niedziela, 19 marca 2017

SMERFETKA - ostatnia prosta

A jednak udało się.
Mama Smerfetki przyszła na rozprawę. Sąd odebrał jej prawa, a ona oświadczyła, że nie będzie odwoływać się od wyroku. Czekamy więc na jego uprawomocnienie się i zbieramy całą dokumentację, którą trzeba przekazać Ośrodkowi Adopcyjnemu.
Nasze sądy z reguły nie zapraszają nas na rozprawy. Najczęściej jest tak, że Jowita (nasza koordynatorka z PCPR-u) dzwoni do sądu następnego dnia, aby dowiedzieć się jaka była decyzja.
Tym razem było nieco inaczej. Tuż po rozprawie zadzwoniła do Majki mama Smerfetki. Opowiedziała co wydarzyło się w sądzie i jaką podjęła decyzję. Była bardzo spokojna i opanowana. To Majka się rozpłakała i chwilami trudno było jej rozmawiać. Nawet kilka godzin później, mama dziewczynki zadzwoniła ponownie, pytając Majkę czy wszystko w porządku (bo się o nią martwi). Prosiła tylko, abyśmy zadbali o to, aby Smerfetka trafiła do porządnej rodziny. Prawdę mówiąc nie mamy większego wpływu na to, kto zostanie rodzicem adopcyjnym „naszego dziecka”. Możemy jednak wspólnie z rodzicami adopcyjnymi ustalać warunki, na jakich nastąpi przejście do nowej rodziny. Staramy się niczego im nie narzucać, a jedynie przedstawiać swój punkt widzenia, licząc na ich akceptację.
W przypadku Smerfetki, powinien być to proces rozłożony w czasie. Gdy dawno temu odchodził od nas Hawranek, to jego rodzice w pewien sposób z nami zamieszkali. Mieli tutaj swoje ręczniki, paputki. Nigdy nie spędzili wspólnie z nim nocy, chociaż im to proponowaliśmy. Jednak przez kilka tygodni przyjeżdżali prawie codziennie, zabierali go na spacery, wycieczki. Jeszcze dalej sprawy zaszły w przypadku Foxika. Dziewczynka spędzała na końcu więcej czasu w nowej rodzinie, niż u nas. Poznała nowe ciocie i babcie, miała swój nowy pokój i łóżeczko.
Wczoraj Białasek pojechał na weekend do nowej mamy. Było już kilka spotkań, więc uznaliśmy, że pora na etap „sam na sam”. Cały czas jesteśmy w kontakcie telefonicznym, a gdyby miały miejsce jakieś nieprzewidziane sytuacje, to przecież adresu nie zmieniliśmy.
Podejrzewam, że czas kiedy dzieci poznają nowych rodziców (adopcyjnych, zastępczych), jest przede wszystkim bardzo trudny dla tych rodziców. Spędzają z dzieckiem dzień , albo i kilka dni, po czym z powrotem przywożą do nas. Jednak wydaje mi się, że dla dziecka jest to najlepsze rozwiązanie. Uważam, że w przypadku zapoznawania się z nowymi rodzicami (co jest procesem, a nie dwoma czy trzema spotkaniami), musi dochodzić do ożywiania dotychczasowych uczuć, potrzeb, jak pewnie także lęków. Dziecko przenosi wszelką dostępną sobie wiedzę, uczucia i nadzieje na osoby, które stopniowo coraz lepiej poznaje.
Wielu psychologów i psychoterapeutów podchodzi do koncepcji przenoszenia więzi bardzo sceptycznie. Opierając się na własnych spostrzeżeniach i doświadczeniach, dostrzegam że coś takiego jednak ma miejsce.
Wierzę, że Smerfetka bardzo szybko pokocha swoich rodziców adopcyjnych, bo przecież wie co to znaczy kochać. Od kilku dni nie mówi już do mnie „tata”, ale „tato” (a nawet jest to coś w rodzaju „tatooo” - z akcentem na „o”). Niby jedno głupie słowo, ale gdy jakiś czas temu budziła się skoro świt krzycząc „łeeeeeee”, to myślałem sobie „Boże dlaczego tak wcześnie”. Gdy teraz o tej samej porze budzi mnie słowami „tato”, to bez oporu wstaję i robię jej mleko. Po prostu magia słów.

Przedstawię na koniec kilka kolejnych opisów zachowań Smerfetki.
Jednak wcześniej chciałbym zrobić pewną dygresję, co do której nie mogę się powstrzymać.
Wiele rodzin zastępczych narzeka na swoich koordynatorów z PCPR-u. Podobno bywają sytuacje, gdy przychodzą na kontrolę niezapowiedziani, sprawdzają porządki, zaglądają do lodówek. Nie wiem ile jest w tym prawdy, bo wydaje mi się to czymś absurdalnym, co nikomu nie przynosi żadnych korzyści.
Dzisiaj razem z Majką brałem udział w zawodach nordic walking. Staraliśmy się więc znaleźć kogoś, kto na te kilka godzin (chociaż jest to praktycznie cały dzień) zaopiekuje się naszymi dziećmi. Białasek wyjechał do mamy zastępczej, Smerfetką i Gackiem zaoferował się zaopiekować Kubuś (nasza córka). Pozostał tylko sześcioletni Kapsel, który jest bardzo absorbujący. Pomoc zaproponowała nam Jowita (nasza koordynatorka). I to nie jako pracownik PCPR-u, bo żadne procedury nie przewidują czegoś takiego, ale jako koleżanka … osoba, której bliskie jest to, czym zajmuje się w codziennej pracy. Nawet przywiozła nam go do domu pod wieczór, bo trochę przemokliśmy na trasie i nie za bardzo chciało nam się zbaczać po Kapsla w drodze powrotnej.
Czasami różne osoby zadają nam pytania, jakie mamy prawa i obowiązki w stosunku do naszych dzieci zastępczych. Kiedyś wypowiedział się w tej kwestii prawnik z jednego z naszych sądów rodzinnych. Dzieci zastępcze traktujemy tak samo jak własne, a te przecież też często spędzają jakiś dzień, weekend, czy nawet wakacje u babci, cioci, a nawet u rodziny koleżanki, czy kolegi. Jeżeli zdarzy się jakiś tragiczny wypadek, to tak czy inaczej sprawą zajmie się prokurator (niezależnie czy chodzi o rodzinę zastępczą, czy biologiczną).



Ocena rozwoju dziecka na podstawie obserwacji opiekunów (13 miesięcy).

Dziewczynka przebywa w naszym domu od ponad roku i wydaje się, że jeszcze kilka miesięcy pobędzie, mimo że już dawno powinna się znaleźć w rodzinie adopcyjnej. Niedawno jej mama zwróciła się do sądu o przyznanie pełnomocnika (do którego ma prawo). Z pewnością spowoduje
to, że zostaną wykorzystane wszelkie zapisy prawne, mające na celu powrót dziecka do mamy, chociaż biorąc pod uwagę jej aktualne predyspozycje do sprawowania opieki nad dziewczynką, wydaje się to wątpliwe, aczkolwiek prawdopodobne.
W każdym razie, w chwili obecnej, mama nie dopełniła wszelkich formalności z tym związanych, a jej miejsce pobytu jest nieznane. Nadal więc nie został nawet wyznaczony termin pierwszej rozprawy.

Wykaz umiejętności dziecka:

  • Smerfetka nadal jest bardzo aktywna fizycznie, zwłaszcza że od niedawna chodzi. Wprawdzie nadal woli przemieszczać się na czworaka (bo zwyczajnie jest to szybszy sposób poruszania się), jednak zachęcona, jest w stanie zrobić nawet kilkanaście kroków bez trzymanki.
  • Jest bardzo sprawna fizycznie. Pomimo tego, że najchętniej rozładowuje swoją energię, odbijając się jak sprężynka, to potrafi też błyskawicznie usiąść z pozycji stojącej, jak też szybko podnieść się i zrobić kilka kroków. Ciekawe jest to, że nie wykorzystuje swoich umiejętności do „psocenia”, jak to robią inne dzieci w jej wieku. Nie wyjada jedzenia psu (chyba, że nie może już się doczekać śniadania), nie traktuje psiej miski z wodą jak wanny (ewentualnie jak kropielnicę), nie wchodzi na krzesła, fotele i inne meble, mimo że sprawnie potrafi się „wgramolić” na chodzik, a nawet na psa.
  • Potrafi pić z kubeczka i posługiwać się łyżką. Wprawdzie większość tego, co próbuje wypić lub zjeść, ląduje na podłodze, to pozwalamy jej na taką samodzielność, ponieważ daje jej to dużo radości.
  • Ma doskonały słuch. Gdy tylko usłyszy szczekanie psa za oknem, natychmiast nas o tym informuje. Co prawda wielokrotnie ja nic nie słyszę, jednak zakładam, że Smerfetka wie co mówi i się z nią zgadzam.
  • Wprawdzie nie wypowiada zbyt wielu słów (głównie mama, tata, koko, chał, pa-pa, da), to umie precyzyjnie wskazać palcem na wszystko co ją interesuje. Resztę chyba przekazuje telepatycznie, bo zawsze wiemy o co jej chodzi.
  • Potrafi skupić swoją uwagę na jednej czynności na wiele minut. Zwłaszcza nad ranem (po przebudzeniu) jest w stanie nawet przez ponad godzinę zająć się wyjmowaniem kołdry z poszewki lub rozpinaniem zamka błyskawicznego przy śpiworku. Jak do tej pory, nie powiela schematu niektórych innych dzieci (mimo posiadania takich umiejętności) i nie rozbiera się do naga, ściągając zarówno piżamkę jak też pieluchę.
  • Rozumie proste polecenia typu „podaj”, „przynieś”, oraz zna imiona wszystkich domowników. Oczywiście reaguje na swoje imię w rozmaitych odmianach i przezwiskach np. Smerfetka.
  • Od jakiegoś czasu staram się świecić jej przykładem, bo zauważyłem, że robi takie same „głupie miny” jak ja. Jeżeli mam więc być dla niej wzorcem, to lepiej jak będzie to dobry wzorzec.
  • Niestety największym wzorcem jest dla niej ciocia (czyli moja żona). Napisałem „niestety”, ponieważ Smerfetka ma ogromny lęk separacyjny. Nawet gdy jest w otoczeniu znanych sobie ludzi (np. mnie) a widzi na horyzoncie ciocię, to nic nie jest od niej ważniejsze. Potrafi pokonać największe przeszkody, aby znaleźć się u niej na kolanach. Pocieszające jest to, że jak cioci nie ma w domu, to nie robi afer, tylko zadowala się tym kto jest. Zdarzyło się nawet, że dwa razy spędziła noc u dziewczyny, która na co dzień pomaga nam opiekować się naszymi dziećmi (jest tzw. osobą pomocową). Mimo obcego domu, nic strasznego się nie wydarzyło. Być może przyczyną było to, że dla dziewczynki ważne są rytuały – np. po kąpieli zaczyna się noc (nawet jak na dworze świeci słońce).
  • Ponieważ Smerfetka sporo rozumie, staramy się dużo do niej mówić (może ja nie jestem jakimś przesadnym gadułą, ale za to moja żona kilkukrotnie to nadrabia). Dziewczynce nawet wystarczy jak ktoś rozmawia przez telefon. Zresztą to urządzenie ma już doskonale rozpracowane. Dziwi się tylko, że jak przesunie palcem po ekranie mojego telefonu, to nic się nie dzieje (bo ja mam moją ulubioną Nokię, której nie zmieniłem od wielu lat) . Za to doskonale wie, że gdy rozmawia ze mną przez telefon, to jestem to ja (czyli wujek), a nie jakiś robot.
  • Nadal swoją radość uzewnętrznia krótkim, ale przeraźliwym krzykiem. W ciągu dnia za bardzo nam to nie przeszkadza, jednak gdy obudzi się czasami już o szóstej rano (kiedy ja jeszcze staram się dosypiać) i zajmuje się swoimi robótkami ręcznymi to jest to trochę deprymujące. Zwłaszcza, że niewiele jej trzeba, żeby się ucieszyć – wystarczy na przykład, że uda jej się wyrzucić poduszkę z łóżeczka.
Smerfetka jest fantastycznym dzieckiem. Bardzo dobrze się rozwija, nie choruje. Wydaje nam się, że mimo swojego obciążenia chorobą psychiczną swojej mamy, bardzo szybko znajdzie wspaniałych rodziców adopcyjnych. Jedyne co nas niepokoi, to możliwość powrotu do mamy biologicznej. Wprawdzie jej mama odzywa się rzadko i nieregularnie, do tego odwiedziła dziewczynkę tylko jeden raz, to teoretycznie ma dosyć dużą szansę na jej odzyskanie. Jeżeli sąd uzna, że wyjechała w poszukiwaniu pracy (bo podobno tak było) i po powrocie okaże się, że jest w stanie zapewnić córce opiekę, to zdarzyć się może wszystko. Zakładamy jednak, że wiele rzeczy, które opowiada przez telefon, to w dużej mierze zwykła fantazja.
Wiem, że powinniśmy wspierać rodziny biologiczne i dążyć do tego, aby dziecko do nich wróciło.
Ale może nie tym razem.


