niedziela, 19 maja 2019

--- Historia prawdziwa


Od czasu gdy zostałem pogotowiem rodzinnym dużo rzeczy się zmieniło, sporo moich poglądów uległo przewartościowaniu, okazało się, że o wielu sprawach nie miałem dotychczas pojęcia.
Opiszę dzisiaj pewną historię, która wydarzyła się kilka lat temu. Dostałem pozwolenie od rodziców zastępczych na opublikowanie jej na moim blogu (oczywiście przy zachowaniu pełnej anonimowości). Rodzice ci, są obecnie opiekunami prawnymi dzieci, więc można się domyślić jak wszystko się skończyło.

Majka zadała mi pytanie, dlaczego chcę opisać te wstrząsające wydarzenia. Czy przypadkiem nie chodzi mi o wzbudzanie taniej sensacji.
Wydaje mi się, że tak jak moje życie zmieniło się, gdy zostałem rodzicem zastępczym, tak samo życie rodziców decydujących się na adopcję ulega wielkiemu przeobrażeniu. Na początku wielu z nich nie zastanawia się jakie mogą być losy dzieci, które za jakiś czas do nich trafią. Niektórzy mówią, że są to biedne sierotki, które na nich czekają. Może jest to tylko przenośnia, bo przecież wiadomo, że sierotek do adopcji nie ma. Każde z tych dzieci ma swoich rodziców biologicznych i swoją historię. Czasami bardzo mroczną – tak jak ta dzisiejsza. Na szkoleniach dla rodziców adopcyjnych zapewne wiele się mówi o traumach, rozmaitych zaburzeniach, o tym, że dzieci mogły być bite, czy molestowane. Ale to są tylko ogólniki. Dlatego zdecydowałem się na ten wpis. Bo to jest konkretny obraz, który przemawia do wyobraźni. Tak może wyglądać przeszłość dziecka i wynikające z niej późniejsze jego zachowania w rodzinie adopcyjnej.

Jest to historia prawdziwa, jednak aby było ciekawiej, przedstawię ją w postaci scenki. Teksty wypowiadane przez poszczególne postaci są wymyślone przeze mnie (bo przecież nie byłem na rozprawie). Niestety to o czym jest mowa, miało miejsce w rzeczywistości.
Bohaterami jest Marta, Sędzia, Starszy, Młodszy i Gwiazda.
Marta jest dwudziestoparoletnią dziewczyną, mającą trójkę dzieci w wieku od czterech do sześciu lat, której dzieci odebrano i umieszczono w rodzinie zastępczej.
Akcja rozgrywa się w sądzie rodzinnym. Marta stara się o odzyskanie dzieci.

Sędzia: Pani celem jest powrót dzieci do pani. Jednak, żeby to nastąpiło, musi pani wykazać, że potrafi sprawować opiekę nad dziećmi, że ma pani jakieś mieszkanie i pracę, która jest podstawą utrzymania rodziny.

Marta: Wynajmuję teraz mieszkanie dwupokojowe, zamierzam wkrótce podjąć pracę.

Sędzia: To z czego się pani teraz utrzymuje?

Marta: Mieszkam z partnerem, który mnie utrzymuje.

Sędzia: Ale nie jest on ojcem dziecka?

Marta: Nie.

Sędzia: Każde z pani dzieci ma inne nazwisko.

Marta: Tak, każde ma innego ojca.

Sędzia: W ciągu ostatnich kilku lat, wielokrotnie zmieniała pani miejsca zamieszkania.

Marta: Mam do tego prawo.

Sędzia: A może te zmiany wynikały z presji opinii społecznej? Może zmiana miejsca zamieszkania miała służyć otwarciu nowej karty, rozpoczęciu wszystkiego od początku?
Pamięta pani, jak przyprowadziła do sklepu Starszego w samej piżamie? Albo gdy Młodszy z Gwiazdą bawili się na zewnętrznym parapecie okna w mieszkaniu na drugim piętrze... pani wówczas spała. Albo, gdy same chodziły po ulicy, a pani spała w mieszkaniu. Mogę jeszcze wspomnieć okres, gdy waszym domem był samochód. Mieszkaliście nad jeziorem i bywało, że dzieci (przypomnę, że miały wówczas dwa, trzy i cztery lata) same bawiły się w jeziorze – bo pani również spała.

Marta: To są tylko pomówienia.

Sędzia: Nieprawda, przecież to wszystko jest w notatkach służbowych policji, która była wzywana przez osoby postronne.

Marta: Ale przecież nie zawsze da się upilnować dzieci. Gdy wyszły przez okno, to ja byłam w sklepie. Chodziły po ulicy i kąpały się w jeziorze, bo Starszy potrafił już otworzyć drzwi. Ja pracowałam na nocki, więc musiałam odespać to rano. A Starszy poszedł do sklepu w piżamie, bo tak chciał.

Sędzia: A gdyby chciał pójść nago, to też by mu pani pozwoliła? Ponadto nigdy nie mieszkała pani sama, zawsze był przy pani jakiś partner, bywało że nawet ojciec któregoś dziecka. Jaką rolę ci mężczyźni pełnili w opiece nad dziećmi?

Marta: Też się nimi opiekowali... tak jak potrafili.

Sędzia: Ale chyba nie bardzo potrafili, bo dzieci często były bite, nawet za rozrzucone chrupki. Zresztą pani również nie oszczędzali.

Marta: Niektórzy byli mili.

Sędzia: Tylko że ten jeden miły, gdy przyłapał panią na zdradzie, to popełnił samobójstwo.

Marta: To jego problem, niczego mu nie obiecywałam.

Sędzia: Zatrzymajmy się jednak na pani partnerach i życiu, które pani prowadziła.
Jak pani wytłumaczy to, że Gwiazda spała z pięćdziesięcioletnim, zupełnie obcym mężczyzną, w jednym łóżku. Przecież on ją mógł molestować.

Marta: To było niemożliwe. On był całkowicie pijany.

Sędzia: A jednak bywały sytuacje, gdy Gwiazda kładła się na Młodszym i symulowała ruchy frykcyjne.

Marta: To była tylko zabawa.

Sędzia: A gdy łapała dorosłych mężczyzn za krocze i pytała „masz dużego chuja?”, to też była zabawa? Albo gdy Starszy, wśród stosu psującego się jedzenia, znalazł na stole zużytą prezerwatywę, po czym ściągnął majtki i próbował ją sobie założyć na członka – to też była zabawa? Przecież oni musieli to gdzieś widzieć.

Marta: (milczenie)

Sędzia: Mamy zeznania jednej z osób, która podsłuchała rozmowę telefoniczną pani znajomego. Jak stwierdziła: „obleśnego pięćdziesięciolatka poznanego na facebooku”, który miał się wyrazić słowami: „wszystko jest na dobrej drodze, mam młodą dziewczynę i córeczkę”.

Marta: Nie wierzę w te słowa.

Sędzia: Może tylko dlatego, że zanim przyjechała policja, mężczyzna zdążył uciec i więcej się już nie pojawił.
Wróćmy do obecnej sytuacji. Mieszka pani z kolejnym partnerem. Kim jest ten człowiek, czym się zajmuje?

Marta: Pracuje w Anglii na budowie. Planujemy wziąć ślub.

Sędzia: Ale ostatnio jakoś często jest widywany w pani obecności. Wydaje się, jakby kontrolował wszelkie pani poczynania. Nawet nie opuszcza pani podczas spotkań z dziećmi w rodzinie zastępczej, chociaż w zasadzie nie ma żadnych praw do dzieci... nie jest przecież ojcem żadnego z nich.
A może odpowie pani na pytanie, dlaczego pani partner pozwala, aby uprawiała pani seks z innym mężczyzną. Mamy film, na którym widać jak przebywa w pokoju z pani dziećmi, po czym te biegną do sąsiedniego pokoju. Na nagraniu słychać jego krzyk: „natychmiast wracajcie” i odgłosy tego, co działo się obok.

Marta: Może to tak wygląda na tym nagraniu, ale ja tylko oglądałam film w drugim pokoju.

Sędzia: To przejdźmy do pani kompetencji rodzicielskich. Podobno dzieci ciągle chodziły głodne i brudne, w mieszkaniu panował bałagan, w wannie była mieszanka zużytych pieluch, psującego się jedzenia i robaków... które akurat w takim środowisku świetnie się czuły. Natomiast dzieci jadły resztki, które spadły na podłogę. Młodszy mając już ponad rok miał przykurcze, ponieważ był ubierany w kaftaniki dla niemowląt? Czy to prawda?

Marta: Nie to nie jest prawda, dzieci zawsze były zadbane i najedzone.

Sędzia: Ale to są opinie pracownika socjalnego z pomocy społecznej. Może właśnie dlatego tak często zmieniała pani miejsce zamieszkania?
Przejdźmy do kolejnego wątku. Młodszy był najczęstszym obiektem przemocy fizycznej. Był bity przez panią, pani partnerów, a nawet przez Gwiazdę... na co przymykała pani oko. A może nawet ją pani zachęcała.

Marta: Młodszy jest upośledzony, jest dzieckiem z gwałtu dokonanego na mnie przez osobę chorą psychicznie. Być może z tego to wynikało.
Ale gdy go straciłam, to teraz wiem, że go kocham.

Sędzia: Ale z wywiadu przeprowadzonego przez pracownika pomocy społecznej wynika, że nie wie pani kto jest ojcem Młodszego. 

Marta: (milczenie)

Sędzia: Podobno kiedyś zawiozła pani dzieci do swojej mamy stwierdzając, że albo się nimi zaopiekuje, albo odda je pani do domu dziecka.

Marta: Byłam wówczas pod ścianą, musiałam wyjechać do Anglii. Ale potem wróciłam i je zabrałam do siebie.

Sędzia: Podobno pani komentarz brzmiał: „bo mi zabrali zasiłek na dzieci”.
Ale dobrze, podsumujmy tę naszą rozmowę. Uważa pani, że dzieci powinny do pani wrócić i jest pani dobrą matką?

Marta: Tak

Dzieci wiele rzeczy wypierały ze swojego umysłu. Nie chciały pamiętać, że były bite, że ich mama też była bita. O domniemanych czynnościach seksualnych świadczyła tylko niechęć przed dotykiem, chociaż po pewnym czasie to również minęło. Ich wspomnienia były bardzo wybiórcze. Często jeden mówił „tak”, a drugi „nie”.
Przedstawię jeszcze fragment rozmowy psychologa z dziećmi.

Psycholog: Słuchajcie, mieszkaliście kiedyś w samochodzie. Pamiętacie to?

