sobota, 26 stycznia 2019

Ptyś, Balbina i Bill.


Bill nie miał nigdy pojawić się w moich opisach głównie dlatego, żeby w jak największym stopniu zachować anonimowość całej sytuacji i chronić ewentualną możliwość identyfikacji mamy dzieci.
Okazało się jednak, że odegrał istotną rolę, nie tylko w przełamywaniu naszych lodów z jego młodszym rodzeństwem, ale również nam (rodzicom zastępczym) uzmysłowił pewne rzeczy, które z pewnością będą rzutowały na nasze dalsze postępowanie (nie tylko z tymi dziećmi).
Chłopiec jest najstarszy z rodzeństwa, ma sześć lat. Podczas ostatniej interwencji policji, nie byliśmy jedynymi rodzicami zastępczymi, którym mama dzieci chciała wydrapać oczy. Patrząc z jej perspektywy, nawet się temu nie dziwię. Przyjechało dwóch „facetów w czerni” i jakieś dwie „zołzy”. Bill został zapakowany do jednej czarnej limuzyny, a Ptyś z Balbiną do drugiej. Nagle została sama ze swoimi myślami... bo przecież i policja, i kuratorzy, też pewnie szybko się wynieśli.
Rodzeństwo zostało rozdzielone na wniosek sądu. Ale przecież sąd opiera się na danych przekazanych przez organizatora pieczy zastępczej, czyli przez PCPR. Aby to bardziej swojsko zabrzmiało – przez naszą koordynatorkę Jowitę.
Gdy zadzwoniła ona do nas dzień przed odebraniem dzieci, nie byliśmy zachwyceni. Przyjęcie naraz trójki dzieci oznaczało, że będziemy nagle rodziną z sześciorgiem dzieci. Będziemy mieć dwa klany przeciwko sobie „Bliźniaki” kontra „Ptysie”, przy czym ten drugi (nowy) klan byłby w przewadze. Decyzję pozostawiliśmy Jowicie, chociaż nie kryliśmy, że wolelibyśmy tylko dwójkę młodszego rodzeństwa. Patrzyliśmy na całość też pod kątem logistycznym. Te wszystkie dzieci trzeba rozwieźć do przedszkoli i szkół. Ptyś z Balbiną i bliźniaki chodziliby do tego samego przedszkola, ale szkoła Billa jest już pięć kilometrów dalej. Byłoby ciężko.
Uważam jednak, że spieprzyliśmy sprawę. Powinniśmy byli powiedzieć, że bierzemy całą trójkę, albo żadnego.
Kilka ostatnich dni sześciolatek spędził w naszej rodzinie, mając kontakt ze swoim młodszym rodzeństwem. Jego nowa rodzina miała zaplanowane ferie w górach. I nawet chciała zabrać go z sobą, jednak nie udało się już wynająć większego pokoju, ani nawet załatwić jakiejś dostawki.
Dzień, w którym Bill pojawił się w naszej rodzinie, odmienił wszystko. Balbina zaczęła mówić do mnie wujek, przychodziła na kolana, przytulała się. Pozwalała się uczesać i umyć przy kąpieli. To nie ja, a Bill pokazał jej jak się myje zęby. To on zachęcił ją do wspólnych zabaw ze mną. Robiliśmy razem przewroty, karuzele, pompki, brzuszki...
Negatywnie odbiło się to na Romulusie. Cofnął się do dawnych zachowań, gdy starał się zwrócić na siebie uwagę poprzez wyrywanie innym dzieciom zabawek, krzyczenie bez sensu i nieuzasadniony (z naszego punktu widzenia) płacz. Remus zniósł to lepiej... chociaż może są to tylko pozory, może tylko tak mi się wydaje.