Ocena rozwoju dziecka na podstawie obserwacji opiekunów (16 miesięcy).

Dziewczynka przebywa w naszej rodzinie od urodzenia i co tu dużo kryć, jesteśmy dla niej mamą i tatą. Najwyższy już czas, aby została skierowana do adopcji, albo wróciła do mamy biologicznej (o ile sąd uzna, że jest ona w stanie sprawować opiekę rodzicielską nad dzieckiem). Każdy kolejny miesiąc będzie powodować, że rozstanie z naszą rodziną stanie się trudniejsze.


Wykaz umiejętności dziecka:

  • Smerfetka nadal jest bardzo aktywna fizycznie. Swoją sprawnością zdecydowanie przewyższa rówieśników, chociaż być może wynika to z tego, że jest dzieckiem filigranowym – może nie jest malutka, ale za to zgrabniutka i szczuplutka.
  • Jak na swój wiek, jest bardzo inteligentna. Mimo, że goni się z psem dookoła kominka, non-stop wchodzi i schodzi z kanapy, gdyby nie było barierek zabezpieczających na schody, to bez problemu weszłaby na piętro (nawet na dwóch nogach) - to mimo wszystko nie nabija sobie guzów. Nie jest typem „samobójcy”, jak niektóre dzieci w jej wieku. Nie wchodzi na stół, ani na oparcie kanapy. Za to pięknie tańczy. Potrafi też chodzić do tyłu, co najwyraźniej ją rozśmiesza. Na placu zabaw, sama wchodzi na zjeżdżalnię, do tego sam zjazd może być zarówno na plecach jak i na brzuchu, głową w górę lub w dół – nie ma znaczenia, ta zabawa sprawia jej ogromną przyjemność.
  • Powoli pies-jeździk przestaje być tylko zabawką z klawiszami, po naciśnięciu których staje się małą dyskoteką. Smerfetka wie już, że można na niego usiąść i się odepchnąć. Lada moment zacznie jeździć po pokoju razem z 6 letnim Kapslem. Póki co, Kapsla strofujemy, że swoim samochodem-jeździkiem może się poruszać tylko po chodniku na spacerze. Jednak jak Smerfetka zacznie jeździć, to trzeba będzie sprawę jakoś rozwiązać.
  • Doskonale zna zakazy oraz to co jej wolno. Gdy próbuje ściągnąć coś z komody (jednak niektóre zakazy przerastają jej możliwości, co oczywiście w tym wieku jest zupełnie normalne), to z figlarnym uśmieszkiem rozgląda się dookoła, czy ktoś to widzi.
  • Picie z kubeczka, czy też posługiwanie się widelcem nie jest jeszcze opanowane do perfekcji, ale pewnie wynika to z tego, że nie pozwalamy jej na nieograniczone eksperymenty w tym zakresie. Niestety opiekując się jeszcze innymi dziećmi, zwyczajnie łatwiej jest nam korzystać z kubka-niekapka, niż co chwilę zmieniać mokrą bluzeczkę. Do tego, gdy tylko ma w ręce widelec, to próbuje nim nakarmić inne dzieci. Jest to bardzo niebezpieczne, ponieważ głębokość ruchu posuwisto-zwrotnego, jest jeszcze poza jej kontrolą.
  • Nadal nie wypowiada zbyt wielu słów – głównie mama, tata i kilka standardów. Chociaż jakby się dobrze zastanowić, to w zdaniach, które wypowiada są bardzo różne dźwięki. Być może wytworzyła sobie jakiś własny język, którego my po prostu nie rozumiemy. Dowodem na to może być to, że często po wypowiedzeniu jakiegoś ciągu słów, kończy to zdanie mówiąc: E! Czyli jakby pytała nas, czy zgadzamy się z tym co powiedziała. Uśmiechamy się wtedy tylko, mówiąc „tak, tak”. Wprawdzie jest to trochę ryzykowne, bo może zadała pytanie: czy mogę wejść na stół? Na szczęście ona rozumie prawie wszystko co do niej mówimy. Potrafi dla przykładu przynieść smoczek Gacka. Już to, że wie o jaki przedmiot chodzi, jest dużym osiągnięciem, natomiast przyniesienie konkretnego (spośród trzech różnych) jest osiągnięciem ponadprzeciętnym.
  • Bardzo lubi odnosić sukcesy. Gdy przez dłuższy czas męczy się nad zdjęciem bucika, to gdy wreszcie jej się to uda – krzyczy: Ooo!!!
  • Smerfetka (bo ciągle tak do niej mówimy), uwielbia nas naśladować, na przykład chodząc ze splecionym z tyłu rękami. Nie wiem tylko po kim jest taką gadżeciarą. Uwielbia zegarki, kalkulatory, długopisy, telefony – wszystko co w jakiś sposób kojarzy jej się z dorosłymi. Ma kilka telefonów-zabawek (świecących, wydających różne dźwięki). Jednak najbardziej przypadła jej do gustu stara Nokia, która jest zresztą trochę podobna do mojego aktualnego telefonu. Chodzi z nią po pokoju, mówiąc halo-halo i chyba daje jej ona poczucie wyższości nad pozostałymi dziećmi, którymi się opiekujemy. Zresztą dzieci albo nie lubią udziwnionych zabawek, albo ich nadmiar powoduje, że zaczynają dążyć do prostoty. Smerfetka bardzo lubi się bawić kawałkami papieru, folią bąbelkową, puszkami po mleku, papierem toaletowym i innymi dziwnymi przedmiotami codziennego użytku, lub zwyczajnymi śmieciami.
  • Po lęku separacyjnym, który przechodziła kilka miesięcy temu, nie ma już śladu. Wprawdzie gdy widzi jakąś osobę po raz pierwszy, to jest trochę speszona – jednak tylko przez pierwsze dwie minuty. W każdym razie bez problemu potrafi obyć się bez nas, o ile jest z nią ktoś kogo dobrze zna. Zdarza się, że Hiza (nasza osoba pomocowa) zabiera ją do swojego domu, w którym mieszka z całą rodziną swojego nowo poślubionego męża. Podobno zwłaszcza teść Hizy prawie stracił dla Smerfetki głowę – cóż, przydałaby mu się taka wnuczka.
  • Jest też bardzo opiekuńcza w stosunku do innych dzieci. Jeszcze kilka dni temu mógłbym powiedzieć, że nie pamiętam, aby zdarzyło jej się któregokolwiek z nich uderzyć, że może to mieć miejsce tylko wówczas, gdy zdarzy jej się przypadkowo upuścić jakąś zabawkę, stojąc nad nim w rozkroku. Chyba jednak zaczyna się to zmieniać, co w sumie świadczy o tym, że przechodzi na kolejny etap rozwoju. Ostatnio coś ją tak bardzo zdenerwowało, że było widać, iż aby upuścić nagromadzoną energię, zwyczajnie musi komuś przyłożyć. Niestety znowu najbliżej był … Gacek.
Smerfetka jest niemal idealnym dzieckiem. Poza tym, że świetnie się rozwija, to również nie choruje.
Jedyne co można jej zarzucić, to pewna maniera, która pojawiła się całkiem niedawno. Nad ranem wydaje taki dziwny dźwięk (niestety bardzo wysoki). Początkowo myślałem, że jest to pewnego rodzaju płacz, jednak gdy patrzę na jej buzię, która raz spogląda na łóżko, w którym ja śpię, a raz na łóżeczko Gacka, to mam wrażenie, że chce w ten sposób powiedzieć „wstawać chłopaki!”.
Szkoda tylko, że czasami robi nam pobudkę już po trzeciej nad ranem.
W każdym razie wnosi do naszej rodziny dużo pozytywnej energii, a w odbiorze innych osób (które mają kontakt z naszą rodziną) jest jednym z najbardziej lubianych dzieci, którymi się dotychczas opiekowaliśmy.


Ocena rozwoju dziecka na podstawie obserwacji opiekunów (19 miesięcy).

Dziewczynka jest już z nami ponad półtora roku. Nasze rozstanie (które w końcu nastąpi) będzie bardzo trudne dla obu stron.

Wykaz umiejętności dziecka:

  • Smerfetka cały czas jest pełna energii. Chodzi, biega, tańczy, śpiewa. Ostatnio dużą przyjemność sprawia jej wchodzenie i schodzenie ze schodów. Również ze spacerów często wraca na piechotę (siedzenie w wózku zaczyna ją zwyczajnie nudzić). Uwielbia zbierać kasztany, liście, a nawet zwyczajne kamienie.
  • Nic się nie zmieniło w kwestii jej gadulstwa. Ma własny język, którym się z nami komunikuje i czasami się tylko denerwuje, że tak opornie idzie nam jego nauka. Potrafi również tworzyć proste zdania. Dla przykładu słowo „mlemlem” oznacza pewną czynność związaną z jedzeniem (wziąć lub dostać). Dwa dni temu nauczyła się słowa „mniam-mniam” i szybko potrafiła go użyć w zdaniu „Mlemlem mniam-mniam”, co oznacza, że dostała do jedzenia coś, co jest bardzo dobre. „Bambam” oznacza banana, „bam” - upaść (to akurat proste). Łatwo więc sobie przetłumaczyć, co miała na myśli mówiąc: „Mlemlem bambam, bam”.
  • Dziewczynka lubi twórczy bałagan (chyba ma to po mnie). Wprawdzie jej sypialnia wygląda tak, jakby przeszło przez nią tornado, to jednak każda próba uporządkowania jej zabawek nie spotyka się z jej aprobatą. Zdecydowanie lubi wypakowywać. Na szczęście minął już okres, kiedy to otwierała wszystkie szuflady, wyrzucając zawartość na podłogę. Coraz częściej zaczyna stosować się do zasad, bo przecież doskonale wie, czego nie lubimy.
  • Wprawdzie jest zazdrosna o względy opiekunów (co jest zupełnie normalne), to jednak nie traktuje innych dzieci jak rywali. Potrafi się nawet czymś podzielić. Gdy dostanie dwa ciastka, to jedno oddaje koledze, chociaż wcześniej je nagryzie (może tylko sprawdza, czy nie jest zatrute).
  • Doskonale wskazuje wszystkie części ciała (nawet wie co to pępek), rozpoznaje zwierzątka i przedmioty w książeczkach, wie jak robi krówka, piesek, kotek i inne zwierzątka (chociaż w jej mniemaniu, kot szczeka podobnie jak pies).
  • Niestety ma tendencje do ekshibicjonizmu. Potrafi rozebrać się do naga i przynieść pieluchę z palcem wetkniętym w kupę … i ze słowami „ble, ble”. Nie za bardzo to lubię, mimo że nie jest to czymś niezwykłym, bo dzieci tak mają (chociaż nie wiem, czy przypadkiem tylko dziewczynki nie są takimi estetkami).
  • Próbujemy przemycać w zabawie naukę liczenia i rozpoznawania kolorów. Wprawdzie daleko jeszcze do tego, aby potrafiła wykazać się taką wiedzą, to pewnie coś tam w jej główce zostaje. Skoro potrafi przynieść smoczek Gacka, to dlaczego ma nie potrafić przynieść zielony smoczek. Czasami jej się udaje … nawet bym powiedział, że częściej niż mi.

Fajnie nam się razem mieszka. Szkoda tylko, że dziewczynka nie ma świadomości tego, że jest u nas tylko tymczasowo. A może właśnie dobrze, że nie ma?
Ocena rozwoju dziecka na podstawie obserwacji opiekunów (22 miesiące).

