wtorek, 13 sierpnia 2019

--- Czym właściwie jest nasz "wypad"?


Pewnym coraz bardziej zauważalnym nurtem w psychologii dziecięcej, jest odchodzenie od stosowania kar, a często również nagród. Gdy czytam rozmaite artykuły, czy też rozmawiam z różnymi osobami, odnoszę wrażenie, że na tego rodzaju poglądy nastała moda, a ktoś kto przyznaje się do stosowania kar, uważany jest za ignoranta.
Niektórzy, aby przypadkiem nie być posądzonym o bicie dzieci, na wszelki wypadek nie przyznają się też do stosowania kar. Często zamieniają tylko nazwę, określając karę... konsekwencją. Czyż to nie ładniej brzmi?


WYPAD !!!
Zacząłem się zastanawiać, w jaki sposób ja traktuję karę i czym w zasadzie jest nasz wypad, o którym już wielokrotnie wspominałem opisując perypetie naszych dzieci zastępczych. Przede wszystkim zadałem sobie pytanie, co właściwie chcemy z Majką osiągnąć stosując kary, i czy aby na pewno ich używamy? Jednocześnie chciałem spojrzeć na wszystko oczami dzieci... naszych czterolatków.

Niektórzy mówią, że kara ma uczyć, a nie krzywdzić. Odpada więc wszelkiego rodzaju bicie, poniżanie, zamykanie w osobnych pomieszczeniach. Odpada też tak zwany „szlaban”, o ile nie jest on związany z danym przewinieniem. Bez sensu byłoby zabronienie na przykład Romulusowi jedzenia lodów, za to że pobił Remusa, albo zakazanie Balbinie oglądania bajki, bo wyjadła z szafki słodycze. Dzieci w tym wieku tego nie skojarzą, zwłaszcza gdy kara będzie rozłożona w czasie . W trakcie jej odbywania nie będą myślały o swoim przewinieniu i złym zachowaniu, lecz będą rozżalone, pomyślą że jesteśmy niesprawiedliwi, a może nawet że ich nie kochamy. Z pewnością nie będzie to dobrą drogą do budowania zdrowych relacji między nami, o co przecież najbardziej nam chodzi. No to może trzeba wymyślić karę konstruktywną? Taką, która będzie bezpośrednio związana z przewinieniem. Nie zawsze jest to możliwe. Czasami jednak jest. Na przykład gdy Ptyś rozsypie piach na trampolinie, to naturalną konsekwencją tego jest to, że musi go posprzątać. No właśnie... sam użyłem określenia „naturalną konsekwencją”, chociaż jest to zwyczajna kara. W tym wypadku wyjścia są dwa. Albo Ptyś zabierze się do sprzątania i przez godzinę nikt nie będzie mógł skakać, albo (co jest bardziej prawdopodobne) powie „nie” lub nic nie powie, tylko się zatnie. Zawsze trzeba mieć alternatywne rozwiązanie na wypadek, gdy dziecko nie wyrazi zgody na wykonanie kary.

Większość przeciwników kar uważa, że jedynym dostępnym środkiem wychowawczym są naturalne konsekwencje, czyli coś co dzieje się samo. A poza tym trzeba tłumaczyć, kochać i działać własnym przykładem. Najczęściej są przytaczane sytuacje, gdy dziecko zepsuje ulubioną zabawkę, albo gdy uderzy kolegę. W tym pierwszym przypadku nie będzie miało się czym bawić, a w drugim z kim się bawić (bo kolega się obrazi i odejdzie). A co jeżeli zainteresuje się zabawką kolegi (i też będzie chciało ją zniszczyć), albo uda się na poszukiwania innego kolegi, któremu też przyłoży? Jest jeszcze możliwość, że kolega również będzie krewki i mu odda z nawiązką. Jak najbardziej będzie to naturalna konsekwencja, ale czego nauczy nasze dziecko? Tego, że silniejszy wygrywa i następnym razem trzeba się bardziej postarać, albo wybrać słabszego.
A jaka będzie naturalna konsekwencja wysypania piasku przez Ptysia? Jaka będzie naturalna konsekwencja rzucania przez Romulusa zabawkami w inne dzieci, albo wylewania wody z wanny przez Balbinę? Nie ma.
Gdy kilka dni temu Remusa użądliła osa i beczał do wieczora, pomyślałem sobie „no wreszcie naturalna konsekwencja, zapamięta tę sytuację na zawsze”. Jakież było moje zdziwienie, gdy następnego dnia znowu próbował łapać jakiegoś owada. Nie sądzę, aby rozróżnił osę od innego bzygowatego. Wychodzi na to, że jedno doświadczenie, to za mało.

Doszedłem ostatecznie do wniosku, że kara zupełnie niczego dzieci nie uczy. Jak jest dotkliwa, to na poziomie chemicznym powoduje wytwarzanie się kortyzolu blokującego proces uczenia się, a jeżeli nie spowoduje żadnego napięcia, to nie ma sensu, bo dziecko i tak nie będzie jej postrzegało w kategorii kary.
Do tego dzieci wcale nie są niegrzeczne, aby zrobić nam na złość. Krzyki, gryzienie, bicie – to tylko nieumiejętne wyrażanie swoich emocji. Gdy nasze dzieci idą w południe do swoich pokoi na drzemkę, to zanim zasną, czasami kilka razy muszę do nich wchodzić, aby je uspokajać. Gdy na przykład słyszę, że zaczynają biegać po pokoju, to udzielam im reprymendy. Wówczas kładą się karnie do swoich łóżek. Często jednak nawet nie zdążę dobrze zamknąć drzwi na klamkę, gdy znowu słyszę „tup, tup, tup”. Czy robią to, aby zrobić mi na złość? Z pewnością nie.
Pojawia się też pytanie o czas, w którym chciałoby się wymierzyć dziecku karę. Wykonana natychmiast sprawia, że sami możemy jej dokonać pod wpływem emocji. Możemy być niesprawiedliwi, a pewnie nie każdy rodzic potrafi przeprosić za bezpodstawny osąd. Z kolei wymierzona po czasie też jest bez sensu, bo dziecko zdąży już zapomnieć o co chodziło. Do tego może ją potraktować jak egzekucję dokonaną z zimną krwią. Sam pamiętam, jak mając jakieś sześć lat, wyrzuciłem z wózka moją kilkumiesięczną siostrę. Był to jeden z trzech przypadków, gdy dostałem od moich rodziców „lanie”. Nie to mnie zabolało, że dostałem w skórę (bo uważałem, że zasłużyłem), ale że moja mama najpierw odprowadziła wózek do wózkarni, potem zaprowadziła mnie do mieszkania na trzecim piętrze, sprawdziła czy z siostrą wszystko w porządku, położyła ją do łóżeczka, po czym ze spokojem przystąpiła do wymierzenia kary. No cóż, wolałbym dostać w afekcie.

Czym zatem jest nasz wypad?
W ogólnym zarysie, bardzo przypomina „time out”, czy też „karnego jeżyka”, chociaż jest zbudowany na nieco innych podstawach, a dokładniej, przyświeca nam trochę inny cel. Przede wszystkim nie jest on zabiegiem ukierunkowanym na dane dziecko, ale ma służyć zapewnieniu bezpieczeństwa pozostałym. Naszym celem nie jest więc wymierzenie kary dziecku, na którym dokonujemy „wypadu”.


Dlaczego tak postępujemy? 
Duże znaczenie ma to, że  jesteśmy  rodziną  zastępczą  i  to  o charakterze pogotowia rodzinnego. Oznacza to, że mamy pod opieką często kilkoro dzieci, a do tego co jakiś czas następuje ich rotacja (jedne odchodzą, inne przychodzą). Dzieci te pochodzą z bardzo różnych środowisk, mają różne historie i często pamiętają wiele złych rzeczy. Dzieci te, w porównaniu do innych, wielokrotnie odczuwają podwyższony stan wewnętrznego pobudzenia i napięcia. Powoduje to, że mają dużo większą skłonność do oceniania innych, jako mających wrogie intencje. Częściej zatem pojawia się uczucie złości i krzywdy, przekładające się na hasło „atakuj, by nie stać się ofiarą”. Dzieci takie często rozładowują napięcie poprzez konflikt i agresję, ponieważ lgną do tego co znają. Bywają jednak przypadki (myślę tutaj przynajmniej o Ptysiu), że zagrożenie w przeszłości było tak nieprzewidywalne i niezrozumiałe, że dzieci zaczynają oddzielać swoje myśli i uczucia od potrzeb, co prowadzi do pozornego braku reakcji na zdarzenia zagrażające. W zamian pojawiają się reakcje lękowe zupełnie nie przystające do zaistniałej sytuacji, czy kierowanie złości na siebie (autoagresja). Często te zachowania wymykają się spod kontroli samego dziecka. Parę dni temu Romulus z Ptysiem przywieźli skądś całą zabawkową taczkę ziemi i wysypali wszystko na taras. Majka wyszła i powiedziała „zaraz przyjdzie wujek”. Ptyś zaczął uciekać. Widząc to Romulus, pobiegł za nim. Tyle, że ten drugi przyszedł po minucie (widocznie dochodząc do wniosku, że nie ma się czego bać), a Ptyś okopał się w najdalszym zakątku ogrodu na dobrych kilkanaście minut.
Między innymi dlatego, wymierzanie typowych kar naszym dzieciom, zawsze jest obarczone ogromnym ryzykiem, a skutek może być odwrotny do zamierzonego. Dlatego stosujemy je rzadko i z rozwagą... ale stosujemy.




Zatem wszystko to, co powyżej napisałem powoduje, że wielokrotnie ze zdwojoną siłą musimy chronić dzieci przed niebezpieczeństwem zagrażającym im ze strony kolegów (czasami brata, czy siostry, a czasami ze strony samego siebie). Często to my musimy nazywać potrzeby i uczucia dziecka, których ono nie pokazuje, a które miałyby prawo pojawić się w takiej, czy innej sytuacji.
Temu właśnie służy wypad. Nie ma on pomagać temu dziecku (chociaż w dłuższej perspektywie jemu też), które na pewien czas jest izolowane od reszty... ale właśnie tej reszcie. Zdajemy sobie sprawę z tego, że dla dziecka, które ma wypad, nie jest on żadną nauczką. Ono w danym momencie czuje się źle, czuje się niekochane. Pewnie czasami nam złorzeczy, a czasami obwinia siebie. Czy dochodzi do jakichś przemyśleń i konstruktywnych wniosków? Nie wiem, być może. Chociaż rozmowa, która następuje później, nie za bardzo na to wskazuje.
Zanim dojdzie do odseparowania delikwenta od grupy, jest on kilka razy ostrzegany. Nawet gdy usłyszy hasło „wypad”, ma jeszcze możliwość się uspokoić, ma możliwość przyjść się przytulić. Najczęściej dziecko samo odchodzi (nie jest wyprowadzane), samo wybiera sobie miejsce odosobnienia i samo określa, kiedy jest już gotowe na powrót.
I chociaż ten środek wychowawczy ma działać głównie na pozostałą część grupy, której myślenie i wyciąganie wniosków w żaden sposób nie jest w danej chwili zaburzone złymi emocjami, to trudno nie zgodzić się ze stwierdzeniem, że dla tego jednego, jest to rodzaj kary.

Często jest tak, że dzieci, które w danym momencie nie płyną na fali jakiegoś pobudzenia i nie zachowują się niepoprawnie, potrafią bardzo celnie ocenić zachowanie kolegi. Pamiętam, jak jeszcze niewiele mówiący, dwuletni Maluda krzyczał „pipa, pipa” (czyli „wypad, wypad”). Wielokrotnie się zdarza, że dzieci mówią „wujek zabierz go, bo nam przeszkadza, bo nie mogę spać, bo chcę się najeść”.

