poniedziałek, 25 marca 2019

--- ROMULUS i REMUS 4


Dzisiaj zabrałem się do opisania bliźniaków na najbliższe spotkanie zespołu oceniającego zarówno dzieci, ich rodziców, rozmaite instytucje, no i oczywiście nas.
W zasadzie bym sobie podarował ten wpis, ale Majka zadzwoniła do mnie mówiąc „zmień ostatnie zdanie, pani Izolda będzie na zespole”. I tak mnie to podkręciło, że jednak muszę coś napisać. Oczywiście zmieniłem ostatnie zdanie, zwłaszcza, że nie za bardzo musiałem się wysilić. W pierwotnej wersji było tak: „zmieniło się tylko to, że zmieniła się pani”.
No ale pani Izolda mogłaby to przeczytać i poczuć się urażona, więc... co mi tam.
Ale odniosę się do tego tematu, bo jest on dość ciekawy. Sama pani Izolda jest bardzo młodym dziewczęciem, tuż po studiach, naładowanym wiedzą. Mi zapewne brakuje tej wiedzy, za to mam doświadczenie, a do tego „swoje lata”, co razem powoduje, że nie powinienem być traktowany jak szczeniak, który przyprowadza do przedszkola dziecko, nie mając pojęcia kto to taki. Ale tej kwestii nie będę rozwijał.
Skupię się na samym przedszkolu. Nie wiem, czy jest to jakiś obowiązujący nurt, bo jest to nowe, prywatne przedszkole. Po kilkunastu miesiącach funkcjonowania, wymienionych zostało sporo wychowawców (łącznie z panią psycholog). Część została zwolniona, część zwolniła się sama. Przedszkole nie toleruje behawioralnego podejścia do dzieci. Nie istnieje coś takiego jak przyczyna i skutek, bodziec i reakcja, kara i nagroda. Może i fajnie, ale nie w grupie. No dobrze, niech będzie i w grupie – ale niech sobie nad tym sami zapanują. Odbierając dzieci słyszałem tylko uwagi, uwagi i uwagi. A co robić? Rozmawiać, rozmawiać i rozmawiać.
Nie bywam już w tym przedszkolu, bo nie che mi się rozmawiać, rozmawiać i rozmawiać (zwłaszcza z panią Izoldą, chociaż dziewczyna ogólnie jest nawet sympatyczna).
Ostatnio Romulus rozsypał po całym pokoju płatki ze swojej miseczki. Nie, że mu upadła i się rozsypały... zwyczajnie je rozrzucił. Majka właśnie szykowała dzieci na spacer. Przekaz był prosty – posprzątasz co rozrzuciłeś, to pójdziesz ze wszystkimi. Była wielka awantura, płacz, krzyk, rzucanie się na podłogę. Gdy wszyscy wyszli, zaczął sprzątać... i w końcu dołączył do grupy. Oczywiście mu pomogłem... chodziło o sam fakt wyrażenia chęci. Być może pani Izolda powiedziałaby, że go złamaliśmy, że pokazaliśmy swoją siłę, że powinniśmy rozmawiać. Ale gdybyśmy tylko rozmawiali, to nikt nie wyszedłby na spacer aż do wieczora.

Paśnik

Na górze jest jeszcze ciekawiej
Tylko schodzenie trochę przeraża


A teraz to, co za kilka dni przeczytają osoby zebrane na posiedzeniu zespołu:


Rozwój obu chłopców należy podzielić na kilka kategorii, ponieważ w niektórych jest on galopujący, w innych nieharmoniczny, a w jeszcze innych można nawet postawić tezę, że nastąpił regres w stosunku do tego co było kilka miesięcy temu.

Od stycznia bliźniaki chodzą do przedszkola. Bardzo lubią przebywać z dziećmi, są bardzo otwarci. Kiedyś chory Romulus, musząc pozostać w domu (gdy pozostała trójka naszych dzieci wychodziła do przedszkola) zrobił nawet małą aferę... ale taką malutką.
Również panie w przedszkolu uważają, że fizycznie i społecznie chłopcy są bardzo dobrze rozwinięci, a nawet przerastają swoich rówieśników z grupy.

