wtorek, 16 lipca 2019

--- Szarańcza w Mielenku


Wyjazdy na wakacje z naszymi dziećmi zastępczymi zawsze budzą we mnie rozmaite (często skrajne) odczucia i przemyślenia.
Z jednej strony jest to wypoczynek, a przynajmniej oderwanie od dnia codziennego... co już samo w sobie jest przyjemne, ale jest to też ciężka i odpowiedzialna praca. Gdy rezerwujemy sobie lokum (mniej więcej w lutym), nigdy nie wiemy z jaką ekipą przyjdzie nam się zmierzyć w letnie miesiące. Bywało już, że na kilka dni przed wyjazdem zmieniała nam się obsada i trzeba było jakoś dopasować się do nowych warunków. Dlatego nigdy nie eksperymentujemy jadąc gdzieś „w ciemno”, licząc że jakoś to będzie. Od wielu lat, naszą metą jest Mielenko nad morzem, w którym wynajmujemy dwupokojowy domek (chociaż w zasadzie jest to fragment poniemieckiej stodoły) z własną wiatą w ogrodzie i dostępem do rozmaitych atrakcji (huśtawek, basenu, trampoliny).



W tym roku wyjeżdżaliśmy w minorowych nastrojach, ponieważ prognozy pogody na najbliższy tydzień nie napawały optymizmem. Mielenko przywitało nas ogromną ulewą i temperaturą 13 stopni. Naszym oczom jawił się obraz rozwrzeszczanej czwórki czterolatków, zamkniętych w jednym pokoju z niewielką ilością zabawek... głównie tych przeznaczonych do piasku. Tak więc nie za bardzo się Majce dziwiłem, że gdy tylko nieco się przejaśniło, już pierwszego dnia wygoniła wszystkich (niestety mnie też) na plażę. Ja nie za bardzo byłem szczęśliwy, ponieważ wiatr wiał jak w piosence Klenczona, zimno było jak w psiarni i do tego jakiś spychacz wykonywał syzyfową pracę przez prawie dwie godziny... on odgarniał piach z wejścia na plażę, a wiatr go ponownie nawiewał. Jedynym plusem było to, że byliśmy tam zupełnie sami (poza spychaczem oczywiście), co powodowało, że zupełnie nie musiałem się przejmować zachowaniem dzieci... mogły krzyczeć, biegać, sypać piaskiem, rzucać kamieniami. Nawet za bardzo się nie rozbiegały, pewnie w obawie, że mogą odfrunąć.



Nie tylko plaża była opustoszała, ale całe Mielenko było wyludnione. Zupełnie jak byśmy pojechali tam po sezonie. To że byliśmy jedynymi klientami pani Dorotki (właścicielki naszego pensjonatu), specjalnie mnie nie dziwiło, bo takie sytuacje już bywały. Jednak pusty plac zabaw i pusta restauracja (no... powiedzmy jadłodajnia), sprawiały wrażenie, jakby wszyscy wczasowicze wynieśli się do swoich domów.


Być może dzięki temu, bez skrępowania zaczęliśmy zaznajamiać nasze dzieci ze stołowaniem się „na mieście”. W ubiegłym roku (bliźniaki też już wówczas z nami były), po jednym obiedzie stwierdziliśmy, że kolejne będziemy już brać na wynos. Tym razem wcale nie było dużo lepiej. Jednak niewielka ilość klientów powodowała, że ci którzy przychodzili po nas, mogli nas obchodzić wielkim łukiem, bo ze znalezieniem wolnego stołu nie było żadnego problemu. Zaczęliśmy się przyzwyczajać do tego, że jedni patrzyli na nas miłym wzrokiem, a inni traktowali jak zarazę... tylko nie bardzo wiedzieli jak się jej pozbyć. Pewnie nikt (może poza właścicielką lokalu) nie zwracał większej uwagi na to, że połowa posiłku naszych dzieci lądowała na stole (albo pod nim), że zużywaliśmy prawie wszystkie wystawione serwetki, albo w oczekiwaniu na jedzenie, dzieci okupowały atrakcje dla dorosłych (typu bilard). Dla przeciętnego zjadacza obiadu z pewnością większe znaczenie miał wpływ naszych dzieci na spokój przy spożywaniu posiłku. Niestety, do pełnej kultury w tym zakresie sporo jeszcze dzieciom brakuje Wprawdzie do rękoczynów raczej nie dochodziło, to jednak kłótnie i krzyki były na porządku dziennym. Nawet zwyczajna rozmowa w ich wykonaniu była w górnej granicy natężenia dźwięku. Chociaż to raczej jest skutkiem uczęszczania do przedszkola... chcesz być usłyszany, to musisz się wydrzeć.

Zastanawiałem się, czy takie zachowanie dzieci na wakacjach jest normalne, czy może należy za wszelką cenę je uciszać?


Majka kiedyś wdała się w dyskusję na jednym z forów, właśnie na ten temat. Nie udało mi się dotrzeć do tej rozmowy, ale jednym z jej wniosków było to, że już sam widok dzieci powinien być dla innych pewnym ostrzeżeniem: „uwaga, strefa wzmożonego hałasu!”.
Jednak my, starając się dbać o dobro wypoczywających urlopowiczów, wybieraliśmy zawsze miejsca nieco odludne, zarówno w restauracji, jak też na plaży. Staraliśmy się mieć wzgląd na osoby starsze i rodziców z malutkimi dziećmi w wózku. Najlepszym towarzystwem były rodziny z dziećmi w podobnym wieku do naszych, czyli wieku przedszkolnym. Niestety bywało, że ktoś przysiadł się po czasie trochę za blisko, i być może przeszkadzało mu to, że nasze dzieci biegają i krzyczą. Pewnie jedni mówili „jakie wstrętne bachory”, a inni „popatrz jak one cieszą się życiem”.

Mielenko ma akurat to do siebie, że nawet w okresie największego oblegania przez wczasowiczów, można znaleźć na plaży miejsca zupełnie ciche i puste. Wystarczy oddalić się kilkaset metrów od głównego wejścia i sprawa załatwiona.
My niestety musieliśmy być w pobliżu tego wejścia, ponieważ nasze dzieci odkryły w tym roku pewien przybytek o nazwie „toi-toi”, który uroczo nazywały „kibelem”. Nie było już opcji zrobienia siku pod wydmami, a chodzenie do „kibela” stało się pewnym zwyczajem, rozpoczynającym się już w momencie rozkładania przeze mnie parawanu. Gdy Remus po raz kolejny przychodził do mnie z prośbą „chcę siku”, to w duszy myślałem sobie „lej do wody, i tak majtki masz mokre”. Ale nie... kulturę trzeba krzewić od najmłodszych lat. No to chodziliśmy. Majka wyganiała mnie, ja ją. Dzieciakom było wszystko jedno... byle tylko pójść i nasycić się widokiem i wonią brei, do której można było po prostu nasikać. Ja wolałem, gdy szła Majka, bo matkę (czy też babcię) z dziećmi wszyscy przepuszczali w kolejce. Ja niestety zawsze musiałem odstać w ogonku z tupiącymi w potrzebie oddania moczu dzieciakami, a wychodząc bywały komentarze typu „niezła brygada tam była”. Nie wiedziałem wówczas, czy mam się uśmiechnąć, spłonąć rumieńcem i poczuć się jak pedofil wychodzący z toalety w towarzystwie trójki chłopców, czy też zabłysnąć jakimś dowcipem. Niestety to Majka jest mistrzynią ciętych i dowcipnych ripost. Ja zanim pomyślę, to już nie warto się odzywać.
Pewnego razu zostaliśmy zagadnięci „myśleliśmy, że tylko u nas taka wielka ekipa”. Na to Majka - „tylko u was jest trochę więcej dorosłych”.

Nie staraliśmy się zatem tłumić w naszych dzieciach ich ekspresyjności, za to bardzo walczyliśmy z przekleństwami. Niestety Ptysie strasznie przeklinają, a Bliźniaki chłoną to jak gąbka. Jeszcze kilka miesięcy temu Romulus z Remusem nie znali pojęcia dupa, czy pipa, a kupa była po prostu kupą. W domu za takie słowa jest wypad (czyli chwilowa izolacja od reszty towarzystwa)... ale co zrobić na plaży? A jeszcze gorzej w restauracji?
Pozostaje tłumaczyć. Tak więc tłumaczyliśmy, licząc na to, że z dwojga złego cała ferajna zacznie lecieć żargonem, którego nikt nie zrozumie. Nawet my dopiero jakiś czas temu zorientowaliśmy się, że pupalacha (w wersji lightowej – apupalaska), to nic innego jak dupa. Ciekawe jest to, że dzieci dużo szybciej niż my,uczą się swojego specyficznego języka.
Chociaż nie zawsze. Pewnego dnia podsłyszałem taką rozmowę między Romulusem, a Remusem:
  • Łapciuszki masz? Co?
  • Łapciuszki masz? Co?
  • Łapciuszki masz? Co?
  • Nie powtarzaj sto razy.
Chyba chodziło o paputki, ale pewności nie mam.
Czasami się cieszę, że nasze dzieci nie mówią jeszcze zbyt wyraźnie, bo zawsze mogę udawać, że ich nie rozumiem, albo że chciały powiedzieć zupełnie coś innego.
Pewnego razu powiedziałem do Remusa „Co tam leży? Czyjeś majtki?” Odpowiedź była krótka, aczkolwiek tak głośna, że wszyscy ją usłyszeli: „tak, Balbina je zasłała”.

Nazywałem nasze dzieci szarańczą, bo czasami odnosiłem wrażenie, że rzeczywiście potrafiłyby zjeść konia z kopytami. Ciągle były głodne i jedząc jeden posiłek, dopytywały kiedy będzie następny. Powtarzaliśmy im na obiedzie, że ziemniaki mogą zostawić, bo najważniejsze jest mięso i surówki. Na niewiele się to zdawało, bo wszyscy zaczynali od zjedzenia ziemniaków. Jednak z biegiem czasu, dzieci ogołacały cały talerz. Nie było więc wymówki, aby nie pójść na lody, czy gofry.



