niedziela, 15 kwietnia 2018

--- Czasami jest ciężko.


Trudno mi w ostatnim czasie sklecić sensownie choćby dwa zdania. Brak weny, brak czasu... a może to, że ostatnio chadzam spać przyzwoicie (przed północą), a przecież najlepiej myślę w nocy.
Spróbuję jednak dokonać pewnego rodzaju analizy psychologicznej samego siebie, w kontekście bycia rodzicem zastępczym.
Zdaję sobie sprawę z tego, że w którymś momencie dojdę do ściany, której nie będę w stanie pokonać. To jeszcze nie ten etap, chociaż być może tak to w przyszłości będzie wyglądało. Często się zastanawiam, co powoduje, że póki co, bycie rodzicem zastępczym daje mi radość, poczucie satysfakcji? Być może rację mają ci, którzy uważają, że trzeba mieć umysł psychopaty.

Na początek dodam też, że wczoraj byliśmy z Majką na warsztatach poświęconych więziom, przeznaczonych tylko dla pogotowi rodzinnych. Jest to może o tyle istotne, że kilka razy się do nich odniosę.

Większość ludzi, którzy poznają naszą rodzinę, największe trudności upatruje w konieczności rozstawania się z dziećmi przebywającymi z nami przez kilka, kilkanaście miesięcy, a czasami kilka lat. Najczęściej jest to stwierdzenie typu: „podziwiam waszą pracę, ale ja bym tak nie mogła, jestem zbyt uczuciowa”. Przyzwyczaiłem się już do tego, że niechcący i wcale nie w złej wierze, ktoś mówi mi, że jestem zwykłą zimną kanalią. Bo w końcu dla mnie, faktycznie rozstania są stosunkowo łatwe. Podchodzę jednak do tego tak, jak do własnych dzieci. Ostatecznie spędzają one z rodzicem tylko jedną trzecią jego życia (czasami jeszcze mniej). Dzieci nie są dla rodziców, to rodzice są dla nich. W pewnym momencie trzeba pozwolić im odejść i żyć własnym życiem, bo we wzorcowym modelu rodziny, one tego właśnie chcą. Wczoraj się dowiedziałem, że przywiązanie powinno być terminem dotyczącym tylko dzieci, ponieważ jego celem jest zapewnienie sobie poczucia bezpieczeństwa. Więzi między rodzicem a dzieckiem powinny więc polegać na umożliwieniu przywiązania się dziecka do rodzica, natomiast rodzice powinni mieć tylko potrzeby opiekuńcze. Niestety w rodzinach dysfunkcyjnych często jest odwrotnie. To rodzic szuka poczucia bezpieczeństwa w dziecku, które siłą rzeczy, takiego ciężaru nie jest w stanie udźwignąć. Rodzicielstwo zastępcze (zwłaszcza w wersji pogotowia rodzinnego) jest dla mnie prostym przełożeniem zasad z rodziny biologicznej, tyle tylko, że wszystko odbywa się dużo szybciej. Tak więc nie było dla mnie trudnym, pożegnanie Smerfetki (która mieszkała z nami od urodzenia, przez ponad dwa lata). Problemem stało się to, że wszelkie kontakty z rodziną adopcyjną dziewczynki zostały zerwane. Nie dostajemy żadnego zdjęcia, żadnej informacji, nawet odpowiedzi na życzenia świąteczne. Być może zostaniemy wykreśleni z jej historii... być może z tej historii zostaną również wykreśleni jej rodzice biologiczni.
Niestety istnieje duży stopień prawdopodobieństwa, że to kiedyś wróci. Rodzice adopcyjni nigdy nie będą mieli statusu rodziców biologicznych. Czy tego chcą czy nie, czy to zaakceptują czy nie, dziecko adopcyjne ma swoją historię. Niedawno zadzwoniła do nas mama Iskierki. Dziewczynka ma już cztery lata (a może tylko cztery) i zadaje mnóstwo pytań związanych ze swoją historią, ze swoimi korzeniami. Iskierka zanim do nas przyszła, przebywała w innym pogotowiu rodzinnym. Teraz interesuje się tym, kim była ta rodzina. Wcale bym się nie zdziwił, gdyby zaproponowała swoim rodzicom odwiedziny w tym pogotowiu. Mógłbym położyć na szali duże pieniądze, obstawiając że ani rodzice, ani pierwsza rodzina zastępcza, nie mieliby nic przeciw takiemu rozwiązaniu.
Wrócę jednak jeszcze na chwilę do przypadku Smerfetki. Wczorajsze warsztaty były zorganizowane przez Ośrodek Adopcyjny, poprzez który odchodzi od nas zdecydowana większość dzieci. Mogliśmy więc podzielić się własnymi doświadczeniami dotyczącymi relacji z tym ośrodkiem. Podobno prowadzący szkolenia dla rodziców adopcyjnych sugerują rodzicom, aby pierwsze spotkanie dziecka z jego byłą rodziną zastępczą nie następowało prędzej niż po upływie sześciu miesięcy. Spojrzałem więc wczoraj na rodziców Smerfetki nieco inaczej. Dla nich przekaz był jasny... kontakty z nami trzeba ograniczyć, a najlepiej uciąć. Rodzice adopcyjni są bardzo różni. Jedni są pewni siebie, inni zmagają się z własną traumą związaną z niemożnością posiadania dziecka. Niezależnie od tego, niewielu z nich czuje potrzebę mówienia na ten temat. Do tego, dzieci też mają rozmaite deficyty, co powoduje kolejne obciążenie psychiki. Kiedyś nie zdawałem sobie z tego sprawy. W tej chwili, z każdym miesiącem coraz bardziej wsiąkam w tematykę adopcji i rodzicielstwa zastępczego i zastanawiam się, jak niewielką świadomość miałem kończąc kurs i uzyskując kwalifikację.
Zapewne podobnie jest w przypadku rodziców adopcyjnych po ukończeniu szkolenia. Komu mają zawierzyć? Ja pewnie też bardziej zaufałbym osobie szkolącej, niż rodzinie zastępczej. Tli się we mnie jeszcze jakaś iskierka nadziei, że jednak coś zostało przeinaczone, że może rodzice adopcyjni nie tak interpretują przekazywaną wiedzę, że może coś należy powiedzieć wprost. Za kilka dni pojawią się u nas rodzice adopcyjni dla Sasetki i Marudy. Na pierwszym spotkaniu zawsze jest również przedstawiciel ośrodka (najczęściej psycholog), więc nie omieszkam poruszyć tego tematu. W każdym razie osoba prowadząca warsztaty, była kolejną, która potwierdziła potrzebę odbycia kilku odwiedzin dziecka (w krótkim czasie po odejściu do rodziny adopcyjnej) w jego nowym domu.

Wspomnę też krótko, co w naszym ośrodku jest najczęstszą przyczyną braku uzyskania kwalifikacji do pozostania rodziną adopcyjną. Wprawdzie informacje te nie są nigdzie publikowane, to raczej nie stanowią tajemnicy, ponieważ ta wiedza raczej nie przyda się rodzicom, którzy chcieliby zafałszować swoje prawdziwe motywacje. Najwyżej może im pomóc w podjęciu pierwszego kroku... chociaż może bardziej w rezygnacji z tego kroku.
Najtrudniejsze są przypadki, gdy jeden z małżonków jest przekonany do adopcji i bardzo chce, a drugi decyduje się na ten czyn z miłości. Nie do dziecka, ale do żony lub męża.
Próbując dokonać oceny samego siebie, dochodzę do wniosku, że gdybym kilka, czy kilkanaście lat temu, podjął decyzję o adopcji, to najprawdopodobniej bym ją uzyskał. W tej chwili... raczej nie. Moje przekonania strasznie ewoluują. Czuję się niemal jak nastolatek, w którym buzują hormony. W tej chwili, do granic możliwości „ciągnąłbym” in-vitro (za każde pieniądze). Adopcja? Dziecko jak najmłodsze. Najlepiej noworodek, nawet ryzykując dość duże ryzyko zaburzeń, czy też fakt, że istnieje możliwość zmiany decyzji przez mamę w ciągu 6 tygodni.

Bo czy adoptując dziecko starsze można być czegokolwiek pewnym?
Sasetka i Maruda od jakiegoś czasu są wolni prawnie. Sprawa wydawała się prosta. Rodzice zostali pozbawieni praw rodzicielskich. Mama stwierdziła, że jest zbyt młoda i jeszcze nie dorosła do bycia matką, zamieszkała ze swoją mamą, poznała nowego chłopaka. Tata wprawdzie cały czas deklarował chęć walki o dzieci, to jednak wszystko kończyło się tylko na słowach (a przecież wystarczyło odwołać się od wyroku). Cała potrzebna dokumentacja znalazła się w ośrodku adopcyjnym. Rozpoczęliśmy rozmowy ze starszą Sasetką (bo Maruda jeszcze niewiele rozumie) na temat nowej mamy i taty. Być może zbyt wcześnie, chociaż wykorzystaliśmy rozmowę z Kapslem dotyczącą dzieci odchodzących z naszej rodziny zastępczej. W tej chwili, Sasetka prawie codziennie wraca do tematu nowej mamy. Jej tata w przeciągu prawie roku, odwiedził ją tylko raz. Natomiast często dzwoni. Rozmowa nie trwa zbyt długo, bo żadna ze stron nie za bardzo wie, o czym chciałaby porozmawiać.
Niestety niedawno mama wróciła do taty, zaszła w kolejną ciążę (podobno z nim) i teraz razem deklarują chęć odzyskania starszego rodzeństwa. W moim umyśle pojawił się bardzo duży konflikt lojalnościowy. Nie da się być uczciwym wobec wszystkich.
Rodzice biologiczni w zasadzie interesują mnie najmniej. W końcu nie odbiera się praw rodzicielskich z byle powodu. Nie przywykłem jednak do okłamywania kogokolwiek. Nawet pomijanie pewnych faktów, budzi we mnie pewien sprzeciw. Wszyscy zalecają nam zaprzestanie jakichkolwiek kontaktów z rodzicami biologicznymi pod byle jakim pretekstem.
Ostatnio miała miejsce rozmowa telefoniczna Sasetki z tatą:
  • Ty jesteś stary.
  • Tak, ja jestem twój stary.
W końcu ojciec się zorientuje, że ani matka nie jest jej starą, ani on jej starym, tylko chodzi o nową mamę i nowego tatę... zwłaszcza gdy rozpoczną się spotkania z rodzicami adopcyjnymi. Niestety to może uaktywnić rodziców biologicznych i mogą złożyć wniosek o przywrócenie praw rodzicielskich.
Co mówić rodzicom adopcyjnym? Uczciwość nakazuje, aby poinformować ich o planach rodziców biologicznych. Niestety złożenie wniosku o przywrócenie praw rodzicielskich (nawet gdyby było już powierzenie pieczy i dzieci mieszkałyby z nowymi rodzicami), spowoduje że wszystko zostanie zawieszone w próżni. Dzieci wprawdzie nadal będą mieszkać z przyszłymi rodzicami adopcyjnymi, ale rozpocznie się procedura związana z rozpatrzeniem wniosku rodziców biologicznych. To może trwać miesiącami, a nawet latami. Czy rodzice adopcyjni są na to gotowi emocjonalnie?

Chodzi mi po głowie pewien plan.
Utniemy wszelkie kontakty dzieci z tatą. Tutaj chyba nie trzeba wymyślać czegoś nadzwyczajnego. Wystarczy powiedzieć, że zmieniły się przepisy i musi złożyć do sądu wniosek o uregulowanie widzeń. Myślę, że to łyknie.
Sam nie za bardzo wie jak to zrobić, więc wystąpi z wnioskiem o przyznanie asystenta rodziny. To też możemy w jakiejś mierze opóźnić. Rodziców adopcyjnych o niczym nie informujemy, żeby ich nie denerwować.
Wykorzystujemy dobre układy z sądem rodzinnym, aby maksymalnie przyspieszyć rozprawę o przysposobienie.
Plan doskonały?
Pytanie tylko, co na to dzieci. One kiedyś dorosną i zapytają, jakim prawem wymyśliłem taki plan. Najciekawsze jest to, że gdybym zaczął wspierać rodziców biologicznych i dzieci by do nich wróciły, to pewnie większych dylematów by nie miały. Żyłyby na zasiłkach, jak ich rodzice, bez marzeń, ambicji, planów na przyszłość.

