czwartek, 14 lutego 2019

--- Nie, bo nie.


Oprę się w tym wpisie na temacie szczepienia dzieci, chociaż już kiedyś obiecałem sobie, że będą to dla mnie już sprawy zupełnie obce (w kwestii rozmaitych komentarzy).
Ale... tym razem już po raz ostatni (chyba) chciałbym się skupić na problemie ludzkich zachowań.

Kilka dni temu wypłynęła w mediach sprawa Szymona, okrzyczanego przez wszystkich drugim Alfiem Evansem. Chłopiec kilka dni po szczepieniu przeciwko pneumokokom, zmarł (chyba... tutaj różne wiadomości wzajemnie się zaprzeczają).
Rozpętała się burza. Lekarze opiekujący się chłopcem zostali zmieszani z błotem. Pojawiły się teksty podobno przez nich wypowiadane typu „nie będziemy wentylować zwłok”, „widocznie szczepionka nie była dobrze przebadana”. Woda na młyn dla antyszczepionkowców.

Jest pewna strona, na którą chętnie zaglądam i wydaje mi się ona bardzo rzetelna. Wypowiedzi z reguły nie są wulgarne, nikt nikogo nie obraża – co najwyżej niektórzy się spierają. Tym razem było zupełnie inaczej. Na kilkadziesiąt komentarzy, znalazłem tylko jeden sugerujący, że jednak szczepionki są czymś dobrym dla człowieka... powiedzmy dla ludzkości. Cała reszta była na poziomie rozważań pięcioletniego Ptysia: „nie, bo nie”. Wbrew swoim zasadom, postanowiłem wesprzeć tego gościa. Wprawdzie nie potrzebował on tego wsparcia, ostatecznie stwierdzając, że bełkotu czytać nie będzie, ale byłem ciekawy reakcji na mój komentarz. Napisałem bardzo kulturalnie, bo nie w moim zwyczaju jest obrażanie kogokolwiek. Dostałem jednego like'a (domyślam się od kogo) i kilkadziesiąt minusów. Dowiedziałem się, że jestem idiotą, debilem, lewackim łajnem i mam IQ poniżej 50. Dowiedziałem się, że jak chcę, to sam mogę się szczepić, a potem zdychać. Dowiedziałem się, że nie mam prawa mówić młodym rodzicom, jak mają postępować ze swoimi dziećmi.
A przecież tylko wypowiedziałem swoje zdanie. Stwierdziłem, że nie wierzę w prawdziwość słów lekarzy (co przecież zostało potwierdzone oficjalnym orzeczeniem szpitala) i że nie wierzę, iż szczepienia są doświadczeniami firm farmaceutycznych robionymi na dzieciach. Podałem przykład Królewny, która nigdy nie była na nic zaszczepiona, ponieważ jej układ odpornościowy był nieprzewidywalny i żaden lekarz nie był skłonny podjąć takiego ryzyka. Poszedłem po bandzie, twierdząc że żyje dlatego, iż inne dzieci są szczepione, że kontakt z wirusem odry byłby prawdopodobnie dla niej śmiertelny, i że takie dzieci jak ona mogą być kosztem wolnego wyboru rodziców dotyczącego szczepień.
Jest w tym dużo prawdy. Majka jako opiekun prawny kilkukrotnie musiała podejmować decyzje w kwestiach medycznych. Choćby podanie narkozy było ogromnym ryzykiem (za pierwszym razem nikt nie wiedział, czy to przeżyje) . Tyle tylko, że alternatywą była rezygnacja z operacji, co też było zagrożeniem życia, a do tego wiązało się z ogromnym bólem.

Przykład wspomnianego Szymka jest bardzo przykry. To jest jego tragedia i tragedia jego rodziny. Czy jednak szczepionka była przyczyną śmierci? Może to zwykły zbieg okoliczności, a może rodzice zbyt długo zwlekali z pojechaniem do szpitala? A może kontakt z pneumokokiem w przedszkolu zakończyłby się tak samo? Tych „może” jest bardzo dużo.
Napisałem też, że każdy lek niesie z sobą pewne ryzyko, a przecież rodzice którzy nie chcą szczepić dzieci, chodzą do lekarza, podają swoim dzieciom antybiotyki i inne lekarstwa.
Ręce mi opadły po przeczytaniu odpowiedzi:
" ..co robią przeciwnicy szczepień, gdy ich dziecko zachoruje na całkiem zwyczajną chorobę? Nie chodzą do lekarzy?" tu jest problem, te dzieci nie chorują, dziwne prawda?





sobota, 9 lutego 2019

PLOTKA 4


Plotka niedawno skończyła roczek.
Jest już prawie połowa lutego, a prawa rodzicielskie odebrano jej mamie na początku września. Nawet doliczając czas na uprawomocnienie się wyroku, mamy już grubo ponad cztery miesiące niepotrzebnego przebywania dziewczynki w naszej rodzinie zastępczej.
W poprzednim opisie Plotki rozpocząłem rozważania na temat procesu przejścia dziecka do rodziny adopcyjnej.
Dzisiaj będzie kontynuacja. Krótko tylko przypomnę, że cała procedura mogła się rozpocząć w momencie uzyskania uprawomocnionej i podpisanej przez sąd decyzji o odebraniu praw rodzicielskich. No i na ten podpis czekaliśmy ponad trzy miesiące. Oficjalnie pani sędzina nie miała czasu, aby podpisać swoją decyzję. Otrzymywaliśmy tylko obietnice, że będzie to zrobione najszybciej, jak się da. Ponieważ pani sekretarka z „tego” sądu rodzinnego nie za bardzo lubi rozmawiać z rodzicami zastępczymi, całą operację wzięła na siebie Jowita (nasza koordynatorka). Okazało się, że ona też była traktowana jak upierdliwy petent. W końcu Majka stwierdziła, że również zacznie ją nękać telefonami. Niestety z tego nękania niewiele wychodziło, ponieważ telefon był głuchy, a w administracji sądu twierdzono, że skoro nikt nie odbiera, to znaczy, że tam zwyczajnie nikogo nie ma. Z jednej strony zbiegło się to z okresem protestu pracowników sądu, a z drugiej strony sobie pomyślałem, że przecież w takich małych sądach rodzinnych pracuje tylko jeden sędzia i jedna sekretarka. Wystarczy, że ktoś z tej dwójki zachoruje na grypę i pójdzie na zwolnienie lekarskie – to cała „firma” się sypie. Być może tak też było w tym przypadku. Majka próbowała poruszyć „niebo i ziemię”. Krótko mówiąc, była upierdliwa do granic możliwości. Jowita już się do tego pewnie przyzwyczaiła, ale pan kurator z sądu chyba jeszcze nie.
Dzień przed końcem roku, Maja tak „pro forma” wykręciła numer do sekretariatu, nie licząc że ktokolwiek odbierze. Czekała ją niespodzianka... Odebrała bardzo miła pani.
I tutaj rozmijamy się z Majką w zeznaniach. Minęło już trochę czasu, więc niezbyt dokładnie wszystko pamiętamy.
Moja wersja jest taka, że pani sekretarka stwierdziła, iż zaraz odszuka właściwe pismo i zaniesie pani sędzinie do podpisu. Po kilku minutach powiedziała, że przejrzała wszystkie dokumenty leżące na parapecie, na biurku i koło komputera... i nic nie znalazła. Ale... obiecała, że będzie szukać dalej i w ciągu dwóch dni sprawa zostanie pozytywnie załatwiona.
Wersja Majki jest taka, że pani sekretarka poszła do pani sędziny i szybko wróciła twierdząc, że na parapecie, biurku i wokół komputera jest tyle papierów, iż nie jest w stanie tego teraz odnaleźć... ale też obiecuje potraktować temat za priorytetowy.
Jednak niezależnie od tego kto ma rację, wychodzi na to, że sąd ma w papierach taki sam burdel jak ja. Tyle tylko, że gdyby mnie, powiedzmy Urząd Skarbowy o coś poprosił, to miałbym na odszukanie czegoś tam, najwyżej kilka dni.

Potraktowaliśmy obietnicę pani sekretarki za dobrą monetę. Minęło jednak kilka dni (i nic), więc Majka ponownie uderzyła do pana kuratora. Stwierdził, że potrzebuje trochę czasu, ponieważ robi jakieś statystyki i nie może wychodzić z pomieszczenia. Wygląda na to, że zamknęli biedaka w pokoju, bez żadnego kontaktu ze światem, na tydzień. Ale jednak stanął na wysokości zadania i po kilku dniach oddzwonił, że następnego dnia otrzymamy podpisaną decyzję, co umożliwi PCPR-owi przesłanie całej dokumentacji do Ośrodka Adopcyjnego. I tak się stało.

W połowie stycznia wreszcie wszystko ruszyło. Niestety okazało się, że my też się nie popisaliśmy. Zapomnieliśmy dołączyć opinię naszego lekarza rodzinnego. Wprawdzie jest to jedna strona z podpisem i stempelkiem, ale papier musi być. Na szczęście już następnego dnia nadrobiliśmy zaległość.
Po dwóch dniach zadzwoniła pani z Ośrodka Adopcyjnego, aby umówić się na spotkanie. Niezależnie od opinii psychologa, która jest przekazywana z całą dokumentacją, zawsze następuje dodatkowe badanie psychologiczne wykonywane przez pracowników ośrodka. Po kolejnych dwóch dniach Plotka dała więc popis swoich umiejętności. Poza motoryką dużą, wszystko jest w normie, a nawet do przodu.
Problemem była tylko historia Ploteczki... a w zasadzie jej rodziny. Tam nikt nie jest do końca normalny. Wszystkie dzieci wychowywały się w placówkach (mając orzeczenia o niepełnosprawności  – chociaż to czasami może być tylko zabiegiem natury technicznej). Rodzice i dziadkowie zawsze byli w konflikcie, nigdy nie byli dla siebie wsparciem, a do pomocy społecznej podchodzili na zasadzie: „mi się należy”, „ja nic nie muszę”.
Rodzice adopcyjni mogliby zatem pomyśleć, że coś jest nie tak w genach, że Plotka już w DNA ma zapisaną głupotę, lenistwo i roszczeniowość.