Wypad ma bardzo różne oblicza. Podstawową zasadą jest akceptacja tego środka przez grupę. Nie istnieje wypad zbiorowy i nie może on być zaskoczeniem dla grupy, chociaż podejrzewam, że sam wypadający często jest zdziwiony, i mimo kilku ostrzeżeń, nie dowierza, że dotyczy on właśnie jego. Zadaniem wypadu jest nie tylko wyciszenie i wyrzucenie z siebie emocji przez dziecko, które opuszcza grupę, ale pełni taką funkcję również w stosunku do pozostałych. Bywa, że na wypad zasługują niemal wszyscy. Wylatuje jednak tylko jeden... ten najgłośniejszy (chociaż czasami ten, który już dawno zapomniał, jak to smakuje).
Staramy się nie dokonywać wypadu do pokoju dziecka (sypialni), ponieważ to pomieszczenie, a zwłaszcza łóżko powinno być bezpiecznym azylem i tylko pozytywnie powinno się dziecku kojarzyć. Bywa jednak, że ktoś się uprze i powie „nie” - nie chcę wstać z łóżka, nie idę na obiad, nie bo nie. W takiej sytuacji mamy do czynienia z autowypadem, co w konsekwencji oznacza pozostanie w miejscu, w którym się jest. Jeszcze nam się nie zdarzyła sytuacja, aby z tego powodu ktoś nie pojechał do przedszkola (chociaż opuszczenie posiłku już kilka razy miało miejsce). Dotychczas każdy w porę się reflektował i wsiadał do samochodu.

Jak wyżej wspomniałem, nie przesadzamy ze stosowaniem wypadu, czasami nawet wbrew woli niektórych członków rodziny. Nie pamiętam, aby kiedykolwiek się on zdarzył za uderzenie, czy ugryzienie innego dziecka. Wychodzimy z założenia, że dopóki krew się nie leje, to dzieci same muszą ustalić sobie hierarchię ważności. Do tej pory nigdy nie uznaliśmy, że w tym przypadku powinniśmy zareagować jakoś inaczej, niż tylko poprzez rozmowę i tłumaczenie. Na wszelkiego rodzaju akty przemocy reagujemy opierając się głównie na prawidłowych komunikatach wysyłanych z naszej strony... również takich, że dzieci widzą, że ja nie leję Majki, ani ona mnie. W razie potrzeby jesteśmy gotowi stanąć w obronie naszych dzieci, nawet narażając się na utratę dobrej opinii (jeżeli jeszcze taką mamy). Pamiętam, jak Majka starła się na facebookowej grupie z innymi rodzicami dzieci, gdy ci sprzysiężyli się przeciwko Romulusowi, oskarżając go, że jako jedyny w grupie gryzie wszystkie dzieci. Owszem chłopak gryzł (czasami zdarza mu się to jeszcze teraz), ale on w taki właśnie nieumiejętny sposób wyrażał swoje emocje. I niektórzy z tych postępowych rodziców domagali się jakiejś kary dla chłopca, zupełnie nie rozumiejąc, że takie jest prawo przedszkolaka. Trochę sytuacja się uspokoiła, gdy okazało się, że pogryzienia miały miejsce również w dni, gdy Romulusa nie było w przedszkolu, a do tego nasz chłopiec zostawiał swój ślad na plecach, na pewno nie na kostce... zwłaszcza swojej.
Jednak odróżniamy pojedynczą, emocjonalną reakcję, od celowego i długofalowego działania. Gdy któregoś dnia Romulus popychał Remusa na trampolinie, i gdy ten się przewracał to próbował na niego wchodzić... wówczas wypad był.

Przedstawię kilka innych sytuacji, w których sięgnęliśmy po wypad:

  • Balbina śpiewała sto-lat o godzinie dwudziestej drugiej. Wszyscy chcieli spać, a ona mimo wielu ostrzeżeń nie reagowała. Do tego zachowywała się, jakby jej się procesor przegrzał, bo nie wychodziła poza pierwsze dwa wersy. Wylądowała w moim pokoju na wyciszenie. To zachowanie nie było jednostkowe. Nadal czasami ma ono miejsce i bywa, że operację trzeba powtórzyć jeszcze tego samego wieczora.
  • Ptyś rzucał zabawkami w inne dzieci, a w zasadzie gdzie bądź. Gdyby to były tylko pluszaki lub poduszki, to można by to uznać za niewinne zaczepki. Niestety w grę wchodziły również samochody na resorkach i inne kanciate przedmioty, a działanie prowadzone było pod osłoną nocy. Podobnie jak wyżej, wypad nastąpił do mojego pokoju. Niestety do przewinienia trzeba było dodać ubliżanie i agresję fizyczną na służby porządkowe rodziny (czyli na mnie). Ale reszta dzieci miała spokój.
  • Romulus wyjadł tylko obkład z kanapek (w innym wariancie zlizał ketchup, majonez lub bitą śmietanę), pozostawiając elementy nie nadające się do użycia. Taka sytuacja się powtarza i nie ma znaczenia, czy posiłek podany jest w postaci szwedzkiego stołu, czy każdy ma swój talerzyk... Romulus ręce ma długie. Wypad następuje do osobnego stolika, wraz z wylizanymi kanapkami. Jest ryk. Pozostali czują ulgę.
  • Remus z Refluxem totalnie opierdzielali się podczas sprzątania zabawek w piaskownicy. Dokładniej... nie robili nic. Wypad był odroczony do czasu, gdy na stół wjechały lody. Fizycznie nikt nie zmienił swojego miejsca pobytu... tylko nie każdy miał co zjeść. Ten przykład jest niby typową karą dla tych dwóch chłopców, jednak w założeniu ma być lekcją dla pozostałych. Gdyby lody były dla wszystkich, wówczas inni mogliby dojść do wniosku, że zasady obowiązujące w naszym domu, są nic nie warte.
  • Ptyś wysypał wiaderko piasku zmieszanego z kamieniami na trampolinie. Nie zamierzał tego sprzątnąć, a pozostali nie mogli skakać. Wypad nastąpił poza obręb trampoliny. Pozostałe dzieci bez zawahania zabrały się do zamiatania (nawet kłócąc się o zmiotki i szufelki), być może również dlatego, że sam pomogłem im w tej czynności. Ciekawe jest to, że Ptyś chętnie się angażuje, gdy taki numer wytnie Balbina, albo Romulus.
  • Balbina przeklinała przy stole na tarasie, a pozostali zaczęli jej wtórować. Po kilku ostrzeżeniach miała wypad gdzie chce (byle poza zasięg słyszalności). Reszta się uspokoiła. Zapewne nie z obawy, że pozostałą trójkę czekałby ten sam los, ale dlatego, że zniknęło zarzewie potencjalnego konfliktu.
  • Balbina siedziała na środku pokoju i wrzeszczała. Taka sytuacja też lubi się powtarzać. Gdy inni bawią się zabawkami i mogą omijać ją szerokim łukiem, to niech sobie krzyczy. Jednak gdy oglądają bajkę, albo Majka czyta książeczkę, to jest wypad do osobnego pomieszczenia. Zawsze jednak dbamy o to, aby pomieszczenie nie było zamknięte... no chyba, że któreś dziecko tak sobie życzy i samo trzaśnie drzwiami.
  • Balbina zaczęła wylewać wodę z wanny kubkiem do płukania zębów. Miała przyspieszoną kąpiel i wypad z wanny, zanim pozostali zorientowali się, że jest to świetna zabawa. Podobne działanie ma miejsce w przypadku notorycznego wyciągania korka podczas kąpieli.


Podsumowując, uważam że istnienie kar i nagród jest niezbędne, gdy należy zapanować nad grupą. Jakkolwiek by ich nie nazywać, mają one być narzędziem pomagającym w przestrzeganiu obowiązujących w danym środowisku zasad. Nie wyobrażam sobie przedszkola, które powiedziałoby „u nas nie ma kar, bo my podążamy za dzieckiem, bo my pozwalamy mu budować swoją autonomię”. Wychowawca najczęściej nie jest aż tak wielkim autorytetem dla dziecka jakim powinien być rodzic, musi dbać o bezpieczeństwo innych dzieci, a do tego musiałby w takim przypadku powielać pewne zachowania rodziców i kierować się ich preferencjami.
Czy wychowując jedno, lub dwoje dzieci w rodzinie, można zrezygnować z kar? Czy można oprzeć się tylko na tłumaczeniu i porozumieniu? Wydaje mi się, że można. Jednak poza budowaniem wewnętrznej motywacji i niezależności, dziecko potrzebuje też trochę sterowania z zewnątrz. Zanim będzie ono gotowe do jakiegoś zachowania z wewnętrznych pobudek, najpierw zrobi to dla loda, czy stempelka na ręce. Dopiero później, aby się przypodobać rodzicowi, a na końcu – bo tak właśnie uważa. Czasami potrzebne są w procesie wychowania również elementy, których dziecko chce uniknąć, czyli kary. I nie mają one nic wspólnego z biciem, czy poniżaniem.
Być może na koniec napiszę coś, z czym niewielu się ze mną zgodzi. Uważam bowiem, że wychowanie dziecka bardzo przypomina wychowanie psa. Bałbym się powierzyć dziecko komuś, kto ma źle ułożonego psa.
I jeszcze tylko przypomnę, że wszystko o czym pisałem, dotyczy dzieci w wieku przedszkolnym.

Najlepsze Blogi

czwartek, 1 sierpnia 2019

--- PTYSIE 3

Przez dwa tygodnie gościliśmy w swoim domu najstarszego z Ptysi, czyli Billa. Opiszę kilka ciekawych sytuacji związanych z jego obecnością, chociaż nie to jest najważniejsze. Chciałbym zwrócić uwagę na pewne relacje pomiędzy dziećmi, ale też pomiędzy nimi a nami (czyli rodzicami zastępczymi).
Mimo, że przeszłość trójki rodzeństwa była bardzo burzliwa i dość osobliwa w porównaniu z historiami innych przebywających w naszej rodzinie dzieci, to jednak wydaje mi się, że są one typowym reprezentantem swojej kategorii wiekowej, jeżeli chodzi o dzieci trafiające zarówno do pieczy zastępczej, jak też adopcyjnej. Niektórym osobom, które po raz pierwszy stykają się z tematem umieszczania dzieci w zupełnie obcych sobie rodzinach wydaje się, że te dzieci (najczęściej pochodzące ze środowisk trudnych społecznie) są spragnione miłości, że tylko czekają na kogoś kto je pokocha i będą mogły odwzajemnić się tym samym. Czasami tak bywa, chociaż zazwyczaj początki są trudne. Częściej należy się liczyć z tym, że dzieci które chcemy przyjąć pod swój dach, będą bardzo podobne do, opisywanych przeze mnie od jakiegoś czasu, Ptysi.
Na koniec tego opisu przytoczę dwie charakterystyki (Ptysia i Balbiny), które raz na jakiś czas przygotowuję dla PCPR-u. Zostały one dołączone do dokumentacji dzieci, i w przyszłości będą przedstawione albo rodzicom adopcyjnym, albo zastępczym. Jest to jednak kropla w morzu rozmaitych zachowań dzieci, z których część może być dla takich rodziców trudna do zaakceptowania.

Zacznę jednak od przedstawienia jeszcze innego chłopca. Z jednej strony dlatego, że pewnie nigdy więcej nie miałbym okazji go zaprezentować, ale też z tego względu, że on również wpisuje się w szeroką grupę dzieci, których zachowanie i oczekiwania w stosunku do nich, mogą niejednego zaskoczyć.


