sobota, 12 października 2019

--- Masz wiadomość cz.3


Niedawno stwierdziłem, że cykl wpisów pod wspólną nazwą „masz wiadomość...” będę jeszcze długo kontynuował. Być może dla niektórych będą to tylko ciekawostki z życia dzieci, które kiedyś z nami mieszkały i je opisywałem. Jednak dla kogoś innego, może to być obraz funkcjonowania dziecka po adopcji... tego co ono czuje, jak się rozwija. Może to być również charakterystyka rodzica adopcyjnego, którego niby nie przedstawiam bezpośrednio... ale jednak.

Wielokrotnie spotykam się z opiniami, że nie ma zdrowych dzieci idących do adopcji. Osobiście się z tymi twierdzeniami nie zgadzam, chociaż podobno w ten sposób wypowiadają się również niektórzy pracownicy ośrodków adopcyjnych. Najwięcej tego rodzaju poglądów można znaleźć na rozmaitych forach społecznościowych poświęconych adopcji, czy też pieczy zastępczej. Tutaj bardzo często się zastanawiam, kim są osoby wypowiadające się w ten właśnie sposób. Czy są psychologami, pedagogami, terapeutami? A może chociaż doświadczonymi rodzicami zastępczymi? Czy biorą na siebie odpowiedzialność za wypowiadane słowa? A może mają zupełnie coś innego na myśli, niż czytająca te komentarze rodzina, która właśnie rozważa adopcję dziecka?

Niedawno napatoczyłem się na podobną dyskusję, w której dorosła adoptowana dziewczyna próbowała udowodnić innym, że jest zupełnie zdrowym człowiekiem – zarówno fizycznie, psychicznie, jak też emocjonalnie. Dowiedziała się, że opowiada bzdury, gdyż na pewno jest zaburzona... tylko jeszcze o tym nie wie. Nie mam pojęcia, kim były osoby wypowiadające się w tak autorytarny sposób.

Dlatego w tym i następnym wpisie, spróbuję w szczególny sposób zwrócić uwagę na kwestie zdrowotne dzieci, które z nami mieszkały i w większości przebywają teraz w rodzinach adopcyjnych. Niech każdy sam spróbuje sobie odpowiedzieć na pytanie, czy uważa je za zdrowe w różnych aspektach.

Kapsel sprzed roku - nasze ostatnie wakacje.

Zacznę od Kapsla, o którym zdecydowanie mogę powiedzieć, że jest dzieckiem chorym. Fizycznie w zasadzie nic mu nie dolega... może poza coraz większą nadwagą. No, ale w jego przypadku jest to bezspornie kwestia umysłu - zresztą jak cały jego problem.

Chłopiec nadal przebywa w Domu Pomocy Społecznej i pewnie zostanie tam do końca swojego życia. Mama podarowała już sobie zupełnie starania o przywrócenie praw rodzicielskich. Wystarczają jej odwiedziny raz na kilka tygodni i zabieranie chłopca do swojego domu w czasie ferii, czy wakacji.

Jej wystarczają... Kapslowi niekoniecznie.





Kapsel dzisiaj - po powrocie z wakacji u mamy.
Niby chłopiec czuje się dobrze w tym domu pomocy. Jest jednym z bardziej błyskotliwych mieszkańców i nie ma niebezpieczeństwa, że będzie przez kogoś gnębiony i wykorzystywany. Z tego powodu kiedyś bardzo staraliśmy się, aby jego docelową placówką nie był dom dziecka (również patrząc perspektywicznie, co będzie gdy chłopak stanie się pełnoletni). Jednak Kapsel wielokrotnie powtarzał (i robi to nadal), że nie chciałby tam zostać na zawsze. Tęskni do zwyczajnej rodziny, chociaż niekoniecznie za mieszkaniem ze swoją mamą. Pod koniec wakacji Majka chciała odwiedzić Kapsla z całą naszą ferajną. Nie wyszło, bo chłopiec jeszcze był u mamy, a później jakoś nie było już okazji. Zadzwoniła jednak do niego kilka dni później. Był smutny. Nic dziwnego, w końcu trzy dni wcześniej był jeszcze u mamy. Majka starała się go pocieszyć, a on na to: „ale ja nie tęsknię za mamą, tylko za tobą”.
Czy byłby szczęśliwszy, gdyby jednak jakaś rodzina (czy to adopcyjna, czy zastępcza) zechciała go kiedyś przygarnąć? Ja po dwóch latach wspólnego mieszkania, miałem go szczerze dość... zresztą Majka też. Czy ktoś może czuć się szczęśliwy w rodzinie, która ma go już dosyć?
Najsmutniejsze w jego historii jest to, że gdy do nas przyszedł mając sześć lat, wydawał się tylko dzieckiem zaniedbanym. Takim, któremu wystarczy poświęcić nieco więcej czasu i zainteresowania. Gdyby został odebrany swojej mamie kilka lat wcześniej (choćby w wieku dwóch lat), to poszedłby do adopcji natychmiast. Nic nie wskazywało na to, że jego opóźnienie w stosunku do rówieśników coraz bardziej będzie się powiększać. Na końcu była to już niemal przepaść. Kapsel aktualnie skończył już dziewięć lat, a nadal nie potrafi sprawnie liczyć do dziesięciu (a dokładniej... policzyć), mylą mu się dni tygodnia, nazwy miesięcy, pór roku. Do dzisiaj rzuca się na podłogę, krzyczy i wali głową w ścianę, gdy coś mu nie pasuje. Żaden specjalista nie stwierdził nigdy u niego żadnego konkretnego zaburzenia. Był tylko... niezbyt mądry.


Chapic kiedyś
Zupełną przeciwnością był Chapic. Przyszedł do naszej rodziny w wieku kilku miesięcy. Niewiele się ruszał, nie za bardzo uśmiechał. Nic nie mówił, tylko leżał i patrzył w sufit. Już w wypisie ze szpitala było określenie „podejrzenie zespołu FAS”. I tak to zostawiliśmy do końca. Zrobiliśmy mu szereg specjalistycznych badań, uczęszczał na rozmaite terapie. Nie zrobiliśmy tylko tej jednej, najważniejszej diagnozy. Wiele osób w późniejszym czasie twierdziło, że to był błąd, że to było nie fair w stosunku do rodziców adopcyjnych, którym był proponowany. Uważaliśmy jednak (i nadal tak uważamy), że byłaby to tylko stygmatyzacja chłopca, tak naprawdę niewiele o nim mówiąca. W aktach przekazanych Ośrodkowi Adopcyjnemu nie było napisane, że dziecko jest zdrowe. Wręcz przeciwnie, rodzice mogli zapoznać się z całą dokumentacją medyczną i szczegółowym opisem zachowań chłopca. Mogli przeczytać, że ma dysmorfię twarzy, niską masę, oraz że jego mama była wieloletnią alkoholiczką, która nawet na porodówkę przyszła narąbana. Ale też mogli zapoznać się z ogromnymi postępami, które miały miejsce w ciągu roku pobytu w naszej rodzinie.
A mimo to, chłopcem nikt nie chciał się zainteresować. Być może wszelkie opisy były zbyt wnikliwe, zbyt trudne do zaakceptowania. Być może łatwiej jest uznać diagnozę FAS, której kryteria diagnostyczne raczej nie należą do zbyt wyszukanych... a potem liczyć, że jakoś to będzie.
Chapic przeszedł wszystkie szczeble adopcyjne, aż dostał się do bazy zagranicznej.


Chapic dzisiaj
W chwili obecnej mieszka we Włoszech i jest wielkim szczęściem swoich rodziców. To oni zdecydowali się na badania diagnostyczne, chociaż nie tyle chodziło o samą diagnozę, ile o dalsze postępowanie z synem – proponowane terapie i leczenie. I co wyszło? Że jednak nie ma FAS. Żeby jednak nie było zbyt różowo, to ma ARDN – neurorozwojowe zaburzenia zależne od alkoholu, wchodzące do grupy określanej mianem FASD. Natomiast ogólnie jest w normie rozwojowej, również w mowie. A przecież języka włoskiego musiał się nauczyć mając już ponad dwa lata.
Mama chłopca bardzo często informuje nas co u nich słychać. Z Chapickiem sobie już niestety nie porozmawiamy, bo póki co zna tylko włoski. Ale za to w tym języku pięknie zaśpiewał dla Majki „Happy Birthday”.








Mieszkała też z nami Królewna, która była bardzo chora. Była niewidoma, miała porażenie mózgowe, padaczkę i parę innych przypadłości. Do dzisiaj nic się nie zmieniło. 

Królewna kilka lat temu
Dziewczynka tylko leży, niewiele rozumie i nie mówi. Zawitała do nas w drugim miesiącu swojego życia. Wówczas uchodziła jeszcze za całkiem zdrowego niemowlaka. Lekarze tylko wspominali, że mamy zwrócić uwagę na wzrok, ponieważ słabo reaguje na światło. Chyba tylko tak im się wydawało, gdyż później okazało się, że Królewna ma tylko jakieś strzępy siatkówki, które nie dawały najmniejszych szans na widzenie czegokolwiek.
Gdyby jacyś rodzice zdecydowali się na adopcję noworodka (bo takie sytuacje też są możliwe), to nie wiadomo czy daliby radę udźwignąć emocjonalnie taki ciężar. Wszystkie problemy zaczęły wychodzić dopiero po trzecim miesiącu życia.
Z Królewną spotykamy się coraz rzadziej. Majka czasami wpada do DPS-u, w którym dziewczynka mieszka i zabiera ją na spacer, albo chociaż trochę jej poopowiada. Ja nie widziałem jej od ubiegłorocznego wspólnego wyjazdu nad morze.
A przecież jest to dziewczynka, która była bardzo bliska mojemu sercu. Kiedyś zdarzało mi się ją odwiedzać nawet samemu, gdy byłem w pobliżu wracając od jakiegoś klienta. Czas wszystko zmienia... pozostają tylko wspomnienia. Mam nadzieję, że dotyczy to obu stron.

