sobota, 14 lipca 2018

KAPSEL...


Dzisiejszy wpis jest „zlepkiem” rozmaitych myśli, które zapisuję sobie w momencie, gdy coś się dzieje, kiedy muszę zanotować to, co za chwilę uleci z mojej pamięci.
Nie będzie to ładny opis, ale z pewnością przekazujący wiele informacji dotyczących pracy z trudnym dzieckiem. Chłopiec do takich należy, chociaż zdaję sobie sprawę z tego, że może pojawić się w naszej rodzinie dziecko, które go zdecydowanie „przerośnie”.

(...)

Kapsel przeżywa ostatnio trudne chwile, a wraz z nim wszyscy dookoła. Ja sobie już odpuszczam odbiory go z przedszkola, bo praktycznie nie ma dnia, żeby panie się na niego nie skarżyły. Najprawdopodobniej jest to związane z faktem spotykania się Sasetki i Marudy z rodzicami adopcyjnymi. Kolejne dzieci, które znalazły nową rodzinę – a on ciągle w tym samym miejscu.
Kilka jego występków z ostatniego czasu:

  • Zapchał w przedszkolu ubikację rolkami papieru toaletowego (trzeba było wezwać pana Miecia).
  • Rozrzucił po ogródku przedszkolnym wszystkie zużyte baterie (z pudła, do którego można je wkładać).
  • Powykręcał i porozbijał dostępne mu żarówki.
  • Rozlał talerze z zupą innym dzieciom, tylko dlatego, że jemu podano jako drugiemu w kolejności (a nie pierwszemu).
  • W ciągu 15 minut usypiania bliźniaków, dorwał się do zapasów słodyczy, zjadając kilka czekolad, rozpakowując przy okazji inne ciastka i cukierki.
  • Uwalił kupę na deskę sedesową, wytarł dupsko przyklejając zużyty papier do ściany.
  • Nasikał na klapę (może zapomniał jej podnieść, albo chciał zaznaczyć swój teren).
  • Powyrzucał zabawki przez okno w swoim pokoju (zapychając rynnę).
  • Wyskoczył z kolejki w wesołym miasteczku.
  • Rzucił rowerem w samochód (na szczęście mój).
  • Rozsypał na tarasie zapasy węgla drzewnego.
  • Oberwał z liści laurowiśnię.
  • Rozlał na podłodze łazienki cały płyn do kąpieli.
  • Wysmarował balsamem do ciała wewnętrzne elementy suszarki do odzieży.


Nie trzeba być psychologiem, aby dojść do wniosku, że chłopiec ma zaburzenia więzi. Od dawna już się do nas nie przytula, chociaż siada na kolana każdemu, kto przyjdzie w odwiedziny.
Mówi, że nas nie lubi. Potrafi napluć nam w twarz. Kwestią czasu jest podniesienie na nas ręki. Staje się agresywny. Jest niebezpieczny w stosunku do innych, ale również do siebie. Ostatnio wracając z trampoliny, uderzył Marudę w głowę. Tłumaczył potem, że ten chciał go ugryźć. Może była to jakaś projekcja wcześniejszych zapisów w pamięci, ponieważ doskonale widziałem całą sytuację i w danej chwili nic takiego nie miało miejsca. Umysł Kapsla jest nieprzewidywalny. Kilka dni temu, gdy wrócił ze spaceru, zdjął buty i rzucił je przed siebie. Poprosiłem, aby je ułożył obok innych. Reakcja była zupełnie nieadekwatna do sytuacji. Zaczął wrzeszczeć, rzucił się na podłogę i walił w nią głową. Podobnie jest w przedszkolu. Czasami bez jakiegoś konkretnego powodu, zaczyna uderzać głową w ścianę, albo w podłogę. Gdy dzieci robią wycinanki, Kapsel siedzi przy osobnym stoliku i pilnuje go jedna z pań. Wszyscy boją się zostawić chłopca z nożyczkami w ręce, w towarzystwie innych dzieci. W zasadzie można powiedzieć, że chłopiec ma indywidualny tryb nauczania przedszkolnego. Polega on na tym, że panie przedszkolanki pozwalają mu już na wszystko, co nie zagraża ani jemu, ani innym dzieciom. Bywa, że gdy te mają zajęcia w sali, Kapsel nagle czuje potrzebę nakarmienia ślimaków w ogrodzie. Istnieją w takich przypadkach dwa rozwiązania. Albo chłopiec pójdzie nakarmić te ślimaki, albo zacznie wrzeszczeć i uderzać głową w ścianę – co zwyczajnie wzbudza strach u innych dzieci. Tak więc panie wybierają opcję korzystną dla większości i jakoś próbują doczekać do wakacji.

(...)

Ostatniego dnia pobytu Kapsla w przedszkolu, panie przedszkolanki chyba tak bardzo się cieszyły, że już go nigdy nie zobaczą, że nawet uściskały Majkę... a może tylko ją tak lubią.

(...)