Reflux zauroczony lilią

Razem z Billem, przyjechał do nas na wakacje jego pięcioletni kolega. Chłopiec ma na imię Reflux i prawie nic nie mówi, chociaż wydaje z siebie wiele dźwięków. Są to nawet bardzo rozbudowane zdania, ale ich brzmienie jest tak niewyraźne, że prawie do ostatniego dnia pobytu robiliśmy wielkie oczy, gdy chciał od nas coś więcej poza jedzeniem i piciem. Ja rozumiałem tylko kilka słów: „wujek”, „mucha” (zwłaszcza gdy wpadła mu do kubka z wodą), „chcę” i... oczywiście „nie”. Myślałem, że poznanie jego języka będzie tylko kwestią czasu. Szybko jednak zmieniłem zdanie, gdy kilka razy poprosiłem Billa, aby przetłumaczył mi taką, czy inną kwestię. On też go nie rozumiał, mimo że mieszkają razem już ponad pół roku. Reflux jest chłopcem, o którym trudno powiedzieć, czy jest inteligentny, czy wręcz przeciwnie. Majka zwróciła mi uwagę na to, jak trudno jest rozwijać się (zarówno intelektualnie, jak też emocjonalnie) dziecku, którego nikt nie rozumie. Nawet kiedyś gdzieś usłyszała, że nie ma profesorów głuchoniemych, chociaż jest wielu niewidomych. Mowa i umiejętność porozumiewania się, mają ogromne znaczenie w procesie uczenia się – zwłaszcza w okresie dzieciństwa, kiedy to umysł jest najbardziej chłonny. Reflux zdawał sobie sprawę z tego, że go nie rozumiemy i nie zrozumiemy nawet gdy powtórzy jakieś zdanie kilka razy, jak również wówczas, gdy będzie chciał to wytłumaczyć kolejnym, równie niezrozumiałym określeniem. Często bywało, że nawet już do nas nie przychodził, tylko przez kilka, kilkanaście sekund coś do siebie pomamrotał, pokrzyczał, a nawet zapłakał... i szedł dalej. Być może to jego słowne wyobcowanie powodowało, że chłopak ciągle czuł się spięty, bał się podejmować nowe wyzwania. Dużą trudnością było odnalezienie się w nowym miejscu, w nowym środowisku. Często mówił, że go boli... pokazując na żołądek, a potem przesuwał palcem coraz wyżej w kierunku przełyku. Nigdy nie zdarzyło mu się zwymiotować (tylko kilka razy wypluł jakąś wydzielinę, której nie miałem ochoty się przyglądać), ale obecność miski w jego łóżku, bardzo go uspokajała i noce przesypiał bezproblemowo. Chłopiec miał niemal fobię przed spłukiwaniem głowy wodą. Jest to o tyle ciekawe, że przez kilka pierwszych dni nawet sam mył głowę (podobnie jak bliźniaki, z którymi się kąpał) i pozwalał ją sobie opłukiwać pod prysznicem. Ale może w którymś momencie zrobiłem coś nie tak, a on nie potrafił się ze mną dogadać. Wszelkie próby przytulania się, czy dawania mi buziaków, nie były potrzebą serca, ale naśladownictwem. Chłopiec robił dokładnie to, co robiły bliźniaki i oczekiwał takich samych reakcji z mojej strony.
Co by było, gdybym nagle zamienił się na życie z jakimś ojcem adopcyjnym, a Reflux okazałby się moim synem? Gdy chłopiec był u nas, to trudno mi powiedzieć co do niego czułem. W zasadzie, to ani go lubiłem, ani nie lubiłem. Wydaje mi się, że jako ojciec adopcyjny, początkowo czułbym dokładnie to samo. Być może miałbym tylko wyrzuty sumienia, bo przecież wszyscy oczekiwaliby ode mnie, że natychmiast pokocham go szczerą, płynącą z serca miłością. Ale to tak nie jest. Przynajmniej ja potrzebowałbym trochę czasu, aby się przyzwyczaić, że mój syn wydłubuje pestki z porzeczek, kiwi, a nawet dziury z sera.


Czas coś napisać o Ptysiach, czyli Balbinie, Ptysiu i Billu.
Czasami mam wrażenie, że w każdym zachowaniu dzieci, doszukuję się jakiegoś drugiego dna. Do wszystkiego staram się dopasować jakąś znaną mi teorię, zupełnie odrzucając możliwość, że dzieci czasami tak mają, czasami takie są. Pewnie gdyby moje dzieci (albo dzieci zastępcze wychowywane od urodzenia) zachowywały się identycznie, to powiedziałbym, że mają taką urodę... no ale przecież nie Ptysie. Ich zachowanie na pewno ma podłoże potraumatyczne i wynika z tego, co przeżyły. Pewnie jako rodzic adopcyjny, miałbym identyczne podejście, bo przecież przeczytałbym niejedną książkę i brał udział w niejednym szkoleniu.

Mini warzywnik naszych dzieci 
Nieraz się zastanawiam, czy aby zbyt duża wiedza i zbyt duże doświadczenie nie powodują pewnej maniery doszukiwania się rozmaitych zaburzeń tam, gdzie wcale ich nie ma. Nie myślę wcale o sobie, ponieważ ja nie mam jeszcze ani zbyt dużej wiedzy, ani doświadczenia. Za to w moim przypadku wchodzi w grę świadomość tego, że przebywające u nas dzieci, nigdy nie będą z nami na zawsze. Bez niczyjej szkody, mogę zatem drążyć dziurę w całym, zadając sobie pytanie „co jest tego przyczyną?”.

Między nami, a Ptysiami mieszkającymi w naszej rodzinie (nie wspominając o Billu), cały czas istnieje jakaś strefa, która i jednej i drugiej stronie nie pozwala się do końca otworzyć. Zaryzykowałbym nawet twierdzenie, że jeszcze cały czas wzajemnie się testujemy i wyznaczamy dopuszczalne granice. Zaryzykowałbym nawet postawienie pytania „czy aby na pewno się lubimy?”. Często się zastanawiam, czy potrzebujemy jeszcze więcej czasu, czy tak zostanie już do końca.


O kwiatki też dbają

Na zachowania dzieci cały czas patrzę przez pryzmat tego, co doświadczyły w swoim krótkim przecież życiu. Jednak z drugiej strony musimy z Majką też określić, jak daleko możemy posunąć się w akceptacji ich autonomii. A do tego, nie może przecież być tak, że Ptysiom wolno więcej, niż Bliźniakom. Balbina dla przykładu, nie zwraca większej uwagi na otoczenie, gdy nagle poczuje potrzebę oddania moczu. Potrafi więc ściągnąć majtki na środku chodnika i zlać się centralnie na beton, albo zrobić siku tuż przy wannie, chociaż do sedesu ma zaledwie dwa kroki. Czy jest to następstwem tego, że przez wiele miesięcy jej toaletą była trawa, las, a nawet goły śnieg? Albo z czego wynika zamiłowanie dzieci do fekalistycznych wypowiedzi, w których dominują takie słowa jak kupa, srać, sikać, dupa, pupa, pipa? W takich sytuacjach wyrażamy tylko swoje niezadowolenie, a nawet puszczamy niektóre teksty mimo uszu, licząc że niezauważone przestaną być atrakcyjne. Jednak to powoduje, że dystans emocjonalny (przynajmniej z naszej strony) coraz bardziej się powiększa. Potęguje go również fakt, że zachowania Ptysi przenoszą się też na Bliźniaki i... obawiam się (chociaż nie mieliśmy jeszcze takich zgłoszeń), że także na inne dzieci z przedszkola. Tak więc ukochany Remusek Majki też potrafi zrobić siku na trawie, a Romulus sypnąć wiązką o kupach.

Przez ostatnie pół roku udało nam się jednak wypracować z Ptysiami pewne zasady. Jedne są wymagalne zawsze i nie ma od nich odstępstw. Nie tłumaczymy ich za każdym razem po raz setny... a odpowiedzią jest „bo tak jest w naszym domu”, a nawet „bo tak ma być”. Jako przykład mogę podać gryzienie, plucie, bicie, krzyczenie albo śpiewanie w porze nocnej, rzucanie zabawkami, czy sypanie piachu i kamieni na trampolinę. Za takie przewinienie jest „wypad”, o którym już nie raz pisałem. Balbina znosi go całkiem dobrze (pewnie w myśl zasady, że ćwiczenie czyni mistrza), za to Ptyś dużo gorzej. Istnieją też pewne zwyczaje, które podlegają negocjacjom, jak choćby codzienne mycie głowy. Jest też spora grupa zachowań, na które zwyczajnie przymykamy oko, wyrażając tylko swoją dezaprobatę. Wychwalamy i nagradzamy wszystko co jest pozytywne, ponieważ tych pozytywów jest stosunkowo mało.
W ten sposób po tych kilku miesiącach osiągnęliśmy pewien status quo, którego nie były w stanie zaburzyć ani kilkugodzinne spotkania z mamą, babcią, ani nawet weekendowe z Billem.

Niestety od dnia, w którym Bill przyjechał do nas na wakacje, nagle wszystko runęło. Odnosiłem wrażenie, że przez dwa tygodnie mieszkały ze mną dwa potworki. Z góry uprzedzę, że w dniu, w którym chłopiec wyjechał do swojej rodziny zastępczej, nagle wszystko wróciło do normy. Nie było jakiegoś procesu przejściowego. W momencie, gdy Bill trzasnął drzwiami w samochodzie, nasze Ptysie w jednej chwili stały się innymi dziećmi. Długo zachodziliśmy z Majką w głowę, co mogło być tego przyczyną i w zasadzie nie doszliśmy do żadnych jednoznacznych wniosków.

Zaskakujące było to, że Bill był bardzo grzecznym i posłusznym chłopcem. Gdy przychodził wieczór, to po kolacji najchętniej by się wykąpał i poszedł spać. Nawet wielokrotnie próbował zasnąć. Mimo upałów nakrywał głowę kołdrą, licząc że może nikt go nie zauważy. Niestety Balbina codziennie miała inne plany. Czasami proponowała zabawę w gonito, albo w szukano. Bywało, że dostawała weny twórczej i zaczynała śpiewać, albo miała ochotę na kolorowanki. Do swoich pomysłów szybko przekonywała braci, więc chodzenie po meblach i skakanie po łóżkach miały miejsce niemal codziennie. Niestety są to rzeczy, których z dziećmi nie negocjujemy, więc po kilku ostrzeżeniach Balbina miała wypad z pokoju. W zasadzie, to wypad powinna mieć cała trójka, jednak w zbiorowym wykonaniu zatraciłby on swoją rolę, gdyż wyszłoby na to, że dzieciaki tylko zmieniłyby plac zabaw. Billa staraliśmy się trochę oszczędzać, bo jakby nie było, był u nas gościem. Z kolei Ptyś jest osobowością tak nieprzewidywalną, że w jego przypadku, wypad jest ostatecznością. Wszystko się dobrze składało, ponieważ gdy chłopcy słyszeli zbliżające się kroki i pisk klamki otwierającej drzwi, to w ułamku sekundy leżeli w łóżkach. Zawsze tylko Balbinę zastawałem na środku pokoju z „ręką w nocniku”. Ale chyba jej to za bardzo nie przeszkadzało. Kilka, a czasami kilkanaście minut spędzała ze mną w pokoju (w którym pracowałem) i czasami odnosiłem wrażenie, że nawet jej to sprawia przyjemność – niezależnie od tego, że mogła tylko siedzieć albo stać, i nie mogła odzywać się ani słowem. Gdy na monitorze elektronicznej niani widziałem, że chłopcy już posnęli, to Balbina wracała i zaczynała się cisza nocna. Niestety nieraz bywało, że miało to miejsce dopiero około jedenastej. Zdarzył się jednak wieczór, gdy Majka miała wychodne i sam musiałem ogarnąć całe towarzystwo. Niby nic wielkiego, a przede wszystkim, nie pierwszyzna. Niestety tej nocy, nieoczekiwane przebłyski ułańskiej fantazji miał Ptyś. Biegał po pokoju, wysypywał klocki z pojemników, rzucał zabawkami, krzyczał (co zupełnie nie było w jego stylu). Wiedziałem, że to się źle skończy, więc odwlekałem jak mogłem wykonanie wyroku. Było kilka ostrzeżeń, w tym dwa ostateczne. Już nawet rodzeństwo domagało się dla niego wypadu, niczym gawiedź dobicia pokonanego na rzymskiej arenie. Niestety sprawiedliwość musi być, a nasze domowe prawo jest równe dla wszystkich. Ptyś po raz kolejny tej nocy struchlał i zimnymi oczami wpatrywał się wprost w moją twarz. Znowu liczył na to, że może go nie zauważę i wyjdę z pokoju. Jednak tym razem złapałem go za rękę i starałem się odizolować od innych, aby trochę ochłonął. Zaczął się wyrywać, pluć na mnie, krzyczeć, że mnie nie lubi i mnie pobije, próbował mnie gryźć. Wyjątkowo nie bił mnie pięściami, jak to już kilka miesięcy temu bywało. Postawiony przy ścianie dość szybko przestał się awanturować... zmienił jednak taktykę. Zaczął mnie straszyć, że odgryzie sobie palec. „To odgryź”, odpowiedziałem. Było to jednak dość ryzykowne posunięcie, bo Ptyś ma dużą tolerancję na ból. Gdy czasami przychodzi po opatrunek, to nie dlatego, że go coś boli, ale dlatego, że leci mu krew. Jednak tym razem widocznie stwierdził, że mu się to nie opłaci, więc zagroził pogryzieniem kartonów z papierem, które stały w pobliżu. Też nie zrobił tym na mnie większego wrażenia, ale swoją obietnicę zrealizował. Po kilkunastu minutach uspokoił się na tyle, że mógł wrócić do rodzeństwa, i dalej był już spokojny. Dla zasady pytam w takich sytuacjach o powód jego zachowania, próbuję tłumaczyć – ale nie wiem, czy cokolwiek do niego dociera.
Następnego dnia rano, Balbina zaczęła opowiadać, że Ptyś poprzedniej nocy cały czas opowiadał im o babci z pałką. Zaczęliśmy się nawet z Majką zastanawiać, czy aby nie chodzi o jego prawdziwą babcię (chociaż tak naprawdę biologiczną babcię Balbiny, z którą dzieci się spotykają), tę która według relacji mamy dzieci, nie stroniła od przemocy, i każdemu z wnuków nie raz się od niej oberwało. Na szczęście z pomocą przyszedł Bill, który wytłumaczył, że chodzi o babcię Gramię – demoniczną postać z gry-horroru, w którą dzieci grały mieszkając z mamą. W tym momencie pominę odniesienie się do pomysłów mamy na spędzanie z trzylatkami wolnego czasu.
Tak, czy inaczej, po raz kolejny okazało się, że chłopiec często jeszcze wraca myślami do okresu, gdy z nami nie mieszkał, a przebywanie ze starszym bratem, w pewien sposób mu to ułatwia.

