czwartek, 2 kwietnia 2020

--- Epidemia


Minął już drugi tydzień dobrowolnej kwarantanny całej naszej rodziny. Prawie pełnej kwarantanny, bo jednak dwa razy w tygodniu ktoś musi wyjść po zakupy. To ja zostałem oddelegowany do tego zadania. Jakoś żyjemy, chociaż to dopiero początek.


Gdy te kilkanaście dni temu próbowaliśmy przewidzieć konsekwencje wspólnego spędzania czasu dzień w dzień, godzina w godzinę - to od razu założyliśmy, że to może trwać długo... bardzo długo. To założenie sprawiło, że od początku odrzuciliśmy pojawiające się rozmaite teorie, że jest to niepowtarzalny czas, w którym rodzina ma okazję być razem, w którym znacząco zaczną zacieśniać się więzi pomiędzy poszczególnymi jej członkami, w którym będzie można poznać uroki edukacji domowej... i być może się do niej przekonać.
Doświadczenia innych krajów jednoznacznie pokazywały, że w każdym z nich przemoc domowa wzrosła przynajmniej dwukrotnie. Przypuszczam, że wnioski takie były oparte głównie o sytuacje związane z przemocą fizyczną. A przecież jest też coś takiego jak przemoc emocjonalna, ciche dni, wygarnianie sobie dawnych win. Daleki jestem od twierdzenia, że wkrótce czeka nas baby boom. Prędzej fala rozwodów. Ludzie przyzwyczaili się do różnych form spędzania wspólnie czasu (ale też spędzania tego czasu osobno). I chociaż na co dzień narzekają na jego brak, zwłaszcza w odniesieniu do rodziny, to pewne schematy są już tak skostniałe, że mogą wytrzymać próbę tygodnia, dwóch, może trzech. Być może powoli wszyscy zbliżają się do wyczerpania potencjału dobrej woli.

Postanowiliśmy się przed tym ustrzec od samego początku, i w tym wspólnym więzieniu jak najczęściej być osobno.
Ustaliliśmy pewien plan dnia, który z niewielkimi modyfikacjami jest powielany codziennie. Postawiliśmy na rutynę i zasady. Jeszcze się to sprawdza, chociaż czasami nikt nie wie jaki jest dzień tygodnia.

Majka śpi na parterze ze Stokrotką, a ja na piętrze kontroluję nocne życie Ptysi i Bliźniaków. Obydwa rodzeństwa budzą się około siódmej nad ranem. Czasami pośpią do ósmej, ale bywa też, że ktoś wstanie po szóstej. Do pokoju dziennego schodzimy dopiero o dziewiątej. Do tego czasu cała czwórka dzieci ma zajęcia w podgrupach w osobnych pokojach. Będąc dwójkami, potrafią organizować sobie rozmaite zabawy i nawet nie generują zbyt wielkiego hałasu. Co jakiś czas tylko przychodzą do mnie i zadają pytanie „jak długo jeszcze?” Bliźniaki nawet zaczynają kojarzyć określenia związane z czasem. Wiedzą, że godzina to jeszcze długo, a pół jest już do zaakceptowania. Chociaż wolą mieć podawany czas w minutach, gdyż wówczas potrafią go sobie przełożyć na pokazywanie na palcach.
Ptysie za to przekładają ten określany przeze mnie czas na sformułowania „bardzo długo”, „długo”, „tak sobie”, „krótko” i „bardzo krótko”. Tyle tylko, że sami nie potrafią przypisać do tego określeń podawanych w minutach, czy godzinach. Gdy mówię „jeszcze godzina”, to Balbina zawsze pyta „to długo, czy krótko?” Ptyś nad ranem w zasadzie sam nie wychodzi z pokoju... no chyba, że musi naskarżyć na swoją siostrę. Buduje tory dla pociągów, albo jakieś budowle z rozmaitych klocków.

O dziewiątej wszyscy schodzimy na parter. Daję dzieciom coś do zjedzenia i robię kawę dla Majki i dla siebie. Przez prawie godzinę wszyscy jesteśmy razem. Stokrotka dosypia na moich kolanach, wysłuchujemy wiadomości w telewizji, wymieniamy z Majką uwagi dotyczące przebytej nocy. Dzieci są siebie stęsknione, więc przez jakiś czas jest w miarę spokojnie. Wystarczają krótkie komunikaty kierowane do nich raz po raz, typu „ciszej”, „Romulus”, „Balbina”, „Hej, hej”.

Później ja idę do pracy (czyli do pokoju na piętrze). Moja sytuacja zawodowa właściwie zupełnie nie uległa zmianie. Od dawna pracuję zdalnie, a moi klienci nie pozamykali swoich przedsiębiorstw. Tylko może nieco mniej przejmuję się tym, co dociera do ich uszu, gdy rozmawiamy przez telefon. Czasami ktoś zapyta „Boże, co się tam u pana dzieje?” - proszę się nie przejmować, to tylko kwarantanna.



Po drugim śniadaniu wychodzimy z dziećmi na spacer do lasu. Ja tylko co drugi dzień, bo jednak będąc w lesie nie połączę się z nikim i nie „wejdę” na jego komputer. Prawie zawsze pokonujemy tę samą trasę... mniej więcej pięć kilometrów. Zastanawiam się, kiedy nasze dzieci przestaną zatrzymywać się przy każdym rozwidleniu dróg, pytając „a teraz gdzie?”.
Staramy się ten czas spaceru również wykorzystać na naukę. Uczymy dzieci rozpoznawać drzewa (przynajmniej brzoza i reszta), mówimy że kwiaty leszczyny, to nie robaki (chociaż podobnie wyglądają), przypominamy jakie owoce rosną na jakich drzewach. Bawimy się w kalambury i zadajemy zagadki typu „ma czerwony kapelusz i stoi w lesie na jednej nodze”. Jednak trzeba jeszcze wielu powtórzeń. Muchomora nikt nie może odgadnąć i jak w „Dniu świstaka”, Romulus codziennie odpowiada, że to biedronka, a Balbina że żyrafa.

Majka kiedyś zadała pytanie:
  • Pamiętacie co rośnie na dębie?
  • Cisza
  • No co to jest? Żo...? Żo...?
  • Rzodkiewki! (Remus)
Dawniej w lesie spotykaliśmy najwyżej innych mieszkańców naszej wsi. Teraz jest to teren spacerowy dla rozmaitych rodzin, które podjeżdżają samochodami (zupełnie jak ma to miejsce jesienią, gdy jest wysyp grzybów). W pewien sposób bawi mnie to, że każdej z tych rodzin wydaje się, że na takim zadupiu będzie tylko sam na sam z naturą. Dziwi się więc, gdy idąc leśnym traktem, nagle zauważa naszą bandę. No i jest konsternacja... przejść obok, wycofać się, czy wydeptać nową ścieżkę byle jak najdalej od nas. Trzeci wariant jest najczęściej stosowany. My nie ustępujemy... to przecież „nasz” las.
Chociaż od dwóch dni las znowu się wyludnił. Pewnie niektórzy się zastanawiają, czy to przypadkiem nie jest park, albo bulwar. W razie czego będziemy się tłumaczyć, że jesteśmy wyznawcami panteizmu i jest to dla nas miejsce kultu. Na wszelki wypadek chodzę z Majką po tych leśnych ścieżkach w odległości dwóch metrów, chociaż posiłki jemy przecież przy jednym stole. Dziwne czasy nastały.

Po powrocie z lasu, dzieci znowu coś jedzą. Teraz wszyscy ciągle są głodni. Gdy jadę do sklepu, to wciąż czuję się jak wirusowy panikarz, bo zawsze robię dwa kursy z piętrowym wózkiem.
O trzynastej znów się rozdzielamy. Dzieci idą na piętro na popołudniową drzemkę. Ptysie spędzają mniej więcej dwie godziny w swoim pokoju, Bliźniaki w swoim, ja w swoim , i Majka ze Stokrotką w swoim. Wszyscy odpoczywamy od siebie.



Po obiedzie teoretycznie mają miejsce zajęcia edukacyjne. Teoretycznie... bo praktycznie często dzieci wychodzą do ogrodu – na trampolinę, huśtawki, zjeżdżalnię, do piaskownicy. Wszystko zależy od pogody.
Zadania, które dostajemy z przedszkola realizujemy bardzo selektywnie. Niestety każde z naszej czwórki dzieci uczęszcza do odrębnej grupy. Oznacza to tyle, że dla każdego codziennie otrzymujemy program, którego realizacja pochłonęłaby przynajmniej dwie godziny.
Robimy więc wspólnie to, co wydaje nam się najciekawsze. W tym momencie bardzo się cieszę, że nie mamy dzieci szkolnych... choćby takiego Billa (starszego brata Ptysi). Gdy kiedyś był u nas i moim zadaniem było nauczenie go piosenki, to po dwóch godzinach zdołał zapamiętać dwa wyrazy refrenu. Jak takiego chłopca utrzymać przy komputerze i wyegzekwować naukę on-line? Przecież on wprost mówi, że nie chce się uczyć. Może faktycznie, w obecnej sytuacji, należałoby każdemu dać promocję do następnej klasy i tak okroić program (wyrzucając zbędne fajerwerki), aby po roku czy dwóch zniwelować braki jednego semestru. Ale co z egzaminami? A może obligatoryjnie usadzić każdego na drugi rok w tej samej klasie? Dublowanie się roczników mamy już przecież przerobione. Chyba nie ma tutaj prostych rozwiązań, a jedyną rzeczą, co do której panuje ogólna zgoda jest to, że nauczanie zdalne przerasta wszystkich... dzieci, rodziców i nauczycieli.


Czym jest wirus dla naszych dzieci? Niedawno do pokoju wleciał trzmiel. Dzieci nie miały wchodzić, dopóki owad nie wyleci przez otwarte drzwi. Koronawirus jest chyba postrzegany przez nie w taki sam sposób, chociaż wszyscy wiedzą, że nie można go zobaczyć. Ale wiedzą, że jak wyleci, to wszystko znowu będzie takie jak dawniej.

Największe problemy z adaptacją w nowych warunkach ma Remus. Tłamszą go wszelkiego rodzaju ograniczenia, a nawet przewidywalność każdej godziny, która jest przed nim. Potrafi stanąć i krzyczeć „ja muszę gdzieś wyjechać, muszę pójść do sklepu, chcę iść na plac zabaw!”. Dobrze, że kilkadziesiąt metrów od naszego domu zaczyna się las, a w ogrodzie mamy całkiem przyzwoite wyposażenie służące zabawie. A jednak Remus postrzega to jako ograniczenie swojej wolności. Od dwóch tygodni nigdzie nie pojechał samochodem, nie spotkał innych ludzi. Stał się najbardziej oportunistycznym członkiem naszej rodziny. Przestały go interesować nasze zasady, kieruje się tylko swoim dobrem. Nawet w środku nocy często słyszę, jak przez sen krzyczy „nieee! nieeee!”

