wtorek, 23 czerwca 2020

PAPROTKA


Dawniej opisywałem nasze dzieci zastępcze, gdy były z nami już kilka miesięcy, a czasami nawet dopiero wówczas, gdy odeszły do nowej rodziny. Dlatego doskonale wiedziałem, dlaczego Luzak był Luzakiem, Foxik – Foxikiem, a Hawranek – Hawrankiem. Teraz piszę niemal w czasie rzeczywistym. Niemal... bo jednak muszę trochę dbać o anonimowość opisywanych dzieci, historii i zdarzeń.

Niedawno przyszła do nas kolejna dziewczynka, dla której muszę wymyślić jakieś imię. Ale przecież jeszcze jej nie znam. Nie wiem jakie ma zwyczaje, cechy charakteru.
Początkowo chciałem dać jej na imię Lawenda... gdyż pojawiła się w naszym domu w czasie, gdy te piękne rośliny rozpoczynały swoje kwitnienie. Równie dobrze mogłaby zostać Różyczką.



Niech jednak będzie Paprotką, bo... rymuje się ze Stokrotką, a te dwie dziewczynki są jak siostry, prawie jak bliźniaczki.

Obecny okres epidemii powoduje, że jednak wszystko płynie dużo wolniej. Wiedzieliśmy, że Paprotka do nas przyjdzie, już kilka dni wcześniej. Bywa, że są to tylko godziny wcześniej. Wiedzieliśmy, że jest dziewczynką, znaliśmy jej imię i wiek. Może to się wydawać dziwne, ale czasami znamy tylko wiek... i to mniej więcej. Tym razem nawet znaliśmy nazwisko mamy dziewczynki, co spowodowało, że Majka dokładnie prześledziła jej profil na facebooku. No cóż, każdy odkrywa tam siebie tak jak chce, a mama Paprotki bardzo chce.

Dowiedzieliśmy się zatem, że Paprotka jest o niecałe dwa tygodnie młodsza od naszej Stokrotki. Ostatni tydzień dziewczynka spędziła w szpitalu, z którego mieliśmy ją odebrać. Majka doszła do wniosku, że jako dziecko zabiedzone, może być dużo mniejsza od Stokrotki. Jednak na wszelki wypadek zabrała z sobą rzeczy w różnym rozmiarze... i dobrze zrobiła.

Gdy Majka wróciła ze szpitala i zobaczyłem dziewczynkę po raz pierwszy, to przeżyłem szok. Powiedziałem „Boże, jaka wielka”, a po chwili dodałem „i jaka brzydka”. Na to Majka stwierdziła „ale zobacz, jakie ma piękne oczy”.
Nie wiem, czy tak reagują wszyscy ojcowie widzący po raz pierwszy swoje dziecko, czy jest to tylko moja przypadłość. Nie mam pojęcia, dlaczego teraz Stokrotka jest dla mnie najpiękniejszym dzieckiem na świecie (chociaż jest łysa jak kolano), a Paprotka mimo bujnej czupryny zupełnie mnie nie zachwyca. Na szczęście wiem, że wkrótce to się zmieni.

Niestety Paprotka może pozostać z nami na dłużej. Chodzi o to, że jej mama zniknęła, zostawiając wcześniej czwórkę swoich dzieci u ich dziadka (czyli swojego ojca).
Bo Paprotka ma jeszcze starsze rodzeństwo, chociaż jej mama jest w wieku naszej najmłodszej córki. Z prostych obliczeń wyszło, że rodząc swoje pierwsze dziecko, sama była jeszcze dzieckiem. Idąc dalej tym tropem, doszedłem do wniosku, że dziadek Paprotki mógłby być moim synem (chociaż musiałbym się trochę postarać). Dalszych wniosków nie będę wysnuwał, aby samemu za bardzo się nie przerazić.

W każdym razie, dziadek z dnia na dzień został postawiony przed faktem, że musi się zaopiekować czwórką swoich wnuków.
Nie do końca jestem przekonany, czy ja bym sprostał takiemu wyzwaniu (chociaż mam przecież jako takie doświadczenie w obyciu z dziećmi). Dziadek, będąc w więzieniu, raczej nie miał zajęć edukacyjnych z zakresu opieki nad maluchami. Pewnie dlatego stwierdził, że mleko to mleko, więc Paprotka przez jakiś czas była karmiona mlekiem UHT z kartonika.

Już nie po raz pierwszy dochodzę do wniosku, że dzieci wychowujące się w rodzinach niekoniecznie posiadających predyspozycje do bycia rodzicem, są o wiele bardziej zahartowane i lepiej przystosowane do istnienia we wrogim dla siebie świecie.

Gdy patrzę na nasze dwie dziewczynki, to stwierdzam, że Stokrotka jest jakaś opóźniona. Ciągle domaga się naszej obecności, nie potrafi samodzielnie pić z butelki i jest strasznie zazdrosna o Paprotkę.
Oczywiście piszę to z dużym przymrużeniem oka... bo tak właśnie powinno być. Nie jest normalne to, że czteromiesięczne dziecko potrafi godzinami leżeć w łóżeczku i niczego nie chcieć od swoich opiekunów. Paprotka ma bardzo płaską głowę, co zdaniem lekarzy jest skutkiem ciągłego przebywania w tej samej pozycji. Ale podobno już podczas pobytu w szpitalu zaczęła jej się zaokrąglać. Stokrotka zdecydowanie ma głowę „goryla” ochraniającego dyskotekę.



Nie mam pojęcia jakie w tej sytuacji zostały podjęte kroki, aby odnaleźć mamę Paprotki. Wszystko komplikuje wypowiedź dziadka, że dziewczyna wyjechała z kraju. Być może powinna być ścigana listem gończym... ale pewnie tak nie jest.

Jeszcze na koniec muszę dodać, że jednak Paprotka jest dwa tygodnie starsza od Stokrotki. Już chcieliśmy dzwonić do sądu, że pomylił datę urodzenia. Okazało się jednak, że to mama nie za bardzo pamięta, kiedy ją urodziła. A może tylko tak bardzo chce anonimizować swoją rodzinę na portalach społecznościowych...

Jestem bardzo ciekawy tej dziewczyny. Dwadzieścia lat (z małym kawałkiem), czwórka dzieci. Ale przecież jakoś sobie dawała radę sama. W żadnych notatkach nikt nie wspomina, żeby miała jakiekolwiek wsparcie. Może jest tą mamą, która pogubiła się w swoim życiu, która z pomocą różnych instytucji odzyska dzieci i będzie się nimi opiekować. Może jest tą mamą, na którą ja wciąż czekam. Może dokona tego, co udało się mamie Messengera... jako jedynej. Ale najpierw musiałaby wrócić... a trochę się obawiam, że wyjechała w siną dal.




środa, 10 czerwca 2020

STOKROTKA 2


Ty jej chyba jeszcze nie kochasz... powiedziała do mnie Majka kilka dni temu. Nie było to pytanie, ani stwierdzenie. Była to refleksja niepoparta żadnym konkretnym wydarzeniem.

Zacząłem się zastanawiać nad tym, co łączy mnie z tą czteromiesięczną dziewczynką. Pewnie, że zdarzają się z mojej strony teksty typu „przejmij ją, bo ciągle wrzeszczy i nie wiem co z nią zrobić”. Ale bywa też tak, że wczesnym rankiem budzi mnie sms od Majki „nie śpi od czwartej... pomożesz?”.

Czy ja kocham Stokrotkę?




Jednak są ogromne różnice pomiędzy kobietą a mężczyzną, pomiędzy matką a ojcem. W przypadku tak małych dzieci, nie ma znaczenia, czy jest to dziecko biologiczne, adoptowane, czy też tylko zastępcze. Dobrze... adoptowane wykreślam, bo takiego doświadczenia nie mam, chociaż mógłbym się założyć o duże pieniądze, że mechanizm działa identycznie.
W naszej rodzinie, po raz kolejny powtarza się ten sam schemat. Majka czuwa nad nocnym życiem Stokrotki, a ja ogarniam pozostałych. Mocne słowa – pozostałych. W praktyce oznacza to tylko tyle, że raz na kilka dni jestem budzony w nocy przez Remusa (który miewa jakieś koszmary senne), albo Romulus rozpoczyna dzień tuż przed szóstą (bo przecież za oknem świeci już słońce). Ptysie śpią bardzo przyzwoicie.

Majka śpi ze Stokrotką w jednym łóżku. Właściwie powinienem napisać, że mała zwyczajnie wyrzuciła mnie z mojej sypialni, bo przecież to nie Majka przeniosła się do jej kołyski. Co się wówczas dzieje w organizmie matki... nawet zastępczej? Jakie hormony się wydzielają? Czy to już jest miłość?

Ja potrzebuję trochę więcej czasu.
Moją rolą jest nie tyle pokochać, ile pozwolić się pokochać. To taka subtelna różnica mówiąca o tym, że to dziecko przywiązuje się do rodzica, a nie odwrotnie.
Temat więzi wciąż jest dla mnie workiem bez dna. Wciąż odnajduję w nim coś nowego.
Niedawno odwiedziła nas Ploteczka z bratem i rodzicami. Obawiałem się, że po czterech miesiącach może już mnie nie pamiętać... przecież ma dopiero dwa lata z kawałkiem.
Nie miałem czasu, aby do końca wypić kawę. Plotka wołała mnie gdy szła na plac zabaw, gdy rysowała kolorowanki, gdy miała ochotę zwiedzić swój dawny pokój na piętrze. Pokój, w którym spędziła ze mną kilka ostatnich miesięcy swojego życia (bo wówczas w łóżku Majki spał Messenger). Byłem wtedy ostatnią osobą, którą widziała przed snem, tym na kogo mogła liczyć w środku nocy, i tym kogo widziała tuż po przebudzeniu.
Czy te więzi mogły być aż tak silne, że teraz wołała wujek, a nie ciocia... albo mama, czy tata? Pewnie odpowiedź na to pytanie jest niezwykle prosta. Wybrała sobie osobę, dla której przyjemnością było spędzenie czasu z nią, a nie picie kawy.

Gdy napisałem pierwszy tekst o Stokrotce, to myślałem, że pobije rekord Irokeza, który odszedł do rodziny już po trzech miesiącach.
Teraz obawiam się, że dziewczynka może pobić rekord ustanowiony przez Smerfetkę... ponad dwa lata bycia z nami.
Odwołanej przez pandemię rozprawie w sądzie nie zostanie nadany nowy tryb do momentu, gdy mama Stokrotki nie wyjdzie ze szpitala psychiatrycznego. Co będzie jeżeli nie wyjdzie przez rok, dwa, trzy … albo nigdy?

Rzeczami, na które nie mam wpływu, nie próbuję sobie zaprzątać głowy.
Od kilku tygodni ma miejsce nowy rytuał. Na przedpołudniowe spanie zabieram Stokrotkę do swojego pokoju. Nie zawsze ma ochotę na drzemkę. Jednak jesteśmy obok siebie. Ona zagaduje mnie, a ja ją. Pozwala mi nawet porozmawiać przez telefon z klientami. W końcu zasypia... a gdy się budzi, zaczyna się do mnie uśmiechać.

Czy Stokrotka będzie kolejną Smerfetką, Gackiem, Ploteczką? A może kolejnymi Bliźniakami? Romulus po przebudzeniu przychodzi do mojego łóżka, kładzie się na mnie w pozycji embrionalnej i mocno przytula. Czasami leżymy tak kilka minut.
Nie potrafię wyobrazić sobie chwili, gdy rozpocznę z nim rozmowę o jego nowej rodzinie. Nie wiem kiedy to będzie... może za rok. Chłopiec o nic nie pyta. Nie mówi, że chce wrócić do mamy. Nie pyta też, czy tutaj jest jego domek. Może on zwyczajnie jest przekonany, że będziemy z sobą już na zawsze.

