środa, 15 sierpnia 2018

--- Cover


Kilka tygodni temu, gdy mieszkała jeszcze z nami Sasetka z Marudą, natknąłem się na pewien artykuł na Majki facebooku. Wpis ten jednocześnie mnie zaciekawił i zaniepokoił. Po kilku dniach próbowałem dotrzeć do niego ponownie, ale mi się nie udało, a niestety nie zapamiętałem autora tekstu.
Postanowiłem zatem napisać coś podobnego, tylko odnoszącego się bezpośrednio do naszej rodziny, a zwłaszcza do mnie. W muzyce taka osobista interpretacja utworu nazywana jest coverem. W przypadku tekstu pisanego chyba nie ma odpowiedniego określenia, a jeżeli już, to raczej nazywa się to plagiat. No bo po cóż ktoś chciałby drugi raz pisać coś podobnego.
Chociaż z drugiej strony, znane są pojedyncze przypadki. Któż z nas nie czytał z rumieńcami na twarzy XIII księgi Pana Tadeusza. Podobno istnieje też Pan Tadeusz w wersji dla informatyków:
Wojski chwycił w dłonie klawisze i przycisnął enter,
z loudspeakerów popłynęły wtedy dźwięki z zamętem”.
Moim zdaniem... kiepskie.

W każdym razie poczułem wówczas potrzebę napisania tego co zapamiętałem.
Nie opublikowałem tego na blogu z dwóch powodów. Po pierwsze nie mogłem odnieść się do pierwowzoru, a po drugie nie chciałem po raz kolejny pisać przytłaczającego wpisu.
Na samym początku, moim zamiarem było, aby ten blog był radosny, aby pokazywał innym rodzinom zastępczym i kandydatom na takie rodziny, że to co robimy jest piękne.
I w sumie takie jest, tyle że są sytuacje, które mogą się pojawić zupełnie nieoczekiwanie i niekoniecznie zgodne z pierwotnymi wyobrażeniami. Jeżeli więc zawsze pisałbym radośnie, to niekoniecznie prawdziwie.

Kilka dni temu, zupełnie przypadkowo udało mi się odnaleźć oryginał na blogu Lady Makbet, na który chętnie zaglądam. Stwierdziłem, że może warto odkurzyć to co sam kiedyś napisałem. Trochę wszystko rozbudowałem o aktualne sytuacje.

Oto wersja, którą kiedyś przeczytałem:


A to mój „cover”:

Od jakiegoś czasu klimat zmienia się w zastraszającym tempie. Jest środek lata, a gdy spoglądam przez okno, widzę pełno śniegu. Co więcej, chmury śniegowe tworzą się nawet wewnątrz domu. Czasami moja sypialnia jest tak zasypana, że nie mogę nadążyć z odgarnianiem. Praktycznie z niej nie wychodzę. Większą część dnia spędzam w łóżku z łopatą pod ręką. Nie mogę spać. Budzę się co kilkanaście minut, aby sprawdzić, czy nie pada. Śnią mi się koszmary.
Najlepsza pogoda jest o szóstej nad ranem. Wówczas Majka daje mi do karmienia Ploteczkę, a sama idzie na piętro do bliźniaków. Sasetka z Marudą najczęściej jeszcze smacznie śpią. Jest to jeden z nielicznych momentów w ciągu dnia, gdy czasami wychodzi nawet słońce.
Aura w sposób nagły zmienia się kilkanaście minut przed ósmą. Budzi się Kapsel. Jego mogliby zatrudnić w instytucie geoinżynierii. Nie jako specjalistę, ale jako czynnik umożliwiający modyfikację pogody. Schodzi jak stado koni, potem albo jest spokojny, albo się awanturuje. Nie ma to większego znaczenia – zawsze wówczas spadają największe płaty śniegu.
Po chwili przychodzą bliźniacy, a Majka wyjeżdża z Kapslem i Sasetką do przedszkola. Cała trójka dwulatków domaga się śniadania i zmiany pieluchy. Najgorsze są dni, gdy wszyscy mówią „ble”.
Ale przecież nie mogę rzucić łopaty. Pakuję więc wszystkich do swojego łóżka i próbuję ogarnąć sytuację. Przecież nie mogą łazić po śniegu – jeszcze się przeziębią. Trwa to czasami nawet kilkanaście minut.

Po powrocie Majki z przedszkola zabieram się do mojej pracy zawodowej. Nie opuszczam jednak łóżka, bo przecież wiem, że w każdej chwili mogę znowu musieć odgarniać śnieg. Włączam telefon, odczytuję wiadomości mailowe. Czasami „skrzynka” jest pusta i żadnych przychodzących sms-ów. Zaczyna się przejaśniać. Po chwili słyszę „pip-pip”. Jakieś opóźnienie na łączach. Jednak przyszły wiadomości: „proszę o kontakt, pilne”, „od rana nie mogę się do pana dodzwonić – czekam na wiadomość”, „kiedy mogę liczyć na obiecane zmiany w programie?”, „proszę się zdalnie połączyć, bo mi się konta nie bilansują”, „nie mogę zrobić transmisji z banku”, i tak dalej.
Patrzę więc sobie na ten telefon i już wiem, że za chwilę zacznę pracę niczym w centrali telefonicznej. Do tego komentarze typu: „dlaczego ma pan ciągle zajęte”, albo „no wreszcie się pan obudził”. A przecież nie śpię już od piątej.
Albo „siedzę na komputerze” jakiegoś klienta, dzwoni drugi - „proszę się z nim rozłączyć, ja mam ważniejszą sprawę”.
Pamiętam też taką rozmowę:
  • Proszę zrobić jakąś zmianę w programie, bo nasza „główna” ciągle wchodzi do różnych funkcji i nas blokuje, albo zmienia dane, o których nie ma pojęcia.
  • To proszę jej ograniczyć prawa dostępu tylko do korzystania ze sprawozdawczości.
  • Nie mogę, przecież to główna księgowa.
Tak więc patrzę na ten telefon, który za chwilę rozgrzeje się do czerwoności. Zaległe prace programowe czasami sięgają kilku tygodni. Patrzę na te chmury nade mną i ten malutki guziczek w telefonie... naciskam. Przecież znowu muszę odśnieżyć.