Balbina chyba najlepiej przystosowała się do nowych warunków, chociaż o nią obawiałem się najbardziej. Drżałem, że może będzie chciała rozpocząć wojnę na wielu frontach, że będzie się awanturowała o wszystko. A jednak jest lepiej niż było kiedyś. Bywa, że trójka chłopaków szaleje, a Balbina jest do rany przyłóż. Można z nią porozmawiać, poprosić aby zrobiła to, czy tamto... i ona to robi.
Niewątpliwie żyjemy w czasie, gdy dużo więcej czasu spędzam z dziewczynką. Niemal każdą chwilę wykorzystuje, aby się do mnie przytulić, usiąść mi na kolanach, albo chociaż być w moim pobliżu. Zaczęła do mnie mówić „wujuś”. Potrafimy się do siebie przytulić tak zupełnie szczerze, bez żadnych podtekstów, nie zastanawiając się jaki może być tego cel. Przez moment planowałem wygaszać wątek Balbiny na tym blogu. Bo i po co pisać, że robi coś źle, albo jeszcze gorzej.
Ale te jej zachowania są tak specyficzne, że trudno o nich nie pisać. A do tego mogą być powielane w rodzinie, w której dziewczynka za jakiś czas się znajdzie.
Dlaczego Balbina nie wchodzi na kolana Majce? Dlaczego do niej się nie przytula?
Czy ona nie próbuje mną manipulować? Czy przypadkiem nie próbuje podmienić Majki, wejść w jej rolę?

Ostatnio (w ramach edukacji domowej) Balbina dostała polecenie narysowania swojej rodziny.
  • Ale kogo mam narysować?
  • Kogo chcesz, tego kto jest dla ciebie ważny... mamę, Ptysia, Billa, babcię, a może ciocię, albo wujka.
Balbina narysowała cztery postaci: siebie, Ptysia, Remusa i Romulusa. Mimo sugestii Majki, pominęła wszystkich dorosłych. Nikomu nie ufa, czy nikomu nie chce zaufać?

Ptyś jest coraz trudniejszy... a jednocześnie coraz bardziej normalny w sensie rozwojowym. Chociaż ta jego normalność jest spóźniona o jakieś dwa, a może i trzy lata. Ale może chłopiec musi wrócić i ponownie przeżyć okres, którego nigdy nie przeżył? Ptyś zaczyna bić innych, pluć na nich. Jego reakcja na tłumaczenie jest bardzo dziwna. W zasadzie to bym napisał, że robi z siebie klauna. Jednak Majka mówi, że klauna robi z siebie Remus i do tego potrzebna jest inteligencja. No to nie pozostaje mi nic innego, jak stwierdzenie, że Ptyś robi z siebie idiotę. Próbuję mu zatem tłumaczyć, że nie należy pluć na kogokolwiek, a on na to „ale wujek jest głupi, cha, cha”. Najciekawsze jest to, że on wcale nie chce być złośliwy. On nie chce mi dowalić... to ma być taki dowcip.
Ale... Ptysia będę bronił. Może on nie jest grzeczny, może nie jest błyskotliwy... jednak jego ogromny postęp w ciągu ostatniego roku robi na mnie tak duże wrażenie, że pewne jego zachowania traktuję jako koszt procesu zdrowienia.
Kilka dni temu dostał solidną reprymendę... chyba kogoś pobił. Nie zawiesił się, nie uciekł, a nawet próbował się tłumaczyć. W ogrodzie nie okopuje się już na kilka godzin, tylko wraca po kilku minutach.
Chociaż konieczność ciągłego przebywania z tymi samymi ludźmi (czyli z nami), też nie pozostaje bez wpływu na jego psychikę. Ściany w pokoju Ptysi zaczynają przypominać freski z Kaplicy Sykstyńskiej... tyle, że wykonane przez Jacksona Pollocka. Początkowo o te rysunki naścienne podejrzewałem Balbinę. Nigdy nie udało mi się nikogo przyłapać w trakcie tworzenia swojego dzieła. Mam wrażenie, że powstają one pod osłoną nocy, a narzędzia służące do ich wykonania są skrzętnie ukrywane w jakichś zakamarkach pokoju (tajnych skrytkach). Jednak dwa dni temu przyłapałem Ptysia na rysowaniu w książce. Nie była to żadna kolorowanka, lecz zwyczajna książka z bajkami. Od razu rozpoznałem ten sam styl, który widuję na ścianach... ekspresjonizm abstrakcyjny.
Ptyś stał się też maniakiem ustawiania termostatu przy grzejniku. Pewnie wydaje mu się, że jak robi to nocą, to nikt się o tym nie dowie. Nie rozumiem tylko, że jest mu wszystko jedno, czy budzi się w temperaturze 27 stopni, czy jedynie piętnastu.

Pozostało mi jeszcze do skomentowania zachowanie Romulusa. W jego przypadku widzę największy regres zachowań. Kilka miesięcy temu pisałem, że chłopiec zaczyna panować nad swoimi emocjami. Podnosi na kogoś rękę i po chwili zawahania, jednak odpuszcza. Wie, że bicie jest złe. Wystarczyły dwa tygodnie odosobnienia, by szlag trafił wszystkie dotychczasowe normy moralne. Trudno jest nam zapanować nad jego agresją skierowaną do wszystkich dzieci. Nie jest to może jakieś bardzo brutalne zachowanie, gdyż fizycznie nikomu wielka krzywda się nie dzieje. Jednak chłopiec nie potrafi tego kontrolować... musi komuś coś zepsuć, zabrać zabawkę, popchnąć, czy uderzyć... zupełnie bez powodu.
A z drugiej strony ciągle się do mnie przytula i mówi „wujeczku mój kochany”. Gdy dwa dni temu wciąż burzył misternie układane tory przez Ptysia, i już miał dostać wypad na schody, nagle powiedział do mnie „wujeczku, ale ty jesteś moim przyjacielem”. Nie wyleciał, potraktowałem to jako świetną okazję do rozmowy, tłumaczenia, i zapewnienia go o moich uczuciach. Pomogło na pięć minut.

O mały włos zapomniałbym o Stokrotce. Może dlatego, że tutaj wszystko przebiega wzorcowo. Rozpieściliśmy dziewczynkę do tego stopnia, że nie zasypia już inaczej niż na rękach, albo w wózku na spacerze. Gdyby nie epidemia, to właśnie uprawomocniałaby się decyzja sądu o odebraniu jej mamie praw rodzicielskich. Opinia psychiatryczna ze szpitala, w którym przebywa, nie pozostawia żadnych wątpliwości jak wszystko się zakończy.

Tak więc koronawirus otworzył zupełnie nową kartę. Obnażył moje przekonanie, że wszystko mam już pod kontrolą, że wiem czego mogę się spodziewać po każdym z naszych dzieci. Mam tylko nadzieję, że nikt nie wyda zakazu wychodzenia do własnego ogrodu, bo wtedy zwariujemy. Majka dzisiaj zaczęła już mówić podobnie jak Remus.
We mnie z kolei narasta frustracja związana z moją fobią, że coś się zepsuje i nie będę potrafił tego naprawić... a fachowców, to teraz można szukać ze świecą. Kilka dni temu mieliśmy awarię w kuchni. Woda sikała na odległość, zawiodły nawet zaworki przy wężykach do baterii. Na szczęście zawór główny okazał się w miarę szczelny. Co by było, gdyby były pozamykane wszelkie sklepy budowlane?

Tak więc cała sytuacja, w której się znaleźliśmy, często prowokuje mnie do rozmyślań typu „co by było gdyby?”. Nie ma przecież żadnej pewności, że wirusa w naszej rodzinie jeszcze nie ma. A może już go nie ma? Co będzie, gdy się jednak pojawi? No i co by się stało, gdyby nagle Majkę trzeba było podłączyć do respiratora (jak ktoś całkiem poważnie napisał w jednym z komentarzy... do depilatora)? A co stałoby się z naszymi dziećmi, gdybym i ja musiał do niej dołączyć?
Ciekawy jestem, czy ktoś zadaje sobie takie pytania, i czy istnieją jakieś procedury, które w takich przypadkach należałoby wdrożyć.
Czy możemy zatem spodziewać się umieszczenia u nas dzieci z innych rodzin zastępczych? Pewnie tak. A czy może do nas trafić jakieś dziecko w trybie zabezpieczenia pieczy (nagle, z rodziny biologicznej)? Tutaj uważam, że prawdopodobieństwo jest dużo mniejsze. Kuratorzy nie wychodzą w teren, pracownicy socjalni i asystenci rodziny pewnie też nie. Policja jeździ po parkach albo sprawdza odległości pomiędzy klientami ustawionymi w kolejce. Aż strach pomyśleć co się w tej chwili dzieje w dysfunkcyjnych rodzinach, które dotychczas były monitorowane przez różne służby.

Na tę chwilę muszę powiedzieć, że nawet czuję się zaopiekowany przez Jowitę (naszą koordynatorkę). Mimo, że teraz pracuje na pół zdalnie, to jednak jesteśmy w stałym kontakcie. Próbuje wydobyć akt urodzenia Stokrotki, obdzwania sądy Ptysi i Bliźniaków, rozmawia z asystentami rodziny mam obu rodzeństwa.
Jesteśmy zapewniani o pomocy w przypadku jakichkolwiek problemów. Dostaliśmy telefony do kilku psychologów, którzy są gotowi nam pomóc w sytuacji kryzysowej. Nawet przeszedł nam przez myśl pewien niecny pomysł, aby zadzwonić i powiedzieć, że mamy już ochotę pozabijać nasze dzieci zastępcze. Ciekawe jaka byłaby reakcja?
Jednak szybko odpuściliśmy. Może za kilka tygodni zaczniemy się topić... a wtedy nikt nie poda nam ręki.

Ale na akt urodzenia Stokrotki czekamy z niecierpliwością. Przecież my nawet nie wiemy jak ona ma na imię.


Najlepsze Blogi

sobota, 14 marca 2020

--- Czy jestem dobrym ojcem zastępczym?


Co jakiś czas czuję potrzebę zresetowania się w jakiejś dziedzinie. Bywa, że jest to praca zawodowa, czasami finanse, innym razem chodzi o natłok informacji natury gospodarczo-politycznej. Bywało też, że miałem już szczerze dość czytania czegokolwiek na temat ogrodnictwa... chociaż jest to przecież mój konik.
Niedawno musiałem odetchnąć od wszystkiego co dotyczy dzieci. Nie w sensie fizycznym... wręcz przeciwnie. Potrzebowałem być z naszymi dziećmi z pominięciem wszelkich teorii i metod wychowawczych. Musiałem uporządkować swoje myśli i odpowiedzieć sobie na pytanie „jakim właściwie jestem ojcem?”. Przestałem czytać o radościach i problemach innych rodzin. Odstawiłem fora społecznościowe na prawie trzy tygodnie.
Z dużą trudnością napisałem poprzedniego posta na tym blogu, chociaż dotyczył on przecież Stokrotki, z którą uwielbiam spędzać czas.
Podarowałem sobie ocenę Bliźniaków na ostatnie posiedzenie zespołu. Bo i po co? Niczego już ona nie zmieni.

Kim więc jestem? Kim jestem dla naszych dzieci zastępczych? Może już czas zakończyć etap życia zwany pogotowiem rodzinnym?

Może... Może ktoś tak uzna. No ale ja jeszcze nie.

Długo się przed tym broniłem, ale w końcu powiedziałem sobie wprost, że nie rozumiem wielu innych rodzin zastępczych. Nie rozumiem ich misyjnego postrzegania samych siebie. Ja jestem inny. Mogę takim być?