Starszy: Tak, to było nad takim jeziorem.

Psycholog: A gdzie wtedy robiliście siku?

Starszy: Na trawie.

Psycholog: A jak była zima i był śnieg?

Starszy: To na śniegu.

Psycholog: A gdzie się wtedy myliście?

Starszy: Tam gdzie się leje benzynę.

Psycholog: A co jedliście na śniadanie?

Gwiazda: Bułę z dżemem.

Psycholog: A na obiad?

Młodszy: Bułę.

Psycholog: A na kolację?

Młodszy: Nic.

Psycholog: A pamiętacie, jak mieszkaliście w takim długim domu, gdzie było wiele pokoi.
Byliście tam z mamą i wujkiem. Wszyscy mieszkaliście w jednym pokoju?

Starszy: Nie, tata miał jeden, mama jeden i my jeden.

Psycholog: Ale tam już była łazienka i mogliście się kąpać w wannie?

Starszy: Nie.

Psycholog: To gdzie robiliście siku?

Starszy: No też na trawie.

Psycholog: A macie jakąś babcię?

Młodszy: Nie.

Psycholog: Ale kilka miesięcy temu u niej byliście. Był tam taki fajny piesek, miał na imię Burek. Pamiętacie?

Gwiazda: Nie.

Psycholog: A czy ktoś was bił?

Młodszy: Nie.

Psycholog: A mamę?

Młodszy: Nie.

Psycholog: To dlaczego miała wybite dwa zęby?

Młodszy: Nie wiem, ale jej urosną. Starszemu też urosły.





niedziela, 12 maja 2019

--- Cietrzew


W zasadzie to ja jestem spokojnym człowiekiem. Bywa jednak, że raz na jakiś czas się zacietrzewiam. Poprzednim razem miało to miejsce, gdy byłem nastolatkiem. Poszedłem do sklepu spożywczego i ustawiłem się grzecznie w kolejce za obsługiwanym właśnie klientem. Po mnie przyszła jakaś stara baba (teraz to bym powiedział, że dziewczyna w średnim wieku). Stanęła z drugiej strony i powiedziała, że mnie nie wpuści przed siebie, bo w tym sklepie ogonek ustawia się od prawej strony. Byłem tam po raz pierwszy i nie musiałem znać zwyczajów... więc jej „pocisnąłem”.

Wczoraj miało to miejsce po raz drugi. Wdałem się w dyskusję z pewną osobą na jednej ze stron w internecie. Po czasie okazało się, że ją obraziłem. Ale do takiego wniosku doszedłem, gdy wyjawiła, że jest mamą adopcyjną. Zresztą nie ukrywała, że poczuła się dotknięta.
Wszystko zaczęło się od umieszczenia na tej stronie linka do mojego bloga (zresztą z bardzo miłym komentarzem). No i odezwała się dziewczyna, która stwierdziła, że mamy jakieś pretensje do losu o to, że musimy oddać dzieci do adopcji, że jako rodzina zawodowa dostajemy kasę, więc nie mamy prawa do emocji, nie powinniśmy pozwolić aby dziecko nas pokochało. Krótko podsumowując: „zaopiekuj się dzieckiem, a potem wypad z jego życia”. Przez jakiś czas byłem cierpliwy, ale w końcu mnie poniosło. Nawet przeszliśmy pod koniec na formę Pan/Pani... chociaż nie ja zacząłem.

Za chwilę przytoczę moje odpowiedzi. Niestety nie mam prawa cytować wypowiedzi strony przeciwnej (bo chyba dotyczyło to grupy zamkniętej na FB), więc można się tylko domyślać jakie zarzuty były skierowane w moją stronę.
Zdecydowałem się na ten dzisiejszy wpis, ponieważ okazuje się, że wchodzi tutaj sporo osób oczekujących na adopcję, albo rozważających taką ewentualność. Tym razem zacytuję jednego z polityków: „nie idźcie tą drogą”.
Nasza pani psycholog z ośrodka adopcyjnego uważa, że mamy ogromne szczęście do rodziców adopcyjnych. Chociaż może nie tyle my, co dzieci, które od nas odchodzą. Chęć zresetowania całej historii dziecka i rozpoczęcia wszystkiego od zera, jest często przeogromna. I bywa, że na tej chęci się nie kończy.
Patrząc na kontekst wczorajszej dyskusji, z jeszcze większą pokorą podchodzę do naszych relacji z rodzicami Plotki. Wczoraj po raz pierwszy przyjechali z dziewczynką do naszego domu. I co? Nic. Przy pożegnaniu było trochę płaczu, ale to jest normalne, bo starsze dzieci też często trzeba końmi wyciągać. Ploteczka okazuje swoje niezadowolenie tak jak potrafi.

A teraz moje odpowiedzi. Jeżeli dyskusja rozwinie się jeszcze w ciekawym kierunku, to będę dopisywał.

Właśnie o to chodzi w całej idei pieczy zastępczej. O przywiązanie, o więzi, których trzeba dzieci nauczyć. Więź jest umiejętnością, którą zdobywa się w długotrwałym procesie. Jeżeli dziecko nie nauczy się tego w ciągu kilkunastu początkowych miesięcy swojego życia, to skutki tego mogą być bardzo bolesne (zarówno dla niego, jak i jego przyszłej rodziny). Rodzicielstwo zastępcze to nie jest zwykła praca, to nie jest zwykła opieka nad dzieckiem. Rodzina zastępcza ma być normalną rodziną – chociaż tylko przez krótki czas.
Dlatego nie każda osoba się do tego nadaje, bo trzeba rozkochać dziecko, zakochać się w nim, a potem pozwolić mu odejść. Czasami jest to trudniejsze, czasami łatwiejsze. Najważniejsza jest jednak świadomość tego, że rozstanie jest nieuchronne. I o tym właśnie jest ten blog.

(…)


Prawdę mówiąc też nie bardzo rozumiem, co chcesz powiedzieć. Bo jeżeli rodzicom zastępczym jest przez jakiś czas smutno po oddaniu dziecka do adopcji, a nawet jeżeli sobie chcą popłakać, to przecież to jest ich problem. Ważne, aby proces przekazania dziecka do adopcji przebiegł prawidłowo (bo to też jest proces).
No chyba, że uważasz, iż rodzice zastępczy cały czas powinni utrzymywać dystans emocjonalny z dzieckiem, tak aby ono ich nie pokochało. Z taką tezą na pewno bym się nie zgodził. Jeżeli dziecko przebywa w takiej rodzinie dla przykładu rok, a nawet dwa od urodzenia, to kim dla niego jest taka rodzina, jak nie rodziną prawdziwą? Jeżeli ma nią nie być, to wróćmy do sierocińców.

(…)

A kim jest prawdziwa mama? Ta biologiczna? Ta adopcyjna będąca tylko pewnym wyobrażeniem i niczym więcej? A może jednak ta, która jest tu i teraz... bywa że jest to mama zastępcza.
Jak wytłumaczyć dziecku, które ma kilka miesięcy, że będzie miało „prawdziwą” mamę?
Jak wytłumaczyć trzylatkowi, że będzie miało „prawdziwą” mamę, skoro spotyka się z mamą biologiczną i być może do niej wróci?


Tak, dziecko potrzebuje prawdziwej mamy i prawdziwego taty. Tyle tylko, że nie za pół roku, rok, dwa, a może pięć lat. Potrzebuje jej teraz.

Chyba się nie rozumiemy. Mam tylko nadzieję, że nie wpadniesz kiedyś na pomysł, aby adoptować dziecko... sorry.

(…)

Nie do końca jest to prawdą. Owszem rodziny zawodowe otrzymują wynagrodzenie za swoją pracę, tyle tylko, że mają obowiązek zaopiekować się przynajmniej trójką dzieci. Do tego są to najczęściej dzieci zaburzone, z deficytami. Trzeba zrobić wiele, zanim dziecko zostanie skierowane do adopcji. Przede wszystkim trzeba je zdiagnozować, wielokrotnie uczęszczać na rehabilitacje, korzystać z pomocy psychologów i wielu innych specjalistów.
Istnieje też obowiązek umożliwienia rodzicom biologicznym kontaktu z dzieckiem. Proszę sobie wyobrazić ile czasu trzeba poświęcić, gdy ma się choćby trójkę dzieci i każdy z ich rodziców che się spotkać raz w tygodniu na dwie godziny. A przecież ktoś w tym czasie musi zaopiekować się pozostałą dwójką. Dochodzą też obowiązki niezwiązane bezpośrednio z opieką nad dzieckiem (sądy, PCPR, szkolenia). Dlatego nie ma możliwości, aby dodatkowo pracować zawodowo.
Pensję otrzymuje też tylko jeden z rodziców zastępczych, a drugi ma obowiązek pracy. Dlatego ja w zasadzie jestem pewnego rodzaju wolontariuszem. O pieniądzach nie chcę dyskutować, ale jak na 24 godzinne bycie w ciągłej gotowości – nie są to wielkie kwoty.
Są też jeszcze rodziny zastępcze niezawodowe. Co w takim przypadku? Czy też nie powinny angażować się emocjonalnie?
Co do szkoleń... Byłem już na wielu z nich i każdy z psychologów podkreślał, że powinniśmy w maksymalny sposób próbować stworzyć silną więź z dzieckiem. Nie istnieje więc pojęcie rodzina prawdziwa i nieprawdziwa. Dla dziecka mamy być po prostu rodziną. Później następuje proces przejścia dziecka do rodziny adopcyjnej. Jeżeli jest on przeprowadzony prawidłowo, to dziecko nie powinno przeżyć traumy. Ważne jest również pokazanie dziecku w późniejszym okresie, że jednak ta ciocia i wujek istnieją, że można się z nimi spotkać, porozmawiać przez telefon. - nie ja to wymyśliłem, właśnie tego dowiedziałem się na szkoleniach.

Przepraszam, jeżeli Panią uraziłem, ale sprawia Pani wrażenie osoby, która traktuje rodzinę zastępczą jak przechowalnię, jak coś od czego należy się natychmiast odciąć tuż po adopcji, a najlepiej natychmiast zabrać dziecko do swojego domu (bo przecież ono tylko czeka na prawdziwą mamę). Tak nie jest. Rodzina zastępcza jest historią dziecka. Wielokrotnie czas spędzony w takiej rodzinie jest bardzo miło wspominany. Nam też zdarzają się przypadki, gdy dziecko (będąc już w adopcji) mówi, że tęskni do cioci (nawet po wielu miesiącach). Mądrzy rodzice dzwonią do nas i mówią „wpadnijcie na kawę”.. Tak to powinno wyglądać. I nie jest to mój wymys
ł.