Pogoda w tym roku nie za bardzo nam dopisała, chociaż może to my (dorośli) mamy zbyt duże wymagania. Dzieci były przeszczęśliwe – a przecież o to głównie chodziło. Gdy drugiego dnia wylegliśmy na plażę pod pełną zasłoną chmur, nikt nawet nie pomyślał, aby dzieci smarować kremem. Wieczorem (przy kąpieli) zaczęliśmy śpiewać „jesteś spalona, mówię ci...”. Na szczęście od tego czasu minęło już parę dni, więc ani mama Bliźniaków, ani Ptysi, na spotkaniu z dziećmi nie mówiły o braku odpowiedzialności rodziców zastępczych, a tylko podziwiały piękną opaleniznę swoich pociech.

Wyjeżdżaliśmy trochę zmęczeni... Majka i ja, bo dzieci chętnie zostałyby dłużej. Pożegnaliśmy się z panią Dorotką (z naszego pensjonatu) i panią Kasią (z restauracji) do przyszłego roku. Przyjechaliśmy do domu, zaczęliśmy wspominać. Rzuciłem tak mimochodem „a może jeszcze jeden taki wypad w sierpniu?”.
Już mamy rezerwację.



poniedziałek, 8 lipca 2019

--- Masz wiadomość cz.2



Co słychać u naszych byłych podopiecznych?

Messenger li to, czy wczesny Białasek?






















Zacznę od Messengera, ponieważ nasze ostatnie spotkanie z chłopcem bardzo wpisuje się 
w tytuł tego posta. Pożegnaliśmy się pół roku temu, i jak do tej pory, jest to jedyny powrót dziecka z naszej rodziny do mamy biologicznej. Majka w tym czasie odwiedziła Messengera w jego domu trzy razy. Wprawdzie za każdym razem to ona się wprosiła w gości (pod pretekstem posiadania jakichś rzeczy dla małego), to jednak zawsze była bardzo miło przyjmowana i nigdy nie poczuła się jak intruz. Ja nie widziałem się z chłopcem ani razu, co zapewne było mu zupełnie obojętne... w końcu gdy się rozstawaliśmy, miał zaledwie cztery miesiące. Nie sądziłem, że kiedykolwiek jeszcze go zobaczę. A tu nagle... telefon od mamy. Majka usłyszała w słuchawce pytanie, czy bylibyśmy skłonni zaopiekować się Messengerem przez dwa dni i dwie noce. Mama dziecka razem ze swoim ojcem została zaproszona na wesele i nie za bardzo miała co zrobić ze swoim dziećmi. Starszego synka „upchnęła” u jakiejś znajomej, ale z młodszym miała problem. Nie dociekaliśmy, czy nikt nie chciał się podjąć opieki nad dziesięciomiesięcznym szkrabem, czy też mama nie do końca miała zaufanie do swoich znajomych lub dalszej rodziny. Było nam miło, że do nas to zaufanie miała.
Majka pojechała po chłopca późnym popołudniem. Wszystko było dobrze, dopóki Messenger nie zorientował się, że ma zostawić mamę i pojechać gdzieś z ciotką, którą nie za bardzo pamięta. Było więc trochę łez, ale już w samochodzie chłopak się uspokoił i przez ponad półgodzinną jazdę, nawet lekko zdrzemnął. Najgorsze było, gdy Majka weszła do domu i chłopiec nagle ujrzał mnie. Był taki ryk, że nawet Ptysie i Bliźniaki zaczęły się zastanawiać, czy aby one też nie powinny się mnie bać. Już wiedziałem, że lekko nie będzie. Nawet bez oporów przyjąłem do wiadomości, że na dwie noce mam wypad z naszej sypialni, bo moje miejsce zajmie dużo młodszy model.
Obawiałem się tylko tego, że następnego dnia miałem spędzić z Messengerem całe przedpołudnie. Balbina i chłopcy szli do przedszkola (czego jak dotąd po raz pierwszy żałowałem), a Majka jechała do PCPR-u na posiedzenie zespołu. Jak się następnego dnia okazało, posiedziała sobie dość długo, bo wróciła dopiero na obiad, odbierając po drodze przedszkolaki.
Cofnę się jednak do samego rana. Gdy Majka szykowała naszych „Odkrywców” i „Mądrale”, Messenger jeszcze spał. Niestety nie zdążyła dobrze przekręcić zamka w drzwiach, gdy usłyszałem ciche kwilenie. Odnosiłem wrażenie, jakby chłopiec coraz bardziej zbliżał się do mnie, bo dźwięk stawał się coraz głośniejszy, głośniejszy i głośniejszy. W końcu wziąłem głęboki oddech i wszedłem do sypialni. Mały leżał w mojej pościeli, z wielkimi oczami wlepionymi wprost we mnie. Gdy nie ujrzał spodziewanej mamy, a przynajmniej cioci – zaczął wydzierać się jeszcze bardziej. Zacząłem się zastanawiać, jak powinien się zachować zupełnie obcy facet, będąc sam na sam z zupełnie obcym i wydzierającym się wniebogłosy niemowlakiem. Logika podpowiadała mi, że najwłaściwszym rozwiązaniem byłoby wezwać policję, jednak tę wersję szybko odrzuciłem. Stwierdziłem, że najlepiej jak będę sobą i zajmę się tym, czym w takich sytuacjach jeszcze kilka miesięcy temu bym się zajmował w przypadku Plotki, czy jeszcze wcześniej z samym Messengerem. No ale wówczas on miał tylko niecałe cztery miesiące, więc zapewne nic nie pamięta.
Majka po odwiezieniu maluchów do przedszkola, stwierdziła że ma jeszcze trochę czasu. Doszła jednak do wniosku, że zamiast puścić się w regały, wróci do domu, bo być może potrzebuję wsparcia... albo może bardziej Messenger. Otwierając drzwi, była pewna, że usłyszy rozwrzeszczanego malca w towarzystwie wujka, któremu opadły już wszystkie ręce. A tu niespodzianka...
Nie wiem co było tego przyczyną (na pewno nie zmiana pieluchy), ale w chwili gdy rozpoczęliśmy poranną gimnastykę, jakby stopiły się wszystkie lody. Messenger najpierw przestał płakać, potem zaczął lekko się uśmiechać, aż w końcu rechotał już w głos. Czy zaczął coś sobie przypominać? Podobno niemowlęta mają bardzo dobrą pamięć węchową i głosową (w przeciwieństwie do wzrokowej), która potrafi utrzymać się przez całe życie. W każdym razie od tego momentu wszelkie marudzenia i płacze poszły w niepamięć.
Rozstanie z Messengerem po tych dwóch dniach było dla mnie chyba bardziej smutne, niż gdy pół roku temu Majka odwoziła go do mamy. Cały czas niepokoi mnie pytanie, co będzie dalej? Zgadzam się ze wszystkimi będącymi w temacie, że mama Messengera, jak żadna inna, zasługiwała na to, aby synek do niej wrócił. Gdy przyjeżdżała go odwiedzać, to całe spotkanie poświęcała jemu. Była w niego wpatrzona, zapominając o wszystkim, co dzieje się dookoła. Inne matki często w takich przypadkach siadają obok Majki i zaczynają plotkować, albo się nudzą i wyciągają smartfona lub prowadzą rozmowy przez telefon. Ta była inna. Była opiekuńcza, realizowała wszelkie zalecenia (łącznie z koniecznością porzucenia przemocowego partnera), a przede wszystkim była sobą. Nie próbowała grać, udawać kogoś, kim nie jest. Tyle tylko, że nie do końca jest normalna. Nie potrafi napisać SMS-a, ogarnąć komunikacji miejskiej... jest taką starszą wersją Kapsla. Nad wszystkim panuje dziadek Messengera, który pełni dla niego rolę ojca zastępczego. Chłopiec jest już jego trzecim dzieckiem (i jednocześnie wnukiem) zastępczym.

W przypadku, gdy dzieci są umieszczane w rodzinach adopcyjnych, wiele uwagi przywiązuje się do świadomości dziecka o swoim pochodzeniu. Dzieci te bardzo często chcą dotrzeć do swoich korzeni, odszukać swoich rodziców, a jeszcze częściej rodzeństwo. Bywa, że dzieci adopcyjne nie potrafią sobie radzić ze swoimi emocjami. Czasami pojawia się konflikt lojalnościowy, czasami dzieci tłumią swoje potrzeby i z pozoru sprawiają wrażenie idealnych. Być może jest to jeden z elementów skłaniających co niektórych ku teorii, że dziecku najlepiej jest w rodzinie biologicznej. Dziadek Messengera bardzo dobrze wywiązuje się ze swojej roli (zarówno dziadka, jak też ojca zastępczego). Asystentka rodziny, która od wielu już lat monitoruje całą sytuację, ma o nim jak najlepsze zdanie. A jednak dzieci wychowujące się w takich rodzinach nie zawsze do końca są szczęśliwe. One cały czas mają w świadomości, że ich życie jest bardzo kruche. One wielokrotnie zachowują się przeciwnie, niż dzieci adoptowane... one chcą zapomnieć swoją historię, chcą się wyrwać i zacząć wszystko od początku, na własny rachunek. Tak jest w przypadku dorosłej już siostry Messengera i tak było ze Sztangą, która kiedyś mieszkała razem z nami. Z kolei brat Messengera ma traumę rozstania. Myślę, że zarówno z mamą (która czasami była w jego pobliżu, a czasami nie), jak też z rodzeństwem. Gdy Majka zabierała Messengera, kilka razy się upewniał, pytając „ale na pewno nam go pani odda?”.
W przypadku mamy Messengera, nigdy nie będzie pewności, czy nagle znowu nie zapała jakąś miłością do kolejnego faceta i się nie wyprowadzi. Czy można zmienić swoje podejście do życia mając czterdzieści lat? Do tego dziadek chłopca jest już wiekowy. Jak długo jeszcze da radę opiekować się dziećmi? Jak długo pożyje? A przecież przed Messengerem jeszcze całe życie. Czy jego mama będzie w stanie się nim zaopiekować, gdy zabraknie dziadka? Czy ogarnie kwestie medyczne, edukacyjne? Czy zapanuje nad chłopcem w okresie dojrzewania?
Ta historia trochę przypomina rosyjską ruletkę. Jeden strzał i być może chłopiec znowu będzie musiał zmienić rodzinę.