Życie towarzyskie zamiera. Tłumaczę znajomym, że mam mnóstwo obowiązków. Niektórzy to rozumieją, inni nie. Chociaż może z grzeczności nic nie mówią, a tak naprawdę uważają mnie za leniwego dupka. A przecież wszystko przez ten cholerny śnieg.
Nie wiem jak Majka ze mną wytrzymuje. Zawsze byłem katastrofistą. Gdy gdzieś wyjeżdżaliśmy, to wiedziałem, że na pewno samochód się zepsuje, albo samolot spadnie, a w najlepszym razie zostaniemy okradzeni. Wiedziałem, że jak wyjedziemy do Afryki, to z pewnością nabawię się rozstroju żołądka i będzie obciach, gdy będę musiał zatrzymać autokar i zrobić kupę na środku pustyni. W Maroku na szczęście nic takiego się nie wydarzyło, ale teraz Majka planuje Kenię. Już wiem, że będę miał dwie opcje. Albo „zesram” się w fotel, albo wyjdę na zewnątrz i zeżre mnie jakiś lew, albo inna pantera. Na samą myśl, widzę jak zbierają się w pokoju ciemne chmury i zaczyna padać śnieg. Nie wiem czy pojadę... kto za mnie będzie sprzątał?

Niedawno musieliśmy podjąć decyzję o uśpieniu Furii. Jej przednia łapa ważyła prawie tyle co reszta ciała. Nie chciała wychodzić na spacery. Patrzyła na mnie i prosiła o śmierć.
Bałem się tego dnia. Wiedziałem, że będzie tak sypać, że będę miał problemy z przekopaniem się do samochodu. Od rana zaczęło świecić słońce. Nie potrafię tego zrozumieć. Pożegnałem jednego z moich nielicznych przyjaciół, a mimo wszystko była piękna pogoda. Stopniał cały śnieg w domu i w ogrodzie. Furia miała szczęście – była tylko psem. Ja niestety jestem człowiekiem.

Wkrótce odwieziemy Kapsla do DPS-u. Tym razem z pewnością słońce nie zaświeci. Majka z nim pojedzie. Ona na razie potrafi przenikać przez zaspy.
Ja ciągle czekam w gotowości z łopatą w ręce, bo przecież w każdej chwili może zejść lawina. Już prawie nic nie jem, nie golę się, nie kąpię... tylko czekam. Przecież nie chcę umierać przywalony zwałami śniegu we własnym domu.

Może powinienem zacząć szukać pomocy u psychologa, a może nawet psychiatry. Jednak gdy takie myśli przychodzą mi do głowy i wyglądam przez okno, to śnieg sięga dachu. Musiałbym wydrążyć tunel na ponad sześć metrów. Nie jestem w stanie. Wracam więc do łóżka – tutaj jest bezpiecznie.

Na szczęście powyższy tekst nie jest jeszcze wołaniem o pomoc, a przynajmniej tak mi się wydaje. Jednak w każdym poruszonym powyżej wątku jest ziarno prawdy. Niestety ziarno ma to do siebie, że w którymś momencie zaczyna kiełkować.
Zacząłem się zastanawiać nad tematem istnienia depresji w życiu rodzin zastępczych. Jest to choroba, która może przybierać różne oblicza, a do tego przez jakiś czas można z nią żyć, udając że nie istnieje. Co więcej, w przypadku rodziców zastępczych może być skrzętnie ukrywana, bo przecież jej ujawnienie może doprowadzić do rozwiązania rodziny.
Być może tak właśnie działa cały ten system. Może wszyscy dobrze wiedzą, że depresja jest tylko kwestią czasu.
Może dlatego rodziny zastępcze podpisują umowy tylko na cztery lata, a nie umowy o pracę. W przypadku jakichkolwiek podejrzeń, wystarczy jej nie przedłużyć.
Udanie się po pomoc do psychologa i rozpoczęcie terapii, może więc być czynnikiem dyskwalifikującym. Łatwiej więc udawać, że wszystko jest w porządku.

Dlatego Kapsel był dla mnie ważną lekcją. Jeszcze kilka miesięcy temu wierzyłem w to, że znajdzie się dla niego rodzina i tam gdzie mogliśmy, to jej szukaliśmy. W którymś momencie zrozumiałem, że to nie ma sensu. Cały czas myślałem o dobru chłopca, zapominając o dobru rodziny, w której miałby zostać umieszczony. Być może pierwszy rok czy dwa, byłyby dla niego lepsze niż pobyt w placówce. A co potem?
Kapsel po pewnym czasie wyczerpywał pokłady cierpliwości wszystkich osób, z którymi miał kontakt. Może dobrze, że spędził z nami aż dwa lata. Może trudne dzieci powinny właśnie tak długo przebywać w pogotowiach rodzinnych. Może udało nam się w ten sposób uchronić jakąś rodzinę przed depresją. A może jest zupełnie inaczej? Może to tylko my nie podołaliśmy?
Nieważne... od kilku dni za oknem świeci słońce.








sobota, 11 sierpnia 2018

--- Wakacje 2018

Najpierw był strach przed wodą...

Spędziliśmy kolejne wakacje z naszymi dziećmi zastępczymi. Jak co roku, pojechaliśmy nad morze do Mielenka. Tym razem było to nieco większe wyzwanie, bo nie dość, że czwórka dzieci, to jeszcze była to bardzo absorbująca obsada. Tylko z Ploteczką nie mieliśmy problemów. Bliźniacy po raz pierwszy zobaczyli wielką wodę i wielką piaskownicę. Było wielkie „WOW” i wielkie pilnowanie, aby się nie zagubili, albo fala ich nie zmyła.
później zaślubiny z morzem,



na końcu wchodzili do wody przy każdej okazji.





























No i jeszcze trzeci bliźniak, czyli Kapsel. Po pierwszym dniu i nocy zacząłem żałować, że zdecydowaliśmy się na ten wyjazd. Później było już dużo lepiej... chociaż może właściwsze byłoby określenie, że zacząłem się przyzwyczajać, albo zwyczajnie nastąpiło odprężenie i oddech od codzienności. Majka nie musiała gotować, ja nie musiałem pracować. Większość czasu spędzaliśmy na spacerowaniu, zabawach i wylegiwaniu się na plaży. Chociaż na tej plaży to tylko Ploteczka ze mną się wylegiwała. Pozostała trójka rozłaziła się na wszystkie strony i sam nie wiem, jak Majce udało się nad nią zapanować.

Tylko Kapsel wolał zabawy w piasku.


