piątek, 17 stycznia 2020

--- Obserwacja psychologiczna




Kilka dni temu uświadomiłem sobie, że już niedługo czeka nas kolejne spotkanie z psychologiem, którego zadaniem jest potwierdzenie (albo zanegowanie) naszych zdolności do bycia zawodową rodziną zastępczą.
Dla mnie jest to całkiem dobra praktyka, gdyż niezależnie od tego konkretnego badania, pozwala na przyjrzenie się sobie samemu. Dla nas będzie to już kolejna ocena psychologiczna, więc doskonale wiem, czego mogę się spodziewać. Pewnie będą jakieś testy do wypełnienia, później rozmowa.
Doskonale już wiem, jak należy prawidłowo zaznaczać odpowiednie kwadraty mające potwierdzać moje kompetencje do bycia rodziną zastępczą. Opanowałem mowę ciała, więc będę patrzył w oczy prowadzącej badanie, chociaż najbardziej skupiam się, gdy patrzę w przestrzeń i chodzę w tę i z powrotem. Przy pytaniu: „za to samo przewinienie różnie postępuję, nie reaguję, wymierzam karę, krzyczę”, zapewne zaznaczę odpowiedź sugerującą, że jestem osobą zrównoważoną emocjonalnie. Może będę miał możliwość rozwinąć wątek w bezpośredniej rozmowie.

Jednak prowadzenie tego bloga pozwala mi na dużo więcej. Mogę zajrzeć do swojego wnętrza sprzed prawie dwóch lat... i porównać moje obecne przekonania z tym, o czym myślałem dawniej. W kwietniu 2017 roku napisałem post „Czy warto?”. Wówczas byłem już po badaniu psychologicznym. Podzieliłem moje poglądy na kilka kategorii.
Teraz tego nie zrobię. Nie wiem, czy jestem bardziej chaotyczny, czy bardziej dojrzały w swoich opisach. Nie wiem też, czy bardziej piszę dla siebie, czy może moje wpisy mogą się przydać komuś innemu... wszystko jedno.

Psycholog zapewne zapyta, co było najtrudniejsze w ostatnich dwóch latach.
Dwa lata temu bez zastanowienia odpowiedziałem: „Kapsel”. A teraz?
Teraz też odpowiem „Kapsel”. Nie chodzi jednak o fakt rozstania. Odwiezienie chłopca do domu pomocy społecznej, było dla nas pewnego rodzaju błogosławieństwem. Jednak w tym momencie musiałem przyznać przed samym sobą, że chłopiec zwyczajnie mnie przerósł. Kapsel nie był naszym pierwszym dzieckiem. Mieliśmy już doświadczenie i kilka lat praktyki w byciu rodziną zastępczą. Wydawać by się mogło, że jesteśmy w stanie poradzić sobie emocjonalnie z każdym dzieckiem, że nad każdym potrafimy zapanować, albo chociaż pogodzić się ze swoją niemocą.
Czasami na rozmaitych forach spotykam się z poszukiwaniem rodzin dla różnych dzieci. Wszyscy wychodzą z założenia, że każde dziecko powinno mieszkać w swoim domu... jakimkolwiek domu, jakiejkolwiek rodzinie – byle własnej. My dla Kapsla też poszukiwaliśmy rodziny... może dobrze, że jej nie znaleźliśmy.
Pisałem już wielokrotnie o znanej nam rodzinie zastępczej, która przyjęła pod swój dach chłopca z domu pomocy społecznej. Wydawało się, że znalazł się w tej placówce przez pomyłkę. Był inteligentny, miły... był inny. Niedawno spotkaliśmy się z tą rodziną. Powiedzieli, że gdy chłopiec wróci ponownie do placówki, nie będą czuli potrzeby odwiedzania go i utrzymywania z nim dalszych kontaktów. Ja też nie mam potrzeby odwiedzania Kapsla. Byłem w jego nowym domu zaledwie dwa razy. Majka jeździ częściej, czasami rozmawia z chłopcem przez telefon. Dlaczego to robi? Przecież też najchętniej przesłoniłaby cały nasz wspólny pobyt ciemną kurtyną. Pewnie po części dla samego Kapsla, a po części dla innych, którzy śledzą tę historię. Może też dla samej siebie, bo wydaje jej się, że Kapsel tego potrzebuje. Czy potrzebuje?
Cofnę się do mojej początkowej myśli, gdy wspomniałem o poszukiwaniu rodziny dla chorych lub zaburzonych dzieci poprzez rozmaite strony internetowe. Sam tak robiłem zarówno w przypadku Kapsla, jak też wcześniej Królewny. Teraz mam wątpliwości, czy miało to sens. Czy istnieje rodzina, która potrafi takim dzieciom dać szczęście? Nie na początku... na początku to każda potrafi. Problemy zaczynają się po kilku latach. I to nie z dziećmi, gdyż te dzieci najczęściej niewiele się zmieniają. Po czasie są takie same jak były na początku. To rodzice się zmieniają, albo może bardziej zaczynają dostrzegać coś, na co nie zwracali uwagi kiedyś. Żeby nie zwariować, zaczynają traktować swoją opiekę nad dzieckiem jako misję, posłannictwo które daje szczęście tylko w wymiarze psychologicznym, czy też filozoficznym.
Najciekawsze w moich rozważaniach jest to, że być może się mylę. Nie zmienia to jednak faktu, że jestem przykładem osoby, której wydawało się, że da radę... a nie dała.

Psycholog zapewne zapyta mnie: „co jeszcze było dla ciebie trudne?” Niewątpliwie rozstanie z Ploteczką. Tutaj tylko rozum dążył do jak najszybszego przekazania dziewczynki rodzinie adopcyjnej. Serce pragnęło, aby mama biologiczna dziewczynki odwołała się od decyzji sądu, bo to dawało nadzieję na jeszcze kilka miesięcy wspólnego bycia z sobą. Na szczęście zarówno w moim przypadku jak i Majki, rozum panuje nad sercem.
Z Plotką spotykam się bardzo często. Majka się ze mnie śmiała, że przed wylotem do Kenii zrobiłem dwie najważniejsze dla mnie rzeczy... odwiedziłem swoich rodziców i zaprosiłem do siebie Plotkę. Był to przypadek, ale jak niektórzy mówią „coś jest na rzeczy”. Od tego czasu nie minęło wiele tygodni, a właśnie wróciliśmy z odwiedzin u dziewczynki. Gdy kupowałem dla niej prezent (bo już za parę dni skończy dwa lata), to uświadomiłem sobie, jak już mało o niej wiem. Nie mam pojęcia czym lubi się bawić, czy układa klocki, rysuje, a może lepi z plasteliny. Jednak jej widok sprawia mi ogromną radość, i mam wrażenie, że ona również cieszy się ze wspólnych spotkań.

I tak się często zastanawiam, co będą czuły Ptysie i Bliźniaki, gdy zamieszkają w innej rodzinie. Być może ich tęsknota będzie dużo większa niż Plotki. Te dzieci dużo więcej pamiętają. Przez kilkanaście miesięcy wrosły w naszą rodzinę na tyle, że nasz dom jest jedynym domem, który tak nazywają. Ptyś w przedszkolu często opowiada o swojej rodzinie. Ale wcale nie o swojej mamie, czy babci... opowiada o nas.
Babcia Balbiny ostatnio zapytała, czy w przypadku gdy sąd podejmie decyzję o umieszczeniu dziewczynki u niej, to czy będzie mogła ją odebrać następnego dnia. Odpowiedzieliśmy, że tak ponieważ takiej decyzji sądu zupełnie nie bierzemy pod uwagę.
Przynależność tej czwórki dzieci do naszej rodziny zauważamy zwłaszcza gdy coś się dzieje... coś co odbiega od codziennej rutyny. Niedawno gościliśmy przez weekend dwie siostry zbliżone wiekiem do naszych dzieci. To jest niesamowite jak bardzo nasza czwóreczka podkreślała, że jest w swoim domu, a my jesteśmy jej rodziną. To była gościnność połączona z przekazem – wy tu jesteście tylko na chwilę. Balbina, która generalnie łamie wszelkie zasady, stała się strażnikiem tych zasad. Ptyś był smutny i w poniedziałek nie chciał iść do przedszkola, a Remus miał nocne koszmary. Romulus tylko pozornie zniósł wizytę dziewczynek nie okazując większych emocji. Pozornie, gdyż kilka razy słyszeliśmy skargi „a Romulus mnie uderzył”.
Przykład Bliźniaków i Ptysi jest więc kolejną smutną refleksją, którą pewnie będę musiał się podzielić z oceniającym nas psychologiem. Jeszcze kilka lat temu opiekowaliśmy się głównie dziećmi kilkumiesięcznymi, które kończyły roczek i szły do rodziny adopcyjnej. Teraz wszystko się zmienia, co widzimy nie tylko po naszym pogotowiu rodzinnym. Dzieci dużo dłużej przebywają w rodzinie, z której dawno powinny być zabrane. Ich rodzicom bardziej niż kiedyś zależy na utrzymaniu dzieci przy sobie, a rozmaite służby czują presję opinii społecznej. Wszystkim się wydaje, że dzieciom najlepiej jest w swojej rodzinie, a że tak nie jest, często wychodzi dopiero wówczas gdy dziecko zacznie chodzić do przedszkola, albo nawet do szkoły.
Gdy kilka miesięcy temu mieszkał z nami Bill (starszy brat Balbiny i Ptysia), dostał w szkole zadanie nauczenia się piosenki. Majka drugiego dnia dała za wygraną i przysłała go do mojego pokoju. Po trzech godzinach sam się jej nauczyłem (chociaż wcale nie było to moim zamierzeniem), a Bill potrafił powtórzyć tylko dwa słowa refrenu... a przecież jest w normie rozwojowej. Ptysia też uczyłem wierszyka na dzień babci i dziadka, chociaż ten wprost powiedział, że nie będzie go ze mną powtarzał. Postanowiłem, że wszyscy się go nauczymy. Bliźniakom poszło to w mig, Balbinie zabrało trochę więcej czasu, ale też potrafiła go wyrecytować. Gdy nawet ja opanowałem tę sztukę, to stwierdziłem że kończymy zabawę w naukę. Okazało się jednak, że Ptyś zapamiętał cztery wałkowane wersy i nie tylko jeszcze teraz potrafi je powtórzyć, ale nawet przy odrobinie dobrej woli chwali się tym przed paniami w przedszkolu. Problem polega na tym, że będzie miał to powiedzieć na scenie podczas przedstawienia z okazji święta babci i dziadka. Nie wiem czy mu się ta sztuka uda. Chociaż w roli dziadka na widowni ja wystąpię, więc może się zepnie w sobie i coś z tego wyjdzie.
Zresztą przy okazji dnia babci i dziadka wynikła dość ciekawa sytuacja na facebookowej grupie rodziców. Nie do każdego dziecka może przyjechać babcia. No i pytanie, czy w związku z tym takie występy powinny w ogóle się odbywać? A jeżeli tak, to może dziecko, u którego babcia nie zagości, powinno tego dnia pozostać w domu? To mniej więcej te same wątpliwości, gdy przychodzi dzień matki. Jak takie uroczystości nazywać? Przecież nie każde dziecko ma mamę, tatę, babcię, czy dziadka. A nawet jak ma, to nie do każdego ktoś przyjdzie. Rezygnować z takich uroczystości? Nazywać je dniem rodziny? No ale przecież wierszyki są wierszykami. Jak ubezpłciowić wers „babciu, babciu coś ci dam, jedno serce tylko mam”. Czasami mam wrażenie, że problem mają rodzice, a nie dzieci, bo one same traktują ten szczególny dzień właśnie jako święto rodziny.
Ja w przedszkolu pełnię rolę taty, dziadka, wujka. Gdy ktoś niebędący w temacie powie „tata po ciebie przyszedł”, to dzieci wiedzą, że mają szukać mnie, a nie swojego taty. Gdy Sasetka pisała laurkę „mamusiu, która nosiłaś mnie pod serduszkiem”... to robiła ją dla Majki, zupełnie nie wgłębiając się w sens słów. Tym razem do Bliźniaków przyjedzie ich babcia. Problem polega na tym, że chłopcy mają uroczystość dokładnie w tym samym czasie. Babcia się nie rozdwoi, więc u jednego tę rolę będzie pełnić Majka. Mógłbym się założyć, że gdyby ich zapytać, do którego ma przyjść Majka, to obaj chcieliby widzieć na widowni ciocię.