Ale miało być o Stokrotce... Chociaż właściwie cały czas jest. Jakie znaczenie ma to, czy używam imienia Stokrotka, Smerfetka, czy Romulus? To są dzieci miesiącami i latami przetrzymywane w naszej rodzinie... w rodzinie, w której wiadomo, że nigdy nie zostaną.
Mama Stokrotki czasami się uaktywnia... i jak inne znane nam mamy, mówi że będzie walczyć. Być może pacjenci w tym jej szpitalu mają dostęp raz na jakiś czas do internetu, a może to ona raz na jakiś czas sobie przypomina, że ma córkę.

Nie rozumiem tego co się dzieje. W przypadku Stokrotki, sprawa jest prowadzona w naszym sądzie... tym do którego mam zaufanie, który jeszcze mnie nie zawiódł. I nagle okazuje się, że „ideał sięgnął bruku”? Krótko mówiąc „dupa”?

Pozostaje mi tylko pisać.
Załączam mój ostatni opis Stokrotki, który przygotowałem na posiedzenie zespołu oceniającego całą sytuację. Kiedyś ten tekst przeczytają nowi rodzice dziewczynki. Nie wiem kiedy to będzie.



Ocena rozwoju dziecka na podstawie obserwacji opiekunów (3 miesiące).

Stokrotkę odebraliśmy ze szpitala w drugim tygodniu jej życia.
Z powodu panującej epidemii, wszystkie umówione wcześniej wizyty u lekarzy zostały odwołane, co spowodowało, że w pewien sposób sami musieliśmy dokonywać oceny jej rozwoju w ciągu pierwszych dwóch miesięcy życia. Posiłkowaliśmy się znanymi nam specjalistami, ale wszystko było robione zdalnie, więc dziewczynka nie przeszła żadnych konkretnych badań w ciągu pierwszych dwóch miesięcy życia. Między innymi skonsultowaliśmy się ze znaną nam fizjoterapeutką, która poprzez wzajemne przesyłanie rozmaitych filmików, mówiła nam jakie ćwiczenia możemy ze Stokrotką prowadzić. Dziewczynka w drugim tygodniu swojego życia, potrafiła już podnosić głowę leżąc na brzuchu, co wbrew pozorom mogło świadczyć nie tyle o nadzwyczajnym rozwoju dziecka, ile o wzmożonym napięciu mięśniowym, co faktycznie miało miejsce. Jednak nie można tutaj mówić o jakimś zaburzeniu, a jedynie o pewnej nieprawidłowości rozwoju, co drobnymi ćwiczeniami fizycznymi daje się szybko zniwelować. W tej chwili jest już prawie dobrze.

Gdy nastąpiło luzowanie sytuacji związanej z koronawirusem i można już było zwyczajnie pójść do lekarza, to Stokrotka została obejrzana przez naszą lekarkę rodzinną i nadrobiliśmy wszystkie zaległe szczepienia.
Byliśmy również u audiologa i od tej strony też jest wszystko w porządku (czyli dziewczynka słyszy tak jak powinna).
W poradni preluksacyjnej jesteśmy umówieni na trzeciego czerwca.
Gorzej z neonatologiem, gdyż żaden z trzech znanych nam lekarzy nie przyjmuje jeszcze zapisów. Wstrzymujemy się z wizytą prywatną, ponieważ zależy nam na wykonaniu USG głowy, a z tym jest już gorzej w przypadku pominięcia wyspecjalizowanej poradni.

Stokrotka fizycznie jest bardzo dobrze rozwinięta. Potrafi wspierać się na przedramionach i podnosić głowę tak wysoko, że patrzy prawie na wprost. Udaje jej się utrzymać taką pozycję nawet przez kilkadziesiąt sekund. W wieku trzech miesięcy jest to bardzo pozytywne i już nie świadczy o wzmożonym napięciu mięśniowym.
Również przez długi czas utrzymuje głowę w pozycji pionowej, gdy jest trzymana na rękach.
Leżąc na brzuchu próbuje odpychać się nóżkami, co w pewien sposób można uznać za pierwsze próby pełzania.
Leżąc na plecach, stara się przewracać na boki. Jeszcze jej się to nie udało, ale musimy już bardzo uważać, aby nie zostawiać jej samej na wysokości, ponieważ w każdej chwili może jej się ta sztuka udać i czasami mogłaby spaść na podłogę.

Rozwój społeczny i emocjonalny nie budzi naszego niepokoju. Stokrotka żywo reaguje na wszystko co dzieje się dookoła (dźwięki, ruch, jak również... co wcale nie jest dobre, na obrazy pojawiające się w telewizorze). Nawet zaczęła przyzwyczajać się do pewnych rytuałów dnia codziennego. Wie, że do wieczornego zaśnięcia jest jej potrzebna ciocia, a nad ranem (tuż po przebudzeniu) wypatruje wujka (czyli mnie). Obowiązującym punktem dnia jest kawa z mlekiem. Ja piję kawę, a Stokrotka mleko. Gdy mnie nie widzi, to kręci głową i szuka mnie wzrokiem. Jak tylko się odezwę, to natychmiast spogląda w kierunku słyszanego głosu. Doskonale rozróżnia domowników. Nie tylko po wyglądzie, ale również po głosie.


Potrafi łączyć rączki w linii środkowej ciała i najczęściej dłonie są już otwarte. Chętnie chwyta za palec, albo podaną zabawkę (do której często dokłada drugą rączkę). Zarówno zabawki jak i piąstki wkłada do buzi. Próbuje też chwytać butelkę podczas karmienia.
Reaguje na kolorową karuzelę nad łóżeczkiem. Obserwuje ją i próbuje do niej sięgnąć, co jest dobrym ćwiczeniem na koordynację „ręka-oko”.

Wydaje już kilka różnych dźwięków. Głuży i odpowiada na mówienie do niej, zwłaszcza na słowa onomatopeiczne typu „chał-chał”, „chrum-chrum”, „brrrrrum”, „pyr-pyr-pyr-pyr-pyr”. Nie tylko się wówczas uśmiecha, ale czasami nawet śmieje w głos.

Bardzo lubi, gdy się coś przy niej robi. Nie sprawia więc jej problemu przebieranie, przewijanie, a kąpiel wręcz uwielbia. Kąpiemy ją codziennie, bo jest to dla niej sygnał, że rozpoczyna się noc.
Sen nocny trwa mniej więcej od godziny 21-wszej i bywa, że budzi się dopiero po ośmiu godzinach. Chociaż są przypadki, że obudzi się po północy i wówczas najlepszym rozwiązaniem jest zabranie jej do łóżka cioci (zresztą w swoim łóżeczku śpi dopiero mniej więcej od dwóch tygodni – wcześniej spała z ciocią). W ciągu dnia ze spaniem jest dużo gorzej. Drzemki są krótkie i można powiedzieć, że dziewczynka jest ciągle w ruchu (chociaż bywa, że prześpi kolejne karmienie nawet o dwie godziny). Karmimy ją mlekiem Nan 1, średnio w odstępach 3-4 godzin (na dobę wychodzi 6 razy) po 160 ml.
Podczas ostatniej wizyty u lekarza rodzinnego (co miało miejsce trzy tygodnie temu) ważyła 5 kilogramów (czyli w normie). Teraz ma zapewne więcej, gdyż ostatnio musiałem już zakupić pieluchy o numerze 3. W dwójki ledwo się mieści. Ale „utyta” nie jest. Jest pięknym, zdrowym niemowlakiem.

Uwielbia spacery... zwłaszcza po lesie, gdy wózek telepie się po szyszkach i gałęziach. Na asfalcie czasami nie może zasnąć.

Od tygodnia zaczęła interesować się lustrem. Z pewnością jeszcze siebie nie rozpoznaje, ale może traktuje je jak bajkę w telewizji.

Mama dziewczynki nie odzywała się przez ponad dwa miesiące. Od dwóch tygodni usilnie poszukuje mamy zastępczej (czyli mojej żony) na Facebooku, wysyłając do wszystkich jej znajomych pytania i prośby o pomoc w kontakcie, gdyż jest to dla niej „sprawa życia i śmierci”. Gdyby w postanowieniu sądu był również nasz adres, to z pewnością byłaby już u progu. Chociaż może miałaby pewne problemy, gdyż jest leczona psychiatrycznie w zakładzie zamkniętym. Na tę chwilę przekazujemy zdjęcia poprzez PCPR. Nie wykluczamy rozmów telefonicznych. Ewentualne kontakty bezpośrednie będziemy ustalać w porozumieniu z PCPR-em.








piątek, 29 maja 2020

--- Masz wiadomość cz. 5


Korzenie, tożsamość, historia... chyba mimo wszystko są to pojęcia, których waga jest niedoceniana nie tylko w środowisku rodzin adopcyjnych, ale być może również zastępczych. Może zrozumienie tego jest pewnym procesem, który wymaga czasu.

Ścianka numer 1

Kilka lat temu opisałem dziewczynkę, której na blogu dałem imię Landryna. Był to tylko wpis epizodyczny, gdyż dziewczynka wraz ze swoim bratem była u nas chyba tylko dwa tygodnie... może miesiąc, dokładnie już nie pamiętam. Później spotkaliśmy się jeszcze pewnie kilka razy, gdyż Landryna mieszkała w rodzinie zastępczej, z którą mamy ciągły kontakt... rodzinie, z którą często się spotykamy. Bywa, że nasze dzieci spędzają tam kilka godzin (a nawet dzień, czy dwa), i na odwrót. Jest to rodzina, w której mieszka starszy brat Balbiny i Ptysia.
Mogłoby się wydawać, że taka bardzo krótka znajomość nie pozostawi w życiu dziecka żadnego śladu... a jeżeli już, to będzie to przykre wspomnienie - być może związane z koniecznością nagłego zamieszkania w zupełnie obcym domu, albo poczuciem odrzucenia przez rodzinę zastępczą, bo ta zechciała pojechać sama na wakacje.
Kilka miesięcy temu Majka zupełnie przypadkowo spotkała Landrynę będąc w domu Erica i Skiatos... czyli aktualnej rodziny Billa. W końcu musiałem nadać imiona rodzicom zastępczym, o których bardzo często wspominam w swoich opisach. Etymologii nie będę tłumaczył. Podobnie zresztą nie będę tłumaczył dlaczego kiedyś Landrynę nazwałem Landryną. Tylko jej brat jest jedynym dzieckiem, któremu na blogu nie zmieniłem imienia. Bardzo ono do niego pasowało... choć było specyficzne. Stwierdziłem, że nikt nie pomyśli, że jakiś rodzic mógł tak nazwać swoje dziecko. Chociaż... moja najstarsza córka też ma dość ciekawe imię.
Gdy Landryna zobaczyła Majkę, to podbiegła do niej i się przytuliła. Pamiętała...
Niedawno dziewczynka napisała do mnie parę słów na FB i zaprosiła do znajomych. Do Majki też napisała.
Nie mamy w zwyczaju przyjmować do znajomych dzieci. Ale ją przyjęliśmy, bo Landryna jest wyjątkowa. Mam nadzieję, że moje (nietypowe jak na mnie) wulgaryzmy w komentarzach, związane z naszą niedawną kwarantanną, nie odcisnęły się jakoś mocno na jej zdrowiu psychicznym.

Ścianka numer 2 - gdzieś tu jest Landryna


Ale może też chodzi o to, że to jej rodzice adopcyjni są wyjątkowi? Otwarci na przeszłość, dbający o to, aby każdy fragment życia ich dzieci był … zwyczajnie był. My mamy chyba setki puzzli, które nasze dzieci układają. Jednak na wielu pudełkach są napisy – brakuje dwóch, brakuje trzech... czterech. Tych puzzli dzieci nie za bardzo chcą układać... bo i po co. Zawsze zostanie jakaś biała plama.
Landryna wie, że zaistniała na moim blogu. Wie, że ma na imię Landryna. Nie wiem, czy go czyta. Ona ma tylko jakieś dwanaście lat. Pewnie opisuję tutaj różne sprawy, które mogą być trudne dla dwunastolatki. Czy dziewczynka potrafi zrozumieć, że czasami trzeba od siebie odpocząć... nawet od najbardziej kochanych dzieci? Czy potrafi zrozumieć, że będąc u nas na wakacjach, jej rodzice zastępczy zwyczajnie potrzebowali trochę samotności, bycia tylko z sobą? Jest to trudne do zrozumienia nawet dla wielu rodziców zastępczych... bo przecież od dzieci się nie odpoczywa.


