czwartek, 8 lutego 2018

PLOTKA 2

Ploteczka jest już z nami od kilkunastu dni. I niewiele dłużej trwa jej życie.
Nie będę na razie go opisywał, ponieważ w większości polega ono na spaniu i jedzeniu.
Bardziej skupię się na sobie, chociaż może to nieskromne.
W pierwszej części opiszę swoje przemyślenia jako rodzica zastępczego. Druga będzie pewnego rodzaju refleksją, zadumą nad sobą, chcącym spełnić się w roli ojca adopcyjnego. Ponieważ nigdy taka sytuacja nie miała miejsca, będzie to więc tylko moje wyobrażenie, jak w takim przypadku bym się zachował.
6-dniowa Ploteczka


Czasami się zastanawiam, co myślą osoby czytające moje opisy dotyczące rodziców biologicznych. Wprawdzie stosuję się do mickiewiczowskiej zasady braku jedności miejsca, czasu i akcji... do tego nadając moim bohaterom niepowtarzalne pseudonimy, to mimo wszystko może się wydawać, że przedstawiane historie są wyjątkowe, że ktoś kto zna taką rodzinę, bez problemu rozszyfruje wszystkich bohaterów. Może i tak, chociaż niekoniecznie trafnie, bo takich (niemal identycznych) przypadków jest mnóstwo. To co opisuję, to są tylko ogólniki. Szczegóły, które mogłyby jednoznacznie zidentyfikować daną osobę (czy rodzinę), muszę zachować dla siebie. A byłoby co opisywać.

Ja, jako rodzic zastępczy:
Bardzo obawiam się tego, że któregoś dnia wpadnę w rutynę. Stanę się ojcem zastępczym, który przyjmuje pod swój dach kolejne dziecko, którym trzeba się zaopiekować. Dziecko, które nie będzie już osobą, a przedmiotem mojej pracy.
Na szczęście jeszcze nie tym razem. Cieszę się, ponieważ noworodki nigdy nie robiły na mnie takiego wrażenia jak na Majce. W zasadzie wszystkie są takie same … podobne do mnie, nieco pomarszczone i z przerzedzoną czupryną. Plotka jest pod tym względem wyjątkowa. Bardzo lubię spędzać z nią czas, a nawet zacząłem zazdrościć kobietom urlopu macierzyńskiego. Życie z noworodkiem płynie w zupełnie innym tempie. Nie istnieje słowo „musisz”. Nie musisz posprzątać, nie musisz zrobić obiadu... wielu rzeczy nie musisz. Trochę się rozmarzyłem, bo jednak my, mając pod opieką kilkoro dzieci, wiele rzeczy zrobić musimy. Chociaż dużą przyjemność sprawia mi świadomość tego, że gdy karmię (jakkolwiek by to dziwnie zabrzmiało), wiem że nie muszę odebrać telefonu od klienta.
Wracając do Plotki. Dziewczynka grzecznie poczekała w szpitalu na wykonanie postanowienia sądu, czyli umieszczenie jej w naszej rodzinie zastępczej. Mama do ostatniego dnia była razem z nią. Miała nadzieję, że uda jej się zabrać dziecko do swojego domu. Nie słuchała lekarzy i pielęgniarek, którzy mówili jej, że dziewczynka zostanie jej odebrana..., że musi zamieszkać w rodzinie zastępczej. Co kilka godzin podchodziła do dyżurki pielęgniarek, z prośbą o wypisanie się z dzieckiem na własne życzenie. Lekarzom wydawało się, że robi im na złość. Oni mówią jedno – ona drugie. Można powiedzieć, że na tej podstawie można by zrobić niezły reportaż, napisać artykuł, który ujmowałby za serce. Matka, która przytula swoje dziecko, ale ktoś każe jej to dziecko zostawić, oddać obcym ludziom. Jest to przykre, bo mamie Ploteczki niewątpliwie nie było łatwo. Dlaczego więc tak się stało? Dlaczego to rozumiem, chociaż uważam się za człowieka obdarzonego dość dużą dozą empatii?

Jakie właściwie są powody ograniczania rodzicom władzy rodzicielskiej?
Z uporem maniaka będę powtarzał, że nie bieda, chociaż ten element występuje prawie zawsze (jako czynnik współistniejący).
Czyli co?
Przemoc w rodzinie, alkohol i inne uzależnienia, konflikt prawem, molestowanie seksualne, upośledzenie umysłowe, brak odpowiedzialności i świadomości obowiązków związanych z macierzyństwem (co najczęściej jest związane z nieistnieniem właściwych wzorców), a co jednym zdaniem można określić jako brak kompetencji do sprawowania władzy rodzicielskiej.
Najczęściej jest tak, że rodzina zmaga się z dwoma, trzema wspomnianymi problemami. W przypadku Ploteczki wystąpiły wszystkie okoliczności naraz. Gdyby dziewczynka miała zamieszkać ze swoją mamą, to ładnie rzecz ujmując – wprowadziłaby się do rodziny wielopokoleniowej. Jednak mówiąc wprost – znalazłaby się w rodzinie, w której wszyscy żyją „na kupie”, bo nie mają innego wyjścia. Brakuje tam tylko dzieci, ponieważ wszystkie zostały umieszczone w pieczy zastępczej. Mama Plotki do niedawna również przebywała w domu dziecka, ale cóż … ukończyła 18 lat i wróciła do mamusi.
Historie takich młodych ludzi są bardzo przykre. Niestety mam świadomość tego, że Kapsel prędzej czy później, też wróci do mamy. Jedyną nadzieją dla niego byłaby adopcja, ale prawdopodobieństwo takiego obrotu sprawy jest już bliskie zeru.
Mama Ploteczki jest więc osobą bardzo młodą, ale też bardzo doświadczoną przez życie. Chociaż nie wiem, czy życiem powinienem nazywać osoby, które krzywdziły ją od najmłodszych lat, zarówno w sensie psychicznym, jak i fizycznym. Pewnych spraw już się pewnie nie da odwrócić (choćby zmienić jej światopoglądu), a przynajmniej nikomu na tym nie zależy.
Mama nie potrafi wskazać ojca dziewczynki... chociaż mówi o trzech facetach, których teoretycznie może ścigać o alimenty. Pierwszy jest kryminalistą z wieloma wyrokami, drugi - przemocowym alkoholikiem. Trzeciemu oddała się za 80 złotych, tak po prostu, bo to przecież zupełnie normalne. Tak więc Ploteczka pewnie będzie miała wpisane w akcie urodzenia „ojciec nieznany”. Chociaż nie wiem, czy teraz nie wpisuje się jakiegoś fikcyjnego nazwiska. Przez chwilę jeden z tej trójki (a może nawet jakiś inny) zdecydował się za flaszkę wódki przyznać do ojcostwa, ale pewnie gdy wytrzeźwiał, to sprawę przemyślał.
Ktoś, kto ma do czynienia z opieką zastępczą, zapewne nie jest tą historią zdziwiony.
Dla mnie też jest to już standard. Skupiam się na dziecku (chociaż Majka ma w tym względzie dużo większe zasługi), aby dać mu wszystko to, co dostaje dziecko urodzone w porządnej rodzinie, to co dostały nasze dzieci.
Istnieje jednak w mojej świadomości pewien zgrzyt. Teoretycznie celem umieszczenia dziecka w rodzinie zastępczej, jest przywrócenie go rodzinie biologicznej.
Znam się z Plotką tylko nieco więcej niż tydzień. Gdybym jednak musiał dzisiaj oddać ją mamie, to byłoby to dla mnie szalenie trudne. Przyzwyczaiłem się do przekazywania dzieci rodzicom adopcyjnym, i mam nadzieję, że ta dobra passa jeszcze przez długi czas nie zostanie przerwana.

Ja, jako rodzic adopcyjny:
Wczoraj ośrodek adopcyjny zadzwonił do Majki, że jest noworodek, którego szanse na zamieszkanie ze swoimi rodzicami praktycznie nie istnieją. Jest to dziewczynka, która może stać się częścią naszej rodziny. Może zostać naszym dzieckiem, o którym od tylu lat marzyliśmy. Właśnie jedziemy na spotkanie do ośrodka adopcyjnego, tam dowiemy się więcej szczegółów. W samochodzie panuje przerażająca cisza. Majka, która wiecznie coś mówi, tym razem siedzi i patrzy tępo przed siebie. Aż strach zapytać, o czym myśli.
Ja jestem jeszcze bardziej nerwowy. Lewa noga drży mi niemiłosiernie. Na szczęście służy tylko do wciskania sprzęgła, więc jakoś jedziemy.
Cały czas zastanawiam się, co usłyszymy o dziecku. Pewnie Majce chodzą po głowie takie same myśli. Zdecydowaliśmy się adoptować zdrowego noworodka. Dlaczego zdrowego? Bo mamy takie prawo, a ja nie wiem, czy byłbym w stanie pokochać dziecko upośledzone. A co właściwie znaczy „dziecko zdrowe”? Naczytałem się rozmaitych opinii, że nie ma zdrowych dzieci przeznaczonych do adopcji. Wiem, że jest to wielka bzdura. Ale wiem też, że często trzeba pomóc dziecku, kierując je na rozmaite terapie, rehabilitacje. Trzeba mu poświęcić wiele czasu, trzeba mu poświęcić siebie. Spoko, na to jestem przygotowany. Przeraża mnie tylko FAS i niektóre dziedziczone choroby psychiczne. Zespół Downa? Boże, oby nie. Dla Majki chyba nie byłby to wielki problem. Zaczynam wariować... przecież decydowaliśmy się na dziecko zdrowe.
Dojechaliśmy. Trzymamy się za ręce... wszystko bez słów. Gul w gardle. Ogromne emocje. Radość i strach w jednym. Wchodzimy.
Siadamy przy okrągłym stole. Na wszelki wypadek dziękuję za proponowaną kawę, bo wiem, że nie dam rady nasypać łyżeczką cukru (a gorzkiej nie lubię). Znana mi od wielu miesięcy pani psycholog, patrzy mi prosto w oczy. Co chce mi powiedzieć i czego oczekuje ode mnie? Czasami się zastanawiałem, czy nie dostałem kwalifikacji do bycia rodzicem adopcyjnym, tylko i wyłącznie w pakiecie z Majką. Czy ja się nadaję, aby zostać ojcem dziecka urodzonego przez zupełnie obcą kobietę i mającego geny zupełnie nieznanego mi faceta?
Nie mówię o swoich wątpliwościach. Im mniej powiem, tym będzie lepiej. Majka z pewnością zrobi dobre wrażenie – jak zawsze.
Otrzymujemy wszelkie informacje na temat dziewczynki. Krótko mówiąc, mamy podjąć decyzję. Dziewczynka jest zdrowa, jednak ilość złych wiadomości o rodzinie dziecka mnie przytłacza. Mamy kilka godzin, żeby powiedzieć "tak”, albo „nie”. Majka patrzy na mnie. Wiem co myśli, ale potrzebuje mojej akceptacji. W naszej rodzinie, to ja zawsze mam ostatnie zdanie. Jak zadaję pytanie „co mam kupić na obiad?”, w odpowiedzi słyszę „co kupisz to zrobię”. No to może golonkę z kapuśniakiem? Tylko ty to lubisz. A zupa jagodowa? Przecież nikt tego nie zje.
Najczęściej moje ostatnie zdanie sprowadza się do stwierdzenia „masz rację kochanie”.
Bywają jednak sytuacje, gdy faktycznie to ja muszę postawić kropkę nad „i”.
Zaczynam więc szybko analizować wszystko, czego się dowiedziałem. Być może nie będziemy potrzebowali kilku godzin na podjęcie decyzji.
Zaczynam od ostatniej otrzymanej informacji – upośledzenie umysłowe mamy. Szybko to odrzucam. W mojej ocenie wpływ na to ma czynnik środowiskowy połączony może z zaburzeniami okołoporodowymi. W przypadku dziewczynki, nie ma mowy o jakiejkolwiek genetycznej chorobie umysłowej.
Myślę dalej... Przemoc stosowana wobec mamy naszego dziecka (w tym natury seksualnej), tak zwane wrodzone lenistwo, dzieciństwo spędzone w placówce.
Tak... trochę czytałem o epigenetyce (której jednym z wniosków jest dziedziczenie cech nabytych). Dziecko alkoholika będzie alkoholikiem, leniucha – leniuchem, prostytutki – prostytutką (a chłopiec to pewnie alfonsem). Być może wychowywane w takiej rodzinie, może przejąć takie zachowania. Nawet jest to bardzo prawdopodobne. W przypadku naszego noworodka, takie niebezpieczeństwo również odrzucam. Staram się nie wierzyć w teorie, które cały czas są tylko teoriami.
Jest tylko jedna myśl, która nie daje mi spokoju. Jednym z partnerów mamy naszej dziewczynki... już mówię naszej – nie wiem, czy dalsze rozważania mają większy sens.
Więc jednym z partnerów, był człowiek nie stroniący od alkoholu. Nikt nam nie da gwarancji, że mama dziewczynki (będąc w ciąży), przebywając w jego towarzystwie, nigdy nie wypiła. Myślę nawet, że jest to mało prawdopodobne. Pierwsze miesiące będą więc bardzo nerwowe. Ja chciałem adoptować dziecko nieco starsze. Zdaję sobie sprawę z tego, że też nie dawałoby to gwarancji, iż nie pojawią się nagle jakieś zaburzenia. Więc w zasadzie nie ma znaczenia czy dziecko ma tydzień, czy dziesięć miesięcy. Cóż, próbuję się jakoś pocieszyć. Jednak podświadomie cały czas obawiam się noworodka. W końcu do adopcji nie idą dzieci z dobrych domów. I wydaje mi się, że to co może być najgorsze, powinno się pojawić w ciągu kilku pierwszych miesięcy życia. Nie potrafię przewidzieć swojego zachowania, gdy coś pójdzie nie tak. Jestem „dupkiem”, czy tylko przeciętnym facetem? Chcę być ojcem, czy wybieram się na zakupy do marketu? Gubię się.
Istnieje też niebezpieczeństwo, że mama naszej dziewczynki nagle zechce odzyskać córkę. Przecież ani nie zrzekła się praw rodzicielskich, ani nie było jeszcze rozprawy, na której sąd odebrałby jej te prawa. Będziemy zatem przez jakiś czas taką trochę rodziną „na niby”. Oby przez bardzo krótki czas.
Jednak Majka bardzo chciała adoptować noworodka. Chciała poczuć ten specyficzny zapach, być mamą od samego początku. Rozumiem to. Uśmiecham się więc do niej i mówię „no to jedziemy do szpitala”.
Oby wszystko ułożyło się dobrze.