Pewnego dnia, w przedszkolu obraził się na panie wychowawczynie. Nie wiem dokładnie o co poszło, w każdym razie w którymś momencie zaczął zachowywać się jak rasowy terrorysta. Z braku możliwości wzięcia zakładnika, odłamał kawałek jakiejś zabawki i wsadził go sobie do ucha. Gdy pani próbowała do niego przemówić i robiła krok w jego kierunku, on popychał zabawkę o kilka milimetrów w głąb ucha. Doskonale potrafię sobie wyobrazić tę sytuację... a zwłaszcza oczy chłopca – zimne i bez wyrazu.
Gdy zaalarmowana Majka pojechała do przedszkola, nic już nie wystawało. Tylko jakiś granatowy kolor dało się zauważyć w otchłani ucha chłopca. Nie było wyjścia, trzeba było pojechać do laryngologa na ostry dyżur. Na szczęście lekarka przyłożyła się do pracy i dla pewności zajrzała mu we wszystkie pozostałe dziury. Dzięki temu inny fragment (tym razem żółty) wyciągnęła z dziurki od nosa. Nie mamy nawet pojęcia, czy pochodził też z przedszkola, czy tkwił tam już dłuższy czas. W każdym razie zabawki nie rozpoznaliśmy.

Podobnych nienaturalnych zachowań, było w ciągu tych dwóch tygodni znacznie więcej. Pewnego dnia Ptyś wymyślił sobie, że nie będzie jadł kolacji i będzie spał w ogrodzie. Wszyscy go zapraszaliśmy, Majka, ja, później chodziły po niego wszystkie dzieci po kolei... a on nic. Schował się w jakiejś dziurze i powiedział, że się nie ruszy.
Wspólne rozpoczynanie kolacji jest dla wszystkich ważne z dwóch powodów. Przede wszystkim chodzi o kulturę i wyrobienie odpowiednich nawyków. Jednak drugą ważną rzeczą jest to, iż kolacja jest zawsze w formie szwedzkiego bufetu. Tutaj z Majką nie do końca się zgadzamy, ponieważ ona uważa, że każde dziecko powinno dostać wydzieloną porcję na odrębnym talerzyku. W ten sposób mielibyśmy kontrolę nad tym, kto ile zje, oraz wszyscy mieliby równo i sprawiedliwie (a nie kto pierwszy, ten lepszy). No ale, ponieważ ja serwuję kolację, to ja ustalam zasady. Skoro szwedzki stół sprawdził się nawet gdy był z nami Kapsel, to tym bardziej przy obecnej obsadzie dzieci, nie ma powodu do zmiany reguł. Na temat tego co powinno znajdować się w kolacyjnym menu dzieci, też sporo rozmawialiśmy z Majką. Próbowałem też znaleźć jakiś złoty przepis w internecie i doszedłem do wniosku, że nie ma co się za bardzo przejmować, bo na przykład spotkałem się ze stwierdzeniem „owoce są idealne na kolację”, a kawałek dalej „owoce są zabójcze na kolację”. Wychodzę zatem tylko z założenia, że kolacja powinna być lekkostrawna, więc krwistych steków dzieciom nie podaję. Poza kanapkami są również warzywa, owoce i dla przyjemności coś słodkiego. Plusem rezygnacji z osobnych talerzyków jest to, że nie muszę pamiętać, kto czego nie lubi, a dzieci same uczą się równo dzielić smakołykami. Do tego nikt nie wychodzi głodny, ponieważ każdy ma możliwość znalezienia czegoś dla siebie. Ta forma serwowania posiłku ma jednak jedną wadę. Nie chce mi się wysilać, gdy na kolację oczekuje nie więcej niż dwójka dzieci (ma to miejsce choćby w przypadku, gdy bliźniaki jadą na weekend do babci). No bo jak tu ugotować pół jajka, albo podgrzać połówkę parówki. Każdy dostaje więc po kromce chleba w dwóch smakach, i do tego jakiegoś pomidorka lub w ekspresowej wersji to nawet tylko płatki z mlekiem.




















Zrobiłem tę dygresję wspominając Ptysia, który nie chciał zjeść kolacji. Po kilku nawoływaniach, wszyscy stwierdziliśmy, że jak nie chce, to nikt się mu prosił nie będzie i pójdzie spać na głodniaka. Wychylił tylko na chwilę głowę i wykrzyczał, że on na kolację zje trawę. Pewnie tak zrobił, chociaż w nocy żadnych rewolucji żołądkowych nie miał. Obawialiśmy się z Majką, że szykuje się kolejna afera, ale gdy wszyscy zaczęli się zbierać do kąpieli, to przyszedł jakby nigdy nic. Kolacji oczywiście nie dostał. Spojrzał na pozostawione przez pozostałych resztki, dał dwa łyki wody i udał się do łazienki.

Niemniej jednak, najdziwniejszą sytuację mieliśmy w dniu, gdy przyjechali do nas w odwiedziny goście. Nasze dzieci zastępcze, wielu z tych ludzi widziały po raz pierwszy, chociaż to raczej nie powinno mieć znaczenia (przynajmniej tak nam się początkowo wydawało). Mniej więcej od połowy imprezy, wszystkie trzy Ptysie zaczęły zachowywać się nienaturalnie. Bill usiadł na skarpie, z dala od wszystkich (również innych dzieci), Ptyś wlazł pod samochód i ani prośbą, ani groźbą nie dało się go przekonać, aby wyszedł. Balbina z kolei trzymała się blisko mnie, co jakiś czas przychodząc się przytulić. Była smutna, niewiele mówiła, tylko obserwowała to, co działo się wokół. Za to bliźniaki w tym czasie brylowały na parkiecie. Chłopcy przechwalali się swoją sprawnością fizyczną, pokazywali zabawki, śpiewali piosenki. Wszystko zmieniło się w chwili, gdy ogłosiłem przygotowanie do kolacji i zapowiedziałem w niedalekiej przyszłości kąpiel i spanie. Nagle wszystkim Ptysiom poprawił się nastrój, a nawet poprosiły o jeszcze trochę czasu na skoki na trampolinie.
Oczywiście następnego dnia razem z Majką zabraliśmy się do analizowania całej sytuacji. Pierwszą naszą myślą była obecność alkoholu na stołach. Od czasu, gdy Ptysie zamieszkały w naszej rodzinie, było już kilka imprez, jak choćby pożegnanie Ploteczki, czy urodziny bliźniaków. Zawsze było sporo osób, więc raczej nie o tłum tutaj chodziło. Za to po raz pierwszy dzieci miały okazję zobaczyć gości pijących piwo, wino, czy jakieś drinki. Czy mieliśmy do czynienia z retrospekcją, z odtwarzaniem w pamięci jakichś sytuacji z przeszłości dzieci? A jeżeli tak, to dlaczego nie dotyczyło to bliźniaków? W ich przypadku chociaż byłyby podstawy, bo przecież odbieraliśmy chłopców mamie, z hucznej i mocno zakrapianej imprezy. Dziwiło nas tylko to, że ponury nastrój prysł jak bańka mydlana, w sposób nagły. Co się mogło wydarzyć? Wgłębialiśmy się w najdrobniejsze szczegóły, które przychodziły nam do głowy, by w końcu dojść do wniosku, że Ptysie uznały, że ci obcy ludzie przyszli po nich. Tak naprawdę nie mamy pojęcia, jakie myśli zaprzątają głowy dzieci z rodzin zastępczych. Nasza dwójka była już świadkiem odejścia Ploteczki do adopcji, a Bill rozstał się z dwojgiem swoich kolegów. Być może najstarszy z rodzeństwa pomyślał, że teraz przyszła kolej na nich, i na dobre przestraszył Ptysia i Balbinę. Gdy zorientowali się, że jednak tutaj pójdą spać, wszelkie obawy stały się nieaktualne.
Nie wiem dlaczego, ale jakoś nie braliśmy pod uwagę możliwości, że dzieciaki pokłóciły się gdzieś za domem i zwyczajnie nie miały ochoty się do nikogo odzywać. A przecież to było chyba najbardziej logicznym wytłumaczeniem.

Gdy czasami  uda się wyciągnąć wszystkie pojazdy z różnych zakamarków ogrodu, to tak to wygląda.

Po wyjeździe dzieci wakacyjnych poczułem się jak ten Mosiek w dowcipie o kozie.
Co tam czwóreczka niesfornych czterolatków. Co tam Balbina ze swoją rogatą duszą. Nie jest źle... przecież może być gorzej.

Na koniec załączam wspomniane wcześniej opisy zachowań Ptysia i Balbiny. Pewne sprawy mogą już wyglądać nieco inaczej, a nawet być zupełnie nieaktualne, gdyż zapiski pochodzą sprzed kilku tygodni:


BALBINA (3 lata i 9 miesięcy)

Jest to pierwszy nasz opis zachowań dziewczynki, chociaż mieszka ona w naszej rodzinie już prawie pół roku. Balbina spotyka się ze swoją mamą biologiczną co dwa tygodnie. Ostatnio tylko była nieco dłuższa przerwa z powodu panującej u nas epidemii ospy (na którą zachorowały wszystkie nasze dzieci zastępcze i połowa przedszkola, do którego dziewczynka uczęszcza).