Wiele lat temu mieszkała z nami Sztanga. Gdy odchodziła, miała mniej więcej czternaście lat. Teraz dobiega dwudziestki. Przez kilka lat mieliśmy tylko kurtuazyjny kontakt typu „wszystkiego dobrego z okazji urodzin – dziękuję”. Od jakiegoś czasu Sztanga zaczęła odzywać się do nas częściej. Rozmawia z Majką na FB, dzieli się swoimi emocjami, uczuciami, planami na przyszłość. Opowiada o sobie i dopytuje co u nas słychać. Bardzo miło wspomina czas spędzony w naszej rodzinie.
Był to tylko rok wyrwany z jej życia. Ale może jednak zupełnie inny rok... odmienny od tych, które były przed, i które były po. Majka w pewien sposób gnębiła Sztangę, mobilizując ją do nauki. Widziała w niej potencjał i rzeczywiście dziewczynka znacznie poprawiła swoje oceny (mimo, że poziom naszej szkoły był zdecydowanie wyższy niż jej poprzednich... które wielokrotnie zmieniała).
Ja, cały czas mam wrażenie, że jesteśmy przeciętną rodziną, ani lepszą, ani gorszą od innych. A jednak dla niektórych dzieci możemy być wyjątkowi. Nie wiem dlaczego. Może przyczyna jest bardzo prozaiczna... może wystarczy to, że ja nie krzyczę na Majkę, a ona na mnie. Może wystarczy tylko to, że wszystko jest przewidywalne.
Sztanga właśnie wyszła za mąż. Miała pecha, bo na jej ślubie mogło być tylko pięć osób. Nie napisała, czy była również jej mama. Pewnie w innych okolicznościach zapakowalibyśmy całą naszą ferajnę do samochodu i pojechalibyśmy do kościoła. Sztanga pewnie by się ucieszyła. W końcu nie wstydzi się czasu, który u nas spędziła. Nie chce o nim zapomnieć.
Wkrótce przyjdzie na świat jej dzieciątko. Dziewczyna bardzo wierzy w swój związek. A ja wierzę w jej mądrość. Nawet jako trzynastolatka była nad wyraz dojrzała. Mam nadzieję, że jak będzie trzeba, to zadzwoni do Majki.

Ploteczki nie widziałem już ponad cztery miesiące. Być może epidemia spowodowała, że następnym razem dziewczynka już mnie nie pozna. Ten następny raz będzie już pojutrze.
Czasami się zastanawiam, czym jest czas? Bardziej lekiem, czy może przekleństwem? Chyba jednak tym pierwszym. Gdy ostatnim razem poszedłem do sklepu, aby kupić Plotce jakiś prezent, to doszedłem do wniosku, że już niewiele o niej wiem. Nie mam pojęcia czym się lubi bawić, jakie zabawki już ma, albo o jakich marzy. Kupiłem lalkę... coś, co każdemu facetowi się wydaje, że będzie najlepsze dla dziewczynki. Albo bardziej tak się wydaje każdemu dupkowi, który nie wie co kupić swojej córce.
Plotka nie jest już moją córką. Rozchodzimy się, i nie jest to niczyją winą. W moim sercu będzie na zawsze, niezależnie od tego jak często będziemy się spotykać.

Majka jednak złożyła życzenia urodzinowe Smerfetce (po dwóch latach nieodzywania się). Czy to możliwe, że nadal jesteśmy tak wielkim zagrożeniem, aby zwyczajnie nie odpisać „dziękuję, u nas wszystko okej”?
Zastanawiam się, jak dziewczynka tłumaczy sobie swoją historię. Bo pewnie jakoś tłumaczy. Gdy od nas odchodziła, to miała już ponad dwa lata. Ja, gdy byłem w jej wieku, pamiętam stertę gruzu w mieszkaniu, do którego się wprowadzaliśmy. Pamiętam jak utknąłem w błocie i musiałem wyjść z kaloszy, biegnąc do domu w samych skarpetkach. Ale to był mój dom, którego nikt nigdy nie próbował wymazać gumką z mojej pamięci.

Iskierka niedawno opowiadała swoim rodzicom jak Furia (nasz pies) rozwinął rolkę papieru toaletowego. A przecież ona była jeszcze młodsza. Ale ona ma rodziców, którzy pielęgnują jej historię... nie pozwalają zapomnieć.

Nie wiem kto czyta tego bloga, ale chciałbym, aby to wybrzmiało. Resetowanie historii dziecka jest wielką zbrodnią, jaką można mu wyrządzić.
Iskierka ma w swoim umyśle pawlacz, z którego co jakiś czas wyciąga jakieś pudełko, w którym jest kawałek jej życia... coś, co chce sobie przypomnieć, o czym chce opowiedzieć.
Smerfetka pewnie też ma takie pudełka, ale nikt nie chce wraz z nią ich otworzyć.

Nie wiemy co dzieje się u Sasetki i Maludy. Majka niedawno roztrzaskała swój telefon, tracąc bezpowrotnie wiele numerów telefonów. Mam nadzieję, że jest to tylko jej przypadłość, a rodzice naszych byłych dzieci zastępczych w razie potrzeby znajdą do nas drogę. Ja w swoim telefonie mam zapisany tylko jeden numer rodzica adopcyjnego. Jest to tata Smerfetki. Nie wiem dlaczego zapisałem sobie tylko ten telefon. Jeszcze nigdy go nie użyłem.

Majka narzeka, że ostatnio piszę jakoś tak nostalgicznie. Mówi, że piszę zbyt poważnie, że już nie może się pośmiać tak jak kiedyś.
No to specjalnie dla niej... sytuacja z wczoraj. W środku nocy wychodzi ze swojego pokoju Remus. Spogląda na mnie i wcale nie ma zamiaru się usprawiedliwiać. Zadaje pytanie „dlaczego jeszcze nie śpisz?”

piątek, 22 maja 2020

--- Byłem na kwarantannie


Gdy pod koniec ubiegłego tygodnia pojawiła się informacja, że otwierają nasze przedszkole, to było to niezwykłą radością dla całej rodziny. Wszyscy byli w „siódmym niebie”. Dzieci nie mogły doczekać się, kiedy znowu zobaczą swoje panie, koleżanki i kolegów, a my... kiedy wreszcie przestaniemy mieć je ciągle „na głowie”, kiedy nie będziemy musieli wymyślać zajęć, które choć na chwilę je uspokoją, ani być ciągłym rozjemcą w wybuchających na okrągło sporach.
Nieco nam się pogorszyły nastroje, gdy trzeba było podpisać oświadczenie, że akceptujemy warunki funkcjonowania przedszkola, które zostały określone przez gminę (chociaż pewnie w porozumieniu z dyrekcją przedszkola).

To, że rodzice będą oddawać i odbierać dzieci w progu, nawet mi się podobało, ponieważ przekonać Balbinę i Bliźniaki do szybkiego ubrania się czasami nie jest prosto. Dla personelu przedszkola jest to z pewnością duże utrudnienie.
Niestety było jeszcze kilka innych punktów, które spowodowały, że mina nam nieco zrzedła. Jednak wizja kolejnych tygodni, czy nawet miesięcy w pełnym składzie przez dwadzieścia cztery godziny na dobę powodowała, że podpisalibyśmy nawet cyrograf z diabłem.
W jednym z punktów, który musieliśmy zaakceptować było napisane, że jeżeli dziecko (będąc w przedszkolu) dostanie wysypki, kaszlu, albo gorączki, to nie tylko zobowiązujemy się natychmiast je odebrać z placówki, ale też zostanie powiadomiony Sanepid. Stwierdziliśmy, że będziemy musieli podjąć nadzwyczajne środki ostrożności i przed każdym wyjściem dzieci do przedszkola dokładnie je obejrzeć, osłuchać i zmierzyć temperaturę. Zakładaliśmy też, że do odesłania z przedszkola chyba nie wystarczy lekki kaszelek, czy stan podgorączkowy, ale również powinny pojawić się inne objawy współistniejące przy towarzyszącej nam wszystkim zarazie. Troszkę żartem mówiłem, że przez katarek mamy szansę pójść na dwutygodniową kwarantannę. Zakładałem zatem, że nawet jeżeli będziemy musieli pojechać do szpitala, to nikt nie będzie robił niepotrzebnie testu na wirusa dziecku, któremu prawie nic nie jest, a tylko nie spełnia wewnętrznych norm gminy i przedszkola.

O tym jak bardzo się myliliśmy, dowiedzieliśmy się już trzeciego dnia. Zadzwoniła wychowawczyni Romulusa, że chłopiec ma wysoką temperaturę i natychmiast mamy po niego pojechać. Dwa odczyty termometru bezdotykowego (którego błąd pomiaru czasami wynosi kilka kresek) pokazały 37,9 i 38,1 stopnia. Do tego chłopiec miał zaczerwienione policzki. Ciekawe jest też to, że dzieci do naszego przedszkola są przyjmowane do temperatury 37,5, a powyżej tej wartości trzeba już dziecko odebrać (z jednoczesnym powiadomieniem Sanepidu i Gminy).
Nie wiem więc kto wymyślił te zasady, ale może ktoś taki jak były włodarz stadniny w Janowie Podlaskim, który wprawdzie na koniach się nie znał, ale traktował swoją pracę jak hobby. Tutaj regulamin w przedszkolu też chyba był ustalony przez kogoś, kto traktuje dzieci jak hobby. Każdy rodzic (a przynajmniej matka) dobrze wie, że wzmożona aktywność fizyczna może powodować krótkotrwałe wahania temperatury. Ponadto dziecko niemal codziennie styka się z jakimiś wirusami, na które organizm czasami reaguje zwiększoną ciepłotą ciała, która mija po godzinie lub dwóch (potocznie mówi się, że dziecko się zgrzało).
No i my przy 38 stopniach nie robimy zupełnie nic. Apteczkę otwieramy dopiero po przekroczeniu tej magicznej liczby, albo gdy temperatura utrzymuje się przez dłuższy czas.

Trochę się zdziwiłem, gdy Majka po powrocie wypuściła z samochodu całą czwórkę. Okazało się, że Ptyś miał 37,2, Balbina była smutna, a Remus miał pecha, bo należy do rodziny. Dostaliśmy polecenie wykonania testów na koronawirusa (całej czwórce), gdyż od tego miało zależeć, czy przedszkola nie trzeba będzie zamknąć. Chociaż logicznie patrząc na całą sprawę, to pozostawienie go otwartym było też bezsensowne, bo jeżeli nasze dzieci byłyby chore, to przez te dwa dni zdążyły już pozarażać kolegów, a teraz ci koledzy zarażaliby innych. Niestety każde z naszych dzieci chodzi do innej grupy, a nasza prośba, aby w tym trudnym czasie uczęszczały do jednej (dla dobra ogółu) okazała się niewykonalna logistycznie.

Takich dzieci zakwalifikowanych przez przedszkole do wykonania testów, była tego dnia siódemka. Nie wiem, czy smutna Balbina i zdrowy Remus byli policzeni osobno, czy też zawarci w tej siódemce.
No to stwierdziliśmy, że skoro trzeba, to niech przyślą nam busa mobilnego, bo bez sensu jest pchać się do szpitala z czwórką zupełnie zdrowych dzieci, które nie wiadomo co stamtąd mogą przywlec do domu. Okazało się, że do dzieci taki pojazd nie jeździ i zostaliśmy skierowani do szpitala. Początkowo ktoś miał tylko podejść do samochodu, ale ostatecznie kazali Majce wejść do budynku.
Była tam tylko z Romulusem i Ptysiem, gdyż już wcześniej została odrzucona kandydatura Balbiny i Remusa. Ani na smutek (będący tylko fochem strzelonym z samego rana, który jeszcze nie przeminął), ani na bycie członkiem rodziny, test nie przysługuje. Jeżeli przedszkole ma wątpliwości, to niech dzwoni do Sanepidu – tak powiedziała pani w szpitalu.
Zresztą tak czy inaczej wykonano badanie dwójce zdrowych dzieci. Romulus już po powrocie z przedszkola (czyli po niecałej godzinie) zbladł, temperatura zeszła poniżej trzydziestu siedmiu. Gdyby posiedział trochę w izolatce, którą przedszkole w jakimś celu wydzieliło, to pewnie też by ochłonął.
Lekarka w szpitalu, dzieci dokładnie zbadała. Zmierzyła im również temperaturę. Gdy jej wyszło 35 stopni, to stwierdziła, że ma chyba termometr „do dupy”, więc na karcie wypisowej podała 36,6. Szkoda, że pani w przedszkolu też nie doszła do podobnych wniosków.