Wrócę jednak do badania psychologicznego, które wkrótce mnie czeka. Pani psycholog zapewne nie da za wygraną i jednak będzie chciała usłyszeć, co w przeciągu tych dwóch lat było fajne, dawało mi radość, było moją siłą napędową do dalszego bycia rodzicem zastępczym. Pewnie zacznę jak zawsze, że moim motorem napędowym jest widok dzieci, które rozkwitają na naszych oczach. Przeobrażają się z szarego kaczątka w łabędzia. Jest w tym dużo prawdy, chociaż ta największa transformacja ma miejsce dopiero wówczas, gdy dzieci od nas odchodzą. Być może nie wystarczają im słowa „kocham cię”. Być może oczekują sformułowania „będziemy razem na zawsze”. Same nie pytają, a my im tego powiedzieć nie możemy.
Jest jednak coś, co w przeciągu tych dwóch lat w sobie przepracowałem i zrozumiałem. Jest to może bardzo egoistyczne... może nawet egocentryczne. Najważniejszym elementem naszej rodziny zastępczej jesteśmy my – Majka i ja. Bliźniaki bardzo przeżyły nasz miesięczny okres rozłąki. Jeszcze teraz rano w przedszkolu dopytują, kto i o której po nich przyjdzie... i czy aby na pewno. Wiele zawodowych rodzin zastępczych mówi „nie biorę urlopu od dzieci”. Wiele mówi „przyjmę to ósme, czy dziesiąte dziecko, bo jak nie, to trafi do domu dziecka”. Znam kilka fajnych rodzin zastępczych zajmujących się większą gromadką dzieci. Ale jeszcze więcej takich, które rodzicielstwo zastępcze przerosło.
Te dwie dziewczynki, o których wcześniej wspomniałem, były bardzo grzeczne, niesprawiające większych problemów. Co by jednak było, gdyby dzieci miały zostać na dłużej? Ciągła walka o względy rodziców zastępczych, czy może rezygnacja z tej walki?

Co więc było fajne? Co odpowiem pani psycholog? Chyba tylko to, że nadal uważam się za zwyczajną rodzinę. Taką, która nie miewa „doła” i nie zadaje sobie pytania „po co to wszystko?” Nie mam ambicji zbawiać świata, ani ratować wszystkie dzieci. Wiem, że mnie na to nie stać i tego się trzymam. Wiem też, że nasze działania są wspierane przez nasz PCPR. Nasza koordynatorka stoi za nami murem, a jej szefostwo jest otwarte na argumenty. Może właśnie to jest podstawą bycia dobrą rodziną zastępczą... bo za taką się uważam.


Najlepsze Blogi

wtorek, 31 grudnia 2019

--- Rozłąka


Losem człowieka rządzą rozmaite siły. Losem faceta głównie kobiety. Moim Majka... ale często okazuje się, że nie tylko.
Ostatni dzień roku skłania głównie do dzielenia się życzeniami (czasami noworocznymi, a czasami urodzinowymi), lecz również stanowi pretekst do rozmaitych podsumowań.
To jak postrzegam nasze dzieci zastępcze po roku wspólnego pobytu, w dużej mierze jest też związane z miesięcznym byciem obok siebie... fizycznie bardzo daleko.

Nie mam wątpliwości, że rozłąka naszych dzieci zastępczych z nami jest czymś złym. Nie mam też już wątpliwości, że ta sama rozłąka, która pozwala nam nieco odetchnąć i z innej perspektywy spojrzeć na wiele spraw, w dłuższym okresie wpływa bardzo pozytywnie na nasze relacje i rozumienie rozmaitych rzeczy.

Już jesteśmy razem - ubieramy choinkę

A tak żegnaliśmy dzisiaj Stary Rok... trochę pusto na tym stole, nawet kielonków nie podano

Tegoroczny urlop od dzieci (wiem jak źle to brzmi) uzmysłowił mi, że być może moje dotychczasowe przekonania, wcale nie są takimi pewnikami jak myślałem.

Zacznę od opisania pewnych zachowań Ptysi i Bliźniaków przed rozstaniem z nami, w trakcie rozłąki, i po powrocie do naszej rodziny.

Ptysie są rodzeństwem, którego starszy brat przebywa w innym pogotowiu rodzinnym. Dzieci mają częsty kontakt i świadomość swojej sytuacji... chociaż nigdy nie dopytują „co będzie dalej?”. W mojej ocenie (ale również psychologa), cała trójka przejawia zachowania związane z traumą po przeżyciach z przeszłości, o czym już wcześniej często pisałem.
Ptysia i Balbiny nie przygotowywaliśmy w jakiś szczególny sposób do pobytu w rodzinie, w której mieszka ich brat Bill. Dzieci wiedziały, że spędzą tam wakacje... chociaż to były nasze wakacje. Miało być fajnie, bo przecież miło jest być razem. W zasadzie było – tak samo jak w przypadkach, gdy Bill spędzał wakacje u nas... do pewnego momentu.
Przewidywałem, że dzieci mogą być bardzo grzeczne w rodzinie swojego brata, w której nigdy nie były jeszcze dłużej niż dwa dni z rzędu. Brałem nawet pod uwagę możliwość, że przejdą w tryb przetrwania i będą idealnymi dziećmi przez cały miesiąc.
Ptyś na dwa dni przed pójściem do domu swojego brata i ostatnim spotkaniem się z mamą, zaczął powoli wchodzić w rolę, która nie była dla mnie zaskoczeniem. Chował się pod stołem, walił głową w ścianę – zarówno w domu jak też w przedszkolu. Balbina zachowywała się normalnie, co można podsumować terminem „uparte dziecko”.
Pierwsze dni pobytu w nowej rodzinie przebiegły pod znakiem sielanki. Balbina była bardzo grzeczna, a Ptyś oddawał się rysowaniu. Nigdy wcześniej nie robił tego z takim zapałem (wręcz nie lubi rysować), więc zastanawiałem się, czy jest to już jakaś forma zawieszania się, lub bycia niewidocznym. Panie w przedszkolu też zauważyły, że Ptyś jest inny. Grzeczniejszy, bardziej skory do współpracy. Balbina w przedszkolu też nie sprawiała problemów, co nie było może czymś niezwykłym, ale wychowawczynie zauważyły jakąś zmianę na plus.
Dzieci zupełnie nas nie wspominały, co razem wzięte powodowało, że Majka zaczęła nawet się zastanawiać, że może jednak coś z nami jest nie tak. Na jej wątpliwości odpowiadałem „poczekaj”, chociaż brałem przecież pod uwagę możliwość takich zachowań dzieci przez cały miesiąc.
Mniej więcej w połowie pobytu zaczął działać syndrom starszego brata (tak działo się, gdy Bill przebywał u nas przez dłuższy czas). Ptyś zrobił kilka awantur w domu, a Balbina w przedszkolu. Ptyś tylko krzyczał (prawdopodobnie przenosząc się jednocześnie w inny czas i inne miejsce), natomiast Balbina rzucała krzesłami, drapała swoje ulubione panie wychowawczynie, nie dawała się opanować.

W tym momencie zrobię małą dygresję dotyczącą naszego prywatnego przedszkola, o którym już nie raz wspominałem. Nasze panie wychowawczynie miały okazję poznać zupełnie inne zachowania tych samych dzieci i... zupełnie inne zachowania rodziców zastępczych. Do tej pory byliśmy jedyną znaną im rodziną zastępczą, gdyż większość personelu jest tuż po studiach. Dla większości pracujących tam osób, jedyną receptą na naprawienie dziecka jest rozmowa z rodzicem (w sensie dziecka z rodzicem)... i musi ona przynieść zamierzony skutek. No cóż... to tylko teoria. Praktyka jest dużo bardziej skomplikowana, o czym wiedziały panie przedszkolanki z kilkudziesięcioletnim stażem z państwowego przedszkola, do którego uczęszczał kiedyś Kapsel. Ciekawy jestem jak bylibyśmy postrzegani, gdyby do obecnego przedszkola uczęszczał Kapsel. Przecież on też rzucał nawet stołami, wchodził na jakieś rury centralnego ogrzewania, zapychał toalety.
Mam wrażenie, że wakacyjny tata zastępczy wyświadczył nam dużą przysługę. Na wszelkie telefony z przedszkola odpowiadał „proszę sobie poradzić, nie mam możliwości przyjechać po dziecko”. „Proszę podpisać, że przyjmuje pan do wiadomości, że dziecko rzucało krzesłami... proszę bardzo”.

A teraz Bliźniaki.
Przygotowania do wakacji trwały ponad miesiąc. Chłopcy znali rodzinę (w której mieli spędzić cztery tygodnie) z poprzedniego roku. W międzyczasie też kilka razy się spotkaliśmy. A jednak był duży opór. Początkowo Majka mówiła „zostańcie na chwilę, ciocia musi coś załatwić”. Później ta chwila trwała coraz dłużej... i dłużej. Na końcu chłopcy mieli już świadomość tego, że przez jakiś czas będą mieszkać w innym domu. Jednak cały czas wiedzieli, że jest to tylko sytuacja tymczasowa... że za jakiś czas znowu będziemy razem. Przez cały nasz urlop o nas wspominali i dopytywali, kiedy wreszcie wrócą. Dzwonili przez telefon, aby upewnić się, że istniejemy – tylko nadal załatwiamy swoje sprawy.
Pamiętaliśmy sytuację sprzed roku, gdy chłopcy po wakacjach nie za bardzo chcieli do nas wrócić. Przez kilka tygodni zawoziliśmy ich co kilka dni na parę godzin do rodziny wakacyjnej. Teraz spodziewaliśmy się czegoś podobnego. Jednak ostatni telefon rozwiał wszelkie wątpliwości. Majka zapytała Remusa „fajnie jest?”. Odpowiedział „nie, chcę do ciebie”.

Powrót.
Bliźniaki weszły do domu jakby wymazując sobie cały miesiąc z pamięci. Chłopcy nawet się ze mną nie przywitali. Tylko się do mnie uśmiechnęli i podeszli do swoich zabawek. Gdy zapytałem „co chcecie na kolację?”, odpowiedzieli „to co zawsze”.
Ptysie zaskoczyły mnie w zupełnie drugą stronę. Zwłaszcza Ptyś, który gdy mnie zobaczył, to wtulił się we mnie i powiedział „kocham cię”. Z takim zachowaniem z jego strony, dotychczas spotkałem się zaledwie kilka razy.

Sytuacja prawna całej czwórki wygląda bardzo źle. Podczas naszego urlopu miały miejsce dwie rozprawy, na których nie zostały podjęte żadne decyzje.
Nie zostaliśmy poproszeni ani na jedną, ani na drugą. Teoretycznie sąd zna nasze zdanie, gdyż PCPR dołącza moje opisy do przesyłanej mu dokumentacji.
Czy to czyta?
Na rozprawę Bliźniaków została zaproszona tylko psycholożka z OZSS, która po tak zwanym badaniu więzi, wydała opinię, że chłopcy powinni pójść do adopcji, i nie ma większych więzi z rodzicami i rodzeństwem. Czy miała tylko utwierdzić sędzinę w jej przekonaniach? Ja tak to odebrałem... inni spodziewają się jednak, że chłopcy zostaną umieszczeni w rodzinie zastępczej długoterminowej.

W wigilijną noc rozdawaliśmy prezenty... właściwie to Święty Mikołaj zostawił je pod choinką. Zarówno Ptysiom, jak i Bliźniakom powiedzieliśmy, że za dwa dni spotkają się ze swoimi rodzicami, i u nich na pewno też Mikołaj zostawił jakieś podarunki.
Chłopcy dwa świąteczne dni spędzili u swojej babci. Miała tam zawitać mama, a może i tata. Nie przyszła. Popiła (o czym śpiewają skowronki), zapomniała, czy nie miała ochoty spotkać się z dziećmi? Dwa dni później zadzwoniła, że chce przyjechać do swoich dzieci i była zdziwiona, że o tym tygodniu może zapomnieć. Ale wykazała chęć. Dobrze wie, że ta informacja dotrze do sądu. Mama dla bliźniaków jest w zasadzie nikim. Nawet rodzina wakacyjna zwróciła na to uwagę. Ważni jesteśmy my i ich babcia.