Zbliża się dzień rozstania. Bardzo się cieszymy z decyzji mamy dziewczynki (która oświadczyła, że nie będzie dłużej o nią walczyć), chociaż zupełnie inaczej byłoby, gdyby takie jej postanowienie miało miejsce kilkanaście miesięcy temu. Teraz cały proces przejścia do rodziny adopcyjnej będzie o wiele dłuższy i bardziej bolesny. Mamy nadzieję, że nowi rodzice to zrozumieją, i że problemem nie będzie też znaczna odległość dzieląca nasze miejscowości. Na razie nie zaprzątamy sobie tym głowy.

Wykaz umiejętności dziecka:

  • Jeżeli chodzi o sprawy fizyczne, to Smerfetka jest nad wyraz rozwinięta. Nie tylko biega, skacze, tańczy, chodzi do przodu i do tyłu, potrafi wejść i zejść z tapczanu, czy krzesła, albo konika na biegunach, to również sprawnie wchodzi i schodzi ze schodów (bez trzymanki) oraz korzysta z wszelkiego rodzaju jeździków (których jest u nas dostatek). Ostatnio jest bardzo niezadowolona, gdy nie udaje jej się przejechać gokartem należącym do sześcioletniego kolegi, bo zwyczajnie nie sięga do pedałów.
  • Powoli zaczynamy odczuwać bunt dwulatka. Wszystko jest na „nie”, więc jak coś jej nie pasuje, to wymusza to krzykiem i płaczem. Ale dzięki temu uczę się sztuki asertywności.
    Są więc rzeczy niepodlegające negocjacjom i Smerfetka ma pełną tego świadomość. Podam może nietypowy przykład. Mam takie hobby, jak kolekcjonowanie figurek z brązu. Dziewczynka doskonale wie, że nie może ich ruszać (chociaż są one w zasięgu jej ręki, stojąc na półce w naszej sypialni). Nad ranem, zanim zejdziemy po nocy do pokoju dziennego, to każdej z osobna robi „pa-pa”, a od kilku dni każda z nich dostaje od niej buziaka na pożegnanie (więc trochę to trwa). Jednak ani razu nie zdarzyło się, aby próbowała się tymi figurkami bawić (najwyżej czasami nieśmiało usiłuje je delikatnie dotknąć palcem). Zaczynam więc rozumieć „syndrom szklanych aniołków”.
  • Jest bardzo zazdrosna, zawsze chce być w centrum uwagi, wygłupiać się i rozśmieszać (co jest zupełnie normalne w tym wieku). Jednak nie przeszkadza jej to w okazywaniu sympatii innym dzieciom. Potrafi się wspólnie bawić, dzielić smakołykami, zabawkami. Ta ostatnia umiejętność bardzo cieszy, zwłaszcza że nie jest to zupełnie naturalne dla dwulatka.
  • Ważne są dla niej rytuały. Wie, że po przebudzeniu będzie mleko. Dopóki go nie dostanie, jest wielki wrzask i nie pozwala mi pospać ani chwili dłużej. Jednak gdy już pójdę to mleko przygotować, to potrafi cierpliwie czekać nawet kilkanaście minut. Podobnie jest wieczorem. Czasami mam wrażenie, że bez kąpieli by nie zasnęła. Będąc w wannie, codziennie dostaje witaminę C i D (czyli dwa razy coś na łyżeczce). Gdy pewnego dnia witamina C się skończyła, to musiałem jej dać chociaż odrobinę syropu na kaszel, bo samą witaminą D się nie zadowoliła.
  • Smerfetka jest bardzo dobrze rozwinięta społecznie. Potrafi się przywitać, ukłonić, a w nieco młodszym towarzystwie przybić piątkę albo żółwika.
  • Lubi też naśladować dorosłych. Jednym z jej ulubionych zajęć jest przewijanie misia. Bierze pieluchę i go zawija. Nie wiem tylko, dlaczego uważa, że misiu zawsze zrobił kupę (ciągle mówi „ble, ble”). Ciekawe kiedy zada pytanie, czy misiu jest chłopcem, czy dziewczynką? A pewnie niedługo to nastąpi, ponieważ bardzo uważnie przygląda się swoim dwóm kolegom w wannie (zwłaszcza gdy robią siku do wody).
  • Smerfetka uwielbia odbierać telefon. Niektórzy z moich klientów już się do tego przyzwyczaili, innych cały czas wprawia to w zakłopotanie.
  • Chce i potrafi samodzielnie wykonywać rozmaite czynności. Na dobrą sprawę umie się sama ubrać, chociaż oczywiście najczęściej miesza tył z przodem, lewą stronę z prawą, dół z górą. Za to dużo lepiej wychodzi jej rozbieranie się. W ciągu dnia takie myśli raczej nie przychodzą jej do głowy, ale nad ranem potrafi rozebrać się do naga i przywitać mnie z kupą w dłoni. Chociaż tak było jeszcze do niedawna. Okazało się, że wystarczy założyć „bodziaka” albo śpiwór „tył do przodu”, aby problem przestał istnieć (przynajmniej w przypadku Smerfetki, bo mieliśmy już sytuację z innym dzieckiem, gdy po zapięciu zamka błyskawicznego, trzeba go było zaszywać nitką).
  • Smerfetka w zasadzie rozumie wszystko co się do niej mówi (nie rozumie tylko wtedy gdy nie chce zrozumieć).
  • Uwielbia rysować (chociaż nie zawsze po kartce), oglądać książeczki (pokazując i nazywając rozmaite obrazki), wskazywać różne części ciała, albo wystroju pokoju.
  • Potrafi jeść nożem i widelcem … chociaż jeszcze często pomaga sobie ręką. Również jedzenie zupy łyżką, wielokrotnie kończy się wyjadaniem ręką ryżu, czy makaronu. Na szczęście mamy psa i pralkę, więc nie stanowi to większego problemu.
  • Niestety werbalne wyrażanie swoich uczuć i pragnień nie jest jej mocną stroną. Ma wprawdzie w swoim słownictwie kilkanaście słów, jednak mam wrażenie, że od kilku miesięcy nie robi w tym względzie większych postępów. Gdy nad ranem się obudzi, to mówi „Yyyy, yyyyyy, tu”, co oznacza „moja butelka leży tam”(gdzie ją wcześniej wyrzuciła). Gdy natychmiast nie zareaguję, to usilnie powtarza to samo. Widocznie wychodzi z założenia, że albo jestem głuchy, albo nie do końca rozgarnięty.
  • Niezbyt dobrze jest też z załatwianiem potrzeb fizjologicznych. Czasami uda się złapać jakąś kupę na nocnik, jednak większość ląduje w pieluszce.
  • Od jakiegoś czasu miewa też jakieś koszmary senne, ponieważ potrafi się w nocy obudzić i strasznie krzyczeć. Trwa to jednak krótko i najczęściej uspokaja się sama.

Smerfetka nie miała jeszcze wykonywanych badań psychologicznych, wymaganych przy zgłoszeniu jej do adopcji. Wydaje się jednak, że dziewczynka jest typowym dwulatkiem. Są wprawdzie rzeczy, które musi nadrobić, ale są i takie, gdzie jest „do przodu”. Bardzo bym się zdziwił, gdyby opinia była inna niż „dziecko jest w normie rozwojowej”.


Całuśna Smerfetka

piątek, 3 marca 2017

Kochać, czy nie kochać? Oto jest pytanie.

Oczywiście kochać... chociaż to pytanie jest chyba warte szerszego rozwinięcia.
Zacznę może od pewnej dygresji. Istnieje w naszym kraju stowarzyszenie „Nasz Bocian”. Jest to organizacja, która przede wszystkim reprezentuje interesy osób walczących z niepłodnością, ale również promuje adopcję oraz rodzicielstwo zastępcze. Jednym z elementów funkcjonowania tego stowarzyszenia, jest forum dyskusyjne, na którym sam czasami wyrażam swoje opinie. Jakiś czas temu napisałem tam, że nasza Smerfetka nie ma świadomości tego, że nie jesteśmy jej prawdziwymi rodzicami i że jako rodzina, nie różnimy się niczym od przeciętnej rodziny, jakich setki tysięcy w naszym kraju.
Trochę się zdziwiłem, gdy w komentarzu przeczytałem, że może niekoniecznie tak jest, ponieważ istnieje coś takiego jak inteligencja emocjonalna, dzięki której dziecko potrafi orientować się w swojej sytuacji na długo przed nabyciem umiejętności poznawania na poziomie intelektu.
Samo pojęcie „inteligencja emocjonalna” nie było mi obce, jednak traktowałem je jak synonim słowa „empatia”, czyli umiejętność rozpoznawania stanów emocjonalnych innych osób oraz rozumienia siebie w tym zakresie. Próbując poszerzyć swoje horyzonty, naczytałem się wielu rzeczy. Mam nadzieję, że niektóre teorie są tylko teoriami, jak choćby stwierdzenie, że konsekwencją pozostawiania niemowlaka pod nadzorem opiekunki, mogą być myśli samobójcze w wieku dwudziestu lat.
W każdym razie, wszystko sprowadza się do nawiązywania więzi, a dokładniej do nawiązywania niewłaściwych więzi. Jeszcze kilka lat temu, gdy odbywałem szkolenie dla rodzin zastępczych, wydawało mi się, że umieszczanie małych dzieci w rodzinach zastępczych (zamiast w domach dziecka) spowoduje, że RAD (podobnie jak gruźlica) zostanie tylko wspomnieniem. Niestety cały czas spotykam się z relacjami rodziców adopcyjnych, których dzieci przejawiają zachowania typowe dla zaburzeń więzi. A przecież w większości przypadków nie chodzi o starsze dzieci (które większą część swojego życia spędziły ze swoimi rodzicami biologicznymi, gdzie nie było uśmiechu, dotyku, przytulenia, rozmowy – krótko mówiąc kontaktu emocjonalnego), ale o kilku, czy kilkunastomiesięczne maluchy.
Patrzę więc sobie od kilkunastu dni na moje dzieci z zupełnie innej perspektywy.
Zastanawiam się, czy Gacek bawiąc się ze mną na dywanie, czuje „oczami duszy”, że lubię go mniej niż Białaska, a moja ulubienica Smerfetka wyczuwa, że jest tylko epizodem w moim życiu? Czy jest możliwe, że dzieci są mądrzejsze emocjonalnie niż ja, i odczuwają moje stany, mimo że ja sam sobie tego nie uświadamiam?
Chociaż z drugiej strony, być może ich emocjonalna świadomość tymczasowości (o ile istnieje), powoduje stosunkowo bezbolesne przejście do nowej rodziny. Może tak, a może nie. A może za kilkanaście lat okaże się, że mają osobowość borderline. Tak zwaną osobowość z pogranicza – coś między schizofrenią a nerwicą. A może …
A może zwyczajnie podaruję sobie wszelkie rozważania, które i tak niczego nie zmienią w życiu moim i moich dzieci zastępczych. Przecież gdybym czytał encyklopedię zdrowia, to też pewnie doszedłbym do wniosku, że mam wszystkie choroby świata.

