sobota, 26 stycznia 2019

PTYSIE 2 (Ptyś, Balbina i Bill)


Bill nie miał nigdy pojawić się w moich opisach głównie dlatego, żeby w jak największym stopniu zachować anonimowość całej sytuacji i chronić ewentualną możliwość identyfikacji mamy dzieci.
Okazało się jednak, że odegrał istotną rolę, nie tylko w przełamywaniu naszych lodów z jego młodszym rodzeństwem, ale również nam (rodzicom zastępczym) uzmysłowił pewne rzeczy, które z pewnością będą rzutowały na nasze dalsze postępowanie (nie tylko z tymi dziećmi).
Chłopiec jest najstarszy z rodzeństwa, ma sześć lat. Podczas ostatniej interwencji policji, nie byliśmy jedynymi rodzicami zastępczymi, którym mama dzieci chciała wydrapać oczy. Patrząc z jej perspektywy, nawet się temu nie dziwię. Przyjechało dwóch „facetów w czerni” i jakieś dwie „zołzy”. Bill został zapakowany do jednej czarnej limuzyny, a Ptyś z Balbiną do drugiej. Nagle została sama ze swoimi myślami... bo przecież i policja, i kuratorzy, też pewnie szybko się wynieśli.
Rodzeństwo zostało rozdzielone na wniosek sądu. Ale przecież sąd opiera się na danych przekazanych przez organizatora pieczy zastępczej, czyli przez PCPR. Aby to bardziej swojsko zabrzmiało – przez naszą koordynatorkę Jowitę.
Gdy zadzwoniła ona do nas dzień przed odebraniem dzieci, nie byliśmy zachwyceni. Przyjęcie naraz trójki dzieci oznaczało, że będziemy nagle rodziną z sześciorgiem dzieci. Będziemy mieć dwa klany przeciwko sobie „Bliźniaki” kontra „Ptysie”, przy czym ten drugi (nowy) klan byłby w przewadze. Decyzję pozostawiliśmy Jowicie, chociaż nie kryliśmy, że wolelibyśmy tylko dwójkę młodszego rodzeństwa. Patrzyliśmy na całość też pod kątem logistycznym. Te wszystkie dzieci trzeba rozwieźć do przedszkoli i szkół. Ptyś z Balbiną i bliźniaki chodziliby do tego samego przedszkola, ale szkoła Billa jest już pięć kilometrów dalej. Byłoby ciężko.
Uważam jednak, że spieprzyliśmy sprawę. Powinniśmy byli powiedzieć, że bierzemy całą trójkę, albo żadnego.
Kilka ostatnich dni sześciolatek spędził w naszej rodzinie, mając kontakt ze swoim młodszym rodzeństwem. Jego nowa rodzina miała zaplanowane ferie w górach. I nawet chciała zabrać go z sobą, jednak nie udało się już wynająć większego pokoju, ani nawet załatwić jakiejś dostawki.
Dzień, w którym Bill pojawił się w naszej rodzinie, odmienił wszystko. Balbina zaczęła mówić do mnie wujek, przychodziła na kolana, przytulała się. Pozwalała się uczesać i umyć przy kąpieli. To nie ja, a Bill pokazał jej jak się myje zęby. To on zachęcił ją do wspólnych zabaw ze mną. Robiliśmy razem przewroty, karuzele, pompki, brzuszki...
Negatywnie odbiło się to na Romulusie. Cofnął się do dawnych zachowań, gdy starał się zwrócić na siebie uwagę poprzez wyrywanie innym dzieciom zabawek, krzyczenie bez sensu i nieuzasadniony (z naszego punktu widzenia) płacz. Remus zniósł to lepiej... chociaż może są to tylko pozory, może tylko tak mi się wydaje.




