piątek, 17 września 2021

--- zapytał brata brat



Majka powiedziała, że przyjdzie w czapce z daszkiem i jej nie ściągnie
przyszedł tylko w okularach też ich nie ściągał
powiedział, że to było Poufne i cztery lata czekało na wypełnienie treścią

mam napisać 5600 znaków

dlaczego tyle?
nie wiem
może być trochę mniej
więcej? Nie dopytałem
za dużo pytałem
chyba nie wypada pisać więcej
ktoś to będzie musiał przeczytać

eksperymentuję

piszę bez imion bez dużych liter bez przecinków
a ten cholerny office wciąż mnie poprawia

jeden ma dwa lata a drugi trzy

ja jestem Janek – powiedział pierwszy
rozsądniejszy brat spojrzał na drugiego i kręcąc głową, popukał się w czoło”
kolejne bliźniaki z różną datą urodzenia
tęsknię?
a oni?
nie wiem

jest druga nad ranem

może druga w nocy
już nie zasnę... to chyba nad ranem

inne ściany inne okna to nie mój pokój

leżę zupełnie nagi
obok mnie równie naga Majka
chyba to ona chociaż chrapie jakoś inaczej
nic nie pamiętam choć nie wypiłem grama alkoholu

nikt nie płacze

nikt mnie nie woła
tylko ja się bawię
bawię się słowem



sobota, 11 września 2021

Żarty się skończyły

 

Wakacje


Chyba dla nikogo nie będzie zaskoczeniem stwierdzenie, że tegoroczne wakacje z naszymi dziećmi zastępczymi postanowiliśmy spędzić nad morzem w Mielenku. Brak telewizora, ledwo działający internet mobilny, czy niewielka ilość atrakcji w postaci straganów z jarmarcznymi pamiątkami, lodami i goframi, są niezaprzeczalną zaletą tego miejsca. Początkowo mieliśmy tam pojechać ponownie w kilka dni po tygodniowym pobycie z Paprotką i jej nowymi rodzicami adopcyjnymi. Stwierdziliśmy jednak, że dość nieoczekiwane przyjście do naszej rodziny dwumiesięcznego wcześniaka (czyli Tyciej), które spowodowało wzrost stanu naszych dzieci do szóstki (z czego dwójka najstarszych nie przekraczała wiekowo półtora roku) byłoby pewnego rodzaju hardkorem zakrawającym o sztukę przetrwania. Odpuściliśmy sobie ten wyjazd z pełną świadomością, że w kolejnym terminie możemy liczyć tylko na jeden pokój, w którym z biedą mieszczą się dwa łóżeczka turystyczne dla dzieci. Udało się jednak dwójkę oddać do rodzin docelowych (czyli Tycią i Stokrotkę), a Marlenka (nasza zaprzyjaźniona mama zastępcza) zgodziła się przyjąć na tygodniowe wakacje dwójkę naszych najmłodszych dziewczynek. Pozostała więc tylko Kudłata i Calineczka. Ta ostatnia mimo swoich dziesięciu miesięcy powoli staje się weteranem wśród naszych dzieci zastępczych. Jej mama nie żyje od wielu miesięcy, tata nie jest zainteresowany i testy psychologiczne oblał z kretesem (zwyczajnie się nie stawiając na wezwanie)... a sąd jeszcze nie wyznaczył terminu rozprawy. Pewnie ma wakacje. Zresztą podobnie jak sędzia mający rozstrzygnąć czy Kudłata wraca do mamy, czy też jej brat przychodzi do nas.”

Tak miał się zacząć wpis, który chciałem opublikować trzy tygodnie temu. Jego końca jednak nie będzie. Nic już nie będzie... tym razem żarty się skończyły i jestem już niemal na mecie tego bloga. Ostatnim etapem będzie opisanie zakończenia mojej przygody z pieczą zastępczą. Nie wiem kiedy to będzie. Może za dziesięć lat, a może za miesiąc.

Miłe złego początki

Zostałem poproszony do PCPR-u na rozmowę w sprawie prowadzonego przeze mnie bloga. Zaproszenie było miłe, chociaż brzmiało złowieszczo i niczego dobrego po tym spotkaniu się nie spodziewałem. Majka zrobiła wszystko (czyli poupychała gdzie się dało nasze dzieci), aby pojechać tam ze mną. Chyba chciała być moim adwokatem.
Dowiedziałem się, że skargi na bloga płyną z wielu stron a zawarte w nim treści są oburzające.

Zarzuty

Między innymi usłyszałem, że Kudłata powinna wyparować w moich kolejnych wpisach. Jest zbyt rozpoznawalna, zbyt mało zanonimizowana. Mogłaby pojawić się za jakiś czas. Pod innym pseudonimem, bez swojej historii, bez osadzenia w systemie, w którym przyszło jej żyć. Jako dziecko, które nagle spadło nam z nieba... albo bocian przyniósł. Mógłbym prezentować jej zachowania, zdobywane umiejętności albo ciekawe sytuacje w formie anegdot. Czy jestem zainteresowany taką formą opisywania perypetii naszej rodziny zastępczej? Czy tego chcą osoby zaglądające na tego bloga? Myślę, że opisów opatrzonych hasłem „Etapy rozwoju dziecka” jest wystarczająca ilość w sieci i nie czuję potrzeby dołączenia do tego grona.

Komu przeszkadzają moje wpisy? Nie wiem dokładnie, ale za chwilę spróbuję się nad tym zastanowić. 

Najbardziej kontrowersyjne są przypadki opisów dzieci, które są znane medialnie. Kudłata jako siostra skoczka z któregoś tam piętra jest już rozpoznawalna. Kto zechce zabawić się w Sherlocka Holmes'a i poszukać igły w stogu siana prasowych informacji dotyczących dzieci, które wypadły z okna, jest w stanie ją rozpoznać. Być może, chociaż zastanawiają mnie motywacje takiej osoby. Co z tą uzyskaną wiedzą chciałby zrobić?

Kudłata jest jednak małym kalibrem w porównaniu z Rambo. Nikomu nie przeszkadzałyby moje opisy jego zamiłowania do sprzątania gdyby nie wprowadzenie do sytuacji. Nie ma znaczenia to, że pół Polski żyło tą historią. Nie ma znaczenia to, że mama Rambo wszystko przedstawiła na łamach prasy, że zdjęła z taty chłopca szatę psychologa zakładając szatę psychopaty. Znaczenie ma to, że to ja zdjąłem z chłopca zasłonę bezosobowego przypadku, umiejscawiając go w jego historii, wskazując na możliwe przyczyny jego zachowań i potencjalne zagrożenia w dalszym życiu.

A tak w ogóle to Kudłata nie powinna być Kudłatą bo jest to obraźliwe. Do tego żadne dziecko nie jest gamoniem i nie wrzeszczy tylko płacze. Tyle, że najczęściej staram się, aby pseudonimy nadawane moim bohaterom nie były przypadkowe, tylko aby coś wyrażały. Nigdy nie przyszłoby mi do głowy, że ktoś może mnie podejrzewać o złe intencje w tej kwestii. Gdybym teraz miał nadać pseudonim Calineczce, to byłaby ona Mopikiem. Zresztą tak na nią mówię... i nie tylko ja. Dlaczego? Bo po kilkunastu minutach pełzania po podłodze, tarasie, trawie, taplaniu się w wodzie i zajadaniu arbuzem oraz winogronami wygląda jak mokra ścierka do wyprania. Czy to jest obraźliwe? A może nacechowane sympatią, empatią, podmiotowością postrzegania?

W zasadzie to powyższe zarzuty można by sobie podarować, gdyż podstawowy zmierzał do tego, że osoby, które znają nas i dzieci, gdy trafią na bloga to bez problemu rozszyfrują moich bohaterów nie tylko po opisie ale nawet po zdjęciu od tyłu, fragmencie policzka czy fryzurze. Być może również po siniaku albo guzie na głowie. A to oznacza, że moje anonimizowanie postaci jest warte funta kłaków. Z tą tezą nie da się polemizować. Nawet dopowiem, że osoby które nas znają nie muszą trafiać na bloga, tylko o nim zwyczajnie wiedzą. A nawet gdy jeszcze bloga nie było, to przecież rozmawialiśmy o naszych dzieciach ze znajomymi. Jeżeli ochrona wizerunku idzie aż tak daleko i wszystko co wiemy na temat przebywających u nas dzieci powinniśmy pozostawić tylko dla siebie, to rzeczywiście bloga należałoby natychmiast zamknąć, a mnie razem z nim. Zresztą jest to sprawa otwarta, bo dowiedziałem się, że przyszła supermodelka Stokrotka może mnie kiedyś pozwać o odszkodowanie za opublikowanie jej łysej czternastomiesięcznej głowy od tyłu, a prezes Messenger za kompromitujący różowy śpioszek. Oj... chyba czas na ustanowienie z Majką rozdzielności majątkowej.

Tak... czasami stosuję rozmaite zwroty, które mogą kojarzyć się z próbą kolaboracji, przekupstwa, szantażu, omijania prawa. Często piszę, że musimy kombinować, a Majka musi stanąć na wysokości zadania w rozmowie z tą czy inną osobą. Ale przecież faktycznie musimy, bo system pieczy zastępczej nie musi nic, a sędzia sądu rodzinnego jeszcze mniej. Napisałem nawet kiedyś (czego jeszcze nikt mi nie wytknął, bo pewnie nie doczytał), że uknuliśmy niecny plan ratowania Stokrotki. Rozwinę krótko ten wątek za chwilę, bo już więcej nie będę miał okazji. W zasadzie to na koniec „pocisnę” (jak mówią moje dzieci) jeszcze paru osobom i zakończę kilka rozpoczętych kiedyś tematów. Sobie też pocisnę... tak dla towarzystwa. No i Majce. Też dla towarzystwa i właśnie od niej zacznę.

Majka

Na spotkaniu w PCPR obiecała, że będzie wnikliwiej czytać moje posty i je w odpowiedni sposób moderować (żeby nie powiedzieć „cenzurować”). Nie będzie miała okazji... konfidentka jedna. Nie powiem jej kiedy opublikuję ten tekst, a jak się sama zorientuje to już będzie pozamiatane. Nie zmienię ani jednego słowa w stosunku do pierwotnej wersji.