Za kilka dni rozprawa Smerfetki. Mama nadal się nie odzywa. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że sąd odbierze jej prawa rodzicielskie, a jej prawnik odwoła się od wyroku. Niestety będzie to oznaczało, że dziewczynka będzie z nami jeszcze kilkanaście miesięcy. Na powrót do mamy biologicznej nie ma szans. Wiedzą o tym wszyscy – my, PCPR, sąd, prawnik i oczywiście mama. Odgrywamy jakąś idiotyczną scenkę, coś w rodzaju sądu nad Jackiem Soplicą, żeby nie powiedzieć sądu nad Smerfetką.
Mieliśmy być razem cztery miesiące … będziemy cztery lata.





sobota, 25 lutego 2017

CHAPIC 5

Historia chłopca wraca tutaj co jakiś czas, niczym bumerang.
Chapic nie jest z nami od prawie roku, a jednak ciągle jest obecny w naszym życiu (zresztą jak większość dzieci, które kiedyś u nas przebywały).
Krótko przypomnę jego historię. Chłopiec pojawił się w naszej rodzinie gdy miał niespełna pół roku. W wieku prawie dwóch lat, został adoptowany przez Francescę i Giuseppe – małżeństwo z Włoch. Dziecko w „papierach” miało podejrzenie FAS (alkoholowego zespołu płodowego). Mając go pod opieką, skupialiśmy się głównie na diagnozowaniu konkretnych zaburzeń. Podchodziliśmy do chłopca zadaniowo. Gdy pojawiał się problem, to trzeba było go rozwiązać, idąc do lekarza-specjalisty, albo poszukując różnego rodzaju ośrodków rehabilitacyjnych, czy wczesnego wspomagania rozwoju. Tak więc współpracowaliśmy z kim tylko się dało – lekarzami, psychologami, terapeutami, rehabilitantami.
Przez długi czas walczyliśmy z sobą, czy powinniśmy zdiagnozować go pod kątem istnienia FAS. Majka była kiedyś na szkoleniu prowadzonym przez osobę, która uznawana jest za autorytet w zakresie zaburzeń poalkoholowych. Po wykładzie poszła z nią porozmawiać. Oczywiście temat szybko zszedł na Chapicka. Na podstawie zdjęcia i krótkiego opisu zachowań chłopca (a przede wszystkim faktu, że mama biologiczna non-stop była „wstawiona” - również idąc na porodówkę), została postawiona wstępna diagnoza - na 90% ma FAS. Jednak my widzieliśmy, jak chłopak się rozwija. Może nie równomiernie (jak większość dzieci), lecz skokowo – przez kilka tygodni nie robił postępów, by nagle zrobić krok milowy. W każdym razie doganiał rówieśników, a przynajmniej się od nich nie oddalał. Do dzisiaj nie wiem, czy zrobiliśmy słusznie rezygnując ze zdiagnozowania FAS-u, chociaż wiem, że gdyby ocena była pozytywna (czyli, że dziecko ma FAS), to dzisiaj pewnie odwiedzalibyśmy chłopca w DPS-ie.
Chapic przechodził kolejne szczeble adopcji krajowej, nikt nie był nim zainteresowany (chociaż cały czas występowało tylko podejrzenie zespołu FAS).
Z informacji, które otrzymaliśmy od osoby koordynującej adopcje zagraniczne, wynikało że stwierdzenie istnienia FAS jest szlabanem, natomiast jego podejrzenie jest do zaakceptowania dla potencjalnych rodziców z zagranicy.
Pierwsza włoska rodzina, po namyśle zrezygnowała z adopcji Chapicka. Sytuacja stawała się napięta, ponieważ wątpliwe było też znalezienie dla chłopca rodziny zastępczej w naszym kraju. Coraz bardziej realny stawał się dom pomocy społecznej.
Po pewnym czasie pojawiła się Francesca i Giuseppe – kolejna włoska rodzina.

Dlaczego o tym piszę? Ano dlatego, że w ostatnim czasie wiele się mówi o tym, że polskie dzieci są niepotrzebnie adoptowane przez rodziny zagraniczne, że jest wiele nieprawidłowości, że trzeba coś z tym zrobić (krótko mówiąc - ukrócić). O ile dotychczas wszystko sprowadzało się do stwierdzenia „wydaje się”, można to było uznać jako zwyczajne „bicie piany”. Niestety niedawno doszło do zamknięcia krajowego ośrodka adopcyjnego, mającego ogromne doświadczenia w adopcjach zagranicznych. Pozostał ośrodek katolicki oraz diecezjalny (który jeszcze nie przeprowadził ani jednej adopcji zagranicznej).

Zamieszczam poniżej link do bardzo ciekawej dyskusji, która skłoniła mnie do napisania dzisiejszego posta. Trochę zabrakło mi w niej opinii strony przeciwnej, dla której najważniejsza jest możliwość dorastania dzieci w kraju ojczystym, w którym nie zostaną oderwane od języka polskiego, kultury, a przede wszystkim religii.

Chapickowi jeszcze się udało. Czy podobne szanse będą miały kolejne dzieci, które nie znajdą rodziny adopcyjnej w kraju? Czy może ważniejszy będzie patriotyzm, wiara i dostęp do dóbr kultury – przebywając w domu pomocy społecznej prowadzonym przez siostry zakonne?
Osobiście nie mam nic do zarzucenia tego rodzaju placówkom. W końcu Królewna (jedna z dziewczynek, która jakiś czas temu była w naszym pogotowiu) przebywa w takim ośrodku i mam o nim jak najlepsze zdanie.
Jednak z pewnością nie byłoby to właściwe miejsce dla Chapicka.

W sytuacjach, gdy poszukujemy rodziny dla naszych dzieci zastępczych, ważne są cechy i predyspozycje rodziców, którzy chcą je adoptować. Nie ma znaczenia narodowość, światopogląd, religia. Między innymi dlatego, nie ochrzciliśmy jeszcze żadnego naszego dziecka zastępczego (mimo, że ksiądz z naszej parafii już wielokrotnie nas zachęcał, mówiąc że wszelkie sakramenty dla naszych dzieci zastępczych są wolne od opłat).

Z rodzicami Chapicka mamy równie częsty (a nawet jeszcze bardziej częsty) kontakt jak z rodzicami innych dzieci, które od nas odeszły. Francesca przesyła nam dziesiątki SMS-ów, zdjęć i filmików z życia chłopca. Ostatnio nawet naciska na nawiązanie kontaktów poprzez Skype-a. Dotychczas tłumaczyliśmy się barierą językową oraz bardzo wolnym i zawodnym dostępem do internetu. Wydaje nam się, że nie powinniśmy być zbyt bezpośrednio obecni w życiu chłopca. Włoscy rodzice mają chyba odmienne zdanie. Niedawno znaleźli kilka kilometrów od siebie rodzinę, która mówi po polsku i chętnie będzie tłumaczem podczas rozmów przez internet. Nas poprosili, abyśmy znaleźli jakieś miejsce z szybkim internetem. Cóż …, chyba będziemy musieli się przyznać, że mamy łącze światłowodowe. Jednak najbardziej dręczy mnie myśl, że kiedyś wpadną na pomysł, aby nas zaprosić do siebie.

Co słychać u chłopca?
Dwuletnie dziecko w niespełna rok nauczyło się rozumieć język włoski, wypowiadać proste zdania, liczyć do dziesięciu. Dla porównania, nasz sześcioletni Kapsel biegle liczy do trzech (jak bardzo się skupi to do pięciu). Gdyby w wieku dwóch lat był skierowany do adopcji, to pewnie chętnych byłoby wielu.
Rodzice Chapicka zdecydowali się na przeprowadzenie badań dotyczących możliwych konsekwencji istnienia alkoholu w jego życiu płodowym. FAS został wykluczony, jednak potwierdzona została możliwość pojawienia się zaburzeń ośrodkowego układu nerwowego określanych mianem ARND (pewna pochodna FAS).
Czy gdyby taka diagnoza została postawiona w Polsce, to zwiększyłaby szansę chłopca na adopcję w naszym kraju?





To zdjęcie Chapicka "wyłowiłem" z internetu

sobota, 11 lutego 2017

GACEK

Dawno niczego nie napisałem. Niestety ostatnimi czasy, gonię resztkami sił. Powiedziałbym, że wręcz „uciekam w noc” starając się jakoś „przetrwać ciężar dnia”. Mógłby ktoś pomyśleć, że uciekam od moich dzieci zastępczych … na szczęście to właśnie one są pewnego rodzaju odskocznią od pracy zawodowej. Moją zmorą w ostatnim czasie jest enigmatyczny Jednolity Plik Kontrolny, który sprawia, że odwiedzam moich klientów, których często nie widziałem od wielu lat. Przemierzam więc nasz kraj z północy na południe, z zachodu na wschód – tylko dlatego, że ktoś wymyślił  plik JPK, nie do końca przemyślany, wielokrotnie zmieniany – koncepcję, która z pewnością ma sens, ale jak to u nas bywa, wszystko robione jest w pośpiechu, bez przygotowań i najważniejszą sprawą jest, aby ten plik przesłać – nawet mniej ważne jest to, co będzie w środku.
Tyle w kwestii JPK, którym przeciętny człowiek zupełnie nie zaprząta sobie głowy. Jednak musiałem to napisać, choćby dlatego, aby usprawiedliwić moją ponad miesięczną nieobecność na blogu.

Chciałbym dzisiaj napisać o Gacku, chłopcu który jest z nami już ponad pół roku. Jest to dziecko, które w szczególny sposób skierowało moją uwagę na pewne mechanizmy, sterujące życiem rodzin zastępczych … Chociaż może trochę się zagalopowałem – wpłynęło na moje postrzeganie rodzicielstwa zastępczego,  uświadamiając mi, że na dobrą sprawę nie ma żadnych reguł. Wszystko jest ulotne, żyjemy w rzeczywistości, w której nic nie jest pewne. Mam na myśli różnego rodzaju doznania, odczucia - które wcale nie wynikają z zachowań dziecka.
Pozwolę sobie zacytować zdanie pewnej mamy zastępczej (z opinią której całkowicie się zgadzam):

Są dzieci, które się kocha z brzucha i są takie, które się kocha, choć się ich nie lubi. Są też dzieci, które się lubi, ale wobec których nie czujemy miłości zbliżonej do rodzicielskiej. Są wreszcie takie, które kocha się miłością o niezliczonych odcieniach, balansując między uwielbieniem i wyczerpaniem.
Dekretowanie, jaką miłością powinna kochać RZ jest tak nonsensowne, że nie chce mi się nawet rozwijać tematu.”

Kocham, ale nie lubię. Lubię, ale nie kocham. Swoista postać oksymoronów, z którą ma do czynienia pewnie niejedna rodzina zastępcza. Gacek jest właśnie takim specyficznym dzieckiem. Patrząc na niego chłodnym okiem, można powiedzieć, że jest on idealny. Potrafi bawić się sam przez długi czas i wyraźnie sprawia mu to przyjemność. Nie wdaje się w utarczki ze starszą Smerfetką (chociaż potrafi zawalczyć o swoje), a nawet z młodszym Białaskiem. Bardzo ładnie przesypia noce. Nawet jak zdarza mu się obudzić o czwartej nad ranem, to siada w łóżeczku i zaczyna bawić się zabawkami (których kilka pozostawiamy mu na noc). Nie przeszkadza mu, że wokół panuje ciemność, że Smerfetka co jakiś czas wydaje przez sen swój okrzyk, a wujek (czyli ja) pewnie nie raz zachrapie. Ostatnio zauważyłem, że z notesu, którym chłopiec bardzo lubił się bawić, pozostały tylko okładki. Reszta została wyjedzona. Pocieszam się tylko tym, że odrobina celulozy jeszcze nikomu nie zaszkodziła (bo myślę, że nie dokonał tego w ciągu jednej nocy). W każdym razie, było to już kilka tygodni temu, i Gacek wciąż żyje.
Wydaje mi się, że chłopiec zwyczajnie ma taką introwertyczną duszę (chociaż z taką osobowością u dziecka jeszcze się nie spotkaliśmy). Poza tą specyficzną umiejętnością zajmowania się sobą w dziwnych sytuacjach, chłopiec jest zupełnie normalnym dzieckiem.  Lubi się przytulać, lubi się bawić w grupie, lubi psocić. Mimo, że gdzieś tam stoi w cieniu Smerfetki (czasami zaczynam zauważać pewne analogie: Smerfetka-Gacek i Majka-Pikuś), jest bardzo inteligentny. Pokazały to ostatnie testy psychologiczne, w których Gacek, w wielu sytuacjach wykazał się umiejętnościami dwulatka (chociaż nawet nie ma półtora roku).
A jednak tylko go lubię … dlaczego? Czy z biegiem czasu, chłopiec zacząłby dla mnie znaczyć coś więcej? Czy za kilka miesięcy mógłbym powiedzieć, że jednak go pokochałem?
Nigdy na to pytanie nie odpowiem, ponieważ Gacek jest już wolny prawnie (czekamy tylko na podpis sędziny) i wkrótce zaczną go odwiedzać rodzice adopcyjni.
Zdecydowanie przyczyna powstania jednostronnej bariery tkwi we mnie. Chłopiec widząc mnie po przyjściu z pracy, biegnie mnie przywitać tak samo jak inne dzieci. Gdy się bawimy, to jego zachowania w żaden sposób nie odbiegają od zachowań innych maluchów, a ja staram się nikogo nie wyróżniać. A poza tym, Gacek chyba nie może narzekać na brak uczuć. W końcu jest ulubieńcem (z wzajemnością) Kubusia (naszej najmłodszej córki). Również Majka kocha go tak samo jak każde inne nasze dziecko.
... A ja go tylko lubię … , mimo że o upierdliwej i wrzeszczącej Smerfetce mogę powiedzieć, że ją kocham (chociaż może niekoniecznie lubię).

