sobota, 22 września 2018

ROMULUS i REMUS 2


Chłopcy czują się w naszej rodzinie coraz lepiej, coraz bezpieczniej. My też traktujemy ich coraz bardziej jak własne dzieci, chociaż wiemy, że ich pobyt u nas jest tylko tymczasowy.
Niestety tymczasowość przestała dla mnie być terminem związanym w jakikolwiek sposób z czasem. Być może bliźniaki spędzą z nami jeszcze rok, dwa... albo też zostanie podjęta decyzja, że mamy kilka dni, aby przygotować chłopców na pójście do nowej rodziny. Raczej nie adopcyjnej. Pewnie też nie wrócą do mamy.

Na szczęście są jeszcze na tyle mali, że żyją dniem dzisiejszym... a tym dniem jesteśmy my.






Niektórzy rodzice, decydujący się na adopcję dzieci, obawiają się takich prawie trzylatków jak Romulus i Remus. Pragną zaopiekować się dziećmi dużo młodszymi, najlepiej noworodkami. Nie dziwię się temu i myślę, że sam też miałbym takie preferencje. Jednak gdy patrzę na chłopaków, na to jaką dziecko w tym wieku potrafi przejść metamorfozę, to zaczynam postrzegać to zupełnie inaczej.
Chłopcy mogą mieć sporo żalu do losu. Nie tylko dlatego, że zostali odebrani swoim rodzicom (bo to było przecież konieczne), ale że znaleźli się w naszej rodzinie, w której przez kilka tygodni pełnili rolę dziecka piątego i szóstego, oraz musieli się zmierzyć z istnieniem Kapsla – takiego przyrodniego brata.
W tej chwili wszystko się zmieniło. Nie muszą walczyć o nasze zainteresowanie, bo siedmiomiesięczna Ploteczka nie stanowi w ich mniemaniu żadnego zagrożenia. Nie muszą też rywalizować z Marudą i Sasetką. Jednak przede wszystkim, nie muszą obawiać się Kapsla, który z jednej strony mobilizował ich do działania, ale głównie był niebezpieczeństwem (nawet bardziej w sferze emocjonalnej, niż fizycznej).

Niedawno zebrało się grono osób (tak zwane posiedzenie zespołu), które w kwestii bliźniaków zadało sobie pytanie „co dalej?”.
Mama chłopców ukończyła terapię... chociaż nie pierwszy już raz. Tata ma sądowy zakaz zbliżania się do niej. Nie zmienia to jednak faktu, że się spotykają – nawet wspólnie odwiedzają przebywające u nas dzieci. My oficjalnie nic nie wiemy, więc jeżeli wizyta przebiega bez kłótni i bójek, to nie wnikamy w ich wewnętrzne spory.
Dzień po powrocie z terapii mamy, rodzice mieli razem przyjechać w odwiedziny do Romulusa i Remusa. Coś jednak im się nie ułożyło, bo nad ranem miała miejsce interwencja policji. Teraz na terapię ma iść tata... i tak to się wszystko kręci w kółko.
Babcia bliźniaków ma prawo urlopować dzieci, chociaż jeszcze ani razu ich do siebie nie wzięła. Nie jest pierwszą znaną nam osobą, która boi się reakcji syna i synowej (albo zięcia i córki).
Kurator opiekujący się rodziną jest przeciwny adopcji chłopców. Z każdą ukończoną terapią mamy, widzi jakiś postęp. Nawet mógłbym przyznać mu rację. Pierwszy ojciec (najstarszego chłopca) podobno już „leci na denaturacie”. Drugi ćpa i sprzedaje narkotyki. Trzeci tylko bije i pije. Być może kolejny będzie już wyłącznie przykładnym złodziejem.

Najciekawsze w całej tej historii jest to, że mama bliźniaków wydaje się być całkiem normalną kobietą. Jest inteligentna (ma nie tylko podstawowe wykształcenie), nawet całkiem sympatyczna, świadoma swoich niedoskonałości i chętna do współpracy.
Być może właśnie na tym bazuje kurator sądowy. Obiecał, że zrobi wszystko, aby mama nie utraciła praw rodzicielskich. U wszystkich innych osób (wchodzących w skład zespołu), pokłady dobrej woli już się wyczerpały.
Decyzję będzie musiała podjąć sędzina. Nawet myślę, że wiem jak się wszystko potoczy. Nie odbierze mamie praw rodzicielskich i nie skieruje dzieci do adopcji. Najpierw będzie chciała pozostawić chłopców w naszej rodzinie. Gdy po raz kolejny dostanie sygnał, że pogotowie rodzinne jest nieco inną formą pieczy zastępczej, a do tego nie ma większych szans na umieszczenie całej czwórki rodzeństwa w jednej rodzinie zastępczej, rozpocznie się poszukiwanie rodziców zastępczych dla bliźniaków. Być może znajdzie się również rodzina, która zaopiekuje się jednocześnie Filemonem i najstarszym z braci. A wszystko to dla dobra... mamy.
Ja widzę to zupełnie inaczej, chociaż wcale nie twierdzę, że byłoby to najlepsze wyjście z tej sytuacji. Niestety sądy rzadko proszą rodziny zastępcze o wyrażenie swojej opinii, a jeżeli już, to z pewnością nie oczekują sugerowania jakichkolwiek rozwiązań.
Sądy rodzinne przywiązują ogromną wagę do więzi i więzów krwi. W sumie, bardzo dobrze. Jednak gdy patrzę na naszych bliźniaków, ich rodzeństwo, rodziców, dalszą rodzinę (która odegrała w ich życiu większą rolę), to dochodzę do wniosku, że należałoby ich wszystkich traktować zupełnie niezależnie. Jedna matka, kilku ojców. Babć i dziadków jeszcze więcej. Rodzeństwo większą część życia spędziło w oderwaniu od siebie. Jakie oni mają więzi? Najstarszy z braci, po raz trzeci trafił do rodziny zastępczej, i po raz trzeci może ponownie wrócić do swojej mamy. Nawet jak mieszkał z mamą, to częściej przebywał u babci – ale nie tej od bliźniaków, ani młodszego brata. Miejscem, które się w jego życiu nie zmienia, jest szkoła – dobre i to. A może właśnie to jest najgorsze? Dzieci potrafią być bardzo okrutne dla rówieśników, a w małej miejscowości niczego nie da się ukryć. Umysł robi wszystko, aby nie zwariować. Myśli jednak o sobie, a nie zasadach społecznych, nie o tym co jest moralne, a co nie.
Nasze bliźniaki mogą pójść tą samą drogą. I dlatego tak bardzo jest mi ich żal. Chłopcy są bardzo ufni. Potrafią się zmieniać, potrafią stać się cząstką rodziny, myśleć jej zasadami. Ile razy jeszcze?

Poniżej wrzuciłem opis chłopaków, który przygotowałem na ostatni zespół do PCPR-u. Chciałbym tam napisać „kobieto, pozwól odejść swoim dzieciom!”. Nie zrobi tego. Nie zachowa się jak jej wcześniejsi partnerzy, którzy okazali się zwykłymi dupkami.
Ja jednak wolę, gdy w takich sytuacjach, kobieta również okazuje się dupkiem (dupką?).



Remus i Romulus (bliźnięta - 2,5 roku)

Ocena rozwoju dzieci na podstawie obserwacji opiekunów.

Romulusa i Remusa przedstawię w jednym opisie, ponieważ dzieci są bliźniakami. Łatwiej więc będzie zauważyć podobieństwa i różnice między nimi.
W zasadzie widzę głównie same różnice, co w żaden sposób nie oznacza, że tylko jeden z chłopców jest bardziej inteligentny, bardziej sprawny fizycznie, czy bardziej rozwinięty społecznie, emocjonalnie i tak dalej. Podobieństwa między nimi można doszukać się tylko w kolorze włosów. Nie tylko urodę mają różną (co też nie znaczy, że jeden jest brzydszy, a drugi ładniejszy), ale nawet datę urodzenia (chociaż urodzili się w odstępie dwóch minut).
Dzieci spotykają się mniej więcej co dwa tygodnie ze swoją mamą, tatą i babcią... w różnych konfiguracjach.

