czwartek, 21 września 2017

--- Maroko

Kilkanaście ostatnich dni spędziliśmy na wakacjach w Maroku. Fascynujący kraj, fascynujący ludzie. Razem z Majką nie za bardzo przepadamy za zwiedzaniem cudów architektury. Również historia ma dla nas znaczenie tylko w sensie epizodycznym, kiedy to pojedyncze osoby lub sytuacje, w sposób diametralny zmieniają jej bieg. Bardziej pociąga nas przyroda i klimat tworzony przez taką czy inną społeczność. Tak było i tym razem. Wybraliśmy się do muzułmańskiego kraju i byliśmy niezmiernie ciekawi czym on nas zaskoczy. Majka sporo czytała przed wyjazdem, jednak temat, który nas interesował był traktowany marginalnie.




Nas interesowało to, jak żyje przeciętna rodzina. Kim jest statystyczna mama, czy tata … no i dziecko. Naszym celem było poznanie zupełnie innej kultury. Niektórzy odbierają ją jako kulturę strachu. Zastanawialiśmy się, czy będziemy w stanie ją chociaż częściowo zrozumieć.

Zanim przejdę do opisywania życia mieszkańców Maroka, muszę zrobić krótki, ale bardzo istotny wstęp. Maroko jest krajem muzułmańskim, ale nie jest krajem arabskim. Prawie 70% mieszkańców stanowią Berberowie (a tylko niecałe trzydzieści – Arabowie). Nawet wśród Berberów występują ogromne różnice związane z kulturą, językiem, wyglądem, czy stylem życia. Jedyne, co łączy tych wszystkich ludzi, to religia. Mieszkają w tym kraju również chrześcijanie i Żydzi, ale są to ułamki procenta.
Od 1999 roku, kiedy królem został Mohamed VI, wiele się w tym kraju zmieniło. Do tej pory rządził jego ojciec Assan II, który był zwykłym dyktatorem, likwidującym swoich przeciwników wszelkimi dostępnymi środkami. Po jego śmierci, Mohamed VI zaczął od zmiany prawa. Przede wszystkim zrezygnowano z prawa szariatu. Kobiety uzyskały równe prawa jak mężczyźni we wszelkich sferach życia. Mogą więc zakładać własne firmy, brać udział w życiu politycznym, otrzymują identyczne wynagrodzenie co mężczyźni (na tym samym stanowisku), mają prawo do rozwodów, alimentów, mogą … bardzo wiele mogą, chociaż nie zawsze chcą.

Jedną z kluczowych zasad, które zostały wprowadzone bodajże w 2005 roku, była monogamia. Był to szok. Rozpoczęły się protesty … kobiet. Prawdopodobnie było to związane z faktem, że w Maroku jest dużo mniej mężczyzn niż kobiet, dla których małżeństwo jest priorytetem.
Aby wilk był syty i owca cała, wprowadzono ustawę, wedle której mężczyzna może poślubić kolejną żonę, ale tylko w przypadku, gdy wykaże, że jest w stanie ją utrzymać, oraz każda z dotychczasowych żon, wyrazi na to zgodę.

W Maroku w pełni legalne są środki antykoncepcyjne i tabletki wczesnoporonne. Do niedawna była dozwolona aborcja w przypadku konieczności ratowania życia matki. W tej chwili rozszerzono ją o przypadki, gdy do poczęcia dojdzie podczas gwałtu, oraz gdy matka zdecyduje się na aborcję z powodu trudnej sytuacji materialnej.

Niewątpliwie kobieta w Maroku jest bardzo mocno wspierana przepisami prawa. Nie oznacza to jednak, że z tego prawa korzysta, a nawet że che korzystać. Maroko jest krajem ogromnych skrajności we wszelkich aspektach. Są ludzie bardzo bogaci i bardzo biedni, wykształceni i analfabeci, żyjący po europejsku i w średniowieczu.
Mottem tego kraju jest „Bóg, Ojczyzna, Król”. Jako osoba, która zetknęła się z tą kulturą w sposób nagły (bez większego przygotowania merytorycznego), powiedziałbym że powinni to hasło zmienić na „Bogactwo, Rodzina, Honor”.

Bóg, Ojczyzna, Król

Bardzo rzadko dochodzi tutaj do zawierania małżeństw z miłości. Wprawdzie aktualny król twierdzi, że w jego przypadku tak właśnie było, to jednak większość zgodnie uważa, że albo udaje, albo miał farta, dostając dwa w jednym. W Maroku funkcjonuje pojęcie małżeństwa kontraktowego. Zostaje spisywana umowa pomiędzy rodzinami małżonków, która niewiele różni się od umowy biznesowej. Ponieważ najważniejsze jest bogacenie się w ramach rodów, często dochodzi do małżeństw wśród bliższego lub dalszego kuzynostwa.
W ostatnim czasie zauważa się też swego rodzaju europeizację rodziny. Rodzi się coraz mniej dzieci oraz coraz bardziej akceptowalną formą jest bycie singlem.
Tak jednak jest na północy, która jest synonimem wszelkiego rodzaju dóbr. Zupełnie inaczej jest na biednym południu. Tutaj nadal podstawową wartością jest wyjście za mąż i posiadanie gromadki dzieci. W tych regionach, wielokrotnie nikt nigdy nie słyszał, że coś się zmieniło już prawie 20 lat temu. Często zawierane są małżeństwa z dziewczynkami,(chociaż prawo już wyraźnie mówi o pełnoletności małżonków). No ale nikt nie chodzi do urzędów. Wszystko odbywa się według znanych od wieków obrzędów i rytuałów. Tak samo łatwo jest pojąć dziewczynę za żonę, jak też się z nią rozwieść (wypowiadając trzy razy słowo „talak”, czyli „rozwodzę się z tobą”).
Na południu istnieje zasada, że im więcej dzieci w rodzinie, tym lepiej. Z jednej strony dzieci są polisą ubezpieczeniową na starość, a z drugiej pomagają utrzymać rodzinę … bo jeden pójdzie paść kozy, drugi uzbiera chrust na opał, trzeci zorganizuje wodę, czwarty coś sprzeda na targu, piąty zaopiekuje się młodszym rodzeństwem i tak dalej.

Władze w Maroku zaczynają przywiązywać coraz większą wagę do wykształcenia. Robią więc co mogą aby zachęcić rodziców, by ci posyłali dzieci do szkół. Teoretycznie istnieje obowiązek szkolny w zakresie sześciu klas szkoły podstawowej. Jest to jednak tylko teoria, ponieważ trudno w praktyce wyegzekwować przymus kształcenia dzieci w szkole. Stosuje się więc szereg zachęt i ułatwień. Wszystkie podręczniki są darmowe oraz co kwartał przysługuje zasiłek na przybory szkolne. Można więc powiedzieć, że nie istnieje bariera finansowa, która uniemożliwiałaby podstawową edukację. 


Kolejka po zasiłek na przybory szkolne
Niestety prawda jest taka, że dzieci najczęściej muszą pracować od najmłodszych lat. A szkoła? Praktycznie dzieci uczą się do godziny osiemnastej (z przerwą między jedenastą a trzynastą). Potem trzeba wrócić do domu, wielokrotnie kilka kilometrów piechotą. Wielu rodzin nie stać na taki luksus. Bywa więc, że dzieci opuszczają szkołę o jedenastej i już nie wracają, bo trzeba iść do pracy. Bywa, że są gośćmi w szkole, a niektóre nawet nie są zapisywane na zajęcia. Oficjalne dane mówią, że 85% dzieci uczęszcza do szkoły. Jednak ta liczba jest podobno mocno zawyżona. Drugą stroną medalu jest to, że większość osób (zarówno dzieci, jak też ich rodziców) uważa czas spędzony w szkole za zmarnowany. Najczęściej jest tak, że dziecko jest przyuczane do zawodu swoich rodziców i gdy dorasta przejmuje rodzinny biznes. Skoro więc ojciec jest fryzjerem, nigdy nie chodził do szkoły i nie potrafi czytać, to po co dziecku znajomość matematyki, historii, literatury, skoro z góry wiadomo, że też zostanie fryzjerem.
Szkoła średnia jest już dla wybranych. Przede wszystkim dlatego, że jest płatna. Do matury podchodzi około 10% młodzieży z danego rocznika. Do tego jest ona niezmiernie trudna. Należy zaliczyć egzamin z 16 przedmiotów. Nauki ścisłe są zdawane w języku francuskim, a humanistyczne w arabskim. Przed osobą, która zda wszystkie egzaminy, otworem stoją wszelkie uczelnie świata, ponieważ matura ma status międzynarodowy.
Trudno nie chylić czoła przed takim abiturientem. Już sam fakt biegłego posługiwania się trzema, a nawet czterema językami, skłania do refleksji, że szkoła średnia w Maroku, z pewnością nie jest dla każdego. Ciekawe jest jednak to, że wielu młodych ludzi nie traktuje szkoły średniej jako drogi do zdobycia dobrego zawodu i dobrej pracy. Również wśród bardzo bogatych rodzin, jak też rodzącej się klasy średniej, działa dokładnie taki sam mechanizm, jak w przypadku wspomnianego wcześniej fryzjera. Co z tego, że dziewczyna, czy chłopak skończą medycynę, czy też historię sztuki? Skoro wywodzą się z rodziny bankierów, to w znacznej większości zostaną bankierami. Jeżeli sprzedają samochody, to z dużym prawdopodobieństwem będą to robić do śmierci. Rodzinny biznes jest świętością i trzeba o niego dbać. Skoro można mu poświęcić małżeństwo, to tym bardziej karierę zawodową.

Tradycja i wychowanie, są dla Marokańczyków jak narkotyk, do którego wracają, gdy tylko go poczują. Nie ma znaczenia, że ktoś wyjedzie do Europy na studia. Nie ma znaczenia, że potrafi się tam bawić po europejsku … pić (chociaż islam tego zabrania), imprezować, ubierać się u najlepszych projektantów mody, jeździć najdroższymi samochodami. Wraca do rodzinnego domu i staje się takim, jakim był przed wyjazdem. Wraca wiara w czary, dżiny, rzucanie uroków. Na szczęście w Maroku nie ma tradycji związanych ze skrajnym islamem (rozumianym jako polityka a nie religia), ponieważ korzenie, czy też tożsamość są jednym z podstawowych filarów życia tych ludzi. Pozwoliło mi to zrozumieć, dlaczego (niestety) muzułmanie mieszkający w Europie od kilkunastu lat, a nawet będący potomkami imigrantów z Afryki, nagle zaczynają przejawiać zachowania, które zupełnie do nich nie pasują. W tym przypadku oni nie wracają do ojczyzny, ale to ona zaczyna przyjeżdżać do nich.