A mama Ptysi? Ta co w sądzie deklaruje, że przeznacza miesięcznie pięćset złotych na swoje dzieci. Przyszła. Balbina dostała pluszaka za punkty z biedronki, a Bill i Ptyś jakiś pistolet. Starszy z braci zepsuł go po kilku minutach, a Ptyś oddał mu swój, twierdząc że takimi zabawkami się nie bawi. Chłopiec za swoje zachowanie dostał w domu specjalną zabawkę, chociaż nasza pochwała chyba była już wystarczającą nagrodą.

Zarówno mama Bliźniaków, jak i Ptysi deklarują, że odwołają się od każdej decyzji, która nie spowoduje powrotu dzieci do rodziny biologicznej. Co to oznacza? Przynajmniej kolejny rok pobytu dzieci w naszej rodzinie. Biorąc pod uwagę, że obie mają swojego prawnika, jest to bardzo prawdopodobne.

Wszystko to powoduje, że z coraz większą obawą spoglądam w przyszłość. Przynajmniej jeżeli chodzi o Romulusa i Remusa. Tegoroczny przykład pokazał, że dobre przygotowanie do zamieszkania z nową rodziną, niekoniecznie musi być gwarantem sukcesu. Bliźniaki zwyczajnie nie chcą mieszkać z nikim innym, jak tylko z nami. Ich rodzice są dla nich nikim, a ich babcia jest zwyczajną babcią, do której chętnie jadą na weekend.

Ptyś sprawia wrażenie jakby pobyt w naszej rodzinie był dla niego jakąś formą terapii. Robi coraz większe postępy, których może my nie zauważamy, ale widzą je osoby mające z chłopcem kontakt raz na jakiś czas. Chociaż nas w pewien sposób zaskoczyło zdanie wychowawczyni z przedszkola, która sporządziła notatkę dla psychologa z naszej poradni. Było tam napisane, że Ptyś bardzo często wspomina w przedszkolu swoją rodzinę. Tą rodziną okazała się Majka i Pikuś, Balbina, Romulus i Remus. Nawet Bill utożsamiany był jako ktoś bliski, ale jednak spoza rodziny.
Niektórzy rodzice adopcyjni często wspominają o witaminie „M”, która potrafi czynić cuda i wyprowadzić dziecko z rozmaitymi traumami na prostą. Nie do końca się z tym zgadzam, bo przecież sama miłość nie wystarcza. Czasami może nawet przynieść więcej szkód, niż pożytku. A jednak w przypadku Ptysia zaryzykowałbym stwierdzenie, że nawiązała się między nami jakaś nić porozumienia, którą chyba mógłbym nazwać miłością. Chłopiec jest już przewidywalny, a ja mam wrażenie, że próbuje podążać za moimi oczekiwaniami i sprawia mu to przyjemność. Pewnie, że czasami szaleje z innymi dziećmi, ale na tym polega dzieciństwo. Gdyby ktoś mnie teraz zapytał, czy byłbym skłonny adoptować trudnego pięciolatka po przejściach, to odpowiedziałbym, że „tak”. Minął jednak aż rok od momentu, gdy chłopiec znalazł się w naszym domu. W jakiś sposób udało mu się przewartościować swoje postrzeganie rzeczywistości. Być może akurat jemu pomógł nasz urlop i miesiąc rozłąki. Przebywał w rodzinie, w której zapewne panują inne zasady, inaczej oceniane są pewne zachowania. Czy faktycznie brak konsekwencji i łamanie zasad są kluczem do dzieci pokroju Ptysia?

Balbina niestety po roku tkwi emocjonalnie w tym samym miejscu. Być może przyczyną jest nasz brak profesjonalizmu. Być może powinniśmy z Majką odbyć jeszcze jakieś szkolenia, a być może jednak rozpocząć terapię z psychologiem, chociaż ten odradzał ją nam – rodzicom zastępczym „na chwilę”. Balbina przychodzi do mnie i mówi „kocham cię”. Jest to jednak zupełnie inne „kocham cię”, niż w wykonaniu Bliźniaków, czy Ptysia. Jest to „kocham cię” nastawione na określony cel. Odpowiadam jej „ja też cię kocham”, daję buziaka, przytulam. Jednak oboje odgrywamy pewnego rodzaju scenkę. Dobrze wiemy, że ani ona nie kocha mnie, ani ja jej. Czy to się zmieni? Ile jeszcze czasu potrzeba?

Bliźniaki, chociaż po wakacjach wróciły strasznie rozpaskudzone i hałaśliwe, to jednak nadal są nasze. Bo przecież jak tu nie kochać Remusa, który mówi:

  • Wujku, mam ci coś bardzo ważnego do powiedzenia.
  • No, słucham.
  • Emmm, muszę pomyśleć... chcę siku.
Do tego wciąż mówi "wujku jesteś piękny". Chciałem to pominąć milczeniem, ale uczciwość mi nie pozwala... do Majki mówi "jesteś piękna, mądra i dobra".

Dołączę jeszcze moją ostatnią ocenę Ptysi (sprzed ponad dwóch miesięcy). Tę, z którą zapoznał się sąd... a przynajmniej powinien się zapoznać.
Przeczytałem ten tekst po kilku miesiącach, gdyż musiałem zmienić imiona na potrzeby bloga. Teraz napisałbym go nieco inaczej. Przede wszystkim bym się tak nie wymądrzał.

Ptyś (5 lat 5 miesięcy),
Balbina (4 lata i 2 miesiące).

Rodzeństwo mieszka z nami już prawie rok. Jest to zdecydowanie zbyt długi okres, ponieważ zdaniem psychologa z fundacji „Dziecko w Centrum”, zarówno Balbina jak i Ptyś powinni jak najszybciej rozpocząć terapię psychologiczną. Oboje przejawiają zachowania potraumatyczne wynikające nie tyle z samego rozstania z rodziną biologiczną, ile są one związane z zaburzeniami więzi. Prawdopodobne jest też istnienie głębszych urazów natury psychicznej, emocjonalnej i seksualnej. Problem polega na tym, że taką terapię należy rozpocząć dopiero w momencie, gdy dzieci znajdą się już w docelowej rodzinie (gdyż główny nacisk powinien być położony na procesy przywiązaniowe).

Rozwój dzieci w każdej sferze jest nieharmoniczny. Przez jakiś czas idą do przodu, by za chwilę cofnąć się do zachowań sprzed kilku tygodni. W dużej mierze podłożem tego jest spotykanie się z mamą i bratem Billem (przebywającym w innej rodzinie zastępczej).
Zwłaszcza dotyczy to kontaktów rodzeństwa, które są częste i niekiedy kilkutygodniowe. W tym okresie dochodzi do bardzo dziwnych sytuacji, które pozwalają nam przypuszczać, że dzieci wspólnie zaczynają przejawiać dawne zachowania. Wzajemnie są dla siebie czynnikiem spustowym uruchamiającym mechanizmy o charakterze dysocjacyjnym.
Szczególnie widać to po zachowaniu Ptysia, który raz na jakiś czas sprawia wrażenie, jakby jednocześnie przebywał w dwóch miejscach i dwóch czasach jednocześnie. Jest to dość łatwe do zauważenia, ponieważ jego oczy stają się wówczas zimne, nie wyrażające żadnych emocji, albo wprost przeciwnie, ukazujące naprzemiennie (zaledwie w ułamkach sekundy) lęk, agresję i ufność. Dotyczy to również mimiki twarzy.

Przedstawię kilka sytuacji, które miały miejsce właśnie podczas pobytu Billa w naszym domu. Nie zdarza się to (najwyżej sporadycznie i nie o takim nasileniu), gdy najstarszy z rodzeństwa odwiedza nas na kilka godzin, albo przebywa w swojej rodzinie zastępczej.

  • Pewnego dnia, a właściwie późnego wieczora (bo dzieci po kąpieli przebywały już w swoim pokoju i miały spać), chłopiec nieoczekiwanie zaczął mieć przebłyski ułańskiej fantazji. Biegał po pokoju, wysypywał klocki z pojemników, rzucał zabawkami, krzyczał (co zupełnie nie było w jego stylu). Wiedziałem, że to się źle skończy, więc odwlekałem jak mogłem swoją reakcję. Było wprawdzie kilka ostrzeżeń, w tym dwa ostateczne, ale nie przynosiło to żadnego efektu. Nawet rodzeństwo domagało się uspokojenia go, bo chciało już spać. Gdy po raz kolejny wszedłem do pokoju, Ptyś po raz kolejny tej nocy struchlał i zimnymi oczami wpatrywał się w prost w moją twarz. Znowu liczył na to, że może go nie zauważę i wyjdę z pokoju. Jednak tym razem złapałem go za rękę i starałem się odizolować od innych, aby trochę ochłonął. Zaczął się wyrywać, pluć na mnie, krzyczeć, że mnie nie lubi i mnie pobije, próbował mnie gryźć. Wyjątkowo nie bił mnie pięściami, jak to już wcześniej bywało. Postawiony przy ścianie dość szybko przestał się awanturować... zmienił jednak taktykę. Zaczął mnie straszyć, że odgryzie sobie palec. „To odgryź”, odpowiedziałem. Było to dość ryzykowne posunięcie, ponieważ Ptyś ma dużą tolerancję na ból. Gdy czasami przychodzi po opatrunek, to nie dlatego, że go coś boli, ale dlatego, że leci mu krew. Jednak tym razem widocznie stwierdził, że mu się to nie opłaci, więc zagroził pogryzieniem kartonów z papierem, które stały w pobliżu. Też nie zrobił tym na mnie większego wrażenia, ale swoją obietnicę zrealizował. Po kilkunastu minutach uspokoił się na tyle, że mógł wrócić do rodzeństwa, i dalej był już spokojny. Dla zasady pytam w takich sytuacjach o powód jego zachowania, próbuję tłumaczyć – ale nie wiem, czy cokolwiek do niego dociera.
  • W innym przypadku chłopiec zaczął wylizywać talerz po obiedzie. Dotychczas nigdy tak się nie zachowywał, więc spokojnie zwróciłem mu uwagę, że tak nie należy robić, że nie jest to kulturalne zachowanie. Znowu się zawiesił. Jednak tym razem po chwili zaczął lizać talerz od dołu, później gryźć widelec. Nie reagowałem... no to podszedł do drzwi i zaczął gryźć klamkę. Ja nadal nic. Pewnie powinienem być konsekwentny do końca. A może właśnie nie, tym bardziej, że inne dzieci zaczęły się śmiać z jego zachowania. Pewnie powinienem zająć go czymś innym i na przykład powinniśmy pójść wspólnie umyć samochód... chociaż wątpię czy coś z tego by wyszło. No ale nie spróbowałem. Gdy zaczął gryźć drewnianą futrynę, to skończyło się to wypadem do jego pokoju. Było to dużym błędem, gdyż chłopiec wcale nie przemyślał swojego zachowania, a jedynie utwierdził się w przekonaniu, że nadal może liczyć tylko na siebie. W pokoju Ptyś najpierw się zabarykadował. Wyrzucił pod drzwi niemal wszystkie zabawki, które miał pod ręką i część mebli, które był w stanie przesunąć. Po kilkunastu minutach wszystko uporządkował i przyszedł do nas jakby nigdy nic.
  • Kolejna sytuacja jest o tyle inna, że chłopiec sam doprowadził się do stanu, w którym ewidentnie dysocjował. Poszedł do swojego pokoju po jakąś zabawkę. Nagle usłyszałem trzaskanie drzwiami. Wszedłem na piętro i pierwsze co rzuciło mi się w oczy, to ten jego pusty wzrok. Stał i walił drzwiami tak, że dom trząsł się w posadach. Gdy tylko mnie zobaczył, to rzucił się na mnie z pięściami. Chciał mnie kopnąć, szukał zabawki którą mógłby mnie zdzielić. Już wiedziałem, że powinienem spróbować go przytulić. Tak też zrobiłem, chociaż może bardziej chodziło o ograniczenie jego ruchów. Pewnie wyczuł moje emocje (że wcale nie mam nastroju na przytulanki), bo zaczął na mnie pluć i się wyrywać. Odpuściłem. Spędziliśmy razem kilkanaście minut. On siedział w kącie, a ja po drugiej stronie ściany. W pewnym momencie podszedł do mnie, uśmiechnął się, dał buziaka, przybił piątkę i się przytulił. Nie wracałem do jego zachowania, ale miałem wrażenie, że chłopiec niczego nie pamiętał.
  • Najdziwniejszą rzeczą było zachowanie tym razem całej trójki dzieci w dniu, gdy przyjechali do nas w odwiedziny goście. Wielu z tych ludzi, nasze dzieci zastępcze widziały po raz pierwszy, chociaż to raczej nie powinno mieć znaczenia (przynajmniej tak nam się początkowo wydawało). Mniej więcej od połowy imprezy, wszyscy zaczęli zachowywać się nienaturalnie. Bill usiadł na skarpie, z dala od wszystkich (również innych dzieci), Ptyś wszedł pod samochód i ani prośbą, ani groźbą nie dało się go przekonać, aby wyszedł. Balbina z kolei trzymała się blisko mnie, co jakiś czas przychodząc się przytulić. Była smutna, niewiele mówiła, tylko obserwowała to, co działo się wokół. Za to inna dwójka naszych dzieci zastępczych w tym czasie brylowała na parkiecie. Chłopcy przechwalali się swoją sprawnością fizyczną, pokazywali zabawki, śpiewali piosenki. Wszystko zmieniło się w chwili, gdy ogłosiłem przygotowanie do kolacji i zapowiedziałem w niedalekiej przyszłości kąpiel i spanie. Nagle całej trójce poprawił się nastrój, a nawet poprosiły o jeszcze trochę czasu na skoki na trampolinie. Nie była to pierwsza impreza, w której dzieci brały udział, chociaż pierwsza, która nie dotyczyła jakiegoś dziecka (na przykład uroczystości urodzinowej). Za każdym razem bywało na nich sporo osób, więc raczej o tłum nie chodziło. Czy mieliśmy do czynienia z retrospekcją, z odtwarzaniem w pamięci jakichś sytuacji z przeszłości dzieci? Dziwiło nas tylko to, że ponury nastrój prysł jak bańka mydlana w sposób nagły. Co się mogło wydarzyć? Wgłębialiśmy się w najdrobniejsze szczegóły, które przychodziły nam do głowy, by w końcu dojść do wniosku, że dzieci uznały, że ci obcy ludzie przyszli po nich. Tak naprawdę nie mamy pojęcia, jakie myśli zaprzątają głowy dzieci z rodzin zastępczych. Nasza dwójka była już świadkiem odejścia jednej dziewczynki do adopcji, a Bill rozstał się z dwojgiem swoich kolegów. Być może najstarszy z rodzeństwa pomyślał, że teraz przyszła kolej na nich, i na dobre przestraszył Ptysia i Balbinę. Gdy zorientowali się, że jednak tutaj pójdą spać, wszelkie obawy stały się nieaktualne. Nie wiem dlaczego, ale jakoś nie braliśmy pod uwagę możliwości, że dzieciaki pokłóciły się gdzieś za domem i zwyczajnie nie miały ochoty się do nikogo odzywać. A przecież to było chyba najbardziej logicznym wytłumaczeniem.