  • Chłopcy po przyjściu do naszej rodziny (prawie trzy miesiące temu) stosunkowo niewiele mówili. W tej chwili znacząco poprawiła się ilość wypowiadanych słów, ponieważ dzieci mówią niemal bez przerwy. Co do jakości można mieć pewne zastrzeżenia, chociaż chłopcy posługują się pełnymi zdaniami. Mają jednak swój własny język, który wzajemnie doskonale rozumieją. Pewne sformułowania są łatwe do rozszyfrowania, jak choćby „leci molot, leci” (zwłaszcza gdy pokazują palcem na niebo, albo słychać odgłos maszyny). Potrafią jednak mówić na przykład tak: „Jechał łejo adelaska łujek tak? Zrozumiałem, że było to pytanie skierowane do wujka (czyli do mnie), ale nie miałem „zielonego pojęcia” o co chodzi. Najczęściej jestem bardziej dociekliwy (co chłopców wcale nie irytuje), ale tym razem odpowiedziałem: „Tak, jechał łejo adelaska.” Obaj chłopcy się uśmiechnęli, co świadczyło o tym, że albo mnie zrozumieli, albo był to uśmiech politowania nad moją znajomością ich języka.
  • Pewną wspólną cechą Romulusa i Remusa jest leworęczność (lewą ręką posługują się spożywając posiłki). Wydaje się jednak, że Remus może być oburęczny. Przy zakładaniu spodni, Romulus zawsze najpierw podaje lewą nogę i nie ma możliwości nakłonienia go do zmiany tej decyzji (nawet mówiąc „nie ta noga, podaj drugą”). Remus z kolei zawsze jako pierwszą podaje nogę prawą (chociaż również powinien podawać lewą – a dodatkowo czasami zdarza się pomyłka oraz jest bardziej podatny na sugestie).
  • Remus jest dużo bardziej spokojny. Sam nie wdaje się w bójki z innymi dziećmi (zwłaszcza ze swoim bratem) i potrafi ustąpić. Romulus ciągle szuka zaczepki. Potrafi odebrać zabawkę tylko dla zasady – wyrywa ją z ręki po czym niemal natychmiast odkłada. Pojawiła się jednak korzystna zmiana. Potrafi zareagować na reprymendę oddaniem zdobyczy i nie kończy się to już płaczem, tak jak bywało wcześniej. Zachowanie to, ma symptomy próby zwrócenia na siebie uwagi. Bardzo rzadko występuje nad ranem, gdy chłopcy przychodzą do mojego łóżka, a ja jeszcze próbuję trochę dosypiać. Chłopcu nie zależy, bo wydaje mu się, że ja tego nie widzę.
  • Romulus ma dużo większą potrzebę przytulania niż Remus. Jest to widoczne zwłaszcza nad ranem. Przychodzi do mnie, do łóżka, wchodzi pod kołdrę i się we mnie wtula. Lubi jak mu odwzajemniam takie zachowanie i go głaszczę. Remus z kolei traktuje łóżko jak jedno z miejsc do zabawy. Przynosi zabawki ze wszystkich kątów, co powoduje, że cały pokój chłopców wygląda jak wielka bawialnia (żeby nie powiedzieć, że panuje w nim ciągły bałagan). Jednak w taki sposób, dzieci mogą spędzić nawet trzy poranne godziny. Tak więc niezależnie od tego, czy całą noc przesypiam w swojej sypialni, czy w ich pokoju, to nad ranem dosypiam u nich. Niestety bywa, że chłopcy potrafią wstać nawet przed szóstą, bo gdy tylko jeden z nich „otworzy oko”, to zaczyna wołać „wujek, wujek” (fonetycznie brzmi to „chujek, chujek”) budząc natychmiast drugiego... no i mnie.
  • Oboje są bardzo sprawni fizycznie, chociaż specjalizują się w pewnych dziedzinach. Romulus lepiej jeździ na rowerku biegowym, a Remus szybciej wchodzi na drzewo. Niestety współczesne karłowe odmiany jabłoni są do zdobycia nawet dla dwulatków. Również wchodzenie na płot jest ulubionym zajęciem obu – na szczęście płot, póki co, jest nie do pokonania. Dziwię się tylko, że chłopcy nie interesują się jeszcze wchodzeniem do szaf, ponieważ inne dzieci w ich wieku, miały już tę sztukę opanowaną. Ponadto Remus bardzo lubi sobie utrudniać pewne rzeczy. Jakiś czas temu wyciągnął z łóżeczka dwa ruchome szczebelki, co pozwala mu sprawniej z niego wychodzić. Jednak wchodzi zawsze górą, po czym wychodzi dołem... i czasami tak kilka razy zanim zaśnie.

  • Chłopcy zaczynają przygodę z układaniem puzzli i jeżeli jeszcze jakiś czas będą z nami przebywać, to zapewne staną się mistrzami (bo prawie wszystkie nasze dotychczasowe dzieci zastępcze tak kończyły). Ale to nie jest moja „działka”. Za to ja jestem gnębiony (zwłaszcza przez Romulusa) nawlekaniem na sznureczek drewnianych koralików. Ogólnie ujmując, bliźniaki są bardzo chętne do każdego rodzaju aktywności. Zaczynamy również kolorowanki i rysowanie, chociaż jeszcze niewiele z tego wychodzi.
  • Dzieci bardzo szybko uczą się zasad. Doskonale już wiedzą, że zanim dostaną popołudniowy deser albo kolację, najpierw należy sprzątnąć zabawki. Nie tylko, że się nie buntują, to jeszcze potrafią je posegregować (osobno klocki, osobno samochodziki). Niestety ta umiejętność nie bardzo sprawdza się w ich sypialni... ale ten zabawkowy bałagan przerasta również mnie.
  • Są bardzo uzdolnieni muzycznie, przy czym w tym względzie prym wiedzie Remus. Nawet gdy posługuje się własnym językiem, doskonale wiadomo co śpiewa. Szybko uczą się rozmaitych piosenek, chociaż wiele z nich było im już znanych wcześniej. Gdy ostatnio byliśmy na urodzinach mojej chrześniaczki, to ze zdumieniem stwierdziłem, że świetnie znają „sto lat, sto lat...”.
  • Od kilku tygodni zgłaszają potrzeby fizjologiczne. W ciągu dnia nie noszą pieluchy, a te zakładane na noc, nad ranem prawie zawsze są suche. W przypadku Romulusa, można powiedzieć, że bardzo rzadko ma jakąś wpadkę.
  • Nie ma problemu z jedzeniem. Wprawdzie Romulus jest o pół głowy wyższy i o 4 kilogramy cięższy, to wcale nie znaczy, że Remus jest niejadkiem. Raczej to ten pierwszy częściej przychodzi po dokładki.
  • Uwielbiają się brudzić (w tym względzie Romulus jest większym „szuszwolem”), a jeszcze bardziej kąpać. Bardzo trudno jest ich przekonać, że jednak trzeba już wyjść z wanny.
  • Nie chorują.
  • Romulus jakiś czasu temu przestał gryźć inne dzieci.

Trochę chaotycznie przedstawiłem rozmaite zachowania chłopaków. Niech to jednak będzie symboliczne oddanie ich temperamentu i umiejętności. Nie wiadomo jak potoczą się dalsze losy i jakie one były wcześniej (w szczegółach). W tej chwili chłopcy sprawiają wrażenie typowych, szczęśliwych dwulatków... prawie już trzylatków.
Odnoszę wrażenie, że duże znaczenie miał dla nich, ich tata. Teraz mówią już do mnie wujek, jednak na samym początku zaczęli mówić tata, a nawet tatuś. Bywały więc czasami dość śmieszne sytuacje, gdy na placu zabaw zwracali się do nas per tatuś i ciocia.
Czasami bawią się, udając że prowadzą rozmowy telefoniczne. Podnoszą słuchawkę i mówią: „aloo, tata?”


niedziela, 9 września 2018

--- Krzywdzenie emocjonalne.


Trochę sobie ponarzekam na rodziców biologicznych... ale nie tylko.
Chyba jednak się starzeję, bo zamiast cieszyć się sielanką, która ostatnio zapanowała w naszej rodzinie zastępczej, to znowu wyszukuję sobie trudne tematy.

Sasetka i Maruda w oczekiwaniu na spotkanie z mamą.


