu, jaki to rezolutny chłopiec. Minęło zaledwie kilkanaście dni od naszego rozstania, więc niemożliwe aby nagle nauczył się mówić pełnymi zdaniami. Po prostu prędzej tego nie zauważałem.
Twarzą w twarz, spotkałem się z dziećmi po dwóch miesiącach. Pojechaliśmy tam razem z Ploteczką, i w zasadzie to ona była dla Sasetki i Maludy największą atrakcją. Chłopiec początkowo łypał na mnie prawym okiem, chociaż miał specyficzny dla siebie uśmiech zadowolenia. Z pewnością mnie pamiętał, pobawiliśmy się wyklejankami w książeczce. Sasetka pokazała mi swój pokój. Bardzo chciała, abym położył się w jej łóżku. Aby choć w części spełnić jej życzenie, położyłem w nim Plotkę. Wyraźnie było widać radość w jej oczach.


Po raz pierwszy wdrożyliśmy w życie „pudełko wspomnień”.


Nie przypuszczałem, że zwyczajna drewniana skrzynka zawierająca parę zdjęć i trochę szpargałów z przeszłości, może być atrakcyjna już dla tak małych dzieci. Raczej sądziłem, że spojrzą na nią i jej zawartość zimnym okiem, po czym szybko odłożą do kąta. A jednak było zupełnie inaczej. Chociaż może chodziło o gawędziarskie umiejętności Majki – bo przecież nie skończyło się tylko na zwykłym „proszę i dziękuję”.

Gdy się żegnaliśmy, Sasetka zapytała, czy będziemy się jeszcze spotykać. Teraz czekamy na rewizytę. Jej rodzice są otwarci, my również.



Dzisiaj odwiedził nas Białesek ze swoją mamą, za kilka dni ma wpaść Gacek z rodzicami. Ale to już są weterani i ich rodzice wiedzą, że takie spotkania nie powodują jakichś negatywnych emocji. Czy niosą one z sobą jakieś korzyści? Wierzę, że tak, chociaż pewnie teraz się tego jeszcze nie dowiemy.

Rodzice Sasetki i Maludy podjęli decyzję, że nie będą w sposób nagły odcinać się od przeszłości swoich dzieci. Czas pokaże, jak potoczą się dalsze losy.
Słyszałem wiele opinii, że opieka nad rodzinami adopcyjnymi nie jest doskonała. Jednym z zarzutów jest brak pomocy (psychologicznej, prawnej) i jednocześnie jakiejkolwiek kontroli rodziny, począwszy od dnia uprawomocnienia się wyroku o przysposobienie. Prawdę mówiąc, nie mam w tym względzie jednoznacznie wyrobionego zdania. Pewnie gdybym adoptował dziecko, to nie chciałbym, aby ktokolwiek mieszał się w sprawy mojej rodziny (jak ma to miejsce w przypadku pieczy zastępczej). Gdybym był dzieckiem, to być może chciałbym, aby ktoś czuwał nad moim bezpieczeństwem i w pewien sposób monitorował wszystko co się ze mną dzieje. Często jest tak, że rodzice adopcyjni znają dzieci (w sensie rodzicielstwa) tylko w teorii. Jak sobie dalej radzą? Czy wiedzą, gdzie mogą skorzystać z jakiejkolwiek pomocy? Czy w ogóle chcą z takiej pomocy skorzystać?
Dlatego Piruza i Sindbad są bardzo budującym przykładem. I nawet nie interesuje mnie to, czy kierują się rozumem, uczuciem czy intuicją. Ważne jest, że nie palą za sobą mostów. My nie znamy odpowiedzi na wiele pytań, ale często wiemy do których drzwi trzeba zapukać. Podobnie zresztą jak Basia – nasza logopedka, która cały czas spotyka się na zajęciach z Sasetką. Dla dziewczynki jest to pewnie też pewnego rodzaju pomost pomiędzy teraźniejszością a przeszłością. Z kolei dla rodziców adopcyjnych, wszystko to jest zasobem, z którego mogą skorzystać lub nie.
Rodzice adopcyjni (nie tylko ci konkretni) mogą pogodzić się z faktem, że są obiektem zainteresowania, że ktoś zna ich historię, ale też w trudnych chwilach liczyć na wsparcie. Mogą też o wszystkim zapomnieć... stając się obiektem zainteresowania osób zupełnie nie będących w temacie.
Odniosę tę sytuację do mojego przypadku. Jakiś czas temu napisałem post na temat depresji (Cover). Okazało się, że wzbudził on pewien niepokój w PCPR – nawet zebrało się dwuosobowe konsylium. Mógłbym to odebrać jako nieupoważnioną ingerencję w moje życie prywatne – bo przecież to mój blog (a nie blog PCPR-u). A jednak było to dla mnie bardzo pozytywne doświadczenie. W mojej ocenie było wyrazem troski o moje zdrowie psychiczne, a przede wszystkim nie odbyło się za moimi plecami. Póki co, podobno jestem zdrowy psychicznie, przynajmniej w miarę. I właśnie o to mi chodzi, aby ktoś kiedyś zwrócił mi uwagę na to, czego sam już nie będę w stanie zauważyć... a nie zauważa się wielu rzeczy. Niedawno gdy pojechałem z bliźniakami na zebranie zespołu (aby dzieci mogły przy okazji spotkać się z mamą), podeszła do mnie dziewczyna, która kilka lat temu wprowadzała nas w świat rodzicielstwa zastępczego... ktoś mógłby powiedzieć, że jej zadaniem było kontrolowanie naszej pracy. Powiedziała do mnie „ogromny szacunek dla was, za wszystko”. W tym momencie zabrakło mi „języka w gębie” (co akurat mnie nie zdziwiło), więc powiedziałem tylko „dziękuję” - i do teraz nie mam pojęcia co miała na myśli. Przeniosę jednak tę sytuację na naszych ostatnich rodziców adopcyjnych (Piruzę i Sindbada). Też mogę napisać, że mam dla nich ogromny szacunek... i też nie rozwinę tematu.
Chociaż wspomnę niedawną sms-ową wymianę zdań pomiędzy Basią (logopedką) i Majką:
  • Wyczytałam na blogu, że Maruda ma teraz na imię Maluda. Czy to prawda?
  • Tak.
  • A ja ciągle mówię o nim Maruda i mnie nie poprawiają.
  • Być może nie wymawiasz „r”.
  • Nikt nie jest doskonały. Doblanoc.