Nastał jednak ten dzień, gdy w naszym progu stanęli rodzice adopcyjni. Byli to pierwsi rodzice, którym zaproponowano Ploteczkę. W tej chwili jesteśmy już po kilku spotkaniach.

Bardzo się obawiałem tego, kim oni będą, jak daleko od nas będą mieszkać i jak zechcą podejść do naszej propozycji przekazania im dziewczynki.
Chyba po raz pierwszy bardzo szczerze porozmawialiśmy z panią psycholog z naszego ośrodka (gdy przyszła zrobić wywiad z Ploteczką). Kolejność proponowania dziecka jest według listy (jedyne co rodzice adopcyjni określają, to wiek i płeć) i nie ma żadnych odstępstw od tej reguły. Nie do końca się w tym temacie zgadzamy, ale rozumiem przejrzystość i uczciwość tej metody. Widzę jednak ludzi, którzy muszą odmawiać przyjęcia dziecka upośledzonego, albo bardzo chorego. Mi też się wydaje, że przecież można (a nawet trzeba) odmówić adopcji dziecka, które mnie przerasta, na które nie jestem przygotowany emocjonalnie. Tyle tylko, że ja patrzę z zupełnie innej perspektywy niż rodzic adopcyjny.
Nie są jednak prawdą krążące pogłoski, że nasz ośrodek zaleca „metodę nagłego cięcia”, zaprzestania kontaktów z dotychczasową rodziną zastępczą. Wręcz przeciwnie, proponowany jest nie tylko długi okres zapoznawania się z dzieckiem, ale również utrzymywanie kontaktu w przyszłości. Nie musi to być często, nie muszą to być bezpośrednie spotkania. Niestety człowiek ma to do siebie, że słyszy to, co chce usłyszeć. Dotyczy to rodziców biologicznych naszych dzieci, rodziców adopcyjnych, zastępczych .. i myślę, że również nas.
Każdy wybiera swoją drogę i pewnie ma do tego prawo. I nie wiem dlaczego się upieram przy tym, że powinien (ten każdy) o tym z nami porozmawiać (nami w sensie osób, które były zaangażowane w procesie adopcji). Na przykład ośrodek martwił się o to, co dzieje się z Hawrankiem (a my mamy z nim częsty kontakt i wiemy, że jest szczęśliwy). Z kolei my martwimy się o Smerfetkę, a podobno jej rodzice utrzymują znajomość z rodziną przygotowującą się do adopcji (i nieoficjalnie wiadomo, że dziewczynka bardzo dobrze funkcjonuje w swojej rodzinie).

No tak... tyle tylko, że Smerfetka jest już przeszłością, a Plotka jeszcze jest tu i teraz.
Abstrahując od adopcji, podziwiam osoby decydujące się zostać rodzicem zastępczym. Ja bym chyba nie mógł. O zgrozo... mówię dokładnie tak samo, jak niektórzy ludzie mówią do nas (co mnie strasznie irytuje). Patrzę jednak choćby na nasze bliźniaki. Rodzice, którzy się nimi zaopiekują, nigdy nie będą pewni, czy chłopcy nie wrócą do mamy biologicznej po roku, dwóch, a nawet pięciu latach. Takie sytuacje się zdarzają. A nawet jak nie wrócą, to czy nie staną się wolni prawnie i zostaną zgłoszeni do adopcji.
Ja od początku wiedziałem, że rozstanie z Plotką jest tak pewne jak to, że kiedyś umrę. Tyle tylko, że w tym przypadku – im szybciej, tym byłoby lepiej.
Nie będę jeszcze opisywał tego, co się dzieje w kontaktach z rodzicami adopcyjnymi. To jeszcze nie ten czas, nie te emocje.
Dzisiaj rano zszedłem z Ploteczką i postawiłem ją na podłodze. Podeszła do swojej mamy i się do niej przytuliła. Wiem, że potrafi to robić. Potrafi się uśmiechać, przytulać, kwiczeć z radości, głaskać po brodzie. Tego ją nauczyłem...a właściwie sama się tego nauczyła. A jednak czuję się trochę nieswojo, gdy to ja przestaję być w centrum jej zainteresowania. Zazdrość? Tak.
Majka tym razem podchodzi do tej adopcji dużo mniej emocjonalnie niż ja. Plotka cały czas jest córeczką tatusia (zastępczego). Gdy odszedł Messenger, znowu wróciłem do sypialni Majki, a Plotka zajęła łóżeczko chłopca. Jednak zmieniło się tylko to... i nic więcej. Gdy Ploteczka prosi o mleko o trzeciej (albo czwartej, albo piątej, albo... ósmej) nad ranem, to nie wstaje do niej Majka. Nawet gdy ona się pierwsza obudzi, to klepie mnie po ramieniu, abym wreszcie ruszył dupsko i podał małej to mleko. A najciekawsze w tym wszystkim jest to, że robię to z ogromną przyjemnością. W końcu niewiele mi już tych chwil zostało.
Rodzicom adopcyjnym jeszcze nie powiedziałem, że prowadzę bloga. Nie chcę, aby teraz wiedzieli jak ważna jest dla mnie Plotka. Mogliby to czasem źle zrozumieć.

Wrócę na koniec do spraw technicznych. Gdy jeszcze nie mieliśmy podpisanego orzeczenia sądu, Majka z panią sędziną z naszego sądu rodzinnego postanowiły, że mamy napisać wniosek o ustanowienie opieki prawnej. Miało to być kolejnym czynnikiem motywującym panią sędzinę z sądu przypisanego Plotce, aby wreszcie raczyła złożyć swój autograf. W takim przypadku cała dokumentacja musiałaby zostać przesłana do naszego sądu. Optymistycznie, nasza pani sędzina wyznaczyła termin rozprawy na nieco ponad miesiąc później. Majka się stawiła... ale dokumentacja nie dotarła. Podobno jest w drodze... albo leży gdzieś na parapecie i nie mogą jej znaleźć. Ale w tej chwili nie ma to już większego znaczenia – do rozprawy o przysposobienie jeszcze kilka tygodni. Chociaż? Ploteczka nie ma w tej chwili nikogo, kto ją reprezentuje. Nikogo, kto mógłby podjąć decyzję choćby w ważnych sprawach natury medycznej. Mógłby to zrobić tylko sąd. Tyle tylko, że Plotka nie podlega już (i jeszcze) pod żaden sąd – bo przecież wszystkie dokumenty od trzech tygodni są „w drodze”.








sobota, 26 stycznia 2019

Ptyś, Balbina i Bill.


Bill nie miał nigdy pojawić się w moich opisach głównie dlatego, żeby w jak największym stopniu zachować anonimowość całej sytuacji i chronić ewentualną możliwość identyfikacji mamy dzieci.
Okazało się jednak, że odegrał istotną rolę, nie tylko w przełamywaniu naszych lodów z jego młodszym rodzeństwem, ale również nam (rodzicom zastępczym) uzmysłowił pewne rzeczy, które z pewnością będą rzutowały na nasze dalsze postępowanie (nie tylko z tymi dziećmi).
Chłopiec jest najstarszy z rodzeństwa, ma sześć lat. Podczas ostatniej interwencji policji, nie byliśmy jedynymi rodzicami zastępczymi, którym mama dzieci chciała wydrapać oczy. Patrząc z jej perspektywy, nawet się temu nie dziwię. Przyjechało dwóch „facetów w czerni” i jakieś dwie „zołzy”. Bill został zapakowany do jednej czarnej limuzyny, a Ptyś z Balbiną do drugiej. Nagle została sama ze swoimi myślami... bo przecież i policja, i kuratorzy, też pewnie szybko się wynieśli.
Rodzeństwo zostało rozdzielone na wniosek sądu. Ale przecież sąd opiera się na danych przekazanych przez organizatora pieczy zastępczej, czyli przez PCPR. Aby to bardziej swojsko zabrzmiało – przez naszą koordynatorkę Jowitę.
Gdy zadzwoniła ona do nas dzień przed odebraniem dzieci, nie byliśmy zachwyceni. Przyjęcie naraz trójki dzieci oznaczało, że będziemy nagle rodziną z sześciorgiem dzieci. Będziemy mieć dwa klany przeciwko sobie „Bliźniaki” kontra „Ptysie”, przy czym ten drugi (nowy) klan byłby w przewadze. Decyzję pozostawiliśmy Jowicie, chociaż nie kryliśmy, że wolelibyśmy tylko dwójkę młodszego rodzeństwa. Patrzyliśmy na całość też pod kątem logistycznym. Te wszystkie dzieci trzeba rozwieźć do przedszkoli i szkół. Ptyś z Balbiną i bliźniaki chodziliby do tego samego przedszkola, ale szkoła Billa jest już pięć kilometrów dalej. Byłoby ciężko.
Uważam jednak, że spieprzyliśmy sprawę. Powinniśmy byli powiedzieć, że bierzemy całą trójkę, albo żadnego.
Kilka ostatnich dni sześciolatek spędził w naszej rodzinie, mając kontakt ze swoim młodszym rodzeństwem. Jego nowa rodzina miała zaplanowane ferie w górach. I nawet chciała zabrać go z sobą, jednak nie udało się już wynająć większego pokoju, ani nawet załatwić jakiejś dostawki.
Dzień, w którym Bill pojawił się w naszej rodzinie, odmienił wszystko. Balbina zaczęła mówić do mnie wujek, przychodziła na kolana, przytulała się. Pozwalała się uczesać i umyć przy kąpieli. To nie ja, a Bill pokazał jej jak się myje zęby. To on zachęcił ją do wspólnych zabaw ze mną. Robiliśmy razem przewroty, karuzele, pompki, brzuszki...
Negatywnie odbiło się to na Romulusie. Cofnął się do dawnych zachowań, gdy starał się zwrócić na siebie uwagę poprzez wyrywanie innym dzieciom zabawek, krzyczenie bez sensu i nieuzasadniony (z naszego punktu widzenia) płacz. Remus zniósł to lepiej... chociaż może są to tylko pozory, może tylko tak mi się wydaje.