Gdy rodzeństwo jest w komplecie, to pojawiają się zachowania zupełnie niewytłumaczalne. Znowu wracają epitety typu dupa, pipa i inne. Znowu dzieci rzucają zabawkami w siebie, albo w lampę. Znowu chodzą po meblach, biegają po pokoju, skaczą z drabinek. Znowu straszą się duchami i czarownicami. Opowiadają o babci z pałką, która podobno jest postacią z bajki, ale dzieci przez cały okres pobytu w naszej rodzinie nigdy tej bajki nie oglądały.
Znowu przejawiają niepokojące zachowania o zabarwieniu seksualnym. Balbina zdejmuje majtki i przybiera nietypowe pozy kojarzące się jednoznacznie z filmami dla dorosłych. Chłopcy kładą się razem do łóżka i szepczą do siebie prawie dotykając się ustami. Czy odgrywają w ten sposób jakieś role?

Pewne dziwne zachowania wynikające ze wspólnego przebywania rodzeństwa, przenoszą się również na życie przedszkolne. Zwłaszcza widać to po Ptysiu, który rozładowuje swoje emocje w sposób bardzo niekonwencjonalny. Gryzie buty (lub własną rękę), wkłada do buzi skarpetki, albo małe przedmioty do nosa i ucha. Jedna z takich przygód zakończyła się na izbie przyjęć.

Staramy się w miarę możliwości traktować dzieci tak jak „dzieci zranione”, co oznacza, że nie stosujemy tradycyjnych metod wychowawczych. Łamiemy zasady, bywamy niekonsekwentni. Nie zawsze jest to możliwe, gdyż często patrzy na to również, pozostała dwójka dzieci zastępczych.
Z psychologicznego punktu widzenia, mniejsze znaczenie ma niwelowanie rozmaitych niedoborów, jak choćby nabywanie wiedzy, korygowanie wad wymowy, czy niewłaściwych zachowań społecznych. Nasza praca skupia się zatem na dużej dawce kontaktu fizycznego, w tym zwłaszcza wzrokowego i dotykowego.
Nie jest to proste, ponieważ Balbina dopiero od kilku miesięcy zaczęła się przytulać. Najciekawsze jest to, że czuje taką potrzebę tylko w stosunku do mnie (czyli ojca zastępczego). Mama zastępcza nadal jest w swego rodzaju niebycie emocjonalnym. Balbina nie odrzuca przytulania, ale sama się do niej nie przytula, chociaż bez zmrużenia oka wykonuje jej polecenia. Gdy nie zgadza się z moją opinią, to potrafi krzyczeć i tupać w podłogę.
Największą trudność mamy z prawidłowym odczytaniem zachowań dzieci. Może być tak, że agresja czy krzyk, czyli zachowania uchodzące za naganne, mogą być objawem zdrowienia. Walka z nimi może tylko spowodować ich zamianę na jeszcze bardziej destrukcyjne.
Tak więc rozmaite bunty, wykłócanie się o swoje, a nawet gdy Ptyś mówi do mnie „głupi wujek”, uznajemy za coś pozytywnego (mimo że na obelgi reagujemy i zwracamy chłopcu uwagę). Wcześniej Balbina często unikała jakichkolwiek bliższych relacji z nami, za to chętnie przytulała się do zupełnie obcych sobie osób w różnych miejscach. Teraz już tego nie robi, chociaż jeszcze chętnie wszystkich zagaduje.
Ptyś nie miał większych problemów z dotykiem, chociaż do dzisiaj rzadko sam przychodzi się przytulić. Sprawia wrażenie, jakby nadal podświadomie traktował nasz dom jak miejsce wrogie. Być może kiedyś wypracował w sobie mechanizmy pozwalające mu na przetrwanie w takim wrogim środowisku, do których w niektórych sytuacjach wraca, reagując agresją bądź ucieczką.

Zarówno Ptyś jak też Balbina uczęszczają na zajęcia logopedyczne. Zwłaszcza chłopiec nadal mówi dość niewyraźnie, a do tego wymawia niektóre wyrazy rozpoczynając od samogłoski. Dla przykładu mówi: „Remus abrał ój apeć es ytania”.
Dzieci chętnie biorą udział w zajęciach dodatkowych w przedszkolu. Oboje chodzą na warsztaty naukowe, do tego chłopiec na robotykę, a dziewczynka na judo. Balbina tym sposobem sprawnie nauczyła się liczyć. Gdy miała policzyć jabłuszka w książeczce, to nie bardzo jej wychodziło. Przełamała się, gdy zaczęła liczyć przysiady. Być może zorientowała się, że gdy po ośmiu powie cztery, to będzie musiała wykonać jeszcze sześć przysiadów, a nie tylko dwa.

Ptyś niedługo zacznie uczęszczać na zajęcia korekcyjno-kompensacyjne. Aktualnie jesteśmy umówieni na ocenę psychologiczną w Poradni Psychologiczno-Pedagogicznej, która jest niezbędna do rozpoczęcia zajęć. Czekamy też na wyznaczenie terminu konsultacji neurologicznej, która była zaleceniem poprzedniego badania psychologicznego. Ma ona na celu wykluczenie neurologicznego charakteru jego zaburzeń. Nie naciskamy na przyspieszenie tego badania, ponieważ widać duży postęp zarówno w koordynacji ruchowej, jak też myśleniu przyczynowo-skutkowym, czy szeregowaniu zdarzeń. Nadal jednak w tej sferze chłopiec jest w dolnej granicy normy.

W opiniach przekazywanych z przedszkola, Ptyś wypada nieco gorzej niż według naszych obserwacji. Zapewne problem polega na tym, że chłopiec gorzej funkcjonuje w większej grupie i trudno jest mu się otworzyć. W domu również często jest niechętny, aby rozpocząć jakieś zadanie, nadal ma niską wiarę w siebie. Jednak gdy zauważa, że mu wychodzi, zwłaszcza gdy na tle młodszych od niego naszych dzieci zastępczych wręcz błyszczy, to jest to dla niego bardzo motywujące. Przykładem może być układanie puzzli. W domu bardzo chętnie to robi, a w przedszkolu unika wszelkich układanek. Podobnie jest z liczeniem. W przedszkolu uchodzi za dziecko, które nie potrafi liczyć. W domu niby jest podobnie, gdy poprosimy go o to. Jednak gdy się bawi i nie ma świadomości, że ktoś go obserwuje, to sprawnie potrafi zarówno liczyć, jak też policzyć (choćby klocki) w zakresie dziesięciu.

Od września dzieci uczęszczają do osobnych grup w przedszkolu. Chłopiec funkcjonuje teraz dużo lepiej niż kiedyś. Wprawdzie siostra dawała mu pewne wsparcie, to jednocześnie w jakimś sensie go tłamsiła.
Pewnym ciekawym zachowaniem dziewczynki była nadopiekuńczość w stosunku do brata. Z jednej strony o niego dbała, ale gdy próbował mieć inne zdanie, to go biła. Być może było to też jakieś zachowanie wyniesione z domu. W tej chwili Balbina przeniosła swoje instynkty macierzyńskie na innego chłopca. Nie ma jednak łatwo, gdyż ten chłopiec potrafi się bronić, a do tego ma brata bliźniaka, który bez wahania staje w jego obronie.
W przedszkolu dzieci nie sprawiają problemów. Balbina uchodzi za dziewczynkę pogodną i zabawną, a Ptyś dziecko spokojne i zdyscyplinowane (chociaż nie zawsze tak było).

Dzieci spotykają się z mamą raz na dwa tygodnie. Prawie rok temu ustaliliśmy taką częstotliwość spotkań, z możliwością jej zwiększenia w przyszłości. Muszę przyznać, że nie było sytuacji, aby mama nie przyszła w odwiedziny do dzieci bez usprawiedliwienia. Jednak nigdy nie upomniała się o to, aby spotykać się częściej.
Początkowo mama raz na jakiś czas dzwoniła i chciała rozmawiać z dziećmi, chociaż one nie zawsze miały na to ochotę. Otrzymywała jednak wyczerpujące informacje na temat funkcjonowania dzieci w naszej rodzinie. W pewnym momencie dowiedzieliśmy się, że nasze rozmowy są bez naszej zgody nagrywane. Od tego momentu byliśmy niechętni do opowiadania o dzieciach przez telefon. Nadal jednak mama mogła rozmawiać z Ptysiem i Balbiną, i oczywiście miały miejsce spotkania z dziećmi. Wkrótce jednak rozmowy były coraz rzadsze, aż w końcu przeszły w pytania o dzieci poprzez SMS-y (mniej więcej raz w tygodniu). Najczęściej brzmiały one: „co u dzieci, proszę powiedzieć, że je kocham”. Bywały jednak okresy dłuższej przerwy, jak choćby między ... Od ... (daty rozprawy) są one regularne.
Rodzice biologiczni naszych dzieci zastępczych najczęściej starają się pamiętać o rozmaitych uroczystościach swoich pociech. W tym przypadku też miały miejsce urodziny dzieci. Ptyś został zaszczycony obecnością swojej mamy, chociaż powiedziała tylko „wszystkiego dobrego, synek”, a prezent był dużo gorszy niż ten, który w tym dniu otrzymała Balbina. Z kolei w przypadku dziewczynki, gdy wszystko było już dokładnie ustalone (łącznie z tortem i wielką fetą), zadzwoniła rano, że wszystko odwołuje, bo jest niedysponowana. Do tego, o wszystkim powiadomiła nas poprzez mamę zastępczą Billa, z prośbą o przekazanie Balbinie życzeń urodzinowych. Nie mogła chociaż zadzwonić do dziewczynki?
Najciekawsze jest to, że na Balbinie nie zrobiło to większego wrażenia. Zapytała tylko, czy od nas dostanie tort i wyprawimy jej urodziny. Zresztą dzieci nie wspominają mamy, nie dopytują o następne spotkanie. Za to często spotykamy się z pytaniem „A kiedy pojedziemy do Billa?”

