piątek, 26 maja 2017

--- Pożegnania nadszedł smutny czas.

„Śmiech ze łzami pomieszany, ileż w tobie niepokoju”. Ten fragment piosenki doskonale odzwierciedla stan emocji rodziców zastępczych w ostatnich tygodniach pobytu u nich dzieci, które za chwilę mają odejść do nowej rodziny. Po raz pierwszy zdarzyło nam się, że w bardzo krótkim czasie, wszyscy nasi podopieczni zostali zakwalifikowani do adopcji. No, może prawie wszyscy, ponieważ z całej czwórki, tylko Białasek został umieszczony w rodzinie zastępczej (chociaż również z motywacją adopcyjną).
W przypadku naszej rodziny (będącej pogotowiem rodzinnym), rozstania są nieuchronne. Trzeba to zaakceptować i umieć się na nie przygotować. Jednak nie każde odejście dziecka do nowej rodziny wygląda tak samo. Czasami jest łatwiej, czasami trudniej.
Najczęściej Majka o wiele bardziej przeżywa rozłąki, chociaż są wyjątki.

Do widzenia przyjacielu mój, (...) pożegnania nadszedł smutny czas.

Odejście Białaska na mnie praktycznie nie wywarło większego wrażenia. Chłopiec spędzał noce i poranki w pokoju Majki. W ciągu dnia spał kilka godzin snem południowym, więc tak naprawdę spędzałem z nim może dwie, albo trzy godziny dziennie. Nawet zaskakiwało mnie to, że byłem dla niego kimś ważnym, bo po pierwsze mówił do mnie „tata”, a po drugie gdy tylko mnie zobaczył, to biegł się przytulić z okrzykiem radości. Chociaż, gdy się temu bliżej przyjrzeć, to jest wielu ojców, którzy poza weekendami, widzą swoje pociechy tylko krótko przed ich snem. A jednak dzieci wiedzą, że to tata, i może właśnie przez to, jest on dla nich czasami większą atrakcją od mamy.

Niewątpliwie Białasek miał dużo silniejsze więzi z Majką. Kilka dni temu spotkała się ona z chłopcem przy okazji rozprawy w sądzie. Nie widzieli się ponad miesiąc. Przypatrywał jej się uważnie, próbując sobie przypomnieć: „skąd ja ją znam”. Jednak, gdy tylko coś chciał, to wyciągał ręce do nowej mamy. Są to typowe reakcje wszystkich dzieci, które od nas odchodzą. Sporo osób powątpiewa w możliwość przenoszenia więzi. Dla mnie, takie zachowanie jest dowodem na to, że dziecko, które nauczyło się nawiązywać więzi, potrafi (zapewne podświadomie) wykorzystać tą umiejętność w dalszym życiu.

Pewnym wyjątkiem jest Gacek – drugi chłopiec, który za kilka tygodni opuści naszą rodzinę. Przez długi czas nie wzbudzał on we mnie żadnych emocji, mimo że razem ze Smerfetką, śpi w mojej sypialni. Jestem więc ostatnią osobą, którą widzi przed snem, kimś na kogo może liczyć w nocy (gdy ma jakieś koszmary senne), oraz pierwszą osobą, którą widzi po przebudzeniu. Do tego spędzamy z sobą średnio dwie godziny poranka, zanim zejdziemy do pokoju dziennego. Gacek przez długi okres wolał żyć w swoim świecie. Gdy Smerfetka wyciągała ręce, aby ją wyjąć z łóżeczka, to Gacek stał przy barierce kołysząc się w prawo i w lewo. Lubił też siedzieć, uderzając głową w ściankę łóżeczka. Było mu wszystko jedno, czy wyjdzie z łóżeczka, czy w nim pozostanie. Rzadko się uśmiechał, nie lubił się przytulać. Wydaje mi się, że dużą rolę odegrała tutaj Smerfetka, którą chłopiec na pewnym etapie swojego życia, zaczął naśladować. Być może to właśnie ona, w jakiś sposób sprawiła, że zaczęliśmy się z Gackiem lubić. Chociaż chłopak w stosunku do Majki też wcześniej nie był jakiś „wylewny”. W tej chwili chłopiec nie tylko się uśmiecha, ale sam przychodzi się przytulać, sam rozdaje buziaki, walczy o swoje prawa w każdej dziedzinie. Niewykluczone jednak, że po przejściu do rodziny adopcyjnej, pewne jego zachowania mogą powrócić.

Dlatego też, o wszystkich takich sprawach musimy powiedzieć rodzicom adopcyjnym. Powoduje to, że przestajemy skupiać się na tym, że niedługo się rozstaniemy, a podchodzimy do tematu, zadaniowo. Próbujemy sobie przypomnieć i zapisać wszystko co jest ważne, co może się przydać nowym rodzicom.
A ważne są przede wszystkim rytuały, które pomogą dziecku „wejść” w nową rodzinę. Te rytuały zapewne w niedługim czasie się zmienią, jednak na początku są bardzo istotne.
Podam może prozaiczny przykład sprzed kilku dni. Na co dzień, to ja kąpię wszystkie dzieci i zawsze w pewien sposób odgrywamy identyczne przedstawienie. Ważna jest nawet kolejność wykonywania poszczególnych działań. Najpierw lejemy wodę do wanny, w której to czynności dzieci uczestniczą. Później (po wejściu do wody) rozdawane są witaminki i leki. W dalszej kolejności myjemy zęby, potem bawimy się zabawkami, myjemy całe ciało i głowę, i w końcu wychodzimy (w określonym porządku). Dzieci bardzo lubią się kąpać. Z uśmiechem przychodzą i wychodzą z łazienki.
Jednak ostatnio mnie nie było w domu wieczorem i dzieciaki musiały się wykąpać z Majką. Pierwszą aferę zrobiły przy rozdawaniu witamin (prawdopodobnie kolejność była nie taka). Później nie chciały myć zębów (niestety Majka zapomniała, że swoje zęby musi myć razem z nimi). Na końcu zrobiły awanturę przy wychodzeniu z wody… prawdopodobnie Majka najpierw wyciągnęła z wanny Gacka. Ktoś, kto patrzyłby na to z zewnątrz, zapewne stwierdziłby, że dzieci nie lubią się kąpać.
Jeszcze ciekawsze są rytuały poranne. Po wypiciu mleka, dzieci wychodzą z łóżeczek i zaczynają bawić się na podłodze. Ja leżę sobie w łóżku i prawdę mówiąc, jest to jedna z przyjemniejszych części dnia. Wszystko rozpoczyna się od przyniesienia do mojego łóżka kołderek. Smerfetka wyciąga przez szczebelki swoją, a Gacek swoją. Później ma miejsce zabawa, która przybiera rozmaite kształty … od współpracy i dawania sobie buziaków, poprzez walkę o kawałek papierka, płacze i krzyki. Czasami wszystko dzieje się na dywanie, czasami akcja przenosi się do łóżka. Jej dynamika często mnie zadziwia, chociaż miałem już do czynienia z niejednym dzieckiem. Mamy jednak zasady, których dzieci przestrzegają (sporadycznie tylko strofowane). Spośród wielu szuflad, mogą otwierać tylko jedną i wyrzucać z niej wszystko na środek pokoju. Mogą też otwierać jedne skrzydło drzwi od szafy … i również wyrzucać wszystko na podłogę. Zresztą ogromną frajdę sprawia im zarówno wyrzucanie, jak też wkładanie z powrotem. Kolekcjonuję figurki z brązu, którymi dzieci nie mogą się bawić, a nawet ich dotykać – przestrzegają tego bardzo skrupulatnie. Jednym z rytuałów jest robienie masażu. Gdy Smerfetka kładzie się na brzuchu i mówi „yyy-yyyy”, to wiadomo o co chodzi. Naukę rozpoznawania części twarzy, dzieci mają opanowaną do perfekcji. Gdy chcą się bawić ze mną, a ja chwilowo „przytnę komara”, to klepią mnie po twarzy, ciągną za rękę, a nawet zaczynają po mnie skakać.
Jednak najciekawsze jest to, co dzieje się o godzinie dziewiątej. Wówczas wydaję komendę „wychodzimy”. W tym momencie zaczyna się natychmiastowa ewakuacja. Każde z dzieci zabiera swoją kołderkę i wrzuca ją do swojego łóżeczka. Ponieważ jest to gra na czas (aby jak najszybciej zejść do Majki), to następuje współpraca, co w wieku dwóch lat jest nawet dość dziwne. Ponieważ Gacek nie ma siły przerzucić kołderki przez barierkę łóżeczka, to Smerfetka mu pomaga. Później rozpoczyna się poszukiwanie powyrzucanych butelek od mleka oraz pogubionych smoczków. Gdy widzą, że ociągam się ze wstaniem, to podają mi spodnie, koszulę i ściągają ze mnie kołdrę. W dalszej kolejności pomagają mi powkładać wszystkie wyrzucone z szafy i szuflady rzeczy, a na samym końcu robią „pa-pa” moim figurkom z brązu. W ostatnim czasie zaczęli dawać im (tym najniżej ustawionym) buziaki. Mam nadzieję, że nie zardzewieją – w końcu to brąz.

Być może trochę rozpuściłem „moje dzieci”, jednak nawet takie szczegóły są ważne, więc lepiej aby rodzice adopcyjni o tym wiedzieli.

O Gacka jesteśmy bardziej spokojni. Przez jakiś czas był bardzo związany emocjonalnie z Kubusiem (naszą córką). Jej widok i przytulenie był lekarstwem na wszystko. Jednak przygotowania do matury sprawiły, że te relacje uległy rozluźnieniu. Teraz, gdy stanie mu się jakaś krzywda, a w zasięgu wzroku jest Kubuś i ja, to biegnie do mnie. Gdy widzi też Majkę, to nie może się zdecydować, więc siada na podłodze i wrzeszczy. Wydaje mi się, że chłopiec stosunkowo łatwo potrafi wejść i wyjść z odpowiednich relacji, chociaż potrzebuje na to trochę czasu.

Gorzej będzie ze Smerfetką. Dziewczynka jest z nami ponad dwa lata (od urodzenia). Wprawdzie jest ona już zgłoszona do adopcji, to jeszcze nie odbyło się spotkanie z panią psycholog z Ośrodka Adopcyjnego, która zawsze przychodzi do nas zrobić wywiad, przeprowadzić rozmaite testy i porozmawiać z dzieckiem. Chociaż ze Smerfetką to raczej się nie dogada. Najwyżej może uzyskać odpowiedź albo „tak”, albo „nie”. Akurat w tym ośrodku, rodzice adopcyjni określają tylko płeć i wiek dziecka, które chcą przysposobić. Oznacza to, że Smerfetka zostanie zaproponowana pierwszym rodzicom, którzy są na liście pragnących dziewczynkę (lub dziewczynkę i chłopca) na przykład do lat trzech. Niestety może się zdarzyć, że na tej liście będą rodzice mieszkający nawet ponad 100 km od nas. Mam nadzieję, że ośrodek zrozumie, iż w tym przypadku nie wystarczy kilka, czy nawet kilkanaście krótkich spotkań i nieco odejdzie od swoich sztywnych zasad, albo uświadomi rodzicom, że będą musieli wydać sporo pieniędzy na benzynę albo pobyt w hotelu. Zapoznawanie Smerfetki z rodzicami adopcyjnymi musi być procesem rozłożonym w czasie.
Dziewczynka powinna przebywać z nimi coraz częściej, a z nami coraz rzadziej. Nie wystarczy przyjechać i zabrać ją na spacer. Na pewnym etapie, Smerfetka powinna wyjeżdżać na cały dzień i wracać tylko na noc, później również spędzać noce w nowej rodzinie … by któregoś dnia już nie wrócić.
Będzie to trudny okres. Wiele zależy od dobrej woli i współpracy Ośrodka Adopcyjnego, rodziców adopcyjnych … no i oczywiście naszej, jako rodziców zastępczych.

Na koniec został jeszcze sześcioletni (niedługo już siedmioletni) Kapsel. On również jest zakwalifikowany do adopcji. Jednak chłopak najprawdopodobniej jeszcze przez dłuższy czas z nami pozostanie. Przed każdym zgłoszeniem dziecka do Ośrodka Adopcyjnego, musimy dokonać jego oceny psychologicznej . Pani psycholog podeszła do sprawy bardzo optymistycznie. Stwierdziła, że wystarczy znaleźć dodatnie elementy, na podstawie których będzie można stworzyć dalszy plan pracy z dzieckiem. Niestety wnioski z jej oceny były takie, że jedynym zasobem chłopca jest jego otwartość … a potem jest otchłań. Faktem jest, że w sferze społecznej, chłopiec funkcjonuje znakomicie. Nie zawsze wykonuje polecenia, nie zawsze je rozumie, ale potrafi porozmawiać z każdym. Zagaduje przypadkowe osoby. Zadaje im pytania, które choć często powodują konsternację, to jednak sprawiają, że chłopak odbierany jest jako bardzo rezolutne dziecko.
Nadal robi siku w majtki. Nadal zdarzają mu się napady złości. Ostatnio w przedszkolu zaczął rzucać krzesłem i zrobił dziury w podłodze. Od pokrycia kosztów jej wymiany uratowało nas to, że jest już zaplanowany za kilka miesięcy remont podłogi.
Ale z drugiej strony potrafi być bardzo miły i uczynny. Ostatnio, gdy był na treningu judo, wybiegł z sali, krzycząc że musi odnaleźć wujka. Gdy mnie dojrzał, to slalomem między innymi rodzicami, dobiegł do mnie, przytulił się i wrócił z powrotem. Wszyscy rodzice przyjęli to z uśmiechem, a być może pomyśleli „co to za super wujek”. Jednak moim zdaniem świadczy to o pewnej nieprzewidywalności jego zachowań. Równie dobrze może kiedyś wyjść przez drzwi tarasowe, albo przez okno (gorzej gdy będzie to okno dachowe), aby odnaleźć mamę.
I właśnie z punktu widzenia rodziców adopcyjnych (poza istniejącymi opóźnieniami intelektualnymi), problemem może być jej ubóstwianie, co (jak się dobrze zastanowić) w zasadzie jest jego atutem. Gdyby mama biologiczna nagle przestała istnieć w jego świadomości, to najprawdopodobniej przeniósłby swoje uczucia na mamę adopcyjną. W tej chwili, gdy Kapsel spotyka się z mamą, to nie wiedzą o czym mają rozmawiać, ani jak się bawić. Po prostu z sobą są … a w zasadzie obok siebie.
A jednak gdyby go zapytać, kto nauczył go tego czy tamtego, to odpowie że mama. Przychodząc do nas, nie rozróżniał kolorów, nie potrafił liczyć (znał tylko nazwy cyfr). Gdyby go zapytać teraz skąd wie, że jest to kolor zielony, to odpowie, że mama go tego nauczyła.

Zawsze myślałem, że od momentu zgłoszenia dziecka do danego Ośrodka Adopcyjnego, do czasu umieszczenia go w bazie adopcji zagranicznych, mija kilka, a nawet kilkanaście miesięcy. Tak było dotychczas, jednak każdy przypadek dotyczył dziecka malutkiego, które było proponowane wielu rodzinom.
W ośrodku, do którego został zgłoszony Kapsel, wiadomo że nie ma chętnych na dziecko sześcioletnie. W ciągu kilku dni znajdzie się więc w bazie wojewódzkiej. Jeżeli sytuacja się powtórzy, to za dwa tygodnie będzie w bazie ogólnokrajowej, a za trzy w bazie zagranicznej.
Wielokrotnie słyszałem o bardzo szybkim kierowaniu dzieci do adopcji zagranicznej, co miało sugerować jakieś nieprawidłowości w tym zakresie (łącznie z handlem dziećmi). Być może Kapsel będzie dla kogoś kolejnym przykładem, potwierdzającym tą tezę.
Umieszczenie dziecka w bazie danych dzieci przeznaczonych do adopcji zagranicznej, nie jest automatyczne. Postanowienie takie (chociaż może bardziej sugestię) wydaje PCPR. Zawsze jednak jest to konsultowane z rodziną zastępczą, w której przebywa dziecko. W przypadku Kapsla, do nas należało ostateczne zdanie. Nie jest łatwo podjąć taką decyzję, nawet jeżeli wiadomo, że na zagraniczne przysposobienie takiego chłopca jak nasz, nie ma zbyt dużych szans.
Zaczęliśmy jednak rozważać rozmaite warianty przyszłych wydarzeń. Najprawdopodobniej rozpocznie się dla chłopca poszukiwanie rodziny zastępczej, w której mógłby zostać na zawsze. Niestety to „na zawsze” w większości przypadków oznacza, że do pełnoletności. Rodzice biologiczni mają pełne prawa do kontaktów z dzieckiem przebywającym w pieczy zastępczej. Niezależnie od częstotliwości spotkań i zaangażowania, taka mama staje się pewnego rodzaju symbolem, ideałem … wręcz bogiem. Gdy nasz Kapsel nie zgadza się z naszą decyzją, to płacze, krzycząc „mamo kochana, gdzie jesteś”. Przychodząc do naszej rodziny, Kapsel wcale o mamie nie wspominał. Nie miał z nią kontaktu przez ponad pół roku i w żaden sposób nie była mu potrzebna do szczęścia. Jednak ona chciała go odwiedzać, wyrażała chęć „naprawienia” swojego życia, przynajmniej w takim zakresie, aby chłopiec mógł do niej wrócić. Przez długi czas ją wspieraliśmy, uważając że nawet jeśli nie jest idealną matką, to dla małego jest to najlepsze rozwiązanie. Wraz z upływem czasu, coraz bardziej zaczynamy się zgadzać z decyzją podjętą przez sąd (o odebraniu praw rodzicielskich). Jednak jeżeli relacje matki z synem będą podtrzymywane, to będzie to powodowało jej idealizowanie, kosztem rodziny, w której będzie przebywał. Skończy 18 lat, odbierze pieniądze od Państwa na usamodzielnienie się i wróci do mamy. Lata pracy z chłopcem, pójdą na marne.
Drugą możliwością jest dom dziecka. Wbrew pozorom, rodzice biologiczni, a nawet same dzieci często dążą do takiego rozwiązania. Jest to dla nich sytuacja dużo łatwiejsza - mniejsza kontrola, mniejsze wymagania.
Podjęliśmy decyzję o umieszczeniu Kapsla (po wyczerpaniu wszelkich możliwości adopcji krajowej) w zagranicznej bazie adopcyjnej, właśnie ze względu na duże prawdopodobieństwo zrealizowania się ostatniego scenariusza.