Nastał jednak dzień wyjazdu Billa... w zasadzie noc, bo obiecałem dzieciom jeszcze wspólną kolację. Ptyś z Balbiną odprowadzili go wzrokiem siedząc na parapecie. Przy kąpieli nie chcieli się bawić w wodzie (jak dotychczas), tylko szybko pójść do łóżka.
Ptyś przykrył się kołdrą i płakał. Nie chciał rozmawiać. Balbina zasnęła z kciukiem w buzi. Nawet Remus nie mógł zasnąć i musiałem go kilka razy uspokajać. Tylko Romulus był szczęśliwy.
Od rana Balbina znowu zaczęła mówić do mnie „pan”, a do Majki „pani”. Obawialiśmy się, że znowu przeniesiemy się do tych pierwszych dni. Na szczęście po kilku kolejnych godzinach wszystko wróciło do normy. Dzieciaki zachowują się tak samo, jak w okresie gdy był z nami Bill. Nie wiem tylko co siedzi w ich głowie.
Postanowiliśmy jednak, że będziemy się starać, aby rodzeństwo często się spotykało. Rodzina opiekująca się Billem mieszka tylko kilka kilometrów od nas. Nie ma więc większych przeszkód, aby chłopak przyjeżdżał do nas na weekend, albo Balbina z Ptysiem pojechała do niego.

Zacząłem się jednak zastanawiać, jak silne mogą być więzi braterskie. Czy brat może być kimś ważniejszym, niż mama? Dzieciaki rozmawiają z nią przez telefon prawie codziennie... nic się nie dzieje. Chociaż pierwsze spotkanie dopiero przed nami.

Mama...
Poznajemy się coraz lepiej, wiemy nieco więcej o jej przeszłości. Już nie chce nam wydrapywać oczu. Przyjaciółmi nigdy nie będziemy, ale próbujemy się wzajemnie zrozumieć.
Faktycznie może być tak, że przyczyną odebrania dzieci, były te przysłowiowe brudne paznokcie. Mama sama nie dawała sobie rady z trójką dzieci, do tego uciekała przed partnerem, który bił ją i dzieci. Bała się jego i bała się wszystkich... nie ufała nikomu, kuratorom, asystentom rodziny, policji. W końcu ją dopadliśmy. Czy system się pomylił? Czy nie pozwoliła sobie pomóc? Zobaczymy co będzie dalej. Póki co, otwieramy nową kartę, resetujemy swój umysł.
Odezwał się do Majki Helmut, o którym ostatnio wspomniałem. Chce się ożenić z mamą dzieci i je przysposobić. Pierwszą naszą myślą było, że cel uświęca środki. Zapytaliśmy jednak dzieci: „kim jest Helmut?”. W odpowiedzi usłyszeliśmy: „to nasz tata”.
Ale nie jest tatą biologicznym żadnego z nich, przed którym ostrzega nas mama. Ten prawdziwy za kilka miesięcy „wychodzi” i niestety zna nasz adres. Chyba będę musiał odkopać piloty antynapadowe. Majka twierdzi, że coraz bardziej przeklinam, ale ja pierdolę, o co w tym wszystkim chodzi?

Chcę jeszcze wspomnieć o Ptysiu. Między mną a chłopcem nawiązuje się jakaś nietypowa, ale bardzo silna więź. Nie ma ona nic wspólnego z tym co łączy mnie z Plotką, łączyło ze Smerfetką, czy innymi dziećmi. Kiedyś przyjdzie dzień, gdy chłopiec od nas odejdzie. Już teraz wiem, że powiem do niego „run Forrest, run”.



niedziela, 20 stycznia 2019

PTYŚ i BALBINA.


Jesteśmy z sobą już tydzień. Początkowo wszystko zaczęło układać się według znanej nam i wielokrotnie powtarzającej się zasady.

Balbina





















Ptyś























Gdy kilka miesięcy temu do naszej rodziny przyszedł Romulus i Remus, to chłopcy w żadnej
mierze nie byli smutni i przygnębieni. To nie ich musieliśmy pocieszać, to nie oni stali się centrum naszego zainteresowania. Wówczas chłopcy tryskali energią, poznawali nowe otoczenie, nie było widać jakiejkolwiek tęsknoty za rodziną. Z kolei przebywające wtedy z nami rodzeństwo (Sasetka i Maluda), zaczęło okazywać frustrację całą sytuacją. Sasetka przez pół dnia potrafiła bawić się sama, a Maluda leżał na kocu, przyglądając się tylko temu, co robią bliźniaki.