Nastąpił ogromny postęp w sposobie wypowiadania się. Chłopcy są bardzo grzeczni, a nawet szarmanccy. Na przykład otwierają barierkę (nie stanowi ona już dla nich zabezpieczenia przed niczym) i mówią „proszę ciociu”. Nawet do mnie mówią też już „proszę wujku”, a nie jak wcześniej „prosze chujek”.
Rozumiemy już wszystkie wypowiadane przez nich słowa. No może poza tym „łejo adelaska”, chociaż czasami zastanawiam się, czy oni sami jeszcze pamiętają co to było. Jednak bywa, że powtarzają ten zwrot i wspólnie mamy niezły ubaw Chłopcy zaczynają rozumieć żarty i sami się nimi posługują.
Starsze o rok dzieci, które mieszkają w naszej rodzinie, wypowiadają się dużo bardziej niezrozumiale i popełniają dużo więcej błędów językowych. Początkowo wydawało nam się, że jest to kwestią czasu i po dziesięciu miesiącach nauczyliśmy się rozumieć ich mowę. Jednak bliźniaki na samym początku miały przeprowadzoną ocenę przez logopedę. Nie kwalifikowały się wówczas na terapię, ale gdzieś w kartotece ten fakt został odnotowany. Traf chciał, że ta sama pani logopedka pracuje w przedszkolu, do którego dzieci uczęszczają. Postanowiła po tym niecałym roku sprawdzić, jak się teraz rzeczy mają. Nawet pani wychowawczyni nie chciała jej oddać chłopaków na badanie, twierdząc: „ale oni przecież mówią”. Okazuje się, że niektóre dzieci z tej samej grupy w ogóle nie mówią. W każdym razie, pani logopedka była pod ogromnym wrażeniem postępów dokonanych przez obu chłopców.

Fizycznie nie można chłopcom niczego zarzucić. Chętnie biegają po lesie, jeżdżą na rowerkach (na razie tylko biegowych), skaczą na trampolinie (nawet zimą, gdy tylko śnieg na niej nie zalega) i wchodzą do paśnika po dygoczącej się drabinie. Sprawnie korzystają z wszelkiego rodzaju przyrządów na placu zabaw i w parku rozrywki (do którego mają wykupiony karnet).

Społecznie też są bardzo dobrze rozwinięci. Potrafią (i robią to chętnie) nawiązać kontakt nawet z zupełnie obcymi sobie osobami. Dzięki temu, pójście do przedszkola nie wiązało się z żadną traumą, płaczem, odreagowywaniem wszystkiego w nocy.
Dzieci uwielbiają chadzać na zakupy. Z jednej strony pewnie dlatego, że jest to miejsce, w którym sporo się dzieje, a z drugiej że zawsze są atrakcją (zarówno dla pań obsługujących klientów, jak też dla samych klientów). Chociaż staramy się rozdzielać rodzeństwo, aby nie wydawało im się, że wszystko muszą robić razem. Bywa więc, że jedzie do sklepu tylko jeden z nich, albo w konstelacji z połówką drugiego rodzeństwa. Zabranie całej czwórki raczej wiązałoby się z demolką sklepu.
Zdarza się jednak, że jadą tylko bliźniaki i też jest to dla nich jakieś doświadczenie, które być może przekonuje ich, że nie są jednym ciałem. Kiedyś byliśmy w cukierni i pani zwróciła się do Romulusa (wyższego o głowę) mówiąc: „ty jako starszy powinieneś być mądrzejszy”. Na to Remus: „ja jestem starszy”. I miał rację... dwie minuty często robią wielką różnicę.

Gorzej sytuacja wygląda z radzeniem sobie z emocjami. W tym przypadku trudno jest napisać o bliźniakach, trzeba osobno napisać o Romulusie i osobno o Remusie.
Romulus jakby ciągle tkwi w cieniu swojego brata. Od samego początku sprawiał wrażenie, że czuje się tym gorszym z braci. Starał się na siłę zwrócić na siebie uwagę, był większym rozrabiaką (ale bez przesady, wszystko było w granicach zachowań trzylatka). W pewnym momencie zaczęło się to zmieniać. Może poczuł się bardziej akceptowany, doceniany, albo traktowany na równi ze swoim bratem. Pójście do przedszkola spłynęło po nim jak woda po kaczce, albo może właściwsze jest określenie, że poczuł się tam jak ryba w wodzie. Od dwóch tygodni wszystko nagle się zmieniło. W przedszkolu stał się agresywny. Zaczął bić i gryźć inne dzieci - tak że nawet krew się lała. W domu było nieco lepiej... ale tylko nieco. Stał się nieposłuszny. Bywało, że wpadał w niczym nieuzasadniony szał. Nie chciał sprzątać zabawek, co dotychczas robił nawet z przyjemnością. Gdy kiedyś moja żona go przytuliła i powiedziała „kocham cię”, on odpowiedział „nie... ty kochasz Remusa”.
Trudno powiedzieć, co może być przyczyną takich zachowań, chociaż widzę trzy różne możliwości.
Pierwsza to taka, że jednak różnicujemy bliźniaków (wyróżniając Remusa), ale tego nie dostrzegamy.
Druga, że chłopcy zaczęli się spotykać jednocześnie z babcią oraz mamą i tatą. Gdy spotkania miały miejsce trzy razy w miesiącu i raz była to babcia, a raz mama, to wszystko było dobrze. Nie mamy zbyt dużej wiedzy na temat tego co działo się w domu rodzinnym dzieci. Ale być może zobaczenie rodziców znowu razem, spowodowało że wróciły jakieś dawne wspomnienia. Być może Romulus zaczął dysocjować. Przenosi się do czasu sprzed roku i nagle podchodzi do któregoś z dzieci i „wali go w łeb”. Chociaż swojego brata nie bije.
Trzecia możliwość (być może najbardziej prawdopodobna) to taka, że dwa tygodnie temu odchodziła od nas Plotka (do rodziny adopcyjnej). Dziewczynka miała nieco ponad rok i dla chłopców była przecież jak siostra. Byli z nią bardzo związani. Gdy schodzą rano po schodach, to często mówią „cicho... bo Ploteczka śpi”. Niby wiedzą, że już jej nie ma, ale ciągle istnieje w ich świadomości. Będąc u nas, pożegnali już Sasetkę, Maludę i Kapsla... no i Ploteczkę. Być może zastanawiają się, którego dnia oni też znikną. Nie wiedzą tylko gdzie się ponownie pojawią... zresztą tak jak my.
Czwarta możliwość...?