Shirley

Kilka tygodni temu Majka postanowiła, że nasze wakacje nad morzem musimy poświęcić Shirley. Dziewczynka ma się poczuć członkiem naszej rodziny, ma się z nami zintegrować, bo nie wiadomo jak długo będzie u nas gościć. Ma się nauczyć nawiązywać więzi, która to sztuka jest jej zdecydowanie obca. Oddałem Majce palmę pierwszeństwa ponieważ mi jakoś nie wychodzi lubienie kogoś kogo nie lubię, uśmiechanie się gdy nie mam ochoty się uśmiechać i bawienie się z kimś z kim wcale mi się nie chce bawić. Związek emocjonalny musi się wytworzyć sam z siebie a do tego potrzeba czasu a nie chcenia.
Shirley jest uroczą dziewczynką do złudzenia przypominającą filmową Temple. Wszyscy się nią zachwycają dopóki nie znudzą jej się roztaczane nad nią zachwyty i nie zacznie się wydzierać. Do tego, wszystko musi być tak jak ona chce, a nawet jak jest tak jak chce, to na wszelki wypadek drze się dalej. Jadąc nad morze trzeba było w połowie się zatrzymać i Majka musiała zamienić się miejscami z Calineczką, ponieważ nie dość, że poziom decybeli przekraczał wszelkie normy, to jeszcze obawialiśmy się, że Calineczka może po podróży wyjść z samochodu lekko posiniaczona. Pomogło tylko o tyle, że Calineczka siedząc obok mnie na przednim siedzeniu mogła się chociaż przez chwilę zdrzemnąć. Droga powrotna była jeszcze gorsza. Przez ponad (…) godziny (podobno stosowane przeze mnie przedziały czasowe w znaczny sposób zwiększają prawdopodobieństwo rozpoznania każdego bohatera) Shirley robiła tylko kilkuminutowe przerwy na zaczerpnięcie powietrza, mimo że była zabawiana przez Majkę i jeszcze jednego pasażera, który załapał się na powrót z wakacji. Calineczka w tym czasie nawet nie zakwiliła, chociaż spała niewiele. Uśmiechała się do mnie, zagadywała po swojemu, bawiła się zabawkami.
W samym Mielenku było nieco lepiej. Ale tylko nieco. Shirley ciągle chodziła i krzyczała „Am!, Am!”. Nawet się nie dziwiliśmy, gdyż jej mama na spotkaniu jedyne co ma do zaoferowania, to paczkę chipsów, z którą chodzi za dziewczynką i wtyka do buzi jej zawartość czy mała tego chce, czy nie. Jednak okazuje się, że „am” wcale nie jest wyrażeniem chęci zjedzenia czegoś. Dziewczynka w ten sposób zgłasza niemal każdą swoją potrzebę. Zresztą jej zasób słów nie jest zbyt wielki, więc jakoś musi sobie radzić. Mówi jeszcze „ti-ti”, „ni-ni”, „tu-tu”, „mama” i „tata”. Nikt nie wie (łącznie z mamą) co te trzy pierwsze zwroty oznaczają.
Jest jednak coś, czego do dnia dzisiejszego nie potrafimy wyjaśnić. Shirley jest bardzo spokojna gdy przebywa tylko ze mną. Mogą być jeszcze inne dzieci, ale żadna osoba dorosła. Na takie jej zachowanie zwróciłem uwagę jeszcze przed wyjazdem nad morze, gdyż każdego dnia spędzamy średnio trzy poranne godziny. Schemat jest zawsze taki sam. Między piątą a szóstą budzi się Calineczka, która natychmiast stawia na nogi Shirley. No i nie ma wyjścia, trzeba zacząć dzień. Majka i cała reszta budzi się stopniowo do dziewiątej. Chociaż Majka się nie budzi - jej musimy włączyć muzykę z elektronicznej niani. W Mielenku nie chcieliśmy budzić wszystkich wczasowiczów, więc ładowaliśmy się do wózka i jechaliśmy na spacer. Wbrew pozorom sprawiało to Shirley dużą przyjemność, bo i atrakcje były rozmaite. Zdarzało się, że witaliśmy na plaży wstające słońce, albo punkt siódma wysyłaliśmy pozdrowienia z molo w Chłopach. Pewnego dnia, gdy już zobaczyliśmy jaka tego dnia będzie fala i skierowaliśmy się w kierunku domu, naszym oczom ukazało się stado dzików. Może nawet bym zaryzykował przejście obok, gdyby to nie była locha z kilkoma młodymi. Zaczęliśmy więc cofać się w kierunku morza, licząc że zwierzęta przejdą bokiem. Spotkaliśmy gościa z psem, który wyprowadził nas z błędu. „One idą do wody się wykąpać” - powiedział, po czym wziął psa na smycz i wszedł do lasu. Niestety nam taki manewr bliźniaczym wózkiem by się nie udał. Pozostało dojść brzegiem morza do kolejnego wyjścia z plaży. Ja byłem mokry z wysiłku i ze strachu a Shirley zapewne posikana z radości. Teraz wprawdzie takich atrakcji już nie mamy, ale każdy poranek dziewczynki jest bardzo pogodny. Shirley jest miła dla innych dzieci, nie krzyczy, przychodzi do mnie się przytulić. I nagle wszystko się zmienia, gdy w progu pojawia się Majka. Ta, która się stara. Ta, która chce dziewczynce nieba przychylić, a przynajmniej wdrożyć w życie rozmaite metody postępowania z dzieckiem. Początkowo podejrzewaliśmy, że może chodzić o porę dnia... ale nie. Potem, że kluczem jest pojedyncza osoba dorosła. Też nie. Myśleliśmy, że może się mnie boi, ale i to podejrzenie szybko odrzuciliśmy. Obserwujemy co się będzie działo dalej.

Stokrotka

Stokrotka mieszka teraz w rodzinie Katji, która jest jej mamą zastępczą. Zresztą nie ważne jaką mamą. Po prostu mamą... mamą na zawsze. Jak będzie taka potrzeba to zostanie mamą adopcyjną. Baliśmy się powielenia historii Smerfetki, która była z nami ponad dwa lata (od urodzenia), a potem po kilku spotkaniach zamieszkała w rodzinie adopcyjnej i ślad po niej zaginął. Stokrotka już od wielu miesięcy żyła w pewien sposób w dwóch rodzinach. Katja przyjeżdżała do nas w odwiedziny, albo zabierała dziewczynkę do siebie na weekend. Stokrotka spędziła u niej tydzień wakacji gdy my pojechaliśmy z Paprotką i jej rodzicami adopcyjnymi nad morze. Pod koniec, gdy czekaliśmy już tylko na podpis sądu o przeniesienie dziewczynki do nowej rodziny zastępczej, Stokrotka miała tak samo silne więzi z nami, co z Katją, jej mężem i jej dziećmi. Przy czym tam z pewnością czuła się dużo bezpieczniej, bo przecież do nas zawitała już Kudłata wraz ze swoim temperamentem i potrzebą dominacji. Zanim jednak do tego doszło Majka przeprowadziła dziesiątki rozmów z rozmaitymi osobami, które należało przekonać do słuszności umieszczenia dziewczynki u Katji, a ją samą przeprowadzić niełatwą ścieżką pisania pism i wniosków. Teraz sąd może już sobie dowolnie wyznaczać rozprawy a rodzina biologiczna pisać odwołania, wprowadzać nowe wątki do sprawy, czy co tam jeszcze chce. Teraz czas nie ma znaczenia i nikomu nie zależy na szybkim zakończeniu postępowania. Wszystko będzie więc jeszcze trwać miesiącami albo latami, bo nawet pojawił się tatuś Stokrotki, który nie tylko przyznał się do ojcostwa, ale nawet dokonał tego w majestacie prawa i dziewczynka ma teraz dwa nazwiska. W każdym razie chłopak pojawił się nagle i znikąd. Chociaż trudno o nim mówić „chłopak”, bo facjatę ma bardziej przeoraną życiem i znojem niż ja. Pewnie znowu przekroczyłem swoje kompetencje (po raz kolejny ograniczając anonimizację), bo przecież wszyscy inni ojcowie biologiczni naszych dzieci zastępczych są młodzi, piękni i bogaci. Tylko ten jeden taki niewydarzony. Ciekawy jestem jego miny gdy się dowie, że ma płacić alimenty – sprawa jest już w toku.

Calineczka

Majka pojechała z dziewczynką na przezciemiączkowe badanie mózgu. „O Boże!” - krzyknęła lekarka. Majka zbladła. „Jak ty masz wszystko ładnie w głowie poukładane” - dokończyła. W celu uspokojenia przyszłych rodziców adopcyjnych przeglądających jej dokumentację, wystawiła skierowanie do jeszcze kilku innych specjalistów. Calineczka będzie więc miała zrobiony kompleksowy przegląd mający potwierdzić nieprzypadkowość jej bardzo dobrego rozwoju w każdej dziedzinie. Lekarka nawet nie widziała żadnych cech dysmorficznych twarzy. No ja widzę... niestety.

Blanka

Prawdopodobieństwo rozwoju wodogłowia spadło już niemal do zera. Komory w głowie już się nie powiększają i nie wypełniają płynem. Blanka jest ślicznym i pogodnym dzieckiem a duża głowa ma też swoje zalety. Zawsze wystaje gdy dziewczynka próbuje schować się pod szafą.

Ptysie

Jest to porażka każdego ogniwa systemu, którego wyrzuty sumienia są zagłuszane możliwym powrotem do rodziny biologicznej. Czego chcieć więcej, cel pieczy zastępczej zostanie osiągnięty.
Sąd wyraził się jasno, rodzeństwo ma być razem i kropka. Jest apodyktyczny i przekonany o swojej nieomylności. Nikt nie widział opinii biegłych sądowych. Czy to możliwe, że takie było ich zalecenie? Może gdyby ktoś rozpoczął z dziećmi terapię i sędzia przeczytał opinię terapeuty a nie psychologa, to każde z dzieci miałoby szansę na spokojne życie osobno. Obecna rodzina zastępcza Ptysia i Balbiny mocno wspiera mamę biologiczną i nie wyobraża sobie innej możliwości niż powrót dzieci do niej. Nawet jeździ z nimi w odwiedziny z noclegami włącznie i wystawia rodzinie biologicznej bardzo pochlebne opinie. Jest tylko jeden problem... cała trójka ma być razem, a rodzina zastępcza Billa jest bardzo sceptyczna w kwestii tego pomysłu, a już na pewno przeciwna oddawaniu chłopca pod opiekę rodziny zastępczej pozostałej dwójki bez zgody PCPR-u. Tyle, że ten nie ma podstaw aby podjąć taką decyzję, więc musiałoby to się odbyć na podstawie urlopowania za zgodą sądu, który z kolei uważa, że o takich sprawach ma decydować PCPR. A do tego sam Bill nie wie, czy chce mieszkać z rodzeństwem – czy nie, czy chce wrócić do mamy – czy nie. Raz mówi tak, raz siak. Pewnie wszystko zależy kto pyta i co chce usłyszeć. Jak tak dalej pójdzie to za chwilę chłopak wszystko pierdalnie i da dyla w Polskę, bo taka sytuacja i takie emocje mogą przerosnąć największego twardziela.

Namieszałem? I dobrze... przynajmniej nie wiadomo do czego się przyczepić.

No to pójdę jeszcze o krok dalej. Rodzina zastępcza młodszych Ptysi zdecydowała się przyjąć do siebie również Billa na stałe. Akt desperacji, czy chęć niesienia pomocy rodzeństwu? Wizerunkowo brzmi to doskonale. Sędzia będzie szczęśliwy, że dzieci wreszcie znajdą się w jednej rodzinie zastępczej. Spotkania z mamą biologiczną w pełnym składzie będą coraz częstsze, coraz dłuższe. Wszyscy będą się starać. Nastąpi kolejny miesiąc miodowy, który tym razem potrwa może nawet kwartał. A potem mama wystąpi z wnioskiem o przywrócenie władzy nad dziećmi, do których przecież ma tylko ograniczone prawa. Umotywuje to tym, że się wykazała. Znalazła mieszkanie, pracę... a nawet męża, który nie ma nic przeciw temu, że nagle będzie się musiał zajmować i utrzymywać czwórkę nieswoich dzieci. Plus jedno swoje. W tym trójkę trudnych, zranionych dzieci, które przerosły dwie albo i trzy rodziny zastępcze. Mnie przynajmniej przerosły i nie ukrywam, że odetchnąłem z wielką ulgą gdy moja przygoda z Ptysiem i Balbiną się zakończyła. Ktoś mógłby powiedzieć, że podrzuciłem kukułcze jajo. Może tak, ale przecież uprzedzałem, że jest kukułcze. Przez chwilę myślałem, że może Afrodyta przyjęła rolę pliszki i chce przygarnąć i wysiedzieć jak swoje. W końcu nawet ja czasami wysiaduję wiele podrzuconych jaj. Jednak nie oddaję ich do inkubatora na cały dzień i wakacje. Nie korzystam z inkubatora dyżurnego. W inkubatorze są po to, aby się wygrzać a nie przezimować.

Ponad pół roku po rozstaniu z Bliźniakami:

  • Balbina, kto jest twoim bratem?
  • Romulus i Remus.
  • Nie, to nie są twoi bracia. Twoim bratem jest Ptyś i Bill.
  • Są! Są! Są! To moi bracia... nie Ptyś i Bill, ble!,ble!, ble!