Tym razem to bliźniacy znaleźli się w tej roli. To w ich oczach było widać smutek. Romulus nie opuszczał naszych kolan, a Remus próbował zaszyć się w najciemniejszy kąt. Za to Ptyś z Balbiną „brylowali na parkiecie”. Zupełnie nie przypominali dzieci, które jeszcze kilka godzin wcześniej odbieraliśmy z bezpiecznego (w ich ocenie) środowiska.
Wydaje się to dziwne i niezrozumiałe, ale te nowe dzieci zaczynają funkcjonować w trybie przetrwania. Ich umysł próbuje się dostosować do nowej sytuacji, próbuje nie zwariować. Jest to schemat, który powtarza się zawsze... powtarzał się zawsze (do tej pory). Po pewnym czasie wszystko normalniało.

Zacznę jednak od początku. Zostaliśmy poinformowani, że istnieje duże prawdopodobieństwo interwencji policji w środku nocy i może dojść do odebrania dzieci pewnej rodzinie. Już kilka miesięcy wcześniej, sąd z drugiego końca Polski wydał postanowienie o odebranie mamie dzieci i przekazanie ich do pieczy zastępczej (najlepiej rodzinnej, ale z braku takowej - również instytucjonalnej). Od tego czasu mama wielokrotnie zmieniała miejsce zamieszkania i trudno było ją zlokalizować. Trochę przypominało to „obławę na młode wilczki”, która wreszcie miała dobiec końca.
Interwencja w środku nocy nikomu nie jest na rękę, więc jak się uda, to jest ona odwlekana do godzin porannych. Tym razem tak właśnie było. Przypuszczalnie patrol policji obserwował mieszkanie i gdyby nastąpiła jakakolwiek próba opuszczenia tego lokalu przez rodzinę, to wszystko zaczęłoby się w nocy.
Odebrania dzieci miał dokonać zespół składający się z dwóch policjantów, dwóch kuratorów sądowych i pracownika socjalnego z ośrodka pomocy społecznej. Majka miała jak zawsze podjechać samochodem i jak zawsze dzieci miały zostać jej przyprowadzone przez mamę. Jednak tym razem chciała, abym udał się tam razem z nią. W uzasadnieniu postanowienia sądu było napisane, że mama dzieci nie panuje nad swoimi emocjami, jest arogancka, niekulturalna, nerwowa, i wykazuje poirytowanie oraz złość. Niby standard, ale przecież gdy Majka mnie prosi, to nie odmawiam. Okazało się jednak, że w tym przypadku wszystko wyglądało inaczej niż zazwyczaj. Oczekując na dzieci, spędziliśmy na klatce schodowej ponad dwie godziny. Najpierw mama dzieci wybiegła do nas z „pianą na pysku” i chęcią wydrapania nam oczu. Wszystko zaczęło się rozjeżdżać, odbiegać od standardowych procedur. Policja w takich przypadkach jest również od tego, aby zapewnić bezpieczeństwo nam (w sensie fizycznym) oraz zabezpieczyć dzieci przed wyobrażeniem sobie nas jako agresorów – jako kogoś, kto przyszedł zabrać je jej mamie. Nie do końca to wyszło, chociaż nie mam żadnych pretensji do policji. Jedynie mogę tym młodym chłopakom współczuć takiej pracy. Po kilkunastu minutach zostały wezwane posiłki (przyjechał drugi radiowóz). Dochodzące z mieszkania krzyki nadal nie ustawały. W ciągu najbliższych kilkudziesięciu minut, w mieszkaniu zaczęły pojawiać się kolejne osoby. Wszyscy wchodzili, a nikt nie wychodził. Za to wychodzili sąsiedzi z dołu i z góry. Nagle każdy z nich miał potrzebę pójścia do piwnicy po kompot na obiad... o dziesiątej nad ranem.
Zaczęliśmy się z Majką zastanawiać nad sensem całej tej akcji. Rozumiem to, że istnieją pewne procedury. To, że ani policjant, ani kurator, ani pracownik socjalny, nie mogą dotknąć dziecka... nie mogą go zwyczajnie wziąć za rękę i wyprowadzić na korytarz. Ale czy policja nie może skuć w kajdanki awanturującej się i stanowiącej realne zagrożenie matki? Myślę, że może... z pewnością może. Jednak tutaj mimo wszystko górę wzięło doświadczenie. Po dwóch godzinach wyszła mama w towarzystwie kuratorki. Porozmawialiśmy, opowiedzieliśmy o sobie, o tym jak będzie wyglądał pobyt jej dzieci w naszej rodzinie i jej kontakty z nimi. W zasadzie to tylko Majka mówiła. Ja wypowiedziałem może dwa, albo trzy zdania. Ktoś powiedział do mnie „a ty co taki blady jesteś?”.
Po kolejnej godzinie, mama przyprowadziła nam dzieci do samochodu, dając jakąś torbę z rozmaitymi rzeczami, ale przede wszystkim książeczki zdrowia. Była już pogodzona z losem. Wówczas zobaczyłem w niej skrzywdzoną przez życie dwudziestolatkę. Majka mówi, że jest zniszczona. Może i tak. Może wygląda na trzydzieści lat, a może i więcej. Jednak w tym momencie wyglądała na młodą lwicę zaatakowaną przez stado hien. Jedną z tych hien byłem też ja.

