piątek, 15 listopada 2019

PTYSIE 4


Tym razem zrobię pewne doświadczenie. Najpierw napiszę pierwszą część tego posta, a za kilka dni drugą, nie zmieniając niczego co już napisałem. Oba fragmenty będzie dzieliła jedna bardzo ważna rzecz – rozprawa.

Przypuszczam, że mniej więcej tak wygląda wnętrze Ptysi
Ptyś z Balbiną mieszkają z nami już prawie rok. Przeprowadzone badania psychologiczne wykazały, że wskazane jest jak najszybsze rozpoczęcie terapii. Tutaj nie chodzi tylko o traumę rozstaniową. Najważniejszą sprawą jest wskazanie rodziny, o której będzie można powiedzieć dzieciom: „z nią będziecie już na zawsze”. Nasz PCPR zwracał na to uwagę sądowi, w którym toczy się postępowanie. Miało to go w jakiś sposób zmotywować do szybszego wyznaczenia terminu rozprawy. Niestety niewiele z tego wyszło.
Nie jest to żaden ze znanych nam sądów... jest od nas oddalony o kilkaset kilometrów. Najciekawsze jest to, że on nikogo nie pyta o zdanie. Czy to oznacza, że doskonale wie, jaką decyzję podejmie?
Nieco ponad miesiąc temu odbyła się pierwsza rozprawa, tyle że mama dzieci tylko opowiadała jaka to ona wspaniała i uporządkowana. Nie przedstawiła żadnego dowodu na to, że faktycznie pracuje, oświadczając jednocześnie, że znowu zmieniła miejsce zamieszkania. Być może miała świadomość, że ocena kuratora dotycząca poprzedniego mieszkania nie do końca była pozytywna. Nam opowiadała, że piękne pokoje czekają na całą trójkę Ptysi. Mówiła o gwiazdach na ich suficie. Kurator nie do końca się z tym zgodził. Być może te gwiazdy wcale nie były wymalowane. Jednak teraz rzeczywiście wynajęła przyzwoite mieszkanie i pod tym względem nie można do niczego się przyczepić.

Sąd miesiąc temu powiedział, że następnym razem będzie to już ostateczne rozwiązanie sprawy. Stawiam na odebranie praw rodzicielskich. Jeżeli będzie inaczej, to moja jeszcze nadal istniejąca wiara we władzę sądowniczą zostanie mocno nadszarpnięta.

Niedługo znowu kolejne posiedzenie zespołu oceniającego dzieci i ich rodziców.
I znowu nie wiem, o czym mam napisać. Właściwe powinienem zacząć od zdania „Poza tym, że mama dzieci jest głupia i popierdolona, to...”. No pewnie tak nie rozpocznę.

Majka uważa, że od czasu gdy dowiedziałem się co to jest dysocjacja, to według mnie każde z naszych dzieci zastępczych dysocjuje. Nie do końca się z nią zgadzam, jednak w przypadku Ptysi jesteśmy zgodni... ale o tym za chwilę.

Jestem rodzicem zastępczym już kilka lat, ale ciągle dowiaduję się czegoś zupełnie nowego. Wydawać by się mogło, że rodziny zastępcze są doskonale przeszkolone i potrafią odpowiednio zareagować na każdą sytuację i zmierzyć się z każdym problemem. Może w teorii tak jest, w praktyce gorzej. Majka opowiadała mi, że kiedyś na grupę wsparcia przyszła mama zastępcza z kilkunastoletnim stażem, która stwierdziła „ja teraz już wiem, bo przeczytałam książkę”. No to ja jestem lepszy, bo przeczytałem kilka książek.
Jakoś w wakacje, gdy przez kilkanaście dni mieszkał z nami Bill (najstarszy z rodzeństwa) i wszystko w pewien sposób zaczęło nam się sypać, dowiedziałem się, że w pewnych sytuacjach zasady są od tego, aby je łamać (zresztą z komentarza na tym blogu). Pamiętam, że Majka tylko mnie wówczas zapytała „to ty nie czytałeś 'Wychowanie zranionego dziecka'?” No nie czytałem... ale już przeczytałem.

Nasze rodzeństwo bez wątpienia przejawia cechy dzieci mających zaburzone więzi. Przypuszczalnie występują do tego głębsze urazy natury emocjonalnej, psychicznej i seksualnej.
W normalnych warunkach, gdy dzieci przychodzące do rodziny (adopcyjnej, czy zastępczej) nie są mocno zaburzone, zadanie polega na stworzeniu bezpiecznego i przewidywalnego otoczenia, czego celem jest wytworzenie prawidłowego przywiązania. Ważne są zatem stałe i powtarzalne rytuały, rutyna. W następstwie tego, dziecko zaczyna identyfikować i konfrontować swoje stany emocjonalne ze stanami rodziców, jak również obcych sobie osób, co prowadzi do rozwoju samoświadomości i kompetencji poznawczych.

W przypadku dziecka zranionego również należy zadbać o bezpieczeństwo i rozwój prawidłowych więzi, tyle że stosowane metody często muszą być już zupełnie inne. U dzieci pokroju Ptysi mniejsze znaczenie ma niwelowanie rozmaitych niedoborów, jak choćby nabywanie wiedzy, korygowanie wad wymowy, czy niewłaściwych zachowań społecznych. Praca z nimi powinna się skupiać na dużej dawce kontaktu fizycznego, w tym zwłaszcza wzrokowego i dotykowego.
Bardzo często takie formy wychowawcze jak konsekwencje, nagrody czy kary, zupełnie się nie sprawdzają. W wyniku ich stosowania, tylko pozornie dziecko powinno szybko przystosować się do uporządkowanego świata, w którym wszystko jest przewidywalne. Problem polega na tym, że to dziecko już raz się przystosowało i wypracowało cały szereg sprawnych mechanizmów pozwalających mu przeżyć we wrogim świecie. I właśnie te mechanizmy (jak choćby walka, ucieczka) będzie stosować, gdy poczuje się w jakiś sposób przymuszone.

Majka i ja, nie jesteśmy dla Ptysia kimś, czyjej akceptacji chłopiec by potrzebował. On zapewne nadal sądzi, że jesteśmy osobami, które mogą go skrzywdzić, a nasz dom jest miejscem wrogim. Gdy za jakieś przewinienie ma wypad (czyli chwilową izolację od reszty towarzystwa), to jest to dla niego tożsame tylko i wyłącznie z przegraniem walki. Oznacza to zatem, że wszelkie kary są nieskuteczne, a przynajmniej mało skuteczne.
Wbrew pozorom podobnie działają nagrody. Są one również dla dziecka sygnałem, że przegrało walkę... no bo przecież rodzic (na akceptacji którego wcale mu nie zależy) się cieszy (a to oznacza, że wygrał). Nagroda oznacza również to, że dziecko uzmysławia sobie, że rodzic będzie oczekiwał od niego takich zachowań w przyszłości. A przecież ono tego nie chce. W zamian ustanawia sobie swoją własną nagrodę, polegającą na irytowaniu rodziców... bo to jest władza. Natomiast współpraca, uległość i wrażliwość, traktowane są jak porażka. Bo to kojarzone jest z kontrolą. I chociaż normalne dziecko pod kontrolą rodzica czuje się bezpiecznie, to dla dziecka zranionego kontrola kojarzy się z cierpieniem i za wszelką cenę próbuje się jej oprzeć.
Nie jesteśmy zatem dla dziecka autorytetem, kimś z kim chciałoby się utożsamiać, więc samo podążanie za nim i wychowywanie bez kar i nagród również mija się z celem.
I właśnie metodą w takiej sytuacji jest brak konsekwencji i łamanie zasad, chociaż faktycznie wydaje się to mało logiczne. Ma ona jednak pozwolić dziecku na samookreślenie się, i na samodzielne wypracowanie nowych mechanizmów postępowania w innych podobnych sytuacjach.

Największą trudnością w przypadku dzieci z zaburzeniami więzi jest prawidłowe odczytanie ich zachowań. Może być tak, że agresja czy krzyk, czyli zachowania uchodzące za naganne, mogą być objawem zdrowienia. Walka z nimi może tylko spowodować ich zamianę... na równie destrukcyjne.

W pewnych sytuacjach zalecane jest wracanie do zachowań odpowiednich dla dziecka młodszego. Bywa, że pominie ono pewien etap swojego rozwoju i podświadomie domaga się powrotu do niego. Mogą zatem być zalecenia terapeuty, aby starsze dziecko traktować jak niemowlę.