Wbrew pozorom, rozstanie z Kapslem może wcale nie być takie łatwe. Niewątpliwie jest on trudnym dzieckiem, stwarzającym więcej problemów, niż dającym radość. Jednak może przyjść czas, gdy będziemy musieli go odwieźć i zostawić w domu dziecka. Na samą myśl przechodzą mnie dreszcze. Jak go do tego przygotować? Nie sądzę, abym był w stanie spojrzeć mu wtedy prosto w oczy. On tego nie zrozumie, bo trudno to ogarnąć rozumem. Poczuje się jak pies oddany do schroniska.
A może jednak znajdzie się rodzina, która zechce go adoptować? Rodzina, której ambicją będzie tylko danie mu miłości, a nie tworzenie poprzeczek, których nie będzie w stanie przeskoczyć, co będzie powodowało tylko frustracje?

Patrząc na Gacka i Smerfetkę z perspektywy Kapsla, to rozstanie z nimi będzie przyjemnością. Będą łzy, ale będą to łzy radości.
Kiedyś napisałem, że Gacek nie wzbudza we mnie większych emocji, że go lubię … i to wszystko.
Jednak czas jest zarówno naszym przyjacielem jak też wrogiem. Z jednej strony pozwala zapomnieć, a z drugiej strasznie uzależnia. Gacek nie jest już dla mnie tym samym chłopcem, którym był kilka miesięcy temu. O Smerfetce to już nie wspomnę.

Za kilka dni poznamy rodziców adopcyjnych Gacka. Właśnie zapoznają się z całą dokumentacją chłopca.




piątek, 19 maja 2017

KRÓLEWNA 2

Głównym celem każdej rodziny zastępczej będącej Pogotowiem Rodzinnym jest powrót dziecka do rodziny biologicznej. Zdarza się to jednak stosunkowo rzadko … i wcale nie wynika ze złych chęci rodziców zastępczych, czy innych instytucji. Rodzice biologiczni dzieci, które u nas przebywają, najczęściej sami sobie odpuszczają starania o odzyskanie swojej pociechy. Kilka miesięcy prób „bycia normalnym”, wyczerpuje ich do tego stopnia, że nie mają siły walczyć dalej. Chociaż może nie wyraziłem się precyzyjnie. Owszem, często mają siłę walczyć … słownie, pisząc rozmaite odwołania, szukając pomocy w mediach. Obiecują dziecku złote góry … A przecież tak naprawdę chodzi tylko o bycie … O bycie z dzieckiem, bycie mamą, tatą, bo nad resztą, przy odrobinie dobrej woli pomocy społecznej, da się jakoś zapanować. W mojej ocenie nie chodzi tutaj o biedę, ale bardziej o syndrom biedaka, mentalność, wybór innego stylu życia – do którego dziecko nijak nie pasuje – ale trzeba o nie walczyć. Rodzice biologiczni dzieci, które mamy pod opieką, często zachowują się jakby mieli sześć żyć (zupełnie jak w grze komputerowej). Dziwią się więc, gdy już przy pierwszym lub drugim podejściu, sąd mówi „game over”.
Naszym celem (Majki i moim) jest znalezienie dziecku rodziny. Nie ważne, czy będzie to rodzina adopcyjna, zastępcza, czy też dziecko wróci do swojej rodziny biologicznej (jak nie do rodziców, to może do jakiejś cioci, czy babci). Ważne, aby była to rodzina bezpieczna. Aby była to rodzina, w której dziecko chciałoby przebywać i dorastać. Wydawało nam się, że znalezienie rodziny, z którą dziecko zamieszka na zawsze, jest absolutnym priorytetem.

Królewna jest przypadkiem, który spowodował, że nasze przekonania, w jakiejś mierze uległy przewartościowaniu.

Krótko przypomnę jej historię.
Dziewczynka była pierwszym niemowlęciem, które zostało umieszczone w naszej rodzinie zastępczej (a trzecim dzieckiem w kategorii „open”). W dość krótkim czasie okazało się, że jest ona niewidoma, ma porażenie mózgowe i jeszcze kilka innych schorzeń. Mimo tego, że była wolna prawnie i została zgłoszona do Ośrodka Adopcyjnego, nie było żadnego zainteresowania ze strony rodziców adopcyjnych. Również na etapie adopcji zagranicznej, nic się nie zmieniało. Mieliśmy kilka telefonów od przedstawicieli agencji zajmujących się adopcją zagraniczną, jednak skala upośledzenia wszystkich przerastała.
Nam jednak wydawało się, że przecież musi znaleźć się jakaś rodzina, która zechce ją adoptować, albo choćby zechce zostać dla niej rodziną zastępczą. Uznaliśmy, że skoro my ją pokochaliśmy, to równie łatwo pokocha ją ktoś inny. Jak się później okazało, akurat w tym względzie się nie myliliśmy.
Rozpoczęliśmy poszukiwania na własną rękę. PCPR nie miał nic przeciw temu, jednak zaczął brać pod uwagę umieszczenie Królewny w Domu Pomocy Społecznej. Czas płynął … nic się nie działo. Na końcu cieszyliśmy się, że to my mogliśmy wybrać dla dziewczynki taką placówkę, która wydawała nam się najbardziej odpowiednia – przede wszystkim blisko naszego miejsca zamieszkania. I w tym momencie coś drgnęło (chociaż było to już na etapie przekazywania dziewczynki do DPS-u). Odezwali się do nas ludzie, którzy zdecydowali się zaopiekować Królewną. Już o nich kiedyś pisałem. Mam na myśli Nikolę i Teslę. Wielcy ludzie, a po ostatnim naszym spotkaniu okazali się jeszcze bardziej niezwykli.
Tesla jest niewidomy, co wydawało nam się nawet pewnym atutem, bo przecież zna świat Królewny, wie co ona czuje, jak reaguje na pewne bodźce, czy zachowania innych ludzi.
Jednak dla osób, które mogły wydać decyzję o skierowaniu na szkolenie dla rodziców zastępczych, czy też adopcyjnych – było to ogromną przeszkodą. Sugerowały one raczej rozważenie możliwości pozostania rodzicem dla dziecka zdrowego. Bardzo mnie to dziwiło, ponieważ uważałem, że dwu, czy trzyletnie dziecko, swoim temperamentem przerasta zdolności opiekuńcze osoby niewidomej. Gdy widzę nasze dwulatki, przy których trzeba mieć oczy wokół głowy, to perspektywa pozostania rodzicem przez osobę niewidomą dla niepełnosprawnej Królewny, wydawała nam się idealnym rozwiązaniem.

Tak więc Nikola z Teslą zaczęli odwiedzać naszą byłą podopieczną w Domu Pomocy Społecznej, bywało że spędzaliśmy czas wspólnie. Majka do dzisiaj nie zrzekła się opieki prawnej do dziewczynki, aby mieć realny wpływ na jej dalsze losy – które cały czas wiązaliśmy z koniecznością umieszczenia jej w jakiejś rodzinie.
Dopiero teraz zaczynam się zastanawiać, dlaczego przez cały czas nie zadawałem sobie pytania, co czuli Nikola i Tesla, przyjeżdżając w odwiedziny do małej. Widzę przecież zachowania innych rodziców adopcyjnych albo zastępczych, którzy zaczynają odwiedzać dzieci przebywające w naszej rodzinie. Wiem co czują, bo o tym mówią. Najchętniej zabraliby natychmiast dziecko do swojego domu, ale na szczęście rozumieją, że tak nie można, że odejście z naszej rodziny musi być procesem, a nie ostrym cięciem. Jedak oni wiedzą, że jest to w miarę krótki czas – maksymalnie kilka tygodni.
Nikola z Teslą nie znali tego czasu. Być może dlatego nie okazywali aż tak bardzo swoich emocji (które, jak się później okazało, były dokładnie takie same jak w przypadku innych rodziców), za to przystąpili do działania. Zaczęli poszukiwać takiej instytucji, która zdecyduje się ich przeszkolić i dać kwalifikację do pozostania rodziną dla Królewny. Przeprowadzili się więc do miejscowości oddalonej o kilkaset kilometrów od dotychczasowego miejsca zamieszkania, ponieważ tamtejszy PCPR wydawał się być do nich bardzo przychylnie nastawiony. Miesiące mijały … w końcu okazało się, że nic z tego nie wyjdzie. Przeszkody zaczęły się piętrzyć. Chyba największym problemem był fakt, że chodziło o dziecko z innego powiatu (żeby nie powiedzieć, że z drugiego końca Polski). Zaczęliśmy więc rozważać możliwość przeprowadzenia szkolenia dla rodziców zastępczych w naszym mieście (kolejne kilkaset kilometrów dalej). Nasz PCPR zadeklarował chęć dokonania wstępnej kwalifikacji, do której zresztą doszło. Odbyły się pierwsze rozmowy, a nawet badania psychologiczne. Nikola rozpoczęła proces poszukiwania kolejnego mieszkania – nawet była umówiona na spotkanie z zamiarem jego wynajęcia.
I w tym momencie stało się coś, czego się nie spodziewaliśmy. Nikola z Teslą stwierdzili, że nie ma sensu dalej walczyć o dziewczynkę, że dla jej dobra … się wycofują. Przedstawili argumenty, które dla nas stały się widoczne już jakiś czas temu, ale widząc ich zaangażowanie, ich pasję i miłość do Królewny, nie byliśmy w stanie im tego powiedzieć.

Królewna mieszka w DPS-ie już prawie trzy lata. To jest jej dom, ma tam doskonałą opiekę, osoby które zna, które są teraz jej rodziną. Program zajęć rehabilitacyjnych jak również kulturalno-oświatowych (jakkolwiek może to dziwnie brzmieć w przypadku niewidomego dziecka z porażeniem mózgowym) jest tak szeroki, że żaden przeciętny rodzic nie byłby w stanie zapewnić go swojemu dziecku. Być może jest to wyjątkowy ośrodek, a być może należałoby zacząć zmieniać postrzeganie tego rodzaju placówek.
Problemem przebywających w nim dzieci jest przede wszystkim brak „mamy”, czyli tego jednego, podstawowego opiekuna, który jest dla dziecka najważniejszy, którego głos zawsze wywołuje uśmiech na twarzy, na którego potrafi poczekać nawet kilka dni. DPS, w którym przebywa Królewna, ma w planach znalezienie dla każdego dziecka jakiejś rodziny, która będzie dla niego tym kimś najważniejszym. Bardzo ambitne plany. Wątpię, czy to się uda, ale być może to ja jestem człowiekiem małej wiary.

Nasza Królewna (pomijając jej choroby i zaburzenia) miała wiele szczęścia.
Dzieci przebywające w naszym pogotowiu (w ramach wolontariatu) rehabilituje Natasza. Gdy rozpoczynała swoją przygodę w naszej rodzinie, właśnie kończyła studia. Teraz jest już chyba panią doktor w zakresie fizjoterapii (a w każdym razie prowadzi już zajęcia ze swoimi studentami). Jednak mimo wszystko, cały czas możemy na nią liczyć, ponieważ przyjeżdża do naszych dzieci (nawet wówczas, gdy mamy - jak choćby teraz - „zestaw” niewymagający rehabilitacji).
Królewna była jej pierwszą małą pacjentką (podobnie jak naszym pierwszym niemowlakiem w opiece zastępczej). Gdy dziewczynka odeszła do DPS-u, zaczęła ją tam odwiedzać i rehabilitować. Początkowo Królewna traktowała Nataszę jak … pewnego rodzaju oprawcę. Niestety tego typu zajęcia nie są dla dzieci przyjemne. Wielokrotnie jest to związane z mniejszym lub większym bólem. W każdym razie, jeszcze nie mieliśmy dziecka, które cieszyłoby się, widząc panią rehabilitantkę.
Tak samo było w przypadku Królewny. Jednak w pewnym momencie coś się zmieniło. Dziewczynce zaczęły sprawiać przyjemność wspólnie spędzane chwile. Przestały się one kojarzyć z czymś nieprzyjemnym, mimo że z technicznego punktu widzenia niewiele się zmieniło.
Natasza stawała się dla Królewny „mamą”. Nie są to moje słowa, ale Nikoli, która zaczęła to w pewnym momencie zauważać.
W tej chwili Natasza zdecydowała się przejąć od Majki funkcję opiekuna prawnego.

Gdy cztery lata temu podjęliśmy decyzję o zaopiekowaniu się Królewną, to jedno z doświadczonych pogotowi rodzinnych stwierdziło, że PCPR nas skrzywdził, że nie powinien nowej rodzinie zastępczej dawać tak bardzo upośledzonego dziecka.
Wówczas zupełnie się z tym nie zgadzaliśmy.
W tej chwili uważam, że swoją chęcią pomocy Królewnie, to my teraz skrzywdziliśmy Nikolę i Teslę, a być może również Nataszę. Bywam czasami w ośrodku, w którym przebywa dziewczynka i widzę różne dzieci – również te, które mają czterdzieści lat i więcej. Są takie, które nie mówią, nie poruszają się, które nie potrafią samodzielnie jeść (nawet karmione łyżeczką). Są też takie, które pięciokrotnie przewyższają Majkę w kwestii gadulstwa – tyle tylko, że Majka chociaż mówi z sensem.
Te kilka lat temu, zarówno Majka jak i ja (nie mówiąc nic sobie) rozważaliśmy adopcję Królewny. Mimo, że serce mówiło inaczej, to trzymaliśmy się określonych założeń (reguł, które sobie wyznaczyliśmy zanim zostaliśmy pogotowiem rodzinnym). W tej chwili już takich założeń nie potrzebujemy. Zrozumieliśmy, że dzieci wielokrotnie czują się szczęśliwe, przebywając w placówce. Często nie są to dzieci odebrane tak zwanym rodzinom patologicznym. Wielokrotnie mają one swoich zupełnie normalnych rodziców, którzy odwiedzają je co kilka dni, zabierają na weekendy, święta. Jednak na co dzień są one pod opieką osób, których nie dopadł jeszcze syndrom „zmęczenia materiału”.
Z upływem czasu, pojęcie rodziny zaczyna mieć dla mnie coraz więcej wymiarów.

Historia Królewny jest dla Majki i dla mnie bardzo ważną lekcją, z której wyciągnęliśmy kilka wniosków. Myślę, że mogę się wypowiedzieć również w imieniu mojej żony.
Przede wszystkim nie możemy myśleć o szczęściu malucha, przyjmując kryteria rozwoju i opieki nad dzieckiem zdrowym. W przypadku dziecka upośledzonego lub silnie zaburzonego, może być tak, że chęć szukania i znalezienia dla niego rodziny, nie zawsze je uszczęśliwi, za to wielokrotnie możemy skrzywdzić, a nawet zrujnować życie innym osobom.
Placówki są dla ludzi. Są wspaniałe Domy Pomocy Społecznej, świetnie funkcjonujące Domy Dziecka. Pod tym względem, moim zdaniem jest coraz lepiej w naszym kraju, a nie wszystkie dzieci nadają się (a często nawet chcą) zamieszkać w rodzinie.
I trzecia sprawa, to fakt że nie ma takiego dziecka, którego nikt nie jest w stanie pokochać. A nawet wydaje mi się, że w wielu przypadkach, miłość która nie przekłada się na 24 godzinną opiekę, może być dużo bardziej wartościowa.








wtorek, 2 maja 2017

BIAŁASEK

Przedstawienie historii tego chłopca jest dla mnie dość trudne. Nie dlatego, że byłem z nim w jakiś szczególny sposób związany, ale dlatego, że był on … zwyczajnym dzieckiem. Wprawdzie los (w tym wypadku jego mama i tata) zafundował mu pobyt w pogotowiu rodzinnym, to z mojego punktu widzenia, w tej historii nie ma niczego szczególnego. Chociaż może się mylę … Może o niezwykłości świadczy fakt, że chłopiec urodził się w rodzinie, w której mógłby mieszkać do dzisiaj. Rodzinie, która do pewnego momentu była … rodziną statystyczną.