Jest mi strasznie żal tej dziewczyny. Jest w wieku naszej średniej córki i nie ma nikogo... tylko swoje dzieci, które właśnie jej odebrano.
Dzwoni do Majki codziennie. Długo rozmawiają. Bardzo chce odzyskać dzieci.
Na dobrą sprawę, to niewiele o niej wiemy. Sąd uzasadnił swoją decyzję dość lakonicznie. Jowita próbuje czegoś się dowiedzieć z pomocy społecznej, ale było ich kilka. Nawet kurator używał określenia „prawdopodobnie”. Profesja, którą mama się para, jest też tylko hipotetyczna. Ma chyba wielu partnerów jednocześnie. To, że dzieci mają różnych ojców i różne nazwiska, to już mnie zupełnie nie dziwi. Jednak gdy mama rozważa, która kandydatura daje jej większe szanse na odzyskanie dzieci – trochę mnie niepokoi. Zadała Majce pytanie, czy Helmut będzie bardziej wiarygodny niż Mietek? No nie będzie... dopóki się z nią nie ożeni, albo nie uzna jej dzieci za swoje. Na ojców dzieci zupełnie nie może liczyć. Jeden już nie istnieje, a drugi „siedzi”.
W całej tej historii nic się nie „klei”. Pewne jest tylko to, że dzieci były zaniedbane, że mogą posiadać zaburzenia emocjonalne. W wyprawce, którą otrzymaliśmy od mamy, były dwie szczoteczki do zębów. Nówki, jeszcze nie rozpakowane. Pomyślałem sobie, jaka przezorna mama. My naszym dzieciom najwyżej moglibyśmy dać używane. Jednak gdy rozpakowałem te szczoteczki, nałożyłem pastę i dałem im do ręki, to zwyczajnie nie wiedziały co mają z tym zrobić.

Po kilku dniach pobytu w naszej rodzinie, nagle nastąpiło coś, co nigdy dotychczas nie miało miejsca. Dzieci stały się smutne i przygnębione. Pewnie tak w ich przypadku objawia się tęsknota. Tylko dlaczego nie chcą o tym mówić? Dlaczego po czterech dniach zniknęła początkowa otwartość? Być może dzieciaki zorientowały się, że przyszły do nas na dłużej, niż tylko na chwilę. Ale dlaczego jest to pierwszy taki przypadek?