Wracając do czarów … Wydawać by się mogło, że mają one niewiele wspólnego z medycyną. A jednak w Maroku mają. Dzieci szkolne mają dostęp do bezpłatnej opieki medycznej. Co więcej, istnieje coś takiego jak karta rodziny, w której między innymi są wpisywane wszelkiego rodzaju szczepienia. Jeżeli dziecko nie ma koniecznych wpisów, rodzic nie załatwi nic w żadnym urzędzie, dopóki nie uzupełni zaległości. Mając na względzie coraz silniejszy ruch antyszczepionkowy w naszym kraju, można by stwierdzić, że Maroko to państwo represyjne. Może tak, może nie. W każdym razie Afryka to nie to samo co Europa (biorąc pod uwagę higienę, dostęp do służby zdrowia i zjadliwość rozmaitych paskudztw, które w naszych warunkach klimatycznych nie mają szans na przeżycie).
Możliwość darmowego leczenia dziecka nie do końca jest doceniana przez rodziców. Z jednej strony, często występuje problem dowiezienia dziecka do lekarza oddalonego o wiele kilometrów, a drugą sprawą jest brak wiary w skuteczność leczenia. Marokańczycy (podobnie jak my) uważają, że konieczne jest leczenie przyczynowe, a nie objawowe. A co jest przyczyną choroby? Oczywiście to, że ktoś rzucił urok. Trzeba więc przede wszystkim znaleźć tę osobę. Jeżeli się uda, to jest szereg sposobów, aby chory szybko wyzdrowiał. Wystarczy chociażby niepostrzeżenie coś jej ukraść i to spalić. Gorzej, gdy nie wiadomo kto rzucił urok. Wówczas w sukurs przychodzą rozmaici szamani ze swoimi odwiecznymi praktykami. Wielokrotnie jest to tańsze niż dowiezienie chorego do lekarza i … co ciekawe, podobno często przynosi skutek. Jako Europejczyk, powiedziałbym, siła autosugestii. Nasza przewodniczka na wycieczce też jest Europejką (i to pełną gębą, bo z Wrocławia). Po kilkunastu latach przebywania w krajach afrykańskich, patrzy na to już zupełnie inaczej niż ja, chociaż barbarzyńskie sposoby odczyniania czarów też nie do końca jej pasują. Istnieje bowiem pewna metoda na uzdrowienie człowieka, na którego rzucono urok, gdy nie wiadomo kto jest sprawcą. Trzeba rozpalić w beczce ognisko, odszukać kameleona i żywcem wrzucić go do tego ogniska. Jeżeli eksploduje, to czar pryska. Jeżeli się zwęgli, to … trzeba szukać kolejnego kameleona, a najlepiej udać się do szamana.
Czy mieszkańcy bogatej i światłej północy kraju są mniej przesądni? Do lekarzy pewnie chodzą dużo częściej. Jednak gdy taki młodzieniec umówi się ze swoją dziewczyną i podjedzie po nią swoim porsche, to z pewnością do jej domu nie wejdzie. Nie dlatego, że nie wypada, albo jest nieśmiały i obawia się jej rodziców. Problem polega na tym, że istnieje mnóstwo sposobów, aby rzucić czar na wybranka i sprawić, aby zakochał się wbrew swojej woli. A takiego ryzyka żaden chłopak się nie podejmie.

Czas więc coś napisać o zawieraniu małżeństw. Jak wcześniej wspomniałem, w Maroku mamy do czynienia z małżeństwami kontraktowymi. Oczywiście dotyczy to głównie sytuacji, gdy przyszli małżonkowie mają jakiś majątek. Gdy są biedni jak mysz kościelna, to rzadziej sporządza się jakieś umowy przedślubne. Nie oznacza to, że są to małżeństwa zawierane z miłości. Marzeniem takiej biednej dziewczyny jest wyjść za mąż. Jak najwcześniej i nieważne kim będzie wybranek. W zasadzie im starszy tym lepszy, bo pewnie ma więcej kóz, a być może nawet jakiegoś wielbłąda.
Zwyczajów zawierania małżeństw jest pewnie tyle samo co rozmaitych dialektów języka berberyjskiego (ponad 120). Zresztą z tymi dialektami jest tak, że potrafią się one różnić tak bardzo, że osoby z różnych plemion (a jest ich chyba 56, albo coś koło tego), zwyczajnie nie potrafią się porozumieć. Dlatego też powszechne nauczanie, w którym dzieci uczą się zarówno języka arabskiego jak i francuskiego, jest z punktu widzenia państwa tak ważne.
Jednak można wyciągnąć pewnego rodzaju medianę rytuałów zaślubin. Cała ceremonia trwa trzy dni. Po dokonaniu różnego rodzaju zwyczajowych obrzędów, które mnie akurat za bardzo nie interesowały, dochodzi do nocy poślubnej. Panna młoda jest ubrana przez swoją mamę w szereg rozmaitych warstw. Twarz najczęściej jest zakryta. Również każdy palec z osobna ma swoją ozdobę, którą pan młody musi rozsupłać zanim wreszcie odda się rozkoszy szczęśliwego małżonka. Tradycja ta wynika z tego, że dawniej pan młody nie miał zielonego pojęcia, jak wygląda jego (wybrana przez rodzinę) wybranka. Tak więc stopniowe rozdziewanie jej ze wszystkich szatek, miało na celu powolne oswajanie się z jej wyglądem (aby przypadkiem nie dostał zawału serca). W obecnych czasach, po spisaniu umowy małżeńskiej, istnieje coś w rodzaju okresu narzeczeństwa. W związku z tym, młoda para doskonale wie jak wygląda, ale zwyczaj „rozbierania cebulki” pozostał. Trudno powiedzieć, jak dalece się znają w sensie fizycznym, ponieważ cnota wcale nie jest atrybutem Marokańczyków (przynajmniej jak na standardy kraju muzułmańskiego). W dniu ślubu mniej więcej jedna trzecia mężczyzn nie jest już prawiczkami i jedna szósta kobiet nie jest dziewicami. Podobno istnieje cały szereg sposobów na udawanie dziewictwa. W każdym razie, pani młoda ma przed sobą dwa wyzwania. Najpierw musi przekonać poślubianego chłopaka (czasami pięćdziesięcioletniego), a potem wszystkich gości. Jak to robi … nie wiem, zwłaszcza że nawet będąc dziewicą, nie jest to proste. Tak czy inaczej, przez kolejne dwa dni musi chodzić w sukience upapranej krwią.
Ten czas spędza w towarzystwie damskiej części gości weselnych, a pan młody przebywa w otoczeniu innych mężczyzn oraz swojej mamusi, która robi mu masaż pleców.
Cóż, taki zwyczaj. Chociaż gdyby bliżej przyjrzeć się naszym zabawom weselnym, a w szczególności gościom zalegającym pod stołami i w innych dziwnych miejscach, to można dojść do wniosku, że ich wesele bardziej przypomina nasze imieniny u babci Stasi – pełna kultura.

Wspomniałem o pewnych rytuałach, symbolach które mają na coś wskazywać. Tego rodzaju zachowań jest dużo więcej i przeciętny Europejczyk może się w tym zagubić, a nawet wrócić do domu z wielbłądem zamiast swojej żony. Podstawowa zasada … jak nie rozumiesz, to zawsze kiwaj głową, że nie. Podobno jedno uściśnięcie dłoni (lub przedramienia) oznacza zaproszenie do rozmowy, ale już dwa uściski – są zachętą do seksu. Dwa uściski ramienia mówią: „ubierz się ździro, masz za krótką spódniczkę”. Nasza przewodniczka uprzedzała dziewczyny z grupy, że lepiej ubierać się nie za bardzo „kuso”. Marokańscy panowie spotykają się w kawiarniach, ale nie siadają przy stołach. Bardziej przypomina to kino lub teatr. Krzesła ustawiane są w rzędach, a sceną jest główne wejście. Gapią się i komentują.



Nasz przewodnik chciał nas rozweselić.
Majka któregoś dnia pożałowała, że założyła bardzo krótkie spodenki. Stanął taki jeden jakieś półtora metra przed nią i zaczął gapić się na jej nogi. Spojrzała na niego, po czym szybko odwróciła wzrok. Po kilku minutach chciała sprawdzić, czy nadal stoi w tym samym miejscu. Ponownie spojrzała mu w twarz. Niestety (jak się później dowiedzieliśmy), drugie spojrzenie oznacza zaproszenie (niekoniecznie do rozmowy). Facet zaczął do niej cmokać, robić jakieś dziwne miny. Musiałem wstać i wziąć ją za rękę, aby mu pokazać, że to jest „moja kobieta”. Akurat w Maroku, kobieta będąca w towarzystwie mężczyzny, jest zupełnie bezpieczna.

A ja chciałem dotrzymać mu towarzystwa.
Za to mieliśmy w grupie propozycję kupna jednej z naszych dziewczyn. Pewnie gdybym był na miejscu jej męża, albo gdybym to ja otrzymał propozycję kupna Majki, to też bym spanikował i szybko zamknął temat. Jednak rozważając czysto hipotetycznie, chętnie zadałbym pytanie (które doskonale rozumieją): „How much?”. Marokańczycy mają opanowane liczby w każdym języku, nawet polskim.
One camel, two camels ... myślę, że za Majkę zbyt dużo wielbłądów bym nie dostał, bo jak na standardy marokańskie jest zbyt wychudzona.






Odszedłem trochę od tematu rodziny... no to wracam. Co robią Marokańczycy w dorosłym życiu?
Wszystko, aby zarobić. Mają jednak swój honor - nie żebrzą. O wiele więcej żebraków jest na naszych ulicach. Nie kradną. Nie zabierają tego co do nich nie należy. Któregoś dnia zapomniałem zabrać z restauracji aparat fotograficzny. Już prawie wsiadałem do busa, gdy przybiegł kelner pytając, kto go zostawił. Często dzielą się z innymi tym co mają, zwłaszcza Syryjczykami, którzy również tam szukają schronienia. I nie są to tylko puste słowa (wynikające z zapisów Koranu). Nie oddają tego co im zbywa, ale to, co stanowi dla nich realną wartość.
Za to się targują. Jest to chyba podstawowa umiejętność, ponieważ również dzieci pięcio-sześcioletnie potrafią negocjować ceny (choćby sprzedając daktyle). Ja po tygodniu też się tego nauczyłem. Majka kupiła kilka chust. Przy pierwszej, chłopak wyszedł od ceny 200 dirhamów. Targowaliśmy się, bo wiedzieliśmy, że tak trzeba. Gdy w końcu ją kupiliśmy za 70 dirhamów, wydawało nam się, że zrobiliśmy interes życia. Dwa dni przed wyjazdem, taką samą chustę (tylko w innym kolorze) kupiliśmy za 20 dirhamów.
Mieszkańcy południa nie wezmą pieniędzy za nic. Chłopiec, który był naszym przewodnikiem po pustyni też chciał sprzedać to co sam wyrzeźbił w kamieniu. Wiedzieliśmy, że jego rodzina ma trudną sytuację finansową i każdy z domowników stara się jak może. Kupiliśmy więc za kilkanaście euro wielbłąda, który wygląda jak pies z garbem (oczywiście się targując), mając świadomość, że podobne figurki na straganie można kupić za jedną czwartą tej ceny. Jednak gdybyśmy chcieli mu zwyczajnie dać te pieniądze (za nic), to by ich nie przyjął.
Zupełnie inaczej jest na bogatej północy. Tutaj jest mieszanka bogactwa i ubóstwa, prawość próbuje walczyć z korupcją, standardy europejskie wciskają się tam, gdzie nie są mile widziane.
Na południu, dzieci które nas mijały uśmiechały się i mówiły do nas „mahlaan” czyli coś w rodzaju „cześć”. Najwyżej chciały nam sprzedać jakieś daktyle. Na północy się nie uśmiechają, za to wyciągają ręce po pieniądze … i wcale nie dla siebie, ani dla swojej rodziny. Pewne sfery życia opanowała mafia. Czy ją ktoś kontroluje? 
Maroko jest stowarzyszone z Unią Europejską, co powoduje płynięcie szerokiego strumienia środków inwestycyjnych. Jednak przeciętny Marokańczyk (zwłaszcza ten z biednego południa) wcale nie kwapi się do zaciągania kredytów. Tamtejsi ludzie żyją na miarę swoich możliwości.