Czasami zastanawiamy się, na ile mama zna potrzeby dzieci i jakie są jej kompetencje rodzicielskie. Pewnego razu kupiła swoim latoroślom nieco większe podarunki. Siedmioletni Bill dostał dwudziestoelementowe puzzle, a czteroletnia Balbina grę logiczną dla dzieci powyżej siódmego roku życia. Może chodziło o to, że gra była w kolorze różowym, a puzzle niebieskim.

Wkrótce rodzeństwo ponownie spędzi razem kilka tygodni w rodzinie zastępczej Billa. Balbina i Ptyś wielokrotnie już tam bywali, ale zawsze był to pobyt najwyżej dwudniowy. Nie jest wykluczone, że ponownie (przynajmniej Ptyś) przejdą w tryb przetrwania i będą idealni... bo tak było na samym początku.














Najlepsze Blogi

sobota, 21 grudnia 2019

--- Kenia


Przeżyłem...
Nic mnie nie pożarło, samolot nie runął do oceanu, a nawet nikt nas nie okradł. Dom też nie spłonął, ani nie został zalany wodą wypływającą z przedziurawionego wężyka.
Po nieco ponad dwóch tygodniach znalazłem się dokładnie w tym samym miejscu, z tymi samymi rzeczami do zrobienia, których wcześniej nie udało mi się zrealizować. Jestem tylko bogatszy o wspomnienia i tysiące mniej lub bardziej udanych zdjęć.


Czy było warto?
Opiszę moje wrażenia z tej podróży. Przedstawię rozmaite sytuacje, w których się znalazłem i które przeżyłem na swój sposób.
Moim podstawowym mottem przed wyjazdem było: „najwyżej zrobię z siebie idiotę, przecież nikt mnie tam nie zna”. Nie przypuszczałem, że zacznę już na lotnisku w Warszawie. Gdy Majka przeszła przez bramkę kontrolną, podeszła do niej pewna kobieta i jakimś przyrządem zeskanowała jej ręce, głowę i parę innych części ciała. No to ja po wyjściu z bramki skierowałem się do niej z uśmiechem na ustach i łapkami uniesionymi przed sobą. Okazało się, że była to wyrywkowa kontrola antynarkotykowa. Widocznie Majce źle z oczu patrzyło.
Chociaż takich modeli jak ja było znacznie więcej na lotnisku. Jedna dziewczyna (niewiadomego pochodzenia) została przywieziona przez pracownika lotniska na wózku inwalidzkim. Wszystko jej wytłumaczył... jakie będą dalsze procedury i jak ma się zachować w samolocie. Gdy tylko się oddalił, rozejrzała się dookoła, wstała, otrzepała piórka i ruszyła w regały. 

Kenia jest krajem olbrzymich kontrastów, co być może jest wspólną cechą wszystkich krajów afrykańskich. Rozpocznę od jej ciemnej strony, od tego o czym trudno jest przeczytać w przewodnikach biur podróży. Często są to rzeczy, o których mało kto chce mówić, a jeszcze mniej ludzi chce tego słuchać... bo po co psuć sobie dobre wspomnienia z pobytu w jednym z najpiękniejszych zakątków świata.
Kenia jest dziewiątym najbogatszym krajem Afryki. Jak na 54 państwa afrykańskie, jest to całkiem przyzwoity wynik. Tyle tylko, że większość bogactw tego kraju jest w posiadaniu zaledwie 10% bardzo bogatych osób, będących w przeważającej części Hindusami i Chińczykami. Rdzenni mieszkańcy najczęściej należą do 50% społeczeństwa, któremu musi wystarczyć dzienna stawka na osobę w granicach trzech dolarów. W Kenii praktycznie nie występuje klasa średnia. Brakujące w moich rozważaniach 40% ludności ma stałą pracę, z pensją oscylującą wokół 250 dolarów na miesiąc. Są to szczęśliwcy, którzy nie tylko należą do funduszu emerytalnego, ale też mają zapewnioną podstawową opiekę medyczną. Pozostali nie mogą chorować, bo nie mają za co. A jeżeli już coś się wydarzy, to często zrzutkę robią bliżsi i dalsi krewni. Ale znane są też przypadki, gdy kogoś nie stać na wydatek rzędu 15 dolarów na złożenie po złamaniu ręki lub nogi. Musi sobie radzić sam... w ostateczności amputacja jest darmowa.

W Kenii nie istnieje coś takiego jak pomoc społeczna. Skoro mało kto płaci podatki, to i wydatki socjalne nie mogą być zbyt duże. Nie jest tam znane pojęcie rodziny zastępczej, za to jest bardzo dużo sierocińców. Aby do nich trafić, wcale nie trzeba pochodzić z rodziny niewydolnej wychowawczo rozumianej naszymi kategoriami. Wystarczy nagle stać się samotną matką z kilkorgiem dzieci i należeć do tej biednej połowy społeczeństwa, o której wspomniałem wcześniej. Władza może orzec, że kobieta musi wybrać kilkoro ze swoich dzieci, które zostaną umieszczone w sierocińcu. Jest to zapewne jakaś forma pomocy ze strony państwa, które przecież nigdy nie słyszało o teorii przywiązania. Dzieci przebywające w sierocińcach można adoptować. Można też adoptować dzieci znalezione w przysłowiowej kapuście, choć tutaj... raczej porzucone na polu kukurydzy. Do niedawna istniała adopcja zagraniczna. Jednak nastąpiła zmiana władzy i od tego roku stwierdzono, że kenijskie dzieci są tylko dla Kenijczyków.
Samotną matką jest stosunkowo łatwo zostać i wcale nie musi się to wiązać ze śmiercią głowy rodziny. Wystarczy, że facetowi nagle się znudzi bycie ojcem i mężem. Zwyczajnie odchodzi, bo przecież dzieci są problemem tylko i wyłącznie matki. Oczywiście nie istnieje jakikolwiek system alimentacyjny.
Jednak przejeżdżając przez Mombasę zauważyliśmy SOS Wioski Dziecięce. Nawet nie próbowaliśmy zgłębić tego tematu, bo przecież nawet w Polsce nie udało nam się dociec, kto tego rodzaju formę pieczy zastępczej finansuje i kontroluje.

Mnie najbardziej w tym wszystkim uderzyło to, że ci biedni ludzie są bardzo pogodni i szczęśliwi. Żyją z dnia na dzień, ubabrani w lokalne układy i przesiąknięci wszechobecną korupcją. Z jednej strony muszą płacić mafiom za pobyt w slumsach i dostęp do toalety przypadającej średnio w ilości sztuk „jedna na sto osób”, a z drugiej widzą bogactwo nie tylko lokalnych kacyków, ale też turystów, których przynajmniej na wschodnim wybrzeżu jest mnóstwo. Mimo tego wciąż powtarzają hakuna matata (nie ma problemu) i pole pole (powoli, powoli). Nie przeszkadza im, że za swoje miesięczne dochody mogliby spędzić tylko jedną dobę w hotelu (z wyżywieniem), zjeść cztery obiady w restauracji, albo kupić 50 piw w supermarkecie.

Po przylocie do Mombasy, naszą wyprawę rozpoczęliśmy od czterodniowego safari. Patrząc z perspektywy czasu, był to okres najbardziej relaksacyjny. Nie musiałem się o nic martwić, wszędzie byłem dowieziony, wszyscy mówili w moim ojczystym języku. Nawet nasz przewodnik Pol z plemienia Kamba, mówił lepiej po polsku, niż ja po angielsku. Obsługa w lodge'ach również wprowadzała nas w dobry nastrój słowami dzień dobry, spoko spoko, albo pomalu pomalu. Schemat każdego dnia był bardzo podobny. Śniadanie między piątą a szóstą i wyjazd do parku. W połowie dnia lunch w kolejnej lodge, krótki odpoczynek, wyjazd popołudniowy na safari i powrót na kolację.

Flota busów gotowa do drogi

Pewnym problemem dla niektórych osób mógł być brak komfortu związany z brakiem dostępu do toalet w momencie przejeżdżania przez park. Wówczas był absolutny zakaz opuszczania samochodu. Choćby się paliło i waliło, trzeba było trzymać. Akurat ten aspekt miałem już dobrze opanowany po naszym wyjeździe do Maroka. Z samego rana pół litra wody, seteczka cytrynówki i profilaktycznie stoperanik... a potem już nic. Przed każdym wjazdem i wyjazdem z parku były toalety. Czasami łączyłem się w tym momencie myślami z Romulusem, który mówi „ale mi się nie chce”, a Majka z uporem maniaka „zrób chociaż trochę”. Średni przejazd po parku trwał nieco ponad dwie godziny.

Kenia jest krajem, w którym wiele rzeczy jest bardzo płynnych i nie do końca pewnych. Tak samo jak różne źródła rozmaicie podają średnie zarobki, czy nawet średnią długość życia mieszkańców Kenii (według niektórych, mężczyzna żyje przeciętnie 56 lat), również dość duże rozbieżności są przy określaniu pór deszczowych i suchych. Ogólnie przyjmuje się, że są dwie deszczowe i dwie suche. Jadąc na początku grudnia, byliśmy przeświadczeni, że jest to już początek pory suchej. Większość twierdziła, że w tym roku wyjątkowo pora deszczowa nieco się przedłużyła. Byli jednak i tacy, którzy uważali, że pora deszczowa zawsze trwa do końca grudnia. Tak czy inaczej, okresy bezchmurnego nieba były przeplatane krótkotrwałymi, acz bardzo obfitymi opadami deszczu. Z mojego punktu widzenia, było to bardzo korzystne, ponieważ miałem możliwość zobaczyć krajobrazy, które bardzo wykraczały poza moje wyobrażenia tego, czego się spodziewałem. Parki narodowe w Kenii, to nie tylko płaskie sawanny z wyschniętą trawą i rosnącymi gdzieniegdzie akacjami. To również bajecznie piękna zieleń, rozlewiska i góry. To nie tylko gliniaste wodopoje, do których w porze suchej ściągają wszystkie zwierzęta, i tam jest je najłatwiej obserwować. To również piękne jeziora, które swoją urodą i zamieszkującą je fauną, cieszą oko niezależnie od pory roku.

Ulewa uwieczniona z balkonu naszego pokoju






Kilimandżaro...jednak się ukazało




Przejechaliśmy cztery różne parki. Nie będę się rozpisywał, w których widzieliśmy jakie zwierzęta, a w których było ich bardzo mało. Najczęściej jest to kwestia przypadku, gdyż nawet nasi przewodnicy nie byli w stanie określić, gdzie jakie zwierzęta będziemy mogli zobaczyć. Zdecydowanie nie zawodziły słonie. Było ich mnóstwo w każdym parku. Czasami były czerwone, czasami szare, albo plamiste. Wszystko zależało od tego, czy było przed deszczem, po deszczu, albo po kąpieli w błocie. Czyste słonie afrykańskie zawsze są szare. Potrafiliśmy odróżnić maluchy mające najwyżej rok, gdyż mieściły się one pod brzuchem swojej mamy. Te nie mające kłów, miały najwyżej dwa lata. Reszta była średnio w przedziale od dwóch lat do sześćdziesięciu (bo tyle mniej więcej żyje słoń).
Słonie są bardzo pogodnymi zwierzakami, chociaż te afrykańskie mają swój charakter i trudno jest zostać ich przyjacielem. Niektóre stada przechodziły obok siebie zupełnie się nie zauważając, a inne czule się witały i wymieniały informacjami w sobie tylko znany sposób. Jedne się lubiły, a inne przeganiały. Pewnego razu zauważyłem dwa goniące się dorosłe osobniki, które biegły wprost na nasz samochód. Ten uciekający skręcił tuż przed jego maską. Emocje były.