Jeszcze kilkanaście dni temu, nasze dzieci zastępcze spędzały wakacje w innych rodzinach. Romulus z Remusem przebywali w rodzinie zastępczej niezawodowej, którą tak naprawdę niezbyt dobrze znali. Zresztą muszę przyznać, że my również. Udało nam się spotkać wcześniej tylko dwa razy. Wprawdzie odniosłem wrażenie, że mama wakacyjna była dla chłopców miłością od pierwszego wejrzenia, to jednak życie mnie nauczyło, że ważniejsze jest to drugie, trzecie, czwarte wrażenie – czyli codzienność.
I być może właśnie dlatego, bardziej spokojny byłem o Ploteczkę i Kapsla, niż o bliźniaki.
Chłopcy na wakacjach nie sprawiali większych problemów. My, co kilka dni, dostawaliśmy jakieś ich zdjęcie i krótki opis aktualnej sytuacji. Teoretycznie, będąc na urlopie powinniśmy odpoczywać od pracy. W przypadku Majki, tą pracą jest opieka nad dziećmi.
Chociaż źle napisałem. To nie jest tylko opieka, to przede wszystkim bycie z sobą, wspólne przeżywanie każdego dnia, poznawanie siebie, uczenie się świata. Dlatego takie informacje były dla nas bardzo ważne, zwłaszcza że byliśmy daleko.
Urlop jednak dobiegł końca i nastąpił dzień, w którym chłopcy mieli wrócić do naszej rodziny. Niby nic niezwykłego. Dzień, który przeżywaliśmy już wielokrotnie. Tym razem był on jednak wyjątkowy. Okazało się, że bliźniacy nie chcieli opuścić rodziców wakacyjnych. W ciągu miesiąca tak bardzo się do nich przywiązali, że rozstanie wyglądało tak, jak kiedyś wyobrażałem sobie odbieranie dzieci rodzicom biologicznym – płacz, tulenie się, niemal odrywanie na siłę.
Zresztą była to też relacja zwrotna. Zarówno rodzice oraz ich dzieci, również zakochali się w chłopakach. Rozstanie było więc trudne i długotrwałe. Jeszcze do wieczora, chłopcy (będąc już w naszym domu) pokazywali palcami na drzwi, dając nam do zrozumienia, że chcieliby wrócić. Na szczęście noc minęła spokojnie i następnego dnia wszystko wyglądało już tak jak miesiąc wcześniej.
Rodzice wakacyjni zapytali nas, czy mogliby nadal spotykać się z chłopcami, odwiedzać ich, a najlepiej zapraszać do siebie. Zaproponowali środę, czyli zaledwie cztery dni po rozstaniu. Jeszcze kilkanaście miesięcy temu, powiedzielibyśmy: „przystopujcie”. Niech bliźniaki trochę ochłoną, niech trochę was zapomną, po co mają powtórnie przeżywać powrót i rozstanie.
Teraz zrobiliśmy zupełnie inaczej.

Tyle tytułem wstępu, który tym razem wyjątkowo wpisał się w temat, który zamierzam poruszyć.
W naszym powiecie istnieje niepisana zasada, że rodzice zastępczy odbierają dziecko z domu rodziców biologicznych (często nawet w przypadku interwencji policji). I jest to zasada, której udokumentowania próżno byłoby szukać w jakichkolwiek przepisach, w jakichkolwiek ustawach – nie reguluje tego nic. Jest to więc dobra wola każdej ze stron, i na szczęście ta dobra wola ma miejsce. Przyjeżdża więc kurator, osoba z PCPR-u, pracownik z Pomocy Społecznej, lekarz z pobliskiej przychodni. Policja na wszelki wypadek stoi gdzieś za rogiem. Zjawiamy się też i my, chociaż rzadko wchodzimy do domu. Najczęściej ktoś przyprowadza nam dzieci do samochodu. Wielokrotnie towarzyszą im rodzice... powiedzmy, że mama (ojca jeszcze nie widziałem).
Tak też było w przypadku Romulusa i Remusa. Niestety nie było czułych pożegnań. Chłopcy zwyczajnie wsiedli do samochodu. Bez smutku, bez jednej łzy. Po przyjeździe do naszego domu, nie pokazywali palcem na drzwi... nie chcieli wrócić.
Tak samo bywało w innych przypadkach.

Pozostanę jeszcze przez chwilę przy tych konkretnych dzieciach. Co się stało, że nie mogli się rozstać z rodziną, którą znali od miesiąca, a pożegnanie z mamą biologiczną wyglądało jak wyjście ze sklepu?
Stres? Może... Niecodzienność sytuacji? Raczej nie, bo do wizyt policji byli przyzwyczajeni.

Krzywdzenie emocjonalne jest faktem, na który zwracają nam uwagę psycholodzy.
W momencie, gdy dzieci są już odebrane rodzicom i uruchomiona jest cała machina mająca rozstrzygnąć co dla dziecka byłoby najlepsze, jedyną stroną, która może dostrzec pewnego rodzaju zależności między rodzicem a dzieckiem – jest tylko rodzina zastępcza (bądź placówka, w której dziecko przebywa). Jako pogotowie rodzinne, jesteśmy w zasadzie zobowiązani do relacjonowania sytuacji: dziecko – rodzic biologiczny. Często też jesteśmy proszeni przez sąd o wyrażenie własnej opinii.
Nie do końca jest więc prawdą to, co Majka mówi rodzicom biologicznym. Owszem, to od ich postępowania i decyzji sądu wszystko zależy. Tyle tylko, że my jesteśmy obserwatorami... bardzo wnikliwymi. Jeżeli więc myślą, że jeśli na spotkaniu powstrzymają się od uderzenia dziecka i będą udawać idealnych rodziców, to my wystawimy im wzorową opinię - są w wielkim błędzie.

Gdy mam do czynienia z osobami, które zupełnie nie są w temacie, to odnoszę wrażenie, że w społeczeństwie istnieje przyzwolenie na odbieranie dzieci z powodu przemocy, alkoholu, wykorzystywania seksualnego. Wszelkie inne krzywdy wydają się być „naprawialne” z pomocą wsparcia finansowego, przydzielenia asystenta rodziny i być może szeregu innych form pomagania przez różne instytucje – wszystko w myśl zasady, że w rodzinie biologicznej, najlepiej.

Ale czy takie rodziny biologiczne na pewno dadzą się naprawić? Ja mam coraz większe wątpliwości.

Gdy próbuję prześledzić zachowania rodziców dzieci, które mieszkały w naszej rodzinie, to praktycznie u każdego z nich widzę emocjonalną niedostępność, brak wrażliwości na potrzeby dziecka. Pamiętam mamę Sasetki i Marudy, która „przeprowadzała” dzieci przez plac zabaw. Bardziej przypominało to zatrzymywanie się przy kolejnej stacji drogi krzyżowej, niż wspólną zabawę. Dzieci niczego od niej nie oczekiwały, nie wyciągały rąk, nie przytulały się, nie wchodziły na kolana.
Romulus i Remus spotkali się ze swoją rodziną, będąc na wakacjach. Ich tymczasowi opiekunowie nie mieli dotychczas żadnych doświadczeń z rodzicami biologicznym dzieci (które zostały im odebrane), a mimo to również zauważyli pewną sztuczność zachowań. Rozumiałbym stres, bycie obserwowanym, bycie w jakimś sensie zależnym od rodziny zastępczej – tylko, że tak jest zawsze, nawet na dziesiątym, czy dwudziestym spotkaniu – wszystko wygląda jak wyreżyserowany spektakl. Rodzice sprawiają wrażenie, jakby nie chodziło im, aby pobyć z dzieckiem, czy nawet się z nim popłakać... ale o to aby być, aby spotkanie zostało odnotowane.
Chociaż tata bliźniaków jest jakimś specyficznym przypadkiem. Uwielbia robić dzieciom zdjęcia. Czasami mam jednak wrażenie, że jest jakimś chirurgiem plastycznym, ponieważ zwraca uwagę tylko na na guzy, siniaki i zadrapania.
Niestety jego większe zainteresowanie skupia się tylko na Remusie. Romulus często spędza czas (będąc na spotkaniu z rodziną) w towarzystwie Majki. Odnoszę wrażenie, jakby ojciec uważał, że tylko jedno z bliźniąt jest jego. A drugie? Może moje.