Po powrocie przeczytałem swój opis z poprzednich wakacji. W przypadku Kapsla nic się nie zmieniło. Chłopiec stoi w miejscu w każdej dziedzinie. Nawet nie urósł ani o centymetr, tylko trochę utył.
Wakacje są okresem, w którym szczególnie zauważam odmienną osobowość Majki i moją. Nie wiem dlaczego, ale zawsze jesteśmy pewnego rodzaju atrakcją. Teoretycznie wyglądamy na dziadków, którzy zabrali swoje wnuki na wakacje. A jednak ludzie nie tak nas odbierają .I my również odmiennie postrzegamy ich zainteresowanie. Ja czuję się trochę jak małpka w cyrku, za to Majka tylko czeka na okazję, aby móc opowiedzieć kim jesteśmy i na czym polega rodzicielstwo zastępcze.
O ile na plaży, ja zajmowałem się Plotką, a Majka uganiała za chłopakami, to na placu zabaw role się odwracały. Młodych fascynowało wszystko, zjeżdżalnie, huśtawki, karuzele, liny, rura strażacka. Kapsla bardziej pobudzało zainteresowanie ze strony innych osób. W pewnym momencie odwróciłem od niego wzrok na kilkadziesiąt sekund. Gdy go ponownie dostrzegłem, był już bramkarzem w meczu kilkunastolatków. Na szczęście go nie zabili, a przynajmniej nie zbili okularów (których przecież nie zdjął). Jednak dla przebywających na placu mam, frapujące było to, że chłopcy do mnie mówią „tato”, a do Majki „ciocia”. Może dobrze, że poruszyły z Majką ten temat, bo do bliźniaków to jeszcze mógłbym się przyznać... ale do Kapsla? Jednak najbardziej fascynuje mnie kreatywność osób (kobiet), które „zżera” ciekawość. Na przykład pytanie do Majki: „a pani jeszcze karmi piersią?”.

Niestety pełnienie roli ojca Kapsla, jest dla mnie trudne. Gdyby on chociaż wyglądał na niepełnosprawnego? Ale nie. Każdy kto go poznaje, uważa że jest to bardzo rezolutne dziecko... może tylko trochę wścibskie i upierdliwe – a do tego niewychowane. Niezmiennie każdemu mówi „dzień dobry” i wszystkich zagaduje. Pyta „dokąd pani idzie”, „co pan teraz będzie robił”. Zmieniło się to, że już nie każdemu prawi komplementy. Nadal ma zajawki w stylu „ale ma pan ładny samochód”, albo „ma pani piękny kapelusz”. Bywają jednak też komentarze typu „a dlaczego ma pani takie brudne nogi?”. Albo zwroty zupełnie bez sensu, na przykład „pani będzie pierwsza”. Pierwsza do czego? Co chłopiec miał w tym momencie na myśli?

Kapsel znowu poznał kilka nowych słów i znowu wszystko myli. Zapamiętał zwrot „bale słomy”. Jednak nie potrafi go odmieniać przez przypadki. Mówi: „ale tu dużo bale słomy”.
Już wie, że molo to nie gofr, ale to pierwsze usilnie nazywa mostem. Z kolei na paralotnię mówi spadochron, na huśtawkę „huźdawa”... a nawet „chuźdawa”.

Bywają sytuacje, z których wypada nam się tylko śmiać, chociaż wielokrotnie są one niebezpieczne. Pewnego razu Kapsel zobaczył paralotnię. Na szczęście byliśmy tylko na deptaku w kierunku morza, gdy nagle zaczął biec krzycząc „dogonię cię” (czyli ten spadochron). Wrócił po chwili ze słowami „za wysoko leciał, a ja jeszcze nie umiem latać”. Aż strach pomyśleć co będzie, gdy w pewnym momencie stwierdzi, że jednak potrafi.
Innego dnia rysował na stole w ogrodowej wiacie. Majka poszła na trawę się opalać. Aby nie czuł się osamotniony, powiedziała „przyjdź do mnie, weź koc, książeczka jest sztywna, więc możesz rysować na kocu”. Chłopak zapamiętał tylko ostatni zwrot. Wziął koc, położył go na stole, na nim książeczkę... i rysował dalej.
Albo innego dnia, krzyczy do mnie „wujek, wujek – to jest prawdziwa mewa!”. W zasadzie wyglądała tak samo jak inne, które widywał wcześniej. Może jednak dla niego była wyjątkowa. A może to nie była mewa? Zdaniem Kapsla, wszystkie pióra, które znalazł, należały do orła.
Cały czas uważa, że Majka jest ciocią dla wszystkich. Któregoś dnia jedna z mam, zwróciła się do swojego dziecka „Małgosiu przepuść panią”. Na to Kapsel „to nie pani, tylko ciocia”.
A tak trochę odchodząc od tematu, to muszę stwierdzić, że facetom trochę brakuje kultury. Jeździłem nad morzem wózkiem bliźniaczym. Nie zdarzyło mi się, aby któryś gdzieś mnie przepuścił. Nie chodzi mi o kolejkę po lody czy gofry, ale zwykłe powiedzenie „proszę” w przejściu, w którym nie da się minąć. Kobiety są w tym względzie dużo milsze.

Wracam do Kapsla.
Nasza pani Dorotka schowała tym razem hulajnogę (być może pamiętając wybryki sprzed roku). Niestety zabraliśmy dla bliźniaków rowerki. Rok temu Kapsel krzyczał „już mnie nie dogonisz”, tym razem „ja tobie ucieknę”.
Chłopiec jest dzieckiem, za które nieustannie trzeba się wstydzić. Choćby dlatego, że sika byle gdzie. Do tego ściąga wszystko i świeci gołym dupskiem. Nie potrafi zrozumieć, że istnieje coś takiego jak rozporek. Któregoś dnia poczuł potrzebę na środku chodnika. Majka chciała go lekko popchnąć, aby chociaż wszedł na trawnik. Był już chyba w stanie lekko niestabilnym, bo wyrżnął się jak długi na beton. Na szczęście „ptaszka” sobie nie uszkodził, a jeszcze większe szczęście, że nikt z przechodniów tego nie skomentował.
Chłopak jest nieustannie głodny, chociaż je dużo więcej niż ja. Musimy go pilnować, bo nie dość że próbuje wylizywać talerze (również nie swoje), to łupem staje się dla niego także jedzenie leżące pod stołem (które komuś wypadło na podłogę).
Wybraliśmy się też na spacer drogą rowerową. Co chwilę przejeżdżał jakiś rower, gokart, elektryczna hulajnoga, a nawet quad. Kapsel nie wie, która to strona prawa, a która lewa. Dla uproszczenia powiedziałem, że ma iść po tej stronie, po której idę ja. Chłopak co chwilę wybiegał na środek, albo przechodził na drugą stronę (twierdząc, że chciał kogoś przepuścić).
Gdy w którymś momencie ponownie wyszedł na środek i usłyszałem dzwonek roweru z tyłu, to wydarłem się na niego: „na lewo, czego nie rozumiesz!!!”. Wyszło na to, że ostatecznie ja dostałem „zjebkę” od rowerzystki: „nie krzyczeć, nie krzyczeć” i od Majki: „zachowuj się chociaż przy ludziach”.
I pomyśleć, że kiedyś byłem oazą spokoju.

