wtorek, 18 lipca 2017

--- Majka jest mikrochimerą!

Wyjazd na wakacje sprawia, że mając trochę więcej czasu niż zazwyczaj, wieczorami buszuję sobie po internecie (tak zupełnie dla przyjemności). Czasami trafiam na niewiele warte artykuły, ale często coś szczególnie przykuje moją uwagę. Tym razem dowiedziałem się, że Majka jest mikrochimerą. Na szczęście tylko „mikro”, bo gdyby była prawdziwą chimerą, to przynajmniej w połowie byłaby kozą.
Mikrochimeryzm polega na obecności w danym organizmie, niewielkiej liczby komórek, różniących się genetycznie od komórek gospodarza. W świecie zwierząt i roślin jest to zjawisko występujące dość często. W przypadku człowieka, mikrochimerami są głównie kobiety, ale również część populacji męskiej. Pewną wymuszoną formą mikrochimer, są osoby po przeszczepach albo transfuzji krwi. Jednak większość osób posiada w swoim ciele fragmenty obcego DNA, które znalazły się w ich organizmie w sposób zupełnie naturalny.
Już od dawna (końca XIX wieku) było wiadomo, że kobieta w czasie ciąży przekazuje swój materiał genetyczny dziecku. Jednak przez długi czas (aż do lat 90-tych XX wieku) tajemnicą było, że również dziecko wysyła swoje komórki do organizmu matki. Początkowo sądzono, że chodzi tylko o chłopców. Jednak okazało się, że zwyczajnie łatwiej było odnaleźć odmienne komórki zawierające chromosom Y. Tak więc, kobieta posiada w swoim organizmie pewną ilość komórek wszystkich swoich dzieci (również tych, które na wczesnym etapie ciąży zostały poronione).
Na dobrą sprawę „obce” komórki są zwalczane przez układ odpornościowy organizmu, jednak z jakichś powodów, część z nich pozostaje … i to pozostaje na długo – nawet kilkadziesiąt lat. Być może organizm w jakiś sposób się do nich przyzwyczaja, a nawet dochodzi do wniosku, że są one dla niego korzystne. Wykazano bowiem pewien pozytywny wpływ na organizm gospodarza. Czytałem o przypadku, gdy chora wątroba matki, została „cudownie” zregenerowana. Okazało się, że w większości składała się z „obcych” komórek dziecka danej kobiety. Niestety trzeba się też liczyć z negatywnym oddziaływaniem na organizm, co może prowadzić do pojawienia się chorób, które bez istnienia komórek z innym DNA, zwyczajnie by nie zaistniały. Na dobrą sprawę wszystko jest jeszcze na etapie badań i spekulacji (chociaż może nie dotarłem do najnowszych opracowań). Z wyczytanych informacji wynika, że „obce” komórki chronią przed chorobą Alzheimera i rakiem piersi, ale z kolei mogą się przyczyniać do rozwoju nowotworu jelita grubego.
Wszystkie nie swoje komórki można spotkać niemal w każdym narządzie. Chociaż nie jest ich dużo (aczkolwiek dla mnie 1:1000 to jest bardzo dużo), to jednak występują nie tylko we krwi, ale również wątrobie, nerkach, sercu, a nawet mózgu.
Dlaczego te badania tak bardzo interesowały naukowców (poza czystą ciekawością)? Przede wszystkim chodziło o możliwość prowadzenia nieinwazyjnych badań prenatalnych, które aktualnie już się wykonuje. Wystarczy pobrać próbkę krwi matki, wyizolować fragmenty komórek z obcym DNA i wykryć ewentualne najczęstsze zaburzenia chromosomowe płodu.
Zastanawiałem się, skąd wiadomo, że dana komórka jest akurat komórką dziecka, z którym aktualnie kobieta jest w ciąży (a nie na przykład dziecka z poprzedniej ciąży). Okazuje się, że materiał genetyczny płodu zawarty w krwi matki, może stanowić aż do 20% całego wolnego DNA. Trudno więc się pomylić.

Ale to jeszcze nie wszystko. A właściwie najciekawsze mam do opisania. Kilka lat temu zostały przeprowadzone kolejne badania, których celem było określenie hipotetycznego wpływu potomków płci męskiej, na pewne predyspozycje do chorób neurologicznych występujących głównie u mężczyzn. Tym razem były to pośmiertne badania mózgu. Okazało się, że również kobiety, które nie rodziły chłopców, też miały obce komórki z chromosomem Y. Odsetek przypadków był na tyle duży, że wątpliwe było postawienie tezy, iż kobiety te w swoim życiu poroniły lub dokonały aborcji chłopca, czy też same w życiu płodowym wchłonęły brata bliźniaka. Do tego ten materiał genetyczny często nie pochodził od jednej osoby. W każdym razie, wnioskiem z tych badań było podobno również to, że mikrochimerą można zostać także poprzez spermę.
Jeżeli tak jest faktycznie, to Majka cały czas ma mnie w swojej głowie (a dokładniej w mózgu).

Myślę, że naukowcy nie powiedzieli jeszcze ostatniego słowa w temacie mikrochimeryzmu. Nigdzie tego nie znalazłem, ale zacząłem się zastanawiać, że skoro potwierdzono pewien wpływ obcych komórek na rozwój lub hamowanie niektórych chorób, to być może te, które są obecne w mózgu, mają jakiś wpływ na osobowość, albo postrzeganie pewnych rzeczy.
Już nieraz w swoim życiu spotykałem się z przykładami osób, którym po przeszczepie lub transfuzji krwi, w jakiejś mierze zmieniał się charakter. Prawdę mówiąc, opowieści te wkładałem między bajki – a może niesłusznie.
Albo to, że małżonkowie się do siebie upodabniają ... Samego faktu nie podważam, bo widzę to nie tylko po sobie, ale również obserwując wiele znanych mi par. Zawsze jednak sądziłem, że przyczyną jest wspólnie spędzany czas, wspólne plany, marzenia, dążenie do określonych celów. A może prawda jest o wiele bardziej tragiczna? Może Majka powoli staje się mną?

Mam nadzieję, że tak nie jest, chociaż czytałem o dużo bardziej abstrakcyjnych wnioskach.
Okazuje się, że te badania naukowe potwierdzają teorię o Niepokalanym Poczęciu i Wniebowstąpieniu Maryi. Bo przecież, skoro komórki Jezusa znajdowały się w jej ciele, to nie po to, aby zostały sprofanowane obecnością komórek Józefa, no i … siłą rzeczy musiały pójść do nieba.

Ciekawe, prawda?


środa, 12 lipca 2017

--- Historia jednego komentarza.

Wprawdzie pod moimi postami nie ma zbyt wielu komentarzy, to jednak bardzo się cieszę, że często pojawiają się „perełki”. Są to wpisy najczęściej bardzo merytoryczne i rozbudowane, które z pewnością zabrały ich autorom sporo czasu. A jednak zechcieli się podzielić swoimi spostrzeżeniami.

Ostatni komentarz, który za chwilę przytoczę, spowodował swego rodzaju „burzę mózgów”. Zwłaszcza Majki i moją, ale nie tylko.
Żeby nie „gadać po próżnicy”, zacznę może od tego tekstu:

powiem uczciwie, że kontynuacja spotkań z RZ w sytuacji, w której dziecko przebywało w niej na tyle długo (lub z taką jakością kontaktu), że wykształciła się silna więź, jest dla mnie oczywistą sprawą. Trudno mi nawet przyjąć, że to mogłoby być przedmiotem większych rozkmin, bo jest tak naturalne i z ludzkiego punktu widzenia, i też z punktu widzenia literatury. Problemem czy raczej niewiadomą to mogą być tu rodzice adopcyjni, ale to jest jeszcze inna sprawa i moim zdaniem to kolejny słaby punkt systemu. Z jednej strony rozumiem ich narracje, że 'wreszcie weźmiemy nasze dziecko do prawdziwego domu" itd., ale z drugiej strony ktoś (konkretnie: pracownicy OA, którzy mają przygotowanie pedagogiczne i psychologiczne) powinien temu zdecydowanie dawać odpór i pokazywac, jakie mogą być koszty szybkiego przejścia.
Ucinanie nożem jedynej stabilnej i bezpiecznej relacji emocjonalnej, jaką dzieci zdązyły zbudować, jest zwyczajnym okrucieństwem, nawet jesli jest podejmowane w dobrej wierze. I nie zdziwiłabym się, gdyby jej konsekwencją było wyhodowanie porządnego RADu, a lepszym scenariuszu - poważnych problemów adaptacyjnych, które oczywiście nie wylezą po dwóch miesiącach, tylko będą się ciągnąć latami, przy czym z dużym prawdopodobieństwem nikt tu nie doda dwóch do dwóch, tylko będzie szukać przyczyn gdzie indziej. I błędnie. Dzieci nie są przedmiotami, które się przenosi z dobrego do lepszego, tylko po prostu są porzucane kolejny raz, sorry. I żaden nowy pokój, nowa mama i morze miłości nie zmienią tego, co czuje mały człowiek - dezorientacja, odrzucenie, przerwanie.
Analogicznie nie mam wątpliwości, że szybka rewizyta jest w interesie i dziecka, i jego nowej rodziny. To jest moment, w którym dorośli muszą (ok, powinni, bo niestety nikt nic nie musi) zrobić sobie porządne ćwiczenie z wejścia w perspektywę dziecka i poczucia jego emocji, a te są trudne i stoją w poprzek własnych wizji, jak to w momencie wejścia do nowego domu świat zaczyna się układać, buduje się miłość i zamykamy się na zewnętrzny świat, aby nam nie przeszkadzał. No niestety to tak nie działa, nawet jeśli powiedzenie tego głośno może być ciosem w miłość własną rodziców.
A skoro już piszę bez owijania w bawełnę to pociągnę ten trend i napiszę, że szokują mnie bocianowe opowieści z nutą licytacji na to, kto szybciej miał swoje dzieci w domu. "Nasz synek już po tygodniu był z nami - chwali się mama - i choć był mocno związany z RZ to wszystko jest ok". Serio? Z czyjej perspektywy jest ok? Rodzica czy dziecka? I jaka jest czasowa głębia tej perspektywy- pół roku?
Więzi nie da się przenieść, więzi można zbudować z nową osobą. Warunkiem powodzenia jest czas i niezrywanie więzi poprzednich, a raczej stopniowe ich rozluźnianie. Bardzo rozciągnięte w czasie, ze wsparciem albumu ze zdjęciami, z podtrzymywaniem wspomnień. Z szanowaniem historii dziecka. Kiedyś wierzyłam w przeniesienie, dziś nie - i nie z powodu doświadczeń własnych, a cudzych. Mozna sobie zbudować piękną wizję, ona zacznie się chwiać dopiero po latach, jesli ten element nie zostanie dopilnowany. A płatnikami będą rodzice, właśnie ci szczęśliwi, że po tygodniu zabrali dziecko z RZ.
Ostatnie dni spędzilam m.in. na rozmowach z terapeutą, który pracuje z dorosłymi adoptowanymi. I ten motyw porzucenia powraca, czy nam się to podoba czy nie. Nie tego porzucenia pierwotnego, przez rodziców biologicznych, ale tego porzucenia wtórnego, szybkiego ułożenia dziecku życia w nowym domu, bez wrażliwości na to, że robi się w ten sposób wielką krzywdę ukochanemu dziecku.”

Tekst ten zrobił bardzo duże wrażenie na Majce. Na mnie w zasadzie też, chociaż tego rodzaju poglądy są mi bardzo bliskie. Majka napisała e-maila do Sensei (mamy Smerfetki), aby przeczytała ten komentarz i w jakiś sposób się do niego odniosła. My byliśmy gotowi podjechać do nich choćby na godzinę czy dwie (mimo, że za chwilę wyjeżdżamy na wakacje).
Rozważania trwały dość długo … do następnego dnia. Mogę się tylko domyślać, jak bardzo Sensei i Kano starali się wybrać najlepszą drogę postępowania. Ostatecznie podjęli decyzję, że pierwsze spotkanie z nami będzie jednak we wrześniu (tak jak to zostało wstępnie ustalone). Dziewczynka bardzo dobrze zaadaptowała się w nowej rodzinie. Nie widać w niej lęku. Powiela zarówno dotychczasowe schematy (choćby poranne rytuały), jak również zdobywa nowe doświadczenia i umiejętności (na przykład zgłaszanie potrzeby skorzystania z nocnika)... a przecież zupełnie naturalną rzeczą mogłoby być pewne (chwilowe) uwstecznienie się w rozwoju.
Strach przed tym, co ewentualnie mogłoby się wydarzyć, gdybyśmy ją odwiedzili po tych kilkunastu dniach od odejścia z naszej rodziny, jest bardzo silny. Mają go nie tylko rodzice adopcyjni, ale również Majka … i ja w pewien sposób też. Chociaż gdybym miał podjąć decyzję, to jednak wybrałbym wariant spotkania się. Mam wrażenie, iż Smerfetka jest już na tyle blisko ze swoimi rodzicami (w końcu jej zachowanie potwierdza to, iż czuje się bezpiecznie), że gdyby nas nagle zobaczyła, to powiedziałaby swoje „czeeeść” … i tyle. A być może gdzieś tam w jej główce zostałaby jakaś informacja, że nadal istniejemy.
W każdym razie Smerfetka nie jest wyjątkiem spośród dotychczasowych dzieci, które odchodziły do rodzin adopcyjnych. Nie przypominam sobie sytuacji, abyśmy któreś dziecko odwiedzili wcześniej niż po dwóch miesiącach po rozstaniu. Chociaż kilka razy zdarzyły się krótkie, wcześniejsze spotkania dzieci z Majką (choćby na rehabilitacji, czy w sądzie) i nic strasznego się nie wydarzyło. W każdej z dotychczasowych rodzin jest dobrze. Mogę mieć tylko nadzieję, że nigdzie nie tyka jakaś bomba z opóźnionym zapłonem.