Kontynuując ten wątek - często zauważam pewnego rodzaju segregację dzieci. Niemal regułą jest wielość ojców. W jakimś zakresie mogę zrozumieć faceta, który w zupełnie przypadkowy sposób został ojcem dziecka z kobietą, która jak się później okazało, w równie przypadkowy sposób urodziła dzieci będące wynikiem upojnych nocy z kilkoma innymi mężczyznami. Może on nie czuć potrzeby i chęci podjęcia się opieki nad dziećmi innego samca „alfa”... a nawet „omega”. Myślę jednak teraz o matkach, które obwiniają, oskarżają starsze dzieci o to, że ich ojcem był ktoś, kogo teraz nie akceptują, lub wręcz nienawidzą. Przypisują dzieciom cechy ojca, widząc w nich nie osoby, ale jakieś mityczne geny. Często krytykują je, upokarzają i poniżają.
Przykładem takiego zachowania była historia Sztangi. Dziewczynka zawsze była dla swojej mamy dzieckiem drugiej kategorii. Jej marzeniem było dorosnąć.
Często się zastanawiam, jak potoczą się losy brata Sasetki i Marudy? Tata (a w zasadzie partner mamy biologicznej) mówi, że kocha jak swoje... ale tylko mówi. Poza tym, wszystko przypomina sytuację sprzed dwóch lat.

Krzywdzeniem emocjonalnym jest również brak umiejętności dostosowania rozmaitych działań do poziomu rozwoju dziecka. Wachlarz zachowań jest w tym przypadku bardzo szeroki. Z jednej strony mogę podać przykład mamy Kapsla, która była nadopiekuńcza. Nosiła siedmiolatka na rękach, wiecznie obawiała się, czy się nie przeziębi (chociaż na dworze był upał), albo czy się nie zabije wchodząc na drabinki. Ale też nie miała zupełnie żadnego pomysłu, co z nim robić. W sytuacji, kiedy Kapsel coś kolorował, albo wyklejał (co robił nieudolnie, z racji swoich zaburzeń), w pewnym momencie traciła cierpliwość i kończyła pracę za niego, chociaż chłopiec wcale tego nie oczekiwał. Dla niego była to kara, a przynajmniej przesłanie „ty nic nie potrafisz dobrze zrobić”, chociaż prawdopodobnie mama chciała go tylko wyręczyć. Gdy mieszkał razem z nią, to wiecznie oglądał telewizję i coś jadł. Zapewne z jej punktu widzenia, było to bardzo bezpieczne. Osobiście widziałem ją tylko raz. Spotkała się z chłopcem w kawiarni przy basenie. Zostawiłem ich samym sobie na godzinę – poszedłem zrobić zakupy. Gdy wróciłem, ona siedziała z wzrokiem wlepionym w smartfona, a Kapsel patrzył przed siebie. A pewnie chętnie by popływał – choćby w brodziku.
Przeciwieństwem była mama Hawranka, która zostawiła jego kilkuletnie rodzeństwo samo w domu i poszła na trzydniową imprezę. Tłumaczyła potem, że przecież mieli pełną lodówkę jedzenia... trzylatek i roczniak.

Pogwałceniem indywidualności i odrębności dziecka, jest również jego wykorzystywanie do zaspokojenia własnych potrzeb psychicznych, choćby wykorzystywanie go w konflikcie z inną osobą. Do teraz pamiętam, w jaki sposób była manipulowana Asteria, zarówno przez mamę jak i przez tatę. W pewnym momencie wszelkie rozmowy telefoniczne mogły się odbywać tylko w trybie głośnomówiącym. Dziewczynka była nie tylko wciągana w ich wewnętrzne spory, ale również zaznajamiana z problemami mamy. Bywało, że z własnego kieszonkowego musiała pożyczyć (która to pożyczka była później umarzana – zwyczajnie Asteria się nie dopominała zwrotu) mamie na bilet, aby ta mogła ją odwiedzić. A przecież mogła przyjechać „na gapę”. Zresztą niewykluczone, że tak właśnie robiła, a pożyczki przeznaczała na alkohol (bo znacznie przekraczały one cenę biletu). I znów Majka musiała przeprowadzić z mamą poważną rozmowę. Co z tego wyszło? Oficjalnie wszystko zostało wyjaśnione. Kieszonkowe miało pozostać wyłącznie do dyspozycji Asterii. Podejrzewam jednak, że nieoficjalnie, mama z córką przeszły do „podziemia”.

Wbrew pozorom, ten aspekt krzywdzenia emocjonalnego, może obejmować również światopogląd mamy Plotki. Dla tej kobiety, pewną wykładnią urody, jest waga. Chociaż w innych przypadkach może być tak, że rodzice akceptują tylko określony ubiór, jedzenie, pewne wybrane zabawy – krótko mówiąc, działania podejmowane zgodnie z wolą rodzica. Mama Ploteczki cały czas podkreśla, że dziewczynka musi dużo jeść, bo przecież kiedyś ma być taka duża jak ona. Oby nie... bo to już jest kategoria „open”.

Krzywdzeniem emocjonalnym jest także przyzwalanie, albo nawet zachęcanie do zachowań aspołecznych.
Już nawet nie próbuję się zastanawiać, ile razy Romulus i Remus (i ich starsi bracia) musieli być świadkami awantur, libacji alkoholowych, przemocy? Filemon (brat bliźniaków), który przez jakiś czas z nami mieszkał i bardzo go lubiłem (Romulus mocno mi go przypomina), w tej chwili jest podobno trudny do opanowania – a ma zaledwie pięć lat.
Ile razy Sasetka z Marudą byli świadkami współżycia swoich rodziców? Może nie byli, chociaż ich mama podobno rzadko wychodziła z łóżka, a dzieci razem z nią spędzały każdy dzień.
Ile razy Sztanga i Asteria musiały zmienić miejsce zamieszkania, szkołę i koleżanki?
Ile razy Foxik usłyszał (chociaż był zbyt mały , aby to zapamiętać), że podstawa to się nie przemęczać?
Ile razy mama bliźniaków mówiła, że „ma prawo”, bo jest chora (prawo do zaniedbań, bo chorobą jest alkohol)?
Ile razy mama Białaska mówiła „mi się należy”?
A co mówiła mama Gacka? Chyba nic, bo prawie jej nie pamiętam. Może tylko myślała „synek, po coś ty mi się przytrafił”?

Pewnie mógłbym wymienić jeszcze innych rodziców biologicznych dzieci, których przez jakiś czas byliśmy historią (a one naszą).
Staramy się zwracać uwagę na szczegóły, które z pozoru są błahe i nic nie znaczące. A jednak mogą mieć wielką wagę dla przyszłości dziecka.
Niestety z tego względu, w mojej świadomości pojawia się pewien konflikt dotyczący otwartości adopcji (nie chodzi mi o jawność adopcji). W teorii jestem na „tak”, jednak praktyka mówi mi „nie, nie i jeszcze raz nie”- przynajmniej w zdecydowanej większości przypadków.
Trudno mi sobie wyobrazić sytuację, w której rodzice adopcyjni mogliby zachowywać przyzwoite relacje z rodzicami biologicznymi. Dzisiaj bliźniacy pojechali na spotkanie z mamą. Kobieta nie widziała ich ponad dwa miesiące. Ważniejsze niż spędzenie wspólnych chwil z dziećmi, były uwagi na temat uszczerbków na ciele, a przede wszystkim – dlaczego dzieci nie mają na głowie kasków?
Teoretycznie można by było przyznać jej rację. Tyle tylko, że należałoby przyjąć zasadę, że powinni chodzić w kaskach przez okrągłą dobę. Rowerki na których jeździli są biegowe, więc nie stanowią większego niebezpieczeństwa niż w przypadku zabawy piłką, a nawet robieniem babek z piasku (chyba żeby pozbawić chłopców łopatek, wiaderek, foremek i nie wpuszczać ich do piaskownicy). Gdy rano Romulus wyszedł ze swojego łóżeczka, to zobaczyłem wielkiego czerwonego „biniola” pod okiem. Wieczorem go jeszcze nie miał i nie mam pojęcia jak go sobie nabił. Może gdyby spał w kasku...? A najlepiej w masce bramkarza hokejowego.
Jednak najbardziej frustrujące są komentarze pod koniec spotkania. Wszystkim rodzicom wydaje się, że będzie płacz i tęsknota za następnymi odwiedzinami. Niestety prawda jest dużo bardziej brutalna. Rodzice biologiczni są już dla tych dzieci „nikim”. Najważniejsze jest to, że w pobliżu zawsze jest Majka.