XVIII wieczna budowla z gliny.
Moją uwagę zwróciło mnóstwo (z pozoru) niewykończonych domów. Wybudowana jest jedna kondygnacja, albo dwie, po czym na ostatniej zbudowane są tylko ściany z wystającymi prętami zbrojeniowymi. Taka sytuacja ma miejsce niezależnie od zastosowanej technologii. Istnieją domy budowane z cegły ceramicznej, albo chociaż cementowej. Jednak to jest drogie. Nadal najpopularniejszym sposobem budowy domów jest glina, kamienie i sieczka (wymieszane, tworzą ogromne bloki służące do budowy). Przyczyn niewykończonych domów jest kilka. Przede wszystkim chodzi o pieniądze. Młodą rodzinę stać najwyżej na postawienie jednej kondygnacji. Albo zaczynają od zera, albo dobudowują się na domu swoich rodziców. Nadal pozostawiają wystające pręty z dwóch powodów. Po pierwsze, być może ich dzieci będą chciały dobudować kolejne piętro, a po drugie (co ma chyba większe znaczenie), taki dom, zgodnie z przepisami budowlanymi, nie jest jeszcze ukończony, co w świetle tamtejszego prawa zwalnia od płacenia podatku od nieruchomości. Dochodzi też możliwość korzystania (zwłaszcza w upalne noce) z pokoju „pod gwiazdami”.


Trudno uwierzyć, że to tylko glina, słoma i trochę kamieni.


Wbrew pozorom, ten dom jest zamieszkany.
W większych miastach istnieje możliwość uzyskania mieszkania socjalnego (nawet do 140 m2, w zależności o wielkości rodziny). Niestety te lokale nie cieszą się dużą popularnością. Marokańczycy są przyzwyczajeni do wolności, swobody, przestrzeni. Mieszkanie z sąsiadem za ścianą nie jest ich marzeniem … a do tego parkingi są przeznaczone tylko dla samochodów, a osiołka do mieszkania zabrać nie można. Niektóre z plemion Berberów nadal prowadzą koczowniczy tryb życia, co wbrew pozorom wcale nie przeszkadza im w posyłaniu dzieci do szkół.


Namiot plemion koczowniczych.

Tutaj mieszkają kozy.
Pozostał mi jeszcze do opisania ostatni etap życia człowieka z Maroka. Tym etapem życia jest śmierć. Wyszedł dość specyficzny oksymoron, ale niech tak będzie.
Tutaj jest ona czymś zupełnie naturalnym, na co nie należy zwracać większej uwagi. Zmarłego trzeba przygotować na nową drogę życia, zupełnie tak samo jak kogoś, kto przeprowadza się do innej miejscowości.
Pochówku należy dokonać w ciągu 24 godzin (ze względu na panujące upały) i nikogo nie obchodzi, czy rodzina z dalszych terenów zdąży przyjechać, czy też nie. Nieboszczyka owija się materiałem i wiezie na cmentarz. Jeżeli jest on blisko (kilka kilometrów), to zmarłego kładzie się na czymkolwiek (drzwiach, łóżku) i zanosi. Jeżeli cmentarz jest daleko, to wynajmuje się samochód ciężarowy (rzadziej karetkę pogotowia z pobliskiego szpitala). Zmarłych układa się na prawym boku, twarzą skierowaną w stronę Mekki. Aby się nie przewrócili, wykopuje się bardzo wąski grób (zawsze na szerokość pięciu dłoni). Nasza przewodniczka zadała kiedyś pytanie swoim marokańskim znajomym: „co będzie, gdy nieboszczyk będzie „brzuchaty” i będzie miał ze 130 kilogramów”. Odpowiedź była prosta i chyba wcale nie zaskakująca: „Jak był dobrym człowiekiem, to się zmieści”. W ceremonii pogrzebowej biorą
Kuchenka.
udział tylko mężczyźni. Kobiety mogą przyjść na cmentarz dopiero po trzech dniach. Czasami zdarza się, że idą kilkaset metrów za konduktem żałobnym, jednak nigdy nie wchodzą na teren cmentarza. Zmarłym nie stawia się pomników. Czasami odwiedza się to miejsce z okazji jakichś świąt, jednak najczęściej, po kilku latach nie wiadomo już gdzie leży dana osoba. Nie wspomina się też w jakiś szczególny sposób osób zmarłych. Od powyższych zasad są czasami wyjątki, zwłaszcza na europeizującej się północy. Tam wielokrotnie wszystko wygląda tak jak u nas. Wystarczy nawet spojrzeć na sam cmentarz.



Cmentarz na południu Maroka.




Nas Europejczyków, może przerażać świadomość, że w Maroko nie ma jakiegoś kultu zmarłych, że się ich nie wspomina, nie dba o ich groby. Ale być może to logika Marokańczyków jest dużo bardziej racjonalna niż nasza. Przecież osoba zmarła jest już zupełnie gdzie indziej. Według ich wierzeń, do raju wiedzie cienki most, grubości włosa. Jeżeli ktoś był dobrym człowiekiem, to nie ma problemu z przejściem po nim na drugą stronę. Pozostali spadają do krainy, którą możemy nazwać piekłem, czyśćcem, albo jeszcze inaczej. Jednak można ją opuścić i udać się do raju (chociaż nie zapamiętałem co trzeba zrobić, aby tego dostąpić). A tam, można spodziewać się krainy z krystalicznie czystą wodą (która dla Marokańczyków jest symbolem życia), krainy mlekiem i winem płynącą. Każdy mężczyzna będzie miał 72 wiecznie odradzające się dziewice (zwane hurysami), a sam ciągle będzie miał 30 lat (aby mógł się nimi cieszyć). Zaciekawiło mnie, skąd będą brane te dziewice. Otóż sprawa jest całkiem prosta. Będą to zwyczajne kobiety, które żyły kiedyś na ziemi. Niestety im nie dane będzie cieszyć się rajem, bo nadal będą musiały służyć jakiemuś mężczyźnie. Z tego faktu wypływa być może niezbyt duże przywiązanie mężczyzny do swojej żony (bo przecież kiedyś najprawdopodobniej zostanie ona hurysą innego faceta). Za to dużą wagę przykłada się do przyjaźni męsko-męskiej. Bywa, że na ulicy można spotkać parę chłopców (w różnym wieku), trzymających się za rękę. Są to faktycznie przyjaciele (i ta przyjaźń wcale nie jest jakąkolwiek przykrywką innej orientacji seksualnej).

Prawdę mówiąc, moje wyobrażenie marokańskiego mężczyzny trochę się zmieniło … a nawet bardzo. Krótko mówiąc, maminsynek i pantoflarz, mocny w gębie, pewny siebie w towarzystwie kolegów. A z drugiej strony, bardzo rodzinny, uczynny w stosunku do innych, gościnny.
Wiele o człowieku mówią jego oczy. Ich oczy są radosne, pełne sympatii. Przez cały czas pobytu spotkałem tylko jednego, który patrzył na nas jak na intruzów (chociaż robił wszystko co do niego należało). Nie był to jednak wzrok pogardy … bardziej dumy z tego kim jest. I pewnie gdyby spojrzał mi prosto w oczy, to ja nie byłbym tak dumny jak on. Widok pijanych, przewracających się na lotnisku Polaków (tuż po wyjściu z samolotu), raczej powodował poczucie wstydu (zwłaszcza w kraju, w którym picie alkoholu jest grzechem).

Bardzo interesowało nas, jak w Maroku wygląda system opieki zastępczej i adopcja dzieci.
Na dobrą sprawę, można powiedzieć, że ten temat praktycznie nie istnieje. Są sądy rodzinne, które w wyjątkowych sytuacjach (gdy nikt z rodziny nie chce się podjąć opieki nad dzieckiem spokrewnionej osoby) odbierają matce prawa rodzicielskie. Zdarza się to jednak stosunkowo rzadko, a dziecko umieszczane jest wówczas w sierocińcu. Takie dziecko można adoptować.
Istnieją jednak prywatne instytucje, przypominające nasze domy dziecka. Do tych placówek trafiają dzieci zarówno z sierocińców, jak też bezpośrednio z ulicy – dzieci bezdomne, o które nikt się nie upomni. System kontroli takich ośrodków jest niejasny, a do tego wszechobecna korupcja powoduje, że z przebywającymi w nich dziećmi, można zrobić co się chce. Podobno większość z nich wcale nie trafia do rodzin adopcyjnych. Istnieje więc handel ludźmi do różnych celów, o czym wszyscy wiedzą, ale nikogo to nie interesuje.

Wiele osób pytało mnie po powrocie, jak mi się podobało?
Sam nie wiem. Nie moja bajka i nie chciałbym w niej zamieszkać.
Pracujące dzieci, wszędzie pałętające się koty (również w ekskluzywnych restauracjach), tępione psy (jako nieczyste – zwłaszcza te czarne) poszukujące schronienia z dala od skupisk ludzkich, wychudzone i poranione konie ciągnące bryczki. Góry … nasze ładniejsze (i nie trzeba ich lizać przez papierek), ocean … tylko trochę cieplejszy niż nasz Bałtyk a słońce zachodzi z drugiej strony.
Pustynia … ta akurat robi wrażenie. Turyści… oblegający tylko hotelowe baseny – na plaży nie ma ich rano, nie ma ich w południe, nie ma ich wieczorem.
Pojechałem, zobaczyłem, było inaczej. Nie wiem, czy chciałbym tam kiedyś powrócić.
Wiem jednak, że było warto. Na południu Maroka zobaczyłem szczęśliwych ludzi. Może biednych, ale wolnych. I to nie w jakimś wymiarze politycznym. Tam czułem się dobrze.