Tym sposobem wyczerpałem moją listę dzieci „niezdrowych”. Jak na prawie trzydziestkę innych, nie jest to chyba wynik uprawniający do twierdzenia, że nie ma dzieci zdrowych zgłoszonych do adopcji.
Wiele osób rozszerza swoje widełki, uznając że chore dziecko, to również to z problemami natury emocjonalnej, z zaburzeniami więzi i mające za sobą traumy z powodu krzywd, jakich doznało. W zasadzie słusznie.

Rozszerzę więc i moją listę.


Iskierka 
Zacznę od Iskierki. Jest to dziewczynka, z którą spotykamy się najczęściej spośród wszystkich naszych byłych dzieci zastępczych.
Gdy kilka tygodni temu wracała z rodzicami znad morza, to oczywiście zatrzymała się po drodze na przysłowiową kawę. Dziewczynka w pewien sposób żyje również życiem naszej rodziny zastępczej. Zna wszystkie mieszkające z nami dzieci i cieszą ją spotkania z całą naszą zastępczą bandą. Gdy mówiliśmy sobie przed płotem „do zobaczenia”, to rodzice Iskierki rzucili na pożegnanie „może jakiś grill za dwa tygodnie?”. Uznałem, że było to coś w rodzaju kurtuazyjnego „no to wpadnijcie kiedyś”.
Dwa tygodnie później jechaliśmy z Bliźniakami i Ptysiami do jakiegoś parku rozrywki. W połowie drogi dostaliśmy sms-a: „co lubicie na grillu, bo wybieram się na zakupy?”. Zupełnie o tym zapomniałem, a do tego bardzo mi to nie pasowało, bo wiedziałem że dwa dni później będę musiał tłumaczyć się klientowi z niewywiązania się z obietnicy.
Ale Iskierce się nie odmawia... nie jej.
Dziewczynka jest bardzo inteligentna i ma bardzo dorosłe przemyślenia... choć przecież chodzi jeszcze do przedszkola. Doskonale zna swoją historię, z którą mimo młodego wieku, próbuje się zmierzyć. Mamę biologiczną akceptuje jako osobę, która ją urodziła... chociaż nie zawsze chce już o niej mówić „mama”. Problem zaczyna się później. Zanim zamieszkała z nami, Iskierka przebywała w innej rodzinie zastępczej.
Myślałam, że z tamtą mamą będę już na zawsze... ale musiałam się rozstać. Potem byłam u cioci Majki. Też myślałam, że będę z nią do końca życia... i też musiałam się rozstać. Teraz jestem z wami...”. Tak Iskierka mówi do swojej mamy, zastanawiając się co będzie dalej. Co można na to odpowiedzieć?
Pomagamy rodzicom dziewczynki na ile się da w uporządkowaniu jej samej siebie. Chociaż jedyne co możemy zrobić, to pokazać, że wcale jej nie porzuciliśmy, że wciąż jesteśmy obok. Jeżeli sobie to wszystko poukłada teraz, to może w przyszłości będzie już dużo łatwiej.
Jednak ta historia skłania mnie do dwóch refleksji. Pierwszą sprawą jest sama Iskierka. Czy jest ona aż tak inteligentna i aż tak wyjątkowa, że tylko ona dochodzi do wyrażanych przez siebie tak dojrzałych myśli, czy też inne dzieci mają podobne przemyślenia, tylko o tym nie mówią? Co za jakiś czas pomyślą Bliźniaki, co pomyślą Ptysie... co teraz myśli Plotka?
Jest jednak i druga odsłona medalu. Rodzice Iskierki odwiedzili ją w naszej rodzinie zaledwie trzy razy. Gdy kilka lat temu opisywałem jej historię, to napisałem "trzy, albo cztery razy". To były tylko trzy razy, dokładnie pamiętam. Dodałem to „albo”, ponieważ już wówczas wydawało mi się, że coś jest nie tak, że to zbyt krótko. Nie miałem jednak takiej wiedzy i doświadczenia jak dzisiaj. Teraz powiedziałbym „sorry, ale to jest zbyt wcześnie”. Teraz tak samo powiedziałaby Majka. Teraz zapewne tak samo powiedzieliby rodzice Iskierki.
Nie mam pojęcia, czy w jakiś sposób wpłynęłoby to na dzisiejsze wątpliwości Iskierki. Może nie... a może właśnie w tym tkwi cały problem.

Białasek
Tak jak w przypadku Iskierki, jestem w stanie wziąć na siebie całą winę (bo przecież zostałem odpowiednio przeszkolony, a przynajmniej powinienem zostać), tak w przypadku Białaska wszystko wygląda zupełnie inaczej.
Opisuję chłopca po raz trzeci w serii „masz wiadomość”. Zmieniło się sporo. Mama biologiczna ma prawo nie tylko spotykać się z synem dwa razy w tygodniu, ale również zabierać go na weekendy, święta i wakacje. Tyle tylko, że chłopiec wcale tego nie chce. Wzbrania się przed byciem z mamą sam na sam. Mama zastępcza go zachęca... mówi spróbuj (bo przecież sąd tak kazał). No to spróbował.... raz, drugi, trzeci. W końcu się zbuntował i powiedział nie chcę, ty jesteś moją mamą. Czy sąd to zrozumie? A może jego decyzja spowoduje, że Białasek będzie kolejnym przykładem dziecka, o którym będzie można powiedzieć, że nie jest zdrowe? Może już ta obecna decyzja spowodowała traumy rozstaniowe, z których nie tak łatwo będzie się pozbierać.

Majka czytając niektóre moje wpisy, czasami zadaje mi pytanie „co właściwie chciałeś powiedzieć?”. Być może tym razem też tak będzie.
Uprzedzę jej pytanie i powiem wprost.  Uważam, że dziecko proponowane rodzicom adopcyjnym, wielokrotnie jest połamane emocjonalnie na skutek działania systemu. Czasami nawet jest to skutkiem postępowania rodziny zastępczej. Często są to zachowania nieświadome, albo wybory „lepszego zła”.
Za niecałe dwa miesiące rozpoczynamy urlop, który przysługuje zawodowym rodzinom zastępczym. Gdy Majka go planowała, byliśmy przekonani, że Bliźniaki już z nami nie będą mieszkać, a Ptysie pojawiły się u nas dużo później. Niestety jest jak jest... cała czwórka będzie musiała gdzieś się podziać.
No ale halo? Jak to musiała?
Rodziny takie jak my, mają do wyboru trzy opcje. Zgłosić termin urlopu i zupełnie nie martwić się tym, w jakiej rodzinie zostaną umieszczone przebywające u nich dzieci zastępcze (w skrajnym przypadku mogą nawet pójść na chwilę do domu dziecka), nie korzystać z przysługującego prawa do urlopu, lub próbować w maksymalny sposób złagodzić skutki czasowego rozstania. Pierwszą opcję pomijamy. Drugą też odrzucamy, gdyż prowadzi to do szybkiego wypalenia, co oznacza albo konieczność rezygnacji z bycia rodziną zastępczą, albo godzenie się z faktem, że jest się złą rodziną zastępczą... a przynajmniej nie tak dobrą, jaką można być.

Dobra rodzina zastępcza, to... szczęśliwa rodzina
Właśnie rozpoczęliśmy przygotowanie Bliźniaków do zamieszkania w rodzinie zastępczej, którą wydawało się, że dobrze znają. Spędzili u niej nasz ubiegłoroczny urlop. Po powrocie okazało się, że tak bardzo zżyli się z jej wszystkimi członkami, że jeszcze przez kilka tygodni byli tam zawożeni na parę godzin co kilka dni. Teraz już wszystko zapomnieli. Na dobrą sprawę nasze przygotowania wyglądają podobnie jak w sytuacji przekazania dzieci rodzicom adopcyjnym. Będą więc częste odwiedziny, planowany jest weekend (albo dwa) razem z noclegiem. A po powrocie liczymy się z tym, że być może chłopcy nie będą chcieli wrócić do nas. Wówczas to my będziemy musieli się wcielić w rolę rodziców adopcyjnych. Czasami się zastanawiam, czy nie jest to pewnego rodzaju zabawa emocjami dzieci (w negatywnym znaczeniu). Dla nich pewnie lepiej byłoby, gdybyśmy nawet w taki sposób (i na tak krótki czas) się nie rozstawali i nie korzystali z urlopu. Jednak z drugiej strony uświadamiam sobie, jak łatwo dzieci w wieku naszych chłopców potrafią zapominać... z jaką łatwością udaje im się operować umiejętnością budowania więzi. A może są to tylko pozory? Może za każdym razem dokładamy chłopcom traumatycznych przeżyć, które gdzieś się kumulują?

