niedziela, 13 września 2020

Widzenia

Siedzimy sobie w restauracji w Mielenku. Jesteśmy w tej miejscowości już po raz trzeci w tym roku. Ale dopiero teraz czuję, że jest to prawdziwy urlop... chociaż jesteśmy tutaj z Paprotką i Stokrotką. Ja odwiedziłem tę jadłodajnię po raz pierwszy, gdyż dotychczas tylko Majka tutaj przychodziła i kupowała obiady na wynos. Baliśmy się, że nasza czwórka przedszkolaków mogłaby tę budę zwyczajnie zdemolować.

Ptysie i Bliźniaki są na wakacjach w innych rodzinach. Bliźniaki tęsknią, potrzebują naszych odwiedzin, rozmów przez telefon. Ptysiom jest wszystko jedno gdzie przebywają. Balbina czaruje swoją mamę wakacyjną. Jest bardzo pomocna. Bada teren... jak zareaguje mama, gdy będzie chciała postawić na swoim. Miesiąc miodowy.

Rodzice wakacyjni zaczęli rozważać możliwość zaopiekowania się Ptysiami na stałe. Bardzo bym chciał, aby ich pomysł się zrealizował. Mama wakacyjna jest pedagogiem i pracuje z dziećmi w nauczaniu początkowym. Sytuacja idealna.

Jednak mnie wciąż nurtuje myśl, na ile mogę się otworzyć w swoim odbiorze Balbiny. Mam się zamknąć i czekać, aż dziewczynka po raz kolejny przejdzie tą samą ścieżką? A może tym razem będzie zupełnie inaczej? Może wreszcie trafiła na kogoś, kto ją rozumie? Kogoś komu wreszcie zechce zaufać?


Tak więc siedzimy przy tym obiedzie, i zamiast rozmawiać o naszych pasjach (choćby turystycznych pasjach Majki)... rozmawiamy o naszych dzieciach zastępczych. O ich przyszłości, ich rodzicach. I wcale nas to nie nudzi... to chyba jakieś zboczenie.


Odnosząc się do tytułu tego posta... Bardzo nie lubię sformułowania, że dziecko ma widzenie z rodzicem biologicznym. Jakoś nieodparcie kojarzy mi się ono z zakładem karnym, a przecież wciąż uważam się za zupełnie normalną rodzinę. Ale mimo wszystko coś w tym jest, że sporo osób w ten właśnie sposób określa kontakty dzieci zastępczych ze swoimi rodzicami. A nawet gdy Majka mówi „idę na spotkanie z biologią”, to też nie brzmi to najlepiej.


Niestety wraz z upływem lat (będąc rodzicem zastępczym), coraz bardziej zauważam jak teoria rozmija się z praktyką, jak „idee zaczynają sięgać bruku”.

Zawsze uważałem, że dzieciom bardzo są potrzebne spotkania z ich rodzicami biologicznymi, nawet jeżeli prawdopodobieństwo powrotu do domu rodzinnego jest minimalne. Teraz powoli zaczynam je traktować jako zło konieczne, jako coś co dla nas jest bardzo uciążliwe, a dzieciom daje niewiele – przynajmniej w większości przypadków.


Niedawno odbyła się rozprawa dotycząca dalszych losów Stokrotki. To miała być krótka piłka. Wydawało mi się, że wszystko może zakończyć się już na pierwszym posiedzeniu.

Teraz zaczynam się obawiać, czy każde następne dziecko nie będzie kolejnym biciem rekordu wspólnie spędzonego czasu. Sędzina powiedziała do mamy: „jeszcze długa droga przed panią”. Mówiła poważnie, czy był to niestosowny żart? Okaże się za mniej więcej trzy miesiące.

Mama Stokrotki wyszła z zakładu psychiatrycznego. W zasadzie, to wyszła już dawno temu, ale do czasu rozprawy jakoś nie czuła potrzeby spotkania się z córką. Teraz wzięła adwokata z urzędu, który ją reprezentuje i jest bardzo ambitny, oraz bardzo naiwny w swojej wierze w możliwość naprawiania się rodziców biologicznych. Co więcej... może zna się na paragrafach, ale z pewnością nie na psychologii, co w sądzie rodzinnym raczej powinno być podstawą.

Tak więc mama Stokrotki złożyła wniosek o spotykanie się ze swoją córką trzy razy w tygodniu w godzinach 8.00 – 14.00. Jakże miałoby być inaczej, trzeba wykazać chęci... rzucono argumentem o konieczności utrzymywania więzi między matką, a córką.

To, że mama uważa, iż Stokrotka tylko ją może kochać prawdziwą miłością, to nawet bym zrozumiał. Ale żeby prawnik, który jest przecież osobą wykształconą, twierdził że istnieją więzi między matką i półroczną córką, które nigdy nie widziały się na oczy (poza porodówką)... to już mnie nieco dziwi. No chyba, że myli więzi i więzy (krwi).

Mama dziewczynki mocno wierzy w to, że między matką, a córką istnieje jakaś nierozerwalna nić, że gdy tylko się spotkają, to natychmiast zapałają do siebie bezgraniczną miłością. Do nas czasami dzwoni, prosi aby ucałować jej córkę i powiedzieć, że ją kocha... a po chwili wysyła wiadomość z pytaniem „i co ona na to?”. Aktualnie dziewczyna zamieszkała ze swoim (jak twierdzi) przyszłym mężem, który jakby się dobrze postarał, mógłby być jej dziadkiem. Nie przeszkadza jej to, że facet ma żonę, a jego dzieci przebywają w domu dziecka. No... nam to trochę przeszkadza. Mam nadzieję, że sądowi też będzie.

Ale wracając do spotkań. Oczywiście nie wyraziliśmy zgody na propozycję mamy. Dobrze, że Majka była na rozprawie, bo jeszcze sąd by się do tej prośby przychylił. Teoretycznie byłoby to możliwe, tyle tylko, że spotkania musiałyby mieć miejsce w naszym domu, i musielibyśmy mieć duże zaufanie do mamy. I pewnie miałoby to sens, gdyby chodziło o pogubione w życiu dziewczę, rokujące na przyszłość, mające duże szanse na powrót dziewczynki. Dlatego nie mówimy, że nigdy do takiej sytuacji nie dojdzie.

Ale nie teraz. Podobno mama Stokrotki potrafiła wpadać w taki szał, że dwóch rosłych mężczyzn miało problem z jej okiełznaniem. A z zakładu psychiatrycznego wyszła na własną prośbę... bo jej się znudziło. Nie jest ubezwłasnowolniona, więc nikt nie może jej tam przetrzymywać siłą. Obiecała, że będzie się leczyć. Ciekawe, czy ten jej przyszły mąż będzie odpowiednim wsparciem, i będzie pilnował, aby zażywała leki. Podejrzewam, że za jakiś czas mu się znudzi i wypieprzy ją ze swojego mieszkania, podobnie jak to zrobił ze swoją żoną.


A swoją drogą, chylę czoła (tak, to jest sarkazm) przed rządową inicjatywą ustawodawczą w celu zniesienia instytucji ubezwłasnowolnienia. No super... przecież każdy ma prawo do wolności, do decydowania o sobie, do wyjścia z psychiatryka na własne życzenie, do walczenia w sądzie o swoje dziecko latami (mimo niepełnosprawności intelektualnej, albo ciężkiej choroby psychicznej), ma prawo do... każdy może sobie dopisać przykłady z własnego podwórka. Owszem, wsparcie osób z niepełnosprawnością intelektualną i chorych psychicznie jest bardzo ważne, i takie inicjatywy trzeba wspierać. Ale co zrobić jeżeli osoba z zespołem maniakalno-depresyjnym i schizofrenią uważa się za całkiem zdrową, i obiecywanie leczenia się, jest tylko zabiegiem mającym odwrócić czyjąś uwagę?


Tak więc póki co, sąd wydał decyzję o spotkaniach raz w tygodniu, maksymalnie do dwóch godzin, w obecności pracownika PCPR-u. Mama będzie zatem pod ścisłym nadzorem dwóch osób. Spotkanie to, czy widzenie?

Stokrotka wchodzi w okres, w którym zaczyna pojawiać się lęk separacyjny. Nie uśmiecha się już do wszystkich. Na widok niektórych osób zaczyna płakać. W sytuacji zagrożenia, do nas wyciąga ręce i na nas patrzy błagalnym wzrokiem. Jak zachowa się mama, gdy jej wyobrażenie więzi matczynych runie jak domek z kart? Czy nie będzie chciała uciekać? Czy nie zrobi dziecku krzywdy?


Przekonanie o niepodważalnym istnieniu więzi w oparciu tylko i wyłącznie o wspólne geny, jest w zasadzie domeną wszystkich rodzin biologicznych. Nie trafiają do nich żadne argumenty, ani nie przekonuje ich zachowanie dzieci.

Babcia Ptysi właśnie grozi nam pójściem do telewizji, ponieważ przestaliśmy wyrażać zgodę na jej przyjazdy (w okresie pandemii, pociągiem, z południa Polski). Oczywiście argumentem jest niszczenie więzi, które łączą ją z wnukami. Tyle tylko, że tak naprawdę jest babcią Balbiny... a cała trójka rodzeństwa zapoznała się z nią nieco ponad rok temu. Dzieci zastanawiały się kim jest ta pani? No ale skoro zaczęła przywozić prezenty, to niech to będzie babcia. Chociaż Bill w tej chwili nie ma ochoty już się z nią spotykać – przywozi zbyt dziadowskie prezenty.