Do czasu pojawienia się u nas Gacka, wydawało mi się, że każde dziecko można pokochać (przynajmniej malutkie). Uważałem, że wszystko jest tylko kwestią czasu – w końcu wszystkie dzieci, które u nas były, prędzej czy później stawały się mi bliskie.
Gackiem tylko się opiekuję. A może chodzi o to, że jego niebywała inteligencja przewyższa moją i czuję się zagrożony?

Pewnie nigdy nie dojdę do tego, jakie mechanizmy wyznaczają nasze wzajemne relacje, jednak zacząłem zadawać sobie pytania natury psychologicznej.
Na przykład, czy możliwe jest, że tata adopcyjny Gacka będzie czuł to co ja?
Co czują rodzice adopcyjni spotykając się ze swoim dzieckiem pierwszy, drugi, trzeci … i kolejny raz? Czy jeżeli poczują, że nie "iskrzy" w ich relacjach z dzieckiem, to będą na tyle odpowiedzialni, aby o tym powiedzieć? Czy może będą uważać, że nie wypada "wybrzydzać"? Wreszcie, czy ja będę w stanie zauważyć, że coś jest "nie tak". Być może Majka się ze mną nie zgodzi, ale uważam, że do rodziców adopcyjnych podchodzi dużo bardziej emocjonalnie niż ja, więc w tym względzie za bardzo na nią liczyć nie mogę.
Kończę te rozważania bo już późno. Zadałem wiele pytań, na które nie znam odpowiedzi. Obawiam się, że wraz z każdym nowym dzieckiem i każdymi nowymi rodzicami adopcyjnymi, tych pytań może być coraz więcej.

Jednak muszę jeszcze coś wspomnieć o rodzicach chłopca. Aktualnie bardzo dużą uwagę przykłada się do robienia wszystkiego, aby dziecko wróciło do rodziny biologicznej. Faktycznie cele są szczytne.
Nasz Gacek ma typową rodzinę biologiczną, której odebrano dziecko. Mama bardzo młoda (w wieku naszych córek), ojciec znany (ale tylko jej), sporo partnerów, nawet w okresie, gdy chłopiec był u nas (wiek tych facetów jest nieważny, bo przecież liczy się miłość), Wykształcenie nie do końca gimnazjalne. Praca okazjonalna. Miejsce zamieszkania trudne do zlokalizowania. Współpraca z wszelkimi ośrodkami pomocy społecznej - niełatwa.
Mama Gacka zadzwoniła do nas kilka dni temu, że już nie będzie odwiedzać chłopca, bo jest w ciąży z jakimś Jackiem czy Plackiem (o którym usłyszeliśmy po raz pierwszy), a poza tym i tak nie byłaby w stanie zapewnić Gackowi należytej opieki, bo przecież "on jest taki schorowany"
Właściwie taka deklaracja wcale nas nie zdziwiła, mimo że chłopak ma tylko problemy skórne i trzeba go smarować maściami dwa razy dziennie.

Wrzucę jeszcze na koniec moje opisy Gacka, które pisałem na kwartalne oceny rozwoju dzieci dla PCPR-u. Aż się boję je ponownie przeczytać w świetle tego co napisałem powyżej.

Ocena rozwoju dziecka na podstawie obserwacji opiekunów (ukończone 12 miesięcy).

Gacek przebywa w naszej rodzinie od trzech miesięcy. Trafił trochę w nieszczęśliwym okresie, ponieważ tuż po umieszczeniu go u nas, wyjeżdżaliśmy na wakacje nad morze. Wprawdzie pojechał tam razem z nami, to jednak ciągle był „w ruchu”, zmieniając miejsca pobytu. W sierpniu z kolei spędził wakacje z rodziną pomocową, co dodatkowo (poza nowym miejscem), spowodowało również zmianę opiekunów. Mógł więc czuć się nieco skołowany, ale zniósł to bardzo dzielnie.

Gdy po raz pierwszy przyszedł do naszej rodziny, sprawiał wrażenie dziecka smutnego. Rzadko się uśmiechał i rzadko płakał. Potrafił siedzieć, ale nie potrafił siadać. Posadzony wśród zabawek, mógł się sam godzinami bawić, niczego się nie domagając (poza jedzeniem).
Jego dolegliwości skórne są już tylko wspomnieniem. Aktualnie czasami „biednie” wygląda, bo od czasu kiedy zaczął raczkować zdarza mu się nabić guza, a do tego jest chyba ulubieńcem komarów (bo żadnego innego dziecka tak nie gryzą). Na szczęście już jesień za pasem.

Wykaz umiejętności dziecka:

  • Chłopiec zaczął sprawnie czworakować, chociaż polega to na uginaniu jednej nogi i odpychaniu się drugą. Znamy ten styl, gdyż prezentował go chłopiec będący w naszej rodzinie jakiś czas temu. Nigdy nie nauczył się czworakować stylem klasycznym, po prostu któregoś dnia wstał i zaczął chodzić. Pewnie podobnie będzie z Gackiem, zwłaszcza że już wstaje, mając jakąś podporę. Powiela zachowania wszystkich dzieci, opierając się na „byle czym” - niekoniecznie stabilnym, zwłaszcza psie.
  • Nie potrafi już, tak długo jak to było na początku, bawić się samodzielnie. Lubi towarzystwo, nawet jeżeli wcale nie zamierza podzielić się zabawką. Po przebudzeniu nad ranem szuka wzrokiem znajomych twarzy. Wystarczy gdy zobaczy w łóżeczku po przeciwnej stronie pokoju Smerfetkę (starszą od niego o 4 miesiące). Jeżeli oboje dostaną do swoich łóżeczek zabawki, to potrafią się jeszcze przez długi czas bawić, prowadząc dialogi w tylko sobie znanym języku. 
  • Gacek zna już zakazy i doskonale wie, czego się od niego oczekuje. Uwielbia lustro, które akurat w pokoju, w którym śpi, jest na wysokości jego wzroku. Gdy tylko zostanie „wypuszczony” z łóżeczka, natychmiast do niego podbiega i uderza w nie ręką lub zabawką. Wie, że tak robić nie wolno, ponieważ co chwilę się rozgląda, czy ktoś go nie obserwuje. Gdy zauważy, że widzę jego zachowanie, to zamiast przestać, jeszcze bardzie intensyfikuje swoje działanie.
  • Podobnie jest podczas kąpieli. Myje się w dużej wannie razem ze Smerfetką. Moim zdaniem, jest to dla niego jedna z większych przyjemności w ciągu dnia. Jednak zamiast cieszyć się tym, że może pluskać się z dziewczyną, to on tylko patrzy co tu zbroić. Doskonale wie, co jest zakazanym owocem, ale z premedytacją testuje moją cierpliwość. Efektem tego jest to, że jako pierwszy opuszcza wannę, ale myślenie przyczynowo-skutkowe dopiero przed nim.
  • Chłopiec posługuje się rozmaitymi, własnymi słowami zbudowanymi z kilku znanych już sobie sylab. Bywa, że powie ma-ma, czy ta-ta, jednak nie utożsamia tego z konkretnymi osobami. Na dobrą sprawę, mógłbym powiedzieć, że jest milczkiem. Aktywny (w kwestii mowy) jest głównie nad ranem (kiedy rozmawia ze Smerfetką) oraz w czasie toalety, po wyjściu z kąpieli. W tym ostatnim przypadku potrafi wypowiadać bardzo długie zdania, ale cieszę się, że tego nie rozumiem.
  • Nie chce za bardzo powtarzać ani słów (nawet tych dźwiękonaśladowczych: hau-hau, miau-miau, ejo-ejo, gul-gul), ani gestów (pa-pa, jakie dobre, jaki jesteś duży). Zamiast tego, czaruje nas swoim uśmiechem.
  • Lubi się przytulać, chociaż jest mu wszystko jedno, kto użyczy mu swoich ramion. Gdy odbieraliśmy dzieci po wakacjach (cała trójka była w jednej rodzinie), on jako pierwszy przyszedł się przywitać (niemal natychmiast). Pozostała dwójka przez jakiś czas trzymała dystans. Jednak chyba zachowanie tej dwójki było prawidłowe, a nie Gacka.
  • Lubi się bawić zabawkami. Potrafi wkładać przedmioty do otworu (nawet całkiem wąskiego) i je wyciągać. Udaje mu się przekładać kartki książeczki (takiej z grubej tekturki) i pokazywać palcem obrazki, jednak nie potrafi wskazać na przykład pieska, słoneczka itd.
  • Rozumie stosunkowo niewiele poleceń np. chodź, nie wolno, proszę. Reaguje na swoje imię. Słowa „daj”, „weź” niby rozumie, ale zdecydowanie w tym zrozumieniu pomagają mu gesty.

Gacek, mimo że dużo już się w tej chwili uśmiecha, a czasami nawet wręcz rechocze ze śmiechu, to jednak w porównaniu z innymi dziećmi, cały czas jest jakiś smutny. Mimo, że włącza się do wspólnej zabawy (na miarę dziecka rocznego), to jakby cały czas stoi gdzieś na uboczu.
Być może po prostu taka jego „uroda”.

Ocena rozwoju dziecka na podstawie obserwacji opiekunów
 (prawie 15 m-cy).

Gacek jest dzieckiem „cichym i pokornego serca”. Wprawdzie nie stroni od towarzystwa innych dzieci (chyba, że czuje się w jakiś sposób zagrożony – wówczas albo ucieka, albo zaczyna wrzeszczeć), to jednak potrafi przez dłuższy czas bawić się samodzielnie. Jest to jego dużą zaletą (z naszego punktu widzenia, jako opiekunów), jednak gdy wszyscy bawią się w grupie, to staramy się aby nie przebywał na uboczu (chyba, że wybitnie ma na to ochotę).
Opieka nad nim nie stanowi żadnego problemu. Bardzo ładnie śpi i nie choruje. Nieco gorzej jest z jedzeniem. Wprawdzie mleko i obiadki je całkiem ładnie, to już ze śniadaniem jest gorzej. Nie przepada za chlebem, wędlinami, serami. Również owoce nie są jego ulubionym jedzeniem. Jedne lubi, inne wypluwa. Jednak staramy się mu je podawać, ponieważ okazuje się, że po kilkudziesięciu wyplutych, nagle zaczyna doceniać ich smak. Tak było z winogronami – obecnie się nimi zajada. Z malinami poczekamy do lata, bo o tej porze roku, trochę ich szkoda.

Wykaz umiejętności dziecka:

  • Chłopiec uwielbia chodzić. Jednak przypomina mi podstarzałego emeryta, który bez balkonika nigdzie się nie rusza. Gacek ma też swój balkonik (jest nim wózek dla lalek). Trzymając za uchwyt, potrafi poruszać się po całym pokoju i robi to bardzo sprawnie. Trzymany za rękę też idzie bardzo ładnie. Jednak gdy poczuje, że nie ma żadnego punktu podparcia, natychmiast przechodzi do parteru. Staramy się do niczego go nie zmuszać. Rehabilitantka naszych dzieci zawsze mówi: „nic na siłę”.
  • Umiejętność samodzielnej zabawy, chyba sprawiła, że ma doskonale rozpracowane wszelkie zabawki. Pomijając mój telefon komórkowy, potrafi otwierać i zamykać pojemniki, wkładać i wykładać z nich mniejsze przedmioty. Kombinuje też z klockami, ale na razie nic mu nie wychodzi. Ma zabawkę w formie sześcianu, bez której chyba nie wyobraża sobie zabawy po przebudzeniu (dlatego rezyduje ona w jego łóżeczku). Poza różnymi „bajerami”, ma ona również zamknięcie, którego rozpracowanie wcale nie jest proste. Od jakiegoś czasu, Gacek chowa we wnętrzu tej zabawki, swój smoczek. Teraz już się nie daję nabrać, ale pamiętam, że za pierwszym razem trochę się go naszukałem.
  • Jeżeli chodzi o umiejętności popisywania się przed dorosłymi, to parę sztuczek zna. Potrafi pokazać „jaki jest duży”, bić brawo, przywitać się. Dzisiaj podczas kąpieli zrobiłem całej trójce maluchów sprawdzian (kąpię ich razem w dużej wannie, co też daje mi okazję zaobserwować pewne ich zachowania). Wypowiadałem więc różne pojęcia i kto je znał, to się popisywał. Po raz pierwszy zauważyłem jak Gacek zrobił „żółwika”. Nie wiem, czy mu to zaliczyć, bo moim zdaniem „ściągał” od Smerfetki.
  • Trudno powiedzieć, czy wynika to z jego flegmatycznego charakteru, ale bardzo lubi zbierać rozmaite okruszki, nitki i inne mikroskopijne rzeczy. Jak nie mam okularów, to czasami nie wiem, co mi podaje.
  • Na razie nic nie wskazuje na to, że będzie erudytą. Stroni od książeczek. Jeżeli ma już coś pokazywać to woli pytanie o oko, czy nos, niż „gdzie jest piesek na obrazku”.