piątek, 26 stycznia 2018

PLOTKA

Będzie to trochę nietypowy wpis. Po pierwsze będzie krótki, a po drugie będzie dotyczył dziecka, które jeszcze z nami nie zamieszkało. Sasetka na swój pierwszy opis, czekała ponad pół roku.

Gdy wróciłem dzisiaj z pracy, byłem świadkiem bardzo śmiesznej sytuacji. Sasetka nie poszła do przedszkola, ponieważ wczoraj zagorączkowała. Jak się jednak rano okazało, to Maruda obudził się z dużo większym kaszlem i katarem. Kapsel po powrocie z przedszkola, też nie chciał być gorszy, więc również kaszlał, aby zwrócić na siebie uwagę. Kubuś zakaszlał tylko raz (bo pewnie się zakrztusił), ale ponieważ był zmęczony zdawanymi egzaminami, położył się na tapczanie i przysnął.
No i rozpoczęły się dyskusje między Sasetką i Kapslem, w jakim stanie jest Kuba. Doszli w końcu do wniosku, że chyba czas już wzywać pogotowie.
Na to Majka stwierdziła: „widzicie... i tak się rodzi plotka”.
Od kilkunastu minut wiedziałem, że w ciągu kilku dni zostanie u nas umieszczony noworodek, ale jeszcze nie miałem okazji porozmawiać o tym z Majką. Aby nie wzbudzać sensacji, zadałem Majce ciche i krótkie pytanie: „to kiedy się urodziła?”. Nie wiem dlaczego, ale mam jakieś wewnętrzne przeczucie, że jest to dziewczynka.

Niestety nasze dzieci nie słyszą gdy się je o coś prosi, ale najbardziej cichy szept wyłapie nawet „głuchy” Kapsel.
  • Tak..., urodziła się plotka – stwierdził Kapsel.
  • Taaak? - zapytała Sasetka.
  • Łoś – podsumował Maruda
Tak więc niezależnie od tego, czy będzie to chłopiec, czy dziewczynka, będzie miał (lub miała) ksywkę „Plotka”.

Nasza wiedza dotycząca dziecka, kończy się na tym, że zostaliśmy poinformowani, iż urodziło się kilka dni temu. Nie wiemy nic na temat jego rodziców, stanu zdrowia, i jak wcześniej wspomniałem, czy jest chłopcem, czy dziewczynką. Na dobrą sprawę, może się również okazać, że wszystko zostanie odwołane i dziecko zostanie umieszczone u kogoś z rodziny. Zdarzało się tak już kilka razy, jednak dotyczyło to raczej starszych dzieci.

Niektóre Ośrodki Adopcyjne w naszym kraju, praktykują adopcje noworodków. Chociaż w zasadzie nie do końca jest to adopcja od samego początku, ponieważ mama dziecka, nawet gdy sama zrzeknie się swoich praw rodzicielskich, ma jeszcze sześć tygodni na zmianę decyzji. W takim przypadku rodzice decydujący się na adopcję tak małego dziecka, przez jakiś czas pełnią funkcję rodziny zastępczej. Istnieje nie tylko ryzyko, że mama biologiczna się odmyśli, ale również to, że wyjedzie nie wiadomo gdzie i na jak długo (zanim przed sądem zrzeknie się praw do swojego dziecka). Zgodnie z prawem, ma również dostęp do danych osobowych rodziny zastępczej (która w tym przypadku ma przecież tylko i wyłącznie motywacje adopcyjne). Kiedyś byłem bardzo przeciwny takim procedurom. Teraz jestem dużo bardziej otwarty, ponieważ z punktu widzenia dziecka, jest to najlepsze rozwiązanie... o ile wszystko pójdzie zgodnie z planem. Chociaż często chodzi mi też po głowie myśl, na ile świadomość tymczasowości może blokować pełne zaangażowanie emocjonalne rodziców adopcyjnych (przynajmniej niektórych z nich).
Jeżeli kogoś interesuje ten temat, to podaję link do bardzo ciekawej dyskusji sprzed wielu miesięcy (w której również wziąłem udział):
Zwróciłem wówczas uwagę na to, że odrębny pogląd prezentowali rodzice adopcyjni, a odrębny zastępczy. Ci pierwsi kierowali się sercem, ci drudzy – doświadczeniem. Były też różnice zdań pomiędzy rodzicami adopcyjnymi oczekującymi na dziecko lub będącymi krótko po przysposobieniu, a tymi z dłuższym stażem, mającymi więcej kontaktów z innymi rodzicami adopcyjnymi. Chociaż może jest to tylko moje subiektywne zdanie.

W naszym przypadku sytuacja wygląda tak, że ani nasz PCPR, ani Ośrodek Adopcyjny nie zamierzają od razu umieszczać noworodków w docelowej rodzinie adopcyjnej, nawet gdyby decyzja rodziców biologicznych była jednoznaczna: „chcemy oddać nasze dziecko do adopcji”. Naszym zadaniem (jako rodziny zastępczej) jest przede wszystkim zaopiekowanie się nim, stworzenie dla niego rodziny, ale również wykonanie szeregu konsultacji medycznych (będących zaleceniami w wypisie ze szpitala, lub pojawiających się w trakcie wizyt u lekarzy). W pewien sposób monitorujemy również aktywność rodziców biologicznych dziecka - czy się nim interesują, a jeżeli tak, to w jakim zakresie? W tym czasie PCPR zbiera wszelką dokumentację dotyczącą rodziców i dalszej rodziny dziecka. Rozpoczyna się współpraca z kuratorami sądowymi i asystentami rodzin (o ile tacy zostali ustanowieni). Chodzi o to, aby rodzice decydujący się na adopcję za kilka miesięcy, mieli bardzo szerokie spektrum przy podejmowaniu decyzji.
Rodzice chcący adoptować noworodka zwracają uwagę, że umieszczenie dziecka na tych kilkanaście tygodni w rodzinie zastępczej, pozbawia ich najpiękniejszych chwil przebywania z dzieckiem. A co do ewentualnych zaburzeń i chorób, to zdarzają się przecież również u dzieci biologicznych i nikt z tego powodu nie przestaje ich kochać. Trudno się z tymi argumentami nie zgodzić, chociaż trzeba brać pod uwagę to, że prawdopodobieństwo wystąpienia rozmaitych nieprawidłowości w rozwoju u dzieci kierowanych do adopcji jest dużo większe. Wiele rodzin decydujących się na przysposobienie, stawia warunek, że chce adoptować dziecko zdrowe, ewentualnie z niewielkimi deficytami (w domyśle – takimi, które da się w krótszym, czy dłuższym okresie, zniwelować poprzez terapię, rehabilitację, leczenie). Gdybym w swoim życiu stanął przed podjęciem decyzji o przysposobieniu dziecka, to byłbym właśnie takim rodzicem. Wydaje mi się, że jest to zupełnie normalne zachowanie. Nie każdy jest gotowy podjąć się opieki nad dzieckiem upośledzonym (w takiej, czy innej postaci). Nie każdy też jest gotowy zmierzyć się psychicznie z możliwością rozstania z dzieckiem, które już pokochał. Przecież mama biologiczna dziecka, nie tylko może w ciągu sześciu tygodni podjąć decyzję o powrocie dziecka do niej, ale może również nie zrzec się w sądzie praw rodzicielskich. Rozpocznie się postępowanie, mające na celu pozbawienie jej tych praw. Nawet gdy do tego dojdzie, mama może się odwoływać od wyroku, składać wniosek o przywrócenie praw rodzicielskich – taka sytuacja może trwać latami. Dlatego uważam, że adopcja noworodka nie jest dla wszystkich... jest dla ludzi o silnych nerwach, chociaż z punktu widzenia dziecka, jest niewątpliwie korzystna. Zwolennicy tego rodzaju postępowania zwracają uwagę na fakt, że do takiej adopcji kierowane są dzieci, przy których istnieje prawie stuprocentowa pewność, że mama zupełnie nie jest zainteresowana swoim dzieckiem i będzie szczęśliwa jeżeli pozbędzie się problemu. Pewnie tak..., tyle tylko, że jest to jakaś interpretacja sytuacji, na podstawie wewnętrznych przekonań kilku osób z danego Ośrodka Adopcyjnego.

Pomyślałem sobie, że na przykładzie Ploteczki, spróbuję spojrzeć na tę kwestię zarówno z punktu widzenia rodzica zastępczego, jak też adopcyjnego. Tym pierwszym jestem. Bycie tym drugim, mogę sobie tylko wyobrazić.

Aktualnie wiadomo, że Plotka to w miarę zdrowy noworodek, który został skierowany do pieczy zastępczej. Jako pogotowie rodzinne, wyraziliśmy zgodę na umieszczenie dziecka u nas, bez drążenia tematu.
Rodzice adopcyjni na tym etapie też zbyt wiele więcej informacji by nie dostali. Prawdopodobnie dowiedzieliby się, jaka jest płeć dziecka, ile miało punktów w skali Apgar i zostaliby zaproszeni na rozmowę.