Ale najgorsze miało nadejść tuż przed wyjściem z badania. Okazało się, że od tej chwili cała nasza rodzina przebywa na kwarantannie. Nie możemy opuszczać miejsca zamieszkania do czasu uzyskania ujemnego wyniku testu. Kilka dni temu gdzieś czytałem, że ostatnio czas oczekiwania skrócił się z 24 do 12 godzin. Zresztą lekarka też mówiła, że prawdopodobnie będzie gotowy już następnego dnia. Właśnie mija pięćdziesiąta godzina, lodówka i zamrażarka zaczynają świecić pustkami (bo przecież nie zakładaliśmy, że przez trzy dni będziemy mieli cztery dodatkowe „gęby” do wyżywienia), a Sanepid nie przyjmuje już interesantów.
Bo jeszcze nie dodałem, że to Sanepid ściąga z nas kwarantannę, a pracuje tylko w dni robocze do 15-tej. Nie sądzę, aby było to możliwe poprzez numer alarmowy... tutaj to najwyżej ją nakładają.

Jeszcze ciekawiej by było, gdyby jednak wyszedł wynik pozytywny. Wówczas możemy kiblować w domu przez kilka miesięcy. Wynika to z tego, że ten potencjalnie zakażony Romulus musi być na kwarantannie dwa tygodnie. I dopiero od tego dnia zaczyna nam się nasza kwarantanna, bo przecież mógł nas zarazić ostatniego dnia swojej kwarantanny. Żeby jeszcze bardziej dodać tej sprawie pikanterii, to może być i tak, że po tych dwóch pierwszych tygodniach, zarazi się ktoś z pozostałej trójki, więc nam przesuwa się wszystko o kolejne dwa tygodnie. I tak dalej do końca wakacji. A przecież mamy już zarezerwowane lokum nad morzem. Trudno byłoby wytłumaczyć naszym dzieciom, że z powodu rumieńców na twarzy Romulusa, nie wykąpią się w morskiej bryzie.

Stoimy jednak przed ogromnym dylematem... co dalej z przedszkolem. Posłać dzieci i ryzykować, że sytuacja za chwilę znowu się powtórzy? Co będzie, gdy za dwa dni Romulusowi znowu podskoczy temperatura? Po raz drugi będziemy musieli robić mu testy?
Do tego prawdopodobieństwo pojawienia się pozytywnego wyniku testu, u któregoś ze 120 dzieci w przedszkolu, wcale nie jest takie małe. A wówczas zamykają placówkę i wszystkie dzieci wraz ze swoimi rodzinami idą na dwutygodniową kwarantannę.
Może lepiej posiedzieć w domu i w razie czego przechorować tego wirusa w swoim towarzystwie. A może można gdzieś zrobić testy na przeciwciała? Jakoś mam wrażenie, że my mamy zarazę już za sobą. W ciągu ostatnich dwóch miesięcy, każdy (może prawie każdy) z nas był chory w dość dziwny sposób... krótko (tylko po kilka godzin), ale intensywnie.

Posłanie dzieci do przedszkola jest też związanie z ogromnym stresem, głównie dla nich. One już teraz czują się w pewien sposób inne, odrzucone. Remus ciągle powtarza, że go wyrzucili z przedszkola.
A teraz jeszcze będzie tak, że skoro w grupie może być tylko połowa dzieci, to kto przyjdzie pierwszy, ten będzie lepszy. Czy możliwe, że o szóstej rano zacznie się ustawiać kolejka przed drzwiami? A nawet jeżeli nasze dziecko zostanie przyjęte, a potem przyjdzie dziecko rodzica uprzywilejowanego, to według regulaminu, my musimy przyjechać i nasze odebrać. Ja sobie z tym jakoś poradzę, ale jak wytłumaczę Remusowi, że znowu go wyrzucają, bo przyszła Kasia. To taka trochę stygmatyzacja.
Jak tu więc planować sobie pracę zawodową? Bo przecież ja pracuję, a Majce za chwilę znowu zaczną się wyjazdy do sądów, lekarzy, urzędów. Ale to nawet nie o mnie chodzi. Nie negocjuję umów wartych dziesiątki, czy setki tysięcy złotych. Nie miewam umówionych spotkań, które ważą o losach mojej firmy. Nie mam szefa, który mnie zwolni, bo co chwilę nie przychodzę do pracy. Mogę pójść na kwarantannę w każdej chwili (bo przecież od dawna pracuję zdalnie). Mogę odebrać dziecko z przedszkola w ciągu 15 minut. Ja mogę...inni nie.

I pewnie trudno mieć pretensje do naszego przedszkola. Odnoszę wrażenie, że bardzo podobnie jest również w innych placówkach. Każdy prowadzący się boi, aby nie trafił na pierwsze strony gazet. Tyle tylko, że na takich zasadach nie uda się funkcjonować na dłuższą metę.

PS Późnym wieczorem dostaliśmy informację ze szpitala, że wynik Romulusa i Ptysia jest negatywny. Telefon alarmowy Sanepidu jednak zadziałał. Zostaliśmy skreśleni z listy osób na kwarantannie. Jutro jadę po zakupy. I znowu ciśnie mi się na usta dowcip o Rabinie, Mośku i kozie... ale kolejny raz nie będę go przytaczał. Chociaż może go trochę sparafrazuję: „poślij dzieci do przedszkola, a dowiesz się jak przyjemne jest robienie codziennych zakupów”.





sobota, 16 maja 2020

--- Sezon szkoleń

Ostatnio odkryłem Amerykę... wreszcie doszedłem do wniosku, że psychologia to nie matematyka, a terapeuta to nie psycholog. Chociaż może odwrotnie – psycholog to nie terapeuta. Ten drugi jest bardziej jak asystent rodziny, który może być przyjacielem, powiernikiem, pomocnikiem... ale może być tylko urzędnikiem. Terapeuta może być tylko psychologiem.

Mówią, że świat po pandemii będzie nie do poznania, że wszystko ulegnie zmianie i przewartościowaniu. Ale może wiele rzeczy ulegnie uproszczeniu? Może odzyskamy trochę czasu dla siebie, który tracimy zupełnie bez sensu? Wcale nie mam na myśli jakichś zmian świadomościowych, czy tworzenia nowego porządku świata. Moje spostrzeżenia są dużo bardziej przyziemne.
Gdy dwa lata temu Majka zapisała się na jakieś szkolenie w Warszawie, to było to nie lada przedsięwzięcie logistyczne. Dwa dni wykreślone z mojego życiorysu.
Ja w ostatnim tygodniu wziąłem udział w trzech wideokonferencjach i mam opanowane już przynajmniej trzy komunikatory. Nawet nie wyszedłem z domu. Nawet nie musiałem zmienić zaplutego przez Stokrotkę sweterka, bo kamerka laptopa jakoś wszystko ładnie rozmazała. Musiałem tylko wybrać, czy chcę wystąpić na tle obciachowej półki z książkami, okna (z którego światło spowoduje, że zupełnie nie będzie mnie widać), kartonów z rzeczami dla dzieci, czy stosu złożonego z rozmaitych komputerów, drukarek, skanerów, przeplatanych pudełkami z puzzlami i fragmentami łóżka połamanego przez Romulusa. Ostatecznie wybrałem tę półkę z książkami.

Wrócę do drugiej części warsztatów poświęconych zaburzeniom więzi, o których pisałem ostatnio. Czy dowiedziałem się czegoś nowego? Powiedziałbym, że i tak, i nie. W pewien sposób odkurzyłem i usystematyzowałem sobie wiedzę, którą już znałem. Tyle tylko, że tym razem miałem przed oczami Balbinę i Ptysia. Przy każdym kolejno omawianym syndromie świadczącym o zaburzonych więziach, pisałem tak,tak,tak,tak,tak. Ile razy może być „tak”? Wyszło nam, że Ptyś może mieć nawet zdezorganizowany styl przywiązania, o którym niektórzy mówią , że występuje niezmiernie rzadko. A przecież chłopak zrobił tak ogromne postępy. Zrobił i wrócił niemal do punktu wyjścia.
My z kolei stoimy przed dylematem, czy diagnozować rodzeństwo pod względem zaburzeń więzi? Majka mówi, że pojedzie z nimi. Przecież to tylko trzysta kilometrów. Ale to nie o to chodzi. Nie mieszkamy w jakiejś Pipidówie na krańcu świata, więc pewnie w bliższej okolicy też taką diagnozę można by uzyskać. Cofamy się teraz o cztery lata, kiedy podejmowaliśmy decyzję, czy Chapickowi robić diagnozę FAS. Wtedy tego nie zrobiliśmy, i jak się później okazało, być może uratowało go to przed pójściem do placówki.
Co będzie, gdy potencjalna rodzina przeczyta, że Balbina ma lękowo-unikający styl przywiązania, a Ptyś zdezorganizowany? A może moje „tak” stawiałem zbyt pochopnie i wyniki będą zupełnie inne? A może lepiej gdy nowi rodzice  tylko przeczytają moje opisy i sami wyciągną własne wnioski?
Nie wiem... Póki co Majka zamówiła kolejną książkę Chrisa Taylora, w której terapeuta skupił się głównie na zdezorganizowanym stylu przywiązania. Nie mam pojęcia jak przez nią przebrnę, jeżeli będzie napisana tak jak ta poprzednia, którą czytałem.

To szkolenie nie dało mi jednak odpowiedzi na pytania związane ze sposobem postępowania z dziećmi mającymi zaburzenia przywiązaniowe, a zwłaszcza z naszymi dziećmi. Chociaż może trochę mijam się z prawdą. Pewną sentencją było stwierdzenie „zasady, zasady, zasady... i bezwzględne ich przestrzeganie”. Majka zadała dwa pytania. Pierwsze dotyczyło rodzicielstwa bliskości i podążania za dzieckiem w odniesieniu do dzieci z zaburzeniami więzi. Osoba prowadząca stwierdziła, że nie do końca zna tę ideę i ponownie odwołała się do zasad. Drugie pytanie dotyczyło łamania zasad, co było tym bardziej uzasadnione, że prowadząca powoływała się na książkę „Wychowanie zranionego dziecka”. Jej zdaniem chodzi o łamanie zasad, które obowiązywały w rodzinie biologicznej, z której dziecko zostało zabrane. Dla przykładu, kiedyś nie musiało myć rąk przed posiłkiem, a u nas musi. No... ja to rozumiem zupełnie inaczej. I właśnie dlatego psychologia nie jest matematyką.

Wczoraj brałem udział w warsztatach poświęconych seksualności dzieci. Sprawa niby prosta... jak Remus chce sobie miętolić swojego siusiaka, to niech to robi. Byle tylko nie przy stole, w samochodzie, czy sklepie... no i nie za często. Problemy zaczynają się, gdy do gry wchodzą dzieci molestowane seksualnie. Podałem przykład Billa (najstarszego z Ptysi), który ze szczegółami opowiada swojemu rodzeństwu zastępczemu, jak to jego mama całowała siusiaki jego wujków, a oni jej „pipkę”. Z psychologicznego punktu widzenia sprawa jest dość prosta – trzeba wymyślić nową drogę, zachowania alternatywne, nowe historie, które chłopiec będzie chciał opowiadać innym dzieciom, aby nadal być duszą towarzystwa. Tylko czy to wystarczy?
Dawne zachowania Balbiny i Ptysia są tak utrwalone, że w sytuacjach kryzysowych (jaką jest aktualna epidemia i ciągłe przebywanie wszystkich ze wszystkimi), dzieci dążą do zredukowania dyskomfortu z tym związanego, poprzez powrót do działań, które kiedyś były uznawane za właściwe. A są to zachowania silnie zabarwione seksualnie. Są to zachowania, które wydawało się, że już minęły. Teraz wybuchły ze zdwojoną siłą.