Po naszej letniej przygodzie z Billem, stwierdziłem, że spróbuję łamać zasady, przynajmniej te, które dotyczą tylko Ptysia.
Gdy zamieniał się w słup soli, to czasami to lekceważyłem, czasami wyrażałem swoje niezadowolenie, a czasami wybuchałem śmiechem. Moja ostatnia reakcja zaczęła w moim mniemaniu nawet przynosić efekty, bo chłopak też czasami zaczynał się uśmiechać i wracał „do siebie”.
W odpowiedzi na jego "nie będę się kąpał", było "no to nie". Widziałem jak wówczas sam z sobą walczył, gdyż bardzo lubi się kąpać i jest to dla wszystkich jednocześnie świetna zabawa.
Gdy mówił o mnie „głupi wujek”, to też bywało, że przyjmowałem to za komplement. Tym bardziej, że wydaje mi się, iż w opinii naszych dzieci zastępczych, nie do końca jest to obelga.

Kiedyś usłyszałem pewien dialog między Ptysiem, a Romulusem:
Ptyś: Coś wam powiem.
Romulus: A co?
Ptyś: Jesteście głupi.
Romulus: Ja też?
Ptyś: Nie, tylko Balbina i Remus.
Romulus: A może ja chociaż troszkę?
(zdecydowanie nie była to wówczas potrzeba akceptacji)

Zaczęło mi się wydawać, że Ptyś po ponad półrocznym pobycie w naszej rodzinie, zaczyna powracać do żywych. Staje się normalny. Można z nim porozmawiać, a w przedszkolu nie wchodzi jak kiedyś pod stół, czy szafki. Miałem wrażenie, że chłopak przeszedł już z trybu przetrwania, poprzez tryb walki i ucieczki, do trybu kontaktu i rozwoju. Niestety tylko mi się tak wydawało.

Przyszedł czas, gdy po raz kolejny (tym razem na prawie trzy tygodnie) zawitał do nas Bill.
Metamorfoza, którą przechodzi wówczas Ptyś, jest dla mnie czymś niepojętym. Chłopiec znowu zaczął się zawieszać. Jednocześnie był z nami, ale jakby jeszcze gdzieś indziej. Gdy przechodził w taki stan, najpierw zmieniał się wyraz jego oczu. Stawały się one zimne, puste, nie okazywały żadnych emocji.
Innym razem były to oczy dzikiego, wylęknionego zwierzęcia. Pokazywały szereg emocji zmieniających się w ułamku sekundy (ufność, nienawiść i strach naprzemiennie). Nie mam pojęcia, jak jego mimika twarzy jest zdolna coś takiego wyrazić.

Nie mamy z Majką wątpliwości, że czynnikiem spustowym jest Bill, a do wprowadzenia chłopca w taki stan wystarczy drobiazg.
Pewnego razu Ptyś usiadł na samochodzie zabawce. Powiedziałem do niego spokojnym głosem „Ptysiu zejdź z tego samochodu, bo za chwilę kolejne kółka odpadną”. Nie odpowiedział, nie zareagował... zawiesił się. Trwało to kilka minut i nagle minęło.
W innym przypadku chłopiec zaczął wylizywać talerz po obiedzie. Dotychczas nigdy tak się nie zachowywał i również spokojnie zwróciłem mu uwagę, że tak nie należy robić, że nie jest to kulturalne zachowanie. Znowu się zawiesił. Jednak tym razem po chwili zaczął lizać talerz od dołu, później gryźć widelec. Nie reagowałem... no to podszedł do drzwi i zaczął gryźć klamkę. Ja nadal nic. Pewnie powinienem być konsekwentny do końca. A może właśnie nie, tym bardziej, że inne dzieci zaczęły się śmiać z jego zachowania. Pewnie powinien dostać wspólną karę ze mną i na przykład powinniśmy pójść umyć samochód. Wątpię czy coś z tego by wyszło, no ale nie spróbowałem. Gdy zaczął gryźć drewnianą futrynę, to skończyło się to wypadem do jego pokoju. Było to dużym błędem, gdyż chłopiec wcale nie przemyślał swojego zachowania, a jedynie utwierdził się w przekonaniu, że nadal może liczyć tylko na siebie. Dobrze, że możemy obserwować pokoje dzieci, bo pozwala nam to reagować tylko w sytuacjach ekstremalnych. Ptyś najpierw się zabarykadował. Wyrzucił pod drzwi niemal wszystkie zabawki, które ma w pokoju i część mebli, które był w stanie przesunąć. Po kilkunastu minutach wszystko uporządkował i przyszedł do nas jakby nigdy nic.
Nie będę opisywał wszystkich tego rodzaju zachowań, ale było ich sporo.
No może jeszcze jedna sytuacja. Jest ona o tyle inna, że chłopiec sam doprowadził się do stanu, w którym ewidentnie dysocjował. Poszedł do swojego pokoju po jakąś zabawkę. Nagle usłyszałem trzaskanie drzwiami. Wszedłem na piętro i pierwsze co rzuciło mi się w oczy, to ten jego pusty wzrok. Stał i walił drzwiami tak, że dom trząsł się w posadach. Gdy tylko mnie zobaczył, to zanim zdążyłem cokolwiek powiedzieć, rzucił się na mnie z pięściami. Chciał mnie kopnąć, szukał zabawki którą mógłby mnie zdzielić. Już wiedziałem, że powinienem spróbować go przytulić. Tak też zrobiłem, chociaż może bardziej chodziło o ograniczenie jego ruchów. Pewnie wyczuł moje emocje (że wcale nie mam nastroju na przytulanki), bo zaczął na mnie pluć i się wyrywać. Odpuściłem. Siedział w kącie kilkanaście minut, po czym podszedł do mnie, uśmiechnął się, dał buziaka, przybił piątkę i się przytulił. Nie wracałem do jego zachowania, ale miałem wrażenie, że chłopiec niczego nie pamiętał.
Są to sytuacje, które bardzo łatwo jest odróżnić od niektórych może dziwnych, ale jednak normalnych zachowań chłopca. Któregoś dnia zawoziłem dzieci do przedszkola. Ptyś rozebrał się błyskawicznie, zmienił obuwie i czekał na ławce na Balbinę, której szafka jest kilka metrów dalej. Dziewczynka jak zwykle miała czas, musiała do każdego zagadać, a mi nie wypadało potraktować jej jak trzylatka, który nie potrafi się przebrać. Gdy po dłuższej chwili się odwróciłem, to zobaczyłem Ptysia gotowego do powrotu do domu. Ponownie się przebrał, zakładając buty, kurtkę i czapkę. Nie wiem, czy był to żart, czy coś mu się pomieszało, jednak tylko się uśmiechnął i w piętnaście sekund znów wskoczył w strój przedszkolny.

Gdy rodzeństwo Ptysi jest w komplecie, to pojawiają się zachowania zupełnie niewytłumaczalne. Znowu wracają epitety typu dupa, pipa i inne. Znowu dzieci rzucają zabawkami w siebie, albo w lampę. Znowu chodzą po meblach, biegają po pokoju, skaczą z drabinek. Znowu straszą się duchami i czarownicami. Znowu przejawiają niepokojące zachowania o zabarwieniu seksualnym.
Zaczynam wierzyć opowieściom babć dzieci, które zgodnie twierdzą że rodzina w ciągu kilku tygodni demolowała każde mieszkanie, do którego się wprowadzała. Pytanie, czy uwierzy w to również sąd. Nie wiem co jest w aktach sprawy, ale podobno są tak grube jak niejednego gangstera.
Początkowo myśleliśmy też, że takie inne zachowania dzieci są jakimś efektem grupy. Po części pewnie tak, bo widzimy pobudzenie emocjonalne Bliźniaków, które pewnie wynika ze spadania w hierarchii. Bill jako ten najstarszy próbuje objąć przywództwo, a chłopcy nie chcą się temu podporządkować. Jednak dla nich pewne zasady są już nieprzekraczalne. Nawet już nie próbują przeklinać tak jak Ptysie. Podczas ostatniego pobytu Billa, tylko raz usłyszałem brzydkie słowo z ust Bliźniaków. A nawet nie do końca usłyszałem, gdyż tylko Reflux przybiegł do mnie ze skargą „wujek, a Romulus mówi na mnie dupa”. Oczywiście musiałem zareagować, chociaż pomyślałem sobie „ale przecież ma rację”.

Najciekawsze jest to, że te wszystkie dziwne zachowania dzieci pojawiają się nagle. I nagle znikają gdy rodzeństwo jest rozdzielone. Podczas trzytygodniowego pobytu Billa, jeden dzień spędził on w zaprzyjaźnionej rodzinie. Tego dnia Ptyś z Balbiną byli normalni. Ptyś przychodził do mnie, przytulał się i uśmiechał. Gdy najstarszy z rodzeństwa wrócił do swojej rodziny zastępczej, też nagle wszystko się zmieniło. Od tego dnia minęło już kilka tygodni... Ptyś się jeszcze ani razu nie zawiesił. Być może to jest najgorsze, bo oznacza że w chłopcu tyka jakaś bomba i nawet gdyby dzieci na stałe zostały rozdzielone, to ktoś musiałby się do niej dostać i ją rozbroić.

