sobota, 28 listopada 2020

ROMULUS i REMUS 8

 


Właśnie wróciłem z pokoju Bliźniaków, do którego odprowadziłem ich po kąpieli.

Nie pierwszy już raz sobie porozmawialiśmy. O czym? O gwiazdach, rakietach... i naszej przyszłości. Niby naszej, ale jednak osobno.
Od czytania i opowiadania wieczornych bajek jest Majka. Ja nie czytam (bo się jąkam), i nie opowiadam.
Rozmawiam... czasami. Niestety najczęściej ma to miejsce przed snem. Napisałem „niestety”, ponieważ zdarzyło mi się podsłuchać nad ranem rozmowę Majki z zaspanym Remusem schodzącym po schodach:
  • Remus dlaczego ziewasz?

  • Bo się nie wyspałem.

  • To trzeba było wcześniej pójść spać.

  • Tak, ale wujek jeszcze chciał pogadać.

Z Majką też już przegadałem wiele godzin. Nawet można powiedzieć, że wiele nocy.

Od kilku miesięcy przygotowujemy chłopców na rozstanie z nami.
Czy będą gotowi odejść do zupełnie nowej rodziny? A może jednak lepszy będzie powrót do mamy? Jaką decyzję podejmie sąd apelacyjny? Rozprawa już niedługo.

Chłopcy mają coraz większą świadomość swojej sytuacji. Coraz częściej nawiązują do tematu odejścia do innej rodziny. Wiedzą, że z nami nie będą mieszkać zawsze.

Często odnoszę wrażenie, że obecny czas zawieszenia, bardzo ich męczy. Pięć lat, to już nie ten wiek, w którym żyje się tylko dniem dzisiejszym. Czasami przyłapuję ich na dyskusji o tym, kto może być ich nową rodziną.
  • Może ciocia Marlenka?

  • Tak, ja też bym chciał... albo babcia Basia.

  • A ta ciocia Agnieszka, co u niej byliśmy?

  • Tak, też jest fajna.

Dzieci jakby czuły, że coś wkrótce się wydarzy. Być może wpływ na to ma odejście Ptysi. Do Bliźniaków dotarło, że mówienie o rozstaniu nie jest już zwykłą paplaniną, ale to naprawdę się zdarza. Zwłaszcza Remus stał się jakiś uduchowiony. Wszystko robi „w imię Ojca i Syna...”, a wychodząc do toalety mawia „idę siku, zostańcie z Bogiem”.

Wciąż próbuję nawiązywać do naszych córek. Bliźniaki są z nami już tak długo, że pamiętają czasy, gdy dwie młodsze jeszcze z nami mieszkały. One też odeszły. A jednak często nas odwiedzają, i gdy przychodzą to są uśmiechnięte, zadowolone.

Czy pięciolatek potrafi zrozumieć taką analogię? Nie... ale się stara. A ja udaję, że w to wierzę.
Remus powiedział mi ostatnio, że chciałby mieszkać z nami na zawsze. Nigdy tak nie mówił.

Mnie zastanawia tylko to, że chłopcy nie wspominają o powrocie do mamy, chociaż doskonale wiedzą, że taka opcja również jest możliwa.

Babcia Basia z bólem serca już się opowiedziała na „nie”. I chociaż ma świadomość tego, że odejście dzieci do rodziny adopcyjnej na zawsze pozbawi ją kontaktu z nimi, to uważa, że byłoby to najlepsze rozwiązanie.

Ciocia Agnieszka jest dziewczyną mało znaną chłopcom. Może kilka razy nas odwiedziła, a niedawno Romulus z Remusem spędzili kilka godzin w jej domu. Czyżby nas rozszyfrowali i wiedzą, że na pierwszym spotkaniu z nowymi rodzicami nie dokonamy prezentacji typu „poznajcie się, to wasza nowa mama i tata, a to wasze nowe dzieci”. Jednak tym razem to nie ten trop - ciocia Agnieszka, to nie nowa mama.

Ciocia Marlenka? Najukochańsza ciocia (poza Majką oczywiście). To ta, u której dzieci spędzają wakacje i jeżdżą raz na jakiś czas w odwiedziny. Niedawno spędzili tam ponad tydzień. Gdy wrócili, to wieczorem musieli do niej zadzwonić, bo już tak bardzo się stęsknili. Nigdy nas nie poprosili, abyśmy wykręcili numer telefonu do ich mamy.

Ciocia Marlenka po pierwszych wakacjach z dziećmi (trzy lata temu) stwierdziła, że nigdy nie byłaby gotowa zostać dla nich rodziną zastępczą. Nie dlatego, że byli upierdliwi, tylko dlatego, że nie wyobrażała sobie możliwości rozstania i powrotu do mamy. Teraz zaczyna się łamać... choć mama cały czas jest walcząca. Czy jest możliwe, że sąd apelacyjny zmieni decyzję rejonowego z odebrania praw rodzicielskich na ich ograniczenie? Wszystko jest możliwe. Chociaż bardziej skłaniam się ku podtrzymaniu orzeczenia pierwszej instancji i skierowaniu chłopców do adopcji. A na to ciocia Marlenka nie jest gotowa. Ma już czwórkę dzieci, w tym jedno zastępcze, i kolejna dwójka zwyczajnie przerasta jej możliwości finansowe.

Co będzie, gdy pojawi się zupełnie nieznana rodzina adopcyjna? Nie potrafię przewidzieć ani reakcji chłopców, ani moich. Nie wiem, czy sprawdzi się nasz dotychczasowy sposób przekazywania dzieci, który w teorii mamy doskonale opracowany. Gorzej z praktyką, bo Bliźniaki, to nie Gacek, który był dużo młodszy. To nie Sasetka, która spędziła z nami trzy razy krótszy czas. To też nie Ptysie, które nie chciały się do nas przywiązać i po części traktowały nasz dom jak hotel.

Znowu łapię się na tym, że zadaję sobie pytanie „kim będą rodzice adopcyjni?”

Jak to kim? Będą pierwszymi, którzy figurują na liście kolejkowej naszego ośrodka adopcyjnego. Czy będą gotowi spotykać się z chłopcami przez miesiąc, dwa, a może trzy, zanim zabiorą ich do swojego domu? Czy będą chcieli poczekać, aż dzieci będą gotowe na przejście?

Nie wiem dlaczego, ale jakoś nie biorę pod uwagę możliwości powrotu do mamy biologicznej, chociaż czasami wydaje mi się, że w obecnej sytuacji byłaby to może najlepsza opcja.

Jednak sąd okręgowy musiałby podważyć większość opinii, na podstawie których sąd rejonowy podjął decyzję o odebraniu praw rodzicielskich. Czy będzie skłonny podważyć druzgoczące dla rodziców wnioski psychologów z Opiniodawczego Zespołu Specjalistów Sądowych?

Czy uwierzy rodzicom, że już się naprawili i nigdy nie popełnią błędów z przeszłości?

Całkiem niedawno zadzwonił do Majki tata Bliźniaków. Było to tuż przed dwudziestą drugą, a może nawet chwilę później. Język mu się plątał, mówił nieskładnie... chociaż miał wiele do powiedzenia. Majka nie do końca wiedziała, co w zasadzie chciał jej przekazać. No i była bardzo zdziwiona, bo nigdy do niej nie dzwoni, a na spotkaniach nie za bardzo potrafi sklecić trzy słowa do kupy. Ale przecież jest naprawionym ojcem, który z dobrym skutkiem ukończył terapię odwykową.

Majka zadzwoniła do kuratora, aby może przejechał się do rodziców w odwiedziny. Stwierdził, że nie może. A policja? Ta z kolei może się pojawić tylko wtedy, gdy otrzyma zgłoszenie, że rodzina zaburza czyjś spokój. Niestety nasz zaburzony spokój duszy w ten paragraf się nie wpisywał.

Bardzo bym chciał, aby ten facet chociaż raz w życiu stanął na wysokości zadania, przyjechał na rozprawę i wreszcie szczerze powiedział, że wcale nie oczekuje powrotu dzieci do domu. Tym bardziej, że zwalą mu się na głowę również dzieci poprzednich partnerów mamy chłopców, o których mówi do niej „twoje dzieci”.

Ile razy przetrzepie skórę Romulusowi, który chociaż jest kochany, to nie należy do dzieci spolegliwych? Ma w tej kwestii spore doświadczenie, bo sądowy zakaz zbliżania się do mamy dzieci, sprzed kilkunastu miesięcy, raczej nie był przypadkowy.

Jak na przestrzeni tych trzech lat zmieniło się moje postrzeganie mamy chłopców?

Może jest to dziwne... a może zupełnie normalne, że w jakiś sposób staje się nam jakby coraz bliższa. Nie w sensie bycia przyjaciółką, czy choćby koleżanką (bo nadajemy na zupełnie innych częstotliwościach), ale...

Majka przez telefon rozmawia z mamami biologicznymi naszych dzieci zastępczych tylko przez chwilę. Wysłuchuje co mają do powiedzenia, przekazuje najważniejsze wiadomości... i tyle.
W przypadku mamy Bliźniaków jest inaczej. Często rozmawia z nią pół godziny, godzinę, dwie. Czasami, gdy już skończy to stwierdza, że dziewczyna chyba była nawalona... bo tak mądrze mówiła.

Kim zatem jest ta mama? Udaje, czy pewne rzeczy rozumie? Ale nawet jeżeli udaje, to wie jak być dobrą aktorką. Wie, czego od niej oczekujemy.

Podczas dwugodzinnych spotkań z chłopcami bardzo się stara. Przynosi gry, zabiera ich na basen, plac zabaw. Czy to też jest tylko bycie dobrym animatorem?
Ostatnio nam powiedziała, że traktuje nas jak rodzinę. Że na zawsze będziemy w życiu Bliźniaków. Że będziemy się spotykać, odwiedzać. Że musimy ją nauczyć „chłopców”, bo przecież nie zna ich zwyczajów, a powrót do niej musi być procesem rozłożonym na kilka tygodni.
Czy powinienem to przyjąć za dobrą monetę?

Nie mam pojęcia, w którym kierunku może się wszystko potoczyć.

Czy to, że rodzice nie zostali wezwani na rozprawę (a tylko poinformowani, że się odbędzie) może o czymś świadczyć? Może o tym, że sędzia podjął już decyzję i nie zamierza nikogo przesłuchiwać.

Majka na wszelki wypadek się stawi... chociaż też jej nikt nie zapraszał.
Może więc być tak, że nasza przygoda z Bliźniakami, szybkimi krokami zmierza ku końcowi. Chociaż niedawno się dowiedziałem, że poprzednia sprawa jednej z naszych rodzin zastępczych w sądzie okręgowym, do którego odwołała się mama chłopców, trwała ponad dwa lata.
Taka ewentualność znaczyłaby, że Romulus z Remusem będą z nami mieszkać pięć lat. Pięć najważniejszych lat ich życia.

Zawsze myślałem, że w takim sądzie apelacyjnym wszystko dzieje się szybko (czyli decyzja jest podjęta na jednej rozprawie). Wydawało mi się, że sędzia albo podtrzymuje decyzję sądu rejonowego, albo kieruje sprawę do ponownego rozpatrzenia przez tenże sąd. Okazuje się, że powrót do pierwszej instancji jest rzadko stosowany. Najczęściej decyzja zostaje podtrzymana, ale bywają sytuacje, że sąd apelacyjny (okręgowy) rozpoczyna swoje postępowanie kończące się nowym orzeczeniem. Dlatego może to trwać wiele miesięcy. Ale już od tej decyzji odwołać się nie można.