W pełnym biegu, kilka metrów ode mnie







Jadąc na safari, wyobrażałem sobie opancerzone jeepy i przewodników wyposażonych w strzelby. Okazało się, że wszystkie samochody są zwykłymi busami z podnoszonym dachem w celu obserwowania zwierząt. Większość nawet nie miała napędu na cztery koła, chociaż podobno była nieporównywalnie lepsza od typowych samochodów terenowych. Nie zakopywała się w błocie i była nieprzewracalna. Chociaż jeden raz miał miejsce precedens. Pasażerowie dwóch z naszych busów musieli opuścić pojazdy w trakcie safari. Samochody były zbyt mocno obciążone i nie mogły wyjechać z błota. Teoretycznie operacja niezgodna z procedurą, ale alternatywą było oczekiwanie na pomoc drogową. Ciężarówkę na poniższym zdjęciu mijaliśmy poprzedniego dnia. Trudno powiedzieć, ile dni jej kierowca oczekiwał na pomoc w otoczeniu tylko i wyłącznie dzikich zwierząt.



Jedynymi osobami posiadającymi broń w parkach, są rangersi. Strzegą porządku i walczą z kłusownikami. Nie biorą jeńców. Ten, którego spotkaliśmy, kilka tygodni wcześniej zabił trzech kłusowników. Przypuszczam, że nie on po sobie posprzątał.

Mnie fascynowała nie tylko obserwacja zwierząt, które stały lub przechodziły w odległości kilku metrów od samochodu, ale również obserwacja naszych zachowań (całej grupy). Początkowo zachwycaliśmy się każdym ptaszkiem, żółwiem, lisem, czy kopcem termitów. Gdy po raz pierwszy zobaczyliśmy słonia, który dosłownie się na nas wypiął... to było wielkie WOW. Pierwsza żyrafa, gnu, czy bawół... też WOW. Jednak już trzeciego dnia padały teksty typu „widzieliście tę żyrafę po prawej stronie?... taaak”. Wówczas byliśmy już na wyższym poziomie. Polowaliśmy na lwa i nosorożca. Ten drugi w zasadzie był poza naszym zasięgiem, gdyż w parkach, które odwiedziliśmy, było ich zaledwie kilkanaście sztuk i zwierzęta stroniły od głównych szlaków i widoku turystów. Lew był jednak możliwy do zaobserwowania. I chociaż wciąż niemal czuliśmy jego oddech za swoimi plecami, to do samego końca pozostał tylko niespełnionym marzeniem.

Pierwszy słoń

Pierwsza żyrafa

Drugi bawół











Struś pędziwiatr

Najmniejsza antylopa - w języku suahili dik-dik


Hiena o zachodzie słońca

Gepard

Lampart 

Kopiec termitów


Majka była trochę zawiedziona, że z wielkiej piątki zobaczyliśmy tylko wielką trójkę. Mi w zupełności wystarczyło zachwycanie się zwierzętami, które były dosłownie na wyciągnięcie ręki. Było to dużo większe przeżycie, niż ujrzenie geparda z odległości kilkudziesięciu metrów, czy hieny po zachodzie słońca. Widzieliśmy też likaona, co dla naszej przewodniczki (jeżdżącej po parkach niemal codziennie) było niesamowitym wydarzeniem. Nie widziała go już kilka lat, gdyż zwierzak jest na wyginięciu, a ujrzenie go niemal graniczy z cudem. Dla nas był to jakiś tam pies na drodze.

Likaon przemykający przez drogę


Wielką przyjemność sprawiało mi też robienie zdjęć drodze, która nas prowadziła. A bywała ona różna.










Brakowało mi na tym wyjeździe gawędziarstwa, anegdot, opowieści związanych z miejscami, które odwiedzaliśmy. Niestety nasza przewodniczka musiała dzielić swój czas na cztery busy (przesiadając się co jakiś czas), co siłą rzeczy powodowało, iż niektóre informacje powtarzała, a pewnie o niektórych nie wspomniała.
Utkwiła mi jednak w pamięci opowieść o swego rodzaju wojnie prowadzonej między żyrafami, a akacjami. Chociaż żyję już na świecie sporo lat, i przynajmniej w młodości interesowało mnie wszystko co dotyczyło fauny i flory, to tego nie wiedziałem. Otóż żyrafy bardzo lubią obgryzać akacje, o czym te drugie, posługując się jakimiś zmysłami, dobrze wiedzą. Wytwarzają więc największe kolce w niższych partiach i w młodym wieku, aby bronić się przed pożarciem. Ale to jeszcze nic. Potrafią zorientować się, że są skubane i wydzielają pewien garbnik, który powoduje, że liście stają się gorzkie i trujące dla żyrafy. Ta, ma zatem nie więcej niż 15 minut na objadanie się liśćmi akacji, a potem musi znaleźć nowe drzewo. Co więcej... akacja potrafi informować inne akacje o tym, że jest skubana, więc te profilaktycznie zaczynają wcześniej wytwarzać ten sam garbnik. Problem polega na tym, że ta informacja przemieszcza się z wiatrem. Zatem żyrafy zawsze idą pod wiatr, wiedząc, że akacje od zawietrznej nie są świadome zbliżającego się wroga... no chyba, że inna żyrafa przyszła do tej restauracji od drugiej strony.



Podczas safari odwiedziliśmy wioskę Masajów. Wówczas jeszcze nie wiedziałem, że dla mnie będzie to najgorsze wspomnienie z tej podróży. Masajowie jakimś cudem doszli do perfekcji w promowaniu siebie, i podobnie jak parki narodowe są ikoną Kenii. Stanowią niecałe trzy procent społeczeństwa, ale wie o nich każdy, kto wybiera się do Kenii. Mają niewiele wspólnego z kulturą suahili, gdyż są ludem koczowniczym i jedyne co po nich pozostaje, to wspomnienia.
Trochę o nich opowiem... Masajów widzieliśmy głównie na obrzeżach parków. Tam mają swoje wioski zabezpieczone przed atakami lwów, zasiekami z gałęzi akacji. Głównie zajmują się wypasaniem kóz, owiec i bydła. Niektórzy próbują też coś uprawiać... głównie kukurydzę i coś, czego nie udało mi się rozpoznać. Dzieci widząc przejeżdżający samochód, natychmiast biegną i wyciągają ręce. Biada temu, który musi się zatrzymać. Gdy postój trwa nieco dłużej, to pojawiają się również dorośli. Tutaj nie wystarczy powiedzieć (jak choćby w Maroku) „no thank you”. Turysta zostaje osaczony ze wszystkich stron. Musi zachować zimną krew i mieć kamienną twarz, gdy zewsząd ma pokazywane rozmaite figurki, koraliki, bransoletki i owoce. Najgorzej się odezwać, bo wówczas można usłyszeć tekst: „taniej jak w biedronce”. Mieszkańcy niektórych wiosek umożliwiają turystom wgląd w swoje życie. Pokazują jak mieszkają, opowiadają o sobie, organizują kilkunastominutowe przedstawienie. Oczywiście nie za darmo, lecz za mniej więcej 25 dolarów od osoby. Biorąc pod uwagę średnie zarobki, jest to niebywały zastrzyk gotówki dla całej wsi. Wiele osób powątpiewa w autentyczność tych wydarzeń. Niektórzy mówią „to jest tylko na pokaz”, „nikt tak teraz nie żyje”. A jednak takich wsi mijaliśmy dziesiątki. Kozy i krowy też były przecież prawdziwe. Również widok niektórych osób nie skłaniał ku powątpiewaniu w prawdziwość tego, co się działo.
Masajów łatwo jest odróżnić od innych ludów zamieszkujących Kenię. Są wysocy i bardzo chudzi. Ich pokarm stanowi głównie mleko, krew, potrawy oparte na mące kukurydzianej, i czasami mięso. Dieta starszyzny, która nie jest już dzieckiem, wojownikiem i nie musi stawiać czoła lwom atakującym wieś, opiera się w zasadzie tylko na mleku i krwi. Przedstawiono nam starszyznę wsi, którą zwiedzaliśmy. Dwóch dziadków w wieku 47 i 48 lat. W jaki sposób pozyskują mleko, nie było dla nas zagadką. Ale skąd biorą krew? Zawiązują na szyi krowy węzeł powodujący nabrzmienie tętnic, które nacinają. Chłepczą bezpośrednio z ciała zwierzęcia. Oczywiście zwierzę przeznaczone na rzeź, najpierw staje się dawcą krwi.
Masajowie są w większości chrześcijanami, co nie przeszkadza im w posiadaniu wielu żon. Chłopak, który opowiadał nam o rozmaitych ziołach wspomagających czy to serce, czy potencję, był 47 dzieckiem swojego ojca mającego osiem żon. Taki facet musi być bardzo bogaty, ponieważ za jedną żonę trzeba zapłacić jej rodzinie mniej więcej osiem krów. Chociaż... może bardziej chodzi o jego prestiż. We wsi masajskiej zamieszkuje kilka rodzin (pomijając takie, które składają się tylko z jednej rodziny). Każda rodzina ma swoje kozy, natomiast krowy są wspólne. Oznacza to tyle, że za żonę Masaja płaci wieś, a nie jego rodzina... a tym bardziej nie on sam. A jeszcze biorąc pod uwagę fakt, że karą za zrobienie siku na terenie wsi, jest oddanie czterech kóz, można powątpiewać w ogromną wartość tych ośmiu krów.
Masajowie płci męskiej, poza tym że są głowami rodzin i tylko oni mogą wchodzić w skład starszyzny... nie robią nic. Są leniwi, a ich życie spełza na wspólnych (męskich) rozmowach, i od czasu do czasu podskakiwaniu podczas rozmaitych rytualnych tańców. Kobiety zajmują się sprzątaniem, gotowaniem, opieką nad dziećmi, budowaniem domów z krowiego łajna zmieszanego z czerwoną ziemią, i ich naprawianiem. To głównie one robią wisiorki z chińskich koralików kupowanych w Tanzanii, i sprzedają drewniane rzeźby produkowane w mombaskiej fabryce, często z kilkusetprocentową marżą.
Słyszeliśmy o przypadku, gdy masajski macho oddał swoją żonę jej rodzinie, ponieważ urodziła mu czterech synów i ani jednej córki. Prosta logika... córkę można sprzedać, a leniuch syn pewnie będzie chciał kiedyś poślubić dziewczynę... żegnaj osiem krów. Zapytano jednego młodzieńca, czy ma żonę. Odpowiedział, że tak... teraz jest w przedszkolu. Wszyscy naiwnie myśleli, że jest przedszkolanką.
Wśród Masajów nadal obowiązują rytuały obrzezania... zarówno chłopców, jak też niestety dziewczynek. Jest to temat, o który można ich pytać. Chętnie opowiadają jakie jest to męskie i jak dzielnie to znoszą (wypowiadają się tylko mężczyźni). Trudniej z pytaniami o zabezpieczanie się podczas stosunku. Seks przedmałżeński u Masajów jest czymś zupełnie normalnym. Nie można tylko zajść w ciążę. Co się dzieje, gdy jednak się przytrafi? Nasza przewodniczka nie umiała nam odpowiedzieć. Są to tematy, o których się nie rozmawia.






