Pozostawię tę wymianę zdań bez komentarza i oczywiście nie zdemaskuję mojego źródła.

Co moim zdaniem będzie się działo dalej? Trójka Ptysi wróci do swojej mamy chociaż wszyscy mają świadomość, że jest to najgłupszy z możliwych pomysłów. Ale poprawny politycznie. Dla kuratora i asystenta rodziny ważne będzie, że mama zacznie korzystać z pomocy psychologa, który nie będzie miał żadnej wiedzy i doświadczenia w zagadnieniach związanych z traumą. Spróbuje zastosować tradycyjne rozwiązania, których skuteczność Balbina zaneguje z uśmiechem na ustach. Dziewczynka zacznie walczyć o zainteresowanie sobą ze swoimi kilku i kilkunastomiesięcznymi siostrami przyrodnimi, i w krótkim czasie podejmie decyzję o konieczności przejęcia kontroli nad tym całym bajzlem, którego nikt nie ogarnia. Młody i niedoświadczony tatuś powie „sorry”, a mama wyrzuci wszystkie zabawki, spakuje najpotrzebniejsze rzeczy do samochodu i ruszy w Polskę.

Gdy Balbina mieszkała z nami, to jadąc samochodem często pytała czy mamy wystarczającą ilość benzyny. Bo jak zabraknie benzyny, to trzeba spać w samochodzie w środku lasu.

Komu przeszkadzają takie opisy?

No właśnie... Spróbuję się nad tym zastanowić, jeszcze raz podkreślając, że oficjalnie nic nie wiem. Nieoficjalnie też nie wiem, więc mogę tylko pospekulować.

PCPR

Tę możliwość w zasadzie odrzucam, chociaż prawdopodobnie ta instytucja też coś sobie na tym ogniu upiekła. Moja powściągliwość w ocenie innych organów systemu pieczy zastępczej z pewnością nie zepsuje dobrych wzajemnych relacji różnych urzędów, czy też nie pogorszy tych, które już teraz są nie najlepsze.
Gdyby PCPR chciał się do mnie dobrać, to miał na to kilka lat. Nie zrobił tego a ostatnio nawet w pewien sposób zachęcił do przedstawiania na blogu swoich wrażeń i doświadczeń dotyczących wzajemnej współpracy – również tych krytycznych. Tyle tylko, że większych uwag nie mam. Może to przypadek na skalę kraju, ale u nas pracują ludzie, z którymi można rozmawiać i wypracowywać wspólne strategie. Jedyne co miałbym do zarzucenia, to niezbyt przychylne patrzenie na samodzielne poszukiwania rodzin dla swoich dzieci. No ale jak dziecko zaczyna zapuszczać coraz dłuższe korzenie w rodzinie zastępczej i nikt się tym specjalnie nie przejmuje, to nie można się temu dziwić. Oczywiście nie dotyczy to wszystkich, ale nie będę wymieniał pozytywnych wyjątków gdyż jak wcześniej zaznaczyłem, w opublikowanym wpisie nie zamierzam niczego poprawiać.

Rodziny biologiczne

Teoretycznie to właśnie te osoby najbardziej tracą wizerunkowo i mogłyby mieć mi wiele do zarzucenia. Myślę jednak, że żadna ze znanych mam biologicznych nie szukałaby pośrednika. To są dziewczyny, które jak uważają, że jesteśmy popierdoleni, to mówią to wprost. Jak chcą nas postraszyć, to bez skrupułów piszą, że są sądy i są samosądy.
Nie... ten trop zdecydowanie odrzucam.

Rodziny zastępcze

Tych też nie oszczędzam - łącznie z sobą. Pisałem przecież wielokrotnie o moich wątpliwościach co do brania „urlopu od dzieci”, przyjmowania kolejnych na zasadzie: „Przecież jak go nie wezmę, to pójdzie do domu dziecka”, co powoduje powolne upodabnianie się do tejże placówki. Pisałem o dzieciach biologicznych rodzin zastępczych, których często nikt nie pyta, czy chcą spędzić dzieciństwo na przykład w pogotowiu rodzinnym, i które po latach niejednokrotnie stają się klientami terapeutów. O pieniądzach nie pisałem, ale z pewnością są rodziny, które stają się rodzicami „dla kasy”, albo bardziej z braku lepszego pomysłu na siebie.
Czy któraś z tych rodzin mogła się na mnie poskarżyć? Myślę, że raczej mogłoby być jej przykro, choćby dlatego, że nie oskarżam. Wszystkie takie zachowania rozumiem i staram się tłumaczyć.
Doskonale więc rozumiem wspomnianą wyżej Afrodytę niezależnie od faktycznych motywów jej przyświecających. Mawia się, że piekło jest wybrukowane dobrymi chęciami i wiem też, że sam byłbym gotowy podpisać pakt z diabłem, byleby tylko Balbina przestała powoli wykańczać mnie psychicznie i emocjonalnie.
Nie, nie. Żadna rodzina zastępcza nie poszłaby na skargę do PCPR-u... chyba.
Wrócę jeszcze do Balbiny... po prostu muszę. To nie jest tak, że ta dziewczynka wymyka się wszelkiego rodzaju schematom i skazana jest tylko na matkę biologiczną albo dom dziecka. Zdarzyło mi się chyba trzy razy, gdy jakaś dziewczyna pisała do mnie maila z prośbą o poradę, czy terapia rodzinna jest absolutnie konieczna, bo mąż nie chce i ma inną wizję. Nie jestem terapeutą, ale tak – jest konieczna. Myślę, że nawet balbinowatość można pokochać.

Sąd, Ośrodek Pomocy Społecznej

Możliwe, że któryś z sędziów, kuratorów czy asystentów rodziny odnalazł się w którejś z historii. Tyle tylko, że tego rodzaju instytucji opisałem tak dużo, że sam się gubię która była przypisana któremu dziecku. Ale może ktoś zrobił to dla zasady, uważając że moje postępowanie jest nieetyczne. Chociaż łatwiej byłoby podyskutować w komentarzach, podpierając się odpowiednimi zapisami w prawie.

Ośrodek Adopcyjny

Jest to dosyć prawdopodobny trop. Nawet postawiłbym hipotezę, że może to być zupełnie nieznany mi ośrodek. Nie tylko rosnąca ilość odwiedzin bloga, ale przede wszystkim wiadomości, które dostaję na powiązany z nim adres mailowy pozwalają mi postawić tezę, że staje się on coraz bardziej popularny wśród rodzin adopcyjnych, a nawet przyszłych rodzin adopcyjnych. To może oznaczać, że pośrednio trafiają na niego również pracownicy ośrodków adopcyjnych. Do tego ostatnio nieco się odsłoniłem i ktoś kto lubi bawić się w detektywa mógł dość łatwo rozszyfrować jakiemu PCPR-owi podlegam.
Pozostaje pytanie co poprzez skargę na mnie taki ośrodek chciałby osiągnąć?
Myślę, że nie są tajemnicą dość powszechne krytyczne opinie na temat ośrodków adopcyjnych. Wyrażają je zarówno rodziny adopcyjne jak też zastępcze. Głównym zarzutem (i tylko na nim się skupię) jest nierzetelna informacja na temat dzieci klasyfikowanych do adopcji. Z jednej strony rodzice adopcyjni otrzymują informację, że nie ma dzieci zdrowych, które mogą im zostać zaproponowane, a z drugiej... z ogromną łatwością przychodzą propozycje dzieci mocno zaburzonych. I to takim  rodzicom, którzy zupełnie nie są na to przygotowani, którzy nie mają świadomości tego, że nie tylko będą musieli poddać dziecko terapii, ale będą ją musieli rozpocząć od siebie. Bywa, że opis dziecka mieści się na jednej kartce, a potem rodzicu radź sobie sam. Bywa, że po kilku latach oczekiwania proponuje się rodzicom poszerzenie widełek akceptacji o dzieci starsze lub z pewnymi deficytami. Czy opisując dzieci, które z naszej rodziny odchodzą do adopcji, w jakiś sposób naruszam jedynie słuszny wzorzec dziecka adopcyjnego?

Rodzice adopcyjni
Lęk? Przed czym? Jeszcze do tego wrócę... muszę się zastanowić.

Czego już nie będzie?

Niczego już nie będzie. Dalszych losów Stokrotki, Calineczki, Blanki i Mirabelki. Ta ostatnia nawet nie doczekała się swojego pierwszego, w pełni jej poświęconego, wpisu. No i oczywiście nie będzie opisów dotyczących Kudłatej... bo przecież wszyscy wiedzą jak się nazywa i gdzie mieszka. Jej mamę oczywiście też wszyscy znają.

Ale nie będzie też tekstu, który roboczo nazwałem „Nie chcę być ojcem zastępczym”. Jakiś czas temu zostałem poproszony o przyjazd do jednego z moich klientów. Rzadko mi się to zdarza, gdyż od dawna większość spraw załatwiam poprzez zdalne łącze. W tym przypadku też było to możliwe, ale skoro klient sobie zażyczył, to nie wypada odmawiać. Okazało się, że chciał ze mną porozmawiać sam pan prezes. Dotarły do niego informacje, że jestem pogotowiem rodzinnym, a jego żona od kilku lat dąży do tego samego celu co kiedyś Majka. Chce być mamą zastępczą. Chce pomagać w znalezieniu nowej rodziny dzieciom, których rodzice nie mogą się nimi opiekować. Krótko mówiąc też chce zostać pogotowiem rodzinnym.

  • Jak może mnie pan zachęcić do zostania rodziną zastępczą? – zapytał.

  • A pan tego chce?
  • Nie, odrzucam tę myśl już od dłuższego czasu. Nie chcę być ojcem zastępczym, ale chciałem jeszcze o tym z panem porozmawiać.
  • Nie chce pan być nim teraz, czy nigdy?
  • Nigdy.
  • Dlaczego?
  • Nie wiem, ale nie.

O ile zdanie typu: „Nie, bo nie” zazwyczaj mnie irytuje, o tyle w tym przypadku miało ono sens. Jeżeli ktoś czuje, że nie chce, że się nie sprawdzi, że się nie nadaje... to nie ma powodu aby go przekonywać, forsować swoje idee, mówić jakie powinien mieć plany i marzenia.

Okazało się, że pan prezes posiadał całkiem sporą wiedzę na temat pieczy zastępczej. Może nawet większą niż ja, gdy byłem na tym etapie. Rozmawialiśmy dość długo. Opowiedziałem mu o kulisach prowadzenia pogotowia rodzinnego nie próbując w żaden sposób wpłynąć na jego decyzję. Opowiadałem o naszych dzieciach zastępczych, nie chcąc mu powiedzieć wprost: „Daj sobie chłopcze spokój”. Dzieci pewnie by go nie przerosły, bo moim zdaniem jest to najprzyjemniejsza część tej pracy, pasji, misji (jak zwał, tak zwał). Problemem jest system, w którym trzeba się poruszać. System, w którym dziecko wcale nie jest podmiotem, a jego „Dobro” jest takim samym sloganem jak „Nie deptać trawników”. Wszędzie liczy się dobro dorosłych. Rodziców biologicznych, adopcyjnych, rzadziej zastępczych... ale też. Liczy się dobro urzędników i ustawodawców. Liczy się wizerunek. Liczy się to jak ten system jest postrzegany przez społeczeństwo i jakie środki trzeba na niego poświęcić (nie tylko finansowe). Jest to system, na którym polega (w sensie traci wiarę, nadzieję) wiele rodzin zastępczych. Nie każdy ma siłę walczyć z wiatrakami.