(…)

Dodam jeszcze jedną uwagę. Tym razem jest to moja prywatna (niczym niepoparta) opinia.
Adopcja nie jest powołaniem. Jest zaspokojeniem własnych potrzeb bycia rodzicem. Zresztą bycie rodzicem zastępczym, też nie jest powołaniem czy misją. Prędzej nazwałbym to pasją, i również zaspokojeniem swoich potrzeb. Może jestem świrem, ale gdy przychodzi do nas dziecko zaniedbane, a oddajemy do adopcji dziecko szczęśliwe, które nadgoniło wszelkie opóźnienia... to daje mi to ogromną satysfakcję. Przychodzi Kopciuszek, a wychodzi Królewna. Czy to źle, że pojawia się smutek przy rozstaniu, że ma się chwilowego doła? Wydaje mi się, że nie, że jest to tylko dowód na to, że jest się jeszcze normalnym, zdrowym psychicznie człowiekiem.
Pieniądze są sprawą drugorzędną... po prostu za coś trzeba się utrzymać, a przede wszystkim zapewnić dzieciom ich potrzeby. Gdyby chodziło o kasę, to każdy chciałby być rodziną zastępczą. A jakoś tłumów nie widzę. Do nas przychodzą na praktyki rodzice kończący szkolenia dla rodziców zastępczych. Bywa, że na kilkanaście rodzin kończących kurs, nie ma ani jednej, która chciałaby zostać rodziną dla nieznanego sobie dziecka (bo na przykład jest to rodzina spokrewniona), albo rodzice mają motywacje adopcyjne i w pewien sposób chcą obejść procedury ośrodków adopcyjnych (bo choćby są zbyt starzy, nie mają wymaganego stażu małżeńskiego, nie są małżeństwem, albo są samotni).

(…)

Wydaje mi się, że tylko idiota mógłby mnie wyrzucić z ośrodka za takie twierdzenie.
Bo czym w zasadzie różni się adopcja od urodzenia dziecka biologicznego? Przecież rodzice nie płodzą dzieci z pobudek altruistycznych... aby dać życie jakiejś istocie. Są to egoistyczne potrzeby posiadania dziecka. Chcę być mamą, czy chcę być tatą. Po prostu „chcę”, czuję taką potrzebę.
Rodzice adopcyjni też „chcą”. Idą do ośrodka adopcyjnego nie po to, aby pomóc jakiejś biednej sierotce, ale dlatego, że życie bez dziecka jest dla nich puste. Być może są wyjątki, które traktują adopcję jak powołanie. Tylko czym w zasadzie jest powołanie? Jest darem do wykonywania czegoś tam. Czy wszyscy rodzice adopcyjni są obdarzeni darem niesienia pomocy opuszczonemu dziecku?
Ja na szkoleniu dla rodzin zastępczych nie kryłem, że chcę być pogotowiem rodzinnym, bo traktuję to jak wyzwanie, bo chcę poczuć radość z tego, że pomogłem jakiemuś dziecku, bo to nada większy sens mojemu życiu. Nie kryłem, że nie wierzę w altruizm. Jestem zwolennikiem teorii, że każde działanie wykonujemy dla nagrody. A może nią być choćby zadowolenie i świadomość dobrze wykonanej pracy. Jakoś kwalifikację dostałem. Była też na moim szkoleniu rodzina, dla której bycie rodzicem zastępczym było misją, której muszą się podjąć. Myślę, że chodziło o całokształt, a nie tylko tak formułowane zdanie... ale jednak kwalifikacji nie dostali.

(…)

Zgadza się. Ja właśnie o tym pisałem, że altruizm wcale nie jest w cenie. Uważam, że ośrodki adopcyjne nie są zainteresowane Mesjaszami i Matkami Teresami, chociaż faktycznie dziecko jest w centrum i do niego dobiera się najlepszych rodziców.
Nie jestem psychologiem, ale sądzę że zadaniem wszelkich testów jest określenie kompetencji rodziców do pełnienia swojej roli (niezależnie czy chodzi o adopcję, czy o pieczę zastępczą – chociaż myślę, że tutaj one tylko częściowo się zazębiają).
Ja nigdy nie próbuję manipulować testami, bo mogłoby to się czasami na mnie zemścić.
Wydaje mi się, że najważniejsza jest umiejętność rozpoznawania uczuć dziecka i radzenia sobie w sytuacjach kryzysowych, w sytuacjach skrajnych emocji. Sama miłość nie wystarczy i bazowanie na tym jest zgubne (również na etapie szkolenia). Rodzic też ma prawo do tych emocji i powinien potrafić wyegzekwować uszanowanie przez dziecko tych emocji. Dlatego pewna doza egoizmu jest niezbędna. Zresztą z obu stron - gdy nastolatek wykrzykuje do swoich rodziców „ja się na świat nie pchałem!”, to w mojej ocenie ma rację.
Oczywiście, że nie można uzasadniać chęci adopcji tym, że chce się mieć wsparcie na starość, albo potrzebny jest syn do pracy na roli. Jednak potrzeba posiadania dziecka jest moim zdaniem jak najbardziej normalna. Pewnie, że dochodzą do tego różne inne czynniki, jak choćby umiejętność radzenia sobie ze stratą (utrata dziecka biologicznego, niemożność zajścia w ciążę). Słyszałem też o przypadku, gdy dziecko adopcyjne miało być lekiem dla dość mocno zaburzonego dziecka biologicznego. Ale to już jest rola psychologów, aby ocenić czy ktoś się nadaje, czy nie.

Powiem szczerze, że ta dyskusja mnie zaintrygowała. Przy najbliższej adopcji nie omieszkam zapytać naszą psycholożkę, jakie kryteria obowiązują w naszym ośrodku adopcyjnym, i co jest najważniejsze przy badaniu kompetencji i motywacji rodziców.

środa, 1 maja 2019

--- Żałuję i postanawiam poprawę.

Pogoda wyjątkowo dopisała
Progi startowe do przedszkola


Szczęśliwe dzieci na jednodniowej wycieczce

Tej formułki nauczyłem się, gdy miałem siedem lat. W zasadzie było to dla mnie puste zdanie, bo gdy chciałem coś w sobie zmienić i czegoś żałowałem, to zwyczajnie to robiłem, nikomu się nie opowiadając.
Dawno nic nie pisałem, ponieważ wena przychodzi mi dopiero około północy. A jakiś czas temu wdrożyliśmy z Majką program „pięć minut”, co oznacza, że chadzam spać o 22:30.
Nie będę opisywał na czym on polega, bo Majka zapewne by mnie za to zabiła. Jest on jednak mojego autorstwa i prawdę powiedziawszy bardzo się zdziwiłem, że bez zawahania Maja powiedziała „okej”.
Ale to tylko taka mała dygresja. Chciałbym opisać nasze ostatnie badanie psychologiczne i nasze przemyślenia z nim związane.
Rodziny zastępcze są zapraszane do psychologa co dwa lata. Dla nas było to już trzecie spotkanie. Nawet nie musieliśmy wypełniać żadnych testów, bo pewnie założenie było takie, że nasze kompetencje w charakterze rodzica zastępczego niewiele się zmieniły. Mogło się jednak sporo zmienić w naszym odbiorze bycia rodzicem zastępczym.
Dlatego była tylko rozmowa... niestety osobno i trwała prawie godzinę (z każdym z nas). Tak sobie myślę, że na dobrą sprawę, to wiem co należy mówić, i nawet gdybym miał już wszystkiego dosyć (nie tylko dzieci, ale nawet Majki), to wiedziałbym jak się zachować. Jestem już oblatany w temacie. Na tę chwilę jeszcze cały czas mówię prawdę jak na spowiedzi. Majka również, chociaż czasami niektórych zdań żałuje. Myślę, że może bardziej tego, że nie rozwinęła tematu... ale wówczas całe badanie trwałoby kilka godzin.
Tym razem pani psycholog dociekała, dlaczego Balbina mnie nie kręci (czyli, że za nią nie przepadam), i co chciałbym w tym temacie zmienić. Odpowiedź była krótka: „nic”.
Majka jest już prawie domorosłym psychologiem, ponieważ stwierdziła, że ta odpowiedź wbrew pozorom może być lepsza, niż jej rozważania i wywody. Nie wiem czy była lepsza, ale psycholożka zwróciła na to uwagę i po dwóch tygodniach (podczas omawiania badania) dość znacząco się do tego odniosła. Niby nie powiedziała, że nicnierobienie jest dobrym sposobem, ale zgodziła się, że czas jest najważniejszym elementem w procesie zapoznawania się z dzieckiem. Krótko mówiąc – nic na siłę.
Tym bardziej, że często nie znamy całej historii dzieci, tego co przeżyły, jakie lęki siedzą w ich głowach. Niedawno Ptyś nie chciał po przedszkolu wejść do samochodu. Właściwie to wszedł, ale zaczął kopać w drzwi. Odbierałem go wówczas razem z Majką, ale ta ogarniała jeszcze guzdrzącego się Remusa, a Balbina czekała na nich przy drzwiach wyjściowych. Otworzyłem więc drzwi od samochodu i poprosiłem, aby poszedł do Balbiny, albo się uspokoił. Niestety wybiegł z impetem, kierując się wprost na ulicę. Na szczęście jestem jeszcze od niego szybszy, więc zwyczajnie go spacyfikowałem, siłą wsadzając do krzesełka. Nie pozwolił się jednak przypiąć pasami. Wpadł w szał. Rzucał się na wszystkie strony, próbował mnie bić. Nie pomagało tłumaczenie, próba rozmowy. Trzymałem więc go w tym krzesełku na siłę do czasu, aż przyszła Majka z Balbiną. Po kilku minutach się uspokoił. Dwa dni temu dowiedzieliśmy się, że partner mamy miał w zwyczaju zamykać go w samochodzie. Do tego, aby nie narobił w nim większych szkód, przykręcał mu nogi boczną szybą.
O Balbinie też dowiadujemy się coraz ciekawszych rzeczy. Przestaje nas dziwić jej niechęć przed dotykiem, zrobieniem sobie kitek, czy choćby uczesaniem włosów. Jednak powoli przełamujemy lody. Dziewczynka coraz częściej się przytula, coraz częściej już nie mówi „nie”. Ale to ona musi wyjść z inicjatywą. To ona musi tego chcieć.
Czas – to jest chyba najważniejszy element w naszej pracy z dziećmi.