Zwłaszcza Balbina stała się wycofana. Majce jeszcze jakoś udaje się do niej dotrzeć. Jednak ode mnie dziewczynka coraz bardziej się oddala. Zarówno emocjonalnie, jak też fizycznie. Nie pozwala się dotknąć, uczesać, ubrać. Przez tydzień jeszcze nie umyła zębów – sama nie potrafi, a nie pozwala pokazać sobie jak ma to robić.
Niestety bywają sytuacje, gdy Majki nie ma w domu. Gdy ostatnio Balbina zrobiła kupę, to zwyczajnie wyrzuciła mnie z łazienki, twierdząc że sama wytrze sobie pupę. Ale tego też nie potrafi, a ja nie chcę niczego robić na siłę. Cały czas mówi do mnie „pan”.
Chociaż będąc ostatnio w przychodni, też nie pozwoliła się zbadać. Nie otworzyła buzi i nie dała sobie podciągnąć bluzki. Lekarka stwierdziła więc, że Balbina pewnie ma to samo co bliźniaki, więc ma zażywać te same syropki. Akurat te zioła z pewnością jej nie zaszkodzą.

Ptyś jest bardziej otwarty. Sam nie przychodzi się przytulać, ale na to pozwala. I choć jest wówczas nieco spięty, przytulanie sprawia mu chyba przyjemność. Codziennie daje mi buziaka na dobranoc, a wczoraj nawet powiedział „lubię wujka”. Chociaż przed zaśnięciem często płacze. Coraz lepiej wychodzi mu szczotkowanie zębów, pozwala się umyć. Przez tydzień szorowaliśmy gąbką twarz, bo miał jakieś dziwne plamy. Początkowo myślałem, że są to przebarwienia skóry... ale po kilku dniach jednak zeszły.

Mama dzieci na razie zamęcza nas telefonami i sms-ami. Jej brak przywiązania do miejsca zamieszkania spowodował, że postanowiła wynająć jakieś mieszkanie kilka kilometrów od naszego domu. Ciekawe co będzie dalej?

Pisząc dzisiejszy tekst, po raz kolejny zacząłem się zastanawiać, czy nie przekraczam pewnych granic. Czy nie opisuję całej historii zbyt szczegółowo, czy ktoś nieprzychylny dzieciom, nie rozszyfruje pseudonimów i nie zechce tego jakoś wykorzystać. Wydaje się to niemożliwe... chociaż?
Patrzę jednak na grono osób, które tutaj zagląda. Rodzicom adopcyjnym (albo przyszłym adopcyjnym), takie historie może bardziej zobrazują losy dzieci, które z nimi zamieszkały lub zamieszkają. Rodzice zastępczy (zwłaszcza ci przyszli) może lepiej zrozumieją co może ich czekać w kontaktach z rodzicami biologicznymi.
Ale pewnie czytają to również rodziny „statystyczne”, mające „statystyczne” dzieci. I być może takie „statystyczne” dziecko również to przeczyta i stwierdzi: „Jak ja mam dobrze. Mam gdzie mieszkać i co jeść. Otaczam się ludźmi, którzy mnie kochają. Nigdzie nie muszę uciekać. Moim jedynym problemem jest to, że starzy nie chcą mi kupić butów za trzy stówy”.

PS Zapomniałem dodać, że Balbina jest pół roku starsza od bliźniaków, a Ptyś o kolejne dziewięć miesięcy.


sobota, 12 stycznia 2019

MESSENGER (próżnia nie istnieje).


Dzisiaj spędzamy pierwszą noc bez Messengera. Majka odwiozła chłopca do mamy biologicznej. Miał być spokojny wieczór.


"Nie wiem, czy to miłość?".
Siedzę jednak w oczekiwaniu na telefon z policji, która rozważa dokonanie interwencji w domu jednej z rodzin. Minęło zaledwie kilka godzin od pożegnania się z chłopcem, a już w zamian dostaniemy dwójkę rodzeństwa. Żeby chociaż było tak, że dzieci zostaną nam przywiezione. Nie zostaną... jedynymi uprawnionymi do odebrania dzieciaków, jesteśmy my. Policja może tylko przypilnować, aby nikt w tym czasie nie zrobił nam krzywdy. Policjant nie może nawet dotknąć dziecka. A my? My możemy dziecko zapakować do samochodu, nie mając nawet postanowienia sądu. Kurator może pojawić się w rodzinie nie później niż do dwudziestej drugiej, więc pewnie się nawet nie spotkamy. Zobaczymy za to wkur...ną matkę i płaczące dzieci, które wyrwane ze snu w środku nocy, nagle zostaną zapakowane do obcego samochodu, a później do obcego łóżka w obcym domu. Dobrze, że chociaż mają siebie.