Być może kolejna, czy też jeszcze następna Stokrotka, spędzi w naszej rodzinie dwa, trzy, cztery lata... albo jeszcze dłużej. Sądy mają czas, biegli psycholodzy też. Organizatorowi pieczy zastępczej wystarczy świadomość, że ma gdzie umieścić kolejne dziecko. Nie ważne, że jako szóste, siódme... jedenaste. A my będziemy robić to, czego oczekuje od nas system. Zaopiekujemy się dzieckiem, umówimy na wizytę u specjalisty na „za dwa lata”, przyjmiemy za dobrą monetę rehabilitację raz w miesiącu, poczekamy cierpliwie na decyzję sądu, będziemy zadowoleni, że mamy ogarnięte dziecko a nie kolejną Kudłatą, która na jakiś czas dezorganizuje życie całej rodziny.

Pamiętam sytuację sprzed kilku lat, gdy dowiedziałem się jak powinien przebiegać prawidłowy proces przejścia dziecka do nowej rodziny. Pamiętam jak się zdziwiłem, gdy usłyszałem, że nikt o tym nie mówi, bo nikt o tym nie chce słuchać, bo nikomu nie zależy, bo mało kto pójdzie taką ścieżką. Rodzicom zastępczym się nie chce, albo mają rzucane kłody pod nogi, a rodzice adopcyjni z uporem maniaka ciągle dążą do naturalizacji adopcji, do odcięcia się od przeszłości ich dziecka. Kim więc ono jest? Przedmiotem? Towarem? Zapewne niejeden się oburzy, że przecież chce się zająć dzieckiem nie dla siebie, ale dla tego dziecka... biednej sierotki. W kolejce stoją sami altruiści z wypisanym hasłem: „Zdrowa dziewczynka do lat dwóch”. Sami samarytanie, którzy szybko zapominają, że ich dziecko miało kiedyś mamę, ciocię, babcię, że miało historię. Dla nich historia ich dziecka często rozpoczyna się w momencie złożenia podpisu w sądzie.

Często się zastanawiam, czy proponując rodzicom adopcyjnym nasz sposób przekazania im dziecka, jesteśmy przez nich rozumiani. Może tylko wyrażają zgodę dla świętego spokoju, albo z obawy, że Majka (jako opiekun prawny) na rozprawie adopcyjnej będzie miała jakieś wątpliwości a może nawet sprzeciwi się przysposobieniu. Pewnie niektórzy postrzegają nas jako zagrożenie i nie zmieniają tego nasze zapewnienia, że nie chcemy stać się ich rodziną, że nie chcemy uczestniczyć w życiu ich dziecka do dorosłości. My jesteśmy tylko do dyspozycji a to ich rolą jest rozpoznać rzeczywiste potrzeby dziecka.

A może chodzi o nasze postrzeganie rodziców biologicznych, znajomość ich adresu, numeru telefonu a nawet możliwość istnienia jakiegoś kontaktu? Chciałem na tym blogu pokazywać, że rodzice biologiczni to też ludzie. Gdy czasami opowiadamy różnym osobom czym jest piecza zastępcza i przywołujemy rozmaite sytuacje, które nam się przydarzyły, to słyszymy: „O Boże!”, „Jak tak można”, „Co za matka”, „Jaka patologia”. Wypowiadają się sami święci, których od tych rodziców często różni to, że urodzili się w innym miejscu, innym czasie, innej rodzinie. Różni ich to, że mieli w życiu więcej szczęścia.

Opisywałem zachowania rodziców biologicznych, ich walkę z nałogami, zmaganie się z chorobami, czy niewłaściwymi ludźmi, którzy stanęli na ich drodze. Opisywałem próby ułożenia sobie życia w takim świecie, jaki zesłał im los... albo jakiś sędzia w dzieciństwie. Opisywałem walkę rodziców biologicznych o swoje dziecko. Nieudolną, zakończoną porażką... ale jednak prawdziwą. Na jeden z takich opisów może natknąć się jakieś adoptowane dziecko będące na etapie poszukiwania siebie, próbujące sobie odpowiedzieć na pytanie: „Dlaczego nie mogłem mieszkać z moją mamą? Czy była aż tak zła? Czy wszyscy moi krewni byli nic nie warci? Dlaczego nie pozwolono mi kontaktować się z babcią, ciocią, moim rodzeństwem? Dlaczego nie mogłem choćby wysłać im zdjęcia, albo narysować rysunku?”. Czy może to spowodować, że jego wyobrażenie adopcji legnie w gruzach?

A może ktoś się obawia, że jakieś dziecko odnajdzie tutaj siebie? Jest to możliwe a nawet dość prawdopodobne. Pozna wówczas swoją historię. Tę zapomnianą przez rodziców adopcyjnych i tę przemilczaną.

Gdy zastanawiam się nad tą całą sytuacją, to dochodzę do wniosku, że rzeczywiście mogłem narazić się wielu osobom. Poczynając od rodziców adopcyjnych a na sędziach i wysokich rangą urzędnikach skończywszy. Dla wielu liczą się tylko hasła, slogany powtarzane bez głębszego zastanowienia.

A ja tutaj mówię, że nie. Nie zawsze i nie za wszelką cenę należy dążyć do powrotu do rodziny biologicznej, chociaż ona jest ważna i nie można o niej zapominać. Nie zawsze rodzeństwo musi być razem, bo często jedno ratujemy kosztem drugiego, albo pozwalamy każdemu z nich na ciągłe odżywanie wspomnień i odgrywanie dawnych ról... złych ról.

Czy nie ma w tym systemie ludzi wrażliwych? Są i jest ich wielu. Są sędziowie, którzy na kolanie, albo w przerwie śniadaniowej, podpisują terminowe decyzje. Są nawet tacy, którzy czytają oceny dzieci przesyłane przez rodziców zastępczych, a nawet do nich dzwonią zasięgając opinii i pogłębiając wiedzę na temat danego dziecka. Są panie sekretarki, które ze sterty dokumentów wyciągają te, których podpisanie zajmuje zaledwie pięć minut. Są takie, które udzielają informacji rodzicom zastępczym, a nawet informują sędziego o pewnych sprawach. Są psycholodzy, którzy skracają terminy wydania opinii z „bezterminowy” na 14 dni. Są lekarze, którzy przyjmują pomiędzy pacjentami. Są tacy, którzy zlecają kompleksowe przebadanie dziecka w trybie „pilne” - aby przyszli rodzice adopcyjni mieli w miarę pełną ocenę sytuacji. Ale są też przełożeni, którzy odnajdują panią Basię na tym blogu i są tym faktem zbulwersowani. Dlaczego? Bo jest za dobra? Bo została przeze mnie opisana jako empatyczna, oddana sprawie osoba?

Co dalej?

Teraz będę pisał książki. Mało kto je czyta, trzeba je kupić i nie dzieją się w czasie rzeczywistym. Oczywiście żartuję, zważywszy głównie na to jak mierny poziom pisarski sobą reprezentuję, o czym niedawno miałem okazję się przekonać i wkrótce pewnie zostanę w tej tezie utwierdzony. Ale chociaż co do treści to nie mam sobie nic do zarzucenia, co zresztą potwierdza zaistniała sytuacja. Podobno nie mam nawet pojęcia kto mnie czyta. Trudno mi się z tym twierdzeniem nie zgodzić – nie mam.

Ale do rzeczy...

W ubiegłym roku wziąłem udział w pewnym projekcie badawczym Interdyscyplinarnego Zespołu Badań nad Dzieciństwem UW w ramach grantu badawczego „Adopcja jako proces, doświadczenie, instytucja. Perspektywa antropologiczna”. Tematem pracy była „Autoetnografia praktyk opieki”. Ładnie brzmi, prawda? Mój udział był niewielki, gdyż musiałem się zmieścić w 60 tysiącach znaków (dzisiejszy wpis ma niewiele mniej), ale sporo się przy tej okazji nauczyłem – zwłaszcza wycinać. Początkowo się rozpisałem, że ho,ho. Potem skracałem, skracałem i po prawie roku coś tam wyszło. Starałem się jak mogłem, lecz gdy na końcu przyjrzałem się swojemu dziełu, to miałem wrażenie, że czytam własnego bloga. Cóż, widocznie inaczej pisać nie potrafię. Ale chociaż dowiedziałem się jakie błędy popełniam, gdyż tekst został odpowiednio zmodyfikowany przez fachowca. W sumie okazało się, że tylko z ortografią nie mam większych problemów. Nie wiem, czy zostało to zauważone, ale zdobyte umiejętności starałem się zastosować na blogu. Na tę chwilę nie wiem na jakim etapie jest cały projekt, ale moja rola już się chyba skończyła. Pisałem o Balbinie i Kapslu.

Teraz zostałem zaproszony do współuczestniczenia w tworzeniu prawdziwej książki i to pod czujnym okiem najprawdziwszego pisarza. Nie wiem, czy mogę wyjawić jego nazwisko, więc na wszelki wypadek sobie podaruję. Majka przeczytała kilka jego książek a nawet była na spotkaniu autorskim. Teraz mi zazdrości. Ja przed pierwszym zebraniem grupy planowałem też jakąś przeczytać, ale chyba nie dam rady. Zostało już tylko kilka dni a facet raczej nie specjalizuje się w pisaniu nowel. Może dam radę zaznajomić się chociaż z jednym rozdziałem czegokolwiek, aby poznać styl tworzenia. Nie wiem jeszcze o czym chciałbym pisać. Balbiny raczej wolałbym nie powtarzać, chociaż zdecydowanie jest ona wdzięcznym tematem na książkę. No chyba, że zajmę się tą jej sferą, której nie poruszałem poprzednio. Może nawet nie ona byłaby bohaterką, ale zagadnienie które sobą reprezentuje. Być może wokół tego udałoby mi się stworzyć jakąś ciekawą fabułę z moimi ulubionymi dygresjami do zachowań innych dzieci. Bo chyba tym razem ważniejsze jest w jaki sposób wszystko opiszę a niekoniecznie co. Zwłaszcza, że tytuł książki brzmi „Opowieści nierodziców (?)”. A może coś o ukrytej traumie Rambo? A może...

Jeżeli chodzi o bloga, to muszę jeszcze ochłonąć, zebrać myśli i zastanowić się co dalej. Nie chciałbym z niego tak zwyczajnie rezygnować. Nie będzie już jednak tak jak było i z taką częstotliwością. Pewnym rozwiązaniem jest tworzenie fikcyjnych osób. Bardzo ciekawa koncepcja na etapie modelowania postaci mającej cechy kilkorga różnych dzieci. Tyle tylko, że być może niekoniecznie atrakcyjna dla odbiorcy. Pamiętam jak wiele lat temu przerwałem czytanie książki na 20 stron przed jej zakończeniem, gdy zorientowałem się, że jest to tylko fikcja literacka. No i czasami można przedobrzyć choćby poprzez niepozornie wyglądającą zmianę płci lub wieku. Chcąc kiedyś bardziej zaononimizować historię Bliźniaków dokonałem podmianki płci ich rodzeństwa. No i ktoś w komentarzu mi napisał, że opisane zachowanie jest zupełnie naturalne dla chłopca. Tyle, że naprawdę ten chłopiec był dziewczynką.

Idąc tym tokiem rozumowania, mógłbym stworzyć hybrydę rodzica biologicznego, sędziego, kuratora, asystenta rodziny a nawet pani dyrektor PCPR-u. Mógłbym wykorzystać najbardziej mroczne cechy osobowe, które kiedykolwiek miałem okazję poznać. Oj, by się działo. A do tego nikt nigdy by się do mnie nie przyczepił, nawet gdyby odnalazł w moim bohaterze kawałek siebie, czy rozpoznał jakąś sytuację. Najciekawsze jest to, o czym dotychczas nie miałem pojęcia, że taki manewr jest dozwolony również w pracy naukowej.
Kusząca myśl. Jeszcze tylko zmienię tytuł bloga na „Pogotowie Rodzinne Simpsów” i mucha nie siada.
Albo inna możliwość. Przeniosę wszelkie opisy w świat baśni i każdy będę zaczynał słowami: „Dawno, dawno temu, za górami, za lasami żyła sobie Gabrysia w rodzinie zastępczej. W pobliżu mieszkał Gargamel, który miał czarodziejski długopis, którym tylko raz na trzy miesiące mógł podpisywać ważne dokumenty”.