Wracając do naszej opinii psychologicznej... tym razem pani psycholog nie miała żadnych uwag do Majki (która jej zdaniem jest zbyt ambitna, co może być powodem szybkiego wypalenia). Do mnie też nie miała, ale do mnie nigdy nie miała. Myślę, że metodologia dotycząca oceny rodziny zastępczej jest nieco inna, niż w przypadku rodziny biologicznej i problemów z ich dziećmi. Ja zawsze podchodziłem do naszych dzieci z ogromnym dystansem. Moim celem jest to, aby poczuły się bezpiecznie. Stanowimy rodzinę, a one potrzebują kilku tygodni, aby się w niej odnaleźć. Majka z kolei bardzo chce im coś przekazać, czegoś nauczyć. Bardzo obawia się tego, że ktoś powie „no tak, to przecież rodzina zastępcza”. Ale też bardzo cieszy, gdy ktoś spotyka nasze dzieci po kilku miesiącach i nie może wyjść z podziwu, jakie nastąpiły w nich zmiany. Ja zawsze mówię „gdybyś zobaczyła te dzieci po kilku miesiącach mieszkania w rodzinie adopcyjnej, to dopiero zobaczyłabyś zmiany”.

Takie badanie psychologiczne, daje nam też możliwość porozmawiania z sobą, omówienia pewnych rzeczy, sytuacji. Już sam przejazd w jedną stronę zajmuje nam około godziny. Możemy więc w tym czasie zastanowić się nad przypadkami przebywających u nas dzieci, porównać to z historiami dzieci, które już odeszły i odnieść się do tego co mówi pani psycholog. I wydaje mi się, że najważniejszym wnioskiem z naszej oceny było to, że jesteśmy refleksyjni, że potrafimy rozmawiać, wypracowywać pewne zasady i metody postępowania z konkretnymi dziećmi. Nie oznacza to, że zawsze się z sobą zgadzamy, a nawet z pewnymi teoriami psychologicznymi.
Staramy się podążać za dzieckiem, ale jednak nie pozwalamy dzieciom podążać za swoim umysłem i pozwalać im poznawać świat w sposób niekontrolowany przez nas. Zawsze mamy kilkoro dzieci, do tego jedne się pojawiają, inne odchodzą. Każde z nich ma zupełnie inną historię. Dlatego u nas najważniejsze są zasady i ich bezwzględne przestrzeganie. W przedszkolu, do którego uczęszczają nasze dzieci obowiązuje zasada wychowywania bez kar i nagród... czyli właśnie pozwalanie na rozwijanie się dziecka w zgodzie z jego umysłem i możliwościami. Problem polega tylko na tym, że jak Romulus wchodzi na meble, Remus robi siku w majtki, a Ptyś wchodzi pod stół i nie chce wyjść, to pani wychowawczyni każe nam z nimi „rozmawiać, rozmawiać, rozmawiać”. Tyle, że to nie jest takie proste, bo to są tylko trzylatki. Jak mam wytłumaczyć, że w przedszkolu nie ma sikać w majtki, skoro w domu nie sika. Na dobrą sprawę, to powinienem „rozmawiać, rozmawiać, rozmawiać”, ale z paniami w przedszkolu. U nas w domu, jak ktoś czuje potrzebę skorzystania z toalety, to zwyczajnie tam idzie i załatwia swoje potrzeby. W przedszkolu trzeba się opowiedzieć. Niestety Remus mówi bardzo cicho, a do tego panuje tam taki hałas, że prawdopodobnie pani go nie słyszy... no to leje. Ptyś u nas też czasami ma problemy emocjonalne, które prawdopodobnie wynikają z tego co przeżył. Bywa więc, że wchodzi pod łóżko i nie chce wyjść. No to cierpliwie czekamy, aż mu przejdzie. Zdarza się też, że Romulus próbuje wchodzić na meble, a nawet na parapet (chociaż jest to już stosunkowo rzadkie). Istnieje jednak w naszym domu takie pojęcie jak „wypad”. Oznacza ono odseparowanie dziecka od całej grupy. Najczęściej ma to miejsce, gdy ktoś kogoś gryzie, bije, rzuca zabawkami. Można powiedzieć, że jest to takie pójście do kąta, chociaż dziecko może samo określić dokąd chce pójść. W skrajnych przypadkach jest ono wyprowadzane do przyległego pokoju. Podstawowym warunkiem jest tylko to, aby nie zamykać drzwi. Dziecko musi mieć kontakt wzrokowy z pozostałymi dziećmi. Tylko Kapsel miał wypad do swojego pokoju na piętrze, ale tylko wówczas, gdy stanowił realne zagrożenie dla pozostałych dzieci. Czy jest to kara? Majka mówi, że jest to konsekwencja. Dzieci doskonale znają reguły gry. Czasami same zauważają niewłaściwe zachowanie... niestety w stosunku do kolegi i mówią „wypad”. Pamiętam Maludę, który nie za bardzo jeszcze miał opanowaną sztukę mówienia i wychodziło mu coś w rodzaju „pipa”. Ale wszyscy go rozumieli. Jednak dla mnie granica między karą, a konsekwencją jest bardzo cienka. Bo przecież nawet jak dziecko zepsuje swoją zabawkę, to w jakimś zakresie jest to karą (chociaż wymierzoną przez samego siebie). Wrócę jeszcze do naszego przedszkola. Niby nie ma kar i nagród. Ale dzieci, które przez cały dzień były grzeczne, przy wyjściu mają przystawianą na ręce pieczątkę wzorowego przedszkolaka. Czyż to nie jest nagroda? A czy dla dziecka, które nie dostało pieczątki, nie jest to kara? Albo dzieci, które są niegrzeczne (na przykład chodzą po meblach), są umieszczane przy osobnym stoliku i ich zadaniem jest układać puzzle. Czy nie jest to zwyczajny „wypad”? Dla mnie byłaby to straszna kara, bo do dzisiaj jestem na etapie puzzli 24-elementowych.

Trzy i czterolatki są najtrudniejsze w sztuce wychowywania. Jest to taki moment przepoczwarczania się w motyla. Z jednej strony strasznie szybko się uczą, a z drugiej trudno wyegzekwować prawidłowe zachowania. A najgorsze jest to, że najszybciej uczą się rzeczy złych... plucia do miski z owocami, kopania piłki w pokoju, rysowania po ścianach i po sobie, wylewania wody z wanny i dalej można by podawać wiele kolejnych przykładów. Zresztą wielu złych rzeczy uczą się też od dorosłych. Romulus pewnego dnia zakładał spodnie i w pewnym momencie stwierdził: „ja pieldole, nie wchodzi”. Pożałowałem więc, bo był to mój tekst i musiałem przestać przeklinać (przynajmniej głośno). Niestety, gdy Kapsel kiedyś w przedszkolu zaczął wykrzykiwać „kulwa, kulwa, kulwa” (bo on też nie za bardzo wymawiał „r”), to zostałem wezwany przez panią na dywanik, chociaż wiedziałem, że tym razem nie mam z tym nic wspólnego.
Ale są też pozytywne przykłady. Dzieci uwielbiają wyliczanki. Łatwo się ich uczą i pewnych rzeczy nie dałoby się bez tego przeforsować. Jako przykład mogę podać wieczorną kąpiel. Wszyscy ją uwielbiają i mogę się tylko cieszyć z tego, że mamy dużą wannę, ponieważ kąpiel po kolei przestała się sprawdzać. Niestety nikt nie chce wyjść pierwszy. Mamy kilka wyliczanek, ale najbardziej sprawdza się: „enten tino, sabaraka tino, sabaraka i tabaka, bax”. Krótka i na temat... można w sposób planowy wyciągnąć dzieci z kąpieli. W zasadzie wszyscy się podporządkowują. Jedynie nigdy za pierwszym razem nie może wypaść na Balbinę (no chyba, że wyliczamy, kto pierwszy dostanie lody). Dzieci mają też ulubioną piosenkę. Nazwałbym ją piosenką logopedyczną. Ciekawy jestem, czy któreś z nich będzie w stanie zaśpiewać ją przed odejściem z naszej rodziny. A leci to tak: „Wróbelek Walerek miał mały werbelek, werbelek Walerka miał mały felerek, felerek werbelka naprawił Walerek, wróbelek Walerek na werbelku swym grał”.

Majka czasami zarzuca mi, że zwracam się do dzieci, stosując pseudonimy, które wymyślam. Chociaż tak naprawdę to one tworzą się same (przypadkowo). Podam teraz ksywki naszych dzieciaków (i nie są to pseudonimy pseudonimów): „Łysy”, „Mały”, „Ptyś”, „Zuzula”. Początkowo tylko ja używam takich określeń, ale z biegiem czasu wchodzą one do powszechnego obiegu. Nie tylko dzieci zaczynają tak do siebie mówić, ale również Majka.
Bywa jednak, że dochodzi do dziwnych sytuacji. Bliźniaki były kiedyś na spotkaniu z mamą. Ta mówi do Romulusa: „Romulus, chodź pokolorujemy książeczkę”, a on na to: „Ja jestem Łysy”. No i konsternacja.
Być może powinienem nieco lepiej dobierać te określenia, bo niektóre mogą być w jakiś sposób obraźliwe. Chociaż przywołam przykład Czubasa, o którym wspomniałem jakiś czas temu. Była to moja koleżanka z liceum, na którą mówiliśmy Czubas, Czubek, Czubuś. Niby obraźliwie (dla kogoś z zewnątrz), ale w naszej klasie, ta nazwa kojarzyła się tylko pozytywnie. Nasze dzieci też lubią swoje pseudonimy. Bo one są wyjątkowe. W przedszkolu jest kilku Romulusów, ale przecież nie ma ani jednego Łysego.
Zresztą sprawdza się to też w życiu codziennym. Gdy przychodzi czas robienia porządków, ja robię kolację, a Majki nie ma w domu (czyli dzieciaki nie czują jej złowrogiego oddechu), to mogę ich prosić, odwoływać się do wyższych uczuć, straszyć, że nie zjedzą kolacji – nic, burdel jest jeszcze coraz większy. Mówię: „Remus, posprzątaj proszę książeczki. Balbina ustaw wózki na swoje miejsce.” Jakby grochem o ścianę. W końcu wychodzę i wydaję krótkie polecenie: „Łysy - tory, Ptyś – puzzle, Zuzula – lalki, wózki i książeczki, a Mały – samochody i kredki”. Nie ma porządku... mija jednak kilka minut i (cytując Marię Czubaszek) „Ku..wa, jest”. Zostają tylko klocki... bo zapomniałem powiedzieć "Ptyś - puzzle i klocki".