Remus jest bardziej spolegliwy, bardziej introwertyczny, nie wyraża swoich emocji w sposób bardzo ekspresyjny. Chociaż w ostatnim czasie jest bardziej empatyczny. Przejmuje się losem dziecka, któremu jest przykro, albo które się wścieka. Kiedyś było mu wszystko jedno, co dzieje się wokół.
A jednak pójście do przedszkola nieco zmieniło jego świat... ale ten świat bycia w przedszkolu. W przeciwieństwie do Romulusa, nie nadawał na tych samych falach z panią wychowawczynią. Nie chciał spać (albo chociaż wyciszyć się) w południe, zaczął robić siku w majtki, łazić po meblach. I nagle wszystko wracało do normy po powrocie z przedszkola - Remus stawał się innym dzieckiem.
Ale już wszystko się zmieniło. Remus znowu nie ma zakładanej pieluchy będąc w przedszkolu. Nie wchodzi na szafki, nie przeszkadza innym dzieciom, które mają ochotę się przespać. Widocznie w końcu się z panią dogadał.




21 komentarzy:

  1. Czasami tak mam, że sam piszę komentarz pod swoim postem.
    Ale właśnie zadzwoniła do mnie pani z przedszkola, że Balbina chyba ma kleszcza i mamy ją odebrać, bo trzeba pojechać do przychodni.
    - A nie może go pani wyciągnąć?
    Nie, nam nie wolno.
    Ja jestem w pracy, a Majka na posiedzeniu zespołu. A ten kleszcz jest „chyba”.
    Tydzień temu odbieraliśmy Romulusa, bo miał 37,2
    Za chwilę przyjedzie policja, bo Romulus poszedł do przedszkola z wielkim guzem na głowie, a Balbina ma odparzoną pupę, bo w nocy uwaliła kupę w piżamę. Ptyś za to obudził się z krwią na twarzy (bo pewnie znowu dłubał w nosie). Tylko Remusowi nic nie jest... chyba.
    Ja pierdzielę – wychodzi na to, że jesteśmy patologiczną rodziną zastępczą.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pikuś strasznie Ci dziękuję za ten komentarz. Też jestem taka patologiczna. Mało tego moje dzieci czasem jedzą parówki nutellę i chipsy. To jest po prostu chore, że tłumaczę Pani w przedszkolu skąd siniak na czole albo nieobecność w środku tygodnia, skoro nie jest chora/y. Oczy wszystkich rodziców skierowane są właśnie na nas, jakby w rodzinach naturalnych dzieci się nie przerwacały na rowerze i nigdy nie zaspały do szkoły. Ale nam nie wolno, mamy być "ideal" pod każdym względem, multi, full, eko i perfekt, bo inaczej media szybciutko zrobią ckliwy materiał. Czasem mnie to męczy tak jak Ciebie. Czasem zapytana czego nam potrzeba mówię, że normalności. Traktowania na równi. Nie wynoszenia na ołtarze i podziwiania, nie szukania dziury w całym, nie oceniania naszego rodzicielstwa. Moje dzieci też tłuką kolana, rozcinają wargi i piją wodę z kranu (myślą, że nie wiem ha ha). Potrzebują normalności. Tak jak my. Pozdrawiam E.

      Usuń
    2. ale woda z kranu jest w porzo! Ja od miesięcy walczę, aby mąż nie kupował już zgrzewek, ponieważ woda z wodociągów jest a) dobra b) czysta c) nie generuje kolejnych plastikowych butelek.