Dlaczego ma być przeprowadzona taka akcja? Mama ucieka z dziećmi i ukrywa się w różnych zakątkach kraju. Tyle wiemy... mamy być w gotowości.
Dobrze, że chociaż miałem informację i zdążyłem posprzątać pokój, w którym planujemy dzieci umieścić. Plotka wylądowała więc w łóżeczku Messengera w sypialni Majki, a ja przeniosłem się do innego pustego pokoju (na szczęście mamy ich kilka).

Ale miało być o Messengerze.
Krótko przypomnę jego historię, ponieważ pewne jej elementy mogą być znaczące w dalszym opisie.
Oboje rodzice chłopca są upośledzeni w stopniu lekkim (jak niektórzy uważają – są nerwowi). Ojciec jest alkoholikiem stosującym przemoc w stosunku do swojej żony (mamy chłopca). Zresztą Messenger jest owocem gwałtu (jak niektórzy uważają – powinności małżeńskiej).
Sąd wydał decyzję o umieszczeniu dziecka w naszej rodzinie zastępczej, do czasu wyjaśnienia sytuacji rodzinnej (czyli na czas trwania postępowania).
Mama Messengera zdecydowała się odejść od męża i zamieszkała ze swoim ojcem. Cały czas pracowała i rozpoczęła terapię z psychologiem.
Złożyła jednak zażalenie na postanowienie sądu, co jak się okazało było dużym błędem.. Oczekiwanie na rozprawę w sądzie apelacyjnym skutkowałoby pozostawieniem chłopca w naszej rodzinie jeszcze przynajmniej przez rok (tyle mniej więcej czeka się na sprawę w sądzie okręgowym).
Ponieważ zespół opiniujący jej zachowanie po odebraniu dziecka, jednogłośnie stwierdził dużą poprawę i zaczął rozważać możliwość powrotu chłopca do niej – sprawa nabrała tempa. Mama (za namową) złożyła rezygnację z odwołania się od wyroku (czyli zrezygnowała z wcześniej wniesionego zażalenia), które dziwnym zbiegiem różnych okoliczności, nie zostało jeszcze wysłane do sądu wyższej instancji. Wydawało się jednak, że pierwotna decyzja tak czy inaczej zostanie utrzymana w mocy, co powodowało oczekiwanie na kolejną rozprawę (czyli przynajmniej trzy miesiące). Okazało się jednak, że sąd bardzo poważnie podszedł do tego przypadku. Nie dość, że znalazł odpowiedni paragraf (co paradoksalnie wcale nie jest rzeczą oczywistą), to jeszcze wydał postanowienie w trybie ekspresowym.
Pierwotna decyzja nie została uchylona, co oznacza że mamę nadal czeka rozprawa potwierdzająca jej zdolności do sprawowania opieki rodzicielskiej nad chłopcem. Zmieniony został tylko tryb zabezpieczenia chłopca na czas postępowania. Messenger może więc ponownie zamieszkać ze swoją mamą. Tyle tylko, że w mieszkaniu swojego dziadka, przy ścisłej współpracy asystenta rodzinny i kuratora sądowego oraz istnieniu jeszcze kilku warunków koniecznych, jak choćby udziału mamy w warsztatach mających na celu podniesienie jej kompetencji rodzicielskich.

Jest więc wielki „happy end”. Ploteczka zrobiła „brawo-brawo”, bliźniacy przybili piatkę, a wszelkie urzędy ucieszyły się, że sprawa jest zamknięta... a przynajmniej na jakiś czas wyciszona.
Jest tylko dwoje malkontentów. Jednego nazywają Pikuś, a drugą osobą jest Basia logopedka. Nie rozmawiałem z Basią, więc nie wiem jakie ma przemyślenia. Dotarło do mnie tylko tyle, że jest jej żal, iż chłopiec musi wrócić do swojej mamy.