Chłopiec ma stwierdzone upośledzenie w stopniu umiarkowanym. Nie trzeba było niczego "naciągać". Oblał test z kretesem.
Nie rozumiem jego umysłu.  
Potrafi otworzyć drzwi, mówiąc "Proszę, Pani wchodzi pierwsza", a nie może nauczyć się dni tygodnia.

(…)

Kapsel jest w pewien sposób monitorowany przez psychologów. Majka raz w tygodniu bierze udział w warsztatach, które mają to do siebie, że prowadzące je osoby dostosowują program do indywidualnych potrzeb rodzin zastępczych. Historia chłopca w zasadzie zdominowała te zajęcia.
Od jakiegoś czasu Kapsel za swoje przewinienia dostaje kary. Polegają one na wyprowadzeniu go do swojego pokoju. Czasami zwyczajnie go pacyfikuję i wynoszę na piętro. Chłopcu to w zasadzie w żaden sposób nie pomaga. Kapsel zupełnie nie ogarnia łańcucha przyczynowo-skutkowego. Po kilku minutach od przewinienia, wie tylko tyle, że jesteśmy na niego źli. Nie pamięta tylko dlaczego? Odizolowanie go na pewien czas od pozostałych członków rodziny, ma spełnić dwie funkcje. Chronić inne dzieci, które zwyczajnie się boją (widząc wrzeszczącego i rzucającego się po ziemi ośmiolatka), oraz chronić jego samego (przed nami – czasami mam wrażenie, że mógłbym zrobić mu krzywdę). Niedawno, gdy Majka odesłała go do swojego pokoju (i poszła tam razem z nim), oczywiście wrzeszczącego przez całą drogę po schodach, nagle usłyszałem krzyki „ała, ała!!!” Już myślałem, że Majka w końcu nie wytrzymała i chłopak dostał „wpierdol”. Okazało się, że tak rzucił się na podłogę, że zaczęły go boleć plecy (przynajmniej tak mówił). Bywa też, że po takich napadach złości, skarży się na ból głowy. Być może miewa jakieś drobne wstrząśnienia mózgu.

Chłopiec ma manię zbieractwa. Chodzi po pokojach i zabiera do siebie rozmaite przedmioty. Tak więc, gdy ostatnio szukałem dziurkacza, to najpierw zajrzałem pod łóżko Kapsla. Nawet się ucieszyłem, że nie muszę dalej szukać. Pani psycholog z integracji sensorycznej powiedziała nam kiedyś, że chłopiec w którymś momencie zacznie wyciągać rzeczy ze śmietnika... no i właśnie to się stało.

Rodzice biologiczni dzieci przebywających w rodzinach zastępczych (lub placówkach opiekuńczych) mają prawo się z nimi spotykać. Wychodząc z tego założenia, zgodziliśmy się na spotykanie się chłopca z jego mamą (mimo że poprzednie pogotowie ucięło wszelką styczność). W tej chwili muszę stwierdzić, że był to nasz błąd. Chłopak jest zupełnie „rozjechany”. Cały czas żyje w zawieszeniu, w oczekiwaniu, że któregoś dnia wróci do mamy.
Nie wróci. Opinia biegłych, po badaniu kompetencji rodzicielskich mamy, jest jednoznaczna.

Ostatnio wpłynął do sejmu projekt nowelizacji ustawy, zapewniający pełnomocnika każdej rodzinie, której odebrano dziecko.
A może przydałby się pełnomocnik Kapslowi? Ktoś, kto byłby mądrzejszy od nas. Ktoś, kto zadbałby o jego interes. Ktoś, dla kogo ważne byłoby dobro dziecka, a nie dobro jego rodzica.
Póki co, stajemy się samozwańczymi pełnomocnikami dla Plotki. Jej mama już pisze skargi na nas do PCPR-u.

Co dalej z Kapslem?
Pojawia się coraz więcej pytań. Czy koniecznie należy szukać dla niego jakiejś rodziny?
Ostatnio dostaliśmy propozycję umieszczenia go w pewnej placówce specjalizującej się w opiece nad dziećmi jego pokroju. Nie dociekałem jeszcze, jaki jest status prawny tej placówki, ale myślę że jest to pewnego rodzaju specjalistyczny Dom Pomocy Społecznej.

(…)

Tak, jest to DPS. Majka rozmawiała już z dyrektorem tej placówki. Nawet mają wolne miejsce... teraz. Niestety jest to kilkadziesiąt kilometrów od miejsca zamieszkania mamy, chociaż ta deklaruje, że pojedzie za nim na koniec świata. Zobaczymy.

(...)