Czas pokaże, co będzie dalej.




niedziela, 14 stycznia 2018

SASETKA

Jest to historia dziewczynki, dla której czas zaczyna biec coraz szybciej. Pewnie pierwszym skojarzeniem jest myśl o jakiejś ciężkiej chorobie, o pilnej potrzebie wykonania jakiejś operacji albo konieczności przeprowadzenia terapii. Nic z tych rzeczy. Sasetka ma cztery lata i jest zupełnie zdrowym dzieckiem. Jest też wolna prawnie, co oznacza … No właśnie, na tą chwilę jeszcze nic nie oznacza. Sędzia odebrał prawa rodzicielskie rodzicom dziewczynki, pozostawiając ją i jej brata nadal w naszej rodzinie.
Kiedyś powiedziałbym, że sprawa powinna być już dawno zamknięta. Dzieci powinny być już zgłoszone do adopcji, a w zasadzie mieszkać w kochającej je rodzinie. Teraz też tak myślę, chociaż coraz częściej patrzę na sprawę z punktu widzenia innych stron i zaczynam dostrzegać złożoność sytuacji.

Do sądu wpłynął wniosek rodziny spokrewnionej z mamą dzieci, o ustanowienie jej rodziną zastępczą. W takiej sytuacji sędzia wstrzymał się z wydaniem ostatecznej decyzji, do dnia rozpatrzenia tego wniosku na odrębnej rozprawie. Niestety powoduje to niepotrzebne wydłużenie pobytu dzieci w naszej rodzinie, co niczemu dobremu nie służy. Rozmawialiśmy niedawno z tą rodziną – termin rozprawy nie został jeszcze wyznaczony.
Patrząc z perspektywy władzy sądowniczej z pewnością jest to krok w dobrym kierunku (szkoda tylko, że tak bardzo rozłożony w czasie). Może się przecież okazać, że dzieci były bardzo związane z kimś bliskim (ciocią, babcią, kuzynką). Umieszczenie dziecka w takiej rodzinie, daje mu możliwość kontaktów z rodzicami biologicznymi (oraz dalszą rodziną, którą najczęściej zna) i jakieś prawdopodobieństwo powrotu do nich. Znajomość „korzeni” jest bardzo ważna z punktu widzenia psychiki człowieka. Często jednak bywa, że taka opieka zastępcza źle się kończy. Opisywałem kiedyś historię Sztangi i Asterii. Dziewczynki zostały odebrane mamie, która odeszła od taty. Starsza z sióstr została umieszczona w rodzinie siostry mamy, młodsza wróciła do taty. Po kilku latach mama wróciła do taty i przywrócono jej prawa rodzicielskie do starszej dziewczynki. Historia zatoczyła koło. Podobno wcale nie jest lepiej, niż było kiedyś.

Dla rodzin zastępczych spokrewnionych, opieka nad dzieckiem kogoś z rodziny, też często nie jest sytuacją komfortową. Zupełnie inaczej układają się relacje z kimś obcym, a zupełnie inaczej z rodziną. Gdy my rozmawiamy z rodzicami biologicznymi przebywających u nas dzieci, to jest „krótka-piłka”. Konkretne zasady i żadnych ustępstw. W ostatnim czasie „ożywił” się tata Sasetki, nawet przyjechał się spotkać z nią i Marudą. O ile chłopiec zupełnie go już nie pamięta, to dla dziewczynki jest to nadal ważna osoba. Obiecał, że będzie dzwonił w każdy piątek. W przeciwieństwie do Kapsla, Sasetka wie, kiedy jest piątek. Wczoraj podczas kąpieli opowiadała mi, że rozmawiała wieczorem z tatą przez telefon, że niedługo z nim zamieszka. Wprawdzie gdy zapytałem „kiedy zamieszkasz?”, odpowiedziała, że „wczoraj”, ale pewne pojęcia jeszcze się jej czasami mylą. Byłem przekonany, że dzwonił. Okazało się, że nie. Majka nie popuści, następną okazję będzie miał za tydzień. Jak postąpiłaby, gdyby tatą Sasetki był jej brat? Bardzo często rodzice biologiczni „wchodzą na głowę” spokrewnionej rodzinie zastępczej.

A teraz strona rodziców biologicznych. Mama stwierdziła, że nie dorosła do posiadania dzieci i godzi się na pozbawienie jej praw rodzicielskich. Ja staram się odbierać to jako mądrą i przemyślaną decyzję. Majka mówi, że nie ma w tym żadnej mądrości – zwyczajnie idzie na łatwiznę. Chociaż gdy tata chce walczyć o odzyskanie dzieci, stwierdza że tylko im szkodzi. Obie postacie są dla mnie tragiczne. Mama musi zmierzyć się zarówno z faktem, że już nigdy dzieci nie zobaczy, jak też z krytycznymi ocenami otoczenia. Tata chodzi po wsi i opowiada jaka to ona wredna s...ka, która zdecydowała się oddać własne dzieci. Z kolei on sam jest alkoholikiem z zasądzoną terapią odwykową (jeszcze na etapie, gdy dzieci mieszkały razem z nim). Od piątku do niedzieli nie trzeźwieje. Pewnie wczoraj spotkał się z kolegami i zapomniał, że miał zadzwonić. Nie chcę go ani oskarżać, ani usprawiedliwiać. Niech robi co chce, ale niech pozwoli dzieciom zamieszkać w szczęśliwej rodzinie.

A co na to ta szczęśliwa rodzina? Nawet jeżeli sąd zadecyduje o skierowaniu dzieci do adopcji, to zawsze będzie istniało niebezpieczeństwo, że któryś z rodziców złoży wniosek o przywrócenie praw rodzicielskich. Procedura adopcyjna zostanie wstrzymana (nawet na etapie spotykania się z dzieckiem). Takie niebezpieczeństwo istnieje zawsze, jednak w tym przypadku, prawdopodobieństwo jest dużo większe. Jak taka aktywność ojca może wpłynąć na decyzję rodziny adopcyjnej? Owszem może, wielu rodziców może się przerazić.
Aktualnie tata chyba nie rozumie całej sytuacji. Deklaruje chęć walki o odzyskanie dzieci, chociaż od wyroku się nie odwołał. Mam wrażenie, że w jego mniemaniu, dzieci jeszcze przez długi czas będą mieszkać z nami, i ta świadomość, póki co zwalnia go z podejmowania szybkich decyzji. Zresztą nawet mu się nie dziwię takiej niewiedzy, bo sędzia sądu rodzinnego też nie za bardzo miał pojęcie czym jest pogotowie rodzinne. Chciał pozostawić dzieci u nas bezterminowo. Dlatego po raz pierwszy w życiu byłem wezwany na rozprawę i musiałem wyrazić swoje zdanie. Biorąc pod uwagę sam sposób wypowiedzi, ktoś mógłby pomylić mnie z tatą biologicznym. Wprawdzie on mówił bzdury, to jednak był wyluzowany. Ja byłem tak zestresowany, że do teraz nie pamiętam co powiedziałem. Ale Majka twierdzi, że mądrze (albo tylko mnie pociesza).

Żyjemy więc cały czas w niepewności. Mam nadzieję, że od przysposobienia dzieci, dzielą nas już tylko tygodnie. Niestety doświadczenie nauczyło mnie, że równie dobrze może to być wiele miesięcy. Wystarczy, że tata złoży wniosek o przywrócenie praw rodzicielskich. Do najbliższej rozprawy miną jakieś trzy miesiące (bo takie są u nas terminy). Jeżeli coś zacznie z sobą robić, choćby uda się na terapię odwykową, to pewnie sędzia da mu szansę... wszystko przeciągnie się o kolejne miesiące. A czas biegnie coraz szybciej. Jeszcze trochę i Sasetka będzie miała już pięć lat. W tym wieku szanse na adopcję zaczynają już bardzo szybko maleć. Dziewczynkę ratuje na szczęście Maruda. Adopcja w pakiecie z młodszym rodzeństwem jest dużo łatwiejsza.

Niestety w przypadku opieki zastępczej, czas nie jest sprzymierzeńcem. Jesteśmy dla dzieci coraz ważniejsi, a i one też są nam coraz bliższe. Kilka dni temu obudziłem się w środku nocy. Z jednej strony przytulała się do mnie Majka, a z drugiej … Sasetka.
Raz na kilka dni zdarza się, że przychodzi do nas do łóżka. Jest bardzo bystra. Zawsze zakrada się cichutko, niemal bezszelestnie. Robi to tak, aby nie obudzić Majki, bo wie, że wówczas zostanie odprowadzona przez nią do swojego łóżeczka. Niestety dzieci tak mają, że utulenie ich we własnym łóżeczku ma dużo mniejszą rangę, niż przytulenie się do rodziców w ich łóżku. Być może nie bez powodu ulubionym refrenem Sasetki (który często śpiewa) jest " ...jak się zbudzi, to nas zje". W każdym razie, ja nawet jak słyszę, to udaję, że nic nie słyszę. Co mi szkodzi. Niezależnie od wszystkiego, przejście dziecka do nowej rodziny jest dla niego ogromnym przeżyciem (nawet jeżeli zostanie rozłożone na kilka tygodni). Jeżeli rodzice adopcyjni będą chcieli wprowadzić swoje zasady, to dawne przyzwyczajenia szybko zostaną zapomniane.
Psychika dzieci jest dla mnie niepojęta. Niedawno zauważyliśmy (ciężko to przeoczyć), że dzieciaki (zwłaszcza Maruda) trudno zasypiają. Ciekawe było to, że w te wieczory, gdy Majki nie było w domu, wszystko przebiegało bez najmniejszych problemów. Po kąpieli dostawały po buziaku i nastawała cisza. Majka początkowo mi nie wierzyła. Myślała, że pewnie wrzeszczą (nie mogąc zasnąć), a ja na to nie reaguję. Od kilku dni, gdy kąpię dzieci, Majka ubiera się w kurtkę i przychodzi do łazienki mówiąc, że wychodzi do sklepu, albo do kina. Działa... wszyscy spokojnie śpią.
Sasetka często kaszle. Ma wręcz napady kaszlu, zwłaszcza rano. Nawet panie w przedszkolu zwróciły na to uwagę (wywiesiły kartkę na drzwiach, z prośbą o nieprzyprowadzanie chorych dzieci … być może chciały napisać „chorej Sasetki”). Tyle tylko, że nasza lekarka rodzinna zawsze stwierdza, że nic jej nie jest.
Ostatnio przeczytałem gdzieś o kaszlu psychogennym, mającym podłoże w mózgu. Pobiegłem więc do Majki, podzielić się tą informacją. Dowiedziałem się, że już na ten temat rozmawialiśmy. Może to już starość, a może tata (nawet zastępczy) to ktoś inny niż mama. Nie wszystko musi pamiętać, płazem uchodzą mu wszelkie odstępstwa od reguły... jest tylko tatą.
Sasetka dużo więcej czasu spędza z Majką. Ja w zasadzie się tylko pojawiam (co jakiś czas, na jakiś czas). A jednak dziewczynka dużo częściej przychodzi przytulić się do mnie, niż do Majki (chociaż, gdy dzieje się jej krzywda, to biegnie do niej).
Niedawno byliśmy na uroczystości rodzinnej u Gacka (naszego byłego podopiecznego). Chłopiec wyłowił mnie wzrokiem z tłumu i krzyknął „cześć!!!”. Gdy jego mama zaprosiła wszystkie dzieci do pokoju na piętrze, to przyszedł do Kubusia i do mnie, każąc wstać i zbierać się na górę. Kubuś ma niecałe dwadzieścia lat, więc może jeszcze uchodzić za dziecko … ale ja?
Nie uważam, abym miał jakieś niezwykłe predyspozycje do bycia ojcem, ani też nie poświęcam naszym dzieciom zastępczym więcej czasu, niż poświęcałem naszym córkom.
Raczej dochodzę do wniosku, że łatwo być ojcem.