Dlaczego nie lubię Masajów?
W zasadzie mógłbym powiedzieć, że pieprzę ich obyczaje, dietę, i sposób na życie... co mnie to obchodzi. Tyle tylko, że oni są nudni i upierdliwi. Trochę wyprzedzę to, o czym będę pisał za chwilę, ale muszę o tym wspomnieć tutaj. W każdym hotelu, w którym mieszkaliśmy, mieliśmy do czynienia z występami rozmaitych zespołów artystycznych. Jedni śpiewali, inni tańczyli, czy też pokazywali swoje umiejętności akrobatyczne. Występy trwały od pół godziny do godziny, po czym artyści kładli przed publicznością symboliczny kapelusz, do którego można było wrzucać pieniądze lub nie.
Gdy pojawiali się Masaje, schemat zawsze był taki sam. Zaczynało się od podskoków i okrzyków niewiele mających wspólnego z muzyką. Trwało to niewiele dłużej niż piętnaście minut. W tym czasie uczestnicy i uczestniczki spektaklu starali się nawiązać bliższą więź z pojedynczymi obserwatorami. Zakładali im na szyję swoją biżuterię, zaznaczając że to tylko do zdjęcia i do tańca... oczywiście wyciągając na scenę. Taniec nie był tylko tańcem. Był rozmową. Był to typowy marketingowy chwyt, mający mnie przekonać że z pewnością jestem zainteresowany towarem, który za chwilę będzie mi zaoferowany (chociaż rozmowa dotyczyła spraw osobistych... jak mam na imię, skąd jestem, co już widziałem i zamierzam zobaczyć). Po piętnastu minutach Masajowie rozkładali swój jarmarczny kramik. Trzeba było podejść, aby oddać ozdoby użyczone do tańca... no i się zaczynało.
Tylko jeden raz się zdarzyło, że pokaz zakończył się wyłożeniem kapelusza. Masajów było wówczas tylko pięcioro, a wszystko działo się w lodge na safari. Nawet było to sympatyczne... bo było inne. Jak się na końcu okazało, odgrywaliśmy rozmaite rytuały – również zaślubin. Nie mam w zwyczaju odmawiać gdy ktoś mnie prosi, więc ostatecznie okazało się, że poślubiłem jedną dziewczynę. Nie wiem, czy było to zamierzone, ale nie była ona Masajką, tylko narodowości chińskiej. W każdym razie opłaty w wysokości ośmiu krów nie uiściłem, co w moim mniemaniu oznacza rezygnację z transakcji.
W drugim tygodniu naszej wycieczki, gdy zobaczyliśmy Masajów szykujących się na scenę... szliśmy na spacer nad ocean.
Oczywiście nagiej Masajki nie widziałem, co oznacza, że celu swojej podróży (podobnie jak Majka z wielką piątką) nie zrealizowałem.

Jedyna naga Masajka, którą widziałem


Po przygodzie na safari, w naszych planach był trzydniowy pobyt w hotelu na północy Mombasy, a później cały tydzień byczenia się w hotelu oddalonym o kilkadziesiąt kilometrów na południe, w okolicy Ukundy – czyli miejsca, w którym w większości dzieje się akacja „Białej Masajki” (książki, którą zamierzałem przeczytać).
Pierwszego dnia zupełnie nie mogłem się odnaleźć. Nikt spośród trzydziestoosobowej grupy znanej mi z safari nie wybrał naszego hotelu. Próbowaliśmy wyjść nad ocean, ale natychmiast zostaliśmy osaczeni przez tubylców próbujących nam sprzedać nie tylko suweniry, ale także wycieczki, nurkowanie, łowienie ryb, przejażdżki wielbłądami i jeszcze sto pięćdziesiąt rzeczy, których nie rozumiałem. Działałem jeszcze w polskim trybie funkcjonowania, więc popierdzieliły mi się czasy i zamiast powiedzieć, że już byłem na safari, to stwierdziłem, że dopiero będę. Wówczas się zaczęło. Każdy przedstawiał mi swoją najlepszą ofertę. Dawali mi do ręki ulotki, które musiałem natychmiast przeczytać. Krzyczałem „I was nie I will”. Musiałem uciekać.
Usiedliśmy z Majką na hotelowych leżakach z nadzieją, że przez chwilę dane nam będzie ochłonąć. Po kilku minutach przyszedł jeden Jambo pytając jak mamy na imię, skąd jesteśmy i jak nam się podoba. Odpowiedziałem, że very good. Nie dawał za wygraną... może zagramy w siatkówkę? W końcu odpuścił. Poszedłem po piwo, a tam znowu „skąd jesteś?” Wszyscy się ze mną witali i rzucali hasła „Polska gola, Kenia gola”, „Lewandoski”, „Piściek”, „Jan Pawel dlugi”, „Pomalu, pomalu”, „Abra kadabra”... „Langsam, langsam”.
Wróciłem na leżak, wziąłem do ręki „Białą Masajkę”, aby choć na chwilę schronić się przed oczami kogokolwiek. Nie pomogło. Po chwili przyszedł następny Jambo i zapytał, czy czytam? Pomyślałem sobie „ja pierdolę, przecież widzi że czytam, to po co pyta... jak wstanę, to zapyta czy wstałem?”. Miałem ochotę spakować bagaże i natychmiast odlecieć do Polski.
Następnego dnia było już nieco lepiej. Chociaż nadal wszyscy się ze mną witali i zagadywali, to coraz bardziej zacząłem ich rozumieć. Dostrzegłem, że ich angielski jest taki jak mój, którego uczyłem się w podstawówce. Nie mówią „blak”, tylko „blek”, i „Dżekson” zamiast „Dżakson”. Po dwóch dniach szczerze polubiłem Bensona, który z niewiadomych powodów nazywał mnie swoim przyjacielem, przekraczając jednocześnie wszystkie moje granice prywatności. No ale gdy dopijałem ostatni łyk piwa, to sam przybiegał i uzupełniał szklankę.

Dowiedzieliśmy się, że tubylcy okupujący plażę, nazywają nas białymi gazelami. Ja ich nazywałem czarnymi hienami, co jedynie psychicznie pozwoliło mi poradzić sobie z całą sytuacją. Zakup przez Majkę kilku naszyjników niczego nie zmienił. Myśleliśmy, że będą nas one chronić przed koniecznością kupienia kolejnych dupereli. Okazało się, że przyniosło to zupełnie odwrotny skutek. Logikę Kenijczyków mógłbym sprowadzić do stwierdzenia: „Skoro kupiliście, to znaczy że wam się podoba... a my mamy jeszcze ładniejsze”. Zresztą podobnie jak z opalenizną... tak wiemy, że już wszędzie byliście i wszystko kupiliście – to może polecicie nas swoim przyjaciołom w hotelu?
Przez pierwsze trzy dni podziwialiśmy ocean tylko z odległości kilkudziesięciu metrów.

To już drugi hotel...dwie białe gazele przemykają pod płotem, gdy inna jest już osaczona

Aż sam się sobie dziwię, że przy takich doświadczeniach zdecydowałem się na wyjazd do parku Hallera. Chyba nie jest on atrakcją dla turystów, gdyż byliśmy tam niemal jedynymi białymi. Jednak tutaj czuliśmy się zupełnie normalnie. Nikt nie zwracał na nas uwagi i niczego od nas nie chciał. No, może poza jednym wyjątkiem... chociaż była to sytuacja bardzo sympatyczna. Podeszła do nas pewna dziewczyna, pytając czy możemy sobie zrobić zdjęcie. Początkowo myśleliśmy, że to my mamy jej strzelić jakąś fotkę. Okazało się, że jednak to ona chciałaby mieć zdjęcie z nami. Staliśmy się atrakcją.

Majka karmi żyrafę w parku Hallera


Tych potworów nikt nie odważył się nakarmić

Drugi hotel okazał się być mi bardziej przyjaznym. Byłem bardziej anonimowy. Nikt nie pytał jak mam na imię. Chłopcy kulturalno-oświatowi tylko zapraszali. Można było powiedzieć „Yes”, albo „No”. Gdy ktoś wieczorem wychodził na plażę, to natychmiast pojawiał się ochroniarz, który stał na straży bezpieczeństwa i prywatności. Gorzej było w ciągu dnia, gdyż zawsze pojawił się ktoś, kto chciał coś sprzedać, albo choćby popilnować sandałów kąpiącym się osobom. Ale było to do opanowania... wystarczył „one dolar”.

Majka w oceanie

A to ja

Nasz basen

Majka z ochroną

Ten listek spadł tuż obok naszych leżaków

Podobno największy baobab w Kenii

Duży... ale czy faktycznie największy?

W pewnym momencie zacząłem tęsknić za Bensonem, który nas dobrze znał i w pewien sposób się nami opiekował. Uzmysłowiłem sobie, że gośćmi w pierwszym hotelu byli przeważnie Kenijczycy, a przynajmniej czarni. Był to też mniejszy hotel... pewnie bardziej elitarny. W tym drugim, prym wiedli Niemcy i Polacy. Był to wielki moloch, w którym rozpoznawalni byliśmy tylko przez animatorów prowadzących zabawy wodno-lądowe.. może jeszcze przez dwóch barmanów.

Rozwinę trochę temat napiwków, które w Kenii są na porządku dziennym. Właściwie trudno nawet nazywać te kwoty napiwkami, gdyż dotyczą one nie tylko kelnerów, barmanów, boy-ów hotelowych, ale również sprzątaczy, wydawaczy materace na leżaki, animatorów zabaw, strzelaczy z procy do małp, czy obsługi w recepcji. Napiwek weźmie każdy... nawet taryfiarz za wyciągnięcie torby z bagażnika.
Ile należy dawać, i czy trzeba dawać? Tutaj odpowiedź nie jest prosta. Wiadomo, że każdy oczekuje jakiegoś papierka... najlepiej innego niż jednodolarówka. Podążając nurtem internetowym, zabraliśmy z sobą dwieście jednodolarówek. Okazało się, że dolarami za niewiele rzeczy można zapłacić, a w nominale „one dolar” to w zasadzie za nic. Kantory albo wcale ich nie wymieniają, albo dają tylko 50 szylingów kenijskich, gdzie przy większych nominałach jest „one to one” (czyli jeden dolar to 100 szylingów). Jednak napiwek to napiwek. Nikt nie mówi, że za mało. Nikt też nie poskarży się, że nie dostał napiwku. Istnieją trzy opcje ich dawania – na początku, na końcu lub drobnymi kwotami co jakiś czas. My wybraliśmy ostatnią opcję, licząc że miejscowi wiedzą jak zamienić jednego dolara na sto szylingów.

Pisałem wyżej, że denerwowali mnie Masaje. Również wkurzali mnie niektórzy Polacy. Nie wiem jak to jest, ale zawsze trafiają się tacy, którzy wszędzie byli, wszystko widzieli, i najlepiej wiedzą co zrobić w danej sytuacji. Nie piją alkoholu, ale na hasło amarula, wiedzą jak ona smakuje. Nie piją alkoholu, ale jedli robaki popijając półlitrem wódki. Nie jedzą surowych warzyw, ale doskonale wiedzą, że komuś zaszkodziła marchewka. Przeszkadza im niewielka przestrzeń w busie na safari, ale w samolocie nie wykupili lepszych miejsc, bo trzeba było dopłacić 60 złotych. Wyrywają chłopcu hotelowemu bagaż z ręki, aby nie dać dolara napiwku. Mówią po angielsku, ale niczego nie przetłumaczą. Nie dołożą się do napiwku od grupy, bo sami dadzą napiwek. Tylko dlaczego musieli jechać tym samym busem co ja?

Wspomnę jeszcze o wycieczkach fakultatywnych. Tych które możemy wykupić w biurze podróży, lub zorganizować we własnym zakresie. Pominę wspomniany wcześniej Park Hallera, gdyż tutaj jedyną organizatorką była Majka.