Skupiłem się na rodzicach biologicznych, których dzieci przebywały w naszej rodzinie zastępczej. Niestety krzywdzenie emocjonalne może dotyczyć każdej rodziny, często jest nieświadome, a bywa że czasami trudne do uniknięcia.
Ten wątek rozpocznę od samego siebie. W jakimś sensie też byłem ofiarą i doznawałem krzywd natury emocjonalnej. Zawsze uchodziłem za dziecko niezwykle uzdolnione, które niemal w każdej sferze życia musi być najlepsze i ciągle odnosić sukcesy. Prawda jednak była taka, że byłem zupełnym przeciętniakiem, któremu powiedziano: „jesteś najlepszy”. Pewnie niejeden stwierdziłby, że nie ma to jak dobra motywacja. Ja tak jednak nie uważałem i starałem się poprowadzić swoje dzieci inną drogą. Wydawało mi się, że przekazuję im światopogląd, w którym najważniejsze nie są oceny w szkole, kariera, praca, pieniądze. Wydawało mi się, że mówię „wyluzuj”, „odpuść”, „nie każdy musi być mistrzem świata”, „odpocznij”, „idź na piwo”, „życie nie polega tylko na zaliczaniu kolejnych egzaminów”. Wydawało mi się...
I pewnie bardzo podobnie jest w rodzinach, które my (ci niby lepsi) określamy mianem patologicznych. Zapewne niejeden z rodziców zmagający się z rozmaitymi uzależnieniami i mający wrodzony (wręcz genetyczny) wstręt do podejmowania jakiejkolwiek działalności, próbuje zmotywować swoje dziecko, aby nie skończyło tak samo. Być może niejeden nauczyciel, pedagog, też stara się pomagać, zachęcać.
Pójdź dziecię, ja cię uczyć każę” - niestety idee najczęściej pozostają nimi do końca.

Będąc rodziną zastępczą, też nie jesteśmy wolni od krzywdzenia emocjonalnego. Gdy przychodzą do nas nowe dzieci, siłą rzeczy stajemy się mniej dostępni dla tych dotychczasowych, na ich sygnały reagujemy z dużym opóźnieniem, musimy dokonywać wyborów.

Marudzie trudno było zaakceptować nowych członków rodziny.


Albo przykład Kapsla z jego kompulsywnym jedzeniem. Chłopiec musiał być ciągle pilnowany, a w przedszkolu dostawał wydzieloną porcję na talerzyku. Pamiętam sytuację, gdy podczas obiadu dzieci, musiałem skorzystać z toalety. Zajęło mi to minutę, może dwie. Po powrocie, talerze Marudy i Sasetki były dokładnie wyczyszczone z każdego kęsa.
Jaką więc krzywdą emocjonalną musiało być dla chłopca patrzenie na innych, którzy jeszcze jedzą, a jego talerz jest już pusty.

Nie wyolbrzymiam... Kapsel dałby radę.

To może jeszcze jeden wątek w tej materii – rodzice adopcyjni.
Są to najczęściej osoby będące mniej więcej w połowie drogi na tym ziemskim padole. Niestety mające już dawno za sobą lata świetności – przynajmniej w zakresie uczenia się i bycia otwartym na „nowe”. Są to rodzice, którzy mają swoją pracę, swoje pasje, swoich przyjaciół. Przyzwyczaili się do tego, że nikt im nie mówi co mają robić, bo doskonale wiedzą, co chcą robić. I nagle pojawia się jakiś mały człowieczek, który zaczyna dyktować swoje warunki. Bardzo łatwo jest go skrzywdzić emocjonalnie.
Nie będę rozwijał tematu niedostępności rodzica, której przyczyną są nadmierne zobowiązania zawodowe, bowiem truizmem jest twierdzenie, że żadna zabawka nie zastąpi fizycznej obecności mamy, czy taty.
Odniosę się jednak do tego, jak dziecko postrzega swoją przeszłość. Dotknę tylko jednego problemu.
Pewnie do końca życia nie zapomnę kilkuletniego chłopca, który siedząc nad kolorowanką, w kółko powtarzał: „jestem Franek Pieczarka, jestem Franek Pieczarka, jestem Franek Pieczarka...”.
Niestety już sama zmiana nazwiska jest dla dziecka dużym przeżyciem. Gdy dochodzi do tego zmiana imienia, to może to już być postrzegane w kategorii pogwałcenia jego indywidualności i odrębności. Z prawnego punktu widzenia, wszystko jest poprawne, jednak dziecko patrzy na tę sprawę zupełnie inaczej.
Wspomniany Franek Pieczarka, nagle został Władysławem Dudą.
Nawet Iskierka, która bardzo utożsamiała się z nową rodziną adopcyjną, nie chciała nazywać się Duda, tylko Hauser-Duda (mniej więcej tak jak mama).
W tej chwili podobne rozterki ma Sasetka – ona również nie chce się nazywać Duda.
Mieliśmy w swojej historii kilka przypadków, gdy rodzice adopcyjni zmienili imię swojemu dziecku. Hawranek nie jest już Hawrankiem, ani Foxik... Foxikiem. Maruda też ma zmienioną jedną literkę – teraz ma na imię Maluda. Na tym początkowym etapie nie ma to zupełnie żadnego znaczenia (pomijając kilkuletniego Franka Pieczarkę). Maruda nawet nie zauważył podmianki, tym bardziej, że Sasetka jeszcze nie do końca wymawia „r”, więc w jej wykonaniu zawsze był Maludą. Nastanie jednak czas, gdy te dzieci podrosną i zadadzą pytanie „dlaczego nie podobało wam się moje imię?”. Czy mogą mieć wówczas poczucie skrzywdzenia emocjonalnego? Pewnie jedne tak, inne nie.
Sam czasami się zastanawiam, jak ja bym postąpił? Powiedzmy, że moje adopcyjne dziecko miałoby na imię Amanda. Chyba bym nie zmieniał, ale jak ktoś by powiedział na nie Amandzia... to bym „zabił”.
I ostatnie pytanie, które pozostawię jako retoryczne. Czy nagłe odcięcie się od byłej rodziny zastępczej, nie jest krzywdzeniem emocjonalnym dziecka?




niedziela, 2 września 2018

--- Powrót do przeszłości.




Sierpień był miesiącem urlopowym dla Majki. Ktoś mógłby powiedzieć, że był to miesiąc urlopu od dzieci... i miałby rację. Dla nas też jest to sytuacja, z którą radzimy sobie rozumowo, ale nie do końca emocjonalnie. Z pewnością takie rozstania nie są czymś dobrym dla dzieci, chociaż staramy się minimalizować ich negatywne skutki. Jest to pewnego rodzaju „reset” naszej rodziny zastępczej. Zaczynamy wszystko od początku, mając w pamięci tylko dobre wspomnienia.