Chłopiec jest dzieckiem bardzo pogodnym, a nawet jak płacze, to robi to cichutko. Ma duże potrzeby czułości, bliskości. Gdy cała trójka podchodzi do mnie, to Gacek zawsze musi się wdrapać na mnie, najwyżej.

niedziela, 1 stycznia 2017

SMERFETKA - I kto to mówi 2

Zakończę ten rok kolejną odsłoną życia Smerfetki. Nie miałem takich planów. Prawdę mówiąc, nie zakładałem, że napiszę jakikolwiek post, ponieważ przełom roku jest dla mnie bardzo absorbujący zawodowo. Jednak to co wydarzyło się przedwczoraj, mogę nazwać cudem … chociaż może póki co, tylko „półcudem”.
Zadzwoniła do nas mama Smerfetki. Podjęła decyzję, że zrzeknie się praw rodzicielskich i chce, aby dziewczynka wychowywała się w rodzinie adopcyjnej. Wcześniej deklarowała chęć walki o jej odzyskanie, wynajęła prawnika. Majka odebrała telefon, będąc w drodze po Kapsla, który był w przedszkolu. Dobrze, że wyjechała dużo wcześniej, bo musiała zjechać na pobocze. Emocje były ogromne (z obu stron) a rozmowa bardzo długa. Nie chcemy się jeszcze cieszyć (bo przecież wszystko się może wydarzyć), ale Smerfetka dostała „zielone światło”. Jak wszystko dobrze pójdzie, to najbliższe święta (wielkanocne) spędzi w nowej rodzinie.
Jutro ma się odbyć ostatnie (pożegnalne) spotkanie mamy z córką. Najczęściej nigdy nie wiemy, które spotkanie dzieci ze swoimi rodzicami jest tym ostatnim. Po prostu, któregoś dnia przestają się oni pojawiać w naszym domu. Jednak te, które są deklarowane jako ostatnie, są bardzo uczuciowe. Z jednej strony smutne i przygnębiające, a z drugiej dające nadzieję na lepsze życie. Tak było w przypadku Irokeza i tak mam nadzieję, że będzie w przypadku Smerfetki. Nie wiem, czy dzieci te kiedyś się dowiedzą, jakie były decyzje ich rodziców biologicznych i czy będą w stanie docenić ich czyn. Póki co, trzymamy kciuki za mamę Smerfetki, aby wytrzymała w swoim postanowieniu.

Oddaję głos Smerfetce:

Wszystkiego dobrego w Nowym Roku


Wiele się ostatnio wydarzyło w moim życiu. Wczoraj był jakiś magiczny dzień. Wszystkie dzieci poszły spać dużo później niż zwykle, a do tego cały czas mogliśmy oglądać telewizję, co przecież nigdy się nie zdarza. Wieczorem tata Pikuś zapalał zimne ognie. Kto chciał, mógł je potrzymać. Każdy chciał, ale tylko ja miałam tyle odwagi, aby je wziąć do ręki. Nawet Kapsel wolał się wszystkiemu przypatrywać z daleka. Wprawdzie przypaliłam dywan i włosy Gackowi, to jednak wrażenie było niesamowite.
Dwa dni temu też był dziwny dzień. Mama Majka mnie przytulała i płakała. Mówiła, że to są łzy szczęścia. Tata też brał mnie „na apa”, tak sam z siebie – zawsze muszę się o to sporo naprosić (aż bolą mnie ręce od ich wyciągania w górę). Oboje mówili, że jest to dla mnie ważny dzień. Nie wiem co mieli na myśli, bo poza tym, że byli dla mnie bardziej czuli – niewiele się wydarzyło.
Za to dużo działo się kilka dni temu. Tylu gości w naszym domu dawno nie widziałam. Przyszedł nawet taki stary pan z brodą w czerwonej sukience i czerwonej czapce. Mimo, że dawał mi różne prezenty, to trochę się go bałam i nie chciałam pójść do niego na kolana. Był jakiś dziwny, chociaż nazywał mnie Smerfetką – zupełnie jak tata.

Mama Majka przeczytała mi jakiś czas temu kolejne części opisów moich zachowań, które są dziełem taty. Chciałam już to wcześniej tutaj przedstawić, ale nigdy nie mam czasu. Przecież cały czas muszę pilnować kolan mamy, aby przypadkiem Gacek, albo Białasek mnie nie ubiegł. A do tego jeszcze Furia często ładuje się na te kolana. Oj, nie jest to łatwe zajęcie. Ja jedna, a ich troje.
Jednak wczoraj nie za bardzo mogłam zasnąć, bo straszne huki były za oknem (chociaż chłopcom jakoś to nie przeszkadzało). Miałam więc trochę wolnego czasu.

Oto ciąg dalszy mojej historii sprzed kilku miesięcy:


Ocena rozwoju dziecka na podstawie obserwacji opiekunów (ukończone 4 miesiące).

Smerfetka jest dzieckiem zdrowym, w normie rozwojowej. Wprawdzie panie rehabilitantki dają nam pewne zalecenia (na co należy zwrócić uwagę i w jakim kierunku stymulować „małą” do działania), ale są to rzeczy, które przydałyby się każdemu niemowlakowi, a gdy jakaś mama o czymś takim nie wie, to też żadna krzywda dziecku się nie dzieje. Dziewczynka najprawdopodobniej wkrótce zostanie przeznaczona do adopcji. W sierpniu była na wakacjach u rodziny, która jest skłonna wziąć ją w opiekę zastępczą (długoterminową) do czasu znalezienia rodziny adopcyjnej (gdyby były jakieś problemy ze znalezieniem takowej). Niestety rzeczą, która obciąża dziewczynkę jest schizofrenia jej mamy. O tacie nic nie wiadomo, co dla potencjalnych rodziców może być kolejnym czynnikiem ryzyka.
Jest alergiczką pokarmową, więc pije Nutramigen. Jest to hipoalergiczny preparat zastępczy (strasznie to brzmi, ale jest to tak samo niesmaczne mleko jak każde inne, które piją niemowlaki).

Wykaz umiejętności dziecka:
  • Trzymana w pionie, mocno utrzymuje główkę (nie ma potrzeby jej podpierania). Położona na brzuchu, również unosi ją pewnie. Potrafi także oprzeć się na przedramionach (na samych dłoniach jeszcze jej nie wychodzi, ale próbuje). Prostuje nóżki, próbuje się nimi odpychać.
  • Pewnie sięga po zabawkę (zwłaszcza lubi te zawieszone nad bujaczkiem czy łóżeczkiem) i potrafi ją uchwycić. Sztuka z dwoma zabawkami jeszcze jej nie wychodzi, ale ma na to trochę czasu. Lubi bawić się rączkami, chętnie wkłada je do buzi.
  • Uczy się nowych czynności i lubi się nimi chwalić (często je powtarzając). Tak więc prycha, bulgocze, puszcza bańki ze śliny, wydaje okrzyki i śmieje się w głos. Rodzice wakacyjni powiedzieli, że jak do nich przyszła, to lubiła warczeć (ale jej tego oduczyli). Wróciła i znowu warczy - wydaje nam się, że jest to takie zaproszenie do zabawy. Mamy wprawdzie psa, ale ten nie warczy i nie szczeka, tak więc tą cechę ma chyba po mnie.
  • Śpi bardzo ładnie (w nocy zdarza się nawet 6-7 godzin bez przerwy). Je chętnie (chociaż często ale w małych ilościach).
  • Jest ciekawa świata, rozgląda się dookoła, doskonale lokalizuje źródła dźwięku. Być może cechę tą wykształciła sobie w obawie przed starszymi dziećmi (mniej więcej rocznymi), które tylko czyhają na chwilę nieuwagi ze strony opiekunów, aby do niej podbiec i zabrać smoczek (lub inne trofeum). Są to jednak symptomy świadomości. Smerfetka doskonale wie, że istnieją rzeczy, mimo że na jakiś czas znikną z jej pola widzenia – w tym wypadku są nimi Luzak i Chapic. Na spacerze też interesują ją dźwięki (i to nie tylko głośne, jak przejeżdżający samochód, ale również np. szum wiatru, szelest liści). Ma jeszcze zbyt słabe mięśnie, aby ją przełożyć do spacerówki, ale gdy to nastąpi, to z pewnością będzie miało ogromny wpływ na jej dalszy proces poznawczy.
  • Dziewczynka doskonale rozróżnia „swoich” i „obcych”. Co więcej – wie kogo uda jej się „namówić” na noszenie i wykorzystuje to z całą premedytacją.
  • Uwielbia słuchać - zwłaszcza cioci rozmawiającej przez telefon i wiadomości TVN 24. Głównie te ostatnie czasami są ostatnią deską ratunku, aby „przetrzymać” ją do kąpieli.
  • Bardzo lubi „wygłupy” - podrzucanie, huśtanie – krótko mówiąc „ekstremalne zabawy fizyczne”.
  • Ma przepuklinę pępkową, ale raczej nie będzie potrzebna interwencja chirurgiczna. Plastrujemy jej pępek specjalnym plastrem i widać dużą poprawę.

Podsumowując, Smerfetka jest dzieckiem bardzo pogodnym, typowym niemowlakiem wymagającym zainteresowania swoją osobą. W razie potrzeby potrafi zadbać o swoje prawa – najpierw cichutko nas zaczepia lub kokietuje uśmiechem, a jak to nie pomaga, to przechodzi na wyższe oktawy.
Jesteśmy dobrej myśli, jeżeli chodzi o jej przyszłość, chociaż z doświadczeń innych rodzin wiemy, że obciążenie chorobą psychiczną w rodzinie często jest problemem.





Ocena rozwoju dziecka na podstawie obserwacji opiekunów (ukończone 7 miesięcy).

Krótkie przypomnienie historii dziewczynki. Jest ona dzieckiem zupełnie zdrowym (ma tylko alergię pokarmową). Mieszka razem z nami od drugiego dnia swojego życia.