Kapsel robi bardzo dobre pierwsze wrażenie. Przez jakiś czas funkcjonuje poprawnie, nawet jeżeli nie robi postępów, których opiekująca się nim rodzina by oczekiwała. Potem jest coraz gorzej.
Aktualnie podchodzimy do chłopca zadaniowo. Korzystamy z wszelkiego rodzaju porad, uwag, sugestii. Niedawno dostałem na powiązany z blogiem adres mailowy takiego rodzaju informację (wraz ze zgodą na jej upublicznienie):

Trochę zastanowiła mnie opisywana przez Ciebie historia Kapsla - znalazłam w niej trochę analogii do jednego dziecka - obecnie prawie 6 lat. 
Jeszcze rok temu dzieciak wykazywał bardzo zbliżone do opisywanych przez Ciebie zachowań Kapsla - zero pamięci wbudowanej, dwuwersowa kwestia na jasełkach w przedszkolu była zupełnie poza jego zasięgiem, bardzo duża chwiejność emocjonalna, wybuchy szału przy kolejnej próbie rozwiązania łatwego zadania, wbudowana niezdarność, ciągle tłuczone talerze. Często mieliśmy wrażenie, że mówimy do ściany, że dziecko albo nas ignoruje albo nie słyszy. I tępe patrzenie w telewizor (na granicy wyłączenia się), mógł być bez głosu, ważne były migające obrazy.
Rozwiązanie przyszło przypadkiem ostatnią jesienią - wraz z badaniem EEG. Okazało się, że w głowie chlopaka cały czas szalała burza, wyładowanie za wyładowaniem odpowiedzialne były za małe wyłączenia świadomości - po kilka- kilkanaście- sekund co kilka minut. Przez 5 lat nikt się nie zorientował - dziecko opóźnione psycho-ruchowo, było badane przez wielu specjalistów.
Od listopada jest na lekach. W badaniu - teraz bardzo nieliczne wyładowania. Pamięć cudem się pojawiła. Dziecko, znacznie się uspokoiło - jest w stanie zarejestrować co się dzieje dookoła. Kończą się furie. Chłopak zaczyna nadrabiać.
Telewizja zgodnie z zaleceniami - całkiem odstawiona (miganie obrazu powodowało nasianie wyłączania się). Szczególnie charakterystyczny był brak pamięci krótkotrwałej (okazało się, że każde wyładowanie ją poniekąd czyściło) i niezorientowanie w sytuacji (jakby nie słyszał co się do niego mówiło - no, bo rzeczywiście nie słyszał, jeżeli kwestia wypowiedziana trafiała akurat w moment resetu).

Pomyślałam, że napiszę, bo a nuż, może to być jakiś trop, a może już próbowaliście tej ścieżki? U nas pomogło, ale nie było łatwo, bo specjaliści wiele z opisanych przez mnie zachowań tłumaczyli zaniedbaniami, traumą, fasem. Pewnie, że nie rozwiązuje wszystkich problemów, ale różnica jest ogromna.”


Był to pewnego rodzaju katalizator, który doprowadził do szeregu konsultacji ze specjalistami. Zbiegło to się też w czasie, gdy wszystkie osoby mające jakikolwiek kontakt z chłopcem, zaczęły zauważać, że zaczął się on zmieniać. Niestety na gorsze... stał się agresywny. Zaczął zagrażać nie tylko sobie, ale też innym dzieciom. To spowodowało, że zaczęliśmy rozważać pójście z chłopcem do psychiatry.
Zrobiliśmy Kapslowi EEG. Opisy fal beta i theta niewiele mi mówią, natomiast wnioskiem z badania było to, że czynności bioelektryczne mózgu są niezaburzone. Czyli od tej strony, chłopiec jest zupełnie normalny.
Niestety neurolog stwierdził, że to badanie nie miało większego sensu, bo zostało wykonane nie w tej fazie funkcjonowania co trzeba. Zostało wykonane w fazie snu, a powinno być zrobione w fazie czuwania (w tym konkretnym przypadku). Podważył również zasadność udania się do psychiatry. Ale dostaliśmy za to skierowanie na kompleksowe badanie w szpitalu. Kapsel będzie miał ponownie wykonane EEG, rezonans, tomografię i parę innych rzeczy.
Po raz kolejny okazało się, że jednak bycie rodziną zastępczą trochę skraca terminy. Nie musimy czekać do przyszłego roku. Majka była na rozmowie z neurologiem w szpitalu. Ten z kolei uznał, że konsultacje psychiatryczne są jak najbardziej wskazane, będąc uzupełnieniem badania szpitalnego.

(…)

Będziemy diagnozować bliźniaki pod kątem FAS, więc Kapsel też się załapie. Czasami mam wrażenie, że chłopak ma już wszystkie istniejące na świecie zaburzenia.