Nam pozostanie o tym wszystkim opowiedzieć rodzinie, która zdecyduje się podjąć opieki nad rodzeństwem. Będziemy musieli to zrobić, chociaż czasami korci, aby pewne sprawy przemilczeć.
Być może dla niejednej osoby byłoby to zupełnie normalną rzeczą, bo przecież typowe postępowanie wychowawcze i ignorowanie specyfiki rozwoju dziecka z zaburzeniami więzi, może prowadzić do pozornie prawidłowych i pożądanych zachowań. Tyle tylko, że wszystko może skończyć się nagle, choćby w okresie dojrzewania. Być może Bill jest już na takiej ścieżce, ponieważ wydaje się być całkiem miłym i rozgarniętym chłopcem. Ale to właśnie mogą być tylko pozory. Gdy liczył na kask na rower i nakolanniki, to chętnie spotykał się ze swoją babcią, która mu to obiecała. No i dostał. Tyle, że spodziewał się profesjonalnych, a nie dziecięcych. Teraz babcia jest już mało ważna.
Być może zafascynowanie motoryzacją jest czymś zupełnie normalnym w tym wieku, tyle że Bill ciągle mówi o tym samym. Jadąc samochodem wciąż pytał o skrzynię biegów, a jeżdżąc rowerem miał wrażenie, że jest na motocrossie. Skakał ze skarp, uderzał nim w rozmaite przeszkody... chociaż może teraz trochę się czepiam.
W każdym razie rodzice, którzy przyjdą po rodzeństwo, muszą o wszystkim wiedzieć. Istnieje możliwość, że zrezygnują. Przyjdą kolejni... albo nikt nie przyjdzie.
Często spotykam się z rozmaitymi artykułami opisującymi kilku, czy nawet kilkunastoletnie dziecko oczekujące na swoich rodziców adopcyjnych. W załączeniu jest zdjęcie prezentujące piękną dziewczynkę, czy chłopca. Czy można się zakochać od pierwszego wejrzenia? Można... a jak już się człowiek wkręci, to przestaje brać pod uwagę nawet konkretne argumenty. A później ten sam człowiek czuje się po kilku latach zrezygnowany, wypalony i jedyne co mu pozostaje, to stwierdzenie, że jednak geny zwyciężyły. A tutaj nie chodzi o żadne geny. Przyszli rodzice Ptysi muszą mieć świadomość, że czeka ich długa terapia, i to z osobą, która ma duże doświadczenie w temacie zaburzeń więzi. Tutaj sama miłość niczego nie naprawi, a przeczytanie nawet wielu książek spowoduje jedynie stwierdzenie: „tak, mamy problem”.
O tym, że dzieci z pozoru wydają się być całkiem normalne świadczy też to, że w przedszkolu panie nie mają większych uwag ani do Balbiny, ani do Ptysia. Dziewczynka uchodzi za sympatyczną i zabawną, a chłopiec za dziecko spokojne i posłuszne. W przeciwieństwie do Bliźniaków, o których codziennie wysłuchujemy złe opinie. A to wchodzą na stoły i szafki, to kogoś uderzą, ugryzą, czy też uciekają z grupy po wyjściu z sali. Tyle, że to właśnie oni są zdrowi i niezaburzeni.

I właśnie w tym jednym konkretnym przypadku Ptysi, chciałbym aby sąd podjął decyzję o umieszczeniu ich w rodzinie zastępczej długoterminowej. Nie dlatego, że takie rodziny są bardziej świadome i lepiej przeszkolone niż adopcyjne... nie (bo jak wcześniej wspomniałem, często wcale nie są). Ale dlatego, że przed podjęciem decyzji, rodzice będą mogli zapoznać się nie tylko z opisami dzieci, ale przez jakiś czas być w ich pobliżu, spędzić wspólnie kilka dni, być jakąś tam ciocią i wujkiem. Rodzice adopcyjni takiej możliwości nie mają. No dobrze, mają... ale tylko w teorii.
Nie bez znaczenia jest też wsparcie finansowe ze strony Państwa i mimo wszystko dużo większe możliwości skorzystania z pomocy instytucjonalnej. A tutaj to wszystko będzie potrzebne.
Prawdopodobieństwo adopcji całej trójki jest mało prawdopodobne. W najlepszym razie ktoś zainteresuje się Ptysiem i Balbiną... a Bill? Wydaje mi się, że wspólne bycie rodzeństwa w komplecie jest ważne, bo daje dzieciom najlepszą szansę na uporanie się ze swoją przeszłością... chociaż dla wszystkich może to być bardzo trudne.
Pewnie jeszcze lepszym rozwiązaniem byłoby przysposobienie z możliwością połączenia najlepszych elementów adopcji i pieczy zastępczej... gdyby to było możliwe. Krótko mówiąc, nasza zwyczajna adopcja z pomocą finansową, psychologiczną, określonym programem działania i nadzorem nad jego realizacją. Dlaczego nasze prawo nie przewiduje takiego rozwiązania w trudnych sytuacjach? Może dlatego, że adopcja kojarzy się z prawem własności, a piecza zastępcza z możliwością jej rozwiązania niemal w każdej chwili.

No to jeszcze o mamusi Ptysi, na temat której nie będę się rozwodził w opisie na posiedzenie zespołu.
Nie mogę tej kobiety do końca rozgryźć. Ona chyba też dysocjuje... żartowałem.
Wysyła bardzo sprzeczne sygnały i czasami dochodzę do wniosku, że jej też najbardziej pasowałaby decyzja sądu o umieszczeniu dzieci w rodzinie zastępczej – może nawet domu dziecka.
Prawie rok temu ustaliliśmy terminy spotkań na dwa razy w miesiącu z możliwością zwiększenia częstotliwości w przyszłości. Muszę przyznać, że nie było sytuacji, aby nie przyszła w odwiedziny do dzieci bez usprawiedliwienia. Jednak nigdy nie upomniała się o to, aby spotykać się częściej. Gdy odwoływała swój przyjazd, to nie prosiła o wyznaczenie terminu zastępczego... zwyczajnie przychodziła po następnych dwóch tygodniach (czyli nie widziała dzieci przez miesiąc).
Rodzice biologiczni najczęściej starają się pamiętać o rozmaitych uroczystościach swoich pociech. Tutaj też miały miejsce urodziny dzieci. Ptyś został zaszczycony obecnością swojej mamy, chociaż powiedziała tylko „wszystkiego dobrego, synek”, a prezent był dużo gorszy niż ten, który w tym dniu otrzymała Balbina. Z kolei w przypadku dziewczynki, gdy wszystko było już dokładnie ustalone (łącznie z tortem i wielką fetą w restauracji), zadzwoniła rano, że wszystko odwołuje, bo ma sraczkę. A przecież mogła skoczyć do apteki po stoperan i na szesnastą byłaby nówka-sztuka. Do tego, o wszystkim powiadomiła nas poprzez mamę zastępczą Billa, z prośbą o przekazanie Balbinie życzeń urodzinowych. Nie mogła chociaż zadzwonić do dziewczynki?
Był jeszcze przypadek, który mogę trochę przekłamać... bo nie do końca pamiętam. Chodziło o urodziny Billa. Mama zadzwoniła, że odwołuje spotkanie, ponieważ kupiła dla niego tort, ale okazał się być z alkoholem. No i co z tego? Mogła przyjść bez tortu, albo zwyczajnie się tym nie chwalić. Ile tego alkoholu jest w torcie?

Dziwna jest ta mama. W sądzie ponoć opowiadała, że wydaje miesięcznie pięćset złotych na dzieci i kupuje im rzeczy, odpowiadając na potrzeby rodzin zastępczych. Tyle tylko, że rodziny zastępcze nie zgłaszają żadnych potrzeb, a przynoszone prezenty na pewno nie przekraczają stu złotych miesięcznie i w większości stanowią słodycze.
Pewnego razu mama przyniosła swoim latoroślom nieco większe podarunki. Siedmioletni Bill dostał dwudziesto-elementowe puzzle, a czteroletnia Balbina grę logiczną dla dzieci powyżej siódmego roku życia. No ale, gra była w kolorze różowym, a puzzle niebieskim.
Okey... załóżmy, że się pomyliła. Ptyś dostał jajko z niespodzianką – i chyba najbardziej się z tego ucieszył.