Nastał jednak dzień wyjazdu Billa... w zasadzie noc, bo obiecałem dzieciom jeszcze wspólną kolację. Ptyś z Balbiną odprowadzili go wzrokiem siedząc na parapecie. Przy kąpieli nie chcieli się bawić w wodzie (jak dotychczas), tylko szybko pójść do łóżka.
Ptyś przykrył się kołdrą i płakał. Nie chciał rozmawiać. Balbina zasnęła z kciukiem w buzi. Nawet Remus nie mógł zasnąć i musiałem go kilka razy uspokajać. Tylko Romulus był szczęśliwy.
Od rana Balbina znowu zaczęła mówić do mnie „pan”, a do Majki „pani”. Obawialiśmy się, że znowu przeniesiemy się do tych pierwszych dni. Na szczęście po kilku kolejnych godzinach wszystko wróciło do normy. Dzieciaki zachowują się tak samo, jak w okresie gdy był z nami Bill. Nie wiem tylko co siedzi w ich głowie.
Postanowiliśmy jednak, że będziemy się starać, aby rodzeństwo często się spotykało. Rodzina opiekująca się Billem mieszka tylko kilka kilometrów od nas. Nie ma więc większych przeszkód, aby chłopak przyjeżdżał do nas na weekend, albo Balbina z Ptysiem pojechała do niego.

Zacząłem się jednak zastanawiać, jak silne mogą być więzi braterskie. Czy brat może być kimś ważniejszym, niż mama? Dzieciaki rozmawiają z nią przez telefon prawie codziennie... nic się nie dzieje. Chociaż pierwsze spotkanie dopiero przed nami.

Mama...
Poznajemy się coraz lepiej, wiemy nieco więcej o jej przeszłości. Już nie chce nam wydrapywać oczu. Przyjaciółmi nigdy nie będziemy, ale próbujemy się wzajemnie zrozumieć.
Faktycznie może być tak, że przyczyną odebrania dzieci, były te przysłowiowe brudne paznokcie. Mama sama nie dawała sobie rady z trójką dzieci, do tego uciekała przed partnerem, który bił ją i dzieci. Bała się jego i bała się wszystkich... nie ufała nikomu, kuratorom, asystentom rodziny, policji. W końcu ją dopadliśmy. Czy system się pomylił? Czy nie pozwoliła sobie pomóc? Zobaczymy co będzie dalej. Póki co, otwieramy nową kartę, resetujemy swój umysł.
Odezwał się do Majki Helmut, o którym ostatnio wspomniałem. Chce się ożenić z mamą dzieci i je przysposobić. Pierwszą naszą myślą było, że cel uświęca środki. Zapytaliśmy jednak dzieci: „kim jest Helmut?”. W odpowiedzi usłyszeliśmy: „to nasz tata”.
Ale nie jest tatą biologicznym żadnego z nich, przed którym ostrzega nas mama. Ten prawdziwy za kilka miesięcy „wychodzi” i niestety zna nasz adres. Chyba będę musiał odkopać piloty antynapadowe. Majka twierdzi, że coraz bardziej przeklinam, ale ja pierdolę, o co w tym wszystkim chodzi?

Chcę jeszcze wspomnieć o Ptysiu. Między mną a chłopcem nawiązuje się jakaś nietypowa, ale bardzo silna więź. Nie ma ona nic wspólnego z tym co łączy mnie z Plotką, łączyło ze Smerfetką, czy innymi dziećmi. Kiedyś przyjdzie dzień, gdy chłopiec od nas odejdzie. Już teraz wiem, że powiem do niego „run Forrest, run”.



15 komentarzy:

  1. ja i tak nie rozumiem i nie zrozumiem, jak możecie się z tymi dziećmi rozstawać. Po miesiącu jeszcze ok, ale gdy jest u was przez rok od urodzenia non stop, znacie zapach stopek i znaczenie grymasu. Nie rozumiem i właśnie dlatego nie mogłabym robić tego, co robicie wy. Szacunek po raz kolejny. Zabranie do siebie Bila, gdy się już poznaliście, nadal nie wchodzi w grę? Są jakieś prognozy, co dalej? Jak długo? co jest warunkiem powrotu do matki i jaka jest ocena realności tegoż? nie, nie mogłabym..

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Co do rozstań, to myślę że faktycznie mogą to być cechy osobowościowe. Jedni są na to gotowi, inni nie. Jednak w naszym przypadku, chyba bardziej chodzi o świadomość tego, że to rozstanie jest nieuniknione. Czasami bardziej boli, czasami mniej. Jest ono jednak tak pewne jak śmierć i podatki.
      Ale może właśnie z tego powodu, nigdy bym się nie zdecydował na pozostanie zwyczajną rodziną zastępczą. Tutaj ciągle tkwiłbym w niepewności.