(…)

Udaliśmy się jednak do psychiatry. Póki co, to Kapsel był pacjentem, a nie my. Staraliśmy się o spotkanie z bardzo uznanym psychiatrą dziecięcym. Jednak nawet wizyty prywatne miały termin końca roku. Poszliśmy więc „za darmo” do innego psychiatry, ale z terminem za trzy dni. Być może lekarz ten nie jest wybitny, chociaż słyszeliśmy o nim całkiem dobre opinie.
Podobno do psychiatry należy się udać, gdy ktoś w jakikolwiek sposób stanowi zagrożenie dla siebie lub innych. Nie wiedzieliśmy o tym. Dotychczas zalecano nam tylko konsultacje z psychologami. Być może trudno jest powiedzieć rodzicowi (nawet zastępczemu) – pana dziecko potrzebuje psychiatry. W każdym razie, Kapsel od jakiegoś czasu jest na lekach. Majka widzi poprawę. Jednak czasami się zastanawiam, czy nie są to leki-placebo dla niej. Owszem, Kapsel wpada w szał już tylko dwa razy dziennie, a nie pięć.

(…)

Leki chyba zaczynają działać. Kapsel jest bardziej przytłumiony. Nawet zaczął się przytulać, wchodzić na kolana. Majka mówi: „cztery kropelki na dobę, a ile radości”. Czasami mnie korci, aby mu trochę podebrać.
Zaczynam się jednak zastanawiać, czy nie spowoduje to zupełnie niezamierzonego skutku. Nie chcemy przecież dziecka kołyszącego się w przód i w tył, i mówiącego „chcę do mamy”. Psychiatra zapewnia, że zapisana dawka jest zupełnie bezpieczna.

(…)

Big Ben jakimś cudem załatwił nam szybki termin analizy osobowości chłopca pod względem zaburzeń posttraumatycznych.

(...)

Wiem, że wiele osób powie, iż każde dziecko zasługuje na rodzinę (niezależnie od stopnia upośledzenia, czy choroby). Tylko, że ta rodzina musiałaby być niezwykle świadoma. Nie chciałbym, aby za dwa lata znalazła się w punkcie, w którym my teraz jesteśmy. Rozumowo dociera do mnie, że chłopca należy chwalić za wszystko co zrobi, nawet jeżeli zrobi to nieudolnie, niedbale (choć wiadomo, że potrafi lepiej). Ale jest to strasznie trudne (przynajmniej dla mnie). Kapsel ustawicznie przynosi mi laurki. Najczęściej jest to kilka kresek, albo jakaś zupełna abstrakcja. Ja mówię mu „dziękuję”, a Majka „narysuj ładniej, bo potrafisz”. Z psychologicznego punktu widzenia, podobno ja postępuję lepiej. Tyle tylko, że ja mam „olew”, a Majka chce chłopaka jeszcze czegoś nauczyć. Ostatnio zaczął do mnie mówić „tato”...a ja planuję oddać go do DPS-u. Nie mam pojęcia jaka klapka mu się nagle przestawiła. Jednak już niedługo coś zacznie się dziać w jego sprawie. Bo musi się zacząć dziać. Kapsel uczęszcza na wszelkie możliwe zajęcia, aby jak najkrócej przebywał w domu. Chronimy w ten sposób siebie i inne mieszkające z nami dzieci. Chłopcu to nie przeszkadza. Wręcz przeciwnie – lubi gdy coś się dzieje, gdy może spędzić czas poza domem.

(…)

Przez chwilę pojawiła się szansa na rodzinę adopcyjną. Tyle tylko, że chłopak jest zbyt stary i nie można już wziąć na niego urlopu macierzyńskiego, co w jego przypadku byłoby bardzo ważne.

Rodzina zastępcza? Niestety (a może na szczęście) zbyt dużo o chłopcu przekazałem w swoich opisach. Kapsel wymagałby bardzo świadomej rodziny, najlepiej nieposiadającej innych dzieci. My mamy już dorosłe córki, ale nawet taka sytuacja powoduje, że wiele zachowań chłopca, je przerasta. Problematyczne jest choćby dzielenie wspólnej toalety. Porozrzucaną po podłodze brudną bieliznę, czy zużyte pieluchy, możemy jakoś ogarnąć. Trudno jednak zapewnić, że siadając w nocy na klapę nie napotka się na kawałek kupy chłopca. Jemu to zupełnie nie przeszkadza, ale innym już może.

Powrót do mamy biologicznej?
Teoretycznie takie rozwiązanie wszystkich by satysfakcjonowało.
Kapsel tego oczekuje, jego mama również. Dla nas byłoby to szybkie rozstrzygnięcie sprawy, dla PCPR-u kolejny zamknięty temat. Nikt też nie musiałby łożyć na dalsze utrzymywanie chłopca. A jednak jest to najmniej oczekiwane rozwiązanie i wbrew pozorom najbardziej szkodliwe dla przyszłości Kapsla. Gdy patrzę na historię chłopca, to dochodzę do wniosku, że błędem było pozwolenie na kontakty z mamą. Kapsel sobie z tym zupełnie nie radzi. Dużo lepiej funkcjonował na samym początku, gdy była ona tylko mamą z opowiadań, a nie fizyczną - z którą można się spotkać, porozmawiać. Całe nasze postępowanie jest zatem dbaniem o dobro mamy, a nie o dobro Kapsla.
Niestety w mojej ocenie, dziewczyna sama potrzebuje pomocy psychologa. Jej huśtawka nastrojów powoduje, że Majce bardzo trudno się z nią rozmawia. Bywa, że dziękuje nam za opiekę nad chłopcem. Czasami roztkliwia się i płacze w słuchawkę, jak to los ją skrzywdził. Są też jednak rozmowy, w których zarzuca nam, że zrobiliśmy z Kapsla wariata, który musi być na psychotropach. Może ma rację. W końcu dwa lata temu nam też wydawał się całkiem normalny.