Albo takie Bliźniaki. Chłopcy nie pamiętają swojego dawnego domu. Nie pamiętają jak tam było. Często po godzinie pobytu na spotkaniu, podchodzą do Majki i mówią „ciociu, chodźmy już do domku”. Mama nawet się stara. Tata tylko przyjeżdża... nie chce mu się choćby udawać. Niedawno Romulus spędził u swojej babci (która ma zgodę sądu na urlopowanie bliźniaków) trzy dni. Babcia nie broni rodzicom odwiedzania chłopców... mogą w tym czasie przychodzić kiedy chcą. Mama wpadła raz na godzinkę. Sama... pewnie znowu pokłóciła się z tatą chłopców. Pewnie znowu wyrzuciła go ze swojego mieszkania. Tata zjawił się u babci następnego dnia. Ale nie przyszedł odwiedzić Romulusa. Przyszedł pożyczyć od swojej mamy pieniądze.

Jak wcześniej wspomniałem, w tej chwili chłopcy spędzają wakacje w rodzinie zastępczej. Tej, w której byli rok temu, dwa lata temu... i być może będą w przyszłym roku. Mama wakacyjna nie jest taką wredną kobietą jak Majka i powiedziała mamie Bliźniaków, że może przyjeżdżać w odwiedziny w trzy dodatkowe dni w tygodniu. Oj... mama była tak zaskoczona, że zaniemówiła na ponad tydzień. W końcu się odezwała „no dobrze, to przyjadę we wtorek”.


Mama Ptysi ledwo wytrzymuje godzinę. Tłumaczy, że musi już wracać, bo zostawiła swoje najmłodsze (trzymiesięczne) dziecko z taksówkarzem, który na nią czeka. Konia z rzędem taksówkarzowi, który zostałby z obcym niemowlakiem choćby piętnaście minut. Ale może jest to niezwykły taksówkarz. Dzieci nawet nie wiedzą, że mają siostrę.

Mama przyjeżdża na spotkania obładowana torbami z tandetnymi zabawkami. Wielokrotnie ją prosiliśmy, aby niczego nie przywoziła, aby to ona była atrakcją dla swoich dzieci. No nie potrafi... albo doskonale wie, że nigdy tą atrakcją nie będzie.

Kiedyś Balbina strzeliła focha i nie odzywała się do mamy na spotkaniu. Dostała kilka prezentów, ale nie dostała lalki, którą zamówiła sobie poprzednim razem.


Przedstawiłem kilka aktualnych przykładów spotkań rodziców ze swoimi dziećmi. Gdybym się cofał rok po roku, dziecko po dziecku, to mógłbym pisać dokładnie w ten sam sposób.

Była jedna mama, której chcielibyśmy kibicować, i która nawet mogłaby na jakiś czas zamieszkać w naszym domu... ale ona nie chciała.


Czym więc są spotkania z rodzicami, jak nie tylko i wyłącznie widzeniami? Rodzic przypomina sobie o dziecku, gdy zbliża się termin rozprawy, albo złożył apelację od decyzji sądu. Bardziej aktywny jest jeszcze przed tak zwanym badaniem więzi, co w praktyce oznacza przyjrzenie się jego kompetencjom rodzicielskim przez psychologów.

Co więc jest celem, jeżeli nie chęć spotkania się ze swoim dzieckiem? Walka... walka o jego odzyskanie. Tylko po co?


A dzieci?


One, nie tęsknią, nie wspominają, nie dopytują kiedy będzie kolejne spotkanie... nawet jeżeli rodzice przyjeżdżają z workiem prezentów. Wychodzi na to, że dzieci są dużo odporniejsze na przekupstwo, niż dorośli.

Ktoś mógłby powiedzieć, że piszę o małych dzieciach. Ale mieliśmy przecież Asterię, mieliśmy Sztangę, znamy zdanie najstarszego z rodzeństwa Ptysi.

Czternastoletnia Sztanga wcale nie chciała spotykać się ze swoją mamą. Dla niej, był to powrót do czegoś, o czym chciałaby zapomnieć... chociaż na swój sposób kochała swoją mamę, próbowała ją tłumaczyć.


Wiele rodzin zastępczych ma bardzo podobne doświadczenia. Rodzice biologiczni pojawiają się i znikają. Są aktywni wtedy, gdy coś się dzieje. Mobilizują się na krótki czas.

Przyjeżdżają na „widzenia”, aby pokazać sądowi, że jeszcze są w grze.




środa, 19 sierpnia 2020

--- Adopcja, czy piecza zastępcza?

 

Romulus w zoo... chłopiec rośnie jak na drożdżach
Romulus w zoo... chłopiec rośnie jak na drożdżach

Minęły już trzy tygodnie od ostatniego wpisu o Mowglim, a nadal otrzymuję rozmaite pytania, zarówno dotyczące samego chłopca i Paprotki, jak również natury ogólnej... czyli o co w tym wszystkim chodzi.

Piszą do mnie zarówno osoby mające w planach adopcję, pieczę zastępczą, jak też zupełnie niczego nie planujące – tak z ciekawości.


Spróbuję zatem w sposób bardzo skondensowany przedstawić to, co było przedmiotem dociekań moich dyskutantów.

Pewnie dla wielu osób tutaj zaglądających, będą to rzeczy oczywiste... ale może warto to jakoś zebrać do kupy.


Jednak na wstępie odpowiem na pytania, które pojawiały się w ostatnim czasie. Czyli jak przedstawia się sytuacja Mowgliego i Paprotki?

Chłopiec został zabezpieczony w rodzinie biologicznej. Można więc byłoby powiedzieć, że sprawa jest już zamknięta. No niestety nie jest, więc za jakiś czas będzie wpis pod tytułem „Mowgli 2”. Być może będzie to tylko kilka zdań... chyba, że chłopiec jednak trafi do naszej rodziny.

Z Paprotką czekamy do najbliższego posiedzenia zespołu. Jeżeli wszyscy uznają, że nie ma większych szans na powrót do mamy biologicznej i sąd nie będzie miesiącami zwlekał z podjęciem decyzji, to dziewczynka pozostanie z nami do uregulowania jej sytuacji prawnej, co w tym przypadku oznaczałoby odebranie praw rodzicielskich i skierowanie Paprotki do Ośrodka Adopcyjnego.


Co najbardziej interesowało osoby, które do mnie pisały? Niektóre nawet dzwoniły, chociaż tę sferę przejmowała Majka... z przyczyn oczywistych (to ona jest od gadania).


Niewątpliwie najwięcej było wpisów tych osób, które chciałyby zaopiekować się czy to chłopcem, czy dziewczynką. Niektóre miały ukończone szkolenie dla rodziców zastępczych, inne dla adopcyjnych... a jeszcze inne były w trakcie szkolenia, albo spontanicznie poczuły potrzebę niesienia pomocy porzuconym dzieciom.


I może od tej ostatniej grupy osób rozpocznę, ponieważ cały czas w społeczeństwie panuje przekonanie, że do adopcji idą biedne sierotki, które będą wdzięczne za ich przygarnięcie. Otóż tak nie jest. Nawet noworodek Mowgli ma już swoją historię, którą trzeba uszanować. Półroczna Paprotka przez kilka miesięcy mieszkała ze swoją mamą. Teraz mieszka w naszej rodzinie, z którą na miarę swoich możliwości poznawczych, próbuje się utożsamiać. Sześciomiesięczne dziecko doskonale wie, kto jest jego mamą i tatą (choćby tą zastępczą), chociaż nie występuje jeszcze lęk separacyjny. Dlatego większość naszego urlopu (który za chwilę rozpoczynamy), zarówno Paprotka, jak i Stokrotka, spędzą z nami.


Było kilka komentarzy typu „ja bym chętnie wzięła, ale nie mam kwalifikacji”.

Ale przecież takich Mowglich będzie więcej. Co stoi na przeszkodzie, aby przejść szkolenie, taką kwalifikację otrzymać, i nie wypisywać za rok podobnych komentarzy?


Pojawiały się pytania, czy trzeba mieć jakieś szkolenie?

Istnieje takie pojęcie, jak rodzina spokrewniona. Tylko taka rodzina nie musi przechodzić szkolenia i uzyskać kwalifikacji do bycia rodziną dla danego dziecka. Tyle tylko, że w sensie prawnym sprowadza się to do dziadków lub pełnoletniego rodzeństwa danego dziecka. A już na przykład siostra mamy biologicznej, ma obowiązek takie szkolenie odbyć.

Nie oznacza to, że w tym czasie dziecko musi przebywać „gdzieś”... czy to w placówce, czy rodzinie zastępczej. W każdym przypadku decyzję o umieszczeniu dziecka w jakiejkolwiek rodzinie podejmuje sąd rodzinny. Umieszcza on dziecko w rodzinie w tak zwanym trybie zabezpieczenia, ustanawiając jednocześnie czas, w którym musi zostać podjęte szkolenie. Najczęściej jest to pół roku od decyzji sądu, a jego postanowienie w pewien sposób wymusza przeprowadzenie takiego szkolenia (przez ośrodek adopcyjny, albo organizatora pieczy zastępczej – w zależności od celu nowych rodziców dziecka).


Przejdę jednak do tematu, który budzi najwięcej kontrowersji. Chodzi o rodzinę zastępczą z motywacją adopcyjną. Co to takiego?

Osoby, które planują adopcję dziecka, myślą o ośrodkach adopcyjnych. Najwyżej zastanawiają się nad wyborem konkretnego ośrodka, bo tutaj żadna rejonizacja nie obowiązuje, a różne ośrodki mają różne wymagania. Najczęściej wszystko sprowadza się do stażu małżeńskiego. A co, jeżeli para nie zalegalizowała swojego związku? A co, jeżeli jest to tylko jedna osoba? A co, jeżeli jest to para nieheteroseksualna? A co, jeżeli czas oczekiwania na dziecko w ośrodku mierzy się w latach, a nie miesiącach? A co, jeżeli nie zostało się nawet zakwalifikowanym do odbycia szkolenia?