Nastał jednak dzień wyjazdu Billa... w zasadzie noc, bo obiecałem dzieciom jeszcze wspólną kolację. Ptyś z Balbiną odprowadzili go wzrokiem siedząc na parapecie. Przy kąpieli nie chcieli się bawić w wodzie (jak dotychczas), tylko szybko pójść do łóżka.
Ptyś przykrył się kołdrą i płakał. Nie chciał rozmawiać. Balbina zasnęła z kciukiem w buzi. Nawet Remus nie mógł zasnąć i musiałem go kilka razy uspokajać. Tylko Romulus był szczęśliwy.
Od rana Balbina znowu zaczęła mówić do mnie „pan”, a do Majki „pani”. Obawialiśmy się, że znowu przeniesiemy się do tych pierwszych dni. Na szczęście po kilku kolejnych godzinach wszystko wróciło do normy. Dzieciaki zachowują się tak samo, jak w okresie gdy był z nami Bill. Nie wiem tylko co siedzi w ich głowie.
Postanowiliśmy jednak, że będziemy się starać, aby rodzeństwo często się spotykało. Rodzina opiekująca się Billem mieszka tylko kilka kilometrów od nas. Nie ma więc większych przeszkód, aby chłopak przyjeżdżał do nas na weekend, albo Balbina z Ptysiem pojechała do niego.

Zacząłem się jednak zastanawiać, jak silne mogą być więzi braterskie. Czy brat może być kimś ważniejszym, niż mama? Dzieciaki rozmawiają z nią przez telefon prawie codziennie... nic się nie dzieje. Chociaż pierwsze spotkanie dopiero przed nami.

Mama...
Poznajemy się coraz lepiej, wiemy nieco więcej o jej przeszłości. Już nie chce nam wydrapywać oczu. Przyjaciółmi nigdy nie będziemy, ale próbujemy się wzajemnie zrozumieć.
Faktycznie może być tak, że przyczyną odebrania dzieci, były te przysłowiowe brudne paznokcie. Mama sama nie dawała sobie rady z trójką dzieci, do tego uciekała przed partnerem, który bił ją i dzieci. Bała się jego i bała się wszystkich... nie ufała nikomu, kuratorom, asystentom rodziny, policji. W końcu ją dopadliśmy. Czy system się pomylił? Czy nie pozwoliła sobie pomóc? Zobaczymy co będzie dalej. Póki co, otwieramy nową kartę, resetujemy swój umysł.
Odezwał się do Majki Helmut, o którym ostatnio wspomniałem. Chce się ożenić z mamą dzieci i je przysposobić. Pierwszą naszą myślą było, że cel uświęca środki. Zapytaliśmy jednak dzieci: „kim jest Helmut?”. W odpowiedzi usłyszeliśmy: „to nasz tata”.
Ale nie jest tatą biologicznym żadnego z nich, przed którym ostrzega nas mama. Ten prawdziwy za kilka miesięcy „wychodzi” i niestety zna nasz adres. Chyba będę musiał odkopać piloty antynapadowe. Majka twierdzi, że coraz bardziej przeklinam, ale ja pierdolę, o co w tym wszystkim chodzi?

Chcę jeszcze wspomnieć o Ptysiu. Między mną a chłopcem nawiązuje się jakaś nietypowa, ale bardzo silna więź. Nie ma ona nic wspólnego z tym co łączy mnie z Plotką, łączyło ze Smerfetką, czy innymi dziećmi. Kiedyś przyjdzie dzień, gdy chłopiec od nas odejdzie. Już teraz wiem, że powiem do niego „run Forrest, run”.



niedziela, 20 stycznia 2019

PTYŚ i BALBINA.


Jesteśmy z sobą już tydzień. Początkowo wszystko zaczęło układać się według znanej nam i wielokrotnie powtarzającej się zasady.

Balbina





















Ptyś























Gdy kilka miesięcy temu do naszej rodziny przyszedł Romulus i Remus, to chłopcy w żadnej
mierze nie byli smutni i przygnębieni. To nie ich musieliśmy pocieszać, to nie oni stali się centrum naszego zainteresowania. Wówczas chłopcy tryskali energią, poznawali nowe otoczenie, nie było widać jakiejkolwiek tęsknoty za rodziną. Z kolei przebywające wtedy z nami rodzeństwo (Sasetka i Maluda), zaczęło okazywać frustrację całą sytuacją. Sasetka przez pół dnia potrafiła bawić się sama, a Maluda leżał na kocu, przyglądając się tylko temu, co robią bliźniaki.

Tym razem to bliźniacy znaleźli się w tej roli. To w ich oczach było widać smutek. Romulus nie opuszczał naszych kolan, a Remus próbował zaszyć się w najciemniejszy kąt. Za to Ptyś z Balbiną „brylowali na parkiecie”. Zupełnie nie przypominali dzieci, które jeszcze kilka godzin wcześniej odbieraliśmy z bezpiecznego (w ich ocenie) środowiska.
Wydaje się to dziwne i niezrozumiałe, ale te nowe dzieci zaczynają funkcjonować w trybie przetrwania. Ich umysł próbuje się dostosować do nowej sytuacji, próbuje nie zwariować. Jest to schemat, który powtarza się zawsze... powtarzał się zawsze (do tej pory). Po pewnym czasie wszystko normalniało.

Zacznę jednak od początku. Zostaliśmy poinformowani, że istnieje duże prawdopodobieństwo interwencji policji w środku nocy i może dojść do odebrania dzieci pewnej rodzinie. Już kilka miesięcy wcześniej, sąd z drugiego końca Polski wydał postanowienie o odebranie mamie dzieci i przekazanie ich do pieczy zastępczej (najlepiej rodzinnej, ale z braku takowej - również instytucjonalnej). Od tego czasu mama wielokrotnie zmieniała miejsce zamieszkania i trudno było ją zlokalizować. Trochę przypominało to „obławę na młode wilczki”, która wreszcie miała dobiec końca.
Interwencja w środku nocy nikomu nie jest na rękę, więc jak się uda, to jest ona odwlekana do godzin porannych. Tym razem tak właśnie było. Przypuszczalnie patrol policji obserwował mieszkanie i gdyby nastąpiła jakakolwiek próba opuszczenia tego lokalu przez rodzinę, to wszystko zaczęłoby się w nocy.
Odebrania dzieci miał dokonać zespół składający się z dwóch policjantów, dwóch kuratorów sądowych i pracownika socjalnego z ośrodka pomocy społecznej. Majka miała jak zawsze podjechać samochodem i jak zawsze dzieci miały zostać jej przyprowadzone przez mamę. Jednak tym razem chciała, abym udał się tam razem z nią. W uzasadnieniu postanowienia sądu było napisane, że mama dzieci nie panuje nad swoimi emocjami, jest arogancka, niekulturalna, nerwowa, i wykazuje poirytowanie oraz złość. Niby standard, ale przecież gdy Majka mnie prosi, to nie odmawiam. Okazało się jednak, że w tym przypadku wszystko wyglądało inaczej niż zazwyczaj. Oczekując na dzieci, spędziliśmy na klatce schodowej ponad dwie godziny. Najpierw mama dzieci wybiegła do nas z „pianą na pysku” i chęcią wydrapania nam oczu. Wszystko zaczęło się rozjeżdżać, odbiegać od standardowych procedur. Policja w takich przypadkach jest również od tego, aby zapewnić bezpieczeństwo nam (w sensie fizycznym) oraz zabezpieczyć dzieci przed wyobrażeniem sobie nas jako agresorów – jako kogoś, kto przyszedł zabrać je jej mamie. Nie do końca to wyszło, chociaż nie mam żadnych pretensji do policji. Jedynie mogę tym młodym chłopakom współczuć takiej pracy. Po kilkunastu minutach zostały wezwane posiłki (przyjechał drugi radiowóz). Dochodzące z mieszkania krzyki nadal nie ustawały. W ciągu najbliższych kilkudziesięciu minut, w mieszkaniu zaczęły pojawiać się kolejne osoby. Wszyscy wchodzili, a nikt nie wychodził. Za to wychodzili sąsiedzi z dołu i z góry. Nagle każdy z nich miał potrzebę pójścia do piwnicy po kompot na obiad... o dziesiątej nad ranem.
Zaczęliśmy się z Majką zastanawiać nad sensem całej tej akcji. Rozumiem to, że istnieją pewne procedury. To, że ani policjant, ani kurator, ani pracownik socjalny, nie mogą dotknąć dziecka... nie mogą go zwyczajnie wziąć za rękę i wyprowadzić na korytarz. Ale czy policja nie może skuć w kajdanki awanturującej się i stanowiącej realne zagrożenie matki? Myślę, że może... z pewnością może. Jednak tutaj mimo wszystko górę wzięło doświadczenie. Po dwóch godzinach wyszła mama w towarzystwie kuratorki. Porozmawialiśmy, opowiedzieliśmy o sobie, o tym jak będzie wyglądał pobyt jej dzieci w naszej rodzinie i jej kontakty z nimi. W zasadzie to tylko Majka mówiła. Ja wypowiedziałem może dwa, albo trzy zdania. Ktoś powiedział do mnie „a ty co taki blady jesteś?”.
Po kolejnej godzinie, mama przyprowadziła nam dzieci do samochodu, dając jakąś torbę z rozmaitymi rzeczami, ale przede wszystkim książeczki zdrowia. Była już pogodzona z losem. Wówczas zobaczyłem w niej skrzywdzoną przez życie dwudziestolatkę. Majka mówi, że jest zniszczona. Może i tak. Może wygląda na trzydzieści lat, a może i więcej. Jednak w tym momencie wyglądała na młodą lwicę zaatakowaną przez stado hien. Jedną z tych hien byłem też ja.