To drugie szkolenie podobało mi się bardziej, choćby dlatego, że będzie miało jeszcze ciąg dalszy. Przeznaczony czas zwyczajnie się skończył, a wiele osób czuło niedosyt, gdyż nie miało okazji zadać pytań związanych z nurtującymi je problemami. Ja również miałem jeszcze w zanadrzu przynajmniej dwa pytania. Jednym z nich jest nasza wątpliwość związana z zachowaniami Balbiny w stosunku do chłopaków naszych córek. Wchodzi im na kolana, głaszcze po brodzie, ręce... przytula się. Oni nie są domownikami, ale nie są też osobami obcymi. Dziewczynka nie zachowuje się tak w stosunku do żadnej kobiety... również Majki. Jak mamy na to reagować? Jestem bardzo ciekawy odpowiedzi.

Jest jeszcze trzecie szkolenie. Na tę chwilę mogę je nazwać szkoleniem, chociaż chodzi o coś zupełnie innego. Dla mnie jest ono najtrudniejsze. Mój organizm uruchamia chyba wszelkie hormony jakie jeszcze mam w zanadrzu, abym nie wyszedł na idiotę... abym powiedział cokolwiek mądrego. Czasami się zastanawiam, co ja tam robię. Gdy niedawno odpowiedzią na moją wypowiedź było „to jest takie efemeryczne”, to nie wiedziałem, czy zostałem obrażony, czy tylko ktoś się ze mną nie zgadza... a może właśnie się zgadza. Ale o tym będzie innym razem.
Najlepsze Blogi

sobota, 9 maja 2020

--- Krótki wpis


Niech wreszcie otworzą te pieprzone przedszkola, bo zwariuję.
Ludzie piszą, że się nudzą, grają w gry, słuchają muzyki, ewentualnie się kłócą z braku ciekawszych zajęć. Ja nie dość, że nie mam czasu pokłócić się z Majką, to jeszcze od dwóch dni gnębi mnie permanentna (żeby nie powiedzieć pijacka) czkawka. Obudziłem się dzisiaj o trzeciej i pewnie już nie zasnę. Więc może chociaż coś krótkiego napiszę.

Wczoraj wziąłem udział w szkoleniu. W zasadzie były to warsztaty prowadzone online, a ja tak do końca w nich nie uczestniczyłem, ponieważ to Majka za nie zapłaciła i to ona siedziała przed kamerką. Ja byłem z boku (niewidoczny) i dopiero teraz dotarło do mnie, że jednak czasami mam ochotę coś powiedzieć. Bywały chwile, że cisnęły mi się na usta pewne sentencje, które chciałbym wygłosić. Podpowiadałem Majce... nawet ją kopałem, a ona tylko „cicho, to moje szkolenie”. Może i dobrze, bo z tą moją czkawką to pewnie zbyt dobrze bym nie wypadł.

Osoba prowadząca jest pedagogiem, psychologiem, terapeutą i jeszcze rodziną zastępczą. Ale może ważniejsze jest to, że przez wiele lat była urzędnikiem, który z ramienia PCPR-u nadzorował inne rodziny zastępcze. Wiele razy mówiła, że przecież to takie fajne dziecko, czego od niego chcecie. No to teraz ma... taką Balbinę, tylko pięć lat starszą.

Po dwóch godzinach miałem ochotę opuścić pokój, bo niedługo porzygam się Bowlby'm (chociaż może wtedy minie mi ta czkawka).  Co mi z tego, że wiem, że Balbina ma lękowo unikający styl przywiązania, skoro nikt nie potrafi mi powiedzieć jak z tym konkretnym dzieckiem mam postępować.
No właśnie... jeszcze nie powiedziałem, że całe szkolenie dotyczyło więzi i sposobu postępowania z dziećmi zaburzonymi w tym zakresie.

Stwierdziłem jednak, że nie wyjdę, bo przecież Majka specjalnie zorganizowała cztery osoby do opieki nad naszą piątką dzieci, abym ja też mógł w tym szkoleniu wziąć udział.
I dobrze że nie wyszedłem, bo po pięciu godzinach zajęć, okazało się, że każde z naszych przedszkolaków dostało wypad do swojego pokoju. Najpierw przystawili drabinkę od trampoliny do płotu sąsiada i próbowali do niego przejść, a potem wdrapali się (nie wiadomo jakim cudem) na ponad dwumetrowy mur dzielący nas od drugiego sąsiada.

Wrócę jednak do szkolenia. Gdy minęły dwie godziny i teoria poszła nieco do kąta, to zaczęło robić się ciekawie. Dowiedziałem się, że są dzieci, które nie powinny trafić do rodziny, bo tę rodzinę zwyczajnie rozwalą. Ale też nie ma przyzwolenia na istnienie placówek typu domy dziecka, czy domy pomocy społecznej. Czyli co? To taki paradoks, który być może mogą zrozumieć wyłącznie osoby bezpośrednio związane z pieczą zastępczą... takie, które mają pod opieką dziecko z zaburzeniami więzi.
Bo tak naprawdę, to okazuje się, że w przypadku takich dzieci można wręcz powiedzieć, że żyje się z zupełnie obcą osobą. Nie zna się jej zainteresowań, nie wiadomo co ona chce... gdyż ona o tym nie chce mówić. Często latami poszukuje swojej tożsamości, latami kształtuje swoją ufność w stosunku do rodziny, w której mieszka. Latami funkcjonuje w stanie wojny, mając poczucie, że jest tylko coś za coś.
Wielokrotnie ceną za przyjęcie dziecka z zaburzonym przywiązaniem jest rozpad rodziny. Pewnie jest dużo prawdy w stwierdzeniu, że kobiety są dużo silniejsze psychicznie. Facet odchodzi, bo emocjonalnie nie daje rady, albo ma nieakceptowalny sposób postępowania.

Ja czasami też mam wrażenie, że jestem pewnego rodzaju terapeutą. Wiele osób dzieli się ze mną swoim życiem, pisząc do mnie prywatnie. Zresztą dla Balbiny też jestem terapeutą. Każdy rodzic jest terapeutą, bo przecież przebywa z dzieckiem na co dzień. Nawet najlepszy specjalista nie zdziała cudu spotykając się z rodziną nawet kilka godzin w miesiącu. Do tego ta rodzina musi chcieć.
Kilka miesięcy temu prowadziłem pewną rozmowę na temat sensu rozpoczęcia terapii rodzinnej. W pewnym momencie dziewczyna mi napisała, że dziecko dostało wpierdol i na tydzień był spokój. Nie odpowiedziałem nic, bo nie wiedziałem co mam odpowiedzieć. Z pewnością jest to bardzo skuteczna metoda wychowawcza. Skuteczna w danej chwili... pytanie co będzie potem, za kilka lat.
Ale pozostaje też otwarte pytanie o to, co siedzi w głowie dziecka. Czasami udaje nam się skłonić Balbinę do jakichś zwierzeń, chociaż coraz mniej już pamięta, gubi się w opowieściach, myli fakty. Ostatnio zaczęła opowiadać, że Helmut bił jej mamę. „A mama co na to? A mama dawała mu w czapę tak jak wujek mi”. Jeżeli takie rewelacje opowie psychologowi, a może jeszcze doda, że wujek wącha jej pupę (bo i takim tekstem potrafi rzucić), to ostatnie lata życia spędzę w kryminale.

Póki co, za kilka godzin druga część warsztatów, po której obiecuję sobie dużo więcej niż po tej wczorajszej.
Muszę tylko sprawdzić, czy ta czwórka osób do opieki nad tą piątką, jeszcze jest w domu.



Najlepsze Blogi

poniedziałek, 20 kwietnia 2020

--- Epidemia 2

Cyborgi przed wyjściem na spacer
Minął piąty tydzień przebywania z naszymi dziećmi zastępczymi dzień w dzień, minuta w minutę. Zresztą nie tylko z dziećmi... również ja muszę przebywać z Majką, a ona ze mną. Dzieci też nie mają innego wyjścia, jak tylko pogodzić się z losem i humorami wszystkich domowników, od których ciężko uciec... bo nie za bardzo jest gdzie.

Bywają dni, kiedy czekam aż wreszcie nadejdzie noc i będę mógł spędzić chociaż kilka godzin w zupełnej samotności, w zupełnej ciemności. Przynajmniej do pierwszego wołania Remusa „wujku, wujku, ja się boję”.
Godzina piąta nie jest jutrzenką nadziei. Nie jest świtem zwiastującym coś nowego, niepowtarzalnego. Jest początkiem...
W zasadzie nie jest żadnym początkiem. Jest kontynuacją tego, co miało miejsce wczoraj, przedwczoraj, tydzień temu.

Reakcje wszystkich domowników na stan, w którym się znaleźliśmy, są bardzo różne. Są bardzo zmienne.
Czasami się zastanawiam, czy w tej chwili to nie ja jestem najsłabszym ogniwem. Tuż po świętach już nie mogłem doczekać się godziny dwunastej, aby wsiąść w samochód i pojechać do sklepu po zakupy. W zasadzie, to nawet niczego nie potrzebowaliśmy. Mrożony chleb zawsze mamy w zapasie. Musiałem choć na chwilę wyjechać, aby w ciszy postać w kilkudziesięciometrowej kolejce przed supermarketem. Niestety... kolejki nie było. A do tego w sklepie było wszystko, co chciałem kupić. Nawet mąka żytnia, z której Majka potrafi zrobić chleb.
Po godzinie byłem już w domu, witany słowami „jak miło, że już jesteś”, „wujeczku mój kochany”, „wujciu, a kupiłeś kupę jeża?”. Miłe, prawda? Miłe... w normalnych czasach.

Staram się dbać o stan psychiczny Majki, bo to ona jest teraz najważniejsza w naszej rodzinie. Od rana ogarniam Bliźniaki i Ptysie. Gdy Stokrotka ma ciężką noc, to Majka czasami mi ją przynosi, aby móc jeszcze pospać przynajmniej godzinkę, czy dwie.
Majka odwiedza też raz w tygodniu swoją mamę. Robi jej zakupy, spędza z nią kilka godzin. To są w tej chwili bardzo cenne minuty, kiedy można pobyć w oderwaniu od rodziny. Działają bardzo dziwne mechanizmy, bo mogłoby się wydawać, że przecież nikt nie chce odpoczywać od swojej rodziny. A jednak.

Remus po dwóch tygodniach kwarantanny w pewien sposób się poddał. Przestał wykrzykiwać, że musi gdzieś wyjechać. Przestał się buntować przeciwko wszystkiemu. Zaakceptował (przynajmniej pozornie) to, że nie może być inaczej, że być może już nigdy nie wróci do swojego przedszkola, że ten niewidoczny wirus będzie z nami już na zawsze. Tak jak w pierwszych dwóch tygodniach najbardziej przeżywał odosobnienie, tak teraz, w przeciwieństwie do innych, zaczął tolerować to, że nie możemy wychodzić do lasu (który jest tuż za płotem), że nikt nas nie odwiedza, ani my nigdzie nie wyjeżdżamy. Jest zadowolony z tego, że ma plac zabaw w swoim ogrodzie, że spacer polega na przejściu wiejskimi chodnikami, na których nie ma żywego ducha. Ostatnio Remus nawet zaczął zabierać z sobą lornetkę, aby kogoś wypatrzyć. Czasami ma szczęście i coś zaobserwuje. Wczoraj, gdy przypadkowo zwrócił tę lornetkę w kierunku Majki, padł tekst „Ooo! Widzę jakieś wielkie ptaszysko z wózkiem!”.