To, jak wiele może się zmienić w życiu dziecka w sposób nagły, uzmysławia mi historia Białaska. Jeszcze trzy miesiące temu wspominałem o chłopcu. Mama biologiczna po wyjściu z więzienia nadal nie potrafi uporządkować swojego życia, co nie zmienia faktu, że cały czas deklaruje chęć odzyskania chłopca. Niestety mój optymizm, objawiający się tym, że odebranie jej praw rodzicielskich jest tylko kwestią czasu, zaczyna niepokojąco topnieć.
Cios przyszedł ze strony, po której najmniej się tego spodziewałem. Mama biologiczna dostała zielone światło od biegłych z Opiniodawczego Zespołu Sądowych Specjalistów. Nie stwierdzono wprawdzie, że jej kompetencje rodzicielskie w sposób cudowny się naprawiły i można oddać jej syna pod opiekę, ale wniosek był taki, że powinna dostać kolejną szansę. Jest jeszcze młoda i ma prawo błądzić. Uznano, że przecież ma potencjał, może się zapisać na kurs z podnoszenia kompetencji rodzicielskich. A to, że co chwilę zmienia pracę, to... przecież taki mamy rynek. Nie wymagam od psychologów przesadnej wiedzy z zakresu ekonomii, ale nie trzeba być orłem, aby wiedzieć, że pracy (przynajmniej w miejscu zamieszkania mamy) jest w bród. Można wybierać w ofertach, nawet nie mając skończonej żadnej szkoły. Problemem jest to, że trzeba umieć ją utrzymać. Być może byłoby warto zadać sobie pytanie, co jest przyczyną ciągłych zmian, i jak może się to przełożyć na opiekę nad dzieckiem. Może dobrze byłoby się zastanowić, dlaczego nie zagrzała długo miejsca nawet w firmie swojego ojca, który od samego początku deklarował jej pomoc. Stawiał jednak pewne warunki. Nie wiemy jakie, ale jak widać poprzeczka była podniesiona dużo wyżej. Jeżeli sędzina na najbliższej rozprawie podzieli zdanie psychologów, to mama biologiczna Białaska będzie mogła widywać się z synkiem osiem razy w miesiącu oraz mieć prawo go urlopować na kilka dni.
Zacznie się zatem typowa żonglerka dobrem chłopca i może dojść do bezpardonowej walki o dziecko pomiędzy mamą biologiczną, a mamą zastępczą (która tylko czeka, aby móc Białaska adoptować). My w tej rozgrywce z pewnością będziemy po stronie Ani (czyli mamy zastępczej). Będzie ona mogła liczyć nie tylko na nasze wsparcie, ale również pewne sugestie. W chwili obecnej mama biologiczna się stara, wymyślając dla syna rozmaite atrakcje po drugiej stronie miasta. Mama zastępcza jedzie więc ponad godzinę na spotkanie. Chłopiec bardzo lubi swoją mamę biologiczną, bo kojarzy mu się ona z czymś przyjemnym. Gdy jednak zaczyna być zmęczony i marudny, to mama przybija piątkę i mówi „to nara do przyszłego razu”. Kolejna godzina powrotu nie jest więc już tak przyjemna.
Jakie rady mamy dla Ani?
Przede wszystkim powinna opisywać dokładnie każdą sytuację, każde spotkanie, każdą rozmowę telefoniczną, czy wiadomość tekstową. Taki dziennik w oczach sądu uwiarygodnia rodzinę zastępczą i daje podstawę do wysnuwania pewnych wniosków. Można w ten sposób choćby określić, w jaki sposób zmienia się aktywność mamy (na przykład wzrost zainteresowania przed rozprawą lub badaniem więzi).
Ania nie powinna przystawać na propozycje mamy dotyczące miejsca spotkań. To mama ma być atrakcją dla dziecka, a nie ciekawe otoczenie i prezenty, które przynosi. Przecież codzienne życie nie polega na wiecznym spędzaniu czasu w wesołym miasteczku, ogrodzie zoologicznym, czy klubie malucha. Dlatego to rodzic zastępczy określa termin i miejsce, odpowiednio argumentując swoją decyzję. Nie jest to trudne, wystarczy powiedzieć, że chłopiec źle znosi dłuższą podróż samochodem. Mama zastępcza określa też czas przeznaczony na każde spotkanie (sądy najczęściej wyznaczają tylko ich ilość). Z własnych doświadczeń możemy podpowiedzieć, że spotkanie nie powinno przekraczać dwóch godzin. Przy dłuższym już wszyscy zaczynają się nudzić. Jeżeli mama biologiczna będzie się upierała co do lokalizacji, to można powiedzieć, że czas dowiezienia dziecka w określone miejsce przez rodzica zastępczego wlicza się do tych dwóch godzin. To rodzic biologiczny ma się starać i wykazywać dobrą wolę. Jeżeli mu się nie podoba, może złożyć odpowiedni wniosek do sądu. W zależności od odpowiedzi, postępowanie będzie trzeba na bieżąco modyfikować.
Ania powinna też trzymać się twardo ustalonego harmonogramu. Jeżeli mama biologiczna z jakichś powodów odwołuje wizytę, to nie jest ona przekładana, tylko zwyczajnie wypada.
Mama musi też mieć do czynienia z sytuacjami, w których dziecko nie jest idealne. Czasami jest zmęczone, czasami ma ochotę na coś, czego mama nawet nie jest w stanie się domyślić. I nawet nie chodzi o to, aby nie powiedzieć jej, że chłopiec musi mieć pieroga przekrojonego wzdłuż, a nie w poprzek, ale o to aby poznać jej reakcje na rozmaite sytuacje. Jeżeli sąd wyrazi zgodę na urlopowanie (w orzeczeniu najczęściej jest dodawane sformułowanie, że za zgodą rodziny zastępczej), to nie warto się przed tym bronić. Niech mama pobędzie z synem dzień, czy dwa. Niech jej aktualny partner zrozumie, co będzie oznaczało odzyskanie dziecka przez jego dziewczynę.

Wszystko, o czym powyżej napisałem, ma służyć budowaniu wizerunku mamy biologicznej, na podstawie którego, sąd będzie musiał wydać jakąś decyzję. Niestety czasami stosowane metody są bardzo brutalne, bo dziecko staje się narzędziem. Staje się przedmiotem, a nie podmiotem.

Czy cel uświęca środki? To Ania musi podjąć decyzję, na ile chce chronić Białaska w tej chwili. Zawsze może powiedzieć, że chłopiec nie jest gotowy na spędzenie choćby jednej nocy w obcym domu z niemniej obcymi sobie osobami. W zasadzie wystarczyłoby oprzeć się na fakcie, że Białasek zupełnie nie zna faceta mamy. Nie wiadomo też jak reagowałby na mamę biologiczną w miejscu, gdzie nie byłoby Ani. Bo to ona jest jego mamą i do niej tak właśnie się zwraca. Za to mama biologiczna jest tylko ciocią zapewniającą mu rozmaite atrakcje i wali jej „na ty”. Jest to skomplikowane, prawda?

Można spróbować odpowiedzieć sobie na pytanie, czy chłopiec po ponad dwóch latach mieszkania w rodzinie, która jest dla niego jedyną rodziną, którą pamięta, i z którą się utożsamia – dałby emocjonalnie radę zamieszkać ze swoją mamą biologiczną? Wydaje mi się, że tak. Przy wdrożeniu w życie odpowiedniego procesu, rozłożonego w czasie i przy dobrej woli obu stron -zdecydowanie tak. Pytanie tylko, czy należy do tego dążyć, w imię zasady, że zawsze najlepsza jest rodzina biologiczna. Tutaj odpowiem – zdecydowanie nie.
Pamiętam jeszcze mamę biologiczną Białaska z czasu, gdy chłopiec mieszkał w naszej rodzinie. Pamiętam jej wzloty i upadki. Pamiętam jak potrafiła zniknąć na kilka tygodni, by pojawić się jako idealna mama, która nie może wytrzymać kilku dni bez zobaczenia synka. Pamiętam jak odwróciła się od niej cała rodzina, gdy odrzucała wszystkie wyciągane do niej ręce. Na końcu nikt nie chciał jej już wspierać, nikt nie zdecydował się na pozostanie rodziną zastępczą dla chłopca, chociaż takie możliwości też były brane pod uwagę.

Czy od tego czasu coś się zmieniło? Nie za bardzo wierzę w socjalizacyjną funkcję zakładów karnych. Nie za bardzo wierzę w zmiany oparte tylko na chceniu. Mama chłopca tak naprawdę nie zna dzieci. Idealizuje swojego syna, bo spotykają się w sytuacjach komfortowych dla obu stron. Jeżeli podniesie swoje kompetencje rodzicielskie poprzez nieopuszczanie zajęć, na które zostanie skierowana (a z pewnością potrafi na krótki czas się zmobilizować), to decyzja sądu może być różna. Trzeba zatem zrobić wszystko, aby pokazać sądowi jej prawdziwe oblicze... zwłaszcza, że ta potyczka nie jest równa. Mamę biologiczną wspiera asystent rodziny i prawnik (chociaż tego drugiego nie jestem pewny). Ich zadaniem jest „naprawienie” mamy, udowodnienie tego przed sądem i przywrócenie jej pełnych praw do opiekowania się synem. Wtedy zostanie odtrąbiony sukces.