Mama chłopca była normalną dziewczyną, osobą która nie wyróżniała się niczym szczególnym. Była ona koleżanką Kubusia (naszej najmłodszej córki) w gimnazjum. Wprawdzie należały one do odrębnych grup „wzajemnej adoracji”, to jednak się znały, a dla rówieśników była ona zwyczajną koleżanką – jakich wiele.
Jej rodzina nie była tak zwaną rodziną patologiczną, wiecznie bezrobotną, wiecznie korzystającą z usług pomocy społecznej. Na jakimś etapie coś poszło nie tak. Tata odszedł , mama „popłynęła”, pojawił się jakiś chłopak (miał być tym wymarzonym, a okazał się dupkiem – chociaż nie dla niej).
Urodziło się dziecko …, o które niestety trzeba dbać.
Dalsza rodzina początkowo starała się pomagać, wspierać. Nawet tata (właściciel całkiem dobrze prosperującej firmy) chciał być podporą. Jednak chyba nie zostało to zbyt dobrze przyjęte przez mamę Białaska, bo żadna z tych osób nie zechciała pozostać dla chłopca rodziną zastępczą.

Wydawało nam się, że sąd podejmie decyzję o odebraniu praw rodzicielskich i skieruje dziecko do adopcji. Niestety sędzina zdecydowała o umieszczeniu chłopca w rodzinie zastępczej. Uznała więc, że mama Białaska ma jeszcze szansę na odzyskanie dziecka, ale nie nastąpi to w niedługim czasie (bo wówczas chłopiec nadal pozostałby w naszej rodzinie).
Ale czy umieszczenie go w kolejnej rodzinie zastępczej miało większy sens?
Czy w sytuacji, gdy przez prawie rok mamy do czynienia z równią pochyłą, należy dawać kolejne szanse mamie biologicznej?
Jak zwykle w takich przypadkach jest wiele niedomówień, wiele plotek. Do nas dotarły informacje, że babcia Białaska ”siedzi”, jego tata również, ich mieszkanie zostało zlicytowane za długi. Ile w tym prawdy? Jedyną pewną rzeczą jest to, że po ostatniej rozprawie (na której została podjęta decyzja o umieszczeniu chłopca w rodzinie zastępczej), wszelkie kontakty ustały. A przecież właśnie teraz, mama powinna jeszcze bardziej zawalczyć o odzyskanie chłopca. To teraz powinna być aktywa, odwiedzać go, a przede wszystkim pokazać, że chce zmienić swoje życie na takie, które w opinii sądu dawałoby gwarancję prawidłowego wychowywania dziecka.
Teoretycznie … W teorii wszystko wydaje się logiczne i proste. Jednak tak naprawdę, to mama Białaska jest jeszcze dzieckiem. Może jest pełnoletnia, ale nie dorosła. Nie ma nikogo, komu mogłaby zaufać, na kim mogłaby się wesprzeć. Dlatego ufa każdemu, kto okaże jej choć odrobinę zainteresowania. Trudno powiedzieć, komu zaufała tym razem, jakie ma plany co do synka i gdzie właściwie się podziewa.
Białasek jest jeszcze malutki, nie ma nawet półtora roku. W takich przypadkach rozpoczynamy poszukiwanie takiej rodziny zastępczej, która nie wyklucza adopcji (a nawet ma takie motywacje). Pewnie nie jest to do końca zgodne z intencją sądu, bo ten wolałby zapewne taką rodzinę, która byłaby gotowa za kilka lub kilkanaście miesięcy (a może i parę lat) rozstać się z dzieckiem (gdyby nagle jego mama „stanęła na nogi”). Ja jednak mam wątpliwości, czy takie podejście do sprawy jest dobrym rozwiązaniem. Rodzice zastępczy są wówczas tylko ciocią i wujkiem, a mama (którą widzi raz na jakiś czas) tak naprawdę jest jeszcze dalszą „ciocią”. A dziecko potrzebuje mamy, niekoniecznie tej, która je urodziła.
W każdym razie rozpoczęliśmy poszukiwania rodziny dla Białaska. Oczywiście nie robimy tego sami, lecz współpracując z PCPR-em. Nawet jeżeli własnymi kanałami udaje nam się znaleźć rodzinę zastępczą, to tak czy inaczej, ostateczna decyzja należy do tego urzędu.
W tym przypadku, z propozycją wystąpił PCPR, wskazując jako kandydatkę samotną mamę, panią Annę (zresztą dziewczynę, którą już znaliśmy, bo odbywała u nas praktyki kończąc szkolenie dla rodziców zastępczych). Początkowo wydawało nam się, że jest to chybiony pomysł. Intuicja podpowiadała nam, że przecież z pewnością uda się znaleźć dla chłopca pełną rodzinę. Gdy Białasek biegł do mnie krzycząc „tata, tata”, to przychodziły mi do głowy myśli, że już nigdy nie będzie mógł do nikogo tak powiedzieć. Jednak zaczęliśmy wszystko analizować na chłodno, wychodząc z założenia, że choć „myślenie bez intuicji jest puste”, to również „intuicja bez myślenia jest ślepa”. Doszliśmy do wniosku, że nawet umieszczenie Białaska w rodzinie, w której jest i mama i tata, nie daje gwarancji, że tak będzie zawsze. A z kolei samotna mama wcale nie musi być nadopiekuńcza, nie mówiąc o tym, że może wydarzyć się coś, co spowoduje, że przestanie być samotna.
Tak więc Ania zaczęła odwiedzać naszego chłopca. Początkowo przyjeżdżała tylko na kilka godzin, a po miesiącu zabierała go już do swojego domu na całe weekendy. Okazała się osobą bardzo energiczną, pragmatyczną, kimś kto osiąga wyznaczone sobie cele, będąc jednocześnie w zgodzie z własnymi zasadami. Chłopiec bardzo szybko ją zaakceptował. Stali się dla siebie ważni już na etapie pobytu małego w naszej rodzinie.
Ania nie jest osobą „wylewną”. Swoją osobowością zdecydowanie bardziej przypomina mnie, niż Majkę. Nie wiemy więc, czy w dłuższym okresie będzie chciała utrzymywać z nami jakiekolwiek kontakty. Nie oznacza to, że będzie chciała je zerwać i o nas zapomnieć, ale codzienny pęd dnia może sprawić, że na pielęgnowanie starej znajomości nie wystarczy już czasu. My jesteśmy na coś takiego przygotowani, chociaż lubimy dostawać co jakiś czas zdjęcia lub informacje o dzieciach, które przebywały w naszym domu.

Poza pewnością siebie, zaczęliśmy jeszcze dostrzegać inne zalety nowej mamy zastępczej.
Droga, którą ta dziewczyna wybrała jest trudna, a do tego bardzo często krytykowana przez inne osoby, zwłaszcza te pracujące w ośrodkach adopcyjnych. Jakby na całą sprawę nie patrzyć, Białasek był małym i zdrowym dzieckiem. Gdyby w najbliższym czasie sąd jednak podjął decyzję o odebraniu praw rodzicielskich jego mamie, to nie byłoby żadnego problemu ze znalezieniem chętnej rodziny adopcyjnej. Ale w ten sposób można sobie tylko gdybać. Równie dobrze chłopiec mógłby spędzić resztę dzieciństwa w rodzinnym domu dziecka, oczekując na swoją wiecznie nie ogarniętą mamę.
Wrócę jednak do walorów Ani, od których rozpocząłem tą myśl. Chociaż w zasadzie nie chodzi tutaj nawet o tą konkretną dziewczynę, ale o całą grupę rodziców zastępczych, których marzeniem tak naprawdę jest adopcja. Większość rodziców chcących przysposobić dziecko, odrzuca taką drogę, mimo że ma świadomość jej istnienia. Z kolei ci, którzy podejmują się takiego wyzwania, też nie są desperatami. Desperaci raczej nie mają zbyt dużych szans na uzyskanie kwalifikacji do pozostania rodzicem zastępczym.
Jednak jest coś w takich rodzicach zastępczych, co zwraca moją uwagę. Jest to dużo większa otwartość na rodziny biologiczne, a przynajmniej na pomoc dziecku w poszukiwaniu własnych korzeni.
Rodzice adopcyjni dużo częściej zachowują się zaborczo, chcą zapomnieć o rodzicach biologicznych swojego dziecka. Wielokrotnie powrót do tego wątku jest dla nich bolesny, często nie chcą oni rozmawiać o trudnych emocjach – ucinając temat (niezależnie od tego, czy jest to rozmowa z samym dzieckiem, czy też osobą postronną). Osobiście nie spotkałem się z taką sytuacją, ale podobno są rodzice adopcyjni, którzy w pewien sposób poniżają rodziców biologicznych w oczach dziecka – choćby nazywając ich patologią, marginesem społecznym, odbierając im tym samym godność bycia rodzicami tego dziecka. W ten sposób niechcący wzbudzają również w dziecku przeświadczenie, że ono też jest nic nie warte.
Każdy z rodziców dziecka adoptowanego, bądź zastępczego musi brać pod uwagę to, że jego dziecko prawdopodobnie na pewnym etapie swojego życia, będzie chciało poznać swoją prawdziwą tożsamość, być może odszukać swoich rodziców biologicznych. Nie zawsze tak jest. Sam znam rodzinę, której dzieci adopcyjne nie wykazują najmniejszego zainteresowania rodzicami biologicznymi. Jednak dla wielu osób adoptowanych jest to duży problem. Doświadczenie porzucenia z dzieciństwa może być ogromną traumą, która nie pozwala zbliżyć się do innych osób, w pewien sposób skazując dziecko na samotność, poczucie wyobcowania. To z kolei może powodować depresje, zaburzenia lękowe, fobie, uzależnienia, a nawet choroby psychiczne.
Zarówno rodzice adopcyjni jak też zastępczy mają świadomość, że tak może być. Ja również mam tego świadomość. Pewnie dlatego, gdybym chciał adoptować dziecko, a jakaś siła wyższa dałaby mi stuprocentową pewność, że fakt przysposobienia nigdy nie ujrzy światła dziennego, to moje sumienie pozwoliłoby mi wszystko przed nim zataić. Niestety takiej pewności nie ma, więc pozostaje tylko podjęcie próby przygotowania dziecka do najtrudniejszej lekcji w jego życiu. Wiem, że są rozmaite koncepcje, w myśl których istnieje jakaś naturalna więź pomiędzy członkami rodziny, nawet jeżeli nie wiedzą oni o swoim istnieniu. Takie badania prowadził między innymi niemiecki psychoterapeuta Bert Hellinger. Podobno dzieci adoptowane wielokrotnie czują, że nie pasują do swojej rodziny, że coś jest nie tak. Dopiero dotarcie do swoich korzeni, odnalezienie rodziców lub rodzeństwa, pozwala im na osiągnięcie jakiegoś wewnętrznego spokoju (nawet jeżeli nadal mieszkają z rodziną adopcyjną).
A może mechanizm jest nieco inny? Może dzieci mające wiedzę, że są adoptowane,zwyczajnie czują potrzebę odnalezienia brakujących fragmentów układanki, bo przecież żaden obrazek nie może mieć białych plam? Nie wiem.
I na dobrą sprawę, nie wiem dlaczego takie myśli zaczęły mi przychodzić do głowy, gdy zacząłem zastanawiać się nad Anią (nową mamą zastępczą Białaska).

Pora trochę więcej napisać o samym chłopcu, bo w końcu to jego chciałem przedstawić.
Tyle, że nic nie przychodzi mi do głowy. Białasek w zasadzie był „synkiem” Majki. Spał z nią w jej pokoju i to ona wstawała do niego w nocy, to ona była pierwszą osobą, którą chłopiec widział po przebudzeniu, to z nią rozpoczynał każdy nowy dzień. Ja noce spędzam w pokoju Smerfetki i Gacka. Nad ranem biorę ich do swojego łóżka (chociaż może sensowniej byłoby napisać, że wyjmuję ich z łóżeczek, bo później i tak „rozłażą” się po całym pokoju) i prawdę mówiąc nie przejmuję się tym, czy z psychologicznego punktu widzenia jest to dobre, czy nie. Z pewnością jest to czas, w którym można zaobserwować najciekawsze zachowania dzieci (zwłaszcza gdy myślą, że rodzic jeszcze śpi). Jest to też czas, w którym nawiązują się najsilniejsze więzi. Nawet z Gackiem (który jest dla mnie pewnego rodzaju emocjonalną hermafrodytą) jestem bardziej związany, niż byłem z Białaskiem, którego znałem tylko z zachowań dziennych … a to już nie to samo. Od czasu, gdy chłopiec zamieszkał z Anią, wróciłem do sypialni Majki, a „moje dzieci” są tylko na podglądzie elektronicznej niani. Pewnego poranka (gdy dzieci się obudziły domagając się mleka – Smerfetka wołała „tatoo”, a Gacek jak zwykle naśladował czaplę), Majka chciała być miła i pozwolić mi jeszcze trochę pospać. Jednak gdy zadała pytanie „a co ja mam tam z nimi robić?”, to się roześmiałem i zrozumiałem, że te ranki są czymś niepowtarzalnym, osobliwym … mam nadzieję, że nie tylko dla mnie, ale również dla tych maluchów.

No tak … opis Białaska zdecydowanie mi nie wychodzi.
To może ciekawsze będą zapiski dotyczące jego zachowań sporządzane na przestrzeni ostatniego roku:


Ocena rozwoju dziecka na podstawie obserwacji opiekunów
(ukończone 5 miesięcy).

Chłopiec przebywa w naszej rodzinie od niecałych dwóch miesięcy. Powodem umieszczenia go u nas była niedostateczna opieka ze strony rodziców. Dziecko miało problemy skórne i nawet gdy przyszło do nas ze szpitala, nie wyglądało ciekawie. W wypisie była diagnoza podejrzenia atopowego zapalenia skóry. Na tą chorobę nie ma lekarstwa, stosuje się więc leczenie objawowe. Poza maściami przeciwzapalnymi, ważna jest przede wszystkim pielęgnacja, chociaż niektórzy naukowcy uważają, że przyczyną choroby może być nadmierna higiena. Jednak większość skłania się ku twierdzeniu, że jest to choroba genetyczna (a dokładniej, że jest to alergia o podłożu genetycznym). Białasek poza różnymi kremami do smarowania, dostaje również lek przeciwalergiczny. W tej chwili skóra chłopca wygląda już znacznie lepiej, chociaż poprawa nie nastąpiła natychmiast i bywają dni, w których (mimo stałego stosowania leków) widać lekkie pogorszenie. Jednak gdy czytałem o tej przypadłości, to mocno wierzę w to, że jednak nie jest to atopowe zapalenie skóry (zbyt łatwo dało się zaleczyć), zwłaszcza że chłopiec ma stały kontakt z psem, który niejednokrotnie go poliże. No chyba, że rację mają ci, którzy uważają, że przyczyną jest nadmierna higiena.
Białasek jest odwiedzany przez mamę i babcię regularnie, nastąpiło też wspólne spotkanie u dermatologa. Są to osoby, które sprawiają wrażenie, że odzyskanie dziecka jest dla nich priorytetem. Mocno wierzymy, że tym razem to się uda, chociaż taką wiarę mieliśmy już kilkukrotnie, a potem coś nie wychodziło. Ale przecież kiedyś musi być ten pierwszy raz.