Za to rodzice Gacka nie mieli najmniejszych wątpliwości, czy powinniśmy się spotkać. Właśnie kilka godzin temu byliśmy u chłopca w odwiedzinach. Nie obawiałem się tej wizyty, chociaż byłem ciekawy jak chłopiec zareaguje na nasz widok.
Okazało się, że Gacek zachowywał się tak, jak byśmy się rozstali kilka godzin wcześniej, czyli z wielkim luzem. Gdy odchodził istnieli już tylko mama i tata, a ciocia Majka i wujek Pikuś byli jedynie tłem. I tak też było dzisiaj, mimo że nasz widok, gdy stanęliśmy w progu, bardzo go ucieszył (chociaż trudno powiedzieć, czy bardziej chodziło o nas, czy o dzieci, z którymi przyjechaliśmy). Jedyną rzeczą, której w tej chwili mu brakuje, jest właśnie towarzystwo dzieci. Z relacji rodziców wynikało, że Gacek przechodził dzisiaj samego siebie. Nieustanie biegał, roznosił talerzyki, kubeczki, sztućce (zachowywał się jak prawdziwy gospodarz). I chociaż zabawa była przednia, pożegnanie przeszło z uśmiechem, przybijaniem piątki, rozdawaniem i przesyłaniem buziaków. Nie było smutku, płaczu – żadnych oznak tęsknoty za tym, co było kiedyś. Już jesteśmy wstępnie umówieni na kolejne spotkanie. Kilkanaście minut temu zadzwoniła Lassie (mama Gacka - niejadka), że po naszym wyjściu, chłopiec zjadł cały słoiczek obiadku (co mu się w zasadzie nie zdarza), więc zawsze będziemy mile widziani w ich domu. Chociaż moim zdaniem, przyczyna tkwi w tym, że nasze dzieci dały mu trochę do wiwatu ... i musiał uzupełnić stracone kalorie.  

Żałuję, że nie doszło do spotkania ze Smerfetką. Wydaje mi się, że mogłoby ono wyglądać podobnie, a jeżeli jednak byłoby inaczej, to na bazie porównań zachowań tej dwójki, można by wyciągnąć jakieś wnioski. Jednak doskonale rozumiem decyzję Sensei i Kano, tym bardziej, że pierwotnie to my ich namawialiśmy, aby pierwsza wizyta odbyła się dopiero po kilku miesiącach. Być może zwyczajnie zachłysnąłem się teorią o konieczności szybkiego spotkania się z rodzicami zastępczymi. Być może powinienem jeszcze coś więcej poczytać.
Pamiętam, że po pierwszej wizycie u Hawranka, chłopiec przy pożegnaniu bardzo się rozpłakał. Być może było to tylko związane z tym, że świetnie się bawiliśmy i nagle stwierdziliśmy, że musimy odejść. Przypuszczalnie w jakiś sposób nas pamiętał (niekoniecznie na poziomie rozumowym). Jego rodzice twierdzili, że zachowanie chłopca było zupełnie inne, niż w stosunku do znanych już sobie osób (cioć, wujków). Teraz widujemy się co kilka miesięcy. Cieszy się, gdy nas widzi, ale odchodząc tylko przybija piątkę i wsiada do samochodu swoich rodziców (albo nas odprowadza wzrokiem do samochodu).

Cały czas chodzi mi po głowie stwierdzenie, że dziecko powinno spotkać się z rodziną zastępczą w krótkim czasie po odejściu do rodziny adopcyjnej. Tylko czy jest to tydzień, dwa … a może również miesiąc, czy dwa?

Zaczęliśmy też z Majką rozważać pewne analogie do rodziców biologicznych.
Skoro dzieci odchodząc do rodziny adopcyjnej powinny spotykać się z nami tuż po odejściu (aby nie zrywać bezceremonialnie więzi), to pewnie takie same zasady obowiązują w przypadku przejścia do nas z rodziny biologicznej.
Dotychczas staraliśmy się trzymać rodziców biologicznych z daleka od ich dzieci przez pierwsze trzy, cztery tygodnie (aby te zdążyły się poczuć u nas dobrze). A może właśnie powinniśmy pozwolić, aby rodzice przyszli w odwiedziny po kilku dniach (nawet jeżeli pozornie jest to ze szkodą dla każdego)?
Siedmioletni Kapsel początkowo bardzo przeżywał spotkania z mamą. Trudno było nad nim zapanować zarówno przed spotkaniem, jak też po. Miewał ataki agresji, rzucał się na podłogę. Psycholog twierdził, że jest to dowód na to, że nadal istnieją silne więzi z mamą i o ile jest szansa na powrót chłopca do niej, to należy te kontakty utrzymywać (nawet kosztem „rozwalonych” dni).
W tej chwili Kapsel nadal spotyka się z mamą (chociaż ma ona już odebrane prawa rodzicielskie), ale raczej traktuje ją jak każdą inną ciocię, z którą zdarza mu się pójść na spacer. Więzi między nimi osłabły … tak samoistnie. Za to są one coraz silniejsze między nami. Ja właśnie coś takiego nazywam procesem przenoszenia więzi – w tym wypadku ze swojej mamy biologicznej na mamę zastępczą. Prawdopodobnie w przypadku, gdy uda się znaleźć dla chłopca rodziców adopcyjnych, to te pierwotne więzi (z mamą biologiczną) przestaną istnieć. Jednak już obecna sytuacja wskazuje, że nie zostaną one brutalnie zerwane, bo ich wygaszanie trwa już od dobrych kilku miesięcy.

Ciekawe jest to, że teoretycznie mama Kapsla powinna być dla niego wielką atrakcją. Gdyby Majki nie było w pobliżu, to nakarmiłaby go kilogramem cukierków, chipsów, kupiłaby mu colę, hamburgera i wiele podobnych rzeczy. Majka czasami już przymyka oko, jak mama z babcią dają Kapslowi potajemnie cukierki, kupują frytki ...
A jednak ta ciocia, która ma zasady, jest teraz najważniejsza. Kapsel na co dzień wspomina mamę tylko wtedy, gdy ma posprzątać swój pokój. Wówczas są lamenty „mamo, gdzie jesteś” - chociaż już ostatnio coraz rzadziej. Chyba załapał, że to do niczego nie prowadzi.

Jednak kontynuując wątek komentarza (który zacytowałem), stwierdziliśmy z Majką, że może dobrze byłoby pójść za ciosem i doprowadzić do szybkiego spotkania Sasetki i Marudy ze swoimi rodzicami biologicznymi. Wprawdzie zakładaliśmy, że reakcje dzieci mogą nie być najlepsze (półtoraroczny Maruda cały czas był „na piersi”, czego Majka niestety nie może mu zapewnić), to jednak będzie to też jakaś droga do nawiązywania więzi z nami (mając wciąż silne więzi z rodzicami). W końcu jednoczesny widok rodziców biologicznych i zastępczych, powinien sugerować dzieciom, że chyba się lubimy. Nie wiem co z tego wyjdzie, bo mama nie „pociągnęła” tematu, a tata stwierdził, że przecież on pracuje. Tak więc póki co ze spotkania nic nie wyjdzie.

Ze wspomnianego komentarza zaciekawiło mnie zwłaszcza jedno stwierdzenie:

Ostatnie dni spędzilam m.in. na rozmowach z terapeutą, który pracuje z dorosłymi adoptowanymi. I ten motyw porzucenia powraca, czy nam się to podoba czy nie. Nie tego porzucenia pierwotnego, przez rodziców biologicznych, ale tego porzucenia wtórnego, szybkiego ułożenia dziecku życia w nowym domu, bez wrażliwości na to, że robi się w ten sposób wielką krzywdę ukochanemu dziecku.”


Czyż nie wypływa z tego wniosek, że największą krzywdę wyrządzają dziecku rodzice zastępczy?
Większość rodziców biologicznych, tuż po odebraniu im dzieci, bardzo się mobilizuje. Chcą się spotykać z dzieckiem, przyjeżdżać do niego przynajmniej raz w tygodniu. Z biegiem czasu te spotkania stają się coraz rzadsze, mniej regularne, często w końcu ustają. Jednak z punktu widzenia dziecka, być może pozwalają mu płynnie wniknąć w nową rodzinę.
Gdy dla porównania weźmiemy rozstanie z rodziną zastępczą, w sytuacji gdy dziecko zostaje przysposobione, to często ten proces jest wielokrotnie krótszy i kończy się zerwaniem jeszcze silnych więzi. Być może dlatego, dla dzieci adoptowanych, o wiele trudniejszym jest zrozumienie, dlaczego zostali oni porzuceni przez rodzinę zastępczą, a nie biologiczną.

Przyszła mi jeszcze na koniec do głowy pewna myśl. Dlaczego zarówno na szkoleniach dla rodzin adopcyjnych, jak też zastępczych, nie wspomina się jak powinien wyglądać proces przekazania dziecka? Na naszym szkoleniu wiele się mówiło o więziach. Jednak dotyczyło to tylko relacji dziecko-rodzic biologiczny w odniesieniu do relacji dziecko-rodzic zastępczy. Nikt nas nie uczył, jak powinniśmy powierzyć dziecko rodzicom adopcyjnym. Nikt nas też nie sprawdza, czy robimy to dobrze. Ten temat nie istnieje … również w ośrodkach adopcyjnych. Przynajmniej taki mam obraz po kilkuletnim poznawaniu tego systemu … chociaż może gdzieś jest inaczej.
Zastanawiam się, czy jest to jakieś niedopatrzenie, czy też celowe działanie. Wydaje mi się, że jednak bardziej słuszna jest ta druga opcja. Po co tłumaczyć rodzicom zastępczym, że nawet kilkutygodniowe spotkania z rodzicami adopcyjnymi, to nie wszystko, że należałoby się jeszcze spotykać z dzieckiem później? Po co o tym samym mówić rodzicom adopcyjnym, skoro wiadomo, że większość rodzin zastępczych nie jest takim sposobem rozstawania się z dzieckiem zainteresowana? Większość rodzin zastępczych ogranicza spotkania na etapie zapoznawania się, do minimum. Dlaczego? Bo nie ma warunków, bo pod opieką jest siódemka, ósemka dzieci zastępczych, a do tego często własne małe dzieci biologiczne. Przychodzą w odwiedziny rodzice biologiczni, przychodzą rodzice adopcyjni. Nie ma miejsca, nie ma czasu na nic, a tu jeszcze teoria o konieczności spotykania się, gdy dziecko zamieszka już w rodzinie adopcyjnej.

A przecież może być tak jak u nas. Trójka, czasami czwórka dzieci pod opieką … luzik.
Dzisiaj załadowaliśmy całą aktualną trójeczkę do samochodu i pojechaliśmy w odwiedziny do Gacka. Gdybyśmy mieli siódemkę, to … przede wszystkim rodzice Gacka by nas nie zaprosili.

Coraz bardziej widzę potrzeby zmian w systemie opieki zastępczej. Zresztą nie tylko ja, bo widzą to również pracownicy PCPR-ów, Ośrodków Adopcyjnych. Nie jest też prawdą, że nie ma chętnych do pozostania rodziną zastępczą zawodową, która jest alternatywą w stosunku do domu dziecka. Jednak wiele z tych rodzin nie może się doprosić przeszkolenia, a innym (widząc przykłady rodziny dziesięcioosobowej) zwyczajnie opadają ręce.
Dlaczego jest jak jest? Nie wiadomo o co chodzi? Wiadomo.

Tak więc trochę sobie porozmyślałem. A wszystko to, przez jeden komentarz.


wtorek, 4 lipca 2017

--- 19 małych murzynków.

Był taki film oparty na powieści Agathy Christie – „Dziesięciu małych murzynków” i wyliczanka, która zaczynała się mniej więcej tak:

„Dziesięciu małych murzynków razem obiadowało,
wtem jeden się zakrztusił, dziewięciu pozostało”.

Ja mogę napisać o naszej rodzinie:
„Dziewiętnastu małych murzynków razem obiadowało,
szesnastu poszło do mamy i troje pozostało.”

Wyszła z tego pewnego rodzaju fraszka, ale poeta ze mnie żaden, więc na stworzenie dłuższego wiersza nie będę się porywał.
Za to przy okazji faktu, że właśnie naszą rodzinę opuściła kolejna dwójka dzieci, troszkę spróbuję się zastanowić nad całym procesem adopcji, jaki musieli przejść nowi rodzice Smerfetki i Gacka.
Ostatni okres pobytu obu dzieci w naszej rodzinie jeszcze opiszę. Teraz chciałbym się skupić tylko na pewnych mechanizmach.
Zacznę może od samego końca, czyli etapu zapoznawania się dzieci ze swoimi rodzicami. Przede wszystkim chcę zwrócić uwagę (o czym już wielokrotnie pisałem), że powinien być to właśnie proces, a nie ostre cięcie (chociaż o takich modelach adopcji też słyszałem). Moim zdaniem powinno być to przeniesienie więzi, a nie zerwanie i nawiązanie nowych. Nawet jeżeli dziecko przebywa w jakiejś placówce (domu dziecka, czy domu pomocy społecznej), to najczęściej nawiązuje więzi bezpieczne, wybierając sobie jakiegoś opiekuna, którego preferuje. Również w takiej sytuacji, nie trzeba ich zrywać - można je przenieść.