Jest mi strasznie żal tej dziewczyny. Jest w wieku naszej średniej córki i nie ma nikogo... tylko swoje dzieci, które właśnie jej odebrano.
Dzwoni do Majki codziennie. Długo rozmawiają. Bardzo chce odzyskać dzieci.
Na dobrą sprawę, to niewiele o niej wiemy. Sąd uzasadnił swoją decyzję dość lakonicznie. Jowita próbuje czegoś się dowiedzieć z pomocy społecznej, ale było ich kilka. Nawet kurator używał określenia „prawdopodobnie”. Profesja, którą mama się para, jest też tylko hipotetyczna. Ma chyba wielu partnerów jednocześnie. To, że dzieci mają różnych ojców i różne nazwiska, to już mnie zupełnie nie dziwi. Jednak gdy mama rozważa, która kandydatura daje jej większe szanse na odzyskanie dzieci – trochę mnie niepokoi. Zadała Majce pytanie, czy Helmut będzie bardziej wiarygodny niż Mietek? No nie będzie... dopóki się z nią nie ożeni, albo nie uzna jej dzieci za swoje. Na ojców dzieci zupełnie nie może liczyć. Jeden już nie istnieje, a drugi „siedzi”.
W całej tej historii nic się nie „klei”. Pewne jest tylko to, że dzieci były zaniedbane, że mogą posiadać zaburzenia emocjonalne. W wyprawce, którą otrzymaliśmy od mamy, były dwie szczoteczki do zębów. Nówki, jeszcze nie rozpakowane. Pomyślałem sobie, jaka przezorna mama. My naszym dzieciom najwyżej moglibyśmy dać używane. Jednak gdy rozpakowałem te szczoteczki, nałożyłem pastę i dałem im do ręki, to zwyczajnie nie wiedziały co mają z tym zrobić.

Po kilku dniach pobytu w naszej rodzinie, nagle nastąpiło coś, co nigdy dotychczas nie miało miejsca. Dzieci stały się smutne i przygnębione. Pewnie tak w ich przypadku objawia się tęsknota. Tylko dlaczego nie chcą o tym mówić? Dlaczego po czterech dniach zniknęła początkowa otwartość? Być może dzieciaki zorientowały się, że przyszły do nas na dłużej, niż tylko na chwilę. Ale dlaczego jest to pierwszy taki przypadek?

Zwłaszcza Balbina stała się wycofana. Majce jeszcze jakoś udaje się do niej dotrzeć. Jednak ode mnie dziewczynka coraz bardziej się oddala. Zarówno emocjonalnie, jak też fizycznie. Nie pozwala się dotknąć, uczesać, ubrać. Przez tydzień jeszcze nie umyła zębów – sama nie potrafi, a nie pozwala pokazać sobie jak ma to robić.
Niestety bywają sytuacje, gdy Majki nie ma w domu. Gdy ostatnio Balbina zrobiła kupę, to zwyczajnie wyrzuciła mnie z łazienki, twierdząc że sama wytrze sobie pupę. Ale tego też nie potrafi, a ja nie chcę niczego robić na siłę. Cały czas mówi do mnie „pan”.
Chociaż będąc ostatnio w przychodni, też nie pozwoliła się zbadać. Nie otworzyła buzi i nie dała sobie podciągnąć bluzki. Lekarka stwierdziła więc, że Balbina pewnie ma to samo co bliźniaki, więc ma zażywać te same syropki. Akurat te zioła z pewnością jej nie zaszkodzą.

Ptyś jest bardziej otwarty. Sam nie przychodzi się przytulać, ale na to pozwala. I choć jest wówczas nieco spięty, przytulanie sprawia mu chyba przyjemność. Codziennie daje mi buziaka na dobranoc, a wczoraj nawet powiedział „lubię wujka”. Chociaż przed zaśnięciem często płacze. Coraz lepiej wychodzi mu szczotkowanie zębów, pozwala się umyć. Przez tydzień szorowaliśmy gąbką twarz, bo miał jakieś dziwne plamy. Początkowo myślałem, że są to przebarwienia skóry... ale po kilku dniach jednak zeszły.

Mama dzieci na razie zamęcza nas telefonami i sms-ami. Jej brak przywiązania do miejsca zamieszkania spowodował, że postanowiła wynająć jakieś mieszkanie kilka kilometrów od naszego domu. Ciekawe co będzie dalej?

Pisząc dzisiejszy tekst, po raz kolejny zacząłem się zastanawiać, czy nie przekraczam pewnych granic. Czy nie opisuję całej historii zbyt szczegółowo, czy ktoś nieprzychylny dzieciom, nie rozszyfruje pseudonimów i nie zechce tego jakoś wykorzystać. Wydaje się to niemożliwe... chociaż?
Patrzę jednak na grono osób, które tutaj zagląda. Rodzicom adopcyjnym (albo przyszłym adopcyjnym), takie historie może bardziej zobrazują losy dzieci, które z nimi zamieszkały lub zamieszkają. Rodzice zastępczy (zwłaszcza ci przyszli) może lepiej zrozumieją co może ich czekać w kontaktach z rodzicami biologicznymi.
Ale pewnie czytają to również rodziny „statystyczne”, mające „statystyczne” dzieci. I być może takie „statystyczne” dziecko również to przeczyta i stwierdzi: „Jak ja mam dobrze. Mam gdzie mieszkać i co jeść. Otaczam się ludźmi, którzy mnie kochają. Nigdzie nie muszę uciekać. Moim jedynym problemem jest to, że starzy nie chcą mi kupić butów za trzy stówy”.

PS Zapomniałem dodać, że Balbina jest pół roku starsza od bliźniaków, a Ptyś o kolejne dziewięć miesięcy.


sobota, 12 stycznia 2019

MESSENGER (próżnia nie istnieje).


Dzisiaj spędzamy pierwszą noc bez Messengera. Majka odwiozła chłopca do mamy biologicznej. Miał być spokojny wieczór.


"Nie wiem, czy to miłość?".
Siedzę jednak w oczekiwaniu na telefon z policji, która rozważa dokonanie interwencji w domu jednej z rodzin. Minęło zaledwie kilka godzin od pożegnania się z chłopcem, a już w zamian dostaniemy dwójkę rodzeństwa. Żeby chociaż było tak, że dzieci zostaną nam przywiezione. Nie zostaną... jedynymi uprawnionymi do odebrania dzieciaków, jesteśmy my. Policja może tylko przypilnować, aby nikt w tym czasie nie zrobił nam krzywdy. Policjant nie może nawet dotknąć dziecka. A my? My możemy dziecko zapakować do samochodu, nie mając nawet postanowienia sądu. Kurator może pojawić się w rodzinie nie później niż do dwudziestej drugiej, więc pewnie się nawet nie spotkamy. Zobaczymy za to wkur...ną matkę i płaczące dzieci, które wyrwane ze snu w środku nocy, nagle zostaną zapakowane do obcego samochodu, a później do obcego łóżka w obcym domu. Dobrze, że chociaż mają siebie.


Dlaczego ma być przeprowadzona taka akcja? Mama ucieka z dziećmi i ukrywa się w różnych zakątkach kraju. Tyle wiemy... mamy być w gotowości.
Dobrze, że chociaż miałem informację i zdążyłem posprzątać pokój, w którym planujemy dzieci umieścić. Plotka wylądowała więc w łóżeczku Messengera w sypialni Majki, a ja przeniosłem się do innego pustego pokoju (na szczęście mamy ich kilka).

Ale miało być o Messengerze.
Krótko przypomnę jego historię, ponieważ pewne jej elementy mogą być znaczące w dalszym opisie.
Oboje rodzice chłopca są upośledzeni w stopniu lekkim (jak niektórzy uważają – są nerwowi). Ojciec jest alkoholikiem stosującym przemoc w stosunku do swojej żony (mamy chłopca). Zresztą Messenger jest owocem gwałtu (jak niektórzy uważają – powinności małżeńskiej).
Sąd wydał decyzję o umieszczeniu dziecka w naszej rodzinie zastępczej, do czasu wyjaśnienia sytuacji rodzinnej (czyli na czas trwania postępowania).
Mama Messengera zdecydowała się odejść od męża i zamieszkała ze swoim ojcem. Cały czas pracowała i rozpoczęła terapię z psychologiem.
Złożyła jednak zażalenie na postanowienie sądu, co jak się okazało było dużym błędem.. Oczekiwanie na rozprawę w sądzie apelacyjnym skutkowałoby pozostawieniem chłopca w naszej rodzinie jeszcze przynajmniej przez rok (tyle mniej więcej czeka się na sprawę w sądzie okręgowym).
Ponieważ zespół opiniujący jej zachowanie po odebraniu dziecka, jednogłośnie stwierdził dużą poprawę i zaczął rozważać możliwość powrotu chłopca do niej – sprawa nabrała tempa. Mama (za namową) złożyła rezygnację z odwołania się od wyroku (czyli zrezygnowała z wcześniej wniesionego zażalenia), które dziwnym zbiegiem różnych okoliczności, nie zostało jeszcze wysłane do sądu wyższej instancji. Wydawało się jednak, że pierwotna decyzja tak czy inaczej zostanie utrzymana w mocy, co powodowało oczekiwanie na kolejną rozprawę (czyli przynajmniej trzy miesiące). Okazało się jednak, że sąd bardzo poważnie podszedł do tego przypadku. Nie dość, że znalazł odpowiedni paragraf (co paradoksalnie wcale nie jest rzeczą oczywistą), to jeszcze wydał postanowienie w trybie ekspresowym.
Pierwotna decyzja nie została uchylona, co oznacza że mamę nadal czeka rozprawa potwierdzająca jej zdolności do sprawowania opieki rodzicielskiej nad chłopcem. Zmieniony został tylko tryb zabezpieczenia chłopca na czas postępowania. Messenger może więc ponownie zamieszkać ze swoją mamą. Tyle tylko, że w mieszkaniu swojego dziadka, przy ścisłej współpracy asystenta rodzinny i kuratora sądowego oraz istnieniu jeszcze kilku warunków koniecznych, jak choćby udziału mamy w warsztatach mających na celu podniesienie jej kompetencji rodzicielskich.