Hmmm. Nie wiem, czy nawet Majka będzie wiedziała co chciałem teraz powiedzieć.
Ale to nie ma znaczenia – ogromny szacunek dla rodziców.
Sasetka w tej chwili „gada jak najęta”, prawie dorównuje Majce. Potrafi wymienić wszystkie składniki i czynności, które wykonuje robiąc z tatą obiad. I pomyśleć, że jeszcze nieco ponad rok temu mówiła tylko „ti-ti”, „pa-pa”, „am” i tym podobne słowa. Do tego mechanizmem obronnym była postawa na baczność i uśmiech (tak na wszelki wypadek).
A Maluda? Maluda ciągle się śmieje... ale jest to zupełnie inny rodzaj uśmiechu. Jest to uśmiech dziecka szczęśliwego.


PS
Niedawno byłem na szkoleniu. Ostatnimi czasy niebywale często (jak na mnie) bywam na takich psychologicznych imprezach. W zasadzie była to superwizja grupowa, przeznaczona tylko dla kilku pogotowi rodzinnych. Pierwsze spotkanie było bardzo luźne i poza tym, że nieco lepiej się poznaliśmy (a dokładniej rozmaite przypadki, z którymi mieliśmy do czynienia), to niczego nowego się nie dowiedziałem. Najwyżej poznałem nieco inny punkt widzenia innych rodzin. Chociaż i tak najwięcej mówiła Majka. Na szczęście była wyluzowana, bo w stresie gada jeszcze więcej.
Drugie spotkanie miało dotyczyć tematu spadania dzieci zastępczych w hierarchii ważności. Również biologicznych – gdy na przykład przychodzi starsze dziecko.
Jednak w tego rodzaju spotkaniach, nie ma sztywnych ram i prawdę mówiąc, coraz bardziej mi się to podoba. Został więc rozważony niemniej ciekawy temat, dotyczący potrzeb i radzenia sobie z sobą przez rodziców zastępczych. Tak trochę pod kątem mojej hipotetycznej depresji.
Mam nadzieję, że na ostatnim spotkaniu nie wypłynie inny równie ciekawy temat, bo będziemy chyba musieli poprosić PCPR o spotkanie dodatkowe. Raz już tak było.
Jednak chciałem teraz napisać o zmianie imienia dzieciom adopcyjnym, ponieważ ten temat też został poruszony. To tak w związku z tym, że Maruda jest teraz Maludą. Akurat psycholożka prowadząca tę superwizję, nie przykładała do tej sprawy zbyt wielkiej wagi. Pewnie, że bezpieczniejsze jest pozostawienie dotychczasowego imienia, a w przypadku starszych dzieci, wręcz niezbędne. Jednak najczęściej jest tak, że dziecko, które zaakceptuje nowe imię we wczesnym dzieciństwie, nie robi o to afer dorastając. Trzeba jednak przygotować sobie jakąś wiarygodną teorię (tłumaczącą tę decyzję) i najlepiej nie czekać, gdy dziecko samo to odkryje. No i dobrym argumentem raczej nie jest: „bo mi się nie podobało”.