      A co do normalności... Rany, z jednej strony tak, bardzo tak. Bo podzielam te wszystkie żale i też ich doświadczam: niby jest spoko, współpraca fajna i tak dalej, ale z każdym siniakiem i guzem mam trochę migotanie przedsionków z powodów wiadomych.
      Z drugiej strony myślę sobie dokładnie odwrotnie: skąd w sumie państwo ma wiedzieć, że rodzina zastępcza funkcjonuje dobrze i dzieci mają jak w puchu, jesli nie interesuje się siniakami i guzami u dziecka?
      Trudny temat i wcale niejednoznaczny.
      Myślę, że byłoby łatwiej, gdybyśmy wszyscy się spowiadali z siniaków i nieobecności w środku tygodnia, bo w sumie jak popatrzeć na to bez uprzedzeń, to taka powinna być norma. Czy jesteś RB, czy RZ, czy RA czy kimkolwiek wychowującym dziecko, powinieneś/naś raportować szkole czy żłobkowi z czego wynikają jakieś odstępstwa od rutyny/normy.
      Wiem, że to brzmi jak zamordyzm, ale jeśli spojrzymy na to z punktu widzenia krzywdzonych dzieci to dla nich jedyną szansą ratunku jest właśnie wyłapanie przez dowolną instytucję publiczną (szkołę, przychodnię, pływalnię itd.), że coś budzi niepokój.

      Usuń
    3. Wydaje mi się, że guz nabity przy zderzeniu z podłogą, albo ścianą, i siniak po upadku z rowerka, wygląda trochę inaczej niż gdy jest to wynikiem pobicia.
      Może ważniejsze byłoby uczulenie nauczycieli, opiekunów na to co mówią dzieci... a czasami na to, że nic nie mówią. One są szczere do bólu, więc albo bezpośrednio wyrypią co je boli, albo będą bały się powiedzieć cokolwiek.
      Trzy dni temu pojechaliśmy z dzieciakami do Kołobrzegu. Głównie Majka się nimi zajmowała (razem z ciocią Elą), bo ja większą część czasu spędziłem u klienta. Następnego dnia, przy odbiorze dzieci z przedszkola, już wszystkie panie wiedziały, że Ptysie i Bliźniaki były nad morzem, bawiły się w piasku, oglądały kutry w porcie, jadły rybę u Rewińskiego, a potem lody... obok. Jeszcze mówiły o jakimś żółwiu (???)

      Usuń
  2. No tak to jest, że nauczyciel musi zgłosić jak coś dziecku dolega. Myślę, że nie robi nikomu na złość tylko dba o zdrowie i bezpieczeństwo dziecka. Sama pracuję w przedszkolu i jak coś się dzieje to zawsze dzwonię. Jeżeli sprawa nie jest bardzo poważna to oczywiscie dziecko moze zostać w przedszkolu. Wole jednak, żeby rodzic wiedział, że dziecko ma podwyższoną temperaturę i sam zdecydował czy zabrać je do domu. Co do kleszcza to nie wyobrażam sobie, żebym ja miała go wyciągać....

    OdpowiedzUsuń
  3. Tak... ja wiem, że istnieją procedury, o których rodzic nawet nie ma zielonego pojęcia.
    Istnieje jednak pewna forma przekazu, tego jak to zostanie rodzicowi powiedziane. Akurat w przypadku tego nieszczęsnego kleszcza, pani była bardzo miła. Nie powiedziała, że mam godzinę, bo po tym czasie wystawią Balbinę przed przedszkole.
    Ale żal mi czasów, gdy w każdej szkole, czy przedszkolu istniał etat higienistki. Właśnie kogoś, kto mógł wyciągnąć kleszcza, albo zadecydować czy już należy dzwonić do rodziców, albo na pogotowie... albo tylko podać jakiś lek (w końcu po to wypisuje się informacje o ewentualnych uczuleniach i zagrożeniach dla zdrowia dziecka – rodzic to podpisuje i moim zdaniem bierze za to odpowiedzialność).
    Ale wracając do Balbiny i tego kleszcza. Na dobrą sprawę, my nie jesteśmy opiekunami prawnymi dziewczynki. Nie mamy też rozszerzonego prawa w sprawie decydowania o opiece medycznej. Nie jest to bezpośrednie zagrożenie życia (chociaż kleszczy wyciągałem już w swoim życiu kilkadziesiąt – najczęściej psu, ale dzieciom również), ale może skończyć się poważną chorobą. Kto odpowie za ewentualne powikłania?
    Najciekawsze jest to, że pani tłumaczyła się, że zauważyła tego kleszcza przez przypadek, bo na dobrą sprawę nie ma prawa dziecka rozebrać i obejrzeć jego ciała. Dzieci nawet do spania nie przebierają się w piżamy. Dobrze, że chociaż robiąc siku, ściągają majtki.
    No i Balbina wróciła do domu. Kleszcz był mniejszy niż główka szpilki. Nawet nie musiałem użyć pęsety... wystarczyły dwa palce i przetarcie spirytusem. Teraz czekam, czy przypadkiem nie będzie miała boreliozy, bo skończę w kryminale.
    Zmierzam do tego, że zaczynamy żyć w świecie, w którym każdy ma pretensje do każdego. Zaczynamy tłumaczyć się z każdej decyzji, co powoduje, że tworzone są kolejne absurdalne przepisy. W ciągu tygodnia dostaję z przedszkola kilkanaście informacji mailowych (których wcale nie chce mi się czytać). A to, że jakieś dziecko zachorowało na ospę, albo mononukleozę, a to że będą robione zdjęcia i muszę wyrazić zgodę, a to że są odwołane zajęcia z języka angielskiego, a to że trzeba przynieść maskotki, albo wystrój w kolorze róż,a to że jeszcze nie zapłaciłem 30 zł na plastelinę.
    Wymiękam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wyobrażam sobie, że nawet w piżamy dzieci nie mogą się przebrać. To już przegięcie w drugą stronę. Masz dość luźne podejście, można powiedzieć normalne ale większość obecnych rodziców chce wiedzieć wszystko, mają ciągłe pretensje o to co nauczyciel zrobił lub nie zrobił. Jeśli nie poinformuje się o czymś to afera nie z tej ziemi. Takie czasy nastały. Co do leków to po prostu nie mamy uprawnień do ich podawania. Nawet jak sprawdzamy dzieciom głowy czy nie mają wszy to robimy to nielegalnie. Zgadzam się, że higienistka przydałaby się w każdej placówce.