Jest więc wielki „happy end”. Ploteczka zrobiła „brawo-brawo”, bliźniacy przybili piatkę, a wszelkie urzędy ucieszyły się, że sprawa jest zamknięta... a przynajmniej na jakiś czas wyciszona.
Jest tylko dwoje malkontentów. Jednego nazywają Pikuś, a drugą osobą jest Basia logopedka. Nie rozmawiałem z Basią, więc nie wiem jakie ma przemyślenia. Dotarło do mnie tylko tyle, że jest jej żal, iż chłopiec musi wrócić do swojej mamy.

Jednak swoje zdanie mogę przedstawić.

Moją przewagą nad innymi osobami jest to, że nie znam osobiście mamy Messengera. Wizualizuję ją sobie wyłącznie w oparciu o docierające do mnie rozmaite opinie. Nie wiem więc jak wygląda, w jaki sposób przedstawia swoje racje, nigdy nie spojrzałem jej prosto w oczy. Opieram się więc tylko na spostrzeżeniach innych osób (głównie Majki).

Nie chcę umniejszać postępów mamy chłopca. Jej determinacja w chęci odzyskania syna jest faktycznie imponująca (przynajmniej w porównaniu z innymi mamami naszych dzieci zastępczych).
Jest jednak pewne „ale”.
Mama Messengera w chwili obecnej może liczyć przede wszystkim na wsparcie swojego taty. Jest to faktycznie człowiek twardo stąpający po ziemi, mający świadomość wszelkich konsekwencji związanych z przyjęciem córki i Messengera pod swój dach. Tyle tylko, że jest on sporo starszy ode mnie (a przecież z mojej półki już też biorą).
Co będzie gdy go zabraknie?
Majka bardzo broni tej dziewczyny. Ja analizuję tylko to co słyszę, próbując spojrzeć w przyszłość. Co będzie za lat pięć, dziesięć, czy piętnaście?
Mama Messengera jest typowym przykładem dużego dziecka. Ona ma już prawie czterdzieści lat, a nadal nie potrafi podejmować decyzji, wziąć odpowiedzialności za siebie i za swojego syna. Cechuje ją typowa roszczeniowa postawa, której ja zupełnie nie akceptuję. Uważa, że jej się wszystko należy, że ktoś powinien objąć ją swoją opieką. Wie, że jest dorosła, ale cały czas traktuje siebie jak małą dziewczynkę.
Majka kiedyś zaproponowała jej przyjazd do lekarza. Chyba chodziło o poradnię preluksacyjną. Była to okazja, aby mama spędziła jakiś czas z chłopcem, aby poznała przychodnię, do której być może wielokrotnie będzie uczęszczać. Maja nawet zaproponowała, że sprawdzi o której wyjeżdża tramwaj (prosto spod jej domu) i na którym przystanku musi wysiąść. Nie była tym zainteresowana. Twierdziła, że nie zna tego miejsca, więc nie dojedzie.
Dwa dni temu miała przyjechać na rehabilitację Messengera. Dostała od Majki proste polecenie:”proszę wsiąść w tramwaj numer 14 spod swojego domu o 13.46 i wysiąść na dziewiątym przystanku na placu Powstańców Warszawy – tam będę na panią czekała”.
Proste, prawda?
Nie powiedziałem tego Majce, ale byłem przekonany, że nie dojedzie. Zorganizowaliśmy jednak całą wyprawę. Miałem zostawić Majkę na przystanku i dalej pojechać z Messengerem na rehabilitację. Pół godziny wcześniej zadzwoniła asystentka mamy, że jednak mama nie dojedzie bo ma sprawy do załatwienia.
I to jest właśnie znamienne - te mamy mają swoje asystentki. Gdybym ja chciał mieć asystentkę, która wykona za mnie kilka telefonów, wypełni ileś tam formularzy i napisze parę pism, to musiałbym ją zwyczajnie zatrudnić za przyzwoite pieniądze. A mama Messengera mówi do Majki: „Wie pani... ta moja asystentka w ogóle o mnie nie dba. Wcale do mnie nie dzwoni. Jak coś chcę, to muszę ja zadzwonić do niej”. Albo: „Muszę zadzwonić do mojej asystentki, aby dowiedziała się w sądzie, czy już wysłali do mnie orzeczenie”.
Pewnie gdy Messenger będzie już chodził do szkoły i mama dostanie zaproszenie na rozmowę od dyrektora, to też zadzwoni do asystentki. Na tę chwilę, pani asystent rodziny zobowiązała się pojechać z mamą i Messengerem na pierwszą rehabilitację. Nie jest wykluczone, że będą to dla niego ostatnie zajęcia.

Ale cóż. Cieszę się, że chłopiec wrócił do mamy. W końcu to nasz pierwszy powrót dziecka do mamy biologicznej... otwierajmy szampany.
Szybko oddalam jednak od siebie myśl, że ta sama sytuacja mogłaby spotkać Ploteczkę.

Messenger mieszkał z nami zaledwie trzy miesiące. Jego odejście było dla mnie jak pstryknięcie palcem. Był impresją, przelotnym wrażeniem. Nie zdążyłem się z nim bardziej związać, i myślę że była to relacja zwrotna.
Nie wiem, czy jest to tylko moja cecha, ale zawsze potrzebuję trochę czasu, aby wykorzystać nabyte wcześniej umiejętności. Niedawno, gdy wychodziłem z samochodu, ktoś zapytał mnie po angielsku, jak dojść do Ronda Piłsudskiego. Odpowiedziałem: „eeeeee, I don't speak English”. A na wakacjach w Maroku potrafiłem wykłócać się o jakieś głupie parasolki na plaży. Podobnie jest z naszymi dziećmi zastępczymi. Potrafię nawiązywać więzi, potrafię angażować się emocjonalnie. Wiem, że dla dzieci jest to bardzo ważne. Jednak Messengera sobie odpuściłem. Był z nami zbyt krótko. O Plotkę walczyłbym pazurami... ona jest już moja (co nie przeszkodzi mi w oddaniu jej rodzicom adopcyjnym). Bliźniacy powoli też stają się moi. Gdy ostatnio pani w przedszkolu rzuciła jakimś absurdalnym zarzutem w odniesieniu do Remusa, to... jeszcze „ugryzłem się w język”... jeszcze.

Samo pożegnanie Messengera było bardzo sympatyczne. Zarówno mama jak i dziadek chłopca, zgodnie stwierdzili, że Majka będzie zawsze mile widziana w ich domu. Póki co, planujemy szybkie odwiedziny – w ciągu kilku najbliższych dni.
Przekazanie dziecka na zasadach odejścia do rodziny adopcyjnej, sobie podarowaliśmy.
Będę szczery... oznaczałoby to codzienne wyjazdy Majki do domu chłopca (bo tak wyglądały dotychczasowe spotkania). Dla mnie wiązałoby się to z koniecznością organizowania sobie dzień w dzień kilku wolnych godzin, aby pozostać z resztą dzieci (bo chyba tylko na takie rozwiązanie byłaby gotowa przystać mama). Do tego, chłopak ma dopiero cztery miesiące i jakby nie było, raz w tygodniu swoją mamę widział. Zresztą Majka twierdzi, że ma on jakąś pamięć pierwotną i wyczuwa mamę, gdy tylko znajdzie się w jej objęciach. Może Maja ma rację.

Zastanawiam się jednak, jaka powinna być nasza dalsza rola. Majka zawiozła wraz z Messengerem cały bagażnik różnych rzeczy (na dziś, jutro i pojutrze – czyli przynajmniej na najbliższy rok) oraz pakiet startowy.
Obawiam się, że możemy stać się kimś ważniejszym niż pani asystentka, która jest tylko pomocą doraźną. Dzisiaj jest ta, jutro inna... i tylko do piętnastej. Majka jest gotowa pojechać nawet o trzeciej w nocy, gdy ktoś będzie potrzebował jej pomocy.



Pakiet startowy.
Przez tydzień nie dane mi było zjeść obiadu przy stole - Majka szykowała wyprawkę.





























Nie jestem przekonany, czy powrót Messengera do mamy był dobrą decyzją sądu. Nie tylko sądu... również naszą, również moją.
W zasadzie jest tylko jedna rzecz, która w moim przekonaniu ją uzasadnia. Razem z dziadkiem mieszka też kilkuletni chłopiec. Nie chciałem poruszać tego wątku. Za każdym razem, gdy Majka jechała w odwiedziny, pytał „Czy dzisiaj Messenger zostanie z nami już na zawsze?”. Ten chłopiec to brat Messengera.





niedziela, 30 grudnia 2018

--- My nadal razem.