      Wracając do Billa – być może najwięcej do powiedzenia ma teraz Helmut. Chce się spotkać z nami i dziećmi.

      Usuń
  2. Pikuś, nie wiem, co napisać... Nie rozumiem tego rozdzielenia, serio. Mówimy o trójce dzieci, nie o dziesięciorgu, gdzie nie byłoby tematu (chyba że znienacka jakaś wioska SOS podjęłaby wątek).
    Czy relacje z bratem mogą być ważniejsze niż z matką? Nie wiem, czy można to stopniować, ale widać wyraźnie, ze więź jest silna. W rodzinach z trudnościami bardzo często (i wiem, że Wy to wiecie, co powiększa mój chaos w głowie) rodzeństwo staje się dla siebie opoką, kołem ratunkowym, punktem odniesienia i jedyną stałością równocześnie. Pomijając sytuacje, w których to brat/siostra są sprawcami przemocy, ale to raczej nie jest ta sytuacja.
    Kiedy matka zapije, ojciec pobije, znów nie ma kolacji, znów nie można dobudzić jedynego dorosłego w domu to właśnie starszy brat/siostra są tymi, którzy przyniosą chleb, zadzwonią do sąsiada, przytulą. Te dzieci - i znów wiem, że przecież to wiecie - lokują poczucie stabilności własnie w starszym rodzeństwie. Ja dostałam bardzo małe dzieci, a już ten mechanizm u nich zadziałał i działa tak naprawdę do dziś. Dwuipółlatek upewniający się, czy jego młodsza siostra jest nakarmiona, przewinięta i zadbana rozdziera serce, ale daje też bardzo dużo do myślenia w temacie rozdzielania rodzeństw i skutków, jakie to może wywołać. Ale też tego, jak wyglądała sytuacja w rodzinie i jak bardzo bezpieczeństwo młodszego dziecka/dzieci zależało od tego starszego dziecka.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bloo-tez chciałam to napisać, że może ten najstarszy brat musiał wejść w rolę dorosłego.
      Weź tu potem wprowadź dziecko z poczucia nadmiernej idpowiedzialności-takie 2,5 latka właśnie. Myślę,że ciężka praca czasami nad tym aspektem.Pozdrawiam. Nikola

      Usuń
    2. cięzka i jak niekończąca się opowieść, choć widzę progres. Liczę się jednak serio z tym, że to nigdy nie minie i zawsze będzie gdzieś w tle.
      I właśnie jak na zamówienie - dziś kupiłam gumę balonową dla prawie pięciolatka. Raz, że mnie o to prosił, a dwa, że chciałam go wzmocnić w poczuciu radzenia sobie z wyzwaniami. Dostał tę gumę, nie udało mu się jeszcze zrobić balona, a w chwili, w której piszę ten post, krąży wokół mnie napraszając się o kolejny listek, dopytując w której kieszeni mam tę gumę, czy na pewno jej nie zgubiłam, ile listków zostało (musi sam policzyć, nie ufa mi na słowo).
      Wiem, że to może brzmieć lajtowo, ale takie historie ćwiczymy parę razy dziennie i zawsze motywem jest próba przejęcia przez dziecko kontroli nad sytuacją. Zaczął się trzeci rok i to nie mija, a progres polega na tym, że jednak czasem uznaje autorytet dorosłych (kiedyś wcale go nie uznawał).
      W radzeniu sobie z frustracją głównie pomaga mi pamieć o tym, że on musi być o wiele bardziej sfrustrowany niż ja, bo ja przynajmniej rozumiem, z czego wynikają jego działania :(

      Usuń
  3. Dzieci powinny pozostać razem, a skoro Wy mogliście przyjąć jedynie dwoje, to należało skierować całą trójkę do innej rodziny zastępczej. Nie rozumiem, dlaczego tego nie zrobiono. Nie rozumiem też sensu kierowania dziecka do rodziny, która właśnie wyjeżdża na ferie w góry i nie może go ze sobą zabrać. Gdzie w tym wszystkim dobro dziecka i liczenie się z emocjami dzieci? :(
    Agnieszka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No niestety ale ciągle borykamy się z niedoborem rodzin zastępczych. Zwłaszcza gotowych przyjąć troje dzieci w trybie interwencyjnym. Czasem zwyczajnie nie znajduje się dobrych rozwiązań lecz najmniej złych. Paradoksalnie ten pobyt Billa u nas na wakacjach wyszedł im na dobre. Wszystkim poza blizniakami. W myśl zasady o podtrzymywaniu więzi dzieci przekonały się że rodzeństwo jest nie zniknęło. Bill zobaczył gdzie są mali wie że będzie mógł tu przyjeżdżać, ma swoje łóżko. Teraz czeka nas wizyta maluchów u niego. Jednocześnie mam nadzieję że bliźniaki też przyzwyczają się stopniowo do odwiedzin Billa. Tyle możemy teraz zrobić