(...)

Przejdę do ostatnich konsultacji psychologicznych, które zawdzięczamy Big Benowi. Moim zdaniem, to one dają najwięcej wskazówek związanych z pytaniem „co dalej?”
Kapsel jednak dysocjuje. Jest to pewnego rodzaju rozdwojenie osobowości, będące następstwem istnienia jakiejś traumy. Tak przynajmniej ja to zrozumiałem. Problem polega na tym, że chłopiec przechodzi już z etapu rozpaczy, do etapu rezygnacji. Niestety jest to stan, z którego jest już bardzo ciężko wyjść – nawet poprzez długotrwałą terapię.
Przeciętny rodzic nie zwraca uwagi na pewne detale, które dla psychologa są kluczem w diagnozowaniu pewnych zachowań. Akty buntu są typowe dla etapu rozpaczy. Kapsel wpada jeszcze czasami w szał. Bywa, że przychodzi z pytaniem „czy mogę pójść do swojego pokoju?”. W połowie drogi po schodach, zaczyna wrzeszczeć „ja nie chcę iść do swojego pokoju!”. Nie wali już głową w ścianę, za to tupie nogami w podłogę i po chwili krzyczy „ałaaaaa!”.
O etapie rezygnacji świadczy między innymi rozdawnictwo. Kapsel od zawsze trudnił się zbieractwem. Nie jest to kradzież, ponieważ zabiera środki niskocenne. Kawałki papierków, zakrętki od słoików – krótko mówiąc „śmieci”. Jednak gdy kiedyś szukałem zszywacza, to najpierw zajrzałem pod łóżko chłopca, i oczywiście go tam znalazłem. Frustrujące jest to, że Kapsel chodzi nad ranem po wszystkich pokojach, otwiera szafy, szuflady i zabiera sobie jakieś trofea. Jednak o tym, że z psychologicznego punktu widzenia, jest on już w ciężkim stanie, świadczy to, że potrafi to wszystko oddać zupełnie obcym osobom – na zawsze.
Kapsel potrzebuje jak najszybszej terapii. Tyle tylko, że najpierw musi wyjść ze stanu zawieszenia. Nie możemy więc my zacząć tego procesu. Mogłoby to spowodować pewnego rodzaju „efekt jojo”. Chłopcu potrzebna jest świadomość, że wreszcie przebywa w miejscu docelowym. Może to być nawet Dom Dziecka, albo Dom Pomocy Społecznej. Mama chłopca zaczęła już nawet oswajać się z tą myślą. Problemem może być jednak to, jak ją przekonać, aby nie mamiła go opowieściami, że się stara i wkrótce zamieszkają razem.
Ratunkiem byłaby rodzina zastępcza, w której chłopiec mógłby przepracować swoje traumy, która poświęciłaby się bezgranicznie. Rodzina, w której byłby on jedynym dzieckiem, a mama nie musiałaby chodzić do pracy. Najlepiej, gdyby była to mama rozumiejąca potrzeby takich dzieci od strony zawodowej (psycholog, pedagog).
Nie ma takich rodzin. Przynajmniej w naszym kraju. Ostatnio dowiedzieliśmy się, że ośrodki adopcyjne otrzymały wytyczne dotyczące adopcji zagranicznych. Możliwe jest tylko łączenie rodzeństw. Biada więc temu ośrodkowi, który zechciałby skierować Kapsla do rodziny zagranicznej. Zresztą i tak by nie przeszedł kwalifikacji w jednym z dwóch katolickich ośrodków adopcyjnych, które mają „licencję” na adopcje zagraniczne. Przykre to wszystko.
Aktualnie ograniczyliśmy spotkania chłopca z mamą do dwóch w miesiącu. Teoretycznie najlepszym rozwiązaniem byłoby zerwanie wszelkich kontaktów. Nie zrobimy tego, ponieważ chłopiec najprawdopodobniej trafi do placówki, w której nadal będzie się z mamą spotykał. Nie wyrazimy jednak zgody na urlopowanie chłopca. Nie będą się też kontaktować telefonicznie. Wbrew pozorom, ta druga sytuacja jest dla Kapsla dużo gorsza. Bezpośrednie spotkanie powoduje, że odbiera mamę taką jaka jest w danej chwili. W rozmowie telefonicznej wizualizuje ją sobie, sięgając pamięcią do czasu, gdy byli razem. Jest to dla chłopca impuls wybijający, niezależnie od tego jak wówczas było.
Kapsel zapytany, dlaczego robi źle, zawsze odpowiada w dwojaki sposób. Albo „nie wiem”, albo „bo tęsknię za mamą”. Zdaniem psychologa, chłopak wcale nie tęskni za tą konkretną osobą. On tęskni za byciem kochanym, przytulanym, tęskni do stabilizacji... jakiejkolwiek.
My już mu tego nie zapewniamy. Jesteśmy tylko tymczasowymi opiekunami.