Pustynia, która mnie zachwyciła.

Nawet odrobina zieleni cieszy oko.

Jakby widok z łazika Curiosity.

Prawie jak nad Bałtykiem, tylko zachodzące słońce z prawej strony.

Niby pięknie, ale już chciało się wracać.

Majka w trakcie opalania.

Majka po opalaniu.




czwartek, 24 sierpnia 2017

KAPSEL na ściance.


Kapsel jednak trafił na ściankę. Wprawdzie ta z załączonego zdjęcia nie jest wysokiego lotu (chociaż nawet z takiej niewielkiej chłopiec czasami spada), to portal w internecie, na którym zamieściliśmy informację, że poszukujemy rodziców adopcyjnych, jest z górnej półki.

Na stronie Nasz Bocian siłą rzeczy w sposób skrócony przedstawiłem historię Kapsla. Uznałem jednak, że już tyle napisałem o nim tutaj, że żal tego nie wykorzystać, aby maksymalnie przybliżyć jego postać zainteresowanym rodzicom.

Zatem spróbuję trochę usystematyzować wszystkie wpisy, aby nikt nie musiał czytać całego bloga.

Na początku, a było to równy rok temu, z ogromnym entuzjazmem zabraliśmy się do pracy z Kapslem. Wydawało nam się, że jego lekkie opóźnienie w rozwoju (bo tylko takie ma orzeczenie w „papierach”) jest tylko kwestią zaniedbań ze strony jego mamy, która (jak sama przyznawała) zbyt wiele czasu mu nie poświęcała. Przekonanie to wypływało głównie z faktu, że chłopiec był bardzo rezolutny i otwarty. Potrafił porozmawiać z każdym i na każdy temat, chociaż najczęściej nie do końca wiedział o czym mówi. Wydawało mi się, że skoro zna niektóre trudne i dziwne słowa (jak choćby „recycling”, „podnośnik hydrauliczny”), to nauczenie się liczenia do dziesięciu, będzie „bułką z masłem”. Niestety z każdym tygodniem to przekonanie coraz bardziej słabło.

Pierwszą wzmiankę poczyniłem, wstawiając jego ocenę, po trzech tygodniach naszej znajomości:


Nieco więcej o naszym pierwszym etapie napisałem tutaj:


Mieliśmy świadomość, że ewentualne szanse na adopcję stają się coraz mniejsze. Siedmioletni i nie do końca rozgarnięty chłopiec, niestety nie jest „kąskiem”, po który rodzice adopcyjni ustawiają się w kolejce. Zaczęliśmy więc coraz bardziej wspierać jego mamę, która spotykała się z nim regularnie i sprawiała wrażenie, że będzie w stanie ułożyć sobie swoje dotychczas beztroskie życie.
Wielkim zaskoczeniem był więc fakt odebrania jej praw rodzicielskich.
Więcej na ten temat napisałem w poniższym tekście:


Kapsel z każdym miesiącem stawał się coraz bardziej niesforny. W pewnym momencie zaczęliśmy się zastanawiać, czy w ogóle nadajemy się na rodziców. Przyszło do nas grzeczne dziecko, a my w trzy miesiące rozpuściliśmy je "jak dziadowski bicz”. Czasami bezradnie rozkładaliśmy ręce, bo żadne argumenty do niego nie trafiały, robił co chciał (albo wrzeszczał, że mu na coś nie pozwalamy). Gdybym wówczas wiedział, kiedy chłopak od nas odejdzie, to kupiłbym sobie miarę krawiecką i (niczym w wojsku) z każdym dniem odcinał jeden centymetr. Naprawdę momentami mieliśmy go już dosyć.
Jak ktoś ma ochotę, to może przeczytać rozwinięcie tego tematu:


W którymś momencie coś zaczęło się zmieniać – zaczęliśmy coraz lepiej się rozumieć.
Gdy czasami z Majką sobie wszystko wspominamy, to wydaje nam się, że na samym początku chłopiec był grzeczny, bo mógł się nas obawiać. Nie znaliśmy się, więc nie wiedział na co może sobie pozwolić i czy przypadkiem nie dostanie za coś w skórę. Ostatecznie nie wiemy, jakie miał wcześniejsze doświadczenia.
Z biegiem czasu poczuł się u nas bezpiecznie, więc zaczął testować naszą cierpliwość. W końcu zrozumiał czego od niego oczekujemy, i że wszelkie formy buntu nie przynoszą zakładanego skutku. Niestety nauka tego, też zajęła mu kilka miesięcy:


Aż przyszedł moment, gdy nastała prawdziwa sielanka. Pomysł z miarą krawiecką poszedł już w zapomnienie:


Niestety coraz bardziej zaczęła nas dręczyć myśl związana z przyszłością chłopca. Wprawdzie w pewnym momencie zaświtała iskierka nadziei, to niestety z każdym dniem płomyczek jest coraz słabszy:



Czas dopisać ciąg dalszy i jakoś wszystko podsumować.
Kapsel jest dzieckiem, które wymaga ciągłego zainteresowania i ciągłego przypominania mu o takich, czy innych zasadach. Wówczas jest fantastyczny. Potrafi współpracować, pomagać w rozmaitych pracach. Najgorszą rzeczą jest pozostawienie go samemu sobie. Nadal nie potrafi bawić się samodzielnie, nie mówiąc o kolorowankach, wycinankach, czy innych jeszcze bardziej skomplikowanych rozrywkach. Bardzo chętnie w nich uczestniczy, ale musi być „prowadzony za rączkę”.
Ostatnio mieliśmy przez dwa tygodnie pod opieką trójkę dzieci z innego pogotowia rodzinnego (co powodowało, że samemu Kapslowi poświęcaliśmy mniej czasu niż zazwyczaj). Być może niewłaściwie założyliśmy, że towarzystwo innych dzieci mu to w jakiś sposób zrekompensuje. Dodatkowo chłopiec trzy dni spędził w szpitalu (planowany zabieg), będąc ciągle w towarzystwie mamy lub babci. Trudno powiedzieć, która z tych dwóch rzeczy ma na to większy wpływ, ale Kapsel cofnął się w swoich zachowaniach o kilka miesięcy. Wrócił do okresu, gdy rzucał się z krzykiem na podłogę, gdy chodził po pokojach (wyciągając z szaf nie swoje rzeczy), gdy nie chciał sprzątać, pomagać…, gdy chęć jedzenia zaczęła przysłaniać wszelkie racjonalne myślenie.
Sądzę jednak, że tym razem powrót do normalności zabierze mu dużo mniej czasu, bo już teraz widać, że jest coraz lepiej.

Sprawa zainteresowanej rodziny adopcyjnej przycichła. Podjęliśmy więc z Majką decyzję o umieszczeniu go „na ściance” - takiej pewnego rodzaju tablicy ogłoszeń, do której mają dostęp również rodzice, którzy ukończyli kurs i mają kwalifikacje, aby przysposobić dziecko.
Napisałem (głównie tutaj) jak się sprawy mają, niczego nie ukrywając, nikogo nie wybielając, ani nadmiernie krytykując. Daleki jestem od prób wzbudzania litości, sugerując że chłopak kiepsko skończy w domu dziecka (gdzie nie będzie miał kontaktu jeden-na jeden z podstawowym opiekunem). Istnieje duże prawdopodobieństwo, że tak właśnie się stanie, jednak nie może to być ważnym kryterium, na podstawie którego, jakaś rodzina podejmie decyzję. Nie mogę też pisać, że chłopiec jest bezproblemowy, bo tak nie jest (chociaż w ostatnim czasie nastąpił ogromny postęp związany z moczeniem się). Nie chcę też rodziców, którzy zainteresują się Kapslem tylko dlatego, aby nie trafił do adopcji zagranicznej (bo ta opcja cały czas istnieje i dla nas nie jest to problemem … a dla Kapsla też z pewnością by nim nie była).

Kogo więc szukamy dla chłopca?
Kogoś, kto nie ma potrzeby wychowania swojego dziecka na geniusza. Kogoś, komu radość sprawia dawanie, a nie branie. Kogoś, kto ma dużo cierpliwości. Kogoś, kogo nie irytuje … „głupota”. Kogoś, kto chce mieć dziecko i być rodzicem dla niego i dla siebie (a nie dla sąsiadów, znajomych, czy nawet dalszej rodziny).
A przede wszystkim kogoś, kto będzie chciał z tym dzieckiem być na co dzień, dając mu głównie siebie, a nie w zastępstwie opiekunki i mnóstwo zajęć dodatkowych. Kapsel to lubi, nawet bardzo… ale jako dodatek.

Ktoś mógłby powiedzieć: adoptuj sam. Ja na przysposobienie takiego chłopca nie jestem gotowy, nigdy nie byłem i pewnie nigdy nie będę. Mogę poświęcić Kapslowi swój czas, mogę się z nim pobawić, pobiegać, poskakać na trampolinie. Mogę być dla niego fajnym wujkiem przez jakiś czas … nawet długi, ale nie na zawsze. Ja jestem typowym ojcem, który lubi się chwalić swoimi dziećmi. Nie szukamy dla Kapsla rodziców typowych, którzy zainteresują się nim tylko dlatego, że nie mają lepszych ofert. Kapslowi są potrzebni rodzice nietypowi. Są tacy ludzie. Nawet sami takich znamy.
Czy Kapslem nie można się chwalić? Owszem można, ale w wąskiej grupie osób, które go znają. Cały czas robi postępy, chociaż otoczenie może tego nie zauważać. Najprawdopodobniej w dorosłym życiu będzie mógł samodzielnie funkcjonować. Problem polega tylko na tym, aby znaleźć właściwych ludzi, którzy go do tej dorosłości doprowadzą.