sobota, 22 września 2018

ROMULUS i REMUS 2


Chłopcy czują się w naszej rodzinie coraz lepiej, coraz bezpieczniej. My też traktujemy ich coraz bardziej jak własne dzieci, chociaż wiemy, że ich pobyt u nas jest tylko tymczasowy.
Niestety tymczasowość przestała dla mnie być terminem związanym w jakikolwiek sposób z czasem. Być może bliźniaki spędzą z nami jeszcze rok, dwa... albo też zostanie podjęta decyzja, że mamy kilka dni, aby przygotować chłopców na pójście do nowej rodziny. Raczej nie adopcyjnej. Pewnie też nie wrócą do mamy.

Na szczęście są jeszcze na tyle mali, że żyją dniem dzisiejszym... a tym dniem jesteśmy my.






Niektórzy rodzice, decydujący się na adopcję dzieci, obawiają się takich prawie trzylatków jak Romulus i Remus. Pragną zaopiekować się dziećmi dużo młodszymi, najlepiej noworodkami. Nie dziwię się temu i myślę, że sam też miałbym takie preferencje. Jednak gdy patrzę na chłopaków, na to jaką dziecko w tym wieku potrafi przejść metamorfozę, to zaczynam postrzegać to zupełnie inaczej.
Chłopcy mogą mieć sporo żalu do losu. Nie tylko dlatego, że zostali odebrani swoim rodzicom (bo to było przecież konieczne), ale że znaleźli się w naszej rodzinie, w której przez kilka tygodni pełnili rolę dziecka piątego i szóstego, oraz musieli się zmierzyć z istnieniem Kapsla – takiego przyrodniego brata.
W tej chwili wszystko się zmieniło. Nie muszą walczyć o nasze zainteresowanie, bo siedmiomiesięczna Ploteczka nie stanowi w ich mniemaniu żadnego zagrożenia. Nie muszą też rywalizować z Marudą i Sasetką. Jednak przede wszystkim, nie muszą obawiać się Kapsla, który z jednej strony mobilizował ich do działania, ale głównie był niebezpieczeństwem (nawet bardziej w sferze emocjonalnej, niż fizycznej).

Niedawno zebrało się grono osób (tak zwane posiedzenie zespołu), które w kwestii bliźniaków zadało sobie pytanie „co dalej?”.
Mama chłopców ukończyła terapię... chociaż nie pierwszy już raz. Tata ma sądowy zakaz zbliżania się do niej. Nie zmienia to jednak faktu, że się spotykają – nawet wspólnie odwiedzają przebywające u nas dzieci. My oficjalnie nic nie wiemy, więc jeżeli wizyta przebiega bez kłótni i bójek, to nie wnikamy w ich wewnętrzne spory.
Dzień po powrocie z terapii mamy, rodzice mieli razem przyjechać w odwiedziny do Romulusa i Remusa. Coś jednak im się nie ułożyło, bo nad ranem miała miejsce interwencja policji. Teraz na terapię ma iść tata... i tak to się wszystko kręci w kółko.
Babcia bliźniaków ma prawo urlopować dzieci, chociaż jeszcze ani razu ich do siebie nie wzięła. Nie jest pierwszą znaną nam osobą, która boi się reakcji syna i synowej (albo zięcia i córki).
Kurator opiekujący się rodziną jest przeciwny adopcji chłopców. Z każdą ukończoną terapią mamy, widzi jakiś postęp. Nawet mógłbym przyznać mu rację. Pierwszy ojciec (najstarszego chłopca) podobno już „leci na denaturacie”. Drugi ćpa i sprzedaje narkotyki. Trzeci tylko bije i pije. Być może kolejny będzie już wyłącznie przykładnym złodziejem.