Jednym z ważniejszych tegorocznych momentów, był zlot osób związanych ze Stowarzyszeniem „Nasz Bocian”. Pojechaliśmy z Majką do Poraja. Spotkanie miało charakter głównie towarzyski, chociaż były również szkolenia i warsztaty. Jednak dla mnie najważniejsza była możliwość wymiany doświadczeń i spojrzenie na sprawy rodzicielstwa z zupełnie innej perspektywy.
Gdybym moją specyficzną definicję przyjaźni nieco okroił do niezbędnego minimum, to mógłbym napisać, że było to spotkanie grupy przyjaciół, osób które w swoim życiu musiały niejednokrotnie dokonywać trudnych wyborów. I może właśnie dlatego, nikt się nie wymądrzał, nikt nikogo nie pouczał, nikt nie mówił, że droga którą wybrał, jest najlepsza.
Mieliśmy możliwość poznać rodziny adopcyjne od tej drugiej strony. Tutaj nie byliśmy rodzicami zastępczymi ich dziecka. Zrozumiałem, jak wielkie emocje towarzyszą spotkaniom z rodzicami zastępczymi, w których przez jakiś czas przebywało ich dziecko. Jedna z rodzin była właśnie tuż przed takim spotkaniem. Serce mówiło „nie”, rozum mówił „tak”. Gdy my umawiamy się na spotkanie z rodzicami adopcyjnymi (przez telefon), nie wyczuwamy lęku z ich strony. A jednak okazuje się, że gdzieś on tam występuje. Jest to też pewien argument za tym, aby pierwsze spotkanie następowało jak najszybciej.
Kilka dni temu dowiedzieliśmy się, że w tym przypadku strach miał tylko wielkie oczy. Dziewczynka doskonale wiedziała kto jest mamą, a kto tylko ciocią. Wcieliła się w rolę gospodyni, która chce jak najlepiej ugościć osoby, które też są dla niej ważne. Gdy teraz patrzę na starsze dzieci, które odwiedzamy, to tak właśnie jest.
Adopcja to nie tylko sama radość z posiadania dziecka. To często wiele smutków, trosk, wyrzeczeń... czasami chęć rezygnacji. Kapsel nie jest nietypowym dzieckiem. Gdyby trafił do jakiejś rodziny (na stałe) kilka lat temu, to mógłby funkcjonować dużo lepiej, mógłby w dorosłym życiu być zupełnie samodzielny... mógłby być normalny. Niestety przerzucany z jednej rodziny do drugiej, cały czas jawił się jako dziecko zaniedbane. Każdy chciał go „wyciągnąć”, poprzez własną pracę, zaangażowanie. A chłopiec potrzebował stabilizacji (czego żadna rodzina zastępcza nie mogła mu zapewnić) i długotrwałej terapii.

Abstrahując od tego co napisałem przed chwilą, chciałbym podzielić się pewnymi moimi spostrzeżeniami. Nie wiem, czy słusznymi. Wielokrotnie spotykam się z uwagami, że rodzice adopcyjni, po ukończeniu szkolenia, nie otrzymują kwalifikacji z bardzo błahego powodu (jakiegoś „widzimisię” psychologa). Tego typu komentarze spotykam nie tylko na „Naszym Bocianie”, ale również w informacjach przesyłanych prywatnie.
Najczęściej nie wiem, jak się do tego ustosunkować. Wychodzę bowiem z założenia, że w ośrodkach adopcyjnych nie pracują sami idioci. A wręcz uważam, że idioci i złośliwcy mogą stanowić najwyżej ułamek procenta. Bardziej ubolewam nad tym, że nie można odwołać się od decyzji o braku kwalifikacji do pełnienia funkcji rodzica adopcyjnego, do jakiejś wyższej instancji.
Nie wiem jak w szczegółach przebiega procedura uzyskania kwalifikacji przez rodziców adopcyjnych. Mogę się tylko domyślać, że wszystko wygląda podobnie jak w przypadku rodziców zastępczych. A tutaj wszelkie opinie są jawne i wspólnie dyskutowane. My przechodzimy badania psychologiczne co dwa lata. Do ich wyników możemy się odnieść, ponieważ są one omawiane w cztery oczy. Ocenę naszych zachowań i predyspozycji otrzymujemy na piśmie. Nie wiem, czy PCPR otrzymuje informację skorygowaną o nasze uwagi.
Problem polega jednak w mojej ocenie na czymś innym. Majka zawsze jest karcona za to, że chce jeszcze lepiej. Ja teoretycznie podążam za dzieckiem, chociaż osobiście uważam, że w pewnym momencie zwyczajnie sobie odpuszczam. Nie chce mi się na siłę realizować czegoś, co w przeważającej większości przypadków i tak jest skazane na niepowodzenie.
W przypadku rodziców adopcyjnych, całe ich dotychczasowe życie powoduje wypracowanie pewnych schematów i zasad, a przede wszystkim kreuje pewne wyobrażenie dziecka. W momencie gdy staje się ono już osobą z krwi i kości, rodzice często próbują je wcisnąć do swojego świata. Chcą, aby wkomponowało się w ich perfekcyjny, latami budowany wzorzec idealnej rodziny.
Zdaniem psychologów, dziecko adopcyjne to zupełnie inny świat (co również mogę potwierdzić). Nawet jeżeli rodzina ma już dzieci biologiczne, to często wszelkie zdobyte doświadczenia na niewiele się zdają. I być może to powoduje przekonanie o bezpodstawnym wykreśleniu z grona potencjalnych rodziców adopcyjnych.

Wracam do naszego zlotu w Poraju. Były tam też rodziny zastępcze.
Uświadomiłem sobie, że na dobrą sprawę nie mogę być pewnym swoich zachowań. Owszem, ustaliliśmy z Majką, że nigdy, przenigdy żadnej adopcji. Póki co, jesteśmy wierni swoim zasadom, ale być może zwyczajnie jeszcze żadna sytuacja nas nie przerosła. Czyżby Plotka miała być tym pierwszym przypadkiem?
Dziewczynka skończyła już siedem miesięcy, potrzebuje rodziców. A sąd? Sąd na rozprawie nie podjął żadnej decyzji. Na co czeka?
Mama Ploteczki jest starszą wersją Kapsla. Podarła swoje orzeczenie o niepełnosprawności i twierdzi, że jest normalna (jak mówi – nie ma żółtych papierów). Ale przecież z jakiegoś powodu dostaje rentę. Po raz kolejny podpisała umowę i dostała nowy telefon komórkowy. Nie sądziłem, że w naszym kraju jest aż tylu różnych operatorów. Wszystkie dotychczasowe telefony sprzedała, twierdząc że jak ich nie ma, to za co ma płacić. Mieszka z mamą, której odebrano wszystkie dzieci i dziadkiem, który ją molestował (gdy była dzieckiem). A sąd czeka, my czekamy, a przede wszystkim to Plotka czeka na rodziców adopcyjnych.
Czy jest możliwy powrót do takiej rodziny biologicznej?
Mama Plotki co kilka dni dzwoni do Majki i mówi w kółko to samo „gdyby pani była matką 'za przeproszeniem' to wiedziała by pani co znaczy odebranie dziecka”.
Ja bym jej chętnie odpowiedział, że gdybym był 'za przeproszeniem' ojcem, to wiedziałbym czym jest dobro dziecka. Ona tego nie rozumie i nie ma co oczekiwać, że kiedyś zrozumie. Ale sąd 'za przeproszeniem' powinien być mądrzejszy.

Opisywanie zlotu w Poraju zakończę na rodzinach, które podjęły decyzję bycia rodzicem biologicznym za wszelką cenę. Nawet nie myślę teraz o pieniądzach, chociaż uważam, że każda rodzina powinna mieć prawo do bezpłatnej procedury in vitro, na takich samych zasadach, jak bezpłatna jest procedura adopcji dziecka. Tą ceną jest świadomość istnienia niewykorzystanych zarodków. Również tutaj, nie chodzi o opłaty związane z ich przechowywaniem. Problemem staje się prawo. Zarodków nie można zniszczyć, ani przeznaczyć do wykorzystania w celach naukowych. Można je urodzić, albo oddać do adopcji. A jeżeli nie podejmie się żadnego działania, to na mocy ustawy, po 20 latach bez zgody rodziców z takiego zarodka może urodzić się dziecko w zupełnie innej rodzinie (taka wymuszona adopcja zarodka).
Czy ktoś pomyślał w tym przypadku o prawie do korzeni, o prawie do tożsamości – co tak bardzo podkreślane jest w procesie adopcyjnym? A co z prawem rodzica, co z prawem rodzeństwa? Zastanawiam się jaka byłaby moja reakcja, gdyby nagle zapukał do moich drzwi jakiś trzydziestolatek i powiedział „cześć, jestem twoim bratem”... a potem drugi, trzeci, czwarty. W końcu takich adoptowanych zarodków może być sporo.
Wiem, że trochę przesadzam. Nie mniej, jest to problem, który każda rodzina (posiadająca zamrożone zarodki) musi przepracować. Jedne rodziny czekają na zmianę prawa, inne mimo wszystko decydują się na oddanie zarodka do adopcji... ale czasami nikt go nie chce.