Tuż przed odejściem wspomnianej dwójki maluchów, Majka była na konferencji poświęconej właśnie więziom, prowadzonej przez dr Szumiło. Osoba ta jest nie tylko autorytetem w zakresie FAS, chociaż z tym tematem jest najbardziej utożsamiana.
Majka, jak zwykle to bywa na tego rodzaju prelekcjach, nie omieszkała skorzystać z prywatnej audiencji u prowadzącej (już po wykładzie). Tym razem jej wątpliwości wzbudzały kontrowersje związane z faktem spędzania nocy w rodzinie adopcyjnej (na etapie spotykania się z dzieckiem przebywającym jeszcze w rodzinie zastępczej). Głównie chodziło o Smerfetkę, ponieważ w przypadku innych dzieci, nie mieliśmy takich wątpliwości (chociaż model taki wypracowaliśmy sobie dopiero po trzecim, albo czwartym dziecku przekazanym rodzinie adopcyjnej). Dziewczynka była jednak specyficznym przypadkiem. Przede wszystkim przebywała u nas bardzo długo jak na standardy pogotowia rodzinnego – ponad dwa lata. Chociaż może ważniejszą kwestią jest fakt, że była z nami od urodzenia. Nie miała więc żadnych wcześniejszych doświadczeń, które mogły w jakiś sposób zaburzyć jej osobowość. Więzi między nami były bardzo silne. Obawialiśmy się, że przebywanie w domu rodziców adopcyjnych na etapie zaznajamiania się z nimi, może spowodować, że w momencie gdy dziecko odejdzie na stałe, nadal będzie czekało na powrót do naszej rodziny.

W przypadku Smerfetki, tylko ja stałem na stanowisku, że powinna ona wyjeżdżać do przyszłych rodziców adopcyjnych, również na noc (innego zdania była Majka, rodzice adopcyjni i psycholog). Generalnie z dość dużym dystansem podchodzę do rozmaitych opinii psychologów (gdy sytuacja nie jest jednoznaczna). Jednak tym razem bardzo się cieszę, że intuicja mnie nie zawiodła, a przynajmniej, że moja teoria została potwierdzona przez nie byle jaki autorytet. Powiem nawet więcej, Majka dowiedziała się czegoś, co zaskoczyło wszystkich (również mnie – a może przede wszystkim mnie). Żeby dokończyć proces przeniesienia więzi, powinniśmy spotkać się z dzieckiem w stosunkowo krótkim czasie od momentu odejścia do nowej rodziny (i jeżeli jest taka możliwość i obopólna zgoda, to również w późniejszym okresie). Dziecko w takim przypadku nie będzie miało poczucia straty, nie poczuje się odrzucone. Będzie widziało, że my nadal istniejemy, tylko nie jesteśmy już najważniejsi. Mnie ta teoria przekonuje i sądzę, że w przypadku kolejnych dzieci, będziemy starać się jej trzymać. Nie wiadomo tylko jak na to będą zapatrywać się kolejni rodzice. Mają pełne prawo powiedzieć do nas: "sorry, ale chcemy o was zapomnieć".
Tym razem, rodzice Gacka już zapowiedzieli odwiedziny za tydzień (zresztą jego mama też była na tym szkoleniu, więc trochę się nasłuchała). Rodzice Smerfetki pominęli to milczeniem, więc sądziliśmy, że pewnie pierwsza wizyta będzie za kilka miesięcy (dokładniej – na początku przyszłego roku). Nie mieliśmy absolutnie żadnych pretensji, bo w końcu taką wersję ustaliliśmy wcześniej. Zresztą sam mam wątpliwości, czy powinno nastąpić szybkie spotkanie z dziewczynką. W jakiś sposób jednak traktuję Smerfetkę jako wyjątek potwierdzający regułę.
Jednak dzisiaj zadzwoniła Sensei (mama Smerfetki). Opowiedziała co u nich słychać, jak funkcjonuje dziewczynka i … zasugerowała, że może jednak byśmy się spotkali w najbliższym czasie. Majka wymiękła (chociaż gdybym to ja rozmawiał przez telefon, to pewnie miałbym podobne odczucia). Cały czas mamy nie najlepsze wspomnienia związane ze spotkaniem Majki z Chapickiem (po miesiącu od odejścia chłopca z naszej rodziny). Chociaż to była adopcja zagraniczna i siłą rzeczy odbyły się tylko trzy spotkania w ramach poznania nowych rodziców (można więc przypuszczać, że proces przenoszenia więzi jeszcze się nawet nie rozpoczął). Wracając do Smerfetki, dziewczyny ustaliły w końcu, że pierwsze odwiedziny będą we wrześniu.

Jak długi jest okres zapoznawania się z dzieckiem przez rodziców adopcyjnych?
Wygląda to bardzo różnie. Wiele zależy od dziecka i jego przyszłych rodziców. Może nie tyle od woli tych rodziców, co możliwości (jak choćby w przypadku wspomnianego Chapicka).
Lassie i Barry, to rodzice Gacka. Przyjeżdżali do chłopca równy miesiąc, dzień w dzień. Do tego często zabierali go do siebie rano i odwozili wieczorem. W ostatnim czasie chłopak spędzał w ich domu weekendy, poznał nową rodzinę, zaprzyjaźnił się z psami. Odchodząc był już bardziej ich, niż nasz. Jednym z powodów takiego stanu rzeczy było to, że rodzice wsiadając w samochód, po 20 minutach byli u nas.
Z kolei Sensei i Kano (czyli rodzice Smerfetki) niestety mieszkają w dość znacznej odległości od naszego domu. Na dobrą sprawę, przejazd w obie strony zabierał im więcej czasu, niż sam pobyt z dziewczynką. Chociaż, gdy sobie podliczyliśmy (bo Majka wszystko skrzętnie notuje), to kilkanaście spotkań było. Smerfetka bardzo lubiła towarzystwo swoich rodziców. W dniu rozstania zwyczajnie powiedziała do nas z uśmiechem „czeeeść”. Jak do tej pory wszystko jest dobrze. Wydaje mi się, że w tej chwili bardziej brakuje jej towarzystwa Gacka, bo z relacji rodziców wynika, iż zachowuje się dokładnie tak samo jak w dniach (a właściwie o porankach), które on spędzał w rodzinie Lassie i Barry'ego.
Gdy byli razem, to po przebudzeniu zamieniali sypialnię w pokój, przez który przeszła trąba powietrzna. Gdy była sama, to brała jakąś książeczkę, przychodziła do mnie do łóżka, przytulała się. Nie mogę powiedzieć, że była smutna … ale była jakaś wyciszona, inna. Ciekawy jestem jak zachowuje się Gacek, nie widząc po przebudzeniu Smerfetki. Podejrzewam, że w jakiś sposób podobnie, bo nie słyszałem opowieści, że wchodzi do szafy, szuflady czy pod tapczan, że ściąga obrazki ze ściany, że … W zasadzie to nie powinienem tego opisywać, bo może się okazać, że nie nadaję się na ojca zastępczego..., ale jednak napiszę. W kooperacji ze Smerfetką potrafili ściągnąć przytwierdzone do szafy lustro (które wydawało się być solidnie zamocowane). Na szczęście okazało się nietłukące. Udało też im się wysadzić w powietrze grzejnik, którym w okresie zimowym dogrzewaliśmy w nocy nasz pokój. Nie mam pojęcia co zrobili, ale nagle usłyszałem „pssssyt” i cała zawartość oleju wyciekła na podłogę. O ile zdjęcie lustra wyraźnie sprawiło im przyjemność, o tyle historia z grzejnikiem wyraźnie ich przestraszyła, ponieważ w ciągu kilku sekund byli już przy mnie.
Cieszymy się, że rodzice Gacka i Smerfetki chcą utrzymywać z sobą kontakty – zwłaszcza dlatego, że była to ich inicjatywa. Dzieci są niemal w tym samym wieku i przez rok stanowiły dla siebie rodzeństwo. Czasami się kochali, czasami się pobili. Czy ta przyjaźń ma szansę przetrwać? Miło by było.

Wrócę jednak do wykładu dr Szumiło. Jednym z zagadnień były tak zwane „zwrotki”, czyli dzieci, które „nie sprawdziły się” w charakterze dziecka adopcyjnego, bądź zastępczego i zostały zwrócone tam skąd zostały zabrane, czyli do systemu pieczy zastępczej. Jako ciekawy przykład, została przedstawiona historia dziewczynki, którą adoptowali rodzice… wydawać by się mogło, że z zasadami. Albo może bardziej, z nietypowymi zasadami. Było to małżeństwo żyjące "na poziomie", posiadające wysoki status społeczny, dbające o zdrowie, mające szereg zainteresowań.
Jednak problemem było to, że nie chcieli podążać za dzieckiem, ale wtłoczyć je w założone sobie wcześniej schematy. Hodowali fretki. Nie na skórki, ale jako zwierzęta domowe. Mieli dwie fretki, które o godzinie dwudziestej wyjmowali z klatek, następowała toaleta, czesanie, głaskanie, karmienie. W tym czasie, dziecko które adoptowali było przyzwyczajone do czytania bajek. Okazało się, że ten konflikt interesów tak ewoluował, że wszystko zakończyło się rezygnacją z adopcji. Prawdopodobnie, gdyby dziewczynka urodziła się w ich rodzinie, to miałaby swoją fretkę i zamiast bajek cieszyłaby się z tego, że może ją głaskać.

Trochę okrężną drogą, ale w końcu dochodzę do sedna sprawy.
Jak działa w naszym kraju system adopcji?
W zasadzie, każdy ośrodek adopcyjny rządzi się swoimi prawami.

- Jeden opiera się na autorskim programie szkoleń, inny korzysta z pewnych metod zapożyczonych – w pewnym sensie uniwersalnych i sprawdzonych (choćby „Pride”).
- Jeden ośrodek w procesie adopcji dobiera rodziców do danego dziecka (poszukując takich rodziców, którzy najlepiej zaspokoją jego potrzeby), inny proponuje każde dziecko wszystkim rodzicom według kolejności na liście (jedynym kryterium jest wiek i płeć).
- Jeden ośrodek rozgrzebuje rany i sugeruje inne rozwiązania (choć przecież wiadomo, że nikt nie chce adoptować dziecka bo ma taki kaprys), drugi ogranicza się do podstawowego wywiadu.
- Jeden przychodzi z wizytą domową zwyczajnie porozmawiać, inny zagląda do lodówki.
- Jeden proponuje rodzicom adopcyjnym również noworodki (o które cały czas może upomnieć się mama biologiczna), inny bierze pod uwagę tylko dzieci wolne prawnie.

Pewna różnorodność postępowania nie jest w mojej ocenie czymś złym. Jednak będąc rodzicem adopcyjnym bardziej domagałbym się jawności i otwartości ze strony ośrodków adopcyjnych. Gdybym był lekarzem pragnącym dziecka zdrowego, to być może wybrałbym ośrodek proponujący dzieci według listy kolejkowej. Przebywając w ośrodku, w którym byłbym dobierany do dziecka, to mógłbym czekać wiele lat – bo przecież szkoda „zmarnować” takiego rodzica dla zupełnie zdrowego dziecka. Z kolei gdybym był rodzicem po traumach związanych z poronieniami, to pewnie nie chciałbym zgłosić się do ośrodka, który wcześniej zaproponowałby mi kilkoro dzieci upośledzonych (mimo, że byłbym gotowy tylko na adopcję dziecka zdrowego).
Zarówno Smerfetka, jak i Gacek, nie byli pierwszymi dziećmi proponowanymi ich aktualnym rodzicom adopcyjnym. W tym ośrodku obowiązuje "lista". Założeniem takiego postępowania jest danie każdemu dziecku maksymalnych szans na adopcję. Niby dzieci są najważniejsze, jednak czasami mam wątpliwości, czy to ich hipotetyczne szczęście, powinno być realizowane kosztem (wielokrotnie ciężko poranionych emocjonalnie) dorosłych. Działanie na emocjach, często daje zupełnie niezamierzone efekty.

Wydaje mi się, że rodzice zgłaszający się do ośrodków adopcyjnych, zazwyczaj nie mają pojęcia o istnieniu pewnego rodzaju „polityki” tychże instytucji.
A czy mają pojęcie o tym jakie mają prawa? Czy w ogóle mają jakieś prawa?
W tym momencie pozwolę sobie zacytować wypowiedź bloo z forum „Nasz Bocian”.
Gdybym swoimi słowami chciał przekazać dokładnie takie same treści, to z pewnością tak dobrze bym tego nie ujął.

z procedurą adopcyjną problem jest taki, że kiedy się już szczęsliwie zakończy i dziecko jest w domu, to zapomina się o wszystkich wybojach. Personel ośrodka, który wcześniej odbieraliśmy różnie, teraz staje się "aniołem, który odnalazł nasze dzieciątko". I tu możliwości krytyki wygasają, bo włączają się wdzięczność i lojalność wobec oa, co też powoduje, że następni kandydaci na rodziców adopcyjnych będą musieli przechodzić tę drogę samotnie, aż sami adoptują i wtedy im też włączy się wdzięczność etc., a potem schemat powtórzy się dla kolejnych kandydatów.