Najciekawsze w całej tej historii jest to, że mama bliźniaków wydaje się być całkiem normalną kobietą. Jest inteligentna (ma nie tylko podstawowe wykształcenie), nawet całkiem sympatyczna, świadoma swoich niedoskonałości i chętna do współpracy.
Być może właśnie na tym bazuje kurator sądowy. Obiecał, że zrobi wszystko, aby mama nie utraciła praw rodzicielskich. U wszystkich innych osób (wchodzących w skład zespołu), pokłady dobrej woli już się wyczerpały.
Decyzję będzie musiała podjąć sędzina. Nawet myślę, że wiem jak się wszystko potoczy. Nie odbierze mamie praw rodzicielskich i nie skieruje dzieci do adopcji. Najpierw będzie chciała pozostawić chłopców w naszej rodzinie. Gdy po raz kolejny dostanie sygnał, że pogotowie rodzinne jest nieco inną formą pieczy zastępczej, a do tego nie ma większych szans na umieszczenie całej czwórki rodzeństwa w jednej rodzinie zastępczej, rozpocznie się poszukiwanie rodziców zastępczych dla bliźniaków. Być może znajdzie się również rodzina, która zaopiekuje się jednocześnie Filemonem i najstarszym z braci. A wszystko to dla dobra... mamy.
Ja widzę to zupełnie inaczej, chociaż wcale nie twierdzę, że byłoby to najlepsze wyjście z tej sytuacji. Niestety sądy rzadko proszą rodziny zastępcze o wyrażenie swojej opinii, a jeżeli już, to z pewnością nie oczekują sugerowania jakichkolwiek rozwiązań.
Sądy rodzinne przywiązują ogromną wagę do więzi i więzów krwi. W sumie, bardzo dobrze. Jednak gdy patrzę na naszych bliźniaków, ich rodzeństwo, rodziców, dalszą rodzinę (która odegrała w ich życiu większą rolę), to dochodzę do wniosku, że należałoby ich wszystkich traktować zupełnie niezależnie. Jedna matka, kilku ojców. Babć i dziadków jeszcze więcej. Rodzeństwo większą część życia spędziło w oderwaniu od siebie. Jakie oni mają więzi? Najstarszy z braci, po raz trzeci trafił do rodziny zastępczej, i po raz trzeci może ponownie wrócić do swojej mamy. Nawet jak mieszkał z mamą, to częściej przebywał u babci – ale nie tej od bliźniaków, ani młodszego brata. Miejscem, które się w jego życiu nie zmienia, jest szkoła – dobre i to. A może właśnie to jest najgorsze? Dzieci potrafią być bardzo okrutne dla rówieśników, a w małej miejscowości niczego nie da się ukryć. Umysł robi wszystko, aby nie zwariować. Myśli jednak o sobie, a nie zasadach społecznych, nie o tym co jest moralne, a co nie.
Nasze bliźniaki mogą pójść tą samą drogą. I dlatego tak bardzo jest mi ich żal. Chłopcy są bardzo ufni. Potrafią się zmieniać, potrafią stać się cząstką rodziny, myśleć jej zasadami. Ile razy jeszcze?

Poniżej wrzuciłem opis chłopaków, który przygotowałem na ostatni zespół do PCPR-u. Chciałbym tam napisać „kobieto, pozwól odejść swoim dzieciom!”. Nie zrobi tego. Nie zachowa się jak jej wcześniejsi partnerzy, którzy okazali się zwykłymi dupkami.
Ja jednak wolę, gdy w takich sytuacjach, kobieta również okazuje się dupkiem (dupką?).



Remus i Romulus (bliźnięta - 2,5 roku)

Ocena rozwoju dzieci na podstawie obserwacji opiekunów.