      Usuń
  4. Pikuś,a pcpr nie miał naprawdę innej rodziny dla całej 3? Nikola

    OdpowiedzUsuń
  5. Dlatego właśnie uważam, że w tym przypadku daliśmy dupy na całej linii. Być może zaczynamy już wchodzić w rutynę, kierować się pewnymi schematami... może. W przyszłości z pewnością będziemy bardziej rozważni.
    Jednak to nie jest tak, że za każdym razem sprawa jest oczywista, że coś jest białe, albo czarne. Wielokrotnie praktyka rozchodzi się z teorią. Zwłaszcza dotyczy to pogotowi, gdzie dzieci są umieszczane w trybie zabezpieczenia, na krótko. Tutaj jest więcej czynników, które trzeba brać pod uwagę, niż w przypadku szukania rodziny zastępczej na dłuższy czas (a często na zawsze).
    Przede wszystkim pogotowia najczęściej są przepełnione. W tym przypadku, byliśmy jedyną rodziną, która mogła zdecydować się na przyjęcie całej trójki. Szkoda, że tego nie zrobiliśmy, ale to wiem teraz. Zawsze musimy też pamiętać o dzieciach, które z nami przebywają. Wszelkie zmiany kładą się cieniem również na ich stan emocjonalny i nie wiadomo co pozostaje w ich umyśle. Co najważniejsze, tajemnicą jest, jak to się przełoży na ich dalsze życie. Romulus i Remus są z nami zaledwie osiem miesięcy. A już w tym czasie mieli kontakt z Kapslem, Sasetką i Maludą – które to dzieci odeszły. Przeszedł Messenger i już zdążył odejść. I znowu kolejne dzieci. Być może przyjście trójki dominujących dzieci, jest większą krzywdą dla tych obecnych, niż rozdzielenie rodzeństwa.
    A tak się niestety dzieje bardzo często, że dzieci są umieszczane w różnych pogotowiach. Nie ma parcia na nierozłączanie. Być może wszyscy wychodzą z założenia, że tak czy inaczej mamy do czynienia z traumą po rozstaniu.
    Mieliśmy kiedyś propozycję przyjęcia piątki dzieci z interwencji. Nie byliśmy w stanie tego zrobić. No to podzielono rodzeństwo na 3 i 2. Ani my, ani inne nasze pogotowia nie były wówczas gotowe na przyjęcie tych dzieci. Ostatecznie wszystkie razem poszły do placówki. Nie wiem jakie były ich dalsze losy. Nie wiem też, czy było to lepszym rozwiązaniem, niż gdyby znalazły się w dwóch grupach, w dwóch różnych rodzinach.

    Sam fakt bycia rodzeństwem, też często nie oznacza, że dzieci są dla siebie wsparciem. Nasze bliźniaki przecież mają starszych braci, którzy przebywają w innym pogotowiu.
    Oni oficjalnie mówią, że nienawidzą Romulusa i Remusa... oni również nienawidzą siebie.
    Dzieci, które do nas przychodzą, najczęściej mają różnych ojców. Kolejny z nich zwyczajnie dyskryminuje dzieci swoich poprzedników. Kiedyś z Majką próbowaliśmy rozumieć tych rodziców. Patrzyliśmy na nich naszymi oczami. A to tak nie jest... tam działają zupełnie inne mechanizmy.
    I pewnie kierując się tym doświadczeniem (bo sytuacja jest analogiczna), zwyczajnie odpuściliśmy sobie Billa .