Niby wpis miał dotyczyć Sasetki, a znowu rozpisałem się na różne tematy.
Załączam więc opis dziewczynki, z którym niedługo (mam nadzieję) zapoznają się rodzice adopcyjni Sasetki i Marudy. Poza suchymi faktami przedstawianymi w opiniach psychologów, lekarzy i innych osób prowadzących dane dziecko, są to pierwsze, dużo bardziej osobiste relacje zachowań dzieci. Dopiero potem następuje pierwsze spotkanie z nimi. W jakiś sposób takie opisy budują wyobrażenie o dziecku.
Nawet ja, gdy teraz przeczytałem ten opis sprzed trzech miesięcy, zacząłem się zastanawiać, czy faktycznie dotyczy on Sasetki. Nastąpił kolosalny rozwój, zwłaszcza w zakresie mowy i zachowań społecznych. A najbardziej chyba w układaniu puzzli. Jest lepsza od Kapsla, a być może nawet ode mnie – nie próbuję stawać z nią w szranki.


Ocena rozwoju dziecka na podstawie obserwacji opiekunów (3,5 roku).

Dziewczynka mieszka w naszej rodzinie od ponad trzech miesięcy. Z pozoru można powiedzieć, że wyrwanie z domu rodzinnego, nie wywarło na niej większego wrażenia. Od samego początku była bardzo otwarta w stosunku do nas, chociaż nieśmiała (co zresztą zostało do teraz). Lubi się przytulać, często do nas przychodzi, patrzy prosto w oczy i się uśmiecha. Coś chce, ale nie potrafi tego wyrazić. Początkowo myśleliśmy, że takie zachowanie jest właśnie reakcją na rozstanie ze swoimi rodzicami. Jednak miały miejsce już trzy wizyty jej mamy i te spotkania wyglądały bardzo podobnie … zresztą z obu stron.


Wykaz umiejętności dziecka:

  • Biorąc pod uwagę rozwój fizyczny i motoryczny, można powiedzieć, że wszystko jest bez zarzutu. Dziewczynka świetnie sobie radzi na placu zabaw czy w przedszkolu, do którego uczęszcza. Biega, skacze na trampolinie, kopie piłkę.
  • Sama potrafi się ubrać i rozebrać. Trudność sprawiają jej guziki, zamki błyskawiczne i sznurowadła, ale na to ma jeszcze czas.
  • Kontroluje swoje potrzeby fizjologiczne. Bez problemu korzysta z toalety, sama potrafi się umyć.
  • Pod względem społecznym, również nie jest najgorzej. Sasetka słucha i wykonuje polecenia opiekunów. Chętnie współpracuje, pomagając w wykonywaniu prostych czynności.
  • Nie umie bawić się samodzielnie, zawsze potrzebuje kogoś, kto jej tę zabawę zorganizuje. Jednak, gdy to nastąpi, to potrafi bawić się z innymi dziećmi, a nawet dzielić się z nimi zabawkami, czy smakołykami. Od samego początku zwłaszcza dbała o swojego młodszego brata. Nie zjadła niczego, dopóki on nie dostał tego samego. Staramy się ją nauczyć, że wcale nie musi pełnić funkcji matki dla chłopca i widać już pierwsze efekty (zaczyna coraz częściej myśleć również o sobie).
  • Jest jednak bardzo nieśmiała. Trudno jeszcze powiedzieć z czego to wynika, ale na każdą sytuację, z którą nie potrafi sobie poradzić, reaguje uśmiechem. Często nie odpowiada na zadane pytanie, tylko się uśmiecha. Gdy ktoś na kogoś krzyknie (niekoniecznie na nią), również się uśmiecha. Kiedy nie czuje się obserwowana, albo jest świetna zabawa, czy chociażby kąpiel, to potrafi wypowiadać swoje emocje pełnymi zdaniami. Wystarczy jednak zapytać: „słucham, bo nie zrozumiałem?” i nagle jest cisza.
  • Z rozwojem intelektualnym jest nieco gorzej. Dziewczynka potrafi mówić, jednak gdy do nas przyszła, posługiwała się pojedynczymi słowami. Do tego były to wyrazy bardziej odpowiednie dla dwulatka, typu: am, pi, ti-ti, chał, miał, halo i … gacie. Proste zdania, które wypowiadała zaczynały się od słów: „Maruda chce …”, albo „Maruda ma kupę” i służyły głównie zwróceniu naszej uwagi na jej brata. Teraz jest już trochę lepiej. Coraz częściej sama potrafi powiedzieć jakieś inne proste zdanie, choćby „proszę pić”, albo bardziej skomplikowane „wujek zobacz, tu jest rybka” (patrząc na akwarium). Cały czas ma jednak trudności z odpowiadaniem na zadawane pytania. Albo się uśmiecha, albo powtarza ostatnie usłyszane słowo (zupełnie się nie zastanawiając nad sensem swojej odpowiedzi). Na przykład „Czujesz się dobrze, czy źle?” - „źle”, „Czujesz się źle, czy dobrze?” - „dobrze”, „Jak się czujesz?” - uśmiech. Często się też zdarza, że chodzi za kimś krok w krok i powtarza ostatnio wypowiadane przez niego słowa, a nawet sylaby. Staramy się uczyć ją nazywać kolory, których nie zna (ani słów, ani ich nie odróżnia). Mówimy „zielony” - cisza. Na to my „zie-lo-ny” - w odpowiedzi słyszymy „ny”.
  • Potrafi powiedzieć jak ma na imię i ile ma lat, chociaż gdyby ktoś nie wiedział, że to Sasetka, to z pewnością by się nie domyślił. Raczej zajęcia z logopedą będą konieczne. Jutro pierwsze (wstępne) spotkanie.
  • Poza kolorami, ma trudności z rozróżnianiem pojęć teraźniejszości, przyszłości i pór dnia. Z pewnym trudem posługuje się wyrażeniami dłuższy-krótszy, większy-mniejszy, bliżej-dalej. Dla przykładu, gdy na rysunku były dwie kiełbasy, to potrafiła wskazać dłuższą, jednak na pytanie „a jaka jest ta druga?, odpowiadała „parówka”.
  • Za to całkiem dobrze liczy. Jak do tej pory jeszcze z naszą pomocą, ale aż do jedenastu (z pominięciem dziesięciu – ta liczba jakoś jej nie pasuje).
  • Układa proste puzzle (składające się z 3-4 elementów).
  • Nauczyła się kolorować obrazki i wykonywać proste rysunki. Na początku nie wiedziała, co to jest kredka. Nie miała pojęcia, że kredkę trzeba przycisnąć. Być może wcześniej posługiwała się tylko długopisem, albo pisakami, bo stwierdzała, że „kredka nie rysuje”.
  • Ogólnie rzecz biorąc, lubi i potrafi się skupić na drobnych pracach ręcznych. Przyjemność sprawia jej wyklejanie (chociaż rzadko potrafi dopasować naklejkę do konkretnego obrazka) i lepienie z plasteliny (chociaż trudno odgadnąć, co przedstawia jej praca).


Sasetka jest dzieckiem nie sprawiającym problemów wychowawczych. Jest grzeczna i posłuszna, można ją zabrać wszędzie razem z sobą (do sklepu, urzędu). Troszkę przypomina naszą najstarszą córkę. Gdy do niej mówiliśmy „idź pobiegaj”, to przebiegła ze 3-4 metry i wracała z uśmiechem „już pobiegałam”. Z Sasetką jest trochę podobnie.
Będziemy się starać wykonać jej badania psychologiczne, ponieważ nieco nas martwi to jej „uśmiechanie się”. Obawiamy się tylko, że w obecności obcej osoby, może odpowiadać uśmiechem na każde zadane polecenie.


niedziela, 31 grudnia 2017

DZIEWCZYNKA Z ZAPAŁKAMI

czyli kolejna odsłona historii Kapsla.
W zasadzie to już czas najwyższy, abym napisał coś na temat Sasetki, dziewczynki którą do tej pory tylko wspominałem (mimo że mieszka z nami już ponad pół roku). Zostawię sobie jednak jej opis na przyszły rok. Ten zakończę historią smutną … właśnie Kapsla. Wiele już o nim pisałem. Niestety los nie jest mu przychylny, a dla nas (jako rodziny zastępczej) będzie to najprawdopodobniej pierwsza porażka. Nie dlatego, że chłopak ma zaburzenia, ani dlatego że nie potrafimy sobie z nim poradzić, ale dlatego że przypuszczalnie nie uda nam się znaleźć dla niego odpowiedniej rodziny. A może dlatego, że już nie chcemy szukać dla niego rodziny?

Chłopiec mniej więcej rok temu został skierowany do adopcji. Odebranie praw rodzicielskich jego mamie, teoretycznie otwierało przed nim drogę ku lepszej przyszłości. Tak przynajmniej uważał sąd. Nam początkowo wydawało się, że ta decyzja była zbyt pochopna. Od tego czasu minęło już sporo miesięcy, w których niewiele się działo. Wszelkie procedury adopcyjne trwały i trwały, chociaż w przypadku małych dzieci wszystko już dawno byłoby domknięte. Kapsel ma siedem lat i ma stwierdzone upośledzenie umysłowe w stopniu lekkim. Kimś takim nie interesują się rodziny adopcyjne. Czekaliśmy na moment, gdy chłopiec znajdzie się w bazie adopcji zagranicznych. Była to dla niego jedyna szansa. W przypadku niepowodzenia takiej opcji, rozpoczęłyby się poszukiwania rodziców zastępczych, którzy zdecydowaliby się poprowadzić go do dorosłości. Nawet znalazła się taka rodzina, z którą wstępnie umówiliśmy się na bliżej nieokreślony termin.
Mieli poznać chłopca, przyjść w odwiedziny jako nasi znajomi. Pod tym względem, rodzice zastępczy mają przewagę nad adopcyjnymi. Nie muszą podejmować decyzji na podstawie informacji zawartych w dokumentacji dziecka, która często jest bardzo mizerna. Jednak cały czas czekaliśmy. Ośrodek adopcyjny był proszony o przekazywanie do centrali kolejnych informacji (między innymi dotyczących hipotetycznych problemów związanych z nieznajomością obcego języka).
Stała się jednak rzecz, której na dobrą sprawę nikt się nie spodziewał. Mama biologiczna Kapsla złożyła do sądu wniosek o przywrócenie praw rodzicielskich.
W tym momencie wszystko stanęło w miejscu. Nikt nie szuka już rodziny adopcyjnej ani zastępczej. Ta druga teoretycznie mogłaby się zaopiekować chłopcem, ale mało jest takich rodziców, którzy są gotowi na życie w cieniu rodziny biologicznej, która ma dużą szansę na powrót dziecka. A mama Kapsla taką szansę ma.