Romulus nadal odreagowuje agresją konieczność ciągłego przebywania w grupie. Chociaż w zasadzie chodzi o obecność Ptysi. Gdy ta dwójka z jakiegoś powodu znika z jego otoczenia, to chłopiec staje się dzieckiem idealnym. Rzadko wchodzi w spory ze swoim bratem, i nawet trudno mi powiedzieć, czy chłopcy mają jakąś określoną przez siebie hierarchię ważności. Oni zwyczajnie się dogadują.

Balbina po trzech tygodniach wróciła na dawne tory. Skończyła się sielanka, współpraca, chęć pomagania. Skończyły się rozmowy, próba ustalania wspólnych zasad. Najwidoczniej dziewczynka opanowała już nowe reguły gry, i chce nad nimi panować. W obecnych czasach, gdy spędzamy z sobą całe dnie, jej zachowanie jest szczególnie trudne do zaakceptowania.
W ciągu dnia nie jest jeszcze najgorzej. Jednak każdego wieczora po kąpieli jest „jazda”. Majka mnie zawsze pyta „o co tym razem poszło?”. Najczęściej nie potrafię na to pytanie odpowiedzieć. Może, że kąpała się pierwsza, a może że ostatnia? Może, że to nie ona zapaliła światło w przedpokoju, a może że miało być zgaszone? Może, że zrobiliśmy przed spaniem pięć pompek, a miało być dziesięć... albo jeszcze chciała poskakać na jednej nodze?

Tylko Stokrotka w pewien sposób zyskała na stanie epidemii. Dużo chodzi z Majką na spacery. Nie musi nosić maseczki, a przejeżdżająca powoli policja najwyżej tylko się przygląda. Nieczynne przedszkolaki nie przynoszą żadnych bakterii, więc dziewczynka do tej pory nie miała nawet małego kataru. A skończyła już dwa miesiące.
Spędzam z nią sporo czasu i jest ona dla mnie lekiem na te trudne chwile.




W największym stopniu epidemia dopadła Ptysia. Cofnął się niemal do początku. Na szczęście się jeszcze nie zawiesza tak jak kiedyś. Jednak znowu stara się być niewidoczny. Proste pytania, czy prośby skierowane w jego kierunku puszcza mimo ucha. Udaje, że ich nie słyszy, albo jego umysł stwierdza, że nie należy ich słyszeć. Tylko dlaczego? Zwykła skarga innych dzieci typu „a Ptyś mnie uderzył”, powoduje że chłopiec natychmiast nurkuje pod łóżko, chowa się pod stół, włazi pod fotel.
Często jest zupełnie niewinny. Bywa, że układa jakieś klocki w kącie pokoju, a Balbina siedzi na swoim łóżku i krzyczy „ała, nie bij mnie... nieee, nie bij mnie!”. Nie mam pojęcia, jaki jest jej cel. Dysocjuje, czy prowadzi jakąś swoją grę?


Gdy patrzę na te dwie pary rodzeństwa, to nachodzą mnie rozmaite refleksje dotyczące ich przeszłości. Bliźniaki potrafią wykorzystać w trudnej sytuacji zdobyte umiejętności – potrafią chronić swój umysł, potrafią się przystosować. Robią to może nawet lepiej niż ja.
Ptysie wracają do wypracowanych dawno temu zachowań.

Nie lubię wdawać się w dyskusje na temat wyższości genów nad wychowaniem. Ale jednak mam parę uwag ku przemyśleniu.
Ptysie zostały odebrane swojej mamie mając od czterech lat w górę. O Billu, który już chodzi do szkoły nie chcę zbyt wiele pisać, bo jednak przebywa w innej rodzinie zastępczej. Ale ostatnio uczył się ośmiowersowego wiersza przez osiem godzin. Nie potrafił na końcu wyrecytować ani jednej linijki. Gdy kilka miesięcy temu uczyłem go piosenki o kotku, to po dwóch godzinach znał tylko dwa pierwsze słowa refrenu: „kotku, kotku”.
Ptyś? Ostatnio wspominałem, że bawimy się z dziećmi w kalambury. Chłopiec sobie te zabawy zupełnie odpuszcza. Zwyczajnie w nich nie uczestniczy i żadne zachęcanie niczego nie zmienia. Jest nieśmiały, czy ma świadomość swojej ułomności? Raczej stawiam na tę drugą możliwość, bo idiotę z siebie robi bardzo chętnie, a freski na ścianach za chwilę sięgną sufitu.
Balbina wygaduje takie głupoty, że czasami się zastanawiam, na jakiej zasadzie jest klasyfikowana w normie rozwojowej.

No i naprzeciw stawiam Bliźniaki. Dzieci błyskotliwe, pewne siebie, potrafiące nauczyć się wierszyka, piosenki... dzieci, z którymi można porozmawiać na wiele tematów. Gdy chłopcy przyszli do naszej rodziny, też nie byli już młodzi... mieli nieco ponad dwa lata. Mają jeszcze dwójkę starszego rodzeństwa, które nie odbiega od nich inteligencją, czy umiejętnościami poznawczymi.
Co łączy tę szóstkę dzieci (traktując Bliźniaki jako jedno)? Każde z nich ma innego ojca.
Można przyjąć, że każdy z partnerów mamy Ptysi był imbecylem, a każdy mamy Bliźniaków - geniuszem. Ale też można założyć, że te pierwsze lata życia dziecka są dla niego najważniejsze. Mama Bliźniaków jest nawet całkiem dobrą mamą... wtedy, gdy nie staje się bardzo złą mamą. Ale wygląda na to, że mimo wszystko przekazała chłopcom w ciągu ich pierwszych dwóch lat życia pewne zasady. Pokazała im czym jest więź, czym jest miłość, nauczyła ich się uczyć. Był to okres, gdy właśnie odzyskała odebrane wcześniej starsze dzieci. Był to okres, kiedy się starała, kiedy była monitorowana przez rozmaite instytucje. Cały czas miała asystenta rodziny, a kurator sądowy jest niemal jej „ojcem”.

My, jako rodzina zastępcza, możemy pewne umiejętności pielęgnować... ale niektorych braków być może już nigdy nie da się nadrobić.

Gdyby ktoś w tej chwili zadał mi pytanie, której mamie byłbym skłonny oddać jej dzieci, to zdecydowanie wsparłbym kandydaturę mamy Bliźniaków. Może gdyby miała innego faceta? Może gdyby miała wsparcie swojej mamy? Zapomniałem, dziewczyna spędziła dzieciństwo w spokrewnionej rodzinie zastępczej, w której miała może nawet gorzej, niż gdyby mieszkała ze swoją mamą.
Tak... najlepszym rozwiązaniem byłoby, gdyby chłopcy pozostali w naszej rodzinie zastępczej już na zawsze. Gdy patrzę na roześmiany pyszczek Romulusa, który rozrzuca piasek na trampolinie, albo Remusa, który kamieniem rysuje karoserię samochodu, to tłumaczę sobie, że to są tyko dzieci. Pewnie jest tak dlatego, że jednak bardzo ich kocham.
Jednak opcja pozostania w naszej rodzinie nie istnieje. Nie istnieje, bo to był mój jedyny warunek, który postawiłem przed pozostaniem pogotowiem rodzinnym – nie adoptujemy żadnego dziecka, żadne nie pozostanie naszym dzieckiem na zawsze.
Ale jak za kilka miesięcy wytłumaczę Romulusowi ten dzisiejszy pocałunek, to dzisiejsze przytulenie? Przecież ono bardzo wiele znaczyło... nie tylko dla chłopca.

Gdy wchodzę do zdemolowanego pokoju Ptysi, to natychmiast się wycofuję, bo ciśnienie skacze mi do granicy wytrzymałości organizmu. Uspokaja mnie tylko stwierdzenie, które słyszałem wiele lat temu z ust innych rodzin zastępczych: „będą dzieci, które znienawidzicie”. To jeszcze nie jest ten moment. Ale jest to czas na zastanowienie się, jak przedstawić Ptysie ich przyszłym rodzicom. Mówić o naszych odczuciach, czy nie mówić?
Jest to też czas na uświadomienie sobie, że ja też mam prawo do złych emocji. Nawet o Kapslu nie mogę powiedzieć, że go nienawidziłem. Na końcu tylko zwyczajnie już go nie lubiłem. Ale nie wiem, co byłoby wraz z upływem czasu. 
Rodziny zastępcze, które wypowiadają się gdzieś na rozmaitych forach, często mówią, że jest bardzo ciężko. Czasami wspominają, że są już u kresu wytrzymałości. Jednak nikt nie mówi, że nie lubi swojego dziecka (a przynajmniej bardzo rzadko). Takie sformułowania padają w rozmowach prywatnych. Dlaczego mało kto chce się przyznać do tego, że nie lubi swojego dziecka? Czy jest to powód do wstydu? Wreszcie pytanie, czy można być dobrym rodzicem, nie lubiąc swojego dziecka? Jeszcze na te pytania nie potrafię sobie odpowiedzieć. 

Właściwie piszę nie o tym, o czym chciałem. Zapisałem sobie w notatkach stwierdzenie Balbiny: „Ptyś rekoł wytrzoł kupe”.
Pewnie o słowotwórstwie naszych dzieci napiszę innym razem. Teraz tylko wytłumaczę „kupę jeża”, o której wspomniałem powyżej. Kiedyś dałem naszym dzieciom, jako deser do kolacji, takie dmuchane kulki w polewie czekoladowej. Zapytały „co to jest?”. Pewnie jako rodzic zastępczy powinienem myśleć nad każdym wypowiadanym słowem, ale wówczas bez jakiejkolwiek refleksji odpowiedziałem „to jest kupa jeża”. Powiedziałem tak jeden, jedyny raz. Teraz będę się bał zabrać kogokolwiek do sklepu, gdyż to określenie weszło do ogólnie stosowanego języka w naszej rodzinie.
Jest też coś, co mnie bardzo zastanawia. Generalnie staram się przy dzieciach nie przeklinać, ale w dobie epidemii, czasami zdarza mi się rzucić sformułowanie „ja pierdolę”.
Majka też czasami już zaczyna „pierdolić”. Ciekawe jest to, że dzieci tego nie podchwytują. Ich ulubionymi przekleństwami są nadal kupy, dupy, siusiaki, i... kupa jeża. A może to wcale nie są przekleństwa?

Czuję się źle z tym, że za jakiś czas będę musiał powiedzieć Bliźniakom, że nasz dom nie będzie już ich domem. Czuję się źle z tym, że za jakiś czas nie będę czuł potrzeby spotykania się z Ptysiami i rodziną, w której zamieszkają. Co nie znaczy, że postawię między nami jakiś mur nie do pokonania. 
W pewien sposób tym ostatnim stwierdzeniem zatrzaskuję sobie furtkę przed udostępnieniem tego bloga przyszłym rodzicom Ptysi. Może i dobrze.