Dobrze, że to Majka podejmuje ostateczną decyzję.
Kolejną będzie musiała podjąć w przypadku Kapsla. Ostatnio rozmawialiśmy z Jowitą (naszą koordynatorką z PCPR-u) na temat umieszczenia go w Domu Pomocy Społecznej.
Ja wręcz zasugerowałem, czy warto na siłę poszukiwać rodziny zastępczej? Przecież chłopiec może ją skrzywdzić.
Zdaję sobie sprawę z tego, że mogło to mieć niewłaściwy wydźwięk. Ostatecznie to, że chłopak przerósł mnie (a nawet Majkę), nie oznacza, że nie istnieje rodzina, która potrafiłaby z nim świetnie funkcjonować. Uważam jednak, że musiałby to być ktoś, kto miał już kontakt z takimi dziećmi. Musiałby to być ktoś, kto zaakceptuje fakt, że chłopiec być może za dziesięć lat, nadal nie będzie znał dni tygodnia, albo miesięcy, czy pór roku. Ktoś, kto zaakceptuje możliwość, że chłopak w wieku 18 lat spakuje swój plecak i przeprowadzi się do mamy. Nie mam pojęcia jak Kapsel postrzega swoją mamę, ale tam jest zawsze jedzenie, które jest lekiem na wszystko, również dla dwumiesięcznej siostry chłopca. Powoli zaczyna do mnie docierać teoria, że jedzenie może być mamą.
Wszyscy uważają, że Kapsel nie powinien wrócić do mamy. Nawet na wczorajszych warsztatach, które przecież dotyczyły więzi, powrót do mamy jawił się jako coś, co nie powinno się zrealizować. W tej chwili Kapsel ma 8 lat, a funkcjonuje jak czterolatek. Przyjdzie jednak taki moment, gdy emocjonalnie stanie się 15-latkiem. Wówczas może być zagrożeniem przede wszystkim dla swojej siostry, ale również dla mamy i samego siebie.
Inna sprawa, że gdy oddamy go do DPS-u, to jego mama z pewnością się na nas obrazi. Ona nadal uważa, że chłopiec jest zupełnie normalny i powinien chodzić do zwyczajnej szkoły. Myślę też, że nas przerosło upośledzenie chłopca, a dokładniej to, że jest on z pogranicza – pewnego rodzaju koktajl głupoty i mądrości. Gdyby się spokojnie zastanowić, to chłopiec nie jest aż taki zły. Potrafi być posłuszny, tyle że co chwilę trzeba mu przypominać, jak ma się zachowywać. Do wścibstwa też pewnie można się przyzwyczaić. Ostatnio znalazł w łazience dwa pająki. Inne dziecko pewnie by je rozdeptało. Kapsel zaczął je chronić. Zamykał drzwi, żeby miały ciepło i nikomu nie pozwalał się do nich zbliżyć. Jestem przekonany, że w Domu Pomocy Społecznej, byłby wspaniałym pomocnikiem i opiekunem młodszych i słabszych. Mógłby też bez ograniczeń spotykać się z mamą. Niestety, chociaż rozumowo to ogarniam, to jednak sam fakt oddania dziecka do DPS-u, trochę mnie przeraża. Nie potrafię sobie wyobrazić dnia, w którym będziemy musieli go odwieźć do placówki. Tym bardziej, że chłopcu chyba podoba się mieszkanie z nami. Ostatnio w przedszkolu dzieci opowiadały kim chciałyby być w przyszłości. Jeden chciał być strażakiem, inny lekarzem, kolejny policjantem. A Kapsel? Byłem przekonany, że powiedział iż chce zostać koparką. Widocznie jakiś czas temu zmienił zdanie. Teraz chce zostać Ciocią Majką.

Opiszę jeszcze dwumiesięczną Plotkę. Sprawa wydawała się prosta. Niestety mama (mimo swojego upośledzenia w stopniu umiarkowanym) została już widocznie przez kogoś odpowiednio poinstruowana. Zdaje sobie sprawę z tego, że sąd najprawdopodobniej odbierze jej prawa rodzicielskie. Jednak już teraz zaznacza, że natychmiast odwoła się od wyroku, a jeżeli to nie pomoże, to pójdzie do mediów. Istnieje więc duże prawdopodobieństwo, że Plotka będzie kolejną Smerfetką. A przecież jej mama, przez cały czas bycia w ciąży, była pod opieką Pomocy Społecznej. Wszyscy od dawna wiedzą, że nie ma możliwości, aby Plotka z nią zamieszkała. Prawo chroni rodziców biologicznych, dając im szansę aby się naprawili. Zastanawiam się, dlaczego to samo prawo nie chroni dziecka, dając mu szansę na normalne życie.
Mama Plotki już doskonale wie, czego oczekuje od niej system. Nawet posługuje się pewną specyficzną terminologią. Ostatnio do nas zadzwoniła, że ma nowego partnera, który akceptuje jej córkę, i niedługo wyprowadzi się od mamy. Zwyczajna dwudziestoletnia dziewczyna powiedziałaby, że poznała chłopaka.
Problem w mojej ocenie polega na tym, że ten system określa pewne warunki konieczne, które muszą zostać spełnione i które w jakiś wymierny sposób da się zbadać (praca, mieszkanie). Jak jednak sprawdzić, czy mama zapewnia dziecku poczucie bezpieczeństwa w sensie emocjonalnym?
Majka na ostatnim zespole próbowała wytłumaczyć mamie, że miłość do dziecka, to niekoniecznie walka o jego odzyskanie. Czasami trzeba pozwolić mu odejść, aby stało się szczęśliwym człowiekiem. Nic nie dotarło. Jej wnioskiem końcowym było stwierdzenie: „będę walczyć”. Dowiozłem na to spotkanie dziewczynkę, aby mama mogła się z nią spotkać. W planach była godzina wspólnego pobytu. Spotkanie zostało zakończone po 15 minutach. Nie polała się ani jedna łza. Dla mamy najważniejsze było robienie zdjęć. Zupełnie zapominała, że dziewczynka nie trzyma jeszcze sama głowy, więc wokół niej stało troje osób, które tej głowy pilnowało. Na koniec stwierdziła, że Plotka chyba nie ma najlepiej w naszej rodzinie, bo ma zbyt duże rajstopy. Dobrze, że ubrałem dziewczynkę w rzeczy wcześniej przygotowane przez Majkę, bo gdybym sam wszystko wybierał z szafy, to dopiero by było.
Ostatnio po kąpieli założyłem Sasetce piżamkę i skarpetki. Przyjrzała im się przez dłuższą chwilę, po czym ze zdziwieniem stwierdziła: „obydwie takie same?”. A jednak wydaje mi się, że na obecnym etapie jestem dla niej najważniejszą osobą.

Piszę dzisiaj o trudnościach. Dotychczas skupiłem się tylko na problemach natury emocjonalnej. Wypada też wspomnieć o sprawach typowo fizycznych.
Maruda i Sasetka są pierwszymi naszymi „dziećmi wędrującymi”. Wychodzą w nocy ze swoich łóżeczek (Maruda sam jeszcze nie potrafi wyjść, więc krzyczy aby go wyciągnąć) i przychodzą do mojego łóżka. Umówiłem się z Sasetką, że może przyjść do mnie dopiero wówczas, gdy będzie jasno za oknem. Zmieniło się tylko tyle, że klepie mnie w środku nocy w ramię i zadaje pytanie: „wujek, jest już jasno?”. Czasami zdarza się to dwa, a nawet trzy razy w ciągu jednej nocy.
Czekam więc z niecierpliwością na rodziców adopcyjnych. Niech ich (tych rodziców) dzieci uszczęśliwiają swoją czułością. A mają w tym względzie ogromne potrzeby. Nad ranem czuję się jak orzełek ze złotówki, z przyklejonymi do obu ramion dziećmi. Do tego jestem symetrycznie podzielony na dwie strefy wpływów. Biada temu, który zarzuci mi rękę na szyję, przechodząc oś symetrii. Wszystko to powoduje, że mam „bezsenne noce, senne dnie”. Ostatnio, do Jeleniej Góry udało mi się dojechać na dwóch red-bullach... aby nie zasnąć. Trasy do stu kilometrów pokonuję na jednej puszcze.
Oczywiście trochę żartuję, jednak w takich przypadkach zastanawiam się nad pogotowiami rodzinnymi, które mają pod opieką czasami nawet dziesiątkę dzieci. Z jednej strony podziwiam takie rodziny (że dają radę), ale z drugiej zastanawiam się jak nad wszystkim panują (zwłaszcza w godzinach nocnych). Podejrzewam, że gdybym zostawił Sasetkę z Marudą w osobnym pokoju i do nich nie zaglądał, to w pewnym momencie doszliby do wniosku, że nie ma sensu krzyczeć i trzeba liczyć tylko na siebie. Ale czy o to chodzi?




środa, 14 marca 2018

--- Wespół w zespół.


Przed nami kolejne spotkanie mające na celu omówienie sytuacji przebywających u nas dzieci zastępczych. Tym razem będzie to ocena całej czwórki, do opisania której właśnie się przymierzam.
Wszystko zaczęło się kilka lat temu. Stwierdziłem, że skoro nie mogę pojawić się na takim spotkaniu zespołu, to opiszę moje spostrzeżenia. Majka nawet zastanawiała się, czy ma to przekazać zebranym osobom, czy tylko ma jej posłużyć jako pomoc w przedstawianiu naszego zdania. Okazało się, że pisane w kolejnych miesiącach opinie, nie tylko były dołączane do akt danego dziecka, ale również były przekazywane do ośrodka adopcyjnego. Stały się pierwszymi informacjami, z którymi mogli zapoznać się rodzice adopcyjni (jeszcze nie widząc dziecka). Doszedłem do wniosku, że powinienem tam opisywać to, czego nie uda się wyczytać w opiniach psychologów, ocenach medycznych, czy nawet raportach sporządzanych przez organizatora pieczy zastępczej. Opisuję więc rozmaite zachowania dzieci w różnych momentach ich życia. Wydaje mi się, że jest to ważne dla ich przyszłych rodziców. Są jednak rzeczy, które pozostawiam dla siebie. Mam świadomość tego, że opisy te przeczytają nie tylko rodzice danego dziecka (adopcyjni lub zastępczy), ale również rodzice biologiczni, którzy przychodzą na takie spotkania i często proszą nas o kopię tej oceny. Jest to też pewnego rodzaju opis naszych metod wychowawczych, z którymi mogą zapoznać się osoby oceniające naszą pracę w charakterze rodzica zastępczego. No i muszę mieć na względzie podstawowy cel pieczy zastępczej, więc przynajmniej w oficjalnych pismach pewne rzeczy przemilczam (chociaż może niesłusznie).

Siedzę więc i myślę, co chciałbym przekazać przyszłym rodzicom dzieci, które teraz mieszkają z nami.

Opis zacznę chyba od Sasetki i Marudy, rodzeństwa które najszybciej od nas odejdzie. Nie wiemy jednak dokąd. Tata dzieci cały czas deklaruje chęć zaopiekowania się nimi. Mam wrażenie, że facet zupełnie nie rozumie powagi sytuacji. Prawa rodzicielskie ma odebrane, decyzja sądu już się uprawomocniła, a on ciągle opowiada jak to będzie, gdy dzieci do niego wrócą. A może tylko mi się wydaje, że nie wie o czym mówi?
Do sądu wpłynął wniosek rodziny spokrewnionej z dziećmi, o ustanowienie jej rodziną zastępczą dla Sasetki i Marudy. Przypuszczalnie wiele osób przyklasnęłoby, gdyby sąd się do niego przychylił. Na dobrą sprawę, my też powinniśmy kibicować sędzinie, aby podjęła właśnie taką decyzję. W końcu celem pieczy zastępczej jest przywrócenie dzieci rodzicom biologicznym. Ale jej nie kibicujemy.
Tata po raz kolejny pogodził się z mamą, a potencjalna rodzina zastępcza jest bardzo blisko związana z mamą dzieci. Nietrudno przewidzieć co wydarzy się w przypadku realizacji takiego scenariusza.
Sasetka niemal każdej nocy przybiega do mojego łóżka i wtula się we mnie. Zdarza się też, że budzi mnie z krzykiem „wujek przytul!” Gdy obudzi się, będąc sama w pokoju, nie woła nikogo, ani też nie wychodzi (chociaż bez problemu potrafi nacisnąć klamkę). Kładzie się pod drzwiami i płacze. Nie wiem, czy są to lęki, które dla czterolatków nie są czymś niezwykłym, czy jakaś trauma z dzieciństwa? Podobno dzieci były zostawiane same w domu na wiele godzin... ale tylko podobno. Zastanawiam się, czy o tym wspomnieć, chociaż dla rodziców adopcyjnych byłaby to ważna informacja.
Chyba zbyt wcześnie zaczęliśmy z Sasetką rozmowy na temat nowej mamy. Od kilku dni nie daje nam spokoju. Ciągle dopytuje, kiedy po nią przyjdzie. Nawet Kapsel się w to wkręcił i też chce mieć nową mamę (po raz kolejny). Jednak o ile Kapsel chyba nie do końca wie o czym mówi, o tyle Sasetka doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że nowa mama, to zupełnie inna osoba niż stara mama. Ale o tym w moim opisie nie wspomnę.
Nie napiszę też o pewnym przypadku z Marudą, który mógłby uchodzić za przykład głodzenia dziecka. Przed podwieczorkiem, dzieci sprzątają swoje zabawki. Maruda nie dość, że nie pomagał Kapslowi i Sasetce, to jeszcze wyrzucał to co oni już posprzątali. Aby usiąść do stołu, musiał włożyć do kartonu pięć klocków, które rozrzucił. Nie zrobił tego, nie zjadł, a mimo wszystko mi zaimponował. Nie swoim uporem, ale zrozumieniem zasad. Podjął decyzję i pogodził się z jej konsekwencjami. Stał przy stole i patrzył jak inni jedzą. Nie płakał, nie wściekał się... Chociaż może o tym napiszę. Nie dodam tylko, że tego dnia podwieczorek był wyjątkowo późno i kolacja nie była już przewidziana. Chłopiec poszedł więc spać na głodniaka.