      Usuń
  4. Pikuś, to trochę też tak, że Tobie nie chce się tego czytać, no Wy jako zastępczy ciągle macie prócz opieki nad dziećmi tysiąc spraw dorosłych, pomóżcie przez wszystkie dzieci, które u Was są. Normalnie Wy ciągle musicie opowiadać komuś o tych dzieciach, a to ośrodek adopcyjny, a to wdrażać rodziców adopcyjnych, a to kurator, a to sprawy w sądzie, a to zespoły do każdego dziecka, a to lekarze, a to przyjęcie nowego dziecka, babcie, rodzice biologiczni, kandydaci na zastępczych robiący u Was praktyki itd itd... Zwyczajnie rodzice innych dzieci przedszkolnych i szkolnych nawet posiadający 4 dzieci tego nie mają. Od nich chce coś właśnie przedszkole lekarz i pracodawca w pracy. Ty masz pracę,jak każdy rodzic, przedszkolna plasteliny jak każdy i to o czym pisze... czego przeciętny biologiczny zwyczajny rodzic nie ma. Więc jest w stanie to znieść. Więc to nie o przedszkole chodzi moim zdaniem, a o to, że będąc RZ zawodowa, jest masa dodatkowych rzeczy poza opieka nad dziećmi. I robi się tego dużo. Nikola

    OdpowiedzUsuń
  5. o, to jest ciekawy watek dotyczący wychowania w systemie naturalnych konsekwencji, a tym wątkiem jest czas łamany przez dzietność. To nie tak, że nie lubię naturalnych konsekwencji oraz metody 'rozmawiac, rozmawiac, rozmawiac' - lubię i stosuję, np. dziś, kiedy cały dzień leżałam na kanapie w towarzystwie Myszki, który też zachorował. Wiązaliśmy sobie więzi aż miło, gadaliśmy do wypęku, Myszka kwitł od podlewania uwagą, stuprocentową koncentracją na nim i milością, nawet całą Romę Cuareza obejrzeliśmy na Netflixie (okazuje się, że wielkie filmy można na luzie oglądać z pięciolatkiem, o ile się oczywiście jest gotowym bite 2 godziny wyjaśniac, co się dzieje i wysłuchiwać pytań, a potem na nie odpowiadać).
    To zarazem wyjaśnia, dlaczego ten model nie działa, kiedy do domu przychodzi pozostała trójka dzieci.
    Myślę, że autorzy i autorki modeli wychowawczych, jakie by nie były, o ile mają jakąś główną myśl i podkreślają konsekwencję podejścia rodzica/opiekuna, albo sami mają w porywach do dwójki dzieci, albo mają ich więcej, ale w komfortowych odstępach czasowych.
    Wielodzietność i równorocznikowość to zupełnie inny świat, który wymaga żonglowania metodami i wybierania tej adekwatnej w danym momencie i przy konkretnym dziecku. Jasne, są metody typu 'no-no', bo nigdy nie będę dziecka bić ani zastraszać, ale zbieranie rozsypanych płatków, odstawianie dziecka do pokoju wyciszenia, rozbrajanie żartem, celowanie konsekwencją, celowanie niekonsekwencją, praca na więzi, praca na skutkach - jezu, mogłabym tak wymieniać, bo wszystkie z nich czasami stosuję i żadna nie jest dominująca. Dominujące jest w sumie bycie przy dziecku i z dzieckiem, choć i tu są czasem kolejki oczekujących, bo nie może być inaczej, jeśli dzieci jest więcej niż jedno.

    odnośnie kleszcza - z najstarszym jeżdziłam do szpitala, najmłodszym wyciągam sama. Nie chce mi się powtarzać sucharów o różnicach między dzieckiem pierwszym a piątym, ale tak to mniej więcej wygląda.