Romulusa i Remusa przedstawię w jednym opisie, ponieważ dzieci są bliźniakami. Łatwiej więc będzie zauważyć podobieństwa i różnice między nimi.
W zasadzie widzę głównie same różnice, co w żaden sposób nie oznacza, że tylko jeden z chłopców jest bardziej inteligentny, bardziej sprawny fizycznie, czy bardziej rozwinięty społecznie, emocjonalnie i tak dalej. Podobieństwa między nimi można doszukać się tylko w kolorze włosów. Nie tylko urodę mają różną (co też nie znaczy, że jeden jest brzydszy, a drugi ładniejszy), ale nawet datę urodzenia (chociaż urodzili się w odstępie dwóch minut).
Dzieci spotykają się mniej więcej co dwa tygodnie ze swoją mamą, tatą i babcią... w różnych konfiguracjach.

  • Chłopcy po przyjściu do naszej rodziny (prawie trzy miesiące temu) stosunkowo niewiele mówili. W tej chwili znacząco poprawiła się ilość wypowiadanych słów, ponieważ dzieci mówią niemal bez przerwy. Co do jakości można mieć pewne zastrzeżenia, chociaż chłopcy posługują się pełnymi zdaniami. Mają jednak swój własny język, który wzajemnie doskonale rozumieją. Pewne sformułowania są łatwe do rozszyfrowania, jak choćby „leci molot, leci” (zwłaszcza gdy pokazują palcem na niebo, albo słychać odgłos maszyny). Potrafią jednak mówić na przykład tak: „Jechał łejo adelaska łujek tak? Zrozumiałem, że było to pytanie skierowane do wujka (czyli do mnie), ale nie miałem „zielonego pojęcia” o co chodzi. Najczęściej jestem bardziej dociekliwy (co chłopców wcale nie irytuje), ale tym razem odpowiedziałem: „Tak, jechał łejo adelaska.” Obaj chłopcy się uśmiechnęli, co świadczyło o tym, że albo mnie zrozumieli, albo był to uśmiech politowania nad moją znajomością ich języka.
  • Pewną wspólną cechą Romulusa i Remusa jest leworęczność (lewą ręką posługują się spożywając posiłki). Wydaje się jednak, że Remus może być oburęczny. Przy zakładaniu spodni, Romulus zawsze najpierw podaje lewą nogę i nie ma możliwości nakłonienia go do zmiany tej decyzji (nawet mówiąc „nie ta noga, podaj drugą”). Remus z kolei zawsze jako pierwszą podaje nogę prawą (chociaż również powinien podawać lewą – a dodatkowo czasami zdarza się pomyłka oraz jest bardziej podatny na sugestie).
  • Remus jest dużo bardziej spokojny. Sam nie wdaje się w bójki z innymi dziećmi (zwłaszcza ze swoim bratem) i potrafi ustąpić. Romulus ciągle szuka zaczepki. Potrafi odebrać zabawkę tylko dla zasady – wyrywa ją z ręki po czym niemal natychmiast odkłada. Pojawiła się jednak korzystna zmiana. Potrafi zareagować na reprymendę oddaniem zdobyczy i nie kończy się to już płaczem, tak jak bywało wcześniej. Zachowanie to, ma symptomy próby zwrócenia na siebie uwagi. Bardzo rzadko występuje nad ranem, gdy chłopcy przychodzą do mojego łóżka, a ja jeszcze próbuję trochę dosypiać. Chłopcu nie zależy, bo wydaje mu się, że ja tego nie widzę.
  • Romulus ma dużo większą potrzebę przytulania niż Remus. Jest to widoczne zwłaszcza nad ranem. Przychodzi do mnie, do łóżka, wchodzi pod kołdrę i się we mnie wtula. Lubi jak mu odwzajemniam takie zachowanie i go głaszczę. Remus z kolei traktuje łóżko jak jedno z miejsc do zabawy. Przynosi zabawki ze wszystkich kątów, co powoduje, że cały pokój chłopców wygląda jak wielka bawialnia (żeby nie powiedzieć, że panuje w nim ciągły bałagan). Jednak w taki sposób, dzieci mogą spędzić nawet trzy poranne godziny. Tak więc niezależnie od tego, czy całą noc przesypiam w swojej sypialni, czy w ich pokoju, to nad ranem dosypiam u nich. Niestety bywa, że chłopcy potrafią wstać nawet przed szóstą, bo gdy tylko jeden z nich „otworzy oko”, to zaczyna wołać „wujek, wujek” (fonetycznie brzmi to „chujek, chujek”) budząc natychmiast drugiego... no i mnie.
  • Oboje są bardzo sprawni fizycznie, chociaż specjalizują się w pewnych dziedzinach. Romulus lepiej jeździ na rowerku biegowym, a Remus szybciej wchodzi na drzewo. Niestety współczesne karłowe odmiany jabłoni są do zdobycia nawet dla dwulatków. Również wchodzenie na płot jest ulubionym zajęciem obu – na szczęście płot, póki co, jest nie do pokonania. Dziwię się tylko, że chłopcy nie interesują się jeszcze wchodzeniem do szaf, ponieważ inne dzieci w ich wieku, miały już tę sztukę opanowaną. Ponadto Remus bardzo lubi sobie utrudniać pewne rzeczy. Jakiś czas temu wyciągnął z łóżeczka dwa ruchome szczebelki, co pozwala mu sprawniej z niego wychodzić. Jednak wchodzi zawsze górą, po czym wychodzi dołem... i czasami tak kilka razy zanim zaśnie.