Chciałem dzisiaj opisać jeszcze co słychać u Plotki, Sasetki i Maludy, Kapsla, Gacka...
Może następnym razem.
Historia Białaska od jakiegoś czasu nie daje mi spokoju i powoduje, że dokonuję ponownej analizy i oceny niektórych znanych mi wydarzeń. Kiedyś na jednym z forów  rozpocząłem dyskusję na temat sensu adopcji poprzez rodzinę zastępczą. Zdania były bardzo podzielone. Jedni uważali, że jest to alternatywna droga do adopcji, inni – że jest to jej obchodzenie i wciskanie się w kolejkę. Wówczas byłem raczej zwolennikiem pierwszej opcji, bo przecież umieszczając dziecko w rodzinie zastępczej z motywacją adopcyjną, ogranicza mu się kolejną przesiadkę z jednej rodziny do kolejnej. W tej chwili mam coraz bardziej mieszane uczucia. Czasami się zastanawiam, jak funkcjonuje dziecko, które musi się zmierzyć z niepewnością i lękiem swoich rodziców zastępczych, pojawiających się w obliczu możliwości powrotu do rodziny biologicznej. Mama Białaska sprawia wrażenie osoby bardzo opanowanej. Nie wiadomo, czy chłopiec ma takie same odczucia, a jeżeli nie, to jakie ma to przełożenie na jego zdrowie psychiczne.

Wspominałem jakiś czas temu o rodzicach, którzy bardzo chcieli zostać rodzicami dla naszych bliźniaków... najpierw zastępczymi, ale docelowo adopcyjnymi. Nie byli jednak gotowi na rozstanie, na porażkę... chociaż deklarowali, że są. W tej chwili zostali rodzicami dla innego chłopca – o bardziej przewidywalnej przyszłości. Reszta się nie zmieniła. Jak postąpią, gdy jakimś trafem znajdą się w sytuacji Ani?

Kim właściwie są rodzice zastępczy z motywacją adopcyjną? Czym różnią się od tych wybierających tradycyjną drogę do adopcji? Samo szkolenie i materiał, z którym trzeba się zapoznać, są raczej zbliżone. Zdecydowanie krótszy jest czas oczekiwania na dziecko, nieco niższe wymagania (choćby wiek, staż małżeński i konieczność bycia w związku)... ale też ogromne ryzyko. Czy warto je podejmować?

Zawsze interesowało mnie pytanie o motywacje, zarówno jeżeli chodzi o rodziców adopcyjnych jak też zastępczych. „Pragnę mieć dziecko”, „czuję taką potrzebę”, „nie potrafię żyć bez dziecka” - dla obu tych grup rodzin, są to błędne odpowiedzi, chociaż jakże normalne w przypadku osób zakładających rodzinę i myślących o dziecku biologicznym. Majka też na samym początku naszego związku (kiedy jeszcze nie byliśmy małżeństwem) mówiła, że chciałaby już być mamą, później że chciałaby już być babcią. Raczej jest to wewnętrzna potrzeba (a nawet egoizm), niż dojrzała decyzja (zwłaszcza w przypadku babci). W tej chwili jej potrzeby posiadania małego dziecka, zostały zaspokojone (a przynajmniej zamortyzowane) opieką nad dziećmi zastępczymi.

Jakie więc były nasze motywacje jako kandydatów na rodziców zastępczych? Wyzwanie, pasja, nadanie naszemu życiu większego sensu, czerpanie radości z wyprowadzenia dziecka z rozmaitych zaburzeń. Nie wiem, czy były to odpowiedzi pożądane, bo przecież trudno tutaj doszukiwać się choć krztyny altruizmu.
Dlaczego więc rodzice, którzy chcą adoptować dziecko, mają mówić że traktują przysposobienie jak misję, posłannictwo, poświęcenie? Tylko dlatego, że będą musieli zmierzyć się z historią swojego dziecka?

Wrócę jednak do prawdziwych motywacji rodziców wybierających drogę do adopcji poprzez pieczę zastępczą. Czasami nie są one tak oczywiste jak w przypadku mamy zastępczej Białaska, która jako osoba samotna nie miałaby większych szans na tradycyjną adopcję. Nam się jeszcze tacy rodzice nie zdarzyli (i mam nadzieję, że można ich porównać do kropli w morzu), ale bywają przypadki bardzo cynicznego podejścia do sprawy. W przypadku pieczy zastępczej, nie ma zakazu zobaczenia wcześniej dziecka, zapoznania się z nim, a nawet spotykania przez jakiś czas. Lecz nie to jest takie bulwersujące. Zdarzają się rodzice, którzy wybierają tę drogę, ponieważ doskonale wiedzą, iż w przypadku gdy nie zaiskrzy, to rodzinę zastępczą dużo łatwiej jest rozwiązać.





czwartek, 27 czerwca 2019

--- Gender


Bycie rodzicem zastępczym daje ogromne możliwości przyglądania się dzieciom, poznawania ich nawyków, preferencji i potrzeb. Każde z tych dzieci jest inne, pochodzi z innej rodziny, często oczekuje od nas zupełnie czegoś innego niż jego kolega. Dodatkowo widzimy te dzieci w rozmaitych sytuacjach - wtedy gdy są zadowolone lub gdy grymaszą, gdy są wypoczęte lub gdy są zmęczone. Jesteśmy kimś innym niż rodzina biologiczna, ale też kimś innym, niż opiekunowie w przedszkolu, czy szkole. Mamy zawsze grupkę dzieci z rozmaitych środowisk, ale jednocześnie pozwalamy być im sobą. Nie narzucamy im sztywno harmonogramu dnia. Coś proponujemy, ale też dajemy im sporo czasu dla siebie, w którym mogą wybrać czym chcą się bawić i w jaki sposób go wykorzystać.

Dla mnie są to bardzo ciekawe obserwacje. Zwłaszcza te, gdy dziecko próbuje ogarnąć samego siebie, rozpoznać swoje potrzeby i zainteresowania. Może to się wydawać dziwne, ale odnoszę wrażenie, że dzieci są w jakimś sensie bezpłciowe. One przez długi czas nie utożsamiają się z taką, czy inną płcią w sensie zachowań. Owszem, wiedzą czy są chłopcem, czy dziewczynką. Wiedzą, że jedne mają siusiaki, a inne cipki. Ale tak naprawdę, w ich ocenie jest to tylko jedyna rzecz, która je różni. To my dorośli, w pewien sposób narzucamy dzieciom płciowość, narzucamy im pewne zachowania, czasami ograniczając ich potrzeby. Niedawno kilka dni spędził z nami Bill (brat Ptysia i Balbiny). Przyjechał w towarzystwie Axela, innego dziecka zastępczego. Była więc zdecydowana przewaga chłopców nad dziewczynkami (5:1). Byłem ciekawy, jak Balbina zachowa się w takim towarzystwie. Czy zabierze swoje zabawki i będzie na uboczu? A może wtopi się w męską grupę z zabawkami typu samochodziki czy transformery?


Okazało się, że potrafiła zaciekawić chłopców lalkami i wózkami. Doszło do tego, że każdy chciał się zajmować swoim dzieckiem w wózku. Z lalkami nie było większego problemu, natomiast ze środkami transportu – już tak. W ruch poszły nawet taczki. Zaciekawiło mnie nie tylko to, że dla chłopców nie miało żadnego znaczenia, że bawili się zabawkami uchodzącymi za dziewczęce, ale że najbardziej pożądany był murzynek. Jest to lalka, którą kupiliśmy jednej z naszych córek ponad dwadzieścia lat temu. Wybór padł wówczas na nią, ponieważ była prawie o połowę tańsza od swojego białego odpowiednika. Była przeceniona, ponieważ nikt jej nie kupował. A przecież lalki kupują rodzice, a nie dzieci. To rodzice kształtują poglądy dziecka, uczą go reagowania na rozmaite bodźce. Dla dzieci, coś co jest inne, jest ciekawsze, warte zainteresowania i poznania. Dla dorosłych, wręcz przeciwne – jest czymś, co należy wyszydzić i wyśmiać.
Miałem kiedyś kolegę, który w bardzo rygorystyczny sposób wychowywał swoje dzieci. Chłopiec miał zakaz płaczu. Ojciec mówił do niego: „chłopaki nie płaczą”, a on się do tego stosował (chociaż często miał z tym duże problemy). Moi rodzice nigdy nie zabraniali mi ani płakać, ani bawić się lalkami. Mogłem grać zarówno w korale, gumę i skakankę z koleżankami, jak też w kapsle, piłkę, a nawet na pieniądze (w kacki, albo do muru) z chłopakami. Jakoś wyrosłem... w poszanowaniu równości i tolerancji dla wszelkich zachowań.

Po tym nieco przydługim wstępie, napiszę o co właściwie mi chodzi. Okazuje się, że kontakt z dziećmi, a konkretnie – wnikliwa ich obserwacja, może powodować zmiany światopoglądowe. Jeszcze kilka lat temu należałem do osiemdziesięciu procent społeczeństwa, dzisiaj należę już tylko do szesnastu. Przez całe życie byłem tolerancyjny wobec różnego rodzaju inności, w tym również w stosunku do osób homoseksualnych. Jak tylko sięgam pamięcią, zawsze byłem za zrównaniem ich praw we wszelkich dziedzinach życia, za wyjątkiem... Tym wyjątkiem jest właśnie te 16% społeczeństwa, które nie widzi niczego złego w adopcji dzieci przez pary homoseksualne. Wydawało mi się to ostatnią rzeczą na tym ziemskim padole, którą będę kiedykolwiek gotowy zaakceptować. A jednak...