I jeszcze kilka słów o mamie chłopca. Cały czas planuje złożyć wniosek do sądu o przywrócenie praw rodzicielskich. Parafrazując słowa Hamleta, napiszę „plany, plany, plany”.
Niczego nie zrobiła kiedyś, kiedy były ku temu podstawy, niczego nie zrobi i teraz (zwłaszcza, że jej sytuacja coraz bardziej się komplikuje). Owszem, przedstawia nam swoje plany, sugeruje pewne rozwiązania, które chciałaby zrealizować. Czasami nawet coś w tym kierunku zrobi. Jednak ja, na każdy jej nowy pomysł na życie, robię coraz większe oczy.
Przypomniał mi się pewien stary dowcip, który akurat w tym przypadku bardzo do mnie pasuje.
  • Czym się różni żaba od faceta?
  • Ta pierwsza czasami „kuma”.









niedziela, 13 sierpnia 2017

GACEK 2

Gacek to był „chłopak na opak”. Z innymi dziećmi, przebywającymi w naszej rodzinie zastępczej łączyły go tylko dwie rzeczy. Pierwsza sprawa, to typowa rodzina biologiczna, a druga – czas pobytu u nas (rok i kilka dni).
Cała reszta wymyka się ze znanych mi dotychczas standardów.
Chłopiec trafił do naszej rodziny w wieku dziewięciu miesięcy. Kilka pierwszych (a czasami kilkanaście) dni, jest bardzo trudnych. Dzieci nagle zostają przeniesione do obcej rodziny (czyli do nas) bez jakiegokolwiek przygotowania. My nie znamy ich, one nie znają nas. Uczymy się siebie nawzajem. Z Gackiem było zupełnie inaczej. Sprawiał wrażenie, jakbyśmy się znali od urodzenia. Nie płakał, niczego od nas nie chciał. Lubił siedzieć w łóżeczku (albo na dywanie) otoczony dużą ilością zabawek. Był bezproblemowy w obsłudze. Jednak takie zachowanie nie jest normalne. Prawdopodobnie jego mama sadzała go w ten sposób i chłopak się do tego przyzwyczaił. Nie domagał się niczego, bo wiedział, że na zbyt wiele liczyć nie może. Kilka tygodni zabrało nam uczenie go zgłaszania swoich potrzeb – choćby przytulania się.
Taki sposób bycia powodował, że chłopiec był rozmaicie odbierany przez różne osoby. Majkę pominę, bo ona kocha wszystkie dzieci. Gacek był ulubieńcem Kubusia (naszej córki). Czasami odwzajemniał to uczucie, czasami nie. Dla mnie był on przez długi czas, „obcy”. Nie jest to właściwe słowo, ale trudno mi znaleźć jakieś określenie dla dziecka, którym tylko się opiekuję. Myślałem nawet, że tak będzie do końca, ponieważ w przypadku innych dzieci, po jakimś czasie zawsze czułem, że one są moje.
Gacek też w końcu stał się mój … i to w najmniej spodziewanym momencie.
Od wszystkich innych dzieci z naszego pogotowia, coraz bardziej się oddalam, gdy zaczynają się one spotykać z rodzicami adopcyjnymi. Nie rozumiem tego mechanizmu, ale zaczynają mnie drażnić ich zachowania, które jeszcze kilkanaście dni wcześniej, były dla mnie czymś normalnym.
Z Gackiem było inaczej. Gdy Lassie i Barry (rodzice adopcyjni) zaczęli do niego przyjeżdżać, to nagle poczułem, że chcą mi go odebrać. A przecież tak naprawdę nigdy nie uważałem go za swoje dziecko. A może tylko tak mi się wydawało?
Gdy teraz się odwiedzamy (z Gackiem), to jest taka chwila, gdy spotyka się nasz wzrok i pojawia się uśmiech. Jest to zupełnie inny uśmiech niż w przypadku pozostałych dzieci, które widuję. Trwa on chwilę, ale nie da się go nie zauważyć. To może nawet nie jest uśmiech, ale taki błysk w oku - „jesteś”.

Cały proces zapoznawania się Gacka z nowymi rodzicami też był inny niż zazwyczaj. Przyjeżdżali oni do chłopca prawie codziennie przez miesiąc. Zabierali go na spacery i zapewniali rozmaite atrakcje. Pod koniec zaczął spędzać pojedyncze dni, a nawet weekendy, w ich domu. O ile ten schemat miał już miejsce przy innych dzieciach, o tyle nowością były spotkania krótko po zamieszkaniu w nowej rodzinie. Chłopiec nie jest z nami niewiele ponad miesiąc. W tym czasie widzieliśmy się już trzy razy. Byliśmy w jego domu, on był u nas. Spotkał się z przebywającymi u nas dziećmi, zwłaszcza z Kapslem, który był dla niego bratem przez prawie rok. Zresztą z Kapslem spędził kilka dni w swoim domku nad jeziorem.
Lassie i Barry są bardzo otwarci na spotkania z nami. W pewien sposób wspólnie testujemy taki sposób przejścia dziecka do nowej rodziny. Gdy ostatnio odjeżdżaliśmy (po spędzonym razem dniu w plenerze), to Lassie stwierdziła, że chyba będzie chciał pojechać z nami. Nie chciał … jego dom jest już gdzieś indziej. My jesteśmy już tylko historią, ale może historią, którą warto pamiętać. Jesteśmy w końcu ciągłością jego życia.
Nie wszystkie rodziny adopcyjne są gotowe na taki model adopcji. Nawet powiedziałbym, że zdecydowana mniejszość. Nawet te rodziny rozumiem. Nawet niewykluczone, że sam chciałbym się odciąć od dotychczasowej rodziny zastępczej, rozpoczynając nowy rozdział w życiu mojego dziecka adopcyjnego.
Ale dlaczego? To jest właśnie ciekawe. Rodzicom adopcyjnym się wydaje, że są dla swojego dziecka kimś wyjątkowym, kimś na kogo czekało ono „gdzieś” przez całe swoje życie. Jednak prawda jest chyba taka, że są oni tylko kolejnym epizodem w jego życiu. Za kilkanaście lat pozna ono kogoś, kto stanie się dla niego ważniejszy – partner, jego dziecko – taka jest kolej rzeczy. Nikt nie będzie przecież od niego wymagał, aby zaprzestało wówczas spotykać się z rodzicami. Dlaczego więc urywać wszelkie kontakty sprzed adopcji?
Nie chodzi mi też tylko o nas (rodziców zastępczych), ale również rodziców biologicznych.
W dzisiejszych czasach, rodzice adopcyjni nie mają problemów z jawnością adopcji, czyli wychowywaniem swojego dziecka w świadomości, że urodziła je inna mama.
Istnieje jednak kwestia otwartości adopcji (o której coraz częściej się wspomina), polegającej na zachowaniu kontaktów również z rodzicami biologicznymi.
Osobiście uważam, że nie jest to dobre rozwiązanie, chociaż moje przekonanie nie jest już tak silne jak jeszcze kilkanaście miesięcy temu. Nie wykluczam więc, że za jakiś czas będę orędownikiem utrzymywania kontaktów również z rodzicami biologicznymi.
W przypadku Gacka, sprawa jest dość prosta. Jego mama sama przestała się nim interesować.
Nie oznacza to, że kiedyś się jeszcze nie odezwie. Wielokrotnie bywa tak, że Majka dostaje SMS-a, albo nawet telefon od mamy biologicznej dziecka, które już dawno ma nową rodzinę.
„Co u niego słychać?”, „Czy jest szczęśliwy?”, „Czy jest możliwość abym się z nim spotkała?”.
W każdym przypadku zapewniamy mamę, że z dzieckiem jest wszystko w porządku i ma szczęśliwą rodzinę (oczywiście nie ujawniając żadnych szczegółów). Nie informujemy tej rodziny o takich telefonach, aby nie burzyć jej spokoju. W jakimś sensie, bierzemy na swoje sumienie podjęcie bardzo ważnej decyzji.
Zacząłem się nad tym zastanawiać akurat w przypadku Gacka, ponieważ jego rodzice adopcyjni są tak bardzo otwarci i nie obawiają się przeszłości chłopca.
Jak jednak postąpimy, gdy mama biologiczna Gacka do nas zadzwoni? Być może jest to pytanie, które powinniśmy zadawać każdej rodzinie adopcyjnej na samym początku.
Bycie rodzicami adopcyjnymi nie jest proste. My jesteśmy gotowi zaakceptować każde ich zdanie. To ich dziecko, ich życie, to oni będą ponosić konsekwencje trafnych (lub nie) decyzji.
Czy razem z Majką możemy im jakoś pomóc? Mam nadzieję, że tak.

Wrócę jednak do tego chłopaka, który przez ostatni rok, łamał wszelkie znane mi zasady.
Jako jedyny z dotychczasowych naszych dzieci – nie lubił jeść. W większości przypadków jest tak, że dzieci są nauczone tego, że o jedzenie trzeba zawalczyć … i najlepiej najeść się na zapas. Nawet Smerfetka, która była z nami od urodzenia, zaczęła przejawiać takie zachowania (wzorując się na innych). Niby wszystko jest proste, za każdym razem jedzenie zostaje na talerzach, co niestety przekłada się na niewłaściwą dietę Furii (bo zjada resztki) … a jednak są to nawyki, z którymi często walczymy miesiącami.

A może chłopiec wcale nie jest „na opak”?
Oto ostatnie opisy jego zachowań (przekazane do ośrodka adopcyjnego), których tutaj jeszcze nie prezentowałem:

Ocena rozwoju dziecka na podstawie obserwacji opiekunów (18 miesięcy).

Gacek jest już wolny prawnie i wkrótce zostanie skierowany do adopcji. Jego mama biologiczna czasami się odzywa, czasami wpada na godzinkę go odwiedzić. Jednak trudno powiedzieć jakie są jej motywy (o ile sama jest ich świadoma). Jakiś czas temu poinformowała nas, że już więcej nie będzie się z nim spotykać, by za kilkanaście dni zadzwonić z pytaniem „kiedy mogę przyjechać?”
Jednak mamy wrażenie, że w sytuacji gdy możemy jej zaproponować dość odległy termin spotkania się z synem, to bardzo ją to cieszy.