W związku z zaistniałą sytuacją, podjęliśmy decyzję o zapisaniu Kapsla do szkoły specjalnej. Jeżeli znajdzie się miejsce, to nawet w trakcie roku szkolnego. Wcześniej zdecydowaliśmy o pozostawieniu go na kolejny rok w przedszkolu. Teoretycznie można powiedzieć, że to taki „kibel” w przedszkolu, chociaż pewnie nikt nie zwrócił na to większej uwagi. Powtarzanie klasy w szkole jest już dla dziecka większym obciążeniem (choćby dlatego, że nagle znajduje się w zupełnie obcej sobie grupie dzieci). Kapsel cały czas przebywa ze znajomymi. Nie ma znaczenia, że niektórzy są od niego młodsi o trzy lata. Nikt tego nie zauważa.
Wiele osób namawiało nas do zapisania chłopca do normalnej szkoły. Orzeczenie o niepełnosprawności umysłowej, umożliwiałoby przyznanie Kapslowi nauczyciela wspomagającego, który siedziałby z nim w ławce na każdej lekcji, tłumaczył co mówi nauczyciel i pomagał rozwiązywać zadania. Problem polega jednak na tym, że takiego nauczyciela może nie być. Sytuacja wygląda podobnie jak z rodzinami zastępczymi. Teoretycznie dziecko do dziesiątego roku życia nie powinno znaleźć się w domu dziecka. Powinno trafić do rodziny, której często zwyczajnie nie ma.
Jednak nawet gdyby taki nauczyciel był dla Kapsla dostępny, to w czym mógłby mu pomóc. Kapsel nie potrafi ani odczytać, ani narysować żadnej literki, albo cyferki. I nie potrafi się tego nauczyć. Niedawno próbowałem go nauczyć rysowania cyfry 7. Niby umie narysować jedynkę (chociaż wygląda ona jak laska Mojżesza). Pochylenie nóżki w lewą stronę zwyczajnie go przerasta. Czteroletnia Sasetka nauczyła się rysowania siódemki w kilka minut. Kapsel nie potrafi tego zrozumieć. Do dzisiaj nie umie policzyć do dziesięciu. Niby liczy, jest to jednak pewnego rodzaju wierszyk (biały), którego nauczył się na pamięć. Gdy ma policzyć konkretne rzeczy – kredki, kury, samochody … gubi się.
Majka jest niepoprawną optymistką. Uczy go układać puzzle, łączyć w zbiory. Próbuje nauczyć go czegokolwiek … wbrew zaleceniom psychologów, według których my powinniśmy skupić się tylko na opiece i dawaniu miłości.
Być może powinniśmy traktować siedmioletniego Kapsla jak dwulatka. Nic nie wymagać, przytulać i tyle. Jednak taki minimalizm nieco nas przerasta.
Gdy pytam chłopca co nie pasuje w zdaniu: zielone, zimne, różowe, niebieskie? Odpowiada: Królik? Nie. Róża?
Gdy biega wokół kominka z wózkiem dla lalek, tratując wszystko po drodze, na moją uwagę odpowiada: „mam podać długopis?”
Pierwszym wrażeniem może być to, że Kapsel jest nieco przygłuchy. Pewnie wybierzemy się z nim do laryngologa, chociaż kilka miesięcy temu zostało stwierdzone, że nic mu nie dolega i zapewne wszystko wróci do normy po wycięciu migdałków. Jak widać, nie wróciło.
Kapsel z ogromnym zaciekawieniem ogląda bajki w telewizji. Czasami dźwięk jest ustawiony na bardzo niskim poziomie, że ja również mam kłopoty z dosłyszeniem niektórych zdań. Kapslowi to nie przeszkadza. Zastanawiam się, czy może jednak słyszy dobrze, czy wystarczają mu same obrazy? Gdyby chłopiec potrafił opowiedzieć, o czym była bajka, to może łatwiej byłoby nam postawić przynajmniej wstępną diagnozę.
Chociaż nie jest tak, że Kapsel jest kompletnym idiotą. Gdy ktoś przy nim jest i odpowiednio go motywuje, to potrafi rozwiązać proste zadania (z książeczek dla czterolatka), a nawet ułożyć sześćdziesięciolelementowe puzzle. Niestety pamięć chłopca przypomina dyskietkę sprzed dwudziestu lat. Jest tak mało pojemna, że aby coś nowego w niej zapisać, trzeba najpierw coś z niej usunąć. Gdy z wielkim trudem udało mu się pojąć, że dwie kury i dwie kury, to razem cztery kury … zapomniał ile ma lat.
Dużym problemem jest to, że nie potrafi zapanować nad swoimi emocjami. Bardzo lubi rozwiązywać różne zadania, testy. Dlatego chętnie współpracuje z psychologiem, który ma określić jego umiejętności. Jest pytanie – jest odpowiedź. Nie ważne, czy dobra, czy zła… pojawia się kolejne pytanie i tak dalej. Chłopiec jest zadowolony, wydaje mu się, że skoro nie jest poprawiany, to wszelkie odpowiedzi są prawidłowe.
Gorzej, gdy chodzi o sytuację, kiedy ktoś chce go czegoś nauczyć. Nigdy nie wiadomo, które zdanie „spróbuj jeszcze raz” spowoduje wybuch szału. Potrafi wówczas rzucać krzesłami, kopać w drzwi, walić głową w ścianę. Krzyczy wtedy - „mamo, gdzie jesteś!”. Zachowuje się w ten sposób zarówno w domu jak też w przedszkolu. Panie przedszkolanki chyba czekają, aż wreszcie odejdzie. Nie mają wielu narzędzi, aby go uspokoić. Najczęściej tłumaczą i czekają, aż mu przejdzie. Ja w takich przypadkach łapię go „za szmaty”, stawiam do pionu i patrzę prosto w oczy. Nie wiem, czy takie moje zachowanie można podciągnąć pod temat określany jako „dyscyplina z sercem”. Pewnie nie. Majka mówi, że w takich momentach, widzi w moich oczach taki poziom agresji, jakiego nie widziała przez poprzednich trzydzieści lat. Zadaje mi pytanie „czemu to ma służyć?” i „czym to się różni od uderzenia?”. Być może faktycznie niczym, przynajmniej w rozumieniu, albo bardziej odczuciu ze strony Kapsla. W danej chwili przynosi to pożądany skutek... ale co dalej? Niestety na jakimś etapie życia, chłopak może stwierdzić, że nie ustępuje sprawnością i siłą fizyczną.
Niedawno odwoziłem do naszego magazynu kilka niepotrzebnych w danym momencie rzeczy – jakieś wózki, wanienki, rowerki. Podjechałem jak zawsze pod dom (magazyn mamy w bloku mieszkalnym). Wyszedł jakiś taki „inteligent”, który kazał mi się wynosić na parking. Tłumaczenia nic nie pomagały. Mężczyzna wyraźnie dążył do konfrontacji siłowej. Pewnie jeszcze kilka lat temu bym mu nie podarował (zwłaszcza, że nie wyglądał na mistrza sztuk walki). Rozmowa była na poziomie dyskusji z Kapslem, tyle tylko, że ten drugi używa słów: słucham, proszę, przepraszam. No ale jakim problemem jest nauczenie się zwrotów typu: „kurwa, spierdalaj”. Odpuściłem … pomyślałem, że może jest to Kapsel za kilkadziesiąt lat. No i szkoda mi było samochodu.

Jednak Kapslowi raczej mało kto odpuści, zwłaszcza gdyby poszedł do normalnej szkoły. Najprawdopodobniej jednak byłby wystawiany jako pierwszy do „odstrzału”, przy wszelkiego rodzaju rozróbach.
Za to szkoły specjalne nie wyglądają już tak jak kiedyś. Klasy są kilkuosobowe, a zajęcia dostosowane do poziomu uczniów.
Ważna jest też możliwość przyuczenia do zawodu po takiej szkole. Gdyby chłopiec jakimś cudem ukończył normalną podstawówkę (przepychany z klasy do klasy), to zostanie z niczym. Na ukończenie szkoły zawodowej, a tym bardziej technikum, raczej nie będzie go stać.

Właśnie zabraliśmy się do wyrobienia Kapslowi zaświadczenia o niepełnosprawności, co jest niezbędne do zapisania dziecka do szkoły specjalnej. Zrobiliśmy to po raz drugi w naszej historii. Pierwszy raz było to konieczne do umieszczenia dziewczynki w domu pomocy społecznej.
Czasami się zastanawiam, czy dobrze postępujemy, wzbraniając się przed uzyskaniem orzeczenia o niepełnosprawności. Dla dziecka jest to „łatka”, która najczęściej powoduje, że rodzice adopcyjni taką kandydaturę odrzucają bez wgłębiania się w szczegóły.
Kierujemy się jedną zasadą – maksimum diagnoz, opinii specjalistów, a jeszcze więcej opisów zachowań i umiejętności dziecka, minimum „łatek”. Wszystko to w imię tak zwanego „dobra dziecka”. Chociaż co z dobrem rodzica?
Ja, Kapsla w pewnym sensie już sobie odpuściłem. Jak ma ochotę, to robię z nim coś, dopóki mu się nie znudzi. Nie lubię, gdy rzuca krzesłami po pokoju. Majka cały czas walczy. Chociaż ona tak musi… musi działać, musi być skuteczna (co zresztą wypominają jej psychologowie).
Są dzieci niepełnosprawne umysłowo (których stan jest oczywisty), są takie, które wymagają dużo pracy, ale są wyzwaniem dla rodziców i dają nadzieję na poprawę sytuacji. Kapsel jest chyba jakimś ogniwem pośrednim.

Najsmutniejsze jest to, że Kapsel w wieku roku, czy nawet dwóch lat byłby wspaniałym dzieckiem adopcyjnym. Często się zastanawiam, czy można było wówczas zrobić coś, co spowodowałoby, że chłopiec byłby dzisiaj zupełnie innym człowiekiem. Być może nic. Być może rodzice, którzy by go wówczas adoptowali, nie byliby w stanie zaakceptować dalszego ciągu zdarzeń.
Czy jest możliwe, że chłopak ma FAS? W zasadzie, czemu nie? Od ponad roku prawie nie urósł, chociaż apetyt ma niczego sobie. Co tak naprawdę wiemy o mamie chłopca?

W tej chwili istnieją dwie możliwości, albo powrót do mamy, albo pozostanie z nami jeszcze przez jakiś czas i … dom dziecka.
Pierwsza z opcji jest moim zdaniem tym lepszym złem. W takiej perspektywie, przynajmniej szkoła specjalna będzie dla chłopca dobrem. Gmina musi zadbać, aby go tam dowieźć i przywieźć z powrotem. Zajęcia, które teraz realizujemy dodatkowo (o które mama pewnie by nie zadbała), będzie miał w pakiecie.
Pozostaje tylko pytanie o życie rodzinne. Mama zmienia partnerów jak rękawiczki. Kapsel słyszał już, że będzie miał nowego tatusia. Ostatnio dowiedział się, że będzie miał braciszka, ale już nie tego tatusia, bo tatuś jest już zupełnie inny (i nie od tego braciszka). A miało być tak pięknie: „tylko ja i Kapsel” - tak mówiła mama kilkanaście miesięcy temu.

Myśleliśmy też, że być może dom dziecka będzie lepszym rozwiązaniem. Chłopiec będzie miał zabezpieczenie, dostęp do niezbędnych usług medycznych i bezproblemowe kontakty z mamą.
Czasami się zastanawiam, czym jest dla niego mama. Konkretną osobą, czy być może jakimś synonimem bezpieczeństwa. Gdy jest mu źle, to woła na pomoc mamę. Gdy jest z nią, to nic się nie dzieje. Ostatnio spędzili razem dwa dni świąt. Przy pożegnaniu płakał, chociaż może dlatego, że płakała mama. Gdy wsiadł do samochodu, to jakby do innego wymiaru. Kapsel żyje w dwóch alternatywnych światach, które się nie przenikają. Przeskakując z jednego do drugiego, zapomina o tym pierwszym. Chociaż może tylko tak mi się wydaje. Po ostatnim pobycie u mamy, przez dwa dni był idealny. Trzeciego zrobił awanturę w przedszkolu. Pluł na dzieci, kopał w drzwi, uderzał głową w ścianę. Taka bomba z opóźnionym zapłonem? Może.