Ci, którzy nie adoptują, bo nie dostaną kwalifikacji albo w ogóle nie dostaną się na kurs, w końcu opuszczą forum, więc ich głos przestanie się liczyć, zawsze zresztą jest marginalny.
Tym samym utrwala się jedynie pozytywna opowieść o procedurze adopcyjnej, a ci, którym się nie udało, no cóż, są sobie winni.
Ja nie jestem rodzicem adopcyjnym, ale przyglądam się adopcji od wielu lat i często zastanawiam się, czy coś się zmieni? Czy dojdzie kiedykolwiek do jakiegoś ruchu rodziców adopcyjnych na rzecz zmiany sytuacji? Chyba nie, bo komu ma na tym zależeć, skoro są jedynie zwycięzcy (a ci siedzą cicho i zapominają to, co złe) i przegrani (a ci zaraz po porażce adopcyjnej wypadają z gry i przestają się udzielać)?
Nimrod ma rację co do zupełnej nieprzejrzystości opiniowania w ośrodkach; wystarczy poczytać forum eksperckie, aby dowiedzieć się, że w Polsce dyskwalifikacja adopcyjna jest nieodwołalna, bo nie ma nawet instytucji, urzędu, komisji, czegokolwiek, do których skresleni kandydaci mogliby się odwołać i zażądać ponownego zbadania własnej sprawy.
Opinie psychologiczne o kandydatach są... niejawne. Ludzie wypełniają testy, rozmawiają z psychologiem, a nie mają nawet prawa do kopii własnej dokumentacji psychologicznej.
W ośrodku katolickim wystarczy nie być katolikiem czy nie donieść zaświadczenia od proboszcza i do kursu nie przystąpisz (choć ustawa mówi jasno, ze wyznanie w ogóle nie ma znaczenia przy procedurze kwalifikacyjnej).
Miesiąc temu moja znajoma usiłując umówić się na spotkanie w jednym z oa usłyszała, że jest to niemożliwe, bo ma 4 lata stażu, a ośrodek życzy sobie 5 lat stażu (ponownie - ustawa nie precyzuje długości stażu, jest to kolejne tworzenie państwa w państwie przez ośrodki adopcyjne).

I tak dalej, i w ten deseń, a o tych wszystkich sprawach się milczy, bo przecież jak się raz fiknie i wierzgnie, to pod znakiem zapytania postawi się swój własny proces adopcyjny, więc nikt nie chce tego robić (co rozumiem w pełni).

Z in vitro różnica jest taka, że in vitro jest leczeniem płatnym. Jest usługą. Nie podoba się w jednym ośrodku? Idzie się do drugiego. Można trafić na najbardziej chamskiego lekarza w Rzeszowie, ale to nie wpływa na to, że miesiąc potem można się zapisać do innego super lekarza w Krakowie i zacząć leczenie od nowa, bez żadnych ogonów, bez żadnych zamkniętych furtek. Jak jest po bandzie to jest rzecznik praw pacjenta, komisja etyki lekarskiej, sąd czy choćby portal znanylekarz. Jest tez prawo konsumenckie, wadliwie napisane umowy o leczenie mogą trafić do UOKiKu i kończy się ułańska fantazja.
Giełda pacjencka funkcjonuje, kliniki dostosowały się do rynku i wiedzą, że rynek będzie weryfikowac ich zyski - partacze, ale też chamscy lekarze się długo nie utrzymają.
Z adopcją to tak nie działa - papiery idą za ludźmi, więc każdy się dwa razy dobrze zastanowi nad tym, czy chce być niepokorny (czytaj: zawalczyć o siebie czy po prostu zadać niewygodne pytanie) i narobić sobie potencjalnie w papiery, czy nabrac wody w usta i przecierpieć w imię przyszłego celu, dziecka. A w każdym momencie tego procesu można dostać czerwoną kartkę bez prawa odwołania się, bo tu nie ma prawa ani przepisów, które stanęłyby po stronie kandydatów.

Moja obserwacja jest taka, że pacjenci są o wiele bardziej krytyczni wobec klinik niż kandydaci wobec ośrodków, i powodem nie jest to, że pacjenci mają więcej powodów do krytyki, a kandydaci mniej.
Stawki tej gry są inne, proces adopcyjny jest matnią zależności i dyscypliny.

Jasne, że są fajne i przyjazne ośrodki adopcyjne. Nie mówię, że nie ma. Ale całość tego systemu jest co najmniej zastanawiająca i marzę o tym, aby ktoś wreszcie skontrolował polski system adopcyjny od podszewki, zwracając uwagę również na prawa kandydatów, a nie tylko na ich obowiązki.”

Ciąg dalszy dyskusji jest tutaj.


sobota, 24 czerwca 2017

--- Ja też chcę mieć nową mamę.

Codzienne życie najlepiej weryfikuje rozmaite poglądy. Często rewiduje ono również ogólnie przyjęte doktryny (tworzone przez psychologów, socjologów) – a przynajmniej nie zawsze je potwierdza.
Podstawowym zadaniem rodzin zastępczych jest (we współpracy z innymi urzędami i ośrodkami) przywrócenie dziecka rodzinie, która na pewnym etapie życia się zagubiła. Między innymi dlatego, tak ważne jest utrzymywanie kontaktów z rodzicami biologicznymi.
Jednak gdy patrzę na przypadki dzieci, które przebywały w naszej rodzinie zastępczej, to wydaje mi się to totalnym nieporozumieniem.
Przez długi czas walczyliśmy o powrót siedmioletniego Kapsla do mamy. Walka ta polegała głównie na mobilizowaniu, czy też aktywizowaniu jego mamy. Na dobrą sprawę wszystko zależało od niej, od tego czy naprawi swoje życie – potocznie mówiąc „wyjdzie na prostą”. Wiele takich rodzin (którym ograniczono prawa do ich dzieci) uważa, że przecież wszystko jest w porządku, że to urzędnicy z pomocy społecznej kładą im kłody pod nogi, że urzędnicy z PCPR-u mają bezsensowne wymagania. Prawdopodobnie (tego już nam nie mówią) sądzą, że „urzędnicy” z pogotowia rodzinnego (czyli Majka i ja) stawiają absurdalne warunki, ograniczając im kontakt z dzieckiem.
Majka wielokrotnie rozmawiała z mamą Kapsla, zwracając uwagę na to co jest najważniejsze. Już nawet nie przyczepiała się tak bardzo do spraw żywnościowych (fast-foodów, słodyczy, barwionych oranżadek i tym podobnych rzeczy, które mama serwowała mu początkowo na każdym spotkaniu), ale starała się pokazać pewne zależności – choćby wskazując na jego stan uzębienia. Oczywiście złe nawyki żywieniowe nie były przyczyną odebrania mamie praw rodzicielskich, jednak zakładając hipotetyczny powrót do niej, Majka chciała zwrócić uwagę na to, co jest najważniejsze. Niestety w większości przypadków, miała wrażenie jakby rozmawiała z Kapslem. Jak kiedyś powiedziało jedno z naszych dzieci: „mama patrzyła tępo i głupio przed siebie”, bez reakcji, bez cienia refleksji.
Spotkania z synem polegały (w zasadzie nadal tak się dzieje) na posiedzeniu obok siebie. Jedynie na basenie coś się działo, chociaż może tylko dlatego, że mama nie ma wodoodpornego telefonu.

Kilka dni temu byłem świadkiem takiej rozmowy Kapsla z Majką:
  • Ciociu, a do mnie też przyjdzie nowa mama?
  • Ale przecież ty masz swoją mamę.
  • Ja bym chciał mieć nową mamę.
  • A co z twoją mamą?
  • … ??? Przecież ona ma babcię Jadzię.

Wydawać by się mogło, że dla dziecka odebranego swoim rodzicom, najważniejszy jest powrót do domu rodzinnego (niezależnie od tego jak ten dom wyglądał). Okazuje się, że jednak nie zawsze, a nawet rzadko.
W ostatnim czasie wiele się dzieje w naszym pogotowiu rodzinnym. Dwa miesiące temu odszedł Białasek, teraz przychodzą rodzice adopcyjni do Gacka i Smerfetki. A Kapsel na to wszystko patrzy i też by tak chciał. Chciałby aby przyszła do niego nowa mama. Nie ta stara, która się nim nie interesuje. Nie ciocia (Majka), którą musi dzielić się z innymi dziećmi. Czeka na mamę, która będzie taka jak mama Smerfetki czy Gacka – tylko dla niego. Niestety na tą chwilę chętnej rodziny adopcyjnej dla Kapsla nie ma. Niedługo powinien znaleźć się w bazie adopcji zagranicznych. Myślę, że nie byłoby dla niego problemem, gdyby nowa mama mówiła po włosku, czy angielsku. Kapsel ma dość specyficzny umysł. Nie potrafi liczyć, wymienić dni tygodnia, nie mówiąc już o dodawaniu czy odejmowaniu. Za to zna słowa bardzo trudne jak choćby „recycling”. Doskonale też orientuje się w terenie. Kilka dni temu był moim nawigatorem, gdy jechaliśmy (ja po raz pierwszy) do logopedy.
Chłopiec ostatnio bardzo wydoroślał. Jest coraz bardziej posłuszny, kontroluje swoje zachowanie. Czasami mówi: „szkoda, że nie ma z nami Białaska”. Za chwilę zniknie Gacek i Smerfetka (być może w tym samym czasie). Będzie to dla niego dużym przeżyciem.

Marzenie Kapsla o nowej mamie, pomaga nam zrealizować Makumba. Jest to człowiek znikąd. Niby przyjeżdża razem z pracownikami Ośrodka Adopcyjnego, ale sam tam nie pracuje. Jest przedstawicielem jakiejś fundacji, której celem jest wspieranie dzieci skierowanych do adopcji. Krótko mówiąc, Makumba dysponuje jakimiś środkami unijnymi, które trzeba wydać (albo przepadną). Tak więc na pewien czas mamy finansowane dotychczasowe zajęcia z logopedą oraz dodatkowo Kapsel załapał się na ćwiczenia z integracji sensorycznej. Osoba prowadząca te zajęcia stwierdziła, że Kapslowi również przydałby się pedagog (którym ona też jest), więc stara się dopasować program konkretnie pod chłopca (biorąc pod uwagę zwłaszcza to, że nie potrafi się on skupić na jednym zadaniu dłużej niż na 15 minut). Być może te zajęcia też powodują, że Kapsel powoli staje się zupełnie innym dzieckiem. Stwierdziliśmy, że będziemy je kontynuować, również gdy skończą się unijne pieniądze Makumby. Staramy się wykorzystywać to, że Kapsel bardzo lubi wszelką aktywność. Również zadania domowe odrabia bardzo chętnie. Gdy słyszę, jak z Majką „szeleszczą”, powtarzając frazy typu „w Szczebrzeszynie chrząszcz brzmi w czcinie”, to stwierdzam, że język polski faktycznie jest trudny. Pewnie angielscy logopedzi nie mają tak dużo pracy jak polscy … chyba, że bazują na słowie „through”, które w moim wykonaniu cały czas brzmi „sruuu”.
Makumba (przez chwilę się jeszcze przy nim zatrzymam) jest bardzo ciekawym człowiekiem. Poza Kapslem, jest też przewodnikiem Smerfetki w drodze do nowej mamy. Gdy dziewczynka zobaczyła go po raz pierwszy, to ze strachu wtuliła się we mnie. Jest to osóbka z charakterem i byle co jej nie przestraszy, więc takie zachowanie trochę mnie zdziwiło. Makumba z kolei, jest rosłym mężczyzną o bardzo śniadej cerze (bardzo,bardzo śniadej). Być może dlatego dziewczynka się go przeraziła, chociaż na Gacku nie zrobił on większego wrażenia - spojrzał na niego swoim luzackim wzrokiem i poszedł do swoich zabawek. Jednak Makumba jest również psychologiem, więc gdy wyskakał dla Smerfetki „pajacyka”, to już był jej. Przy drugim spotkaniu, gdy zniosłem dziewczynkę z sypialni na parter, rozpoczęła od podania mu ręki na „dzień dobry”.

Nie mieliśmy do tej pory zbyt wielu starszych dzieci zastępczych. Poza Kapslem była jeszcze ośmioletnia Asteria i trzynastoletnia Sztanga. Nie mogę więc na podstawie tej trójki wyciągać jakichś jednoznacznych wniosków. Jednak w każdym przypadku (mimo istnienia mamy biologicznej) wyłaniała się jakaś podświadoma potrzeba posiadania „nowej mamy”, mamy prawie idealnej. Zarówno Kapsel jak i Asteria zadali Majce pytanie: „czy mogę do ciebie mówić 'mamo'?” Z kolei Sztanga zapytała, czy może pozostać z nami do pełnoletności, bo potem chciała wyjechać do siostry za granicę.
Jak więc to wszystko ma się to do sztandarowego hasła, o konieczności przywrócenia dziecka jego rodzinie biologicznej?