Wykaz zachowań i umiejętności w ocenie opiekunów:

  • Balbina jest dziewczynką bardzo otwartą i taką była praktycznie od pierwszych dni pobytu w naszej rodzinie. Jednak dotyczy to głównie osób, które już zna, lub uzna je za naszych bardzo dobrych znajomych. Tak więc podczas występów na scenie w przedszkolu była tak stremowana, że nawet nie otworzyła buzi, aby zaśpiewać piosenkę. Bardzo dziwnie zachowuje się w stosunku do obcych mężczyzn. Niektórych się boi i od nich stroni. Jednak wystarczy, aby któryś na ulicy zapytał nas o drogę, a już uznaje że jest naszym kolegą, i potrafi się do niego przytulić.
  • Balbina bardzo dobrze zniosła emocjonalnie zarówno pójście do przedszkola, jak też kontakty z mamą biologiczną. Pewne zawirowania miały miejsce w okresie, gdy na spotkania, razem z mamą, przychodził również partner mamy. W tym czasie rozpoczęły się trudności z posłuszeństwem, ale przede wszystkim problemy natury fizjologicznej. Do tego czasu (przez prawie dwa miesiące) dziewczynka w pełni kontrolowała swoje potrzeby. Miała zakładane tylko na noc pieluchomajtki, które w większości przypadków nad ranem okazywały się suche. Jednak w późniejszym czasie (gdy okresowo na spotkania przychodził partner mamy), nastąpiły duże zmiany. Dziewczynka nie tylko zaczęła robić siku w majtki, ale nawet zdarzały jej się wpadki z kupą. Zwłaszcza miało to miejsce w przedszkolu, chociaż w domu również. W chwili obecnej jest już dużo lepiej, choć zauważyliśmy, że Balbina sprytnie wykorzystuje to, że wszyscy już się przyzwyczaili do tego, że siku w majtkach nie jest czymś, czego musi się wstydzić. Od jakiegoś czasu dziewczynka bardzo lubi się przebierać i zdarza się, że idzie do pani wychowawczyni, aby ta ją przebrała w inne rzeczy. Niestety nie ma takiego zwyczaju w przedszkolu, a zasadom trzeba się przecież podporządkować. Bywa więc, że (aby dopiąć swego) kilka minut po takim zgłoszeniu, Balbina robi siku w majtki, po czym pani nie ma innego wyjścia, jak tylko ją przebrać. W ostatnim czasie informujemy dziewczynkę (odwożąc ją rano do przedszkola), że zapomnieliśmy zabrać dla niej drugiej zmiany, i jak zaistnieje taka konieczność, to będzie musiała przebrać się w rzeczy Ptysia (swojego brata). Jak do tej pory nasz fortel przynosi pożądany skutek... nie wiadomo tylko jak długo.
  • Identyfikowanie się ze swoją płcią, jest tematem, który warto nieco bardziej rozwinąć. Na początku pobytu Balbiny w naszym domu, zauważyliśmy że dziewczynka w pewien sposób stroni od tego, aby okazywać, że jest dziewczynką. Nie lubiła zakładać sukienek, nie pozwalała robić sobie kitek, wpinać ozdób we włosy. Na dobrą sprawę nie pozwalała nawet siebie dotknąć, łącznie z umyciem czy obcięciem paznokci. Nie było to dla nas dziwne o tyle, że zostaliśmy o tym uprzedzeni przez mamę dziewczynki. Jednak niepokojące stawały się dla nas pewne zachowania seksualne i towarzyszące temu sformułowania (często bardzo wulgarne). Balbina potrafiła rozebrać się do naga przed swoim bratem i wypiąć pupę, albo kłaść się na nim w łóżku (również nago). Bywało, że pytała któregoś z naszych chłopaków „chcesz zobaczyć moją pipę?”, albo po kąpieli zwracała się do mnie „jeszcze wytrzyj mi pipę”. W chwili obecnej większość z tych zachowań uległa już wyciszeniu. Jedynie tego ostatniego sformułowania nie za bardzo możemy się pozbyć, również z pomocą pozostałych naszych dzieci zastępczych. Nawet Remus (ten starszy z bliźniaków) ją poprawia słowami: „mówi się cipkę”... a ona nic. Pani psycholog zwróciła nam uwagę na to, że być może Balbina bardzo bała się być dziewczynką. Widziała różnice pomiędzy traktowaniem siebie i swoich braci. Mimo, że oni byli bici (przynajmniej najstarszy z nich mówi o tym wprost), a ona nie... to z jakichś przyczyn chciała utożsamiać się z chłopcami. W tej chwili wszystko się zmieniło. Balbina lubi być dziewczynką w różowej sukience, z kitkami i rozmaitymi ozdobami.
  • W ocenie psychologa, dziewczynka jest w normie rozwojowej, chociaż jej rozwój jest nieharmonijny. My zauważamy, że jest bardzo inteligentna i łatwo się uczy. Doskonale wie, czego od niej oczekujemy i jak powinna się zachować. Czasami tylko się ze mną droczy i zamiast „słucham?”, mówi „co?”. Wie, że wówczas odpowiem „pstro”, więc często swoje pytanie zamienia na „he?”
    Bardzo dobrze układa puzzle i klocki. Chętnie rysuje i lepi z plasteliny. Nawet jeżeli jeszcze nie wszystko jej wychodzi (bo na przykład cały czas źle trzyma kredkę), to jednak się stara. Rozumie związki przyczynowo skutkowe.
  • Nieco problemu sprawia jej komunikacja z otoczeniem, ponieważ podobnie jak Ptyś (jej brat) ma niezbyt poprawną wymowę. Jednak w przeciwieństwie do niego, stara się różnymi sposobami wytłumaczyć to, co chce przekazać. Za to bardzo dobrze rozumie wszystko, co inni chcą jej powiedzieć (oczywiście w granicach swoich norm wiekowych).
  • Fizycznie jest bardzo dobrze rozwinięta. Świetnie jeździ na rowerku biegowym i trzykołowym z pedałami. Dobrze biega i skacze na trampolinie. Mamy huśtawkę, której jednym z elementów są kółka gimnastyczne, które bierze się w ręce, a pupę unosi do góry. Balbina, mimo że do leciutkich nie należy, robi to najlepiej spośród wszystkich naszych dzieci zastępczych.
  • Dziewczynka jest typem przywódcy. Sporo czasu zajęło jej uświadomienie sobie, że w naszej rodzinie jest tylko jedną z równych. Do dzisiaj bywają sytuacje, w których nie toleruje sprzeciwu... zwłaszcza gdy dotyczy to Romulusa (młodszego z bliźniaków).
  • Balbina bardzo lubi spotkania z mamą. Cieszy się na nie, chociaż na co dzień mamy nie wspomina. Mówi, że chciałaby do niej wrócić, ale trudno powiedzieć, czy za nią tęskni. Po spotkaniu zachowuje się normalnie, nie jest rozbita emocjonalnie. Natomiast jest bardzo mocno związana z Ptysiem. Gdy któregoś dnia brata nie było w domu (był na badaniu psychologicznym), to snuła się z kąta w kąt, popłakiwała, nie chciała spać w południe. Od nowego roku szkolnego rodzeństwo zostanie rozdzielone do różnych grup wiekowych. Teoretycznie Ptyś już teraz powinien być w starszej grupie, jednak w związku zaistniałą sytuacją, została podjęta decyzja o umieszczeniu dzieci razem. Wszyscy zgodnie twierdzą, że będzie to korzystne dla rodzeństwa. W tej chwili, dzieci za bardzo stanowią „jedno ciało”, co paradoksalnie negatywnie wpływa na ich rozwój i zdolności poznawcze.
  • Jeżeli chodzi o jedzenie i zdrowie, to nie mamy żadnych uwag. Balbina je wszystko. Lubi owoce i warzywa. Bez większego problemu przystosowała się do naszej diety, co oznacza, że słodycze i lemoniada są tylko na spotkaniach z mamą.

PTYŚ (5 lat)

Chłopiec przebywa w naszej rodzinie zastępczej od prawie pół roku. Spotyka się ze swoją mamą biologiczną raz na dwa tygodnie. W ostatnim czasie była tylko nieco dłuższa przerwa, ponieważ chłopiec był chory na ospę wietrzną.

Wykaz zachowań i umiejętności w ocenie opiekunów:

  • Ptyś jest dzieckiem nieśmiałym, introwertycznym, zamkniętym w sobie. Lubi bawić się sam, jest spokojny, nie wdaje się w kłótnie z innymi dziećmi.
  • W ciągu ostatnich kilku miesięcy, nastąpił jednak ogromny postęp w zakresie samooceny. Początkowo chłopiec był strasznie zakompleksiony, nie wierzył we własne siły, nie chciał brać udziału w żadnych wspólnych zabawach. Bywały sytuacje, gdy rozpoczynaliśmy dzień od robienia gimnastyki (pajacyki, brzuszki, przysiady, rozciągania itp.). Wszystkie dzieci robiły to mniej lub bardziej nieudolnie... ale robiły. Ptyś po kilkunastu sekundach stwierdzał, że nie potrafi i się wycofywał. Podobnie było ze wspólnym śpiewaniem, jeżdżeniem na rowerku biegowym, rysowaniem itp. W tej chwili jest już dużo lepiej, chociaż do pełni szczęścia jeszcze sporo brakuje.
  • Chłopiec bardzo często miewa chwile odrętwienia. Zamienia się wówczas w „słup soli”, z nieruchomym wzrokiem utkwionym w osobę, która się do niego zwraca. Nie reaguje wówczas na nic, nie odzywa się... tylko patrzy. Prawie nie mruga oczami i nie oddycha. Bardzo łatwo jest go wprowadzić w taki stan – wystarczy podnieść na niego głos, zwrócić mu uwagę, a czasami tylko zadać zwyczajne pytanie. Zdaniem psychologa jest to typowe zachowanie dziecka, które doznawało przemocy, albo przynajmniej było jej świadkiem. Wydaje mu się wówczas, że skoro się nie rusza, to nic mu nie grozi, bo nikt go nie zauważa. Istnieje też prawdopodobieństwo, że Ptyś ma jakieś zaburzenia neurologiczne, będące wynikiem chwilowej niesprawności mózgu. Otrzymaliśmy od psychologa zalecenie wykonania EEG, które ma wykluczyć możliwość krótkotrwałych wyłączeń świadomości. W tej chwili za odrzuceniem tej hipotezy przemawia jedynie fakt, że „zawieszenia” występują tylko w konkretnych sytuacjach i bardzo łatwo jest je sprowokować.
  • Ptysiowi zdarzają się też odruchy zasłaniania twarzy i głowy rękami (ochrona przed uderzeniem). Nie jest to częste (w zasadzie w mojej obecności miało to miejsce zaledwie trzy razy), ale być może dlatego, że bardzo staramy się nie krzyczeć na (a nawet do) chłopca, zbliżać się w sposób gwałtowny, a także okazywać swojej złości, czy niezadowolenia. Sytuacja taka nigdy nie wydarzyła się w przypadku jego młodszej o rok siostry.
  • Zdarzyło się dwa razy, że chłopiec z zupełnie niewyjaśnionych przyczyn (w zupełnie niewinnie wyglądających sytuacjach) nagle jakby przeniósł się do innego świata, tracąc na chwilę kontakt z rzeczywistością. Pierwszy raz miało to miejsce, gdy wracaliśmy z trampoliny. Wprawdzie doszło na niej do małej awantury między dziećmi (w której Ptyś był prowodyrem), to jednak wszystko zostało już wyjaśnione i reszta dzieci już z niej zeszła. Powiedziałem do chłopca „chodź, idziemy do domu”. Rzucił się na mnie z pięściami, krzyczał, miotał się na wszystkie strony. Był nieprzetłumaczalny. Za drugim razem miało to miejsce, gdy wsadziłem Ptysia do fotelika w samochodzie. Wówczas też zaczął mnie bić, krzyczeć i wyrywać się. W tej chwili dochodzę do wniosku, że były to jedne z nielicznych sytuacji, gdy byliśmy tylko we dwoje. Najczęściej są z nami jeszcze inne dzieci, albo chociaż obce osoby (choćby w sklepie), które być może zapewniają chłopcu poczucie bezpieczeństwa. Pani psycholog stwierdziła, że mogą to być reakcje o charakterze dysocjacyjnym.
  • Ptyś bardzo dobrze reaguje na spotkania z mamą. Cieszy się na nie, sprawiają mu one przyjemność. Po spotkaniach zachowuje się zupełnie naturalnie. Nie zauważamy, aby chłopiec odreagowywał je emocjonalnie. Między spotkaniami nie wspomina mamy, nie sprawia wrażenia, aby tęsknił. Chociaż był krótki okres, gdy przychodził również partner mamy. Wówczas po powrocie do domu (a nawet następnego dnia w przedszkolu), często zdarzało się, że Ptyś był inny. Wchodził pod stół albo kanapę i nie chciał wyjść. Gdy w pewnym momencie stwierdził: „chcę, żeby na spotkania przychodziła tylko mama”, to po konsultacjach z psychologiem przedszkolnym, poprosiliśmy mamę, żeby tak właśnie było. W ostatnim czasie mają miejsce rozmowy telefoniczne z mamą. Wcześniej chłopiec nie był nimi zainteresowany, chociaż trudno powiedzieć, aby teraz ich wyczekiwał... choćby dlatego, że kończy rozmowę po kilkudziesięciu sekundach. Jednak w tym przypadku bywają czasami rzeczy dziwne (chłopiec znowu wchodzi pod kanapę, mają miejsce ataki autoagresji... gryzienie się, bicie pięściami, drapanie po twarzy). Pewnego dnia (tuż po zakończeniu rozmowy) Ptyś wziął w ręce swój rowerek (wykazując się niemal nadludzką, jak na pięciolatka, siłą) i wrzucił go do oczka wodnego. Mama interpretuje to w taki sposób, że chłopiec za nią tęskni. Gdyby spojrzeć na takie pojedyncze przypadki w oderwaniu od całokształtu, to być może tak właśnie by było. Jednak istnieje duże prawdopodobieństwo, że Ptyś może gorzej reagować na rozmowy telefoniczne (niż na spotkania twarzą w twarz), ponieważ w tym momencie wizualizuje sobie tę mamę, i miejsce, w którym ona w danej chwili przebywa. Będąc na spotkaniu widzi ją taką, jaką jest. Słysząc tylko jej głos, być może przypomina sobie pewną sytuację z przeszłości. Być może nie do końca są to dla niego miłe wspomnienia.
    Z kolei bardzo ciepło wspomina babcię Gramię (babcię biologiczną Balbiny). Trudno powiedzieć, czy pamięta ją z czasów, gdy razem mieszkali (prawdopodobnie nie). Lubi się jednak nią chwalić (zwłaszcza gdy pozostałe przebywające u nas dzieci zastępcze opowiadają o swojej babci) i czasami dopytuje się, kiedy znowu do niego przyjedzie.
  • Badanie psychologiczne, które chłopiec miał wykonane wykazało, że jest on w dolnych partiach normy rozwojowej. Wprawdzie jego ruchy (przy bieganiu, jeżdżeniu na rowerku biegowym) są jeszcze nieco nieporadne i niezsynchronizowane, to w porównaniu z tym co było wcześniej, nastąpiła duża poprawa. W zasadzie wystarczyło, że chłopiec uwierzył w siebie i zaczął korzystać z rozmaitego sprzętu rekreacyjnego i wyposażenia na placu zabaw. Podobnie sytuacja wygląda z zajęciami nieco bardziej inteligentnymi. Chłopiec próbuje kolorować, lepić z plasteliny, stara się rozpracowywać różne układanki. Niektóre rzeczy go zrażają i odkłada je w kąt. Inne wykonuje nieporadnie. Są jednak takie, które wychodzą mu rewelacyjnie i często po nie sięga. I chociaż już samo pokazanie mu, jak prawidłowo powinien trzymać kredkę, budzi w nim sprzeciw, to świetnie układa puzzle. Mamy też pewne dość specyficzne klocki, które już opanował i buduje z nich bardzo przemyślne konstrukcje.
  • Ptyś je bardzo chętnie i dużo. W związku z tym, gdy czasami wybrzydza i zastrajkuje, to specjalnie się tym nie przejmujemy. W chwili obecnej mało jest potraw, czy pojedynczych rzeczy, których chłopiec nie lubi, a nawet nie chce ich spróbować. Wcześniej, gdy zobaczył coś nowego do jedzenia, to od razu stwierdzał, że tego jeść nie będzie, bo tego nie lubi. Pamiętam jak wiele razy proponowaliśmy mu borówkę (przy czym widział, jak inne dzieci się tym owocem „zażerają”). Dopiero po kilku tygodniach się przełamał i doszedł do wniosku, że to jest smaczne. O pierwszym zjedzeniu czereśni, też można by napisać cały rozdział książki. Jednak dawne przyzwyczajenia nadal pozostały. Najbardziej lubi „bułę” i jabłko.
  • Pewnym problemem jest mowa. Ptyś wysławia się bardzo niewyraźnie, do tego popełnia wiele błędów odmieniając niektóre wyrazy. Jest pod opieką logopedy, więc jeżeli będzie trzeba w tym względzie zrobić coś więcej, to z pewnością zostaniemy o tym poinformowani. Mieszkamy z chłopcem już pół roku, a mimo wszystko często nie rozumiemy, co do nas mówi. Niestety nie należy do tych dzieci, które niemal w nieskończoność powtarzają to samo zdanie, aż upewnią się, że wiemy o co chodzi. Ptyś powtórzy najwyżej raz, czasami dwa.
  • W kwestiach zdrowotnych, chłopiec nie nastręcza żadnych trudności. Nie choruje, rzadko bywa przeziębiony.


Najlepsze Blogi

środa, 24 lipca 2019

--- Do zobaczenia w telewizji

Dzieci z szatni "Chmurka"

Niektóre osoby, gdy przestają za sobą przepadać, czasami mawiają do siebie „spotkamy się w sądzie”. Rodzice biologiczni naszych dzieci raczej nas do sądu nie zapraszają, ale bywa że obiecują nam spotkanie w telewizji. Ma to miejsce właśnie wówczas, gdy z jakiegoś powodu przestają nas lubić... choć właściwsze byłoby powiedzenie, że przestają udawać, że nas lubią.
Do tej pory były to tylko strachy na lachy, chociaż docierały do nas informacje, że takie próby były podejmowane. Aby zaistnieć w telewizji, tacy rodzice muszą przedstawić historię, która będzie bulwersowała – taką, przy której opinia społeczna będzie całym sercem po ich stronie i każdemu widzowi zakręci się łezka w oku. W tym momencie mogą zostać upieczone dwie pieczenie przy jednym ogniu. Ta ważniejsza, to zapewne wzrost oglądalności danej stacji telewizyjnej. Jednak rodzic biologiczny w takiej sytuacji też może sporo ugrać.

Ponieważ prawdopodobieństwo wystąpienia w telewizji jest dość duże zarówno w następstwie działań rodziców Ptysi, jak też ostatnio Bliźniaków, Majka nie omieszkała wykorzystać spotkania z prawnikiem i poruszyła również ten temat.
Niestety my, jako rodzice zastępczy, w takiej sytuacji stalibyśmy na pozycji straconej, nie mogąc liczyć na jakiekolwiek współczucie, czy choćby zrozumienie widzów oglądających program. Problem polega na tym, że rodzice mogą opowiadać i opisywać swoją historię tak jak chcą. Nie ma znaczenia to, że będą mijać się z prawdą, albo że pewne fakty zostaną pominięte. Oni mają prawo do własnego odbioru rzeczywistości. Oni przekazują w ten sposób swoje odczucia.
To mniej więcej tak, jak ja opisuję rozmaite historie tutaj na blogu. Ja ukazuję tutaj siebie, to co sam czuję i jak ja postrzegam rozmaite sprawy. Rodziny biologiczne są tylko bezimiennym tłem, służącym mi do wyrażenia własnych poglądów. Tak mniej więcej wyglądałaby linia obrony, gdyby któryś z rodziców biologicznych odnalazł na moim blogu siebie i skierował sprawę do sądu.
Będąc w telewizji, mówiłbym już o konkretnej osobie. Nie miałoby znaczenia, że opisywałbym tylko fakty, opierając się nawet na rozmaitych urzędowych opiniach, czy też decyzjach sądu. Byłoby to naruszenie dóbr osobistych rodzica, bo przecież ten w żaden sposób nie upoważnił mnie do przekazywania tego rodzaju informacji. Mógłbym najwyżej się pojawić i w świetle jupiterów stwierdzić, że nie mogę niczego potwierdzić, ani niczemu zaprzeczyć i odesłać media do rzecznika PCPR-u, albo sądu – który pewnie też nie odniósłby się do tego konkretnego przypadku.
Dlatego teraz nieco inaczej patrzę na rozmaite programy telewizyjne, w których jedno krzesło stoi puste, gdyż przedstawiciel strony przeciwnej nie ośmielił się stawić w studiu. Ja pewnie też bym nie pojechał... bo i po co.

Co w takim razie zyskuje rodzic biologiczny? Opinię medialną.
To jest mniej więcej to, na co w rozmowie z Majką zwróciła uwagę prawniczka – a dotyczyło decyzji podejmowanych przez sąd w związku z powrotami dzieci do rodziców biologicznych. To, że sytuacje prawne dzieci są nieuregulowane miesiącami, a nawet latami, i że rodzice dostają kolejną i kolejną i jeszcze jedną szansę na poprawę, nie jest tylko winą rządu i prowadzonej przez niego polityki, ani też samego sądu. Tutaj chodzi o klimat, jaki jest budowany przez media i nas samych (społeczeństwo). Sądy nie otrzymują żadnych wytycznych z Ministerstwa, tylko czasami niektórzy sędziowie boją się podjąć konkretną decyzję i stosują półśrodki, przy zastosowaniu których, nikt się do nich nie przyczepi.

Przejdę do konkretów, bo jeżeli jednak zdecydowałbym się pojawić w telewizji, to może chociaż ktoś wiedziałby, o czym nie mówię.