Póki co nie chce mi się nic pisać (już nawet Gargamela nie potrafię odpowiednio zanonimizować), a nawet czytać tego co napisałem. Przepraszam więc za błędy, słaby styl, powtarzanie się i ogólny chaos. No i kiepski nastrój.

Idę spać.



poniedziałek, 9 sierpnia 2021

TYCIA

 



Tycia jest tylko drobnym epizodem z naszej historii pieczy zastępczej. Nie minęły jeszcze dwa miesiące od czasu gdy do nas przyszła, a już jej nie ma.

Nie ma też z nami Stokrotki... ale o tym następnym razem.
Siedzę sobie z czwórką śpiących już dzieci i czekam na Majkę, która poszła na jakąś „babską imprezę”. Niech się zabawi – dokonała rzeczy niemożliwych.

Tycia od tygodnia mieszka w swojej nowej rodzinie... tej samej, która kilka lat temu stała się rodziną zastępczą dla jej siostry, by po kilkunastu miesiącach ją adoptować. Tą siostrą jest Iskierka. Myślę, że tym stwierdzeniem nie przekraczam w nadmierny sposób zasady anonimizowania wszystkiego o czym piszę.

Cała rodzina odwiedziła nas dzisiaj przy okazji umówionej wcześniej wizyty u lekarza. Wszyscy byli podekscytowani tym spotkaniem. Być może Majka najbardziej. Tycia waży już całe cztery kilogramy. W ciągu dwóch miesięcy podwoiła swoją wagę. Gdybym ja dokonał takiego osiągnięcia to z pewnością znalazłbym się w księdze rekordów... o ile bym ten wyczyn przeżył.
Ja dzisiaj spojrzałem na Tycią jak na przeciętnego dwumiesięcznego niemowlaka, który na dobrą sprawę powinien urodzić się dopiero niecałe dwa tygodnie temu (bo przecież Tycia jest prawie dwumiesięcznym wcześniaczkiem). Co nas łączyło? Kim ja byłem dla niej, a ona dla mnie?
Chyba nikim ważnym, bo nasze rozstanie wzbudziło we mnie tylko radość z widoku szczęścia Iskierki. Ani przez chwilę nie pojawił się u mnie smutek, tęsknota. Byliśmy z sobą zbyt krótko.

Wszystko zaczęło się nieco ponad osiem tygodni temu, gdy Majka dowiedziała się, że została ograniczona władza rodzicielska mamie biologicznej Iskierki. Sąd podjął odpowiednią decyzję, PCPR zwróciło się z prośbą o przyjęcie dziewczynki do najmniej obłożonego pogotowia rodzinnego, które wyraziło zgodę na zaopiekowanie się dzieckiem. Majka poruszyła niebo i ziemię (być może zrażając do siebie tę albo inną osobę), aby dziewczynka zamieszkała z nami. Należało przekonać PCPR, że umieszczenie Tyciej jako szóstej w naszej rodzinie jest dużo lepszym rozwiązaniem niż jako czwartej w innej. Trzeba było zmienić dane rodziny (które zostały już przesłane do sądu), w której Tycia zostanie umieszczona w formie zabezpieczenia. Wypadało porozmawiać z pogotowiem, które już szykowało się na przyjęcie dziewczynki i być może stwierdziło, że z tą „wariatką” (czyli z Majką) to lepiej nie dyskutować. W tym momencie jeszcze nie wiedzieliśmy, czy rodzice adopcyjni Iskierki zechcą przyjąć malutką pod swój dach. Wprawdzie kiedyś rozważali taką możliwość, ale od tego czasu minęło już kilka lat. Sporo mogło się zmienić. Majka doszła do wniosku, że jeżeli jednak podejmą taką decyzję, to ona jak nikt inny postara się, aby wszystko przebiegło w jak najkrótszym czasie.

Co by było, gdyby Tycia nie była siostrą Iskierki? Zapewne byśmy stwierdzili, że trzeba ją dobrze zdiagnozować i na miarę naszych możliwości nauczyć umiejętności nawiązywania więzi, walki o swoje prawa, bycia członkiem rodziny. Pewnie wystarczyłoby spanie z Majką w jednym łóżku, noszenie na rękach. Krótko mówiąc - reagowanie na zgłaszane potrzeby.

Sędzia czekałby do najbliższej rozprawy, której terminu na tę chwilę jeszcze nie wyznaczył. Pewnie wszystko toczyłoby się według znanego nam od lat schematu. Pierwsza rozprawa po czterech miesiącach. W tym czasie nie działoby się nic lub prawie nic. Mama pewnie byłaby pod obserwacją pomocy społecznej. Może miałaby przydzielonego asystenta rodziny. Może też kuratora. Być może ktoś zainteresowałby się historią trójki poprzednich dzieci mamy – zwłaszcza tego trzeciego, który dla nas jest ogromną tajemnicą. Może ktoś miałby w planach przekonanie mamy, że chociaż nie podołała opiece nad poprzednimi dziećmi, to tym razem pewnie jej się uda. Do ilu razy sztuka? Do czterech? Do pięciu, sześciu?

Teraz wszystko wygląda zupełnie inaczej. Tycia zamieszkała ze swoją siostrą i raczej nikomu nie przyjdzie do głowy aby podejmować jakiekolwiek kroki mogące zakończyć się rozdzieleniem sióstr w imię idei, że dziecku najlepiej jest z mamą biologiczną... niezależnie od sytuacji. Chociaż w pewnym momencie (gdy już staraliśmy się o przeniesienie dziewczynki do rodziny Iskierki) przeżyliśmy chwile grozy. Dotarła do nas informacja, że sędzia poczuła się w jakiś sposób manipulowana a przynajmniej postawiona przed faktem dokonanym, którego kwintesencją ma być tylko jej podpis. Chociaż wydawało się, że mieliśmy bardzo mocne argumenty. Rodzice Iskierki mają przecież kwalifikacje do sprawowania opieki zastępczej, nasze pogotowie jest przepełnione, a mama biologiczna nie odezwała się do nas ani razu. Czy za kilka miesięcy na rozprawie będzie tłumaczyć się niewiedzą? Być może... chociaż w tym temacie ma już przetarte szlaki i doskonale wie jakie kroki musiałaby podjąć by ewentualnie odzyskać córkę. Jedynym nietaktem mogła naszym zdaniem być upierdliwość Majki, która ciągle gdzieś wydzwaniała i ponaglała kogo się da – nawet rodziców Iskierki. Na szczęście okazało się, że sędzia myślała o zupełnie innym przypadku a w kwestii przeniesienia Tyciej do Iskierki nie miała najmniejszych uwag.

Mimo wszystko cały proces trwał prawie dwa miesiące. I nie można mieć do nikogo pretensji, że w jakiejś mierze coś opóźniał. Wszyscy się starali. PCPR w trybie pilnym przeprowadził badanie psychologiczne rodziców Iskierki, aby nikt nie miał zastrzeżeń do ich kompetencji. Potrzebne pisma i opinie były przesyłane niezwłocznie tam gdzie było to konieczne.

Zastanawiam się, czy te kilka tygodni mieszkania w naszej rodzinie mogło mieć na Tycią jakiś negatywny wpływ – pewnie tak. Gdyby kiedyś ktoś zadał mi takie pytanie, to bez namysłu odpowiedziałbym, że nie. Powiedziałbym, że przecież Tycia prawie ciągle spała. Nawet jak jadła, to też spała. Ale mimo wszystko musiała się dzielić naszym zainteresowaniem z piątką innych dzieci. Noszona na rękach była głównie wtedy gdy się tego domagała, a cisza w jej otoczeniu była towarem deficytowym. Nawet kąpiel stała się jedynie bezemocjonalną czynnością bardziej przypominającą taśmę produkcyjną niż czas mający na celu nawiązywanie więzi. Po trzech tygodniach Tycia przestała też spać w jednym łóżku z Majką, gdyż kilkukrotne w ciągu nocy wstawanie do innych dzieci powodowało, że jej sen też był przerywany.

Był to również trudny okres dla Iskierki. Mieszkamy daleko od siebie, ale kilka razy w tym czasie się spotkaliśmy. Dziewczynka nie mogła się doczekać, kiedy wreszcie siostra zamieszka razem z nimi. Pewnego dnia Majka przeczytała mi tekst o miłości, tęsknocie i nierozerwalnych więziach rodzinnych. Powiedziałem: „Wow, no to się wspięła na wyżyny swoich możliwości”. Byłem przekonany, że był on dziełem mamy biologicznej Stokrotki (która niemal codziennie zarzuca nas swoimi przemyśleniami), chociaż najczęściej są to słowa skierowane bezpośrednio do Majki typu: „To MOJE dziecko. Nie pozwalam aby spotykało się z OBCOLAMI ty BABO”. Moje podejrzenie padło jednak na mamę Stokrotki, gdyż nigdy bym nie przypuszczał, że może to być twórczość sześciolatki. 

Kilka lat temu powiedziałbym, że pojawienie się Tyciej w nowej rodzinie nie różni się niczym od pojawienia się dziecka w rodzinie biologicznej (pomijając sam akt narodzin), ponieważ nie za bardzo wierzę w przeznaczenie, którego wyznacznikiem są geny.

Powiedziałbym, że te dwa miesiące u nas nic nie znaczą a dziewczynka niedługo zostanie adoptowana, będzie kochana i będzie kochać jak każde inne dziecko. A jednak rodzinom adopcyjnym (również zastępczym) często towarzyszy jakieś bardziej lub mniej uświadomione poczucie lęku, straty. Jest to zupełnie inna niż zazwyczaj niepewność przed przyszłością i zupełnie inna tęsknota za tym co mogło się wydarzyć.
Niedawno przeczytałem bardzo ciekawy wpis, który pojawił się na facebooku. Wielokrotnie został udostępniony, więc może sporo osób przeczytało go w całości. Zamieszczam poniżej większą jego część. Nie podam kto jest jego twórcą, gdyż nie wiem czy miałbym posłużyć się nazwiskiem, czy pseudonimem. Myślę jednak, że ktoś kto czyta również komentarze na tym blogu nie będzie miał problemu z identyfikacją autora.

A potem zaczęłam czytać wypowiedzi i wspomnienia dorosłych adoptowanych. Czytałam je na anglojęzycznych blogach i forach, w książkach o niepłodności i adopcji, wreszcie w badaniach naukowych.

Dowiadywałam się z nich, jak ambiwalentne są uczucia dziecka, które ma świętować z rodzicami dzień adopcji - dzień powstania nowej rodziny i zarazem nieodwracalnej utraty rodziny biologicznej. Dzień, który dla rodziców był dniem połączenia, ale dla dzieci był równocześnie dniem połączenia i rozłączenia.
Poznawałam także bezmiar dziecięcej lojalności wobec rodziców, która nakazywała im głęboko ukrywać te wszystkie trudne uczucia: smutku, dezorientacji, pierwotnego odrzucenia. Te dzieci świętowały dorodzinki, adoption day, got'ya day, ponieważ nie chciały smucić swoich rodziców. Ale tę dwoistość uczuć przeżywały w związku z tym bez zrozumienia i oparcia w dorosłych.
Wreszcie czytałam o ich tłumionej złości i intensywnej samotności tego dnia, ponieważ nie było wokół nikogo, kto zrozumiałby, że "adopcyjna strata jest jedynym na świecie rodzajem traumy, w której cały świat oczekuje od ofiary wdzięczności". Te mocne słowa nie są mojego autorstwa, pochodzą od Keitha Griffitha, autora książki o prawie do własnej tożsamości i zarazem dorosłego adoptowanego.
I nie miało znaczenia, czy rodzina biologiczna oddała swoje dzieci do adopcji dobrowolnie, czy może je straciła. Czy wcześniej je krzywdziła, katowała i zaniedbywała, czy może nigdy tak naprawdę nie zaistniała w życiu dzieci, bo przekazała je do adopcji bezpośrednio po porodzie. Ten rodzaj straty dla wielu dorosłych adoptowanych był czymś zupełnie oderwanym od faktów biograficznych - na ogół był po prostu bólem i tęsknotą za życiem, które nie mogło się wydarzyć, ponieważ rodzice biologiczni właśnie nie byli dobrymi rodzicami. Ale to nie sprawiało, że stawało się to wszystko bardziej sprawiedliwe i mniej bolesne.
Nie miało to także związku z miłością wobec rodziców adopcyjnych i całym szczęściem dziejącym się w tej nowej rodzinie. Było po prostu osobistą stratą.”