Są to pytania, które można mnożyć, a kolejka do dziecka adopcyjnego wydłuża się coraz bardziej.


Wiele osób decyduje się zatem na pewnego rodzaju obchodzenie procesów adopcyjnych, poprzez pozostanie wcześniej rodziną zastępczą. Dużo łatwiej jest spełnić wymagania organizatora pieczy zastępczej. O wiele szybciej można tym sposobem zamieszkać z dzieckiem. Do tego szkolenie dla rodziców zastępczych jest najczęściej honorowane w momencie podejmowania decyzji o przysposobienie (czyli adopcję) dziecka. W przeważającej większości wszystko sprowadza się do rozmowy z psychologiem. W drugą stronę to nie działa, co oznacza że rodzic mający kwalifikację adopcyjną, nie może po rozmowie z psychologiem stać się rodziną zastępczą. Podstawową sprawą jest cel, który przyświeca (a przynajmniej powinien) rodzicom zastępczym – powrót dziecka do rodziny biologicznej.

To jest właśnie ta różnica (między rodzicem adopcyjnym, a zastępczym), która powoduje, że wiele osób nigdy nie podejmie decyzji o pozostaniu wcześniej rodziną zastępczą.

Przede wszystkim, nie ma żadnej pewności, że sąd w pewnym momencie odbierze prawa rodzicielskie rodzicom biologicznym. Nie ma też pewności, że rodzice nie odwołają się od decyzji sądu, albo złożą wniosek o przywrócenie im praw rodzicielskich.

Może zatem być tak, że rodzice zastępczy będą latami żyć w towarzystwie rodziców biologicznych dziecka, gdyż prawo zapewnia im spotykanie się ze swoimi dziećmi. Może też być tak, że nawet po kilku latach, jakiś nawiedzony sędzia podejmie decyzję o powrocie do rodziny biologicznej. Takie sytuacje się zdarzają.


Ja w pewien sposób czuję się rozdarty emocjonalnie. Z jednej strony uważam, że piecza zastępcza i możliwość spotykania się z rodzicami biologicznymi jest czymś dobrym i czymś ważnym. Pozwala ona zachować ciągłość historii, wgląd do swoich korzeni. Pozwala też dziecku na samookreślenie, na opowiedzenie się w kwestii przynależności do rodziny zastępczej... albo biologicznej. Jednak tutaj ważne byłoby, aby rodzice biologiczni byli mądrzy, potrafili współpracować, uznali że są tylko wsparciem dla zastępczych i niczego nie narzucali.

Niestety moja siedmioletnia historia bycia ojcem zastępczym spowodowała, że dzielę rodziców biologicznych na dwie kategorie. Takich, którzy w sposób bezpośredni są w opozycji i mówią wprost „ty jesteś tylko opiekunem”, oraz takich którzy udają, że są chętni do współpracy, ale jednak rodzice zastępczy są ich wrogami. Pewnie, że raz na jakiś czas pojawiają się perełki... albo może tylko tak mi się wydaje.

Ostatnio dowiedziałem się (pocztą pantoflową), że za pieniądze otrzymywane na dzieci pojechaliśmy sobie na wypoczynek nad morze, że Majka jest fałszywa, że piszemy donosy do sądu, że męczymy dzieci długimi podróżami.

Dlatego mimo wszystko wolę tych rodziców, którzy bezpośrednio stawiają zarzuty. Przynajmniej można się do nich odnieść. Teraz nie mogę powiedzieć, że dużo taniej byłoby pozostać w domu. Wyjazd na wakacje z szóstką dzieci jest trudny przede wszystkim pod względem logistycznym. I dla mnie, i dla Majki, jest to o wiele cięższa praca niż wakacje w naszym ogrodzie. Szczerość można nazwać fałszem, a opinie dotyczące dzieci (do których rodzice biologiczni mają wgląd... jeden egzemplarz jest przeznaczony dla nich), donosem.


Trochę czasu przeznaczyłem też na tłumaczenie, czym jest pogotowie rodzinne. Zaskoczyło mnie postrzeganie tej formy rodzicielstwa zastępczego, jako tylko i wyłącznie opieki. W ten sposób myśleli również rodzice, których dziecko w takiej rodzinie kiedyś mieszkało. Niektórzy mówili „ale przecież wiesz, że nie jest to dziecko dla ciebie, nie wiążesz z nim swojej przyszłości”. No i co z tego?

Na pogotowiu spoczywa dużo większa odpowiedzialność dotycząca zdiagnozowania dziecka. Nie tylko pod względem medycznym, psychologicznym, ale również pokazania jego dobrych i złych stron w codziennym byciu z sobą.


Wczoraj pół dnia spędziłem w ogrodzie zoologicznym, ponieważ postanowiliśmy zrobić Bliźniakom badania psychologiczne (akurat psycholog ma swój gabinet tuż obok zoo). Ma to związek z apelacją mamy chłopców. Mój „donos” na życzenie sądu apelacyjnego już dostarczyłem (chociaż mama Bliźniaków nie jest tą od donosów), ale im więcej informacji , tym lepiej.

Na pierwszy ogień poszedł Romulus, a Remus z Paprotką zwiedzali ze mną woliery z ptakami i zagrody z innymi zwierzętami. Pozostałe dzieci rozdysponowaliśmy po innych rodzinach. Ogromną radość sprawiło mi, że po wymianie z Romulusem, Remus powiedział do psycholożki „a ja widziałem flaminga i tukana”. Zapytała „a co to jest tukan?”. W odpowiedzi usłyszała „no jak to co, przecież to jest ptak”.


Tak więc zupełnie nie zgadzam się ze stwierdzeniami, że jesteśmy tylko przechowalnią. Gdyby tak było, to równie dobrze dzieci mogłyby być umieszczane w domu dziecka. Od innych rodziców różnimy się tylko tym, że nie możemy powiedzieć naszym dzieciom zastępczym „będziecie z nami na zawsze”.

Wiele młodych pogotowi rodzinnych, dopuszcza sytuację, że któreś z przebywających u nich dzieci zostanie adoptowane. My na samym początku postawiliśmy sobie podstawowy warunek – nigdy nie adoptujemy żadnego dziecka. Nie jesteśmy już młodzi, więc jest to w pewien sposób potwierdzeniem powiedzenia „mierz siły na zamiary, nie zamiar podług sił”. Ale to pozwala nam rozmawiać z naszymi dziećmi o ich przyszłości... przyszłości nie w naszej rodzinie. Czy pięciolatek jest w stanie to zrozumieć? Nie wiem, więc rozstanie się z Bliźniakami będzie dla nas ogromnym wyzwaniem. Będzie czymś, czego jeszcze nie doświadczyliśmy – zbyt długi pobyt w naszej rodzinie, no i wiek chłopców. O siebie i Majkę jestem spokojny. Nawet jestem spokojny o Romulusa i Remusa. Obawiam się nowych rodziców. W tym przypadku nie wystarczy miesiąc rozluźniania więzi i nawiązywania nowych. Tutaj bardziej potrzebny byłby model Iskierki, w której życiu nadal aktywnie istniejemy (już od wielu lat).

Kilka dni temu zawoziłem Romulusa i Remusa do cioci Marlenki, którą chłopcy doskonale znają, i u której spędzają wakacje. Na pożegnanie dostałem tysiące buziaków i przytulasków. Ptysie spędziły jeden dzień w przyszłej rodzinie wakacyjnej. Odeszły bez zmrużenia oka. Balbina po powrocie nie mogła oderwać się od cioci, którą poznała kilka godzin wcześniej. Ciocia też była nią zauroczona, bo przecież fajnie jest mieć do czynienia z tak otwartym i chętnym do współpracy dzieckiem.

Ptyś zachował się zupełnie inaczej... normalniej, właściwiej. Było mu miło, ale cieszył się z powrotu do domu. Tego chłopca wciąż nie mogę rozgryźć, a psycholodzy nawet nie próbują... jest w normie rozwojowej i tyle. Być może alienowanie jego osoby przez mamę spowodowało, że Ptyś otoczył się jakimś kokonem, z którego teraz zaczyna przepoczwarczać się w motyla.


Dwie osoby zapytały o moje zdanie w kwestii dzieci biologicznych. W tym względzie moje poglądy nie ulegają zmianie, a nawet coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że dzieci zastępcze przebywające w pogotowiu rodzinnym mają negatywny wpływ na biologiczne. Istnieje niepisana zasada, że przyjmowane dzieci powinny być młodsze od biologicznych. Niektórym się wydaje, że rówieśnicy łatwiej się dogadają... niekoniecznie. A do tego pogotowia nie za bardzo mają wpływ na wiek i zaburzenia powierzanego im dziecka.

Przyjmuje się, że pogotowia rodzinne są najtrudniejszą formą pieczy zastępczej. Chociaż wszyscy myślą o nieuchronnej konieczności rozstania się. Moim zdaniem najbardziej cierpią dzieci biologiczne, które dorastają w pogotowiu. Patrzą jak jedne dzieci przychodzą, inne odchodzą. Być może zadają sobie pytanie „kiedy na mnie przyjdzie czas”. Do tego, między tymi dziećmi przecież też nawiązują się więzi. Wiele się mówi o kontaktach rodzeństw, które zostały rozdzielone. Ale przecież rodzeństwo, to nie tylko geny, nie tylko więzy krwi. Bliźniacy nie pamiętają już czasu, gdy mieszkali ze swoją mamą. Chłopcy nie pamiętają momentu, w którym pojawili się w naszej rodzinie. W ich pamięci zawsze byliśmy my (rodzice zastępczy) i Ptysie. Jak bardzo przeżyją rozstanie z Ptysiem i Balbiną?