Teoretycznie istnieje jeszcze szansa na znalezienia chłopcu rodziny. Przecież sąd może negatywnie ustosunkować się do wniosku mamy o przywrócenie praw rodzicielskich.
Nie wiem tylko, czy potrafię jeszcze mówić o Kapslu, jak o chłopcu z potencjałem.
Niedługo będą przychodzić do nas na praktyki rodziny kończące szkolenia dla rodziców zastępczych. Często są to rodzice bardzo ambitni, z ogromnymi planami i chęcią pomocy jakiemuś pokrzywdzonemu przez los dziecku. Być może po przeczytaniu dziesiątek stron opisów zachowań Kapsla, stwierdzą że ta historia ich nie przeraża.
Kiedyś powiedziałbym „dacie radę” … a teraz „do zobaczenia na grupie wsparcia”.

Szukałem niedawno informacji o domach dziecka. Wiadomości bardziej od strony pracujących tam osób i przebywających dzieci. Moją uwagę zwróciła ta wypowiedź:


Czy Kapsel jest gotowy na zamieszkanie w takim środowisku? Wątpię.
Chciałbym, aby nie skończył jak tytułowa dziewczynka z zapałkami. Obawiam się jednak, że swoje zapałki zaczął już odpalać.







sobota, 23 grudnia 2017

--- Magia Świąt.

Okres Świąt Bożego Narodzenia jest bardzo specyficzny. Ich niezwykłość udziela się chyba każdemu, niezależnie od wieku, wykształcenia, a być może nawet wyznania.
Pewną tradycją dotyczącą naszej rodziny zastępczej jest obdarowywanie przebywających u nas dzieci (a czasami również nas), prezentami zbieranymi w ramach akcji „Świąteczna paczka”. Jej inicjatorem jest Komendant Gminny Straży Pożarnej. Odwiedził nas jakiś czas temu, pytając przy okazji: „jakie macie potrzeby?”. Trochę czujemy się w takich sytuacjach niezręcznie, bo w końcu my otrzymujemy pieniądze na utrzymanie przebywających u nas dzieci i na dobrą sprawę niczego im nie brakuje. Zawsze staramy się zwrócić uwagę na osoby, którym bardziej przydałaby się pomoc. Sęk w tym, że podobno doświadczenia w obdarowywaniu rodzin będących pod kuratelą pomocy społecznej w naszej gminie, nie są dobre. Stwierdziliśmy zatem, że być może przydałyby się naszym dzieciom jakieś puzzle, albo gry – ponieważ właśnie są na takim etapie. Wprawdzie mamy tego rodzaju zabawek też sporo, to jednak w większości brakuje już jakiegoś elementu. To co zobaczyliśmy, zwyczajnie wprawiło nas w osłupienie.
Mnóstwo rozmaitych zabawek, nie tylko puzzli i gier. Przybory szkolne, ciastoliny, samochody, kolejki, lalki.
Jak tu nie wierzyć, że są na świecie dobrzy ludzie?


Majka i ja, też dostajemy prezenty. I nie są to podarunki przypadkowe, ale związane z naszą … pasją. Ostatnio na facebooku krążył taki wpis, pozbawiony fajerwerków, mający na celu sprawdzenie, kto takie nudne teksty czyta do końca. Taki trochę jak na moim blogu. Sentencją było skłonienie do napisania w komentarzu „jednego zdania o mnie” (czyli autorze tekstu), czegoś z czym najbardziej on się kojarzy – przedmiotem, miejscem, chwilą. Majka najczęściej miała wpisywane słowo „dzieci”, odmienione w rozmaitych przypadkach.
Ja nie mam facebooka, więc nie wiem co ktoś o mnie myśli. I dobrze, bo to w sumie dość ryzykowna zabawa.
Wracam jednak do tych prezentów dla nas. Dostaliśmy od dziewczyny, która pomaga nam opiekować się kilka razy w miesiącu naszymi dziećmi, książkę pod tytułem „Nieznane więzi natury”. Okazało się, że poza zwrotem „więzi”, niewiele ma ona wspólnego z dziećmi. Chociaż może się mylę, ponieważ czytamy ją sobie razem z Marudą (gdy jesteśmy sami). Na razie przebrnęliśmy przez jeden rozdział. Dowiedzieliśmy się, że wytrzebienie wilków powoduje wzrost populacji jeleni, które nie dość, że wyjadają całą roślinność, to jeszcze zmniejszają pogłowie bobrów, które nie budując tam (powodujących naturalne rozlewiska), przyczyniają się do zagrożeń powodziowych. Jest to dla mnie ciekawa lektura i cieszę się, że również podoba się Marudzie, ponieważ co jakiś czas mówi „oooooo!”. Zresztą sporo na ten temat już wiedzieliśmy. Od czasu, gdy nie mamy psa przy budzie, sarny zjadły nam cały ogród. Maruda jest tego świadkiem.
Jest jednak ciekawsza pozycja, która wprawdzie jeszcze nie dotarła, ale jest w drodze. Jedna z osób udzielających się tutaj w komentarzach, wysłała nam książkę swojego autorstwa na temat in vitro. Pewnie nie trudno zgadnąć o kogo chodzi. Jestem ogromnie ciekawy tej lektury, zwłaszcza w konfrontacji z zupełnie przeciwstawnym światopoglądem przedstawionym w podręczniku „Wobec in vitro”, o którym wspomniałem ostatnio.

Są to wszystko bardzo miłe prezenty, świadczące o tym, że ktoś nas lubi, docenia to co robimy dla naszych dzieci.
Jednak jest coś, co ma dla nas dużo większe znaczenie, jest o wiele lepszym prezentem.
W ostatnim miesiącu odezwało się do nas wielu rodziców dzieci, które kiedyś u nas przebywały. Gdyby nie epidemia ospy, to z wieloma z tych rodzin byśmy się spotkali. Niestety nasze dzieci spowodowały wręcz jakąś gminną pandemię ospy. Wczoraj u Kapsla w przedszkolu było tylko osiem osób, a u Sasetki jedenaście. Ale chociaż panie przedszkolanki, trochę przed świętami odpoczęły.
Wracając do naszych byłych dzieci zastępczych. Chciał do nas wpaść Białasek (z którym mamy chyba najmniejszy kontakt), Iskierka odpuściła (chociaż jak się później okazało również zachorowała na ospę – chyba zaraziła się przez telefon). Gacek przed wyjazdem do ciepłych krajów też nie zaryzykował, za to dzisiaj przysłał swojego tatę z prezentami i zaproszeniem na swoje chrzciny. Mamy pojechać z całą ferajną i jeszcze Kubusiem (naszą najmłodszą córką, z którą chłopiec był mocno związany). Oczywiście pojedziemy. Tyle tylko, że ja na siebie mogę wziąć Marudę i Sasetkę. Majka niech się ugania za Kapslem.

A' propos tego ostatniego. Dwa dni świąt spędzi w domu swojej mamy. Mimo odebranych praw rodzicielskich, sąd wyraził zgodę na to spotkanie. To też pewnego rodzaju prezent. Wszyscy to przeżywają. Zwłaszcza mama, która od prawie dwóch lat, nie spędziła z chłopcem więcej niż godzinę przy jednym spotkaniu. My zastanawiamy się co będzie po powrocie i musimy być w ciągłej gotowości (choćby dlatego, że mama w każdej chwili może zacząć rodzić). Tylko Kapsel jest spokojny … bo o niczym nie wie. W przeciwnym wypadku już od tygodnia byłaby niezła jazda.

Mamą Królewny (w sensie opieki prawnej) nie jest już Majka. Funkcję tę przejęła Natasza, która od pierwszych dni życia dziewczynki, była jej rehabilitantką. Dla dziewczynki to też jest prezent od życia … życia, którego sam nie chciałbym przeżywać (na żadnych warunkach). Królewna wymaga korzystania z wielu specjalistycznych sprzętów. Aktualnie potrzebny jest pionizator, którego NFZ nie refunduje w całości.

Ostatnia noc w naszym domu.
Niedawno pisałem o Tymku, który jest już w Stanach. W ciągu tygodnia udało się zebrać niewiarygodną kwotę dwóch milionów złotych.
Królewna potrzebuje dużo mniej. Może się uda. Podam namiary. Nie ukrywam, że ta dziewczynka była i nadal jest mi bardzo bliska (chociaż widujemy się teraz rzadko).

Trzy lata później (czyli teraz).












Numer KRS 0000387207
Cel szczegółowy: Elwira Ciesielska
Darowizny:
Bank Milenium 85 1160 2202 0000 0001 9214 1142
Tytułem: Magdalena Ciesielska




Za to Maruda i Sasetka są bardziej prezentem dla nas. Ich zachowanie sprawia, że wierzymy w sens naszej pracy (zwłaszcza gdy patrzę na chłopca w odniesieniu do swojej osoby). Na początku, przez długi czas nie chciał nawiązać ze mną jakichkolwiek relacji. Liczyła się tylko Majka. Teraz, gdy wstaje rano z łóżeczka i przychodzi do naszego łóżka, to liczę się tylko ja. Jest tak bardzo o mnie zazdrosny, że nie mogę nawet przytulić Majki, bo krzyczy: nie, nie ,nie. Chce przytulać się tylko do mnie. Gdy w ciągu dnia wchodzę do pokoju, to biegnie „na łeb, na szyję”, krzycząc „czeeeeść!” (nawet po pięciu minutach nieobecności). Czasami się zastanawiam, czy tak silne więzi są czymś dobrym, poprawnym (w kontekście czekającego nas niedługo rozstania)... ale "było już kiedyś tak, było i będzie znów".
W okresie przedświątecznym uczyliśmy dzieci śpiewania kolęd. Nawet Kapsel nauczył się refrenu „Chwała na wysokości”. Za to Maruda wyciągał ręce do góry i leciał swoje „Hallelujah” - Cohena. Oporny jakiś, ale ma swoje zdanie i za to go lubię.

Jednak nawet tysiąc puzzli nie przebije prezentu, którym był dla mnie wpis, zamieszczony niedawno przez Francescę – mamę Chapicka. Być może powinienem w tym momencie poprosić ją o zgodę na użycie tutaj jej tekstu. Niestety z moim angielskim za bardzo się z nią nie dogadam, a Kubuś na czas epidemii ospy wyprowadził się do naszej starszej córki. Pamiętam jednak, że kiedyś Francesca napisała, że mogę na blogu wykorzystywać historię Chapicka. Włosi są bardziej otwarci na sprawę adopcji. Myślę, że wszyscy ich znajomi doskonale orientują się w całej sytuacji i bardzo wspierają rodziców … jak i chłopca, który podobno niedawno zaliczył testy w zakresie mowy (oczywiście włoskiej).
Najsmutniejsze jest to, że gdyby Chapic urodził się dwa lata później, to pewnie czekałby na swoich wspaniałych polskich rodziców w domu pomocy społecznej. I pewnie by się ich nie doczekał. Nie chcę krytykować polskich rodziców. Może dlatego, że sam nie zdecydowałbym się na jego adopcję. Znałem go niemal od urodzenia, a jednak …
Chapic potrzebował młodych rodziców, w pełni mu oddanych. Ale nie tylko kochających, również z dużymi możliwościami wspierania go w kwestiach medycznych. Na szczęście takich znalazł.
Załączony tekst jest tłumaczeniem wujka Googla (z języka włoskiego), ale i tak jest piękny:


"Dwa lata temu, w naszym życiu, przyszedłeś. W ciszy, przez światło twoich oczu, które na tym zdjęciu, pomimo tego, co było. Guz w gardle, nasze bity się zatrzymał, a potem zaczął biec szybko. Miałeś twarz, historię. To byłeś ty, mój synu. A czekanie było i Boisz się, że nie będziesz na twoim wzroście. Zmieniłeś nasze życie, nasze dna, dzięki Tobie jesteśmy silniejsi. Masz dużo rozsądku, Cię sól w naszych czasach. Wziąłeś nasze ręce, kiedy mieliśmy zawroty głowy, Cię wszystko i nauczyłeś nas jak potężne uściski są i jak silna miłość jest."