    OdpowiedzUsuń
  6. Wydaje mi się,że teraz są właśnie takie dziwne czasy.Ja wychowałam dwóch synów no prawie dwóch bo młodemu brakuje 1,5 roczku do pełnoletności i szczerze jestem przerażona zmianami jakie obserwuję-przedszkola,szkoły i rodzice po prostu armagedon moi chodzili z jednymi zwykłymi kredkami i jakoś nie wpłynęło to negatywnie na ich rozwój. A teraz pełny wypas kredki firmowe,plastelina też i do tego obowiązkowo dziennik elektroniczny.Kurcze a gdzie w tym wszystkim poznawanie świata,znajomych,szukanie przez dziecko własnej osobowości przecież dziecko kiedyś musi wyfrunąć z gniazdka.Choć czasami mam wrażenie że niektórzy rodzice tego nie chcą,chcą na siłę zatrzymać dziecko przy sobie.A tak nie powinno być-ok do matury ale później sory czas na dorosłe życie nas nikt nie trzymał za rączkę i daliśmy radę.Pikuś ja Cię popieram świat zaczyna wariować,kiedyś był jeden telefon na wioskę o komputerach nikt nawet nie marzył, a dzieciaki jakoś pokończyły szkoły.Pikuś rocznikowo jedziemy chyba na tym samym wózku i powtarzam to wielokrotnie moim synom że nasze dzieciństwo było może biedniejsze finansowo ale na pewno było weselsze.Pisales o higienistkach w szkołach u moich synów były i nadal są i całe szczęście bo nawet jak chłopaki mieli poważne kontuzje na treningach koszykówki świetnie sobie z tym radziły bez paniki i profesjonalnie.Teraz siostra czasami ma trzy telefony dziennie z przedszkola,a Panie nauczycielki nie chcą brać na wycieczki dzieci które mają chorobę lokomocyjna-cholera moi wymiotowali do pietnastego roku życia i nikt nie robił z tego tragedii.Stajemy się narodem bardzo wymagającym,panikujacym ,roszczeniowym-od nas rodziców biologicznych,czy zastępczych zależy przyszłość dzieci.Pozdrawiam cieplutko mimo brzydkiej pogody za oknem

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ja nie wiem, czy moje dzieciństwo było weselsze, tzn. może konkretnie moje było dość wesołe, ale moich koleżanek i kolegów już niekoniecznie. Za moich czasów wystawianie dziecka na balkon na mrozie w ramach 'kary' nie budziło szerokiego ostracyzmu, a pyskowanie dorosłym budziło negatywną reakcję innych dorosłych, co dla kilku dziewczynek z mojego bloku skończyło się molestowaniem w piwnicy, bo nie umiały powiedzieć sąsiadowi pedofilowi 'odpierdol się'. Nikt im wszak nie powiedział o złym dotyku i prawach dziecka, bo takich tematów nie było w agendzie.
      Nie lubię demonizowania współczesności.
      Pod wieloma względami dziś jest bezpieczniej być dzieckiem niż 35 lat temu.

      Usuń
  7. Ja tak trochę inny temat.
    Wy macie więcej wiedzy to może mi odpowiecie.
    Dwa dni temu przeczytałam,że matka z konkubentem bili,gwałcili 3 córki.Od 8 do 11 lat.
    Cały czas myślę jak wygląda opieka nad tymi dziećmi teraz.
    Czy rodziny zastępcze przyjmą takie duże dzieci?
    Czy maja wtedy pomoc psychologiczna czy też nawet psychiatryczną -jakby poza kolejką?
    W głowie mi siedzą te dziewczynki.
    M.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z tego co wiem to dziewczynki są właśnie w RZ i są otoczone pomocą, nic więcej nie mogę napisać.
      Nie wiem, czy dramatyczne tło takich spraw ma jakiś szczególny wpływ na sędziów i ich decyzje, ale sprawa z minionych lat o bardzo podobnym tle (tyle że byli to chłopcy, też szczególne okrucieństwo i gwałty) też zakończyła się rodziną zastępczą i udzieleniem dzieciom wszechstronnej pomocy, nikt nie wpadł na pomysł z domem dziecka.