Naładowani rozmaitymi poglądami, ruszyliśmy w dalszą drogę. Kolejnym naszym przystankiem były Bieszczady. Majka marzyła o tym wyjeździe od ponad dwudziestu lat. Zawsze jednak przeszkodą była odległość. Tym razem mieliśmy już tylko połowę drogi (przynajmniej w jedną stronę).
Mnie Bieszczady jakoś dotychczas nie „kręciły”. Słyszałem o pięknych połoninach, znałem sporo piosenek śpiewanych przy ognisku... i to wszystko. Zawsze wydawało mi się, że są to góry dla emerytów, albo studentów, którzy dla zasady zrobią jakąś trasę, między jedną imprezą a drugą. Sam pamiętam z tych czasów, gdy będąc w Tatrach dwa tygodnie, przemierzyliśmy z kolegą tylko jeden szlak – z jednego schroniska do drugiego, bo zabrakło nam partnerów do brydża.

W tej chwili mogę napisać, że chętnie powróciłbym w Bieszczady jeszcze raz i to z wielu powodów. Jednak do takich wniosków dochodziłem przez kilka dni.





Zaczęło się od tego, że po zjeździe z autostrady, drogi (nawet te krajowe) zaczęły się zwężać i tracić na jakości. Tego akurat się spodziewałem i nie byłem specjalnie zaskoczony. Uwagę moją zaczęła zwracać niezwykła rzadkość stacji benzynowych, które w większości przypadków wyglądały jak te z filmów o Teksasie. Najczęściej stał tylko jeden dystrybutor, czasami bez żadnego zaplecza – choćby miejsca, w którym należałoby zapłacić za tankowane paliwo. Na przestrzeni prawie dwustu kilometrów, dostrzegłem tylko dwie Biedronki. Zapewne nie jest to podstawa do wysnucia jakiejś hipotezy naukowej, ale trochę mnie to zdziwiło, skoro w promieniu pięciu kilometrów od mojego domu, są ich trzy - a mieszkam przecież na wsi.

Ostatecznie, bez większych przeszkód, dojechaliśmy na miejsce, chociaż GPS momentami wariował (włączał się i rozłączał, na prostej drodze kazał skręcić w lewo, albo zawrócić, niepytany sam zmieniał trasę).


Na „dzień dobry”, zostaliśmy poproszeni o uregulowanie należności za pobyt w pensjonacie. Trochę odwykłem od takich standardów, ale trudno... wyciągnąłem kartę płatniczą. Okazało się, że nie jest to akceptowalna forma płacenia za cokolwiek. Pomyślałem, że przecież mogę zapłacić przelewem – najwyżej na rachunku moich gospodarzy, właściwa kwota znajdzie się następnego dnia. Niestety pani w recepcji bardzo nalegała na płatność gotówką. Na szczęście w odległości niecałych dwóch kilometrów był bankomat... i co najważniejsze, wydawał pieniądze.
Otrzymaliśmy klucze od pokoju. Niestety okazało się, że okna wychodzą na szosę, chociaż Majka (kilka miesięcy temu) w mailu prosiła o widok na rzeczkę Solinkę. Pomyśleliśmy sobie – trudno, niech tak będzie, nie jesteśmy przecież pieniaczami. Odpaliłem laptopa, aby sprawdzić dostęp do internetu (co niestety w mojej pracy jest rzeczą bardzo ważną). Gdy zobaczyłam pięć kresek sygnału Wi-Fi, to humor nieco mi się poprawił. Poszedłem do recepcji po hasło. Nie wiem dlaczego, ale odniosłem wrażenie, jakby pani recepcjonistka nieco powątpiewała w istnienie internetu (chociaż w ofercie „jak wół” było napisane Wi-Fi). Okazało się, że pięć kresek, to była tylko moc routhera, który z drugiej strony był podłączony do czegoś, co nie pozwoliło mi się ani razu połączyć z internetem (na dwóch laptopach). Czasami udało się wejść na niektóre strony przez smartfona... ale tylko czasami. Pomyślałem jednak sobie – trudno, mam przecież internet mobilny, który działa w każdym zakątku kraju. Działał... do teraz.
Z przykrością zauważyliśmy, że w naszym pokoju nie ma lodówki i dzbanka elektrycznego, co wydawało nam się już rzeczą oczywistą. Rozpoczęliśmy poszukiwania kuchni, w której można zrobić sobie kawę i przechować produkty wymagające nieco niższej temperatury niż 20 stopni. Znaleźliśmy coś, co można by nazwać aneksem kuchennym. Lodówki tam wprawdzie nie było, ale stał dzbanek. Niestety w najbliższej okolicy nie było gniazdka z prądem, ani ujęcia wody. Był więc to czajnik przenośny i należało mieć tylko nadzieję, że każdy kto zrobi sobie herbatę, nie zapomni go odnieść na miejsce... a pokoi było kilkanaście.
Zrobiliśmy sobie kawę, odnieśliśmy dzbanek. Trochę nam się wylało, bo okazało się, że stoliczek przykręcony do ściany, trochę się chybocze i jest równią pochyłą. A przecież wystarczyło przytwierdzić go na wszystkie wkręty (a nie tylko trzy).


Umywalka miała zapchany odpływ, więc trzeba było się spieszyć nawet z myciem zębów.
Zastanawialiśmy się, w jakim celu na wyposażeniu były szmaty do mycia podłogi. Zagadka rozwiązała się po pierwszym prysznicu. Spod brodzika zaczęła wypływać kałuża wody, więc gdyby nie te szmaty, moglibyśmy zalać cały pokój.

Majka poszła spać. Ja zabrałem się za studiowanie mapy i wyszukiwanie ciekawych szlaków, które moglibyśmy przemierzyć. Przed wyjazdem nie było na to czasu, a do tego mieliśmy mapy sprzed trzydziestu lat, więc z dużym prawdopodobieństwem, mało aktualne.
Z przerażeniem zauważyłem, że nie ma szlaków dla nas. Od jakiegoś czasu mam świadomość tego, że pesel nie kłamie i trasy powyżej sześciu godzin są poza naszym zasięgiem.

Zakładanie stroju terminatora nie zawsze jest skuteczne...
... ale chociaż pozwala na bezpieczne zejście ze szczytu.

A tutaj nie dość, że wahały się one między osiem a dwanaście godzin, to nigdy nie stanowiły pętli. Zaczynały się kilka kilometrów od naszej miejscowości, i kończyły kilka kilometrów z drugiej strony. Wprawdzie pani w recepcji poinformowała nas, że nie ma się czym martwić, bo sieć busów działa bardzo sprawnie, a do tego każdy każdego zabiera „na stopa”, to jednak mnie nie przekonała. Oczami duszy wyobrażałem sobie sytuację, gdy z jakiegoś powodu nie udaje nam się zejść ze szlaku przed zmrokiem i mamy jeszcze do przejścia kilka kilometrów szosą. Kto nas zabierze? Jak nic, staniemy się posiłkiem wygłodniałego niedźwiadka.

Majka długi czas wyśmiewała się z tych moich lęków... do czasu. Pewnego dnia zobaczyliśmy na jezdni świeże ślady misia – mniej więcej kilometr od miejsca naszego zakwaterowania.

Okazuje się, że niedźwiedź nie jest jednak problemem turystów. Dużo niebezpieczniejsze są żubry, których w Bieszczadach jest mniej więcej 280, co oznacza że prawdopodobieństwo ich spotkania jest dużo większe niż zero.

Świeże ślady (jeszcze nierozjechane przez samochody).
Na szczęście odległość była spora.

Wielokrotnie spotykaliśmy na drodze znaki: „zwolnij – żubr”, albo „zwolnij – ryś”.
Jednak plagą stały się wilki. W Bieszczadach nie ma już bezpańskich psów, a i te przy budzie nie mogą czuć się bezpiecznie. Chodzenie po zmroku jest bardzo ryzykowne, bo zdarzają się również ataki na ludzi. Zaciekawiło mnie to, że nie trzeba za bardzo obawiać się watahy wilków. Zwierzęta te nie traktują człowieka jak pożywienie, ale jak wyzwanie. Stado wilków nie uzna człowieka za przeciwnika, ale już pojedynczy osobnik, może go potraktować jako sparring-partnera.

Wrócę jednak do tego pierwszego dnia, w którym poszedłem spać w minorowym nastroju, zastanawiając się „po co ja tu przyjechałem?”. Jednak powoli wszystko zaczynało się układać w logiczną całość. Cofnęliśmy się do poprzedniego wieku. Nic tutaj nie działało... poza telefonami. Zrozumiałem więc, że nie dostaliśmy pokoju z widokiem na rzekę, bo nikt nie był w stanie odczytać Majki maila. Nie mogliśmy zapłacić przelewem, bo przez cały pobyt i tak nie udałoby mi się wejść na stronę banku. Nie mogliśmy zapłacić kartą, bo nigdzie nie funkcjonowały jak trzeba terminale.