środa, 21 lipca 2021

KUDŁATA

 

Jest sobota za oknem mrok, Mirabelka kaszle miarowo.

Właśnie dzwoni Jowita i.... miłe słowo?”


Kudłata

Pewnie gdyby Maryla Rodowicz była na moim miejscu, to właśnie tak rozpoczęłaby swoją piosenkę. Gdy nasza koordynatorka Jowita dzwoni do Majki późnym wieczorem, to już wiem, że nie chodzi o zwyczajną pogawędkę o naszych dzieciach. Tym razem też tak było. Majka wróciła do pokoju po kilku minutach rozmowy z wypiekami na twarzy.

Zapytałem tylko: „Ile?”.
Odpowiedziała: „Szukają rodziny dla piątki dzieci. Chociaż jedno wyskoczyło z drugiego piętra... to pewnie tylko dla czwórki. Możemy jakieś wziąć?”.
Mamy z Majką ustalone, że piątka dzieci na stałe to jest „max”. Zresztą wcale nie chodzi o to, że nie damy rady. Damy radę... przewinąć, nakarmić, wykąpać. Nawet jakoś rozmieścić w pokojach, aby się wzajemnie w nocy nie budziły. Ale przecież nie tylko o to chodzi.
Co wiemy o dzieciach? Jak zawsze nic. Nie znamy imion, nie znamy płci. Szesnaście, dwa i pół , cztery... liczby oznaczające miesiące, lata. Rodzaj nijaki. Ono. To dziecko.

Zaczęliśmy rozważać naszą sytuację. Niedawno odeszła Paprotka, ale przecież już za nią wzięliśmy Tycię... na chwilę. Znowu będziemy więc mieli przekroczony stan. Ten który sami określiliśmy, ten przy którym czujemy się nadal rodziną.

Majka zapytała: „Powiem żeby szukali dalej... ale jakby co, to możemy wziąć dwójkę tych młodszych?”.
Znamy się z Jowitą jak zły szeląg. Wiemy, że możemy na nią liczyć, a ona na nas. No to negocjujmy. Weźmiemy tę dwójkę najmłodszych dzieci z interwencji, ale w zamian ponaglamy sądy rodzinne w sprawie Stokrotki i Tyciej... może jeszcze Calineczki. Ślemy pisma, nękamy telefonami... krótko mówiąc jesteśmy dla sądu upierdliwi, aby jak najszybciej zamknął sprawę. W tym wypadku słowo „My” znaczyło „My PCPR”. Wbrew pozorom jest to bardzo trudna operacja, która musi być prowadzona w sposób subtelny. Nie można dopuścić do tego, aby sędzia odniósł wrażenie, że coś mu się narzuca, że coś mu się sugeruje, że ma się większe pojęcie na temat dobra dziecka (tego konkretnego) od niego.

Początek

Ostatecznie nam przypadła tylko półtoraroczna dziewczynka. Pomyślałem sobie, że być może wypełni Stokrotce pustkę po rozstaniu z Paprotką. Czy zostaną przyjaciółkami?

Kudłatą przywiozły dwie panie. Gdy przestąpiły próg naszego domu, to moim pierwszym wrażeniem było: „O! Pani burmistrz z psiego patrolu”. Kto ogląda bajki, to pewnie wie o kim myślę. Przyszła bez kury, za to z panią z pomocy społecznej. Ale była to najprawdziwsza pani burmistrz. Jak kto woli, najprawdziwsza burmistrzyni. Obie stwierdziły, że prawdopodobnie dziewczynka spędzi u nas tylko kilka dni i wróci do mamy. Kudłata ma tylko jednego brata... tego który okazał się niefortunnym skoczkiem, a pozostała trójka była dziećmi koleżanki mamy, które ta już zabrała do siebie. Można powiedzieć, że był to nieszczęśliwy wypadek, który przecież może zdarzyć się w każdej rodzinie. Rodzice dziewczynki nie byli znani ani policji, ani pomocy społecznej.

System

Zacząłem się zastanawiać w jakim ja właściwie kraju żyję. Czy to możliwe, że gdy zdarza się nieszczęśliwy wypadek, to odpowiednie służby tak na wszelki wypadek odbierają rodzinie dziecko fundując mu traumę do końca życia? Mama była trzeźwa a tata pod lekkim wpływem: zero-dwa promila. Czyli na dobrą sprawę mógł wsiąść do samochodu i przyjechać do nas po swoje dziecko. Tym bardziej, że jeszcze przez kilka dni nie mieliśmy żadnego postanowienia sądu o interwencyjnym zabezpieczeniu Kudłatej w naszej rodzinie. Gdyby nie oczywisty udział w sprawie naszej Jowity, to pomyślałbym że ktoś próbuje nas wrobić w jakieś uprowadzenie dziecka.

Nic mi tutaj nie pasowało. Zresztą nadal nie pasuje. Kudłata mieszka z nami już dwa tygodnie i nikt się o nią nie upomina. Mama dziewczynki dawno już wróciła z synkiem ze szpitala, bo nic mu się nie stało – kilka zadrapań i nic więcej. No to ja się pytam: „Jeżeli sprawuje nad nim prawidłową opiekę, to co Kudłata nadal robi w naszej rodzinie? A jeżeli pobyt dziewczynki u nas jest zasadny, to co jej brat nadal robi w dysfunkcyjnej rodzinie?”. Tak działa nasz system. Zapewne ktoś teraz myśli co z tym fantem zrobić. I z pewnością jest to ktoś, kto nie ma wpisanego w zakres swoich obowiązków hasła: „Szybko”. Z dużym prawdopodobieństwem jest to ktoś, kto nawet nic nie musi, bo odpowiedzialnych (albo raczej nieodpowiedzialnych) za dalszy rozwój wypadków jest wielu.
Tamtego dnia długo się zastanawiałem jak to było możliwe, że ojciec Kudłatej tak zwyczajnie zgodził się oddać swoje dziecko obcej rodzinie. Dlaczego nie walczył? Przecież jego w tej feralnej chwili nawet nie było w domu. Dojechał dopiero po kilkunastu minutach gdy dotarł do niego gwar rozentuzjazmowanego osiedlowego tłumu.

Standard

Kudłata weszła do nas jak do swojego domu. Nie sprawiała wrażenia dziecka zagubionego, porzuconego... odebranego swojej mamie. Nie była też dziewczynką robiącą swoje pierwsze niezdarne kroki. Po zjedzeniu kolacji szybko przeszła do biegania po pokoju, wchodzenia na krzesła, stół i parapety. Błyskawicznie wchodziła na kanapę i z równym impetem z niej schodziła – tyłem, nie robiąc sobie najmniejszej krzywdy. Z największego łóżeczka jakie mamy wychodziła w kilka sekund... głową w dół. Słyszeliśmy tylko głośne „bum” i już wiedzieliśmy, że Kudłata stoi pod drzwiami. Na szczęście do klamki jeszcze nie sięga i póki co się nie zorientowała, że barierki na schody i do kuchni są niższe niż te od łóżeczka.

Przez kilka początkowych dni rzucała wszystkim, co znalazła pod ręką. Kopała inne dzieci, próbowała je gryźć. Sprawiała wrażenie terminatora, który przewraca się i natychmiast wstaje. Bez najmniejszego grymasu na twarzy.
Na spotkaniu z mamą bardziej była zainteresowana Majką niż nią. Przywitała mamę bez entuzjazmu i z równie stoickim spokojem pożegnała.

Efekt rówieśnika


Kudłata i Łysa (czyli Stokrotka)... chyba nie muszę dodawać, że od lewej

Niektórzy mówią, że przyjście równolatka do rodziny zastępczej jest korzystne dla dziecka, bo zwiększa jego empatię, rozwój społeczny i fizyczny. Sporo osób opiera się na własnym doświadczeniu i swoich obserwacjach.

Moje obserwacje są zupełnie inne, bo od kilkunastu dni trwa regularna wojna między Stokrotką a Kudłatą... na każdym możliwym poziomie. Tym trudniejszym ogniwem jest Stokrotka. Aktywnie forsuje model „psa ogrodnika”, „moralności Kalego”, „prawa starszeństwa”. Do tego Stokrotka stosuje prowokację mającą na celu pogrążenie Kudłatej na całym froncie. Daje jej zabawkę, by za chwilę krzyczeć, że ona jej coś zabrała. Wydziera się natychmiast gdy Kudłata się rozpłacze i być może będzie potrzebowała przytulenia. Wszystko jest jej... nawet jedzenie podane Kudłatej.
Co by było gdyby obie dziewczynki były o dwa, albo o pięć lat starsze? Być może Stokrotka zechciałaby zadbać o naszą potrzebę radowania się z faktu przybycia nowego członka rodziny. Być może chciałaby pokazać, że jest już dorosła, że cieszy się naszym szczęściem. Być może stosowałaby inne metody działania zmierzające do naszej akceptacji siebie. Być może relacje między dziewczynkami byłyby idealne... z pozoru.

Słowo „mama”

Jeżeli komuś się wydaje, że słowo „mama” jest genetycznie ukierunkowane na konkretną osobę, albo chociaż wyssane z mlekiem matki, to śmiem donieść, że chyba tak nie jest.

Co to słowo oznacza dla dziecka? Nie wiem, pewnie kogoś bliskiego. Chociaż... Kudłata od samego początku mówi na Majkę „mama”. A do swojej mamy nie mówi nic. Na spotkaniu wyciąga tylko w górę ręce domagając się noszenia.
Do mnie nie mówi „mama”. Czyli jednak słowo to jest związane z płcią. Za to na mnie po dwóch dniach zaczęła mówić „tata”.
  • wujek

  • tata
  • jestem wujek
  • tata
  • dobrze, niech ci będzie

Ukryta prawda

Rodzice Kudłatej nie są znani systemowi. Nic o nich nie wie policja, ośrodek pomocy społecznej, sąd. Teoretycznie jest to rodzina jak tysiące innych.

A może taka jak mama Ptysi? Uciekająca, zmieniająca miejsce zamieszkania, co umożliwia rozpoczęcie życia od nowa?
Najwięcej „wie” książeczka zdrowia dziewczynki. Czwarta ciąża, czwarty poród. Ale przecież skoczek był tylko jeden. Co z dwójką pozostałych?
Po kilku dniach system zadziałał. Ospale, jak ta lokomotywa z wiersza Tuwima... ale zadziałał. Rodzeństwo mieszka w domu dziecka. Dlaczego mama nigdy nie zawalczyła o odzyskanie brata i siostry? Dlaczego ojciec dziewczynki tak zwyczajnie zgodził się oddać swoją córkę obcej rodzinie (czyli nam)? Dlaczego jeszcze nie zadzwonił? Dlaczego mama odezwała się dopiero po tygodniu?
Od niedawna sikorki w naszym ogrodzie śpiewają, że braciszek Kudłatej długo miejsca w swoim domu nie zagrzeje, a Maryla Rodowicz, że „u nas szał i punk rockowo”.




środa, 7 lipca 2021

--- Nieoczekiwana zmiana miejsc

 

Natalka i Amelka... albo Amelka i Natalka


Pewnie bardziej pasowałby tytuł: „Przygody nieodpowiedzialnego ojca zastępczego”.