      Usuń
    2. ma wpływ, ma, Bloo, to też są ludzie

      Usuń
  8. z tymi pięknymi czasami, które były kiedyś - to jest tak, że to, co było kiedyś wielu ludziom wydaje się lepsze. Bo było się dzieckiem, bo było się młodym, bo miało się poczucie bezpieczeństwa, jeśli dorastało się we w miarę normalnej rodzinie. Ja jestem krytyczna. Nie widzę nic cudownego w tym, ze sie donaszało wszystko po starszym rodzeństwie i matka ganiała z wywieszonym jezorem, by kupić na kartki cokolwiek zjadalnego. 30/50/70 lat temu było inaczej. Za 30/50/70 lat znowu będzie inaczej. Czasami słysze argument, ze kiedyś było bezpieczniej. Ha - ha - ha. Kiedyś komunikacja była znacznie słabsza i nie było "internetów". Co nie znaczy, że nie było gwałtów, morderstw, molestowania, znęcania się. To, ze o czymś trudniej sie było dowiedzieć nie oznacza, że nie było.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Trudno się nie zgodzić. Cofnę się na chwilę nie tyle do dzieciństwa moich dzieci, ale do mojego. Pamiętam jak razem z kolegą z podstawówki (mieliśmy wówczas może 10 lat), zaraz po szkole ustawialiśmy się w kolejce u rzeźnika, bo o piętnastej rzucali mięso. Niektórzy z naszych kolegów tylko trzymali kolejkę, a potem przychodziła ich mama. My byliśmy lepsi. Doskonale wiedzieliśmy co gdzie jest wyłożone (bo to był taki samoobsługowy). Wpuszczali po kilka osób, i na półki też dokładali część towaru. Byliśmy doskonale „obcykani” w tym, czego mamy szukać, a że byliśmy mali i zwinni, to zanim te pięćdziesięcioletnie babcie dobiegły do regału, to my już mieliśmy najlepsze kąski w koszyku. Albo gdy kilka razy ustawialiśmy się w kolejce po kawę... Wtedy jeszcze nie było mielonej. Każdy mielił sobie sam, ale były w sklepach młynki. I w tych młynkach często pozostawały resztki kawy po poprzednim kliencie. Braliśmy patyczek i wygrzebywaliśmy to co pozostało. Po kilku klientach można było uzbierać na kilka małych czarnych. Pamiętam też, jak mój tato po przyjściu z pracy, czasami wysyłał mnie po gazetę i paczkę klubowych., lub też miałem mu kupić piwo. Wówczas było to normalne. Największy problem miałem z tym piwem. Nie dlatego, że chodziło o piwo... ale dlatego, że chodziłem po nie z kanką do baru (pewnie niektórzy się zastanawiają, co to kanka). Gdybym miał kupić w butelce, to nie byłoby problemu (wówczas puszki jeszcze nie istniały).
      Pamiętam też „czarną wołgę”, która porywała dzieci.
      W tej chwili nie chciałbym się znaleźć w tamtych czasach... za żadne skarby. Ale wówczas było to dla nas fascynujące. Mogliśmy się wykazać, pomóc rodzicom, zasłużyć na ich względy. Majka to nawet marzyła o tym, aby wybuchła wojna, bo jako harcerka mogłaby działać w szarych szeregach.

      Usuń
    2. I drażnią mnie te ckliwe filmiki na FB, że "Kiedyś było fajniej" bo to ... No niemądre jest.nie było. Chciałam miec rower. A nie mogłam.

      Usuń
    3. w kwestii słynnych filmików i wpisów "Kiedyś było jakoś fajniej" nieodmiennie polecam najlepszy pastisz ever, pióra Łukasza Najdera:

      "My, urodzeni w przeszłości, z nostalgią wspominamy tamten czas. Nikt nie narzekał.

      Było nas jedenaścioro, mieszkaliśmy w jeziorze... na śniadanie matka kroiła wiatr, ojca nie znałem, bo umarł na raka wątroby, kiedy zginął w tragicznym wypadku samochodowym, po samospaleniu się na imieninach u wujka Eugeniusza. Wujka Eugeniusza zabrało NKWD w 59. Nikt nie narzekał.
      Wszyscy należeliśmy do hord i łupiliśmy okolicę. Konin, Szczecin i Oslo stały w płomieniach. Bawiliśmy się też na budowach. Czasem kogoś przywaliła zbrojona płyta, a czasem nie. Gdy w stopę wbił się gwóźdź, matka odcinała stopę i mówiła z uśmiechem, "masz, kurna, drugą, nie"? Nie drżała ze strachu, że się pozabijamy. Wiedziała, że wszyscy zginiemy. Nikt nie narzekał.