Na szczęście maluchy nie muszą przeżywać takich rozterek.
Gacek jest już gotowy na rozstanie z nami. Jego rodzice adopcyjni przyjeżdżają codziennie od ponad trzech tygodni. Chłopiec spędził już kilka nocy w nowym domu, w nowym łóżeczku, trochę pojeździł nowym „brum-brum”. Jesteśmy na etapie, gdy wydaje mu się, że ma dwie pary rodziców.
Ze Smerfetką jest gorzej. Wprawdzie uwielbia towarzystwo swoich rodziców adopcyjnych, to jednak mam wrażenie, że cały czas utożsamia się z nami. Stoimy przed dylematem, czy zdecydować się na pobyt w nowym domu przez weekend. Majka ma wątpliwości, czy spędzenie kilku nocy z nowymi rodzicami nie spowoduje, że w momencie, gdy pójdzie do nich na stałe, będzie oczekiwała tego, że któregoś dnia do nas wróci (bo przecież zawsze wracała). W tym przekonaniu utwierdza ją też Makumba, chociaż (mimo, że jest psychologiem) sam nie jest do końca o tym przekonany. Ja z kolei wychodzę z założenia, że lepiej gdy dziecko odchodzi do domu i łóżeczka, które zna, które kojarzy mu się z czymś przyjemnym. Dlaczego nie ma wcześniej poznać swoich dziadków, cioć i wujków, kuzynów? Wydaje mi się, że mimo wszystko stoję na straconej pozycji, bo rodzice Smerfetki podzielają zdanie Majki i Makumby.
Jednak nie to jest w tej chwili moim zmartwieniem.
Majka była dzisiaj w sądzie (w zupełnie innej sprawie). Jak już wielokrotnie się przekonałem, nie ma dla niej barier, których nie można pokonać. Zachowuje się jak „Kasztanka Piłsudskiego”, której często nie da się okiełznać. Jak sobie coś wymyśli, to musi to zrealizować. Porozmawiała z panią sędzią i załatwiła powierzenie pieczy obu dzieci nowym rodzicom. Bez złożonego wniosku do sądu przez rodziców, bez wizyty kuratora – tak po prostu. Być może pewnym katalizatorem był fakt, że za chwilę pani sędzia idzie na urlop. W każdym razie sędzina stwierdziła, że w przypadku Smerfetki czynnikiem ryzyka jest to, czy dostanie dokumenty z biura podawczego (bo wszystkie sprawy formalne są jeszcze na bardzo wczesnym etapie), a w przypadku Gacka już tylko informacja o podłożeniu bomby w sądzie mogłaby spowodować, że nie uda jej się podpisać zgody.
Z rodzicami Gacka już rozmawialiśmy. Byli zaskoczeni. Z jednej strony radość, że już za dwa dni będą go mogli zabrać do swojego domu, a z drugiej – jak to zrobić, przecież to miało trwać jeszcze dwa, albo trzy tygodnie. Nie tak łatwo powiedzieć szefowi „od jutra mnie nie ma w pracy”.
Rozmowa z rodzicami Smerfetki dopiero przed nami. Czy chęć bycia z dzieckiem od rana do wieczora, nie spowoduje, że powiedzą „mamy papier, więc zabieramy dziewczynkę”?. Znamy się dopiero kilkanaście dni. Nie wiem, czy będą w stanie nam zaufać, że to jeszcze nie ten czas.
Wielokrotnie spotykam się z opiniami rodziców adopcyjnych, którzy uważają, że tylko przez opieszałość sądu nie mogą szybko zabrać dziecka do swojego domu, że wszystko powinno następować niemal natychmiast. Na naszym szkoleniu pojawiło się takie pojęcie jak „przenosiciel”.
Każde dziecko przecież gdzieś mieszka. Nawet jeżeli jest to dom dziecka, to jest to jego dom. Nie każmy go „przenosić”, pozwólmy mu „przejść” (a to wymaga czasu).

Właśnie w naszej rodzinie zostało umieszczone rodzeństwo, dziewczynka i chłopiec (w wieku adopcyjnie-poborowym – śliczne, zdrowe dzieciaczki, które są marzeniem każdego rodzica). Paradoksalnie może to spowodować, że Smerfetka jeszcze bardziej zwiąże się teraz z rodzicami adopcyjnymi, bo oni są w tej chwili tylko dla niej (a my jesteśmy w jej oczach, coraz mniej dyspozycyjni).

Dla dzieci, które teraz do nas przyszły, też jesteśmy nową mamą i nowym tatą. Niestety jest ogromna różnica pomiędzy nami, a rodzicami adopcyjnymi odchodzących od nas dzieci. My nie mieliśmy czasu na nawiązanie jakichkolwiek więzi, na wcześniejsze spotkania, zapoznawanie się z dzieckiem. Najczęściej maluchy są u nas umieszczane w trybie zabezpieczenia (bo w rodzinie dzieje się im krzywda). Przychodzą więc nagle, często nie znamy ich przyzwyczajeń, nie wiemy co lubią, a czego nie. Sasetka i Maruda – czyli dzieci przebywające w naszej rodzinie od kilku dni, są bardzo pogodne. Jednak początki zawsze są trudne. Jest płacz przy kąpieli, przy usypianiu. Dzieci budzą się w środku nocy, a w ciągu dnia czasami widać w ich oczach łzy. Nie są to jednak łzy typowe dla dwu, albo trzylatka. Są to łzy tęsknoty za domem, za mamą, która mimo że nie była dobrą mamą, to mimo wszystko była mamą. Gdy dzisiaj kąpałem dzieciaki i Sasetka krzyczała „mamo”, to wydźwięk tego był zupełnie inny niż gdy Smerfetka krzyczy do mnie „mamo”.
Myślę też, że Sasetka i Maruda, mogą (swoim przyjściem) zmienić postrzeganie całej sytuacji przez rodziców Smerfetki (oby tak było). Ta druga, po kąpieli i przeczytaniu bajki, bez problemów zasnęła w swoim łóżeczku. Ci pierwsi wrzeszczeli przez prawie godzinę. My jesteśmy dla nich jeszcze zupełnie obcymi ludźmi. Przebywają w nieznanym sobie pokoju, w nieznanym łóżeczku. Podejście z zamysłem przytulenia, jeszcze bardziej je pobudza i krzyczą coraz głośniej. Jedynie na Majkę reagują trochę lepiej … ale tylko trochę. Być może chodzi o jakieś skojarzenia. Sasetka zaczęła na mnie mówić "wujek", a na Majkę "babcia" - co mojej żonie nie za bardzo się podoba.

Niektórzy mówią o tak zwanej „witaminie M”. Niestety sama miłość nie wystarczy. Potrzebny jest też czas. Rodzice adopcyjni go mają.




środa, 14 czerwca 2017

--- Kultura lęku

Temat, który chcę dzisiaj poruszyć, pewnie nie jest kontrowersyjny (chociaż nie jestem tego do końca pewien), ale z pewnością jest tematem trudnym. Zachętą do napisania dzisiejszego posta były komentarze Uli i Galla. Wprawdzie już kiedyś chciałem coś o tym wspomnieć, ale brakowało mi motywacji. Albo inaczej … teraz mam na kogo „zwalić winę”.

Chciałbym odnieść się do tematu seksualności w życiu rodzin zastępczych. Głównie chodzi o doświadczenia dzieci zastępczych, ale nie tylko. Pewnie będą różne dygresje, bo rozważając to zagadnienie, przychodzą mi do głowy rozmaite skojarzenia.

Jest to kwestia o tyle poważna, że może dotyczyć nie tylko dzieci umieszczanych w rodzinach zastępczych, ale również przysposabianych przez rodziców adopcyjnych. Nawet dziecko trzyletnie, a nawet dwuletnie, może mieć doświadczenia erotyczne, które pamięta.
Na szkoleniach dla rodzin zastępczych (myślę, że również dla adopcyjnych), jest poruszany temat molestowania seksualnego oraz występujących w związku z tym rozmaitych traum, a nawet zaburzeń w rozwoju. Jednak zagadnienie to, tak naprawdę jest tylko „liźnięte” (przynajmniej tak było u nas). Dlatego też rodzina zastępcza, która styka się z problemem molestowania seksualnego, wielokrotnie nie ma pojęcia jak sobie z tą sytuacją radzić.
Zastanawiam się, czy osoby kończące takie szkolenie, potrafią wyobrazić sobie konkretne sytuacje, z którymi mogą się spotkać w późniejszej pracy z dzieckiem. Ja nie potrafiłem.

Oprę się na kilku przykładach z życia znanych mi rodzin zastępczych. Niestety naszego pogotowia to też nie ominęło.
Pierwszy przypadek, to chłopiec molestowany przez partnera swojej mamy. Tylko teoretycznie molestowany, bo sąd umorzył sprawę. Chłopiec chwalił się w przedszkolu, że wujek „wkłada mu kija w dupę”. Naturalną reakcją, było zgłoszenie tego faktu do prokuratury. Sąd nie wydał jednak wyroku skazującego, ponieważ dziecko myliło się w zeznaniach. Raz chłopiec mówił o kiju, raz o piórku, a czasami (po zasugerowaniu odpowiedzi) stwierdzał, że nikt mu nic nie wkładał. Nawet opinia medyczna nie była wystarczającym argumentem dla sądu.
Drugi przypadek … bardzo podobny. Jednak rodzina zastępcza nie chciała odpuścić i zaczęła drążyć temat. Chłopiec nie chciał rozmawiać z psychologiem sądowym, lecz z rodzicami zastępczymi czasami podejmował temat. Fragmenty rozmów zostały zarejestrowane i przekazane do sądu. Na tej podstawie wujek został skazany prawomocnym wyrokiem.
Niestety temat seksualności jest na tyle delikatny, że sądy muszą brać pod uwagę również sytuacje, gdy to ten przysłowiowy „wujek”, może być ofiarą. Przykładem może być zachowanie kilkunastoletniej dziewczyny, która wychodziła nago z łazienki, krzycząc do swojego ojca zastępczego : „wujek, dlaczego mnie podglądasz?”. Albo inny przypadek, gdy również nastoletnia córka zastępcza zwracała się do swojego opiekuna słowami: „Jak się nie zgodzisz na (...), to powiem, że mnie molestujesz”.
Ostatnie dwa przykłady dotyczą dzieci starszych, które w mniejszym lub większym zakresie mają świadomość przekraczania pewnych granic (również samemu je przekraczając). Zastanowiło mnie to, że żadne z tych dzieci nie chciało sięgać do wspomnień. Wypierały ze swojej pamięci krzywdę, która je spotkała. Nie nazywały rzeczy po imieniu, chociaż cały czas towarzyszyło im poczucie lęku. Mówiły: „Wujek był zły”. „A dlaczego był zły?” „Bo był niedobry”. Jednak cały czas gdzieś to w nich „siedzi” i nie wiadomo, czy kiedyś się w jakiś sposób nie ujawni. Dwie wspomniane dziewczyny, po latach zaczęły walczyć tą samą bronią (przemocą seksualną). Jednak tym razem to one wybrały ofiarę.

Bywają też sytuacje, gdy dzieci bardzo małe, których w żaden sposób nie można podejrzewać o jakąkolwiek grę, też przejawiają pewne czynności seksualne. Kolejnym znanym mi przypadkiem jest chłopiec (bodajże trzyletni), który w wannie, razem ze swoją młodszą siostrą (pewnie oboje traktowali to jak dobrą zabawę), symulował seks oralny. Nie jest to wiek, w którym budzi się pożądanie, w którym o zachowaniu w jakimś zakresie decydują hormony. Prawdopodobnie dzieci te, albo były świadkami zachowań swoich rodziców, albo wspólnie z nimi oglądały filmy pornograficzne (albo jedno i drugie). Czy jest to już molestowanie seksualne? Moim zdaniem tak, chociaż zapewne nie zawsze jest to konsekwencją złej woli rodziców (często wynika z głupoty).

Rodzice biologiczni dzieci, które przebywają w naszej rodzinie zastępczej, najczęściej mają bardzo złe warunki mieszkaniowe. Wielokrotnie w jednym pokoju mieszkają nie tylko ze swoim dzieckiem, ale również z teściową, siostrą, babcią i bóg wie, kim jeszcze.
Ja też przez jakiś czas mieszkałem razem z Majką i małą Kaśką w jednym pokoju, i z teściami za ścianą.
Jak w takich warunkach sobie radzić?
Seks na strychu lub w piwnicy, raz na jakiś czas jest pewną atrakcją, jednak na co dzień jest raczej mało komfortowy … i szybko się nudzi. Pozostaje cichutki seks pod kołdrą, albo na przykład seks w plenerze. Majka zawsze miała marzenie, kochać się na wydmach. Niestety nigdy temu nie sprostałem, z prostej przyczyny … po wydmach się nie chodzi.
Ale za kilka miesięcy spędzimy noc na pustyni – więc kto wie. Niestety tego rodzaju ekscesy wymagają solidnego przygotowania logistycznego (a powiedziano nam, że terenu obozowiska opuszczać nie wolno). Piszę to z pełną świadomością (w kwestii rozpoznania terenu), bo kilka lat temu Majka zaprosiła mnie na piknik do lasu. Szliśmy w jego głąb kilka kilometrów (nawet zastanawiałem się nad pozostawianiem jakichś śladów, aby udało się wrócić do samochodu). Natrafiliśmy na przepiękną polankę. Piknik był rewelacyjny i byłby najpiękniejszym w moim
życiu … , gdyby nie pociąg, który w pewnym momencie przejechał w odległości około dziesięciu metrów od nas. Na szczęście nie zatrzymał się na semaforze.
W tej chwili jesteśmy w jakiejś mierze osobami publicznymi i pewne wybryki (żeby nie powiedzieć numerki) już nam nie przystoją. Już widzę artykuły w gazetach „Rodzina zastępcza uprawia seks w lesie”. Pewnie niejeden „szmatławiec” dodałby „ze swoimi dziećmi zastępczymi”.
Cóż, czasami znowu pozostaje „strych lub piwnica” (jako metafora, bo ani strychu, ani piwnicy nie mamy).