Czyżby? Istnieje jeszcze sąd kasacyjny (Sąd Najwyższy, sąd trzeciej instancji). I owszem, ten już nie może prowadzić postępowania. Może jedynie utrzymać wyrok w mocy (czyli oddalić skargę, mając na przykład na względzie dobro dziecka), albo go uchylić, kierując sprawę do ponownego rozpatrzenia przez sąd apelacyjny.

Gubię się już w tych wszystkich zawiłościach prawnych, ale myślę że dobrze to przedstawiłem... a przynajmniej w dobrej wierze.

Podsumuję zatem jeszcze raz wszystko od początku. Od momentu umieszczenia chłopców w naszej rodzinie, do czasu wydania decyzji o odebraniu praw rodzicielskich, minęły dwa lata (plus-minus kilkanaście dni). Dlaczego tak dużo? Rodzice musieli poddać się kolejnej terapii, pokazać że potrafią znaleźć i utrzymać pracę, że są w stanie stworzyć bezpieczne miejsce na przyjęcie czwórki rodzeństwa. Zapewne dużą rolę odegrało też przeciążenie niewielkiego sądu rodzinnego, w którym pracuje jedna pani sędzina, jedna pani sekretarka i pewnie jedna pani protokolantka. A przecież ludzie chorują, biorą urlopy. W ciągu tych dwóch lat odbyły się zaledwie trzy rozprawy.

Mama od zawsze się odgrażała, że będzie walczyć o swoje dzieci do śmierci, że będzie się odwoływać od wszystkiego od czego się można odwołać, a na koniec pójdzie do telewizji. Póki co, jest konsekwentna w swoich zapowiedziach.
Rozprawa w sądzie okręgowym będzie miała miejsce po ośmiu miesiącach od wydania decyzji przez sąd rejonowy. Jeżeli będzie skarga do sądu kasacyjnego, to pewnie na termin rozprawy też trzeba będzie poczekać kolejnych osiem miesięcy. Nawet jeżeli sąd podtrzyma decyzję swojego poprzednika, to dzieci będą z nami mieszkać trzy lata i cztery miesiące. WOW, będziemy poniżej średniej. Niestety w naszym kraju dziecko przebywa w rodzinie zastępczej średnio trzy lata i siedem miesięcy.
Ale zapewne może być też sytuacja, że znacznie przekroczymy normę. Wystarczy, że sąd drugiej instancji zechce rozpatrywać sprawę od początku, albo sąd kasacyjny zwróci ją do ponownego rozpatrzenia. Kolejne miesiące...

A mogło być tak pięknie. Dwuletnie Bliźniaki mogłyby mieszkać z nami tylko niecały rok. Pierwsza rozprawa mogła mieć miejsce po czterech miesiącach, kolejna po następnych czterech... i ostateczna decyzja. Czy osiem miesięcy nie wystarczy, aby ocenić, czy rodzic jest w stanie sprawować opiekę nad swoimi dziećmi? Czy dla rodzica zagubionego w życiu, nie jest to wystarczający czas, aby przejrzeć na oczy i zrobić wszystko, aby znowu być ze swoim dzieckiem?

Moje postrzeganie rodzica, któremu ograniczono jego prawa do dziecka, bardzo zmieniło się na przestrzeni kilku ostatnich lat. Nie przemawia do mnie argument, że wystarczy podać mu rękę. Nie rozumiem tłumaczenia, jak bardzo ten rodzic cierpi. Nie interesuje mnie, że rozłąka z dzieckiem powoduje frustracje, stany depresyjne, agresję.

Patrzę, i widzę tylko działania pozorowane, nieprzemyślane, bez celu. To nie jest walka w imię dobra swojego dziecka. To jest walka dla samej walki.

Majka już nie raz tłumaczyła mamie chłopców, jak bardzo krzywdzi emocjonalnie swoich synów, którzy już od dawna powinni przebywać w bezpiecznej rodzinie. W takiej, w którą mogliby wsiąknąć, zapuścić korzenie, poczuć że do niej przynależą.

Mama to rozumie... chociaż zupełnie inaczej. Nawet była na czterech dwugodzinnych szkoleniach mających podnieść jej kompetencje rodzicielskie. Myślę, że wcale nie tylko po to, aby się podpisać.

Ja brałem udział w wielu szkoleniach, wykładach, webinarach, superwizjach (czasami przeznaczonych dla wszystkich pogotowi, ale również dotyczących wyłącznie naszej rodziny). Niby sporo wiem, a jednak wciąż popełniam błędy.

Mieszkam z dziećmi, które mają swoją historię. Coś, czego nie można odrzucić, ale jednocześnie bardzo przeszkadza.



wtorek, 10 listopada 2020

PTYSIE 5

 


Odeszli...

Czy czuję ulgę? Tak.

Czy była to dobra decyzja? Nie wiem.

Jednak okazało się, że propozycja sądu, w którym toczy się postępowanie Ptysi, aby dzieci zostały przeniesione do nowej rodziny zastępczej postanowieniem PCPR-u, nie wypaliła. Wyszło na to, że nasza koordynatorka Jowita, to nie cały PCPR. A ten (czyli pani z jakiegoś innego działu) stwierdził, że takie numery to były dozwolone kilka lat temu. Teraz musi być decyzja sądu i kropka.

Ja, ze swoją katastroficzną wizją świata, już widziałem kolejne miesiące z siódemką dzieci, z których czwórka będąca razem, jest niemal nie do opanowania.

Ale Jowita nie dała za wygraną. Ponownie zadzwoniła do sędziego, z pytaniem „i co pan na to?”. No to Pan stwierdził, że co powiat, to inny zwyczaj. Skąd ja to znam... sam często mówię „co sąd, to obyczaj”. I tak się bujamy wszyscy, licząc na dobrą wolę kogoś, kto jest władny w podejmowaniu decyzji.

Tym razem się udało. Pan sędzia w końcu stwierdził „to do kogo mam przenieść Ptysie?”.

Nagle bariera w postaci toczącej się sprawy i fakt przekazania całej dokumentacji specjalistom sądowym (w celu przygotowania się do badania więzi), runęła.

Odczekaliśmy jeszcze kilka dni, próbując w tym czasie wytłumaczyć dzieciom całą sytuację. Niby wiedziały, że nie będą u nas mieszkać na zawsze. Miały świadomość tego, że być może wrócą do mamy, a być może zamieszkają z inną rodziną... już na stałe.

Póki co ziścił się drugi wariant. Ale czy na stałe?

Aktualni rodzice zastępczy Ptysi nie są gotowi na adopcję. Ale też nie mają nic przeciwko utrzymywaniu kontaktów z mamą dzieci.

Co będzie, jeżeli sąd za trzy miesiące odbierze rodzicom biologicznym władzę rodzicielską?

Na dobrą sprawę, to teraz wszystko należałoby przeciągać do granic możliwości. Tak, aby dzieci stały się „za stare” na adopcję. Nie wiem, czy są one gotowe po raz kolejny zmienić rodzinę. Nie wiem też, czy istnieje rodzina adopcyjna, która chociaż zrozumie trudności, i nie będzie chciała tego zbagatelizować. Cały czas mam przed oczami mamę biologiczną Stokrotki... i jej mamę adopcyjną. Tam też miłość miała wszystko uzdrowić. Ale tak się nie stało.

Obecna mama zastępcza Ptysi jest pedagogiem. Niech ją jakoś nazwę... może Afrodyta? Nie próbuję się tutaj w żaden sposób odnosić do urody. Po prostu, też na „A”.

Rodzice mają już jedno dziecko zastępcze, więc można powiedzieć, że są wprawieni w boju. Pytanie tylko, czy Ptysie to ten sam kaliber?

Jak ostatnio wspomniałem, rodzice zastępczy nie dostali adresu do bloga. Zbyt dużo cierpkich słów tutaj wypowiedziałem. Za bardzo odkryłem swoje emocje.

Chociaż może obiektywnie nie za bardzo... ale za bardzo dla nich.

Za to nasz Ośrodek Adopcyjny ma namiary na bloga. Nie wiem, czy teraz ktoś go czyta. Może w sytuacji, gdy jest do umieszczenia jakieś dziecko z naszej rodziny. Jakby nie było, jest tu pewnego rodzaju wiedza tajemna. Informacje, których trudno szukać w oficjalnych ocenach dzieci kierowanych do PCPR-u. Może więc ktoś uzna, że Ptysie nie mogą być zakwalifikowane do adopcji i na zawsze pozostaną w rodzinie Afrodyty.

A co jeżeli wrócą do mamy? W tej chwili jest jeszcze zbyt dużo znaków zapytania.

Przygotowywaliśmy Ptysie do odejścia przez ponad miesiąc. To były nie tylko rozmowy, ale też dwa weekendy spędzone z rodziną Afrodyty. Mieliśmy też w pamięci miesiąc wakacji, który można uznać za w pełni udany. Dzieci były zadowolone.

Chociaż gdy wróciły do nas po tym okresie, miała miejsce sytuacja, która nas nieco zaskoczyła. Mnie nawet zszokowała. Wiedzieliśmy już, że wakacyjni rodzice mają w planach zostanie dla dzieci rodziną długoterminową, być może na zawsze. Wiedzieliśmy też, że dzieciom było tam całkiem miło, miały wiele atrakcji, chociaż cały czas chodziły do swojego przedszkola.

Zadaliśmy im pytanie „czy chcielibyście zamieszkać na stałe z ciocią Afrodytą?”.

Ptyś nic nie odpowiedział, ale to jest w jego stylu. Balbina powiedziała krótko, acz dosadnie „nie”. Było to stwierdzenie wypowiedziane tonem nie dającym nam przyzwolenia na jakikolwiek sprzeciw, czy choćby dyskusję. Dlatego w tym momencie odpuściliśmy.

Druga podobna sytuacja miała miejsce w dniu, w którym Majka odwoziła dzieci do domu Afrodyty. Balbina najpierw kurczowo chwyciła za drzwi samochodu, i przywarła do nich znowu krzycząc „nie”. Potem przytuliła się do Majki, rozpłakała i stwierdziła, że nie chce tutaj zostać.

Długo rozważaliśmy z Majką całą sytuację. Doszliśmy do pewnych wniosków, chociaż nie jestem przekonany, czy prawdziwych.

Balbina przez cały okres pobytu w naszej rodzinie prowadziła z Majką regularną wojnę. Chociaż może były to bardziej bitwy podjazdowe. Dziewczynka przez cały czas próbowała narzucić jej swoją wolę, chociaż doskonale wiedziała, że nie skończy się to dla niej dobrze. Mnie z kolei (jako to słabsze ogniwo w naszej rodzinie) ciągle testowała. Czy naprawdę liczyła, że w którymś momencie się ugnę? Że pozwolę jej złamać obowiązujące w naszym domu zasady?

Bardzo często zdarza mi się być samemu z całą naszą gromadką dzieci. Gdy Ptysie były z nami, to praktycznie cały czas musiałem je mieć pod kontrolą... w zasadzie tylko Balbinę.

Gdy chciałem skorzystać z toalety, to musiało to być przy uchylonych drzwiach i zgaszonym świetle, bo Balbina wykorzystywała każdą chwilę, w której zniknąłem z jej pola widzenia. Wchodziła do kuchni w poszukiwaniu słodyczy, albo dopadała do leżaczka ze Stokrotką i potrząsała nią tak mocno, że tylko pasy ratowały ją przed wystrzeleniem z katapulty. Robiła więc to, co było zabronione. Czy w ten sposób chciała pokazać (przynajmniej sobie), że to ona ma nad wszystkim kontrolę?

Remus w takich sytuacjach przychodził do tej toalety, w której siedziałem, i mawiał „wujku, zapalę ci światło w imię ojca i syna i ducha świntucha amen”.