Jednak swoje zdanie mogę przedstawić.

Moją przewagą nad innymi osobami jest to, że nie znam osobiście mamy Messengera. Wizualizuję ją sobie wyłącznie w oparciu o docierające do mnie rozmaite opinie. Nie wiem więc jak wygląda, w jaki sposób przedstawia swoje racje, nigdy nie spojrzałem jej prosto w oczy. Opieram się więc tylko na spostrzeżeniach innych osób (głównie Majki).

Nie chcę umniejszać postępów mamy chłopca. Jej determinacja w chęci odzyskania syna jest faktycznie imponująca (przynajmniej w porównaniu z innymi mamami naszych dzieci zastępczych).
Jest jednak pewne „ale”.
Mama Messengera w chwili obecnej może liczyć przede wszystkim na wsparcie swojego taty. Jest to faktycznie człowiek twardo stąpający po ziemi, mający świadomość wszelkich konsekwencji związanych z przyjęciem córki i Messengera pod swój dach. Tyle tylko, że jest on sporo starszy ode mnie (a przecież z mojej półki już też biorą).
Co będzie gdy go zabraknie?
Majka bardzo broni tej dziewczyny. Ja analizuję tylko to co słyszę, próbując spojrzeć w przyszłość. Co będzie za lat pięć, dziesięć, czy piętnaście?
Mama Messengera jest typowym przykładem dużego dziecka. Ona ma już prawie czterdzieści lat, a nadal nie potrafi podejmować decyzji, wziąć odpowiedzialności za siebie i za swojego syna. Cechuje ją typowa roszczeniowa postawa, której ja zupełnie nie akceptuję. Uważa, że jej się wszystko należy, że ktoś powinien objąć ją swoją opieką. Wie, że jest dorosła, ale cały czas traktuje siebie jak małą dziewczynkę.
Majka kiedyś zaproponowała jej przyjazd do lekarza. Chyba chodziło o poradnię preluksacyjną. Była to okazja, aby mama spędziła jakiś czas z chłopcem, aby poznała przychodnię, do której być może wielokrotnie będzie uczęszczać. Maja nawet zaproponowała, że sprawdzi o której wyjeżdża tramwaj (prosto spod jej domu) i na którym przystanku musi wysiąść. Nie była tym zainteresowana. Twierdziła, że nie zna tego miejsca, więc nie dojedzie.
Dwa dni temu miała przyjechać na rehabilitację Messengera. Dostała od Majki proste polecenie:”proszę wsiąść w tramwaj numer 14 spod swojego domu o 13.46 i wysiąść na dziewiątym przystanku na placu Powstańców Warszawy – tam będę na panią czekała”.
Proste, prawda?
Nie powiedziałem tego Majce, ale byłem przekonany, że nie dojedzie. Zorganizowaliśmy jednak całą wyprawę. Miałem zostawić Majkę na przystanku i dalej pojechać z Messengerem na rehabilitację. Pół godziny wcześniej zadzwoniła asystentka mamy, że jednak mama nie dojedzie bo ma sprawy do załatwienia.
I to jest właśnie znamienne - te mamy mają swoje asystentki. Gdybym ja chciał mieć asystentkę, która wykona za mnie kilka telefonów, wypełni ileś tam formularzy i napisze parę pism, to musiałbym ją zwyczajnie zatrudnić za przyzwoite pieniądze. A mama Messengera mówi do Majki: „Wie pani... ta moja asystentka w ogóle o mnie nie dba. Wcale do mnie nie dzwoni. Jak coś chcę, to muszę ja zadzwonić do niej”. Albo: „Muszę zadzwonić do mojej asystentki, aby dowiedziała się w sądzie, czy już wysłali do mnie orzeczenie”.
Pewnie gdy Messenger będzie już chodził do szkoły i mama dostanie zaproszenie na rozmowę od dyrektora, to też zadzwoni do asystentki. Na tę chwilę, pani asystent rodziny zobowiązała się pojechać z mamą i Messengerem na pierwszą rehabilitację. Nie jest wykluczone, że będą to dla niego ostatnie zajęcia.