Rano wszystko zaczęło przybierać różowe barwy. Przede wszystkim spojrzałem na mapę w świetle dziennym. Okazało się, że przy żarówce 40W przegapiłem wszystkie szlaki żółte oraz część zielonych i niebieskich.
Brak internetu spowodował, że z czystym sumieniem mogłem na tydzień zapomnieć o moich klientach. Wyłączyłem telefon. Dotarło do mnie, że spędzę wakacje na jakie jeździło się gdy byłem dzieckiem. Były one wówczas świętością i nikt nikomu nie zawracał głowy sprawami zawodowymi.
Cofnąłem się myślami do czasu, gdy byłem małym chłopcem. Miały wówczas miejsce tak zwane planowe wyłączenia prądu. Pamiętam, że bardzo je lubiłem, ponieważ w zupełnej ciemności (albo przy świeczkach), słowo rodzina nabierało zupełnie innego wymiaru. A na przyrost naturalny też nikt jakoś nie narzekał. Teraz powstają programy mające na celu wzrost dzietności, które podobno i tak są mało skuteczne. A może wystarczyłyby planowe wyłączenia internetu?
Niestety Majce nie pomogłyby nawet wyłączenia prądu, bo należy do pokolenia, które czytało książki. Do tego jest to pokolenie, które jeszcze idzie z duchem czasu i korzysta z czytników elektronicznych (niezależnych od prądu). Po prostu „beton”, niepodatny na żadne programy.

Bieszczady zaskoczyły mnie tym, że są to takie same góry jak każde inne. Jak ktoś chce, to może się zmęczyć. Wyższe partie wyglądają bardzo podobnie jak Beskidy, a w pewien sposób są też zbliżone do Karkonoszy. Wyróżnia je tylko roślinność. Praktycznie nie występują drzewa iglaste. Spotkaliśmy tylko jedną sosnę.

Jedyna sosna, którą udało mi się zauważyć.
Nieco więcej było świerków i jodeł. Dominują lasy bukowe i jarzębiny. Miejsca, które w innych górach pokrywa kosodrzewina, tutaj opanowały borówki, jeżyny, trawy, zioła. 











Nawet o tej porze roku można znaleźć
sporo kwiatów. 









To było kiedyś oczko wodne.
Zacząłem nieco inaczej spoglądać na mój zaniedbany ogród, który z roślinnością Bieszczadów (tego też się nauczyłem, dotychczas mówiłem Bieszczad) ma jedną wspólną cechę – też żyje swoim życiem.






Bieszczady mają jedną podstawową zaletę... nie zostały jeszcze zadeptane przez turystów. Bywały odcinki dróg, gdy przez kilkanaście minut nie spotykaliśmy żadnego człowieka. Powodowało to, że Majka zachowywała się zupełnie jak Kapsel. Zagadywała każdego napotkanego człowieka. Mogę zrozumieć, że ciągłe mówienie tylko do mnie, może ją w jakiś sposób frustrować... ale żeby aż tak? Tłumaczyła mi, że jej zaczepki są dużo bardziej inteligentne. Bo ja wiem? Gdy do zbiegających zboczem turystów krzyknęła „to tempo, to chyba nie z powodu misia?!”, to miałem wrażenie jakbym usłyszał chłopca.
Zresztą często się zastanawiałem, jak Kapsel by się tutaj zachowywał. W Bieszczadach przetrwał jeszcze zwyczaj mówienia sobie „cześć”, „dzień dobry”. Zastanawiałem się jak mielibyśmy tłumaczyć chłopakowi, że tutaj może (a nawet powinien) mówić wszystkim „dzień dobry”, gdy jeszcze kilka tygodni temu (nad morzem) go za to karciliśmy. Zresztą nawet Majka sobie nie radziła. Najgorsze były sytuacje, gdy powiedziała do kogoś „cześć”, a ten odpowiedział „dzień dobry”. Jednak gdy w którymś momencie pewien nastolatek pierwszy krzyknął do niej „cześć”, to myślałem, że do niego podbiegnie i ucałuje – taka była szczęśliwa.

Czasami odnosiłem wrażenie, że mieszkańcy Bieszczadów specjalnie pielęgnują dzikość tych gór... nawet odwołując się do PRL-u. Nie mieszkaliśmy w pensjonacie z pierwszego zdjęcia, ale ciągle mieliśmy wrażenie, że cofnęliśmy się przynajmniej o trzy dekady. Dostałem nawet talon na piwo.

Schroniska na szlakach też były rzadkością – w zasadzie jakby ich nie było. Pokonując z Majką większe wzniesienia, mając świadomość naszego wieku przedemerytalnego, wyznaczaliśmy sobie konkretne cele. Dawniej mówiliśmy „odpoczywamy na przełęczy X”, albo „przy źródełku Y”. Teraz miejscem odpoczynku był każdy namalowany na drzewie znak szlaku. Nieskromnie jednak stwierdzę, że mimo tego, pokonywaliśmy wszystkie trasy dużo szybciej, niż „mówiła” mapa. Jednak gdy w oddali zamajaczył wizerunek schroniska, to nie zwracając na malowane szlaki, wypuściliśmy się niczym psy gończe w jego kierunku. Wydawało nam się, że pierogi i piwo są rzeczą, której nie może zabraknąć w żadnym schronisku. A tutaj tylko kawa, herbata, zimne napoje i prince-polo.

Za to posiłki (pomijając schroniska), nie tylko że były smaczne, to jeszcze niezwykle obfite. Obiadu dwudaniowego nie dało się zjeść. W sumie dało... ale we dwoje.
Do tego, było to jedzenie mocno nacechowane emocjonalnie. Dużo łatwiej się je schabowego, kurczaka, czy nawet pstrąga, niż koźlę, albo jagnię.
To tylko zupa (inaczej - pierwsze danie).













Gdyby ktoś mnie zapytał, czy chciałbym ponownie wrócić w Bieszczady, to bez wahania odpowiedziałbym, że tak. Do tego w to samo miejsce, do tego samego pensjonatu. Sam nie wiem dlaczego? Być może ze względu na niezwykłą uprzejmość mieszkających tam ludzi, albo ze względu na niezwykłość tych gór. Majka już się zbiera, aby napisać pozytywną opinię (jakich na stronie było wiele). Niestety, aby ją zrozumieć, trzeba tam spędzić przynajmniej tydzień.

Powrót do domu nie należał do przyjemnych. Wyruszyliśmy skoro świt, a i tak ledwo zdążyliśmy odebrać Plotkę przed wieczorem. Spędziła w innej rodzinie zastępczej tylko jedenaście dni, a mimo wszystko obawialiśmy się jak na nas zareaguje... czy nas pozna? Okazało się, że był to na tyle krótki czas, iż nie miała problemów z rozpoznaniem. Od razu się do nas uśmiechnęła i przytuliła. To prędzej my nie mogliśmy jej poznać. Wydała nam się jakaś wielka, kwadratowa (w sensie gruba), i do tego ruda. Pewnie taka właśnie jest, chociaż sercem patrzy się zupełnie inaczej. Przez noc włoski jej jakoś pociemniały, nieco wyszczuplała i zmalała. Rano była już taką Ploteczką, jaką zapamiętaliśmy przed wyjazdem.
Niestety chwilowo nie było nam dane cieszyć się odpoczynkiem, ponieważ od rana wybraliśmy się w kolejną drogę. Razem z Królewną (która przebywała w naszym pogotowiu trzy lata temu) i jej opiekunką (a jednocześnie rehabilitantką naszych dzieci zastępczych) ruszyliśmy nad morze. Koniec sierpnia potrafi być figlarny, jednak nam pogoda dopisała. Niestety za sprawą działającego internetu, musieliśmy wrócić do teraźniejszości. Dla mnie, nie było to miłe doznanie... chociaż z „Domku w Karkonoszach” się uśmiałem.

Natasza z Majką.

Królewna z Ploteczką.
Koniec sierpnia - plaże już puste...

... a woda nadal ciepła.
Ta zabawka ma już chyba kilkanaście lat. Jest ulubieńcem wszystkich dzieci... i wciąż wygląda jak nowa.