Tak więc przyjaźń między Balbiną a nami, była bardzo szorstka.

Dlaczego zatem dziewczynka nie chciała odejść?

Doszliśmy do wniosku, że prawdopodobnie poczuła rodzące się uczucie między nią a Afrodytą. A uczucie i więzi, są czymś co pozbawia Balbinę poczucia władzy, kontroli nad wszystkimi i wszystkim.

Przejście do nowej rodziny okazało się wyjątkowo łagodne w sensie utrzymywania wzajemnych kontaktów. Praktycznie widujemy się codziennie.

W ramach rozmaitych obostrzeń, nasze przedszkole pracuje teraz od godziny ósmej. A rodzice zastępczy Ptysi, swoją pracę rozpoczynają dużo wcześniej. Majka zaproponowała, że mogą przywozić dzieci do nas, a ona razem z Bliźniakami odwiezie je do przedszkola.

Tak więc codziennie z samego rana, mamy przynajmniej godzinę na wspólne rozmowy i zabawy. Ptyś siedzi jak siedział na fotelu i najchętniej gapi się w telewizor. A Balbina? Jest niesamowicie miła, pomocna i uśmiechnięta. Gdy przewijam Stokrotkę, to sama bierze pieluchę (nawet z kupą), zawija ją i odnosi do śmieci. Dawniej na prośbę o odniesienie już zabezpieczonej pieluchy, najczęściej odpowiadała „nie”. Teraz wchodzi mi na kolana, patrzy prosto w oczy, gładzi po twarzy i mówi „wujku, kocham cię”.

Stałem się dla niej bezpieczny. Jestem jak każdy inny ojciec jej kolegów z przedszkola. Wie, że z nami nie będzie już mieszkać, więc podświadomie czuje, że z pewnością nie zaangażuje się uczuciowo. Bariera w postaci mieszkania osobno jest dla niej wystarczającym buforem emocjonalnym.

W rodzinie Afrodyty jeszcze jest dobrze. To znowu jest nowa sytuacja, którą dziewczynka musi rozpracować, w jakiś sposób się w niej odnaleźć.

Jest ogromny kontrast między jej porannym zachowaniem w naszym domu, a tym co dzieje się w przedszkolu. Tam sytuacja się nie zmieniła, więc gdzieś trzeba pokazać swoją władzę. Teraz przedszkole jest miejscem, w którym można rozładować swoje emocje. Bywają dni, gdy Balbina tak się wydziera, że słychać ją nawet w salach na piętrze. Dziewczynka ze zdwojoną siłą wchodzi w konflikt z koleżankami, które nie chcą poddać się jej woli. To ona chce decydować, kto będzie w grupie w której się bawi, a kto nie. To ona chce decydować, z kim pójdzie na zajęcia logopedyczne, a kto ma zostać w sali.

Nie są to zachowania obce, które dziwiłyby panie wychowawczynie. Jednak tym razem, ich skala chyba wszystkich przerasta.

Ptyś też jest inny niż kiedyś. Tyle tylko, że jego odreagowanie emocji polega na tym, że nie chce współpracować. Jest to znany nam mechanizm, polegający na tym, że udaje że nie słyszy. Na szczęście nie wraca zawieszanie się, które miało miejsce jeszcze rok temu.

Majka kilka dni temu była z Ptysiami na badaniu więzi. Trzy godziny w jedną stronę i trzy w drugą. Gdybyśmy wiedzieli, że dzieci już zamieszkają z Afrodytą, to złożylibyśmy wniosek o przeniesienie tego badania do naszego miasta. Tyle, że mogłoby to trwać nawet pół roku. Nasz OZSS musiałby wyznaczyć swój termin, należałoby przewieźć całą dokumentację, co jak się okazuje wcale nie jest kwestią kilku dni.

Jednak wówczas zależało nam na czasie, więc Majka wyraziła zgodę na przejechanie ponad dwustu kilometrów. Na dobrą sprawę powinna z dziećmi pojechać Afrodyta, ale co ona wie o ich zachowaniu... póki co, dzieci funkcjonują w stanie wojny. Próbują przeżyć, jakoś się dostosować.

Niestety na badaniu miał się stawić również tatuś Balbiny. Jakoś nie czuł takiej potrzeby. W zasadzie nie wiem w jakim celu został zaproszony, bo ani nie zamierza odzyskać Balbiny, ani nie łączą go z nią jakiekolwiek więzi. Ostatni raz widział dziewczynkę, gdy ta miała zaledwie kilka miesięcy.

Ale sąd nie odpuszcza... badanie musi się odbyć. Tak więc Majka za dwa tygodnie będzie miała kolejny kurs na południe Polski. Gdyby to było lato, a Balbina nie była Balbiną, to może pojechałaby na dwa dni i pokazała dziewczynce góry.

Na szczęście umówiła się z psycholożkami w ten sposób, że jeżeli tatuś pojawi się o dziewiątej, to Majka wsiada w samochód i jedzie. Niech czeka te trzy godziny. Będzie miał więcej czasu na skupienie się nad wypełnianymi testami. Jeżeli go nie będzie, to zostanie wyznaczony nowy termin i tak będziemy się bawić do skutku, albo gdy znudzi się to sądowi.

Badanie psychologiczne było bardzo ciekawe. Śmiem nawet twierdzić, że dużo lepsze niż u nas. Poza standardowym wypełnianiem testów i rozmową, była też pani psycholog, która przez cały czas siedziała w poczekalni i coś notowała.

No to mama z babcią odstawiły piękne przedstawienie. Były cudowne. Zainteresowane potrzebami dzieci. Co chwilę tylko łypały wzrokiem na panią psycholog, czy aby to konkretne zachowanie zapisała. Balbina też zachowywała się inaczej... przez długi czas była wtulona w mamę, co dotychczas na taką skalę nigdy nie miało miejsca. Czy była to reakcja na zachowanie mamy? A może dziewczynka po przejściu do nowej rodziny bała się, że nigdy już mamy nie zobaczy? Bo mama przez tych kilkanaście dni nie raczyła nawet zadzwonić.

Doszliśmy jednak z Majką do wniosku, że czterogodzinne badanie ma sens. Kiedyś nas to bardzo irytowało, ale z punktu widzenia poprawności wyciąganych wniosków, jest to dobre.

Już w drugiej godzinie wszyscy zaczynali być znudzeni. Mama z babcią doszły do ostatniej linijki scenariusza, a improwizować za bardzo nie potrafiły. Zaczął się jeden wielki rozpiździel. Balbina przysiadła się do Majki, a chłopcy (bo przecież był też Bill) niemal nie rozwalili całej budy. Majka była tylko obserwatorem. Podobnie jak psycholożka, która wciąż coś notowała. A mama z babcią nic. Siedziały znużone, w oczekiwaniu, aż wszystko się zakończy.

Dzień przed wyjazdem Majka poprosiła mnie, abym wydrukował wszystko co kiedykolwiek napisałem o Ptysiach. Zebrało się tego całkiem sporo, a Majka przygotowując się do badania wszystko jeszcze raz przeczytała. Okazało się, że o wielu sprawach już zapomnieliśmy. Podkreśliła sobie najważniejsze sprawy zielonym pisakiem, aby podczas rozmowy o czymś nie zapomnieć.

Okazało się, że oceny Ptysi, które pisałem na posiedzenia zespołu w PCPR były paniom już znane. Znajdowały się one w materiale przesłanym z sądu.

Za to fragmenty bloga były czymś nowym, często rzucającym inne światło na daną sprawę. Mnie zaskoczyło to, że panie doskonale wiedziały czym trudni się mama Ptysi. Zawsze wydawało mi się, że jej profesja cały czas leży na pograniczu faktów i mitów, że może nawet należy ją traktować w kategorii „plotka”. Widać sąd oparł się na dużo bardziej wiarygodnych informacjach, niż tylko nasze rozmowy z babciami dzieci.

Ciekawe jest też to, że specjaliści sądowi (czyli te panie psycholożki) nie mogą w swojej opinii opierać się na blogu i w jakikolwiek sposób wykorzystywać jego fragmentów w swoim opracowaniu. Ale już blog wydrukowany i przekazany przez rodzinę zastępczą, to zupełnie coś innego. Tak więc panie zabrały Majce wszystkie wydrukowane teksty i przyjęły do wiadomości, że blogowa Balbina to Balbina, a Ptyś to Ptyś. Chciały też zeskanować odręczne notatki Majki, ale ta nie przystała na tę propozycję. Cóż... gdyby nie używała sformułowań typu „głupia baba”, to nie miałaby się czego wstydzić.

Wyjazd na badanie spełnił jeszcze jedną, może nawet ważniejszą rolę. Pokazał dzieciom, że my wciąż istniejemy, że się nimi interesujemy, że mogą z nami porozmawiać.

Ptyś jest chłopcem małomównym (przy założeniu, że jest sam). Gdy wyjeżdżaliśmy na wakacje, to zawsze brałem go do swojego samochodu, bo przez prawie trzy godziny potrafił nie wypowiedzieć ani jednego słowa. Tym razem był wyjątkowo gadatliwy. Opowiadał o swoim nowym domu, o tym jak jest u cioci Afrodyty. Okazało się, że mentalnie wciąż jeszcze mieszka z nami. Mówił na przykład „kolacja u cioci jest inna jak u nas”, albo „w pokoju są takie same meble jak u nas”. On ciągle żyje „u nas”. Potrzebuje jeszcze trochę czasu. Oby tylko nie zamknęli przedszkoli.

Dorzucę jeszcze moje ostatnie oceny na posiedzenie zespołu. Ostatnie... choć sprzed kilku miesięcy.

W zasadzie nie chciałem tego robić. Może dlatego, że wszystkie moje opisy są historią mojej (Majki też) porażki. To nie tak miało wyglądać.

Może gdybym przeniósł się w czasie do stycznia ubiegłego roku, to stwierdziłbym, że to są zupełnie inne dzieci. Może... Ale jestem tu i teraz. Widzę jak trudno jest pokochać dzieci, które tę miłość odrzucają.

Gdyby jednak się okazało, że Ptysie za jakiś czas znajdą się w bazie Ośrodka Adopcyjnego, to poniższe teksty zostaną udostępnione potencjalnym rodzicom adopcyjnym. Jak do tego podejdą? Czy nie rzucą się z motyką na słońce?

Póki co kibicujemy Afrodycie, licząc na to, że to jednak z nami jest coś nie tak. Będziemy ją wspierać, pomagać jak się da. Nie wiem jednak co będzie za kilka lat. Czy nie będzie przeklinać dnia, w którym podjęła decyzję o zaopiekowaniu się dziećmi?

Czy bycie pedagogiem jest wystarczającą gwarancją?

Balbina (5 lat).

Sytuacja zdrowotna

Balbina jest zdrowa w bardzo szeroko rozumianym zakresie. Zmogła ją tylko ospa, kilka miesięcy temu, i od tego czasu już nic. Nie miewa nawet zwykłego przeziębienia, ani podwyższonej temperatury. Chociaż w dobie pandemii, została jakiś czas temu odesłana z przedszkola z powodu bycia smutną. Odebraliśmy ją, chociaż był to jeszcze nieprzepracowany foch, strzelony z samego rana.

Żołądek też ma zdrowy, ponieważ potrafi dobrać się do szafki ze słodyczami, po którym to epizodzie nie ma ani mdłości, ani wymiotów... a szkoda.

Funkcjonowanie dziecka w domu

Balbina bardzo lubi pełnić funkcje przywódcze. Chciałaby kontrolować wszystko i wszystkich. Trójka innych naszych chłopców zastępczych skutecznie się przed tym broni, co powoduje, że wielokrotnie dochodzi do rozmaitych spięć, a nawet bójek. Chociaż cieszy nas postawa jej brata, który kiedyś był przez nią regularnie bity, a teraz potrafi sobie już sam poradzić... niekoniecznie odpowiadając agresją.