Zupełnie inaczej rozumiem pojęcie „dobro dziecka”. Co ono właściwie oznacza i czym jest dla tego konkretnego dziecka?
Ktoś mi kiedyś w jakimś komentarzu napisał, że nawet najgorsza rodzina zastępcza jest lepsza niż placówka. W teorii może tak.
Jednak gdyby Kapsel nadal był z nami, to zdecydowanie miałby gorzej niż teraz, gdy przebywa w domu „sióstr pingwinów”. Kiedyś do Majki zadzwoniła mama chłopca. Może pomyliła numer, a może faktycznie chciała się wygadać. Nie zamierza już składać żadnego wniosku o przywrócenie praw rodzicielskich. Nie daj boże, ktoś chciałby, aby chłopiec znowu zamieszkał razem z nią. Jej wystarczy kilka tygodni, a nawet dni spędzonych z Kapslem... i ma go już dość. Powinienem napisać, że jej nie oceniam. Ale jednak oceniam. Ma drugie dziecko i jakoś sobie radzi. Kapsel z dużym prawdopodobieństwem wszystko by zniszczył.

Wiele osób uważa, że domy dziecka i domy pomocy społecznej są placówkami, których trzeba się pozbyć... że jest to jakiś relikt przeszłości dziwnym trafem całkiem dobrze funkcjonujący w naszym kraju.
Co do zasady, się zgadzam.

Ale czy mamy jakąś alternatywę?
Przecież u nas istnieją rodziny, które są dysfunkcyjne z pokolenia na pokolenie. Takie, w których nikt nie zainteresuje się dzieckiem swojej siostry, brata... a nawet dzieckiem swojego dziecka. A nawet jak się zainteresuje, to nie ma ochoty, czy też możliwości podjęcia się opieki. Majka niedawno napisała w komentarzu, że byłaby za szybszym odbieraniem dzieci z takich nieprawidłowo funkcjonujących rodzin.
Ja w zasadzie też, ale tylko do pewnego wieku tych dzieci lub w przypadku skrajnego ich zaniedbania, albo krzywdzenia. Może czasami lepiej pozwolić tym dzieciom pozostać w rodzinie i wbrew wszelkim zasadom próbować ją wspierać.
Nie jesteśmy Włochami, Anglią, czy Australią. Ale też nie jesteśmy Kenią, czy Marokiem.
Znowu się pogrążam? Może... ale w ostatnim czasie poznałem historie wielu dzieci, które dla ich dobra były przerzucane z jednej rodziny do drugiej. To są dzieci tak poranione emocjonalnie, że moim zdaniem lepszym rozwiązaniem byłoby od razu umieszczenie ich w placówce, a może nawet pozostawienie w dysfunkcyjnej rodzinie biologicznej (wspieranej na ile się da).

Niedawno była u nas koordynatorka Jowita i z pewnym żalem stwierdziła, że dla trójki naszych Ptysi raczej nie uda się znaleźć rodziny zastępczej. Nie wiem czy była bardziej zdziwiona, zasmucona, czy zadowolona, gdy stwierdziłem, że moim zdaniem każde z dzieci powinno zamieszkać w osobnej rodzinie. Współistnienie Ptysi powoduje ciągłe bycie w przeszłości... ciągłe wracanie do wspomnień, które są złe. Może się czepiam, ale drobne rzeczy powodują skojarzenia sprzed wielu miesięcy. Do czego może służyć plastikowy miecz? Dla dziecka molestowanego seksualnie (niekoniecznie fizycznie), nie zawsze do odrąbania komuś głowy, chociaż to nawet mieści się w moich standardach rozumienia sensu istnienia miecza.

Największe problemy mamy z Balbiną. Czasami się zastanawiam, czy nawet rodzina zastępcza, która zostałaby przeszkolona tylko dla tej konkretnej dziewczynki, dawałaby gwarancję tego, że zacznie ona funkcjonować w miarę poprawnie. Niedawno przy okazji jakiejś dyskusji, ktoś wspomniał o takiej możliwości, opierając się na swoim przykładzie kilkuletniego chłopca. Zadałem pytanie, jak potoczyły się dalsze losy tego dziecka, jakie są refleksje jego rodziców zastępczych? Okazało się, że chłopak spędził fragmenty swojego życia w trzech różnych rodzinach zastępczych, by ostatecznie znaleźć się w placówce. Do tego wcale nie był jedynym dzieckiem w rodzinach zastępczych. Podejrzewam, że był tylko ich jedynym dzieckiem zastępczym... ale rodzice mieli też dzieci biologiczne, bądź adoptowane.
Dlatego ostatnio często się zastanawiam, czy tego chciałbym dla Balbiny? Czy warto podejmować ryzyko? Kto powinien podjąć taką decyzję?
Rodziny zastępcze często narzekają na swoje PCPR-y (czy inne MOPS-y), że niewiele mogą, że ich zdanie zupełnie się nie liczy. U nas niestety się liczy, bo jesteśmy pytani o zdanie i jest ono brane pod uwagę. Napisałem „niestety”, gdyż wiąże się to z ogromną odpowiedzialnością. Czy powinniśmy zasugerować, że Balbina nie powinna pójść do tej samej rodziny, co Ptyś (bo szkoda chłopaka)? Czy powinniśmy zasugerować, że Balbina powinna pójść do placówki? Myślę, że każda rodzina zastępcza potępiłaby nas za takie mówienie... pewnie nawet PCPR by się zdziwił.
Czym jednak jest dobro dziecka? Czym jest dobro Balbiny? Czy dziewczynka nie trafi do rodziny, w której skończy jak mama naszej Stokrotki? To nie była zła rodzina. Nawet powiedziałbym, że zbyt dobra.

Często też się spotykam z twierdzeniem, że rodzin zastępczych jest w Polsce wystarczająca ilość, aby żadne małe dziecko nie musiało być umieszczane w placówce. Aby wreszcie przestano budować kolejne domy dziecka, aby respektowano to, że dziecko do dziesiątego roku życia nie może znaleźć się w placówce. Tak, ja też bym tak chciał. I zlikwidowanie bezsensownej rejonizacji pewnie nieco by sprawę polepszyło. Tylko tutaj mam dwie uwagi. Skoro chcemy dbać o korzenie dzieci w rodzinach zastępczych, to dlaczego drugą ręką je podcinamy? Babcia Ptysi ma do przejechania ponad 300 kilometrów, aby zobaczyć swoje wnuki (z czego dwoje jest takich trochę patchworkowych).
Jest to prosta osoba (w sensie otwartości, prostolinijności, chociaż też z niewielką wiedzą na tematy wychowywania dzieci), ale na pewno nie prostacka. Stara się, pokonuje te kilkaset kilometrów raz na dwa miesiące... a ma ponad siedemdziesiąt lat. Czy mama dzieci byłaby do tego zdolna? Albo Helmut (partner mamy), który kiedyś walczył o dzieci i ich mamę pisząc pisma do prokuratury na wredny system, który odbiera rodzinie dzieci i godność? Teraz pisze pisma do sądu dyskredytujące mamę. Być może faktycznie dziewczyna zdecydowała się od niego odejść.

Nie znam żadnych danych dotyczących ilości rodzin zastępczych w Polsce. A nawet gdybym je znał, to pewnie nikt nie prowadzi żadnych statystyk dotyczących tego, ile dana rodzina chciałaby przyjąć dzieci, jak bardzo chore albo zaburzone, no i... czy ta rodzina nie jest tylko zapisem w bazie danych. Katolików „na papierze” też w naszym kraju jest całkiem sporo.
Nasz powiat jest jednym z największych w kraju. A jednak są ogromne trudności ze znalezieniem rodzin dla wielu dzieci. Jest sporo kandydatów na rodziców zastępczych, którzy nawet nie zostają zakwalifikowani do odbycia szkolenia. Są rodziny, które są przeznaczone do wygaszenia, oraz takie w których nikt nie ośmieli się umieścić żadnego dziecka. Kto o tym decyduje? Nie wiem, ale raczej nie tylko pani Kasia, albo Basia z PCPR-u.
A pomimo tego, są też zwrotki (czyli dzieci, które przebywając w rodzinie ponownie wracają do systemu). Czy rodzinom, które oddają dzieci, odbiera się kwalifikacje? Nie mam pojęcia. Być może są już to tylko martwe dusze mające jedynie odzwierciedlenie w statystykach.
Czy znajdzie się rodzina dla Balbiny? Czy warto jej szukać? A może lepiej zafunkcjonuje w placówce? Domyślam się, że wielu osobom trudno jest w tej chwili zrozumieć, że cały czas mam na myśli dobro dziewczynki.

Majka rozmawiała ostatnio z panią Jolą - psycholożką z naszego przedszkola. Zabrała z sobą notatnik, aby zapisać wszelkie uwagi, bo może robimy coś źle, albo może możemy robić coś lepiej... inaczej. Kilka dni wcześniej skończyła czytać książkę Agnieszki Stein „Dziecko z bliska”, po której doszła do wniosku, że wszystko co robiliśmy wychowując nasze dzieci biologiczne, to jedna wielka porażka. Zabieram się do przeczytania tej pozycji i jestem ciekawy swoich odczuć.
Okazuje się, że rodzicielstwo bliskości ma bardzo różne oblicza. Majka wróciła z dwoma wpisami, chociaż rozmowa trwała trzy godziny. Balbina wymyka się wszelkim zasadom. Jej próby przejmowania kontroli w przedszkolu są dużo bardziej otwarte niż u nas w domu, i jeszcze bardziej natarczywe, niż nam się wydawało.
Co w jej przypadku można przyjąć z filozofii rodzicielstwa bliskości? Pracowanie nad swoją złością i odpowiadanie sobie na pytanie, dlaczego akurat to zachowanie się nam nie podoba. Co się stanie, gdy powiemy „okej, niech będzie tak jak chcesz”.
Niby proste, a jednocześnie strasznie trudne w przypadku dziewczynki.
Kilka dni temu dzieci przyszły z przedszkola. Romulus i Balbina wbiegli do mojego pokoju na piętrze, w którym miałem na kolanach Stokrotkę. Romulus położył się obok mnie z lewej strony, a Balbina z prawej. Moja lewa ręka muskała delikatnie twarz Romulusa, a prawa... robiła dokładnie to samo. Chociaż właściwsze byłoby stwierdzenie, że tak samo. Jednak ta lewa ręką była ręką miłości, a ta prawa bezdusznym ramieniem robota wykonującym zaprogramowane zadanie. Czy Balbina to wyczuwa? A czy ja jestem w stanie zaprogramować się na miłość?
Balbina przeszła ze mną w fazę otwartej wojny. Nie wykonuje moich poleceń, wykrzykując do tego najczęściej „Nie! Nie!... Nieeee!!!” Wczoraj pobiła Romulusa. Gdybym nie był świadkiem tego zdarzenia, to pomyślałbym, że zapewne miała jakiś powód, bo chłopiec też święty nie jest. Zapytałem dlaczego to zrobiła? W odpowiedzi usłyszałem „bo chcę cukierasa”. Próbowałem doszukać się w tym stwierdzeniu jakiejś logiki. Czyżby pobiła go za to, że w naszym domu nie ma cukierków? A do tego skąd takie określenie - „cukieras”?
Balbinie zdarzają się proste teksty skierowane w moją stronę, typu „nie lubię cię”. No i to nawet mogę zrozumieć, ale już skąd sformułowanie „ja pójdę po prąd i cię zabiję”? Co w tym dziecku jeszcze siedzi?