Ostatnio na spotkaniu mama chwaliła się nowym mieszkaniem. Zapytała dzieci, które z nich po powrocie do niej będzie chciało spać na łóżku piętrowym. Nikt nie odpowiedział. A które na zwyczajnym łóżku... też nikt nie odpowiedział. Pod koniec spotkania mama tłumaczyła, że każde z dzieci powiedziało jej na osobności, że chciałoby spać razem z nią w jej łóżku. No fajnie. Super sprawa biorąc pod uwagę przeszłość dzieci i jeszcze do tego obecność Helmuta.

Ten ostatni też jest wielką zagadką, bo niby już nie istnieje. Sprawa jest podejrzana, ponieważ mama dużo inteligentniej prezentuje się w wersji pisanej, niż mówionej. Chociaż w tej kwestii się nie wypowiadam, ponieważ mam tak samo.

Mogę za to określić, jakie są oczekiwania dzieci. Bill jasno sygnalizuje, że nie chciałby wrócić do mamy. Naszym Ptysiom jest wszystko jedno. Nie pytają, nie wspominają mamy, nie drążą tematu. Pewnym potwierdzeniem moich przypuszczeń jest odpowiedź Balbiny, gdy jej powiedzieliśmy, że jednak mama nie przyjedzie na spotkanie i tortu nie będzie. Nie była zmartwiona. Zapytała tylko: „ale od was tort dostanę?”.
Chociaż bywa, że Balbina wręcz wykrzykuje, że chce wrócić do mamy. Ma to jednak miejsce tylko wówczas, gdy musi posprzątać swój pokój. Ptyś lubi robić porządek, jest sprawny i dokładny. Dzielimy zadania w stosunku pięć do jednego. Na Balbinę przypada jakieś pięć minut pracy... chłopiec uporałby się z tym w minutę. Dziewczynka siedzi i wyje,wyje i siedzi. W końcu posprząta. Potwierdza to jednak relacje babć, że w jej domu księżniczki były od tego, aby pachnieć, a płeć męska od czarnej roboty. W naszym domu księżniczki nie istnieją, a Balbina uczy się tego już rok i wciąż pojąć nie może.
Czasami się zastanawiam, jak to jest, że zaburzone niemowlaki tak szybko nauczyły się, że nie warto płakać, bo nikt do nich nigdy nie przyjdzie. Balbina wie, że dopóki nie posprząta swojej "działki", to nie będzie nic – ani bajki, ani podwieczorku. A jednak ciągle próbuje swoich sił. Ciągle przegrywa, ale za każdym razem zaczyna od początku... jak ten Syzyf. Ale tutaj zasad łamać nie możemy, bo inni patrzą.

O Balbinie napisałem stosunkowo mało, ale też trudno jest mi określić nasze relacje. Dziewczynka zdecydowanie faworyzuje mnie, pozostawiając Majkę w pewnego rodzaju niebycie emocjonalnym. Przejawia się to nie tylko tym, że do mnie przychodzi się przytulać, ale również reakcją na nasze niezadowolenie. Polecenia Majki wykonuje bez zmrużenia oka (może poza tym sprzątaniem). Gdy ja mam odmienne zdanie niż ona, to potrafi krzyczeć i tupać nogami. Być może jest to objaw odradzających się prawidłowych więzi. Pewnie tak, ponieważ przez kilka pierwszych miesięcy zupełnie się do nas nie przytulała, chociaż robiła to zupełnie niespodziewanie z całkiem przypadkowymi osobami. Teraz tylko wszystkich zagaduje (zupełnie jak kiedyś Kapsel). Nie mam pojęcia, czy jest to objaw zdrowienia, czy tylko dorastania.

Przypadek Ptysi uzmysławia mi, jakim żółtodziobem jestem nadal w materii rozumienia świata dzieci. Każde z nich jest inne i wymaga odmiennego podejścia. Gdy czasami dzieci zadają pytanie „a co dostanę, jak będę grzeczny?”, odpowiadam „szczęśliwego wujka”. Bliźniaki się uśmiechają i nawet nie wiem, czy traktują to jako żart, czy może faktycznie jestem dla nich jakąś formą nagrody. Balbina „bręczy” nadal, a Ptyś nawet nie zadaje takiego pytania.
A przecież powinienem być ekspertem od dzieci. Wychowałem swoją trójkę, która świetnie radzi sobie w dorosłym życiu. Może prawda jest taka, że moje córki wychowały się same, przebywając w normalnym, bezpiecznym otoczeniu, a wychowywanie dziecka skrzywdzonego, to zupełnie coś innego. Być może czasami nie chodzi tylko o wiedzę i dobrego specjalistę, ale o to, by chcieć przez wszystko przejść... oraz by potrafić się uśmiechnąć, gdy ukochane dziecko napluje w twarz.

To tyle na tę chwilę. Resztę dopiszę po rozprawie.


(…)


No to jesteśmy po sprawie. Nie odbyła się, gdyż pełnomocnik mamy Ptysi dostarczył zwolnienie lekarskie. Nastąpiło więc odroczenie – kolejna rozprawa za półtora miesiąca.
Zastanawiamy się, czy było to działanie celowe, czy faktycznie prawnik się rozchorował. Gdyby wierzyć mamie w jej zacięcie do szybkiego odzyskania dzieci i ogromne pieniądze, które płaci mecenasowi... to powinien on być obłożnie chory, że nie przyszedł. A może mama znowu zmieniła mieszkanie? A może nie udało jej się zdobyć zaświadczenia o zatrudnieniu?

Tak czy inaczej, na tę chwilę dzieci będą z nami mieszkać przynajmniej rok. A jeżeli mama odwoła się od wyroku, to pewnie jeszcze kolejny rok. A przecież są to dzieci, które wymagają natychmiastowej terapii w docelowej rodzinie.
Kiedyś zastanawialiśmy się z naszą koordynatorką, co można zrobić w sytuacji, gdy rodzic odwoła się od wyroku. Teoretycznie dzieci powinny zostać tam gdzie są, czyli nadal u nas. Ale przecież mogłoby się zdarzyć, że w tym czasie kogoś zamorduję i nie mogę dalej pełnić funkcji ojca zastępczego. Wówczas dzieci musiałyby zmienić rodzinę w trybie zabezpieczenia pieczy. Nie musiałoby to być kolejne pogotowie rodzinne ani dom dziecka, ale rodzina zastępcza długoterminowa.
Nie zamierzam nikogo zabijać, ale może przeciwwskazania do tego, abyśmy to my rozpoczynali terapię, byłyby wystarczającym powodem do zmiany rodziny zastępczej właśnie w trybie zabezpieczenia. A do tego ograniczenie praw rodziny biologicznej do kontaktów z dziećmi (z tych samych powodów). Co? Rozmarzyłem się?
Póki co, czekamy dalej.

Najlepsze Blogi

23 komentarze:

  1. Dzięki za ten wpis, jak zawsze "w głąb". Zastanawiam się, skąd czerpiesz optymizm (nie napiszę mniej delikatnie) odnośnie odebrania rodzicom władzy rodzicielskiej, ponieważ nic, co do tej pory napisałeś na blogu, nie wskazuje moim zdaniem na takie prawdopodobieństwo. Piszę teraz z pozycji RZ (czyli osoby, której czasem się wydaje, że wie bardzo dużo, a czasem sobie uświadamia, że nie wie kompletnie nic - wiadomo), a nie z pozycji normalnego człowieka. Dla normalnego człowieka ocena tego, co piszesz (w części "Ptysie i ich relacje z matką") nie nastręcza trudności - odebranie praw powinno być migusiem.
    Jednak dla RZ, która niejedno widziała i słyszała, ta sprawa wygląda na klasyczną sprawę Zajebiście Dobrego Rodzica, jest nawet standardowy element pokazowy czyli nowe mieszkanie. Dołóż do tego prezenty, dobre chęci i pojawianie się na spotkaniach z dziećmi, i masz odpowiedź.
    Więcej - zwrotki, które zdarzyły się w tej rodzinie w ogóle nie muszą być brane pod uwagę. Nie mówiąc już o tym, o czym piszesz. Kaman, serio wierzysz, ze kogokolwiek w sądzie rodzinnym obchodzą takie niuanse jak dysocjacja i "ukryte drżenie ziemi pod pozornie poprawnym funkcjonowaniem w grupie"?
    Dwa miesiące temu usłyszałam na sprawie od sędzi SR, że po pierwsze mam przestać 'zalewać ją słowotokiem', a po drugie "mam przestać cytować badania naukowe, bo sądu one nie obchodzą'. Okej. Przyjęłam to, bo nie miałam zamiaru płacić pięciu stów na karę grzywny.
    Nie mówię, że każdy SR jest taki sam i w sumie chyba wszyscy wierzymy w istnienie wyjątków, bo jakbyśmy nie wierzyli to już dawno kamień do szyi i do Wisły, a na pewno przestalibyśmy robić to, co robimy.
    Ale - bardzo serio - sprawa Ptysiów wygląda na taką, która może mieć tylko dwa rozstrzygnięcia, ale jedno jest jednak bardziej prawdopodobne niż drugie.
    Nieudolność rodzicielską, niezdolność do budowania bezpiecznych więzi i zaburzenie dzieci może zobaczyć tylko taki sędzia, któremu się będzie chciało to zrobić i który spojrzy głębiej. I jeszcze do tego będzie mieć odwagę orzec wbrew przekonującym słowom matki, a i pewnie łzom, bo jakoś taki mam jej obraz. Klasyczni Zajebiście Dobrzy Rodzice potrafią płakać na zawołanie i pewnie faktycznie czują to, co deklarują. Przynajmniej w tej sekundzie, kiedy to mówią.
    Druga opcja jest taka, że nikomu nie będzie się chciało tego zrobić, albo też nikt nie będzie umiał tego zrobić, albo zwyczajnie nie będzie zainteresowany zrobieniem tego. I wtedy dzieci wrócą do swojego Zajebiście Dobrego Rodzica, bo w końcu jest dobry, no nie?