Balbina próbuje też przejąć władzę nad nami (czyli rodzicami zastępczymi). To ona chce decydować kiedy coś się wydarzy.

Mocne strony dziecka

Chciałbym napisać, że to chęć współpracy. Często tak właśnie jest... jednak wszystko zależy od tego, czy dziewczynka uzna, że ona w tym momencie tego chce.

Gdy przewijam naszą najmłodszą latorośl, i trzeba wyrzucić pieluchę do śmieci, to bardzo trudno jest mi przewidzieć jej reakcję. Czasami wyrzuca ją z chęcią, a czasami mówi „nie”. Gdy proszę wówczas Romulusa (który zawsze jest pomocny), to wówczas rzuca się na niego (a właściwie na tę pieluchę) niemal wydrapując mu oczy... w każdym razie krzycząc „Jaaaaaaa!!!!”.

Balbina potrafi bardzo ładnie rysować. Ale najczęściej nie chce. W większości przypadków bierze do ręki kredkę (albo kredę na tarasie) i maże. Byle jak, byle gdzie.

Gdybym nie opisywał akurat tej dziewczynki, to uznałbym za mocną stronę jej otwartość. Bo ona faktycznie potrafi oczarować różnych naszych gości, a nawet zupełnie obce osoby spotkane na spacerze. Jest wówczas miła, potrafi porozmawiać, a nawet się przytulić, czy wejść na kolana.

Wydawałoby się, że jej mocną stroną jest nawiązywanie kontaktów z innymi dziećmi. Jednak jest to tylko chwilowe. Nie potrafi tych kontaktów podtrzymywać. Z dziećmi silniejszymi psychicznie, szybko wchodzi w konflikt. Tych słabszych, próbuje sobie podporządkować.

Ujawnione u dziecka trudności

Balbina bardzo dobrze funkcjonuje w nowej sytuacji. Tak było gdy pojawiła się w naszej rodzinie, poszła do przedszkola, zamieszkała w rodzinie wakacyjnej poprzedniego lata. Nawet tak było, gdy rozpoczęła się epidemia i nagle wszyscy byliśmy razem w domu, bez możliwości jego opuszczania. Tak też jest teraz, gdy ponownie poszła do przedszkola. Jest czarująca, pomocna... próbuje rozeznać sytuację i się do niej dostosować. Niestety taki okres sielanki bardzo szybko się kończy.

Balbina niemal codziennie moczy się w ciągu dnia. Dlaczego? Przecież w nocy śpi już bez pieluchy i rzadko zdarzają się jej tylko drobne popuszczenia. Nauczeni doświadczeniem z innym dzieckiem, staramy się dawać jej dużo pić w ciągu dnia... bo pełen pęcherz szybciej daje o sobie znać, niż wypełniony tylko w części. Nic z tego. Planujemy wizytę u urologa, chociaż nie wiążemy z nią większych nadziei.

Dziewczynka ma też zwyczaj niewycierania pupy po zrobieniu kupy. Potrafi to zrobić... zwłaszcza jak nad nią stoimy i przypominamy. Jednak gdy sama idzie do toalety, to wychodząc zawsze ma brudne majtki (często z przyklejonymi kawałkami kupy).

W przypadku Balbiny, trudno jest nam stosować metodę podążania za dzieckiem... metodę rodzicielstwa bliskości. Niestety podstawową metodą wychowawczą jest tutaj stosowanie kar i nagród. Tak więc w sytuacji, gdy ma kupę w majtkach, to musi te majtki wyprać. Zresztą nie jest to nasz wymysł, a zasugerowany przez psychologa.

I tutaj mogę się odwołać do tego, o czym napisałem wcześniej. Dziewczynka wypierze swoją bieliznę, ale tylko wówczas gdy ma na to ochotę. Bywa, że potrafi dwie godziny siedzieć nad miską z nalaną wodą... i wyć (płaczem tego nazwać nie można). Ale są też sytuacje, gdy dokłada również rzeczy, które ma na sobie i kończy pranie po dziesięciu minutach. Nie wymagamy od niej wyprania tych majtek, czy piżamy. Ma tylko okazać chęć. Ma coś zacząć robić... najlepiej wycierać pupę. Gdyby pies miał ręce a nie łapy, to nauczyłby się tego szybciej niż ona. Bo pies zwyczajnie by tego chciał.

W czasie epidemii wróciły dawne zachowania o zabarwieniu seksualnym, chociaż w nieco innej postaci. Dziewczynka potrafi położyć się przed swoim bratem i powiedzieć „wąchaj mnie”... a on doskonale wie co ma robić. Zdarzyło się też, że udawała w ogrodzie, że robi kupę (ściągając majtki i informując o tym inne dzieci z nami mieszkające). Trudno powiedzieć, jaki był jej cel. Chodziło o to, aby się pokazać?

Nie krzyczymy na nią za to. Staramy się zadawać pytania, chociaż nie uzyskujemy żadnych odpowiedzi. Stoi i patrzy nam prosto w oczy, nie wydając żadnego dźwięku.

Dziewczynka cały czas faworyzuje wszystkich mężczyzn. Nawet biorąc pod uwagę jej zaburzenia przywiązania, i to że potrafi przytulać się do zupełnie obcych osób, to nigdy nie wybiera kobiet. Przytula się do mnie, ale już nawet do cioci – nie.

Gdy przychodzą do nas nasze dorosłe córki ze swoimi chłopakami, to dziewczynka siada im na kolanach, przytula się, gładzi ich po brodzie... zwyczajnie ich kokietuje. Chłopcy czują się zażenowani i ani oni, ani my nie wiemy jak reagować. Najczęściej mówimy „Balbina idź się bawić z dziećmi”. Ale ona nie zawsze chce. Chociaż od niedawna (po licznych lekturach) wprowadziliśmy komunikaty bardziej wprost. Przed wizytą mówimy wyraźnie, że może przyjść na kolana tylko do cioci i wujka, i do nikogo innego. Goście też są informowani. Ostatnio zadziałało.

Pewnym problemem jest niszczenie wszystkiego i wszędzie. Balbina rysuje po ścianach, zdrapuje kawałki farby, rozrywa maskotki, rzuca zabawkami. Nie przywiązuje się do niczego. Nie ma ulubionych rzeczy, o które chciałaby dbać. Jakiś czas temu babcia przywiozła jej lalkę... podobno była to jej lalka, którą kiedyś się bawiła. Balbina rzuciła ją na trawę w ogrodzie. Akurat zaczynał padać deszcz. Poprosiłem, aby ją zabrała do domu, bo się zniszczy. Po krótkim monologu (bo Balbina w takich sytuacjach nie wchodzi w dyskusję) stwierdziłem, że jeżeli jej nie zależy na tej lalce, to ją wyrzucę do śmieci. Spokojnie patrzyła jak otwieram kubeł...

Balbina cały czas próbuje decydować o wszystkim. Niestety podstawowym celem, który jej przyświeca, jest kontrola sytuacji. Gdy kiedyś w wannie któryś z chłopców powiedział „wujek nalej kolorowej wody”, to Balbina natychmiast „ja nie chcę kolorowej wody”. Odpowiedziałem „dobrze nie naleję” - „ale ja chcę kolorową wodę!!!”.

Balbina bardzo często sprawia wrażenie, jakby zupełnie nie słuchała tego, co się do niej mówi. Pewnego dnia podczas kąpieli próbowałem jej coś wytłumaczyć. A ona tylko nie i nie. W końcu pytam:

  • Balbina, czy ty słyszysz co do ciebie mówię?

  • Tak.

  • To co powiedziałem?

  • Słyszysz co do ciebie mówię”.

Balbina czasami próbuje oczernić lub zrzucić winę na któregoś z trójki chłopców mieszkających w naszej rodzinie. Pewnego dnia siedziała na tapczanie i krzyczała „nie bij mnie, nie bij”. Jej brat był w drugim końcu pokoju i bawił się zabawkami. Robiła to z premedytacją, czy dysocjowała?

Dziewczynka potrzebuje też do zaśnięcia silnych bodźców. Tylko gdy jest bardzo zmęczona, to zasypia bez hałasowania i awanturowania się. Najczęściej biega, rzuca zabawkami, krzyczy, albo śpiewa. Jej ulubionymi piosenkami są „sto lat, sto lat”, „jeszcze Polska nie zginęła...”, „widziałam orła cień...”. Niestety z każdej zna tylko po jednym wersie (i nie chce nauczyć się pozostałych), więc zachowuje się jak zacięta płyta puszczona na maksymalnej głośności. Można przychodzić i prosić wiele razy. Po zamknięciu drzwi natychmiast wraca do wcześniejszych zachowań. Trzeba zatem powiedzieć głośno (baaardzo głośno) i stanowczo, jednocześnie zdecydowanym ruchem pakując ją do łóżka... wówczas zasypia niemal natychmiast.

Balbina nie stosuje się do umów i zasad ustalanych z nią wcześniej... chociaż doskonale je zna.

Formy spędzania wolnego czasu

Balbina bardzo lubi robić to, czego w danym momencie robić nie powinna, lub nie może.

Gdy wszystkie dzieci bawią się w ogrodzie, to ona po pewnym czasie krzyczy, że chce pójść „na górę” - czyli do swojego pokoju. Mija może kilka minut, gdy słyszymy wrzask: „na dóóół!!!, na dóóół!!!”. A przecież nikt nie każe jej tam siedzieć za karę.

Dziewczynka nie potrafi podjąć konkretnej decyzji, nawet gdy jest uprzedzana o jej konsekwencjach. Ma to miejsce choćby w przypadku, gdy pytamy „idziesz do lasu, czy bawisz się w domu?”, „bierzesz rowerek, czy idziesz piechotą?”. Czasami mam wrażenie, że zastanawia się, co my byśmy woleli... bo ona chce zrobić odwrotnie. Bywa, że zmienia zdanie w trakcie spaceru... no ale wtedy mleko już jest rozlane.

Nie potrafi bawić się sama. Snuje się z kąta w kąt. Każda jej aktywność jest krótkotrwała... nawet oglądanie bajki. Jej zabawy są tylko odwzorowywaniem tego, co zobaczyła przed chwilą. Nie umie być kreatywna. Gdy przygotowuje zupę dla cioci, to po chwili robi kolejną zupę... i jeszcze następną. Nie potrafi wymyślić drugiego dania, deseru, czy kompotu.

Bardzo dobrze zachowuje się w sytuacjach nowych. Na przykład gdy dokądś wyjeżdżamy.

Dlatego z dużym spokojem patrzę na planowane wakacje nad morzem. Będzie dobrze, o ile nie będą trwały dłużej niż tydzień.

Rozwijanie zainteresowań u dziecka

Balbina nie ma zainteresowań. Chyba, że za takie można uznać próby wyjadania słodyczy i wylewanie wszystkich znajdujących się w pobliżu płynów. Tym sposobem straciliśmy już kilka szamponów, płynów do kąpieli, a nawet balsamów do ciała, które nieopatrznie pozostawiliśmy w jej zasięgu.

Niedawno była akcja „myjemy siusiaki”, którą zainicjowało pytanie „a co to jest?”. No to wytłumaczyłem wszystkim, do czego służy płyn do higieny intymnej.

  • Ja też chcę umyć siusiaka!

  • Balbina, ale ty nie masz siusiaka.

  • Ale ja chcę.

Program zakończył się po trzech dniach, gdy zapomniałem odłożyć płyn na najwyższe piętro w szafce łazienkowej.