Wykaz umiejętności dziecka:

  • Białasek jest naszym zdaniem w normie rozwojowej. Nie ma niczego, co by nas niepokoiło, ale też póki co, w żadnej dziedzinie nie zapowiada się na geniusza.
  • W sferze ruchowej, mieści się we wszelkich dopuszczalnych widełkach. Potrafi przekręcić się z pleców na brzuch, czego jednak nie lubi i natychmiast próbuje ponownie wrócić na plecy. Jednak ta druga sztuka, mimo że podobno łatwiejsza, jeszcze mu się nie udaje.
  • Umie przyjąć pozycję „foki”, co jest wstępem do raczkowania, jednak robi to bardzo rzadko (prawdopodobnie dlatego, że nie lubi pozycji brzusznej). Tak więc szybko przechodzi do parteru i próbuje przekręcić się na plecy
  • Siedzi już pewnie z podparciem, chociaż staramy się nie przeciążać jego kręgosłupa, czekając, aż będzie gotowy do samodzielnego siadania.
  • Jest dzieckiem bardzo towarzyskim. Odwraca głowę w kierunku głosu, rozpoznaje domowników, śmieje się do nich. Uwielbia towarzystwo psa, chociaż jeszcze jakiś czas temu był on dla niego upierdliwym stworem, którego pewnie chętnie by się pozbył. Najbardziej lubi, gdy ktoś go trzyma na rękach, ale zadowala się również sytuacją, gdy ktoś się nad nim pochyla i użycza mu swojej ręki do zabawy. A gdy ta ręka zacznie go łaskotać, to kwiczy na całe gardło.
  • Na widok znajomych osób, piszczy, śmieje się, macha rączkami. Aktualnie najbardziej jest przywiązany do cioci (czyli mojej żony), chociaż na mój widok rechocze ze śmiechu (ale być może chodzi o to, że mam twarz grzechotki). W każdym razie nie przejawia lęku przed obcymi. Dobry jest każdy, kto ma ochotę poświęcić mu swój czas. Wydaje nam się, że bardziej reaguje na porę dnia. Wieczorem, mniej więcej 2-3 godziny przed spaniem, staje się marudny. Wówczas najlepszym rozwiązaniem jest wyjście na spacer. Przed południem jest bardzo pogodny. Jednak wtedy, gdy mimo wszystko zdarzy mu się zacząć marudzić, to nie reagujemy natychmiast. Wielokrotnie miała miejsce sytuacja, że pocieszył się sam, zajmując się choćby swoimi rączkami lub nóżkami, nie mówiąc o wiszących zabawkach, które uwielbia.
  • Bardzo lubi muzykę, chociaż chyba najbardziej piosenki wykonywane przez osobę, która w danym momencie się nim opiekuje (nie zwraca nawet uwagi na okropne fałszowanie). Myślę, że tym fałszowaniem nie robimy mu zbyt dużej krzywdy (w końcu nie chcemy zrobić z niego ani wirtuoza, ani piosenkarza), tym bardziej, że podobno śpiew pobudza artykułowanie sylab – a chłopiec zaczyna już gaworzyć.
  • Białasek bardzo sprawnie potrafi bawić się zabawkami używając obu rąk. Przekłada je z jednej ręki do drugiej. Najbardziej lubi te, które wiszą nad nim.
  • Jest bardzo spostrzegawczy. Gdy od jakiegoś czasu pojawiły się w domu muchy, stanowią one chyba dla chłopca świetną rozrywkę. Gdy przechodzą w pobliżu, to śledzi wzrokiem każdy ich ruch.
  • Zaczynamy naukę robienia „pa-pa” i zabawę w „a ku-ku”, jednak na razie nic z tego nie wychodzi. Ale na to ma jeszcze trochę czasu.
  • Za to zaczyna dostrzegać zależność przyczynowo-skutkową. Oczywiście sprawa podstawowa, to doskonale wie, że jak zacznie płakać, to ktoś do niego przyjdzie. Ale też potrafi zaczepiać uśmiechem, wiedząc że w odpowiedzi też będzie uśmiech. Gdy go nie ma, to jest lekko zmieszany. Nauczył się też odpowiadać cmokaniem na cmokanie. Najpierw to on odpowiadał, ale ostatnio stało się to dla niego chyba pewną formą zagajenia. Gdy mu ktoś nie odcmoknie, to jest niepocieszony.
  • Jeżeli chodzi o sprawy bardziej przyziemne, to ma już dwa ząbki (zresztą pierwszego odkryła jego babcia). W przypadku Białasak, było to bardzo nieoczekiwane. Inne dzieci mają gorsze samopoczucie, nawet podwyższoną temperaturę, a jemu wyszły tak bez zapowiedzi.
  • Śpi bardzo ładnie (czasami lepiej niż roczna Smerfetka). Marzeniem (naszym) jest tylko to, aby sam nauczył się trzymać butelkę, bo pije raczej powoli.
  • Zaczynamy stopniowo wprowadzać stałe pokarmy, jednak zważywszy na duże prawdopodobieństwo wystąpienia alergii, robimy to powoli, w dużych odstępach czasu (aby się dowiedzieć, czego aktualnie jeszcze jeść nie powinien).
  • Jest całkiem sporym bobasem. Wielkością i wagą, prawie dorównuje rocznej Smerfetce. Nie jest więc wykluczone, że będzie musiał przenieść się z wanienki do dużej wanny, zanim nauczy się siedzieć.
Na zakończenie mógłbym powtórzyć to, co napisałem na wstępie. Staramy się wspierać mamę Białaska w procesie odzyskania synka. Jednak sama opieka nad dzieckiem, to nie wszystko (zresztą jest to coś, co potrafi robić, być może powinna tylko do tego podejść z nieco większą odpowiedzialnością, a może bardziej – sumiennością). Są też jednak inne rzeczy w jej życiu, którym musi stawić czoła. Myślę, że sama najlepiej wie o co chodzi.


Ocena rozwoju dziecka na podstawie obserwacji opiekunów
(prawie 9 miesięcy).

Chłopiec przebywa u nas od pięciu miesięcy. Spośród wszystkich dzieci, które przewinęły się przez nasze pogotowie, jest najczęściej odwiedzany przez swoją rodzinę (chociaż spotkania nie są regularne). Początkowo Białaska odwiedzała jego mama z babcią. W ostatnim czasie zaczął pojawiać się również tata. Przychodząc do nas, jest bardzo sympatyczny i sprawia wrażenie ojca, dla którego los syna nie jest obojętny. Potrafi się z nim bawić i pielęgnować (np. zmienić pieluchę). Rodzice mają w planie wystąpić do sądu z wnioskiem o możliwość zabierania dziecka do swojego domu 2-3 razy w tygodniu. Chłopiec reaguje na ich obecność bardzo pozytywnie, więc jeżeli zostaniemy poproszeni o wyrażenie opinii, to z pewnością nie będziemy mieli nic przeciw temu.


Wykaz umiejętności dziecka:

  • W stosunku do stanu sprzed trzech miesięcy, Białasek stał się dużo bardziej ruchliwy. Potrafi już pełzać, a nawet kilka razy przyjął pozycję startową do czworakowania. Nie wiem co „siedzi” w tym momencie w jego główce, ale wydaje mi się, że gdyby ktoś kazał mi skoczyć na spadochronie, to miałby mniej więcej taką minę jak on. Jednak ponieważ chłopiec nie jest dzieckiem strachliwym, to wkrótce z pewnością odważy się na zrobienie pierwszego kroku.
  • Posadzony, siedzi pewnie bez podparcia. Jednak sam nie próbuje jeszcze siadać i najpewniej czuje się w pozycji na brzuchu, której jeszcze niedawno bardzo nie lubił.
  • Nadal jest dzieckiem bardzo towarzyskim, a do tego po powrocie z wakacji (był u rodziny pomocowej) stał się małym wymuszalskim. Na samym początku nie wystarczył mu kontakt wzrokowy ani nawet siedzenie na kolanach. Zadowalał się tylko noszeniem na rękach. Teraz jest już dużo lepiej. Radość potrafi mu sprawić nawet zabawa w grupie innych dzieci.
  • W stosunku do obcych, początkowo zachowuje dystans, jednak już po kilku minutach, na „zaczepki” z ich strony reaguje śmiechem i chętnie idzie do nich na kolana. Uważamy, że jest to bardzo pozytywne zachowanie.
  • Białasek cały czas wkłada przedmioty do buzi, jednak robi to coraz rzadziej. Częściej stara się je poznawać wzrokiem i dotykiem. Przekłada się to również na badanie twarzy innych osób. Lubi łapać za nos, uszy, wkładać palce do oka. Niestety najbiedniejszy jest Gacek, ponieważ bardzo takich czułości nie lubi, tyle tylko, że zamiast uciekać (bo przecież potrafi), to siedzi i wrzeszczy. Białasek posługuje się już ruchem pęsetowym. Zwłaszcza gdy któreś z dzieci rozsypie na dywanie jakieś ciastka lub chrupki, to bardzo sprawnie zbiera wszelkie okruszki.
  • Bardzo lubi grające zabawki. Coraz rzadziej „wali” w nie rączką, aby się odezwały, za to próbuje naciskać palcem odpowiednie przyciski.
  • Chłopiec potrafi już artykułować kilka sylab. W większości przypadków, bawi się słowotwórstwem i nawet gdy mówi „da”, to tak naprawdę wcale nic nie chce. Chociaż „ta-ta”, chyba kojarzy z mężczyzną. Gdy go kąpię, to wielokrotnie powtarza to słowo, a nawet potrafi go użyć w stosunku do swojego prawdziwego taty, podczas odwiedzin.
  • Zaczyna naśladować dorosłych, zwłaszcza lubi marszczyć nos.
  • Białasek bardzo lubi się kąpać. Od jakiegoś czasu kąpie się w dużej wannie. Uwielbia zabawę w tsunami. Nie przeraża go nawet to, że czasami zaleje go jakaś większa fala.
  • Je coraz bardziej urozmaicone posiłki, które już od kilku miesięcy, nie zawsze mają konsystencję papki, na przykład uwielbia spagetti. Zapoznaje się też z owocami w formie naturalnej: malinami, borówkami, winogronami, jabłkiem, bananem i innymi. Wprawdzie sam smak, często nie powinien mu być obcy, bo przecież kaszki, które dotychczas jadał, też smakują owocami, to jednak wielokrotnie bardzo się dziwi, wyciąga je z buzi, ogląda – chodzi więc chyba również o formę.
  • Noce przesypia bardzo ładnie.
Gdybym miał jakoś podsumować Białaska, to musiałbym stwierdzić, że jest chłopcem bezproblemowym, w normie rozwojowej.
Wprawdzie cały czas próbuje absorbować sobą naszą uwagę, to mimo że jest to czasami trochę męczące, wiemy że tak właśnie być powinno.


Ocena rozwoju dziecka na podstawie obserwacji opiekunów
(ukończone 11 miesięcy).

Białasek pod każdym względem rozwija się bardzo dobrze. Oczywiście są rzeczy, które mógłby już robić, a jeszcze nie robi, jednak wszystko jest w normie rozwojowej.
Nie mamy problemów z jedzeniem i spaniem. Chłopiec potrafi przespać bez przerwy 12 godzin, wypić mleko i ponownie zdrzemnąć się ze dwie godziny .W kwestiach zdrowotnych musimy tylko zwracać większą uwagę na skórę, ponieważ mimo stosowania różnych balsamów i maści, często jest ona zaczerwieniona i chropowata. Jednak nie zauważyliśmy żadnych związków między pogorszeniem się skóry a tym, co dostał do jedzenia. Poza tym nie choruje (pomijając pojawiający się czasami katar, czy kaszel).

Wykaz umiejętności dziecka:

  • Białasek jest w tej chwili bardzo ruchliwy. Sprawnie czworakuje i siada. Ostatnio zaczął też stawać przy drabinkach i meblach. Bardzo lubi tą pozycję, ale cały czas boi się zrobić pierwszy krok bez trzymanki.
  • Chyba wszedł w okres, w którym wydaje mu się, że powinien o sobie decydować. Gdy tego chce, to chętnie współpracuje na przykład przy przewijaniu lub przebieraniu, ale bywają sytuacje, gdy się buntuje. Niestety niewiele jeszcze mówi, więc jego sprzeciw często polega na tym, że siada i wrzeszczy. Bywa, że nie pomaga wzięcie go na ręce, czy też próba zainteresowania go czymś ciekawym. Tak więc, czasami trzeba te kilka minut przeczekać, aż chłopiec sam się uspokoi.
  • W kwestii słownictwa, nie można powiedzieć, że jest gadułą. Wypowiada jakieś sylaby typu „ma” czy „da”, a z wyrazów dwusylabowych to najczęściej słyszę „tata”, czasami „mama”.
  • Doskonale zna obowiązujące zasady – gdy coś broi, to kątem oka zerka, czy ktoś na niego patrzy.
  • Bardzo lubi zabawki. Potrafi się nimi bawić zarówno sam jak też w towarzystwie innych dzieci. Chociaż w tym drugim przypadku najczęściej próbuje komuś coś odebrać (nie dając nic w zamian – ale do tego jeszcze dorośnie).
  • Ostatnio zaczął interesować się książeczkami. Wprawdzie kolorowe obrazki przykuwają jego uwagę, to nie potrafi jeszcze wskazywać co na nich jest. Zresztą podobnie jak ze wskazywaniem części ciała. Na dobrą sprawę tylko pokazywanie „gdzie jest oko”, sprawia mu ogromną przyjemność.
  • Jeżeli chodzi o sztuczki, które dzieci uwielbiają robić, aby przypodobać się rodzicom, to mogę powiedzieć, że Białasek bardzo ładnie robi „brawo-brawo” i potrafi się przywitać (jednak nie wiadomo dlaczego robi to dwiema rękami). Na naukę robienia „pa-pa”, „jaki jesteś duży”, „jakie dobre” i tym podobnych rzeczy, jest jakiś niepodatny.
  • Ma bardzo sprawne ręce, potrafi manipulować przedmiotami, wkładać i wykładać mniejsze z większych.
  • Doskonale zna imiona wszystkich domowników (chociaż nie potrafi ich wypowiedzieć, nawet w swoim języku).
Podsumowując – jest dzieckiem, którego nie powstydziłby się żaden rodzic.


Ocena rozwoju dziecka na podstawie obserwacji opiekunów
(ukończone 14 miesięcy).

Białasek już niedługo odejdzie do rodziny zastępczej.
Sąd nie zdecydował się na odebranie praw rodzicielskich mamie biologicznej, widząc widocznie jakieś światełko w tunelu. Jednak od czasu podjęcia tej decyzji, mama przestała się z nami kontaktować.


Wykaz umiejętności dziecka:

  • Biorąc pod uwagę umiejętności fizycznie, Białasek radzi sobie całkiem dobrze. Wprawdzie czasami mam wrażenie, że przez pokój przechodzi huragan (bo chłopak chwieje się na wszystkie strony, po czym pada na pupę), to ogólnie rzecz biorąc chodzi bardzo sprawnie. Jest dobrze zbudowany, co powoduje że nawet w konfrontacji siłowej ze starszymi dziećmi, długo potrafi utrzymać się na nogach.
  • Staramy się pobudzać go ruchowo, głównie poprzez rozmaite ćwiczenia gimnastyczne, chociaż kontakt z innymi dziećmi oraz pies (będący dla Białaska naturalną przeszkodą, którą stara się pokonać), chyba wystarczająco stymulują jego rozwój motoryczny.
  • Cały czas ma naturę buntowniczą i chce decydować o sobie. Nawet dzisiaj zdarzyło się, że chciał, abym to ja karmił go przy obiedzie. Przy każdej innej osobie wyrywał się i wrzeszczał – miał chyba taki kaprys, ponieważ zazwyczaj to nie ja daję mu jeść.
  • Często w sytuacjach, gdy inne dzieci zaczynają płakać, on wpada we wściekłość. Podam jeden przykład. Niestety jest już na tyle wysoki, że nie może bezkarnie wstawać pod stołem, czy pianinem. Często jeszcze o tym nie pamięta i nabija sobie guzy. Wówczas bierze cokolwiek, co znajdzie w pobliżu i wali tym czymś na oślep. Niebezpieczne jest to, że zdarza mu się w takiej sytuacji paść na podłogę i walić w nią głową.
  • W przeciwieństwie do innych dzieci (i niejako na przekór swojej naturze), nie używa słowa „nie”. Za to ciągle odpowiada „tak”. Jednak mówi to chyba świadomie, ponieważ gdy próbujemy trochę zabawić się jego kosztem, to szybko się orientuje.
    Jako przykład podam niedawny dialog po przebudzeniu się po drzemce południowej:
    - masz kupę? - „tak”
    - przewiniemy się? - „tak”
    - jesteś głodny? - „tak”
    - już się najadłeś? - „ … he-he”.
  • Jak każde inne dziecko w jego wieku, uwielbia zabawki rodziców: telefon komórkowy, pilota od telewizora, kluczyki od samochodu, ale również rozmaite śmieci - butelki czy puszki po napojach, torby foliowe, gazety. Czasami mam wrażenie, że im coś jest mniej kolorowe – tym bardziej atrakcyjne. Nadal ulubioną zabawą jest „taplanie się” w psiej misce z wodą, otwieranie szafek, szuflad … niestety nie minie to jeszcze przez kilkanaście miesięcy.
  • Nie mamy żadnego problemu związanego z odżywianiem. Chłopiec je dużo i chętnie (również owoce i warzywa).
  • Potrafi sam się najeść, chociaż w takim przypadku większość posiłku ląduje na podłodze, a podstawowym sztućcem jest własna ręka.
  • Zasób słów Białąska jest stosunkowo niewielki. Potrafi wypowiedzieć mama, tata, daj oraz kilka neologizmów, których znaczenia jeszcze nie rozszyfrowaliśmy … no i oczywiście „tak”.
  • Pod względem zdrowotnym nie mamy żadnych problemów. Wprawdzie chłopiec ma nieco bardziej wrażliwą skórę niż inne dzieci (zwłaszcza okresowo złuszczającą się za uszami), to jednak pielęgnacja podstawowymi kremami oraz kąpiele przy użyciu zwyczajnych płynów przeznaczonych dla dzieci, są podstawowymi środkami kosmetycznymi. Czasami tylko trzeba użyć nieco bardziej medycznego produktu.
  • Noce nadal przesypia bardzo ładnie.
Gdybym miał go jakoś podsumować, to napisałbym „ideał”.
To, że czasami pokrzyczy, albo się wścieka (może jest typem choleryka), próbując wyrazić swoje niezadowolenie, albo sprawia wrażenie egocentryka, dla którego nic nie jest ważne poza własną osobą – jest zupełnie normalne w tym wieku.
Wyrośnie z tego.














czwartek, 27 kwietnia 2017

--- Jestem, jaki jestem.