Ja z Majką mamy już dorosłe dzieci, które mieszkają w swoich domach. Pewnie niedługo zostanę dziadkiem. Można powiedzieć, że sytuacja idealna. Syndrom pustego gniazda nas ominął, a naszym córkom być może nasze bycie pogotowiem pozwoliło na szybsze usamodzielnienie się. Chociaż myślę, że większą rolę odegrała potrzeba życia na własny rachunek.

Jednak zawsze jest jakieś „ale”. Weźmy pod uwagę choćby Stokrotkę, która mieszka z nami od urodzenia. No i załóżmy, że mam wnuka, którego widuję ze dwa razy w miesiącu. Niech będzie, że cztery razy w miesiącu. Czy jest on w stanie konkurować o moje względy ze Stokrotką? Czy moja córka jest gotowa zaakceptować to, że bardziej kocham obce dziecko, niż swojego wnuka?


Chciałbym jakoś podsumować ten dzisiejszy wpis, chociaż nic nie przychodzi mi do głowy.

To może krótko podsumuję wszystko, co do tej pory pisałem na tym blogu.

Rodzice zastępczy są bardzo potrzebni, gdyż każde dziecko zasługuje na swoją rodzinę. Ale też nie każde jest gotowe zamieszkać w rodzinie. Nie każde tego chce i nie każde będzie dobrze funkcjonować w rodzinie.

Wielu rodziców zastępczych mawia, że dobro dziecka najwyższym prawem. Dla mnie najważniejsze jest dobro rodziców zastępczych tego dziecka, bo bez tego wszystko się posypie.


A jednak znalazłem dobre zakończenie. Były dziewczyny, które pisały „ja bym bardzo chciała, ale mój mąż niekoniecznie”. No to ja odpowiadałem „nie, nie, i jeszcze raz nie”.



poniedziałek, 27 lipca 2020

MOWGLI


Czyżby nasze siódme dziecko zastępcze?

Mowgli urodził się kilka dni temu. Jego mama jest upośledzona. Jednak gdy przeglądam w myślach matki biologiczne dzieci, które z nami mieszkały, to... prawie każda wariatka.
Być może ja też jestem ułomny, więc przyjmijmy, że nikt nie jest doskonały.

Chłopiec jest zdrowy... ale nikt go nie chce.
Dlaczego?
Bo brakuje w naszym powiecie rodzin zastępczych, a sąd postanowił chłopca umieścić w jednej z nich.
Ja, w którymś poście (było to wiele miesięcy temu) napisałem, że nie będę brał wszystkich dzieci, które zaproponuje nam nasz organizator pieczy zastępczej, gdyż jest to ze szkodą dla pozostałych naszych podopiecznych. Wiele rodzin się na to godzi... z różnych przyczyn. Jedne wychodzą z założenia, że ich odmowa spowoduje umieszczenie dzieci w placówce, inne mają jakieś niepisane prawa ze swoim przełożonym (czyli w naszym przypadku PCPR-em).
Dla mnie już Paprotka była dzieckiem ponad miarę. Więc teraz mówię „pass”. Zresztą Majka też, bo Stokrotka i Paprotka budzą ją w nocy co dwie, trzy godziny. Może i dobrze, bo być może Mowgli jednak by z nami zamieszkał – a przecież mamy jeszcze czwórkę przedszkolaków wymagających ogromnego zaangażowania. Nasz PCPR to rozumie. Z jednej strony rozumie, a z drugiej musi znaleźć dla chłopca jakąś rodzinę.

Trochę się w tej chwili czuję jak handlarz dziećmi. Mimo wszystko jestem jakimś trybikiem tego systemu. Pewnie takim samym jak nasza koordynatorka, która też stara się znaleźć złoty środek. Nie chce, aby Mowgli trafił do placówki, ale też zdaje sobie sprawę z tego, że będzie on dla nas zbyt dużym obciążeniem.
Poszukujemy więc dla chłopca rodziny zastępczej. Takiej, która najprawdopodobniej w pewnym momencie będzie musiała podjąć bardzo trudną decyzję. Będzie musiała powiedzieć „adoptujemy”, albo „oddajemy do adopcji”. Albo może nie będzie musiała podejmować żadnej decyzji, bo Mowgli wróci do mamy biologicznej.
Może też być tak, że chłopiec będzie jednak dorastał w tej rodzinie, ale będzie spotykał się ze swoją mamą. Bo tego wymaga prawo. Bo to jest prawo dziecka zastępczego. Nie tylko do znajomości swojej historii, ale też życia w dwóch różnych historiach. A może zupełnie nie o jego prawo tutaj chodzi? I zupełnie nie o jego dobro?

Wiem, że znowu wracam do tematu adopcji otwartej. Bardzo bym chciał, żeby to było możliwe. Bardzo bym chciał, żeby mamy biologiczne dzieci zastępczych chociaż starały się zrozumieć, że mają być już tylko kimś, kto jest jedynie wsparciem dla rodziny zastępczej. Kimś, kto pomaga w wychowywaniu ich dziecka, a nie stawia warunki, i nie traktuje mamy zastępczej jak opiekunkę do dziecka.

Wczoraj Remus wrócił z weekendu u swojej babci. Dziewczyna (mogę tak o niej powiedzieć, bo jest młodsza ode mnie) nie chce już brać do siebie dwójki bliźniaków razem. Próbuje to jakoś tłumaczyć... chociaż przecież wcale nie musi. Romulus był zatem w tym czasie z nami.
Całe trzy dni były „rozpieprzone”, łącznie z dzisiejszym pójściem do przedszkola. Romulus nie potrafił sam zasnąć w nocy, a w ciągu dnia wciąż dopytywał o brata. Remus po powrocie sprawiał wrażenie jakby był na jakichś dopalaczach. Był nieposłuszny, głośny, wdawał się w spory z każdym, i o wszystko (a przecież jest takim spokojnym, mądrym i ułożonym dzieckiem). W nocy budził się kilkakrotnie, wołając „wuuuujek!”. W zasadzie niczego nie chciał. Nawet nie mówił, że boi się ciemności (jak to czasami bywa). To nawet nie było sprawdzanie, czy jestem obok i czy do niego przyjdę. To było odreagowanie emocji. Na dobrą sprawę, my nawet nie wiemy co dzieje się, gdy dzieci jadą do babci. Nie wiemy ani co tam robią, ani jak wygląda spotkanie z rodzicami, którzy prawie za każdym razem ich tam odwiedzają.

Tak więc rodzina zastępcza Mowgliego będzie musiała to wszystko wziąć pod uwagę. A jeżeli nie gustuje w chłopcach, to jest możliwość, że weźmie do siebie Paprotkę (wówczas u nas będzie miejsce dla chłopca). Jej mama siedzi w zakładzie karnym. Nie wiem ani za co, ani na jak długo. Ale pewnie gdy wyjdzie, to będzie miała jeszcze sporo czasu na to, aby pokazać, że jest wspaniałą matką. Przerabialiśmy to... a właściwie przerabiamy nadal z Białaskiem. Właściwie to nie my, ale jego rodzina zastępcza. Kapsel pewnie by się nie doliczył, który to już rok leci (bo on z biedą panował nad palcami jednej ręki).

To co? Zachęciłem do wzięcia w pieczę Mowgliego?

Ale jest pewien pozytywny aspekt tej sytuacji. Nie wiem, czy jest to trend ogólnokrajowy, bo na pewno nie jest wymuszony zapisami w prawie. Nasz PCPR nie robi żadnych problemów, gdy przeszkolona przez niego rodzina zastępcza, przychodzi z prośbą o pieczę nad dzieckiem nawet z drugiego końca Polski. Jest też gotowy rozmawiać z innymi organizatorami pieczy zastępczej, więc jeżeli ktoś widziałby się w roli rodzica zastępczego dla Mowgliego lub Paprotki, to proszę o informację na powiązany z tym blogiem adres mailowy.
Stokrotka nie wchodzi w grę, gdyż termin rozprawy jest już wyznaczony i raczej można przewidzieć, jaka będzie decyzja sądu.

Myślałem, że nigdy nie będę musiał pisać takich słów... przynajmniej tutaj.

sobota, 18 lipca 2020

--- Mielenko 2020

Pogoda nam tym razem nie dopisała... chociaż może to dobrze
Gdy kilka miesięcy temu Majka ustalała z panią Dorotką termin naszego wypoczynku w Mielenku, to zakładaliśmy, że może z nami już nie być Ptysi, albo Bliźniaków. Niestety były to płonne nadzieje.
Gdy przyszła do nas Stokrotka, to zarezerwowaliśmy dodatkowy (trzeci) pokój.
Paprotka już wiele nie zmieniła, poza tym, że musieliśmy zabrać dodatkowe łóżeczko i pojechać dwoma samochodami.

To było najbezpieczniejsze miejsce... i tylko dla nas
Tym razem wcale nie mam ochoty opisywać tego, jak było.
Jest nas zbyt dużo. Do tego przekrój wieku dzieci i istniejące zaburzenia powodują, że wcale nie czuję się fajną rodziną. Nie czerpię żadnej przyjemności z bycia rodziną zastępczą. Jestem tylko opiekunem... a to wcale nie jest miłe.