Chociaż może nieco mijam się z prawdą z tymi zainteresowaniami. Balbina lubi chodzić na trening judo. Początkowo lubiła też piłkę nożną, balet i hip-hop. Straciła zainteresowanie, gdy chcieliśmy ją na te zajęcia zapisać.

Kontakty z rodzicami biologicznymi

W okresie trwania epidemii dziewczynka nie spotykała się ani z mamą, ani z babcią. Były tylko wideo-rozmowy, które trwały po kilka minut (raczej nie więcej niż trzy), gdyż Balbina nie za bardzo była nimi zainteresowana. Gdyby dziewczynka nie była mobilizowana przez ciocię, to prawdopodobnie spotkanie polegałoby na popatrzeniu na siebie.

Wcześniej kontakty miały miejsce mniej więcej raz na dwa tygodnie z mamą i raz na dwa miesiące z babcią. Od czasu gdy zostały poluzowane zasady epidemiologiczne, miały miejsce dwa spotkania z mamą.

Poprosiliśmy mamę, aby wytłumaczyła dzieciom, że wkrótce będą miały siostrę, albo brata. Wyszło jak wyszło. Młodsze rodzeństwo ani nie zauważyło, że mama jest gruba, ani nie wyniosło ze spotkania jakiejkolwiek informacji o dziecku. Jedynie najstarszy brat stwierdził, że mama powiedziała, iż będzie się niedługo opiekowała jakimś dzieckiem.

Balbina nadal nie dopytuje o kontakty z mamą, a w trakcie ich trwania wciąż najbardziej jest zainteresowana tym, co ma w torbie.

Uwagi, potrzeby, oczekiwania

Planujemy w niedługim czasie skontaktować się z terapeutą (ponieważ psycholodzy już rozkładają ręce). Pewnym powtarzającym się zaleceniem jest refleksja „co się stanie, gdy postąpimy tak, jak życzy sobie tego dziewczynka?” Nie bardzo to się sprawdza, gdyż jej głównym zamierzeniem jest przejęcie kontroli nad nami. Działanie wbrew ustalonym zasadom, nie przynosi pożądanych skutków.

Terapii rodzinnej rozpoczynać nie będziemy, gdyż musiałaby się ona skoncentrować na więziach. Być może należałoby się cofnąć do pewnych etapów, których dziewczynka nigdy nie przeżyła... noszenie na rękach, karmienie z butelki, smoczek na zaśnięcie. Być może w jej przypadku byłoby potrzebne całkowite poświęcenie się jednego z rodziców, a nawet rezygnacja z pracy zawodowej.

Od terapeuty oczekujemy tylko wskazówek, jak radzić sobie z rozbudzoną seksualnością, brakiem chęci do współpracy i napadami złości (które dziewczynka miewa prawie codziennie).

Ptyś (6 lat).

Sytuacja zdrowotna

Ptyś nie choruje, nie bywa nawet przeziębiony.

Jedynym jego przeżyciem związanym z koniecznością nagłego udania się do lekarza, była sytuacja, gdy wsadził sobie do ucha i nosa fragmenty zabawek. Chyba na złość pani w przedszkolu, bo gdy ta do niego podchodziła, to on wpychał coraz głębiej.

No i jeszcze kilkanaście dni temu chłopiec zafundował nam kwarantannę epidemiczną, gdyż w przedszkolu dostał temperatury 37,2 i miał robione testy na koronawirusa.

Kilka tygodni temu byliśmy u specjalisty w celu wykluczenia neurologicznej przyczyny „zawieszania” się chłopca. Czekamy jeszcze na EEG głowy, chociaż właściwie jest to już tylko formalność.

Ptyś przestał się już zawieszać. Nie patrzy już przeze mnie, tylko na mnie. Nie krzyczy, nie rzuca się na mnie z pięściami. Nie oznacza to, że jest już zupełnie dobrze. W tej chwili chłopiec udaje, że nie słyszy. Jeżeli coś od niego chcemy, to musimy szybko wyartykułować zdanie w sposób jednoznaczny. Najgorzej zacząć w stylu „słuchaj Ptysiu...”

W sytuacjach konfliktowych chłopiec unika konfrontacji. Nie patrzy w oczy, nie broni się, nie zaprzecza... ucieka.

Funkcjonowanie dziecka w domu

Spróbuję przedstawić Ptysia za pomocą pewnego tekstu, który napisałem o nim kilka tygodni temu:

Ognik to piękny krzew, i dlatego mam w ogrodzie kilkadziesiąt jego egzemplarzy. Już jako dziecko upajałem się pięknem nie tylko kwiatów kwitnących wiosną, ale głównie urodą jesiennych owoców, mieniących się rozmaitymi barwami od czerwieni po żółty.

Od ponad roku, gdy do naszej rodziny przyszedł Ptyś, patrzę na tę roślinę jakby inaczej. Nie wiem dlaczego chłopiec ją sobie upodobał. Lubi spędzać w grupie ogników długie chwile w samotności. Gdy czasami dzieci przebywając w ogrodzie zaczynają coś broić i wychodzę, aby dać im reprymendę, to Ptyś natychmiast nurkuje w gąszczu ognika... nawet jeżeli jest zupełnie niewinny. Dlaczego nie wybiera innych roślin, wśród których również mógłby stać się niewidoczny? Bo on chce się stać niewidoczny.

Zapomniałem wam powiedzieć, że ognik ma bardzo długie ciernie. Nie ma takiej możliwości, aby się w nim zaszyć i nie wyjść poranionym. Gdy ostatnio byliśmy na jakichś badaniach w szpitalu, w wypisie zostało odnotowane, że chłopiec jest pokaleczony niemal na całym ciele.

Co ich łączy? Ptysia i jego spersonifikowany odpowiednik... czyli ognik. Są jak bracia, jak dwie połówki jakiegoś większego organizmu.

Gdy Ptyś zamieszkał w naszej rodzinie, była akurat zima... bardzo chimeryczna zima. Wiele pędów ognika przemarzło, a liście (chociaż są zimozielone) zbrązowiały i opadły. Ptyś prezentował się bardzo podobnie. Był połamany emocjonalnie.

I nagle przyszła wiosna. Ognik przycięty i podsypany nawozem zaczął rozkwitać bielą swoich kwiatów. Ptyś podążał jego śladem. Stawał się coraz bardziej otwarty. Jesienią oboje cieszyli oko paletą ciepłych barw. Ale nastała kolejna zima, tym razem bardzo łagodna. Ognik zachował wszystkie zielone liście. Dlaczego Ptyś znowu „przemarzł”?

Mocne strony dziecka

Ptyś staje się coraz bardziej pewny siebie... przynajmniej w grupie rówieśników, a zwłaszcza w relacjach ze swoją młodszą siostrą. Nie jest już bitą i kopaną ofiarą. Potrafi o siebie zawalczyć, nawet uciekając się do przemocy. Częściej jednak posługuje się fortelem, polegającym na tym, że wychodzi na chwilę z pokoju, odczekuje kilkanaście sekund, po czym wchodzi informując swoją siostrę „wujek powiedział, że zaraz przyjdzie i ciebie pobije”.

Ptyś sprawia wrażenie jakby pobyt w naszej rodzinie był dla niego jakąś formą terapii. Robi coraz większe postępy, których może my nie zauważamy, ale widzą je osoby mające z chłopcem kontakt raz na jakiś czas. Nas w pewien sposób zaskoczyło zdanie wychowawczyni z przedszkola, która sporządziła notatkę dla psychologa z naszej poradni. Było tam napisane, że Ptyś bardzo często wspomina w przedszkolu swoją rodzinę. Tą rodziną okazała się ciocia, wujek, Balbina, Romulus i Remus (czyli rodzina, w której chłopiec teraz mieszka). Nawet Bill (najstarszy z rodzeństwa, mieszkający w innej rodzinie zastępczej) postrzegany był jako ktoś bliski, ale jednak spoza rodziny.

Ujawnione u dziecka trudności

Nie jest jednak tak dobrze jak byśmy chcieli. Zwłaszcza istniejąca epidemia, która wymusiła ponad dwumiesięczną kwarantannę naszych dzieci zastępczych spowodowała, że Ptyś cofnął się w wielu aspektach do dawnych zachowań. W domu, wśród dzieci, zachowuje się już bardzo pewnie. Nawet można powiedzieć, że jest „niegrzecznym” sześciolatkiem, uczącym swoich kolegów nie najlepszych manier. Potrafi na przykład zrobić siku do samochodziku stojącego na środku pokoju.

Jednak wciąż zachowuje ogromny dystans w stosunku do dorosłych. Wciąż się ich boi. Gdy nie jest pewny swojego zachowania, to na wszelki wypadek chowa się pod łóżko, szafkę, albo kaleczy się w krzewach ognika.

Nie nam przypada stawianie diagnozy, ale niektóre jego zachowania mogą sugerować, że pod względem przywiązaniowym, jest w dużo gorszym stanie, niż jego siostra. Jemu już na niczym nie zależy. Nie buntuje się. Z pokorą przyjmuje każdą naszą decyzję. Jest odporny na wszelkiego rodzaju kary. Powiedzenie „idź do swojego pokoju się wyciszyć, bo za bardzo szalejesz”, jest nawet pewną formą nagrody. Bo on lubi być sam... przynajmniej nikt mu wtedy nie przeszkadza.

Ptyś nie jest zbyt błyskotliwy, chociaż być może część zachowań wynika z lęku wobec dorosłych. A może z obawy, że nie stanie na wysokości zadania? Jednak gdy ma czas i wsparcie przy rozwiązywaniu jakichś zadań, to jest lepiej.

Czasami bawimy się w kalambury, czy też zadajemy sobie zagadki. Każdy wymyśla swoje, chociaż ja pamiętam jeszcze kilka z własnego dzieciństwa. Na przykład „stoi przy drodze na jednej nodze, mógłbym przysiąc, że jest w niej tysiąc”, albo „mam kapelusz w groszki białe, nie bierzcie mnie do kobiałek”. Dzieci próbują odgadnąć, zadają pytania pomocnicze. Siostra Ptusia w obu przypadkach wciąż twierdzi, że jest to żyrafa, a chłopiec... zupełnie się alienuje. Nadal nie wierzy w siebie, w to że zna odpowiedź, że potrafi coś zrobić. Czasami coś bąknie pod nosem i jest to prawidłowe rozwiązanie zadania. Gdy go pochwalimy, to przysunie się do nas, jednak przy następnym pytaniu znów odchodzi.

Spisaliśmy niedawno pewne zwroty i słowa wypowiadane przez Ptysia. Wszystkie z poniższych miały miejsce jednego popołudnia. Być może świadczą one o zbytniej infantylności sześciolatka, ale może to być również objaw jednego z lękowych stylów przywiązania... nawet zdezorganizowanego. Słowa rzucane w przestrzeń, nieprawidłowy wzorzec mowy, ciągłe trajkotanie i uporczywe, nonsensowne pytania. Ptyś wprawdzie nie zadaje bezsensownych pytań, ale on wcale nie zadaje pytań. Poniższe zdania chłopiec wypowiadał bez świadomości, że ktoś go słucha. Mówił jakby sam do siebie. Takie zachowanie ma miejsce również wtedy, gdy jest sam w pokoju, albo gdy Balbina (jego siostra) już śpi.

  • Balbina, hu hu

  • Romulus majtusiu

  • O tulu, tulu

  • Pupa, siku

  • Ty bębulku

  • Ty kupaśny

  • Dziwaczne, paraśne, papalatu

  • Jesteś perepo

  • Na kolację będzie dach, majtki, kupa, dudu

  • Ty jesteś inacka

  • Lubisz śmietany chodzące?