Zadaliśmy pytanie, jak nasze postępowanie wpłynęło na rozwój całej sytuacji? Co byłoby, gdyby chłopiec nie został odebrany mamie?
Zostaliśmy po raz kolejny pocieszeni, że nie mogliśmy zrobić nic więcej, poza tym co zrobiliśmy. Ale czy na pewno? Są to wątpliwości, na które nigdy nie będziemy w stanie sobie odpowiedzieć.
Zmiana miejsc zamieszkania, przebywanie z innymi dziećmi (które odchodziły do adopcji, a Kapsel ciągle tkwił) w pewien sposób przyspieszyły pewne zachowania. Gdyby chłopak nadal mieszkał z mamą, to najprawdopodobniej wszystko wybuchłoby ze zdwojoną siłą w momencie pójścia do szkoły.
Jesteśmy już zmęczeni Kapslem. Może nawet nie nim samym, ale tym jak destrukcyjnie wpływa na zachowania innych dzieci. Nasz PCPR to rozumie. Czasami mam wrażenie, że zaczyna się już martwić o nasze zdrowie psychiczne.
Sąd daje sygnały, że na najbliższej rozprawie, chciałby podjąć ostateczną decyzję. Nie podejmie jej. Nie istnieje żadna rodzina zastępcza, która zechciałaby się zaopiekować chłopcem. Nie wskaże też żadnej placówki, jako przyszłego domu chłopca, bo przecież jeszcze czekamy na orzeczenie o niepełnosprawności (co wcale nie jest takie oczywiste).

Nadejdzie jednak dzień, gdy chłopiec od nas odejdzie. Pamiętam z dzieciństwa, jak cieszyłem się z pierwszego dnia wakacji – był on piękny. Tym razem, podobno będzie inaczej. Zdaniem psychologa przeżyjemy żałobę. Zaczniemy tęsknić. Nie będzie to jednak żałoba po Kapslu (chociaż tak nam się będzie wydawało), ale po naszej bezsilności, z którą musieliśmy się zmierzyć.
Gdy odchodzą od nas dzieci do rodziny adopcyjnej, to pewne ich zachowania zaczynają nas irytować. Coś co było dotychczas zupełnie normalne, nagle staje się nieakceptowalne, a przynajmniej denerwujące. Jest to podobno mechanizm obronny naszego umysłu. Takim samym mechanizmem obronnym organizmu, jest nasze zmęczenie Kapslem. Mam go dość, aby w swoim sumieniu pozwolić na umieszczenie go w placówce.
Ciekawa ta psychologia. Jednak chyba wolę pisać swoje programy komputerowe. Tutaj wszystko sprowadza się do konkretnych algorytmów. Identyczne dane wejściowe, zawsze dadzą takie same dane wyjściowe. Człowiek jest jakiś dziwny.

(…)

Niedawno pożegnaliśmy Sasetkę i Marudę. Kolejne dzieci, które mają już mamę i tatę.
A Kapsel ciągle czeka. Nie radzi sobie z rozstaniami z innymi dziećmi. Już kilka dni wcześniej zaczął zachowywać się agresywnie w przedszkolu. Pluł na panie przedszkolanki, znowu zaczął sikać w majtki.
Kiedy wreszcie przyjdzie czas na niego?








13 komentarzy:

  1. Rano, gdy dzieci dostały po śniadaniu arbuza, Kapsel cały czas twierdził, że jest Julianem, małpką, którą niedawno poznał w ogrodzie zoologicznym.
    Po obiedzie wybraliśmy się na przejażdżkę rowerami po lesie. Zawsze wybieram największe chaszcze, żeby nikogo nie spotkać, aby chłopak miał jak najmniej okazji do wdawania się w dyskusję z różnymi ludźmi. Tym razem Kapsel spotkał ściętą brzozę, w której się zakochał. Chciał zostawić swój rower i wziąć ją do domu. Nie było łatwo go przekonać, żeby pozwolił jej pozostać w lesie do jutra, kiedy pójdziemy na spacer wózkiem z Ploteczką. Chwilę później zaczął opowiadać o spadających z nieba meteorytach. Próbował mnie przekonać, że Plotka i jego mama, również spadły na ziemię z nieba. Wówczas byłem już pewny. Kapsel przestał być Julianem... stał się Antonim.