Życie wakacyjne Kapsla było identyczne jak rok temu. Wstawał między szóstą a siódmą i nie potrafił zająć się sam sobą. Odpalałem więc laptopa i próbowałem połączyć pracę zawodową z wypoczynkiem. On w tym czasie robił wszystko, aby zwrócić na siebie uwagę. Śpiewał, mówił do siebie, przestawiał meble, podnosił i opuszczał żaluzje, kilka razy chodził do toalety. Zapalał i gasił nocną lampkę, mówił do siebie szeptem, używając niezrozumiałych słów, niczym szaman voodoo. Nawet próbowałem wspólnie z nim coś zrobić – nic z tego nie wychodziło. Starałem się podążać za jego umysłem, rozmawiać, opowiadać, odpowiadać na jego pytania. Pewnego ranka stwierdził „to ciebie urodził wujek Jarek”. Gdy zrobił coś źle, to mówił, że jego ręka się denerwuje.

Dla Kapsla cały czas ideałem jest mama. Ona ma wszystko... rower, gokarta, paralotnię.
Tylko ona go kocha, tylko ona się o niego troszczy. Z nami nie ma prawie żadnych więzi. Bez problemu zostałby dalej nad morzem... sam, z byle kim (nawet z panią, z którą zamienił kilka słów na plaży).
Chłopak jednak dysocjuje. Czasami mówi, że mama na niego krzyczy. Majka przez jakiś czas myślała, że chodzi mu o nią, bo przecież mama na spotkaniach zachowuje się całkiem przyzwoicie. A jednak... Kapsel idąc do swojego pokoju, wchodzi do innego świata. Wchodzi do świata, w którym jest jego mama, w którym jest jego wujek, w którym przeżywa to, co było kilka lat temu. Twierdzi, że jego mama krzyczy na niego, gdy jest w pokoju na piętrze. Patrzy na Majkę, a widzi swoją mamę i jej zachowania sprzed kilku lat.
W tej chwili mamy już orzeczenie o niepełnosprawności, zapewnione miejsce w Domu Pomocy Społecznej (który dla niego wybraliśmy) i decyzję sądu o natychmiastowym umieszczeniu chłopca w tej placówce. Mama Kapsla zupełnie nie kojarzy pewnych faktów. Trzeba jej tłumaczyć to samo po kilka razy, a i tak zapewne zada te same pytania jeszcze wielokrotnie. Czasami się zastanawiam, kto tu jest „umiarek” - Kapsel, czy ona.
Majka chyba faktycznie wchodzi w okres żałoby. Ja, póki co, cieszę się, że za kilka dni chłopiec przestanie być naszym dzieckiem zastępczym. Nie wiem co będzie, gdy do tego dojdzie, ale na tę chwilę chciałbym o nim zapomnieć. Kilka lat temu nie sądziłem, że będę mógł o jakimś dziecku napisać takie słowa.

Ale miało być o wakacjach.
Romulus i Remus są w trudnym momencie swojego życia. Dwa i pół roku...
Jednak to jest normalne, że chcą zaznać wszystkiego, że chcą poznać cały świat.
Porównujemy chłopców do Marudy, bo przecież są mniej więcej w tym samym wieku.
Przepaść. Z Marudą niedawno rozmawiałem przez telefon. Z bliźniakami często trudno się porozumieć będąc twarzą w twarz. Jednak są to dzieci, o których za rok pewnie będę pisał tak jak o Marudzie. Potrzeba jednak czasu, aby chłopcy nauczyli się pewnych zasad.
Chociaż nad morzem byli przeciętnymi dwulatkami... może nawet jednymi z bardziej „wychowanych”. Fajni byli. Do tego mają duży potencjał. Zwłaszcza Remus jest wybitnie uzdolniony muzycznie. Nauczył się śpiewać kilka piosenek, choćby „Panie Janie”. Kapsel z tego „kawałka” zna tylko „bim, bam, bom”, a najczęściej śpiewa „ooo!, oooooo!, oo..oo!” .
Pobyt nad morzem spowodował też to, że Romulus coraz bardziej zaczął się otwierać, zaczął się zmieniać. Do tej pory zachowywał dystans (chociaż potrafił się przytulać). Był złośliwy, rzadko się uśmiechał, gryzł, szczypał, wyrywał zabawki, uderzał. Być może dopiero na wakacjach poczuł, że jest równoprawnym członkiem stada... takim samym jak Remus.

No i Ploteczka.
Nie wiem, czy dziewczynka zauważyła, że byliśmy nad morzem. Za chwilę znowu tam pojedziemy. Jest jedynym dzieckiem, które będzie z nami przez większą część urlopu Majki. Tylko na czas naszego wyjazdu w góry, pójdzie na wakacje do innej rodziny zastępczej. Nawet rozważaliśmy możliwość zabrania jej z sobą, ale chyba byłoby to dla niej dużo bardziej męczące.
Dziewczynka na szczęście nie weszła jeszcze w okres lęku separacyjnego.
Jest fantastyczna i gdybym był młodszy, to pewnie zostałaby moją czwartą córką. Jednak trzymam się ustalonych z Majką zasad. Plotka zasługuje na młodych rodziców, którzy jeszcze będą w stanie poskakać z nią na trampolinie, pojeździć rowerem i rozwiązać równanie różniczkowe.






sobota, 14 lipca 2018

KAPSEL...


Dzisiejszy wpis jest „zlepkiem” rozmaitych myśli, które zapisuję sobie w momencie, gdy coś się dzieje, kiedy muszę zanotować to, co za chwilę uleci z mojej pamięci.
Nie będzie to ładny opis, ale z pewnością przekazujący wiele informacji dotyczących pracy z trudnym dzieckiem. Chłopiec do takich należy, chociaż zdaję sobie sprawę z tego, że może pojawić się w naszej rodzinie dziecko, które go zdecydowanie „przerośnie”.

(...)