Zastanawiałem się przez jakiś czas, czy w ogóle mam tę sytuację opisać, bo jakby nie było chwalić się nie ma czym.

Wszystko zaczęło się w dniu, gdy Majka powiedziała, że zmianie uległa wizyta u okulisty z Tycią i nachodzi się ona z godziną szczepienia Blanki i Mirabelki. Jak to często bywa, miało to miejsce dzień przed mającym nadejść zdarzeniem, więc moim wyborem było pojechać z naszym wcześniaczkiem, albo z pozostałą dwójką dziewczynek. Poczułem się więc trochę jak kiedyś Bliźniaki, do których Majka mówiła: „Chcesz założyć tę bluzkę, czy tę?”. Trzeciej opcji nie było.

Stwierdziłem, że naszą przychodnię rodzinną mam już opanowaną, bo nie tylko wiem jak do niej dojechać, to jeszcze znam wszystkie pracujące tam panie. I one mnie... co w tym przypadku okazało się sprawą kluczową.
Nie jestem tak roztrzepany jak Majka, która zaczyna szukać skierowania do specjalisty na pięć minut przed wyjazdem. Już poprzedniego wieczora miałem przygotowane książeczki zdrowia, „wyjściówki” w które chciałem ubrać dziewczynki, a nawet foteliki (żeby nie kombinować z wydłużaniem czy skracaniem szelek). Nasza sąsiadka Ela obiecała wziąć w tym czasie na spacer pozostałą dwójkę dzieci, pogoda zapowiadała się znakomicie – wszystko było opracowane do najmniejszego szczegółu.

Pojechałem. Byłem już dziesięć minut przed czasem, gdyż na wszelki wypadek zacząłem szykować się pół godziny wcześniej, co się nie zdarza gdy w takich przypadkach wyjeżdżam razem z Majką. Nawet nie musiałem czekać przed drzwiami przychodni, gdyż poprzedni pacjent już opuścił placówkę.

  • Pan na co się dzisiaj szczepi? - zapytała pielęgniarka

  • No... ja na nic.
  • Nie na wirusowe zapalenie wątroby typu C?
  • Nie... chyba (chociaż zacząłem podejrzewać jakiś podstęp Majki).
  • Tak pomyślałam, skoro tym razem to pan do nas dzwonił.
  • Ale to nie ja dzwoniłem, tylko moja żona.
  • Tak?
  • Tak. Ja przyjechałem, bo ona musiała w tym samym czasie pojechać do okulisty.
  • A co jej się stało?
  • Nic, pojechała tam z naszą najmłodszą dziewczynką... no i właśnie kazała umówić się na wizytę patronażową i przede wszystkim zarejestrować ją w naszej przychodni.
  • Proszę podejść, dziećmi zajmie się pani praktykantka i zostaną zbadane przez panią doktor.

Po kilku minutach wróciłem do gabinetu lekarskiego. Dzieci były zaopiekowane. Jedna z nich właśnie była badana, druga już „po” była tulona przez panią praktykantkę.

  • To jest Natalka?

  • Tak.
  • Ale my jej nie mamy w systemie. Była już zgłoszona? - stwierdziła ze zdziwieniem lekarka.
  • Tak.
  • Ale właśnie pan nam dzisiaj dał kartę zgłoszeniową.
  • Nie... to nie ta Natalka. Z tą już byliśmy na szczepieniu. Na pewno.

Chwilę później przyszła pani z recepcji:

  • Mamy ją w systemie, ale wcześniej była zarejestrowana pod nazwiskiem Dera.

  • Tak, to możliwe, bo ojciec ją uznał i teraz nazywa się Kacprowicz – przyznałem z widoczną ulgą.
  • Ale ona taka dosyć duża jak na swój wiek- powiedziała lekarka.

W tym momencie włączyła się pielęgniarka:

  • Ona zawsze była duża, ja ją pamiętam.

  • Tak, starsza od niej Calineczka jest o połowę mniejsza – dodałem.
  • Jest pan pewny, że to jest Natalka? Najpierw podamy rotawirusa, bo obie go mają dostać. Proszę się zastanowić, żebyśmy nie zaszczepili nie tego dziecka.

W tym momencie poczułem się jak uczestnik programu „Milionerzy”, który dostaje pytanie za 500 złotych: „Jaki dzień tygodnia jest po poniedziałku?”. Zgłupiałem zupełnie. Chciałem wziąć „telefon do przyjaciela”, ale zostawiłem go w samochodzie. Na publiczność liczyć nie mogłem, a „pół na pół” miałem do dyspozycji od początku. Musiałem być pewny kto jest kim.

Która to Natalka, a która Amelka? Wiem, że ta pierwsza to Blanka, a druga to Mirabelka. Ale przecież w książeczce zdrowia nie mam tego wpisane. Zwracam się do dzieci inaczej niż mają to zapisane w papierach... bo przecież co druga to Natalka. Już nawet Majka mówi na Tycią – Tycia, a na Stokrotkę – Łysa.
Pielęgniarka podawała tego rotawirusa dłuuugo (bo to szczepionka doustna). Dała mi trochę czasu na ochłonięcie i zebranie myśli do kupy.
Założyłem, że Majka nie pomyliła książeczek zdrowia. Ona na szczęście dzieci jeszcze ogarnia, chociaż ich matki też już czasami myli. Drogą dedukcji doszedłem do wniosku, że skoro obydwie dziewczynki są z nami od urodzenia (pogryziona przez matkę Blanka prawie od urodzenia) a Blanka dużo dłużej, to wystarczy spojrzeć na daty urodzenia w książeczce zdrowia.
Okazało się, że jednak Natalka to Amelka i na odwrót, na co tym razem pani doktor odetchnęła z wyraźną ulgą.

Nie jestem przekonany, czy choć trochę wyszedłem z twarzą. Zostałem pożegnany uśmiechem, chociaż z wyraźną sugestią, że następnym razem może dobrym pomysłem byłoby zakładanie dzieciom bransoletek na ręce.

Nie wiem czy będzie następny raz... tym bardziej, że od wczoraj mamy kolejną Natalkę.



wtorek, 22 czerwca 2021

--- Ile dzieci jest na obrazku?

 

?    

+1


Będąc tydzień temu na wakacjach byłem świadkiem takiej oto rozmowy telefonicznej Majki z panią ze szpitala położniczego:

  • Dzień dobry, Maja Incognito pogotowie rodzinne. Chciałam się umówić na odbiór przebywającego u państwa 30 tygodniowego wcześniaka.

  • Jakie nazwisko?
  • Kowalczyk.
  • Jest u nas taka dziewczynka z orzeczeniem sądu i gotowa do wypisu, ale nazywa się Jaworska.
  • Być może, to pewnie po ojcu.
  • Hmmm, ale mama też nazywa się Jaworska.
  • Przepraszam, ale z jakim szpitalem ja się połączyłam?

Napisałem o tym dlatego, że w ciągu tygodnia pobytu nad morzem mieliśmy cztery prośby kuratorów i pracowników socjalnych o interwencyjne przyjęcie dzieci. Chodziło o dziewięciolatka, czterolatkę, dwulatka i noworodka płci nieznanej. Dziewczynki: Kowalczyk i Jaworska, dodatkowo powiększają tę liczbę.

Co się dzieje? Wszystkie pogotowia obłożone do granic możliwości, a tu kolejne dzieci do umieszczenia. Tak sobie myślę, że może to być efekt przejścia rozmaitych osób zajmujących się szeroko rozumianą rodziną, z pracy zdalnej na pracę w terenie. Ale może się mylę – może to tylko przypadek. W zasadzie to należy się cieszyć, że w czasach epidemii, chociaż policja nie pracowała zdalnie.
Odmówiliśmy przyjęcia proponowanych nam dzieci, co było niezwykle proste: „Przykro mi, ale właśnie mam urlop i jestem nad morzem”.

Skąd zatem taka ilość dzieci w naszej rodzinie? Gdyby ktoś dobrze policzył, to doszedłby do liczby „sześć”. Jak na moje standardy, to trochę dużo. No... o jedno za dużo, chociaż ideałem byłoby zajmowanie się tylko trójką.

Dziwnym może też wydać się fakt, że o wspomnianą na początku Tycię Kowalczyk, Majka „biła się” niczym lwica, wydzierając ją z rodziny zastępczej, która już wyraziła zgodę na przyjęcie dziewczynki. Chodziło o to, że jest ona siostrą jednego z naszych byłych dzieci zastępczych, co spowodowało, że w głowie Majki natychmiast wykluł się pewien plan. Od razu spieszę z tłumaczeniem, aby niepotrzebnie nie powodować nagłego wzrostu ciśnienia, adrenaliny i innych rzeczy, u rodziców związanych z nami wspólnymi dziećmi (adopcyjno - zastępczymi). Rodzina adopcyjna, o której przed chwilą wspomniałem już o wszystkim wie, a nawet do nas przyjechała i poznała naszą (jeszcze naszą) dwukilogramową kruszynę. Tak więc jest szansa, że Tycia zbyt długo u nas miejsca nie zagrzeje.
Ktoś mógłby zapytać: „Ale jak to? Przecież mama biologiczna jeszcze nie ma odebranych praw i wszystko może się wydarzyć”. Myślę jednak, że sprawa przybierze błyskawiczny obrót (przynajmniej jak na standardy urzędów) i dziewczynka może nawet pobić niedawny rekord Rambo. Niedowiarkom przedstawię jeszcze ciekawszą historię, która dokonała się w innej rodzinie naszego byłego (teraz już kilkuletniego) chłopca zastępczego. Miało to miejsce pierwszego dnia naszego urlopu, co też w jakiś sposób potwierdza moją tezę o nagłym wysypie dzieci, które trzeba zabezpieczyć w jakiejś rodzinie. Otóż pewna sędzina jakimś trafem skojarzyła nazwisko mamy dopiero co urodzonego dziecka z prowadzoną przed laty sprawą adopcyjną. Mając „w nosie” ośrodek adopcyjny i organizatora pieczy zastępczej, zwyczajnie wykręciła numer telefonu, który odnalazła w starych dokumentach. „Czy państwo jesteście zainteresowani?” - zapytała. Wydając postanowienie z pominięciem urzędów, o umieszczeniu dziewczynki (bo to też jest dziewczynka) na czas trwania postępowania o odebranie władzy rodzicielskiej mamie biologicznej, być może stworzyła precedens. No i teraz rodzice nie za bardzo wiedzą co z tym fantem zrobić. Radość z posiadania nowego członka rodziny (i do tego siostry swojego synka) w jakiejś mierze zakłóca konieczność zrobienia szkolenia dla rodziców zastępczych, bo przecież to nie to samo co szkolenie dla rodzin adopcyjnych. Jest szansa, że sędzina „wyrobi się” z zamknięciem całej sprawy do najbliższego szkolenia jesienią i nie będzie już ono konieczne. Pewnie ma takie plany, chociaż skutecznie może je zaburzyć mama biologiczna. Wystarczy, że rozpłynie się we mgle, albo chociaż zmieni miejsce zamieszkania nikomu o tym nie mówiąc.
W każdym razie decyzję sędziny uważam za słuszną, bo gdyby nie ona, to być może Majka ubiegałaby się o przyjęcie również tej siódmej dziewczynki. Pozytywne jest też to, że na wojnę się raczej nie zanosi, bo ilość rodzących się ostatnio chłopców zdecydowanie odbiega od tej wynikającej ze zwykłego rachunku prawdopodobieństwa. Malutkiego chłopca nie widziałem już w naszej rodzinie od kilku lat. Ostatnim był chyba Messenger.