Nie napiszę też, że chciałbym aby Ploteczka jak najszybciej znalazła rodziców adopcyjnych, chociaż jest to moim marzeniem. Mama dziewczynki zaczęła odzywać się mniej więcej po dwóch tygodniach od umieszczenia małej w naszej rodzinie. Przyjdzie na posiedzenie zespołu, chce się tam spotkać z dziewczynką i zapowiada, że będzie o nią walczyć.
Wszyscy rodzice stosują tą samą terminologię: „będę walczyć”. Gdyby tak któryś powiedział: „uporządkuję swoje życie, wyjdę na prostą”.
Nie chcą tak zrobić, czy wiedzą, że jest to nierealne? Zdecydowanie łatwiej deklarować miłość i walkę o własne dziecko. I jak łatwo przekonać o swoich dobrych chęciach osoby patrzące na sprawę z boku.
W każdym takim przypadku zastanawiam się, jak wiele zależy od decyzji sędziego, a potem szeregu dalszych zbiegów okoliczności. O przyszłości dziecka mogą zadecydować jego (sędziego) wewnętrzne przekonania, albo popłynięcie z nurtem obowiązujących w danym momencie zasad.
Plotka może więc wrócić do swojej mamy. Gdy rozmawiamy z tą dziewczyną przez telefon, to jest nam jej szczerze żal. Mimo stwierdzonego upośledzenia umysłowego, mówi bardzo ładnie. Jest w swoich wypowiedziach logiczna i bardzo uczuciowa (w przeciwieństwie do wielu innych rodziców, z którymi mieliśmy kontakt). Nawet gdyby przyjąć, że jej rodzina będzie ją wspierać i Ploteczka zamieszka ze swoją mamą, to czeka ją podstawowe wykształcenie i prawdopodobnie ciągłe życie na zasiłkach. Tak funkcjonuje cała jej rodzina biologiczna. Dla nikogo nie jest ważna edukacja, nabycie jakichś kwalifikacji zawodowych... nikt nie przykłada wagi do odpowiedzialności za drugiego człowieka. Ale to byłaby jej rodzina. Póki co, w kolejkę po otrzymane becikowe, ustawiło się już kilku pożyczkobiorców. Tysiąc złotych to w takiej rodzinie sporo pieniędzy. Chociaż z jaką łatwością wydają 100 zł na fryzjera, albo 300 na buty.
Drugim rozwiązaniem jest adopcja. Rodzice zapewne postawią na rozwój, będą chcieli dać dziewczynce wszystko. Pewnym niebezpieczeństwem jest to, że przegną w drugą stronę. Dziecko nie musi umieć śpiewać, grać na fortepianie, być mistrzem sztuk walki, albo baletnicą. Nie musi znać pięciu języków obcych, jeździć konno, wygrywać konkursów matematycznych.
Kim będzie Plotka za dwadzieścia lat?

Zostaje mi jeszcze Kapsel. Nie wiem, czy cokolwiek o nim napiszę. Dla kogo miałbym to zrobić?
Adopcja już nie jest marzeniem, ale raczej należałoby ją sklasyfikować w kategorii ”cudu”. Rodzina zastępcza?
Prawdopodobnie zrobimy chłopcu diagnozę pod względem istnienia FAS. Będzie to pierwszy taki nasz przypadek. Nie spodziewamy się po tym badaniu niczego szczególnego. Dowiemy się najwyżej, co jest przyczyną jego zaburzeń. Ale jakie to ma znaczenie?
Pytaliśmy osoby, które pracują z chłopcem, czy świadomość istnienia FAS, w jakiś sposób wpłynęłaby na sposób pracy z nim? Nie byliśmy zaskoczeni odpowiedziami.
Ale zrobimy to badanie – game over.
Czasami mam wrażenie, że Kapsel cofa się w rozwoju, że rok temu był mądrzejszy. Chociaż pewnie wynika to z faktu, że mam do niego coraz mniej cierpliwości. Dzisiaj spędziłem popołudnie sam z całą czwórką. To było tylko kilka godzin, a czuję się bardziej wyczerpany, niż gdybym miał pod opieką szóstkę noworodków. Na szczęście Sasetka i Maruda trochę pomogli mi w okiełznaniu Kapsla. Mam świadomość tego, że niestety chłopak ma zły wpływ na młodszą dwójkę. Jak by nie było, jest dla nich „starszym bratem”, z którego wypada brać przykład. Bawiąc się zabawkami, chłopiec nagle zaczął nimi rzucać po pokoju. Nie rozrzucać, tylko rzucać na ściany, meble, sufit. Zwróciłem mu oczywiście uwagę. Zawiesił na mnie wzrok na kilkanaście sekund, po czym zaczął robić dalej to samo. Chwilę później wyszedłem do toalety... czasami trzeba. Zazwyczaj, gdy Kapsel się zorientuje, że nikt go nie kontroluje, to zaczyna biegać, skakać, krzyczeć. Tym razem było inaczej. Wracam, a tu cisza... coś nienormalnego. Rozglądam się dookoła, sprawdzam stan liczebny domowników – brakuje Furii. Kapsel ma absolutny zakaz wypuszczania psa do ogrodu. Pytam go:
  • Wiesz, że nie możesz wypuszczać psa przez taras?
  • Tak
  • To dlaczego to zrobiłeś?
  • Nie wiem
Na szczęście Furia jest łagodnym bokserem, i nawet gdyby udało jej się wyjść poza ogrodzenie, to nikomu nic nie zrobi. Ale równie dobrze mogłaby być niebezpiecznym rottweilerem. Czasami się zastanawiam, czego jeszcze nie przewidziałem.
Myślę też co będzie za kilka lat, gdy chłopak będzie już mieszkał ze swoją mamą (wydaje mi się, że jest to tylko kwestią czasu). Dziewczyna nie dostrzega praktycznie żadnych problemów. Myślę, że ma do nas żal, że chcemy umieścić chłopca w szkole specjalnej. Jej się wydaje, że przecież poradziłby sobie w normalnej szkole i zapewne do takiej by go posłała... a może nawet pośle, bo do września jeszcze sporo się może wydarzyć.
Po ostatniej rozprawie z pewnością nie mamy już u niej dobrych notowań. Majka poddała w wątpliwość kompetencje rodzicielskie mamy, opowiadając jak trudnym dzieckiem jest Kapsel. Sama, mimo ogromnej wiedzy i ciągłych szkoleń, często ma problemy z doborem odpowiednich metod w procesie wychowywania chłopca. Czy mama, która nie może sobie poradzić z samą sobą, temu podoła? Zapewne teraz myśli, że nie chcemy jej oddać dziecka, bo jest dla nas źródłem dochodu.
Gdybym ja był na tej rozprawie, to powiedziałbym, że podoła (w końcu wszystko do tego zmierza – po co przedłużać agonię). Przecież go kocha, dzwoni do niego, regularnie się z nim spotyka, daje mu jeść... no właśnie, daje mu jeść.
Wielu psychologów i pedagogów próbowało rozwiązać zagadkę Kapsla. Ostatnia teoria polega mniej więcej na tym, że chłopak w okresie niemowlęcym, gdy mama jeszcze z nim była i zaczęły nawiązywać się między nimi więzi, zaczął utożsamiać ją z jedzeniem. Przytulała go i jednocześnie karmiła. Później mama zniknęła, a jedzenie pozostało. W świadomości chłopca pojawiło się bardzo proste przełożenie – mama i jedzenie to jest to samo. W tej chwili będzie mu dobrze wszędzie tam, gdzie jest pod dostatkiem jedzenia, bo ono tak naprawdę jest jego mamą. Ciekawa koncepcja. Na ile prawdziwa?

Oto przedpremierowa ocena naszych dzieci:

Sasetka (4 lata)


Ocena rozwoju dziecka na podstawie obserwacji opiekunów.

Dziewczynka nadal jest trochę nieśmiała i czasami wraca do dawnego przyzwyczajenia, gdy w sytuacji zażenowania, zaczynała się uśmiechać. Bywa to jednak bardzo rzadko, a większość uśmiechów wypływa już tylko z jej pogodnego charakteru.
Być może ta jej nieśmiałość powodowała, że wydawało nam się, iż ma pewne zaległości do nadrobienia w stosunku do rówieśników. Staraliśmy się więc ją aktywizować w rozmaitych sferach życia, co dziewczynce bardzo przypadło do gustu. Lubi nie tylko rozwiązywać zadania z książeczek dla czterolatków, wykonywać prace plastyczne, ale również pomagać w codziennych obowiązkach domowych (znoszenie naczyń ze stołu, przygotowywanie rzeczy do prania itp.). Ostatnie badania psychologiczne potwierdziły, że nieco poniżej normy jest tylko w dziedzinie mowy. Chociaż biorąc pod uwagę stan sprzed pół roku (gdy wypowiadała tylko kilka prostych słów), nastąpił ogromny postęp. Dziewczynka zna w tej chwili bardzo dużo wyrazów (myślę, że nawet kilkaset), jednak ma problemy z odmianą przez przypadki i odróżnianiem rodzaju żeńskiego od męskiego. Do tego łącząc je w zdanie, często pomija pierwszy człon danego słowa. Nie mówi „byłam w przedszkolu”, ale „byłam w szkolu”. W związku z powyższym, uczęszcza na zajęcia z logopedą – mawia „idę do pedy”.
Mimo odebrania praw rodzicom biologicznym, Sasetka rozmawia ze swoim tatą przez telefon (mniej więcej raz w tygodniu), i doszło nawet do jednego spotkania z nim. Ma świadomość kim on dla niej jest, jednak nie tęskni do spotkań i rozmów z tatą, i nie przekłada się to w żaden sposób na jej zachowanie. Mama się nie odzywa. Dziewczynka jej nie wspomina
,
Wykaz umiejętności dziecka:

  • Sasetka bardzo lubi wszelkiego rodzaju aktywność fizyczną, łącznie z ekstremalnymi figurami gimnastycznymi. Jest duża szansa, że w przyszłości nie będzie prosiła rodziców o zwalnianie z zajęć wychowania fizycznego.
  • Jest bardzo samodzielna. Potrafi korzystać z toalety, sama się ubiera i rozbiera, myje zęby, a nawet potrafi się wykąpać. Do nas opiekunów należą tylko elementy wykończeniowe np. zapięcie guzików, zasznurowanie butów, umycie włosów.
  • Dostrzega i klasyfikuje emocje. Odróżnia dobro od zła, zna poczucie winy i wstydu. Często zdarza jej się strzelać tak zwanego „focha”. Mówimy do niej wówczas „co masz taką minę?”. Jest świetnym obserwatorem. Bywa, że czasami odgryza nam się w podobny sposób, mówiąc „miny robisz?”.
  • Jest bardzo opiekuńcza w stosunku do młodszych dzieci i… osób w podeszłym wieku (myślę tutaj o sobie). Gdy w weekendowy dzień próbujemy trochę dłużej pospać i dzieci przychodzą do naszego łóżka, to Sasetka bardzo dba o mój sen. Głaszcze mnie po twarzy i pilnuje, aby Maruda nie klepał mnie po głowie (co bardzo lubi robić). Niestety jest przy tym tak głośna, że spać i tak się nie daje – ale liczą się chęci.
  • Jest dość nietypowa jak na czterolatkę. Nie wpada w szał, nie miewa ataków nieuzasadnionej złości. Jest bardzo karna, wie co jest dozwolone a co nie, i nie stara się testować naszej cierpliwości. „Zakazany owoc” nie jest dla niej obiektem pożądania, który uzasadniałby bunt. Jest bardzo przewidywalna, nawet w kwestii tych fochów.
  • Mimo, że mowa nie jest mocną stroną Sasetki, to rozumie polecenia, nawet bardzo złożone, kilkustopniowe. Dla przykładu, zdanie „odłóż talerz, umyj buzię i przynieś szczotkę do włosów”, wcale jej nie przerasta. Ale bywają też momenty zawieszenia, gdy krótkie, dwuwyrazowe zdanie trzeba powtórzyć kilka razy.
  • Dziewczynka jest bardzo sprawna manualnie. Ładnie rysuje, precyzyjnie koloruje, wycina, nakleja. Jeszcze do niedawna nie potrafiła bawić się sama. Teraz zdarza się, że odchodzi od grupy dzieci (a dokładniej od szalonego siedmioletniego Kapsla i nie mniej szalonego jej dwuletniego brata), bierze jakąś kolorowankę i oddaje się zajęciom intelektualnym.
  • Nauczyła się rozróżniać kolory, kształty, faktury i smaki. W kwestii kolorów, to być może niedługo będzie lepsza ode mnie, bo aktualnie uczy się jak wygląda bordowy i granatowy. Jak dojdzie do błękitnego, chabrowego, lazurowego, kobaltowego, indygo... to będę musiał uznać jej wyższość. Gdy je jakąś potrawę, to potrafi określić, czy jest ona słodka, czy kwaśna, a nie tylko dobra lub nie. Rozumie też formę czasu przeszłego, teraźniejszego i przyszłego. Wprawdzie słowa jej się czasami mylą, ale wie, czy to już było, czy dopiero będzie. Mały-duży, góra-dół, przód-tył – to już są pojęcia oczywiste.
  • Ładnie śpi (długo i zasypia bez problemów), kiepsko je (chociaż pozytywne jest to, że lubi owoce i warzywa). Jednak wachlarz potraw, które jej smakują, staje się coraz szerszy. Gdy do nas przyszła, smakował jej tylko chleb, ziemniaki i banany.
  • Od jakiegoś czasu zaczęła dostrzegać różnice płci (w sensie fizycznym). Ponieważ siedmiolatek dużo bardziej ją fascynował niż dwulatek, staramy się pilnować, aby ten pierwszy nie biegał z gołym dupskiem po domu (co mu się wcześniej zdarzało).
  • Sasetka miewa jakieś koszmary senne. Czasami krzyczy i woła nas na pomoc. Bywa również, że cichutko przychodzi do naszego łóżka. Są więc przypadki, gdy jestem budzony słowami „wujek przytul”, albo zwyczajnie budzę się z dodatkową dziewczyną u boku. Był też okres, gdy opowiadała o jakiejś pani za oknem. Mówiła tak realistycznie, że aż sam zacząłem się bać. Mieliśmy kiedyś podglądacza w ogrodzie, ale to było wiele lat temu. Na szczęście nie wpływa to na zasypianie. Tutaj liczy się ciąg elementów, które muszą się wydarzyć tuż przed snem. Ważna jest nie tylko kolejność wykonywanych czynności (podawanie witamin, leków, mycie zębów), ale również pewne zwroty, powtarzające się każdego dnia. Sasetka jest kąpana pierwsza, później Maruda. Gdy ona leży w swoim łóżku, a jej brat wychodzi z wanny, zawsze zadaje pytania „wychodzicie?”, „ubieracie się?”. Odpowiedź twierdząca bardzo ją uspokaja. Chyba nie byłaby gotowa na spanie w osobnym pokoju. Wystarczy jej jednak za ochronę – dwulatek. Gdy czasami dłużej rano pośpi i jest już w pokoju sama, to po przebudzeniu nie wychodzi (chociaż potrafi nacisnąć klamkę), tylko kładzie się pod drzwiami i płacze. Jakieś koszmary z przeszłości?

Gdybym miał dziewczynkę podsumować jednym zdaniem, to powiedziałbym, że takiego czterolatka życzyłbym wszystkim rodzicom.


Maruda (2,5 roku)

Ocena rozwoju dziecka na podstawie obserwacji opiekunów.

Maruda jest typowym dwulatkiem. Pewne opóźnienie występuje tylko w zakresie mowy, jednak widać bardzo duże postępy, w porównaniu do tego, co było jeszcze kilka, czy kilkanaście tygodni temu.
Chłopiec nie ma zupełnie świadomości, jaka jest jego rola w naszej rodzinie. Nie ma się zresztą czemu dziwić, ponieważ jego czteroletnia siostra, mimo że ma świadomość istnienia mamy i taty (biologicznych), nie dopytuje w jakim celu się u nas znalazła. Dla Marudy to my jesteśmy mamą i tatą. Zaczął nawet mówić do mnie jakiś czas temu „tata”. Starałem się mu wytłumaczyć, że nie jestem tatą, tylko wujkiem. Chyba coś z tego zrozumiał, bo zaczął mówić do mnie „ej”. Aktualnie na mnie (czyli tatę zastępczego) mówi „tośta”, a na mamę zastępczą „taśta”. Trzeba się jednak bardzo wsłuchać, aby dostrzec różnicę. Od dwóch dni mówi do mnie również „bysiek”, ale nie wiem, czy powinienem się z tego powodu cieszyć.

Wykaz umiejętności dziecka:

  • Chłopiec bardzo lubi zajęcia manualne: lepienie z plasteliny, rysowanie, budowanie rozmaitych konstrukcji. Jeżeli chodzi o rysunki, to są to jeszcze bazgroły, głównie linie proste, ale czasami uda mu się narysować jakieś koślawe kółko. W budowaniu z klocków jest mistrzem. Potrafi tworzyć bardzo rozbudowane formy przestrzenne. Równie rewelacyjny jest w układaniu puzzli. Nie stanowią dla niego problemu nawet obrazki kilkudziesięcioelementowe, tyle tylko, że układanie polega na dopasowywaniu odpowiednich elementów, a nie uzyskaniu końcowego widoku. Równie dobrze mógłby je układać od „lewej strony”.
  • Ponieważ mało mówi, nie do końca wiemy, czy rozróżnia kolory. Jednak często potrafi wskazać na obrazku dwa przedmioty o tej samej barwie.
  • Dużo rozumie i chętnie wykonuje polecenia. Wie, co oznaczają pojęcia: wysoko, nisko, obok, nad, pod. Potrafi pokazać, która piłka jest duża, a która mała. Trochę gorzej z określeniem co jest dłuższe, a co krótsze. Mimo, że nie nazywa zwierząt, to potrafi je pokazać na obrazku. Chociaż w zasadzie je nazywa, tyle że każde to „łoś', „eś”, albo „oś”. Zdaniem psychologa, nie jest to jeszcze powodem do zmartwień.
  • Chłopiec doskonale potrafi przewidzieć skutek swojego zachowania, i co najważniejsze – go zaakceptować. Niedawno miała miejsce sytuacja, kiedy nie chciał pomagać innym dzieciom przy sprzątaniu zabawek, a do tego jeszcze wyrzucał z pudełek to, co one posprzątały. Na końcu pozostało tylko pięć klocków, które trzeba było wrzucić do kartonu. Okazało się, że niewinnie brzmiące zdanie: „usiądziesz do podwieczorku, dopiero jak posprzątasz te klocki”, urosło do rangi nie lada problemu. Maruda się uparł, a my musieliśmy być konsekwentni. Chyba każdy żałował podjętej decyzji. Chłopiec stał przy stoliku i patrzył jak pozostałe dzieci jedzą. Nie płakał. Zmierzył się z konsekwencjami podjętej decyzji, jak przystało na prawdziwego mężczyznę. Nawet mi tym zaimponował. Mam nadzieję, że wyciągnął z tej lekcji jakieś wnioski, bo my na pewno tak.
  • Staramy się dawać naszym dzieciom dużo swobody (nawet dwulatkom), o ile przestrzegane są normy współżycia w grupie. Ja być może idę zbyt daleko w swoich poglądach, ponieważ nie interweniuję w wewnętrzne spory dzieci, dopóki „krew się nie leje”. Jednak pozwala mi to wyciągnąć wniosek, że w grupie złożonej z dwu, cztero i siedmiolatka, ten pierwszy niekoniecznie musi być najsłabszym ogniwem. Gdy trzeba, przychodzimy dzieciom z pomocą, gdy trzeba sprawiedliwie rozstrzygamy spory. Większość zabawek mamy w kilku egzemplarzach, aby w jak największym zakresie zmniejszać prawdopodobieństwo wystąpienia konfliktów. Niestety nie eliminuje to kłótni o właśnie ten koc do przykrycia, albo ten samochodzik, albo to konkretne krzesło (chociaż drugie różni się tylko kolorem). W takim przypadku Maruda nie ma możliwości podjęcia decyzji, więc tym samym nie godzi się z tym co następuje później. No i rozpoczyna się „jazda”. Jeszcze do niedawna rzucał się na podłogę, kopał nogami, a nawet sam siebie bił po twarzy. W którymś momencie doszedł chyba do wniosku, że jest to trochę bolesne, więc zauważyliśmy, że chowa się za fotelem, wrzeszczy i klaszcze w dłonie. Odgłos był dokładnie taki sam. W tej chwili tylko krzyczy. Aby nikt tego nie przeoczył, przychodzi w centralny punkt pokoju, gdzie są wszyscy. Potrafi tak się wydzierać nawet kilkanaście minut i w tym czasie nie docierają do niego żadne argumenty. Jakiś czas temu, postanowiliśmy zastosować trochę kontrowersyjną metodę „karnego jeżyka”. Trudno mi powiedzieć, czy chłopiec nie traktuje tego jako „odstawienia do kąta” (czyli pewnej formy kary), chociaż w założeniu ma to służyć wyciszeniu się i w żaden sposób nie jest to związane z takim, czy innym przewinieniem (tym bardziej, że Maruda najczęściej już nie pamięta o co poszło). Po trzech-czterech wyniesieniach w to samo miejsce, nagle chłopiec się uspokaja. Cała operacja trwa jakieś 2-3 minuty. Wszyscy zyskują więc przynajmniej 10 minut spokoju.
  • Emocjonalnie chłopak jest chyba w normie rozwojowej. Wie co to radość, gniew, zazdrość. Obcym wydaje się być uczucie strachu i wstydu. Nie za bardzo odróżnia też dobro od zła. Potrafi kogoś ugryźć, kopnąć albo uderzyć. Jest nastawiony na efekt. Jeżeli się przed takimi zachowaniami powstrzymuje, to raczej dlatego, aby nas zadowolić. Ogólnie jest bardzo głośny i impulsywny. Nigdy nie wiadomo, co go nagle zainteresuje. A może to być wszystko: widok bagietki, wyciągniętej z pudła zabawki, a nawet reklama Red Bull-a. Wykrzykuje wówczas wszystkie słowa jakie zna: ej, oj, łoś, eść i tym podobne.
  • Również fizycznie jest bardzo sprawny i aktywny. Na spacerze potrafi przemaszerować nawet 4 kilometry. Od kilku tygodni przestał spać w południe, jednak nadal potrzebuje kilku chwil na regenerację. Potrafi przysnąć w najmniej oczekiwanym momencie. Przy układaniu puzzli to jeszcze rozumiem, ale dlaczego w trakcie jedzenia?
  • Jak na dwulatka, jest bardzo samodzielny. Potrafi sam się umyć, najeść, a nawet do pewnego momentu ubrać. Gdy ma trudności z nakłuciem jakiegoś kęsa jedzenia, to zwyczajnie nakłada go sobie ręką na widelec, a dalej już pełna kultura. Po zjedzeniu odnosi brudne naczynia i udaje się do toalety.
  • Gorzej wygląda umiejętność korzystania z nocnika. Chłopiec cały czas ma zakładane pieluchy. Myślę jednak, że jeżeli poświęci mu się w tym zakresie trochę więcej uwagi, to bardzo szybko przestawi się na nocnik. W tej chwili nie sygnalizuje swoich potrzeb, chociaż doskonale wie do czego nocnik służy. Łapiemy więc kupę, gdy zauważamy, że szuka sobie kąta do jej zrobienia. Czasami się uda, czasami nie. Gorzej z robieniem „siku”. Gdy spostrzeżemy, że się otrząsnął, to już jest „po zawodach”. Jednak nadchodząca wiosna będzie doskonałą okazją, aby mu pokazać jak mało przyjemne jest robienie siku w spodnie.
Rozstanie z nami może być dla chłopca trudne, o ile nie zostanie rozłożone w czasie. Jak zawsze mam nadzieję, że nowa rodzina (nawet gdyby była to rodzina biologiczna) to zrozumie i uszanuje.