  • Zjem cały dom

Formy spędzania wolnego czasu

Ptyś bardzo lubi przebywać w swoim towarzystwie. Obecność innych dzieci często mu przeszkadza. Bywa, że rezygnuje z wyjścia do lasu, albo na rower. Pozostaje w domu i buduje zamki z klocków, albo tory dla pociągów. Lubi też kolorować i jest bardzo dokładny.

Jako „zwierzę” ogrodowe, należałoby go uznać za szkodnika. Łamie gałęzie, niszczy rośliny, rozsypuje żwir ze ścieżek, piasek z piaskownicy. Wrzuca do oczka wodnego rozmaite zabawki, rozdeptuje ślimaki. Uwielbia psuć. Siedzi i bezmyślnie wali jedną zabawką w drugą. Rysuje po ścianach, zeskrobuje tynk. Rzuca zabawkami w lampę, kamieniami w przejeżdżające samochody.

Rozwijanie zainteresowań u dziecka

Ptysia pociągają wszelkiego rodzaju zajęcia techniczne. W przedszkolu uczęszcza na robotykę. Dokładnie nie wiem co tam robią, ale chłopiec jest zadowolony i przynosi do domu różne dziwne konstrukcje.

Jest też fanem rowów melioracyjnych i rozmaitych kanałów ściekowych.

Kontakty z rodzicami biologicznymi

Mama jest dla chłopca tylko pewnego rodzaju pojęciem. Wie, że ją ma, i jak każą jechać na spotkanie, to jedzie. Nie dopytuje, nie cieszy się nawet na prezenty, które od niej dostaje.

Ale chłopiec wciąż funkcjonuje w trybie przetrwania. Nie przychodzi przytulić się z potrzeby serca. W jego rozumieniu, przytulenie jest jakąś formą gry, rytuałem odprawianym codziennie po kąpieli... i tylko tyle.

Uwagi, potrzeby, oczekiwania

Podobnie jak w przypadku siostry Ptysia, również zamierzamy skorzystać z pomocy terapeuty. Wprawdzie chłopiec nie jest jakoś bardzo problemowy i można nawet odbierać go jako sympatycznego, przeciętnego sześciolatka, to jednak wiele jego zachowań nas niepokoi.

Patrząc z perspektywy czasu, Ptyś jest zupełnie innym chłopcem niż był jeszcze rok temu. Jednak jego rozwój ma charakter naprzemiennych faz postępu i regresji. Jest bardzo podatny na czynniki zewnętrzne, na nowe sytuacje (jaką był choćby stan epidemii). Wówczas jego rozwój się zatrzymuje, a nawet cofa.






sobota, 24 października 2020

CALINECZKA


 

I co miałem zrobić?

Kiedyś napisałem, że jeżeli przyjmę jeszcze jedno dziecko, to każdy może mnie nazwać idiotą.

Teraz już może. Mamy siódme dziecko. Całe dwa i pół kilograma szczęścia.

Majka powiedziała do mnie: „ty decyduj”.

Ta dziewczynka wprowadzi najwięcej zmian w moim życiu. Na noc przenoszę się do naszej sypialni (z której miałem wypad kilka miesięcy temu), w której będę musiał ogarnąć Stokrotkę i Paprotkę. A to oznacza czasami nawet kilka pobudek, robienie mleka, przewijanie. A do tego wciąż będę miał na podglądzie starszą czwórkę, z której Remus też potrafi mnie wołać... że go boli noga, że jest ciemno, że dzieje się cokolwiek innego. Będę więc pewnie chodził śnięty przez całą dobę.

Majka przeprowadza się z Calineczką do garażu.

Gdy tak właśnie powiedzieliśmy naszemu organizatorowi pieczy zastępczej, to najpierw była konsternacja. No ale nasz garaż, od wielu lat ma zamurowaną bramę wjazdową, i pełnowymiarową toaletę, niczym nie ustępującą hotelowej. Może pięć gwiazdek bym jej nie przyznał... ale jedną na pewno.

Jest to więc jeden z najlepiej wyposażonych pokoi w naszym domu... chociaż bywało, że pełnił rolę magazynu. Garażem nigdy nie był, nawet gdy nim był.

Nie chciałem, aby Calineczka poszła śladem Mowgliego. Chłopiec rozpłynął się w systemie. Nikt ze znanych nam osób nic o nim nie wie.

Po wielkim zamieszaniu związanym z poszukiwaniem dla niego rodziny po całej Polsce, i wielkim odzewem tychże rodzin, okazało się, że sąd podjął decyzję o umieszczeniu chłopca u jego taty.

Tata, to taki rzadki gatunek (patrząc z mojej perspektywy ojca zastępczego), ale jak już jest, to najczęściej jest bardzo upierdliwy. Nie wiem co było przyczyną, jednak po kilku dniach, sąd wycofał się ze swojej pierwotnej decyzji, stwierdzając że tata się nie nadaje. Rozpoczęło się kolejne poszukiwanie rodziny zastępczej.

Obawiam się, że chłopiec ostatecznie mógł trafić do domu dziecka – nikt nic nie wie, a przynajmniej z zawodowymi rodzinami mamy ciągły kontakt... informacja jest równie szybka jak błyskawica.

Tak więc chciałem takiego losu Calineczce oszczędzić. Był to jednak dobry powód do upieczenia drugiej potrawy na tym samym ogniu.

Ptysie całkiem niedawno spędziły cały miesiąc w rodzinie zastępczej, która deklarowała chęć pozostania dla nich rodziną na stałe.

Postawiliśmy więc warunek, że weźmiemy Calineczkę, jeżeli sytuacja Ptysi zostanie uregulowana. Krótko mówiąc... gdy od nas odejdą.

Były to trudne negocjacje (które prowadziła też Majka – bo to ona jest od gadania), angażujące wiele osób.

Okazało się, że nasz sąd nie może podjąć decyzji o umieszczeniu Ptysi w nowej rodzinie zastępczej. Z kolei sąd, w którym toczy się postępowanie, też nie może takiej decyzji podjąć, bo sprawa nie jest zamknięta, a do tego przed nami badanie więzi (czytaj: kompetencji rodzicielskiej mamy).

Ale tak sobie pomyślałem, że przecież gdybym zamordował Majkę, to chyba jakiś sąd by mi te Ptysie odebrał. A czym się różni zamordowanie Majki od znalezienia fajnej rodziny dla dzieci? Niczym.

Tak więc Majka razem z naszą koordynatorką Jowitą dalej drążyły temat, i mamy rozwiązanie, które dla mnie jest bez precedensu. Jest niezrozumiałe... ale jest.

Ptysie zostaną przeniesione do nowej rodziny decyzją administracyjną. Potem zostanie to zgłoszone do sądu (w którym toczy się postępowanie), a ten to przyklepnie, rozszerzając nowej rodzinie kompetencje dotyczące podejmowania decyzji w sprawach medycznych i edukacyjnych.

Majka miała duży zgrzyt, bo traktowała to wszystko jako naszą chęć pozbycia się Ptysi.

Ale z drugiej strony... Rodzina jest dzieciom znana. Mieszkamy blisko siebie, więc będziemy się mogli odwiedzać. Telefony też jeszcze działają.

Mama zastępcza mówi do Ptysia nie inaczej jak Ptysiek. Da radę?

Tego nie wiem. Ale wiem, że ja nie jestem dla tych dzieci dobrym ojcem zastępczym.

Majka mówi, że jestem nudny, bo gdy wieczorem po kąpieli schodzę do niej, to zawsze mówię „przepaść”.

Z Bliźniakami potrafię czasem (przed snem) rozmawiać nawet godzinę. I to nie jest już czytanie bajek. To jest dyskusja. O wszechświecie, planetach, podróżach na księżyc, czarnych dziurach, dinozaurach. O tym jakie będą mogli wykonywać zawody. O tym, jakie są muzea, książki. O finansach?

Ptysie są nieco starsze, a jednak rozmawiamy tylko o tym, kto włączy lub wyłączy światło. Nie potrafię do nich dotrzeć. Czasami coś opowiadam i... widzę, że mnie tam nie ma. A przecież się staram. Naprawdę się staram.

No to się rozpisałem o Calineczce.

Ale w zasadzie to nic o niej nie wiem. Poza tym, że mama chce jej przywozić mleko (własne), a tata już nalega na spotkania i mówi, że będzie walczył.

Panie z porodówki wysyłały mu zdjęcia Calineczki i krótko ją opisywały w wiadomościach tekstowych.

Pewnie jest to ciekawy temat dla mediów. Troskliwa matka, dobrze zarabiający ojciec, i... odebrane dziecko.

Tyle tylko, że mama już ma dwójkę starszych dzieci, do których odebrano jej prawa. Tata pojawił się właściwie znikąd. Mama nie zgłosiła go jako ojca dziewczynki... nie są razem.

Zadzwoniła tylko do swoich starszych dzieci oznajmiając „słuchajcie... macie siostrzyczkę!!!”. Myślę, że pochłonęły tę wiedzę dokładnie tak jak Balbina (ona też ma siostrzyczkę)... czyli nijak.

Staram się nie być negatywnie nastawionym do rodziców dzieci, które zostają u nas umieszczane. Może ten facet jest całkiem porządnym człowiekiem. Może tylko przytrafiło mu się być ojcem kolejnego dziecka tej kobiety. Przecież bywa tak, że grzeczni chłopcy zostają ojcami dzieci z niegrzecznymi dziewczynkami.

Zobaczymy co będzie dalej. Póki co, odkurzyliśmy numery telefonów na policję i do firmy ochraniającej nasz dom.

Tutaj ważna jest też postawa Majki. Jej umiejętność prowadzenia rozmowy, nieugiętość, asertywność. Rodzice pewnie zadzwonią. Być może do drzwi naszego domu.

Tata na tę chwilę jest nikim... o ile nim faktycznie jest.

Mieszkającym z nami dzieciom zawsze wymyślam jakieś imię, które funkcjonuje na tym blogu. Tym razem (po raz pierwszy) jest to imię nadane przez Majkę. Ja bym tę dziewczynkę nazwał Comaneci.

A jak będziemy się do niej zwracać na co dzień? Nie mam pojęcia.

Do Paprotki mówię „Gabrycha”. Do Romulusa „Łysy”. A Balbina to „Zuzula”.

Moja mama mówiła do mojej siostry „Anita”, chociaż kilka lat wcześniej dała jej zupełnie inne imię.

Ostatnio rozmawiałem z dziećmi o liczbie mnogiej.

  • Pies... psy

  • Okno... okna

  • Człowiek... ludzie (wow)

  • Łysy... Łysy jest tylko jeden


Tak więc póki co, mamy siódemkę dzieci i słowne zapewnienia, że Ptysie odejdą do rodziny, w której będą już na zawsze. Do rodziny, która będzie te dzieci kochać, która podejmie się terapii, która dostała od nas (i jeszcze dostanie) całą wiedzę, którą posiadamy.

Adresu do bloga nie dostała... tak na wszelki wypadek.



sobota, 3 października 2020

--- KRETA, czyli wakacje z malkontentem


Gdzieś na Krecie

 Majce bezrobocie chyba nigdy nie będzie grozić. Jeżeli nie będzie już się nadawała choćby do pracy za ladą, to z pewnością chętnie zostanie zatrudniona w charakterze negocjatora, który potrafi przekonać każdego zdesperowanego człowieka, że jednak z parapetu, na którym siedzi, skakać nie warto.