Chociaż papierowo mamy szóstkę dzieci, to tak naprawdę tylko piątkę bo Paprotka już z nami nie mieszka. Po tygodniu wspólnych wakacji z rodzicami adopcyjnymi stwierdziliśmy, że zasady są tylko zasadami, a prawo po to aby je omijać – przynajmniej do pewnych granic. Był to najlepszy (i jednocześnie najszybszy) proces adopcji, jaki nam się trafił w dotychczasowej historii. Tylko pierwszego dnia nad morzem wykąpałem Paprotkę. Drugiego jedynie asystowałem, a od trzeciego rodzice w pełni zajmowali się dziewczynką. Może tylko poza nocą, ale ponieważ Paprotka nie miała w zwyczaju budzić się przed ósmą, to z jej punktu widzenia rodzice byli ostatnimi osobami, których widziała przed snem i pierwszymi, których witała po przebudzeniu. Pod koniec pobytu widywaliśmy się z dziewczynką tylko przy posiłkach i parę razy w przelocie po kilka-kilkanaście minut.

Baliśmy się, że po powrocie do domu ten wspólny tydzień może zostać zaprzepaszczony, zwłaszcza że pierwszego dnia widzieliśmy jak Paprotka na próżno poszukuje wzrokiem nowych rodziców. No to drugiego dnia Majka bezpardonowo wprosiła się z wizytą i przedstawiła propozycję nie do odrzucenia. Podobnie jak wcześniej wspomniana sędzina zadała jedno krótkie pytanie: „Chcecie już ją na stałe?”. Oczywiście, że chcieli... a my znowu złamaliśmy jeden z zapisów umowy z PCPR-em, że dzieci zastępcze zawsze będą pod opieką przynajmniej jednego z nas. Był tylko jeden mały problem. Rodzice nie złożyli jeszcze wniosku do sądu o powierzenie pieczy, a nawet nie mieli wymaganych zaświadczeń (od lekarza i o niekaralności). Jednak uwinęli się z tym w jeden dzień a ośrodek adopcyjny też stanął na wysokości zadania. Już drugiego dnia wniosek znalazł się na kupce papierów biura podawczego sądu. No ale ta kupka zapewne jest dość gruba. Tak więc w kolejnym dniu Majka zadzwoniła do pani sekretarki w jakiejś sprawie (chyba udała, że zapomniała kiedy będzie rozprawa o opiekę prawną) i z głupia frant zagadnęła:
  • Wczoraj wpłynął wniosek w sprawie Paprotki Nieboskiej. Jak rozmawiałam z sędziną, to prosiła, aby go pani wyciągnęła na wierzch, bo chodzi tylko o podpis.

  • To pani zna sędzinę osobiście?
  • Tak, często się spotykamy na rozprawach.
  • Zrobię co mogę, ale ten wniosek musi wcześniej przejść przez ręce trzech innych osób.

No i przeszedł. Zajęło mu to jeden dzień, łącznie z podpisem sędziny. Tak więc do listy rozmaitych oszustw można dopisać sposób „na sędziego”.

Ale żeby być zupełnie szczerym, to taka rozmowa z sędziną miała miejsce. Tyle, że dotyczyła innego dziecka kilka lat temu.
Teraz czekamy tylko na wizytę (już drugą) Paprotki i jej rodziców, bo musimy podpisać protokół zdawczo-odbiorczy. Oczywiście z wsteczną datą, żeby nie narażać starosty na niepotrzebne koszty utrzymania dziewczynki w naszej rodzinie. Oj, za te nasze machlojki to kiedyś pójdziemy siedzieć. W zasadzie ja pójdę, bo ustaliliśmy z Majką, że jestem mniej ważny w rodzinie, więc mogę się poświęcić.
Coraz bardziej zaawansowane są też kombinacje zmierzające do pozbycia się Stokrotki. Siedzi u nas już prawie półtora roku, więc najwyższy czas opróżnić pogotowie. W tym przypadku mamy chociaż cichą akceptację PCPR-u. Oby tylko Majka się spisała na tak zwanym badaniu więzi. Psycholożka wyznaczyła dwa terminy. Jeden dla mamy i babci dziewczynki, a drugi dla Majki i Stokrotki. Mama może stawić się ponownie, ale nie musi. Pewnie nie przyjdzie, gdyż już się pochwaliła, że jej badanie poszło rewelacyjnie. No i chwała jej za to, bo przecież nie ma to jak wiara w siebie.

Tak więc w stosunkowo krótkim czasie obsada może nam stopnieć z sześciu do trzech. Będziemy więc otwarci na przyjęcie dziesięciolatka.

Żartowałem... chciałem jakoś płynnie przejść do kolejnego wątku. Chodzi o mój pogląd na bycie ojcem zastępczym dla piątki dzieci w dłuższym terminie.

No właśnie... czy mogę jeszcze mówić o sobie ojciec?

Wbrew pozorom, dla wielu osób nikim takim nie jestem. Jedni nazywają mnie psychopatą (bo tylko osobowość nie będąca w stanie odczuwać jakichkolwiek emocji pozwala czerpać radość z zajmowania się taką gromadką dzieci), inni opiekunem (bo nie mam czasu na nic więcej poza opieką czysto techniczną i choćbym chciał, nie zaspokoję najważniejszych potrzeb dziecka).

Pozwolę więc sobie na rozważania o potrzebach... szeroko rozumianych. Pierwsze zdjęcie jest typowym obrazkiem, jaki można zobaczyć gdy Majki nie ma w domu. A ma to miejsce dość często. Kiedyś Maja próbowała mi organizować kogoś do pomocy, zwłaszcza gdy chodziło o czas wieczorny gdy trzeba zrobić kolację, nakarmić towarzystwo, wykąpać i położyć spać. Teraz na szczęście dała sobie spokój.
Bywały nawet okresy w naszej historii, gdy odwiedzały nas rozmaite wolontariuszki albo dziewczyny zatrudniane przez PCPR do pomocy na kilka godzin. Tyle że one się zmieniały, bo albo ochota przechodziła, albo wreszcie znajdowały pracę lepiej płatną i mniej absorbującą. Bywało, że nasze dzieci spotykały się z kilkoma różnymi osobami w tygodniu. Zwłaszcza te dziewczyny, które przychodziły z dobrej woli, pojawiały się w różnych momentach... tak jak chciały, a nie jak były potrzebne. Trudno było je „wygonić” z wózkiem na spacer, a jak już wyszły to wracały po pół godzinie, bo albo było za gorąco, albo za zimno, albo któreś dziecko wrzeszczało, albo... powodów było dużo. Często przygotowania do spaceru trwały dłużej niż on sam. Nie lepiej było z dziećmi chodzącymi. Okazywało się, że nawet wyjście z dwójką było dużym wyzwaniem. Jedna z dziewczyn kiedyś nam powiedziała, że woli posprzątać naszą spiżarnię, bo słoiki i konserwy chociaż ją słuchają.
W zasadzie dopiero teraz, gdy jedyną osobą wchodzącą do naszego domu na dłużej jest fizjoterapeutka dzieci, zaczynam dostrzegać negatywny wpływ przewijających się przez nasz dom wielu różnych osób na ich zachowanie. Im większy rozgardiasz w ciągu dnia, tym maluchy popołudniu i wieczorem stają się bardziej niespokojne, rozdrażnione, mają trudności z zaśnięciem.
Zaczynam zastanawiać się nad pojęciem „tulenie”, bo przecież w tym właśnie celu kiedyś przychodziły do nas rozmaite wolontariuszki. Czy jest ono tożsame z potrzebą przytulania się? Czy jest lekiem na wszystko?
Owszem, jest ono ważne dla noworodków, które przez kilka tygodni poznają swoich rodziców tylko (albo głównie) poprzez dotyk, ciepło drugiego ciała, węch. Tyle, że tutaj też ważny jest ten jeden, jedyny, niezastąpiony rodzic... może dwóch. Bo przecież każdy wolontariusz pachnie inaczej. Inaczej mówi, inaczej dotyka – wszystko robi inaczej.
A czego potrzebują starsze dzieci? Czyż nie wystarcza im obecność, zainteresowanie,  słowo, powtarzalność niektórych sytuacji? Czy aż tak bardzo zależy im na tuleniu?
Rodzice adopcyjni często zwracają uwagę na to, że ich dzieci (które odchodzą od nas) zasypiają bezproblemowo, nie wymagają noszenia na rękach i wielokrotnego przychodzenia przed zaśnięciem. Tak też jest w przypadku Paprotki. Jej nowi rodzice chyba nie mogą się zdecydować, czy ma to tak zostać, czy może zaproponować dziewczynce spanie we wspólnym łóżku. Cieszyć się wieczorną i nocną swobodą, czy spełnić swoje wyobrażenie rodzicielstwa? Pytanie niemal na miarę Hamleta. Niektórym osobom wydaje się, że nasze dzieci pogotowiowe muszą swoje wypłakać zanim zasną, albo zasypiają bezproblemowo bo nie wierzą, że ktoś do nich przyjdzie. Można tak pomyśleć słysząc tu i ówdzie, jak ciężkie bywa rodzicielstwo, gdyż jest ono związane z kilkugodzinnym kołysaniem do snu. Przy piątce dzieci jest to przecież siłą rzeczy niemożliwe. Ja jednak mógłbym zadać pytanie, komu to kołysanie jest bardziej potrzebne?
Kiedyś zdarzyła nam się sytuacja, że położyliśmy Blankę w łóżeczku w pokoju dziennym (wówczas jeszcze tam zasypiała) i akurat była u nas pewna znajoma. Swoim zwyczajem dziewczynka zaczęła stękać, popłakiwać... marudzić. Zostało to odebrane przez naszego gościa jako płacz wyrażający potrzebę przytulenia. Za naszym przyzwoleniem dziewczynka została wzięta na ręce z zamiarem utulenia do snu. No i wówczas dopiero się zaczęło. Blanka wcale tego nie chciała. W tym momencie jej potrzebą był sen, który kojarzy jej się z wyciszeniem, piciem mleka z butelki i leżeniem w swoim łóżeczku, a nie potrząsaniem, czy kołysaniem w ramionach. Odłożona usnęła w ciągu kilku minut, dokończywszy najpierw swój żałobny rapsod. Podobnie jest z potrzebą zaspokojenia głodu w ciągu dnia. Naszym dzieciom kojarzy się ona z naszą obecnością, nawet gwarem towarzyszącym codziennym zajęciom, a niekoniecznie tuleniem i wpatrywaniem się w oczy. Na rękach karmimy tylko noworodki (teraz dotyczy to jedynie Mirabelki i Tyci). Czy tym sposobem uniemożliwiamy naszym dzieciom nawiązywanie bezpiecznych więzi?

Wrócę jeszcze do tytułowego obrazka. Brakuje na nim tylko mnie, ale ktoś musiał zrobić to zdjęcie. Gdy Majki nie ma w domu, to siedzimy sobie zawsze na macie, na środku pokoju. Dzieci rozłażą się po całej podłodze, zgłaszając co jakiś czas różne swoje potrzeby. Czasami chcą się przytulić, czasami zdrzemnąć, a czasami są głodne. Zawsze, to mają tylko potrzebę zwrócenia na siebie uwagi. Na szczęście minęły te czasy, gdy dzieci karmiło się co trzy godziny, bo kompletnie bym się pogubił. W świecie aktualnie obowiązujących zasad rządzących światem dziecka, musiałem nauczyć się odróżniać jego zachowania (często bardzo podobne, a jednak wyrażające coś zupełnie innego), a nawet brzmienie głosu. Pewnie, że zdarzają się sytuacje, gdy któraś z naszych dziewczynek musi poczekać, bo dwie albo trzy chcą nagle tego samego - na przykład pójść spać. Przewinięcie i zrobienie mleka trochę czasu zajmuje. Kto wówczas wygrywa? Głośniejsza, ładniejsza, sympatyczniejsza, mądrzejsza, a może działa prawo starszeństwa? Robię wyliczankę. Czyli jednak taki trochę ze mnie psychopata.