W naszych rozważaniach z Majką, dotyczących tego, czego możemy ewentualnie żałować, pojawia się często rodzina biologiczna przebywających u nas dzieci. I to jest ta furtka, o której pisałem ostatnio (że coraz bardziej się przymyka). Z każdym kolejnym przypadkiem, potwierdza się zasada, że jesteśmy na początku za bardzo otwarci, że jeszcze cały czas łudzimy się, że być może komuś tylko powinęła się noga. Chociaż mamy w pamięci historię Messengera. Ale może jest to tylko wyjątek potwierdzający regułę.
Majka wyraziła zgodę, aby na spotkanie z Ptysiami przyjeżdżał Helmut. Ostatnio Balbina zwróciła się do Majki „mama, podasz mi książeczkę”. Zresztą zupełnie przypadkowo, bo na co dzień mówi przecież „ciociu”. Helmut się wzburzył „jak pani może na coś takiego pozwalać?”. Aż się dziwię, że Majce zabrakło języka w gębie. Bo przecież kim jest Helmut? Nikim... „opiekunem” mamy Ptysi, którą kontroluje na każdym kroku, której nie pozwala porozmawiać w cztery oczy z Majką (bo mogłaby powiedzieć za dużo – chociaż wiemy już o niej wystarczająco dużo). A dlaczego każe dzieciom mówić do siebie tato? Majka w końcu jest matką (chociaż tylko zastępczą), a on? Ta historia przybiera coraz bardziej mroczne barwy.
Kilka dni temu po raz drugi wyjechaliśmy z dziećmi nad morze. Znowu jechałem do klienta, chociaż wylądowaliśmy w nieco innym miejscu niż poprzednio. Tym razem nie wysłaliśmy żadnej z mam ani jednego zdjęcia. Nie chce nam się już wysłuchiwać, że męczymy dzieci podróżą.

Od kilku dni przebywa z nami Bill (najstarszy z Ptysi) i będzie jeszcze do soboty. Zamieszkał on w innej rodzinie zastępczej i przez pewien czas bardzo żałowałem, że jednak nie zdecydowaliśmy się przyjąć całej trójki. Chłopiec jest bardzo sympatyczny, potrafi współpracować, jest emocjonalny. Rodzeństwo widuje się bardzo często. Nie tylko na spotkaniach z mamą i Helmutem, ale również mają miejsce wizyty w domach naszych rodzin zastępczych. Bill bardzo zmienił się w przeciągu ostatnich miesięcy. Przestał pełnić funkcję opiekuna dla swojej siostry i brata. Stał się zwyczajnym, radosnym sześciolatkiem. Pewnie podobnie byłoby, gdyby zamieszkał z nami, bo identyczny mechanizm przerabialiśmy w przypadku Sasetki i Maludy. Ale jest dobrze. Chłopak ma tam nowego przyjaciela, który zresztą przyjechał na majówkę razem z nim (mamy więc chwilowo szóstkę przedszkolaków).

Ogólnie jest fajnie. Pewnie, że popełniamy błędy. Czasami żałuję niektórych rzeczy i w danej sytuacji może teraz postąpiłbym inaczej. Ale... nie postanawiam poprawy.
,

wtorek, 9 kwietnia 2019

--- Otwarta furtka


Tytuł tego wpisu zaczerpnąłem z komentarza pod ostatnim postem. Idealnie pasuje do tego, o czym chciałbym napisać. A zamierzam nieco rozwinąć to, o czym wspomniałem tydzień temu.

Opiszę moją furtkę. Chociaż w zasadzie mam ich trzy.

Pierwsza dotyczy otwartości na pozostanie rodzicem adopcyjnym. Jest ona zamknięta na klucz, który wyrzuciłem daleko w pole i nigdy nie będę w stanie go odnaleźć. Ten drugi zapasowy Majka też zgubiła.
Na dobrą sprawę, to mógłbym w tej chwili być szczęśliwym ojcem adopcyjnym Smerfetki i Plotki. Szczęśliwym? Z pewnością tak. Ale czy ojcem? Bardziej dziadkiem. Czasami zastanawiam się, co tak naprawdę dadzą dzieciom podstarzali tatusiowie opisywani w mediach... kustosze wina, byli sportowcy. Pewnie zapewnią im najlepsze szkoły, najlepsze opiekunki, najwyższe kieszonkowe i samochód w wieku szesnastu lat (o ile dożyją). Tylko czy tym dzieciom o to chodzi?
Mi ostatnio coś „strzyknęło” w kręgosłupie i ledwo chodzę. Opuściłem ostatni trening, nie mogę wejść z dziećmi na trampolinę, nie mogę robić z nimi ich ulubionych fikołków i innych zabaw gimnastycznych. A przecież jestem jeszcze sporo młodszy od niektórych „młodych” tatusiów. Niestety przychodzi taki wiek, że nawet przed wyjściem na wywiadówkę należałoby się dobrze rozgrzać. Trzeba się z tym pogodzić, a przede wszystkim zaakceptować to, że od pewnego momentu można być już tylko dziadkiem. I właśnie dlatego, ta furtka jest zamknięta na klucz, którego nie ma.

Druga furtka dotyczy rodziców biologicznych dzieci, które u nas przebywają. Kiedyś była ona dość szeroko otwarta. W tej chwili coraz bardziej się zamyka.
Zacytuję w oryginale wiadomość, którą dzisiaj Majka otrzymała od mamy Kapsla:
Gdzie jest hulajnoga Kapsla, gdzie są jego wszystkie zeczy i zabawki kture dostał odmnie i od mojej babci”. Odpowiedź jest prosta – zniszczył. Ale Majka nie zamierza z nią konwersować. Może przyjechać po zardzewiałą (od samego początku) hulajnogę, która czeka na złomiarza.
Niedawno zastanawialiśmy się z Majką, z którymi rodzicami bylibyśmy gotowi utrzymywać kontakty, jako rodzice adopcyjni. Zapewne z mamą Irokeza, ale ona sama zrzekła się praw rodzicielskich i postanowiła o wszystkim zapomnieć. Drugą mamą była ta od Foxika. Było to bardzo młode dziewczę, trochę nierozgarnięte, otwarte i szczere... tylko nieradzące sobie z emocjami, z opieką nad dzieckiem, z ogarnięciem samej siebie.
I na tym nasza lista się skończyła.
Rodzice biologiczni nie są przyjaciółmi zastępczych i prawdopodobnie adopcyjnych też by nie byli. Pewnie mogą być wyjątki. Jednak mama Bliźniaków też do nich nie należy... chociaż do Majki mówi „bardzo pani dziękuję za wszystko, co pani robi dla moich dzieci”. Tylko ona jest inteligentna i rozgrywa partię w pokera. Jej partnerami są: kurator, ojciec Bliźniaków, babcia dzieci i Majka. Sędzina w mojej ocenie tańczy tak, jak zagra jej kurator, a ja jestem tylko obserwatorem tej rozgrywki (chociaż jestem chyba jedyną osobą, która jeszcze wierzy, że chłopcy mają szansę na adopcję). Niestety mama ma asa w rękawie – wynajęła prawnika, który będzie ją reprezentował.
Niedawno jechałem do klienta nad morze. Stwierdziliśmy z Majką, że zabierzemy wszystkie dzieci. Jakiś czas temu Majka zarezerwowała pobyt na wakacje i zaczęła opowiadać dzieciom, co to jest morze. Gdy dowiedziały się, że tam jadę, to koniecznie chciały pojechać ze mną. Zabraliśmy też naszą sąsiadkę Elę, która jest dla nas nieocenioną pomocą. Mama dzieci nam tego nie powiedziała wprost (dowiedzieliśmy się z innych źródeł), ale była zbulwersowana faktem, że męczyliśmy bliźniaki jednodniową podróżą. A przecież one były takie szczęśliwe. Pogoda dopisała (jak na marzec), zjadły rybkę i lody. W drodze powrotnej tak się wyspały, że następnego dnia pobudka była już o piątej.
Ale jest jak jest... to jest poker, a nie brydż.
Zespół Boys w piosence "Jesteś szalona".

 


Trzecia furtka jest otwarta na oścież. Jest ona związana z kontaktami z rodzicami adopcyjnymi. Tutaj Majka pilnuje, abym jej nie przymknął nawet o milimetr.

Właśnie sobie uświadomiłem, że jest jeszcze czwarta, chociaż nad nią nie mamy pełnej kontroli. Jest to furtka dotycząca rodzin zastępczych. Dla bliźniaków prawdopodobnie będzie poszukiwana jakaś rodzina. Dopóki nasze pogotowia rodzinne nie są przepełnione, dzieci pozostaną u nas. Tyle, że to może się zmienić w każdej chwili. Były dwie chętne rodziny zastępcze dla chłopców. Tylko, że miały one motywację adopcyjną. Jedna z rodzin sama zrezygnowała (ze względów emocjonalnych). Druga chyba ma przymykaną furtkę (chociaż są to tylko moje odczucia). Prawdopodobieństwo odejścia Bliźniaków do rodziny adopcyjnej jest minimalne. Ale do mamy też nie mogą wrócić. Teraz nie mogą wrócić... ale może za rok, może za dwa, a może jednak nigdy. Gdzie mają w tym czasie przebywać? Gdzieś czytałem, że prawdopodobieństwo wyjścia z alkoholizmu oceniane jest na pięć procent. A to jest tylko jeden z elementów odebrania dzieci. Szósta terapia podobno zakończona sukcesem. Najstarszy z braci po raz trzeci odebrany mamie, średni po raz drugi. Strasznie mi żal naszych bliźniaków. Są tak fajni, tak ufni. Gdy spotykają się z mamą, to po pewnym czasie mówią do Majki „ciociu, chodźmy już do domu”. Oni jeszcze potrafią komuś zaufać, potrafią uwierzyć w dom, są otwarci na nową rodzinę. Jak długo? Ile razy jeszcze będą zmieniać miejsce zamieszkania? O kogo dba system? O dzieci, ich mamę... a może o siebie?
Tylko czym tak naprawdę jest system? Są to zwyczajni ludzie, mający swoje poglądy, uczucia. Ale też mający zadania. Niedawno zadzwoniła do nas dziewczyna, która kiedyś była mamą zastępczą (nawet jej dzieci były u nas na wakacjach), a teraz pracuje w charakterze asystenta rodziny. Zadzwoniła, bo sprawa dotyczyła jednego z naszych byłych dzieci. Jej zadaniem jest naprawić mamę, pomóc jej stanąć na nogi i doprowadzić do powrotu dziecka... dziecka, które od ponad dwóch lat przebywa w rodzinie zastępczej, która tylko czeka na to, aby mogła je adoptować. Co czuje prawie czterolatek, który pamięta tylko aktualną rodzinę? Nawet nas traktuje już jak dalszą ciocię i wujka. A mamę, która niedawno wyszła z więzienia... bardziej jak opiekunkę.