    Moim zdaniem wyjście drugie jest niemal pewne :(

    OdpowiedzUsuń
  2. ..i jeszcze jedno mnie ciekawi - czemu ostatecznie uważasz, że Ptysie i Bill powinni znaleźć się w jednej rodzinie? Przyznam szczerze, że jak śledzę historię rodzeństwa to powiedziałabym, że gdzieś tak na 90% powinni być rozdzieleni, jeśli w grę wchodziłaby adopcja (uważam, że to bylby taki kaliber, że serio ze świecą szukać rodziny ado, która dałaby radę, szczególnie że nie dostanie żadnego wsparcia po tej adopcji, jak zauważyłeś), a jeśli długoterminówka to niewiele lepiej, bo też rodzeństwo wymaga bardzo kompetentnych RZ. Znam takich, nie jest ich dużo.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zwrotki to nie w tej rodzinie. Myślisz pewnie o Remusie i Romulusie, ale wszystko inne to prawda. Ja nie wierzę,że w tym przypadku Sąd odważy się na pozbawienie.Mam tylko nadzieję, że na umieszczenie w Rz już tak. A czy w jednej? Moim zdaniem nie koniecznie ale znów nie mam pewności czy Sędziemu nie zabraknie jaj i nie postapi zgodnie ze świętą zasadą nie rozdzielenia rodzeństwa 😕Nas na rozprawę nikt nie zaprosił. Napisaliśmy parę słów od siebie ale czy Sędzia się nad tym pochyli? Zobaczmy za miesiąc

      Usuń
    2. Mój optymizm jest sprawą dość skomplikowaną do wytłumaczenia i być może wynika tylko z mojej głupoty, gdyż głównie patrzę na wszystko przez pryzmat naszej dotychczasowej historii rodziny zastępczej, w której tylko w trzech przypadkach nie nastąpiło odebranie praw rodzicielskich (Messenger, Sztanga i Asteria) a jedno jeszcze się toczy (Białasek).
      Ufam też w to co mówią nasze sądy, że bardzo nie lubią rozmaitych nacisków (przypomnę złożenie wniosku do prokuratury przez Helmuta na działanie sędziego i trzech kuratorów) i nie podlegają naciskom politycznym (jedynie czasami presji opinii publicznej).
      Do tego matka naraziła się ciągłymi ucieczkami i poszukiwaniami jej przez sąd po całej Polsce. Być może dlatego nie zechciał on przekazać całej sprawy do naszego sądu. Byłoby to uzasadnione, bo przecież zarówno my jak i mama mieszkamy blisko siebie (ten sam powiat).
      No i fakt, że sąd nie dopytywał nas o żadne szczegóły, co oznacza, że nie zna aktualnej sytuacji Ptysi, a jedynie tą, którą za pośrednictwem niepytanego o zdanie PCPR-u otrzymał wiele miesięcy temu. To mnie zastanawia, gdyż gdy kiedyś mieliśmy podobną sytuację dotyczącą odległości, to zostaliśmy na tę okoliczność przesłuchani przez nasz sąd (na polecenie tamtego sądu).
      Jest jeszcze mały as w rękawie. Wprawdzie to tylko as trefl, ale zawsze. Rozprawa Ptysi jest wielowątkowa. Obydwie babcie zwracały uwagę sądowi i pisały wiele pism dotyczących tego, że dzieciom dzieje się krzywda (a nie była to zwyczajna nieporadność i zaniedbanie). Wiele rzeczy potwierdzają notatki policyjne. Przynajmniej jedna z babć jest stroną w sprawie i swoje chce ugrać. Sam fakt, że mama w przeciągu tego roku już trzy razy się przeprowadzała, też jest dowodem na to, że nie za bardzo zmieniła swój styl życia.
      No i to stwierdzenie sądu, że teraz będzie już ostateczne rozstrzygnięcie. Czyli nie przewiduje dalszego postępowania, kolejnych rozpraw i dawania mamie kolejnych szans. Czyli wóz, albo przewóz. Odebranie praw rodzicielskich, albo powrót do rodziny. Z tych dwóch możliwości, jednak bardziej stawiam na tę pierwszą.

      W kwestii rozdzielenia rodzeństwa, to wydaje mi się, że gdyby doszło do adopcji, to pomijając brak chętnych do zaopiekowania się całą trójką, byłoby to niewskazane właśnie z braku większej pomocy rodzinie, której z kolei mogłoby się wydawać, że własnymi siłami i miłością, wszystkim uda się wyjść na prostą.
      Teoretycznie wszystkie trzy Ptysie nie są ze sobą jakoś mocno związane emocjonalnie (jedynie Ptyś z Balbiną). Jednak ich wspólne przebywanie odkrywa ogrom problemów, których być może nie dałoby się dostrzec, gdyby każde mieszkało w odrębnej rodzinie. Dlatego marzyłaby mi się zawodowa rodzina zastępcza (najlepiej specjalistyczna), która przede wszystkim widziałaby potrzebę prowadzenia terapii. Też takie znam, ale wszystkie już zajęte.

      Usuń
    3. Jednak uważam że opcje są trzy. Ograniczenie praw i umieszczenie w Rz też może być zgodne z zapowiedzią sędziego że następnym razem zakończy sprawę.
      Ograniczy prawa i prześle akta do naszego sądu żeby ten ustanowił dla nich RZ(gdy tę znajdzie nasz pcpr). Dla tamtego sądu będzie to zakończenie.To takie wróżenie z fusów ale pokazuję że scenariusze jednak są różne.

      Usuń
    4. A więź? Może nie jestem specjalistą w tej dziedzinie ale myślę że fajną więź to mają z Romulusem i Remusem. Między sobą, to łączy ich wspólne przeżywanie traumy,co z pewnością jest silną wiezią ale czy do procesu zdrowienia potrzebne jest podtrzymywanie tej więzi czy raczej jej rozluźnienie? No i proza życia, czy znajdzie się rodzina gotowa udźwignąć ciężar w potrójnym wydaniu?🤔

      Usuń
    5. no masz, ale błąd walnęłam, pomylić Bliźniaków z Ptysiami!

      Usuń
    6. A odnośnie więzi to mam to wciąż nieułożone. Ogólnie to uważam, ze źle kładziemy nacisk (znaczy nie Wy i nie my, a polskie prawo i instytucje) - rozumienie 'prawa do więzi' jako konieczności wychowywania w tej samej rodzinie od dawna mnie zadziwia.
      O, mam nawet anegdotkę okolicznościową.
      Brałam niedawno udział w obchodach rocznicy pewnego słynnego domu dziecka i łowiłam kątem ucha rozmowy kuluarowe. Były ciekawe, ale wazniejsze było to, że elementem obchodów było oprowadzenie nas po tymże domu. I tak się zastanawiałam - wpuszczą nas do dzieci czy nie wpuszczą? Nie wpuszczą - wiadomo, uszanowanie prawa do prywatności dzieci, spoko. Wpuszczą - no nie ukrywam, byłoby to ciekawe, mogłabym popodglądać.
      Oczywiście wpuścili. Oczywiście dzieci były wtedy obecne. Oczywiście były to dzieci w wieku pozaustawowym, to znaczy w takim, w którym zgodnie z prawem należałoby je umieścić w rodzinach zastępczych. No i oczywiście nie zamknęłam gęby:
      - czemu nie w rodzinach zastępczych?
      - bo nie ma miejsc

      tu kolejna dygresja - jestem niezawodową RZ od 3 lat i od 3 lat nie miałam zapytania, czy zgodzimy się przyjąć kolejne dziecko. Powiem z góry, że byśmy odmówili. No ale nigdy nas nie zapytano. Zastanawiam się, ile jest takich rodzin w moim mieście, których nawet nikt nie pyta, a być może miałyby gotowość na kolejne dzieci. Potem jednak się mówi, że 'nie ma miejsc' i umieszcza dwulatka w domu dziecka (dla jasności powiem, ze reszta wycieczki była zachwycona, bo wiecie - miekkie wykładziny, aneks kuchenny, no normalnie jak w domu, panie, poza tym że to molochowaty DD).
      Okej, idźmy dalej:

      - ...a poza tym rodzeństw nie można rozdzielać
      - no przepraszam, ale jeśli jedno z dzieci to niemowlę, a drugie to nastolatek...
      - o proszę pani, pani chyba nie zdaje sobie sprawy z więzi

      w porząsiu, zostałam panią, która nie zdaje sobie sprawy z więzi, nie ma sprawy. Ale ci ludzie serio w to wierzą, że jeśli nie mają RZ dla siedemnasto- i dwulatka to znaczy, że optymalny będzie dom dziecka. Rozwiązanie pośrednie czyli bobas do RZ, nastolatek do DD i zobowiązanie RZ do weekendowania nastolatka, kontaktów raz w tygodniu, wspólnych świąt itd. nie zostało jeszcze wymyślone. Choć moim zdaniem jest banalne.
      To samo dotyczy rozdzielania dzieci w adopcji.
      Czemu nie robimy kontraktów? Czemu nie mamy przepisów mówiących o obligatoryjnym kontakcie między rodzeństwem? I niech se mieszkają w dwóch różnych rodzinach w tej samej miejscowości, skoro alternatywą jest kwitnięcie w DD.
      - proszę pani, to chyba byłaby zbyt znacząca ingerencja w życie rodziny adopcyjnej, prawda? Rodzina po adopcji ma przeciez prawo do prywatności, nie musi się nawet polubić z rodziną drugiego dziecka

      Wiecie, zastanawiałam się nad tymi słowami i pomyślałam sobie, ze wymaganie od kandydatów na RA udostępnienia domu na wywiad, zaświadczenia od pracodawcy, pisemnej opinii od sąsiadów (to są dokumenty, które znajdują się w spisie, jaki mi udostępnił jeden z OA) jest dość znaczącą ingerencją w 'prawo do prywatności'. Jawność adopcji również.
      A jednak ci ludzie to robią, bo tak stanowi prawo i tego się wymaga.
      Ale kontrakty postadopcyjne są niemożliwe, bo: prawo do prywatności.

      Usuń
  3. Bloo, no właśnie - więzi.. Moja adoptowana córka ma rodzeństwo. Niestety, z różnych powodów, nie mogliśmy przyjąć tego dziecka do naszej rodziny. Serce nadal boli, że musieliśmy odmówić, ale nie teraz, nie w naszej obecnej sytuacji. Wiem, że nie mogliśmy podjąć innej decyzji, bo życie to nie bajka i trzeba realnie myśleć o przyszłości.
    W każdym razie, zaproponowała w OA, że chętnie będziemy utrzymywać kontakt z tą drugą rodziną, do której trafi rodzeństwo. I co?
    Usłyszałam, że jak ją sobie to wyobrażam? I co powiem córce, że nie może wychowywać się z bratem? I że to nie jest dobre rozwiązanie.
    Czyli co? Mam nic nie mówić?
    Ciężko mi z tą całą sytuacją. Podejmując taką, anie inną decyzję, całkowicie zmieniłam życie mojej córki. Czy miałam prawo, by pozbawic ja możliwości wychowywania się z biologicznym rodzeństwem?
    Miałam nadzieję, że moja probozycja utrzymywania kontaktu z rodzeństwem zostanie chętnie przyjęta.
    Xx

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Podsumowałbym Twoją sytuację słowami Bloo z poniższego komentarza „tajemnice adopcyjne nie wytrzymują próby czasu” oraz „rodziny są różne i nie ma jednego modelu”.
      Czyli oczywiście mówić, bo to tak jakby zaprzeczyć jawności adopcji. Również zupełnie nie rozumiem, że OA nie widzi sprzeczności w tych dwóch swoich postawach.
      Wspomnę w tym momencie Iskierkę (dziewczynkę do której wielokrotnie na tym blogu nawiązuję). Jest ona wyjątkiem wśród naszych byłych dzieci zastępczych, gdyż w tak młodym wieku strasznie drąży temat swojej przeszłości. Ona również ma brata, który mieszka w DPS-ie. Dla niej bardzo ważna była świadomość tego, że on istnieje. Kilka razy go odwiedziła i to jej wystarczyło. Być może chciała zobaczyć jak wygląda, gdzie mieszka. Teraz chwilowo te kontakty ustały, ponieważ dziewczynka przestała dopytywać... nie wiadomo na jak długo. Dla chłopca nie miało to większego znaczenia, gdyż tych spotkań było niewiele i nie zdążyły się nawiązać głębsze więzi... a pewnie nie nawiązały się żadne więzi.
      Wspomnę też przykład Sasetki i Maludy. Od czasu gdy zostali adoptowani, na świat przyszło już dwoje ich rodzeństwa. I tak jest w wielu przypadkach, że te matki rodzą po kilkoro dzieci. Nie da się adoptować wszystkich, i z tą myślą trzeba się oswoić. W przypadku tej dwójki rodzeństwa sprawa jeszcze bardziej się komplikuje, ponieważ ich bracia (chociaż płci tego drugiego nie jestem pewny, a nawet czy już się urodził) nadal mieszkają z mamą biologiczną. Być może będą z nią mieszkać zawsze. Tak więc kontakty pomiędzy czwórką rodzeństwa siłą rzeczy oznaczałyby też kontakty z mamą biologiczną. Czy gdyby Sasetka wyraziła życzenie spotkania się z bratem, to rodzice adopcyjni by na to przystali? Są bardzo otwarci, ale czy aż tak? To wszystko pokazuje, jak wiele twarzy ma adopcja i jak wiele decyzji należy podejmować.

      Ale wracając do Twojej rodziny. Jeżeli mimo wszystko zależałoby Tobie na podjęciu jeszcze jednej próby nawiązania kontaktów pomiędzy Twoją córką a jej bratem, to jest pewna bardzo delikatna droga, wymagająca odrobiny dobrej woli kilku osób. Zupełnie zgodna z prawem, ale nie dająca żadnej gwarancji powodzenia. Jeżeli Twoja dziewczynka mieszkała wcześniej w jakiejś rodzinie zastępczej (a nawet placówce), a mama po narodzinach chłopca nie wyprowadziła się do innego powiatu, to jest znana rodzinom zastępczym. Gdy rodzeństwo naszych dzieci zastępczych zostaje odebrane swoim rodzicom biologicznym, to doskonale wiemy do jakiej rodziny zastępczej ono trafia, bo my się wszyscy znamy. Oczywiście nikt nie ma prawa udzielić Tobie informacji poufnych, ale możesz zadzwonić do rodziny zastępczej swojej córki, ta do rodziny zastępczej brata, która z kolei może skontaktować się z rodziną adopcyjną chłopca i zadać jedno niezobowiązujące pytanie.

      Usuń
    2. Dzięki Pikuś za jakieś wskazówki. Myślę tylko, że może nie być tak łatwo, bo chłopiec został zgłoszony do innego OA, a nasz tylko mnie poinformował, że dostali zgłoszenie z tamtego OA i musieli mnie poinformować. Pytałam, dlaczego chłopiec jest w innym OA, ale nie dostałam żadnej informacji, bo ponoć jeszcze nie dostali żadnych dokumentów. Wynikałoby z tego że MB mogła jednak gdzieś się przeprowadzić. Ja też chciałam zrobić wszystko zgodnie z prawem. Po prostu zaproponowałam w OA, żeby przekazali tamtym rodzicom, że my wyrażamy zgodę na utrzymywanie kontaktu. A co oni by z tym zrobili, to by zależało od nich.
      Xx

      Usuń
    3. Mam córkę adoptowaną. Jej bracia są w innej RA. Prosiłam OA o powiadomienie tamtej rodziny, ze jestem otwarta na kontakt, dostałam odpowiedź, że oni nie są na to gotowi. Tamta rodzina myślała, że dziewczynka została w DD (jest niepełnosprawna, bracia byli w RZ, ona w DD). Kiedy się poza systemem dowiedzieli, że siostra ich synów jednak ma RA zgłosili się do OA ze stanowczą prośbą o kontakt do nas i dopiero wtedy go dostali.
      Dla mojej córki to, że ma braci w innej rodzinie jest dość naturalne, nie ma niedomówień w tym temacie, ale więź ma z rodzeństwem, z którym mieszka.