Czasami staram się w jakiś sposób podsumować swój własny tekst.
Tak jest właśnie teraz. Napisałem go już kilka dni temu (więc pewne fragmenty są nieaktualne - znowu chodzimy do lasu), ale miałem duże wątpliwości, czy go opublikować. Zastanawiałem się, czy nie zostanie odebrany jak relacja ojca zastępczego, który zwyczajnie tym ojcem nie powinien już być.
Przeczytałem wszystko dzisiaj jeszcze raz, i doszedłem do wniosku, że przecież właśnie tak wygląda życie rodzin zastępczych. Ono nie jest różowe, co nie zmienia faktu, że jest satysfakcjonujące. Przyszłość wszystkich naszych dzieci jest w tej chwili jedną wielką niewiadomą. To, że nie wyobrażam sobie siebie w roli ojca adopcyjnego Balbiny, nie oznacza, że taki ojciec nie istnieje. To, że nie wyobrażam sobie rozstania z Bliźniakami, nie oznacza, że do tego rozstania nie dojdzie... i pewnie w przyszłości będzie miłym wspomnieniem.
Może teraz wygaduję bzdury. Może wielu rzeczy jeszcze nie doczytałem. Może powinienem zostać skierowany na cykl warsztatów poświęconych teorii przywiązania. A może zbyt długo przebywam w odosobnieniu.
Jednak, gdy patrzę na nasze dzieci zastępcze i ich związki z rodziną biologiczną, to dochodzę do wniosku, że dzieci potrzebują tylko kogoś, z kim mogą wejść w pewną relację. I to jest jedyna ich potrzeba. Nie ma jednak znaczenia, kim jest ta osoba (czy osoby). Mama Ptysi (być może z wielką ulgą) przyjęła wiadomość, że w czasie epidemii nie będzie się mogła spotykać ze swoimi dziećmi. Mama Bliźniaków odebrała tę informację ze zrozumieniem, jednak co kilka dni dzwoni i widzi się (o ile tak można powiedzieć) z chłopcami online.
A co na to dzieci? Teraz już mnie nie dziwi, że one nie tęsknią, nie dopytują. Wydaje mi się, że nawet wcale nie chodzi o to, że ich rodzice nie do końca byli dobrymi rodzicami. Te więzi, jakiekolwiek by one nie były, zwyczajnie przestały istnieć. Majka prowadząc wideokonferencję Bliźniaków z ich mamą, po niecałej minucie zostaje sama z mamą, bo chłopcy mają już ciekawsze zajęcia, niż odpowiadanie na pytania jakiejś pani, którą nazywają mamą. Teraz najważniejszym dla nich słowem jest „ciocia”.
Ptysie zapomniały nie tylko o mamie, ale nawet o swoim starszym bracie Billu. Przypomnę rysunek Balbiny, na którym miała przedstawić swoją rodzinę. Poza nią, był tam tylko Ptyś, Remus i Romulus.
Czas... Czas i łagodne rozluźnianie więzi. To jest chyba klucz. Najważniejsza rzecz w rodzicielstwie zastępczym.
Jeszcze całkiem niedawno uważałem, że rodzeństwa pod żadnym pozorem nie należy rozdzielać. Teraz dochodzę do wniosku, że czasami wręcz trzeba. Być może zdrowienie Ptysia wcale nie wynikało z naszych działań, lecz tylko z tego, że w przedszkolu był w innej grupie, niż jego siostra. 
A Balbina? Prawie cały wczorajszy dzień spędziła razem ze mną. Może to zbyt dużo powiedziane, bo ja byłem w swoim pokoju, a dziewczynka w swoim, tuż obok. Można to nazwać karą, albo konsekwencją jej wcześniejszego zachowania. Miała do wykonania zadanie, które zajęłoby jej nie więcej niż piętnaście minut. I z pewnością  jej to nie przerastało. Pozostała trójka chłopców bawiła się w tym czasie na placu zabaw w ogrodzie, a potem wyszła z Majką na spacer.
Balbinę ta sytuacja cieszyła. Mnie przerażała.

Majka mnie ostatnio zapytała, co sądzę na temat ewentualnego wysłania życzeń urodzinowych do Smerfetki. Nie byłyby to życzenia, które dziewczynka mogłaby odczytać, bo choć minęło już kilka lat, to jednak Smerfetka czytać pewnie nie potrafi. Byłoby to swego rodzaju zaproszenie do szlemika skierowane do rodziców dziewczynki. Może po tych paru latach coś się zmieniło. Może nie jesteśmy już zagrożeniem. Zawsze rodzice mogą powiedzieć „pas”... albo nic nie powiedzieć. Tak czy inaczej, dla Smerfetki jesteśmy już nikim. Pewnie już nawet nie jesteśmy wspomnieniem.
Ale te nasze dzieci zastępcze będą kiedyś miały kilkanaście lat. Jakie wówczas bedą ich potrzeby?

Najlepsze Blogi

czwartek, 2 kwietnia 2020

--- Epidemia


Minął już drugi tydzień dobrowolnej kwarantanny całej naszej rodziny. Prawie pełnej kwarantanny, bo jednak dwa razy w tygodniu ktoś musi wyjść po zakupy. To ja zostałem oddelegowany do tego zadania. Jakoś żyjemy, chociaż to dopiero początek.


Gdy te kilkanaście dni temu próbowaliśmy przewidzieć konsekwencje wspólnego spędzania czasu dzień w dzień, godzina w godzinę - to od razu założyliśmy, że to może trwać długo... bardzo długo. To założenie sprawiło, że od początku odrzuciliśmy pojawiające się rozmaite teorie, że jest to niepowtarzalny czas, w którym rodzina ma okazję być razem, w którym znacząco zaczną zacieśniać się więzi pomiędzy poszczególnymi jej członkami, w którym będzie można poznać uroki edukacji domowej... i być może się do niej przekonać.
Doświadczenia innych krajów jednoznacznie pokazywały, że w każdym z nich przemoc domowa wzrosła przynajmniej dwukrotnie. Przypuszczam, że wnioski takie były oparte głównie o sytuacje związane z przemocą fizyczną. A przecież jest też coś takiego jak przemoc emocjonalna, ciche dni, wygarnianie sobie dawnych win. Daleki jestem od twierdzenia, że wkrótce czeka nas baby boom. Prędzej fala rozwodów. Ludzie przyzwyczaili się do różnych form spędzania wspólnie czasu (ale też spędzania tego czasu osobno). I chociaż na co dzień narzekają na jego brak, zwłaszcza w odniesieniu do rodziny, to pewne schematy są już tak skostniałe, że mogą wytrzymać próbę tygodnia, dwóch, może trzech. Być może powoli wszyscy zbliżają się do wyczerpania potencjału dobrej woli.

Postanowiliśmy się przed tym ustrzec od samego początku, i w tym wspólnym więzieniu jak najczęściej być osobno.
Ustaliliśmy pewien plan dnia, który z niewielkimi modyfikacjami jest powielany codziennie. Postawiliśmy na rutynę i zasady. Jeszcze się to sprawdza, chociaż czasami nikt nie wie jaki jest dzień tygodnia.

Majka śpi na parterze ze Stokrotką, a ja na piętrze kontroluję nocne życie Ptysi i Bliźniaków. Obydwa rodzeństwa budzą się około siódmej nad ranem. Czasami pośpią do ósmej, ale bywa też, że ktoś wstanie po szóstej. Do pokoju dziennego schodzimy dopiero o dziewiątej. Do tego czasu cała czwórka dzieci ma zajęcia w podgrupach w osobnych pokojach. Będąc dwójkami, potrafią organizować sobie rozmaite zabawy i nawet nie generują zbyt wielkiego hałasu. Co jakiś czas tylko przychodzą do mnie i zadają pytanie „jak długo jeszcze?” Bliźniaki nawet zaczynają kojarzyć określenia związane z czasem. Wiedzą, że godzina to jeszcze długo, a pół jest już do zaakceptowania. Chociaż wolą mieć podawany czas w minutach, gdyż wówczas potrafią go sobie przełożyć na pokazywanie na palcach.
Ptysie za to przekładają ten określany przeze mnie czas na sformułowania „bardzo długo”, „długo”, „tak sobie”, „krótko” i „bardzo krótko”. Tyle tylko, że sami nie potrafią przypisać do tego określeń podawanych w minutach, czy godzinach. Gdy mówię „jeszcze godzina”, to Balbina zawsze pyta „to długo, czy krótko?” Ptyś nad ranem w zasadzie sam nie wychodzi z pokoju... no chyba, że musi naskarżyć na swoją siostrę. Buduje tory dla pociągów, albo jakieś budowle z rozmaitych klocków.

O dziewiątej wszyscy schodzimy na parter. Daję dzieciom coś do zjedzenia i robię kawę dla Majki i dla siebie. Przez prawie godzinę wszyscy jesteśmy razem. Stokrotka dosypia na moich kolanach, wysłuchujemy wiadomości w telewizji, wymieniamy z Majką uwagi dotyczące przebytej nocy. Dzieci są siebie stęsknione, więc przez jakiś czas jest w miarę spokojnie. Wystarczają krótkie komunikaty kierowane do nich raz po raz, typu „ciszej”, „Romulus”, „Balbina”, „Hej, hej”.

Później ja idę do pracy (czyli do pokoju na piętrze). Moja sytuacja zawodowa właściwie zupełnie nie uległa zmianie. Od dawna pracuję zdalnie, a moi klienci nie pozamykali swoich przedsiębiorstw. Tylko może nieco mniej przejmuję się tym, co dociera do ich uszu, gdy rozmawiamy przez telefon. Czasami ktoś zapyta „Boże, co się tam u pana dzieje?” - proszę się nie przejmować, to tylko kwarantanna.



Po drugim śniadaniu wychodzimy z dziećmi na spacer do lasu. Ja tylko co drugi dzień, bo jednak będąc w lesie nie połączę się z nikim i nie „wejdę” na jego komputer. Prawie zawsze pokonujemy tę samą trasę... mniej więcej pięć kilometrów. Zastanawiam się, kiedy nasze dzieci przestaną zatrzymywać się przy każdym rozwidleniu dróg, pytając „a teraz gdzie?”.
Staramy się ten czas spaceru również wykorzystać na naukę. Uczymy dzieci rozpoznawać drzewa (przynajmniej brzoza i reszta), mówimy że kwiaty leszczyny, to nie robaki (chociaż podobnie wyglądają), przypominamy jakie owoce rosną na jakich drzewach. Bawimy się w kalambury i zadajemy zagadki typu „ma czerwony kapelusz i stoi w lesie na jednej nodze”. Jednak trzeba jeszcze wielu powtórzeń. Muchomora nikt nie może odgadnąć i jak w „Dniu świstaka”, Romulus codziennie odpowiada, że to biedronka, a Balbina że żyrafa.

Majka kiedyś zadała pytanie:
  • Pamiętacie co rośnie na dębie?
  • Cisza
  • No co to jest? Żo...? Żo...?
  • Rzodkiewki! (Remus)
Dawniej w lesie spotykaliśmy najwyżej innych mieszkańców naszej wsi. Teraz jest to teren spacerowy dla rozmaitych rodzin, które podjeżdżają samochodami (zupełnie jak ma to miejsce jesienią, gdy jest wysyp grzybów). W pewien sposób bawi mnie to, że każdej z tych rodzin wydaje się, że na takim zadupiu będzie tylko sam na sam z naturą. Dziwi się więc, gdy idąc leśnym traktem, nagle zauważa naszą bandę. No i jest konsternacja... przejść obok, wycofać się, czy wydeptać nową ścieżkę byle jak najdalej od nas. Trzeci wariant jest najczęściej stosowany. My nie ustępujemy... to przecież „nasz” las.
Chociaż od dwóch dni las znowu się wyludnił. Pewnie niektórzy się zastanawiają, czy to przypadkiem nie jest park, albo bulwar. W razie czego będziemy się tłumaczyć, że jesteśmy wyznawcami panteizmu i jest to dla nas miejsce kultu. Na wszelki wypadek chodzę z Majką po tych leśnych ścieżkach w odległości dwóch metrów, chociaż posiłki jemy przecież przy jednym stole. Dziwne czasy nastały.

Po powrocie z lasu, dzieci znowu coś jedzą. Teraz wszyscy ciągle są głodni. Gdy jadę do sklepu, to wciąż czuję się jak wirusowy panikarz, bo zawsze robię dwa kursy z piętrowym wózkiem.
O trzynastej znów się rozdzielamy. Dzieci idą na piętro na popołudniową drzemkę. Ptysie spędzają mniej więcej dwie godziny w swoim pokoju, Bliźniaki w swoim, ja w swoim , i Majka ze Stokrotką w swoim. Wszyscy odpoczywamy od siebie.