Wrócę jednak do rodziców biologicznych naszych dzieci zastępczych. Ilu z nich jest na tyle świadomych tego, że ich igraszki miłosne mogą mieć ogromny wpływ na życie ich dzieci?
Nie można powiedzieć: „ono jest takie małe, że niczego nie zapamięta”. Maluchy wprawdzie mają pamięć ulotną, jednak są rzeczy, które na zawsze potrafią pozostać w ich umyśle. Dziewczynka, która odeszła od nas w wieku niewiele ponad roku, opowiadała swoim nowym rodzicom (dużo później), że ciocia sadzała ją na deseczkę – czyli taką nakładkę na ubikację. Chociaż może ona jest złym przykładem, ponieważ jest wyjątkowo inteligentna. Ale nawet dużo mniej rozgarnięty chłopiec (czyli ja), pamięta kupę gruzu w mieszkaniu, do którego się przeprowadził. Miałem wówczas niespełna cztery lata i nawet moi rodzice tego nie pamiętają. Z kolei moja najstarsza córka ma nieco ciekawsze wspomnienia, mimo że miała wówczas też około czterech lat. Była późna noc, gdy brałem kąpiel. W zasadzie nie mam takiego zwyczaju, ale wiedząc, że wszyscy śpią, wszedłem do sypialni „jak mnie Pan Bóg stworzył”. Wybuch śmiechu Majki spowodował, że zrozumiałem iż coś jest nie tak. Kaśka siedziała pod stołem, ponieważ obudziła się w środku nocy i nie wiedziała co z sobą zrobić. Pamięta tą scenę do dzisiaj. Na szczęście nie pozostawiła ona traumatycznych śladów w jej umyśle.
Co pamiętają dzieci widzące seks swoich rodziców? Czy jest to już molestowanie seksualne? Czy może mieć to wpływ na ich dalsze życie?
Podejrzewam, że rodzice biologiczni przebywających u nas dzieci, w większości przypadków, takich pytań sobie nie zadają.

Chciałbym też przy okazji tego tematu, poruszyć jeszcze jeden wątek … dużo trudniejszy, o wiele bardziej złożony. Ponieważ sam nie za bardzo mogę się do niego odnieść (bo nie mam żadnych własnych doświadczeń), to przytoczę pewną dyskusję w poniższych linkach, z której zresztą zaczerpnąłem tytuł do dzisiejszego posta.


Słowem wstępu, mogę tylko powiedzieć, że tak jak nie zgadzam się z poglądami pana Tomasza Terlikowskiego, tak tutaj urósł on w moich oczach (i to bardzo). Nie sądziłem, że stać go na podjęcie tak trudnego tematu.




piątek, 2 czerwca 2017

--- Obscena

Należę do grupy mężczyzn, którzy cenią sobie spokój, chociaż ekstremalne wyzwania nie są mi zupełnie obce. Jednym z nich jest choćby wspieranie Majki w opiece nad naszymi dziećmi zastępczymi. Niektórzy patrzą na mnie z podziwem, jednak ja bardziej skłaniałbym się ku stwierdzeniu jednego z rodziców adoptujących przebywające u nas dziecko, że skoro zgodziłem się na taki hardcore, to chyba muszę być psychopatą. Być może ma rację, ale testy psychologiczne sprzed dwóch miesięcy, zaliczyłem.
W każdym razie sytuacja wygląda tak, że jak mam obejrzeć film, to wolę to zrobić w telewizji, a nie w kinie. Jak mam zjeść dobrą kolację, to lepiej w domu (nawet jak mam ją sam przygotować) niż w restauracji. Jak mam spędzić spokojne wakacje, to wybieram własny ogród, albo nasze polskie góry, niż Maroko, czy Kilimandżaro. Problem pojawia się w sytuacji, gdy chciałbym obejrzeć ciekawą sztukę w teatrze. I na tym głównie bazuje Majka, chcąc mnie wyciągnąć z domu.
Od wielu miesięcy chadzamy na przedstawienia określane wspólnym mianem „Obscena”, chociaż każda sztuka z osobna oczywiście też ma swój tytuł. Jest to dla mnie o tyle ciekawe, że jest to teatr amatorski. Grają więc w nim osoby, które na co dzień są lekarzami, nauczycielami, prawnikami, księgowymi ...  Wprawdzie teatr ten wystawia również sztuki klasyczne, typu „Moralność pani Dulskiej”, czy „Romeo i Julia”, to jednak cykl „Obscena” naprawdę mnie zaciekawił.
Są to przedstawienia dla dorosłych. W cenie biletu jest również wino (chyba na rozluźnienie atmosfery). Niestety ja zawsze „robię za kierowcę”, więc cały spektakl odbieram trzeźwym umysłem. Ale tym bardziej mogę stwierdzić, że są to bardzo ciekawe inscenizacje, dla których warto raz na jakiś czas wyrwać się z domu.
Najciekawsze w tym wszystkim jest to, że aktorzy wchodzą w pewnego rodzaju interakcję z publicznością. Będąc na pierwszej sztuce w tym cyklu, siedziałem w pierwszym rzędzie. Niestety Majka ma to do siebie, że zawsze „wyrywa” do pierwszej ławki. Wydawało mi się, że jest to dla mnie problemem tylko w kościele, ponieważ wówczas nie za bardzo wiem, kiedy trzeba wstać, usiąść, czy uklęknąć. Na wszelki wypadek udaję schorowanego staruszka, wstając gdy wszyscy już dawno stoją, klękając gdy inni już zaczynają wstawać i tak dalej. Nie sądziłem, że w teatrze może być podobnie. Na pierwszym przedstawieniu (siedząc w pierwszym rzędzie) musiałem zmierzyć się z monologiem jednej (zresztą bardzo urodziwej) aktorki. Była to pewnego rodzaju wielka improwizacja o frywolnych relacjach damsko-męskich. Problem polegał na tym, że to ja stałem się ofiarą (albo wybrankiem), na której aktorka zawiesiła swój wzrok. Przez kilka minut recytowała swój tekst, patrząc mi prosto w oczy. Nie wiem, czy miała świadomość tego, że taki monolog mógł mnie zabić … bo serce waliło mi tak mocno, jak na macie podczas treningu.
Na następnych przedstawieniach byłem już mądrzejszy i dużo bardziej ostrożny, co powodowało, że siadałem w drugim, a najlepiej trzecim rzędzie (czyli ostatnim). Dużą frajdę sprawiała mi obserwacja sytuacji, gdy aktorka (lub aktor) wyciągała któregoś z widzów do tańca erotycznego, siadała komuś na kolanach, albo wypijała jego wino z kieliszka. Chociaż czasami dochodzę do wniosku, że to chyba ja jestem jakiś nienormalny, bo miejsca w pierwszym rzędzie zawsze są wypełnione po brzegi.
Jak to się jednak ma do dzieci, którymi się opiekujemy? W zasadzie nijak, chociaż gdyby spojrzeć na problem spędzania wolnego czasu przez rodziny stanowiące pogotowie rodzinne z szerszej perspektywy, to jest to już dość ciekawy temat.
Gdy wychodzę z domu razem z Majką, to musimy w jakiś sposób zapewnić opiekę przebywającym u nas dzieciom. Jest to trudne, zwłaszcza w godzinach wieczornych. A do tego (niezależnie od sytuacji), to i tak my jesteśmy za wszystko odpowiedzialni.
Tak więc, w jakimś sensie czuję się jak Agent 007. Jemu też zawsze mówiono, że w przypadku komplikacji, to nikt się do niego nie przyzna. My wiemy, że wszystko jest dozwolone (w końcu jesteśmy rodziną dla naszych dzieci zastępczych), dopóki nie wydarzy się jakaś tragedia, bo wówczas wchodzi prokurator.
Ostatnio zabraliśmy na Obscenę, Kubusia. Kaśka i Kamisia już z nami nie mieszkają. Nie pamiętam kto opiekował się wówczas naszymi dziećmi zastępczymi. Czyżby Furia?


piątek, 26 maja 2017

--- Pożegnania nadszedł smutny czas.

„Śmiech ze łzami pomieszany, ileż w tobie niepokoju”. Ten fragment piosenki doskonale odzwierciedla stan emocji rodziców zastępczych w ostatnich tygodniach pobytu u nich dzieci, które za chwilę mają odejść do nowej rodziny. Po raz pierwszy zdarzyło nam się, że w bardzo krótkim czasie, wszyscy nasi podopieczni zostali zakwalifikowani do adopcji. No, może prawie wszyscy, ponieważ z całej czwórki, tylko Białasek został umieszczony w rodzinie zastępczej (chociaż również z motywacją adopcyjną).
W przypadku naszej rodziny (będącej pogotowiem rodzinnym), rozstania są nieuchronne. Trzeba to zaakceptować i umieć się na nie przygotować. Jednak nie każde odejście dziecka do nowej rodziny wygląda tak samo. Czasami jest łatwiej, czasami trudniej.
Najczęściej Majka o wiele bardziej przeżywa rozłąki, chociaż są wyjątki.

Do widzenia przyjacielu mój, (...) pożegnania nadszedł smutny czas.

Odejście Białaska na mnie praktycznie nie wywarło większego wrażenia. Chłopiec spędzał noce i poranki w pokoju Majki. W ciągu dnia spał kilka godzin snem południowym, więc tak naprawdę spędzałem z nim może dwie, albo trzy godziny dziennie. Nawet zaskakiwało mnie to, że byłem dla niego kimś ważnym, bo po pierwsze mówił do mnie „tata”, a po drugie gdy tylko mnie zobaczył, to biegł się przytulić z okrzykiem radości. Chociaż, gdy się temu bliżej przyjrzeć, to jest wielu ojców, którzy poza weekendami, widzą swoje pociechy tylko krótko przed ich snem. A jednak dzieci wiedzą, że to tata, i może właśnie przez to, jest on dla nich czasami większą atrakcją od mamy.

Niewątpliwie Białasek miał dużo silniejsze więzi z Majką. Kilka dni temu spotkała się ona z chłopcem przy okazji rozprawy w sądzie. Nie widzieli się ponad miesiąc. Przypatrywał jej się uważnie, próbując sobie przypomnieć: „skąd ja ją znam”. Jednak, gdy tylko coś chciał, to wyciągał ręce do nowej mamy. Są to typowe reakcje wszystkich dzieci, które od nas odchodzą. Sporo osób powątpiewa w możliwość przenoszenia więzi. Dla mnie, takie zachowanie jest dowodem na to, że dziecko, które nauczyło się nawiązywać więzi, potrafi (zapewne podświadomie) wykorzystać tą umiejętność w dalszym życiu.

Pewnym wyjątkiem jest Gacek – drugi chłopiec, który za kilka tygodni opuści naszą rodzinę. Przez długi czas nie wzbudzał on we mnie żadnych emocji, mimo że razem ze Smerfetką, śpi w mojej sypialni. Jestem więc ostatnią osobą, którą widzi przed snem, kimś na kogo może liczyć w nocy (gdy ma jakieś koszmary senne), oraz pierwszą osobą, którą widzi po przebudzeniu. Do tego spędzamy z sobą średnio dwie godziny poranka, zanim zejdziemy do pokoju dziennego. Gacek przez długi okres wolał żyć w swoim świecie. Gdy Smerfetka wyciągała ręce, aby ją wyjąć z łóżeczka, to Gacek stał przy barierce kołysząc się w prawo i w lewo. Lubił też siedzieć, uderzając głową w ściankę łóżeczka. Było mu wszystko jedno, czy wyjdzie z łóżeczka, czy w nim pozostanie. Rzadko się uśmiechał, nie lubił się przytulać. Wydaje mi się, że dużą rolę odegrała tutaj Smerfetka, którą chłopiec na pewnym etapie swojego życia, zaczął naśladować. Być może to właśnie ona, w jakiś sposób sprawiła, że zaczęliśmy się z Gackiem lubić. Chociaż chłopak w stosunku do Majki też wcześniej nie był jakiś „wylewny”. W tej chwili chłopiec nie tylko się uśmiecha, ale sam przychodzi się przytulać, sam rozdaje buziaki, walczy o swoje prawa w każdej dziedzinie. Niewykluczone jednak, że po przejściu do rodziny adopcyjnej, pewne jego zachowania mogą powrócić.