Uważam, że powinna rozpocząć się w naszym kraju jakaś debata na temat adopcji przez pary jednopłciowe. Chociażby dlatego, aby każdy wiedział o czym mówi, i nawet jeżeli się różni w swoich poglądach, to potrafił to robić kulturalnie, w oparciu o argumenty. Być może strzelam sobie blogowego samobója, bo przecież rachunek prawdopodobieństwa nie kłamie. Osiemdziesiąt procent osób tutaj zaglądających zapewne myśli tak jak ja kiedyś – wszystko, tylko nie to. Niech sobie homoseksualiści robią co chcą w zaciszu swoich domów, ale wara im od naszych dzieci. My jesteśmy solą tej ziemi, jesteśmy rodziną tradycyjną i konserwatywną, co daje nam mandat do tego, że cokolwiek w tym temacie powiemy, to na pewno mamy rację.

Spróbuję zatem przytoczyć kilka argumentów i kontrargumentów. Opisać to, o czym niektórzy zwyczajnie nie chcą słyszeć i wdawać się w jakąkolwiek polemikę.

Na początek może trochę historii. Ponieważ przedmiot moich rozważań od kilku lat niemal nie schodzi ze sceny politycznej, można odnieść wrażenie że właśnie nasz świat chyli się ku upadkowi, że oto wyjeżdża czwarty jeździec Apokalipsy i za chwilę będzie koniec... może będzie, ale raczej nie z tego powodu. Okazuje się, że najstarsze dzieci wychowujące się w rodzinach homoseksualnych są już dorosłe. Oficjalnie pierwszą prowincją na świecie, która zezwoliła na adopcję związkom jednopłciowym, była kanadyjska Kolumbia Brytyjska. Miało to miejsce w 1996 roku. Z kolei pierwszym krajem na świecie, który zalegalizował zarówno adopcję, jak też małżeństwa homoseksualne (w 2001 roku) była Holandia. Ale tak naprawdę, wszystko zaczęło się dużo wcześniej, bo pod koniec lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku. Zjawisko to dostało nawet swoją nazwę „lesbian baby boom”. Wówczas nie było jeszcze mowy o adopcjach, ale przecież para jednopłciowa nie musi wychowywać dziecka, które koniecznie pochodzi z adopcji. Zresztą nawet w naszym kraju, o czym być może mało kto wie, w rodzinach nieheteroseksualnych wychowuje się ponad 50 tysięcy dzieci. A zatem już na tym etapie pojawia się pewien dualizm. Nie wyrażamy zgody na adopcję, czy na wychowywanie dzieci?

Oliwy do ognia dolał Mark Regnerus (socjolog z Uniwersytetu Teksańskiego w Austin), który w 2012 roku opublikował badania, z których wynika, że dzieci par homoseksualnych są mniej szczęśliwe, częściej zapadają na depresję, częściej popełniają samobójstwa, cechują się niższym poziomem wykształcenia, częściej doświadczają problemów w swoich związkach, rzadziej określają swoje relacje z rodzicami jako bezpieczne, gorzej oceniają swoje zdrowie psychiczne, rzadziej identyfikują się jako heteroseksualne, a nawet są częściej zmuszane do seksu wbrew swojej woli.
Badania te wprawdzie zostały zakwestionowane ze względu na ich niewłaściwą metodologię i odcięły się od nich między innymi amerykańskie Towarzystwa Psychologiczne, Psychiatryczne, Seksuologiczne (w Polsce Instytut Psychologii PAN), to jednak informacja poszła w świat. Różne ugrupowania chętnie powołują się na te badania, zupełnie ignorując wiele innych, jak choćby raporty Center for Family Research na Uniwersytecie w Cambridge (2009-2010), czy Uniwersytetu w Melbourne (2014).
O co w zasadzie chodziło z tym Regnerusem? Otóż bazą porównawczą w badaniu, była ponad tysięczna grupa stabilnych rodzin heteroseksualnych, a po drugie stronie szali postawiono rodziny homoseksualne, wywodzące się najczęściej z rozbitych wcześniejszych związków, rodziny przybrane i pozostałe (nie dotarłem do informacji, co to za grupa rodzin). W każdym razie znacząco zaburzyło to wynik, ponieważ problemy dzieci nie wynikały z samego faktu wychowywania się w rodzinach jednopłciowych, ale były następstwem braku stabilizacji w całym okresie dorastania (również przed rozpadem wcześniejszych związków, czy mieszkaniem w rodzinach patologicznych). Zresztą sam Mark Regnerus przyznawał, że jego wyniki badań są często wypaczane. Chodziło między innymi o zwiększoną ilość molestowań dzieci z rodzin nieheteroseksualnych. W całej pracy badawczej jest tylko stwierdzony fakt, ale nie jest sprecyzowane na jakim etapie opieki miało to miejsce. Do tego jednym z jego wniosków jest przyznanie, że gorsze wyniki mogą też być skutkiem ciągłego stresu związanego z trwałą stygmatyzacją społeczną, co też przekłada się na brak poczucia bezpieczeństwa.

W opozycji do tych wyników jest praca dr Joanny Mizielińskiej z Instytutu Psychologii PAN, która nie tylko jest głęboko osadzona w polskich realiach, to jeszcze udało mi się przeczytać fragmenty tego opracowania, których część postaram się w dalszej części przytoczyć.

Zacznę od najważniejszego argumentu, jaki przedstawiają przeciwnicy wychowywania dzieci przez pary jednopłciowe, mianowicie od braku właściwych wzorców. Zacząłem się zastanawiać, na czym właściwie polega prawidłowy wzorzec ojca, albo matki. Myślę, że to już nie ten czas, gdy matka była od garów, sprzątania i opiekowania się dziećmi, a ojciec miał tylko zarobić na utrzymanie rodziny. No więc co?
No to może matka: delikatność, miłość, ciepło, opiekuńczość, odpowiedzialność.
A ojciec: odwaga, siła, fantazja, determinacja, umiejętność wspierania, skuteczność w realizowaniu zadań. Tylko, czy te cechy są w obecnym świecie jeszcze w jakiś sposób „upłciowione”?
A może chodzi głównie o to, aby dziecko uczyło się od rodziców bliskości drugiej osoby, umiejętności okazywania sobie miłości i szacunku, umiejętności komunikowania się, reagowania na różne sytuacje. Krótko mówiąc, poznało wzorzec bycia w związku. Przy tak postawionej tezie, nie ma znaczenia, czy dziecko ma mamę i tatę, dwie mamy, czy dwóch ojców.
Do tego w rodzinach heteroseksualnych, mogą przecież zdarzać się przypadki braku poczucia bezpieczeństwa, czułości, rozmów, wspólnego podejmowania decyzji. To też są wzorce. Tyle, że złe wzorce. Właśnie takie znają wszystkie dzieci, które trafiają do naszej rodziny.
Albo przykład związku, w którym ojciec jest słaby, i syn jest pod silnym wpływem matki. W dorosłym życiu być może będzie szukał nie partnerki, ale kobiety, której władzy będzie chciał się poddać (tak jak w dzieciństwie). Z kolei gdy matka będzie wycofana, to chłopiec w dorosłym życiu może będzie interesował się tylko kobietami uległymi. Można też wspomnieć o rodzinach niepełnych. Chłopiec mieszkający tylko z matką, do tego mający negatywny przekaz o ojcu, może dorastać w nienawiści do wszelkich męskich aspektów swojego pochodzenia. Natomiast mieszkający z ojcem wiecznie oskarżającym swoją byłą partnerkę, może widzieć w kobiecości uosobienie wszelkich wad, co będzie prowadziło do poszukiwań kobiety idealnej. Tak więc sama heteroseksualność nie daje żadnej gwarancji. W każdym związku ważni są ludzie. Dziecko musi przede wszystkim nauczyć się od rodziców umiejętności budowania relacji, komunikowania swoich potrzeb i asertywności. Bo to są cechy, które umożliwią mu zmierzenie się ze światem zewnętrznym. Czy do tego potrzebne są dwie płci? Czasami wystarczy tylko jedna mama, albo jeden tata.
Zwracana jest też uwaga na to, że przecież dziecko nie żyje tylko w hermetycznym świecie swoich homoseksualnych rodziców. Istnieją przecież babcie, dziadkowie, ciocie, kuzynostwo, nauczyciele, koledzy. To też są pewne wzorce, z których dziecko czerpie swoją wiedzę o świecie.
I naprawdę dziecku nie jest potrzebny wzorzec tradycyjnej rodziny, rozumiany w takim sensie, że chłopiec musi umieć naprawić samochód, zrobić remont mieszkania i zorganizować wycieczkę dla całej rodziny. Z kolei dziewczynka niekoniecznie musi piec babki, zszywać skarpetki i pięknie pachnieć.
Joanna Mizielińska w swojej pracy też nie dokonuje jakiegoś sztucznego podziału na wzorce. Jej zdaniem istnieje tylko jeden, kształtowany „...poprzez negocjacje, przez uwzględnienie preferencji i kompetencji partnerów oraz przez uwzględnienie praktycznych spraw, takich jak praca zarobkowa, czy organizacja jej czasu”. Zwraca też uwagę na to, że bywają rodziny homoseksualne próbujące realizować model tradycyjnej rodziny, jednak ci zajmujący się domem i dziećmi niemal zawsze czują pewien dyskomfort wynikający z niedowartościowania ich pracy. Ciekawym wnioskiem jest też to, że „... badani często krytykują tradycyjną rodzinę i podkreślają, że ich związki są inne w porównaniu z normatywno - wykluczającym wzorcem, jednocześnie mają tendencję do opisywania swoich rodzin jako normalnych i zwyczajnych”.