Zupełnie inaczej dzieci funkcjonują, gdy są osobno i zupełnie inaczej się wówczas z nimi pracuje. Dla przykładu, wczoraj po kolacji Majka stwierdziła, że jeszcze na pół godziny wyjdzie z maluchami na spacer do lasu (czyli Stokrotką i Paprotką). Ptyś chciał już się kąpać i pójść spać, a Balbina znowu się posikała w majtki, więc tym bardziej była gotowa do kąpieli. Remus z Romulusem poszli z ciocią zabierając swoje rowery. Bawili się w psi patrol, który gasi pożar lasu... potrafili wymyślać sytuacje i odgrywać scenki. Remus powiedział do Romulusa
  • Chodź, bo tam płonie las.
  • A co to znaczy płonie?
  • No... pali się.
  • To mów normalnie, a się nie wygłupiaj.
Była to sytuacja, kiedy Majka mogła z chłopcami porozmawiać, wytłumaczyć znaczenie pewnych słów.

Albo gdy po powrocie chłopcy podczas kąpieli zapytali mnie
  • Wujek, a ty masz dużego siusiaka?
  • No dużego, bo cały jestem większy od was.
  • A pokażesz nam?
Nie wiem, czy stanąłem na wysokości zadania w tłumaczeniu, że jednak im nie pokażę, ale chciałem tutaj zwrócić uwagę na pewne zachowania, które nie mają miejsca, gdy dzieci są w grupie.
Wyjście na spacer z całą czwórką (czyli Bliźniakami i Ptysiami), sprowadza się do bezsensownego biegania, rzucania kamieniami, czy łamania patyków.
Gdy dzieci są razem, to cały czas muszą być pod kontrolą, bo nie wiadomo co wymyślą i co zniszczą. Do tego skarżą na siebie tak, że nie można już tego słuchać. Balbina krzyczy – a Romulus wylał wodę, Romulus – wujek, Ptyś rozlał wodę, Ptyś – nie, to Balbina wylała. Tylko Remus najczęściej nic nie mówi.

Dlatego długo zastanawialiśmy się, czy w ogóle powinniśmy pojechać nad morze z całą szóstką. Mamy jeszcze zarezerwowany drugi termin. Jeżeli skład się nie zmieni, to pozostaniemy w domu. Tutaj przynajmniej jest bezpiecznie... ja czuję się bezpiecznie.

W zasadzie to już wiem, że skład się nie zmieni. Sąd Ptysi postanowił wykonać badanie więzi, co odwleka kolejną rozprawę o kilka miesięcy. Nie wiem tylko dlaczego nie wpadł na ten pomysł przez minione półtora roku. Ale chociaż nie wprost dał do zrozumienia, że ma w planie odebranie praw rodzicielskich i potrzebuje podkładki. A może potrzebuje podkładki na to, że mama Ptysi może być rewelacyjną matką? Chociaż takiej to pewnie nie dostanie, gdyż mama nie ogarnia niczego i nikogo nie słucha. Ciągle prosimy ją, aby nie przyjeżdżała na spotkania z dziećmi z wielkimi prezentami, a zwłaszcza z zabawkami militarnymi. Albo nie może zrozumieć, że to ona ma być na spotkaniu dla nich atrakcją, albo doskonale wie, że jak przyjedzie z pustymi rękami, to dzieci ją zwyczajnie „oleją”. Kilka dni temu przywiozła tak wielkie pudła, że ledwo z nimi doszła. I co było w środku? Dla Balbiny kolejna lalka, którą po powrocie do domu dziewczynka rzuciła do kąta, a dla chłopców pojazdy opancerzone, śmigłowce z karabinkami, czołgi i karabiny maszynowe.


Od momentu powrotu z Mielenka minęło już parę dni, i trochę ochłonęliśmy. Tak więc już wiem, że jednak za trzy tygodnie znowu pojedziemy na wakacje. Wiem, że znowu czeka nas ciężka praca i znowu będę mówił „już nigdy więcej”. Mam 55 lat i podobnie jak rodzice naszych dzieci, nie uczę się na własnych błędach. A może to widok tych niesfornych, acz uśmiechniętych pyszczków powoduje, że wciąż brnę wbrew temu, co podpowiada mi mój umysł? W zasadzie to jestem taki jak oni... jak ci rodzice, którzy wciąż powtarzają „to było ostatni raz”, „już więcej tego nie zrobię”, „dlaczego nie chce mi pani zaufać?”.

Mama Bliźniaków odwołała się od wyroku. Nie wiem jakimi kanałami udało nam się otrzymać i przeczytać uzasadnienie decyzji sądu, na podstawie którego takie odwołanie było w ogóle możliwe. Ktoś mi je zwyczajnie pokazał i powiedział „nie pytaj”.
Zastanawiam się tylko od czego mama się odwołała? Nie można przecież złożyć apelacji tylko dlatego, że decyzja sądu się komuś nie podoba. Tutaj sędzina w uzasadnieniu nie pozostawiła suchej nitki na rodzicach. Setki stron załączników. Opinie specjalistów, notatki policji, oceny osób mających kontakt z dziećmi i rodzicami chłopców (w tym również moje).

W związku z zaistniałą sytuacją, rozpoczęliśmy rozmowy z całą czwórką naszych przedszkolaków dotyczące zbliżającego się rozstania. Majka stwierdziła, że musimy w końcu dowiedzieć się, co myślą o przyszłości przebywające z nami dzieci. Czy uważają, że zawsze będą mieszkać w naszej rodzinie?
Bliźniakom było smutno, chociaż chłopcy przyjęli tę wiadomość po męsku. Powiedzieliśmy im, że za jakiś czas się rozstaniemy... że zamieszkają w innej rodzinie, prawdopodobnie nie ze swoją mamą (chociaż może). Ważne było dla nich to, czy my nadal będziemy w ich życiu. Czy będziemy się spotykać? Czy będą mogli do nas przyjeżdżać i czy my będziemy ich odwiedzać w domu, w którym zamieszkają? Dla mnie było to zadziwiające, jak dojrzały może być niespełna pięciolatek, który kilka godzin wcześniej ściągnął majtki i zrobił siku na fotel. Chociaż tak do końca nie jestem przekonany, czy chłopcy dobrze zrozumieli nasz przekaz.
Ptysie ucieszyły się, że zamieszkają w nowej rodzinie. Przypomniał mi się Kapsel, który też był „obywatelem świata”. Żadnych więzi, przynależności do rodziny, utożsamiania się z kimkolwiek.

Wczoraj odkryłem pewne magiczne słowo... „hipotetycznie”. Pozwoli mi ono opisać pewne sytuacje, zachowania, poglądy... coś, o czym nie chciałbym napisać wprost. Zostawię sobie to słowo na koniec.

Wrócę do naszych wakacji w Mielenku.
Był to tylko tydzień... ale tydzień najcięższej pracy, jaką miałem do wykonania w swoim życiu.





Każde z dzieci (poza niemowlakami) uwypukliło swoją ciemną stronę. Coś co pojawia się, gdy są one razem.

Balbina zgodnie z przewidywaniami musiała odnaleźć się w nowym otoczeniu, więc nie zrobiła ani jednej afery. Za to rozpoczęła od wyjedzenia wszystkich słodyczy, które z sobą przywieźliśmy, i które miały wystarczyć na cały czas naszego pobytu nad morzem.
Bardzo cierpiała, gdy szliśmy na lody, a ona dostawała tylko wafelek.
Często się zastanawiam, jak powinniśmy reagować na jej zachowania... i wciąż nie znajduję odpowiedzi. Kara? Konsekwencja? Czy ona w ogóle kojarzy przyczynę i skutek?
Zapytaliśmy ją już po powrocie znad morza (gdy tym razem wyjadła nutellę ze słoika), czy pamięta, co za takie przewinienie było karą na wakacjach? Po długim namyśle odpowiedziała, że nie mogła kąpać się w morzu. Co???
Tak więc Balbina nie jadła na wakacjach słodyczy i prała swoje majtki brudne od kupy. Ściany nie porysowała, bo kredki ciągle były pod moją kontrolą. Musieliśmy tylko zapłacić za poduszkę, na którą zwyczajnie się zsikała.
Wiele osób mówi mi „zaakceptuj to”. Ale przecież ona jest w normie rozwojowej. Psycholodzy nawet gdy mieliśmy Kapsla, mówili nam, że pewną metodą jest pranie przez dzieci zabrudzonej bielizny. Przy Kapslu wydawało nam się to trochę nieludzkie, gdyż chłopak może faktycznie nie do końca potrafił się kontrolować. Ale Balbina przecież doskonale zna zasady. Wie, że po zrobieniu kupy trzeba wytrzeć pupę, i potrafi to zrobić. Dlaczego zatem tego nie robi?
Czy zdanie, które kiedyś do mnie powiedziała „wygram z tobą”, jest w jakiś sposób przemyślane? Czy ona prowadzi ze mną jakąś grę?