Parę dni po rozmowie z panią psycholog miało miejsce spotkanie rodziców przedszkolnych z panią Sławką, która na co dzień prowadzi zajęcia z integracji sensorycznej, a w przedszkolu ma kilka, czy kilkanaście godzin w tygodniu z dziećmi z rozmaitymi deficytami. Również Ptyś będzie na te zajęcia uczęszczał, ale chyba jeszcze czekamy na opinię psychologa z naszej poradni.
Nawiasem mówiąc, gdy pani ta podała kilka przykładów rozmaitych zachowań, to stwierdziłem, że mi również być może przydałaby się jakaś terapia (i piszę to zupełnie poważnie). Jeżeli dziecko ma jakąś jedną cechę, na przykład lubi chodzić boso, to być może po prostu lubi chodzić boso. Ale jeżeli tych elementów jest więcej?
Nie lubię mieć obcinanych włosów, nie pozwoliłbym komuś obciąć sobie paznokci, nie lubię nadmiernej bliskości innych osób. Nie cierpię chodzić do dentysty, a nawet do innych lekarzy (na szczęście innych jeszcze nie muszę odwiedzać). Dlaczego lubię chodzić boso? Czy przypadkiem nie uwierają mnie skarpetki? A może jeszcze metka od koszulki?

Wracam jednak do rodzicielstwa bliskości w rozumieniu naszego przedszkola. Jednak danie przedszkolakowi do wyboru jednej z dwóch koszulek nie jest manipulacją jak to Majka przeczytała we wspomnianej książce. Ono nie potrafi jeszcze w tym wieku wybrać koszulki mając otwartą całą szafę... potrzebuje wsparcia rodzica, jakiejś sugestii. W tym momencie nasunął mi się przypadek Billa (najstarszego z Ptysi), którego mama zaprowadziła do przedszkola w piżamie, twierdząc że tak chciał. Bo pewnie tak chciał, a ona w stu procentach podążyła za swoim dzieckiem.
W jednej z naszych grup przedszkolnych (przynajmniej w jednej), dzieci mogą bawić się zabawkami tylko na dywanie. To dziecko, które znacznie oddali się ze swoją zabawką poza obręb dywanu, ma ją odbieraną. Jest to konsekwencja wynikająca z ustalonych zasad. Ale nie naturalna konsekwencja. Można powiedzieć, że zwyczajna kara. A jednak jest to przez wszystkich akceptowane. Co najważniejsze, przez same dzieci. Gdy któreś wyjedzie ze swoim samochodzikiem pod same drzwi, to samo zostawia zabawkę i bez niej wraca na dywan.
Może to ja się za bardzo przejmuję i ostrzegam Balbinę wiele razy... przecież ona też doskonale zna zasady. Dzisiaj tłukła Ptysia zupełnie bez sensu i za nic. Mówiłem kilka razy „nie bij go”. W końcu powiedziałem „jeszcze raz, i będziesz miała wypad”. Spojrzała na mnie i z uśmiechem na ustach zdzieliła go przez łeb. Wyleciała na schody i wyła przez kilkanaście minut.


Zupełną przeciwnością Balbiny jest Ptyś, który potrafi przyjść, przytulić się i powiedzieć „wujku, kocham cię”. Często się zastanawiam, co jest przyczyną tak skrajnych zachowań tego rodzeństwa. Czy jest możliwe, że Ptyś, który przyszedł do nas niczym zastraszone zwierzątko z łatką swojej mamy że nie jest do końca normalny, w jakiś podświadomy sposób chronił swoją psychikę?
Po rozmowie z Majką (po przyjściu od pani psycholog), która trwała prawie kolejne trzy godziny, doszedłem do wniosku, że przynajmniej ja pozwalam Balbinie na dużo więcej, niż innym naszym dzieciom... tak dla świętego spokoju. Po wyjściu z kąpieli, jest jedyną, którą wycieram ręcznikiem. Ona twierdzi, że nie potrafi, a ja nie mam ochoty na kolejną aferę o nic. Jednak kilka dni temu Remus (który jeszcze nie zdążył się wytrzeć) przeszedł obok niej i niechcący zostawił jej na ręce trochę piany. No i zaczęła się „jazda”. Czasami się zastanawiam, czy pisanie o Balbinie, że „wyje”, nie jest jest jakąś formą wyrażania mojej złości – bo przecież powinienem napisać, że „płacze”. Ale pocieszyło mnie, gdy z ust kilku osób z przedszkola, też usłyszałem takie określenie. Bo to nie jest płacz.
No i co powinienem zrobić z tą Balbiną po kąpieli? Wytarłem jej szybko tę pianę i powiedziałem, że przecież nic się nie stało. Jednak niczego to nie zmieniło... wyła dalej. Pewnie należało ją przytulić i powiedzieć, że ją kocham. Ale już mi się nie chce, bo próbowałem wiele razy... no i wcale jej nie kocham.
Ptysia przytuliłem kilka razy, gdy kiedyś widziałem, że zaczyna się zawieszać. Nie wiem, czy akurat to pomogło, ale teraz takie zachowania już nie mają miejsca. Jak długo mam przytulać wyjącą Balbinę, która w tym momencie wcale tego przytulenia nie chce?
Tutaj wtrącę pewną opinię pani Sławki (którą w pełni podzielam), że dziecka, które rzuca się na ziemię (w takiej kategorii widzę zachowania Balbiny) nie trzeba brać pod pachę i wychodzić z nim wbrew jego woli... o ile nie leży na środku jezdni. Jeżeli nie chce się przytulić, to takie jego prawo. Jednak pewną granicą jest agresja (czy to w stosunku do siebie, czy też innych osób). Co zatem powinienem zrobić, gdyby Balbina wyjąc, zechciała na przykład mnie kopać, albo okładać pięściami? Powinienem ją przytulić. Ale przecież ani ona tego nie chce w tym momencie, ani ja nie mam takich potrzeb. Byłaby to zwyczajna pacyfikacja, zwyczajna przemoc mająca na celu tylko obezwładnienie dziewczynki... chociaż ładnie nazwana.
Przemoc ma bardzo różne oblicza. W stosunku do Balbiny jest ona w zasadzie na porządku dziennym, chociaż często nazywam ją konsekwencją. Ostatnio poprosiłem dzieci, aby posprzątały porozrzucane zabawki. Ptyś i Remus zabrali się do pracy (chociaż temu drugiemu musiałem co chwilę przypominać, że właśnie sprząta). Romulus? Duża zmiana... dopiero po kilku ponagleniach zabrał się do pracy. Balbina stanowczo powiedziała swoje „nie!”. Przypominałem jej co chwilę „Balbina sprzątaj”... na co ona nadal konsekwentnie „nie!”. Kilka ostatnich zabawek sam wrzuciłem do pudeł, po czym powiedziałem „chłopcy siadajcie do stołu – będzie deser”. Balbina była pierwsza na krześle. Tym razem ja powiedziałem „Sorry Balbina, ale nie”. Oj, wycie trwało przynajmniej pół godziny.
Co się zmieniło na przestrzeni czasu (w ciągu ostatnich kilku miesięcy)? Teraz Ptyś w pewnym momencie przestaje sprzątać, twierdząc, że swoje już zrobił (choć kiedyś tak nie było), a Romulus zaczyna mieć coraz większy „olew”, bo przecież skoro Balbina nie musi, to dlaczego on musi. Oj ciężkie będą najbliższe dni przymusowej kwarantanny w domu.

Odwołam się jeszcze do wspomnianego wcześniej behawioralnego elementu rodzicielstwa bliskości z naszego przedszkola, polegającego na oddaniu zabawki po przekroczeniu obszaru wyznaczonego dywanem.
Czym różni się to od odebrania Balbinie deseru? Tym, że Balbina albo nigdy się nie podda, albo my będziemy mieli poczucie, że ją złamaliśmy.

Balbina czasami jest bardzo miła. Można z nią porozmawiać, powygłupiać się. Jednak każde nasze działanie musimy na bieżąco analizować, co też w pewien sposób powoduje, że nie jesteśmy naturalni, że boimy się wszelkich zachowań spontanicznych. Kiedyś w przypadku Kapsla, psycholog proponował nam zabawę polegającą na czasowym (10 minutowym) oddaniu kontroli chłopcu... kontroli nad tym co się w danym momencie dzieje. Jednak teraz to się zupełnie nie sprawdza. Dziewczynka nie potrafi wyjść z tej zabawy i wszystko zawsze źle się kończy. Być może chwilowe oddanie władzy jest dla niej sygnałem, że wreszcie jej ulegliśmy.

Czasami gdzieś czytam, że jest poszukiwana rodzina dla jakiegoś dziecka... trudnego dziecka, które tęskni, aby mieć kochającą mamę i tatę. Ale też czytam zdania niektórych rodzin, które mają żal, że nikt im nie powiedział całej prawdy o dziecku, które przyjęły do siebie. Jak mam się zachować w przypadku Balbiny, gdy znajdzie się dla niej rodzina zastępcza? Pominąć niektóre jej zachowania i mieć czyste sumienie, bo pewnie to tylko między nami nie iskrzy?
Jakie są moje uprawnienia (głównie moralne), aby powiedzieć, że najlepszym rozwiązaniem będzie rozdzielenie całej trójki Ptysi? A co jeżeli się okaże, że Ptyś nie potrafi funkcjonować bez Balbiny?
Kto właściwie powinien podejmować takie decyzje? Sąd? Choćbym nie wiem jak bardzo merytorycznie i emocjonalnie opisał całą naszą sytuację, a sąd się nad tym pochylił i wszystko spróbował przeanalizować posiłkując się rozmaitymi specjalistami, to i tak będzie to dla niego tylko pewien przypadek... bezemocjonalny przypadek.

Pewnie niejeden pomyśli, że skreślam Balbinę, podobnie jak kiedyś skreśliłem Kapsla. Nie chcę jednak walczyć o jej dobro kosztem dobra innych dzieci i mało świadomych rodziców.
Sąd Ptysi po raz trzeci odracza wydanie decyzji, która jako ostateczna miała być wydana w grudniu. Nie mam pojęcia o co mu chodzi. Teraz brakuje mu dokumentu rozwodowego siedemdziesięcioletniej babci dziewczynki, która chce zostać dla niej rodziną zastępczą. Czy sąd faktycznie bierze pod uwagę taką możliwość? Starsza pani bez jakiejkolwiek wiedzy z pracą z zaburzonym dzieckiem, i bez żadnego wsparcia ze strony jej synka (taty Balbiny). Ale taka decyzja uwolniłaby Ptysia.