Wiele też pewnie zależy od samego dziecka. Od kilku dni mamy na nieco spóźnionych wakacjach ponownie Billa i Refluxa. Najstarszego z Ptysi bardzo to cieszy. Myślę, że nawet nie tyle fakt, że ma okazję przebywać ze swoim młodszym rodzeństwem, ale bardziej to, że dzieje się coś innego. Reflux za to przeszedł w tryb przetrwania. Od ponad tygodnia jest blady i prawie nie schodzi z fotela, niewiele je. Do przedszkola go nie zawozimy, bo na samą myśl o wyjeździe ma odruch wymiotny. Lekarz stwierdził, że nic mu nie jest, a Majka że pewnie szkodzi mu serwowana przeze mnie kolacja. Jednak w dni wolne od przedszkola (gdy inne dzieci też są w domu) nagle mu się polepsza. Może poza jednym razem, gdy dowiedział się, że pójdzie ze wszystkimi (ale też z naszą sąsiadką) na grzyby.
Czasami dochodzę do wniosku, że może ja mu nie pasuję. Znamy się doskonale, ale nie potrafimy się komunikować. Wszyscy mówią, że go rozumieją... a ja nie. Chociaż gdy czasami pytam Majkę „co on powiedział?”, to często zdarza się odpowiedź „nie wiem”.
A może chodzi o coś zupełnie innego? Przecież chłopiec często przybiega do mnie się przytulić, domaga się przybijania piątki (i tym podobnych gestów), a wieczorem w wannie... umycia siusiaka. Może nie chce iść do przedszkola, bo chce sobie ze mną pobyć? Majka wykorzystuje wolny czas przedpołudniowy na załatwianie różnych spraw, więc chłopak często jest skazany tylko na mnie. W zasadzie to siedzimy obok siebie (bo tak naprawdę to ja jestem wówczas w pracy), ale czasami mnie zagaduje. Przyniósł kiedyś jakąś zabawkę i stwierdził „wujek poprontok”. Innym razem zapytał „obiejemy tufe?”, albo doszedł do wniosku, że „boi fafa”. Jednak, gdy próbuję go zachęcić do jakiejś aktywności, albo zadaję mu jakiekolwiek pytanie, to najczęściej patrzy na mnie i nic nie mówi. Czasami oczekuję tylko odpowiedzi „tak” lub „nie”. Gdy mówię „kiwnij chociaż głową”, to kręci nią w kółko i wiem dokładnie tyle, ile przed zadaniem pytania.
Jednak na telefon od mamy zastępczej oczekuje. Wówczas staje się rozmowny i ze zdumieniem stwierdzam, że oni się rozumieją. Za to rozmawiając z mamą biologiczną, każdy mówi swoją kwestię. Dla przykładu on rzecze „dzisiaj byłem z wujkiem w przedszkolu”[moje tłumaczenie], chociaż wcale tak nie było, a ona na to „tak, mama musi teraz pojechać do Szczecina”. Bywa, że chłopiec odkłada głośnomówiący telefon na bok i idzie się bawić... a mama dalej nawija. W sumie to i tak dobra mama, bo niektóre dzwonią i oczekują, że to dziecko będzie je zabawiać.
Opisałem Refluxa, ponieważ on też w pewnym momencie stanie przed koniecznością opuszczenia swojej rodziny zastępczej. Jest z nią bardzo mocno związany, czego być może na co dzień wcale nie widać. Jak bardzo poraniony emocjonalnie z tego wyjdzie? Czy o nim też ktoś powie, że nie jest zdrowym dzieckiem skierowanym do adopcji? Czy ja również w pewien sposób przyczyniam się do postawienia takiej tezy?

Przetłumaczę jeszcze tylko zacytowane teksty Refluxa:
  • Wujek, to jest prostokąt.
  • Czy odbierzemy Balbinę z przedszkola?
  • Boli mnie głowa.


Następnym razem opiszę kilkoro innych dzieci. Moim zdaniem zupełnie zdrowych... których podobno nie ma.





Najlepsze Blogi

wtorek, 1 października 2019

ROMULUS i REMUS 6

Twoje wspomnienie sprzed roku: "Panie sędzio, jak długo jeszcze!"


Jest mi źle. Dotarło do mnie, że nawet mając dobre intencje, bardzo łatwo jest wyrządzić komuś krzywdę.

Zacznę od początku...

Właśnie odbyło się kolejne posiedzenie zespołu oceniającego naszych chłopców, postępy ich rodziców, oraz formułującego pewne wnioski i oczekiwania w stosunku do decyzji, którą wkrótce będzie musiał podjąć sąd. Termin rozprawy nadal nie został wyznaczony, jednak wszyscy, którzy się zebrali uznali, że mimo wszystko nastąpi ona szybciej, niż ponowne spotkanie w takim gronie – czyli na następnym zespole za pół roku.

Tak jak zawsze przygotowałem naszą ocenę sytuacji (zamieszczoną poniżej) w formie papierowej, której rozwinięcie i omówienie należało do Majki. Stwierdziliśmy, że powinniśmy pokazać to co czujemy, bez owijania w bawełnę. Przełożyło się to na dość śmiałą opinię, co do której nie byliśmy pewni, czy dobrze zostanie odebrana przez zebrane gremium.
Merytorycznie miałem o czym pisać dzięki wsparciu, które odczuwałem czytając teksty  jednej z obecnych także na tym blogu osób. Nie tylko jej wiedza mi pomogła, ale również jej charyzma, nieustępliwość, dążenie do wyrażania swoich poglądów bez względu na okoliczności. Tak więc, po części jest ona współautorką tego co zostało zaprezentowane na zespole.
Aniu, dziękuję. Jeżeli znajdziesz w tej ocenie zdania wyjęte z Twoich ust (a na pewno znajdziesz), to nie traktuj tego proszę jak plagiat... zwyczajnie pewnych rzeczy nie potrafiłem wyrazić inaczej.

W zasadzie uzyskaliśmy to co chcieliśmy uzyskać, a nawet więcej. Po raz kolejny nie zawiedliśmy się na osobach, które wielu nazywa „urzędasami”. Po raz kolejny poczuliśmy się członkami zespołu.

Przejdę może do konkretów, zanim ktoś skomentuje, że wchodzę... bez wazeliny.
Jak już wielokrotnie pisałem, uważamy z Majką, że chłopcy zasługują na bezpieczną rodzinę adopcyjną. Są jeszcze mali, a jednocześnie inteligentni emocjonalnie. Jesteśmy przekonani, że dadzą radę, a my będziemy potrafili im w tym pomóc.
Opinia, którą wyraziliśmy została zaakceptowana przez strony reprezentujące PCPR i Ośrodek Adopcyjny. Po raz pierwszy w mojej historii, zostanie ona dołączona w całości jako załącznik do dokumentacji przekazywanej sądowi, a zawarte w niej myśli zostaną poparte stanowiskiem i podpisami kilku osób.
Nawet kurator nieco złagodził swój dotychczasowy osąd wyrażający się koniecznością dania mamie bliźniaków kolejnej szansy. Wprawdzie nie wycofał się ze swojej negacji adopcji chłopców, to jednak stwierdził, że byłby gotów podpisać się pod naszym stanowiskiem, gdyby Romulus i Remus byli jedynymi dziećmi w rodzinie. Przyznał więc, że w jakiś sposób rozgranicza dobro rodziców od dobra dzieci, i to drugie jest bliższe jego sercu.
Asystentka rodziny nie wyraziła jasno swojego stanowiska, a rodzina zastępcza rodzeństwa naszych bliźniaków bardziej pochyliła się nad prawem do tożsamości, do poczucia przynależności całej czwórki.

Mógłbym odtrąbić sukces, gdyż moje pierwotne utopijne dążenie do stworzenia bliźniakom bezpiecznego domu w rodzinie adopcyjnej, nagle przestało być aż tak bardzo nierealne. Tym bardziej, że teraz po naszej stronie jest jednoznaczna opinia biegłych psychologów, sugerująca umieszczenie chłopców właśnie w rodzinie adopcyjnej.

A co jeśli się mylę? Co jeżeli rację ma mama chłopców, twierdząc że dzieci nie mogą bez niej żyć, a opinia biegłych sądowych została stworzona głównie w oparciu o nasze informacje?
A może rację ma kurator, że lepszym rozwiązaniem dla wszystkich dzieci będzie rodzina zastępcza, a nawet dwie odrębne rodziny byle tylko umożliwiające kontakty między rodzeństwem?

Dwa dni po zespole, mama z wielką pompą urządziła urodziny Filemonowi (bratu bliźniaków). Kolejne spotkanie rodzinne i po raz kolejny to samo. Najstarsza z rodzeństwa przeglądała prezenty swojego brata, Filemon bawił się z kolegami z przedszkola, a nasi chłopcy sami z sobą. Po godzinie przyszli do Majki, że chcieliby już pojechać do domu.
Więzi rodzinne i potrzeba utrzymywania kontaktów między rodzeństwem nadal są dla mnie zagadką... a nawet coraz większą zagadką. Gdyby chłopcy poszli jednak do adopcji, to czym starsze rodzeństwo różniłoby się od tego, które być może dopiero będzie? Nie ma przecież gwarancji, że mama powiedziała już swoje ostatnie słowo w kwestii dzietności. Moim zdaniem niczym. W obu przypadkach byłaby to tylko świadomość tego, że mają jeszcze brata lub siostrę. Czy ktokolwiek decydując o skierowaniu dziecka do adopcji zastanawia się co będzie ono czuło w odniesieniu do rodzeństwa, które dopiero się narodzi? Pewnie nie... i pewnie słusznie. W tej chwili chłopcy większe przyjaźnie nawiązują z Ptysiami. Gdy od nas odejdą, to za nimi będą tęsknić, a nie za swoim bratem i siostrą. 

Tym wszystkim się jednak nie przejmuję. I chociaż jest to dla mnie przykre, to mimo uszu puszczam oskarżenia mamy, że chcemy jej odebrać dzieci, że pojechaliśmy z nimi nad morze tylko po to, aby się pochwalić tym przed PCPR-em. Niech sobie robi ponowne badanie więzi... oby się nie zdziwiła. Nie dbam też o to, że (jak sama powiedziała) gdy Romulus i Remus pójdą do adopcji, to ona „popłynie”. Tak czy inaczej popłynie... lepiej bez nich, niż z nimi. Ma przecież dwójkę starszych dzieci, o które mogłaby zawalczyć. Ale przecież na nich aż tak bardzo jej nie zależy. Dlaczego? Bo już wystarczająco spierdoliła im życie? Bo dzieci byłych partnerów są mniej ważne? Powiedziała, że chce odzyskać wszystkie dzieci, albo wcale. Co zrobi, gdy jednak bliźniaki pójdą do adopcji? 
Teraz mówi o więziach, ale wcześniej zamykała dzieci w osobnych pokojach i doskonale zadbała, aby poprawne więzi z bliźniakami nigdy się nie nawiązały.

A tata chłopców? Na zespole zrobił wywód na temat tego gdzie i dlaczego pierze swoje rzeczy. I chyba ta wypowiedź najlepiej obrazowała jego zaangażowanie w cały proces mający na celu odzyskanie chłopców. 
Czy ma rację twierdząc "wygramy, kurator jest po naszej stronie"? Zobaczymy.