      Usuń
  4. czy to , Bloo, o czym piszesz, ma jakiekolwiek umocowanie w przepisach ? czy to po prostu pomysł? Agata

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. jasne, że nie ma umocowania w przepisach. Odpowiadam tu, ale odnoszę się też do wpisu Xx.

      Niedawno przez grupę FB poświęconą adopcji przetoczyła się dyskusja wywołana wpisem, w skrócie: laska adoptowała dziecko, zaznaczyła w OA otwartość na kontakt z innymi rodzinami, które adoptowały rodzeństwo. Było łącznie 4 dzieci, wszystkie adoptowane do oddzielnych rodzin. Trzy rodziny zaznaczyły otwartość na kontakty, a jedna nie. Ta dziewczyna nawiązała kontakt z tymi dwiema pozostałymi, a trzecią... znalazła na fejsie. I napisała do nich wyjaśniając, kim jest. W odpowiedzi postraszyli ją prokuraturą z powodu RODO.
      Okej, nie będę oceniać, czy dziewczyna zrobiła dobrze czy źle, ale szczerze mnie ciekawi, na co ci ludzie liczą? Przewińmy taśmę 18 lat do przodu, ich córka/syn zyskuje dostęp do akt, dowiaduje się o istnieniu trójki rodzeństwa, znajduje je. Po spotkaniu okazuje się, że troje rodzeństwa ma ze sobą kontakt od dzieciństwa, wspólne wspomnienia, wspólny czas. To jedno dorosłe dziecko - nie. Jest obce dla własnego rodzeństwa. Co więcej ponieważ jest ich aż troje to nie wierzę, aby żadne z nich nie posiadało wiedzy (i nie sypnęło), że próba kontaktu z nią została już podjęta lata temu, ale jej ukochani, najbliżsi i najbardziej godni zaufania rodzice odmówili, a nawet posunęli się do groźby zaangażowania w to prokuratora.
      Jaki komunikat dostanie ta dorosła osoba?
      Że to jej osobiści rodzice pozbawili ją możliwości wspólnej przeszłości z rodzeństwem.

      I tu nie chodzi o to, co myślę o prawach dzieci do kontaktu, bo to juz napisałam wcześniej. Zastanawia mnie, dlaczego ci rodzice nie myślą pragmatycznie? Sytuacja adopcji to sytuacja, w której wybór jest pozorny. Moim zdaniem to cholernie ważne.
      Tajemnice adopcyjne nie wytrzymują próby czasu. Jest na to bardzo wiele badań i relacji, właściwie jest to jedna z nielicznych twardych prawd, których w humanistyce jest ogólnie mało. Te sekrety zawsze wyjdą na jaw, co najwyżej mogą wyjść na jaw za życia rodziców lub po ich śmierci, bo to własnie śmierć RA wyznacza ostateczną granicę tajemnicy - z ich śmiercią reszta rodziny i krewnych zaczyna mówić, to jest zresztą btw. doświadczenie również mojej własnej rodziny.
      Razem z tymi tajemnicami na jaw wychodzi dobrodziejstwo inwentarza, czyli to, co robiono WOKÓŁ adopcji - zamazane akty urodzenia, zniszczone dokumenty, zatajenie informacji o próbach kontaktu, listy, pamiątki i oczywiście istnienie krewnych.

      Patrząc na to z boku to odmowa kontaktu z rodziną adopcyjną brata/siostry naszego dziecka jest najczystszą głupotą. Nie piszę teraz o emocjach, piszę o prostej kalkulacji. Dziwiłam się RA, którzy w tamtej dyskusji bronili tej 'dyskretnej pary', ponieważ w mojej opinii była to próba beznadziejna w sensowności.
      I patrząc na to w ten sposób okazuje się też, że cała ustawowa presja na 'mówienie prawdy' i szkolenie RA w tym kierunku jest - poza tym, że opresją wobec 'prawa do prywatności' - jednym z bardziej skutecznych narzędzi państwowej ochrony przed rodzicielską bezmyślnością. Oczywiście podszytą dobrymi chęciami, w to nie wątpię, ale jednak bezmyślnością. Którą - w co również nie wątpię - ludzie by nadal masowo popełniali i racjonalizowali, gdyby tylko nie było to obecnie tak trudne. W pewnym sensie państwo zmusza ich do tego, aby budowali rodzinę na zdrowym fundamencie i aby nie dane im było oszukać własnego dziecka. A więc - państwo chroni ich przed największym kryzysem adopcji czyli zdradą zaufania własnego syna/córki (co nie oznacza, że uchroni wszystkich niestety).
      I na tej samej zasadzie uważam, ze kontakty postadopcyjne powinny być obligatoryjne z wąskim marginesem wyjątków, gdzie kontakty byłyby dla dzieci niebezpieczne (przemoc, nadużycia seksualne itd., w których rodzeństwo jest sprawcą) lub dzieci same mówiłyby, że ich nie chcą. Ale cała reszta? W mojej opinii nie powinno być przebacz.

      Usuń
    2. A odnośnie samego kejsu opisywanego przez Xx - nie widzę problemu, który najwyraźniej widzi OA. Udawanie, że biografie dzieci adoptowanych są biografiami linearnymi jest jedynie udawaniem. Można co najwyżej postawić pytanie, co dorosłym daje wiara w tę linearność i dlaczego tak jej bronią?
      Te biografie są wielowątkowe i zawsze takimi będą.
      Ale można to zwyczajnie przyjąć i być w tym razem z dzieckiem, o czym opowiada też każda historia rozwodu, śmierci rodzica, emigracji rodziny itd. bo w ogóle większość ludzkich biografii jest nielinearna. I często zdumiewa mnie, że to właśnie pracownicy OA bronią tej idiotycznej linearności, której najpewniej w swoim własnym życiu nawet nie doświadczają, bo nie wierzę, że nie mają w rodzinach rozwodów, konkubinatów, dzieci pierwszej żony drugiego męża ciotki brata i tak dalej.
      To wszystko rodzina. Bo rodziny są różne i nie ma jednego modelu.
      Wiem, ze ten paradygmat 'nie mieszać dziecku w głowie' ma się bardzo mocno, ale trochę trudno go bronić, bo dzieci dokładnie tak jak dorośli potrafią nawigować w swoich biografiach, zawiązywac i zrywać relacje, oddzielać bliskie relacje od dalszych itd. Piszę to też jako matka patchworkowa, a mój syn jest dorosły, więc jakąś perspektywę mam.
      Dla niego doświadczenie mieszkania z matką i rodzeństwem od mojej strony, a spotykanie się z ojcem i rodzeństwem od strony ojca było doświadczeniem naturalnym, bo jego własnym. Innego nie miał. Dzieci adoptowane też nie mają innej biografii niż ta, którą stworzył im świat. Udawanie, że jednak da się tutaj coś zadekretować, przyszyć, wykasować, jest krótkowzroczne, poza tym że świadczy o nikłej mimo wszystko wiedzy merytorycznej pracowników OA. A na pewno świadczy o tym, że są mało na bieżąco nie tylko z literaturą, ale też z rzeczywistością Polski.

      Usuń
    3. Bloo, zgadzam się z tym, że rodziny są różne.
      Gdy byłam jeszcze dzieckiem dowiedziałam się od rodziców, że jedna osoba z mojej rodziny została adoptowana. I co? Nic. Przyjęłam to do wiadomości i tyle. Dla mnie adopcja zawsze była czymś oczywistym i naturalnym. I dziękuję swoim rodzicom, że nikt nie robił z tego żadnego tabu i tajemnicy. A nie była to taka oczywista sprawa na tamte czasy, bo adopcja miała miejsce prawie 60 lat temu.
      Wracajac do odpowiedzi, jaką dostałam w OA. To, szczerze mówiąc, bardzo mnie ta odpowiedź zaskoczyła, bo pamiętam, ile nam tluczono do głów o jawności adopcji podczas szkolenia.
      Byłam przekonana, że moja propozycja zostanie przyjęta z radością, a tu zonk.
      Podczas procesu adopcji córki, przekazałam w OA, że jeśli kiedykolwiek zgłosi się do niego MB córki i będzie chciała czegoś dowiedzieć się o dziecku, by być może uspokoić się czy zaspokoić swoją ciekawość, to wyrażam zgodę na to, że mogę napisać do niej parę słów. I teraz tak myślę - Czy moja propozycja zostanie wzięta na serio, czy też ktoś zadecyduje, że po co komuś "mieszać" w życiu i nikt nigdy do mnie nie zadzwoni w tej sprawie.
      Xx