Dlatego też, o wszystkich takich sprawach musimy powiedzieć rodzicom adopcyjnym. Powoduje to, że przestajemy skupiać się na tym, że niedługo się rozstaniemy, a podchodzimy do tematu, zadaniowo. Próbujemy sobie przypomnieć i zapisać wszystko co jest ważne, co może się przydać nowym rodzicom.
A ważne są przede wszystkim rytuały, które pomogą dziecku „wejść” w nową rodzinę. Te rytuały zapewne w niedługim czasie się zmienią, jednak na początku są bardzo istotne.
Podam może prozaiczny przykład sprzed kilku dni. Na co dzień, to ja kąpię wszystkie dzieci i zawsze w pewien sposób odgrywamy identyczne przedstawienie. Ważna jest nawet kolejność wykonywania poszczególnych działań. Najpierw lejemy wodę do wanny, w której to czynności dzieci uczestniczą. Później (po wejściu do wody) rozdawane są witaminki i leki. W dalszej kolejności myjemy zęby, potem bawimy się zabawkami, myjemy całe ciało i głowę, i w końcu wychodzimy (w określonym porządku). Dzieci bardzo lubią się kąpać. Z uśmiechem przychodzą i wychodzą z łazienki.
Jednak ostatnio mnie nie było w domu wieczorem i dzieciaki musiały się wykąpać z Majką. Pierwszą aferę zrobiły przy rozdawaniu witamin (prawdopodobnie kolejność była nie taka). Później nie chciały myć zębów (niestety Majka zapomniała, że swoje zęby musi myć razem z nimi). Na końcu zrobiły awanturę przy wychodzeniu z wody… prawdopodobnie Majka najpierw wyciągnęła z wanny Gacka. Ktoś, kto patrzyłby na to z zewnątrz, zapewne stwierdziłby, że dzieci nie lubią się kąpać.
Jeszcze ciekawsze są rytuały poranne. Po wypiciu mleka, dzieci wychodzą z łóżeczek i zaczynają bawić się na podłodze. Ja leżę sobie w łóżku i prawdę mówiąc, jest to jedna z przyjemniejszych części dnia. Wszystko rozpoczyna się od przyniesienia do mojego łóżka kołderek. Smerfetka wyciąga przez szczebelki swoją, a Gacek swoją. Później ma miejsce zabawa, która przybiera rozmaite kształty … od współpracy i dawania sobie buziaków, poprzez walkę o kawałek papierka, płacze i krzyki. Czasami wszystko dzieje się na dywanie, czasami akcja przenosi się do łóżka. Jej dynamika często mnie zadziwia, chociaż miałem już do czynienia z niejednym dzieckiem. Mamy jednak zasady, których dzieci przestrzegają (sporadycznie tylko strofowane). Spośród wielu szuflad, mogą otwierać tylko jedną i wyrzucać z niej wszystko na środek pokoju. Mogą też otwierać jedno skrzydło drzwi od szafy … i również wyrzucać wszystko na podłogę. Zresztą ogromną frajdę sprawia im zarówno wyrzucanie, jak też wkładanie z powrotem. Kolekcjonuję figurki z brązu, którymi dzieci nie mogą się bawić, a nawet ich dotykać – przestrzegają tego bardzo skrupulatnie. Jednym z rytuałów jest robienie masażu. Gdy Smerfetka kładzie się na brzuchu i mówi „yyy-yyyy”, to wiadomo o co chodzi. Naukę rozpoznawania części twarzy, dzieci mają opanowaną do perfekcji. Gdy chcą się bawić ze mną, a ja chwilowo „przytnę komara”, to klepią mnie po twarzy, ciągną za rękę, a nawet zaczynają po mnie skakać.
Jednak najciekawsze jest to, co dzieje się o godzinie dziewiątej. Wówczas wydaję komendę „wychodzimy”. W tym momencie zaczyna się natychmiastowa ewakuacja. Każde z dzieci zabiera swoją kołderkę i wrzuca ją do swojego łóżeczka. Ponieważ jest to gra na czas (aby jak najszybciej zejść do Majki), to następuje współpraca, co w wieku dwóch lat jest nawet dość dziwne. Ponieważ Gacek nie ma siły przerzucić kołderki przez barierkę łóżeczka, to Smerfetka mu pomaga. Później rozpoczyna się poszukiwanie powyrzucanych butelek od mleka oraz pogubionych smoczków. Gdy widzą, że ociągam się ze wstaniem, to podają mi spodnie, koszulę i ściągają ze mnie kołdrę. W dalszej kolejności pomagają mi powkładać wszystkie wyrzucone z szafy i szuflady rzeczy, a na samym końcu robią „pa-pa” moim figurkom z brązu. W ostatnim czasie zaczęli dawać im (tym najniżej ustawionym) buziaki. Mam nadzieję, że nie zardzewieją – w końcu to brąz.

Być może trochę rozpuściłem „moje dzieci”, jednak nawet takie szczegóły są ważne, więc lepiej aby rodzice adopcyjni o tym wiedzieli.

O Gacka jesteśmy bardziej spokojni. Przez jakiś czas był bardzo związany emocjonalnie z Kubusiem (naszą córką). Jej widok i przytulenie był lekarstwem na wszystko. Jednak przygotowania do matury sprawiły, że te relacje uległy rozluźnieniu. Teraz, gdy stanie mu się jakaś krzywda, a w zasięgu wzroku jest Kubuś i ja, to biegnie do mnie. Gdy widzi też Majkę, to nie może się zdecydować, więc siada na podłodze i wrzeszczy. Wydaje mi się, że chłopiec stosunkowo łatwo potrafi wejść i wyjść z odpowiednich relacji, chociaż potrzebuje na to trochę czasu.

Gorzej będzie ze Smerfetką. Dziewczynka jest z nami ponad dwa lata (od urodzenia). Wprawdzie jest ona już zgłoszona do adopcji, to jeszcze nie odbyło się spotkanie z panią psycholog z Ośrodka Adopcyjnego, która zawsze przychodzi do nas zrobić wywiad, przeprowadzić rozmaite testy i porozmawiać z dzieckiem. Chociaż ze Smerfetką to raczej się nie dogada. Najwyżej może uzyskać odpowiedź albo „tak”, albo „nie”. Akurat w tym ośrodku, rodzice adopcyjni określają tylko płeć i wiek dziecka, które chcą przysposobić. Oznacza to, że Smerfetka zostanie zaproponowana pierwszym rodzicom, którzy są na liście pragnących dziewczynkę (lub dziewczynkę i chłopca) na przykład do lat trzech. Niestety może się zdarzyć, że na tej liście będą rodzice mieszkający nawet ponad 100 km od nas. Mam nadzieję, że ośrodek zrozumie, iż w tym przypadku nie wystarczy kilka, czy nawet kilkanaście krótkich spotkań i nieco odejdzie od swoich sztywnych zasad, albo uświadomi rodzicom, że będą musieli wydać sporo pieniędzy na benzynę albo pobyt w hotelu. Zapoznawanie Smerfetki z rodzicami adopcyjnymi musi być procesem rozłożonym w czasie.
Dziewczynka powinna przebywać z nimi coraz częściej, a z nami coraz rzadziej. Nie wystarczy przyjechać i zabrać ją na spacer. Na pewnym etapie, Smerfetka powinna wyjeżdżać na cały dzień i wracać tylko na noc, później również spędzać noce w nowej rodzinie … by któregoś dnia już nie wrócić.
Będzie to trudny okres. Wiele zależy od dobrej woli i współpracy Ośrodka Adopcyjnego, rodziców adopcyjnych … no i oczywiście naszej, jako rodziców zastępczych.

Na koniec został jeszcze sześcioletni (niedługo już siedmioletni) Kapsel. On również jest zakwalifikowany do adopcji. Jednak chłopak najprawdopodobniej jeszcze przez dłuższy czas z nami pozostanie. Przed każdym zgłoszeniem dziecka do Ośrodka Adopcyjnego, musimy dokonać jego oceny psychologicznej . Pani psycholog podeszła do sprawy bardzo optymistycznie. Stwierdziła, że wystarczy znaleźć dodatnie elementy, na podstawie których będzie można stworzyć dalszy plan pracy z dzieckiem. Niestety wnioski z jej oceny były takie, że jedynym zasobem chłopca jest jego otwartość … a potem jest otchłań. Faktem jest, że w sferze społecznej, chłopiec funkcjonuje znakomicie. Nie zawsze wykonuje polecenia, nie zawsze je rozumie, ale potrafi porozmawiać z każdym. Zagaduje przypadkowe osoby. Zadaje im pytania, które choć często powodują konsternację, to jednak sprawiają, że chłopak odbierany jest jako bardzo rezolutne dziecko.
Nadal robi siku w majtki. Nadal zdarzają mu się napady złości. Ostatnio w przedszkolu zaczął rzucać krzesłem i zrobił dziury w podłodze. Od pokrycia kosztów jej wymiany uratowało nas to, że jest już zaplanowany za kilka miesięcy remont podłogi.
Ale z drugiej strony potrafi być bardzo miły i uczynny. Ostatnio, gdy był na treningu judo, wybiegł z sali, krzycząc że musi odnaleźć wujka. Gdy mnie dojrzał, to slalomem między innymi rodzicami, dobiegł do mnie, przytulił się i wrócił z powrotem. Wszyscy rodzice przyjęli to z uśmiechem, a być może pomyśleli „co to za super wujek”. Jednak moim zdaniem świadczy to o pewnej nieprzewidywalności jego zachowań. Równie dobrze może kiedyś wyjść przez drzwi tarasowe, albo przez okno (gorzej gdy będzie to okno dachowe), aby odnaleźć mamę.
I właśnie z punktu widzenia rodziców adopcyjnych (poza istniejącymi opóźnieniami intelektualnymi), problemem może być jej ubóstwianie, co (jak się dobrze zastanowić) w zasadzie jest jego atutem. Gdyby mama biologiczna nagle przestała istnieć w jego świadomości, to najprawdopodobniej przeniósłby swoje uczucia na mamę adopcyjną. W tej chwili, gdy Kapsel spotyka się z mamą, to nie wiedzą o czym mają rozmawiać, ani jak się bawić. Po prostu z sobą są … a w zasadzie obok siebie.
A jednak gdyby go zapytać, kto nauczył go tego czy tamtego, to odpowie że mama. Przychodząc do nas, nie rozróżniał kolorów, nie potrafił liczyć (znał tylko nazwy cyfr). Gdyby go zapytać teraz skąd wie, że jest to kolor zielony, to odpowie, że mama go tego nauczyła.

Zawsze myślałem, że od momentu zgłoszenia dziecka do danego Ośrodka Adopcyjnego, do czasu umieszczenia go w bazie adopcji zagranicznych, mija kilka, a nawet kilkanaście miesięcy. Tak było dotychczas, jednak każdy przypadek dotyczył dziecka malutkiego, które było proponowane wielu rodzinom.
W ośrodku, do którego został zgłoszony Kapsel, wiadomo że nie ma chętnych na dziecko sześcioletnie. W ciągu kilku dni znajdzie się więc w bazie wojewódzkiej. Jeżeli sytuacja się powtórzy, to za dwa tygodnie będzie w bazie ogólnokrajowej, a za trzy w bazie zagranicznej.
Wielokrotnie słyszałem o bardzo szybkim kierowaniu dzieci do adopcji zagranicznej, co miało sugerować jakieś nieprawidłowości w tym zakresie (łącznie z handlem dziećmi). Być może Kapsel będzie dla kogoś kolejnym przykładem, potwierdzającym tą tezę.
Umieszczenie dziecka w bazie danych dzieci przeznaczonych do adopcji zagranicznej, nie jest automatyczne. Postanowienie takie (chociaż może bardziej sugestię) wydaje PCPR. Zawsze jednak jest to konsultowane z rodziną zastępczą, w której przebywa dziecko. W przypadku Kapsla, do nas należało ostateczne zdanie. Nie jest łatwo podjąć taką decyzję, nawet jeżeli wiadomo, że na zagraniczne przysposobienie takiego chłopca jak nasz, nie ma zbyt dużych szans.
Zaczęliśmy jednak rozważać rozmaite warianty przyszłych wydarzeń. Najprawdopodobniej rozpocznie się dla chłopca poszukiwanie rodziny zastępczej, w której mógłby zostać na zawsze. Niestety to „na zawsze” w większości przypadków oznacza, że do pełnoletności. Rodzice biologiczni mają pełne prawa do kontaktów z dzieckiem przebywającym w pieczy zastępczej. Niezależnie od częstotliwości spotkań i zaangażowania, taka mama staje się pewnego rodzaju symbolem, ideałem … wręcz bogiem. Gdy nasz Kapsel nie zgadza się z naszą decyzją, to płacze, krzycząc „mamo kochana, gdzie jesteś”. Przychodząc do naszej rodziny, Kapsel wcale o mamie nie wspominał. Nie miał z nią kontaktu przez ponad pół roku i w żaden sposób nie była mu potrzebna do szczęścia. Jednak ona chciała go odwiedzać, wyrażała chęć „naprawienia” swojego życia, przynajmniej w takim zakresie, aby chłopiec mógł do niej wrócić. Przez długi czas ją wspieraliśmy, uważając że nawet jeśli nie jest idealną matką, to dla małego jest to najlepsze rozwiązanie. Wraz z upływem czasu, coraz bardziej zaczynamy się zgadzać z decyzją podjętą przez sąd (o odebraniu praw rodzicielskich). Jednak jeżeli relacje matki z synem będą podtrzymywane, to będzie to powodowało jej idealizowanie, kosztem rodziny, w której będzie przebywał. Skończy 18 lat, odbierze pieniądze od Państwa na usamodzielnienie się i wróci do mamy. Lata pracy z chłopcem, pójdą na marne.
Drugą możliwością jest dom dziecka. Wbrew pozorom, rodzice biologiczni, a nawet same dzieci często dążą do takiego rozwiązania. Jest to dla nich sytuacja dużo łatwiejsza - mniejsza kontrola, mniejsze wymagania.
Podjęliśmy decyzję o umieszczeniu Kapsla (po wyczerpaniu wszelkich możliwości adopcji krajowej) w zagranicznej bazie adopcyjnej, właśnie ze względu na duże prawdopodobieństwo zrealizowania się ostatniego scenariusza.

Wbrew pozorom, rozstanie z Kapslem może wcale nie być takie łatwe. Niewątpliwie jest on trudnym dzieckiem, stwarzającym więcej problemów, niż dającym radość. Jednak może przyjść czas, gdy będziemy musieli go odwieźć i zostawić w domu dziecka. Na samą myśl przechodzą mnie dreszcze. Jak go do tego przygotować? Nie sądzę, abym był w stanie spojrzeć mu wtedy prosto w oczy. On tego nie zrozumie, bo trudno to ogarnąć rozumem. Poczuje się jak pies oddany do schroniska.
A może jednak znajdzie się rodzina, która zechce go adoptować? Rodzina, której ambicją będzie tylko danie mu miłości, a nie tworzenie poprzeczek, których nie będzie w stanie przeskoczyć, co będzie powodowało tylko frustracje.

Patrząc na Gacka i Smerfetkę z perspektywy Kapsla, to rozstanie z nimi będzie przyjemnością. Będą łzy, ale będą to łzy radości.
Kiedyś napisałem, że Gacek nie wzbudza we mnie większych emocji, że go lubię … i to wszystko.
Jednak czas jest zarówno naszym przyjacielem jak też wrogiem. Z jednej strony pozwala zapomnieć, a z drugiej strasznie uzależnia. Gacek nie jest już dla mnie tym samym chłopcem, którym był kilka miesięcy temu. O Smerfetce to już nie wspomnę.