Jeszcze całkiem niedawno wydawało się, że Nowy Rok będziemy witać tylko z bliźniakami. Messenger miał wrócić do mamy, a Plotka przynajmniej powinna być na etapie spotykania się z rodzicami adopcyjnymi. Niestety, jest jak jest.

Ploteczka nie ma świadomości tego, że czas pracuje na jej niekorzyść. Uważa mnie za swojego tatę i bardzo lubi spędzać ze mną każdą chwilę. Jestem ostatnią osobą, którą widzi przed snem i pierwszą po przebudzeniu. Nasze więzi stają się coraz silniejsze. W tej chwili jestem już pewny, że dla mnie będzie to najtrudniejsze rozstanie. A dla małej? Nadzieja tylko w tym, że trafi na rozsądnych rodziców adopcyjnych.
Jak  tu spojrzeć w obiektyw, gdy z tyłu tyle prezentów.

Jest już w zasadzie przesądzone, że roczek będzie miała wyprawiony w naszym domu, ponieważ podpisu pani sędziny pod wyrokiem o odebraniu praw rodzicielskich jej mamie, nadal nie ma. A już dawno minęły dwa miesiące od jego uprawomocnienia się.
Niestety o sądzie rodzinnym, do którego przynależy Ploteczka, nie mogę powiedzieć wiele dobrego. Ponieważ zainteresowanie ze strony rodzin zastępczych nie jest w nim mile widziane, ustaliliśmy z naszą koordynatorką Jowitą, że to ona będzie wydzwaniać i gnębić panią sekretarkę w sprawie podpisu. Jednak gdy minął miesiąc, Majka stwierdziła, że trzeba zacząć działać. Postanowiła mimo wszystko sama zadzwonić z ponagleniem. Dzwoniła przez kilka dni z rzędu i nikt nie odbierał. No to zadzwoniła do administracji sądu. „Ooo!.., tam do końca tygodnia nikogo pani nie zastanie” - usłyszała w odpowiedzi. No to poczekała te kilka dni, ale od poniedziałku wszystko zaczęło się powtarzać. W końcu Majka stwierdziła, że trzeba porozmawiać z sędziną naszego sądu rodzinnego, bo to jest akurat „ludzki sąd” i wszyscy nawet jak protestują, to pracują i robią wszystko co do nich należy. A do tego, rodzic zastępczy nie jest traktowany jak upierdliwy petent. Pominę to, jak bardzo pani sędzina była zbulwersowana całą sprawą... ale co tu robić?

  • Niech pani napisze do nas wniosek o ustanowienie siebie opiekunem prawnym – orzekła.
  • Ale nie znamy sygnatury akt, nie mówiąc o orzeczeniu tamtego sądu, które zawsze stanowi załącznik.
  • Nieważne, my wystąpimy z wnioskiem o przysłanie orzeczenia. Bez podpisu nie przyślą.
Było to krótko przed świętami. Od tamtego czasu minęło dziesięć dni. Dostaliśmy już z naszego sądu pismo z wyznaczonym terminem rozprawy o ustanowienie opieki prawnej.
Biorąc pod uwagę przerwę świąteczną i trudny okres dla Poczty Polskiej, to jestem pod ogromnym wrażeniem. Wniosek do sądu Ploteczki zapewne też już doszedł. Pytanie tylko, czy ktoś tam pracuje i czy go odbierze. A jeżeli już odbierze, to czy nie wrzuci na koniec całej sterty zaległych pism.
I pomyśleć, że chodzi tylko o złożenie jednego podpisu (niech będzie kilku, bo są też kopie) i przystawienie paru pieczątek. Minuta pracy... może dwie.
Gdyby to był nasz sąd, to Plotka pewnie spędziłaby święta już z rodzicami adopcyjnymi. Chociaż wiele też zależałoby od szybkości działania naszego Ośrodka Adopcyjnego.
Zapomniałem dodać, że Majka przed świętami złożyła życzenia kuratorowi. Nie chodziło o te życzenia, ale o przypomnienie, że Plotka nadal czeka.
Czasami nas korci złożenie skargi na bezczynność sądu. Choćby dla zasady. Jednak wówczas wszystko jeszcze bardziej się przedłuży, a my będziemy już zawsze mieli przerąbane. Niestety z gminy podległej temu sądowi, przychodzi do naszej rodziny najwięcej dzieci.
No cóż... jaka gmina, taki sąd.

Z Messengerem tylko się wydawało, że wszystko pójdzie gładko. Chociaż tutaj nie mam zastrzeżeń do pracy sądu. Mama złożyła zażalenie na decyzję o odebraniu jej chłopca i odpowiednie pismo czekało już w sekretariacie na wysłanie do sądu apelacyjnego. W tym przypadku protest pracowników sądu okazał się sprzyjający całej tej sprawie.

Choinka jako najlepszy usypiacz.
Jowicie udało się porozmawiać z sędziną. Okazało się, że wszystko nie jest takie proste jak sądziliśmy. Odwołanie mamy i pozytywna opinia zespołu oceniającego jej poczynania, wcale nie są powodem do cofnięcia poprzedniej decyzji na posiedzeniu niejawnym. Wręcz przeciwnie – to zażalenie jeszcze bardziej skomplikowało sprawę. Jedynym rozwiązaniem było jego wycofanie. Pani sekretarka obiecała jeszcze przez kilka dni nie wysyłać tego pisma do sądu okręgowego, a asystentka rodziny pomogła mamie zredagować to odwołanie odwołania i sama wysłała do sądu. Chyba wszystko się udało, jednak teraz musi odbyć się ponowna rozprawa, na której będą rozpatrzone nowe okoliczności. Jeżeli zachowane będą standardowe terminy, to mamy przed sobą jeszcze przynajmniej trzy miesiące. A to oznacza, że chłopiec skończy w naszej rodzinie pół roku.

Messenger malusieńki, leży wśród...

Chociaż czasami się zastanawiam, że może ten czas na coś się przyda. Czy mama wytrwa w swoim postanowieniu odejścia od przemocowego męża? Czy utrzyma pracę? Czy ojciec, który ją przygarnął, nie wyrzuci jej ze swojego domu?
Cały czas gnębi mnie myśl, że przecież z jakiegoś powodu dziewczynie odebrano dwójkę starszych dzieci.

Jednak największe moje wątpliwości budzi jej świadomość procesu powrotu chłopca do domu. Przecież dla niego, jest ona w tej chwili zupełnie obcą osobą. Cała procedura przekazania jej dziecka, powinna wyglądać dokładnie tak samo, jak w przypadku przejścia do rodziny adopcyjnej. Nie sądzę, aby to zrozumiała – chociaż bardzo chciałbym się mylić.



Romulus z Remusem mieli być jedynymi dziećmi spędzającymi z nami świąteczny okres. Już dawno kupiłem dla nich Picolo na powitanie Nowego Roku, chociaż oni żyją w nieco innej strefie czasowej (w której północ wypada w okolicy godziny dwudziestej).

Ech, jeszcze jedna bombka do poprawienia.

Mama chłopców najpierw była przekonana, że dzieci do niej wrócą przed końcem roku, a teraz uczepiła się tezy, że dziecko w pogotowiu rodzinnym nie może przebywać dłużej niż osiem miesięcy. Nawet przeczytała moją ocenę z poprzedniego zespołu, ale zupełnie nic nie zrozumiała. Jej wnioskiem było to, że musi się bardziej starać. Ale nawet ją pokazała kuratorowi. Ten zrozumiał co chciałem powiedzieć, ale stwierdził, że nic z tego nie będzie.
Najbardziej prawdopodobny wariant, to rodzina zastępcza długoterminowa. Niestety rodzin zastępczych gotowych na rozstanie po dwóch, albo trzech latach nie ma (przynajmniej u nas). To taki trochę paradoks związany z rodzicielstwem zastępczym. Nie jest więc wykluczone, że powitamy z chłopcami również rok 2020, a może i 2021. Tym bardziej, że nie został jeszcze wyznaczony termin pierwszej rozprawy. Ale wcale się temu nie dziwię, bo jest to ten sam sąd co Ploteczki. Być może gdyby dzieci podlegały naszemu sądowi, to właśnie spotykałyby się z rodzicami adopcyjnymi. Bo nasza sędzina dba o dobro dzieci, a nie o dobro rodziców, jak niejaki Mikołaj Pawlak (który zupełnie nie rozumie, jaka powinna być jego rola).

Cały czas istnieje też w naszej świadomości Kapsel. Chłopiec nie mieszka z nami już cztery miesiące, a jednak nadal w jakiś pośredni sposób jest członkiem naszej rodziny. Chociaż to pewnie zacznie się zmieniać i nie będziemy odwiedzać go w nieskończoność. Może tylko raz na jakiś czas. Dzisiaj Majka zawiozła mu prezenty i spędzili razem pół dnia. Nie był jakoś specjalnie zainteresowany jej obecnością, nie mówił też jak kiedyś, że nie chce tam zostać na zawsze. Teraz jest to już jego dom. Po okresie euforii związanej z byciem w centrum zainteresowania, nastąpiła chwila zwątpienia i rezygnacji (gdy zorientował się, że jest tylko jednym z wielu).Teraz sprawia wrażenie, jakby zaczął wyrastać na przywódcę stada. Jest jednym z inteligentniejszych, a z pewnością potrafi najlepiej i najpoprawniej się wysławiać. Początkowo był gnębiony przez nieco starszego Jaromira (chłopca z zaburzeniem FAS). Obecnie powoli to on zaczyna dominować.
Wygląda na to, że przeszkadzają mu tylko siostry prowadzące ten dom pomocy społecznej. Respekt czuje tylko przed dwiema z nich (na razie) i póki co, jeszcze przed Majką. Nie podporządkowuje się poleceniom. Z byle powodu rzuca się na podłogę, albo kopie w drzwi (zmądrzał – już nie wali głową). Wyzywa je od dziwek, debili i głupków. Jakby na złość, cały czas sika w spodnie. To, że wygląda teraz jak „pączek w maśle” jest już najmniejszym problemem. Już kilkukrotnie siostry zwoływały zebrania poświęcone tylko jemu, ponieważ zaczyna być najtrudniejszym pensjonariuszem. A przecież ma dopiero osiem lat. Już teraz, gdy następuje u niego atak szału, wyprowadzają go dwie osoby. Co będzie za rok? A co za pięć lat?
Jest to wszystko bardzo przykre, ale chociaż utwierdza mnie w przekonaniu, że rezygnacja z dalszego poszukiwania rodziny zastępczej, była słuszną decyzją.