      Z chorobami sezonowymi walczyła babcia. Do walki z gruźlicą, szkorbutem, nowotworem i polio służył mocz i mech. Lekarz u nas nie bywał. Chyba że u babci – po mocz i mech. Do lasu szliśmy, gdy mieliśmy na to ochotę. Jedliśmy jagody, na które wcześniej nasikały lisy i sarny. Jedliśmy muchomory sromotnikowe, na które defekowały chore na wściekliznę żubry i kuny. Nie mieliśmy hamburgerów – jedliśmy wilki. Nie mieliśmy czipsów – jedliśmy mrówki. Nie było wtedy coca-coli, była ślina niedźwiedzi. Była miesiączka żab. Nikt nie narzekał.

      Gdy sąsiad złapał nas na kradzieży jabłek, sam wymierzał karę. Dół z wapnem, nóż, myśliwska flinta – różnie. Sąsiad nie obrażał się o skradzione jabłka, a ojciec o zastąpienie go w obowiązkach wychowawczych. Ojciec z sąsiadem wypijali wieczorem piwo — jak zwykle. Potem ojciec wracał do domu, a po drodze brał sobie nowe dziecko. Dzieci wtedy leżały wszędzie. Na trawnikach, w rowach melioracyjnych, obok przystanków, pod drzewami. Tak jak dzisiaj leżą papierki po batonach. Nie było wtedy batonów, dzieci leżały za to wszędzie. Nikt nie narzekał.

      cdn. bo blogspot blokuje liczbę znaków

      Usuń
    4. Latem wchodziliśmy na dachy wieżowców, nie pilnowali nas dorośli. Skakaliśmy. Nikt jednak nie rozbił się o chodnik. Każdy potrafił latać i nikt nie potrzebował specjalnych lekcji, aby się tej sztuki nauczyć. Nikt też nie narzekał.

      Zimą któryś ojciec urządzał nam kulig starym fiatem, zawsze przyspieszał na zakrętach. Czasami sanki zahaczyły o drzewo lub płot. Wtedy spadaliśmy. Czasem akurat wtedy nadjeżdżał jelcz lub star. Wtedy zdychaliśmy. Nikt nie narzekał.

      Siniaki i zadrapania były normalnym zjawiskiem. Podobnie jak wybite zęby, rozprute brzuchy, nagły brak oka czy amatorskie amputacje. Szkolny pedagog nie wysyłał nas z tego powodu do psychologa rodzinnego. Nikt nas nie poinformował jak wybrać numer na policję (wtedy MO), żeby zakablować rodziców. Pasek był wtedy pomocą dydaktyczną, a od pomocy, to jeszcze nikt nie umarł. Ciocia Janinka powtarzała, "lepiej lanie niż śniadanie". Nikt nie narzekał.

      Gotowaliśmy sobie zupy z mazutu, azbestu i Ludwika. Jedliśmy też koks, paznokcie obcych osób, truchła zwierząt, papier ścierny, nawozy sztuczne, oset, mszyce, płody krów, odchody ryb, kogel-mogel. Jak kogoś użarła pszczoła, to pił 2 szklanki mleka i przykładał sobie zimną patelnię. Jak ktoś się zadławił, to pił 3 szklanki mleka i przykładał sobie rozgrzaną patelnię. Nikt nie narzekał.

      Nikt nie latał co miesiąc do dentysty. Próchnica jest smaczna. Kiedy ktoś spuchł od bolącego zęba, graliśmy jego głową w piłkę. Mieliśmy jedną plombę na jedenaścioro. Każdy ją nosił po 2-3 dni w miesiącu. Nikt nie narzekał.

      Byliśmy młodzi i twardzi. Odmawialiśmy jazdy autem. Po prostu za nim biegliśmy. Nasz pies, MURZYN, był przywiązany linką stalową do haka i biegł obok nas. I nikomu to nie przeszkadzało. Nikt nie narzekał.

      Wychowywali nas gajowi, stare wiedźmy, zbiegli więźniowie, koledzy z poprawczaka, woźne i księża. Nasze matki rodziły nasze rodzeństwo normalnie – w pracy, szuwarach albo na balkonie. Prawie wszyscy przeżyliśmy, niektórzy tylko nie trafili do więzienia. Nikt nie skończył studiów, ale każdy zaznał zawodu. Niektórzy pozakładali rodziny i wychowują swoje dzieci według zaleceń psychologów. To przykre. Obecnie jest więcej batonów niż dzieci.

      My, dzieci z naszego jeziora, kochamy rodziców za to, że wtedy jeszcze nie wiedzieli jak nas należy „dobrze" wychować. To dzięki nim spędziliśmy dzieciństwo bez słodyczy, szacunku, ciepłego obiadu, sensu, a niektórzy – kończyn.

      Nikt nie narzekał."

      Usuń
  9. Bloo szczerze zarechotałam

    OdpowiedzUsuń