Najbardziej zastanawia mnie brak jakiejkolwiek refleksji rodziców. Kilku psychologów i pedagogów wypowiedziało się jednoznacznie... powrót do rodziny nie ma sensu, będzie to ze szkodą dla dzieci. Gdyby ktoś tak powiedział o moich dzieciach, to przynajmniej bym się zastanowił, czy aby na pewno nie ma racji.

A mimo wszystko mam wątpliwości. Boję się tego, że za kilkanaście lat chłopcy zapukają do moich drzwi i zapytają „dlaczego tak zaciekle walczyłeś, skąd wiedziałeś co będzie dla nas najlepsze?”.
Nawet teraz tego nie wiem. Jak mawiał Immanuel Kant, „w każdej wiedzy jest tyle prawdy, ile jest w niej matematyki”. Tutaj tej matematyki jest tyle, co kot napłakał.


I dlatego czasami... ale tylko czasami przechodzi mi przez myśl, że wystarczyło się nie wychylać.




Romulus i Remus (bliźnięta – 3,5 roku).
Ocena dzieci na podstawie obserwacji opiekunów.


Tym razem pominę rozwój intelektualny, poznawczy i społeczny obu chłopców. Wszystko jest w normie, a nawet powyżej. Nie zauważamy żadnych niepokojących sygnałów, na które należałoby zwrócić większą uwagę.
Skupię się bardziej na rozwoju emocjonalnym i poddam ogólnej ocenie bieżącą sytuację dzieci, jak również ich rodziców.

Romulus i Remus mieszkają z nami już ponad piętnaście miesięcy. Oznacza to tyle, że wielkimi krokami zbliża się magiczny termin osiemnastu miesięcy, po którym według ustawy powinno nastąpić uregulowanie sytuacji prawnej dzieci przebywających w pieczy zastępczej.
Piecza zgodnie z ustawą powinna zapewnić kontakt i współpracę z rodzicami biologicznymi, aby umożliwić dzieciom powrót do rodziców, lub gdy jest to niemożliwe dążyć do przysposobienia dziecka, a w przypadku braku możliwości przysposobienia, zagwarantować opiekę i wychowywanie się w środowisku zastępczym. Kolejność celów jest tutaj nieprzypadkowa.
Teoretycznie chłopcy powinni więc już wkrótce wrócić do mamy. Byłoby to najlepszym rozwiązaniem, jeżeli rodzice biologiczni są na to gotowi, a wszelkie opinie różnych instytucji i osób pracujących z rodziną jednoznacznie wykażą, że okres przygotowawczy do odzyskania dzieci już się zakończył i rodzice są wystarczająco zmotywowani.

Ponieważ chłopcy przychodząc do nas byli jeszcze bardzo mali, przyjęliśmy postawę nastawioną na silne więzi emocjonalne. Nauczyliśmy ich siły rodziny i przynależności. Pokazaliśmy jak można bezpiecznie wzrastać w poszanowaniu prawa do autonomii i w otoczeniu miłości. Gdy chłopcy mówią o domu, mają na myśli... nasz dom.
Nasze działanie było jednocześnie świadome, jak też zupełnie naturalne. Trzymanie dystansu emocjonalnego spowodowałoby straty nie do odrobienia, ponieważ właśnie w okresie przedszkolnym najbardziej kształtuje się osobowość dziecka, świat jego myśli, dążeń i uczuć.
W chwili obecnej Romulus i Remus nas traktują jak swoich rodziców. Na spotkaniu z rodzicami biologicznymi potrafią przyjść i powiedzieć „ciociu, chodźmy już do domu”. Nie sprawiają wrażenia, aby tęsknili, rzadko wspominają rodziców.
W opinii wielu psychologów i pedagogów, to są tylko stereotypy i fantazje, że każde dziecko chce za wszelką cenę wrócić do rodziców. Niestety utrwalanie myślenia o rodzinie biologicznej, jako środowisku, dla którego nie ma dobrej alternatywy, powoduje że dzieci wielokrotnie migrują pomiędzy rodzicami biologicznymi i zastępczymi. Po kilku latach takiej tułaczki są one połamane emocjonalnie i mrzonką jest oczekiwanie, że będą zdrowo funkcjonować w społeczeństwie.

Obecnie rodzice bliźniaków się starają. Przyjeżdżają regularnie w odwiedziny, organizują dzieciom zabawy na basenie, czy placu zabaw. Sprawiają wrażenie zgodnego i udanego małżeństwa. Mają też miejsce spotkania chłopców z ich starszym rodzeństwem, czasami także w obecności mamy, a nawet aranżowane przez mamę. Dzieci spędzają też raz na jakiś czas weekendy u swojej babci i bardzo chwalą sobie te kontakty.
Podczas tych pobytów, rodzice również odwiedzają chłopców. Jednak podobno wówczas nie ma już takiej sielanki jak w czasie spotkań w naszej obecności.
Rodzeństwo na co dzień bardzo rzadko wspomina swoich rodziców. Jeżeli już, to najwyżej mamę. Nawet po spotkaniu, chłopcy nie opowiadają jak było. Ostatnio zadali pytanie „kiedy znowu pójdziemy na basen?”. Było ono o tyle dziwne, że na basen chadzają tylko ze swoimi rodzicami. Powinni raczej zapytać „kiedy znowu spotkamy się z mamą?” Gdy pewnego dnia wracając od babci zapytałem, jak było... odpowiedzieli „był koktajl bananowy”. A mama była? „Nie” - odpowiedział Remus. A tata? „Też nie” - zawtórował Romulus. A przecież dobrze wiedzieliśmy, że byli. Innego dnia Remus wracając od babci oznajmił „dostałem od babci nowe buty”. Były to buty od mamy, o czym wcześniej miał kilka razy przypominane.
Spotkania ze starszym rodzeństwem też nieco rozczarowują. Ujmując to lapidarnie – nie widać więzi. Można by wysnuć przypuszczenie, że są one zbyt rzadkie. Tyle tylko, że o Marlenkę (dziewczynkę, która mieszka z bratem i siostrą bliźniaków) pytają. Był też okres, gdy wspominali Filemona. Niestety była to tylko zbieżność imion. W innej rodzinie zastępczej, do której chłopcy często jeździli, też był Filemon – i to o niego pytali.

W krajach, w których prowadzi się badania nad sytuacją dzieci po reintegracji z rodziną biologiczną (w Polsce tego się nie robi), specjaliści doszli do niemal identycznych wniosków, niezależnie od prowadzonej przez te kraje polityki społecznej, przeznaczonych nakładów finansowych, czy historii narodowych. Rodziców, którym ograniczono prawa do dziecka poprzez tymczasowe umieszczenie w pieczy zastępczej, podzielono na trzy kategorie.

  • Rokujący reintegracyjnie. Do nich należą rodzice przeżywający nagły i krótkotrwały kryzys, jak choćby epizod depresyjny, hospitalizację, kryzys związany z utratą pracy, mieszkania, czy rozwodem.
  • Nieokreśleni.
  • Nierokujący reintegracyjnie. Do tej grupy należą rodziny, których problemy są przewlekłe i utrwalone latami. Chodzi głównie o uzależnienia, zaniedbania, przemoc i deficyty intelektualne rodziców.
Istnieje wiele algorytmów i metod (jak choćby SBC – Solution Based Casework) określających możliwości i zasoby rodziców biologicznych oraz poziom rokowań. Na tej podstawie tworzone są plany pracy z rodziną, wytyczające metody wsparcia i rodzaje terapii.

Niestety wszelkie badania pokazują, że trwała zmiana zachowań i nawyków osoby dorosłej jest bardzo mało prawdopodobna. Najgorszy wskaźnik nieudanych powrotów dzieci do rodziców (wynoszący 81% wszystkich powrotów – wg J.Wade'a) dotyczy uzależnień od alkoholu i (lub) narkotyków. Jest to odsetek rodziców, którzy zawalczyli o dziecko, przeszli terapię przeciwuzależnieniową, a pomimo tego w okresie pięciu lat dzieci ponownie wróciły do systemu. W przypadku mamy naszych bliźniaków jest to już trzecia próba, co oznacza że prawdopodobieństwo niepowodzenia jeszcze bardziej wzrasta.

W ogólnej grupie, obejmującej wszystkie przypadki reintegracji, jest tylko nieco lepiej. Dla aż 63% dzieci, które wróciły do rodziców, był to tylko przystanek w podróży. W ciągu pięciu lat one również zostały ponownie odebrane.

Dokonano porównania trzech grup osób, które w dzieciństwie wychowywały się w rodzinie adopcyjnej, zastępczej lub biologicznej. Za bazę posłużyły tylko te dzieci, które wcześniej zostały odebrane swoim rodzicom, co oznaczało, że wszystkie miały za sobą rozmaite traumy i deficyty wczesnego rozwoju. Wyniki raczej nie były trudne do przewidzenia. Najlepiej radziły sobie dzieci adoptowane, najgorzej zreintegrowane z rodziną biologiczną.
Ostatnia grupa znacząco odbiegała od reszty w aspekcie skłonności do uzależnień, integrowania się ze społeczeństwem, podatności na zaburzenia psychiczne, depresje, stopień wchodzenia w konflikt z prawem, czy niskie wyniki w edukacji.

Rodzice Romulusa i Remusa w zasadzie nie rozumieją dlaczego w ogóle odebrano im dzieci. Nie rozumieją co oznaczają sformułowania „chwiejność emocjonalna i uczuciowa”, „niska wrażliwość na uczucia i potrzeby dzieci”, „nieczytelność i nieprzewidywalność”, „zaniedbywanie emocjonalne dzieci”. Gdyby tak nie było, to pewnie nie podważaliby opinii biegłych z OZSS. Krzywdzenie to nie tylko przemoc fizyczna... to również krzywdzenie emocjonalne.