Po obiedzie teoretycznie mają miejsce zajęcia edukacyjne. Teoretycznie... bo praktycznie często dzieci wychodzą do ogrodu – na trampolinę, huśtawki, zjeżdżalnię, do piaskownicy. Wszystko zależy od pogody.
Zadania, które dostajemy z przedszkola realizujemy bardzo selektywnie. Niestety każde z naszej czwórki dzieci uczęszcza do odrębnej grupy. Oznacza to tyle, że dla każdego codziennie otrzymujemy program, którego realizacja pochłonęłaby przynajmniej dwie godziny.
Robimy więc wspólnie to, co wydaje nam się najciekawsze. W tym momencie bardzo się cieszę, że nie mamy dzieci szkolnych... choćby takiego Billa (starszego brata Ptysi). Gdy kiedyś był u nas i moim zadaniem było nauczenie go piosenki, to po dwóch godzinach zdołał zapamiętać dwa wyrazy refrenu. Jak takiego chłopca utrzymać przy komputerze i wyegzekwować naukę on-line? Przecież on wprost mówi, że nie chce się uczyć. Może faktycznie, w obecnej sytuacji, należałoby każdemu dać promocję do następnej klasy i tak okroić program (wyrzucając zbędne fajerwerki), aby po roku czy dwóch zniwelować braki jednego semestru. Ale co z egzaminami? A może obligatoryjnie usadzić każdego na drugi rok w tej samej klasie? Dublowanie się roczników mamy już przecież przerobione. Chyba nie ma tutaj prostych rozwiązań, a jedyną rzeczą, co do której panuje ogólna zgoda jest to, że nauczanie zdalne przerasta wszystkich... dzieci, rodziców i nauczycieli.


Czym jest wirus dla naszych dzieci? Niedawno do pokoju wleciał trzmiel. Dzieci nie miały wchodzić, dopóki owad nie wyleci przez otwarte drzwi. Koronawirus jest chyba postrzegany przez nie w taki sam sposób, chociaż wszyscy wiedzą, że nie można go zobaczyć. Ale wiedzą, że jak wyleci, to wszystko znowu będzie takie jak dawniej.

Największe problemy z adaptacją w nowych warunkach ma Remus. Tłamszą go wszelkiego rodzaju ograniczenia, a nawet przewidywalność każdej godziny, która jest przed nim. Potrafi stanąć i krzyczeć „ja muszę gdzieś wyjechać, muszę pójść do sklepu, chcę iść na plac zabaw!”. Dobrze, że kilkadziesiąt metrów od naszego domu zaczyna się las, a w ogrodzie mamy całkiem przyzwoite wyposażenie służące zabawie. A jednak Remus postrzega to jako ograniczenie swojej wolności. Od dwóch tygodni nigdzie nie pojechał samochodem, nie spotkał innych ludzi. Stał się najbardziej oportunistycznym członkiem naszej rodziny. Przestały go interesować nasze zasady, kieruje się tylko swoim dobrem. Nawet w środku nocy często słyszę, jak przez sen krzyczy „nieee! nieeee!”

Balbina chyba najlepiej przystosowała się do nowych warunków, chociaż o nią obawiałem się najbardziej. Drżałem, że może będzie chciała rozpocząć wojnę na wielu frontach, że będzie się awanturowała o wszystko. A jednak jest lepiej niż było kiedyś. Bywa, że trójka chłopaków szaleje, a Balbina jest do rany przyłóż. Można z nią porozmawiać, poprosić aby zrobiła to, czy tamto... i ona to robi.
Niewątpliwie żyjemy w czasie, gdy dużo więcej czasu spędzam z dziewczynką. Niemal każdą chwilę wykorzystuje, aby się do mnie przytulić, usiąść mi na kolanach, albo chociaż być w moim pobliżu. Zaczęła do mnie mówić „wujuś”. Potrafimy się do siebie przytulić tak zupełnie szczerze, bez żadnych podtekstów, nie zastanawiając się jaki może być tego cel. Przez moment planowałem wygaszać wątek Balbiny na tym blogu. Bo i po co pisać, że robi coś źle, albo jeszcze gorzej.
Ale te jej zachowania są tak specyficzne, że trudno o nich nie pisać. A do tego mogą być powielane w rodzinie, w której dziewczynka za jakiś czas się znajdzie.
Dlaczego Balbina nie wchodzi na kolana Majce? Dlaczego do niej się nie przytula?
Czy ona nie próbuje mną manipulować? Czy przypadkiem nie próbuje podmienić Majki, wejść w jej rolę?

Ostatnio (w ramach edukacji domowej) Balbina dostała polecenie narysowania swojej rodziny.
  • Ale kogo mam narysować?
  • Kogo chcesz, tego kto jest dla ciebie ważny... mamę, Ptysia, Billa, babcię, a może ciocię, albo wujka.
Balbina narysowała cztery postaci: siebie, Ptysia, Remusa i Romulusa. Mimo sugestii Majki, pominęła wszystkich dorosłych. Nikomu nie ufa, czy nikomu nie chce zaufać?

Ptyś jest coraz trudniejszy... a jednocześnie coraz bardziej normalny w sensie rozwojowym. Chociaż ta jego normalność jest spóźniona o jakieś dwa, a może i trzy lata. Ale może chłopiec musi wrócić i ponownie przeżyć okres, którego nigdy nie przeżył? Ptyś zaczyna bić innych, pluć na nich. Jego reakcja na tłumaczenie jest bardzo dziwna. W zasadzie to bym napisał, że robi z siebie klauna. Jednak Majka mówi, że klauna robi z siebie Remus i do tego potrzebna jest inteligencja. No to nie pozostaje mi nic innego, jak stwierdzenie, że Ptyś robi z siebie idiotę. Próbuję mu zatem tłumaczyć, że nie należy pluć na kogokolwiek, a on na to „ale wujek jest głupi, cha, cha”. Najciekawsze jest to, że on wcale nie chce być złośliwy. On nie chce mi dowalić... to ma być taki dowcip.
Ale... Ptysia będę bronił. Może on nie jest grzeczny, może nie jest błyskotliwy... jednak jego ogromny postęp w ciągu ostatniego roku robi na mnie tak duże wrażenie, że pewne jego zachowania traktuję jako koszt procesu zdrowienia.
Kilka dni temu dostał solidną reprymendę... chyba kogoś pobił. Nie zawiesił się, nie uciekł, a nawet próbował się tłumaczyć. W ogrodzie nie okopuje się już na kilka godzin, tylko wraca po kilku minutach.
Chociaż konieczność ciągłego przebywania z tymi samymi ludźmi (czyli z nami), też nie pozostaje bez wpływu na jego psychikę. Ściany w pokoju Ptysi zaczynają przypominać freski z Kaplicy Sykstyńskiej... tyle, że wykonane przez Jacksona Pollocka. Początkowo o te rysunki naścienne podejrzewałem Balbinę. Nigdy nie udało mi się nikogo przyłapać w trakcie tworzenia swojego dzieła. Mam wrażenie, że powstają one pod osłoną nocy, a narzędzia służące do ich wykonania są skrzętnie ukrywane w jakichś zakamarkach pokoju (tajnych skrytkach). Jednak dwa dni temu przyłapałem Ptysia na rysowaniu w książce. Nie była to żadna kolorowanka, lecz zwyczajna książka z bajkami. Od razu rozpoznałem ten sam styl, który widuję na ścianach... ekspresjonizm abstrakcyjny.
Ptyś stał się też maniakiem ustawiania termostatu przy grzejniku. Pewnie wydaje mu się, że jak robi to nocą, to nikt się o tym nie dowie. Nie rozumiem tylko, że jest mu wszystko jedno, czy budzi się w temperaturze 27 stopni, czy jedynie piętnastu.

Pozostało mi jeszcze do skomentowania zachowanie Romulusa. W jego przypadku widzę największy regres zachowań. Kilka miesięcy temu pisałem, że chłopiec zaczyna panować nad swoimi emocjami. Podnosi na kogoś rękę i po chwili zawahania, jednak odpuszcza. Wie, że bicie jest złe. Wystarczyły dwa tygodnie odosobnienia, by szlag trafił wszystkie dotychczasowe normy moralne. Trudno jest nam zapanować nad jego agresją skierowaną do wszystkich dzieci. Nie jest to może jakieś bardzo brutalne zachowanie, gdyż fizycznie nikomu wielka krzywda się nie dzieje. Jednak chłopiec nie potrafi tego kontrolować... musi komuś coś zepsuć, zabrać zabawkę, popchnąć, czy uderzyć... zupełnie bez powodu.
A z drugiej strony ciągle się do mnie przytula i mówi „wujeczku mój kochany”. Gdy dwa dni temu wciąż burzył misternie układane tory przez Ptysia, i już miał dostać wypad na schody, nagle powiedział do mnie „wujeczku, ale ty jesteś moim przyjacielem”. Nie wyleciał, potraktowałem to jako świetną okazję do rozmowy, tłumaczenia, i zapewnienia go o moich uczuciach. Pomogło na pięć minut.

O mały włos zapomniałbym o Stokrotce. Może dlatego, że tutaj wszystko przebiega wzorcowo. Rozpieściliśmy dziewczynkę do tego stopnia, że nie zasypia już inaczej niż na rękach, albo w wózku na spacerze. Gdyby nie epidemia, to właśnie uprawomocniałaby się decyzja sądu o odebraniu jej mamie praw rodzicielskich. Opinia psychiatryczna ze szpitala, w którym przebywa, nie pozostawia żadnych wątpliwości jak wszystko się zakończy.

Tak więc koronawirus otworzył zupełnie nową kartę. Obnażył moje przekonanie, że wszystko mam już pod kontrolą, że wiem czego mogę się spodziewać po każdym z naszych dzieci. Mam tylko nadzieję, że nikt nie wyda zakazu wychodzenia do własnego ogrodu, bo wtedy zwariujemy. Majka dzisiaj zaczęła już mówić podobnie jak Remus.
We mnie z kolei narasta frustracja związana z moją fobią, że coś się zepsuje i nie będę potrafił tego naprawić... a fachowców, to teraz można szukać ze świecą. Kilka dni temu mieliśmy awarię w kuchni. Woda sikała na odległość, zawiodły nawet zaworki przy wężykach do baterii. Na szczęście zawór główny okazał się w miarę szczelny. Co by było, gdyby były pozamykane wszelkie sklepy budowlane?

Tak więc cała sytuacja, w której się znaleźliśmy, często prowokuje mnie do rozmyślań typu „co by było gdyby?”. Nie ma przecież żadnej pewności, że wirusa w naszej rodzinie jeszcze nie ma. A może już go nie ma? Co będzie, gdy się jednak pojawi? No i co by się stało, gdyby nagle Majkę trzeba było podłączyć do respiratora (jak ktoś całkiem poważnie napisał w jednym z komentarzy... do depilatora)? A co stałoby się z naszymi dziećmi, gdybym i ja musiał do niej dołączyć?
Ciekawy jestem, czy ktoś zadaje sobie takie pytania, i czy istnieją jakieś procedury, które w takich przypadkach należałoby wdrożyć.
Czy możemy zatem spodziewać się umieszczenia u nas dzieci z innych rodzin zastępczych? Pewnie tak. A czy może do nas trafić jakieś dziecko w trybie zabezpieczenia pieczy (nagle, z rodziny biologicznej)? Tutaj uważam, że prawdopodobieństwo jest dużo mniejsze. Kuratorzy nie wychodzą w teren, pracownicy socjalni i asystenci rodziny pewnie też nie. Policja jeździ po parkach albo sprawdza odległości pomiędzy klientami ustawionymi w kolejce. Aż strach pomyśleć co się w tej chwili dzieje w dysfunkcyjnych rodzinach, które dotychczas były monitorowane przez różne służby.

Na tę chwilę muszę powiedzieć, że nawet czuję się zaopiekowany przez Jowitę (naszą koordynatorkę). Mimo, że teraz pracuje na pół zdalnie, to jednak jesteśmy w stałym kontakcie. Próbuje wydobyć akt urodzenia Stokrotki, obdzwania sądy Ptysi i Bliźniaków, rozmawia z asystentami rodziny mam obu rodzeństwa.
Jesteśmy zapewniani o pomocy w przypadku jakichkolwiek problemów. Dostaliśmy telefony do kilku psychologów, którzy są gotowi nam pomóc w sytuacji kryzysowej. Nawet przeszedł nam przez myśl pewien niecny pomysł, aby zadzwonić i powiedzieć, że mamy już ochotę pozabijać nasze dzieci zastępcze. Ciekawe jaka byłaby reakcja?
Jednak szybko odpuściliśmy. Może za kilka tygodni zaczniemy się topić... a wtedy nikt nie poda nam ręki.

Ale na akt urodzenia Stokrotki czekamy z niecierpliwością. Przecież my nawet nie wiemy jak ona ma na imię.


Najlepsze Blogi