Prawie rok temu udało jej się mnie przekonać, że po roku ciężkiej pracy z naszymi dziećmi, przyda nam się tygodniowy wypoczynek w Grecji. Znając mój trudny charakter, i niechęć do wyjazdów zagranicznych (zwłaszcza tych, gdy każdego dnia trzeba wstawać skoro świt, spędzać pół dnia w autokarze, by zobaczyć kilka budynków, które sam mogę sobie wygooglać siedząc w swoim pokoju, przed własnym komputerem), obiecała pełne odprężenie.


Majka wypadająca ze zjeżdżalni


Mieliśmy być jak ta Grażynka z Januszkiem, którzy dzień w dzień leżą przy basenie, piją piwo i wino, i opalają się... z rzadka przechadzając po nadmorskiej plaży. Mieliśmy ładować sobie furę jedzenia na talerze (wszystko co jest w zasięgu naszego wzroku), by po tygodniu narzekać, że codziennie było do jedzenia to samo. Mieliśmy nie robić nic. Do tego Majka obiecywała, że ptaki będą budzić nas, a łąki kołysać do snu... i że będziemy się kochać ile dusza zapragnie. W zasadzie całe ostatnie zdanie jest prawdziwe. Nie wiedziałem tylko, że ptaki wstają o 4:30.


Najważniejsze było jednak to, że byliśmy tam zupełnie sami. Oderwani od moich klientów, rodzin biologicznych naszych dzieci zastępczych i wszystkich instytucji.

Od rozmów o Ptysiach, Bliźniakach i dwóch maluchach, nie potrafiliśmy się uwolnić.

Pewnie to dobrze, bo być może świadczy o tym, że jednak te dzieci są dla nas ważne, i bycie pogotowiem rodzinnym jest czymś więcej niż tylko pracą Majki - który to pogląd wiele osób wyraża.

Nie pamiętam dokładnie, kiedy dałem sobie spokój z dręczącym mnie twierdzeniem, że od dzieci urlopu się nie bierze. To chyba było jakieś dwa, albo trzy lata temu.

W tej chwili jestem przekonany, że urlop rodziców zastępczych jest bardzo ważny... nie tylko dla samych rodziców, ale również dla mieszkających z nimi dzieci. W pewien sposób zostaje oczyszczona atmosfera, następuje reset i zaczynamy wszystko od nowa – mając jednocześnie zapisane w pamięci wcześniejsze historie i doświadczenia.

Bardzo obawialiśmy się o nasze najmłodsze dwie dziewczynki. Nie mam pojęcia, czym może skutkować rozstanie na dwa dni, tydzień, czy miesiąc. Czy nasze miesięczne rozstanie z półroczną Paprotką i Stokrotką mogłoby skutkować jakąś traumą w ich dalszym życiu? Na wszelki wypadek postanowiliśmy, że te dwa maluchy nie będą przebywać poza naszym domem dłużej niż tydzień. Ciekawe było dla mnie to, że urlop z tymi dwiema dziewczynkami, nadal był dla mnie urlopem. Jestem też przekonany, że tak samo by było, gdybyśmy wyjechali na wakacje tylko z samymi Bliźniakami, albo z samymi Ptysiami. Chyba nie bez powodu ktoś kiedyś wymyślił, że w zastępczej rodzinie zawodowej powinna być tylko trójka dzieci. Kolejne dziecko powoduje lawinowy wzrost trudności w każdej sferze. Teraz, gdy mamy szóstkę dzieci, wcale nie uważam, że jestem dobrym ojcem zastępczym. Co do nich mówię? Poczekaj, nie teraz, nie krzycz bo ona śpi, nie przeszkadzaj, pobaw się sam, muszę zrobić obiad.

Bliźniaki i Ptysie spędziły w rodzinach wakacyjnych cały miesiąc. Romulus z Remusem dopytywali o nas, upewniali się, że istniejemy i że niedługo do nas wrócą. Czy rozmowy przez telefon i trzykrotne odwiedziny w ciągu tego wakacyjnego miesiąca coś zmieniły... w jakiś sposób im pomogły?

Myślę, że tak. Ale tylko tak myślę. Nie wiem co dla takiego pięciolatka jest ważniejsze – proza życia w naszym domu, czy wakacyjne atrakcje z inną rodziną?

Z Ptysiami nie mieliśmy kontaktu przez cały miesiąc (tylko z ich rodzicami wakacyjnymi). Dzieci nas nie wspominały, o nic nie pytały.

Wychodzi na to, że to one zrobiły sobie od nas urlop.


Teraz jesteśmy już wszyscy razem. Powroty też były bardzo różne.

Stokrotka gdy mnie zobaczyła, to ucieszyła się całą sobą. To nie był tylko uśmiech, nie tylko wyciągnięcie rąk.

Paprotka sprawiała wrażenie obrażonej. Kilkadziesiąt minut musiałem czekać na jej zalotne spojrzenie. Chociaż może wynikało to z tego, że musiała się rozstać z nieco starszym Leosiem, z którym bawiła się przez miniony tydzień.

Romulus po powrocie wciąż na mnie wchodził, przytulał się, całował (właściwie robi to do teraz). Remus z kolei zamęczał mnie rozmaitymi opowieściami.

Balbina z Ptysiem weszli jak do supermarketu. Rozejrzeli się dookoła... spojrzeli na mnie, na Stokrotkę, Paprotkę, Romulusa, Remusa. Ptyś usiadł na fotelu... Balbina zapytała o bajkę i kolację. Zupełnie jakbyśmy widzieli się godzinę temu.

Ptysie były bardzo zadowolone z pobytu na wakacjach. Ich rodzice zastępczy jeszcze bardziej. Chłopiec przez cały czas był bardzo grzeczny. Balbina krótko przed końcem zrobiła kilka awantur, dwa razy siku w majtki. Zostało to potraktowane jako emocje związane ze świadomością powrotu do naszej rodziny. Nie zmieniło to jednak nastawienia rodziców wakacyjnych do dzieci... nadal chcą, aby Ptysie zamieszkały z nimi na zawsze. Mają świadomość tego, że rodzeństwo ma trudną przeszłość, że może nie być łatwo. Teraz tylko sąd musi wyrazić zgodę na przeniesienie dzieci od nas do nich. W tej kwestii, myśli już prawie dwa miesiące.

Balbina od kilku dni jest idealna. Nie krzyczy, nie wścieka się, znowu się do mnie przytula. Nawet mówi, że mnie kocha. Staram się utwierdzać ją w przekonaniu, że te zachowania są tak bardzo przez nas pożądane, tak bardzo potrzebne obu stronom.

Co z tego, że wiem, iż jest to tylko początek kolejnego miesiąca miodowego. Wiem, że jest to chocholi taniec, który zakończy się tak jak zawsze. A może jednak nie tym razem?

Tylko dlaczego Ptysie ani razu nie wspomniały rodziców zastępczych, u których spędziły cały jeden miesiąc? Nic... zupełnie nic.

Romulus z Remusem godzinami opowiadali o kurach, którym wybierali jajka... a te ich dziobały. Może kluczem są kury?

Ale przecież chciałem pisać o wakacjach na Krecie.

Czasami myślę, że powinienem mieć prawny zakaz wyjeżdżania na jakiekolwiek wakacje... ponieważ ściągam jakieś złe moce.


Tsunami prawie zmyło Majkę z powierzchni ziemi

W ciągu tych zaledwie siedmiu dni, spowodowałem że Grecję nawiedził cyklon, który nie tylko był ewenementem w rejonie, w którym mieszkaliśmy, ale ewenementem w skali całego basenu Morza Śródziemnego. Ni stąd ni zowąd pojawiła się burza z piorunami i ulewa nie widziana od wielu lat. A przecież tam od maja nie spadła nawet jedna kropla deszczu. Nawet barman przestał polewać, mówiąc w kółko: „katastrof”. Ale to nie wszystko. Miało miejsce trzęsienie ziemi... pierwszy raz w tym regionie od ponad czterdziestu lat. W hotelu pojawili się złodzieje, którzy wchodzili do pokoju w środku nocy, rozpylali jakiś gaz i w spokoju plądrowali wszystko, zostawiając śpiącym gościom hotelowym tylko przysłowiowe skarpetki i... dokumenty. Najstarsi pracownicy nigdy z czymś takim się nie spotkali.

Gdy jechaliśmy na Santorini, byłem przekonany, że uśpiony od szesnastego wieku wulkan, z pewnością da o sobie znać. No nie dał... jednak aż takich mocy nie mam.


Chociaż złe moce zaczęły działać już dużo wcześniej. Dzień przed wylotem musieliśmy wygenerować tak zwany kod QR. Coś, bez czego nikt do Grecji nie wjedzie, nie wleci, nie wejdzie... nawet namaszczony wsparciem biura podróży. Teraz to jeszcze potrzebny jest wynik testu na wirusa... więc patrząc z perspektywy czasu, powinienem czuć się szczęśliwcem.

Pół dnia zajęło nam zalogowanie się na stronę, która taki kod tworzy. Gdy już się udało, to okazało się, że sam kod będzie nam dostarczony sms-em tuż po północy dnia, w którym będziemy lądować. Na Krecie mieliśmy wylądować około pierwszej w nocy. A co będzie, gdy aplikacja nie zadziała?

Aplikacja zadziałała, ale przez kilkanaście minut nie mogliśmy się połączyć z internetem. Nie działało lotniskowe wi-fi, ani transmisja danych naszego operatora komórkowego. Wszyscy przechodzili, a my motaliśmy się z odbiorem jakiegoś idiotycznego obrazka w telefonie. W końcu się udało.

Jednak zanim do tego doszło, w dniu wylotu Majka zaczęła mi mierzyć temperaturę. Już z samego rana miałem 37,0. Potem było tylko gorzej 37,5; 37,7; 37,8. A przecież byłem zupełnie zdrowy. Przed wyjazdem na lotnisko połknąłem kilka tabletek obniżających temperaturę. Badanie na bramce lotniska wskazało 34,2 – ufff.


O tym, że jadę na Kretę, dowiedziałem się kilka dni przed wylotem. Majka cały czas powtarzała Grecja, Grecja – więc byłem przekonany, że chodzi o Grecję kontynentalną. Ale przecież nie miało to wielkiego znaczenia. W końcu miałem siedzieć wyłącznie przy basenie.


Amfiteatr był na terenie hotelu...

... ruiny również


Jednak gdy tylko zajechaliśmy, Majka zaczęła coś przebąkiwać o jakichś wycieczkach fakultatywnych. Tak więc zaczęliśmy iść na kompromisy, co tak czy inaczej zakończyło się pełną realizacją niecnego planu Majki. Już wcześniej zaplanowała sobie wspomnianą Santorini, Spinalongę, aquapark w Hersonissos, czy zwiedzanie miasta... w którym na dobrą sprawę nie było czego zwiedzać.

Pewnego dnia zaproponowała wyjazd na plażę. Z hotelu, w którym mieszkaliśmy, trzy razy dziennie wyjeżdżał autokar. Najpierw zatrzymywał się na plaży, a potem jechał do Hersonissos. Na plażę, to wolałem iść piechotą. Po pierwsze było to tylko 800 metrów, a po drugie, nie musieliśmy się dopasowywać do jakiegokolwiek rozkładu jazdy autokaru.

Ale tym razem Majka się uparła, że sobie podjedziemy. Gdy chciałem wysiąść na pierwszym przystanku, złapała mnie za rękę i powiedziała „poczekaj, jeszcze nie teraz”. Poczekałem... chociaż przecież doskonale wiedziałem, że ten autokar ma tylko dwa przystanki. Majka zaplanowała sobie zwiedzenie jakiejś cerkwi i zakup taniego, regionalnego wina nalewanego do tego co kto ma... na przykład półlitrowych butelek po wodzie. Nawiązała nawet jakieś znajomości hotelowe... dostała mapę z zaznaczonymi punktami, które mamy odwiedzić.