Kapsel przeżywa ostatnio trudne chwile, a wraz z nim wszyscy dookoła. Ja sobie już odpuszczam odbiory go z przedszkola, bo praktycznie nie ma dnia, żeby panie się na niego nie skarżyły. Najprawdopodobniej jest to związane z faktem spotykania się Sasetki i Marudy z rodzicami adopcyjnymi. Kolejne dzieci, które znalazły nową rodzinę – a on ciągle w tym samym miejscu.
Kilka jego występków z ostatniego czasu:

  • Zapchał w przedszkolu ubikację rolkami papieru toaletowego (trzeba było wezwać pana Miecia).
  • Rozrzucił po ogródku przedszkolnym wszystkie zużyte baterie (z pudła, do którego można je wkładać).
  • Powykręcał i porozbijał dostępne mu żarówki.
  • Rozlał talerze z zupą innym dzieciom, tylko dlatego, że jemu podano jako drugiemu w kolejności (a nie pierwszemu).
  • W ciągu 15 minut usypiania bliźniaków, dorwał się do zapasów słodyczy, zjadając kilka czekolad, rozpakowując przy okazji inne ciastka i cukierki.
  • Uwalił kupę na deskę sedesową, wytarł dupsko przyklejając zużyty papier do ściany.
  • Nasikał na klapę (może zapomniał jej podnieść, albo chciał zaznaczyć swój teren).
  • Powyrzucał zabawki przez okno w swoim pokoju (zapychając rynnę).
  • Wyskoczył z kolejki w wesołym miasteczku.
  • Rzucił rowerem w samochód (na szczęście mój).
  • Rozsypał na tarasie zapasy węgla drzewnego.
  • Oberwał z liści laurowiśnię.
  • Rozlał na podłodze łazienki cały płyn do kąpieli.
  • Wysmarował balsamem do ciała wewnętrzne elementy suszarki do odzieży.


Nie trzeba być psychologiem, aby dojść do wniosku, że chłopiec ma zaburzenia więzi. Od dawna już się do nas nie przytula, chociaż siada na kolana każdemu, kto przyjdzie w odwiedziny.
Mówi, że nas nie lubi. Potrafi napluć nam w twarz. Kwestią czasu jest podniesienie na nas ręki. Staje się agresywny. Jest niebezpieczny w stosunku do innych, ale również do siebie. Ostatnio wracając z trampoliny, uderzył Marudę w głowę. Tłumaczył potem, że ten chciał go ugryźć. Może była to jakaś projekcja wcześniejszych zapisów w pamięci, ponieważ doskonale widziałem całą sytuację i w danej chwili nic takiego nie miało miejsca. Umysł Kapsla jest nieprzewidywalny. Kilka dni temu, gdy wrócił ze spaceru, zdjął buty i rzucił je przed siebie. Poprosiłem, aby je ułożył obok innych. Reakcja była zupełnie nieadekwatna do sytuacji. Zaczął wrzeszczeć, rzucił się na podłogę i walił w nią głową. Podobnie jest w przedszkolu. Czasami bez jakiegoś konkretnego powodu, zaczyna uderzać głową w ścianę, albo w podłogę. Gdy dzieci robią wycinanki, Kapsel siedzi przy osobnym stoliku i pilnuje go jedna z pań. Wszyscy boją się zostawić chłopca z nożyczkami w ręce, w towarzystwie innych dzieci. W zasadzie można powiedzieć, że chłopiec ma indywidualny tryb nauczania przedszkolnego. Polega on na tym, że panie przedszkolanki pozwalają mu już na wszystko, co nie zagraża ani jemu, ani innym dzieciom. Bywa, że gdy te mają zajęcia w sali, Kapsel nagle czuje potrzebę nakarmienia ślimaków w ogrodzie. Istnieją w takich przypadkach dwa rozwiązania. Albo chłopiec pójdzie nakarmić te ślimaki, albo zacznie wrzeszczeć i uderzać głową w ścianę – co zwyczajnie wzbudza strach u innych dzieci. Tak więc panie wybierają opcję korzystną dla większości i jakoś próbują doczekać do wakacji.

(...)

Ostatniego dnia pobytu Kapsla w przedszkolu, panie przedszkolanki chyba tak bardzo się cieszyły, że już go nigdy nie zobaczą, że nawet uściskały Majkę... a może tylko ją tak lubią.

(...)

Chłopiec ma stwierdzone upośledzenie w stopniu umiarkowanym. Nie trzeba było niczego "naciągać". Oblał test z kretesem.
Nie rozumiem jego umysłu.  
Potrafi otworzyć drzwi, mówiąc "Proszę, Pani wchodzi pierwsza", a nie może nauczyć się dni tygodnia.

(…)

Kapsel jest w pewien sposób monitorowany przez psychologów. Majka raz w tygodniu bierze udział w warsztatach, które mają to do siebie, że prowadzące je osoby dostosowują program do indywidualnych potrzeb rodzin zastępczych. Historia chłopca w zasadzie zdominowała te zajęcia.
Od jakiegoś czasu Kapsel za swoje przewinienia dostaje kary. Polegają one na wyprowadzeniu go do swojego pokoju. Czasami zwyczajnie go pacyfikuję i wynoszę na piętro. Chłopcu to w zasadzie w żaden sposób nie pomaga. Kapsel zupełnie nie ogarnia łańcucha przyczynowo-skutkowego. Po kilku minutach od przewinienia, wie tylko tyle, że jesteśmy na niego źli. Nie pamięta tylko dlaczego? Odizolowanie go na pewien czas od pozostałych członków rodziny, ma spełnić dwie funkcje. Chronić inne dzieci, które zwyczajnie się boją (widząc wrzeszczącego i rzucającego się po ziemi ośmiolatka), oraz chronić jego samego (przed nami – czasami mam wrażenie, że mógłbym zrobić mu krzywdę). Niedawno, gdy Majka odesłała go do swojego pokoju (i poszła tam razem z nim), oczywiście wrzeszczącego przez całą drogę po schodach, nagle usłyszałem krzyki „ała, ała!!!” Już myślałem, że Majka w końcu nie wytrzymała i chłopak dostał „wpierdol”. Okazało się, że tak rzucił się na podłogę, że zaczęły go boleć plecy (przynajmniej tak mówił). Bywa też, że po takich napadach złości, skarży się na ból głowy. Być może miewa jakieś drobne wstrząśnienia mózgu.

Chłopiec ma manię zbieractwa. Chodzi po pokojach i zabiera do siebie rozmaite przedmioty. Tak więc, gdy ostatnio szukałem dziurkacza, to najpierw zajrzałem pod łóżko Kapsla. Nawet się ucieszyłem, że nie muszę dalej szukać. Pani psycholog z integracji sensorycznej powiedziała nam kiedyś, że chłopiec w którymś momencie zacznie wyciągać rzeczy ze śmietnika... no i właśnie to się stało.

Rodzice biologiczni dzieci przebywających w rodzinach zastępczych (lub placówkach opiekuńczych) mają prawo się z nimi spotykać. Wychodząc z tego założenia, zgodziliśmy się na spotykanie się chłopca z jego mamą (mimo że poprzednie pogotowie ucięło wszelką styczność). W tej chwili muszę stwierdzić, że był to nasz błąd. Chłopak jest zupełnie „rozjechany”. Cały czas żyje w zawieszeniu, w oczekiwaniu, że któregoś dnia wróci do mamy.
Nie wróci. Opinia biegłych, po badaniu kompetencji rodzicielskich mamy, jest jednoznaczna.