Nie chciałbym występować w charakterze wroga rodziców naszych dzieci. Nie o to chodzi. Nie rozumiem tylko dlaczego wszyscy zakładają powinność dania szansy dorosłym, a nie dzieciom? Dlaczego więcej empatii okazuje się rodzicom? Dlaczego wreszcie dziecko ciągle jest postrzegane jako własność rodziny, a jego dobro jest tożsame z dobrem rodziców? Być może należałoby zacząć od ponownego zdefiniowania dobra dziecka. Czy jest ono tylko prawem do bycia w rodzinie, czy jednak prawem do prawidłowego rozwoju psychospołecznego?
W naszym kraju nie ma kogoś (jak to jest na przykład w Anglii), kto prawnie reprezentuje dziecko i dba o jego interes (niezależnie od tego, w jakiej rodzinie się ono wychowuje). Pewnie dlatego, tym opisem, nieco zuchwale wychodzę przed szereg, twierdząc że najlepszym rozwiązaniem dla chłopców byłoby przysposobienie.

Zastanawiam się co może być dalej, zakładając że sąd stwierdzi, iż to jeszcze nie ten moment, aby dzieci wróciły do rodziny, ale też nie podejmie decyzji o odebraniu praw rodzicielskich i skierowaniu dzieci do adopcji.
Teoretycznie może pozostawić chłopców w naszej rodzinie na bliżej nieokreślony czas, licząc że rodzicom już wiele nie brakuje. Już nie raz się przekonałem, że zapis o 18 miesiącach (o którym wspomniałem na początku) jest tylko martwym prawem, a spędzanie przez dzieci maksymalnie 8 miesięcy w pogotowiu rodzinnym jest kolejną fikcją.
Tyle tylko, że nie jestem pewien, czy to ja jestem gotowy emocjonalnie. Bo co będę miał powiedzieć chłopakom za rok, czy dwa? Że to była tylko rodzina na niby, albo taka zabawa w rodzinę? Nie jestem też gotowy na adopcję (choćby z racji wieku i postawionych sobie zasad), gdyby założyć że jednak na końcu drogi naszych chłopców będzie odebranie praw rodzicielskich ich rodzicom.
Jedynym rozwiązaniem pozostanie rodzina zastępcza długoterminowa, która będzie kolejną przesiadką w życiu bliźniaków. I być może za kilka kolejnych lat sytuacja się powtórzy. Być może ci rodzice zastępczy zostaną postawieni przed ponownym wyborem: albo sami adoptują, albo podejmą decyzję o rozstaniu i przekazaniu chłopców do jeszcze innej rodziny. Czy będą chcieli adoptować? Może będą mieć swoje dzieci i nie będą chcieli ich kosztem (choćby kosztem ich bezpieczeństwa finansowego) ratować stabilności emocjonalnej bliźniaków.
No to dzieci pójdą do nowej rodziny i nikt nawet nie zwróci większej uwagi na to, że w tym wieku i po raz kolejny nie da się już zmienić głównej figury przywiązania.
A może jednak pozostaną w tej rodzinie do pełnoletności. Będą żyć na dwie rodziny. Nauczą się funkcjonować w ciągłej niepewności i stanie zawieszenia, a potem będą próbować się usamodzielnić. Niestety ta droga też nie wygląda zbyt optymistycznie, ponieważ według badań NIK z 2015 r osoby te często powiększają kolejki dla bezrobotnych i pobierają zasiłki z pomocy społecznej. Według wspomnianego źródła z grupy badawczej tysiąca osób, 23% korzystało ze świadczeń pomocy społecznej, 31% zarejestrowało się w urzędach pracy, 14% przerwało proces usamodzielniania, a 14% wróciło do patologicznego środowiska, z którego wcześniej trafiło do pieczy.

Na drodze do takiego rozwiązania jest starsze rodzeństwo Romulusa i Remusa... przynajmniej siostra. W chwili obecnej bezpieczeństwa emocjonalnego dziewczynki prawdopodobnie nie przywróciłby nawet powrót do „naprawionej” i kochającej mamy – zbyt wiele przeszła, zbyt wiele razy migrowała pomiędzy rodziną biologiczną, a zastępczą.
Chłopcy jeszcze mają szansę. Są na tyle mali, że w ciągu kilku tygodni udałoby się przygotować ich emocjonalnie na rozstanie zarówno z nami, jak też rodzicami biologicznymi.





                                                                                                       Pikuś Incognito
                                                                                                       ojciec zastępczy





Tekst opracowano między innymi w oparciu o dostępne materiały autorstwa Anny Krawczak i Marty Daneckiej.

Anna Krawczak - badaczka i członkini Interdyscyplinarnego Zespołu Badań nad Dzieciństwem Instytutu Etnologii i Antropologii Kultury Uniwersytetu Warszawskiego.

Marta Danecka – szefowa Zakładu Przemian Społecznych i Instytucjonalnych w Instytucie Studiów Politycznych PAN w Warszawie.


Brytyjski raport dotyczący pieczy zastępczej:
Mary Baginsky, Sarah Gorin and Claire Sands (2017), The fostering system
in England: Evidence review. Research report.

Jim Wade, Opieka nad dziećmi wykorzystywanymi i zaniedbywanymi:
Wade, J., Biehal, N., Farrelly, N. and Sinclair, I. (2011) Caring for Abused and Neglected Children: Making the Right Decisions for Reunification or Long-term Care. London: Jessica Kingsley Publishers.

Najlepsze Blogi

sobota, 21 września 2019

--- Zostań rodzicem zastępczym



Nie będzie to tekst sponsorowany, ani nachalne nagabywanie. W zasadzie prawie wcale nie będę pisał o rodzinie zastępczej, ani namawiał na pozostanie nią. Skupię się na sobie.


Niedawno w jednej z gazet przeczytałem artykuł będący zapisem rozmowy z psychologiem prof. Bartłomiejem Dobroczyńskim. Tematem był kryzys wieku średniego, który jak się okazuje prawdopodobnie mam już za sobą. Napisałem prawdopodobnie, ponieważ kiedyś wydawało mi się, że nic szczególnego w moim życiu się nie wydarzyło. Nigdy nie chciałem sobie kupić ferrari, poderwać nowej laski i wyjechać w podróż po świecie, bo tak mniej więcej sobie wyobrażałem kryzys wieku średniego.


Okazuje się, że jest to pewien punkt zwrotny w życiu prawie każdego człowieka i w żaden sposób nie jest on powiązany z wiekiem, a nawet płcią. Zastanawiam się zatem, czy przypadkiem Majka nie jest właśnie w tym krytycznym momencie swojego życia, ponieważ niedawno kupiła sobie nową brykę (tylko udając, że to na potrzeby dzieci), wykupiła wakacje w Kenii, a nawet w Grecji za dwa lata. Do tej Afryki podobno lecimy razem. Żeby ograniczyć koszty, ustaliliśmy że jeżeli któreś z nas tam zginie (choćby pożarte przez hipopotama), to zostanie już tam na zawsze, bo bez sensu jest sprowadzanie takich resztek za grube pieniądze. No ale teraz, gdy przeczytałem wspomniany artykuł, to zastanawiam się, czy przypadkiem nie zamierza wrócić z jakimś murzynem, więc chyba będę musiał sprawdzić, kogo wpisała jako współurlopowicza na przyszły rok.

Jako metaforę życia można przyjąć lejek (a dokładniej spływanie w nim w otchłań śmierci), albo wspinanie się na szczyt. To pierwsze określenie wymyślił Bartłomiej Dobroczyński, a drugie Elliott Jaques – Kanadyjczyk, któremu przypisuje się autorstwo pojęcia „kryzys wieku średniego”. Zestawienie obok siebie tych dwóch sformułowań wydaje się dość dziwnym zabiegiem, ale wbrew pozorom chodzi zupełnie o to samo.
Gdy człowiek określi już swoje jestestwo, czyli wie już kim jest i czego oczekuje od życia (co najczęściej następuje w młodości... chociaż również może nigdy nie nastąpić), to wydaje mu się, że może góry przenosić, a śmierć nie istnieje (przynajmniej jest pojęciem tak abstrakcyjnym, że nie warto nim sobie głowy zawracać). W zasadzie mogę się cieszyć, że ten etap początku dorosłości zaliczyłem. W planach miałem założenie dużej rodziny, wybudowanie domu z pięknym ogrodem i przejście na emeryturę tuż po pięćdziesiątce. Gdy mama mojej dziewczyny (czyli Majki) powiedziała kiedyś „wiecie, umarła ta Kaczmarkowa z pierwszego piętra, taka młoda kobieta – miała tylko 75 lat”, to nie bardzo wiedziałem czemu się tak dziwi. I chociaż starość zaczynała się dla mnie krótko po trzydziestce, to przecież widziałem tłumy takich staruszków, którzy wcale nie umierali.
Widziałem więc gdzieś tam w oddali majaczący szczyt mojego życia, który nazywał się mniej więcej „siedemdziesiąt pięć lat”.
Zacząłem się więc wspinać na ten szczyt (czy też krążyć po krawędzi lejka) z ogromnymi ambicjami, motywowany własnymi wyobrażeniami tego co mnie dalej spotka i co mogę osiągnąć. Byłem zafascynowany bezkresnymi obszarami, które stały przede mną otworem i które mogłem dowolnie penetrować. Nie będę szczegółowo opisywał mojego życia, bo okazało się ono dość prozaiczne. W każdym razie, im bardziej wspinałem się ku szczytowi, tym dostawałem coraz większej zadyszki. Opuszczając się niżej po bokach lejka zacząłem dostrzegać, że okrążenia są coraz krótsze, na wszystko brakuje czasu, a niektóre moje wcześniejsze wyobrażenia są zwykłą iluzją.
W pewnym momencie zauważyłem, że dotarłem na szczyt, albo inaczej... do wylotu lejka. Zrealizowałem swoje zamierzenia dopiero po części, ale zobaczyłem już tylko drogę w dół. Dostrzegłem jak bardzo jestem ograniczony i zrozumiałem, że wielu rzeczy już nie urzeczywistnię... choćby tego, że nie przejdę na emeryturę po półwieczu swojego życia. Pojawił się pewien rozdźwięk między pragnieniami, a możliwościami. Zacząłem się zastanawiać, czy to tylko tyle?