I to są często takie emocje, które czasami nawet mnie przerastają. I pewnie kiedyś nadejdzie dzień, gdy zatrzasnę piątą furtkę – furtkę od wszystkiego co dotyczy pieczy zastępczej.



wtorek, 2 kwietnia 2019

CZUBAS


Czubas nie jest naszym nowym dzieckiem zastępczym.
W zasadzie, to napiszę coś o adopcji, o moich refleksjach, o tym jak ewoluowały pewne moje myśli w tym temacie. Ostatnio odnoszę wrażenie, że na tego bloga wchodzi sporo rodziców adopcyjnych, przygotowujących się do adopcji, albo zastanawiających się jeszcze, czy warto? Nawet w komentarzach daje się to zauważyć, jednak bardziej widzę to po prywatnych wiadomościach, które otrzymuję. Spróbuję rozważyć poruszane tam kwestie. Oczywiście będą to tylko moje prywatne odczucia, bo mimo oddania do adopcji ponad dwudziestu naszych dzieci zastępczych... jeszcze nie czuję się ekspertem. Ciągle obserwuję ten proces, i się uczę.

Ale to, co napisałem powyżej, nie jest wstępem. To tylko przedwstęp. Wstęp będzie w dużej mierze niezwiązany z tematem, chociaż na końcu do niego nawiążę.
Muszę przecież napisać, kim jest Czubas. Kilka tygodni temu pojechałem na pogrzeb Wojtka, mojego kolegi z liceum. Niestety chyba też powoli muszę zacząć się szykować. Majka tego dnia musiała jechać do sądu, więc miałem dwie opcje. Albo zostanę w domu, albo pojadę tam razem z Ploteczką. Wprawdzie wypadało to w porze jej południowego spania, to założyłem, że jak coś będzie się działo, to może da radę. Nawet miałem nadzieję na wspólną kawę... już po. Okazało się, że w kaplicy była pełna msza. Plotka świetnie ją przetrwała. Oskubała w trakcie całą wiązankę, którą kupiliśmy, ale myślę, że Wojtek nie miałby nic przeciw temu. Niestety do końca ceremonii pogrzebowej nie dotrwała i musieliśmy wrócić do domu.
Byliśmy jednak na tym pogrzebie tylko dlatego, że istnieje Czubas. Jest to koleżanka z liceum, która trzyma wszystkich „w kupie”. Wielokrotnie powtarza, że kocha naszą 4b, organizuje co jakiś czas spotkania i wszystkich z naszej byłej klasy informuje, co się dzieje. Nie mam żadnego kontaktu z nikim z podstawówki, a nawet ze studiów. A tutaj, po prawie czterdziestu latach, nadal się widujemy, rozmawiamy. A najciekawsze jest to, że cały czas mówimy do siebie tak jak dawniej. Podszedł do mnie na tym pogrzebie jeden z kolegów, powiedział „cześć Zbysiu” (chociaż nie przepadałem za tą ksywką), ja do niego „cześć Mazurek”. A potem zacząłem się zastanawiać, jak on właściwie ma na imię.

I właśnie takim Czubasem jest moja Majka. Tyle tylko, że w tym przypadku tą 4b są rodziny naszych byłych dzieci zastępczych. Podejrzewam, że gdyby miała ona inną duszę, to z wieloma dziećmi, które odeszły od nas do rodziny adopcyjnej, nie mielibyśmy żadnego kontaktu. Być może nawet wielu rodzicom brakowałoby tego, że nie mogą do nas przyjechać, pokazać dziecku jak wyglądał jego dawny dom. Być może nawet nie przysłaliby żadnego sms-a, żadnego zdjęcia – w obawie, że możemy to odebrać jak narzucanie się. Majka ma coś w sobie, że stwarza bardzo luźną, rodzinną atmosferę.
Pewnie, że jak ktoś nie chce, to się nie kontaktujemy... zresztą podobnie jak w 4b.

Często dostaję pytania, jak to właściwie jest z tymi kontaktami już po adopcji. Tutaj z uporem maniaka będę twierdził, że powinny one być. I wcale nie jest to (jak niektórzy uważają) rozdrapywanie ran. Chociaż jeszcze kilka lat temu miałem podobne obawy. Wydawało nam się, że pierwsze spotkanie powinno nastąpić po kilku miesiącach, że dziecko powinno o nas w jakiejś mierze zapomnieć. A jednak nie powinno, i spotkania w krótkim czasie po odejściu do nowej rodziny są bardzo ważne. Dwa dni temu byliśmy w odwiedzinach u Plotki. Tym razem zabraliśmy z sobą Bliźniaki. Oczywiście, że poznała nas wszystkich, chociaż była bardzo zaskoczona gdy zobaczyła nas w drzwiach. Na pożegnanie zrobiła nam pa-pa, po czym się rozpłakała. Nie był to jednak płacz wynikający z tęsknoty za tym, co było. Jej zwyczajnie było smutno, że skończyła się świetna zabawa i za chwilę będzie musiała pójść spać. W zasadzie to powinienem być zazdrosny, bo gdy poprzednim razem byliśmy sami (bez dzieci), to na pożegnanie było tylko pa-pa.
Planując takie kontakty trzeba też brać pod uwagę wiek dziecka i jego potrzeby. Gdy odchodzi ono w wieku trzech, czterech miesięcy – to wydaje mi się, że podtrzymywanie kontaktów jest tylko inwestycją na przyszłość. Z kolei dzieciom kilkuletnim pewnie wystarczy rozmowa przez telefon, albo przez skype-a. Chociaż Sasetce styczeń upłynął pod znakiem cioci Majki, a dokładniej „bo u cioci Majki to było...”. No i pewnego dnia, jej mama adopcyjna wysłała sms-a: „Majka musisz jutro przyjechać”. No to pojechała.

Uważam, że w późniejszym okresie dla dzieci korzystniejsze są spotkania w naszym domu. One na kilka godzin wracają do swojej przeszłości, bawią się zabawkami, które często jeszcze pamiętają, chcą zajrzeć do pokoju, w którym spały.
Jakiś czas temu odwiedziła nas właśnie Sasetka (sama, bo Maluda był akurat chory). Zajrzała do swojej byłej sypialni i zadała pytanie, dlaczego nie ma już łóżeczka Maludy?
Takie kontakty są dla dzieci dobre, ponieważ ich historia jest spójna, nie ma w niej białych plam. Rodzice adopcyjni, rozmawiając z dziećmi, nie mówią więc o jakiejś cioci, ale o tej konkretnej cioci. No i oczywiście o wujku.

Dawniej wydawało mi się, że dzieci adoptuje się z domu dziecka. Rodzina zastępcza była mi znana tylko z serialu telewizyjnego, który opisywał świat niewiele mający wspólnego z rzeczywistością (ale to wiem dopiero teraz). O tym, że istnieje taka forma pieczy zastępczej jak pogotowie rodzinne, nie miałem żadnego pojęcia.
Dlatego wcale się nie dziwię, że niektóre osoby, które spotykamy, uważają że pogotowie rodzinne, to taka rodzina, która opiekuje się dziećmi, gdy ich rodzice na przykład chcą wyjść do kina.
Wydawało mi się też, że po odbyciu szkolenia w ośrodku adopcyjnym, rodzice udają się do domu dziecka i zabierają biedne dzieciątko, które tylko marzy o zamieszkaniu w kochającej rodzinie. Moje rozumienie pojęcia „więź”, czy „autonomia”, było bardzo płytkie.
Nie dziwi mnie zatem, gdy ktoś zadaje mi pytanie typu „mamy swoje dziecko i możemy mieć następne, ale chcemy adoptować, bo chcemy pomóc jakiejś biednej sierotce – co ty na to?”. Myślę, że czasami moja odpowiedź nie jest odpowiedzią oczekiwaną.
Niestety teraz na adopcję patrzę już zupełnie inaczej niż kiedyś. Przede wszystkim wcale nie dziwię się, że niektóre rodziny nie otrzymują kwalifikacji do bycia rodzicem adopcyjnym. Mogę tylko ubolewać nad tym, że czasami decyzja nie jest omawiana z kandydatami na rodziców adopcyjnych, i że nie można się od niej odwołać.
Bywają jednak przypadki, gdy rodzic nie powinien tej kwalifikacji uzyskać. Do nas na praktyki przychodzą rodzice, którzy chcą pozostać rodzicami zastępczymi. Myślę, że w przypadku rodziców adopcyjnych mechanizm jest bardzo podobny. Jedni i drudzy rodzice często postrzegają dzieci, które mają być u nich umieszczone, jak biedne sierotki. Tyle, że sierotek nie ma prawie wcale. One mają nie tylko swoją historię, ale rodziców, których pamiętają i często chciałyby do nich wrócić, a przynajmniej się spotykać.

Nie jest też tak, że każde dziecko można pokochać. I tego nikt nie wie na początku.
Zanim zostałem rodzicem zastępczym, było dla mnie oczywiste, że dziecko powinno pójść do adopcji w jak najmłodszym wieku – najlepiej tuż po urodzeniu. Jednak w tym momencie obce mi były terminy typu FAS czy RAD. Autyzm, ADHD, zespół Aspergera, były tylko pojęciami, o których też miałem mgliste pojęcie. O tym ostatnim zaburzeniu wiedziałem tylko dlatego, że jedna z naszych córek miała kolegę (zresztą bardzo inteligentnego), którego pasją (a wręcz obsesją) były tramwaje – wiedział o nich wszystko.
Gdy zostałem rodziną zastępczą i zacząłem poznawać inne rodziny i ich dzieci zastępcze, doszedłem do wniosku, że jednak prawdopodobieństwo wystąpienia jakiegoś zaburzenia, a nawet ciężkiej choroby, czy upośledzenia, w przypadku dzieci trafiających do pieczy zastępczej, jest dużo większe, niż w przypadku dzieci biologicznych. To przeświadczenie podsycały jeszcze komentarze niektórych ośrodków adopcyjnych, że do adopcji nie idą dzieci zdrowe. Pewnie koronnym argumentem był przypadek dziewczynki, która przyszła do naszej rodziny jako zupełnie zdrowy noworodek (jedynie z podejrzeniem jakichś zaburzeń wzroku). Po kilku miesiącach okazało się, że jest niewidoma, ma porażenie mózgowe, padaczkę, nikomu nieznaną chorobę skóry i jeszcze parę innych przypadłości. Później zmieniłem zdanie. Doszedłem do wniosku, że najlepszym rozwiązaniem jest adopcja dziecka powyżej roku, które przebywało w rodzinie zastępczej i w miarę dobrze zostało zdiagnozowane.
Minął jakiś czas i wróciłem do punktu wyjścia. Adopcja noworodka jest najlepszym rozwiązaniem. Tyle tylko, że mało ośrodków adopcyjnych proponuje takie rozwiązanie rodzicom. Może przede wszystkim dlatego, że taki rodzic przez jakiś czas jest rodzicem zastępczym, co oznacza że mama biologiczna dziecka zna adres i nazwisko nowych rodziców. Jednak gdy patrzę na moją historię (jako rodzica zastępczego), to najsilniejsze więzi nawiązywały się z dziećmi, które pojawiały się u nas w kilku pierwszych miesiącach ich życia.