Drugą bardzo ważną kwestią, jest dbanie o dobro dziecka (chociaż niektórzy twierdzą, że nie chodzi o żadne dobro dziecka, ale dobro swoich poglądów).
Przeciwni adopcjom przez pary jednopłciowe podkreślają, że dzieci na każdym kroku będą odczuwać inność, będą szykanowane, będą miały niskie poczucie własnej wartości, a ich rodzice będą coraz bardziej sfrustrowani. Tutaj odniósłbym się do tego, o czym napisałem na samym początku (o zabawach naszych dzieci lalkami). Dziecko nie odczuwa inności, dopóki ktoś mu o tym nie powie. Gdy patrzy na kolegę to widzi tylko kolegę (najwyżej mniej lub bardziej sympatycznego), a nie grubasa, rudzielca, biedaka, syna alkoholika, muzułmanina, czy homoseksualisty. Dlatego między innymi uważam, że debata na temat adopcji przez pary jednopłciowe byłaby tak ważna, bo edukację należy rozpocząć od góry. Zresztą gdy czytałem rozmaite procentowe porównania dotyczące akceptacji par homoseksualnych i możliwości wychowywania przez nie dzieci, to najbardziej otwartą grupą jest młodzież. Duże znaczenie ma też poziom wykształcenia i miejsce zamieszkania. Najbardziej zatwardziałą i niezdolną do zmian światopoglądowych grupą jest 50+, do której i ja należę.
Z kolei rozmaite badania pokazują, że dzieci wychowujące się w rodzinach nieheteroseksualnych, wcale nie czują się gorsze, a wręcz mają luźniejsze podejście do życia. Jedyne co je różni to nieprzywiązywanie wartości do tego co jest chłopięce, a co dziewczęce. Tutaj mogę tylko podać kilka nazwisk (ponieważ w żaden sposób nie wnikałem w opracowania tych osób): Susan Golombok, Charlotte J.Patterson, Judith Stacey, Dorota Majka-Rostek.
W tym wątku należałoby też zadać pytanie, dlaczego dzieci z tradycyjnych rodzin, tak chętnie utożsamiają się z matką lub z ojcem (dziewczynka z matką, chłopiec z ojcem), a na pewnym etapie życia zaczynają w pewien sposób adorować płeć przeciwną (bo przecież nie bez powodu mówi się o córeczce tatusia i synku mamusi)? Jak to wygląda w przypadku dzieci w związkach jednopłciowych?
W tym momencie nie będę się zbytnio wysilał, tylko zacytuję Katarzynę Banach z Instytutu Studiów Społecznych na Uniwersytecie Warszawskim:

Od najmłodszych lat wpajane jest nam przekonanie, że między płciami istnieją pewne immanentne różnice, mające swoje podłoże w odmienności biologicznej obu płci. Ten esencjalizm (biologiczny i nie tylko) tworzy podstawę do naturalizowania różnic między płciami, czyli utrzymywania, że różnice te są naturalne, niezmienne i absolutne. Proces ów w dużym stopniu dokonuje się właśnie w trakcie socjalizacji pierwotnej w rodzinie. Przykładem wzmacniania różnic między płciami jest choćby kupowanie chłopcom i dziewczynkom odmiennych ubrań, książek czy zabawek – takich, które zgodne są ze społecznym wzorcem płci kulturowej, jak również stawianie wobec nich odmiennych oczekiwań odnośnie pożądanych zachowań i postaw.
(…)
Wpływ rodziny na socjalizację do ról płciowych jest zatem niepodważalny i wielostronny.
Większość badań poświęconych roli rodziny w procesie nabywania ról płciowych nie uwzględnia ważnych zmiennych takich, jak tożsamość seksualna rodziców, rasa i etniczność, klasa społeczna czy ogólna sytuacja socjoekonomiczna rodziny (por. Epstein, Ward 2011; Lopéz Sanchéz 1984; Witt 1997). Wnioski z tych analiz dotyczą prawie wyłącznie rodzin rasy białej, z klasy średniej, z dwojgiem heteroseksualnych rodziców. Nie możemy zatem generalizować ich na ogół populacji. Wydaje się, iż – uwzględniając powyższe zmienne i badania na zróżnicowanej populacji – należałoby najpierw podjąć próbę lepszego zrozumienia procesu, w którym dzieci uczą się płci kulturowej, gdyż może okazać się, że występują tu istotne różnice ze względu na przekazywane normy i wartości.
(…)
W wielu badaniach stwierdzono, że w rodzinach jednopłciowych przekazuje się mniej stereotypowe modele kobiecości i męskości oraz w mniejszym stopniu nakłania się dzieci do wypełniania kulturowo zdeterminowanych ról związanych z płcią (por. Anderssen i in. 2002; Bos, Sandfort 2010; Fulcher i in. 2008; Green i in. 1986; Hoeffer 1981; Stacey, Biblarz 2001; Sutfin i in. 2008).
(…)
Badanie wykazało, że główną zmienną wyjaśniającą nie była tożsamość seksualna rodziców, a podział ról w ich związku. Im podział ten był bardziej egalitarny (rodzice starali się po równo dzielić między sobą pracę zarobkową i obowiązki domowe), tym mniej stypizowane były ich dzieci pod względem płci kulturowej – szczególnie w kwestii preferencji przyszłego zawodu. Co ciekawe, w badaniu okazało się, że dzieci z rodzin bardziej egalitarnych w mniejszym stopniu przypisywały poszczególne aktywności czy zawody jednej z płci, co oznacza, że w mniejszym stopniu były one świadome kulturowych stereotypów płci (por. Fagot, Leinbach 1995; Lackey 1989; Lippa 2002). Transgresje ról płciowych w takich rodzinach są rzadziej postrzegane jako coś negatywnego, choć w przypadku chłopców spektrum akceptowalnych zachowań wykraczających poza role tradycyjnie przypisane mężczyznom jest węższe, niż w przypadku dziewczynek (Fulcher i in. 2008; Helwig 1998, Sutfin i in. 2008).”


Kolejnym ważnym argumentem jest to, że dzieciom z takich rodzin nie będzie powodziło się w miłości, bo najczęściej i tak będą szły śladem swoich rodziców, a te oporne i niewzruszone w byciu heteroseksualnym, nie będą wiedziały jak się obejść z płcią przeciwną. Tutaj kontrargumentów jest co niemiara. Gdyby założyć, że orientacja seksualna dzieci jest determinowana przez orientację ich rodziców, to przede wszystkim należałoby odrzucić ugruntowaną już wiedzę o prenatalnej genezie homoseksualizmu. Wprawdzie pełnej zgodności wśród naukowców nie ma, co powoduje, że całkiem sporo jest zwolenników teorii, iż homoseksualizm jest chorobą nabytą, a przynajmniej skutkiem niewłaściwego wychowania, to jednak w tym drugim przypadku, trzeba by się jeszcze zastanowić, dlaczego większość homoseksualistów pochodzi z rodzin heteroseksualnych. Owszem, mniejszość mniejszością, co przekłada się na odpowiednie procenty, ale jakąś winą tych hetero trzeba by w takiej sytuacji również obarczyć.
Przytaczane są przypadki samotnych rodziców, którzy choć nie są biologicznie matką i ojcem jednocześnie, to już w sferach emocjonalnych potrafią nimi być. Z pomocą przychodzą też dziadkowie, rodzeństwo, koledzy, nauczyciele... w ostateczności tylko literatura. Zresztą gdyby sięgnąć choćby do czasów mojego dzieciństwa i wczesnej młodości, to jakie wówczas było wychowanie seksualne? Najczęściej wcale go nie było.
Wydaje mi się, że wiele złego robi przekaz medialny. Gdyby ktoś mnie zapytał, z czym kojarzy mi się para gejów, to odpowiedziałbym, że z dwójką wulgarnych i wypacykowanych facetów na paradzie równości. Z takiego przekazu płyną wnioski, że osoby homoseksualne bardzo lekko traktują związki, że w zasadzie chodzi tylko o seks, nie ma żadnych norm, a podstawowymi epitetami je określającymi są infantylizm, egoizm i narcyzm. Za słabo podkreśla się, że jest to tylko pewien typ osób homoseksualnych, a być może tylko ludzi, których celem jest jedynie zwrócenie uwagi na problem.
No i tutaj zdecydowanie w sukurs przychodzi pozycja dr Mizielińskiej. Pary homoseksualne, to normalni ludzie. Tacy, którzy pracują, płacą podatki, odprowadzają swoje dzieci do przedszkoli i szkół. Tacy którzy mają swoje zainteresowania i pasje. Jedyne co im przeszkadza, to nierówne traktowanie i brak mądrych zapisów ustawodawczych. Skoro już wiadomo, że takie rodziny istnieją, to po co stwarzać problemy. Zadam tylko jedno pytanie. Co się stanie z dzieckiem dwóch lesbijek, gdy umrze ta, która według prawa jest matką? Przy złej woli jakiegoś urzędnika, trafi do mnie.
Jesteśmy jednym z tylko sześciu krajów Unii Europejskiej, w których ustawodawca nie zna pojęcia związków partnerskich. Dodam tylko (co mnie zaskoczyło), że w każdym z pozostałych krajów, dozwolona jest adopcja przez pary jednopłciowe. Do tego w wielu przypadkach najpierw była legalna adopcja, a dopiero później małżeństwo, czy też formalny związek.

Na koniec dochodzę być może do kwestii najważniejszej w zadanym pytaniu: "dlaczego nie?"
Nie, bo tradycja. Nie, bo kultura. Nie, bo religia. Nie, bo takie mam poglądy. Na co mi argumenty. Dziecko zapewne i tak woli mieszkać w domu dziecka, niż w rodzinie jednopłciowej. Dlaczego? Bo przecież to jest wbrew naturze. Niektórzy nawet idą o krok dalej, proponując zapytanie dziecka o zgodę. Już widzę miny naszych czterolatków, gdy zadaję im takie właśnie pytanie.
Rozumiem, że dla kogoś ważna jest wiara. Rozumiem, że Bóg stworzył kobietę i mężczyznę, a nie pozostał tylko przy Adamie. Mogę się najwyżej zastanawiać, dlaczego stworzył też homoseksualistów? „Pomyłka liczebna”, czy jednak „wodzenie na pokuszenie”. Jednak w mojej ocenie, są to przekonania dotyczące mnie, konkretnej jednostki i nie mam prawa przerzucać ich na całe społeczeństwo. To mniej więcej tak, jakby Świadkowie Jehowy zaczęli walczyć o zakaz transfuzji krwi w całym kraju, bo dla nich jest to jeden z najważniejszych punktów wiary.
Gdy byłem mały, to mówiło się, że jesteśmy sto lat za murzynami. Teraz, aż strach używać takich określeń. Powiem więc, że w kwestii adopcji przez osoby homoseksualne, jesteśmy mniej więcej na etapie rozważań, jakie miały miejsce za oceanem ponad trzydzieści lat temu. Można się sprzeczać, kto jest za kim. Ja uważam, że mleko już się rozlało i teraz należy raczej spytać „kiedy?”, a nie „czy?”.
Sporo osób zadaje też pytanie „dlaczego?”. Przecież do ośrodków adopcyjnych ustawiają się kolejki. Dlaczego je wydłużać rodzicom heteroseksualnym, rodzinom w których jest mama i tata? Myślę, że na to pytanie już każdy sam sobie musi odpowiedzieć, w oparciu o własne przekonania i dostępną wiedzę. Być może moje rozważania w jakiejś mierze to ułatwią.