Ostatnio wpłynął do sejmu projekt nowelizacji ustawy, zapewniający pełnomocnika każdej rodzinie, której odebrano dziecko.
A może przydałby się pełnomocnik Kapslowi? Ktoś, kto byłby mądrzejszy od nas. Ktoś, kto zadbałby o jego interes. Ktoś, dla kogo ważne byłoby dobro dziecka, a nie dobro jego rodzica.
Póki co, stajemy się samozwańczymi pełnomocnikami dla Plotki. Jej mama już pisze skargi na nas do PCPR-u.

Co dalej z Kapslem?
Pojawia się coraz więcej pytań. Czy koniecznie należy szukać dla niego jakiejś rodziny?
Ostatnio dostaliśmy propozycję umieszczenia go w pewnej placówce specjalizującej się w opiece nad dziećmi jego pokroju. Nie dociekałem jeszcze, jaki jest status prawny tej placówki, ale myślę że jest to pewnego rodzaju specjalistyczny Dom Pomocy Społecznej.

(…)

Tak, jest to DPS. Majka rozmawiała już z dyrektorem tej placówki. Nawet mają wolne miejsce... teraz. Niestety jest to kilkadziesiąt kilometrów od miejsca zamieszkania mamy, chociaż ta deklaruje, że pojedzie za nim na koniec świata. Zobaczymy.

(...)

Kapsel robi bardzo dobre pierwsze wrażenie. Przez jakiś czas funkcjonuje poprawnie, nawet jeżeli nie robi postępów, których opiekująca się nim rodzina by oczekiwała. Potem jest coraz gorzej.
Aktualnie podchodzimy do chłopca zadaniowo. Korzystamy z wszelkiego rodzaju porad, uwag, sugestii. Niedawno dostałem na powiązany z blogiem adres mailowy takiego rodzaju informację (wraz ze zgodą na jej upublicznienie):

Trochę zastanowiła mnie opisywana przez Ciebie historia Kapsla - znalazłam w niej trochę analogii do jednego dziecka - obecnie prawie 6 lat. 
Jeszcze rok temu dzieciak wykazywał bardzo zbliżone do opisywanych przez Ciebie zachowań Kapsla - zero pamięci wbudowanej, dwuwersowa kwestia na jasełkach w przedszkolu była zupełnie poza jego zasięgiem, bardzo duża chwiejność emocjonalna, wybuchy szału przy kolejnej próbie rozwiązania łatwego zadania, wbudowana niezdarność, ciągle tłuczone talerze. Często mieliśmy wrażenie, że mówimy do ściany, że dziecko albo nas ignoruje albo nie słyszy. I tępe patrzenie w telewizor (na granicy wyłączenia się), mógł być bez głosu, ważne były migające obrazy.
Rozwiązanie przyszło przypadkiem ostatnią jesienią - wraz z badaniem EEG. Okazało się, że w głowie chlopaka cały czas szalała burza, wyładowanie za wyładowaniem odpowiedzialne były za małe wyłączenia świadomości - po kilka- kilkanaście- sekund co kilka minut. Przez 5 lat nikt się nie zorientował - dziecko opóźnione psycho-ruchowo, było badane przez wielu specjalistów.
Od listopada jest na lekach. W badaniu - teraz bardzo nieliczne wyładowania. Pamięć cudem się pojawiła. Dziecko, znacznie się uspokoiło - jest w stanie zarejestrować co się dzieje dookoła. Kończą się furie. Chłopak zaczyna nadrabiać.
Telewizja zgodnie z zaleceniami - całkiem odstawiona (miganie obrazu powodowało nasianie wyłączania się). Szczególnie charakterystyczny był brak pamięci krótkotrwałej (okazało się, że każde wyładowanie ją poniekąd czyściło) i niezorientowanie w sytuacji (jakby nie słyszał co się do niego mówiło - no, bo rzeczywiście nie słyszał, jeżeli kwestia wypowiedziana trafiała akurat w moment resetu).

Pomyślałam, że napiszę, bo a nuż, może to być jakiś trop, a może już próbowaliście tej ścieżki? U nas pomogło, ale nie było łatwo, bo specjaliści wiele z opisanych przez mnie zachowań tłumaczyli zaniedbaniami, traumą, fasem. Pewnie, że nie rozwiązuje wszystkich problemów, ale różnica jest ogromna.”


Był to pewnego rodzaju katalizator, który doprowadził do szeregu konsultacji ze specjalistami. Zbiegło to się też w czasie, gdy wszystkie osoby mające jakikolwiek kontakt z chłopcem, zaczęły zauważać, że zaczął się on zmieniać. Niestety na gorsze... stał się agresywny. Zaczął zagrażać nie tylko sobie, ale też innym dzieciom. To spowodowało, że zaczęliśmy rozważać pójście z chłopcem do psychiatry.
Zrobiliśmy Kapslowi EEG. Opisy fal beta i theta niewiele mi mówią, natomiast wnioskiem z badania było to, że czynności bioelektryczne mózgu są niezaburzone. Czyli od tej strony, chłopiec jest zupełnie normalny.
Niestety neurolog stwierdził, że to badanie nie miało większego sensu, bo zostało wykonane nie w tej fazie funkcjonowania co trzeba. Zostało wykonane w fazie snu, a powinno być zrobione w fazie czuwania (w tym konkretnym przypadku). Podważył również zasadność udania się do psychiatry. Ale dostaliśmy za to skierowanie na kompleksowe badanie w szpitalu. Kapsel będzie miał ponownie wykonane EEG, rezonans, tomografię i parę innych rzeczy.
Po raz kolejny okazało się, że jednak bycie rodziną zastępczą trochę skraca terminy. Nie musimy czekać do przyszłego roku. Majka była na rozmowie z neurologiem w szpitalu. Ten z kolei uznał, że konsultacje psychiatryczne są jak najbardziej wskazane, będąc uzupełnieniem badania szpitalnego.

(…)

Będziemy diagnozować bliźniaki pod kątem FAS, więc Kapsel też się załapie. Czasami mam wrażenie, że chłopak ma już wszystkie istniejące na świecie zaburzenia.

(…)

Udaliśmy się jednak do psychiatry. Póki co, to Kapsel był pacjentem, a nie my. Staraliśmy się o spotkanie z bardzo uznanym psychiatrą dziecięcym. Jednak nawet wizyty prywatne miały termin końca roku. Poszliśmy więc „za darmo” do innego psychiatry, ale z terminem za trzy dni. Być może lekarz ten nie jest wybitny, chociaż słyszeliśmy o nim całkiem dobre opinie.
Podobno do psychiatry należy się udać, gdy ktoś w jakikolwiek sposób stanowi zagrożenie dla siebie lub innych. Nie wiedzieliśmy o tym. Dotychczas zalecano nam tylko konsultacje z psychologami. Być może trudno jest powiedzieć rodzicowi (nawet zastępczemu) – pana dziecko potrzebuje psychiatry. W każdym razie, Kapsel od jakiegoś czasu jest na lekach. Majka widzi poprawę. Jednak czasami się zastanawiam, czy nie są to leki-placebo dla niej. Owszem, Kapsel wpada w szał już tylko dwa razy dziennie, a nie pięć.