      Usuń
  5. bo ludzie nie są tak mądrzy jak Ty, Bloo. Nie myślą tak. Brak im wiedzy, brak im inteligencji. Wielu głupców większych bądź mniejszych adoptuje dzieci. Spójrz na tę kobietę, która używa jedynie "v" miast "w" na fb. Dlatego imo te szkolenia winny być dłuższe, intensywniejsze a i tak, pewne zapisy o obligatoryjności winny zostać wprowadzone, bo ludzie często zwyczajnie oszukują. Gorzej, że jak widzę czasami szkolenia prowadzą ludzie od czapy, skoro OA tak bredzą, jak w wypadku historii Xx. I ta wielka niechęć do RZ, to mnie uderza. Jak majac taki stosunek do RZ - współpracować? Dużo trzeba zmienić w polskim modelu adopcji. Dużo w mentalności. Jeszcze gdy byłam kilkulatką w mej rodzinie ukrywało się fakt adopcji dwojga dzieci. Była fikcja, że ta rodzina jest dokładnie taka sama, jak biologiczna. A nie była.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. mnie też uderza niechęć do RZ, ale sądzę, że będzie narastać, ponieważ dzieci do adopcji jest coraz mniej, a do pieczy - coraz więcej. I patrząc po historii innych krajów europejskich wydaje się, że ten kierunek jest nieunikniony. Naturalnymi 'przetrzymywaczami' dzieci stają się rodziny zastępcze i to budzi złość. W RA i kandydatach na RA dlatego, bo - ich zdaniem - rodziny zastępcze blokują dzieci, które w jakimś sensie należą już do nich, tj. do rodziców adopcyjnych, tylko ci egoistyczni zastępczy stoją na przeszkodzie. W OA ta niechęć jest równie duża, bo zmniejszanie liczby adopcji chwieje po pierwsze utrzymaniem samego ośrodka adopcyjnego, po drugie nasila zjawisko 'wyrywania dzieci z RZ" i po trzecie, najciekawsze, owocuje próbami wyadoptowania dzieci, które niekoniecznie powinny być wyadoptowywane (nie mam tu na myśli dzieci bardzo mocno związanych z RZ, a raczej dzieci kwalifikujące się do opieki specjalistycznej, o czym napisał Pikuś w tej notce).

      Winny jest, oczywiście, system sądowy i opieszałość w prowadzeniu spraw o pozbawienie władzy. Ale byłoby zbyt pięknie, gdyby to był jedyny winny. Ostrożnie wydaje mi się, że Polskę czeka ta sama droga adopcyjna, którą przeszły kraje skandynawskie, UK, Holandia, praktycznie cały 'Zachód'. Zmniejszenie adopcji krajowych do minimum (we Francji to jest kilkanaście-kilkadziesiąt takich adopcji rocznie), przestawienie polityki na długoterminowe rodziny zastępcze i, oczywiście, adopcje międzynarodowe. Adopcje, które zostają, którym udaje się przetrwać to są oczywiście adopcje blankietowe, bo nikt się nie będzie bawił w długoterminówkę dla niemowlęcia (i uważam, ze słusznie).
      Aktualnie fraza 'rodzina zastępcza długoterminowa' wywołuje pianę na ustach większości instytucji, bo w Polsce skasowano ją w 2011 roku i wszystkim się wydaje, że sobie zadekretowaliśmy rzeczywistość, problem z głowy. Ten problem nie zniknął, on narasta, bo nie może byc inaczej, jeśli średni czas pobytu dziecka w RZ wynosi w Polsce prawie cztery lata.
      Nie zamierzam pisać banałów o 500+, bo w innych krajach takiego świadczenia transferowego nie ma, a sytuacje kształtują się w bardzo podobnych kierunkach, więc nie jest to takie proste. Patrząc z lotu ptaka uważam, że ten kierunek wynika z kolizji dwóch faktów.
      Pierwszym jest ten, że widzimy, że są dzieci, które absolutnie nie mogą wrócić do RB z powodu bezpieczeństwa. Jest też coraz więcej rodzin nierokujących, a im później odbiera się im dziecko, tym silniejsze więzi ma dziecko z rodzicami i tym większe zaburzenia wywołane latami zaniedbań. RZ pojawia się w odpowiedzi jako naturalne rozwiązanie, bo to rodziny wyszkolone, dofinansowane (będą mieć kasę na terapie) i regularnie szkolone, mające też dostęp do wsparcia.
      Drugim jest ten, że coraz więcej ludzi zdaje sobie sprawę, ze sama adopcja nie jest sytuacją neutralną i naturalną, a przynajmniej jej polska forma: zamknięta, odcięta od wsparcia.

      dobra, dalej nie piszę, bo znów się władowałam, widzę, w temat-kobyłę.
      Enyłej wydaje mi się po prostu, że wygaszanie adopcji stanie sie faktem w ciągu najbliższych 15 lat, może 10.

      Usuń
    2. Bloo, mogłabyś jeszcze kilka zdań napisać o sytuacji w Australii, bo jest to niezmiernie ciekawy temat.
      Z tego co pamiętam, gdy czytałem Twój wpis, to przede wszystkim otwartość (na rodzinę biologiczną) i wsparcie finansowe. Jak jednak wygląda kwestia dziedziczenia, bo z punktu widzenia dziecka jest to dość ważna sprawa. A może dużo lepszy proces związany z usamodzielnianiem dzieci? Zmierzamy zatem bardziej do nowego modelu pieczy zastępczej, czy nowego modelu adopcji?

      Usuń
    3. wydaje mi się, że do obu.
      W Australii (to dla tych, którzy nie wiedzą) wprowadzono dofinansowaną adopcję dla rodzin zastępczych, w których dzieci przebywały wiele lat (zdaje się, że progiem są 2 lata). Założenie było proste: dzieci były ustabilizowane w RZ, a państwo łożyło spore kwoty na ich utrzymanie. Po adopcji RZ utrzymywała 50% świadczeń, więc mogła zabezpieczyć np. terapię dla dzieci (z badań wynikało, że to była jedna z najczęstszych obaw: RZ nie chciały adoptować bez osłon, bo te osłony były potrzebne dla podtrzymania jakości opieki nad dziećmi), ale państwo oszczędzało połowę świadczeń plus 'zabezpieczało' najmłodszych obywateli pod kątem prawa do dziedziczenia i alimentacji. Adopcje z RZ w 2018 roku stanowiły między 70-80% adopcji krajowych.
      To jest moim zdaniem świetny i oczywisty kierunek, którego w Polsce nie możemy przejść, bo oczywiście "adopcja za kasę?! Handel ludźmi?!" etc.
      Minusem australijskich adopcji jest ich otwarcie (paradoksalnie) i na to się najczęściej skarżyły przekształcone RZ. Chodzi o to, że jak długo dziecko przebywa w RZ (podobnie jak u nas) tak długo to zmartwieniem systemu jest zabezpieczenie kontaktów: to PCPR musi wygrzebać jakiś pokój, dać koordynatora, jakoś to, że tak powiem, facylitować.
      Po adopcji to już nie jest zmartwienie systemu, a obu rodzin, przy czym problemy są raczej uniwersalne - przemocowe rodziny, rodziny uzależnione itd. Ludzie nie chcą spotykać się na własną rękę i ryzykować, a są jednak z tej otwartości rozliczane przez sądy (czytaj: RB mogą zaskarżyć RA, jeśli ta będzie uniemożliwiać im kontakt z dzieckiem).
      Naturalne wydaje się rozwiązanie zapewnienia dalszej systemowej facylitacji również po adopcji i pewnie pójdzie to w tym kierunku, bo są już gotowe rekomendacje. Zresztą w Au sporo się bada te adopcje i rodziny zastepcze, jest to mocno rozhuśtany temat. Niestety w Polsce tak nie jest.

      Mam obawę, że w Polsce jeszcze długo będzie trwało tłuczenie termometru i raczej napuszczanie RA na RZ (oraz odwrotnie) niż podejście do tematu z otwartą głową i zmiana systemu od podstaw. A dzieci do adopcji będzie prawdopodobnie coraz mniej, co dodatkowo niestety nakręca brak refundacji in vitro, bo niedostępność finansowa leczenia sprawia, ze do OA trafia więcej ludzi, niż trafiało za czasów programu refundacyjnego. I tak to się kręci, jeden problem nakręca kolejny.

      Usuń
  6. Temat znany mi z autopsji... więzi. I takie skojarzenie : piosenka A. Chylińskiej "Królowa łez", czy to nie jest wypisz wymaluj unikający styl przywiązania? :) posłuchaj w wolnej chwili :) Wiele z naszych dzieci mogłoby to zaśpiewać. Pozdrowienia P.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Faktycznie... znam tę piosenkę, ale nigdy nie wsłuchiwałem się w jej słowa.

      Usuń
    2. zabawne, bo jak kiedyś słuchałam jej w radio przemknęło mi przez myśl to samo "nieźle zaburzone więzi". Widzę, że nie byłam sama z tym skojarzeniem ;)

      Usuń