Wykaz umiejętności dziecka:

  • W związku z przygotowywaniem wszelkiej dokumentacji dla Ośrodka Adopcyjnego, chłopiec przeszedł badania psychologiczne w Poradni Psychologiczno-Pedagogicznej. Mimo, że opinia, którą otrzymaliśmy jest bardzo lakoniczna (w zasadzie jest tam tylko stwierdzona norma rozwojowa), to chłopiec w wielu sytuacjach podczas badania wykazał się umiejętnościami ponadprzeciętnymi. Pani psycholog była zaskoczona choćby tym, że Gacek odróżnia kształty i kolory (np. potrafi wskazać rzecz, czy obrazek, który jest koloru czerwonego).
  • Cały czas jest bardzo „przytulaśny”. Od jakiegoś czasu, dręczy nas chęcią dawania buziaków. Jednak jest nieufny w stosunku do obcych. Nawet na badaniach psychologicznych, przez długi czas nie chciał zejść z kolan mojej żony (czyli mamy zastępczej). Podobnie jest w sytuacjach, gdy pojawiają się w naszym domu osoby, których nie zna, albo nie widział ich przez dłuższy czas. Zachowanie to dotyczy również jego mamy biologicznej – w końcu z jego punktu widzenia, jest to zupełnie obca kobieta.
  • Od niedawna staje się coraz większym rozrabiaką. Prawdopodobnie jest to związane z rozwojem fizycznym, a dokładniej umiejętnością sprawnego chodzenia (a nawet biegania) oraz wchodzenia i schodzenia z czego tylko się da. Coraz częściej zaczyna walczyć z innymi dziećmi o swoje prawa, mimo że swoją posturą im nie dorównuje. Najczęściej jest to zauważane w trakcie zabawy, gdy jakaś zabawka nagle staje się przedmiotem pożądania dla wszystkich dzieci, albo rozpoczyna się bój, kto pierwszy wejdzie nam na kolana, czy też zostanie przytulony.
  • Dużo rzadziej dochodzi do walki o jedzenie. Gacek jest coraz większym niejadkiem. Na dobrą sprawę, tylko kaszkę z mlekiem wypija chętnie i nigdy jej nie odmawia. Owoce i deserki zjada, ale sprawia wrażenie jakby robił to dla towarzystwa (gdy jedzą inne dzieci). Nawet rarytasy, które uwielbiają pozostałe dzieciaki (ciasteczka, chrupki, różnego rodzaju płatki), najczęściej oddaje psu – mimo że początkowo wyciąga po nie ręce. Najgorzej jest z jedzeniem obiadu i chleba z obkładem (wyłączając suchą bagietkę). Kawałek mięsa potrafi „memlać” godzinę, zanim go w końcu połknie.
  • Od jakiegoś czasu Gacek przestał lubić się kąpać. W czasie gdy pozostała dwójka świetnie się bawi (wylewając połowę wody z wanny na podłogę) … on stoi. Umycie głowy bez płaczu, graniczy z cudem. Ciekawe jest tylko to, że gdy starsza o 4 miesiące Smerfetka, wylewa mu z kubeczka wodę na głowę, która leje mu się po oczach – to wtedy rechocze ze śmiechu.
  • Biorąc pod uwagę kwestie zdrowia, to chłopiec nie nastręcza żadnych problemów. Czasami jakiś katarek i to wszystko. Wprawdzie jego mama biologiczna uważa, że jest on dzieckiem schorowanym, to tak naprawdę wszystko skupia się na utrzymywaniu odpowiedniej higieny (ale też bez przesady) i smarowaniu jego skóry (mającej tendencję do przesuszania się i chropowatości) różnymi kremami i maściami oraz podawaniu raz dziennie leków przeciwalergicznych. Jego policzki są prawie zawsze zaczerwienione (co niektórzy odczytuję jako oznakę zdrowia). Niestety jest to najprawdopodobniej reakcja uczuleniowa (chłopiec jest pod opieką alergologa). Ale powoduje to, że dla osób niewtajemniczonych, Gacek wygląda zdrowo i pewnie miałby zagwarantowany udział w programie „Rolnik szuka żony”.
  • Do tej pory nie zaznajamialiśmy go z nocnikiem. Trochę więc go pod tym względem zaniedbujemy, ale próba „łapania kupy” przy pozostałych dzieciach byłaby bardzo trudnym przedsięwzięciem. Niech to będzie wyzwaniem dla rodziców adopcyjnych.
  • Natomiast staramy się przybliżać mu funkcję szczoteczki do zębów. Póki co bez pasty, bo zostaje ona natychmiast zjadana. Zresztą szczoteczka pełni rolę zabawki (i do tego przechodniej, bo cała trójka maluchów, którą aktualnie mamy pod opieką, korzysta z niej naprzemiennie – ponieważ kąpią się razem w wannie). Jednak, aby pokazać do czego ona służy, w czasie kąpieli myję zęby razem z nimi.
  • Niestety najgorzej sytuacja wygląda w kwestii mowy. Wprawdzie Gacek rozumie co się do niego mówi i często wykonuje rozmaite polecenia, to jednak ilość wypowiadanych słów nie przekracza dziesięciu. Najczęściej wypowiada „aaaaaaaaaaa” (z radości). W sumie bardzo nas to cieszy, ponieważ porównując jego aktualnie zachowanie, do stoickiego spokoju sprzed dwóch, czy trzech miesięcy, wydaje nam się, że stał się wulkanem energii.
Przed chłopcem pewnie jeden z najtrudniejszych w życiu egzaminów.
Uważamy, że emocjonalnie Gacek jest zdolny to zamieszkania z nowymi rodzicami adopcyjnymi, nie ponosząc przy tym większego uszczerbku na swoim zdrowiu psychicznym.
Mamy nadzieję, że nowi rodzice (podobnie jak dotychczasowi rodzice adopcyjni dzieci, które od nas odeszły) będą rozumieć, że rozstanie z nami powinno być procesem rozłożonym w czasie … albo inaczej – poznawanie ich przez Gacka powinno być rozłożone w czasie.

Ocena rozwoju dziecka na podstawie obserwacji opiekunów (21 miesięcy).

Gacek od kilku dni spotyka się z rodzicami adopcyjnymi.
Ponieważ brakuje im jeszcze jedno zaświadczenie, aby złożyć wniosek do sądu o przysposobienie (czyli mamy jeszcze trochę czasu na poznawanie siebie), to na razie nie naciskamy na kontakty „jeden na jeden”. Oznacza to, że chłopiec raczej nie zauważa jeszcze powagi sytuacji. Uważa ich za osoby, które przychodzą się z nim pobawić – jak również ze Smerfetką i Kapslem.

Wprawdzie okazali się bardzo sympatycznymi ludźmi i miło jest nam wspólnie z nimi spędzać czas, to jednak coraz bardziej będziemy się musieli wycofywać, aby chłopiec wszystko sobie uporządkował, bo wcale się nie dziwię, że czasami nie wie o co nam chodzi. Na przykład, gdy powiedziałem „idź daj tacie buziaka”, to nie bardzo wiedział, dlaczego ma go dać „temu panu” (bo przecież dla niego tata to ja). Wprawdzie zawsze mówimy o sobie „ciocia” i „wujek”, to jednak prawie wszystkie nasze dzieci zastępcze na pewnym etapie swojego rozwoju zaczynają mówić mama i tata (najprawdopodobniej wzorując się na naszych dzieciach biologicznych).
Rodzice adopcyjni Gacka (podobnie jak rodzice naszych poprzednich dzieci zastępczych) przechodzą przez kolejne kręgi wtajemniczenia. Czasami się zastanawiam, czy takie dozowanie wiedzy ma jakiś głębszy sens. Może ma, bo się przeciwko temu nie buntują … albo wychodzą z założenia, że Majce nie warto się sprzeciwiać.
Tak więc rytuały związane z kąpielą i układaniem do snu, są dopiero przed nami.

Gacek zaczyna sobie coraz lepiej radzić w życiu. Wyrasta z bycia „ciapciusiem” ustawianym do kąta przez Smerfetkę. Wprawdzie w ciągu dnia trzyma fason, zgrywając dżentelmena, to nad ranem (gdy wydaje mu się, że nikt go nie widzi), często zdarza się mu walnąć Smerfetkę jakąś zabawką. Ma świadomość tego, że ma raczej mizerną posturę i w konfrontacji siłowej raczej nie ma z nią szans. Dlatego szybko ucieka. Do tego często zabiera jej wcześniej smoczek, wiedząc że to znacząco opóźni rozpoczęcie pogoni (Smerfetka bez swojego atrybutu jest dużo mniej pewna siebie).

Jest „gadżeciarzem”. Krótko mówiąc: fura i komóra … dodałbym może jeszcze „balon”. Zabawki liczą się tylko te, które mają kółka (pluszaki mogłyby nie istnieć). Telefon woli taki, po którym można przesuwać palcem, chociaż moim też nie gardzi i doskonale wie, że w tym przypadku trzeba naciskać na klawisze. Niestety telefon zabawka (który nie dość, że jest kolorowy, to jeszcze świeci, gra i „gada”) zupełnie go nie interesuje. Jednym z kilku słów, które wypowiada, jest „alo-alo”.

Niestety w kwestii jedzenia niewiele się zmieniło. Gacek nadal jest niejadkiem. Będzie to dużym wyzwaniem dla rodziców adopcyjnych. Ale z głodu nie umrze, bo spaghetti zjada zawsze, lubi też niektóre owoce i bez marudzenia wypija mleko z kaszką. Całą tą wiedzą oczywiście dzielimy się z nowymi rodzicami.

Chłopiec coraz częściej zaczyna też mieć swoje zdanie (żeby nie powiedzieć „humory”). Tak jak rewelacyjnie zdał test psychologiczny przed zgłoszeniem go do Ośrodka Adopcyjnego, tak przy spotkaniu z panią psycholog robiącą wywiad, zupełnie się nie popisał – bo nie chciał. Musiała się więc zadowolić wiedzą przekazaną jej przez nas.

Chłopiec nadal jest milczkiem, chociaż są chwile, gdy się otwiera. Potrafi wówczas wypowiedzieć kilka całkiem długich zdań. Jednak „konia z rzędem” temu, kto potrafiłby to przetłumaczyć. Cieszę się, że najczęściej wypowiada je w mojej obecności (bo albo przy kąpieli, albo nad ranem, gdy jest pod moją opieką), chociaż może niesłusznie, bo w końcu nie wiem co chce mi przekazać.
Jednak mimo ograniczonego zasobu słów, wszystko jest w normie – według testu wystarczy znajomość więcej niż trzech wyrazów, a taką posiada.

Intelektualnie wszystko jest bez zarzutu. Chłopiec rozumie większość poleceń. Kojarzy pewne fakty. Nie jest mu obce myślenie przyczynowo-skutkowe. Gdy o poranku mówię „wychodzimy”, to Gacek biegnie po moje spodnie i mi je podaje. Jeżeli wcześniej nie został rozebrany przez Smerfetkę, to kładzie się, aby go „wypuścić” ze śpiwora.
Czasami się zastanawiam, czy przetrzymywanie dzieci w śpiworach do momentu wyjścia z sypialni, nie jest trochę nieludzkie. Można jednak przyjąć, że jest to pewnego rodzaju rytuał, który nie jest odbierany jako coś krzywdzącego. Chodzić mogą (chociaż znacznie wolniej), a co najważniejsze - są w stanie wgramolić się najwyżej na drugą półkę w szafie.

W sprawach zdrowotnych zrobiliśmy co się dało (chociaż zbyt wiele robić nie było trzeba). Chłopiec cały czas jest na lekach przeciwuczuleniowych, co powoduje, że jego skóra wygląda całkiem przyzwoicie. Na ewentualne testy alergiczne, podobno jest jeszcze za wcześnie, ponieważ nie byłyby one miarodajne.

Fizycznie Gacek jest bardzo dobrze rozwinięty. Biega, skacze, jeździ jeździkiem wokół kominka. Na placu zabaw uwielbia huśtawki, zjeżdżalnie, karuzele. Bardzo dobrze współżyje (a nawet współpracuje przy brojeniu) z psem, co niewątpliwie cieszy rodziców adopcyjnych (mają dwa psy).