Jakiś czas temu byliśmy z Bliźniakami na badaniu więzi (niedawno o tym pisałem). No i przyszły wyniki oraz podsumowanie całej sytuacji. We wniosku końcowym jest wyraźna sugestia, że chłopcy powinni zostać umieszczeni w rodzinie adopcyjnej. Majka była tym bardzo zaskoczona, ponieważ nie liczyła na tak jednoznacznie sprecyzowane zdanie biegłych. Ja się nawet tego spodziewałem. Tyle tylko, że to dopiero pierwsza bitwa. Do wygrania wojny jeszcze sporo czasu. A nawet jeżeli to nastąpi, to dopiero po latach może się okazać, czy nie było to pyrrusowe zwycięstwo.
Opinii psychologów nie widzieliśmy i być może nigdy jej nie zobaczymy. Dostaje ją tylko sąd i rodzice. Czasami rodzice nam ją pokazują, a nawet pozwalają zeskanować, ponieważ wydaje im się, że jest ona dla nich korzystna.
Tym razem nie za bardzo jest się czym chwalić. Jednak Majka była pierwszą osobą, która została przez mamę chłopców poinformowana o tym fakcie. Przypuszczalnie dziewczyna liczyła na słowa pociechy i wsparcie w sytuacji będącej dla niej ogromnym zaskoczeniem. Prawdopodobnie szukała też sprzymierzeńca, bo najprawdopodobniej Majka będzie na rozprawie (jest to sąd, który nawet mnie lubi zapraszać). Pewnie była bardzo rozczarowana, gdyż Majka nie zamierzała niczego owijać w bawełnę. Niby powtórzyła mniej więcej to samo, o czym ja napisałem na posiedzenie zespołu (kilka miesięcy temu). Tyle tylko, że powiedziała to wprost, nie dając mamie możliwości alternatywnej interpretacji swojej wypowiedzi. Naszym zdaniem, umieszczenie dzieci w rodzinie adopcyjnej jest najlepszym rozwiązaniem. Chłopcy są jeszcze na tyle mali, że bez większego problemu potrafiliby pokochać nowych rodziców. Są bardzo ufni i poukładani emocjonalnie. Może dlatego, że nie mają świadomości tego, jak rozmaicie może wyglądać ich przyszłość. Bliźniacy nigdy nie próbowali poruszać tego tematu. Nigdy nie zapytali kiedy wrócą do mamy, albo czy w ogóle wrócą. Nigdy nie wyrazili chęci pozostania z nami na zawsze, nie mówiąc o prawdopodobieństwie zamieszkania z zupełnie inną ciocią i wujkiem... a tym bardziej z nową mamą i nowym tatą. Jednak jest to tylko kwestią czasu. Sasetka będąc w wieku chłopców, miała już pełną świadomość rozmaitych opcji i to ona najbardziej czekała na nową mamę.
Romulus z Remusem coraz częściej zaczynają wspominać swoją mamę, chociaż bliższa sercu jest ich babcia.
A mama? W naszej ocenie nie daje gwarancji, że kiedykolwiek poukłada sobie życie na trochę dłużej niż dwa, trzy lata. Zresztą sama mówi, że przecież teraz tak bardzo się stara. Ukończyła terapię, utrzymuje tę samą pracę, dba o mieszkanie, spotyka się z chłopcami. Tyle tylko, że to już było... już dwa razy w przypadku starszego rodzeństwa. Potem przestawała się starać i historia zaczynała się od początku. I jeszcze jest tata, który cały czas ma sądowy zakaz zbliżania się do mamy. Po wydanej opinii biegłych, nawet on się zmobilizował i zapałał nagłą miłością do dzieci. Wprawdzie nie za bardzo wie, jak się zachować na spotkaniu, ale przecież ważne są chęci. A co do zakazu zbliżania się do mamy, to przecież wystarczy, że ta odwoła wszystkie swoje wcześniejsze zeznania i sprawa będzie zamknięta.
Mama wszystkim się odgraża, że nie zgodzi się na odebranie jej praw rodzicielskich i nie zawaha się opowiedzieć swoją historię w telewizji. Nawet ma już własne hasło przewodnie: „Dzieci do mnie wrócą – wszystkie, albo żadne”. Nie wiem, czy będzie ono na tyle nośne, aby wzbudzić litość w widzach i wpłynąć na decyzję sądu. Nie wiem też, czy jakakolwiek telewizja zdecyduje się na historię, w której tle jest alkohol. W tym przypadku raczej trudno byłoby przemilczeć ten fakt.
Mama dość dobrze przygotowuje się do rozprawy. Jest inteligentna i ma duże doświadczenie w postępowaniach sądowych. Ma po swojej stronie prawnika i kuratora. Ten pierwszy wykorzysta wszelkie kruczki prawne... bo to jego praca. Ten drugi zna ją od kilkudziesięciu lat, gdy jako dziecko sama wychowywała się w zaburzonej rodzinie i skończyła w pieczy zastępczej. Wcale mu się nie dziwię, że w takiej sytuacji utożsamia dobro dzieci z dobrem ich mamy... przecież jest ona dla niego niemal jak córka.
Romulus i Remus nie mają nikogo, kto mógłby ich reprezentować przed sądem. Nie mają swojego prawnika, bo tego mogłaby wynająć najwyżej ich mama. Dlatego my postanowiliśmy być adwokatem chłopców i swoją wersję przedstawiliśmy biegłym psychologom. Ich decyzja, po części była więc oparta również na naszej opinii.
Nie wiem, jakie orzeczenie wyda sąd. Prawdopodobnie po tak jednoznacznej ocenie psychologicznej, poddającej w wątpliwość zarówno istnienie silnych więzi rodzinnych, jak też kompetencje rodzicielskie, raczej nie zdecyduje się na powrót chłopców do rodziców. Chciałbym, aby wszystko zakończyło się odebraniem praw rodzicielskich, nawet jeżeli konsekwencją tej decyzji byłoby niemal pewne odwołanie się od wyroku przez rodziców dzieci. Przeżyliśmy półtora roku, przeżylibyśmy razem jeszcze drugie tyle. Ale przynajmniej można by zacząć przygotowywać chłopaków na zamieszkanie w nowej rodzinie.
Istnieje też prawdopodobieństwo umieszczenia dzieci w rodzinie zastępczej... moim zdaniem duże prawdopodobieństwo. Nie byłby to zły pomysł, gdyby można było zagwarantować, że dzieci już nigdy nie opuszczą tej rodziny. Niestety nawet rodzice mający odebrane prawa rodzicielskie, jeszcze dużo mogą... zbyt dużo.



Obietnicę spotkania się w telewizji mamy też ze strony mamy Ptysi. Chociaż historia jej dzieci wydaje się dużo bardziej przykra niż historia bliźniaków, to tak naprawdę jest wiele faktów, które z łatwością można by tutaj ukryć. W decyzji sądu o czasowym umieszczeniu dzieci w naszej rodzinie zastępczej, nie ma żadnych konkretów, poza ogólnymi informacjami o skrajnym zaniedbywaniu całej trójki rodzeństwa.

Mama ucieka przed gniewem ojca ich wspólnej córki i spiskiem całej rodziny, której celem jest odebranie jej dzieci z chęcią wzbogacenia się na pozostaniu dla dzieci rodziną zastępczą. Exodus trwa wiele miesięcy, a trasa ucieczki biegnie prawie przez całą Polskę. W poszukiwaniach biorą udział sądy wystosowujące nakazy odebrania dzieci, pracownicy socjalni różnych instytucji zajmujących się rodziną i oczywiście policja. Nic więc dziwnego, że mama ukrywa się, zmieniając kilkakrotnie w ciągu miesiąca miejsce zamieszkania. Sypia z dziećmi w samochodzie, piwnicach i różnych odludnych miejscach. Sprytnie zaciera wszelkie ślady i stara się nie zwracać na siebie uwagi. Jak zarabia na życie? Żadna praca nie hańbi... przecież chodzi o przeżycie jej dzieci. W końcu coś idzie nie tak...
Zostaje osaczona, a dzieci trafiają do obcych sobie ludzi.

Są to zdecydowanie lepsze wydarzenia na napisanie scenariusza do programu telewizyjnego, niż historia mamy, która po raz trzeci próbuje wyjść z nałogu. Tutaj mamy zarówno melodramat, jak też sensację – samotna wilczyca z dziećmi, kontra bezduszny system. Nawet w pewnym momencie pojawia się szlachetny książę na białym koniu, który wydaje swój majątek, aby ratować oblubienicę.

Powyższej historii w zasadzie nie trzeba by podrasowywać jakimiś szokującymi elementami, bo sama w sobie powoduje, że u każdego powinno pojawić się współczucie dla tej dziewczyny.
Gdybym tutaj nawet zdecydował się stanąć przed kamerą, i opowiedział wszystko co wiem na temat przeszłości dzieci, to pewnie i tak niewiele bym wskórał. Najwyżej zobrazowałbym zachowania dzieci doświadczonych przez los, który powyżej opisałem.
Mógłbym powiedzieć, że rodzeństwo przejawiało dziwne zachowania o charakterze seksualnym, że strasznie przeklinało (nawet do teraz), było opóźnione w mowie (z czego powoli wychodzi), nie potrafiło się umyć, skorzystać z toalety. Mógłbym powiedzieć, że przejawia zachowania dzieci po traumie, ma zaburzenia więzi, zaburzenia o charakterze dysocjacyjnym, prawie każdy z trójki jest w dolnej granicy normy rozwojowej. Mógłbym też stwierdzić, że dzieci potrzebują jak najszybszego rozpoczęcia terapii psychologicznej, do czego potrzebne jest jednak przede wszystkim umieszczenie ich w docelowej, bezpiecznej rodzinie. Zapewne to ostatnie zdanie jeszcze bardziej zasugerowałoby odbiorcom potrzebę jak najszybszego powrotu dzieci do rodziny biologicznej.
Mógłbym jeszcze nieśmiało dodać, że mama wcale nie uciekała przed swoim byłym partnerem i jego rodziną... nie sądzę jednak, aby ktoś zwrócił na to większą uwagę.

Mama z kolei pochwaliłaby się wynajęciem mieszkania i przygotowaniem pięknego pokoju dla każdego z rodzeństwa. Opowiedziałaby, że ma stałą pracę, że jest opiekuńcza, a dzieci zapewne nie zaznają już żadnej krzywdy, bo nie jest w tej chwili z żadnym przemocowym partnerem. Dla ich dobra, na wszelki wypadek, pozostanie samotna do końca życia.
Opowiedziałaby, że wynajęła najlepszego w kraju prawnika, który będzie ją reprezentował w sądzie, że wydała na ten cel już tyle pieniędzy, iż można by kupić za to połowę mieszkania. Wszystko z miłości do dzieci.

Całość zapewne spowodowałaby wzbudzenie litości i współczucie w widzach (a może nawet uruchomiła jakąś zbiórkę pieniędzy na prawnika). Bo przecież ile z takich osób miało kiedykolwiek do czynienia z rodziną, której odebrano dzieci? Ile ma większe pojęcie o powodach odbierania dzieci, o tym co się wcześniej dzieje zanim do tego dojdzie, ile razy najpierw podawana jest pomocna dłoń? Ile osób odróżnia więź od więzów, albo wie co to jest dysocjacja? Ilu z nich odbierałoby taki program rozumowo, a nie emocjonalnie?

Sporo już napisałem na tym blogu o Ptysiach. Ktoś kiedyś w komentarzu zadał nawet pytanie, czy możliwy jest powrót dzieci do takiej rodziny?
Owszem, jest możliwy. Wszystko polega na zbudowaniu odpowiedniej atmosfery, odpowiedniego wizerunku rodziny. Tym zajmuje się Helmut (czyli ten rycerz na białym koniu). W ostatnim czasie chyba stwierdził, że jego osoba szkodzi całej sprawie, więc oficjalnie usunął się w cień. Formalnie nie są już parą z mamą dzieci... jest już tylko historią tej rodziny. Jednak czasami nie wytrzymuje nerwowo i po jakimś spotkaniu mamy z dziećmi, potrafi chwycić za słuchawkę i wysłać niewybrednego SMS-a, albo zwyczajnie zadzwonić ze swoimi uwagami. Stoi za rogiem, czy cały czas korzysta z podsłuchów? Często odnosimy wrażenie, że jest obecny przy rozmowie telefonicznej mamy z dziećmi lub z nami, i kontroluje każde wypowiedziane przez nią słowo. Bywa, że mama jest niegrzeczna, oskarżająca, wykrzykująca, by... za kilka godzin zadzwonić, że przeprasza i tak naprawdę bardzo się cieszy, że dzieci są pod naszą opieką.
Helmut założył nawet firmę handlującą zbożem w sieci. Zapomniał tylko utworzyć stronę internetową... chociaż niewykluczone, że specjalnie, bo być może ktoś zechciałby robić z nim interesy. Jednak umożliwia ona mamie osiąganie legalnych dochodów. Czy sąd rodzinny będzie dociekał, jaki jest status tej firmy (do kogo należy i czym się zajmuje)?
Mnie jednak cały czas zastanawia motywacja tego człowieka (to takie moje zboczenie zawodowe). Wynajął podobno za ciężkie pieniądze prawnika, który niby ma w swoim dorobku nawet wybronienie pedofili. O co mu chodzi? Żadne z dzieci nie jest jego, a mama (nie obrażając jej) ani piękna, ani przesadnie bystra. Może chodzi o młodość i uległość?
Albo to jednak piękna i czysta miłość? Czasami łapię się na tym, że też zaczynam tak myśleć. Dopiero jak od początku próbuję dopasować całą układankę, to pewne elementy znowu mi nie współgrają.