Remus na wakacjach pokazywał swoją egocentryczno narcystyczną naturę. Rzucał się na ziemię niczym dwulatek i krzyczał „nieee!!!”, „pójdę!”, „chcę!”, „dostanę!”. Chłopiec jest bardzo inteligentny, ma ogromny zasób słów, którymi bardzo sprawnie się posługuje. Do tego jest filigranowy, co powoduje, że wszyscy są nim zauroczeni. Chłopak ma świadomość swojej ponadprzeciętności. Z jednej strony próbujemy umacniać w nim poczucie własnej wartości, a z drugiej bardzo się obawiamy, że z fajnego małego dziecka może wyrosnąć wcale niefajny dorosły. Mam nadzieję, że nieco odmienne podejście Majki i moje, pozwoli chłopcu w jakiś sposób zapanować nad swoją niezwykłością. Różnica między nami polega na tym, że ja w chwilach napadu szału chłopca, z nim nie dyskutuję, a Majka pozwala na prowadzenie negocjacji, które umożliwią mu wyjść z całej sytuacji z twarzą. Remus musi się jeszcze nauczyć, że nie należy rozpoczynać wojen, w których nie ma najmniejszych szans na zwycięstwo.
Bywa jednak, że chłopiec nas zaskakuje. Na ogół patrzy na pozostałą trójkę przedszkolaków nieco z góry. Nie bije się z nimi, nie wdaje w utarczki słowne. Wyraża swoją opinię i jak oni go nie rozumieją, to trudno. Miało jednak miejsce bardzo ciekawe zdarzenie, gdy Remus i Balbina huśtali się na wakacyjnym placu zabaw i dziewczynka tak starała się rozhuśtywać na boki, aby uderzać w siedzisko Remusa. Niby nic wielkiego, ale Remus raczej nie lubi tego rodzaju zaczepek. Gdy po którymś poskarżeniu się chłopca stwierdziliśmy „to uderz ją też”, Remus zwyczajnie zszedł ze swojej huśtawki, zatrzymał Balbinę i centralnie walnął ją przez łeb. Udaliśmy, że tego nie zauważyliśmy, bo przecież zrobił to niejako w majestacie prawa. Naszą winą było niedoprecyzowanie, jak ma ją uderzyć.

Romulus jeszcze bardziej pokazał nam, pod jak wielkim jest wpływem Ptysia. Ten drugi jest bardzo grzeczny , ale tylko wówczas, gdy wie, że ktoś go obserwuje. Jego zachowanie jest więc potwierdzeniem ciągle istniejących zaburzeń w sferze przywiązania, albo dowodem w fizyce kwantowej na to, że stan obiektu zależy od stanu obserwującego.
Romulus jest dużo bardziej inteligentny, niż Ptyś. Potrafi lepiej się wysławiać, rozumie związki przyczynowo skutkowe, wie co to jest konsekwencja i potrafi przyznać się do błędu. Ale Ptyś jest półtora roku starszy, co daje mu mandat bycia mądrzejszym. Remus i Balbina nic sobie nie robią z prawa starszeństwa. Remus na zachowania Ptysia patrzy z politowaniem, a Balbina przecież chce kontrolować wszystko i wszystkich.

W tej całej układance byłem jeszcze ja. Osoba, która wciąż nie może zrozumieć zachowań niektórych ludzi, widzących rodzinę z szóstką dzieci. Tym bardziej, że przecież wyglądam raczej na dziadka tych dzieci, a nie ich ojca. Nawet nie goliłem się przez cały tydzień, aby mój siwy zarost dawał do myślenia.
Nadal, gdy przedzierałem się wózkiem bliźniaczym przez zwały piasku na plaży, słyszałem teksty „ciung, ciung – chciałeś bliźniaki, to masz”. Chociaż tym razem nikt nie odniósł się do naszych pięcioletnich czworaczków. Zresztą już nie chce mi się odpowiadać nawet na sympatyczne komentarze. Uśmiecham się i idę dalej. Na idiotyczne uwagi, że dziecko płacze bo mu słońce świeci w oczy, odpowiadam „taaak”. Jest mi już zupełnie obojętne to, że ktoś traktuje mnie jak „patologię”, która za „pincet plus” wyjechała sobie nad morze.
Tylko Majka czasami wdaje się w dyskusję. Z nią to lepiej nie zaczynać. Była ostra jazda, gdy pewna przewrażliwiona starsza pani (w naszym wieku), podważyła nasze kompetencje rodzicielskie, kwestionując akceptowanie chodzenia naszych dzieci po murku umacniającym wydmy... bo przecież mogą spaść z wysokości około metra.
W takich sytuacjach jestem z Majki dumny, ponieważ potrafi wyrazić swoją opinię inteligentnie, z gracją, od razu odpowiadając na ewentualne kontrargumenty. Ja bym tylko powiedział „tak, najwyżej spadną”.

Jeszcze a propos dumy. Była pewna sytuacja na placu zabaw, na którym był przyrząd, który należało przejść, wisząc na samych rękach. Dwójka chłopców w wieku mniej więcej ośmiu lat próbowała się sprawdzić w tej materii, spadając po drugim, albo trzecim przełożeniu ręki. No to Majka krzyknęła do Balbiny „pokaż chłopcom, jak to się robi”. Więc ona pyk, pyk, pyk – wow!. Widziałem wzrok tatusiów tych dzieci, który niemal pożerał Majkę za to, że pozwoliła pięciolatce sprowadzić ośmiolatków do parteru. Widziałem też radość Balbiny, która pokazała swoją wyższość nad starszymi dziećmi. Są więc chwile, gdy przekonujemy się, że jednak to dziecko, które jest trudne, niegrzeczne, nieposłuszne i mamy go już szczerze dosyć... jednak jest naszym dzieckiem. Jest dzieckiem, o które jesteśmy gotowi walczyć do usranej śmierci.


Przejdę do słowa „hipotetycznie”, o którym wspomniałem na początku. Załóżmy, że nasz organizator rodzinnej pieczy zastępczej wchodzi w pewną polemikę z naszym sądem na temat szybszego podejmowania decyzji dotyczących dzieci przebywających w pieczy zastępczej.
Sąd, jak to sąd... nie ma sobie nic do zarzucenia. Co z tego, że Bliźniaki już trzeci rok z rzędu zwiedzały z nami molo w Chłopach? Co z tego, że Stokrotka i Paprotka powinny jak najszybciej znaleźć się w rodzinie, w której zostaną już na zawsze?
No ale przecież (zdaniem sądu) organizator pieczy może po ustawowych czterech miesiącach przebywania dzieci w pogotowiu rodzinnym, umieścić dziecko w rodzinie zastępczej... bo to przecież też jest tylko sytuacja tymczasowa.
Załóżmy więc hipotetycznie, że organizator pieczy znajduje rodzinę zastępczą dla Stokrotki i Paprotki. Nie byle jaką rodzinę zastępczą... nie taką jak nasza. Rodzinę, która zechce być rodziną już na zawsze, która w pewnym momencie podejmie decyzję o adopcji dziewczynek.
Ale wówczas do gry wchodzi ośrodek adopcyjny, i zadaje pytanie „jak można w ten sposób (poprzez pieczę zastępczą) obchodzić procedury adopcyjne?”

Tak więc hipotetycznie może być tak, że umieszczane u nas dzieci, po czterech (ewentualnie ośmiu) miesiącach będą kierowane do innych rodzin zastępczych... aby zwolnić miejsca w pogotowiach. Czy ktoś zadaje sobie pytanie, co czuje dziecko przerzucane z jednej rodziny do drugiej?
No tak, ale znowu pojawia się słowo „hipotetycznie”... bo przecież takich rodzin zastępczych zwyczajnie nie ma. To może należałoby zachęcać rodziców planujących adoptowanie dziecka do pójścia drogą pieczy zastępczej? Ale przecież większość z nich nie jest w stanie zaakceptować kontaktów przebywającego u nich dziecka z rodziną biologiczną, a tym bardziej możliwego powrotu do niej na stałe.

Ale to rozwiązanie ma moim zdaniem też zalety... w zasadzie jedną, ale ważną. Ostatnio dowiedziałem się, że zapis w ustawie o magicznych 18 miesiącach, po których dziecko powinno mieć uregulowaną sytuację prawną jest do wykorzystania, chociaż w zasadzie sam w sobie jest bez sensu i zupełnie nie trzyma się kupy.
Otóż przede wszystkim nie dotyczy on pogotowi rodzinnych, ponieważ dziecko w pogotowiu może przebywać do czasu uregulowania jego sytuacji prawnej... czyli bezterminowo. W związku z tym, fakt że Bliźniaki jakiś czas temu rozpoczęły już trzeci rok pobytu w naszej rodzinie, nikogo nie dziwi i jest zupełnie zgodny z prawem.
Jednak zapis ten obowiązuje, gdy dziecko przebywa w zwyczajnej rodzinie zastępczej. I chociaż jest to już uregulowana sytuacja prawna dziecka, to organizator pieczy zastępczej powinien po tych 18 miesiącach (liczonych łącznie z pobytem w pogotowiu rodzinnym, czy jakiejś placówce) wystąpić z wnioskiem do sądu. Tyle tylko, że nie o uregulowanie sytuacji prawnej (na co w zasadzie wskazuje zapis w ustawie, choć ta już przecież jest uregulowana), ale o odebranie władzy rodzicom biologicznym. No i gdy tak sobie patrzę na historię naszych dzieci zastępczych, to dwa razy taka sytuacja miała miejsce... i sąd rzeczywiście stanął na wysokości zadania.

Jednak konkluzja wcale nie jest optymistyczna. Wciąż mieszkamy w dziwnym kraju... tutaj nadal trzeba wszystko obchodzić.








wtorek, 23 czerwca 2020

PAPROTKA


Dawniej opisywałem nasze dzieci zastępcze, gdy były z nami już kilka miesięcy, a czasami nawet dopiero wówczas, gdy odeszły do nowej rodziny. Dlatego doskonale wiedziałem, dlaczego Luzak był Luzakiem, Foxik – Foxikiem, a Hawranek – Hawrankiem. Teraz piszę niemal w czasie rzeczywistym. Niemal... bo jednak muszę trochę dbać o anonimowość opisywanych dzieci, historii i zdarzeń.

Niedawno przyszła do nas kolejna dziewczynka, dla której muszę wymyślić jakieś imię. Ale przecież jeszcze jej nie znam. Nie wiem jakie ma zwyczaje, cechy charakteru.
Początkowo chciałem dać jej na imię Lawenda... gdyż pojawiła się w naszym domu w czasie, gdy te piękne rośliny rozpoczynały swoje kwitnienie. Równie dobrze mogłaby zostać Różyczką.