Parafrazując, powiedziałbym że przekazujemy nowym rodzicom bardzo dobrze utrzymany egzemplarz, mający tylko drobne zarysowania i stłuczenia. Widząc nasze przywiązanie, obiecali że będą nas informować o postępach chłopca, a nawet nas odwiedzać. A tak poważnie, to długi proces „przekazywania” dziecka rodzicom adopcyjnym jest dobry nie tylko dla samego dziecka, jego nowych rodziców, ale również starych rodziców (czyli zastępczych).

Dodam na koniec, że mama biologiczna Gacka odezwała się jakiś czas temu (gdy chłopiec był już zgłoszony do adopcji). Wstępnie wyraziła chęć spotkania się z nim po raz ostatni, jednak drugi raz już nie zadzwoniła … aż do dnia dzisiejszego. W dzisiejszej rozmowie stwierdziła, że więcej już nie przyjedzie, ale życzy mu dużo szczęścia. Zapytała o nasze odczucia względem jego rodziców adopcyjnych i tym sposobem zakończyła pewien epizod w swoim życiu. Moim zdaniem, w sytuacji jaką mamy, jest to bardzo dojrzałe zachowanie (chociaż Majki ocena mamy chłopca jest nieco inna).





niedziela, 6 sierpnia 2017

Czy KAPSEL zostanie "kotem"?

Kolejna odsłona historii Kapsla.
Niestety wszystko coraz bardziej się komplikuje i zaczynam obawiać się realizacji najgorszego scenariusza … chociaż wczoraj pojawiło się kolejne światełko w tunelu.

Okazuje się, że chłopiec nie jest jeszcze w bazie adopcji zagranicznych, mimo że wszystkie materiały potrzebne do zgłoszenia, zostały już dość dawno zebrane. Sprawa trochę się przeciągnęła, ponieważ na pewnym etapie pojawili się rodzice zainteresowani dzieckiem starszym z możliwością wystąpienia pewnych deficytów (dotyczących zarówno sfery fizycznej jak też psychicznej). Otrzymali pełną dokumentację dziecka i czas na zastanowienie się. Pani Aleksandra z naszego ośrodka adopcyjnego bardzo kibicuje Kapslowi, ale niczego nie może sugerować rodzicom adopcyjnym. Może tylko przedstawiać „suche fakty”, a tych było całkiem sporo. Rodzice myśleli i myśleli … w końcu stwierdzili, że jednak nie jest to dziecko dla nich.

Przez krótki czas zacząłem żałować, że tak dokładnie opisuję zachowania przebywających u nas dzieci. W pewien sposób, zupełnie nieproszony, wysuwam się przed szereg. Makumba, który od niedawna jest związany z naszym ośrodkiem adopcyjnym i prowadził przysposobienie Smerfetki stwierdził, że tak dokładnego opisu dziecka jeszcze w swoim życiu nie widział. Rodzice zgłaszający się do ośrodka adopcyjnego, najczęściej mają możliwość zapoznać się z tym co jest zapisane w książeczce zdrowia i kartach wypisu ze szpitali. Do tego dochodzi opinia psychologa, krótka ocena sporządzona przez kogoś z PCPR-u oraz stanowisko pracownika ośrodka adopcyjnego, oparte na wywiadzie przeprowadzonym z dotychczasowymi opiekunami dziecka i jego kilkugodzinnej obserwacji, popartej rozmaitymi testami. Na tej podstawie rodzice muszą podjąć decyzję, czy jest to właśnie ich wymarzone dziecko. Pamiętam jak ostatni rodzice, którzy adoptowali Gacka i Smerfetkę, mówili że przyjeżdżając do nas po raz pierwszy, w zasadzie wszystko już o swoich dzieciach wiedzieli … z wyjątkiem tego jak wyglądają.
Kapsel w papierach ma stwierdzone tylko opóźnienie rozwoju w stopniu lekkim. Do tego jest nad wyraz rozwinięty społecznie i robi oszołamiające pierwsze wrażenie (a nawet drugie, trzecie, czwarte ...). Nam też początkowo wydawało się, że wszystko jest kwestią zaniedbań z wczesnego dzieciństwa i że wystarczy trochę pracy, aby chłopak szybko dogonił rówieśników.
Jestem przekonany, że gdyby chętna rodzina oparła się tylko na tych dokumentach i zdecydowała się zapoznać z chłopcem, to Kapsel miałby już mamę i tatę. Nawet gdyby w którymś momencie doszli do wniosku, że jednak nie wszystko idzie po ich myśli, to pewnie nie zdecydowaliby się na jakieś radykalne kroki. Kapsel daje się lubić, stara się być posłuszny i pomocny (chociaż nie zawsze mu to wychodzi). Nie jest niebezpieczny dla otoczenia.

Jednak nadal będę opisywał to co widzę i czuję, bo wydaje mi się, że tak trzeba. W końcu rodzice mogą sobie odfiltrować moje oceny, pozostawiając tylko fakty. A te mogą zinterpretować na swój sposób.

Wczoraj dowiedzieliśmy się, że zgłosiła się druga rodzina zainteresowana Kapslem (a dokładniej odbyły się pierwsze rozmowy pomiędzy ośrodkami adopcyjnymi). Wprawdzie mieszka ona na drugim końcu Polski (są to rodzice z bazy ogólnokrajowej), to w chwili obecnej nie ma to już większego znaczenia. Kapsel faktycznie odpuścił już sobie swoją mamę biologiczną. Chociaż chyba sam sobie tego nie uświadamia. Czasami mówi, że gdy od nas odejdzie, to będzie tęsknił. Jednak w jednym zdaniu wymienia nas, nasze dzieci (biologiczne i zastępcze), swoją mamę i Furię, a nawet samochód … i to niekoniecznie nasz.

Przez jakiś czas zastanawiałem się nad wrzuceniem Kapsla na „tablicę ogłoszeń”. Są strony w sieci, na których można zamieścić informację typu „dziecko poszukuje rodziny adopcyjnej albo zastępczej”. Nie jest to żaden handel dziećmi – wszystko tak czy inaczej przechodzi przez Ośrodek Adopcyjny, albo PCPR. Prawdę mówiąc ta myśl nadal „chodzi” mi po głowie.
Rozmawialiśmy z naszym ośrodkiem adopcyjnym o tym pomyśle. Nikt nie próbował nam powiedzieć, że jest to bez sensu (chociaż może dlatego, że jako opiekunowie prawni jesteśmy uprawnieni do podejmowania takich decyzji). Zwrócono nam jednak uwagę na pewne fakty, które trochę dały mi do myślenia.
Przede wszystkim chodzi o to, że zarówno adopcyjna baza wojewódzka, jak też ogólnokrajowa, to nie tylko baza danych dzieci, ale również rodziców decydujących się na przysposobienie. Jeżeli do ośrodka adopcyjnego zgłaszają się rodzice chętni adoptować takiego Kapsla, a ośrodek nie ma takiego dziecka u siebie, to powinien ich zgłosić dalej. Chociaż może słowo „powinien” nie znaczy, że chce i tak robi – tego nie wiem.
Druga sprawa to podobno fakt, że na takie ogłoszenia często odpowiadają rodziny, które wprawdzie ukończyły szkolenie, ale nie uzyskały odpowiednich kwalifikacji.
No i sprawa trzecia (chyba najważniejsza), że często pojawiają się rodzice, którzy nigdy nie odbyli szkolenia. Zwyczajnie zareagowali emocjonalnie, poczuli że są dla tego konkretnego dziecka stworzeni. Opiekunowi prawnemu nikt nie zabroni, aby dziecko spotykało się z taką czy inną osobą. Zaczynają nawiązywać się więzi, dziecko prawie ma już swoich rodziców, którzy kończą kurs dla rodziców adopcyjnych i … nie dostają kwalifikacji.
Kilka razy poszukiwaliśmy tym sposobem rodziców zastępczych – nigdy nic z tego nie wyszło. Były nawet przypadki, gdy zgłaszali się rodzice, którzy jakiś czas temu ukończyli kurs, a nawet uzyskali kwalifikację. Jednak z jakichś powodów (po latach) nie przechodzili testów psychologicznych. Nie mam powodów zakładać złej woli psychologów z naszego PCPR-u, ponieważ zdarzały się przypadki, gdy testy były przeprowadzane ponownie, tyle że inną metodą.
Niestety wyniki takich badań są tajemnicą, więc pozostaje mi tylko wierzyć w to, że oczekiwania w stosunku do rodziców nie są zbyt wygórowane.

Potrzeba bycia rodzicem jest przeogromna. Na szczęście nigdy nie musiałem tego doświadczać na własnej skórze. Mamy bardzo dobrych znajomych, którzy kilka lat temu zaopiekowali się chłopcem, bardzo przypominającym Kapsla. Teraz ten chłopiec jest już mężczyzną i na dobrą sprawę mógłby powiedzieć: „wyprowadzam się, rozpoczynam swoje życie”. Niestety tego nie powie, bo nawet zwykłe zrobienie zakupów jest ponad jego siły. Do tego nie może pozostawać sam w domu (przynajmniej w obecności jakiegokolwiek sprzętu podłączonego do prądu). Najprawdopodobniej chłopiec zatoczy koło i wróci do placówki, z której został zabrany.
Czy rodzice zastępczy żałują swojej decyzji sprzed lat? Myślę, że nie, chociaż nigdy bezpośrednio o tym nie rozmawialiśmy. Mimo wszystko, dali mu najszczęśliwsze chwile w jego życiu. Jednak, czy gdyby mogli cofnąć czas, to podjęliby identyczną decyzję? Tutaj mam wątpliwości.
Trudno mi powiedzieć jak będzie przebiegł dalszy rozwój Kapsla, jak będzie się on zachowywał mając lat piętnaście czy dwadzieścia. Wydaje mi się, że na to pytanie nikt nie jest w stanie odpowiedzieć. Ale też wiem, że są rodziny potrafiące takie dziecko zaakceptować i żyć jego życiem. Widocznie ta, która odpuściła, nie była na to gotowa. Jakie są oczekiwania rodziny, o której dowiedzieliśmy się wczoraj? Tego jeszcze nie wiemy. W każdym razie nasz ośrodek podobno będzie się starał sugerować, aby w początkowej fazie doszło do spotkania z chłopcem. Chce, aby chętni rodzice przyjechali go poznać, aby zabrali go na plac zabaw, do lasu, do ogrodu zoologicznego (byleby tylko nie do sklepu) – niech się nim zauroczą. Być może są dla niego rodziną ostatniej szansy … a być może on dla nich również.