Jeszcze kilka lat temu, byłem całkiem przeciętnym facetem (żeby nie powiedzieć, że normalnym facetem). Miałem poukładane życie. Rodzina, praca, dom, sport, ogród … raz na jakiś czas fajna impreza lub spontaniczny wypad na 2-3 dni nad morze albo w góry. Dzieci już samodzielne, więc wakacje spędzałem najczęściej tylko z Majką.
Bardziej interesował mnie wynik meczu mojej drużyny w ekstraklasie, niż rozpętanie nowego konfliktu na Bliskim Wschodzie. Kampanie społeczne dotyczące przemocy w rodzinie … zauważałem, że są. Reklama sprzed lat „bo zupa była za słona”, miała dla mnie bardziej posmak humorystyczny, niż zwracała uwagę na faktyczny problem. Żyłem w idealnym świecie. Tego drugiego nie dostrzegałem.
I nagle zostałem ojcem zastępczym. Od pierwszej rozmowy z Majką dotyczącej propozycji pozostania pogotowiem rodzinnym, do umieszczenia u nas pierwszych dzieci – minął rok. Tylko jeden rok … biorąc pod uwagę dzieje Ziemi, jest to jak mrugnięcie okiem, a ja do wszelkich zmian podchodzę właśnie w takich kategoriach.
Gdybym miał wehikuł czasu i kilka lat temu przeniósłbym się do dnia dzisiejszego, to bym oniemiał ze zdziwienia.
To, że prowadzę tego bloga, to mały pikuś. Udzielam się też na forum Naszego Bociana, stowarzyszenia wspierającego rodziny walczące z niepłodnością, rodziny adopcyjne i zastępcze. Nawet zostałem jednym z moderatorów – jako jedyny facet (ale narzekać nie mogę).
Najciekawsze jest jednak to, że zacząłem zwracać uwagę na problemy, które dotychczas mnie nie interesowały, a wiele moich poglądów uległo przewartościowaniu.

Kilka miesięcy temu napisałem posta, którego nigdy nie opublikowałem. Uznałem, że jest on zbyt odważny, zbyt osobisty … mogący urazić przekonania wielu osób.
Jednak po ostatnim wpisie, dotyczącym sensu bycia pogotowiem rodzinnym, stwierdziłem, że byłby on pewną kontynuacją zawartych tam myśli.

Wrócę jednak najpierw do tej „słonej zupy”, której kiedyś nie rozumiałem. Teraz, gdy mam świadomość tego, że niejedno z przebywających u nas dzieci, mogło mieszkać w takiej rodzinie, to wcale nie jest mi do śmiechu.
Aktualnie nie mam pojęcia, kto przewodzi ekstraklasie, ani nie zastanawiam się, czy już jest najwyższy czas, aby przyciąć forsycję. Za to moją uwagę przykuwają takie opisy jak ten:

„– Tato, zostaw!
Ojciec odpycha ją, idź do swojego pokoju, rozkazuje, ale jak ona ma iść do pokoju, kiedy on robi mamie krzywdę? Podbiega więc drugi raz. Ojciec odpycha ją mocniej, dziewczynka upada na podłogę widząc, jak tata wlecze mamę za sukienkę do kuchni i zamyka za sobą drzwi na klucz.
Zabiję cię kurwo! Szmato pierdolona, nie zasługujesz, żeby żyć, ściero!
Dziewczynka wstaje z podlogi. Biegnie do drzwi. Szarpie za klamkę. Wali piąstką w drzwi.
– Tato otwórz! Otwórz! Tato! Błagam! – wrzeszczy.
– Puść mnie, zostaw! Tam jest dziecko! Proszę! – słyszy głos matki.
Stul pysk, dziwko!
Słychać trzask otwieranego okna. Okna są stare, drewniane, często trzeszczą. Tata mówi, że nie wymieni okien, bo nie ma pieniędzy. Ale na wódkę z kolegami ma.
Wypierdolę cię kurwo na dół, jak się nie zamkniesz!
Mama płacze. Płacze i krzyczy.”



Jeżeli ktoś ma ochotę przeczytać całość, to wpis ten znalazłem na stronie:
http://malvina-pe.pl/post/raz-jej-w-zeby-raz-jej-w-nos-piasecki-nagranie-pis

A teraz mój tekst z początku roku (niestety trochę dekadencki):

Piątek trzynastego (jeszcze przez chwilę)… Nigdy nie przywiązywałem większej uwagi do magii, zaklęć, czarnych kotów i innych gadów. Jednak dzisiaj jest jakiś dziwny dzień. Siedzę sobie i myślę. Powinienem zabrać się do pracy (bo mam straszne zaległości), albo przynajmniej pójść spać (bo od jakiegoś czasu mam jakieś senne dni). Ale zbliża się noc, która powoduje, że staję się aktywny, tracąc jednocześnie zapał do pracy zawodowej. Ciekawe jest to, że nie jestem nigdy zmęczony, aby coś napisać – pewnie dlatego, że nic nie muszę.
Nie wiem, czy jest to kwestia wieku, czy coraz większego doświadczenia życiowego (a może przemęczenia), ale coraz bardziej zaczynam tracić cierpliwość do wszelkiego rodzaju cynizmu, fanatyzmu – ukierunkowanego na umiłowanie jakiejś idei, często zupełnie oderwanej od wyrażanego poglądu. Natomiast coraz bardziej popieram prawo do wyrażania swoich uczuć, przekonań, prawo do mówienia „nie” bez poczucia wstydu i winy. Nie jest dla mnie ważne, że czasami mam zupełnie inne zdanie na dany temat. Cenię też to, że ktoś ma swoje zdanie (i potrafi go bronić), bo przecież nikt nie ma prawa nikomu narzucać swojego punktu widzenia.

Sporo się ostatnio dzieje. Na szereg spraw trzeba spojrzeć pod innym kątem i być może dojść do zupełnie odmiennych wniosków. Podobno kiedyś jeden ze studentów Einsteina, zwrócił się do niego słowami: „panie profesorze, w tym roku pytania na egzaminie były takie same jak rok temu”. Ten mu odpowiedział: „tak, ale w tym roku odpowiedzi są już inne”.
Mam wrażenie, że to samo dzieje się w szeroko rozumianej kwestii rodzicielstwa, chociaż tutaj odpowiedzi jest wiele i być może wszystkie prawdziwe. Nie chciałbym się wdawać w jakąkolwiek dyskusję (od tego są rozmaite fora internetowe), jednak pozwolę sobie przedstawić mój punkt widzenia na niektóre sprawy.

Dzieci poczęte metodą „in vitro”. Mogę zrozumieć osoby, które z różnych pobudek, nie byłyby skłonne zdecydować się na taki krok, chcąc mieć własne dzieci. Jednak kto daje im prawo decydować o tym, co jest etyczne a co nie, co jest przyzwoite lub nie? Niedawne słowa jednego z radnych Krakowa, który porównał in vitro do eksperymentu genetycznego, mówiąc że dzieci te są jak truskawki bez smaku, że jest to działalność wbrew woli Boga – wywołały niemałą burzę. Wprawdzie były to tylko słowa (które każdy ma prawo wypowiadać), jednak jeżeli padają one z ust osób mających realny wpływ na ustawodawstwo, to staje się to już trochę niebezpieczne.
Uważam, że dopóki jest taka możliwość, to należy walczyć o posiadanie własnego potomstwa. Być może dziwnie to brzmi z ust rodzica zastępczego, który ma pod opieką dzieci oczekujące na rodziców adopcyjnych. Być może powinienem napisać, że adopcja jest alternatywną drogą do posiadania dzieci, że każde można pokochać, a być może powinienem nawet odwołać się do bardzo emocjonalnego stwierdzenia, że tak wiele porzuconych dzieci oczekuje na swoich nowych rodziców.
Jednak z drugiej strony widzę rodziny adopcyjne, które żałują podjętego kroku. Widzę takie, które za wszelkie niepowodzenia oskarżają „geny”, które przyczynę trudności wychowawczych upatrują w postępowaniu rodziców biologicznych sprzed lat … które nie potrafią sobie poradzić z okresem dorastania (myśląc, że przecież gdyby to było moje dziecko, to na pewno tak by się nie zachowywało). I nawet w pewnym sensie to rozumiem… ale nie do końca, bo przecież widzę też szczęśliwych rodziców adopcyjnych i szczęśliwe adoptowane dzieci

Rodzice adopcyjni często dają dziecku więcej niż ono potrzebuje, chcą w jakiś sposób wynagrodzić mu stracony czas. Gdy byłem mały, to radość sprawiała mi gra z kumplami w piłkę, kapsle, kacki, korale, skakankę. Lubiłem też mieć czas dla siebie, albo zwyczajnie się ponudzić (żeby nie powiedzieć, że podłubać w nosie). Dodatkowe lekcje angielskiego były dla mnie przykrym obowiązkiem. Na szczęście nie musiałem uczęszczać na basen, balet, lekcje gry na pianinie i parę innych rzeczy.
Wiem, że były to inne czasy (chociaż dzieci są pewnie takie same). Niestety nie jest łatwo iść pod prąd. Mamy teraz „wyścig szczurów” i często trudno jest zachowywać się inaczej. Kiedyś to dzieci miały marzenia (pamiętam jak bardzo chciałem trenować judo). Teraz, to rodzice wielokrotnie mówią im, jakie powinny mieć zainteresowania, plany na przyszłość. Wychowując swoje córki starałem się realizować ich pasje, zaspokajać ich marzenia (zresztą Majka miała w tym względzie dokładnie takie samo zdanie, więc pójścia na kompromis były zbędne). Tak więc dziewczynki otarły się o sport, taniec, harcerstwo. Kładliśmy nacisk na samodzielność – motywując, proponując, ale niczego nie narzucając. Nigdy nie korzystaliśmy z korepetycji. Nie dlatego, że były one zbędne, ale dlatego, że uważaliśmy, iż prawdopodobnie nasze dzieci będą w takim przypadku zrzucać wszelką odpowiedzialność na osobę udzielającą korepetycji. Być może, gdyby faktycznie istniała taka potrzeba, a nasze umiejętności nie pozwalałyby nam im pomóc, to pewnie taka opcja byłaby dopuszczalna. Na szczęście udało się tego uniknąć.


Adopcja otwarta. Niedawno wpłynęła do Sejmu petycja, mająca na celu dokonanie zmian w ustawie o pieczy zastępczej. Główną sprawą jest zniesienie tajności adopcji, co w efekcie przekłada się na umożliwianie kontaktów dziecka z jego rodziną biologiczną. Osobiście jestem zdecydowanym przeciwnikiem takich rozwiązań (za jedyną dopuszczalną formę, uważam adopcję ze wskazaniem), a w pozostałych sytuacjach, ewentualna decyzja powinna należeć do rodziców adopcyjnych. Niedawno miała miejsce bardzo ciekawa dyskusja na ten temat (w której również wyraziłem swoje zdanie):

Są kraje, w których otwartość adopcji jest normą, jednak jak słusznie (moim zdaniem) zauważyła w tej dyskusji jedna z osób, pojawia się pytanie, czy przypadkiem w tych krajach, dzieci nie są traktowane jako lek dla swoich rodziców biologicznych.

Wiem, że zaczynam brnąć coraz bardziej. Majka mnie kiedyś przestrzegała, abym nie wypowiadał się w tematach drażliwych. Jednak ktoś w jakimś komentarzu napisał, że przedstawiając tutaj nasze życie, jesteśmy pewnym przykładem rodziny zastępczej, a ta, jakby nie było, ma również swoje poglądy. Dlatego (nie mówiąc nic Majce), zdecydowałem się na tak karkołomny krok.

Przejdę więc do spraw związanych z tematem aborcji. Teraz wszystko trochę przycichło, chociaż nigdy nie wiadomo, kiedy pojawi się z powrotem (być może z dużo większym impetem). Uważam, że prawo jakie mamy jest pewnego rodzaju konsensusem różnych środowisk i rozgrzebywanie wszystkiego od początku, nie ma większego sensu. Doskonale rozumiem osoby, które nie zdecydowałyby się na taki krok, a nawet takie, które potępiają kobiety dopuszczające się aborcji. Nie rozumiem natomiast osób, które chcą zmieniać prawo, wykazując się ogromną ignorancją w sprawach, w których mają decydować. Gdy słyszę o zakazie aborcji (w każdym przypadku), bo przecież na dzieci czekają tłumy rodziców adopcyjnych, to przypomina mi się nasza Królewna (niewidoma dziewczynka z porażeniem mózgowym). Owszem, być może czekają tłumy rodziców adopcyjnych, ale na dzieci małe i zdrowe. Chętnych na dzieci chore i z różnego rodzaju zaburzeniami jest dużo mniej. Dzieci mocno upośledzone spędzają życie w domach pomocy społecznej (pewnie często wywołując poczucie winy u rodziców, którzy je tam oddali) lub wywracają do góry nogami życie całej rodziny, która jednak zdecydowała się sama je wychowywać (a często tylko nimi opiekować, bo kontakt jest bardzo ograniczony). Ale nawet nie to jest najgorsze, bo przecież są świetne DPS-y, są wspaniałe rodziny, które są gotowe poświęcić się takiemu choremu dziecku i sprawia im to dużą radość. Wrócę do Królewny … Dziewczynka skończyła już trzy latka. W tym czasie przeszła już kilka operacji ortopedycznych. Niestety organizm człowieka nie jest przystosowany tylko do leżenia. Trzeba też brać pod uwagę, że to śliczne dziecko, kiedyś będzie miało lat dwadzieścia, czterdzieści, a może i więcej. Wszystkie organy w różnym momencie zaczną odmawiać posłuszeństwa. Ja też mam już „swoje lata” i nie wyobrażam sobie jak bym mógł przespać noc w jednej pozycji, bez możliwości poinformowania kogoś co mnie boli, co mi nie pasuje. Być może Nikola i Tesla się na mnie obrażą, bo kochają Królewnę i cały czas kombinują jak być blisko niej. Ja również w jakiś sposób ją kocham, w końcu spędziliśmy z sobą prawie rok i kiedyś pojawiła się w mojej głowie (zresztą jak się później okazało – również w głowie Majki) myśl o adopcji. Teraz również czasami widuję Królewnę, chociaż dużo rzadziej niż Majka. Uśmiecha się, z pewnością rozpoznaje głos Majki. Pewnie ktoś mógłby powiedzieć, że w jakimś sensie jest szczęśliwa (nawet jeżeli nie potrafi podnieść głowy, przekręcić się na bok, unieść w górę ręki czy nogi). Jednak gdybym był jej mamą, mógł cofnąć czas i mieć możliwość podjęcia decyzji o aborcji … to bym to zrobił.
To co napisałem powyżej skłania mnie też ku przeświadczeniu, że powinno istnieć prawo do eutanazji (w stosunku do siebie samego). Przynajmniej ja takie prawo chciałbym mieć. Chciałbym mieć świadomość tego, że mogę godnie „odejść” na własne życzenie. Niestety nie wydaje mi się, abym takich czasów doczekał. Teraz to nawet chorego królika trudno uśmiercić. Mieliśmy kiedyś takiego stwora, który nagle zaczął się „telepać”. Nie potrafił stać, miał trudności z jedzeniem. Próbowaliśmy go leczyć, nawet przez jakiś czas dostawał zastrzyki (warte kilkanaście razy więcej niż on sam). W końcu zrobiło mi się go żal i pojechałem do kliniki, zwyczajnie go uśpić. Musiałem wypełnić dwa oświadczenia o wyrażeniu zgody na eutanazję. Musiałem wysłuchać opinii lekarza-psychologa, że może jednak warto jeszcze trochę poczekać. Na końcu, po wszelkich badaniach, które chyba miały potwierdzić konieczność eutanazji, przyniesiono mi zwierzaka do poczekalni, w której oczekiwałem tylko na rachunek … miałem się z nim pożegnać.
Niestety pozostaje mi więc wiara w to, że jeszcze długo będę zdrowy i sprawny fizycznie. Przynajmniej na tyle sprawny, aby móc zadecydować o własnym losie.