Niedawno przyszedł do nas czteroletni Ptyś. Chłopiec jest bardzo grzeczny, inteligentny, nawiązała się między nami dość silna więź. Chociaż dzisiaj (przy wyjściu z przedszkola) odstawił takie przedstawienie, że jak ktoś przejrzałby zapis z monitoringu, to miałbym wizytę policji, albo przynajmniej pani z pomocy społecznej. Nic takiego nie miało miejsca, więc chyba jednak nikt tego nie analizuje.
Może Majka ma nieco inną opinię co do inteligencji Ptysia, jednak ja stosuję bardzo prostą zasadę – kto potrafi ułożyć puzzle lepiej niż ja, to jest inteligentny. A on potrafi. Jednak jest jakiś dziwny. Nie odpowiem co w nim jest nie tak... bo nie wiem. Nawet jego mama mówi, że on nie do końca jest normalny. Ja uważam, że jest normalny, chociaż nie chciałbym, aby został moim synem.

Rodzice adopcyjni, którzy przychodzą do nas na pierwsze spotkanie z dzieckiem są w ogromnym szoku. Niby znają jego historię, stan zdrowia, opis zachowań. Ale po raz pierwszy widzą je fizycznie, odczuwają innymi zmysłami. I nagle pani psycholog zadaje pytanie „rozumiem, że... tak?”, a my dowalamy „czyli możemy o was mówić mama i tata?”.
I co mają odpowiedzieć?
Uważam, że okres kilku tygodni spotykania się z dzieckiem, ma służyć nie tylko nawiązywaniu więzi, nie tylko temu aby dziecko poczuło się członkiem nowej rodziny. Również rodzice adopcyjni powinni poczuć, że jest to ich dziecko. Jeżeli tego nie czują, to powinni mieć odwagę powiedzieć „nie”. Z kolei ośrodek adopcyjny powinien to zrozumieć (a pewnie nie zawsze tak jest).

Adopcja jest czymś zupełnie innym, niż dziecko biologiczne. Myślę, że trzeba zacząć od tego, aby sobie to jakoś poukładać w głowie. Osoba, o której wspomniałem powyżej, nie skomentowała mojej odpowiedzi. Być może oczekiwała, że napiszę „tak, trzeba adoptować biedną sierotkę”. A w sumie szkoda, że nie pociągnęła tematu, bo być może ta adopcja mogłaby być nawet lepsza niż ta, gdy do rodziny przychodzi pierwsze, wyczekiwane, wymodlone dziecko.
Przychodzi mi na myśl adopcja otwarta. W pewnym sensie występuje tutaj analogia do kontaktów dzieci z rodzicami zastępczymi. Kiedyś byłem zupełnie przeciwny takiej opcji. Jednak nie każdy rodzic biologiczny to ćpun, alkoholik i pedofil. Nie w każdej rodzinie jest przemoc fizyczna. Nie chcę powiedzieć, że dzieci odbierane są z biedy, bo tutaj akurat moje poglądy są stałe. Często jednak bywają przypadki, gdy rodzice zwyczajnie nie potrafią opiekować się swoim potomstwem. Po prostu ich to przerasta. To mniej więcej tak, gdy nastolatek czuje totalną niemoc, aby wynieść śmieci. To tak gdy osoba w depresji nie potrafi wstać z łóżka. Wspomniany przypadek miał miejsce kilka miesięcy temu i trochę żałuję, bo przecież ja też mogłem napisać kolejnego maila.

Uważam jednak, że trzeba maksymalnie wykorzystać wszystkie możliwości posiadania biologicznego potomstwa. Być może sporo naszych rodziców adopcyjnych by się z tym nie zgodziło. Bo przecież nie jest prawdą, że do adopcji idą tylko dzieci chore, mające FAS, czy RAD, czy jeszcze coś innego. Większość dzieci, które od nas odchodziły, było zupełnie zdrowych (zarówno fizycznie, psychicznie, jak też emocjonalnie). No ale... można trafić na niezgodność charakterów. Można też powiedzieć, że nie iskrzy. A potem wszystko zrzuca się na geny. Dzisiaj byliśmy na badaniu psychologicznym, które rodziny przechodzą co dwa lata. Nam wyszło półtora roku, więc może PCPR stwierdził, że coś z nami jest nie tak. Prawdę mówiąc, nie wiem czy nie oblałem tego egzaminu, i bardzo jestem ciekawy opinii, którą otrzymamy za dwa tygodnie. Miałem omówić nasze obecne dzieci i moje relacje z nimi. Powiedziałem nieopatrznie (a może celowo?), że Ptysie są mi jeszcze obce, że są jakieś dziwne, że Balbina często mnie wkurza swoim zachowaniem – stawaniem okoniem, mówieniem „nie, bo nie”. No i dostałem pytanie: „a co zamierza pan zrobić, aby poprawić relacje z Balbiną?”. No to powiedziałem, że nic. Powiedziałem, że czas pokaże, czy się polubimy, a może nawet pokochamy, czy też nie. Majka na podobne pytanie (rozmowy są zawsze prowadzone osobno, więc wiem to tylko z jej opowiadań), chociaż w odniesieniu do Ptysia, rzuciła kilka propozycji.
Może jednak być tak, że nigdy nie będziemy sobie bliscy. Może też być tak, że dziecko adopcyjne też na zawsze będzie dla rodziców obce. Dlatego całym sercem jestem po stronie osób decydujących się na in vitro. Wkurza mnie tylko narracja kościoła katolickiego, który nie tylko jest przeciwny metodzie zapłodnienia pozaustrojowego, ale wprowadza niczym niepoparte terminy jak choćby „bruzda dotykowa”, albo „dziecko z in vitro to produkt”. Ostatnio czytałem, że dziecko z in vitro nie ma duszy. Zresztą z kościołem mam nie po drodze od ponad trzydziestu lat. Wszystko zaczęło się w momencie, gdy poznałem Majkę i zaczęliśmy na poważnie rozważać założenie rodziny. Oboje pochodziliśmy z rodzin katolickich. Tyle, że ja miałem znajomych, którzy byli Świadkami Jehowy i od kilku lat prowadziliśmy dysputy, co paradoksalnie właśnie pozwoliło mi poznać biblię. Majka poprosiła swojego księdza, aby ze mną porozmawiał. Nie był to stary proboszcz, ale młody wikary, który jeździł z młodzieżą na pielgrzymki i podobno był bardzo otwarty, potrafił porozmawiać na każdy temat. Ze mną jednak nie chciał rozmawiać. Powiedział Majce, że ma mnie sobie odpuścić, bo jak nie, to sama zostanie „jehowitą”. Być może ten ksiądz miał małą wiarę w swoją wiarę. W każdym razie Majka została moją żoną, znajomi nadal nas odwiedzają, a ja nie zmieniłem swojej wiary... chociaż jestem tylko katolikiem na papierze.
Gdybym miał podjąć decyzję „in vitro”, czy „adopcja”, to bez wahania wybrałbym tą pierwszą opcję. Nie dlatego, że uważam iż dzieci idące do adopcji są gorszego sortu, albo jest to dla rodziców ostateczność. Są to takie same dzieci jak każde inne i bardziej wierzę w wychowanie niż geny. To dlaczego? Bo czasami może nie zaiskrzyć. Dzisiaj na spotkanie z panią psycholog przyszli rodzice zastępczy, którzy chcieli rozwiązać rodzinę zastępczą. Byli pozbawieni jakiegokolwiek wsparcia instytucjonalnego. Nie wiem, czy pani psycholog im pomogła, bo my już wyjechaliśmy. Ale adopcja niesie z sobą podobne ryzyko. I pewnie dlatego starsze dzieci, mało kto chce przysposobić.

A co do duszy... to chyba wolałbym jej nie mieć. I pewnie właśnie tak jest. Przeraża mnie możliwość reinkarnacji... bo przecież w następnym wcieleniu mógłbym być dziewczynką mieszkającą w Sudanie. Przeraża mnie wiara w jakąkolwiek religię. Jako chłopiec (powiedzmy młodzieniec) wiele czytałem i starałem się poznać rozmaite światopoglądy, właśnie pod kątem wiary. Teraz zakładam, że za kilka lat dołączę do mojego kolegi Wojtka i nie będzie już nic. Czy taka świadomość nie pozwala mi być dobrym człowiekiem?