Niedawno przyszła do nas Stokrotka. Nawet jeszcze nie minęły trzy tygodnie. Mogło by się wydawać, że jest to przecież dziecko zupełnie niezagrażające pozostałej czwórce. Pewnego rodzaju maskotka rodziny. A jednak nie do końca tak jest. Od tego czasu Remus budzi się już każdej nocy przynajmniej raz, aby sprawdzić czy jestem w pokoju obok. Bywa więc, że jestem mniej wyspany niż Majka, która śpi z noworodkiem.
Romulus, gdy tylko mnie widzi, to przybiega i krzyczy „wujeczku mój kochany”. Ptyś w jakiś sposób się wycofał i (jak nigdy od wielu tygodni), muszę go zapewniać że jest super chłopakiem, że go kocham, i... no i nic więcej, bo przecież nie mogę mu powiedzieć, że już na zawsze będziemy razem. Znowu zaczął wchodzić pod łóżko.
A Balbina? Chyba jeszcze nie potrafi się określić. Z jednej strony wykorzystuje każdą sytuację, aby się do mnie przytulić i wejść na kolana, a z drugiej mówi, że mnie nie lubi i że ze mną wygra.
I tak się zastanawiam, co bym zrobił, gdyby Majka usilnie nalegała na to, że jesteśmy gotowi zaopiekować się dziesiątką takich dzieci. Nie jest to przecież nic niezwykłego wśród rodzin zastępczych. Miałbym na tyle dużo odwagi, aby powiedzieć „żegnaj” (po trzydziestu latach)? A może wbrew sobie tkwiłbym w tym układzie? No i gdzie w tym wszystkim jest dobro dziecka?

Dwa posty wstecz, napisałem kilka komentarzy. Nie chciałbym tego wątku rozkręcać, bo ani nie chcę się usprawiedliwiać, ani brnąć w uzasadnienia swoich myśli. Jednak trochę nad tym myślałem. Majka mnie zrąbała. Córka, która na bieżąco śledzi tego bloga powiedziała, że akceptuję przemoc. Kilka innych osób też stwierdziło, że trochę to tak wybrzmiało. Były to łagodne stwierdzenia... może z litości dla mnie, a może z sympatii do Majki.
No i nie wiem z czego to wynika, bo przecież nigdzie nie napisałem, że jestem za jakąkolwiek przemocą w stosunku do dziecka. Chciałem tylko powiedzieć, że czasami metody dyscyplinowania dziecka są bardzo ograniczone.
Być może jakąś rolę odgrywa tutaj płeć... w sensie takim, że ja jednak jestem facetem. Pewnie mój język, którym się posługuję jest zupełnie inny niż Majki.
Może... ale jest też sprawa odbioru tego języka.
Opiszę sytuację, która miała miejsce kilka dni temu podczas odwiedzin Jowity (naszej koordynatorki). Odebrałem Ptysie i Bliźniaki z przedszkola. Po powrocie zaczęło się szaleństwo. Dzieci wchodziły na mnie, biegały, krzyczały... krótko mówiąc wariacje, kombinacje i permutacje w jednym. Pewnie niejeden koordynator stwierdziłby, że nie potrafimy zapanować nad naszymi dziećmi, że nie potrafimy ich zdyscyplinować. No ale nie Jowita. Zachowanie dzieci było pewnego rodzaju radością z powrotu do domu... co zresztą wybrzmiało z jej ust na najbliższym posiedzeniu zespołu dotyczącym oceny Bliźniaków.
Jednak w pewnym momencie Remus zleciał z fotela na głowę – pewnie nabijając sobie solidnego guza. Mój komentarz był mniej więcej taki: „no i dobrze... wcale nie jest mi ciebie żal – ostrzegałem, że tak to się skończy”. Majka z kolei powiedziała: „przestań płakać i chodź się przytulić”. Remus otarł łzy, wstał... spojrzał na Majkę, na mnie, i przyszedł się przytulić do mnie. Dlaczego?

Wypada jakoś podsumować cały ten wpis.
Uważam, że wcale nie jestem dobrym ojcem zastępczym. Jestem dobrym pogotowiem rodzinnym. Potrafię funkcjonować w krótkim czasie. Razem z Majką potrafimy wydobyć z dzieci to, co da się wydobyć. Zdiagnozować to, co da się zdiagnozować. Przekazać następnej rodzinie maksymalną wiedzę, jaką udało nam się zdobyć o dziecku. Potrafimy zawalczyć o dziecko wtedy, gdy uważamy, że trzeba zawalczyć.

Nie byłbym dobrym ojcem zastępczym na zawsze ani dla Kapsla, ani dla Balbiny. Jeszcze siedem lat temu wydawało mi się, że takie dzieci nie istnieją. Wydawało mi się, że wystarczy dużo miłości, zainteresowania, bycia z dzieckiem... jak to mówią, witamina „M” plus terapia (bo przecież mocno wierzę we wsparcie specjalistów).
Ale jak tu kochać wbrew sobie? Jak kochać kogoś, kto się broni przed tą miłością... raniąc coraz bardziej?
Informacje, które ponad rok temu otrzymaliśmy na temat Balbiny były takie, że dziewczynka jest swego rodzaju szarą eminencją, prezesem, kimś kto kontroluje i dominuje w swojej rodzinie... że razem z braćmi i swoją mamą demoluje każde mieszkanie, do którego się wprowadza.
Kilka (a nawet kilkanaście) pierwszych miesięcy pobytu w naszej rodzinie zupełnie temu przeczyło. Jeszcze całkiem niedawno mówiliśmy w przedszkolu, że dziewczynka u nas tak się nie zachowuje. Ale już się tak zachowuje, o czym pisałem powyżej. Ściany w jej pokoju są porysowane, miejscami zdrapana jest farba, rolety w oknach powyrywane. Na ścianie są dziwne smugi... ni to krew, ni kupa. Biorąc jednak pod uwagę to, że co jakiś czas Balbina odkłada do prania majtki z kupą (nie pobrudzone, ale z kawałkami kupy), to raczej zakładam drugą opcję.
Przeżyłem Kapsla, przeżyję i Balbinę... choćby to miało trwać jeszcze rok, czy dwa.
Najsmutniejsze jest to, że jest mi wszystko jedno, czy wróci ona do mamy, zamieszka z siedemdziesięcioletnią babcią, trafi do rodziny zastępczej, adopcyjnej, czy do domu dziecka.

Tylko Ptysia mi żal. Ktoś może się upierać, że powinien od nas odejść w pakiecie z Balbiną. Czy powinienem mówić, że to nie ma sensu? Czy jestem o tym przekonany?
Nie wiem.










Najlepsze Blogi

niedziela, 1 marca 2020

STOKROTKA (czyli Pikuś sam w domu)


Jakiś czas temu Majka dostała propozycję wyjazdu do Hiszpanii... na swego rodzaju pięciodniowe wakacje. Tani przelot, tanie noclegi, wszystko zorganizowane przez nasze córki i ich chłopaków. Wszystko zaplanowane w każdym szczególe. Tutaj idziemy pieszo, tam lepiej przejechać metrem. Kto chce zwiedza Camp Nou, kto nie to idzie w tym czasie do pobliskiej knajpki na Sangrię i lody. I tak dalej...
Majka zadała mi pytanie, czy może pojechać? W zasadzie to nie pytamy się siebie nawzajem o pozwolenie, jedynie ustalamy terminy i dyspozycyjność. Tutaj jednak wchodziła w grę opieka nad Bliźniakami i Ptysiami przez kilka dni. Stwierdziłem, że dam radę. Ostatecznie cała nasza czwórka chodzi do przedszkola, więc nawet gdybym miał pojechać do jakiegoś klienta, to wystarczy, że wrócę do siedemnastej... proste.

Jednak Majka stwierdziła, że spróbuje mi nieco ułatwić ten czas. Być może kierowała się tylko dobrym sercem, a może jednak nie do końca ma zaufanie do moich umiejętności bycia ojcem zastępczym. Ostatecznie okazało się, że Bliźniaki spędziły trzy dni u swojej babci, a Ptysie z rodziną zastępczą, w której mieszka Bill (czyli najstarszy z rodzeństwa). Moim zadaniem było więc tylko odwiezienie i przywiezienie Romulusa i Remusa, oraz odebranie Ptysi z przedszkola ostatniego dnia.
Spędziłem więc trzy dni w zupełnej samotności i ciszy, z jaką dawno nie miałem do czynienia. Nikt mnie nie wołał w środku nocy, nie krzyczał że jest głodny, nie kazał lać wody do wanny, nie chciał wyjść na spacer. Nikt też nie kazał mi zwiedzać jakiejś bazyliki w Barcelonie, stadionu piłkarskiego, czy muzeum w Madrycie. Mogłem robić tylko to, co sam chciałem. Taki weekend nie zdarzył mi się od ponad trzydziestu lat.
Myślałem, że uda mi się coś porobić w moim zaniedbanym ogrodzie, któremu od wielu lat poświęcam bardzo mało czasu. Niestety tegoroczna lutowa wiosna miała przebłysk zimy, a właściwie późnej jesieni, gdyż przez cały czas padał deszcz.
W związku z tym wyspałem się za wszystkie czasy i obejrzałem więcej filmów niż w ciągu ostatniego ćwierćwiecza... poważnie.

Mój kwitnący ogród w środku lutego


Ale mogło być zupełnie inaczej. Na trzy dni przed wylotem Majki do Hiszpanii, zadzwoniła nasza koordynatorka Jowita, że jest do umieszczenia siedmiomiesięczny chłopiec. Wyraziliśmy zgodę. Stwierdziłem, że jakoś sam dam radę, bo przecież szkoda rezygnować z planowanej wycieczki. W końcu siedmiomiesięczny chłopak jest już do pogadania. Nie minęło więcej niż dwie godziny, gdy telefon zadzwonił po raz kolejny. Majka pomyślała, że pewnie znalazł się ktoś z rodziny, kto podjął się opieki nad dzieckiem. Takich sytuacji mieliśmy już kilka. Okazało się, że jest jeszcze drugie dziecko, dla którego poszukiwana jest rodzina zastępcza. Tym razem była to tygodniowa dziewczynka.
Co robić? Wszystkie pogotowia rodzinne przepełnione. Czy damy radę zaopiekować się jeszcze tą dwójką? A właściwie, czy to ja dam radę z dwójką malutkich dzieci przez prawie pięć dni?
W takich sytuacjach nie ma zbyt dużo czasu na podjęcie decyzji. Ostatecznie ustaliliśmy, że bierzemy, i Majka nie zmienia swoich planów.
Po kolejnej godzinie znowu telefon. Czyżby trzecie dziecko?
Na szczęście nie. Chłopca zdecydowała się przygarnąć inna rodzina zastępcza. Pozostała więc tylko dziewczynka.
Jednak zaczęliśmy się głębiej zastanawiać, chociaż decyzja już została podjęta. Przecież to noworodek. Przyjdzie do nowego domu. Zetknie się z nowymi bakteriami. Na szczęście mieliśmy pozytywną informację ze szpitala, że dziecko jest zdrowe.
No ale będę musiał odebrać Bliźniaki od babci i Ptysie z przedszkola. Majki najprawdopodobniej jeszcze nie będzie. Nawet jeżeli nic nieprzewidzianego się nie wydarzy, to będę miał do dyspozycji tylko mały samochód. Siedmioosobówkę zabiera przecież Majka. No i znowu postawiliśmy sobie pytanie, czy nie zrezygnować z wyjazdu, mieszając plany wszystkim uczestnikom wycieczki?
Z pomocą przyszła nasza sąsiadka i przyjaciółka - Ela, która zadeklarowała swoją pomoc. Stwierdziłem więc, że mając takie wsparcie w sytuacji awaryjnej, jakoś sobie poradzę. Maja zadzwoniła na porodówkę, kiedy można odebrać dziewczynkę. Okazało się, że będzie jeszcze miała robione jakieś badania i dopiero w piątek. Tyle tylko, że w piątek Majka będzie już się wygrzewać w ciepłej Hiszpanii. Odebranie dziecka nawet mnie nie przeraziło, chociaż ostatni raz na porodówce byłem dwadzieścia dwa lata temu. Jednak lekarka stwierdziła, że nie będzie żadnego problemu z pozostawieniem dziewczynki do poniedziałku.
Jak ważne są te dwa dni dla dziecka? Dwa dni spędzone bez mamy... nawet jeżeli można ją tylko nazwać Pikusiem. Pewnie ktoś by powiedział, że bardzo ważne. Zdecydowaliśmy jednak, że odbierzemy dziewczynkę w poniedziałek wieczorem. Być może nawet ze starszym o tydzień kolegą, o przynależność którego spierają się instytucje. Trwają ustalenia, czy ostatnim miejscem pobytu jego mamy było miasto, czy powiat?