Kończę na tym, od czego powinienem zacząć … czyli od życzeń.
Takich uniesień (jak opisałem powyżej), spełniania się w swojej pasji, poczucia robienia czegoś dobrego.
Tego wszystkim życzę … zdrowia też.


poniedziałek, 11 grudnia 2017

--- Nie chcę być królikiem.

Jakiś czas temu jechałem samochodem i wówczas po raz pierwszy usłyszałem reklamę o królikach. Nie do końca zrozumiałem, kto był jej nadawcą i jaki miał być jej przekaz, ale początkowo wzbudziła ona we mnie tylko uśmiech. Zacząłem się zastanawiać, kto w taki sposób chce mnie przekonać do jakiegoś zakupu … nie wiedziałem tylko jakiego.
Zaciekawiło mnie to do tego stopnia, że postanowiłem czekać na ponowną emisję. Ponieważ podróż trwała kilka godzin, wiedziałem że reklama się powtórzy. Dla pewności nie zmieniałem stacji w radiu, bo być może na innym kanale bym się jej nie doczekał.
Drugie wrażenie nie było już takie miłe. Zorientowałem się, że nadawcą reklamy jest Ministerstwo Zdrowia a puentą „odżywiaj się zdrowo, uprawiaj sport, porzuć używki i rozmnażaj się jak króliki”. Pomyślałem sobie, że trochę nie w porządku jest porównywać ludzi do królików (przynajmniej w zakresie prokreacji). Przynajmniej w moim odczuciu powiedzenie komuś: „ty to rozmnażasz się jak królik”, ma zabarwienie pejoratywne. Sam mam z Majką trójkę dzieci i wiele lat temu usłyszałem komentarz, że chyba czas pomyśleć o jakiejś metodzie antykoncepcji, bo chyba nie chcę być jak królik.

Stwierdziłem jednak, że być może cel reklamy jest nieco inny. Być może chodzi tylko o to, aby zwrócić uwagę na problem kryzysu demograficznego. W takiej sytuacji szokowanie przekazem jest jak najbardziej uzasadnione. Jednak w krótkim czasie doszedłem do wniosku, że chyba celem nie jest informowanie o tym, o czym wszyscy wiedzą.
No to może chodzi o zwrócenie uwagi, że przecież istnieje marchewka w postaci 500+, więc trzeba z niej skorzystać. Skoro tak by było, to raczej oznaczałoby, że reklama jest skierowana do osób, które wierzą w tą darmową marchewkę do końca życia. A przecież może przyjść okres nieurodzaju i marchewka nie urośnie. Może lepszym rozwiązaniem byłoby stworzenie warunków, aby każda rodzina mogła założyć własne poletko marchewki i o nie dbać. Mam nadzieję, że nie chodzi o wzrost dzietności wśród rodzin, które chcą tylko tą marchewkę dostawać.
Przypiąłem się do tej nieszczęsnej marchewki, ale cóż – w końcu reklama jest o królikach.
Jednak naszła mnie wówczas taka jedna refleksja. Bywa, że raz na jakiś czas dzwonią do nas panie z przedszkola: „proszę przyjechać, państwa dziecko zachorowało, ma gorączkę”. No to Majka się zbiera i odbiera takiego delikwenta. Co jednak ma zrobić mama, która ma dyżur w szpitalu, albo jest nauczycielką … lub zwyczajnie ma wrednego szefa. A co w sytuacji, gdy rano okazuje się, że dziecko ma wysoką temperaturę, a ona pracuje w korporacji i za dwie godziny rozpoczyna prezentację dla bardzo ważnych klientów? Cóż, pewnie zawozi dziecko do przedszkola i szybko ucieka. Ktoś mógłby powiedzieć, że pewnie stać ją na opiekunkę do dziecka. A może jednak nie, bo wzięła kredyt, aby stać ją było na założenie rodziny, niekoniecznie mieszkając z rodzicami lub teściami. Jest to jeden z problemów, który moim zdaniem próbuje się rozwiązać daniem marchewki.

Wprawdzie reklama dość mocno rzucała się w oczy, jednak być może nie każdy miał okazję ją zobaczyć Na wszelki wypadek podaję link:
Reklama z pewnością skłania do wielu przemyśleń. Ja na końcu doszedłem do jeszcze innej konkluzji. Wyobraziłem sobie, że jestem osobą, która nie może mieć dzieci. W swoim życiu miałem to szczęście, że nie musiałem się zmagać z niepłodnością, czy bezpłodnością. Nie oznacza to, że nie mogę zetknąć się z tym problemem w przyszłości. Zapewne nie będzie to już dotyczyło Majki i mnie, ale mamy przecież trzy córki.
Niemożności zajścia w ciążę na pewno nie da się uleczyć zdrowym trybem życia. Gdyby to było takie proste, to nikt nie decydowałby się na in vitro czy adopcję. Rodziny, które adoptują dzieci z naszego pogotowia, mają za sobą długą drogę do wymarzonego dziecka, często liczoną w latach. Gdybym był jedną z takich osób, to poczułbym, że tą reklamą ktoś zwyczajnie dał mi po pysku. Ale może jestem przewrażliwiony.

Przed opublikowaniem każdego artykułu, staram się przeczytać go ze dwa, albo trzy razy. Tym razem dobrnąłem do tego miejsca. Napisałem, że adopcja jest swego rodzaju ostatecznością. Patrzę teraz na mojego Marudę. Jest dla mnie jak syn. Za kilka miesięcy jego tata adopcyjny powie: to jest mój syn. Za następnych kilka lat, Maruda zada pytanie: dlaczego mnie adoptowaliście? Byłem waszą ostatnią szansą?
Gdybym ja adoptował Marudę (nie będąc rodziną zastępczą), to chciałbym zapomnieć o całej jego przeszłości. Jakie pozytywne znaczenie dla chłopca może mieć fakt, że mama była upośledzona umysłowo, a tata był alkoholikiem? Jakie znaczenie może mieć fakt , że chłopiec kiedyś przebywał w rodzinie zastępczej? Staram się rozumieć opinie psychologów, prawo dziecka do swojej tożsamości, do tego aby poznało swoje korzenie, aby mogło jakoś określić się w życiu. Myślę, że rodzice adopcyjni też bardzo się starają. Jednym przychodzi to łatwiej, innym trudniej.

Pewnie nie poruszyłbym tutaj tego tematu (w końcu reklama jak reklama, jedna mniej udana, inna bardziej) gdyby nie zaczęły pojawiać się pewne niepokojące mnie wydarzenia.
Podobno dzieci mają być uczone na lekcjach katechezy, że poczęcie metodą in vitro jest niegodne. Niegodne czego, aby żyć? Jak poczują się dzieci, które w ten sposób przyszły na świat? Dowiedzą się, że są naznaczone jakąś bruzdą dotykową, że pewnie mają jakieś wrodzone wady genetyczne, że są efektem erotyzacji nastoletniej młodzieży. Milczeniem pominę fakt, że ta metoda została wykreślona z koszyka świadczeń refundowanych. Nie sposób jednak nie odnieść się do obietnic sprzed kilku lat. Miały powstać kliniki leczące niepłodność. Nieważne już w jaki sposób leczące, ale miały powstać. Sporo się mówiło o naprotechnologii. Odnoszę wrażenie, że rodziny decydujące się na in vitro, mają już za sobą różne próby, które można by określić mianem naprotechnologii. Aż strach się bać, kiedy pojawią się reklamy typu „adoptuj niepełnosprawne dziecko – wyzwanie, ale satysfakcja”. Adopcja (nawet zdrowego dziecka) nie jest dla wszystkich – takie jest moje zdanie. Póki co, mamy reklamę o króliczkach
.
Pojawi się niedługo bardzo ciekawa pozycja wydawnicza (a może już jest dostępna), dotycząca właśnie in vitro. Na tą chwilę spotkałem się tylko z pewnego rodzaju promocją książki.
W zasadzie jest to bardzo dobry punkt do dalszej dyskusji. Sam z pewnością ją przeczytam, ponieważ być może o in vitro mam dość marne pojęcie.
Niestety już „na dzień dobry” mam wiele uwag. Przede wszystkim jest to pozycja mająca wspierać pracę katechetów w liceach. A to oznacza, że jej tendencyjność już budzi moją wątpliwość. Choćby taka wypowiedź: „ Wyjściem z problemu [niepłodności], nie jest in vitro, ale głęboka refleksja nad darem płodności złożonym w osobie ludzkiej, w mężczyźnie i kobiecie”. Być może jestem trochę przygłupi, ale nie kumam, co autor miał na myśli. Albo mówienie o interakcji z organizmem matki na etapie naturalnego zapłodnienia. Owszem, wiele naczytałem się o więziach, ale już na etapie embrionu?
Natomiast zupełnie nie rozumiem używania terminów „zbrodnia”, czy insynuowanie, że in vitro jest wstępem do inżynierii genetycznej na człowieku, próbą dokonywania selekcji, czy kontroli jakości płodu.
Gdyby stosować ten tok rozumowania, należałoby zlikwidować wszystkie komputery, bo mogą być zalążkiem przejęcia świata przez sztuczną inteligencję. Trzeba by również wyrzucić telefony komórkowe, bo być może po kilkudziesięciu latach powodują nowotwór mózgu.

Kolejną sprawą jest obywatelski projekt ustawy zakazującej aborcji eugenicznej. Nie chciałbym w żaden sposób łączyć aborcji, eutanazji z in-vitro. Te pojęcia są po przeciwnych stronach szali. Jedyne co je łączy w moim przekonaniu, to godność bycia człowiekiem. Zaproponowałbym tym podpisującym się obywatelom, spędzenie wakacji w domu pomocy społecznej. Nie będę aż tak okrutny, aby przenieść ich w ciało jednego z takich dzieci. Owszem … one się uśmiechają. Przechodzą jednak w swoim życiu szereg operacji, wiele cierpią i najczęściej nie dożywają sędziwego wieku … może na szczęście.
Jeszcze a'propos in vitro. Ktoś kiedyś zadał pytanie: „czy chciałbyś być zamrożonym zarodkiem?” Osobiście, mógłbym być nawet zamrożonym samym sobą. Nie miałbym wówczas świadomości, nie czułbym bólu … w zasadzie by mnie nie było.
Rozumiem jednak osoby, które myślą inaczej.

Wrócę do tych króliczków. Ostatnio czuję się trochę jak zwierzątko doświadczalne.
Wszystko zaczęło się miesiąc temu od Landryny. Dziewczynka przyszła do nas w ostatniej fazie ospy. Po tygodniu zachorował Dennis - jej brat zastępczy. Zgodnie z rachunkiem prawdopodobieństwa powinna jeszcze zachorować przynajmniej trójka osób. Tak też się stało. Tydzień temu krosty pojawiły się u Marudy, dzień później u Sasetki i kolejnego dnia u Kapsla. Pozostałem tylko ja. Niedawno zebrało się nawet konsylium w składzie: Majka, nasza lekarka rodzinna i pani pielęgniarka. Wszyscy debatowali nad moim stanem zdrowia i tym, co byłoby najlepsze. Majka chciałaby, abym wreszcie zachorował i do świąt był już „nówka-sztuka”. Lekarka zwracała uwagę na to, że w moim wieku nie jest to już takie „hop-siup”. Wprawdzie śmiertelność nie jest dużo wyższa niż w przypadku zwykłej grypy, ale przebieg choroby może być bolesny.
A ja myślę, że już jestem chory … ale bezobjawowo. Wszystko mnie swędzi. Majka mówi, że nic mi nie jest, tylko zachowuję się jak przeciętny facet. Nie wiem, skąd wie jak zachowuje się przeciętny facet. Niedawno w przedszkolu panowała wszawica. Też czuję, że ciągle coś po mnie łazi. Majka mówi, że to łupież … ale przecież łupieżu nie miałem od trzydziestu lat. Coś mnie swędzi między palcami. Kapsel zanim do nas przyszedł, miał świerzb. Może zachował jakieś przetrwalniki, które na mnie przeszły w stanie osłabionej odporności. Majka się ze mnie śmieje. Kazała mi się dobrze wykąpać. Naszym zaospionym dzieciom wrzucałem do kąpieli kilka kryształków nadmanganianiu potasu. No to sobie dałem potrójną dawkę. Wyszedłem z wody jakiś taki brązowy, albo nawet z plamami opadowymi. Cały czas mam gorączkę. Niestety te współczesne bezrtęciowe termometry zaniżają temperaturę i w moim przypadku ciągle pokazują 36,6.