Plotka (7 tygodni)

Ocena rozwoju dziecka na podstawie obserwacji opiekunów.

Plotkę odebraliśmy ze szpitala w szóstej dobie jej życia.
Dotychczasowe badania i obserwacja wskazują, że dziewczynka jest zupełnie zdrowym i prawidłowo rozwijającym się noworodkiem.
Jesteśmy po konsultacjach z lekarzem rodzinnym, badaniach w poradni preluksacyjnej (kontrola bioder) i badaniach przez fizjoterapeutkę dziecięcą. Wszystko jest prawidłowe. Bioderka są bez zarzutu, jest symetryczna i przekracza linię środka. Cokolwiek to znaczy, jest to poprawne.
Jedyną rzeczą, na którą musimy zwrócić uwagę, to podejrzenie wystąpienia alergii pokarmowej. Ma nieco szorstką cerę na buzi i jeżeli będzie się to utrzymywało jeszcze przez jakiś czas, to zmienimy podawane mleko na bezbiałkowe.
Dziewczynka jest bardzo zgrabna, chociaż miała dość dużą masę urodzeniową. Jak na niemowlaka, jest też bardzo ładna. Do tego jest też silna – po miesiącu potrafiła już podnosić głowę (leżąc na brzuchu) i utrzymać ją przez kilka sekund. Od tygodnia się uśmiecha. Trzeba się jednak do niej zbliżyć na odległość około 30 cm (ponieważ zmysł wzroku dopiero się rozwija), a najlepiej dużo mówić i głaskać po twarzy i rączkach.
Bardzo lubi się kąpać. Jest grzeczna i nie płacze (najwyżej chwilę przy wyjmowaniu z wody). Kąpiemy Ploteczkę codziennie, ponieważ jest to sygnał, że zaczyna się noc. I faktycznie dziewczynka potrafi przespać bez przerwy nawet osiem godzin.
Inne dłuższe drzemki mają miejsce podczas spacerów, na które wychodzimy codziennie (nawet przy lekkich mrozach).
Jest dość odporna na rozmaite hałasy, zwłaszcza krzyki innych dzieci, razem z nami mieszkających.
Staramy się jak najlepiej zastępować jej rodzinę. W tej chwili najważniejszą rzeczą jest zapewnianie bliskiego kontaktu. W zasadzie można tak zawiązać butelkę z mlekiem, że nawet noworodek naje się sam. Gdy Plotka jest już bardzo głodna, a trzeba jeszcze zrobić coś pilnego (na przykład interweniować, gdy innemu dziecku dzieje się krzywda), to na kilka minut też stosujemy ten manewr. Jest to jednak sytuacja wyjątkowa, bo widzimy, że gdy do niej podejdziemy i zbliżymy się tak, aby mogła nas zobaczyć, to wyraźnie się ożywia. Z kolei, gdy dostanie jeden palec do przytrzymania, a drugi delikatnie muska ją po policzku, to przymyka oczy i odpływa w błogi sen. Podobno dziecko rodzi się z w pełni wykształconym zmysłem węchu i już w szóstym dniu życia potrafi rozpoznać w ten sposób mamę.
Mamy nadzieję, że Ploteczka nie będzie musiała spędzić u nas dwóch lat (jak to już bywało). Jest fantastycznym dzieckiem, ale jej miejsce jest gdzie indziej.




Kapsel (7,5 roku)

Ocena rozwoju dziecka na podstawie obserwacji opiekunów.

Sytuacja Kapsla zmieniła się o tyle, że mama złożyła do sądu wniosek o przywrócenie praw rodzicielskich, odbyła się pierwsza rozprawa i aktualnie czekamy na badanie więzi w OZSS.
Poszukiwania rodziny adopcyjnej zostały wstrzymane.
Prawdopodobnie chłopiec pozostanie jeszcze z nami jakiś czas, więc rozpoczęliśmy starania o umieszczenie go (od przyszłego roku szkolnego), w szkole specjalnej.


  • Kapsel spotyka się ze swoją mamą i rozmawia z nią przez telefon. Niestety powoduje to, że jest rozbity emocjonalnie. Nie ma dnia, aby panie w przedszkolu się na niego nie żaliły. Psoci (niedawno rozwinął cały papier w toalecie), nie przestrzega zasad (wszedł do kuchni i kopiąc w drzwi, uderzył panią kucharkę), przeszkadza na zajęciach (na angielskim wchodzi na rury z centralnym ogrzewaniem, a na rytmice skacze i biega po sali). Jednak może to oznaczać, że mama jest dla niego ważna i konieczność przebywania w obcej rodzinie powoduje tęsknotę i nieradzenie sobie z sobą samym. W tej chwili, dla chłopca ważne jest tylko to, co powiedziała mama. Jednak dość duże prawdopodobieństwo powrotu do domu rodzinnego powoduje, że w żadnej mierze nie będziemy starali się ograniczać tych kontaktów.
  • Chłopiec przebywając w naszej rodzinie nauczył się pewnych zasad (choćby tego, że po przebudzeniu bawi się w swoim pokoju, nie chodzi po całym domu i nie budzi wszystkich domowników). Lubi pomagać i sprawia mu to dużą przyjemność. Świetnie sprawdza się w roli kierownika od spraw porządkowych, angażując też inne, mieszkające z nami dzieci.
  • Rozwój w zakresie intelektualnym i poznawczym, jest coraz wolniejszy. Nie jest to tylko nasze zdanie, ale również innych osób pracujących z Kapslem (logopedy, nauczyciela z integracji sensorycznej, pedagoga wspomagającego w przedszkolu). Chłopiec nadal nie zdołał nauczyć się nazw miesięcy, a nawet myli kolejność dni tygodnia. Potrafi policzyć do dziesięciu i rozpoznaje podstawowe kolory. Nie potrafi skupić uwagi na tym co się do niego mówi. Musimy używać prostych poleceń, a i tak często jego rozbiegany wzrok świadczy o tym, że nie do końca rozumie o co nam chodzi. Rozwiązuje zadania na poziomie dziecka czteroletniego. Czytanie i pisanie jest tylko w sferze marzeń. Potrafi przeczytać tylko literkę „K”, na którą rozpoczyna się jego imię. Spieramy się, czy umie ją zapisać, ponieważ zawsze jest to lustrzane odbicie. Znaną mu cyfrą jest 1 i potrafi ją narysować. Jednak cyfra 7, która niewiele różni się od jedynki, już go przerasta.
  • Opiekowanie się Kapslem jest bardzo absorbujące. Chłopiec funkcjonuje na zasadzie nakazów i zakazów, a myślenie przyczynowo-skutkowe jest poza jego zasięgiem. Ostatnio zrobiłem dzieciom jajecznicę. Podając ostrzegłem, że jest jeszcze gorąca i mają uważać, aby się nie oparzyć. Upewniłem się, czy wszyscy usłyszeli. Czterolatka zrozumiała, dwulatek również. Kapsel władował sobie do buzi pełną łyżkę i oczywiście się oparzył, wypluwając wszystko na talerz. Niestety opiekując się chłopcem, należy mieć świadomość, że cały czas trzeba myśleć za niego. Przynajmniej na obecnym etapie.
  • Dużym plusem Kapsla jest to, że nigdy nie robi nikomu krzywdy w sposób świadomy. Jeżeli do tego dochodzi, to wyłącznie dlatego, że nie pomyślał.

niedziela, 25 lutego 2018

--- Powroty cz.1 - ZWROTKI


Komentarz pod ostatnim wpisem, skłonił mnie do rozważenia tematu powrotów, dotyczących dzieci, które znalazły się w nie swojej rodzinie. Z rodziny zastępczej dziecko może wrócić. Może również wrócić z rodziny adopcyjnej. Następnym razem opiszę moje postrzeganie powrotu do rodziny biologicznej. Mogę tylko nadmienić, że w mojej ocenie, teoria rozjeżdża się z praktyką... i to bardzo.
Dzisiaj postaram się przedstawić możliwość powrotu donikąd.
Zwrotki, to potoczne określenie dzieci, które będąc już w rodzinie adopcyjnej, albo zastępczej, ponownie znajdują się „na bruku”. Znowu wracają do systemu, który będzie się starał znaleźć kolejną rodzinę, wymazać poczucie straty, odrzucenia – chociaż wszyscy wiedzą, że nie jest to możliwe, a przynajmniej nie do końca.

Niektórzy zapewne się zastanawiają, jak to możliwe? Być może dla nich, w przypadku rodziców zastępczych, na których cały czas kładzie się cieniem fakt pobierania pieniędzy na utrzymanie dziecka, jest to w jakiejś mierze zrozumiałe. Ale jak to jest możliwe w przypadku rodziców adopcyjnych, którzy często latami wyczekiwali tej wymarzonej córeczki, albo synka?

Zacznę może od statystyki. W latach od 2010 do połowy 2017, wystąpiło 507 rezygnacji z adopcji, skutkujących powrotem dziecka do placówki lub rodzinnej pieczy zastępczej. W tym czasie miały miejsce 29164 sprawy o przysposobienie, które skutecznie umieściły dziecko w rodzinie adopcyjnej. Jest to więc mniej niż 2% przypadków „zwrotek”. Zapewne można się sprzeczać, czy to dużo, czy mało. Dla porównania, we Francji jest to około 4%, w Niemczech i USA – 12%, a w Szwajcarii nawet 20%. Chciałbym wierzyć, że (w przypadku Polski) jest to wynikiem dobrego systemu szkoleń i doboru właściwych rodziców do danego dziecka. Może też być jednak tak, że dużą rolę odgrywa poczucie wstydu przed rodziną i otoczeniem, lęk przed oceną, przed posądzeniem o niekompetencję, wreszcie uczucie zwyczajnej przyzwoitości, że przecież tak się nie godzi. W wielu przypadkach występuje poczucie porażki i żalu, chociaż do rozwiązania adopcji nie dochodzi. Dlaczego takie sytuacje mogą mieć miejsce?
Adopcja to połączenie dwóch żywiołów. Każda ze stron wnosi własną historię i oczekiwania. Dziecko często ma za sobą doświadczenia rozmaitych nadużyć – przemocy, zaniedbania. Ma poczucie braku miłości i bezpieczeństwa, ma świadomość, że było odrzucone (często wiele razy). Druga strona zapewne chce być mądrym i kochającym rodzicem. Jednak bywa, że jeszcze nie do końca godzi się z własną historią (związaną z niemożnością posiadania swoich dzieci), a już musi się zmierzyć z zupełnie innymi oczekiwaniami dziecka. Zaczyna pojawiać się frustracja, złość, a nawet agresja. Pewnie trochę teoretyzuję, chociaż za chwilę spróbuję odnieść do tej sytuacji moje relacje z Kapslem.

Jednak skoro już podjąłem ten temat, to przedstawię jeszcze trochę teorii.
Rozwiązanie adopcji może mieć miejsce tylko w przypadku adopcji pełnej lub niepełnej (czyli takiej, jakich większość w naszym kraju). Przy adopcji całkowitej, w której rodzice biologiczni wyrazili przed sądem zgodę na adopcję bez wskazania osoby przysposabiającego, nie jest to możliwe. Chociaż z drugiej strony, każdy może złożyć do sądu wniosek o ograniczenie lub odebranie praw rodzicielskich samemu sobie. Jestem zagrożeniem dla swojego dziecka i nie potrafię sprawować nad nim właściwej opieki. Można tak powiedzieć? Pewnie tak. Tyle tylko, że konsekwencje są nieco inne.
Jednak tak samo, jak o przysposobieniu decyduje sąd, tak samo decyduje on o jego zrzeczeniu się. Nie można rozwiązać adopcji, gdy ucierpi na tym dobro dziecka. Najczęstszym powodem jest więc rozkład więzi rodzinnych, a nawet to, że nigdy nie zostały one nawiązane. Uważam, że w takim przypadku można mówić o tragedii obu stron. Niedawno Rzecznik Praw Dziecka zlecił badanie procesu rozwiązania adopcji owych (wspomnianych wyżej) 507 dzieci. Zarzutami był niski procent sytuacji, w których zostałby ustanowiony kurator, reprezentujący stronę dziecka. Tylko w wyjątkowych sytuacjach sąd wysłuchiwał zdania małoletniego. Rzadko dochodziło do wydawania opinii przez OZSS (tak zwane badanie więzi). Rzadko też miało miejsce korzystanie z mediacji.
Myślę sobie, że rodzice decydujący się na rozwiązanie adopcji, muszą być bardzo zdesperowani. I myślę też, iż najczęściej sprawa jest tak oczywista, że powoływanie biegłych i prowadzenie jakichkolwiek mediacji nie ma większego sensu.
Oto kilka wypowiedzi rodziców, których adopcja przerosła, którzy oczekiwali czegoś więcej, a mimo to nie decydują się na oddanie dziecka:

Adoptowaliśmy z żoną chłopca 4-ro letniego 3 lata temu i w tej chwili nasze życie emocjonalne jest w kompletnej rozsypce.
Nie udało nam się pokochać tego dziecka i jesteśmy pewni że to się już nie uda. Nie wiem jak do tego mogło dojść, gdyż nigdy bym nie przypuszczał, że nie jestem w stanie pokochać cudzego dziecka.”