    Rozważaliśmy możliwość połączenia rodzeństwa. W końcu rozłąka trwała tylko kilka dni. Jednak teraz nie jest to takie proste. Decyzję musiałby wydać sąd. Gdyby miał to zrobić w trybie natychmiastowym, to musiałyby wystąpić jakieś ważne przesłanki.
    Dzisiaj spędziłem z dzieciakami pół dnia, bo Majka pojechała na spotkanie bliźniaków z babcią. Było bardzo miło. Jeżeli wyrządziliśmy dzieciom krzywdę, to teraz już tego nie odkręcimy.

    OdpowiedzUsuń
  6. Zgadzam się że spieprzylismy sprawę bo trzeba było wziąć trójkę ale to niestety nie jest też takie czarno-białe. Balismy się logistyki ale przede wszystkim martwilismy się o bliźniaki. Wizyta Billa potwierdziła nasze obawy. Mocno zachwiało to ich poczuciem bezpieczeństwa. Chłopcy zachowywali się jak na samym początku Odetchneli z ulgą gdy pożegnali Billa. A sam Bill? Upewnił się że rodzeństwo jest bezpieczne, że będzie mógł często ich odwiedzać, dzwonić. Myślę że jest to jakaś pociecha w tej trudnej dla nich sytuacji. W tamtym pogotowiu ma rówieśnika z którym się zakumplował. Pozwala mu to wyjść z roli starszego brata odpowiedzialnego za maluchy. Może być też dzieckiem. Maluchy nabierają zaufania do nas, do dorosłych. Może w ogólnym rozrachunku dla wszystkich wyniknie z tego coś dobrego. Co nie zmienia faktu że dla nas to cenne doświadczenie i że może następnym razem zareagujemy inaczej.Cóż jesteśmy tylko ludźmi i nikt nie obiecywał że wszystko będzie łatwe i jednoznaczne. ☹️

    OdpowiedzUsuń
  7. No, wreszcie rozkminiłam, jak się zalogować żeby nie pisać jako anonimowy ;) Ale nie o tym miało być. Przyznam, że popłakałam się nad tym wpisem. Sama mam rodzeństwo - dwie siostry, relacje są różne. Mam też dwójkę dzieci (8 i 4 lata) - z premedytacją dwójkę, aby miały się na kim wesprzeć, gdy mnie i męża zabraknie. Gdy czytam o tym, że to rodzeństwo (SZEŚCIOLETNI BRAT!!!) stanowi substytut rodzica to po prostu się rozklejam, bo dzieciństwo to nie jest czas na bycie dorosłym... Jesteście wielcy w tym, co robicie. Nie czyńcie sobie wyrzutów. Nie ma ludzi nieomylnych, zwłaszcza w tak skomplikowanych sprawach. Kciuki && nieustannie za Was i Waszych podopiecznych. (dawny podpis MS)

    OdpowiedzUsuń
  8. Pikuś, a jak obecnie się mają dzieci?
    Nikola

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jest już dobrze. Bliźniaki i Ptysie coraz bardziej wchodzą w rolę rodzeństwa. Widać to zwłaszcza w przedszkolu, chociaż nie wszyscy są w jednej grupie.
      Spotkania z Billem się odbywają i jest to dla nas sprawa priorytetowa. Ptyś lubi się bawić ze swoim bratem, ale Balbina niekoniecznie. Woli siedzieć na kolanach Majki.
      Najciekawsze jest jednak to, że dzieci nie wspominają swojej mamy. Wczoraj miało dojść do pierwszego spotkania z nią. Podobno nagle zabrało ją pogotowie do szpitala. Zadzwonił nawet Helmut, aby usprawiedliwić jej nieobecność.
      Zobaczymy jak potoczą się dalsze losy. W tej chwili nie mamy jeszcze powodów, aby wątpić w prawdziwość tej historii.
      Chociaż Majka miała w liceum koleżankę, która „uśmierciła” ojca, aby nie pójść na jakiś sprawdzian. Wszystko nabrało takiego rozmachu, że jej mama w obawie, że córkę wyrzucą ze szkoły, przyszła na wywiadówkę w czerni i też grała swoją fikcyjną rolę.

      Usuń
    2. To dobrze,ze dzieci coraz lepiej odnajdują się u Wad.
      Balbina na początku bawiła się z Billim?
      PS. Poza tematem-jak się wydało,że ojciec tamtego dziewczęca żyję?
      Dzięki za wieści!
      Nikola

      Usuń