Dalej już tylko w dół


Dochodząc do tego poziomu, różne osoby reagują bardzo rozmaicie. Niektóre zaczynają wyznaczać sobie coraz trudniejsze cele. Próbują zintegrować wszystkie niespełnione potrzeby, niezrealizowane scenariusze i mówią „ja się z tym nie zgadzam, chcę więcej”, Inne zadają sobie pytanie „co by było gdyby?”. To są właśnie te osoby od botoksu, ferrari i nowych miłości. W tym ostatnim przypadku często wcale nie chodzi o seks, ale o poszukiwanie nowego modelu tożsamości, o wgląd w inne części siebie, do których nie ma dostępu w dotychczasowym związku. Wcale nie są to rzadkie przypadki, ani wyolbrzymiane historie opowiadane w formie anegdot. Moja córka ma koleżankę, której ojciec w pewnym momencie swojego życia kupił sobie harleya, skórę i wyjechał w poszukiwaniu straconego czasu, rzucając wszystko w cholerę. Nawet nie wiem jak ta historia się skończyła, ale często są to zdarzenia kończące się bardzo smutno.

Nie da się przecież zapomnieć pewnych uczuć, nie da się ignorować wspomnień. Sporo osób popada w tym okresie w depresję. Zaczynają pojawiać się lęki, irytacje, bezsenne noce. Człowiek nie potrafi dalej tłumić w sobie niezrealizowanych możliwości, ale nie jest w stanie ani psychicznie, ani fizycznie, ani emocjonalnie dalej jechać na tym samym wózku.
Duże znaczenie ma tutaj wiara (niezależnie od wyznawanej religii). Łatwiej jest ze świadomością, że choć życie jest trudne, to jednak sprawiedliwe, bo zamierzone i kontrolowane przez rozumnego i miłosiernego Stwórcę. Wizja bez istnienia Boga jest dużo trudniejsza do zaakceptowania, ponieważ na dobrą sprawę trzeba by przyznać, że życie jest absurdalne i pozbawione najmniejszego sensu.
Dobroczyński wzorując się na jakimś plemieniu Indian, porównał życie człowieka do życia łososia. Ryba ta rodzi się w strumieniu i przez pewien czas płynie z prądem w kierunku oceanu. I gdy już tam dotrze, to jakaś siła każe jej z powrotem wracać w górę rzeki tylko po to, aby się rozmnożyć i umrzeć. W moim rozumieniu jest to dowód na to, że życie człowieka jest determinowane przez jakiś wewnętrzny przymus, że nie robimy tego co chcemy, tylko to jak zostaliśmy zaprogramowani. Jednak zdaniem Dobroczyńskiego, przypowieść o łososiu jest ilustracją tego, o czym mówił Carl Gustav Jung (szwajcarski psychiatra i psycholog), że nie można przez całe życie zostać takim, jakim się jest. W pewnym momencie trzeba zrealizować jakieś dzieło wbrew naturze. Żeby uniknąć klęski, należy „podporządkować swoją tożsamość czemuś większemu, trzeba ją poszerzać i zmieniać, żeby dojść do ponadjednostkowego celu”.

W tym momencie zacząłem się zastanawiać, jak ja wyszedłem z kryzysu wieku średniego, o którym dotychczas myślałem, że mnie ominął. Najpierw zapisałem się na treningi judo. Był to powrót na matę po wielu, wielu latach. W pewnym sensie był to taki substytut ferrari, na które przecież nie było mnie stać. Żebym jednak w swoim umyśle nie wrzucał się do tego samego worka osób robiących sobie operacje plastyczne, cały czas trzymam się tego, że zapisała mnie na trening moja najmłodsza córka. Ja tylko poszedłem zobaczyć jak tam jest... a że zostałem do dzisiaj, to zwykły przypadek.
Niedługo później Majka zaczęła coś przebąkiwać o pozostaniu rodziną zastępczą. Jako zodiakalny „bliźniak”, dziewczyna ma dużo łatwiej. Ciągłe zmiany zwyczajnie leżą w jej charakterze. Do tego jej ekstrawertyczna dusza bez większych problemów przekonała introwertycznego „barana” w kryzysie wieku, że taka zmiana również jemu jest potrzebna.

No i tym sposobem doszedłem do tytułowej refleksji „zostań rodzicem zastępczym”. Czy jest to mój przepis na szczęście... zrób coś dobrego, pomóż innym? Wiem tylko, że jest to tak absorbujące, że nie mam czasu na rozważania co jest na końcu drogi w dół, po której jakiś czas temu zacząłem schodzić. Doznania są podobne do jazdy harleyem... a przynajmniej Mz-tką.
Kilka dni temu, Majka obudziła mnie rano i oświadczyła, że muszę zawieźć całą naszą czwóreczkę do przedszkola, bo ona jest chora. Miałem nadzieję, że ta przyjemność nie będzie mi już dana, więc ani nie znałem kodu do drzwi wejściowych, ani nie wiedziałem kogo do jakiej grupy zaprowadzić (od września każde z dzieci jest w innej), ani która szafka jest czyja. Oczami duszy widziałem jak nie potrafię zapanować nad towarzystwem. Widziałem jak wszyscy rozbiegają się po kątach, a ja nie mogę krzyknąć, okazać swojego niezadowolenia, bo przecież muszę zachować stoicki spokój, muszę podążać za dzieckiem. Słyszałem panią, która znowu mówi do mnie „trzeba rozmawiać, rozmawiać, rozmawiać”.
Majka tylko powiedziała: „nic się nie martw, oni ci wszystko powiedzą”.
Wyjechałem i... było dokładnie tak jak myślałem. Już w samochodzie dzieciaki zaczęły się kłócić, kto pierwszy ma mi powiedzieć, czy mam skręcić w prawo, czy w lewo. Zupełnie jakbym nie znał drogi. Po wyjściu z samochodu był wyścig, kto pierwszy dobiegnie do drzwi wejściowych. Wiele osób mnie pytało „te wszystkie dzieci są z panem?”. W zasadzie w dobrych intencjach, tym bardziej, że przecież żadne nie jest podobne ani do mnie, ani nie są podobni do siebie nawzajem. Na początku musieliśmy odbić karty. No ale jak tu odnaleźć cztery przegródki w grupie kilkudziesięciu? W końcu się udało. Każdy chciał odbić swoją z wyjątkiem Balbiny, która już uciekła do swojego korytarza. Romulus po odbiciu nie chciał mi jej oddać, bo to jego karta bankomatowa. Udaliśmy się w kierunku pierwszych dwóch sal na parterze. Nagle przybiegła Balbina, że ona jednak chce odbić swoją kartę. Powiedziałem „nie, już za późno”, ryzykując że rzuci się z krzykiem na podłogę. Tak też się stało. Wziąłem ją na ręce wrzeszczącą i zaprowadziłem do jej szatni. Na szczęście Ptyś pokazał, która jest jej szafka i paputki. Bliźniaki w tym czasie rozpracowywały automat od drzwi wejściowych do korytarza, wachlując nimi w prawo i w lewo. Balbina była nieprzemawialna, więc sam ją przebrałem, otworzyłem drzwi, posadziłem w progu i powiedziałem „dzisiaj jest mały problem”. Nie miałem czasu na dłuższe dyskusje, bo właśnie straciłem z oczu Romulusa i Remusa. Bliźniacy zapewne pobiegli na piętro, ale przecież nie miałem pewności, czy ktoś niechcący nie wypuścił ich na zewnątrz. Po drodze minąłem Ptysia, który tylko przybił piątkę i grzecznie wszedł do sali. Nawet nie zdążyłem powiedzieć paniom „dzień dobry”. Pobiegłem szybko na górę, licząc że ktoś go zauważy. Chłopcy już byli przy swoich szatniach i ścigali się, kto pierwszy się przebierze. Romulus był pierwszy Z szelmowskim uśmiechem powiedział „pa” i wszedł do swojej sali. Remus rozbeczał się na dobre. Nawet jego pani wychowawczyni wyszła do korytarza... usłyszawszy krzyki, a później widząc chłopca uczepionego nogawki moich spodni. Pewnie pomyślała, że Remus nie może się ze mną rozstać. A chodziło tylko o to, że był drugi.
Tak minęły trzy dni choroby Majki. Odbiory też wcale nie były lepsze. Gdy ostatniego dnia usłyszałem „proszę rozmawiać z Remusem, bo znowu chodził po stołach i ma energii za dwóch”, to puściłem już to mimo uszu. Bo co mam zrobić, skoro w domu po stołach nie chodzi, energii ma za jednego, a rano idąc do przedszkola nawet za pół. A zresztą to dobrze, że ma dużo energii.
Myślałem, że może w obecności Majki dzieci zachowują się dużo lepiej. Podobno nie, tylko ona ma więcej luzu i ma gdzieś to, o czym ktoś pomyśli, a nawet co powie.

Mogę tutaj zostać?
Wracając do kryzysu wieku średniego... Podobno jest tak, że im człowiek starszy, tym jest bardziej szczęśliwy im więcej dobrych uczynków ma na swoim koncie. Do tego wszystko staje się jaśniejsze i prostsze. Ilość wyborów jest coraz bardziej ograniczona, więc tym minimum poszerzania swojej tożsamości może być choćby opieka nad psem, kotem, czy pielęgnowanie swojego ogródka. Gdy wczoraj wieczorem zabrałem się do napisania nowego posta, nagle usłyszałem pukanie w szybkę. Na tarasie stał pies... zapytał, czy może się przechować w naszym pogotowiu rodzinnym. Nie miałem pojęcia ani jak wszedł (bo cały teren jest ogrodzony), ani do kogo należy. Poszukiwania po sąsiadach i poprzez facebooka niewiele dały. Nie wiedziałem o nim nic, nie znałem jego zwyczajów. Rozłożyłem więc materac przy kominku, na którym wspólnie spędziliśmy noc. Rano znalazł się właściciel. I to wszystko było fajne. Znowu niechcący poszerzyłem swoją tożsamość.