Za kilka dni poznamy rodziców adopcyjnych Gacka. Właśnie zapoznają się z całą dokumentacją chłopca.




piątek, 19 maja 2017

KRÓLEWNA 2

Głównym celem każdej rodziny zastępczej będącej Pogotowiem Rodzinnym jest powrót dziecka do rodziny biologicznej. Zdarza się to jednak stosunkowo rzadko … i wcale nie wynika ze złych chęci rodziców zastępczych, czy innych instytucji. Rodzice biologiczni dzieci, które u nas przebywają, najczęściej sami sobie odpuszczają starania o odzyskanie swojej pociechy. Kilka miesięcy prób „bycia normalnym”, wyczerpuje ich do tego stopnia, że nie mają siły walczyć dalej. Chociaż może nie wyraziłem się precyzyjnie. Owszem, często mają siłę walczyć … słownie, pisząc rozmaite odwołania, szukając pomocy w mediach. Obiecują dziecku złote góry … A przecież tak naprawdę chodzi tylko o bycie … O bycie z dzieckiem, bycie mamą, tatą, bo nad resztą, przy odrobinie dobrej woli pomocy społecznej, da się jakoś zapanować. W mojej ocenie nie chodzi tutaj o biedę, ale bardziej o syndrom biedaka, mentalność, wybór innego stylu życia – do którego dziecko nijak nie pasuje – ale trzeba o nie walczyć. Rodzice biologiczni dzieci, które mamy pod opieką, często zachowują się jakby mieli sześć żyć (zupełnie jak w grze komputerowej). Dziwią się więc, gdy już przy pierwszym lub drugim podejściu, sąd mówi „game over”.
Naszym celem (Majki i moim) jest znalezienie dziecku rodziny. Nie ważne, czy będzie to rodzina adopcyjna, zastępcza, czy też dziecko wróci do swojej rodziny biologicznej (jak nie do rodziców, to może do jakiejś cioci, czy babci). Ważne, aby była to rodzina bezpieczna. Aby była to rodzina, w której dziecko chciałoby przebywać i dorastać. Wydawało nam się, że znalezienie rodziny, z którą dziecko zamieszka na zawsze, jest absolutnym priorytetem.

Królewna jest przypadkiem, który spowodował, że nasze przekonania, w jakiejś mierze uległy przewartościowaniu.

Krótko przypomnę jej historię.
Dziewczynka była pierwszym niemowlęciem, które zostało umieszczone w naszej rodzinie zastępczej (a trzecim dzieckiem w kategorii „open”). W dość krótkim czasie okazało się, że jest ona niewidoma, ma porażenie mózgowe i jeszcze kilka innych schorzeń. Mimo tego, że była wolna prawnie i została zgłoszona do Ośrodka Adopcyjnego, nie było żadnego zainteresowania ze strony rodziców adopcyjnych. Również na etapie adopcji zagranicznej, nic się nie zmieniało. Mieliśmy kilka telefonów od przedstawicieli agencji zajmujących się adopcją zagraniczną, jednak skala upośledzenia wszystkich przerastała.
Nam jednak wydawało się, że przecież musi znaleźć się jakaś rodzina, która zechce ją adoptować, albo choćby zechce zostać dla niej rodziną zastępczą. Uznaliśmy, że skoro my ją pokochaliśmy, to równie łatwo pokocha ją ktoś inny. Jak się później okazało, akurat w tym względzie się nie myliliśmy.
Rozpoczęliśmy poszukiwania na własną rękę. PCPR nie miał nic przeciw temu, jednak zaczął brać pod uwagę umieszczenie Królewny w Domu Pomocy Społecznej. Czas płynął … nic się nie działo. Na końcu cieszyliśmy się, że to my mogliśmy wybrać dla dziewczynki taką placówkę, która wydawała nam się najbardziej odpowiednia – przede wszystkim blisko naszego miejsca zamieszkania. I w tym momencie coś drgnęło (chociaż było to już na etapie przekazywania dziewczynki do DPS-u). Odezwali się do nas ludzie, którzy zdecydowali się zaopiekować Królewną. Już o nich kiedyś pisałem. Mam na myśli Nikolę i Teslę. Wielcy ludzie, a po ostatnim naszym spotkaniu okazali się jeszcze bardziej niezwykli.
Tesla jest niewidomy, co wydawało nam się nawet pewnym atutem, bo przecież zna świat Królewny, wie co ona czuje, jak reaguje na pewne bodźce, czy zachowania innych ludzi.
Jednak dla osób, które mogły wydać decyzję o skierowaniu na szkolenie dla rodziców zastępczych, czy też adopcyjnych – było to ogromną przeszkodą. Sugerowały one raczej rozważenie możliwości pozostania rodzicem dla dziecka zdrowego. Bardzo mnie to dziwiło, ponieważ uważałem, że dwu, czy trzyletnie dziecko, swoim temperamentem przerasta zdolności opiekuńcze osoby niewidomej. Gdy widzę nasze dwulatki, przy których trzeba mieć oczy wokół głowy, to perspektywa pozostania rodzicem przez osobę niewidomą dla niepełnosprawnej Królewny, wydawała nam się idealnym rozwiązaniem.

Tak więc Nikola z Teslą zaczęli odwiedzać naszą byłą podopieczną w Domu Pomocy Społecznej, bywało że spędzaliśmy czas wspólnie. Majka do dzisiaj nie zrzekła się opieki prawnej do dziewczynki, aby mieć realny wpływ na jej dalsze losy – które cały czas wiązaliśmy z koniecznością umieszczenia jej w jakiejś rodzinie.
Dopiero teraz zaczynam się zastanawiać, dlaczego przez cały czas nie zadawałem sobie pytania, co czuli Nikola i Tesla, przyjeżdżając w odwiedziny do małej. Widzę przecież zachowania innych rodziców adopcyjnych albo zastępczych, którzy zaczynają odwiedzać dzieci przebywające w naszej rodzinie. Wiem co czują, bo o tym mówią. Najchętniej zabraliby natychmiast dziecko do swojego domu, ale na szczęście rozumieją, że tak nie można, że odejście z naszej rodziny musi być procesem, a nie ostrym cięciem. Jedak oni wiedzą, że jest to w miarę krótki czas – maksymalnie kilka tygodni.
Nikola z Teslą nie znali tego czasu. Być może dlatego nie okazywali aż tak bardzo swoich emocji (które, jak się później okazało, były dokładnie takie same jak w przypadku innych rodziców), za to przystąpili do działania. Zaczęli poszukiwać takiej instytucji, która zdecyduje się ich przeszkolić i dać kwalifikację do pozostania rodziną dla Królewny. Przeprowadzili się więc do miejscowości oddalonej o kilkaset kilometrów od dotychczasowego miejsca zamieszkania, ponieważ tamtejszy PCPR wydawał się być do nich bardzo przychylnie nastawiony. Miesiące mijały … w końcu okazało się, że nic z tego nie wyjdzie. Przeszkody zaczęły się piętrzyć. Chyba największym problemem był fakt, że chodziło o dziecko z innego powiatu (żeby nie powiedzieć, że z drugiego końca Polski). Zaczęliśmy więc rozważać możliwość przeprowadzenia szkolenia dla rodziców zastępczych w naszym mieście (kolejne kilkaset kilometrów dalej). Nasz PCPR zadeklarował chęć dokonania wstępnej kwalifikacji, do której zresztą doszło. Odbyły się pierwsze rozmowy, a nawet badania psychologiczne. Nikola rozpoczęła proces poszukiwania kolejnego mieszkania – nawet była umówiona na spotkanie z zamiarem jego wynajęcia.
I w tym momencie stało się coś, czego się nie spodziewaliśmy. Nikola z Teslą stwierdzili, że nie ma sensu dalej walczyć o dziewczynkę, że dla jej dobra … się wycofują. Przedstawili argumenty, które dla nas stały się widoczne już jakiś czas temu, ale widząc ich zaangażowanie, ich pasję i miłość do Królewny, nie byliśmy w stanie im tego powiedzieć.

Królewna mieszka w DPS-ie już prawie trzy lata. To jest jej dom, ma tam doskonałą opiekę, osoby które zna, które są teraz jej rodziną. Program zajęć rehabilitacyjnych jak również kulturalno-oświatowych (jakkolwiek może to dziwnie brzmieć w przypadku niewidomego dziecka z porażeniem mózgowym) jest tak szeroki, że żaden przeciętny rodzic nie byłby w stanie zapewnić go swojemu dziecku. Być może jest to wyjątkowy ośrodek, a być może należałoby zacząć zmieniać postrzeganie tego rodzaju placówek.
Problemem przebywających w nim dzieci jest przede wszystkim brak „mamy”, czyli tego jednego, podstawowego opiekuna, który jest dla dziecka najważniejszy, którego głos zawsze wywołuje uśmiech na twarzy, na którego potrafi poczekać nawet kilka dni. DPS, w którym przebywa Królewna, ma w planach znalezienie dla każdego dziecka jakiejś rodziny, która będzie dla niego tym kimś najważniejszym. Bardzo ambitne plany. Wątpię, czy to się uda, ale być może to ja jestem człowiekiem małej wiary.

Nasza Królewna (pomijając jej choroby i zaburzenia) miała wiele szczęścia.
Dzieci przebywające w naszym pogotowiu (w ramach wolontariatu) rehabilituje Natasza. Gdy rozpoczynała swoją przygodę w naszej rodzinie, właśnie kończyła studia. Teraz jest już chyba panią doktor w zakresie fizjoterapii (a w każdym razie prowadzi już zajęcia ze swoimi studentami). Jednak mimo wszystko, cały czas możemy na nią liczyć, ponieważ przyjeżdża do naszych dzieci (nawet wówczas, gdy mamy - jak choćby teraz - „zestaw” niewymagający rehabilitacji).
Królewna była jej pierwszą małą pacjentką (podobnie jak naszym pierwszym niemowlakiem w opiece zastępczej). Gdy dziewczynka odeszła do DPS-u, zaczęła ją tam odwiedzać i rehabilitować. Początkowo Królewna traktowała Nataszę jak … pewnego rodzaju oprawcę. Niestety tego typu zajęcia nie są dla dzieci przyjemne. Wielokrotnie jest to związane z mniejszym lub większym bólem. W każdym razie, jeszcze nie mieliśmy dziecka, które cieszyłoby się, widząc panią rehabilitantkę.
Tak samo było w przypadku Królewny. Jednak w pewnym momencie coś się zmieniło. Dziewczynce zaczęły sprawiać przyjemność wspólnie spędzane chwile. Przestały się one kojarzyć z czymś nieprzyjemnym, mimo że z technicznego punktu widzenia niewiele się zmieniło.
Natasza stawała się dla Królewny „mamą”. Nie są to moje słowa, ale Nikoli, która zaczęła to w pewnym momencie zauważać.
W tej chwili Natasza zdecydowała się przejąć od Majki funkcję opiekuna prawnego.

Gdy cztery lata temu podjęliśmy decyzję o zaopiekowaniu się Królewną, to jedno z doświadczonych pogotowi rodzinnych stwierdziło, że PCPR nas skrzywdził, że nie powinien nowej rodzinie zastępczej dawać tak bardzo upośledzonego dziecka.
Wówczas zupełnie się z tym nie zgadzaliśmy.
W tej chwili uważam, że swoją chęcią pomocy Królewnie, to my teraz skrzywdziliśmy Nikolę i Teslę, a być może również Nataszę. Bywam czasami w ośrodku, w którym przebywa dziewczynka i widzę różne dzieci – również te, które mają czterdzieści lat i więcej. Są takie, które nie mówią, nie poruszają się, które nie potrafią samodzielnie jeść (nawet karmione łyżeczką). Są też takie, które pięciokrotnie przewyższają Majkę w kwestii gadulstwa – tyle tylko, że Majka chociaż mówi z sensem.
Te kilka lat temu, zarówno Majka jak i ja (nie mówiąc nic sobie) rozważaliśmy adopcję Królewny. Mimo, że serce mówiło inaczej, to trzymaliśmy się określonych założeń (reguł, które sobie wyznaczyliśmy zanim zostaliśmy pogotowiem rodzinnym). W tej chwili już takich założeń nie potrzebujemy. Zrozumieliśmy, że dzieci wielokrotnie czują się szczęśliwe, przebywając w placówce. Często nie są to dzieci odebrane tak zwanym rodzinom patologicznym. Wielokrotnie mają one swoich zupełnie normalnych rodziców, którzy odwiedzają je co kilka dni, zabierają na weekendy, święta. Jednak na co dzień są one pod opieką osób, których nie dopadł jeszcze syndrom „zmęczenia materiału”.
Z upływem czasu, pojęcie rodziny zaczyna mieć dla mnie coraz więcej wymiarów.

Historia Królewny jest dla Majki i dla mnie bardzo ważną lekcją, z której wyciągnęliśmy kilka wniosków. Myślę, że mogę się wypowiedzieć również w imieniu mojej żony.
Przede wszystkim nie możemy myśleć o szczęściu malucha, przyjmując kryteria rozwoju i opieki nad dzieckiem zdrowym. W przypadku dziecka upośledzonego lub silnie zaburzonego, może być tak, że chęć szukania i znalezienia dla niego rodziny, nie zawsze je uszczęśliwi, za to wielokrotnie możemy skrzywdzić, a nawet zrujnować życie innym osobom.
Placówki są dla ludzi. Są wspaniałe Domy Pomocy Społecznej, świetnie funkcjonujące Domy Dziecka. Pod tym względem, moim zdaniem jest coraz lepiej w naszym kraju, a nie wszystkie dzieci nadają się (a często nawet chcą) zamieszkać w rodzinie.
I trzecia sprawa, to fakt że nie ma takiego dziecka, którego nikt nie jest w stanie pokochać. A nawet wydaje mi się, że w wielu przypadkach, miłość która nie przekłada się na 24 godzinną opiekę, może być dużo bardziej wartościowa.