Polecam też do przeczytania:




czwartek, 20 czerwca 2019

--- Czterolatkiem być


Podobno najtrudniejszym okresem w życiu każdego człowieka jest wiek dorastania. Być może. Nie zamierzam z tą tezą polemizować. W każdym razie czterolatki są niezłym preludium do tego co ma nastąpić później.
Ostatnio całkiem sporo czasu spędziłem z naszą czwóreczką czterolatków (plus/minus kilka miesięcy), ponieważ wszyscy jak jeden mąż, zachorowali na ospę. Niestety nijak się to nie przekładało na wyciszenie i ubolewanie nad swoim stanem. Dzieciaki roznosiły dom i ogród. Trampolina nie była już wystarczającym sprzętem wysysającym energię z naszych dzieci, a na spacery do lasu i na plac zabaw nie mogliśmy sobie pozwolić, bo przecież stanowiliśmy ognisko zarazy.

Wymyśliłem, że wspólnie zrobimy piaskownicę. Trochę się rozmarzyłem i postanowiłem, że będę dla dzieci jako ten mistrz, w którego wpatrzeni, będą budować wiarę w siebie, będą dążyć do samodzielności i z ufnością patrzyć w świat. Chciałem chociaż na te kilka dni zapomnieć, że istnieje coś takiego jak „szlaban” i „wypad”, jak kara i nagroda. Chciałem połączyć idee Marii Montessori i Alfie Kohna.

Zanim tę historię opiszę, spróbuję w kilku słowach skupić się na najbardziej charakterystycznych cechach każdego z naszych dzieci. Niby każde jest inne, ale jednak po tych kilku wspólnych dniach stwierdziłem, że w zasadzie są takie same... chociaż mam pewien opór, aby napisać, że są zwyczajnymi czterolatkami.

Balbina jest typem przywódcy. Gdy mieszkała ze swoją mamą, to rządziła wszystkimi, nawet nią. Jednocześnie była hołubiona, wyróżniana wśród rodzeństwa, wszystko było jej wolno, spełniano każdą jej zachciankę (co ma miejsce nawet teraz w trakcie spotkań z mamą). Przez pewien czas, trudno było jej zaakceptować to, że teraz jest już tylko jedną z równych.

Ptyś z kolei jest chłopcem zakompleksionym, mającym bardzo niską samoocenę. Rzadko wdaje się w bójki, czy dyskusje słowne. Jest często na uboczu, lubi bawić się sam. Niektórzy podobno doszukiwali się w jego zachowaniu jakichś zaburzeń. Moim zdaniem jest typem samotnika, dziecka introwertycznego, którego sposób bycia jest być może następstwem doświadczeń z wczesnego dzieciństwa. Zdarzają mu się momenty odrętwienia (gdy ktoś na niego krzyknie, albo tylko zwróci mu uwagę). Stoi wówczas nieruchomo, z wzrokiem wpatrzonym w tę osobę... i nic nie mówi. Jest to podobno typowe zachowanie dzieci, które doświadczały, lub były świadkiem przemocy. Takie dziecko myśli sobie „skoro się nie ruszam, to może mnie nie zauważy”. Wkrótce zapoznamy się z jego oceną psychologiczną, która być może rzuci szersze światło na przyczyny takich zachowań.

Remus w pewien sposób funkcjonuje jako maskotka towarzystwa. Jest pogodny, spolegliwy, nie wadzi nikomu. Jest typem, który nie ma wrogów. Chociaż potrafi też być humorzasty, łącznie z robieniem scen i rzucaniem się na podłogę. Ciekawe jest to, że o dziecku niemal idealnym trudno jest napisać coś więcej. Zdecydowanie łatwiej opisuje się jego brata bliźniaka.

A zatem Romulus... chłopiec ciągle walczący o nasze względy (niestety wyróżniając się głównie niewłaściwym zachowaniem). Wchodzi w spory z każdym z pozostałych dzieci (również ze swoim bratem). Potrafi kopnąć, ugryźć, popchnąć... tak bez przyczyny, dla wyrzucenia z siebie emocji. Zupełnie tego nie kontroluje. Potrafi zaatakować także Balbinę, chociaż dobrze wie, że ta nie będzie mu dłużna. A potem jest wielki płacz i skarżenie „bo Balbina mnie uderzyła”. Jest nieprzetłumaczalny. Skarcony, po kilku minutach robi dokładnie to samo. Za to doskonale sprawdza się w relacji „jeden – na jeden” z opiekunem.

Pomysł z robieniem piaskownicy kiełkował w mojej głowie już od dawna. W zasadzie od momentu, gdy podręczna piaskownica w krótkim czasie została pozbawiona całej zawartości piasku, a dzieci wykopały w ziemi pod domem wielki dół, będący substytutem plaży z wielką ilością pięknego i czystego piachu.

Samowolka budowlana naszych dzieci

Przypomniałem sobie, że piętnaście lat temu, gdy spychacz kształtował teren naszego ogrodu, wyłoniła się spod ziemi warstwa pięknego (niemal morskiego) piasku. Przez jakiś czas z tej naturalnej piaskownicy korzystały nasze córki, jednak z biegiem lat wszystko zarosło rozmaitym zielskiem.
Z zapałem zabrałem się do pracy. Po kilku dniach dotarło jednak do mnie, że podjąłem się heroicznego zadania. Nie dość, że musiałem przekopać ponad trzydzieści metrów kwadratowych ziemi (odwracając wszystkie warstwy do góry nogami na głębokość jednego metra), to jeszcze naruszyłem konstrukcję dotychczasowej huśtawki. Okazało się, że jest ona już na tyle spróchniała, że dalsza jej eksploatacja grozi katastrofą budowlaną. Niewiele się namyślając, usiadłem do komputera i w ciągu godziny zamówiłem nową huśtawkę, dumnie nazywaną „placem zabaw”. Wyglądała bardzo ładnie, była kolorowa i zrobiona z drewna cedrowego. Jako produkt pochodzący wprost z Ameryki, nie wzbudzała we mnie jakichś podejrzeń, zwłaszcza że w opisie stało jak wół: „bardzo łatwy montaż”.

Tyle pozostało ze starej huśtawki


Prace odkrywkowe, mające na celu przywrócenie dawnej świetności naszej piaskownicy, rozpocząłem oczywiście razem z dziećmi. Nie przypuszczałem, że będą mi one towarzyszyć niemal bez przerwy, przez ponad tydzień. Niewątpliwie była to dobra lekcja o życiu czterolatków. Najpierw dotarło do mnie, że u dzieci w tym wieku zaczyna tworzyć się pojęcie przyjaźni. Dyskusje na temat tego, kto kogo kocha, a kto nie kocha, mogą trwać niemal w nieskończoność. Z ogromną łatwością przychodzi im powiedzieć „nie lubię cię”, ale też usłyszenie takiego tekstu sprawia im ogromną przykrość. Dla własnego bezpieczeństwa, nie pytałem, co myślą o mnie. Rozchwianie emocjonalne powoduje, że z bardzo dużą częstotliwością przechodzą od euforii do płaczu. Często obrażają się z byle powodu.
Wkrótce też musiałem się zmierzyć z ich gadatliwością. Z pewnym niedowierzaniem stwierdziłem, że buzie im się nie zamykają i w ciągu jednego wspólnie spędzonego dnia, potrafią zadać kilkaset pytań (każde z osobna). Na co dzień aż tak bardzo tego nie zauważam, ponieważ rzadko mi się zdarza pobyć z nimi dłużej niż dwie-trzy godziny bez przerwy, a do tego nie skupiam się w tym czasie tylko na jednej czynności.
Nawet nie miałbym nic przeciw ich gadulstwu. Przecież moim założeniem było bycie kreatorem środowiska. Dzieci przez swoją spontaniczną aktywność i samodzielnie podejmowane decyzje, miały odkrywać swoje zdolności i zdobywać nową wiedzę.
Okazało się, że zadając pytania, wcale nie oczekiwały na nie odpowiedzi, albo może jeszcze nie potrafią skupić się na słuchaniu. Nawet jak odpowiadałem im w sposób bardzo wyczerpujący, to za kilka minut pytały o to samo. Niestety ich pytania nie były jakieś wyszukane. Spodziewałem się, że będą dociekać, dlaczego ziemia na górze jest czarna, a pod spodem jest biały piasek, albo co dzieje się z roślinkami, które wyrywam. Byłem przygotowany na udzielenie im odpowiedzi na każdy temat... nawet skąd się biorą dzieci. Niestety wyszło na to, że ich pytania brzmiały mniej więcej tak (w różnych kombinacjach, wariacjach i permutacjach): „a co robisz?”, „kiedy skończysz?”, „kiedy zrobisz huśtawkę?”, „długo jeszcze?”, „kiedy będzie gotowe?”, „rób, nie siedź”, „nudzi mi się”, „chce mi się pić”, „chcę się huśtać”.