Tak, to nie pierwsze przyjęcie interwencyjne.








Wiele razy słyszałem pytania o motywację bycia rodzicem zastępczym. Wychodzi na to, że moją była chęć odwrócenia uwagi od momentu, gdy w końcu spłynę tym lejkiem.
Nadal jednak nie rozumiem, dlaczego nie mogłem na zawsze pozostać w oceanie.

Najlepsze Blogi

czwartek, 12 września 2019

--- Wakacyjne przemyślenia



Wakacje są okresem, gdy jeszcze bardziej czujemy się rodziną. To dużo więcej wspólnie spędzanego czasu. To lato - ciepło i piękna pogoda, która zachęca do wyjazdów w różne ciekawe miejsca.



I pomyśleć, że to tylko szorstka przyjaźń.


Niby bracia... a niby nie.
W tym roku, wyjątkowo dwa razy wyjechaliśmy z dziećmi nad morze. Gdy wracaliśmy z pierwszej podróży, dzieci usilnie dopytywały, kiedy znowu pojedziemy do domu wakacyjnego (tak nazywały nasze pierwsze miejsce pobytu). Stwierdziliśmy, że właściwie dlaczego nie powtórzyć wszystkiego jeszcze w tym roku. Gdy wracaliśmy po raz drugi, dzieci zadawały dokładnie takie same pytania. Mam jednak nadzieję, że były to już ostatnie wspólne z nami wakacje. W przyszłym roku, obie ekipy powinny wypoczywać z nowymi (i mam nadzieję, że już docelowymi) rodzinami.



Sporty ekstremalne

Ciociu! Dlaczego tutaj siedzimy? Bo wujek robi zdjęcie.

Żegnamy gasnący dzień.

Mistrz robienia zdjęć od tyłu w akcji.



Ale wspólne wyprawy, to nie tylko plaża i morze. To również odkrywanie baśniowych krain. To także eksplorowanie najbliższego sobie otoczenia... chodzenie po lesie, spędzanie nocy pod namiotem.
To również szereg moich rozmaitych przemyśleń, do których chciałbym nawiązać (bo przecież nie chodzi o to, aby się pochwalić gdzie byliśmy i co robiliśmy... chociaż też).

Cały parkiet tylko dla nas...
Jeżdżąc z czwórką naszych czterolatków, często zastanawiałem się, jak to jest w innych rodzinach zastępczych. Mieliśmy z Majką tylko cztery ręce i czwórkę dzieci, które chciały iść trzymane za te ręce. Niektórzy mówią, że rodzina zastępcza, to nic innego jak duża rodzina. Przecież kiedyś bywały rodziny biologiczne, w których wychowywała się gromadka dzieci.                  



                          

... i nie tylko parkiet.
Sam miałem dwóch kolegów, którzy mieli  pięcioro starszego rodzeństwa i troje    młodszego. Bardzo lubiłem spędzać z tą rodziną swój wolny czas. Mamie tych chłopaków zupełnie nie przeszkadzało to, że bywały dni, gdy byłem jej jedenastym dzieckiem. Tyle tylko, że najstarsze z dzieci miało dwadzieścia dwa lata, a najmłodsze dopiero się urodziło. Dzieci w rodzinach zastępczych, to często... raczki. Pięcioraczki, sześcioraczki, siedmioraczki, a czasami dziesięcioraczki. 


Nieodłączny atrybut każdego parku rozrywki dla dzieci.
My w chwili obecnej mamy czworaczki, chociaż nie wszystkie dzieci są ze sobą spokrewnione. Są jednak w bardzo podobnym wieku i na podobnym etapie rozwoju. Rozpoczął się dziewiąty miesiąc ich wspólnego pobytu. To mniej więcej jedna czwarta ich życia... więcej niż połowa tego, co pamiętają.



Ten w połowie ślizgu to Remus... jedyny, któremu ta sztuka się udała.
Czasami spotykam się z rozmaitymi dyskusjami na temat ilości dzieci w rodzinach zastępczych. Staram się unikać takich rozmów. Nie dlatego, że mam najczęściej zupełnie odmienne zdanie, ale głównie z powodu braku argumentu na podstawowe stwierdzenie: „jeżeli bym się tym dzieckiem nie zaopiekowała, to trafiłoby do domu dziecka”.
Jednak gdybyśmy teraz mieli choćby tylko jeszcze jednego czterolatka, to wielu z wypraw, które zorganizowaliśmy, pewnie by nie było. W takich przypadkach nie chodzi nawet o transport, bo przecież do naszego samochodu piątka dzieci by się zmieściła. Można by pojechać dwoma samochodami, można by kupić samochód dziewięcioosobowy... nawet dwa dziewięcioosobowe. Można by wynająć opiekunkę na czas wyjazdu na wycieczkę, a nawet na wakacje. Tyle tylko, że to zaczęłoby również przypominać dom dziecka.
Gdy szliśmy w kierunku plaży, to każde z dzieci miało tysiące pytań i rozmaitych stwierdzeń. Każde chciało być wysłuchane i na każde pytanie uzyskać odpowiedź – choćby taką samą po raz setny. Pewnie, że czasami dzieci muszą poczekać na swoją kolej... to też jest dla nich nauka. Jednak po jakimś czasie i wielu próbach, dziecku przestaje się już chcieć czekać, przestaje mu się chcieć pytać... czuje się niepotrzebne, niechciane, odrzucone.

Nie wydaje mi się też prawdą twierdzenie, że starszym dzieciom jest łatwiej. Czasami słyszałem (a nawet samemu zdarzało mi się wypowiadać) zdania typu „poczekaj – jesteś starszy”. Pewnie raz na jakiś czas nikomu to nie zaszkodzi, a nawet podniesie jego rangę w stadzie zastępczym.
Domek z piernika, czy buda dla psa?
Niektórzy rodzice zastępczy praktykują tak zwany „dzień jedynaka”, polegający na poświęceniu co jakiś czas jednego dnia konkretnemu dziecku. Wówczas mama (czy tata) są do dyspozycji tylko tego jednego dziecka. Bardzo fajna sprawa, ale moim zdaniem tylko jako element dodatkowy. Jeżeli dziecko ma problem tu i teraz, to potrzebuje zainteresowania tu i teraz. I nie będzie czekało ileś dni, czy tygodni do swój dzień jedynaka.
Im dziecko młodsze, tym bardziej może się okazać, że błahy problem może urosnąć do miana tragedii. Im dziecko starsze, tym większe prawdopodobieństwo, że zwyczajnie zacznie wszystko „olewać” i nie chcieć dzielić się swoimi problemami.

Ale fajna huśtawka.

Wielokrotnie już o tym pisałem, ale ten temat wraca jak bumerang, więc znowu przy okazji wspomnę. Chodzi o dziecko biologiczne w rodzinie zastępczej. Wiele zależy od rozmaitych uwarunkowań i nie ma tutaj prostej recepty. Słyszałem o dzieciach, które rozkwitły gdy ich rodzice zostali rodziną zastępczą. Stały się bardziej empatyczne, bardziej dojrzałe. Ale też słyszałem o dzieciach, w których piecza zastępcza zabiła wszelkie pokłady wrażliwości na drugiego człowieka. Niestety tych drugich przypadków jest znacznie więcej i problem rośnie geometrycznie wraz ze zmniejszaniem się różnicy wieku pomiędzy rodzeństwem biologicznym a zastępczym.
Wszystkie dzieci w rodzinie zastępczej funkcjonują w oparciu o takie same prawa. Czasami są zazdrosne, czasami się pobiją... ale przez pewien okres są dla siebie rodzeństwem. Bywa, że się kochają i nagle muszą się rozstać. Dorosłemu trudno jest sobie z taką sytuacja poradzić, a często nie zastanawia się on, co w takiej sytuacji czuje jego dziecko. Nasze Ptysie i Bliźniaki są już rodzeństwem. Nie wiem, kto z nich pierwszy odejdzie, ani do jakiej rodziny. Wiem tylko, że któraś dwójka jeszcze pozostanie i trzeba będzie jej wszystko jakoś wytłumaczyć.
Dzieci biologiczne próbują bronić swoją psychikę. Dokonują podziału na rodzeństwo prawdziwe i nieprawdziwe. Rodzice często im w tym pomagają, co też czasami niesie z sobą niepożądane skutki... bo na przykład te zastępcze nie mogą zrozumieć, że na wakacje wyjeżdżają z rodzicami tylko te prawdziwe.
Jakby na wszystko nie patrzeć, decyzja o pozostaniu rodzicem zastępczym, zawsze jest decyzją o umieszczeniu w rodzinie zastępczej swoich dzieci.

Dlaczego ciocia boi się najbardziej?

W ostatnim czasie doszły do mnie (z dwóch źródeł) informacje, że kandydatów na rodziny zastępcze jest całkiem sporo. Gorzej prezentuje się stan końcowy – prawie same rodziny spokrewnione. Te niespokrewnione często nie przechodzą testów początkowych przed rozpoczęciem szkolenia, nie otrzymują kwalifikacji, albo zwyczajnie nie są im proponowane żadne dzieci. Wniosek? Nie wiem, bo nie znam ani testów psychologicznych, ani sposobu ich interpretowania. Ale może spłycanie problemu i podchodzenie do pieczy na zasadzie, że jakoś to będzie? A może zbyt duża uczuciowość, zbyt duże przekonanie, że dziecko będzie już na zawsze?

Jedzie pociąg z daleka...
A jaki wniosek płynie z większej akceptacji rodzin spokrewnionych? Pewnie głównie chodzi o więzy krwi. Ale może nie tylko. Ostatnio spotkałem ojca zastępczego, który jest dziadkiem dla swoich dzieci zastępczych. Miał duży żal, że na utrzymanie swoich wnuków dostaje o jedną trzecią mniej, niż rodziny niespokrewnione. Ma zupełną rację, że dzieci rodziców spokrewnionych mają takie same żołądki jak spokrewnionych. Jednak gdyby nie dostał kwalifikacji do pełnienia roli ojca zastępczego, to jego wnuki mogłyby zostać umieszczone u mnie, a on musiałby jeszcze na nie płacić, bo przecież ciąży na nim obowiązek alimentacyjny.