  • Chłopcy zaczynają przygodę z układaniem puzzli i jeżeli jeszcze jakiś czas będą z nami przebywać, to zapewne staną się mistrzami (bo prawie wszystkie nasze dotychczasowe dzieci zastępcze tak kończyły). Ale to nie jest moja „działka”. Za to ja jestem gnębiony (zwłaszcza przez Romulusa) nawlekaniem na sznureczek drewnianych koralików. Ogólnie ujmując, bliźniaki są bardzo chętne do każdego rodzaju aktywności. Zaczynamy również kolorowanki i rysowanie, chociaż jeszcze niewiele z tego wychodzi.
  • Dzieci bardzo szybko uczą się zasad. Doskonale już wiedzą, że zanim dostaną popołudniowy deser albo kolację, najpierw należy sprzątnąć zabawki. Nie tylko, że się nie buntują, to jeszcze potrafią je posegregować (osobno klocki, osobno samochodziki). Niestety ta umiejętność nie bardzo sprawdza się w ich sypialni... ale ten zabawkowy bałagan przerasta również mnie.
  • Są bardzo uzdolnieni muzycznie, przy czym w tym względzie prym wiedzie Remus. Nawet gdy posługuje się własnym językiem, doskonale wiadomo co śpiewa. Szybko uczą się rozmaitych piosenek, chociaż wiele z nich było im już znanych wcześniej. Gdy ostatnio byliśmy na urodzinach mojej chrześniaczki, to ze zdumieniem stwierdziłem, że świetnie znają „sto lat, sto lat...”.
  • Od kilku tygodni zgłaszają potrzeby fizjologiczne. W ciągu dnia nie noszą pieluchy, a te zakładane na noc, nad ranem prawie zawsze są suche. W przypadku Romulusa, można powiedzieć, że bardzo rzadko ma jakąś wpadkę.
  • Nie ma problemu z jedzeniem. Wprawdzie Romulus jest o pół głowy wyższy i o 4 kilogramy cięższy, to wcale nie znaczy, że Remus jest niejadkiem. Raczej to ten pierwszy częściej przychodzi po dokładki.
  • Uwielbiają się brudzić (w tym względzie Romulus jest większym „szuszwolem”), a jeszcze bardziej kąpać. Bardzo trudno jest ich przekonać, że jednak trzeba już wyjść z wanny.
  • Nie chorują.
  • Romulus jakiś czasu temu przestał gryźć inne dzieci.

Trochę chaotycznie przedstawiłem rozmaite zachowania chłopaków. Niech to jednak będzie symboliczne oddanie ich temperamentu i umiejętności. Nie wiadomo jak potoczą się dalsze losy i jakie one były wcześniej (w szczegółach). W tej chwili chłopcy sprawiają wrażenie typowych, szczęśliwych dwulatków... prawie już trzylatków.
Odnoszę wrażenie, że duże znaczenie miał dla nich, ich tata. Teraz mówią już do mnie wujek, jednak na samym początku zaczęli mówić tata, a nawet tatuś. Bywały więc czasami dość śmieszne sytuacje, gdy na placu zabaw zwracali się do nas per tatuś i ciocia.
Czasami bawią się, udając że prowadzą rozmowy telefoniczne. Podnoszą słuchawkę i mówią: „aloo, tata?”