poniedziałek, 25 marca 2019

--- ROMULUS i REMUS 4


Dzisiaj zabrałem się do opisania bliźniaków na najbliższe spotkanie zespołu oceniającego zarówno dzieci, ich rodziców, rozmaite instytucje, no i oczywiście nas.
W zasadzie bym sobie podarował ten wpis, ale Majka zadzwoniła do mnie mówiąc „zmień ostatnie zdanie, pani Izolda będzie na zespole”. I tak mnie to podkręciło, że jednak muszę coś napisać. Oczywiście zmieniłem ostatnie zdanie, zwłaszcza, że nie za bardzo musiałem się wysilić. W pierwotnej wersji było tak: „zmieniło się tylko to, że zmieniła się pani”.
No ale pani Izolda mogłaby to przeczytać i poczuć się urażona, więc... co mi tam.
Ale odniosę się do tego tematu, bo jest on dość ciekawy. Sama pani Izolda jest bardzo młodym dziewczęciem, tuż po studiach, naładowanym wiedzą. Mi zapewne brakuje tej wiedzy, za to mam doświadczenie, a do tego „swoje lata”, co razem powoduje, że nie powinienem być traktowany jak szczeniak, który przyprowadza do przedszkola dziecko, nie mając pojęcia kto to taki. Zresztą Majka taka mądra, ale poprosiła panią Izoldę o rozmowę w cztery oczy, bo jej zachowania również ją drażniły. Tej kwestii nie będę rozwijał.
Skupię się na samym przedszkolu. Nie wiem, czy jest to jakiś obowiązujący nurt, bo jest to nowe, prywatne przedszkole. Po kilkunastu miesiącach funkcjonowania, wymienionych zostało sporo wychowawców (łącznie z panią psycholog). Część została zwolniona, część zwolniła się sama. Przedszkole nie toleruje behawioralnego podejścia do dzieci. Nie istnieje coś takiego jak przyczyna i skutek, bodziec i reakcja, kara i nagroda. Może i fajnie, ale nie w grupie. No dobrze, niech będzie i w grupie – ale niech sobie nad tym sami zapanują. Odbierając dzieci słyszałem tylko uwagi, uwagi i uwagi. A co robić? Rozmawiać, rozmawiać i rozmawiać.
Nie bywam już w tym przedszkolu, bo nie che mi się rozmawiać, rozmawiać i rozmawiać (zwłaszcza z panią Izoldą, chociaż dziewczyna ogólnie jest nawet sympatyczna).
Ostatnio Romulus rozsypał po całym pokoju płatki ze swojej miseczki. Nie, że mu upadła i się rozsypały... zwyczajnie je rozrzucił. Majka właśnie szykowała dzieci na spacer. Przekaz był prosty – posprzątasz co rozrzuciłeś, to pójdziesz ze wszystkimi. Była wielka awantura, płacz, krzyk, rzucanie się na podłogę. Gdy wszyscy wyszli, zaczął sprzątać... i w końcu dołączył do grupy. Oczywiście mu pomogłem... chodziło o sam fakt wyrażenia chęci. Być może pani Izolda powiedziałaby, że go złamaliśmy, że pokazaliśmy swoją siłę, że powinniśmy rozmawiać. Ale gdybyśmy tylko rozmawiali, to nikt nie wyszedłby na spacer aż do wieczora.

Paśnik

Na górze jest jeszcze ciekawiej
Tylko schodzenie trochę przeraża


A teraz to, co za kilka dni przeczytają osoby zebrane na posiedzeniu zespołu:


Rozwój obu chłopców należy podzielić na kilka kategorii, ponieważ w niektórych jest on galopujący, w innych nieharmoniczny, a w jeszcze innych można nawet postawić tezę, że nastąpił regres w stosunku do tego co było kilka miesięcy temu.

Od stycznia bliźniaki chodzą do przedszkola. Bardzo lubią przebywać z dziećmi, są bardzo otwarci. Kiedyś chory Romulus, musząc pozostać w domu (gdy pozostała trójka naszych dzieci wychodziła do przedszkola) zrobił nawet małą aferę... ale taką malutką.
Również panie w przedszkolu uważają, że fizycznie i społecznie chłopcy są bardzo dobrze rozwinięci, a nawet przerastają swoich rówieśników z grupy.

Nastąpił ogromny postęp w sposobie wypowiadania się. Chłopcy są bardzo grzeczni, a nawet szarmanccy. Na przykład otwierają barierkę (nie stanowi ona już dla nich zabezpieczenia przed niczym) i mówią „proszę ciociu”. Nawet do mnie mówią też już „proszę wujku”, a nie jak wcześniej „prosze chujek”.
Rozumiemy już wszystkie wypowiadane przez nich słowa. No może poza tym „łejo adelaska”, chociaż czasami zastanawiam się, czy oni sami jeszcze pamiętają co to było. Jednak bywa, że powtarzają ten zwrot i wspólnie mamy niezły ubaw Chłopcy zaczynają rozumieć żarty i sami się nimi posługują.
Starsze o rok dzieci, które mieszkają w naszej rodzinie, wypowiadają się dużo bardziej niezrozumiale i popełniają dużo więcej błędów językowych. Początkowo wydawało nam się, że jest to kwestią czasu i po dziesięciu miesiącach nauczyliśmy się rozumieć ich mowę. Jednak bliźniaki na samym początku miały przeprowadzoną ocenę przez logopedę. Nie kwalifikowały się wówczas na terapię, ale gdzieś w kartotece ten fakt został odnotowany. Traf chciał, że ta sama pani logopedka pracuje w przedszkolu, do którego dzieci uczęszczają. Postanowiła po tym niecałym roku sprawdzić, jak się teraz rzeczy mają. Nawet pani wychowawczyni nie chciała jej oddać chłopaków na badanie, twierdząc: „ale oni przecież mówią”. Okazuje się, że niektóre dzieci z tej samej grupy w ogóle nie mówią. W każdym razie, pani logopedka była pod ogromnym wrażeniem postępów dokonanych przez obu chłopców.

Fizycznie nie można chłopcom niczego zarzucić. Chętnie biegają po lesie, jeżdżą na rowerkach (na razie tylko biegowych), skaczą na trampolinie (nawet zimą, gdy tylko śnieg na niej nie zalega) i wchodzą do paśnika po dygoczącej się drabinie. Sprawnie korzystają z wszelkiego rodzaju przyrządów na placu zabaw i w parku rozrywki (do którego mają wykupiony karnet).

Społecznie też są bardzo dobrze rozwinięci. Potrafią (i robią to chętnie) nawiązać kontakt nawet z zupełnie obcymi sobie osobami. Dzięki temu, pójście do przedszkola nie wiązało się z żadną traumą, płaczem, odreagowywaniem wszystkiego w nocy.
Dzieci uwielbiają chadzać na zakupy. Z jednej strony pewnie dlatego, że jest to miejsce, w którym sporo się dzieje, a z drugiej że zawsze są atrakcją (zarówno dla pań obsługujących klientów, jak też dla samych klientów). Chociaż staramy się rozdzielać rodzeństwo, aby nie wydawało im się, że wszystko muszą robić razem. Bywa więc, że jedzie do sklepu tylko jeden z nich, albo w konstelacji z połówką drugiego rodzeństwa. Zabranie całej czwórki raczej wiązałoby się z demolką sklepu.
Zdarza się jednak, że jadą tylko bliźniaki i też jest to dla nich jakieś doświadczenie, które być może przekonuje ich, że nie są jednym ciałem. Kiedyś byliśmy w cukierni i pani zwróciła się do Romulusa (wyższego o głowę) mówiąc: „ty jako starszy powinieneś być mądrzejszy”. Na to Remus: „ja jestem starszy”. I miał rację... dwie minuty często robią wielką różnicę.

Gorzej sytuacja wygląda z radzeniem sobie z emocjami. W tym przypadku trudno jest napisać o bliźniakach, trzeba osobno napisać o Romulusie i osobno o Remusie.
Romulus jakby ciągle tkwi w cieniu swojego brata. Od samego początku sprawiał wrażenie, że czuje się tym gorszym z braci. Starał się na siłę zwrócić na siebie uwagę, był większym rozrabiaką (ale bez przesady, wszystko było w granicach zachowań trzylatka). W pewnym momencie zaczęło się to zmieniać. Może poczuł się bardziej akceptowany, doceniany, albo traktowany na równi ze swoim bratem. Pójście do przedszkola spłynęło po nim jak woda po kaczce, albo może właściwsze jest określenie, że poczuł się tam jak ryba w wodzie. Od dwóch tygodni wszystko nagle się zmieniło. W przedszkolu stał się agresywny. Zaczął bić i gryźć inne dzieci - tak że nawet krew się lała. W domu było nieco lepiej... ale tylko nieco. Stał się nieposłuszny. Bywało, że wpadał w niczym nieuzasadniony szał. Nie chciał sprzątać zabawek, co dotychczas robił nawet z przyjemnością. Gdy kiedyś moja żona go przytuliła i powiedziała „kocham cię”, on odpowiedział „nie... ty kochasz Remusa”.
Trudno powiedzieć, co może być przyczyną takich zachowań, chociaż widzę trzy różne możliwości.
Pierwsza to taka, że jednak różnicujemy bliźniaków (wyróżniając Remusa), ale tego nie dostrzegamy.
Druga, że chłopcy zaczęli się spotykać jednocześnie z babcią oraz mamą i tatą. Gdy spotkania miały miejsce trzy razy w miesiącu i raz była to babcia, a raz mama, to wszystko było dobrze. Nie mamy zbyt dużej wiedzy na temat tego co działo się w domu rodzinnym dzieci. Ale być może zobaczenie rodziców znowu razem, spowodowało że wróciły jakieś dawne wspomnienia. Być może Romulus zaczął dysocjować. Przenosi się do czasu sprzed roku i nagle podchodzi do któregoś z dzieci i „wali go w łeb”. Chociaż swojego brata nie bije.
Trzecia możliwość (być może najbardziej prawdopodobna) to taka, że dwa tygodnie temu odchodziła od nas Plotka (do rodziny adopcyjnej). Dziewczynka miała nieco ponad rok i dla chłopców była przecież jak siostra. Byli z nią bardzo związani. Gdy schodzą rano po schodach, to często mówią „cicho... bo Ploteczka śpi”. Niby wiedzą, że już jej nie ma, ale ciągle istnieje w ich świadomości. Będąc u nas, pożegnali już Sasetkę, Maludę i Kapsla... no i Ploteczkę. Być może zastanawiają się, którego dnia oni też znikną. Nie wiedzą tylko gdzie się ponownie pojawią... zresztą tak jak my.
Czwarta możliwość...?

Remus jest bardziej spolegliwy, bardziej introwertyczny, nie wyraża swoich emocji w sposób bardzo ekspresyjny. Chociaż w ostatnim czasie jest bardziej empatyczny. Przejmuje się losem dziecka, któremu jest przykro, albo które się wścieka. Kiedyś było mu wszystko jedno, co dzieje się wokół.
A jednak pójście do przedszkola nieco zmieniło jego świat... ale ten świat bycia w przedszkolu. W przeciwieństwie do Romulusa, nie nadawał na tych samych falach z panią wychowawczynią. Nie chciał spać (albo chociaż wyciszyć się) w południe, zaczął robić siku w majtki, łazić po meblach. I nagle wszystko wracało do normy po powrocie z przedszkola - Remus stawał się innym dzieckiem.
Ale już wszystko się zmieniło. Remus znowu nie ma zakładanej pieluchy będąc w przedszkolu. Nie wchodzi na szafki, nie przeszkadza innym dzieciom, które mają ochotę się przespać. Widocznie w końcu się z panią dogadał.