Czasami też zastanawiam się nad eugeniką. Z reguły kojarzy się ona z segregacją rasową, przymusową sterylizacją, a zwłaszcza została skompromitowana eksterminacją z czasów drugiej wojny światowej. Aby być w zgodzie z moimi przekonaniami, w myśl których o wszystkim powinni decydować rodzice dziecka, nie chciałbym tutaj niczego zmieniać w prawie. Chociaż czasami „chodzi mi po głowie” możliwość sterylizacji niektórych mam. Myślę w tej chwili o mamie Królewny, a nawet Chapicka. Ten drugi wprawdzie miał szczęście, trafiając do kochającej włoskiej rodziny, jednak jego starsze rodzeństwo takiego szczęścia nie miało, a młodsze może się w każdej chwili pojawić (nie wiadomo jak bardzo zaburzone, bądź upośledzone). Jednak nie wiem, kto w takiej sytuacji miałby podejmować decyzje. Jakie kryteria należałoby stosować?
Albo ratowanie wcześniaków. Polskie prawo chyba nie określa jednoznacznie granicy, poniżej której odstępuje się od ratowania dziecka (chociaż w innych krajach jest to najczęściej 24 tydzień ciąży).
Czy rodzice skrajnych wcześniaków są w stanie zmierzyć się z informacjami o potencjalnych problemach w późniejszym życiu ich dziecka? Czy są w stanie zaakceptować upośledzenie? Czy są gotowi podjąć racjonalną decyzję? A z drugiej strony, czy można im odmówić możliwości podejmowania decyzji o ratowaniu ich dziecka? Na każde z tych pytań odpowiedziałbym „nie”.
Od kilkudziesięciu lat następuje niepohamowany rozwój nauki. Człowiekowi wydaje się, że powoli staje się bogiem. Niestety moim zdaniem robi to nieudolnie. Pewnych rzeczy nie powinno się zmieniać, nie powinno się grzebać w pewnych sferach życia, nie mając alternatywnej, dobrze przemyślanej koncepcji. Ja tylko mam nadzieję, że nie doczekam czasów, gdy uda się sztucznie przedłużać życia, nie przedłużając jednocześnie sprawności fizycznej i intelektualnej. Nie chodzi o to, aby żyć, ale aby cieszyć się życiem.

Kiedyś próbowałem stworzyć w swoimi wyobrażeniu pewien profil rodzin zastępczych (zwłaszcza pogotowi rodzinnych). Kim są? Czym kierują się w swoim życiu? Wydawać by się mogło, że jednym z najważniejszych przymiotów jest wiara, rozumiana jako wiara w Boga, życie wieczne, jako potrzeba pomagania innym, bo tak nakazuje religia.
Na pewnym etapie (myślenia o pozostaniu pogotowiem), zacząłem dochodzić do wniosków, że ja tu nie pasuję. Przecież niczego nie oczekuję.
Wielokrotnie z Majką słyszymy komentarze typu „wy to już życie w niebie macie zapewnione”. Tyle tylko, że ja wcale nie chcę żyć w niebie. Na dobrą sprawę, to nie wiem, czy w ogóle chciałbym jeszcze dalej żyć po śmierci. Dlaczego więc robię to co robię? Nie wiem, ale nie zaprzątam sobie tym głowy.
Natomiast już wiem, że rodziny zastępcze są tak różne, że jakiekolwiek ich szufladkowanie, nie ma najmniejszego sensu.

Za dwa dni rusza WOŚP. Jestem pod ogromnym wrażeniem Jurka Owsiaka i nie mogę zrozumieć skali hejtu i rzucanych temu człowiekowi kłód pod nogi. Chłopak dokonał rzeczy niemożliwych, połączył ludzi z różnych środowisk, o różnych poglądach na temat polityki, religii, mających zupełnie odmienny światopogląd. Nie wiem jak on to zrobił. Z całym szacunkiem dla Jurka, ale być może jest tak, jak kiedyś powiedział Einstein (myśląc o sobie), że o rozwoju często decydują nieuki, bo zwyczajnie nie wiedzą, że coś jest niemożliwe.
Trochę się przypiąłem do tego Einsteina, ale wynika to z faktu, że mój szwagier niedawno zobaczył geniusz tej miary w naszym sześcioletnim Kapslu. Bardzo bym chciał, aby miał rację, nawet gdyby miała runąć Majki i moja (a przede wszystkim psychologa) teoria o jego opóźnieniu. Chociaż patrząc na sprawę racjonalnie, jedno drugiego nie wyklucza. Całkiem prawdopodobne jest to, że Kapsel dogoni rówieśników, a potem … być może prześcignie swoją epokę.

W sumie, to jestem dość dziwnym człowiekiem … moja rodzina ładnie mówi, że jestem specyficzny (zwłaszcza ze swoim poczuciem humoru, ale nie tylko). Mimo, że piszę programy komputerowe, co w pewien sposób zmusza mnie to bycia na bieżąco z tym, co dzieje się w świecie informatyki, to nie lubię nowości, nie lubię gadżetów. Cały czas posługuję się starą Nokią (służącą tylko do rozmów telefonicznych), mimo że płacę abonament za jakiegoś smartfona, którego od prawie dwóch lat nie wypakowałem z pudełka. Nie ma mnie na Facebooku i pewnie długo nie będzie (może nigdy). Na szczęście Majka jest naszym kontaktem ze światem. Ale cóż … w końcu na drugie mam „Incognito”. Jednak pocieszam się tym, że mogło być gorzej. Pamiętam, że gdy byłem w wojsku, to jeden z przełożonych (oficer z wyższym wykształceniem) miał zwyczaj wypowiadać słowa typu „Panowie, wczoraj byłem w Olsztynie in blanco”. Słysząc naszą reakcję, odpowiadał „Panowie, tu nie ma nic do śmiacia”.

Ważna jest też dla mnie hierarchia wartości. Jest to coś, czego nauczyłem się od moich rodziców. Dzieci są ważne, nawet bardzo ważne. Jednak one kiedyś odchodzą i trzeba im na to pozwolić. Trzeba pozwolić im żyć własnym życiem … pomagając, wspierając, ale w pewien sposób usuwając się w cień, niczego im nie narzucając.
Wydaje mi się, że ta maksyma umożliwia mi również stosunkowo łagodnie rozstawać się z naszymi dziećmi zastępczymi.
Moi rodzice i rodzeństwo są dla mnie również bardzo ważni. Jednak najważniejsza jest Majka, bo to z nią spędziłem większą część mojego życia, i pewnie to w jej towarzystwie przeżyję moje ostatnie lata.

No to na koniec „pojechałem”.
Jak wiadomo (cytując klasyka złotych ust), „nie ważne jak się zaczyna, ale jak się kończy”. Tak więc zmienię moje zakończenie i przytoczę pewną anegdotę. Tym razem, nie może być inaczej, aby nie dotyczyła ona życia Einsteina.
Podobno na jednym z towarzyskich spotkań (krótko mówiąc – imprezie), Marilyn Monroe zwróciła się do Einsteina słowami: „gdybyśmy wspólnie spłodzili dzieci, to byłyby one idealne, miałyby urodę po mnie, a umysł po panu”. Na to on jej odpowiedział: „obawiam się droga pani, że mogłoby być zupełnie odwrotnie”.



sobota, 15 kwietnia 2017

--- Czy warto?

Co jakiś czas otrzymuję „prywatne wiadomości” z pytaniami dotyczącymi funkcjonowania naszego pogotowia rodzinnego. Odzywają się głównie osoby, które pragną robić to co ja z Majką (a dokładniej Majka ze mną). Często zadają mi bardzo konkretne pytania, na które staram się zawsze odpowiadać, chociaż zastrzegam, że są to tylko moje spostrzeżenia i przemyślenia.
W większości przypadków spotykam się z opiniami, które dają mi do zrozumienia, że bardzo optymistycznie podchodzę do rodzicielstwa zastępczego, że mnie to cieszy, że daje dużo satysfakcji.
Tak, jest to prawda. Zacząłem się jednak zastanawiać, czy przypadkiem moje opisy nie stwarzają jakiegoś wyidealizowanego obrazu naszej rodziny.
Spróbowałem więc zebrać moje przemyślenia w pewną całość i pogrupować je tematycznie.
Trochę tego wyszło, a do tego jest to trochę „ciężkie”. Gdy sam czytałem po raz drugi swój tekst, aby wychwycić wszelkie błędy merytoryczne, stylistyczne i ortograficzne, to ledwo dobrnąłem do końca. Myślę jednak, że ktoś kto ma w planach pozostanie pogotowiem rodzinnym, może znaleźć w mojej ocenie rodzicielstwa zastępczego kilka ciekawych spostrzeżeń. Nie musi się ze mną zgodzić, ale być może rozważy w swoich myślach to co napisałem.

PASJA
Bardzo lubię to słowo, chociaż nie wiem, czy dlatego, że używa go Majka, czy że tak bardzo kojarzy mi się z rodzicielstwem zastępczym. Trudno być pogotowiem rodzinnym, gdy nie czuje się gdzieś tam w sercu takiej potrzeby. Jeżeli ktoś próbuje to traktować jako zawód , albo opcję na bezrobocie, to lepiej niech sobie od razu podaruje wszelkie starania … o ile nie chce skrzywdzić dzieci, które przez jakiś czas będą dla niego rodziną. Są osoby, które używają słów „misja”, „posłannictwo”. Jeżeli w podtekście znajdują się również pojęcia „radość”, „spełnienie”, to w ogólnym rozrachunku niewiele się to różni od mojego postrzegania rodzicielstwa zastępczego, które określam jako „wyzwanie”.
Dla dzieci adoptowanych, korzenie są bardzo ważne. Przez długi czas nie zdawałem sobie z tego sprawy, uważając że dla każdego człowieka najważniejsze jest to kim jest i jaki jest w danej chwili.
Jednak ważne jest też to, kim był. Ja (jako dziecko biologiczne moich rodziców) to wiedziałem, bo od najmłodszych lat wysłuchiwałem różnych opowiadań rodzinnych, oglądałem zdjęcia, słyszałem że jestem „wykapanym” tatą, mamą, a nawet innym członkiem rodziny. I coś w tym było, bo gdy teraz patrzę w lustro, to mam wrażenie, że coraz bardziej przypominam mojego dziadka.
Uważam, że rodzice zastępczy również są historią dzieci, której nie powinno się wymazywać z ich pamięci. Nie wszyscy rodzice adopcyjni chcą utrzymywać kontakty z byłymi rodzicami zastępczymi swoich dzieci. Mają do tego pełne prawo i my jako rodzice zastępczy musimy to uszanować … chcemy to uszanować.
Często jednak bywa, że w charakterze cioci i wujka, cały czas funkcjonujemy w życiu dziecka.
Włoscy rodzice Chapicka, który był w naszej rodzinie, wręcz uważają nas za korzenie swojego syna. Staramy się więc być bardzo otwarci w stosunku do rodziców dzieci, które od nas odeszły. Mam nadzieję, że im się nie narzucamy. Ja z pewnością nie, bo wszystkie numery telefonów ma Majka, jednak ona twierdzi, że wszelkie inicjatywy dotyczące wspólnych spotkań, wypływają od rodziców adopcyjnych.
Jednak nie to jest najważniejsze – nie to, czego my jako rodzice zastępczy pragniemy.
Zadam sam sobie dwa pytania. Czy jako rodzice zastępczy jesteśmy w stanie zaakceptować to, że rodzice adopcyjni nie będą chcieli nas więcej widzieć? … I może ciekawsze: Czy będziemy skłonni utrzymywać kontakty, gdy rodzice adopcyjni będą czuli taką potrzebę, a my niekoniecznie? Trudne pytania, na które chyba będę w stanie odpowiedzieć dopiero wówczas, gdy taka sytuacja się wydarzy.

SAMOAKCEPTACJA
Rodzina mająca zdrowe motywacje ku temu, aby zostać pogotowiem rodzinnym, z pewnością ma marzenia, że będzie chociaż przez chwilę całym światem dla dzieci, którymi będzie się opiekować.
Uważa, że uchroni chociaż kilkoro z nich przed umieszczeniem ich w domu dziecka, że przyczyni się do tego, że nie będą one miały zaburzeń więzi, że jej dom będzie bezpieczną przystanią dla niejednego malucha.
Uważam, że jest to prawda … ale niezupełnie do końca. W którymś momencie zacząłem się zastanawiać, jak to właściwie jest, że nasze maluchy są niemal idealne. Mieliśmy ich już chyba piętnaścioro (prawdę mówiąc trochę się już gubię – podobnie jak niektórzy rodzice biologiczni tych dzieci). Każde z tych dzieci ma inny temperament, inną przeszłość i wspomnienia. A jednak po przyjściu do naszej rodziny, tak łatwo się w nią wkomponowują. Bez większych problemów zasypiają wieczorem, śpią w południe, lubią się kąpać, wychodzić na spacery, nawet potrafią się wspólnie bawić, nie grymaszą przy jedzeniu. Mógłbym pewnie wymienić jeszcze wiele ich zalet.
Niestety logika zaczyna mi podpowiadać, że coś jest nie tak. Gdy patrzę na inne znane mi maluchy (mieszkające ze swoimi rodzicami biologicznymi), które nie chcą spać w południe, które wymagają wieczornego usypiania, robią sceny przy kąpieli, wybrzydzają przy jedzeniu … nawet gdy wspominam nasze córki z okresu gdy miały kilka, czy kilkanaście miesięcy – to stwierdzam, że prawdopodobieństwo pojawienia się takiej serii dzieci wzorowych, jest bliskie zeru.
Do tego zastanawiające jest to, że w momencie, gdy dzieci zaczynają spotykać się z rodziną, która zamierza je adoptować, albo wziąć w opiekę zastępczą, to nagle zaczynają zachowywać się inaczej (są bardziej wymagające, a często stają się wulkanem energii). Wspomniałem jakiś czas temu o inteligencji emocjonalnej dzieci. Zastanawiam się więc, czy wbrew wszelkim staraniom i wbrew naszym przekonaniom, że robimy wszystko, co powinni robić rodzice i czego oczekują dzieci, to czy mimo wszystko nie czują one w głębi serca, że jednak nie są nasze? Czy w jakimś sensie czują się odrzucone? Inne?
Mam coraz większe przeświadczenie, że jednak tak właśnie jest. Gdy się nad tym zastanowić logicznie, to wychodzi na to, że sami dajemy im ku temu powód. W południe muszą iść spać, bo przecież wiedzą, że rodzice muszą zrobić obiad, posprzątać, wykonać zaległe telefony, albo tysiąc innych rzeczy, których nie da się zrobić przy maluchach. Wieczorem szybko zasypiają, bo w kolejce do kąpieli i ułożenia do snu, czekają inni (więc nie warto czekać). Jedzą ładnie, bo „za rogiem” czeka bardziej żarłoczny kolega, albo pies. Dlaczego lubią się kąpać? Tego jeszcze nie wiem.
Napisałem to z lekkim sarkazmem, wszystko nieco wyolbrzymiając. Jednak tak to mniej więcej wygląda. Niestety trzeba chyba zaakceptować fakt, że mimo szczerych chęci i ogromnego trudu włożonego w opiekę nad tymi dziećmi, nigdy w ich oczach nie będziemy ich prawdziwymi rodzicami. Napisałem "chyba", bo jednak gdzieś w głębi serca czuję, że jest inaczej. Niestety nie potrafię myśleć sercem.
Maluchy przebywające u nas, rzadko przechodzą okres lęku separacyjnego, są bardzo otwarte w stosunku do innych osób. Najprawdopodobniej wynika to z tego, że przez nasz dom przewija się mnóstwo ludzi. Dzieci bardzo chętnie odpowiadają na zainteresowanie z ich strony. Być może przez chwilę czują się tymi jedynymi, wiedząc że nie muszą dzielić się tym zainteresowaniem z pozostałymi dziećmi. Taka otwartość nie jest czymś zupełnie normalnym, jednak pozwala nam na łagodne przejście do nowej rodziny. Rodzice adopcyjni, którzy przychodzą odwiedzać przebywające u nas dziecko, stają się dla niego kimś niezwykłym. Niedawno rozstaliśmy się z Białaskiem. Chłopiec przez kilka tygodni spotykał się z nową mamą, pod koniec spędzał u niej weekendy. Gdy wracał, nie mógł się odnaleźć. Był to dla niego powrót do brutalnego świata, w którym trzeba zawalczyć o zabawkę, o ciastko – które może zostać odebrane przez … przyjaciela. Jego mama uważa, że za nami tęskni. Być może … a może jest to tylko interpretacja jego codziennego zachowania (które niczym się nie różni od tego, gdy był u nas).
Dla rodziców adopcyjnych, otwartość ich dzieci, jest często powodem do frustracji. Uważają, że dziecko ma zaburzone więzi, że jego przyzwyczajenia mogą wpłynąć na jego dalsze życie. Próbują ograniczać wszelkie kontakty z osobami spoza najbliższej rodziny (nawet z dziadkami). Z pewnością w niektórych przypadkach jest to jak najbardziej uzasadnione. Jednak gdy patrzę na naszą Smerfetkę, to myślę, że gdyby jej nowi rodzice ograniczali jej kontakty z innymi osobami, to byłoby jej smutno.

Nigdy nie byliśmy przeciążani ilością dzieci, które zostały nam powierzone w opiekę. Poza miesięcznym epizodem z siódemką dzieci, najczęściej mamy ich tylko trójkę (czasami czwórkę). A mimo to, niekiedy zauważam pewne zachowania, które dotyczą dzieci przebywających w dużo większej grupie (choćby w domu dziecka). Podanie deseru (nawet na odrębnych talerzykach) powoduje, że jest on zjadany łapczywie – kompulsywnie, emocjonalnie (aby przypadkiem ktoś inny nie wyjadł). Jest to dziwne, ponieważ dotyczy zarówno sześcioletniego Kapsla, jak też dwuletniej Smerfetki, która jest z nami od zawsze i nie ma złych doświadczeń (doskonale wie, że pilnujemy, aby nikt nikomu nie podjadał jego posiłku).