Tak więc mamy Stokrotkę. Jej kolega nadal jest niewiadomego pochodzenia.
Dlaczego akurat takie imię jej nadałem? Przyszła do nas z wiosną, a nie chciałbym jej krzywdzić imieniem Wrzosiec.
Od pierwszego dnia zawładnęła moim sercem. Jest to moja kolejna miłość. Śpi w mojej sypialni... dokładniej w moim łóżku razem z Majką. Ja znowu „wyleciałem” na piętro.
Mam też wrażenie, że nie jest to miłość platoniczna. Ale mam też nadzieję, że Stokrotka rzuci mnie za dwa, albo trzy miesiące. Sprawa toczy się w naszym sądzie, który jest bardzo konkretny. Termin rozprawy chyba nie zależy od „kolejki”, ale od ważności sprawy... poczekamy, zobaczymy.

Jestem przekonany, że nikt nie będzie miał ochoty dawać mamie Stokrotki jakiejkolwiek szansy. Zespół maniakalno-depresyjny. W tej chwili znajduje się ona na oddziale zamkniętym szpitala psychiatrycznego. Ciągle uważa, że jeszcze jest w ciąży.
Do porodu przyszła z jakimś facetem, którego wskazała jako ojca dziecka. Jego odpowiedź była krótka: „co ty pierdolisz, gdy cię bzykałem, to już byłaś w ciąży”. Kto jest więc ojcem Stokrotki? Może jakiś pacjent szpitala psychiatrycznego? Może... Dziewięć miesięcy temu, jej mama też była zamknięta.

To będą dylematy przyszłych rodziców adopcyjnych dziewczynki. Rycie w internecie, co to właściwie jest dwubiegunówka? Będą mieli bardzo mało czasu, aby powiedzieć „tak” lub „nie”.
Pewnie przeczytają, że prawdopodobieństwo wystąpienia tej choroby u Stokrotki to 15-20%, a jeżeli oboje rodziców było chorych psychicznie to aż 70%. No tak, tylko ojciec jest nieznany. Pozostaje też pytanie, czy choroba mamy jest genetyczna, czy jej podłoże jest środowiskowe? Nic nie wiadomo na temat dalszej rodziny biologicznej dziewczynki. Jej mama jest dzieckiem adoptowanym. Przerosła swoich rodziców adopcyjnych, mimo że w momencie przyjścia do nowej rodziny była tylko trochę młodsza od naszych Bliźniaków. Mając niewiele ponad dziesięć lat, rozpoczęły się jej przygody z narkotykami, dopalaczami i rozmaitymi środkami psychoaktywnymi. Gdy w wieku osiemnastu lat, rodzice adopcyjni wystawili jej walizki przed próg, to wybijała szybę i wraz ze swoim towarzystwem wchodziła do pokoju... bo przecież to był jej pokój.
To co w tej chwili opisuję, to są tylko strzępy informacji. Na dobrą sprawę, to nikt nie wie, kto w tym układzie jest najbardziej poraniony psychicznie. Nikt nie wie, czy zawinili rodzice adopcyjni mamy Stokrotki, czy też to oni są ofiarami.

Mnie to nie interesuje (chociaż oczywiście pochylam się nad smutnym losem mamy dziewczynki). Stoję na stanowisku, że to wychowanie ma kluczowe znaczenie. Mama Stokrotki miała tylko trzy lata, gdy trafiła do rodziny adopcyjnej. Jednak mogła przypominać albo Remusa, albo Balbinę – co stanowi ogromną różnicę. Ale też mogła trafić do zupełnie innej rodziny adopcyjnej i wszystko przybrałoby zupełnie inny obrót. Tego rodzaju wątpliwości jest bardzo wiele.

Mama Stokrotki jest bardzo młoda. Ledwo przekroczyła dwudziesty rok życia. Zespół maniakalno-depresyjny najczęściej dopada osoby grubo po trzydziestce. Moim zdaniem dziewczyna ma zryty mózg przez wszelkiego rodzaju świństwa, które zażywała w swoim młodym życiu. Jak jednak do tego podejdą rodzice adopcyjni?
Jeżeli będą mieli jakiekolwiek wątpliwości, to będę mówił, że może lepiej odpuścić sobie to dziecko. W naszym ośrodku adopcyjnym nie spadną na koniec kolejki. Chyba to jest jedyny atut tego ośrodka, który nie dobiera rodziców do dziecka, tylko każde z nich jest proponowane według kolejności na liście rodzin adopcyjnych. Masz wątpliwości, to za kilka tygodni będzie nowa propozycja. Pewnego rodzaju targ, na którym handluje się żywym towarem.

Stokrotka jest piękną dziewczynką i biada temu, kto ośmieli się powiedzieć inaczej. Oczywiście żartuję... zapewne wygląda podobnie jak tysiące innych noworodków. Jednak jest o kilka tygodni przed swoimi rówieśnikami. Leżąc na brzuchu, potrafi podnieść głowę i przekręcić ją z jednej strony na drugą. Już łączy dłonie, co też nie jest normalne dla dziecka niespełna dwutygodniowego.

Czy jej rodzice adopcyjni za kilka, albo kilkanaście lat stwierdzą, że ich decyzja była największą pomyłką ich życia? A może za wszystko co złe, obarczą geny? Przecież tak jest najprościej.
A może przywiozą ją do mnie i powiedzą „tak ją kochałeś, to sobie ją bierz”.

Mam jednak nadzieję, że za jakiś czas stwierdzą, że jest to ich największe szczęście. Bo to przede wszystkim od nich zależy jak poprowadzą dziewczynkę w dorosłe życie. Jak na rodziców adopcyjnych, to pozycję startową będą mieli wyśmienitą.

Załączę dwa zdjęcia naszej Stokrotki. Pierwsze typowo blogowe, bez twarzy... z zachowaniem wszelkich zasad chroniących wszystko co możliwe.
Jednak na drugim zdjęciu chciałem pokazać jej urodę. Za dwa miesiące dziewczynka będzie wyglądała zupełnie inaczej. A teraz kto ją na nim rozpozna? Jej mama, która wciąż sądzi, że jeszcze jej nie urodziła?







Najlepsze Blogi

piątek, 14 lutego 2020

---Ja, bóg




Tak sobie myślę, że dzisiaj może być to tekst dość mocno kontrowersyjny. Jeżeli więc ktoś do tej pory uważał mnie za całkiem sympatycznego faceta, i tego zdania nie chce zmienić, to może lepiej niech nie czyta.

Zaczynam zauważać, że coraz więcej mówi się o nowym modelu wychowywania dzieci. Modelu, który wprawdzie nie jest nowością, ale który zaczyna być coraz bardziej popularny i w pewien sposób wypiera podejście behawioralne, mające na celu świadomą modyfikację pewnych zachowań dziecka... zachowań uznanych przez rodzica za pożądane.
Odchodzi więc w niepamięć model naszych rodziców, albo jak niektórzy mówią model wychowania tradycyjnego.

Tym nurtem podąża również nasze przedszkole, do którego uczęszczają Ptysie i Bliźniaki. Jest to przedszkole, które zajęło chyba drugie miejsce w powiecie, w rankingu najlepszych tego typu placówek. Oznacza to mniej więcej tyle, że aktualni rodzice dzieci, coraz bardziej cenią sobie model wychowywania bez kar, nagród, tylko podążanie za dzieckiem.

No a ja się zastanawiam, czy jest to tylko moda, czy może faktycznie jestem aż tak stary, że nie wszystko rozumiem. Czy przypadkiem nie jest tak, że idea rodzicielstwa bliskości rozumiana jest zupełnie opacznie? Czy nie jest traktowana jako metoda wychowawcza, którą przecież nie jest?

Wrócę może do okresu, gdy byłem młodym ojcem, który zupełnie nie zaprzątał sobie głowy jakimikolwiek teoriami wychowania. Nie zaprzątał... bo nie musiał.
W tej chwili mogę powiedzieć, że wychowując nasze trzy córki, właśnie stosowaliśmy model rodzicielstwa bliskości, podążania za dzieckiem. Oczywiście nie oznaczało to, że nasze dzieci mogły robić co chciały. Istniały pewne granice, których jednak nie narzucaliśmy stosowaniem kar (chociaż chętnie posiłkowaliśmy się nagrodami). Wystarczyło powiedzieć „nie, nie tędy droga”.
Co okazało się po ćwierćwieczu? Wszystkie nasze córki realizowały model, który im narzuciliśmy w sposób niewerbalny. Z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że w naszej rodzinie istniał pewnego rodzaju kult pracy i wiedzy. Nasze dzieci czuły jakąś presję polegającą na tym, że muszą się dobrze uczyć, ukończyć dobre szkoły i znaleźć dobrą pracę. Nieprzypadkowo trzy razy użyłem słowa dobry. Tak... one musiały być we wszystkim najlepsze, również rywalizując z sobą nawzajem.
Najciekawsze w tym jest to, że one przeszły tę samą drogę, którą ja przeszedłem. Mi też nie wystarczało „ultimus inter pares”. Mając zatem tę świadomość, będąc już ojcem zawsze starałem się łagodzić pewne zapędy naszych dzieci. Mówiłem, że nie muszą mieć samych piątek (wtedy jeszcze szóstek nie było), nie muszą wybrać najlepszego liceum, ani ukończyć studiów. Być może właśnie to powodowało, że chciały pokazać, że dadzą radę. Albo... zupełnie nie pamiętają, że tak do nich mówiłem.
W tej chwili najstarsza córka stwierdza, że studia do niczego jej się nie przydały. Średnia, że praca po politechnice nie da jej takiego zarobku, jak praca kelnerki w knajpie (więc ciągle odwleka poszukiwanie pracy w zawodzie). A najmłodsza na rok przed ukończeniem studiów (technicznych – jakżeby inaczej?) zamierza rzucić je w diabły i rozpocząć studia na psychologii. Aby zwiększyć swoje szanse, zamierza nawet po raz drugi zdawać rozszerzoną maturę... tym razem z polskiego.

Na co więc zdało się nasze podążanie za dzieckiem, które jak się okazało, i tak było jakąś formą presji?
Trener naszej najmłodszej córki zawsze mówił, że jak nie przymusisz, to sportowiec będzie z niej żaden. Nawet nastolatek nie ma takiego samozaparcia, aby dojść do wyników, które się liczą. Może miał rację, bo moja córka od lat już nie wchodzi na matę, a ja jeszcze tak.