Niech jednak będzie Paprotką, bo... rymuje się ze Stokrotką, a te dwie dziewczynki są jak siostry, prawie jak bliźniaczki.

Obecny okres epidemii powoduje, że jednak wszystko płynie dużo wolniej. Wiedzieliśmy, że Paprotka do nas przyjdzie, już kilka dni wcześniej. Bywa, że są to tylko godziny wcześniej. Wiedzieliśmy, że jest dziewczynką, znaliśmy jej imię i wiek. Może to się wydawać dziwne, ale czasami znamy tylko wiek... i to mniej więcej. Tym razem nawet znaliśmy nazwisko mamy dziewczynki, co spowodowało, że Majka dokładnie prześledziła jej profil na facebooku. No cóż, każdy odkrywa tam siebie tak jak chce, a mama Paprotki bardzo chce.

Dowiedzieliśmy się zatem, że Paprotka jest o niecałe dwa tygodnie młodsza od naszej Stokrotki. Ostatni tydzień dziewczynka spędziła w szpitalu, z którego mieliśmy ją odebrać. Majka doszła do wniosku, że jako dziecko zabiedzone, może być dużo mniejsza od Stokrotki. Jednak na wszelki wypadek zabrała z sobą rzeczy w różnym rozmiarze... i dobrze zrobiła.

Gdy Majka wróciła ze szpitala i zobaczyłem dziewczynkę po raz pierwszy, to przeżyłem szok. Powiedziałem „Boże, jaka wielka”, a po chwili dodałem „i jaka brzydka”. Na to Majka stwierdziła „ale zobacz, jakie ma piękne oczy”.
Nie wiem, czy tak reagują wszyscy ojcowie widzący po raz pierwszy swoje dziecko, czy jest to tylko moja przypadłość. Nie mam pojęcia, dlaczego teraz Stokrotka jest dla mnie najpiękniejszym dzieckiem na świecie (chociaż jest łysa jak kolano), a Paprotka mimo bujnej czupryny zupełnie mnie nie zachwyca. Na szczęście wiem, że wkrótce to się zmieni.

Niestety Paprotka może pozostać z nami na dłużej. Chodzi o to, że jej mama zniknęła, zostawiając wcześniej czwórkę swoich dzieci u ich dziadka (czyli swojego ojca).
Bo Paprotka ma jeszcze starsze rodzeństwo, chociaż jej mama jest w wieku naszej najmłodszej córki. Z prostych obliczeń wyszło, że rodząc swoje pierwsze dziecko, sama była jeszcze dzieckiem. Idąc dalej tym tropem, doszedłem do wniosku, że dziadek Paprotki mógłby być moim synem (chociaż musiałbym się trochę postarać). Dalszych wniosków nie będę wysnuwał, aby samemu za bardzo się nie przerazić.

W każdym razie, dziadek z dnia na dzień został postawiony przed faktem, że musi się zaopiekować czwórką swoich wnuków.
Nie do końca jestem przekonany, czy ja bym sprostał takiemu wyzwaniu (chociaż mam przecież jako takie doświadczenie w obyciu z dziećmi). Dziadek, będąc w więzieniu, raczej nie miał zajęć edukacyjnych z zakresu opieki nad maluchami. Pewnie dlatego stwierdził, że mleko to mleko, więc Paprotka przez jakiś czas była karmiona mlekiem UHT z kartonika.

Już nie po raz pierwszy dochodzę do wniosku, że dzieci wychowujące się w rodzinach niekoniecznie posiadających predyspozycje do bycia rodzicem, są o wiele bardziej zahartowane i lepiej przystosowane do istnienia we wrogim dla siebie świecie.

Gdy patrzę na nasze dwie dziewczynki, to stwierdzam, że Stokrotka jest jakaś opóźniona. Ciągle domaga się naszej obecności, nie potrafi samodzielnie pić z butelki i jest strasznie zazdrosna o Paprotkę.
Oczywiście piszę to z dużym przymrużeniem oka... bo tak właśnie powinno być. Nie jest normalne to, że czteromiesięczne dziecko potrafi godzinami leżeć w łóżeczku i niczego nie chcieć od swoich opiekunów. Paprotka ma bardzo płaską głowę, co zdaniem lekarzy jest skutkiem ciągłego przebywania w tej samej pozycji. Ale podobno już podczas pobytu w szpitalu zaczęła jej się zaokrąglać. Stokrotka zdecydowanie ma głowę „goryla” ochraniającego dyskotekę.



Nie mam pojęcia jakie w tej sytuacji zostały podjęte kroki, aby odnaleźć mamę Paprotki. Wszystko komplikuje wypowiedź dziadka, że dziewczyna wyjechała z kraju. Być może powinna być ścigana listem gończym... ale pewnie tak nie jest.

Jeszcze na koniec muszę dodać, że jednak Paprotka jest dwa tygodnie starsza od Stokrotki. Już chcieliśmy dzwonić do sądu, że pomylił datę urodzenia. Okazało się jednak, że to mama nie za bardzo pamięta, kiedy ją urodziła. A może tylko tak bardzo chce anonimizować swoją rodzinę na portalach społecznościowych...

Jestem bardzo ciekawy tej dziewczyny. Dwadzieścia lat (z małym kawałkiem), czwórka dzieci. Ale przecież jakoś sobie dawała radę sama. W żadnych notatkach nikt nie wspomina, żeby miała jakiekolwiek wsparcie. Może jest tą mamą, która pogubiła się w swoim życiu, która z pomocą różnych instytucji odzyska dzieci i będzie się nimi opiekować. Może jest tą mamą, na którą ja wciąż czekam. Może dokona tego, co udało się mamie Messengera... jako jedynej. Ale najpierw musiałaby wrócić... a trochę się obawiam, że wyjechała w siną dal.




środa, 10 czerwca 2020

STOKROTKA 2


Ty jej chyba jeszcze nie kochasz... powiedziała do mnie Majka kilka dni temu. Nie było to pytanie, ani stwierdzenie. Była to refleksja niepoparta żadnym konkretnym wydarzeniem.

Zacząłem się zastanawiać nad tym, co łączy mnie z tą czteromiesięczną dziewczynką. Pewnie, że zdarzają się z mojej strony teksty typu „przejmij ją, bo ciągle wrzeszczy i nie wiem co z nią zrobić”. Ale bywa też tak, że wczesnym rankiem budzi mnie sms od Majki „nie śpi od czwartej... pomożesz?”.

Czy ja kocham Stokrotkę?




Jednak są ogromne różnice pomiędzy kobietą a mężczyzną, pomiędzy matką a ojcem. W przypadku tak małych dzieci, nie ma znaczenia, czy jest to dziecko biologiczne, adoptowane, czy też tylko zastępcze. Dobrze... adoptowane wykreślam, bo takiego doświadczenia nie mam, chociaż mógłbym się założyć o duże pieniądze, że mechanizm działa identycznie.
W naszej rodzinie, po raz kolejny powtarza się ten sam schemat. Majka czuwa nad nocnym życiem Stokrotki, a ja ogarniam pozostałych. Mocne słowa – pozostałych. W praktyce oznacza to tylko tyle, że raz na kilka dni jestem budzony w nocy przez Remusa (który miewa jakieś koszmary senne), albo Romulus rozpoczyna dzień tuż przed szóstą (bo przecież za oknem świeci już słońce). Ptysie śpią bardzo przyzwoicie.

Majka śpi ze Stokrotką w jednym łóżku. Właściwie powinienem napisać, że mała zwyczajnie wyrzuciła mnie z mojej sypialni, bo przecież to nie Majka przeniosła się do jej kołyski. Co się wówczas dzieje w organizmie matki... nawet zastępczej? Jakie hormony się wydzielają? Czy to już jest miłość?

Ja potrzebuję trochę więcej czasu.
Moją rolą jest nie tyle pokochać, ile pozwolić się pokochać. To taka subtelna różnica mówiąca o tym, że to dziecko przywiązuje się do rodzica, a nie odwrotnie.
Temat więzi wciąż jest dla mnie workiem bez dna. Wciąż odnajduję w nim coś nowego.
Niedawno odwiedziła nas Ploteczka z bratem i rodzicami. Obawiałem się, że po czterech miesiącach może już mnie nie pamiętać... przecież ma dopiero dwa lata z kawałkiem.
Nie miałem czasu, aby do końca wypić kawę. Plotka wołała mnie gdy szła na plac zabaw, gdy rysowała kolorowanki, gdy miała ochotę zwiedzić swój dawny pokój na piętrze. Pokój, w którym spędziła ze mną kilka ostatnich miesięcy swojego życia (bo wówczas w łóżku Majki spał Messenger). Byłem wtedy ostatnią osobą, którą widziała przed snem, tym na kogo mogła liczyć w środku nocy, i tym kogo widziała tuż po przebudzeniu.
Czy te więzi mogły być aż tak silne, że teraz wołała wujek, a nie ciocia... albo mama, czy tata? Pewnie odpowiedź na to pytanie jest niezwykle prosta. Wybrała sobie osobę, dla której przyjemnością było spędzenie czasu z nią, a nie picie kawy.

Gdy napisałem pierwszy tekst o Stokrotce, to myślałem, że pobije rekord Irokeza, który odszedł do rodziny już po trzech miesiącach.
Teraz obawiam się, że dziewczynka może pobić rekord ustanowiony przez Smerfetkę... ponad dwa lata bycia z nami.
Odwołanej przez pandemię rozprawie w sądzie nie zostanie nadany nowy tryb do momentu, gdy mama Stokrotki nie wyjdzie ze szpitala psychiatrycznego. Co będzie jeżeli nie wyjdzie przez rok, dwa, trzy … albo nigdy?