Ale cóż. Cieszę się, że chłopiec wrócił do mamy. W końcu to nasz pierwszy powrót dziecka do mamy biologicznej... otwierajmy szampany.
Szybko oddalam jednak od siebie myśl, że ta sama sytuacja mogłaby spotkać Ploteczkę.

Messenger mieszkał z nami zaledwie trzy miesiące. Jego odejście było dla mnie jak pstryknięcie palcem. Był impresją, przelotnym wrażeniem. Nie zdążyłem się z nim bardziej związać, i myślę że była to relacja zwrotna.
Nie wiem, czy jest to tylko moja cecha, ale zawsze potrzebuję trochę czasu, aby wykorzystać nabyte wcześniej umiejętności. Niedawno, gdy wychodziłem z samochodu, ktoś zapytał mnie po angielsku, jak dojść do Ronda Piłsudskiego. Odpowiedziałem: „eeeeee, I don't speak English”. A na wakacjach w Maroku potrafiłem wykłócać się o jakieś głupie parasolki na plaży. Podobnie jest z naszymi dziećmi zastępczymi. Potrafię nawiązywać więzi, potrafię angażować się emocjonalnie. Wiem, że dla dzieci jest to bardzo ważne. Jednak Messengera sobie odpuściłem. Był z nami zbyt krótko. O Plotkę walczyłbym pazurami... ona jest już moja (co nie przeszkodzi mi w oddaniu jej rodzicom adopcyjnym). Bliźniacy powoli też stają się moi. Gdy ostatnio pani w przedszkolu rzuciła jakimś absurdalnym zarzutem w odniesieniu do Remusa, to... jeszcze „ugryzłem się w język”... jeszcze.

Samo pożegnanie Messengera było bardzo sympatyczne. Zarówno mama jak i dziadek chłopca, zgodnie stwierdzili, że Majka będzie zawsze mile widziana w ich domu. Póki co, planujemy szybkie odwiedziny – w ciągu kilku najbliższych dni.
Przekazanie dziecka na zasadach odejścia do rodziny adopcyjnej, sobie podarowaliśmy.
Będę szczery... oznaczałoby to codzienne wyjazdy Majki do domu chłopca (bo tak wyglądały dotychczasowe spotkania). Dla mnie wiązałoby się to z koniecznością organizowania sobie dzień w dzień kilku wolnych godzin, aby pozostać z resztą dzieci (bo chyba tylko na takie rozwiązanie byłaby gotowa przystać mama). Do tego, chłopak ma dopiero cztery miesiące i jakby nie było, raz w tygodniu swoją mamę widział. Zresztą Majka twierdzi, że ma on jakąś pamięć pierwotną i wyczuwa mamę, gdy tylko znajdzie się w jej objęciach. Może Maja ma rację.

Zastanawiam się jednak, jaka powinna być nasza dalsza rola. Majka zawiozła wraz z Messengerem cały bagażnik różnych rzeczy (na dziś, jutro i pojutrze – czyli przynajmniej na najbliższy rok) oraz pakiet startowy.
Obawiam się, że możemy stać się kimś ważniejszym niż pani asystentka, która jest tylko pomocą doraźną. Dzisiaj jest ta, jutro inna... i tylko do piętnastej. Majka jest gotowa pojechać nawet o trzeciej w nocy, gdy ktoś będzie potrzebował jej pomocy.



Pakiet startowy.
Przez tydzień nie dane mi było zjeść obiadu przy stole - Majka szykowała wyprawkę.





























Nie jestem przekonany, czy powrót Messengera do mamy był dobrą decyzją sądu. Nie tylko sądu... również naszą, również moją.
W zasadzie jest tylko jedna rzecz, która w moim przekonaniu ją uzasadnia. Razem z dziadkiem mieszka też kilkuletni chłopiec. Nie chciałem poruszać tego wątku. Za każdym razem, gdy Majka jechała w odwiedziny, pytał „Czy dzisiaj Messenger zostanie z nami już na zawsze?”. Ten chłopiec to brat Messengera.