Wykaz umiejętności dziecka:
  • Smerfetka ma ustabilizowany rytm dnia, wyznaczany przez pewne stałe, powtarzające się elementy (np. kąpiel, spacer). Śpi bardzo ładnie, nie stwarza pod tym względem żadnych problemów.
  • Jest bardzo ekspresyjna. Na dźwięk znajomego głosu uśmiecha się, gaworzy, macha rączkami. Nie do końca wiemy, czy reaguje już na swoje imię, czy zwyczajnie na każde słowo wypowiedziane przez opiekuna – raczej jeszcze nie. W każdym razie świadomie wyraża (mimiką twarzy, „mową” ciała) swoje sympatie i antypatie (na przykład nie przepada za pieszczotami ze strony psa, tak jak inne dzieci). Wprawdzie odróżnia domowników, ale radość sprawia jej również zajmowanie się nią przez zupełnie obce osoby.
  • Mimo, że jeszcze nie siada, to „rwie się” do siadania a nawet stania. Leżąc na plecach wysoko podnosi głowę i potrafi dość długo utrzymać się w tej pozycji.
  • Potrafi przewracać się z pleców na brzuch, a zwłaszcza odwrotnie – z brzucha na plecy, ponieważ w tej pozycji nie za bardzo lubi przebywać. Umie też zrobić mostek na plecach.
  • Ciągle bada swoje ciało, zwłaszcza lubi bawić się stopami.
  • Bardzo ładnie bawi się zabawkami, chwyta je w dwie ręce, obraca i manipuluje nimi. Próbuje też chwycić butelkę przy karmieniu, ale dłuższe jej utrzymanie jeszcze jej nie wychodzi. Swobodnie manipuluje smoczkiem, wkłada go do buzi i tak długo nim kręci, aż trafi na właściwe ułożenie.
  • Leżąc na brzuchu prostuje ręce, podciąga się, obraca wokół własnej osi. Jeszcze nie pełza, ale pozostawiona na kilka minut w samotności, potrafi przemieścić się nawet o dwa metry.
  • Uwielbia towarzystwo innych dzieci. Wprawdzie w naszym przypadku jest to trochę obarczone ryzykiem uszczerbku na ciele (nigdy nie wiadomo, kiedy nieco starsi chłopcy nie zechcą jej uderzyć lub próbować zabrać smoczek), jednak nie za bardzo jej to przeszkadza. Uważa, że jak przymruży oczy to będzie bezpieczna i nawet jak w takiej sytuacji dostanie jakąś zabawką po głowie, to nie płacze.
  • W pewien sposób wyraża też swoją wolę. Gdy jej coś nie pasuje, to odwraca głowę, a gdy nie chce już jeść – zaciska zęby (wprawdzie jeszcze ich nie ma, ale „głupio” napisać, że zaciska szczękę). Jednak ta ostatnia sytuacja występuje niezwykle rzadko.Smerfetka uwielbia jeść, co zresztą przekłada się na jej wagę. Nie jest dzieckiem otyłym, tylko jest po prostu „wielka”. Waży tyle co 18-miesięczny Chapic.
  • Po przepuklinie pępkowej nie ma już śladu – plastrowanie pomogło.

Podsumowując, dziewczynka jest osobą bardzo pogodną, w normie rozwojowej. Potrafi zadbać o swoje potrzeby (doskonale wie kogo może na co „naciągnąć”). Gdy jest w towarzystwie Hizy Gurumy (naszej osoby pomocowej), praktycznie cały czas domaga się noszenia. Gdy jest ze mną (czyli tatą zastępczym), wystarcza jej zabawa na dywanie – doskonale wie, że na zbyt wiele nie może liczyć.
W tej chwili pozostaje nam czekać na decyzję sądu. Z punktu widzenia dobra dziecka, wskazane byłoby jak najszybsze przekazanie jej do rodziny, w której mogłaby pozostać na stałe (każdy kolejny miesiąc będzie powodował, że rozstanie będzie trudniejsze i proces przekazania będzie musiał być dłużej rozłożony w czasie). Jednak wiemy, że trzeba też brać pod uwagę potrzeby mamy dziewczynki, która cały czas wyraża chęć zaopiekowania się nią (mamy w miarę stały kontakt telefoniczny).

Ocena rozwoju dziecka na podstawie obserwacji opiekunów (ukończone 10 miesięcy).

Dziewczynka jest dzieckiem zdrowym. W naszym mniemaniu spełnia wszelkie normy rozwojowe dziecka dziesięciomiesięcznego.

Wykaz umiejętności dziecka:
  • Dziewczynka jest niezwykle aktywna i cały czas chce być w centrum uwagi. Można powiedzieć, że jest niewyczerpalnym źródłem energii. Trochę tylko żałujemy, że tą energię marnuje na ciągły „krzyk”, ale ten temat rozwinę później.
  • Smerfetka non stop się przemieszcza. Jeszcze kilka dni temu poruszała się stylem motylkowym (dokładnie tak samo jak na basenie), a ponieważ zaczynała już wstawać i nawet robiła pierwsze niezdarne kroki, byłem przekonany, że etap czworakowania po prostu pominie. Od dwóch dni czworakuje, chociaż ten typ „chodzenia” jest wolniejszy i jak się gdzieś spieszy (a spieszy się prawie zawsze), to przechodzi do stylu motylkowego.
  • Od ponad miesiąca wstaje na nogi, szukając jakiejś podpory. Początkowo były to jakieś stałe elementy (na przykład meble). W tej chwili zadowala się nawet stojącym psem, mimo że ten „balkonik” potrafi w ułamku sekundy zniknąć i trzeba klapnąć na pupę. Jeszcze jakiś czas temu wstawała, ale nie potrafiła z tej pozycji przejść do „parteru” i krzyczała, żeby ją ratować. Teraz z tym problemem radzi sobie sama. Zwróciłem też uwagę na to, że dawniej, gdy wstawała, trzymała się palcami stóp podłogi. Co ciekawe, już jej to minęło (mi do dzisiaj niestety nie, zwłaszcza gdy stoję na drabinie).
  • Z każdej pozycji błyskawicznie potrafi usiąść. Pozytywne jest to, że jest to siad prosty (z wyprostowanymi nogami, bez garbienia się). Oznacza to, że musi mieć silne mięśnie brzucha. Prawdopodobnie jest w tym duża zasługa Nataszy (naszej wolontariuszki-fizjoterapeutki).
  • Jeżeli chodzi o rozwój manualny, to też wszystko wydaje się być adekwatne do wieku. Potrafi trzymać dwa przedmioty w ręce (a czasami trzy), manipuluje nimi. Potrafi przekładać klocki umieszczone na spiralnym drucie. Akurat ta umiejętność wydaje mi się ponadprzeciętna. Ma jeszcze pewien problem z ruchem pęsetowym, ale wydaje się to być tylko kwestią dni. Żadnego problemu nie stanowi dla niej wkładanie i wykładanie przedmiotów z pojemnika. Podobnie jak inne nasze dzieci woli, gdy przedmiotem tej zabawy są „chrupki” psa, a nie kolorowe klocki. Podejrzewam, że chodzi o to, że jest to ten „zakazany owoc” i gdyby jakaś firma kiedyś wprowadziła na rynek zabawki w tej postaci, to pewnie nie stałyby się szlagierem.
  • Lubi zabawy ruchowe, ale nie wszystkie. Uwielbia skok na „bungee”, ale już jazda na koniku nudzi jej się po kilkunastu sekundach. Może będzie typem lubiącym wyzwania ekstremalne, chociaż lubi zabawy w „a ku-ku”, „pielucho nakryj mnie” i stosowanie wszelkiego rodzaju elementów onomatopeicznych. Pod tym względem jest zupełnie normalna.
  • Jednak jest element, w którym nie jest normalna, a dokładniej nie przejawia zachowań typowych dla dzieci w jej wieku. Jest to kwestia używania swojego głosu. Dziesięcznomiesięczne dziecko często korzysta z rozmaitych dźwięków. Jednak w większości przypadków, można to nazwać gaworzeniem, a nawet wypowiadaniem pierwszych sylab. Bywają sytuacje, gdy Smerfetka wypowie coś w rodzaju „mama”, a nawet „tata”, to wydaje nam się, że jedynym świadomie wypowiadanym słowem jest „ko-ko”. I wcale nie oznacza ono kury, ale kota. Za to dziewczynka uwielbia krzyczeć. Wprawdzie mieliśmy kiedyś Iskierkę, która miała podobną przypadłość, to jednak Smerfetka pod tym względem „bije wszystkich na głowę”. Krzyki i piski są jej ulubioną formą wyrażania ekspresji.
  • Co jeszcze? Robi „kosi-kosi”, „brawo-brawo” (to samo tylko szybciej), „dzień dobry”.
    Pa-pa” robiła miesiąc temu, teraz już nie chce. Wie „jaka jest duża”, a żeby pokazać „jakie dobre”, to chyba musi być naprawdę dobre. Zaprzyjaźniła się z psem. Ich wspólne zabawy są tak niesamowite, że lepiej abym ich nie opisywał. Higieniczne to one nie są, ale z pewnością mają pozytywny wpływ na rozwój emocjonalny dziewczynki.
    Właśnie sobie uświadomiłem, że zaniedbałem ją w temacie „zabawa z lustrem”, będę musiał to nadrobić.
Wnioski:
Najwyższy czas, aby dziewczynka została zakwalifikowana do adopcji. Doskonale wie już kto jest kim w naszej rodzinie (zna granice, których nie warto przekraczać w odniesieniu do poszczególnych domowników). Gdy „marudzi” przed zaśnięciem, to moja żona wysyła mnie do niej na poważną rozmowę. Jest to dziwne, ale w zdecydowanej większości, pomaga.
Za chwilę może rozpocząć się „lęk separacyjny”.
A jej mama biologiczna? Czasami się odzywa, deklaruje chęć odzyskania dziewczynki, ale chyba na zbyt wiele nie liczy. Być może, gdyby nagle Smerfetka do niej wróciła, to nie bardzo wiedziałaby co z tym fantem zrobić, bo jej życie cały czas jest niepoukładane (wprawdzie w jej mniemaniu jest inaczej, ale fakty, którymi się z nami dzieli, mówią zupełnie coś innego).

Tyle napisał tata.
Gdy tak sobie to wszystko czytam, to zauważam, że między mną a tatą nawiązywała się coraz większa nić porozumienia. Z każdym tygodniem stawaliśmy się sobie coraz bliżsi. Ciekawe, bo z mamą było zupełnie inaczej. Kochała mnie od samego początku – również wtedy, gdy (jak mówi tata) byłam jeszcze czerwona i pomarszczona. Teraz mam już prawie dwa lata i tata jest bardzo ważną osobą w moim życiu – prawie tak ważną jak mama.



sobota, 17 grudnia 2016

--- Wiem, że nic nie wiem

podobnie jak Sokrates, zaczynam mieć coraz większą świadomość swojej niewiedzy. Tyle tylko, że dla niego było to drogą do poznania mądrości, a ja myślę, że taki „niekumaty” pozostanę już do śmierci, bo zwyczajnie pewnych rzeczy nie mogę pojąć.

Na dobrą sprawę, to chciałem napisać komentarz pod swoim ostatnim postem o Kapslu. Jednak jak zacząłem zagłębiać się w coraz szersze kręgi dowolności i wieloznaczności, to stwierdziłem, że wyjdzie z tego kolejny wpis.

Dwa razy w roku odbywają się w naszym PCPR-rze kursy dla rodziców zastępczych. Każdy z nich kończy się tak zwanym „panelem”, czyli kilkugodzinnym spotkaniem absolwentów tegoż kursu, z osobami mającymi praktyczną styczność z rodzicielstwem zastępczym. Są tam więc osoby prowadzące rodzinne domy dziecka, pogotowia rodzinne oraz będące inną formą rodzicielstwa zastępczego, jak również przedstawiciele różnych instytucji, w tym sędzia sądu rodzinnego.
Osobiście na takie spotkania nie chadzam z bardzo błahego powodu. Zwyczajnie mam tak długi przewód myślowy, że zanim bym się zastanowił co chcę powiedzieć, to rozmowa pewnie już dawno by zeszła na inny temat.
Jednak Majka, ze swoją radiową przeszłością jest tam obowiązkowo. Wprawdzie z tym radiem trochę przesadziłem (wystąpiła w nim tylko raz), to jednak doświadczenie sceniczne (prowadziła kilka imprez i festynów) bardzo jej w tym pomaga.
Ponieważ „świeżo upieczeni” rodzice zastępczy nawet nie bardzo wiedzą o co mogą zapytać takiego prawnika, to po jego krótkim wprowadzeniu, Majka zadaje mu pytania i prowadzi konwersjację. Wprawdzie są to nasze wątpliwości i najczęściej odwołują się do konkretnych przypadków naszych dzieci, to myślę że ich rozważanie też jest z korzyścią dla wszystkich słuchających.