Ja, niestety, również przeszłam przez psychiatrę, stany depresyjne, leki oraz terapie u psychologa, którą nadal kontynuuję, ale mogę szczerze powiedzieć, że po adopcji córki, a mija już 3 lata od tego dnia, gdy u nas zamieszkała, z całego serca żałuję tej decyzji i nigdy bym jej nie podjęła ponownie. Córka ma prawie 5 lat, przyszła do nas, gdy miała 2 lata. Cierpi na dziecięce porażenie mózgowe, wygląda na zewnątrz na wspaniałe dziecko, wesołe, o pięknej buzi, kręconych loczkach, bardzo gadatliwe i elokwentne. Niestety u nas w domu, za drzwiami mieszkania trwa koszmar.”

Czuję się nikim, czuję, że zmarnowałam swoje życie, małżeństwo, rodzina mnie obwinia, że widać, że dziecko ode mnie ucieka (…) Obecnie jest tak, że boję się własnego dziecka, jest dla mnie nieprzewidywalne - nie wiem, jak się zachowa.”

Przechodząc od tematu uwielbienia nas jako nadludzi do pogardy, jak można było przyjąć "obce dziecko" należy się skupić na nas, rodzicach adopcyjnych.
Uważam, że rodzic adopcyjny ma prawo się mylić, popełniać błędy, złościć się i załamywać, ma prawo mieć dość i nawet powiem wprost poddać się!”


Co (w mojej ocenie) można ulepszyć w procesie przygotowywania rodziców do adopcji?
Samo szkolenie przekazuje podstawowe informacje, zwraca uwagę na problemy, które mogą się pojawić. Ważne są osoby. Zarówno te, które przekazują wiedzę, jak również te, które chcą z niej skorzystać. Trenerki prowadzące szkolenia, często mają dużą wiedzę teoretyczną, ale niekoniecznie praktyczną. Bywa, że patrzą na sprawę przysposobienia tylko z punktu widzenia zabezpieczenia dziecka. Szukają dla niego najlepszych rodziców, niekoniecznie rozumiejąc ich problemy. Z kolei rodzice niekiedy wychodzą z założenia, że tak właśnie jest zawsze, więc niczego więcej nie oczekują. Wprawdzie szkolenia dla rodziców adopcyjnych i zastępczych trochę się różnią, to podejście jest często bardzo podobne. Ja z Majką wynieśliśmy z naszego szkolenia całkiem sporo, chociaż okazało się to tylko wstępem do dalszych poszukiwań i przemyśleń. Ale były też rodziny, które uważały je (to szkolenie) za stratę czasu. „Zakuć, zdać, zapomnieć – a ja i tak wiem lepiej” - można i tak.

Uważam, że zmiany należałoby rozpocząć od samego dołu, od takich rodzin zastępczych jak Majka i ja. My nie jesteśmy tylko od tego, aby zaopiekować się dziećmi, aby być dla nich rodziną, nauczyć ich nawiązywania więzi, dbać o ich rozwój fizyczny, psychiczny, intelektualny. Naszym obowiązkiem jest dbanie o ich zdrowie, wykonywanie wszelkich zaleconych badań, szczepień... ale chyba nie tylko to.
Gdy kupuję samochód, ważna jest dla mnie jego historia. Co i kiedy było wymieniane, na co trzeba zwracać uwagę, co może mnie w nim zaskoczyć.
Panie, o co panu chodzi, samochód jest na chodzie, ma badania techniczne.”. Mniej więcej tak odbierane są rodziny zastępcze... i chyba nie do końca jest to stereotyp nie mający nic wspólnego z rzeczywistością. Niestety często rodzice adopcyjni zwyczajnie „odbierają dziecko”. Ich wiedza opiera się na kilku kartkach suchych informacji – głównie medycznych. Nie istnieje proces zapoznawania się z dzieckiem, bo nikomu na tym nie zależy. Bywa więc, że adopcja jest pewnego rodzaju kupowaniem kota w worku.

Istnieje sporo małych i zdrowych dzieci przeznaczanych do adopcji. Są jednak maluchy z rozmaitymi deficytami, jak również dzieci starsze. Ośrodki Adopcyjne czasami proponują rodzicom poszerzenie swoich widełek adopcyjnych (dotyczących wieku lub możliwych zaburzeń). Niewątpliwie przyspiesza to cały proces przysposobienia. Czy jest to poprzedzone jakąś analizą psychologiczną? Wreszcie, czy rodzice czekający miesiącami, sami nie weryfikują swoich oczekiwań co do dziecka?
Albo taki nasz ośrodek – zadaje pytanie tylko o płeć i wiek dziecka. Te zdrowe i z niewielkimi deficytami idą do pierwszej rodziny. Pozostałe są proponowane kolejnym.
Jak ma się zachować rodzina, której przedstawiane jest trzecie, czwarte, piąte dziecko, ale nie takie, o jakim marzy. Będzie czekać w nieskończoność, podejmie decyzję o rezygnacji z adopcji, czy w końcu „pęknie”, decydując się na dziecko, na które nie jest gotowa emocjonalnie?
Ośrodek Adopcyjny będzie dumny, że znalazł rodziców dla trudnego dziecka, mając większą lub mniejszą świadomość, że być może skrzywdził zarówno rodziców, jak i dziecko. Prawdopodobieństwo, że wróci ono z powrotem do „systemu” jest niewielkie... nie w naszym kraju.

W przypadku rodziców zastępczych sytuacja wygląda trochę inaczej (ale tylko trochę). Tutaj najczęściej w grę wchodzą dzieci, których (krótko mówiąc) nikt nie chce. Prawdopodobieństwo, że tacy rodzice się poddadzą jest dużo większe. Nie znalazłem żadnych danych dotyczących zwrotek z rodzin zastępczych. Podejrzewam, że może chodzić o problemy z ustaleniem odpowiedniej metodologii badań. Rodzina zastępcza, to również ta, która zdecydowała się zaopiekować dzieckiem córki, czy wnuczki. Siedemdziesięcioletnia babcia może nie dać rady opiekować się 15 letnią wnuczką (z przyczyn czysto fizycznych). Czy taki przypadek, to już zwrotka? Albo przeniesienie dziecka z jednego pogotowia rodzinnego do drugiego?
Do rodzin zastępczych czasami trafiają dzieci, które tak naprawdę nie powinny być umieszczone w żadnej rodzinie, bo jest to z góry skazane na niepowodzenie. Bywa, że próba niesienia pomocy dziecku „po przejściach”, może doprowadzić do rozpadu małżeństwa, a w przypadku istnienia dzieci biologicznych, przyczynić się do krzywdzenia ich w sferze psychicznej i emocjonalnej.
Powrót dziecka do placówki, często jest jedyną możliwością ratowania rodziny.
Zauważam jednak, że wielokrotnie takie rozwiązanie nie jest brane pod uwagę przez rodziców zastępczych, mimo że wszystko się sypie, a dzieci zastępcze są agresywne i popadają w konflikt z prawem. Czy podświadomie potrzebują one ciepła i rodziny? Może tak, chociaż są dla niej ogromnym zagrożeniem, mogą ją zniszczyć.
A z drugiej strony, czy dziecko oddane przez rodziców zastępczych, może całkiem dobrze zafunkcjonować w innej rodzinie? Okazuje się, że może. Znam jeden taki przypadek dość bliżej, ponieważ istniało prawdopodobieństwo, że chłopiec zamieszka razem z nami. Tamten do nas nie przyszedł, ale rok później pojawił się Kapsel. Zupełnie inna osobowość, zupełnie inne problemy – ale poziom trudności bardzo podobny.


Kilka lat temu Majka zaproponowała mi pozostanie pogotowiem rodzinnym. Musiałem tę propozycję dobrze przemyśleć, co spowodowało, że opuściliśmy jeden cykl szkolenia. Nie żałuję podjętej decyzji, chociaż czasami się zastanawiam jak bym postąpił, gdyby chciała zostać tak zwaną rodziną zastępczą długoterminową. Dzisiaj wiem, że nigdy bym się na to nie zgodził... ale jak postąpiłbym wówczas? Nie chcę nikogo zniechęcać do pozostania rodziną zastępczą. Sporo fajnych dzieciaków na taką rodzinę czeka i jest wiele osób, które potrafią dać im to, co nie było im dane do tej pory – zainteresowanie, ciepło, miłość. Trzeba jednak „mierzyć siły na zamiary”. Trzeba mieć świadomość możliwości wystąpienia sytuacji, których istnienia nikt się nie spodziewa. Ja kilka lat temu nie miałem pojęcia o wielu rzeczach, chociaż odbyłem szkolenie i dostałem kwalifikację do bycia rodzicem zastępczym. Na zajęciach rozważaliśmy różne przypadki mogące spotkać rodziców zastępczych. Była to jednak tylko teoria, trochę tak jak dysputa z księdzem na temat seksu... chociaż może użyłem niewłaściwego przykładu. Ja byłem pilnym uczniem. W teorii wszystko było proste... dopóki nie poznałem Kapsla.

Prawdopodobnie dla chłopca będziemy niedługo poszukiwać rodziny zastępczej. Mówię „my”, chociaż ogrom pracy będzie spoczywał na Jowicie – naszej koordynatorce z PCPR-u. Póki co, czekamy do rozprawy o przywrócenie praw rodzicielskich mamie Kapsla. Jeszcze nie tak dawno uważałem, że dla dziecka rodzina jest najważniejsza i trzeba ją znaleźć za wszelką cenę. Wychwalałbym więc dobre cechy chłopca, nieco marginalizując te złe. Teraz robię może trochę na odwrót, bo wydaje mi się, że podstawą nie jest znalezienie jakiegokolwiek rodzica, ale takiego, który po miesiącach i latach nadal będzie się czuł szczęśliwy, spełniony i nigdy nie powie, że dokonał najgorszego wyboru w swoim życiu.