Wychowując nasze dzieci nie mieliśmy (???)... dobrze, przynajmniej ja nie miałem większego pojęcia dotyczącego różnego rodzaju metod wychowawczych. A jednak pozwalaliśmy naszym dzieciom eksperymentować. Klocki nie musiały służyć do budowania wieży, a plastelina do lepienia ludzików. Nic nie było zaprogramowane. Zwyczajnie sami eksperymentowaliśmy... bo sami niewiele wiedzieliśmy. Nawet bym powiedział, że podążaliśmy za naszymi dziećmi, bo nie bardzo mieliśmy pomysł na stworzenie jakiegoś programu, którego chcielibyśmy się trzymać. Nasze podążanie było brudne, czasami głośne, niebezpieczne, czasami trudne... ale było satysfakcjonujące. Widzieliśmy jak nasze dzieci rozwijają się nie tylko intelektualnie, ale też emocjonalnie i społecznie. Nasze córki zachowywały się dobrze, bo dobrze się czuły. Jako istoty społeczne wzajemnie poznawaliśmy swoje oczekiwania, potrzeby, poglądy... ale także lęki.
Chętnie korzystaliśmy z nagród, niezmiernie rzadko z kar. Właściwie to pamiętam tylko jedną karę, która została wymierzona jednej z naszych córek, gdy w wieku siedemnastu lat wróciła z imprezy "najebana w trzy dupy” (kolokwialnie to ujmując). W zasadzie to została przyniesiona przez kolegę i koleżankę. Patrząc z perspektywy czasu, to bardzo się cieszę, że miała tak odpowiedzialnych kolegów. A karę właściwie wymierzyliśmy sobie, bo zobowiązaliśmy się do osobistego odbioru jej z każdej imprezy, najpóźniej o północy... oczywiście bez grama alkoholu.

No i teraz po latach, gdy nasza świadomość dotycząca wychowania dzieci tak bardzo wzrosła, zaczęliśmy stosować kary.
Co więcej... doszliśmy do wniosku, że funkcjonowanie naszej rodziny nie jest możliwe bez ich stosowania. Można się oczywiście spierać co jest karą, a co tylko konsekwencją jakiegoś postępowania. Przyjmując definicję, że konsekwencją jest tylko to, co dzieje się samo na skutek dokonania jakiegoś wyboru przez dziecko, to pamiętam tylko dwie takie sytuacje. Raz Remusa upieprzyła osa (którą usilnie chciał złapać) i raz Ptyś odmówił zjedzenia kolacji (więc był głodny do rana).

Nie oznacza to, że nie podążamy za dziećmi, że nie przyglądamy się ich aktualnym potrzebom i nie reagujemy na nie. Chociaż w pewnym sensie, już sama opieka nad kilkorgiem dzieci jednocześnie, powoduje że często muszą one same sobie radzić z takimi emocjami jak lęk, smutek, czy złość (znajdując odpowiednie rozwiązania). Ostatnio Romulus uderzył Remusa zabawką, że aż krew się polała. Kilka godzin później doznał takiego samego uszczerbku na zdrowiu z ręki Ptysia. Nie była to ani kara, ani konsekwencja. Była to okazja do rozmowy.

Ostatnio czytałem „Zaburzenia przywiązania u dzieci i młodzieży” Chrisa Taylora. Właściwie to tylko fragmenty, które mnie interesowały w kontekście pracy z naszymi dziećmi, gdyż jest to pozycja przeznaczona głównie dla terapeutów i mi czytało się to bardzo ciężko.
Mogę stwierdzić, że teorię rozumiem. Również to, że nie ma złotego środka, i do każdego dziecka należy podchodzić indywidualnie. Myślę też, że ogromne znaczenie ma doświadczenie takiego terapeuty, oparte na poznaniu różnych historii i różnych przypadków.
Coraz bardziej zaczynam przyjmować tezę, że dziecko odebrane rodzicom, nawet gdy później przebywa w rodzinie (nieważne jakiej... lepszej), jest w mniejszym lub większym stopniu obarczone traumą – w najlepszym razie traumą rozstania. Nasze dzieci nigdy nie zadają pytań, co będzie z nimi dalej. Nie czują potrzeby, abyśmy ich utwierdzali w przekonaniu, że wrócą do mamy, albo będą z nami na zawsze. Sprawiają wrażenie, jakby wiedziały, że my też tego nie wiemy.

Jak zatem mamy wdrażać nasz model podążania za dzieckiem? Ten, który był tak oczywisty, gdy sami byliśmy rodzicami.
Gdybyśmy opiekowali się tylko Bliźniakami, to wszystko byłoby dużo bardziej proste. Chłopcy, chociaż są trudniejsi w ogarnięciu ich niebywałej energii, potrafią się komunikować. W zasadzie to ja nauczyłem się z nimi komunikować, poprzez akceptację tego o czym mówią. Próbuję zrozumieć ich emocje. Wiem, że zaprzeczanie ich uczuciom, pouczanie, obwinianie, nakazywanie... zwyczajnie mija się z celem. Gdy do nich mówię, to mam wrażenie, że oni zupełnie mnie nie słuchają. Za to gdy oni mówią (a ja słucham), to wiele się zmienia. Odpowiadam zatem Romulusowi w takiej sytuacji „wiem, że jesteś wściekły, ale...” Teraz już nawet pomijam to „ale”. Zamieniam je na „Remusowi jest przykro”. Romulus wie, że zrobił źle i już czasami nie próbuje tłumaczyć swojego zachowania. Podchodzi do Remusa, przytula się i mówi „przepraszam”. Gdy Remus woła mnie w nocy i mówi, że boi się ciemna, to tego nie kwestionuję. Nie twierdzę, że nie ma się czego bać (bo pewnie jest). Akceptuję jego uczucia, a gdy mu rozmowa za bardzo nie wychodzi, to sam próbuję te uczucia nazwać. Zapalam światło w korytarzu i już jest dobrze.

Drugą parą naszych dzieci są Ptysie. Początkowo wydawało się, że to Ptyś jest bardziej zaburzony, a Balbina szybko wyjdzie na prostą. Okazało się, że chłopiec wyszedł z pierwotnych zachowań dysocjacyjnych. Już się nie zawiesza, nie próbuje być niewidoczny. Za to jest uparty. W pewnych sprawach podchodzę do niego na zupełnym luzie. Nie chcesz – nie jedz. Nie chcesz się kąpać – to się nie kąp. Nie chcesz dać buziaka jakiejś ciotce – to nie dawaj (ja też nie daję). Są jednak pewne granice, zasady których już nie zamierzam łamać (według wzorca wychowania zranionego dziecka). Ostatnio Ptyś uderzył Romulusa. Ewidentnie czuł się winny, bo schował się za ścianą i nie chciał wyjść. Zresztą widziałem całe zajście, więc wiem, że był winny. Miał przeprosić chłopca. Sprawa prosta... podaj rękę i powiedz przepraszam. Nawet bym mu to odpuścił, ponieważ Ptyś potrafi się przyznawać do błędów, które to zachowanie chwalimy. No, ale... godzinę wcześniej Romulus za niemal identyczne przewinienie przepraszał Remusa. Teraz te przeprosiny bardziej były potrzebne Romulusowi, niż Ptysiowi. Ale Ptyś nie zamierzał tego zrobić. Przygotowałem więc dzieciom popcorn. Ptyś miał sporo czasu na przeproszenie. Nie skorzystał z propozycji i dla niego popcornu nie było. Kara to, czy konsekwencja? Dla mnie kara. A dla Ptysia?

Na Balbinę nie działają żadne metody wychowawcze. Ani przestrzeganie zasad, ani ich łamanie. Porozumienie bez przemocy? Chyba jeszcze tylko przedszkolny psycholog w to wierzy, bo wychowawczynie już bezradnie rozkładają ręce. Dziewczynka cały czas próbuje nas kontrolować, a jej „bo ja chcem” śni mi się już po nocach. Kontrola jest jej sposobem na przetrwanie. Ona ciągle czuje się potężna i zła. Czasami mam wrażenie, że to ona (a nie Ptyś) ciągle żyje dawnym życiem. Ostatnio byliśmy w lesie. Balbina zadała nam pytanie „wy tutaj kiedyś mieszkaliście?”. Ktoś mógłby pomyśleć, że to głupkowate pytanie pięciolatki. Nie w tym przypadku. Balbina kiedyś w lesie mieszkała.
W całym procesie wychowywania dziecka trudnego, chodzi o jakieś wypośrodkowanie celów każdej ze stron, przy jednoczesnym utrzymaniu (czy naprawieniu) wzajemnych relacji. Istnieje pięć wzorców radzenia sobie w sytuacjach konfliktowych: unikanie, łagodzenie, rywalizowanie, szukanie kompromisów i konfrontacja. Pierwszą, drugą i czwartą strategię mamy już za sobą. To był okres, gdy Ptysiom dawaliśmy czas na zapoznawanie się z nami. Staraliśmy się zapobiegać konfliktom, chociaż była to technika oparta głównie na przetrwaniu... aż dziecko się przystosuje.
W końcu nadszedł czas na konfrontację. Podobno jest to najskuteczniejsza metoda, chociaż polegająca na sporach, które mają poprawić relacje między opiekunami a dziećmi, poprzez zmniejszanie napięcia emocjonalnego między nimi. Ważna jest tutaj wspomniana wyżej umiejętność słuchania, empatia, zdolność prowadzenia negocjacji, ale również gotowość do odwracania uwagi, zamieniania wszystkiego w żart.
Remus i Ptyś czasami miewają nad ranem doła i nie chcą iść do przedszkola. Remusa zawsze bolą nogi, a Ptyś nie chce iść i tyle. Do tego pierwszego chłopca Majka zawsze mówi „tak, wiem że cię bolą, więc musisz pójść na poranną gimnastykę”. Z Ptysiem jest gorzej. Majka stawia tutaj zawsze na poczucie humoru. Chłopiec go nie ma... ale Majka owszem. Balbina na szczęście lubi chodzić do przedszkola, więc nie ma tego problemu. Nie wiem jednak co by było, gdyby to ona stwierdziła „dzisiaj nie idę”.

Staramy się zatem pokazywać Balbinie granice i zasady obowiązujące w naszej rodzinie. Po prawie roku skończył się okres kiedy przymykaliśmy oko na jej królewskie maniery, gdy za zrobienie siku na środku chodnika, czy grzebanie w spiżarni (do której żadne z dzieci nie ma wstępu) był najwyżej "wypad". Gdy wszyscy sprzątali przed pójściem spać, Balbina snuła się z kąta w kąt. Trzeba było jej mówić (i to dość stanowczym tonem) co ma podnieść i gdzie odłożyć.
W przedszkolu zaczęła być nie do opanowania. Rzucała krzesłami, była agresywna w stosunku do innych dzieci i swoich pań. Gdy chciała iść do toalety, to ryzykowne było polecenie „ale najpierw załóż paputki”, bo na złość mogła zrobić siku w majtki. Często bez wyraźnego powodu, siadała na środku dywanu i wrzeszczała. W domu też tak czasami robi. Może próbuje wykrzyczeć „co mam zrobić, abyś mnie odrzucił!”?. Może jest to efekt zdrowienia. Może jest to test otoczenia, może zaczyna być ufna w relacjach z bliskimi sobie ludźmi?