Gdybym w tej chwili miał odpowiedzieć na pytanie „jakie Kapsel ma szanse na adopcję zagraniczną?”, to odparłbym, że mizerne. Pomijam nie najlepszą atmosferę dotyczącą adopcji zagranicznych, bo nie mam pojęcia kto (czy w ogóle ktoś) nad tym wszystkim teraz panuje. Kapsel dostał nasze „błogosławieństwo” (co było podstawą) i jeżeli tym razem nic nie wyjdzie z adopcji krajowej, to najprawdopodobniej będzie już rozważana kwalifikacja do adopcji zagranicznej. Rozmawialiśmy z osobą, która była zaangażowana w adopcję Chapicka do Włoch. Niestety kiepsko to widzi. Prawdę mówiąc sądziłem, że nie ma już żadnych szans. Byłem bowiem przekonany, że Kapsel już od kilku tygodni znajduje się w bazie zagranicznej, a w tym czasie już dawno coś powinno zacząć się dziać. Tak było zarówno w przypadku Chapicka jak i Królewny. Teraz moje nadzieje trochę odżyły, mimo że przede wszystkim mam duże oczekiwania w stosunku do rodziców, o których dowiedzieliśmy się wczoraj.

Od kilku dni mamy pod opieką trójkę dzieci z innego pogotowia rodzinnego. Między innymi Cezara i Dennisa (oboje w granicach trzech lat). Ten pierwszy jest bardzo stateczny, grzeczny. Jest posłuszny i lubi być chwalony. Ten drugi … pierwszego dnia rozbił lustro, drugiego roztrzaskał elektroniczną nianię (na szczęście udało mi się ją złożyć). Potem było już trochę lepiej. Wszedł do kominka, wysypał sobie śmieci na głowę, omal nie udusił psa … o takich drobiazgach jak upadek z trampoliny na ziemię (mimo zabezpieczenia siatką), czy rozłożenie pieluchy na czynniki pierwsze – nie wspomnę.

Nasza aktualna "szóstka" - na szczęście chwilowa.

Cezar unika z nim bezpośredniego starcia. Zwyczajnie odpuszcza, chociaż jest nieco starszy i silniejszy. Potrafi jednak o siebie zawalczyć, tyle że robi to inteligentnie.
Chłopcy śpią jeszcze w południe. Któregoś dnia, nagle z ich pokoju zaczęły dobiegać płacze i krzyki. Okazało się, że Dennis siedzi na środku dywanu ze „sztachetą” z łóżeczka i beczy, że Cezar go pobił. A ten drugi leży grzecznie w swoim łóżeczku i udaje, że śpi. Kto dostał burę? Oczywiście Dennis, za to że wyszedł z łóżeczka i do tego wyłamał szczebelek.
Napisałem o tym, ponieważ jeszcze kilka miesięcy temu Kapslowi zdarzało się kogoś pobić, a nawet ugryźć. Nikt za bardzo nie dochodził przyczyny, tym bardziej, że Kapsel (swoim zwyczajem) plątał się w zeznaniach. Staraliśmy się wyeliminować tego rodzaju zachowania i nam się to udało. W tej chwili nawet, gdy chłopiec zostanie zaatakowany, to nie dąży do konfrontacji.
Jest jeszcze dziesięcioletnia Landryna. Dziewczynka bardzo inteligentna i jednocześnie trudna wychowawczo … chociaż osobiście wolę ją, niż Dennisa.
Tępi Kapsla niemiłosiernie, a ten jest wpatrzony w nią jak w obrazek. „Nienawidzę jak robisz mlask, mlask.”, „Jesteś wstrętny jak podwijasz język do podniebienia, gdy mówisz.”, „Nie dotykaj mnie, najpierw umyj łapy!”. A Kapsel na to nic … albo jeszcze gorzej – mówi, że to jego przyjaciółka.
Póki co nie ingeruję w sprawy bezpośrednio. Przyglądam się, jednocześnie angażując mocne strony Kapsla. Landryna bardzo boi się pająków (i pajęczyn). Zrobiliśmy więc sobie któregoś dnia wypad do paśnika (jakieś półtora kilometra biegiem). Zabraliśmy też Sasetkę, która nad morzem pokazała, że taka przebieżka to dla niej drobiazg. Samym biegiem Kapsel nie zaimponował, bo Landryna wykazała się równie dobrą kondycją. Jednak w paśniku, moim zdaniem pokazał się z jak najlepszej strony. Przede wszystkim usunął wszystkie pajęczyny, aby Landryna mogła wejść na poddasze. Nie weszła, bo już na piątym szczebelku zaczęła panicznie krzyczeć, że ma lęk wysokości. Jednak Kapsel nie zabłysnął w jej oczach (tym, że wielokrotnie wchodził i schodził po drabinie). Uznała, że dla kogoś, komu nie straszna wysokość, nie jest to żadnym wyczynem. Sprowadziła więc Kapsla „do parteru”, mimo że ja stałem za nim „murem”, próbując wymyślać inne zadania (tuż nad ziemią).
Skoro tutaj się nie udało, to postanowiliśmy urządzić spanie pod gołym niebem … a dokładniej na trampolinie. Niestety w oddali zaczęło błyskać i Kapsel jako pierwszy wrócił do domu. Landryna przyszła dopiero wtedy, gdy dobrze lunęło. Niestety porządnych grzmotów się nie doczekaliśmy, więc nie wiem kto wykazałby się silniejszą psychiką.

Powyższy opis (akurat tym razem) nie jest bezcelową dygresją.
Istnieje duże prawdopodobieństwo, że Kapsel znajdzie się w domu dziecka. Nie wiem jeszcze, jak na taką ewentualność go przygotować, ale jakoś będzie trzeba to zrobić.
Sam pobyt w placówce nie będzie dla niego czymś złym. Chłopak bardzo lubi towarzystwo innych dzieci. Nawet teraz czasami mówi, że szkoda, iż w wakacje nie chodzi do przedszkola. Być może będzie też mógł częściej spotykać się z mamą (o ile ta będzie miała na to ochotę).
Również taka Landryna może się (w placówce) okazać jedną z bardziej przyjaznych mu osób. Na tą chwilę uważam, że Kapsel jest bardzo podatny na środowisko, w którym przebywa. Gdy będzie miał kilkanaście lat, to aby zaistnieć w grupie, będzie skłonny kraść, ćpać, bić … a być może nawet zabić. Pojęcie „fali” cały czas istnieje i nie dotyczy tylko wojska. Kapsel najpierw zostanie „kotem”, a potem sam będzie dręczył „koty”. Chyba, że zostanie "kotem permanentnym".

Jeżeli nie dojdzie do adopcji (krajowej lub zagranicznej), to rozpocznie się poszukiwanie rodziny zastępczej. Czy taka się znajdzie? Jest wiele rodzin, które chciałyby zostać rodziną zastępczą (zresztą w rozmaitej formie), ale nimi nie zostają. Niestety „taki mamy klimat” i to od wielu lat. Moim zdaniem problem polega na tym, że opieka zastępcza jest finansowana przez samorządy. Te biedniejsze, pewnie nie mają pieniędzy na organizowanie szkoleń dla rodziców zastępczych, utrzymywanie pracowników koordynujących pracę tych rodzin, wspomagających je i jednocześnie kontrolujących. Łatwiej „wykupić” pobyt dziecka w rodzinie zastępczej z innego powiatu, a nawet zapłacić dużo więcej, umieszczając dziecko w placówce. Teoretycznie dziecko do dziesiątego roku życia powinno znaleźć się w rodzinnej pieczy zastępczej. Wielokrotnie tak nie jest. Co więcej, nadal są tworzone placówki dla małych dzieci. Są one nieco ładniej „opakowane”, zareklamowane, wspomagane pracą wolontariuszy – co nadaje im pewnego specyficznego charakteru.
Nasz powiat nie umieszcza małych dzieci w domach dziecka, więc jeżeli nie dojdzie do adopcji i nie znajdzie się rodzina zastępcza „na stałe”, to pewnie Kapsel spędzi z nami jeszcze trzy lata (chociaż to z kolei przeczy definicji pogotowia rodzinnego).
Może być też tak, że ktoś wpadnie na cudowny pomysł, aby oddać go do domu pomocy społecznej.
Wszak to idealne rozwiązanie (z punktu widzenia PCPR-u). W pogotowiu rodzinnym zostanie zwolnione miejsce, więc każdy sąd taką decyzję „przyklepie” - w końcu jest to zgodne z ustawą. Za utrzymanie dziecka w domu pomocy społecznej nie zapłaci już starosta, tylko nasza gmina (dla której za chwilę staniemy się „kulą u nogi”). DPS wydaje się miejscem bardziej bezpiecznym niż dom dziecka, mimo że bardziej ogłupiającym. Ale historia lubi się powtarzać. Może zawitają do tego ośrodka jacyś ludzie, którzy stwierdzą, że Kapsel się marnuje. Może przez kolejnych kilka lat znowu poczuje, że należy do rodziny – kolejnej rodziny.

Jaki to wszystko ma sens?

Póki co, czekamy co przyniesie nam czas. Z każdym dniem coraz bardziej przestaje nas przerażać myśl, że możemy spędzić z chłopcem jeszcze kilka lat, za to coraz bardziej się obawiamy, że może on nie znaleźć rodziny.

Jednak na koniec zrobię jeszcze pewną dygresję – po prostu muszę (może dlatego, że jest to scena z dnia dzisiejszego).
Kapsel od przedwczoraj przebywał u rodziców Gacka (chłopca, który jeszcze do niedawna przebywał w naszym pogotowiu), którzy mają domek letniskowy nad jeziorem.
Trochę się zdziwiłem, ale zdecydowali się zaprosić nas dzisiaj do siebie z całą naszą aktualną piątką (z Kapslem - szóstką). Pojechaliśmy więc dwoma samochodami, bo inaczej się nie dało. Spotkanie było fantastyczne. Również Dennis był nad wyraz grzeczny. Może dlatego, że upodobał sobie kosiarkę (taką zabawkę, którą zresztą na pożegnanie dostał w prezencie) i przez większą część czasu kosił nią wszystko. Nawet bardziej absorbowała nas Landryna, ponieważ nieoczekiwanie poznała tam miłość swojego życia.
Ale nie to jest ciekawe. Poszliśmy z całą ferajną na plażę … i to nie byle jaką plażę – ratownicy, pracownicy obsługi, ochrona. Do tego tłum ludzi.
Rozłożyliśmy koce, rozebraliśmy się do strojów kąpielowych (przynajmniej dzieci) i … wyciągnęliśmy piwo. Było to piwo bezalkoholowe, jednak butelki wyglądały dokładnie tak samo jak normalnego piwa (miały tylko dodatkowy napis, którego nie dało się przeczytać z odległości większej niż trzydzieści centymetrów). No i do tego nasze teksty typu: „przytrzymaj to piwo, bo ja go muszę przewinąć”, albo „weź to piwo, bo ja teraz pójdę się z dziećmi wykąpać”. Byłem przekonany, że za chwilę (w najlepszym razie) ktoś nam zwróci uwagę. A tu nic … sam nie wiem, co mam o tym myśleć.