W tym momencie zwątpiłem, czy chcę to miejsce udostępnić naszym dzieciom

Pojawiło się też pytanie, jak ustawić plac zabaw, aby nie wyciąć ani jednego drzewka

Gdy próbowałem zainteresować je jakimś tematem, odnosiłem wrażenie, że dzieciaki wcale mnie nie słuchały. Do tego często porozumiewały się sobie tylko znanymi zwrotami (np. ajajzyto, czy apupalaska), co w pewien sposób wykluczało mnie z kręgu dyskutantów. Dotarło do mnie, jak ja mało o nich wiem. Koniec końców, niestety wszedłem w ich konwencję dyskusji, co przełożyło się na to, że w kółko odpowiadałem: „robię piaskownicę”, „robię to samo co przed chwilą”, „ jeszcze trzy dni”, „widzisz tu jakąś huśtawkę?”. Odnosiłem wrażenie, że cała czwórka droczyła się też ze mną, stosując sformułowania, o których wiedzą, że mnie irytują. Często miała więc miejsce wymiana zdań typu:

  • Co?
  • Pstro.
  • Słucham?
albo

  • A dlaczemu?
  • Nie ma takiego słowa.
  • A dlaczego?
lub

  • Chcę pić!
  • Nie rozumiem.
  • Proszę pić.
W planach miało być budowanie wzajemnych relacji opartych na zaufaniu i szacunku. Chciałem pokazać piękno pracy fizycznej. Chciałem ich włączyć do wspólnej aktywności.
Wyszło na to, że czterech inteligentów stało nad jednym kopaczem, ciągle pytając „kiedy będziemy mogli się bawić w piasku?”, czasami tylko sprawdzając, czy aby nie wykopałem zbyt płytkiego rowka. Dlatego wszystkie moje plany wzięły w łeb. Cieszyłem się, gdy dzieci szły na trampolinę, coś zjeść, albo na południową drzemkę. Cieszyłem się, gdy szły gdziekolwiek.
Niestety to gdziekolwiek też powodowało, że musiałem mieć oczy szeroko otwarte. Każde z moich czterolatków ma wspólną cechę, która jest jednocześnie pozytywna i negatywna, jednocześnie należałoby ją wzmacniać jak i osłabiać. Chodzi o skarżenie. „Kablują” na siebie niemal na okrągło. I chociaż powinienem potępiać skarżypyctwo, to często mówię „idź sprawdź, czy ktoś nie broi za domem”.
Któregoś dnia przybiegł Ptyś, krzycząc „Romulus wchodzi w te liście!”. „A niech wchodzi” - odpowiedziałem, myśląc o winobluszczu. Okazało się, że wszedł w świeżo posadzone róże i wiele połamał (dwie nadal znajdują się na OIOM-ie ). Trudno zliczyć wszelkie irracjonalne zachowania dzieci i powodowane przez nie szkody. Trudno też określić, które z nich jest w tej materii lepsze, czy gorsze. Remus potrafi wleźć na drzewo i pozrywać niedojrzałe jabłka, Ptyś wręcz rozkoszuje się rozsypywaniem piasku, Romulus zjada gąbki do mycia, a Balbina uwielbia siadać w najpiękniejszą kępę kwiatów. Tak mógłbym wymieniać jeszcze długo.

Dlatego uznałem kultywowanie naturalności naszych pociech, za kiepską metodę wychowawczą. Tym bardziej, że nawet trudno tutaj mówić o jakiejś większej spontaniczności. W założeniu to ja miałem być tym, którego dzieci chcą naśladować i z którym chcą się utożsamiać. W praktyce wyszło, że najchętniej uczą się od siebie... i to tych najgorszych rzeczy.

Być może to jeszcze nie ten czas, nie ten wiek dzieci, za duża ich ilość, zbyt płytka moja wiedza i doświadczenie, albo zwyczajnie są to techniki możliwe do zastosowania tylko w przypadku wyjątkowych dzieci. W każdym razie szybko wróciłem do sprawdzonych i skutecznych metod. Montessori i Kohn muszą jeszcze poczekać.
Niedawno była u nas w odwiedzinach Jowita (nasza koordynatorka). Nie wnikam w to, ale pewnie są pytania, które należy dzieciom zadać, aby ocenić ich relacje z rodzicami zastępczymi. Miała więc miejsce taka oto wymiana zdań:

  • A co się dzieje, jak jesteście niegrzeczni
  • Jest wypad.
  • I co wtedy?
  • Uciekamy przed wujkiem.
Coś w tym jest, ponieważ gdy wieczorem wszyscy mają już leżeć w swoich łóżkach, a ja wchodzę do pokoju (widząc przez elektroniczną nianię, że towarzystwo świetnie bawi się na podłodze) – to jest tylko „myk-myk” i nagle każde z dzieci leży w swoim łóżku, przykryte po czubek nosa.
Oczywiście nie śmiem twierdzić, że któreś z nich robi to dlatego, aby sprawić mi przyjemność. Zwyczajnie działam tutaj z pozycji siły, chociaż nie stosuję ani siły fizycznej, ani psychicznej.
O co więc chodzi? Powiedziałbym, że moje metody wychowawcze opierają się na sztuce prowadzenia negocjacji. Ładniej można powiedzieć, że wpajam w dzieci zasady i pokazuję czym są konsekwencje i umiejętności pójścia na kompromis. A tak naprawdę, to chodzi o „przekupstwo i szantaż”, „karę i nagrodę”. Majka uważa, że uczymy dzieci w ten sposób tego, że robi się tylko coś za coś, że dzieci nie uczą się bezinteresowności, altruizmu.
Może ma rację, chociaż jej tłumaczenia i próby dotarcia do głębszych pokładów umysłu też nie za bardzo zdają egzamin.
Moje postępowanie z dziećmi, może nie jest na topie obowiązujących trendów psychologicznych, ale ma jedną podstawową zaletę. Uczy dzieci mechanizmów, które będą obowiązywały przez całe ich dorosłe życie.
Pokazuję jakie korzyści spłyną na dziecko, gdy dostosuje się do naszych oczekiwań, oraz jakie poniesie straty gdy nas nie posłucha. Owszem jest to działanie z pozycji siły (bo przecież konsekwencje w czystej postaci, dzieją się same, a tutaj to ja określam zasady). Ale przecież gdy pójdzie kiedyś do pracy, to też będzie musiało dostosować się do obowiązujących reguł. Już teraz w przedszkolu obowiązują one w łagodniejszej formie. Romulus wie, że jak kogoś ugryzie, to będzie siedział przy osobnym stole, a Balbina musi pogodzić się z tym, że nawet księżniczki nie przebierają się w przedszkolu w nowe kreacje. Pewnie, że są osoby, które w dorosłym życiu ciągle idą pod prąd. Ale niech to będzie ich własna decyzja, wynikająca z ich potrzeb... a nie efekt wychowywania od najmłodszych lat. Nasze dzieci są jeszcze w tym wieku, w którym ciągle próbują, ciągle testują swoich opiekunów. Ostatnio doszliśmy do wniosku, że Balbina sobie wykombinowała, że jak zrobi siku w majtki, to dopnie swego i pani przedszkolanka i tak ją przebierze. No to od kilku dni mówimy jej (zawożąc do przedszkola), że zapomnieliśmy rzeczy na zmianę i jak zrobi siku, to będzie się musiała przebrać w rzeczy Ptysia. Na razie działa.
Tak więc codziennie negocjuję z naszymi maluchami, co będzie gdy postąpią tak, czy inaczej. Najważniejsze jednak, aby groźba była realna (bo przecież trzeba być konsekwentnym), a nagroda nie nastąpiła zbyt szybko... najlepiej tuż przed końcem zaplanowanej czynności, albo pod koniec dnia. Dzieci wyjątkowo łatwo dostosowują się do wyznaczonych reguł. Nie ma więc większego problemu, gdy Ptyś dostaje po kolacji „krówkę”, a reszta na to patrzy. Czasami tylko muszę nieco przymknąć oko (obniżając poprzeczkę), bo taki Romulus mógłby nigdy nie zjeść tej przysłowiowej krówki.

Wracając do budowy placu zabaw... też musiałem w pewnym momencie przejść do negocjacji. Trzeba było jakoś utemperować ten przemądrzały wulkan energii. Ustaliliśmy, że jak tylko będzie gotowy fragment piaskownicy o wymiarach dwa na dwa, to dzieciaki będą mogły przynieść swoje zabawki i się tam bawić - dając mi tymczasem święty spokój. Wprawdzie nie wiedzą one co to jest dwa na dwa, ani nie mają poczucia upływającego czasu, to jednak podświadomie czuły, że ta nagroda jest już w zasięgu ręki.

Puzzle dla prawdziwego mężczyzny
Najgorzej było, gdy zabrałem się do budowania wyposażenia. Okazało się, że ten łatwy montaż polegał na połączeniu do kupy 118 listew, za pomocą 11 kilogramów rozmaitych wkrętów, śrub i okuć. Nasze zuchy czuły ogromną potrzebę wykonania tej czynności samodzielnie. Na to niestety zgodzić się nie mogłem, ale pozwalałem im być w pobliżu, czasami potrzymać jakąś listewkę, albo wkręt. Bywało, że Majki nie było w domu, a ja nagle potrzebowałem trzeciej, albo czwartej ręki do przytrzymania jakiegoś elementu. W takich momentach dzieci czuły się naprawdę ważne i potrzebne. Z dumą patrzyły jak budowa coraz bardziej pnie się do góry i nawet przestały co chwilę pytać „kiedy wreszcie będzie koniec?”. Po kilku dniach wszyscy doczekaliśmy uroczystego otwarcia. Nie było łatwo, chociaż ten spędzony razem czas z pewnością korzystnie wpłynął na nasze wzajemne relacje.

Nadzór budowlany podczas inspekcji

Efekt końcowy


Jednak morał tej historii jest zupełnie inny: „nie ma to jak wysłać czterolatka do przedszkola”.