Wycieczka po Mombasie pozwoliła nam na zapoznanie się z prawdziwym obliczem Kenii. Miasto to (wraz z przedmieściami) zamieszkuje podobno prawie cztery miliony osób, chociaż ich ilość jeszcze dziesięć lat temu oscylowała wokół miliona. Mimo dwa razy wyższej ceny, wybraliśmy jednak ofertę biura podróży, a nie lokalnego obwoźnika.
Jadąc z przewodnikiem zobaczyliśmy najważniejsze miejsca. Dotarliśmy na starówkę, zwiedziliśmy fort Jesus. Byliśmy na targu i w fabryce figur. Podziwialiśmy aluminiowe słoniowe kły, będące symbolem Mombasy. Poza przewodnikiem, towarzyszył nam też kenijski ochroniarz, który był gwarantem, że nikt się nie będzie nas czepiał.
Na targu przewodnik w pewnym momencie powiedział „macie 25 minut na zakupy, spotykamy się przed wejściem”. Wszyscy krzyknęli „nieee, 10 minut wystarczy”. Odpowiedział „OK, piętnaście”. Po pięciu minutach wszyscy byli gotowi do dalszej jazdy... nie dało się podziwiać i zwiedzać targu mając wokół siebie kilkoro sprzedawców podkładających nam przed oczy swoje towary.
Byliśmy też w fabryce drewnianych figurek. Huczna nazwa... fabryka. Pewnie lepiej brzmiałoby stwierdzenie, że była to wioska rzemieślników Akamba. Było to kilkadziesiąt walących się namiotów, w których dziesiątki Kenijczyków, w warunkach uwłaczających godności pracownika, wytwarzało przepiękne pamiątki. Produkowane tutaj figurki można kupić w całej Kenii... również u Masajów z przynajmniej kilkudziesięcioprocentową marżą.
Słoniowe kły, wykonane w 1952 roku na przybycie królowej Elżbiety robią wrażenie... ale tylko z daleka. Pobliski park Uhuru zachwyca setkami owocożernych nietoperzy... dopóki nie spojrzy się pod nogi.
Starówka w Mombasie od dawna ma szansę na wpisanie jej na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Tyle tylko, że musiałaby wyglądać nieco lepiej, a przede wszystkim być bezpieczna i przyjazna dla turystów.
Cała Kenia sprawia wrażenie, jakby czas zatrzymał się tutaj w 1963 roku, gdy ten kraj opuścili Brytyjczycy. Można oglądać setki walących się budynków, których nikt ani nie naprawia, ani nie wyburza. Gdy nagle zabraknie prądu, to nikt nie zastanawia się dlaczego i nie próbuje naprawić usterki. Łatwiej jest pociągnąć nowy kabel.
Mijaliśmy kiedyś grupę ludzi, stojącą na skraju starego wiaduktu na którym droga kończyła się na ostatnim przęśle... a potem była przepaść. Nie było żadnych barier zabezpieczających, ani znaków ostrzegawczych. Było zwyczajne rozwidlenie dróg. Ta w lewo prowadziła na nowy wiadukt, ta w prawo ku niechybnej śmierci.
Do dzisiaj nie wiem, jakie są tam zasady kodeksu drogowego (poza tym, że obowiązuje ruch lewostronny). Bywa, że na przestrzeni kilkudziesięciu kilometrów nie spotyka się żadnego znaku drogowego, a te które są, najczęściej informują o progu zwalniającym, albo o ograniczeniu prędkości do 50 km. Nie dlatego, że panuje wzmożony ruch pieszych, ale że trzeba się liczyć z dużymi skupiskami małp i można sobie lakier zadrapać. W samej Mombasie jest ogromna ilość rond. Czasami zdarza się znak informujący, że będzie rondo, ale raczej rzadko. Kto ma na nim pierwszeństwo? Nie mam pojęcia.
W zasadzie cały kodeks drogowy mógłbym ująć w kilku zdaniach: „Większy ma pierwszeństwo”, „Kto uderzy przodem, tego wina”, „Pieszy, motor i tuk-tuk nie istnieją”, „Pojazd bez klaksonu nie nadaje się do ruchu”..
Wyprzedzanie na linii ciągłej i pasach dla pieszych (których jest tyle co kot napłakał) jest normą. Na ulicy są zarówno pojazdy, jak też piesi próbujący przemieścić się na drugą stronę jezdni lub sprzedać wodę, owoce, albo żywe kury trzymane głową w dół. Wszystko jakoś funkcjonuje chyba tylko dzięki progom zwalniającym, które można spotkać również na drodze szybkiego ruchu poza miastem.
Podsumowując, Kenia to kraj brudny, zaniedbany, z ogromną ilością śmieci walających się po ulicach. Nijak ma się to do miejsc, w których przebywają turyści, gdzie wszystko lśni czystością i wabi urokiem.

Starówka

Jej ładniejsze fragmenty



























Kły wykonane na powitanie królowej Elżbiety

Śmieci w parku Uhuru

Śmieci, śmieci, śmieci

Jedno z bardziej luksusowych osiedli mieszkaniowych


Fabryka figur






























Piękniejsza strona targu w Mombasie
I ta nieco bardziej mroczna... życzy pan sobie głowę kozy, czy wielbłąda?
Zdecydowaliśmy się również na wycieczkę na wyspę Wasini, której podstawową atrakcją było nurkowanie (właściwie to się nazywa snurkowanie... bo tylko z rurką) na rafie koralowej i duże prawdopodobieństwo zobaczenia delfinów. Tutaj również rozważaliśmy zarówno nasze biuro podróży, jak też biuro mieszczące się w zdezelowanej szopie przy plaży. W tym drugim, pierwotna cena wynosiła 80 dolarów za osobę. Różnica 20 dolarów wydawała nam się mało atrakcyjna, ale negocjacje doprowadziły do ostatecznej kwoty 60 dolarów, na co w końcu przystaliśmy. Mieliśmy tylko jeden posiłek mniej i byliśmy pozbawieni wycieczki do jaskiń... no i oczywiście polskiego przewodnika. W zasadzie to nie mieliśmy żadnego przewodnika. Ale było warto. Każdy pływał na takiej głębokości, na jakiej chciał – od pół metra do kilku metrów. Wszędzie były pięknie wybarwione ryby, koralowce i nieskazitelnie przezroczysta woda. Wyporność była tak wielka, że wystarczyło jedynie położyć się na wodzie. Osoby niepotrafiące pływać, musiały tylko przezwyciężyć strach. Delfiny też były


Oj trudno było zrobić takie zdjęcie

Delfiny wynurzały się na sekundę (może dwie) i nikt nie wiedział w którym miejscu to nastąpi

Taką łajbą popłynęliśmy na Wasini

Takie wysepki mijaliśmy po drodze

Piraci z Karaibów?

Tutaj nurkowaliśmy

Wystarczyło tylko położyć się na wodzie

Jadąc do Kenii, zabraliśmy z sobą pół walizki rozmaitych ubrań dla dzieci, kredek, pisaków, zeszytów i baloników. Ich rozdawanie było wielką frajdą zarówno dla tych dzieci, jak też (a może przede wszystkim) dla Majki. Mamy nadzieję, że tym przedmiotom nie nadano kolejnego życia i nie trafiły one do sprzedaży, bo takie sytuacje się zdarzają.
Zdziwiło mnie to, że poza Masajami nie spotkaliśmy żebrzących dzieci. Nie było ich na plaży, w mieście, w pobliżu sklepów, a nawet we wsi na Wasini.
Czasami pojawiały się takie, które chciały coś sprzedać, ale wystarczyło podziękować i odchodziły. Zachowywały się dużo godniej niż ich rodzice. Ale trudno to wszystko oceniać. Nie każdego stać na tuk-tuka dającego jako taki zarobek, nie mówiąc o stałej pracy przy obsłudze turystów.

Majka rozdaje suweniry z Polski

Wszyscy się dziwili, że ten chłopiec pozwolił Majce wziąć się na ręce

Gdy teraz sięgam pamięcią do naszego wyjazdu, to ze zdumieniem stwierdzam, że wokół nas nie było starych Kenijczyków... sama młodzież. Na jednego barmana (który kłaniał się nam dziesięć razy dziennie) mówiliśmy „Dziadek”. Ale nawet on mógł mieć nie więcej niż czterdzieści lat. A co ze starszymi? Może lepiej takich pytań nie zadawać.

Mieszkańcy Kenii są potomkami bardzo wielu plemion. Niby językiem urzędowym jest angielski i suahili. Owszem, po angielsku jest się bardzo łatwo porozumieć. Jednak między sobą wszyscy rozmawiają mieszanką angielskiego, suahili i lokalnego slangu.
Dzieci mają obowiązek kształcenia w zakresie ośmioletniej szkoły podstawowej, chociaż nikt tego nie egzekwuje... zwłaszcza, że państwowe szkoły zatrudniają miernych nauczycieli i czas tam spędzony, jest uważany za zmarnowany.
Wiele razy się zastanawiałem, czy ich historia w jakiś sposób wpływa na to, że czują się gorsi od białych. Niby nie. Mają duży dystans do siebie. Potrafią powiedzieć do kolegi „ej ty, czekolada”. Ale... 
Dziewczynki bawią się białymi lalkami o włosach w kolorze blond. Nasz przewodnik Pol, miał w swojej historii cztery dziewczyny... trzy europejki i jedną amerykankę – wszystkie białe. Nawet uprawiana kukurydza jest biała, a nie żółta.
A mój przyjaciel Benson? Może on naprawdę mnie lubił.

Do warunków w hotelach i jedzenia trudno mieć jakiekolwiek zastrzeżenia. Lodge w parkach na safari różnią się od zwykłych hoteli tylko ograniczonym dostępem do prądu i ciepłej wody. Poza przejściówką do prądu, warto też zabrać z sobą przedłużacz lub trójnik, gdyż często w pokoju bywa tylko jedno gniazdko. Wszędzie mieliśmy dostępny basen, chociaż nigdy nie było czasu, aby z niego skorzystać.
Trzeba tylko lubić zwierzęta, gdyż jest ich wszędzie bardzo dużo, i podobnie jak Benson, uważają nas za swoich przyjaciół. Po hotelowych korytarzach spacerują jaszczurki, żuki, i rozmaite owady latające. Zadziwiająco mało jest kotów... być może nie lubią małp. Przez całe dwa tygodnie nie spotkałem ani jednego komara, więc moskitiery nad łóżkami były tylko ozdobą.

Małpy najchętniej kradły, ale jak się nie dało, to jadły z ręki

Nigdy nie było wiadomo, czy kubeczek nie został nadpity


Samice z młodymi były nieufne i nie pozwalały się głaskać

Jakiś żuk

A to... może stonoga?


Kiepska znajomość języka też nie była problemem. Majka bardzo nie lubiła gdy ją opuszczałem, w pewien sposób narażając na konieczność konwersacji w slangu polsko-nagielsko-suahili. Ale gdy mnie nie było, to zawsze dawała sama radę. Kiedyś podszedł do niej ktoś z obsługi i o coś zapytał. Na wszelki wypadek odpowiedziała „no, no, no”. Na to on „where are you from?” To zdanie Majka miała doskonale opanowane, więc odpowiedziała „Poland”. Jambo na to „może ręcznik?”.
Często spotykaliśmy się z pewnego rodzaju skrótowcami, w których Majka łapała się dużo lepiej. Bywało, że przychodził kelner i mówił „from?”. Ja na to „ale co from?”, a Majka - „pyta cię skąd jesteś?”.
Innym razem przyszedł Jambo i zadał pytanie „kokos?”. Nie miałem pojęcia, czy chce mi go dać, sprzedać, poczęstować, czy każe wskoczyć na palmę. Pewnego razu zamówiliśmy u takiego proponowacza kokosów rzeźbę małpy wykonaną z łupiny orzecha. On nam się przedstawił, a my obiecaliśmy odebrać i zapłacić za wykonaną przez niego małpę. Po dwóch dniach ponownie pojawiła się ekipa od kokosów. Przyszedł jednak inny, ale znów z pytaniem „kokos?”. Byłem już mądrzejszy. Nie miałem ochoty na kokosa, a ilość jednodolarówek w zastraszającym tempie zaczęła topnieć. Przypomniałem jednak sobie o naszym znajomym i odpowiedziałem „we are waiting for Mahomet”. Facet pewnie pomyślał, że na proroka to sobie jeszcze długo poczekamy, ale się uśmiechnął i odszedł. Po niecałej minucie zjawił się Mohamed z pięknie wyrzeźbioną małpą.

Wiele razy w powyższym tekście użyłem słowa „jambo”. W języku suahili (chyba suahili) jest to powitanie, coś w rodzaju witaj, cześć, dzień dobry. Tyle, że mówi się tak co chwilę, i ta sama osoba potrafi zwrócić się w ten sposób kilka razy dziennie (jak dostanie napiwek to nawet kilkanaście)
Język suahili jest bardzo... pocieszny: dik-dik, pole-pole, bara-bara.

Białą Masajkę” przeczytałem z wielkim trudem. Chyba tylko dlatego, żeby sprawić Majce przyjemność. Akcja tej książki faktycznie rozgrywa się w miejscach, w których byliśmy. Nawet rozpoznawaliśmy niektóre hotele, o których wspomina autorka. Nie mogłem jednak zrozumieć, jak można zachwycać się kulturą Masajów. Jak można rzucić wszystko i chcieć przyjechać tutaj na zawsze.

Na szczęście mi udało się wrócić. Nie powiem... w ogólnym rozrachunku wspominam cały pobyt bardzo pozytywnie. Niepokoi mnie tylko to, że Majka zaczęła już coś przebąkiwać o Sri Lance.



Najlepsze Blogi