(…)

Leki chyba zaczynają działać. Kapsel jest bardziej przytłumiony. Nawet zaczął się przytulać, wchodzić na kolana. Majka mówi: „cztery kropelki na dobę, a ile radości”. Czasami mnie korci, aby mu trochę podebrać.
Zaczynam się jednak zastanawiać, czy nie spowoduje to zupełnie niezamierzonego skutku. Nie chcemy przecież dziecka kołyszącego się w przód i w tył, i mówiącego „chcę do mamy”. Psychiatra zapewnia, że zapisana dawka jest zupełnie bezpieczna.

(…)

Big Ben jakimś cudem załatwił nam szybki termin analizy osobowości chłopca pod względem zaburzeń posttraumatycznych.

(...)

Wiem, że wiele osób powie, iż każde dziecko zasługuje na rodzinę (niezależnie od stopnia upośledzenia, czy choroby). Tylko, że ta rodzina musiałaby być niezwykle świadoma. Nie chciałbym, aby za dwa lata znalazła się w punkcie, w którym my teraz jesteśmy. Rozumowo dociera do mnie, że chłopca należy chwalić za wszystko co zrobi, nawet jeżeli zrobi to nieudolnie, niedbale (choć wiadomo, że potrafi lepiej). Ale jest to strasznie trudne (przynajmniej dla mnie). Kapsel ustawicznie przynosi mi laurki. Najczęściej jest to kilka kresek, albo jakaś zupełna abstrakcja. Ja mówię mu „dziękuję”, a Majka „narysuj ładniej, bo potrafisz”. Z psychologicznego punktu widzenia, podobno ja postępuję lepiej. Tyle tylko, że ja mam „olew”, a Majka chce chłopaka jeszcze czegoś nauczyć. Ostatnio zaczął do mnie mówić „tato”...a ja planuję oddać go do DPS-u. Nie mam pojęcia jaka klapka mu się nagle przestawiła. Jednak już niedługo coś zacznie się dziać w jego sprawie. Bo musi się zacząć dziać. Kapsel uczęszcza na wszelkie możliwe zajęcia, aby jak najkrócej przebywał w domu. Chronimy w ten sposób siebie i inne mieszkające z nami dzieci. Chłopcu to nie przeszkadza. Wręcz przeciwnie – lubi gdy coś się dzieje, gdy może spędzić czas poza domem.

(…)

Przez chwilę pojawiła się szansa na rodzinę adopcyjną. Tyle tylko, że chłopak jest zbyt stary i nie można już wziąć na niego urlopu macierzyńskiego, co w jego przypadku byłoby bardzo ważne.

Rodzina zastępcza? Niestety (a może na szczęście) zbyt dużo o chłopcu przekazałem w swoich opisach. Kapsel wymagałby bardzo świadomej rodziny, najlepiej nieposiadającej innych dzieci. My mamy już dorosłe córki, ale nawet taka sytuacja powoduje, że wiele zachowań chłopca, je przerasta. Problematyczne jest choćby dzielenie wspólnej toalety. Porozrzucaną po podłodze brudną bieliznę, czy zużyte pieluchy, możemy jakoś ogarnąć. Trudno jednak zapewnić, że siadając w nocy na klapę nie napotka się na kawałek kupy chłopca. Jemu to zupełnie nie przeszkadza, ale innym już może.

Powrót do mamy biologicznej?
Teoretycznie takie rozwiązanie wszystkich by satysfakcjonowało.
Kapsel tego oczekuje, jego mama również. Dla nas byłoby to szybkie rozstrzygnięcie sprawy, dla PCPR-u kolejny zamknięty temat. Nikt też nie musiałby łożyć na dalsze utrzymywanie chłopca. A jednak jest to najmniej oczekiwane rozwiązanie i wbrew pozorom najbardziej szkodliwe dla przyszłości Kapsla. Gdy patrzę na historię chłopca, to dochodzę do wniosku, że błędem było pozwolenie na kontakty z mamą. Kapsel sobie z tym zupełnie nie radzi. Dużo lepiej funkcjonował na samym początku, gdy była ona tylko mamą z opowiadań, a nie fizyczną - z którą można się spotkać, porozmawiać. Całe nasze postępowanie jest zatem dbaniem o dobro mamy, a nie o dobro Kapsla.
Niestety w mojej ocenie, dziewczyna sama potrzebuje pomocy psychologa. Jej huśtawka nastrojów powoduje, że Majce bardzo trudno się z nią rozmawia. Bywa, że dziękuje nam za opiekę nad chłopcem. Czasami roztkliwia się i płacze w słuchawkę, jak to los ją skrzywdził. Są też jednak rozmowy, w których zarzuca nam, że zrobiliśmy z Kapsla wariata, który musi być na psychotropach. Może ma rację. W końcu dwa lata temu nam też wydawał się całkiem normalny.

(...)