Rzeczami, na które nie mam wpływu, nie próbuję sobie zaprzątać głowy.
Od kilku tygodni ma miejsce nowy rytuał. Na przedpołudniowe spanie zabieram Stokrotkę do swojego pokoju. Nie zawsze ma ochotę na drzemkę. Jednak jesteśmy obok siebie. Ona zagaduje mnie, a ja ją. Pozwala mi nawet porozmawiać przez telefon z klientami. W końcu zasypia... a gdy się budzi, zaczyna się do mnie uśmiechać.

Czy Stokrotka będzie kolejną Smerfetką, Gackiem, Ploteczką? A może kolejnymi Bliźniakami? Romulus po przebudzeniu przychodzi do mojego łóżka, kładzie się na mnie w pozycji embrionalnej i mocno przytula. Czasami leżymy tak kilka minut.
Nie potrafię wyobrazić sobie chwili, gdy rozpocznę z nim rozmowę o jego nowej rodzinie. Nie wiem kiedy to będzie... może za rok. Chłopiec o nic nie pyta. Nie mówi, że chce wrócić do mamy. Nie pyta też, czy tutaj jest jego domek. Może on zwyczajnie jest przekonany, że będziemy z sobą już na zawsze.

Ale miało być o Stokrotce... Chociaż właściwie cały czas jest. Jakie znaczenie ma to, czy używam imienia Stokrotka, Smerfetka, czy Romulus? To są dzieci miesiącami i latami przetrzymywane w naszej rodzinie... w rodzinie, w której wiadomo, że nigdy nie zostaną.
Mama Stokrotki czasami się uaktywnia... i jak inne znane nam mamy, mówi że będzie walczyć. Być może pacjenci w tym jej szpitalu mają dostęp raz na jakiś czas do internetu, a może to ona raz na jakiś czas sobie przypomina, że ma córkę.

Nie rozumiem tego co się dzieje. W przypadku Stokrotki, sprawa jest prowadzona w naszym sądzie... tym do którego mam zaufanie, który jeszcze mnie nie zawiódł. I nagle okazuje się, że „ideał sięgnął bruku”? Krótko mówiąc „dupa”?

Pozostaje mi tylko pisać.
Załączam mój ostatni opis Stokrotki, który przygotowałem na posiedzenie zespołu oceniającego całą sytuację. Kiedyś ten tekst przeczytają nowi rodzice dziewczynki. Nie wiem kiedy to będzie.



Ocena rozwoju dziecka na podstawie obserwacji opiekunów (3 miesiące).

Stokrotkę odebraliśmy ze szpitala w drugim tygodniu jej życia.
Z powodu panującej epidemii, wszystkie umówione wcześniej wizyty u lekarzy zostały odwołane, co spowodowało, że w pewien sposób sami musieliśmy dokonywać oceny jej rozwoju w ciągu pierwszych dwóch miesięcy życia. Posiłkowaliśmy się znanymi nam specjalistami, ale wszystko było robione zdalnie, więc dziewczynka nie przeszła żadnych konkretnych badań w ciągu pierwszych dwóch miesięcy życia. Między innymi skonsultowaliśmy się ze znaną nam fizjoterapeutką, która poprzez wzajemne przesyłanie rozmaitych filmików, mówiła nam jakie ćwiczenia możemy ze Stokrotką prowadzić. Dziewczynka w drugim tygodniu swojego życia, potrafiła już podnosić głowę leżąc na brzuchu, co wbrew pozorom mogło świadczyć nie tyle o nadzwyczajnym rozwoju dziecka, ile o wzmożonym napięciu mięśniowym, co faktycznie miało miejsce. Jednak nie można tutaj mówić o jakimś zaburzeniu, a jedynie o pewnej nieprawidłowości rozwoju, co drobnymi ćwiczeniami fizycznymi daje się szybko zniwelować. W tej chwili jest już prawie dobrze.

Gdy nastąpiło luzowanie sytuacji związanej z koronawirusem i można już było zwyczajnie pójść do lekarza, to Stokrotka została obejrzana przez naszą lekarkę rodzinną i nadrobiliśmy wszystkie zaległe szczepienia.
Byliśmy również u audiologa i od tej strony też jest wszystko w porządku (czyli dziewczynka słyszy tak jak powinna).
W poradni preluksacyjnej jesteśmy umówieni na trzeciego czerwca.
Gorzej z neonatologiem, gdyż żaden z trzech znanych nam lekarzy nie przyjmuje jeszcze zapisów. Wstrzymujemy się z wizytą prywatną, ponieważ zależy nam na wykonaniu USG głowy, a z tym jest już gorzej w przypadku pominięcia wyspecjalizowanej poradni.

Stokrotka fizycznie jest bardzo dobrze rozwinięta. Potrafi wspierać się na przedramionach i podnosić głowę tak wysoko, że patrzy prawie na wprost. Udaje jej się utrzymać taką pozycję nawet przez kilkadziesiąt sekund. W wieku trzech miesięcy jest to bardzo pozytywne i już nie świadczy o wzmożonym napięciu mięśniowym.
Również przez długi czas utrzymuje głowę w pozycji pionowej, gdy jest trzymana na rękach.
Leżąc na brzuchu próbuje odpychać się nóżkami, co w pewien sposób można uznać za pierwsze próby pełzania.
Leżąc na plecach, stara się przewracać na boki. Jeszcze jej się to nie udało, ale musimy już bardzo uważać, aby nie zostawiać jej samej na wysokości, ponieważ w każdej chwili może jej się ta sztuka udać i czasami mogłaby spaść na podłogę.

Rozwój społeczny i emocjonalny nie budzi naszego niepokoju. Stokrotka żywo reaguje na wszystko co dzieje się dookoła (dźwięki, ruch, jak również... co wcale nie jest dobre, na obrazy pojawiające się w telewizorze). Nawet zaczęła przyzwyczajać się do pewnych rytuałów dnia codziennego. Wie, że do wieczornego zaśnięcia jest jej potrzebna ciocia, a nad ranem (tuż po przebudzeniu) wypatruje wujka (czyli mnie). Obowiązującym punktem dnia jest kawa z mlekiem. Ja piję kawę, a Stokrotka mleko. Gdy mnie nie widzi, to kręci głową i szuka mnie wzrokiem. Jak tylko się odezwę, to natychmiast spogląda w kierunku słyszanego głosu. Doskonale rozróżnia domowników. Nie tylko po wyglądzie, ale również po głosie.


Potrafi łączyć rączki w linii środkowej ciała i najczęściej dłonie są już otwarte. Chętnie chwyta za palec, albo podaną zabawkę (do której często dokłada drugą rączkę). Zarówno zabawki jak i piąstki wkłada do buzi. Próbuje też chwytać butelkę podczas karmienia.
Reaguje na kolorową karuzelę nad łóżeczkiem. Obserwuje ją i próbuje do niej sięgnąć, co jest dobrym ćwiczeniem na koordynację „ręka-oko”.

Wydaje już kilka różnych dźwięków. Głuży i odpowiada na mówienie do niej, zwłaszcza na słowa onomatopeiczne typu „chał-chał”, „chrum-chrum”, „brrrrrum”, „pyr-pyr-pyr-pyr-pyr”. Nie tylko się wówczas uśmiecha, ale czasami nawet śmieje w głos.

Bardzo lubi, gdy się coś przy niej robi. Nie sprawia więc jej problemu przebieranie, przewijanie, a kąpiel wręcz uwielbia. Kąpiemy ją codziennie, bo jest to dla niej sygnał, że rozpoczyna się noc.
Sen nocny trwa mniej więcej od godziny 21-wszej i bywa, że budzi się dopiero po ośmiu godzinach. Chociaż są przypadki, że obudzi się po północy i wówczas najlepszym rozwiązaniem jest zabranie jej do łóżka cioci (zresztą w swoim łóżeczku śpi dopiero mniej więcej od dwóch tygodni – wcześniej spała z ciocią). W ciągu dnia ze spaniem jest dużo gorzej. Drzemki są krótkie i można powiedzieć, że dziewczynka jest ciągle w ruchu (chociaż bywa, że prześpi kolejne karmienie nawet o dwie godziny). Karmimy ją mlekiem Nan 1, średnio w odstępach 3-4 godzin (na dobę wychodzi 6 razy) po 160 ml.
Podczas ostatniej wizyty u lekarza rodzinnego (co miało miejsce trzy tygodnie temu) ważyła 5 kilogramów (czyli w normie). Teraz ma zapewne więcej, gdyż ostatnio musiałem już zakupić pieluchy o numerze 3. W dwójki ledwo się mieści. Ale „utyta” nie jest. Jest pięknym, zdrowym niemowlakiem.

Uwielbia spacery... zwłaszcza po lesie, gdy wózek telepie się po szyszkach i gałęziach. Na asfalcie czasami nie może zasnąć.

Od tygodnia zaczęła interesować się lustrem. Z pewnością jeszcze siebie nie rozpoznaje, ale może traktuje je jak bajkę w telewizji.

Mama dziewczynki nie odzywała się przez ponad dwa miesiące. Od dwóch tygodni usilnie poszukuje mamy zastępczej (czyli mojej żony) na Facebooku, wysyłając do wszystkich jej znajomych pytania i prośby o pomoc w kontakcie, gdyż jest to dla niej „sprawa życia i śmierci”. Gdyby w postanowieniu sądu był również nasz adres, to z pewnością byłaby już u progu. Chociaż może miałaby pewne problemy, gdyż jest leczona psychiatrycznie w zakładzie zamkniętym. Na tę chwilę przekazujemy zdjęcia poprzez PCPR. Nie wykluczamy rozmów telefonicznych. Ewentualne kontakty bezpośrednie będziemy ustalać w porozumieniu z PCPR-em.