Gdybym miał życzyć sobie czegoś na cały nadchodzący rok, to chciałbym mieć więcej optymizmu. Gdy kilka lat temu słuchałem wypowiedzi niektórych rodziców zastępczych, to na myśl przychodziło mi słowo „wypalenie”. Teraz powiedziałbym „doświadczenie”. Mam nadzieję, że to teraz mam rację.
Jednak odrobina optymizmu nigdy nie zaszkodzi, i tego życzę wszystkim, nie tylko rodzinom zastępczym.

poniedziałek, 24 grudnia 2018

--- Bohater jednego dnia.


Pewną tradycją stało się to, że w okresie przedświątecznym, jesteśmy (a w zasadzie przebywające u nas dzieci) obdarowywani prezentami. Wielokrotnie nie wiemy, kto jest organizatorem jakichś zbiórek, a tym bardziej kto jest darczyńcą. Tak było też w tym roku. Pozostawione pod drzwiami podarunki pod koniec grudnia już przestały mnie dziwić. Tym razem była jeszcze ciekawsza sytuacja. Podjechały trzy osoby, wyniosły kilka pudeł oklejonych świątecznym papierem i konkretnymi opisami: „dla Messengera”, „Plotka”, „Z najlepszymi życzeniami dla Romulusa i Remusa”, „dla Kapsla”. Nie chciały ani wejść na kawę, ani powiedzieć skąd aż tak bardzo spersonalizowane prezenty.


Jak co roku dostaliśmy też mnóstwo darów, których zbieraniem zajmują się strażacy z pobliskiej miejscowości. Kiedyś zdarzyło się również, że zostaliśmy zaproszeni do pewnej szkoły (razem z naszymi dziećmi) na wigilię klasową. Niektóre prezenty były wielkogabarytowe, więc musiałem zrobić dwa kursy samochodem, aby wszystko przewieźć do domu.
Oczywiście wszystkim jesteśmy bardzo wdzięczni i zapraszamy do siebie w odwiedziny. Majka robi zdjęcia pięknie wyglądającym podarunkom, zamieszcza je na facebooku i serdecznie dziękuje ofiarodawcom.


Zresztą nie jesteśmy wyjątkiem. Widzimy podobne podziękowania na profilach niektórych znanych nam rodzin zastępczych. Siostry prowadzące dom pomocy, w którym przebywa Kapsel, na swojej stronie internetowej też zamieściły wyrazy wdzięczności wszystkim osobom, które zechciały wspomóc ich placówkę. Do tego dochodzą jeszcze przewijające się informacje tu i tam o rozmaitych zbiórkach świątecznych dla dzieci z domów dziecka.

No i fajnie. Wszystko się kręci, każdy jest zadowolony... a zwłaszcza ten darczyńca, bo przecież przyjemniej jest dawać, niż brać.
A jednak taka sytuacja może zacząć męczyć... przynajmniej nas zaczęła. W naszym umyśle pojawiło się pytanie, czy ta pomoc jest kierowana tam, gdzie faktycznie jest potrzebna?

Rodziny zastępcze są przecież zwyczajnymi rodzinami, do tego otrzymującymi pieniądze na utrzymanie przebywających u nich dzieci. A domy dziecka, czy domy pomocy społecznej? Tutaj kwoty te są wielokrotnie wyższe. Majka chciała kupić Kapslowi buty zimowe, bo z ostatnich już wyrósł. Siostra zaprowadziła ją do pomieszczenia z butami. Szok... średniej wielkości sklep obuwniczy.

Albo taka rodzina zastępcza jak my. Mamy kilka kartonów różnych zabawek i dostajemy (przynajmniej ten raz w roku) sporo nowych. Te zepsute zwyczajnie wyrzucamy i zastępujemy nowymi (przynajmniej w pokoju dziennym). Czasami się zastanawiam, czego w ten sposób uczymy nasze dzieci. Bliźniaki nad ranem zawsze przychodzą do mojego pokoju i spędzamy wspólnie średnio dwie godziny. Bywa, że na jakiś czas przestaję kontrolować to co robią, bo albo już staram się zająć swoją pracą, albo czasami jeszcze na chwilę przysnę. W końcu pokój jest bezpieczny, chociaż panuje w nim permanentny zabawkowy bałagan. Romulus w ciągu kilku minut mojej nieuwagi, potrafi pozbawić opon kilkanaście samochodów ze swojego parkingu. Część z tych opon można jakoś dopasować, części nie daje się już założyć, a niektóre gdzieś przepadają – nie jest wykluczone, że chłopiec je czasami połyka. Naturalną konsekwencją jest pozostawienie tych samochodów bez ogumienia. I owszem, w moim pokoju, wszystkie samochody chłopaków są powypadkowe. Chciałbym chłopcom przez to powiedzieć: „zepsułeś, to masz to co zostało”. Chyba im to jednak nie przeszkadza. Piękną, dużą wywrotkę pozbawili całego nadwozia. Mają teraz jeździk... a w zasadzie deskorolkę.

Strażacy zbierają dla nas prezenty od kilku lat. Stało się to już pewnego rodzaju tradycją. Jeszcze w poprzednim roku próbowaliśmy ich przekonać, że zapewne są inne rodziny, które bardziej potrzebują tych prezentów – być może niekoniecznie tylko w postaci zabawek, gier, przyborów szkolnych, środków czystości, czy odzieży.
Zostaliśmy zapewnieni, że ci, którzy takiego wsparcia potrzebują, również mogą liczyć na podobne podarunki. Tyle tylko, że są to tylko dwie, albo trzy rodziny.
Być może jest w tym sporo racji, że większość tych niewydolnych rodzin, gdyby nagle dostała taką ilość darów, to zwyczajnie by je sprzedała i uzyskane pieniądze spożytkowała według własnych priorytetów.
Ale też pewnie łatwiej jest organizować jakąś zbiórkę dla opuszczonych dzieci przebywających w jakiejś placówce, czy rodzinie zastępczej, niż dzieci pana Kazia spędzającego całe dnie pod budką z piwem i pani Basi, która siedzi cały czas przed telewizorem (bo przecież chodzenie do pracy za najniższą krajową jest dla niej nie do zaakceptowania) i zupełnie nie ogarnia potrzeb swoich dzieci.

W tym roku zaproponowaliśmy strażakom, aby zamiast tej świątecznej zbiórki zorganizowali wiosną jakiś piknik dla wszystkich rodzin zastępczych z naszego powiatu. Przejażdżki wozem strażackim na syrenie, polewanie wodą z sikawek, czy nawet zwiedzanie remizy, są dla dzieci niesamowitym przeżyciem, a te podarowane straże pożarne na resorkach nijak się do tego mają. Ewentualne zebrane zabawki mogłyby posłużyć jako nagrody w jakichś konkursach.
Strażacy pokiwali głowami, wymienili się kilkoma zdaniami i stwierdzili, że nie ma sprawy. Piknik będzie... ale „świąteczna paczka” też musi być.
Dostaliśmy więc znowu sporo prezentów. Majka podzieliła to na cztery części i rozdała innym zaprzyjaźnionym pogotowiom rodzinnym. Upominków dedykowanych konkretnemu dziecku, nie wypadało rozpakowywać. Co tam jest, dowiemy się w dzisiejszy wigilijny wieczór, a Kapsel swoje prezenty dostanie w weekend przed Nowym Rokiem.

Gdy patrzę na siebie, to też jestem bohaterem jednego dnia. Kiedy nasze córki były małe i w szkole były organizowane rozmaite zbiórki świąteczne dla dzieci z domów dziecka, również chętnie w nich uczestniczyłem. Teraz też bym nie odmówił, chociaż wiem, że nie ma to większego sensu. Jest to jednak ważne dla dzieci, które chcą się dzielić z innymi dziećmi, chcą im pomóc – choćby tylko w ten jeden świąteczny czas. Z pewnością buduje to w nich empatię i moim zdaniem to jest największy zysk tych wszystkich akcji.
Ponieważ nie mamy już dzieci szkolnych, to jako bohater jednego dnia, przeniosłem się do internetu i raz na jakiś czas wysyłam jakiś przelew w szczytnym celu. Jestem więc bohaterem kilka razy w roku. I chociaż zdaję sobie sprawę z tego, że „od grosika do grosika...”, to jednak mam też świadomość tego, jak łatwo za kilkanaście, czy nawet kilkadziesiąt złotych, kupić sobie poczucie bycia dobrym człowiekiem.