Ostatnio mieliśmy badania psychologiczne, które mają potwierdzić (albo zanegować) nasze predyspozycje do sprawowania dalszej opieki nad naszymi dziećmi zastępczymi.
Podzieliłem się swoimi wątpliwościami z panią psycholog, która prowadziła ze mną rozmowę. Wydawała mi się nieco zdziwiona tym co mówię. Może więc już nie do końca jestem normalny.
Ciekawy jestem, co napisze w swojej opinii.

W temacie samoakceptacji istnieje sprawa dużo większego kalibru – urlop wypoczynkowy rodziców zastępczych. Staramy się wcześniej znaleźć dzieciom rodzinę, u której spędzą miesiąc wakacji. Staramy się, aby dzieci wcześniej się z nią kilka razy spotkały.
Bardzo boimy się sytuacji, gdy nie znajdzie się chętna rodzina zastępcza. Teoretycznie w takim przypadku dzieci mogą zostać umieszczone na wakacje w domu dziecka … z pewnością miałyby „niezapomniane wakacje”. Na taką ewentualność chyba jednak nie jesteśmy gotowi … a może jest to tylko kwestią czasu?
A z drugiej strony patrząc, nie jest możliwa ciągła opieka nad dziećmi bez chwili wytchnienia (dlatego urlop wypoczynkowy jest niezmiernie ważny – pozwala nabrać sił na kolejny rok pracy z dziećmi).

Nie jest też możliwe wstawanie po kilka razy w ciągu nocy, aby przytulić, ukołysać, potrzymać za rękę. Pamiętam, że kiedyś, gdy nasze córki były malutkie i wstawaliśmy na każde ich zakwilenie, to powtarzaliśmy sobie – jeszcze tylko kilka miesięcy i będzie dobrze. Teraz musielibyśmy sobie powiedzieć – jeszcze tylko kilka (a może kilkanaście) lat. Do tego nie mamy tylko jednego malutkiego dziecka, ale kilkoro. Zauważyłem, że mój organizm przyzwyczaił się do reagowania tylko na sytuacje, gdy dziecko bardzo się rozkrzyczy. Gdy tylko postękuje lub chwilę popłacze, to nawet się nie budzę. Wiem, że tak jest, ponieważ często pracuję do późna w nocy i elektroniczna niania daje znać, że jednak sen dziecka jest przeplatany wydawaniem rozmaitych okrzyków, chwilowym (czasem kilkuminutowym) płaczem. Pewnie gdybym w tym momencie podszedł do dziecka, to byłoby to dla niego wielokrotnie lepsze, niż pozwolenie się uspokoić samemu (ale też pewnie spowodowałoby zwiększone zapotrzebowanie na taką moją reakcję).
Razem z Majką podzieliliśmy się opieką nad nocnym życiem naszych dzieci zastępczych. Ona ogarnia tych najmłodszych (które budzą się częściej w nocy), ja tych trochę starszych. Do tego mamy trzy pokoje przeznaczone tylko dla dzieci (co powoduje, że możemy w jakiś sposób grupować je, biorąc pod uwagę zarówno wiek, jak też styl nocnego życia). Są jednak pogotowia rodzinne, które mają do dyspozycji tylko jedną sypialnię (dla wszystkich dzieci), tylko jedna osoba czuwa nad ich snem w nocy (bo na przykład tata zastępczy pracuje na etacie i musi się wyspać, aby nie zasnąć w pracy) i mają pod opieką więcej dzieci niż przewidzianą trójkę (a do tego często jeszcze małe własne dzieci biologiczne).
Na początku wydawało mi się, że jestem dla naszych dzieci zastępczych takim samym tatą, jakim byłem dla naszych córek. Gdy nad ranem „wypuszczam” z łóżeczek Smerfetkę i Gacka, to bawiąc się na podłodze, przychodzą co jakiś czas do mnie do łóżka, przytulają się. Paradoksalnie cieszy mnie, gdy otwierają szafy lub wysuwają szuflady i wyrzucają całą zawartość na podłogę – bo to jest normalne.
Jednak gdy pojawiają się rodzice adopcyjni, wszystko się zmienia.
Już na etapie poznawania nowych rodziców, okazuje się, że chyba wcale nie jestem takim dobrym ojcem (a przynajmniej są lepsi). Muszę więc zaakceptować to, że jestem tylko dość dobrym ojcem.

Istnieje bardzo duże prawdopodobieństwo, że w którymś momencie zostanie u nas umieszczone dziecko, które nie znajdzie ani rodziny adopcyjnej, ani zastępczej – pozostanie dom pomocy społecznej, albo dom dziecka. Co więcej … może się okazać, że będziemy wręcz wyczekiwać momentu, gdy to dziecko od nas odejdzie – dokądkolwiek (bo tak będziemy wyczerpani emocjonalnie). Na takie ewentualności też trzeba być przygotowanym i potrafić zaakceptować swoje reakcje.

EMOCJE
Ten temat niewątpliwie ma wiele odsłon.
Jeszcze do niedawna drażniło mnie, gdy osoby, z którymi rozmawiałem twierdziły, że one by tak nie mogły, że nie potrafiłyby się rozstać z dziećmi, którymi opiekowały się przez kilka miesięcy i w tym czasie je pokochały. Nie wdawałem się zbytnio w dyskusję (bo nie jest moją naturą udowadnianie komuś, że mam rację … zwłaszcza, że w tym przypadku trudno mówić o jakiejś obiektywnej prawdzie – każdy ma prawo odczuwać rozstania inaczej i inaczej się do nich przygotowywać). Jednak takie słowa trochę bolały. Czasami nawet miałem wrażenie, że ktoś uważa, że jestem wyrachowanym draniem, a przynajmniej, że podchodzę do naszych dzieci bez emocji (kierując się zimną kalkulacją, realizując wyznaczony sobie plan – niczym robot).
W tej chwili patrzę na tą sprawę zupełnie inaczej. Musiałem w pewnym momencie uznać fakt, że większość ludzi nie byłaby zdolna zaakceptować tego co razem z Majką robimy. Być może jesteśmy nienormalni, że potrafimy pokochać dziecko, a potem oddać je innej rodzinie. Być może udaje nam się w jakiś sposób kontrolować nasze emocje. A może tylko nam się wydaje, że kochamy dzieci, które mamy pod opieką?
Zmierzam jednak do tego, że nie każda rodzina może zostać pogotowiem rodzinnym. Tutaj umysł musi kontrolować „serce”.
Jest sporo rodzin, które decydując się na pozostanie pogotowiem rodzinnym, dopuszcza w swojej świadomości przysposobienie dziecka, które znajdzie się w ich rodzinie. Jednak nie da się adoptować każdego dziecka, które pokocha się bezgraniczną miłością – a prędzej, czy później coś takiego nastąpi. Pytanie tylko, czy to już jest to dziecko? A może za pół roku, czy rok pojawi się to najbardziej wymarzone?
Dlatego my na samym początku ustaliliśmy (moim zdaniem najważniejszą) zasadę, że nie adoptujemy żadnego dziecka zastępczego (choćby się waliło i paliło). Na przestrzeni czterech lat (kiedy to jesteśmy pogotowiem rodzinnym) pojawiła się już dwójka dzieci, przy których najchętniej byśmy od tej zasady odstąpili (i wcale nie chodziło o dzieci najgrzeczniejsze, najpiękniejsze i najmądrzejsze). Pewnie za rok czy dwa, pojawi się kolejne takie dziecko.

Trochę nieelegancko rozpocząłem rozważania dotyczące emocji od siebie. A przecież najważniejsze jest to co czują nasze dzieci zastępcze. Wielokrotnie spotykamy się z pytaniem „jak radzimy sobie z rozstaniami?”. My sobie jakoś radzimy (czasami lepiej, czasami gorzej), w końcu jesteśmy na te rozstania przygotowani, a wręcz są one naszym celem. Bardzo rzadko ktoś zadaje pytanie „jak radzą sobie z tym nasze dzieci zastępcze?”.
Naszym zadaniem jest w miarę łagodne przejście do nowej rodziny, umożliwienie tym dzieciom przeniesienie więzi z nas na nowych rodziców (akurat mocno wierzę w to, że jest to możliwe). Robimy więc wszystko, aby to się zrealizowało. Nie może więc nas denerwować to, że do naszego domu przychodzą obcy ludzie, aby zapoznać się z naszym dzieckiem zastępczym. Im więcej tych kontaktów tym lepiej. Najczęściej nowi rodzice stają się dla nas też coraz bliżsi. Dziecko musi widzieć, że się wzajemnie akceptujemy, lubimy. Z kolei my powinniśmy się coraz bardziej odsuwać w cień. Często nie jest to proste.
Zauważyłem u siebie pewien ciekawy mechanizm, który mi w tym pomaga. Wydaje mi się, że jest to podświadoma obrona organizmu – chociaż u Majki to nie występuje. Gdy dziecko zaczyna spotykać się z nowymi rodzicami, to pewne jego zachowania (które przecież nie pojawiły się nagle) zaczynają mnie irytować. Tak było kiedyś z Luzakiem i niedawno z Białaskiem. Gdy ten drugi zaczynał trzaskać szufladami, to go strofowałem. Niestety (aby było sprawiedliwie) obrywało się również Smerfetce i Gackowi, bo ta dwójka robiła dokładnie to samo. Białasek miał dość niebezpieczną manierę uderzania głową gdy się złościł – w cokolwiek (najczęściej w podłogę). Jeszcze niedawno przytulałem go gdy tak zrobił. Na końcu zaczynało mnie to drażnić. Gdy średnio co drugi dzień robił kupę do wanny (podczas kąpieli), to mówiłem do niego (chociaż pewnie bardziej do siebie) „synek - wytrzymaj jeszcze te dwa tygodnie”.

LOGISTYKA
Z mojego punktu widzenia jest to sprawa najtrudniejsza. W rodzinie pełniącej funkcję pogotowia rodzinnego, jeden z małżonków musi pracować. Wielokrotnie jest to praca na etacie. Trzeba wstać skoro świt, a wraca się do domu wieczorem.
Zestaw dzieci, które znajdują się w pogotowiu może być bardzo różny. Mogą to być jednocześnie niemowlaki i dzieci szkolne. Dzieci zdrowe, ale też wymagające rehabilitacji, rozmaitych terapii, wizyt u lekarzy specjalistów. Do tego dochodzą wyjazdy do sądów, PCPR-u, na szkolenia.
Ja akurat jestem „sterem, żeglarzem, okrętem” w mojej firmie, a mimo to czasami trudno nam wszystko rozplanować. Musimy mieć jeden samochód tylko do dyspozycji pogotowia.
Jedna osoba (bez jakiegokolwiek wsparcia) nie jest w stanie nad tym zapanować.
Niestety bywa, że niektóre pogotowia rodzinne mają z tym sporo problemów. Dzieci nie są właściwie diagnozowane, nie są rehabilitowane (bo logistycznie jest to niewykonalne) … po prostu czekają na rodziców adopcyjnych, zastępczych - jakichkolwiek rodziców, którzy będą tylko dla nich.
Bycie pogotowiem rodzinnym, to nie tylko opieka nad dziećmi... to również ogrom pracy zupełnie nie związany z bezpośrednim zajmowaniem się dziećmi.

OPIEKA
Samo przebywanie z dziećmi jest przyjemne. Gdyby tylko do tego miała sprowadzać się praca pogotowia rodzinnego, to być może byłoby dużo więcej rodzin, chętnych na takie wyzwanie.
Niestety większość dzieci trafiających do pogotowi ma jakieś zaburzenia. Najczęściej są to drobiazgi, o których po kilku miesiącach terapii lub rehabilitacji, można już zapomnieć. Jednak te pierwsze tygodnie i miesiące są bardzo ważne. Nie ma czasu na czekanie, aż dziecko odejdzie do rodziny adopcyjnej, bo na pewne sprawy może być już za późno.
Powiedziałbym, że jest to standard codziennej pracy pogotowi rodzinnych.
Bywa jednak, że trzeba zmierzyć się z dużo bardziej trudnymi przypadkami. Zdarzyło nam się kilka razy odbierać noworodka prosto ze szpitala. Mamy takich dzieci najczęściej nie dbają o siebie w czasie ciąży, a często nawet nie mają świadomości, że z pewnego stylu życia, przynajmniej na ten czas, należałoby zrezygnować. Pierwsze tygodnie po odebraniu takiego malucha, to przede wszystkim wizyty u rozmaitych specjalistów. To, że dziecko wygląda zdrowo, nic w tym wieku nie oznacza. Przyszła kiedyś do nas śliczna dziewczynka. W wypisie ze szpitala była tylko informacja, że słabo reaguje na światło. W krótkim czasie okazało się, że wcale nie reaguje, bo ma tylko strzępy siatkówki. W ciągu kilku miesięcy jeżdżenia „po lekarzach” doszły kolejne choroby i zaburzenia. Pojawiła się jakaś genetyczna choroba skóry (której na dobrą sprawę nikt nie potrafił dokładnie zdiagnozować), alergia pokarmowa, padaczka, aż w końcu musieliśmy zmierzyć się z rzeczą najgorszą – porażeniem mózgowym. Dzisiaj dziewczynka ma już prawie cztery lata i wiadomo, że nigdy nie będzie chodzić, nigdy nie usiądzie … może kiedyś będzie podnosić głowę (cały czas próbuje). Co jakiś czas odwiedzamy ją w DPS-ie, w którym przebywa. Nie musimy tego robić, ale czujemy taką potrzebę. Tak więc rodzina zastępcza musi też wkalkulować w swoją działalność taką możliwość, że jakieś dziecko pozostanie z nią do końca (nawet jeżeli nie będzie to fizyczna obecność w domu).
Albo zupełnie inny przykład. Sześciolatek … krótko mówiąc Kapsel, którego opisałem ostatnio.
Przestaliśmy już zwracać uwagę na to, że niszczy zabawki, robi siku w majtki, zagląda do każdego pokoju w naszym domu w poszukiwaniu nie wiadomo czego.
Ogólnie rzecz biorąc i tak nie jest najgorzej, bo bywają dzieci, które rozpalają ognisko na środku pokoju. Na szczęście nasz chłopiec nie jest na tyle „kumaty”, aby to zrobić. Chociaż, gdy ostatnio zauważyłem jego zafascynowanie przy rozpalaniu grilla, to trochę zwątpiłem czy był to dobry pomysł.
W każdym razie, chciałem tylko zwrócić uwagę na to, że opieka nad dzieckiem, może mieć bardzo różne oblicza.

FINANSE
Skoro już piszę o wszystkim, to nie sposób pominąć tematu, który podnosi ciśnienie wielu osobom. Najciekawsze jest to, że ci, którzy są rodzicami zastępczymi, w większości uważają, że dostają za mało, a pozostali – że za dużo. Być może wynika to z tego, że jest wiele mitów krążących w opinii społecznej.
Pogotowie rodzinne jest formą zawodowej rodziny zastępczej. Jednak tylko jeden z małżonków otrzymuje wypłatę. Jest to mniej więcej 2 tys. na rękę. Trochę więcej przysługuje, gdy rodzina ma pod opieką dziecko z orzeczeniem o niepełnosprawności, albo przekroczony został podstawowy limit – trójka dzieci. W każdym razie, biorąc pod uwagę fakt, że ma się pod opieką kilkoro dzieci przez całą dobę, to można kolokwialnie powiedzieć, że „dupy nie urywa”.
Na utrzymanie każdego dziecka, pogotowie rodzinne otrzymuje tysiąc złotych. Nie jest to więc kwota, jak czasami słyszę, czy czytam – czterokrotnie wyższa.
W przypadku pogotowia rodzinnego, wszystko się bilansuje. Jedne dzieci są finansowo bardziej wymagające, inne mniej. Zupełnie inaczej może wyglądać sytuacja, gdy ktoś jest rodziną zastępczą dla jednego dziecka z dużymi potrzebami natury medycznej … ale to jest już odrębny temat.
Od roku rodziny zastępcze dostają dodatek wychowawczy (odpowiednik 500+ tylko inaczej się to nazywa). Osobiście, bardzo sceptycznie podchodzę do tego programu. Uważam, że te pieniądze mogłyby zostać dużo lepiej spożytkowane, tyle że należałoby się bardziej przyłożyć i stworzyć jakiś spójny plan, politykę prorodzinną dającą równe szanse wszystkim dzieciom.. Jednak jest jak jest, pieniądze dostajemy. Póki co, Majka nimi zarządza, więc niestety do nowego samochodu (a nawet płotu) mi nie dołoży. Za to często wspieramy finansowo różne fundacje, a nawet prywatne osoby mające duże potrzeby względem swoich niepełnosprawnych dzieci. Mamy też w planach „full-wypas” plac zabaw.