Przejdę do ostatnich konsultacji psychologicznych, które zawdzięczamy Big Benowi. Moim zdaniem, to one dają najwięcej wskazówek związanych z pytaniem „co dalej?”
Kapsel jednak dysocjuje. Jest to pewnego rodzaju rozdwojenie osobowości, będące następstwem istnienia jakiejś traumy. Tak przynajmniej ja to zrozumiałem. Problem polega na tym, że chłopiec przechodzi już z etapu rozpaczy, do etapu rezygnacji. Niestety jest to stan, z którego jest już bardzo ciężko wyjść – nawet poprzez długotrwałą terapię.
Przeciętny rodzic nie zwraca uwagi na pewne detale, które dla psychologa są kluczem w diagnozowaniu pewnych zachowań. Akty buntu są typowe dla etapu rozpaczy. Kapsel wpada jeszcze czasami w szał. Bywa, że przychodzi z pytaniem „czy mogę pójść do swojego pokoju?”. W połowie drogi po schodach, zaczyna wrzeszczeć „ja nie chcę iść do swojego pokoju!”. Nie wali już głową w ścianę, za to tupie nogami w podłogę i po chwili krzyczy „ałaaaaa!”.
O etapie rezygnacji świadczy między innymi rozdawnictwo. Kapsel od zawsze trudnił się zbieractwem. Nie jest to kradzież, ponieważ zabiera środki niskocenne. Kawałki papierków, zakrętki od słoików – krótko mówiąc „śmieci”. Jednak gdy kiedyś szukałem zszywacza, to najpierw zajrzałem pod łóżko chłopca, i oczywiście go tam znalazłem. Frustrujące jest to, że Kapsel chodzi nad ranem po wszystkich pokojach, otwiera szafy, szuflady i zabiera sobie jakieś trofea. Jednak o tym, że z psychologicznego punktu widzenia, jest on już w ciężkim stanie, świadczy to, że potrafi to wszystko oddać zupełnie obcym osobom – na zawsze.
Kapsel potrzebuje jak najszybszej terapii. Tyle tylko, że najpierw musi wyjść ze stanu zawieszenia. Nie możemy więc my zacząć tego procesu. Mogłoby to spowodować pewnego rodzaju „efekt jojo”. Chłopcu potrzebna jest świadomość, że wreszcie przebywa w miejscu docelowym. Może to być nawet Dom Dziecka, albo Dom Pomocy Społecznej. Mama chłopca zaczęła już nawet oswajać się z tą myślą. Problemem może być jednak to, jak ją przekonać, aby nie mamiła go opowieściami, że się stara i wkrótce zamieszkają razem.
Ratunkiem byłaby rodzina zastępcza, w której chłopiec mógłby przepracować swoje traumy, która poświęciłaby się bezgranicznie. Rodzina, w której byłby on jedynym dzieckiem, a mama nie musiałaby chodzić do pracy. Najlepiej, gdyby była to mama rozumiejąca potrzeby takich dzieci od strony zawodowej (psycholog, pedagog).
Nie ma takich rodzin. Przynajmniej w naszym kraju. Ostatnio dowiedzieliśmy się, że ośrodki adopcyjne otrzymały wytyczne dotyczące adopcji zagranicznych. Możliwe jest tylko łączenie rodzeństw. Biada więc temu ośrodkowi, który zechciałby skierować Kapsla do rodziny zagranicznej. Zresztą i tak by nie przeszedł kwalifikacji w jednym z dwóch katolickich ośrodków adopcyjnych, które mają „licencję” na adopcje zagraniczne. Przykre to wszystko.
Aktualnie ograniczyliśmy spotkania chłopca z mamą do dwóch w miesiącu. Teoretycznie najlepszym rozwiązaniem byłoby zerwanie wszelkich kontaktów. Nie zrobimy tego, ponieważ chłopiec najprawdopodobniej trafi do placówki, w której nadal będzie się z mamą spotykał. Nie wyrazimy jednak zgody na urlopowanie chłopca. Nie będą się też kontaktować telefonicznie. Wbrew pozorom, ta druga sytuacja jest dla Kapsla dużo gorsza. Bezpośrednie spotkanie powoduje, że odbiera mamę taką jaka jest w danej chwili. W rozmowie telefonicznej wizualizuje ją sobie, sięgając pamięcią do czasu, gdy byli razem. Jest to dla chłopca impuls wybijający, niezależnie od tego jak wówczas było.
Kapsel zapytany, dlaczego robi źle, zawsze odpowiada w dwojaki sposób. Albo „nie wiem”, albo „bo tęsknię za mamą”. Zdaniem psychologa, chłopak wcale nie tęskni za tą konkretną osobą. On tęskni za byciem kochanym, przytulanym, tęskni do stabilizacji... jakiejkolwiek.
My już mu tego nie zapewniamy. Jesteśmy tylko tymczasowymi opiekunami.

Zadaliśmy pytanie, jak nasze postępowanie wpłynęło na rozwój całej sytuacji? Co byłoby, gdyby chłopiec nie został odebrany mamie?
Zostaliśmy po raz kolejny pocieszeni, że nie mogliśmy zrobić nic więcej, poza tym co zrobiliśmy. Ale czy na pewno? Są to wątpliwości, na które nigdy nie będziemy w stanie sobie odpowiedzieć.
Zmiana miejsc zamieszkania, przebywanie z innymi dziećmi (które odchodziły do adopcji, a Kapsel ciągle tkwił) w pewien sposób przyspieszyły pewne zachowania. Gdyby chłopak nadal mieszkał z mamą, to najprawdopodobniej wszystko wybuchłoby ze zdwojoną siłą w momencie pójścia do szkoły.
Jesteśmy już zmęczeni Kapslem. Może nawet nie nim samym, ale tym jak destrukcyjnie wpływa na zachowania innych dzieci. Nasz PCPR to rozumie. Czasami mam wrażenie, że zaczyna się już martwić o nasze zdrowie psychiczne.
Sąd daje sygnały, że na najbliższej rozprawie, chciałby podjąć ostateczną decyzję. Nie podejmie jej. Nie istnieje żadna rodzina zastępcza, która zechciałaby się zaopiekować chłopcem. Nie wskaże też żadnej placówki, jako przyszłego domu chłopca, bo przecież jeszcze czekamy na orzeczenie o niepełnosprawności (co wcale nie jest takie oczywiste).

Nadejdzie jednak dzień, gdy chłopiec od nas odejdzie. Pamiętam z dzieciństwa, jak cieszyłem się z pierwszego dnia wakacji – był on piękny. Tym razem, podobno będzie inaczej. Zdaniem psychologa przeżyjemy żałobę. Zaczniemy tęsknić. Nie będzie to jednak żałoba po Kapslu (chociaż tak nam się będzie wydawało), ale po naszej bezsilności, z którą musieliśmy się zmierzyć.
Gdy odchodzą od nas dzieci do rodziny adopcyjnej, to pewne ich zachowania zaczynają nas irytować. Coś co było dotychczas zupełnie normalne, nagle staje się nieakceptowalne, a przynajmniej denerwujące. Jest to podobno mechanizm obronny naszego umysłu. Takim samym mechanizmem obronnym organizmu, jest nasze zmęczenie Kapslem. Mam go dość, aby w swoim sumieniu pozwolić na umieszczenie go w placówce.
Ciekawa ta psychologia. Jednak chyba wolę pisać swoje programy komputerowe. Tutaj wszystko sprowadza się do konkretnych algorytmów. Identyczne dane wejściowe, zawsze dadzą takie same dane wyjściowe. Człowiek jest jakiś dziwny.

(…)

Niedawno pożegnaliśmy Sasetkę i Marudę. Kolejne dzieci, które mają już mamę i tatę.
A Kapsel ciągle czeka. Nie radzi sobie z rozstaniami z innymi dziećmi. Już kilka dni wcześniej zaczął zachowywać się agresywnie w przedszkolu. Pluł na panie przedszkolanki, znowu zaczął sikać w majtki.
Kiedy wreszcie przyjdzie czas na niego?