Najgorsze w obu historiach jest to, że zarówno Bliźniaki jaki i Ptysie, cały czas żyją w zawieszeniu. Terminy obu rozpraw nie zostały jeszcze wyznaczone, a przecież Romulus z Remusem mieszkają z nami już ponad rok. Obie mamy obiecują dzieciom, że kiedyś do niej wrócą, a my nie wiemy jak na to reagować. Nikt nie wie, co będzie dalej. Nawet nic nie jest mniej lub bardziej prawdopodobne. Wszystko jest ulotne, niepewne, nic nie jest własne... może z wyjątkiem półki w szatni „Chmurka”.




Najlepsze Blogi

wtorek, 16 lipca 2019

--- Szarańcza w Mielenku


Wyjazdy na wakacje z naszymi dziećmi zastępczymi zawsze budzą we mnie rozmaite (często skrajne) odczucia i przemyślenia.
Z jednej strony jest to wypoczynek, a przynajmniej oderwanie od dnia codziennego... co już samo w sobie jest przyjemne, ale jest to też ciężka i odpowiedzialna praca. Gdy rezerwujemy sobie lokum (mniej więcej w lutym), nigdy nie wiemy z jaką ekipą przyjdzie nam się zmierzyć w letnie miesiące. Bywało już, że na kilka dni przed wyjazdem zmieniała nam się obsada i trzeba było jakoś dopasować się do nowych warunków. Dlatego nigdy nie eksperymentujemy jadąc gdzieś „w ciemno”, licząc że jakoś to będzie. Od wielu lat, naszą metą jest Mielenko nad morzem, w którym wynajmujemy dwupokojowy domek (chociaż w zasadzie jest to fragment poniemieckiej stodoły) z własną wiatą w ogrodzie i dostępem do rozmaitych atrakcji (huśtawek, basenu, trampoliny).



W tym roku wyjeżdżaliśmy w minorowych nastrojach, ponieważ prognozy pogody na najbliższy tydzień nie napawały optymizmem. Mielenko przywitało nas ogromną ulewą i temperaturą 13 stopni. Naszym oczom jawił się obraz rozwrzeszczanej czwórki czterolatków, zamkniętych w jednym pokoju z niewielką ilością zabawek... głównie tych przeznaczonych do piasku. Tak więc nie za bardzo się Majce dziwiłem, że gdy tylko nieco się przejaśniło, już pierwszego dnia wygoniła wszystkich (niestety mnie też) na plażę. Ja nie za bardzo byłem szczęśliwy, ponieważ wiatr wiał jak w piosence Klenczona, zimno było jak w psiarni i do tego jakiś spychacz wykonywał syzyfową pracę przez prawie dwie godziny... on odgarniał piach z wejścia na plażę, a wiatr go ponownie nawiewał. Jedynym plusem było to, że byliśmy tam zupełnie sami (poza spychaczem oczywiście), co powodowało, że zupełnie nie musiałem się przejmować zachowaniem dzieci... mogły krzyczeć, biegać, sypać piaskiem, rzucać kamieniami. Nawet za bardzo się nie rozbiegały, pewnie w obawie, że mogą odfrunąć.



Nie tylko plaża była opustoszała, ale całe Mielenko było wyludnione. Zupełnie jak byśmy pojechali tam po sezonie. To że byliśmy jedynymi klientami pani Dorotki (właścicielki naszego pensjonatu), specjalnie mnie nie dziwiło, bo takie sytuacje już bywały. Jednak pusty plac zabaw i pusta restauracja (no... powiedzmy jadłodajnia), sprawiały wrażenie, jakby wszyscy wczasowicze wynieśli się do swoich domów.


Być może dzięki temu, bez skrępowania zaczęliśmy zaznajamiać nasze dzieci ze stołowaniem się „na mieście”. W ubiegłym roku (bliźniaki też już wówczas z nami były), po jednym obiedzie stwierdziliśmy, że kolejne będziemy już brać na wynos. Tym razem wcale nie było dużo lepiej. Jednak niewielka ilość klientów powodowała, że ci którzy przychodzili po nas, mogli nas obchodzić wielkim łukiem, bo ze znalezieniem wolnego stołu nie było żadnego problemu. Zaczęliśmy się przyzwyczajać do tego, że jedni patrzyli na nas miłym wzrokiem, a inni traktowali jak zarazę... tylko nie bardzo wiedzieli jak się jej pozbyć. Pewnie nikt (może poza właścicielką lokalu) nie zwracał większej uwagi na to, że połowa posiłku naszych dzieci lądowała na stole (albo pod nim), że zużywaliśmy prawie wszystkie wystawione serwetki, albo w oczekiwaniu na jedzenie, dzieci okupowały atrakcje dla dorosłych (typu bilard). Dla przeciętnego zjadacza obiadu z pewnością większe znaczenie miał wpływ naszych dzieci na spokój przy spożywaniu posiłku. Niestety, do pełnej kultury w tym zakresie sporo jeszcze dzieciom brakuje Wprawdzie do rękoczynów raczej nie dochodziło, to jednak kłótnie i krzyki były na porządku dziennym. Nawet zwyczajna rozmowa w ich wykonaniu była w górnej granicy natężenia dźwięku. Chociaż to raczej jest skutkiem uczęszczania do przedszkola... chcesz być usłyszany, to musisz się wydrzeć.

Zastanawiałem się, czy takie zachowanie dzieci na wakacjach jest normalne, czy może należy za wszelką cenę je uciszać?


Majka kiedyś wdała się w dyskusję na jednym z forów, właśnie na ten temat. Nie udało mi się dotrzeć do tej rozmowy, ale jednym z jej wniosków było to, że już sam widok dzieci powinien być dla innych pewnym ostrzeżeniem: „uwaga, strefa wzmożonego hałasu!”.
Jednak my, starając się dbać o dobro wypoczywających urlopowiczów, wybieraliśmy zawsze miejsca nieco odludne, zarówno w restauracji, jak też na plaży. Staraliśmy się mieć wzgląd na osoby starsze i rodziców z malutkimi dziećmi w wózku. Najlepszym towarzystwem były rodziny z dziećmi w podobnym wieku do naszych, czyli wieku przedszkolnym. Niestety bywało, że ktoś przysiadł się po czasie trochę za blisko, i być może przeszkadzało mu to, że nasze dzieci biegają i krzyczą. Pewnie jedni mówili „jakie wstrętne bachory”, a inni „popatrz jak one cieszą się życiem”.

Mielenko ma akurat to do siebie, że nawet w okresie największego oblegania przez wczasowiczów, można znaleźć na plaży miejsca zupełnie ciche i puste. Wystarczy oddalić się kilkaset metrów od głównego wejścia i sprawa załatwiona.
My niestety musieliśmy być w pobliżu tego wejścia, ponieważ nasze dzieci odkryły w tym roku pewien przybytek o nazwie „toi-toi”, który uroczo nazywały „kibelem”. Nie było już opcji zrobienia siku pod wydmami, a chodzenie do „kibela” stało się pewnym zwyczajem, rozpoczynającym się już w momencie rozkładania przeze mnie parawanu. Gdy Remus po raz kolejny przychodził do mnie z prośbą „chcę siku”, to w duszy myślałem sobie „lej do wody, i tak majtki masz mokre”. Ale nie... kulturę trzeba krzewić od najmłodszych lat. No to chodziliśmy. Majka wyganiała mnie, ja ją. Dzieciakom było wszystko jedno... byle tylko pójść i nasycić się widokiem i wonią brei, do której można było po prostu nasikać. Ja wolałem, gdy szła Majka, bo matkę (czy też babcię) z dziećmi wszyscy przepuszczali w kolejce. Ja niestety zawsze musiałem odstać w ogonku z tupiącymi w potrzebie oddania moczu dzieciakami, a wychodząc bywały komentarze typu „niezła brygada tam była”. Nie wiedziałem wówczas, czy mam się uśmiechnąć, spłonąć rumieńcem i poczuć się jak pedofil wychodzący z toalety w towarzystwie trójki chłopców, czy też zabłysnąć jakimś dowcipem. Niestety to Majka jest mistrzynią ciętych i dowcipnych ripost. Ja zanim pomyślę, to już nie warto się odzywać.
Pewnego razu zostaliśmy zagadnięci „myśleliśmy, że tylko u nas taka wielka ekipa”. Na to Majka - „tylko u was jest trochę więcej dorosłych”.

Nie staraliśmy się zatem tłumić w naszych dzieciach ich ekspresyjności, za to bardzo walczyliśmy z przekleństwami. Niestety Ptysie strasznie przeklinają, a Bliźniaki chłoną to jak gąbka. Jeszcze kilka miesięcy temu Romulus z Remusem nie znali pojęcia dupa, czy pipa, a kupa była po prostu kupą. W domu za takie słowa jest wypad (czyli chwilowa izolacja od reszty towarzystwa)... ale co zrobić na plaży? A jeszcze gorzej w restauracji?
Pozostaje tłumaczyć. Tak więc tłumaczyliśmy, licząc na to, że z dwojga złego cała ferajna zacznie lecieć żargonem, którego nikt nie zrozumie. Nawet my dopiero jakiś czas temu zorientowaliśmy się, że pupalacha (w wersji lightowej – apupalaska), to nic innego jak dupa. Ciekawe jest to, że dzieci dużo szybciej niż my,uczą się swojego specyficznego języka.
Chociaż nie zawsze. Pewnego dnia podsłyszałem taką rozmowę między Romulusem, a Remusem:
  • Łapciuszki masz? Co?
  • Łapciuszki masz? Co?
  • Łapciuszki masz? Co?
  • Nie powtarzaj sto razy.
Chyba chodziło o paputki, ale pewności nie mam.
Czasami się cieszę, że nasze dzieci nie mówią jeszcze zbyt wyraźnie, bo zawsze mogę udawać, że ich nie rozumiem, albo że chciały powiedzieć zupełnie coś innego.
Pewnego razu powiedziałem do Remusa „Co tam leży? Czyjeś majtki?” Odpowiedź była krótka, aczkolwiek tak głośna, że wszyscy ją usłyszeli: „tak, Balbina je zasłała”.

Nazywałem nasze dzieci szarańczą, bo czasami odnosiłem wrażenie, że rzeczywiście potrafiłyby zjeść konia z kopytami. Ciągle były głodne i jedząc jeden posiłek, dopytywały kiedy będzie następny. Powtarzaliśmy im na obiedzie, że ziemniaki mogą zostawić, bo najważniejsze jest mięso i surówki. Na niewiele się to zdawało, bo wszyscy zaczynali od zjedzenia ziemniaków. Jednak z biegiem czasu, dzieci ogołacały cały talerz. Nie było więc wymówki, aby nie pójść na lody, czy gofry.



Pogoda w tym roku nie za bardzo nam dopisała, chociaż może to my (dorośli) mamy zbyt duże wymagania. Dzieci były przeszczęśliwe – a przecież o to głównie chodziło. Gdy drugiego dnia wylegliśmy na plażę pod pełną zasłoną chmur, nikt nawet nie pomyślał, aby dzieci smarować kremem. Wieczorem (przy kąpieli) zaczęliśmy śpiewać „jesteś spalona, mówię ci...”. Na szczęście od tego czasu minęło już parę dni, więc ani mama Bliźniaków, ani Ptysi, na spotkaniu z dziećmi nie mówiły o braku odpowiedzialności rodziców zastępczych, a tylko podziwiały piękną opaleniznę swoich pociech.

Wyjeżdżaliśmy trochę zmęczeni... Majka i ja, bo dzieci chętnie zostałyby dłużej. Pożegnaliśmy się z panią Dorotką (z naszego pensjonatu) i panią Kasią (z restauracji) do przyszłego roku. Przyjechaliśmy do domu, zaczęliśmy wspominać. Rzuciłem tak mimochodem „a może jeszcze jeden taki wypad w sierpniu?”.
Już mamy rezerwację.