Tak więc kilka dni temu „na tapetę” poszedł przypadek Kapsla.
Muszę więc przyznać, że to co napisałem ostatnio na temat możliwości zmiany decyzji przez samego sędziego, nie jest prawdą – a przynajmniej nie do końca. Raz wydany wyrok jest zamknięty w tym sensie, że sędzia po wpłynięciu odwołania, sam nie może go zmienić. Za to w uzasadnieniu wyroku może napisać, że … się pomylił. Sądzę, że na taką samokrytykę może się zdecydować tylko ktoś „z jajami”, więc pewnie takie przypadki są bardzo rzadkie. Jednak gdyby czasem, sędzina prowadząca sprawę chłopca zdecydowała się na taki krok, to mogłoby to znacznie przyspieszyć cały dalszy bieg wypadków w sądzie odwoławczym (chociaż i tak chodzi o przynajmniej pół roku – ale chociaż nie półtora).
Zawsze też myślałem, że sąd okręgowy (apelacyjny, odwoławczy – używam takich słów jako synonimów), może podtrzymać decyzję sądu niższej instancji, ale może również zmienić to postanowienie. Okazuje się jednak, że nie. Jeżeli ma jakieś zastrzeżenia, to sprawa wraca do ponownego rozpatrzenia, przez sąd, który wydał poprzednią decyzję. Do tego rozpatrywana jest ona w oparciu o materiał dowodowy z pierwszego postępowania (chyba, że jakaś procedura została przeprowadzona niewłaściwie, lub w ogóle nie została przeprowadzana - np. badanie w OZSS). Nie ma więc znaczenia, jeżeli na przykład w międzyczasie sytuacja rodziców biologicznych uległa zmianie na lepsze.
Wrócę do sytuacji Kapsla. Odwołanie mamy ma dużą szansę na pozytywne jego rozpatrzenie przez sąd apelacyjny, jednak tak czy inaczej sprawa wróci na biurko sędziny, która do tej pory nie była przychylna mamie (a odwołanie może ją tylko rozwścieczyć – w końcu sędzia to też człowiek i może się irytować). Wprawdzie istnieje możliwość złożenia przez mamę wniosku o zmianę sędziego (mając konkretne argumenty), ale co zrobić, gdy w sądzie jest tylko jeden sędzia rodzinny? Czy istnieje możliwość zmiany sądu? Niestety Majka o to już nie dopytała – ale będzie okazja za pół roku.
To, że jest duża szansa na ponowne rozpatrzenie sprawy wynika z dwóch powodów. Sprawa pierwsza, to fakt, że nie dokonano badania więzi i oceny kompetencji rodzicielskich mamy Kapsla przez Opiniodawczy Zespół Sądowych Specjalistów. Większość sądów traktuje to badanie jako rutynową czynność przed każdym odebraniem praw rodzicielskich, jednak nie ma takiego obowiązku. Czy sąd odwoławczy potraktuje to jako pewnego rodzaju zaniedbanie, czy również stwierdzi, że przecież nie trzeba?
Druga rzecz, to połączenie na jednej rozprawie odebrania praw rodzicielskich z zakazem widywania się z synem. Podobno nie ogranicza się kontaktów rodziców z dzieckiem, z urzędu. Musi wpłynąć jakiś wniosek. Czy coś takiego miało miejsce, czy może jednak była to samowolka? Nie wiemy, lecz trudno jest nam znaleźć kogoś, kto miałby jakiś interes w złożeniu wniosku o zakaz spotkań. Jednak tak czy inaczej powinny się odbyć dwie odrębne rozprawy.
Natomiast jeżeli chodzi o możliwość aktualnych odwiedzin, to jeżeli odwołanie spełni wszelkie wymogi prawne, wówczas sąd nie będzie mógł wydać odrębnej decyzji w sprawie, która została zaskarżona. Czyli Kapsel nadal będzie mógł spotykać się ze swoją mamą. 
Tyle tym razem się dowiedzieliśmy od sędziego z jednego z naszych sądów rodzinnych. Osobiście, wcale nie jestem przekonany, czy takie procedury obowiązują w całym kraju, zwłaszcza że sam pan sędzia stwierdził, że ze stuprocentową pewnością, może się wypowiadać tylko za siebie i swojego kolegę (bo akurat w tym wydziale rodzinnym jest ich tylko dwóch).

Z ciekawych rzeczy poruszył jeszcze kwestię, której bardzo obawiają się rodzice zastępczy, wychowujący jakieś dziecko już dłuższy czas. Co się stanie, gdy w którymś momencie zostaną odebrane prawa rodzicielskie rodzicom biologicznym i dziecko zostanie zgłoszone do ośrodka adopcyjnego? Czy jedyną możliwością będzie dla nich adopcja? Przecież nie zawsze stać rodzica zastępczego na taką alternatywę. Okazuje się, że w dziewięćdziesięciu kilku procentach dzieci te wcale nie zostają zakwalifikowane do adopcji, co oznacza, że nadal pozostają w dotychczasowej rodzinie zastępczej. Jednak bliższe sprecyzowanie pojęcia „dłuższy czas” nie jest możliwe i zależy od indywidualnej interpretacji osób pracujących w ośrodkach adopcyjnych.

W ten płynny sposób przejdę do pewnych aspektów funkcjonowania ośrodków adopcyjnych. Nie chcę twierdzić, że powinny być jakieś sztywne ramy czasowe, określające kiedy dziecko jest kwalifikowane do adopcji, a kiedy już nie. Wszystko zależy od sytuacji, jednak podobnie jak w przypadku sądów, wpływ na to ma subiektywna ocena poszczególnych ludzi. Gdyby więc kiedyś ktoś mnie zapytał o perspektywy swojego dziecka zastępczego, które przebywa w jego domu od kilkunastu, czy kilkudziesięciu miesięcy – musiałbym powiedzieć: „nie wiem”.

Jeżeli chodzi o decyzje podejmowane przez ośrodki adopcyjne, to są jeszcze inne ciekawe aspekty, powodujące że cały system rodzicielstwa zastępczego i adopcyjnego jest niejednoznaczny i w większości zależy od regulaminów i zasad wypracowanych przez poszczególne ośrodki adopcyjne, instytucje pieczy zastępczej i sądy (być może często wspólnie).

Dawniej wydawało mi się, że sprawa wygląda w ten sposób, że pomoc społeczna i/lub szpital, do którego trafiło dziecko, co do którego istnieje uzasadnione podejrzenie zaniedbania opieki rodzicielskiej, albo mama po porodzie poszła „w długą”, czy też zdecydowała się zrzec wychowania swojego dziecka – informuje o tym sąd i Powiatowe Centrum Pomocy Rodzinie (albo inną odpowiednią instytucję zajmującą się pieczą zastępczą). Dziecko kierowane jest do rodziny zastępczej, a sąd wszczyna proces, lub jeżeli mama sama decyduje się zrzec swoich praw rodzicielskich, musi to w odpowiedni sposób zgłosić sądowi. Jeżeli sąd po jakimś czasie podejmie decyzję o odebraniu praw rodzicielskich, zgłasza ten fakt do ośrodka adopcyjnego, który dokonuje kwalifikacji do adopcji i rozpoczyna poszukiwania rodziców adopcyjnych. Myślałem, że takie są procedury, ponieważ tak to wygląda u nas.
Dopiero od niedawna ośrodki adopcyjne nieco wcześniej dowiadują się o dziecku, ponieważ ich pracownicy biorą udział w spotkaniach w PCPR-rze, na których omawiane są poszczególne przypadki dzieci przebywających w rodzinach zastępczych. Mając pewną wiedzę na temat rozwoju dziecka i sytuacji jego rodziców biologicznych, mogą rozpocząć wstępne poszukiwania nowych rodziców (nikomu jeszcze dziecka nie proponując).

Bywają jednak ośrodki adopcyjne, które jako pierwsze (poza sądem) są informowane o pojawieniu się dziecka w szpitalu (najczęściej noworodka). Decyzją sądu, maluch jest umieszczany w docelowej rodzinie adopcyjnej. I tutaj istnieją dwa znane mi rozwiązania (stosowane w różnych miastach), albo rodzice adopcyjni wcześniej muszą skończyć dodatkowy kurs dla rodziców zastępczych, albo sąd umieszcza dziecko w rodzinie adopcyjnej na zasadzie tzw. „powierzenia pieczy”. W sumie wszystko wygląda pięknie.
Jest zgodne prawem, ponieważ sąd na 6 miesięcy może umieścić dziecko na zasadzie powierzenia pieczy w dowolnej rodzinie (według własnego uznania), a jeżeli ma ona dodatkowe szkolenie dla rodzin zastępczych, to termin ten nie obowiązuje. Dla dziecka jest to komfortowa sytuacja, ponieważ niemal od urodzenia przebywa w docelowej rodzinie. Rodzice, u których w ten sposób zostało umieszczone dziecko, są szczęśliwi że mogą zajmować się nim od początku, że nie czeka ono na nich nie wiadomo gdzie.
Są w pełni świadomi wszelkich konsekwencji podejmowanej decyzji. Niestety te konsekwencje mogą dla nich okazać się tragiczne. Mama zostawiając dziecko w szpitalu po porodzie, ma 6 tygodni na zmianę decyzji. Nie musi niczego udowadniać – zwyczajnie mówi, że zmieniła zdanie i przychodzi po dziecko. Może też nie dopełnić wszelkich formalności i „zniknąć”. Rodzicom pozostaje niepewność – czy wróci i kiedy? Gdyby nasza Smerfetka znalazła się na takiej zasadzie w jakiejś rodzinie adopcyjnej, to nie chciałbym być w jej skórze (tej rodziny). Mama nagle wróciła, wynajęła prawnika i deklaruje walkę o odzyskanie dziewczynki. Rodzice zastępczy mają (a przynajmniej powinni mieć) świadomość tymczasowości. Wiedzą, że istnieje duże prawdopodobieństwo, że dziecko kiedyś od nich odejdzie. Rodzice adopcyjni nie są na coś takiego gotowi. Wiem, że mają świadomość podejmowanego w takim przypadku ryzyka, jednak gdyby musiał być zrealizowany wariant pesymistyczny, to mogłoby to „rozwalić” całą rodzinę … a przypadki powrotów czasami się zdarzają, mimo że do takiego sposobu adopcji wybierane są tylko dzieci z niemal stuprocentowym prawdopodobieństwem odebrania praw rodzicielskich.

Jest też inny wymiar takiego podejścia do adopcji. Niektóre osoby bardzo bulwersuje adopcja poprzez pozostanie najpierw rodziną zastępczą. Jeden z naszych ośrodków adopcyjnych uważa to za „wykradanie dziecka z kolejki” i w bardzo niemiły sposób traktował rodzinę która najpierw została rodziną zastępczą dla jednego naszego „pogotowiowego” malucha. Czym różni się sytuacja adopcji noworodka? Jest to pomijanie osób oczekujących w kolejce adopcyjnej, którzy nie są emocjonalnie zdolni do wybrania takiej drogi – a jednak są ośrodki, które proponują taki alternatywny wybór.
Osobiście uważam, że żadna droga do upragnionego dziecka nie jest niewłaściwa i rozumiem postępowanie poszczególnych rodzin, mimo że często sam też nie byłbym na coś takiego gotowy.
Dziwi mnie tylko różnorodność form podchodzenia do tego samego tematu przez instytucje. Powoduje to, że wiem coraz mniej, nie mówiąc o tym, czego jeszcze nie wiem. A może to jest właśnie pluralizm?

Jednak na koniec odniosę się też do PCPR-ów. Tutaj również istnieją wewnętrzne regulacje, które kształtują pewną „politykę” konkretnych jednostek.
Podam tylko jeden przykład. Rodzina, która planuje zostać pogotowiem rodzinnym, powinna teoretycznie najpierw pozostać na jakiś czas „zwykłą rodziną zastępczą”.
Problem polega tylko na tym, że nie można łączyć funkcji pogotowia z rodziną zastępczą. Tak więc po okresie bycia rodziną zastępczą należałoby przebywające w rodzinie dzieci zastępcze albo adoptować (jeżeli jest taka możliwość), albo oddać je do innej rodziny.
Dlatego też niektóre PCPR-y (nie chcę gdybać, czy większość, czy mniejszość) rezygnują z tego wymogu i rodzina decydująca się na pozostanie pogotowiem rodzinnym, pozostaje nim natychmiast. Ale są również takie rodziny, które nie wyobrażają sobie od razu rzucenia się na „głęboką wodę”.

Tak więc, reasumując całe moje rozważania, powiem tyle, że jak ktoś będzie mnie pytał jak wygląda system opieki zastępczej i adopcyjnej, to chyba będę brał wzór z naszego sędziego, twierdząc że w stu procentach to mogę się tylko wypowiadać za Majkę i siebie.