Pewnego dnia (po kolejnej skardze z rzędu przez panią wychowawczynię) nie wytrzymałem i Balbina (po przyjściu z przedszkola) dostała wypad do swojego pokoju, do czasu zrozumienia swojego przewinienia. Była to reakcja bezprecedensowa i jednocześnie bezsensowna, mająca co najwyżej spowodować upust moich nagromadzonych złych emocji. Przecież nikt nigdy nie dostaje u nas kary za coś, co miało miejsce kilka godzin temu... a już na pewno nie za całokształt. Rozmowy dyscyplinujące nie przynosiły żadnego skutku... zresztą podobnie jak w przeciągu kilku poprzednich dni.
Balbina siedziała na dywanie i wyła. Każda próba podjęcia jakiegokolwiek dialogu kończyła się jeszcze bardziej donośnym wyciem. Po prawie trzech godzinach, gdy kolacja już wjechała na stół, Balbina wręcz wyrecytowała wszelkie swoje przewinienia, kończąc je dziwnym, ironicznym uśmiechem. Ktoś mógłby powiedzieć „złamałeś ją, dopiąłeś swego”. Nie... to ona mnie pokonała. Ten uśmiech mówił „wygrałam...tak wkurwionego jeszcze nigdy cię nie widziałam”.

Zrobię w tym momencie pewną dygresję... a nawet dwie. Głównie dlatego, że akurat teraz przyszło mi to na myśl, a za chwilę mogę zapomnieć. Chociaż nie jest to ani nic osobliwego, ani nic nowego. Powtórzę to, co w przeciwieństwie do niektórych innych moich poglądów nie ulega zmianie, a wręcz coraz bardziej utwierdza mnie w słuszności moich przekonań.

- Jesteśmy z Ptysiami już ponad rok. Niewiele się zmienia. Jako ojciec zastępczy, w którego rodzinie Balbina miałaby mieszkać na zawsze, powiedziałbym „jest okej”. Nie pałamy do siebie wielką miłością. Może to się zmieni, a może nie. Mamy czas. Nie wszystkie dzieci się kocha... są też takie, które się nienawidzi. O Balbinie mogę powiedzieć, że ją lubię... jeszcze ją lubię. Dla jednego będzie to tylko tyle. Dla innego, aż tyle.
Co by jednak było, gdybym był jej ojcem adopcyjnym?

- Zastanawiam się też, co by było, gdybym był młodym ojcem zastępczym, mającym również swoje dzieci biologiczne? Istnienie Balbiny (może to niezręczne określenie) ma negatywny wpływ na inne dzieci. Na Bliźniaki, ale również na Ptysia, który jest przecież jej bratem. Podobno kiedyś dziewczynka dominowała nie tylko nad Ptysiem, ale też nad najstarszym z braci (czyli Bilem), jak również kontrolowała emocjonalnie swoją mamę.
Pozostając rodziną zastępczą, nigdy nie ma pewności jakie dzieci do niej trafią i czy kiedykolwiek opuszczą tę rodzinę. Nie wiadomo też, jak nasze dzieci biologiczne zareagują na innych członków rodziny. Niektórych potraktują jak rodzeństwo... innych niekoniecznie.
Dodam jeszcze jeden element do tej układanki... załóżmy, że decyduję się adoptować jedno z dzieci przebywające w naszej rodzinie zastępczej. Nieważne, czy akurat to konkretne dziecko mnie zauroczyło, czy zawsze miałem takie plany... a może poczułem, że inaczej nie potrafię, bo dobro dziecka jest najważniejsze. Kim to dziecko czuje się w mojej rodzinie? Dzieci biologiczne mówią do nas za kulisami „po co je adoptowaliście?” A do tego taka Balbina... dzisiaj ta, jutro inna.


Tak więc, rozważając rozmaite koncepcje psychologiczne, które zdecydowanie sprzeciwiają się stosowaniu kar, podjęliśmy decyzję, że u nas jednak te kary będą.
Nie są one metodą wychowawczą... są zwyczajnym narzędziem dyscyplinującym. Zresztą bardzo skutecznym narzędziem. Gdy Balbina podstępem wyjadła wszystkie słodycze, do których udało jej się dotrzeć w chwili mojej nieuwagi, to dostała tygodniowy szlaban na wszelkie słodkości... nawet na chleb z dżemem. Brutalne, ale pamięta o tym do dzisiaj. Być może będzie to dla niej traumatycznym wspomnieniem z pobytu w naszej rodzinie. Nawet bym na to przymknął oko, gdyby skrzętnie ukryła wszelkie ślady. Wówczas mógłbym najwyżej liczyć na naturalne konsekwencje, czyli że dziewczynka zwyczajnie się porzyga. Niestety wszystkie papierki rozrzuciła pod stołem, do których dotarła pozostała trójka chłopców. Ptyś nawet widział jej niecny uczynek. Być może chciał mi naskarżyć (jak jest to w jego zwyczaju), ale akurat rozmawiałem przez telefon.

Uczenie zasad jest procesem rozłożonym na lata. Wiąże się to więc z czasem, którego przecież my (jako pogotowie) nie mamy. A przecież musimy jakoś sprawić, aby przebywające u nas dzieci poczuły się bezpiecznie, aby wiedziały czego od nich oczekujemy. Być może kara wymierzona Balbinie wcale nie jest lekcją dla niej... ale z pewnością jest lekcją dla pozostałych.
Idea rodzicielstwa bliskości w realiach pogotowia rodzinnego, pozostaje tylko ideą. Zresztą nie tylko w realiach pogotowia, bo przecież nie odpowiada ona na wiele pytań. Do jakiego momentu należy podążać za dzieckiem? Kiedy należy powiedzieć „stop – przekroczyłeś granicę”? Jak wyegzekwować prawidłowe zachowania? Jak modelować właściwe postawy opierając się tylko na własnym autorytecie?
Jak uczyć dziecko przekraczać bariery (których napotka w życiu mnóstwo), ucząc je, że to ono kreuje swoją osobowość?
Podam przykład z dzisiejszej nocy. Godzina 5:20, Ptysie zapaliły światło w swoim pokoju i zaczęły świetnie się bawić. Zwyczajnie do nich poszedłem i wyłączając światło oznajmiłem, że jest środek nocy i mają spać. Dawniej bywały sytuacje, że musiałem wykręcić żarówkę. Kara? Moim zdaniem tak. Jednak alternatywą jest zasypianie po kątach w przedszkolu, i po przyjściu do domu. Czy gdybym zagrał na strunie emocjonalnej i odwołał się do swoich pragnień pospania jeszcze choćby godzinę, to coś by to zmieniło? Pewnie niewiele. I tak spowodowałoby to konieczność rozpoczęcia mojego dnia o piątej dwadzieścia.

A co, jeżeli Remus albo Ptyś nie zechce pójść do przedszkola? Nie ma takiej opcji. Za kilka lat może nie zechcieć pójść do szkoły, a później do pracy. Może nie nakarmić swoich dzieci, bo będzie miał inne plany. Chociaż z naszymi córkami mieliśmy niepisaną umowę, że raz w semestrze mogą bez uzasadnienia powiedzieć, że nie chcą pójść do szkoły i my im napiszemy usprawiedliwienie. Było to dobre rozwiązanie. Niestety z Ptysiami i Bliźniakami taki układ nie jest jeszcze możliwy, gdyż dzieci nie do końca jeszcze prawidłowo operują pojęciami związanymi z czasem.  
Ktoś mógłby w tym momencie powiedzieć do mnie „słuchaj, ale ty nie odróżniasz podążania za dzieckiem od wychowania bezstresowego”. Odróżniam... ale granica jest bardzo cienka. Zresztą życie w rodzinie nigdy nie jest bezstresowe – ani dla dzieci, ani dla rodziców.

W przypadku takich rodzin jak nasza, często występuje też sytuacja, że dzieciom wcale nie wystarcza zadowolenie opiekuna. A nawet jest wręcz przeciwnie, bo dzieci cały czas dążą do utrzymania psychicznej przewagi, do zdobycia nad nim władzy i przejęcia pełnej kontroli.
A może to też tylko teoria? A jeżeli nawet nie, to może mówimy tylko o promilu takich przypadków?
Wrócę do przedstawionej wyżej sytuacji z Balbiną i karze, która była tylko następstwem mojej złości i nie miała żadnego logicznego uzasadnienia. Zastanawiam się, czy trafnie oceniłem jej uśmiech zwycięstwa. A może był to tylko niepewny uśmiech zadowolenia? Może był to uśmiech radości, wynikający z tego, że wszystko uległo resetowi, że znowu ma czystą kartę, że... odbyła pokutę i dostała odpust zupełny.

Dlaczego Balbina całkiem dobrze funkcjonuje w domu, a w przedszkolu jest wcielonym diabłem, z którym nikt nie może sobie poradzić? Dlaczego ignoruje wszelkie polecenia swoich pań? Nie chce umyć rąk, powiedzieć proszę, świadomie rezygnuje z szeregu przywilejów? Dlaczego lekarstwem jest tylko porozumienie bez przemocy? Balbina zdecydowanie potrzebuje innego lekarstwa. Zapraszam każdego teoretyka do weryfikacji swoich tez na żywym organizmie. Balbina chętnie zamieszka w każdym domu.

Romulus, który najczęściej z naszych dzieci ma wypad na schody, po powrocie (z tej kary) zachowuje się jakby wszystko z niego spłynęło, jakby nie pamiętał przewinienia, za które „wyleciał”. Jest mu dobrze, jest oczyszczony. Gdy zostaje na te schody odprowadzony, to najpierw się wścieka, płacze, krzyczy... potem się uspokaja i czeka na hasło „możesz wrócić”. Czy w tym czasie następuje jakieś przemyślenie, zastanowienie się nad swoim postępowaniem? Wątpię. Jest to głównie izolacja od reszty dzieci, którym chłopiec burzy klocki, rozrzuca puzzle... dla których zwyczajnie jest upierdliwy. Jest to kara, której musi się  poddać.

Pewnie jest jeszcze wiele innych teorii psychologicznych potępiających takie nasze postępowanie. Ale czego my rodzice oczekujemy od dziecka? Dlaczego każemy mu samemu tworzyć jego własne życie? Czy ono tego chce? Czy jest gotowe na podjęcie tak trudnego wyzwania?

Gdyby tak było, to my dorośli świetnie byśmy sobie radzili w życiu, opierając się tylko na swoich normach moralnych i zdobywanych przez lata doświadczeniach.
A jednak świetnie funkcjonujemy w świecie setek religii opartych o kary, nagrody, odpuszczanie grzechów, mamienie wizją lepszej przyszłości. Tak jest nam łatwiej.
Dlaczego zatem od dzieci oczekujemy czegoś więcej?

Niektórzy mówią, że rodzic jest dla dziecka całym światem. Ja dla naszych, jestem nawet bogiem. Czasami mnie kochają, czasami mi złorzeczą. Mają wolną wolę, ale do pewnych granic, które reguluję również karami i nagrodami. Tych drugich jest zdecydowanie więcej, ale tych pierwszych też trochę jest. A mimo wszystko uważam, że jest to rodzicielstwo bliskości. Oparte na więziach, szacunku i podmiotowości dziecka.

W ten właśnie sposób wychowuję przyszłych bogów. Wbrew psychologom, którym tylko się wydaje, że swoich bogów nie mają.


Najlepsze Blogi