Cofnijmy się o pięć lat (gdy byłem dopiero co po szkoleniu) i przypuśćmy, że razem z Majką decydujemy się podjąć wyzwania zaopiekowania się jakimś dzieckiem. Kapsel przebywa w pewnym nieznanym nam pogotowiu rodzinnym.
Wiemy, że chłopiec bywał w kilku rodzinach i przynajmniej w jednym przypadku można powiedzieć, że był „zwrotką”. Dlaczego? Tego nikt dokładnie nie wie.
Chłopiec niedługo skończy osiem lat, a z biedą rozwiązuje zadania dla czterolatków. Nie potrafi dobrze liczyć, nie odróżnia dni tygodnia, miesięcy, pór roku. Jest jednak bardzo grzeczny, bierze udział w dyskusji, używa słów „proszę”, „przepraszam”, „słucham”. Dochodzimy do wniosku, że to jest właśnie dziecko dla nas. Ma orzeczenie o lekkim upośledzeniu wydane przez Poradnię Psychologiczno-Pedagogiczną. Jednak Powiatowy Zespół do Spraw Orzekania o Niepełnosprawności, nie zdecydował się na wydanie orzeczenia o niepełnosprawności umysłowej. Jest to dla nas sygnał, że chłopak ma potencjał, jest inteligentny, a jego opóźnienie wynika z zaniedbań i przerzucania z rodziny do rodziny. Jesteśmy zmotywowani do ciężkiej pracy, aby w krótkim czasie wyprowadzić Kapsla „na ludzi”. Pogotowie rodzinne, w którym chłopiec przebywa podjęło decyzję o umieszczeniu go w szkole specjalnej. Czy nie była to zbyt pochopna decyzja? Przecież chłopiec mógł pójść do szkoły integracyjnej, przysługiwałby mu nauczyciel wspomagający, który siedziałby z nim na każdej lekcji, tłumaczył co jest napisane na tablicy, wyjaśniał wszystko, czego Kapsel nie zrozumie. Czy próba uzyskania orzeczenia o niepełnosprawności, nie była tylko chęcią otrzymywania co miesiąc dodatkowych dwustu złotych? Tyle się mówi o pazerności rodzin zastępczych.
Bierzemy więc Kapsla do naszej rodziny. Mijają miesiące. Chłopiec robi postępy – nie powiem, że nie. Jednak przepaść w stosunku do rówieśników jest coraz większa. Nauczył się wymieniać dni tygodnia i pory roku, ale zawsze w różnej kolejności. Wie, że teraz jest zima, bo o tym rozmawiają w szkole. Ale co będzie po niej? Wiosna? Lato? A może wtorek? Nauczył się liczyć... a w zasadzie policzyć, bo przez długi czas traktował liczenie jak wierszyk, jeden z niewielu, które zna. Literki są dla niego nadal ciemną magią. Nie potrafi ich napisać i nie potrafi odczytać. Zna tylko literkę „K”, bo na nią zaczyna się jego imię.
Byłem niedawno świadkiem rozmowy Majki z chłopcem:
  • Kapsel, jak ty się nazywasz?
  • Kapsel.
  • To jest twoje imię, a nazwisko?
  • Kapsel Duży.
  • Dlaczego Duży, przecież nazywasz się Pietrzak?
  • Tak nazywam się Pietrzak.
  • A twoja mama jak się nazywa? Tak samo jak ty.
  • Mama Amanda.
  • A nazwisko? Przypomnij sobie jak się nazywasz. Twoja mama nazywa się tak samo.
  • K”?
  • Nazywasz się Pietrzak i twoja mama też Pietrzak. To jak się nazywasz?
  • Pietrzak.
  • A mama?
  • Pietrzak.
Włączam się do dyskusji:
  • Kapsel, jak ty się nazywasz?
  • Kapsel Duży.
Wraz z upływem czasu, tracę zapał do pracy z chłopcem. Jedyne co go interesuje, to zabawy ruchowe (i to niestety na poziomie czterolatka), bajki i jedzenie. Zabawkami bawi się tak jak dwuletni syn siostrzenicy Majki, a jej czteroletnia córka, zaczyna bić Kapsla na głowę we wszystkich zadaniach wymagających chociaż odrobiny myślenia. Dziewczynka wie, kto jest najstarszy, najmłodszy, największy, najmniejszy. Kapsel też to wie. Jednak gdy zostają postawione warunki dodatkowe np. z wyjątkiem osób dorosłych, to Kapsel się gubi, a dla czterolatki nie stanowią one najmniejszego problemu.
Kapsel cały czas spotyka się ze swoją mamą, która czasami zabiera go do swojego domu na weekend. Chłopak nie potrafi ze szczegółami opowiedzieć, co robił w trakcie takiego pobytu... w zasadzie nie potrafi nic opowiedzieć. Odpowiednio zadając pytanie, moglibyśmy uzyskać taką odpowiedź, jaką byśmy chcieli usłyszeć. Jedyną pewną rzeczą jest to, że po powrocie nie ma ochoty na jedzenie, a nawet zdarza się, że wymiotuje.
A jednak mama jest najważniejsza. Gdy coś jest nie po jego myśli, to kopie w drzwi, rzuca zabawkami i przeraźliwie krzyczy „mamo gdzie jesteś!”. A przecież to my zajmujemy się nim na co dzień, to my zapewniamy mu rozmaite atrakcje, bawimy się razem, wozimy na różne zajęcia. Chcieliśmy być jego światem, a jesteśmy tylko lokajami. Najważniejsza jest mama, która nie ma żadnych kompetencji rodzicielskich (poza tym, że go kocha), ale do której zapewne wróci, gdy tylko skończy 18 lat.
Do tego dość niebezpiecznie zaczyna rozwijać się w chłopcu seksualność, czego zupełnie nie przewidziałem. Okazuje się, że zbyt wielu rzeczy nie przewidziałem. Zaczynam coraz bardziej oddalać się od Kapsla emocjonalnie. Zaczynam oddalać się od Majki, która cały czas nie daje za wygraną. Mamy odmienne zdanie w związku z wychowywaniem chłopca. Nie rozmawiamy już ze sobą na ten temat, bo po co się kłócić. Majka czeka na tę chwilę, gdy cudownie opadnie z Kapsla zasłona głupoty. Moim zdaniem nigdy nie opadnie, chociaż może się mylę. Zaczynam mówić do chłopca krótkimi zdaniami, właściwie to tylko wydaję mu polecenia. Czasami, gdy widzę jego tępy wzrok i gdy w odpowiedzi na pytanie „rozumiesz co do ciebie mówię?” - odpowiada „nie”, to jest mi go zwyczajnie żal.
Ale nie oddamy Kapsla, nie będzie po raz kolejny zwrotką. Chociaż jemu chyba by to nie przeszkadzało. Spotykamy się na grupie wsparcia z innymi rodzicami, mającymi podobne problemy. Każdy walczy z sobą, szukając pomocy w rozmowie z innymi rodzinami, będącymi w podobnej sytuacji. Czasami są to rodzice mający dawniej wielkie ideały, czasami rodzice, którzy zaopiekowali się dzieckiem z rodziny (bo tak podpowiadało im sumienie). Najczęściej są to jednak ludzie, którzy czuli potrzebę niesienia pomocy, a mimo wszystko coś nie wyszło.
W naszej grupie szkoleniowej była rodzina gotowa pokochać dziecko bezwarunkowo, chcąca podążać za jego potrzebami. Pewnie oni daliby radę. Dlaczego to nam powierzono opiekę nad chłopcem? Ostatecznie okazało się, że byliśmy zbyt ambitni. Nie wyszło, wszystko się posypało. Na szczęście nie mamy już małych własnych dzieci, więc chociaż one zostały ochronione. A dokładniej, mówią dzisiaj do nas „no to macie przerąbane”.
Kapsel chodzi do szkoły specjalnej. Zapominam o swoim pomyśle szkoły integracyjnej. Jak nauczyciel miałby mu tłumaczyć co jest napisane na tablicy, skoro chłopak zna tylko literkę „K”?. Dowożę go codziennie kilkanaście kilometrów do szkoły specjalnej, a po południu odbieram. Nie przysługuje nam transport busem z gminy, bo Kapsel ma tylko lekkie opóźnienie rozwoju. Lekkie? Jego rówieśnicy czytają książki, a on nie wie co to styczeń, luty... zna tylko literkę „K”. Będziemy się starać o uzyskanie orzeczenia o upośledzeniu w stopniu umiarkowanym. Nie dlatego, aby otrzymać dodatkowe dwieście złotych (chociaż pewnie niektórzy tak pomyślą). Mógłbym nawet te dwieście złotych dołożyć, byleby tylko ktoś go zawoził i przywoził ze szkoły. Okazało się, że chłopiec nie dlatego nie dostał orzeczenia o niepełnosprawności, ponieważ okazał się zbyt inteligentny. Z nim zwyczajnie nikt nie rozmawiał, nie zrobił mu żadnych testów. Decyzja została podjęta na podstawie „papierów” - a tam miał tylko upośledzenie w stopniu lekkim, na które niepełnosprawność nie przysługuje.

Na szczęście powyższy opis jest tylko pewną projekcją mojego umysłu. Cały czas jesteśmy tylko pogotowiem rodzinnym i Kapsel nie będzie z nami wiecznie. Potrafimy z Majką rozmawiać. Mamy czasami odmienne poglądy, ale jedno co nas łączy, to oczekiwanie, aż wreszcie Kapsel od nas odejdzie. Będzie pierwszym dzieckiem, przy którym rozstanie będzie dla nas wielką ulgą. A dla Kapsla? Ulgą pewnie nie, bo nie okazujemy mu niechęci, staramy się traktować go tak jak inne przebywające u nas dzieci. Pozytywne jest to, że Kapsel jest swego rodzaju „obywatelem świata”. Wszędzie czuje się dobrze, chociaż niestety pewnie wynika to z jakichś zaburzeń więzi.
Kiedyś wydawało mi się, że jego opóźnienie umysłowe w pewien sposób go chroni przed poczuciem porzucenia. Teraz nie jestem tego taki pewny. Kapsel nie może przechodzić koło śmietników, ponieważ zawsze rozczula się nad wyrzuconą kuchenką, materacem, lodówką. Dotychczas tłumaczyliśmy mu, że są to rzeczy zepsute, zużyte, które już nikomu się nie przydadzą. Niedawno spotkaliśmy się z opinią psychologa, że Kapsel czuje się właśnie taką lodówką wyrzuconą na śmietnik.
Być może tak właśnie jest. Być może nasza opieka nad nim powinna sprowadzić się tylko do zabawy, przytulania się. Być może próby sprowokowania go do wysiłku intelektualnego powodują takie nagromadzenie emocji, że chłopak musi odkręcić zawór bezpieczeństwa i co jakiś czas zaczyna walić głową w ścianę, albo rzucać zabawkami, czy też zwyczajnie wyć z całych sił.
Kapsla przerastają emocje, nas przerasta Kapsel. Nie jest rzeczą normalną, kiedy sobota i niedziela są najgorszymi dniami tygodnia... bo chłopak nie jest w przedszkolu. Ja opiekując się nim, idę na łatwiznę i puszczam mu bajki (wybierając takie kanały, na których jest jak najmniej reklam, podczas których Kapsel zaczyna szaleć). Majka idzie w edukację, więc odpoczywać zaczyna od poniedziałku, gdy zaprowadzi chłopca do przedszkola.
Kapsel bardzo mnie lubi, często dopytuje, kiedy Majka gdzieś wyjdzie i będziemy tylko razem. Przestałem już oszukiwać samego siebie. Jestem taki sam jak jego mama biologiczna. Gdybym przed tym telewizorem postawił jeszcze michę chipsów, to nawet bym ją przebił.

Bibliografia internetowa:

http://www.naszebabelkowo.pl/2016/02/nieudane-adopcje.html
http://www.naszmalyswiatek.pl/2017/11/nieudane-adopcje.html
http://www.rp.pl/Rodzina/301039936-Rozwiazywanie-adopcji-z-naruszeniem-praw-dziecka---RPD-
pisze-do-ministra-sprawiedliwosci.html
http://www.nasz-bocian.pl/phpbbforum/viewforum.php?f=82&start=50
http://www.nasz-bocian.pl/phpbbforum/viewtopic.php?f=87&t=92680
http://www.nasz-bocian.pl/phpbbforum/viewtopic.php?f=87&t=84972
http://www.psychotekst.com/artykuly.php?nr=127

czwartek, 8 lutego 2018

PLOTKA 2

Ploteczka jest już z nami od kilkunastu dni. I niewiele dłużej trwa jej życie.
Nie będę na razie go opisywał, ponieważ w większości polega ono na spaniu i jedzeniu.
Bardziej skupię się na sobie, chociaż może to nieskromne.
W pierwszej części opiszę swoje przemyślenia jako rodzica zastępczego. Druga będzie pewnego rodzaju refleksją, zadumą nad sobą, chcącym spełnić się w roli ojca adopcyjnego. Ponieważ nigdy taka sytuacja nie miała miejsca, będzie to więc tylko moje wyobrażenie, jak w takim przypadku bym się zachował.
6-dniowa Ploteczka


Czasami się zastanawiam, co myślą osoby czytające moje opisy dotyczące rodziców biologicznych. Wprawdzie stosuję się do mickiewiczowskiej zasady braku jedności miejsca, czasu i akcji... do tego nadając moim bohaterom niepowtarzalne pseudonimy, to mimo wszystko może się wydawać, że przedstawiane historie są wyjątkowe, że ktoś kto zna taką rodzinę, bez problemu rozszyfruje wszystkich bohaterów. Może i tak, chociaż niekoniecznie trafnie, bo takich (niemal identycznych) przypadków jest mnóstwo. To co opisuję, to są tylko ogólniki. Szczegóły, które mogłyby jednoznacznie zidentyfikować daną osobę (czy rodzinę), muszę zachować dla siebie. A byłoby co opisywać.