Wrócę może do wielodzietnych rodzin zastępczych, bo mimo wszystko jest to dużo bezpieczniejszy temat.
Ja bym chyba nie mógł mieć większej gromadki dzieci jeszcze z innego powodu. Zwyczajnie ich wszystkich bym nie ogarnął. Już teraz mylą mi się imiona i to nie tylko dzieci, które od nas odeszły, ale również tych, które są. Bywa, że sam zaglądam na bloga, aby przypomnieć sobie jakiś szczegół z ich historii. Zupełnie też nie nadążam za dziećmi innych rodzin zastępczych, z którymi wielokrotnie się spotykam i wydawać by się mogło, że znamy się jak „łyse konie”. W okresie wakacyjnym dwa razy miały miejsce zjazdy integracyjne rodzin zastępczych. Raz zorganizował je PCPR, a drugi strażacy z naszej gminy... ci sami, którym pod koniec roku powiedzieliśmy, że może zamiast prezentów gwiazdkowych dla naszej rodziny, zorganizowaliby jakiś pokaz wozów strażackich, przewożenie dzieci na sygnale, polewanie wodą z sikawek i tym podobne atrakcje. Dotrzymali słowa (chociaż prezenty wigilijne również były) i z wielką pompą przygotowali festyn dla wszystkich rodzin zastępczych. Przybyli oficjele z naszej gminy, a imprezę obstawiała lokalna policja (nikt się zatem nie czepiał, że dzieci jadą na sygnale i do tego bez fotelików) - było super.
Ale znowu mi wątek uciekł. Siadamy sobie do obiadu z innym pogotowiem rodzinnym. Rozsiadły się wszystkie dzieci i rodzice, a Majka mówi do mnie „zrób jeszcze miejsce dla Agnieszki i Franka”. Już chciałem gębę otworzyć, że przecież Franek siedzi naprzeciwko mnie. Dobrze, że się powstrzymałem, bo byłaby wtopa na całej linii. Ten, który siedział przede mną, był dzieckiem zastępczym „od wczoraj”. W moim myśleniu zupełnie mi nie przeszkodziło, że chłopak był o trzy głowy niższy od Franka, a do tego do mnie migał, a nie mówił.

To dopiero atrakcja!

Swoje dzieci zastępcze jeszcze w miarę rozpoznaję, a co najważniejsze mam u nich posłuch... być może głównie dlatego, że to one mnie rozpoznają, że spędzamy wspólnie wiele czasu, że znam ich zwyczaje, potrzeby, że przychodzą się do mnie przytulić.
Będąc na jednej z imprez dla dzieci, przyszedł pewien gość... animator dziecięcy, chyba się taki nazywa. Miał zabrać grupę przedszkolaków i oprowadzić dzieciaki po parku. Majka na wszelki wypadek zapytała, czy zapanuje nad grupą takich niesfornych, małych urwisów. No i dobrze, że zapytała, bo z każdej rodziny albo mama, albo tata (chociaż niechętnie) również udali się na ten spacerek. Chłopak chyba nie dostosował programu do odbiorców, ponieważ zaczął opowiadać o narządach kłująco-ssących owadów, Czingis-chanie i jak budowano wieżę Eiffla. Nietrudno się domyślić, że mało kogo (z dzieci nikogo) to interesowało. Za to dzieciaki rozłaziły się po okolicy, wchodziły na zamki nad Loarą, wspinały się na wieżę Eiffla i huśtały na kłach mamuta. Z moich czworaczków byłem bardzo dumny. Nie musiałem na nie krzyczeć, ściągać ze styropianowych budowli, czy skrzydeł motyla. Wystarczyło skinienie głową, czy kiwnięcie palcem. I to jest bardzo symptomatyczne. W domu można do dzieci mówić, mówić i niby nic nie dociera. Wychodzą na zewnątrz i okazuje się, że znają zasady. I gdy już stają się tacy fajni, to odchodzą na zawsze.

Najważniejsze, to odpowiedni sprzęt.
Jednak wakacje wakacjami, ale istnieje przecież życie codzienne. Po przyjściu z przedszkola, czy szkoły, też każde z dzieci oczekuje zainteresowania, i każde chce być najważniejsze. Wpadliśmy któregoś dnia z Majką na pomysł spędzenia nocy pod namiotem. W zasadzie to Majka wpadła, ale wszystko uzależniła od mojej zgody, bo to ja miałem spać z nimi w tym namiocie. Chciałem podzielić ferajnę na dwie ekipy. Jednego dnia Ptysie, drugiego Bliźniaki. Nie dało się. Wszyscy musieli spać razem, a ja pokotem wzdłuż wyjścia, bo już nie było miejsca. Chociaż miało to dobre strony, ponieważ każdy który wychodził na siku, musiał się o mnie potknąć. No i była dyspensa – sikanie na trawie dozwolone.

Przygotowania do noclegu.
Czasami się zastanawiam, jak my rodzice zastępczy jesteśmy oceniani przez innych. Jak nas postrzegają? Jako pasjonatów, psychopatów, a może masochistów?
Myślę tutaj głównie o rodzicach adopcyjnych, którzy przychodzą do nas po dziecko... najpierw po nasze, potem po wspólne, a na końcu po swoje.
Pamiętam swoją reakcję, gdy po raz pierwszy odwiedziłem pogotowie rodzinne. Wówczas jeszcze zupełnie nie miałem w planach pójścia tą samą drogą. Dwójka wrzeszczących niemowlaków w bujaczkach, jeden śpiący. Jakiś ledwo chodzący roczniak z pieluchą w ręce i kręcący się w kółko. Dwie dziewczyny (chyba wolontariuszki) zajmujące się dwójką mniej więcej trzyletnich chłopców, i chyba trójka starszaków biegająca po ogrodzie. Pomyślałem sobie „Boże, tutaj można zwariować”.

Nadal jestem na tym samym etapie. Z przerażeniem patrzę na to, co może nas spotkać za nieco ponad miesiąc. Jeżeli sąd nie wyrobi się z powierzeniem pieczy, to przez dwa tygodnie możemy mieć dodatkową czwórkę dzieci... razem ósemkę. Przejazd do przedszkola i szkoły na dwa samochody. A przecież ja mam swoją pracę. A co po przedszkolu? Pilnowanie, żeby dzieciaki się nie pozabijały. Już teraz od rozpoczęcia przygotowania kolacji do zakończenia kąpieli potrzeba półtorej godziny. A noc? To mimo wszystko są jeszcze małe dzieci. Czasami któremuś coś się śni i nieukojony potrafi obudzić pozostałych nawet w środku nocy.
Gdy kilka tygodni temu gościliśmy Billa i Refluxa, to bardzo się cieszyłem, gdy chłopcy wracali już do swojej rodziny zastępczej.
Czy tym razem damy z Majką radę? Damy. Pytanie, co zyskają na tym dzieci?
I co powiedzieliby na taką sytuację rodzice adopcyjni dla Romulusa i Remusa, gdyby przypadkiem trafili na taki „ostry dyżur”. Na szczęście tym razem nie trafią, bo sędzina ciągle szuka wolnego terminu na rozprawę.

To co? Śpimy?


Ale też nie do końca o to chodzi... o ilość podopiecznych. Dzieci po odejściu z naszej rodziny zawsze przeżywają rozkwit. Nawet tak dobrze rozwinięte emocjonalnie i społecznie nasze Bliźniaki, gdyby znalazły się w rodzinie adopcyjnej, to poszłyby jeszcze bardziej do przodu. A przecież stanowimy tak świetnie zgrany zespół. W rodzinie zastępczej mimo wszystko dzieci funkcjonują w pewnym zawieszeniu i rozdwojeniu. Żyją na dwie rodziny, ponieważ w ich świadomości cały czas istnieją rodzice biologiczni, z którymi najczęściej się spotykają. Pojawia się konflikt lojalnościowy, pewna gra aby być dobrym dzieckiem dla jednych i drugich rodziców.






... może jednak nie.
Czasami się zastanawiam jaki faktycznie wpływ mają kontakty dzieci ze swoimi rodzicami. Wiele się mówi o korzeniach, prawie do tożsamości. W myśl tego, takie spotkania są bardzo ważne. Jednak gdy patrzę na dzieci, które z nami mieszkały (i mieszkają) , muszę stwierdzić, że takie kontakty bardziej zaburzają rozwój emocjonalny małego dziecka, niż go pozytywnie stymulują. W moim przeświadczeniu, są one ważne jeżeli istnieje prawdopodobieństwo powrotu do rodziny. Ale tego czy, i kiedy on nastąpi - nigdy nie wiemy. Dopiero kilka tygodni (czasami kilkanaście dni) wcześniej rozpoczynamy przygotowywać dzieci na pójście do nowej rodziny. Im dziecko starsze i kontakty z rodzicami biologicznymi były bardziej regularne, tym jest to trudniejsze. I właśnie na taki moment trafiają rodzice adopcyjni. Co wówczas myślą? A co myślą po kilku tygodniach, gdy ich dziecko staje się coraz pewniejsze, czuje się coraz bardziej bezpieczne, przeistacza się z brzydkiego kaczątka w łabędzia? Może uważają, że wyrwali dziecko z bezdusznego systemu, w którym czekało ono tylko na nich. Może mają do nas żal, że zrobiliśmy coś nie tak jak było trzeba? A może próbują rywalizować z nami o względy swojego dziecka?


Tego nie wiem i pewnie nigdy się nie dowiem. Ufam, że jednak widzą w nas sprzymierzeńców i nie wyrzucają naszych numerów telefonu... tak na wszelki wypadek.


Najlepsze Blogi