    OdpowiedzUsuń
  2. ANtonim, powiadasz... ;-)
    Strasznie smutna jest Kapslowa historia. Czy jest jeszcze nadzieja na "dobre" (jakie? kto wie?) jej zakońćzenie? Napisz więcej o odejściu |Sasetki i Marudy, prosze. Agata.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O Sasetce i Marudzie jeszcze będę pisał. Jest to historia dziewczynki (bo chłopiec jest jeszcze mało świadomy tego co się dzieje), która już doskonale zdawała sobie sprawę z istnienia mamy biologicznej, a mimo wszystko nie mogła doczekać się mamy adopcyjnej.
      Do tego, są to pierwsi rodzice, którym „na dzień dobry” pokazaliśmy naszą propozycję rozstawania się z dziećmi. Wszystko jeszcze się dzieje. Do rozprawy sporo czasu. Jest powierzenie pieczy, tata się uaktywnił, dzwoniła ciocia, która chciała być rodziną zastępczą.
      Mataczymy jak możemy. Rodzice adopcyjni sprawiają wrażenie, że ogarniają emocjonalnie całą sytuację (z nimi jesteśmy szczerzy).
      Do dupy jest to nasze prawo rodzinne.

      A Kapsel? W zasadzie trudno powiedzieć, co dla niego byłoby najlepszym rozwiązaniem .
      W sumie to wiadomo – rodzina, w której byłby jedynym dzieckiem. Takiej nie ma. Pisałem o adopcji zagranicznej. Nawet w okresie, gdy dzieci znajdowały rodziców w innych krajach, Kapsel miałby marne szanse. Upośledzenie umysłowe zawsze było szlabanem, którego zagraniczni rodzice adopcyjni nie mogli, albo nie chcieli przeskoczyć.
      W tej chwili też każdy ma swój pogląd na jego dalsze życie. Leki psychiatryczne są dla niektórych nie do zaakceptowania. Faktycznie chłopak jest nieco przytłumiony, na niektórych zajęciach nie współpracuje. Ale dla osób, które spotykają się z nim po raz pierwszy, nadal jest trudny. Po pierwszym dniu na półkoloniach, Majka została wezwana „na dywanik” przez panią dyrektor. Ja bym pewnie podkulił ogon. Majka powiedziała: „inni sobie jakoś radzą”. Jutro chłopak idzie na kręgle. Mam nadzieję, że nikogo kulą nie zabije.

      Usuń
  3. dziękuję, własnie na to czekam, co zasygnalizowaleś, na to przenoszenie więzi w innym stylu, niz ze Smerfetką :(, czekam zatem.Agata

    OdpowiedzUsuń
  4. 'Inni sobie jakoś radzą', Majka ty to masz jaja kobieto. I tak trzymaj. Pikuś nie bierz tego do siebie. Opisuj wszystko bo robisz to rewelacyjnie, nawet z podkulonym ogonem chociaz odnoszę wrażenie, że wcale tak nie jest.

    OdpowiedzUsuń
  5. Smutne to wszystko i nie do przeskoczenia. Biedny Kapsel.
    Chciałam jeszcze zadać Wam pytanie, które ostatnio, po lekturze bloga, chodzi mi po głowie.
    Chodzi o więzi i różne traktowanie ich nawiązywania przez ra i rz.
    Jak wiadomo – w rodzinie ado ten pierwszy czas należy tylko do rodziny, jest mocne skupienie na potrzebach dziecka, ogranicza się inne kontakty, rodzic przebywa z dzieckiem w domu tak długo jak tylko może.
    Wydaje mi się, że w r z nie ma aż takiego parcia na te więzi, a one się tak czy inaczej się tworzą. Dziecko trafia do rodziny, gdzie często jest już więcej dzieci i w dużym stopniu po prostu wsiąka w rodzinne życie, naturalniej. Kontakty z innymi siłą rzeczy istnieją, czas jest dzielony na wszystkich, często w grę wchodzi bardzo szybko przedszkole.
    Czy to oznacza, że takie dziecko nie ma szans nawiązać więzi? Podobnie dziecko powyżej 7 roku życia, gdzie istnieje obowiązek szkolny ( pomijam przypadki odroczeń) plus rodzice nie mają urlopu macierzyńskiego.
    Ja chcę wierzyć, że jeśli rodzina jest przewidywalna i bezpieczna, reagująca na potrzeby, to nawet w takich warunkach więź się tworzy.
    A może się mylę i w rz dzieje się tak jak w ra? Albo ra popadli w skrajność w realizowanie zadania pt” nawiązywanie więzi”? Za mocno się starają i w gruncie rzeczy zaczynają być w tym wszystkim nienaturalni?
    Jak myślicie? Barbara