Ja, jako rodzic zastępczy:
Bardzo obawiam się tego, że któregoś dnia wpadnę w rutynę. Stanę się ojcem zastępczym, który przyjmuje pod swój dach kolejne dziecko, którym trzeba się zaopiekować. Dziecko, które nie będzie już osobą, a przedmiotem mojej pracy.
Na szczęście jeszcze nie tym razem. Cieszę się, ponieważ noworodki nigdy nie robiły na mnie takiego wrażenia jak na Majce. W zasadzie wszystkie są takie same … podobne do mnie, nieco pomarszczone i z przerzedzoną czupryną. Plotka jest pod tym względem wyjątkowa. Bardzo lubię spędzać z nią czas, a nawet zacząłem zazdrościć kobietom urlopu macierzyńskiego. Życie z noworodkiem płynie w zupełnie innym tempie. Nie istnieje słowo „musisz”. Nie musisz posprzątać, nie musisz zrobić obiadu... wielu rzeczy nie musisz. Trochę się rozmarzyłem, bo jednak my, mając pod opieką kilkoro dzieci, wiele rzeczy zrobić musimy. Chociaż dużą przyjemność sprawia mi świadomość tego, że gdy karmię (jakkolwiek by to dziwnie zabrzmiało), wiem że nie muszę odebrać telefonu od klienta.
Wracając do Plotki. Dziewczynka grzecznie poczekała w szpitalu na wykonanie postanowienia sądu, czyli umieszczenie jej w naszej rodzinie zastępczej. Mama do ostatniego dnia była razem z nią. Miała nadzieję, że uda jej się zabrać dziecko do swojego domu. Nie słuchała lekarzy i pielęgniarek, którzy mówili jej, że dziewczynka zostanie jej odebrana..., że musi zamieszkać w rodzinie zastępczej. Co kilka godzin podchodziła do dyżurki pielęgniarek, z prośbą o wypisanie się z dzieckiem na własne życzenie. Lekarzom wydawało się, że robi im na złość. Oni mówią jedno – ona drugie. Można powiedzieć, że na tej podstawie można by zrobić niezły reportaż, napisać artykuł, który ujmowałby za serce. Matka, która przytula swoje dziecko, ale ktoś każe jej to dziecko zostawić, oddać obcym ludziom. Jest to przykre, bo mamie Ploteczki niewątpliwie nie było łatwo. Dlaczego więc tak się stało? Dlaczego to rozumiem, chociaż uważam się za człowieka obdarzonego dość dużą dozą empatii?

Jakie właściwie są powody ograniczania rodzicom władzy rodzicielskiej?
Z uporem maniaka będę powtarzał, że nie bieda, chociaż ten element występuje prawie zawsze (jako czynnik współistniejący).
Czyli co?
Przemoc w rodzinie, alkohol i inne uzależnienia, konflikt prawem, molestowanie seksualne, upośledzenie umysłowe, brak odpowiedzialności i świadomości obowiązków związanych z macierzyństwem (co najczęściej jest związane z nieistnieniem właściwych wzorców), a co jednym zdaniem można określić jako brak kompetencji do sprawowania władzy rodzicielskiej.
Najczęściej jest tak, że rodzina zmaga się z dwoma, trzema wspomnianymi problemami. W przypadku Ploteczki wystąpiły wszystkie okoliczności naraz. Gdyby dziewczynka miała zamieszkać ze swoją mamą, to ładnie rzecz ujmując – wprowadziłaby się do rodziny wielopokoleniowej. Jednak mówiąc wprost – znalazłaby się w rodzinie, w której wszyscy żyją „na kupie”, bo nie mają innego wyjścia. Brakuje tam tylko dzieci, ponieważ wszystkie zostały umieszczone w pieczy zastępczej. Mama Plotki do niedawna również przebywała w domu dziecka, ale cóż … ukończyła 18 lat i wróciła do mamusi.
Historie takich młodych ludzi są bardzo przykre. Niestety mam świadomość tego, że Kapsel prędzej czy później, też wróci do mamy. Jedyną nadzieją dla niego byłaby adopcja, ale prawdopodobieństwo takiego obrotu sprawy jest już bliskie zeru.
Mama Ploteczki jest więc osobą bardzo młodą, ale też bardzo doświadczoną przez życie. Chociaż nie wiem, czy życiem powinienem nazywać osoby, które krzywdziły ją od najmłodszych lat, zarówno w sensie psychicznym, jak i fizycznym. Pewnych spraw już się pewnie nie da odwrócić (choćby zmienić jej światopoglądu), a przynajmniej nikomu na tym nie zależy.
Mama nie potrafi wskazać ojca dziewczynki... chociaż mówi o trzech facetach, których teoretycznie może ścigać o alimenty. Pierwszy jest kryminalistą z wieloma wyrokami, drugi - przemocowym alkoholikiem. Trzeciemu oddała się za 80 złotych, tak po prostu, bo to przecież zupełnie normalne. Tak więc Ploteczka pewnie będzie miała wpisane w akcie urodzenia „ojciec nieznany”. Chociaż nie wiem, czy teraz nie wpisuje się jakiegoś fikcyjnego nazwiska. Przez chwilę jeden z tej trójki (a może nawet jakiś inny) zdecydował się za flaszkę wódki przyznać do ojcostwa, ale pewnie gdy wytrzeźwiał, to sprawę przemyślał.
Ktoś, kto ma do czynienia z opieką zastępczą, zapewne nie jest tą historią zdziwiony.
Dla mnie też jest to już standard. Skupiam się na dziecku (chociaż Majka ma w tym względzie dużo większe zasługi), aby dać mu wszystko to, co dostaje dziecko urodzone w porządnej rodzinie, to co dostały nasze dzieci.
Istnieje jednak w mojej świadomości pewien zgrzyt. Teoretycznie celem umieszczenia dziecka w rodzinie zastępczej, jest przywrócenie go rodzinie biologicznej.
Znam się z Plotką tylko nieco więcej niż tydzień. Gdybym jednak musiał dzisiaj oddać ją mamie, to byłoby to dla mnie szalenie trudne. Przyzwyczaiłem się do przekazywania dzieci rodzicom adopcyjnym, i mam nadzieję, że ta dobra passa jeszcze przez długi czas nie zostanie przerwana.

Ja, jako rodzic adopcyjny:
Wczoraj ośrodek adopcyjny zadzwonił do Majki, że jest noworodek, którego szanse na zamieszkanie ze swoimi rodzicami praktycznie nie istnieją. Jest to dziewczynka, która może stać się częścią naszej rodziny. Może zostać naszym dzieckiem, o którym od tylu lat marzyliśmy. Właśnie jedziemy na spotkanie do ośrodka adopcyjnego, tam dowiemy się więcej szczegółów. W samochodzie panuje przerażająca cisza. Majka, która wiecznie coś mówi, tym razem siedzi i patrzy tępo przed siebie. Aż strach zapytać, o czym myśli.
Ja jestem jeszcze bardziej nerwowy. Lewa noga drży mi niemiłosiernie. Na szczęście służy tylko do wciskania sprzęgła, więc jakoś jedziemy.
Cały czas zastanawiam się, co usłyszymy o dziecku. Pewnie Majce chodzą po głowie takie same myśli. Zdecydowaliśmy się adoptować zdrowego noworodka. Dlaczego zdrowego? Bo mamy takie prawo, a ja nie wiem, czy byłbym w stanie pokochać dziecko upośledzone. A co właściwie znaczy „dziecko zdrowe”? Naczytałem się rozmaitych opinii, że nie ma zdrowych dzieci przeznaczonych do adopcji. Wiem, że jest to wielka bzdura. Ale wiem też, że często trzeba pomóc dziecku, kierując je na rozmaite terapie, rehabilitacje. Trzeba mu poświęcić wiele czasu, trzeba mu poświęcić siebie. Spoko, na to jestem przygotowany. Przeraża mnie tylko FAS i niektóre dziedziczone choroby psychiczne. Zespół Downa? Boże, oby nie. Dla Majki chyba nie byłby to wielki problem. Zaczynam wariować... przecież decydowaliśmy się na dziecko zdrowe.
Dojechaliśmy. Trzymamy się za ręce... wszystko bez słów. Gul w gardle. Ogromne emocje. Radość i strach w jednym. Wchodzimy.
Siadamy przy okrągłym stole. Na wszelki wypadek dziękuję za proponowaną kawę, bo wiem, że nie dam rady nasypać łyżeczką cukru (a gorzkiej nie lubię). Znana mi od wielu miesięcy pani psycholog, patrzy mi prosto w oczy. Co chce mi powiedzieć i czego oczekuje ode mnie? Czasami się zastanawiałem, czy nie dostałem kwalifikacji do bycia rodzicem adopcyjnym, tylko i wyłącznie w pakiecie z Majką. Czy ja się nadaję, aby zostać ojcem dziecka urodzonego przez zupełnie obcą kobietę i mającego geny zupełnie nieznanego mi faceta?
Nie mówię o swoich wątpliwościach. Im mniej powiem, tym będzie lepiej. Majka z pewnością zrobi dobre wrażenie – jak zawsze.
Otrzymujemy wszelkie informacje na temat dziewczynki. Krótko mówiąc, mamy podjąć decyzję. Dziewczynka jest zdrowa, jednak ilość złych wiadomości o rodzinie dziecka mnie przytłacza. Mamy kilka godzin, żeby powiedzieć "tak”, albo „nie”. Majka patrzy na mnie. Wiem co myśli, ale potrzebuje mojej akceptacji. W naszej rodzinie, to ja zawsze mam ostatnie zdanie. Jak zadaję pytanie „co mam kupić na obiad?”, w odpowiedzi słyszę „co kupisz to zrobię”. No to może golonkę z kapuśniakiem? Tylko ty to lubisz. A zupa jagodowa? Przecież nikt tego nie zje.
Najczęściej moje ostatnie zdanie sprowadza się do stwierdzenia „masz rację kochanie”.
Bywają jednak sytuacje, gdy faktycznie to ja muszę postawić kropkę nad „i”.
Zaczynam więc szybko analizować wszystko, czego się dowiedziałem. Być może nie będziemy potrzebowali kilku godzin na podjęcie decyzji.
Zaczynam od ostatniej otrzymanej informacji – upośledzenie umysłowe mamy. Szybko to odrzucam. W mojej ocenie wpływ na to ma czynnik środowiskowy połączony może z zaburzeniami okołoporodowymi. W przypadku dziewczynki, nie ma mowy o jakiejkolwiek genetycznej chorobie umysłowej.
Myślę dalej... Przemoc stosowana wobec mamy naszego dziecka (w tym natury seksualnej), tak zwane wrodzone lenistwo, dzieciństwo spędzone w placówce.
Tak... trochę czytałem o epigenetyce (której jednym z wniosków jest dziedziczenie cech nabytych). Dziecko alkoholika będzie alkoholikiem, leniucha – leniuchem, prostytutki – prostytutką (a chłopiec to pewnie alfonsem). Być może wychowywane w takiej rodzinie, może przejąć takie zachowania. Nawet jest to bardzo prawdopodobne. W przypadku naszego noworodka, takie niebezpieczeństwo również odrzucam. Staram się nie wierzyć w teorie, które cały czas są tylko teoriami.
Jest tylko jedna myśl, która nie daje mi spokoju. Jednym z partnerów mamy naszej dziewczynki... już mówię naszej – nie wiem, czy dalsze rozważania mają większy sens.
Więc jednym z partnerów, był człowiek nie stroniący od alkoholu. Nikt nam nie da gwarancji, że mama dziewczynki (będąc w ciąży), przebywając w jego towarzystwie, nigdy nie wypiła. Myślę nawet, że jest to mało prawdopodobne. Pierwsze miesiące będą więc bardzo nerwowe. Ja chciałem adoptować dziecko nieco starsze. Zdaję sobie sprawę z tego, że też nie dawałoby to gwarancji, iż nie pojawią się nagle jakieś zaburzenia. Więc w zasadzie nie ma znaczenia czy dziecko ma tydzień, czy dziesięć miesięcy. Cóż, próbuję się jakoś pocieszyć. Jednak podświadomie cały czas obawiam się noworodka. W końcu do adopcji nie idą dzieci z dobrych domów. I wydaje mi się, że to co może być najgorsze, powinno się pojawić w ciągu kilku pierwszych miesięcy życia. Nie potrafię przewidzieć swojego zachowania, gdy coś pójdzie nie tak. Jestem „dupkiem”, czy tylko przeciętnym facetem? Chcę być ojcem, czy wybieram się na zakupy do marketu? Gubię się.
Istnieje też niebezpieczeństwo, że mama naszej dziewczynki nagle zechce odzyskać córkę. Przecież ani nie zrzekła się praw rodzicielskich, ani nie było jeszcze rozprawy, na której sąd odebrałby jej te prawa. Będziemy zatem przez jakiś czas taką trochę rodziną „na niby”. Oby przez bardzo krótki czas.
Jednak Majka bardzo chciała adoptować noworodka. Chciała poczuć ten specyficzny zapach, być mamą od samego początku. Rozumiem to. Uśmiecham się więc do niej i mówię „no to jedziemy do szpitala”.
Oby wszystko ułożyło się dobrze.