Niestety Grecy nie za bardzo wiedzą co to jest mapa. Nawigacja w telefonie pokazywała tylko nasze położenie na białym tle, a ulice w żaden sposób nie były opisane. Budynki mają tam tylko swoje imiona, bez żadnych numerów. Nawet nasza przewodniczka po Santorini powiedziała, że mieszka w domu, który nie ma żadnego adresu... ani nazwy ulicy, ani numeru adresowego. W związku z tym, nie może podpisywać żadnych umów, kupować czegokolwiek przez internet... jej dom w zasadzie nie istnieje.


Podczas tej podróży dowiedziałem się, że Majka ma jakiegoś świra na punkcie kapliczek... ogólniej mówiąc, na punkcie wszelkich budynków związanych z kultem religijnym.

Na Krecie jest tak, że wiele z tych kapliczek jest otwartych i każdy może tam sobie wejść. A w środku są ikony, rzeźby, piękne meble. Nikt tego nie pilnuje.

Tak więc Majka musiała zajrzeć do każdej budowli przypominającej kapliczkę. Każdej, choć niektóre z nich okazywały się zwykłymi toaletami.


Kapliczki są nawet przy hotelach




Ale pamiętnego dnia, naszym zadaniem było odnalezienie cerkwi, którą mieliśmy zaznaczoną na mapie. Ponieważ mapa nie była zbyt dokładna, a ulice (jak wspomniałem) nie były oznaczone (nawet pismem greckim), w pewnym momencie stanęliśmy przed odpowiedzeniem sobie na pytanie „gdzie my teraz jesteśmy?”. Akurat staliśmy przed pizzerią, w której nie było żywego ducha. Pan pewnie się ucieszył, że będzie miał klienta... a ja do niego z mapą i pytaniem. Przyjrzał się dokładnie mapie, podrapał po głowie, po czym zawołał jakąś dziewczynę (pewnie kelnerkę). Ta również nie za bardzo mogła się odnaleźć na mapie, ale nagle zaczęła krzyczeć „Jorgos, Jorgos!”. Jorgos właśnie wsiadał na skuter. Kto jak kto, ale dostawca pizzy był właśnie tym człowiekiem, którego potrzebowaliśmy. Spojrzał na mapę i bez wahania powiedział „tutaj”. Mieliśmy zatem już tylko 1,3 kilometra do celu wyprawy. Szliśmy i szliśmy... w tym znoju, trudzie i upale – pod górę. Uszliśmy już przynajmniej dwa kilometry, i nic. Przeszliśmy kolejny kilometr... nadal nic. I wówczas usłyszałem słowo, które najbardziej mnie przeraża podczas wszystkich naszych podróży zagranicznych - „zapytaj”. Nie mam pojęcia jak jest po angielsku cerkiew, a do tego jeszcze należałoby założyć, że Greczynka przy kasie w sklepie zna angielski. Majka mówi wówczas do mnie tak jak do dzieci „nie znasz słowa, to opisz to o czym mówisz”. W tym momencie wymiękłem. Powiedziałem „zapamiętaj trzy słowa po angielsku – prawy, sławny i kościół... ale ich zlepek z pewnością nie oznacza cerkwi – chcesz to idź i zapytaj”. Poszła... Po chwili wróciła z radością w głosie, że zaszliśmy już zbyt daleko i musimy kawałek zejść w dół. Cerkiew będzie po lewej stronie.

Trafiliśmy na przedszkole.

Do teraz nie wiem, czy dostawca pizzy wiedział co mówi, czy zwyczajnie chciał się nas pozbyć. Nie wiem też, o co Majka zapytała panią w markecie.







Nieco lepiej było z poszukiwaniem sklepu z winem kupowanym na litry. Majka już wcześniej mnie przygotowywała – zastanów się, jak jest po angielsku wino z nalewaka. Na samą myśl robiło mi się gorąco i zaczynałem poszukiwać takiej małej tableteczki o nazwie „stoperan”. Czy istnieje angielski odpowiednik słowa „nalewak”? Czy osoba sprzedająca wino z nalewaka, wie jak to coś się nazywa?

Sprawa okazała się o tyle prosta, że pani sprzedawczyni całkiem dobrze mówiła po polsku, a pomiędzy wszelkiej maści kubkami, mydełkami, oliwkami i figurkami udającymi brąz lub marmur, udało nam się wypatrzyć kurek. No i z tego kurka nie płynęła woda, tylko alkohol. Nie było to wino, tylko rakija... zwana przez tutejszych „raki”. Kupiliśmy.


Opiszę może trochę trunki, które dano nam skosztować w ramach „all inclusive”.

Wybraliśmy hotel ze średniej półki... nie za drogi, nie za tani. Chociaż gdybym ja go prowadził, to za te niewielkie (nawet dla Polaka) pieniądze nazwałbym go „Hotelem emeryta”. Dlatego, że emeryt mało je, jeszcze mniej pije... cieszy się, że go zawiozą i odwiozą na plażę. Pozostałych bym nie przyjmował, aby nie zwiększać kosztów.

Majka była chyba kiepskim klientem, bo piła za dwóch i jadła za trzech. Ja tylko piłem za trzech. Chociaż ten ich alkohol nie kopał. Do wyboru mieliśmy piwo, wino (białe, czerwone – tylko wytrawne), brandy (wszyscy pili z colą), rakiję (czyli raki with sprite), i ouzo (mówi się quzo z akcentem na „u”) najlepiej z wodą.

Majka zagustowała w winie. Dla mnie było ono kwaśne i pasowało najwyżej do obiadu. Gdy pierwszy raz spróbowałem „raki”, to stwierdziłem że jest to bimber cuchnący denaturatem. Po trzech dniach zmieniłem zdanie... a na pożegnanie kupiłem sobie pół literka jako wspomnienie.

Majka w hotelu nie potrzebowała mojej pomocy. Gdy trzeciego dnia poprosiła mnie, abym przyniósł jej kolejne wino, powiedziałem „Majka, to jest proste... white wine – możesz dodać please”. Wiedziałem, że jak Majce wjadę na ambicję (chociaż mi też jest trudno wymówić white wine), to nie odpuści. Tak więc poszła. Barman puścił do niej oko i powiedział po polsku „po prostu białe wino”.

Innym razem poszedłem po lody po kolacji, ale nie mogłem znaleźć łyżeczek. Powiedziałem do Majki, że chyba zjemy je widelcem. Stwierdziła, że ona to załatwi. Po trzech minutach wróciła z dwiema łyżeczkami. Zapytałem - co powiedziałaś? Jak to co? Lody, łyżeczka, ice cream... OK? Ma dar dziewczyna.

Nie jest to moje zdanie, ale osób, które mieszkają na Krecie. W tej chwili Polacy ratują turystykę na tej wyspie... do spółki z Francuzami. Hotel, w którym mieszkaliśmy był zawsze postrzegany jako miejsce wypoczynku głównie Polaków i Rosjan. Tym razem nie było ani jednego Rosjanina, żadnego Anglika... było paru Niemców. Spotkaliśmy też trzy Ukrainki – od kilku lat mieszkające w Polsce. Niedaleko Hersonissos i Heraklionu jest taka miejscowość Chania. Mekka Anglików. W tej chwili wszystko jest tam pozamykane – hotele, restauracje, sklepy, wypożyczalnie samochodów.

Gdyby ktokolwiek mnie zapytał „czy było warto?”, to bez namysłu odpowiedziałbym, że „tak”. Tyle tylko, że ja mam taki wehikuł czasu, który przenosi mnie o tydzień lub dwa. Wcale nie jestem przekonany, czy faktycznie byłem na Krecie. Być może mam tylko wspomnienia.

To jeszcze napiszę, jakie są moje najmilsze wspomnienia.

Plaże... a dokładniej morze. Same plaże wcale nie są ciekawe. Bardziej przypominają plac budowy. Kamienie, żwir... co kilkaset metrów trochę piasku, który pozwala, że stopy nie będą za bardzo poranione – jednak w żaden sposób nie przypomina to piaszczystego wybrzeża Bałtyku.






Ale są też skały, piękne klify, nieskazitelnie czysta toń ciepłej, turkusowej wody, o takiej wyporności, że nie da się utopić. Pływałem w Morzu Egejskim przez kilkadziesiąt minut. Sto metrów od brzegu, ze świadomością, że pode mną jest kilkunastometrowa otchłań – a przecież wcale nie jestem dobrym pływakiem.

Zrobiłem siku w Morzu Egejskim. Wydaje się to obrzydliwe, ale w danym momencie czułem się cząstką tego ekosystemu. Było to na Spinalondze – wyspie, która dla Greków jest jednocześnie ich atrakcją turystyczną, jak też powodem do wstydu, gdyż jeszcze do lat sześćdziesiątych poprzedniego wieku, były tam osadzane osoby chore na trąd. Rodzina takich chorych też tam mogła pojechać. Tyle tylko, że sprzedawano jedynie bilet w jedną stronę. Myślę, że byłbym gotów taki bilet kupić. Piękne miejsce.

Spinalonga


Trochę jak z "Uwierz w ducha"


Piękne wspomnienie


Z kolei Santorini mnie nie zachwyciła. Od razu się przyznam, że byłem chyba jedyną osobą z naszej grupy, która miała takie odczucia.



Podróż na Santorini

Te domki wszystkich zachwycają


Ceny wynajmu pokoju dochodzą do 6 tys. EUR za dobę



Przemierzyłem z Majką wiele kilometrów wzdłuż plaży. Jednego dnia na wschód, innego na zachód. Znajdowaliśmy zatoczki... laguny mające nie więcej niż dziesięć metrów szerokości. To były małe plaże, tylko dla nas. Pewnie dlatego, że był to wrzesień, a do tego Rosjanie i Anglicy nie dopisali.





Jednego dnia doszliśmy do plaży naturystów. Majka mówi, że nie rozumie takiej potrzeby obnażania się... ale żurawia zapuszczała. Ja bym tam chętnie poszedł. Trudno się wypowiadać, jeżeli czegoś się nie doświadczyło.


Po takich rozmyślaniach, może niezręcznie jest pisać o systemie pieczy zastępczej w Grecji. Ale właściwie nie ma o czym pisać.

W Grecji bardzo ważna jest rodzina. Małżeństwo jest pewnego rodzaju firmą, w którą inwestują rodzice, rodzeństwo, ciotki i nie wiadomo kto jeszcze i w zasadzie dlaczego. I chociaż istnieje coś takiego jak rozwód, to jest on rzadko spotykany. Małżeństwo aż po grób... a przy okazji skoki na boki.

Domy starców, pogodnej jesieni, seniora (jakkolwiek by je zwać) – praktycznie nie istnieją. Oddanie starszej osoby do takiej placowki, jest ujmą na honorze rodziny.

Zapytaliśmy kilka osób o domy dziecka, rodzicielstwo zastępcze, ośrodki adopcyjne. Nikt nic nie wiedział. Pewnie istnieją takie instytucje i takie rodziny. Ale pewnie jest to dokładnie tak, jak z domami starców. Opiekę nad dziećmi w większości przypadków przejmuje rodzina.

Jednak mimo tak dużego przywiązania do rodziny i jej wartości rozumianej jako mama, tata i dzieci – istnieje ogromna tolerancja wszystkiego, co od tego schematu odbiega.

Przed wyjazdem na te wakacje, dostałem w prezencie od mojej szwagierki, bluzkę. Podobno męska, ładny kolor, dobrze się w niej czułem. Chociaż na zdjęciach wyglądam trochę dziwnie... zwłaszcza z damską torebką Majki. Ale chyba tylko ja to zauważyłem.