WYPALENIE ZAWODOWE
Kilka razy w swoim życiu słyszałem, że dla zapewnienia prawidłowego zdrowia psychicznego, należałoby zmieniać pracę co cztery lata. Może tak, może nie... W każdym razie coś takiego jak wypalenie zawodowe istnieje. Majka jest dobrym tego przykładem. Pracując kiedyś jako kosmetolog, zatraciła wiarę w sens promowania rozmaitych zabiegów za duże pieniądze, które poza lepszym samopoczuciem, niewiele dawały (przynajmniej w dłuższym okresie). Ja z kolei niby lubię pracę, którą wykonuję. Jednak fakt, że często muszę robić coś „na wczoraj”, albo mam kilka prac jednocześnie (co powoduje, że pracuję nocami), stwarza sytuacje, gdy czasami mam już dość. Z pewnością przekłada się to na jakość tego co robię.
Uważam więc, że bycie pogotowiem rodzinnym nie jest zajęciem na całe życie. Jest to praca wyczerpująca zarówno pod względem fizycznym, psychicznym jak też emocjonalnym. My jesteśmy rodziną zastępczą dopiero cztery lata. Mamy więc jeszcze duże pokłady wiary, ambicji, sił i chęci. Co będzie za kilka lat?
Wydaje mi się, że jest to działalność, którą można dobrze wykonywać w przeciągu 10-15 lat, a potem „trzeba ze sceny zejść”. Mamy do czynienia z różnymi pogotowiami (zarówno z naszego powiatu, jak też innych). Niektóre nie kryją, że mają już wszystkiego dosyć, że są kłębkami nerwów, wysiadają fizycznie i psychicznie. Dlaczego więc to nadal robią?
Ja nie czuję jakiegoś powołania, chociaż muszę przyznać, że jest to zajęcie, które daje ogromną satysfakcję. Próbuję jednak wybiegać myślami w przód. Dziecko to nie program komputerowy, to nie hologram – bronię się przed nazywaniem go przedmiotem mojej pracy. Każde, które do nas przychodzi, ma prawo czuć się naszym dzieckiem, ma prawo chcieć, abyśmy do niego wstali w nocy (gdy tego potrzebuje), abyśmy podali mu mleko, potrzymali za rękę... Abyśmy poczytali mu bajkę, pobawili się z nim, wyszli na spacer. Już teraz zauważam, że sześcioletniemu Kapslowi puszczamy coraz więcej bajek w telewizji. Na początku telewizor był jak nasze pianino (zakurzony i nieużywany).
Zwracam na to uwagę, ponieważ wielu bardzo młodych ludzi pragnie zostać rodziną zastępczą o charakterze pogotowia rodzinnego. Co będzie,gdy poczują się wypaleni mając czterdzieści lat? Jakby na to nie patrzyć, pogotowie jest formą rodziny zawodowej, która otrzymuje za swoją pracę wynagrodzenie. Ilu z takich młodych rodziców zastępczych będzie potrafiło zmienić profesję, albo utrzymywać się z dochodu współmałżonka?
Ja mam już z górki. Dzieci na wylocie, więc na „waciki' dla Majki jakoś zarobię, nawet gdyby jutro stwierdziła, że rezygnuje z bycia pogotowiem rodzinnym.

NIEMOC
Są sytuacje, na które nie mamy wpływu. Będąc ostatnim ogniwem pieczy zastępczej, trzeba się z tym pogodzić, albo stosować dywersję. Drugi sposób zdecydowanie odradzam. Dużo lepszym rozwiązaniem byłaby próba zmian systemowych działając w granicach prawa. Jednak przeciętny rodzic zastępczy zwyczajnie nie ma na to czasu.
Są więc zdarzenia, które irytują … i to bardzo. Mawia się, że jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze. Jakiś czas temu miała przyjść do naszego pogotowia dziewczynka z innego powiatu, z podejrzeniem porażenia mózgowego. Po burzliwej dyskusji między PCPR-ami , w końcu decyzja została podjęta. Nawet urzędy porozumiały się w sprawach finansowych, ponieważ w takich przypadkach często poza kwotą wydatkowaną na utrzymanie dziecka, również brana jest pod uwagę partycypacja w wynagrodzeniu rodziny zastępczej i (jeżeli jest taka potrzeba) w sfinansowaniu wyposażenia dla danego dziecka. Jednak ktoś dopatrzył się, że mama biologiczna przed porodem mieszkała w jeszcze innym powiecie – no i zaczął się ping-pong. Ostatecznie dziecko zostało umieszczone w Domu Pomocy Społecznej (za co z kolei płaci gmina opiekuna prawnego dziecka). Dziewczynka do tej pory przebywa w DPS-ie, mimo że okazało się, że wcale nie ma porażenia mózgowego. Gdyby znalazła się w naszej rodzinie, to zapewne już od dawna byłaby w rodzinie adopcyjnej (bo jest wolna prawnie). Niestety dziećmi z domów pomocy społecznej, rodzice adopcyjni się nie interesują, zresztą słusznie wychodząc z założenia, że widocznie był jakiś powód, że dane dziecko się tam znalazło. Jak się okazuje, powód może być prozaiczny.
Mimo, że pogotowia rodzinne są pewnym elementem całej układanki zwanej opieką zastępczą, to nie mogą liczyć na jakiekolwiek przywileje związane z opieką medyczną. Mieliśmy kiedyś dziewczynkę, która wymagała codziennej rehabilitacji. Tak stwierdził lekarz w pewnym szpitalu, kierując nas do rejestracji (w tymże szpitalu) w celu umówienia konkretnych spotkań. Okazało się, że najbliższy możliwy termin rozpoczęcia rehabilitacji jest za sześć tygodni, a kolejne spotkania będą w odstępach dwutygodniowych. Co zatem może zrobić pogotowie rodzinne w takiej sytuacji? Po pierwsze może zastosować się do wyznaczonych terminów, w pewien sposób rozgrzeszając się z podjętej decyzji. Może też rozpocząć rehabilitację prywatnie, co niestety jest bardzo kosztowne. Ja pewnie poszedłbym tą drugą drogą, bo nie jestem typem wojownika. Jednak Majka zdecydowała się działać. Znalazła w sąsiednim powiecie pewien program. Były jednak dwa warunki. Po pierwsze termin zapisania dziecka (który mijał za trzy dni), oraz to, aby dziecko mieszkało w tym powiecie. Trzeba więc było naszą dziewczynkę przemeldować do kogoś, kto w tym powiecie mieszka – z tym nie było problemu. Jednak przy meldunku okazało się, że nie można przemeldować samego dziecka. Konieczna więc była zmiana meldunku Majki. Zaczęliśmy się zastanawiać, czy nie spowoduje to, automatycznej likwidacji naszego pogotowia (w końcu od miejsca zamieszkania zależy, jakiemu PCPR-owi podlegamy). Wszystko odbywało się w ciągu kilku godzin. Postawione zostały na nogi wszystkie urzędy, również PCPR dziecka, o którym mowa, ponieważ było ono z innego powiatu. Nasz radca prawny stwierdził, że Majka może się przemeldować, ponieważ nie znalazł paragrafu, który nakazywałby w takim przypadku rozwiązanie umowy z pogotowiem rodzinnym. Niestety natrafiliśmy na „szlaban” w urzędzie miasta. Pani w okienku stwierdziła, że nie może zaakceptować kserokopii postanowienia sądu o umieszczeniu dziecka w naszej rodzinie – musi mieć „czerwone pieczątki”. Okazuje się, ze czerwone pieczątki ma PCPR, który finansuje pobyt dziecka w rodzinie zastępczej (więc nasz PCPR również nie posiadał oryginałów). Na szczęście panie z PCPR-u naszego dziecka stanęły na wysokości zadania i priorytetem wysłały nam te postanowienia. Następnego dnia, pani w urzędzie meldunkowym obejrzała je sobie, po czym zwyczajnie skserowała (mając dokładnie to, co Majka pokazywała jej dzień wcześniej). Tym razem się udało. Nawet mogę powiedzieć, że każdy kto w tej historii miał swój udział (poza panią wymagającą czerwonych pieczątek), bardzo się starał.
Problem nie tkwi więc w ludziach, ale w przepisach.

RODZICE BIOLOGICZNI DZIECI ZASTĘPCZYCH.
Wielokrotnie są oni zmorą rodzin zastępczych.
Potrafią przychodzić niezapowiedziani, pod wpływem alkoholu albo narkotyków, mają rozmaite wymagania … traktując często rodziców zastępczych jak opiekunki do dziecka, którym płacą pensję. Z kolei inni, do perfekcji opanowują „grę na emocjach”. Próbują nas wzruszyć, stać się kimś bliskim (bo przecież łączy nas dziecko).
Ja mam problemy z asertywnością. Traktuję rodziców dzieci u nas przebywających, jak każdego innego człowieka. Jeżeli przyjedzie spotkać się ze swoim dzieckiem, pokonując wielokrotnie kilkadziesiąt kilometrów (do tego z przesiadkami), to nawet gdy to spotkanie nie było umówione, to ja go przyjmę. Gdy stanie u drzwi, jest miły i bardzo prosi, to nie potrafię mu odmówić.
Niestety jest to duży błąd.
W naszej rodzinie, to Majka określa z rodzicami wszelkie zasady i bezwzględnie tego przestrzega. Jeżeli ktoś przyjdzie niezapowiedzianie, to najwyżej może z nią porozmawiać przed drzwiami. Gdy opuści jakąś wizytę, to następna jest według określonego grafiku. Jeżeli warunki nie odpowiadają, to bardzo proszę – wniosek do sądu o uregulowanie spotkań.
Wydaje mi się, że rodzice naszych dzieci nie lubią Majki, ale ją szanują. Sądzę, że właśnie dlatego jeszcze nigdy nie mieliśmy z nimi problemów … chociaż na wszelki wypadek numer telefonu do naszego komisariatu policji wisi na ścianie, a pilot antynapadowy jest pod ręką (chociaż ostatnio Majka gdzieś go ukryła – chyba przed naszymi „gadami”- Gackiem, Smerfetką i Kapslem).

DZIECI BIOLOGICZNE.
Zostawiłem ten temat na sam koniec, ponieważ z mojego punktu widzenia, jest to najważniejsza sprawa, którą należy wziąć pod uwagę planując pozostanie pogotowiem rodzinnym. Do tego łączy ona szereg wątków, o których wspomniałem wcześniej.
Wydaje mi się też, że dla wielu osób planujących pozostanie pogotowiem rodzinnym, moje przekonania w tym względzie są czymś, co powoduje, że zaczynają powątpiewać w sens wszystkiego co napisałem wcześniej (również w poprzednich opisach na tym blogu).
Nie twierdzę, że to co za chwilę opiszę musi się wydarzyć. Mam jednak dużo obaw, że tak może być.
Pisząc powyżej o emocjach, skupiłem się na dzieciach i rodzicach zastępczych, celowo pomijając dzieci biologiczne, ponieważ planowałem temu zagadnieniu poświęcić osobny akapit.
Uważam, że w całym procesie opieki zastępczej, dzieci biologiczne powinny być najważniejsze. One również mają uczucia i nie można ich lekceważyć, nawet jeżeli są jeszcze malutkie. Wielokrotnie pogotowiem rodzinnym zostają młode rodziny z małymi dziećmi. Wychodzą najczęściej z założenia, że ich dzieci wychowując się w rodzinie wielodzietnej (bo taką w końcu jest pogotowie), będą bardziej otwarte, wrażliwe, lepiej rozwinięte fizycznie i intelektualnie (choćby poprzez kontakty ze starszymi dziećmi, które przez taką rodzinę zastępczą się przewijają). W pewnym sensie mogę się z tym zgodzić. Jednak moim zdaniem rodzice tacy zwyczajnie fundują swoim pociechom dzieciństwo w pogotowiu rodzinnym. Dzieci te nie mają swoich rodziców na wyłączność, muszą się nimi dzielić z innymi dziećmi (zastępczymi), muszą walczyć o swoje prawa, często o zabawki, jedzenie (nawet jeżeli tego jedzenia jest pod dostatkiem). Starsze dzieci zastępcze mogą stanowić dla młodszych dzieci biologicznych zagrożenie zarówno w sensie fizycznym jak też psychicznym … mogą się nad nimi znęcać emocjonalnie, czego zagonieni w swojej pracy rodzice zwyczajnie mogą nie zauważyć.
Nawet sami rodzice zastępczy często mówią, że gdyby lepiej dopilnowali swoje dzieci, to mogłyby one ukończyć lepszą szkołę, zdobyć lepszy zawód. Tyle tylko, że mimo szczerych chęci, na wszystko po prostu nie starczało czasu.
Z kolei dzieci biologiczne też bronią się jak mogą przed byciem „dziećmi z pogotowia”. Następuje pewnego rodzaju „segregacja rasowa”. „To jest moja siostra, a to jest moja prawdziwa siostra”, „Jadę z moim tatą do kina, bo jestem jego prawdziwym dzieckiem”, „Tylko prawdziwe dzieci dostają kieszonkowe”. Słowo „prawdziwy” i rozmaite jego synonimy jest dla dzieci biologicznych słowem-kluczem. Jest słowem, które daje poczucie bezpieczeństwa, które daje pewność, że ono też któregoś dnia nie zniknie (podobnie jak dzieci zastępcze, które nagle przychodzą i któregoś dnia odchodzą).
Nie spotkałem się z wypowiedziami dzieci, które wchodziły w okres dorastania przebywając w rodzinie zastępczej będącej pogotowiem rodzinnym. Nie wiem więc, czy okres buntu jest spotęgowany, czy też dzieci te są bardziej spolegliwe, bardziej dojrzałe. Nie wiem, czy mają żal do swoich rodziców, czy wręcz przeciwnie, chciałyby powielać znany sobie wzorzec.
Wiem tylko tyle, że ja nie chciałem tego sprawdzać na własnej rodzinie, na moich córkach.
Niedawno jedna z nich zadała mi pytanie: „Czy jak będziemy mieć swoje dzieci, to też będziecie pogotowiem?” Odpowiedziałem, że pewnie tak (bo na dobrą sprawę dziadkiem mogę zostać w każdej chwili). „To wnuki nie będą dla was najważniejsze?” - usłyszałem w odpowiedzi.
Zostaliśmy pogotowiem gdy nasze dzieci były już dorosłe lub prawie dorosłe. W pewien sposób żyły one już swoim życiem, miały swoich znajomych, wiele czasu spędzały poza domem. Dzieci zastępcze były więc dużo młodsze, nie stanowiły żadnego zagrożenia w sensie emocjonalnym (przynajmniej tak nam się wydawało). Za to pojawił się problem „domu otwartego”. Niechcący zafundowaliśmy naszym dorosłym dzieciom wizyty rodziców biologicznych, adopcyjnych, zastępczych, kuratorów sądowych, pracowników pomocy społecznej, PCPR-u, pielęgniarki środowiskowej, wolontariuszy, opiekunek do dzieci …
Czy może to być dla dzieci frustrujące? Z pewnością tak.

Wspomniałem powyżej o sześcioletnim chłopcu, którym się aktualnie opiekujemy. Potrafi on urządzać sceny niczym z horroru, krzyczeć (wydobywając z siebie głos nie z tego świata), rzucać się na ziemię, uderzać głową o podłogę, rzucać zabawkami. Inne dzieci się temu przyglądają (przynajmniej dopóki nie zostanie on wyprowadzony do swojego pokoju). Jest to dla nich przerażające, płaczą bo nie wiedzą co się dzieje.
Każda rodzina, która pragnie zostać pogotowiem rodzinnym mając własne małe dzieci, musi wziąć pod uwagę możliwość wystąpienia takich sytuacji.
Tym sposobem wróciłem do małych dzieci biologicznych (chociaż zapewne dotyczy to również dzieci zastępczych, które przebywają w rodzinie zastępczej już dłuższy czas). Co czuje kilkuletnie dziecko, gdy jego mama nagle przyprowadza do domu jakiegoś malucha, jest dla niego miła, opiekuje się nim, bawi się z nim?
Co ja poczułbym, gdyby Majka przyprowadziła do domu jakiegoś faceta, okazywała mu zainteresowanie, była serdeczna, czuła? Głupie porównanie? Być może, ale tylko gdy czyta to dorosły.

PODSUMOWANIE.
Każdy musi sobie sam odpowiedzieć na pytanie, czy chce (i kiedy) zostać rodziną zastępczą.
Starałem się opisać co ja czuję, w jaki sposób patrzę na różne sprawy. Być może Majka doda swoje uwagi w komentarzu, bo czasami mamy nieco odmienne zdanie. Wiele moich myśli ewoluowało w ciągu ostatnich czterech lat. Na wiele spraw kiedyś patrzyłem zupełnie inaczej … i pewnie za kilka lat też będę na podstawie własnych doświadczeń, wyciągał być może zupełnie inne wnioski.
Czy warto? Moim zdaniem warto, ale trzeba mieć świadomość wszelkich możliwych zagrożeń. Należy na wszystko spojrzeć chłodnym okiem, wypisać sobie plusy i minusy … a potem podjąć decyzję.