Bywają jednak osoby, które są bohaterami przez cały rok. Nie będę nikogo wymieniał z nazwiska (czy też pseudonimu), bo mógłbym niechcący kogoś pominąć. Ci bohaterowie, na których pomoc możemy liczyć niemal na co dzień, są wiele więcej warci niż dziesiątki darowanych nam prezentów.
Nie trzeba jednak znać jakiejś rodziny zastępczej, czy dziecka przebywającego w placówce. Takich potrzebujących dzieci jest całkiem sporo w otoczeniu. One chodzą do szkoły z naszym dzieckiem. Możemy nie chcieć pomagać rodzinie... bo to rodzina patologiczna, która i tak wszystko przepije. Ale ich dziecko jest tylko dzieckiem. Jest kolegą naszego syna czy córki. Możemy powiedzieć „masz zakaz kolegować się z nim”, albo „zaproś go do nas na obiad”, „zabierz śniadanie do szkoły również dla niego”, „weź podwójny komplet przyborów szkolnych, bo on pewnie nie będzie miał”. To niewiele kosztuje, a jest to inwestycja w nasze dziecko.
Wydaje mi się, że ciągłe mówienie naszemu dziecku „jesteś najlepszy”, 'zawsze dasz radę”, „nie patrz na innych”, spowoduje że faktycznie takim się stanie... zwykłym palantem. W dorosłym życiu będzie go cechowała taka sama roszczeniowa postawa jak jego kolegi wychowanego w tak zwanej rodzinie patologicznej – tylko geneza i oczekiwania będą inne.

Wrócę jeszcze do tego bohatera jednego dnia. W moim domu (pewnie dzisiaj też tak będzie) przy wigilijnym stole zawsze było zostawione jedno puste nakrycie. Opowiadaliśmy dzieciom dla kogo jest ono przeznaczone. Tyle, że był to tylko symbol, bo nigdy nikt nie zakładał, że ktoś może do nas zawitać. Nawet nie było pozostawione puste krzesło. No... można to tłumaczyć bardzo dawną tradycją ludową, w myśl której miejsce to było przeznaczone dla zmarłych (którzy krzesła pewnie nie potrzebują), ale tak daleko w swoich opowieściach nigdy nie szliśmy.

Kierując się moją ostatnią myślą, chciałbym wszystkim (również sobie) w ten wigilijny poranek, życzyć właśnie takiego zbłąkanego wędrowca przy wigilijnym stole.
Kim mógłby on być w dzisiejszych czasach? Można puścić wodze fantazji, albo wodze poprawności takiej, czy innej. Niby znam siebie, ale nie jestem przekonany czy powiedziałbym „zapraszam, miejsce na Pana już czeka”, czy może jednak „spadaj pan, bo policję zawołam”. Pewne jest tylko jedno, takie spotkanie wiele by mnie nauczyło. O sobie.

niedziela, 16 grudnia 2018

--- Cipka, czy siusia?

Dwa w jednym (ptaszek i sikorka).


Dzisiaj stwierdziłem, że Majka chyba czyta zbyt dużo. A nawet jeżeli nie, to może nie to co powinna. Wieczorem doszło między nami do dyskusji. Rozpoczęła się ona niewinnie, i choć zakończyła bardzo miło, to jednak miała bardzo burzliwy przebieg, a co najciekawsze – nie doszliśmy do porozumienia.
Maja zadała mi pytanie, dlaczego na żeński narząd płciowy używam określenia „cipka”?
  • A jak mam mówić?, zapytałem.
  • Może „siusia”, usłyszałem w odpowiedzi.
Zaniemówiłem. Od trzydziestu lat wiedziałem, że moje córki i Majka mają cipeczki, a dzisiaj się okazało, że siusie. To chyba wszystko przez bliźniaki. Chłopcy gdy do nas przyszli, uważali że mają siusiaki. Okej, już ich nie poprawialiśmy. Niech tak sobie myślą, w końcu są u nas tylko przez chwilę, więc nie ma sensu ich wyprowadzać z błędu. Nie muszą przecież wiedzieć, że wujek to ma „ptaszka”.
No ale żeby nagle Plotka miała się dowiedzieć, że ma siusię, to byłoby już zbyt wiele. Przecież od urodzenia wie, że ma cipeczkę. Majka stwierdziła, że jest to zbyt wulgarne określenie i muszę przestać tak mówić, bo kojarzy jej się to z filmami pornograficznymi. Nie wiem jakie filmy ona ogląda, ale mi prędzej nasuwają się słowa „ja gut, ja gut”
Słowo „siusia” zupełnie do mnie nie przemawia, zresztą podobnie jak „siusiak”. O ile jeszcze do bliźniaków mógłbym powiedzieć „myjemy członki”, o tyle powiedzenie do Plotki „teraz umyjemy pochewkę” albo „teraz umyjemy waginkę”, brzmi jednocześnie ciężko i groteskowo.
Jakby jednak na to nie spojrzeć, ta siusia i siusiak (czy też cipka i ptaszek) są normalnymi częściami ciała i jakoś trzeba je ujmować w słowa. Niektórzy obruszają się na takie infantylne określenia, uważając że trzeba je nazywać według oficjalnego nazewnictwa. Niby tak, ale z drugiej strony, każdy mówi „otwórz buzię”, a nie „otwórz jamę ustną”.
Być może zdarzyło się kiedyś (chociaż nic mi o tym nie wiadomo), że któraś z naszych córek poszła do pani przedszkolanki twierdząc, że coś ją uwiera w cipkę. Ale czy lepiej brzmiałoby, że coś ją uwiera w muszelkę, brzoskwinkę, myszkę, sikorkę, pipulkę, a może waginę, srom, czy genitalia? Zapomniałem, mogła jeszcze powiedzieć, że coś ją uwiera w bikini. Wiele lat temu słyszałem też sformułowanie „mała pupa”. Ale co w przypadku chłopca?
Być może określenia srom, krocze, wagina, penis, prącie, członek, są słowami które można odczarować. Może gdyby były używane częściej wśród małych dzieci, to by się przyjęły. Tylko po co?
Ja ze swojej strony chyba już się nie zmienię. Nie widzę potrzeby zamiany cipki na siusię i ptaszka na siusiaka. Są to tylko słowa. Zresztą sprawdziłem w słowniku języka polskiego. Cipka nie jest wulgaryzmem. Cipa – już tak.

Jednak ważniejszą sprawą w tym temacie jest utrzymywanie higieny intymnej i zapoznawanie się dzieci z częściami ciała skrywanymi pod majtkami. Nasi chłopcy chyba nigdy nie nauczą się robić siku na stojąco, bo Majka ma jakiś wstręt przed wzięciem „siusiaka” do ręki. Na szczęście dotyczy to tylko małych „siusiaków”. Ja z kolei nie mam motywacji w tym względzie, ponieważ sam nauczyłem się robić siku na siedząco. Zdaję sobie sprawę z tego, że jest to niemęskie (jak powiedział pewien znany mi chłopiec, jest to sikanie po dziewczyńsku), ale trudno. Jest to bardzo wygodne, ponieważ nie muszę co chwilę sprzątać osikanej klapy, czy podłogi (bo wbrew pozorom precyzyjne ucelowanie z odległości ponad pół metra, nie jest proste), ani stresować się, że któreś z dzieci nagle zechce popatrzyć co robię. Pewnie, że istnieje coś takiego jak zamek w drzwiach, ale bywa, że nagle poczuję potrzebę podczas kąpania dzieci. Nie będę przecież ich wyciągał z wanny... łatwiej zwyczajnie usiąść.

Chociaż nagość nie jest dla dzieci żadnym problemem. Myślę, że poczucie wstydu zaczyna się pojawiać między siódmym, a ósmym rokiem życia, ale zapewne zależy też to od indywidualnych cech dziecka oraz od podejścia do tematu przez rodziców. Dawno, dawno temu, miałem w podstawówce kolegę, którego mama bez skrępowania paradowała nago po pokoju. Była to szósta, albo siódma klasa, gdy potrzeby seksualne już nie tylko się budzą, ale nawet są w rozkwicie. Jednak dla tego mojego kolegi, było to zupełnie naturalne i dziwił się, że tak bardzo nas ten wątek interesuje. Zupełnie nie pamiętam, czy mówił też coś o swoim tacie. Myślę, że nie utkwiło to w mojej pamięci, ponieważ akurat to zagadnienie jakoś nie bardzo mnie interesowało.
Uważam jednak, że nagość rodziców jest zupełnie bezpieczna mniej więcej do wieku przedszkolnego. Mi zdarzają się wspólne kąpiele z naszymi dziećmi, jednak zawsze występuję w majtkach. Niestety facet ma gorzej od kobiety, ponieważ są rzeczy niepodlegające jego woli. Pewnie dlatego podczas masażu w gabinecie, jest on przepasany podwójnym ręcznikiem, a na półce czeka w pogotowiu encyklopedia.

Skoro już rozpocząłem ten temat, to pójdę za ciosem. Do moich obowiązków należy kąpiel wszystkich dzieci do lat pięciu i ewentualnie starszych chłopców (chociaż do tej kategorii załapał się dotychczas tylko ośmioletni Kapsel).
Niektórzy rodzice ograniczają się tylko do opłukiwania. W przypadku chłopców pewnie można na tym poprzestać (chociaż nie jestem do końca przekonany), ale z dziewczynkami jest sytuacja bardziej skomplikowana. Okolice cewki moczowej są bardzo wrażliwe na podrażnienia i infekcje bakteryjne. Nie wystarczy silny strumień wody. Być może pozostałości kupy da się wypłukać, ale już resztki kremów i innych mazideł czasami trzeba zwyczajnie wygrzebywać.
Chłopcy najczęściej sami interesują się swoim członkiem (tylko Kapslowi musiałem pokazać co i jak). Często napletek mają jeszcze przyrośnięty. My z tym nic nie robimy, chociaż zdania w tej kwestii są podzielone. Ja należę do tej frakcji, która w takim przypadku czeka do wieku dojrzewania.

No to się wypowiedziałem.