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nawiązywanie więzi jest moim zdaniem umiejętnością, której trzeba się nauczyć. To mniej więcej jak jedzenie nożem i widelcem. Jeżeli ktoś to potrafi, to naje się w każdej knajpie. Jest tylko jedna różnica. Posługiwać się sztućcami, można się nauczyć w dowolnym momencie. Na naukę nawiązywania więzi jest bardzo krótki okres. Kapsel już się tego nie nauczy. Jego dzieciństwo polegało na siedzeniu przed telewizorem z miską jedzenia. Jest z nami już dwa lata, a gdy wyjeżdżaliśmy z wakacji powiedział „jedźcie do domu, ja tu zostanę z panią Dorotką”.
      Wielokrotnie pisałem o przenoszeniu więzi (w kontekście odejścia dziecka do rodziny adopcyjnej). Teraz już bym tak nie napisał. Więzi się nie przenosi. Można nawiązać nowe, można rozluźnić stare. Można mieć jednocześnie więzi z różnymi osobami, jedne słabsze, inne silniejsze. Dla przykładu, taka Iskierka. Jest dzieckiem adoptowanym, a mimo wszystko w jakimś sensie żyje również naszą rodziną. Ostatnio bardzo się zasmuciła, że nie zobaczy już Sasetki i Marudy.
      Starsze dzieci również nawiązują więzi (o ile się wcześniej tego nauczyły). Sztanga odchodziła od nas, gdy miała 14 lat. W tej chwili jest już pełnoletnia i planuje wyjść za mąż. Mogłaby chcieć wymazać z pamięci cały okres pobytu w naszej rodzinie. A jednak czuje potrzebę dzielenia się swoją radością również z nami.
      Zgadzam się, że zupełnie inaczej wygląda pójście dziecka do rodziny zastępczej, a zupełnie inaczej do adopcyjnej. W tym drugim przypadku, faktycznie OA często zalecają pewnego rodzaju izolację dziecka od wszystkich osób, z wyjątkiem rodziców adopcyjnych. Osobiście podchodzę do tego z dużym dystansem. Może miałoby to sens, gdyby dziecko znalazło się w rodzinie adopcyjnej nagle (bez wcześniejszego przygotowania). Jako przykład podam dawną historię Foxika. Dziewczynka będąc jeszcze z nami, spędzała mnóstwo czasu z nowymi rodzicami. Poznała ich nowy dom, swój nowy pokój, swoje łóżeczko... a przede wszystkim nową rodzinę (babcie, dziadków, ciocie, nowe kuzynostwo). Odeszła do osób, które były już jej rodziną. Jakakolwiek izolacja nie miałaby sensu.
      Uważam, że zawsze należy być sobą. Więzi nawiązują się same... albo nie.

      Usuń
  6. Dziękuję. Czy można się w takim razie pokusić o wniosek, że jeśli dziecko wygląda na przywiązane do rz, nie trzeba specjalnych zabiegów, służących nawiązywaniu nowych więzi np. z ra ? Po jakimś czasie samo sięgnie po sztućce? Barbara

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wiem co masz na myśli pisząc specjalne zabiegi. Myślę że bardzo specjalnych nie, ale przebywanie z nowymi opiekunami jak najczesciej koniecznie, a inne osoby zdecydowanie rzadziej i początkowo w obecności tych nowych rodziców.(posługując się analogią ze sztuccami jeżeli położymy dziecku wszystkie jakie istnieją to pewnie po nie sięgnie ale niekoniecznie odpowiednie. A chyba rodzice adopcyjni czy zastępczy nie chcą żeby dziecko przywiazywalo się bardziej do opiekunki czy Pani z przedszkola niż do nich) Tak myślę. Chociaż każda sytuacja może być nieco inna i trzeba brać pod uwagę różne aspekty

      Usuń
    2. Ja, w tych hipotetycznych rozważaniach, przyjąłem założenie, że dziecko miało czas na zapoznanie się z rodzicami adopcyjnymi. Sasetka ma to szczęście, że są wakacje. Jednak gdyby odchodziła w trakcie roku szkolnego, to przecież nadal chodziłaby do przedszkola. Ona doskonale już wie, kto jest jej mamą i tatą. Zmieniające się panie przedszkolanki nie miałyby szans konkurować o jej względy.
      Owszem, w przypadku dziecka powiedzmy rocznego, ryzykowne byłoby pozostawianie go w towarzystwie opiekunki (gdy mama byłaby w pracy). Ale powiedzmy sobie szczerze. Ile jest takich przypadków, gdy dziecko biologiczne ma silniejsze więzi z opiekunką niż z mamą?
      Całkiem sporo. I fakt, czy dziecko jest adoptowane czy biologiczne, nie ma większego znaczenia.
      Uważam, że dziecku adoptowanemu, zdecydowanie najlepiej służą kontakty z nowymi rodzicami. Ale bez przesady. Niech te babcie przyjdą w odwiedziny, niech zabiorą dziecko na spacer, niech się z nim pobawią. Dopiero jak będą zbyt upierdliwe, to trzeba będzie je delikatnie odesłać do swojego domu.

      Usuń
  7. Zakładałam, że po prostu rodzic przebywa dużo czasu ze swoim dzieckiem, nie podrzuca go do cioć i babć, bo w sumie rodzicielstwo po części na tym polega. I nie trzeba stawać na głowie. O ile zaburzenia przywiązania nie są potężne - przywiążemy się do siebie nawzajem. Dzięki :)

    OdpowiedzUsuń