Myślę, że w moim obecnym stanie, nie jestem osobą, na której można polegać.
Ale przecież każdy ma swój rozum.


niedziela, 3 grudnia 2017

--- Więzi.

Nie będę się wymądrzał w temacie, którym zatytułowałem dzisiejszy wpis. Jestem zbyt „cienki”, aby spojrzeć na sprawę w sposób kompleksowy. Bardziej przedstawię moje spostrzeżenia i wątpliwości, które pojawiły się w związku z pobytem szóstki dzieci zastępczych, o czym pisałem ostatnio. Po tygodniu funkcjonowania już tylko z trójką dzieci, powoli wszystko wraca do normy. Najgorzej radzi sobie Kapsel. Cały czas jest jakiś pobudzony, panie w przedszkolu się na niego skarżą … może potrzebuje jeszcze kilku dni.

Francis Fitzgerald napisał kiedyś: „Im więcej wiesz, tym więcej pozostaje do poznania i wciąż tego przybywa”. Niby to tylko taka złota myśl, którą można wpisać komuś do pamiętnika, a jednak w moim przypadku stała się ona całkiem prawdziwa – przynajmniej w zakresie budowania więzi.
Czym właściwie są więzi? Pewnymi relacjami z innymi ludźmi, czymś co chętniej nazwałbym przywiązaniem, przyjaźnią, miłością.
Trzy tygodnie temu przyszła do naszej rodziny trójka dzieci, które znały się od kilkunastu miesięcy. Ich wzajemne relacje były bardzo silne. Nawet gdy się kłóciły między sobą, było to inne niż gdy kłóciły się z naszymi dziećmi. Najczęściej jest tak, że przychodzi do nas jedno dziecko, które wtapia się w naszą rodzinę zastępczą. Stopniowo staje się jednym z nas – być może dlatego, że nie ma innego wyjścia. Jednak w naszym ostatnim przypadku stanęła trójka przeciw trójce. Podział na „my i wy” był do samego końca.
Jednak zdarzyło się coś, czego nie potrafiłem zrozumieć. Próbowaliśmy razem z Majką sobie wszystko wyjaśnić, chociaż nie mam pojęcia czy dobrze.
Pierwsze dni pobytu nowej trójki wyglądały tak, że trzyletni Dennis rozrabiał niezależnie od tego, pod czyją opieką przebywał. Nieco starszy Cezar wiecznie tęsknił za wujkiem, nie potrafił się bawić z innymi dziećmi, stał i powtarzał „kiedy przyjedzie wuja?”. Zakreślaliśmy na kartce z kalendarza każdy przebyty dzień. Cezar na palcach pokazywał ile dni dzieli go jeszcze do powrotu do wujka. Dziesięcioletnia Landryna wydawała się być pogodzona z losem. Wiedziała, że musi z nami spędzić dwa tygodnie.
Jednak ostatnie dni były dość specyficzne. Być może takie zachowania dzieci nie powinny nas dziwić … a jednak.
Najpierw Landryna przy obiedzie zapytała mnie, czy musi wrócić do wujka. Niestety zbyłem ją jakimś głupim dowcipem, czego do teraz żałuję (bo mogłem pociągnąć temat). Później pytała Majkę, czy jeszcze będziemy się spotykać, czy będzie mogła do nas przyjeżdżać.
Cezar przestał odliczać dni do spotkania z wujkiem. Stał się większym rozrabiaką niż Dennis, po prostu zaczął czuć się u nas dobrze. Tylko ten drugi (czyli Dennis) był cały czas taki sam. Wprawdzie zdarzyło mu się raz wejść mi na kolana i się przytulić, ale był to chyba przypadek.

Czy to oznacza, że tylko czas określa siłę nawiązywania więzi? Jakie znaczenie mają więc kilkutygodniowe spotykania się z rodzicami adopcyjnymi?
Gdy wujek przyjechał po dwóch tygodniach, Dennis natychmiast do niego podbiegł. Cezar natomiast przytulił się do mnie i nie chciał odejść. A przecież przez dwa tygodnie czekał na to spotkanie. Jednak to właśnie jego zachowanie raczej świadczyło o prawidłowym rozwoju emocjonalnym. Tak samo reagowały nasze dzieci, gdy odbieraliśmy je po wakacjach w innej rodzinie zastępczej. Początkowo wydawało mi się, że takie zachowanie wynika z faktu, że nas zapomniały. Z kolei gdy pierwsze dzieci przebywające u nas na wakacjach nie ucieszyły się na widok odbierającej je cioci, to byłem zdumiony. Nawet postawiłem tezę, że być może w tej rodzinie nie ma żadnych silniejszych więzi. Bardzo się wtedy myliłem.
Owszem, czas jest sprzymierzeńcem w toku nawiązywania więzi. I właśnie dlatego ważne jest, aby ten proces rozpoczął się przy adopcji jeszcze na etapie mieszkania dziecka w rodzinie zastępczej.

Niewykluczone, że rodzice adopcyjni Dennisa, będą nim zauroczeni na pierwszym spotkaniu. Przyjdzie do nich jak gdyby znali się od dawna. Zaprosi do zabawy, pokaże swoje zabawki, a może nawet się przytuli. Jednak gdy będzie mu smutno, będzie liczył głównie na siebie.

Nie tak dawno temu poruszyłem temat, funkcjonowania rodziców zastępczych w świadomości dziecka adoptowanego. Gdy spotykamy się raz na kilka, czy kilkanaście miesięcy z dziećmi, które kiedyś z nami mieszkały, a teraz mają po kilka lat, to w zasadzie są to głównie spotkania z ich rodzicami (chociaż z samymi dziećmi też dobrze się bawimy). Po dawnych więziach prawie nie ma już śladu. Jedne dzieci mają większą świadomość kim dla nich jesteśmy (a właściwie byliśmy), inne mniejszą.

Kilka dni temu zostaliśmy zaproszeni na chrzciny Luzaka, chłopca którym opiekowaliśmy się przez prawie rok … no właśnie opiekowaliśmy się, czy byliśmy jego rodzicami. Ja przynajmniej czuję się ojcem, nawet jeżeli trwa to tylko chwilę. Nie staram się w jakiś specjalny sposób przygotowywać dzieci do adopcji, nie rozważam w myślach jak moje zachowanie i postępowanie wpłynie na ich rozwój. Jestem sobą, jestem taki sam, jakim byłem gdy nasze córki były małe. Majka bardziej się zastanawia nad rozmaitymi deficytami przebywających u nas dzieci i pod tym kątem dobiera odpowiednie zajęcia. Ja jestem dużo mniej kreatywny, więc angażuję dzieci w to co sam mam do zrobienia. Wczoraj obierałem z Marudą ziemniaki. Obierki odkładał na jedną kupkę, a resztę na drugą. Dzisiaj Kapsel kroił owoce. Pewnie Ameryki nie odkryję, gdy stwierdzę, że najlepszą zabawą dla dzieci jest możliwość uczestniczenia w codziennych obowiązkach. Gdy kiedyś wyjeżdżając samochodem sam otworzyłem bramę, Kapsel zmroził mnie swoim wzrokiem... bo przecież jest to jego obowiązek.
Dlaczego Landryna chciała u nas zostać? Może dlatego, że pozostawiamy dzieciom dużą swobodę w podejmowaniu wielu decyzji. Mamy zasady, których trzeba bezwzględnie przestrzegać, jednak ich ilość bardziej przypomina dekalog niż kodeks drogowy. Niby dlaczego nie mieliśmy wyrazić zgody na spędzenie wieczoru u koleżanki? Dlatego, że nie mielibyśmy wówczas nad nią kontroli? Dlatego, że gdyby coś się wówczas wydarzyło, to z urzędu wszedłby prokurator? Trudno.
Staramy się budować relacje ze wszystkimi naszymi dziećmi na bazie zaufania. Nawet Kapslowi dajemy szansę za szansą. Dzisiaj wystąpił na scenie z okazji przedstawienia mikołajkowego. Była to wielka impreza w hali widowiskowej i nawet panie przedszkolanki uczulały rodziców, że nie będą w stanie zapanować nad wszystkimi dziećmi, więc odpowiedzialność za nie spoczywa tylko na nich (czyli na nas - rodzicach). No ale jak tu zapanować nad Kapslem będącym na scenie? Chłopak starał się jak mógł, chociaż program artystyczny w krótkim czasie przestał go interesować. Zaczął od zagadywania gości honorowych. Uciął sobie pogawędkę z wójtem, zagadał do konferansjera prowadzącego imprezę, przepytał lokalnych polityków. Jednak gdy jego obiektem zainteresowania stała się pięknie przystrojona choinka … Majka musiała wkroczyć na scenę.

Przez taki właśnie pryzmat patrzę, gdy pojawia się temat tworzenia więzi.
Jakiś czas temu miał przyjść do naszej rodziny chłopiec, z którym nie mogła sobie poradzić jego dotychczasowa rodzina zastępcza. Był trudny, buntowniczy. Ostatecznie poszedł do jeszcze innej rodziny, w której znalazł wspólną pasję z nowym ojcem zastępczym. A przecież facet mógł powiedzieć, że to jego pasja i z nikim nie zamierza jej dzielić.

Wrócę jeszcze do Luzaka. W zasadzie staramy się nie uczestniczyć w imprezach rodzinnych dzieci, które mieliśmy kiedyś pod opieką. Bywają jednak sytuacje, gdy nie wypada odmówić. Chłopiec na swojej uroczystości był tak zaaferowany zgromadzonymi gośćmi i otrzymanymi prezentami, że nie zwrócił na nas większej uwagi. Z punktu widzenia jego historii, ważne było, że zostaliśmy uwiecznieni na wspólnej fotografii. Rodzicom Luzaka bardzo zależało, abyśmy byli obecni. Nie było to proste. Udało nam się jednak przesunąć o jeden dzień pobyt Landryny, Cezara i Dennisa, oraz znaleźć opiekę na te kilka godzin nad Kapslem, Sasetką i Marudą. Jednak mimo wszystko bardzo mnie ucieszyło to zaproszenie. Majkę pewnie jeszcze bardziej, bo już wszyscy zgromadzeni goście wiedzą czym jest pogotowie rodzinne. Dla mnie przekaz rodziców Luzaka jest taki: „Nic nie musimy, ale chcemy”. Pewnie tak samo jak i my, nie wiedzą w jaki sposób fakt pojawiania się dawnych rodziców zastępczych na rodzinnych fotografiach, może pomóc chłopcu (w przyszłości) w uporaniu się ze swoją tożsamością. Ale pewnie nie zaszkodzi, więc dlaczego nie próbować.


Odbiegnę na koniec zupełnie od tematu tego wpisu.
Pewnie kilka razy już wspominałem, że trenuję judo. Bywa, że spotykam na macie kolegów młodszych ode mnie o kilkadziesiąt lat. Jeden z nich potrzebuje właśnie pomocy.
Tymek chciał pójść w ślady brata i gdy już wydawało się, że wygrał z chorobą, zapisał się na treningi. Mam nadzieję, że zrealizuje swoje marzenie. Pewnie razem nie powalczymy, ale może chociaż miniemy się w szatni.