niedziela, 12 maja 2019

--- Cietrzew


W zasadzie to ja jestem spokojnym człowiekiem. Bywa jednak, że raz na jakiś czas się zacietrzewiam. Poprzednim razem miało to miejsce, gdy byłem nastolatkiem. Poszedłem do sklepu spożywczego i ustawiłem się grzecznie w kolejce za obsługiwanym właśnie klientem. Po mnie przyszła jakaś stara baba (teraz to bym powiedział, że dziewczyna w średnim wieku). Stanęła z drugiej strony i powiedziała, że mnie nie wpuści przed siebie, bo w tym sklepie ogonek ustawia się od prawej strony. Byłem tam po raz pierwszy i nie musiałem znać zwyczajów... więc jej „pocisnąłem”.

Wczoraj miało to miejsce po raz drugi. Wdałem się w dyskusję z pewną osobą na jednej ze stron w internecie. Po czasie okazało się, że ją obraziłem. Ale do takiego wniosku doszedłem, gdy wyjawiła, że jest mamą adopcyjną. Zresztą nie ukrywała, że poczuła się dotknięta.
Wszystko zaczęło się od umieszczenia na tej stronie linka do mojego bloga (zresztą z bardzo miłym komentarzem). No i odezwała się dziewczyna, która stwierdziła, że mamy jakieś pretensje do losu o to, że musimy oddać dzieci do adopcji, że jako rodzina zawodowa dostajemy kasę, więc nie mamy prawa do emocji, nie powinniśmy pozwolić aby dziecko nas pokochało. Krótko podsumowując: „zaopiekuj się dzieckiem, a potem wypad z jego życia”. Przez jakiś czas byłem cierpliwy, ale w końcu mnie poniosło. Nawet przeszliśmy pod koniec na formę Pan/Pani... chociaż nie ja zacząłem.

Za chwilę przytoczę moje odpowiedzi. Niestety nie mam prawa cytować wypowiedzi strony przeciwnej (bo chyba dotyczyło to grupy zamkniętej na FB), więc można się tylko domyślać jakie zarzuty były skierowane w moją stronę.
Zdecydowałem się na ten dzisiejszy wpis, ponieważ okazuje się, że wchodzi tutaj sporo osób oczekujących na adopcję, albo rozważających taką ewentualność. Tym razem zacytuję jednego z polityków: „nie idźcie tą drogą”.
Nasza pani psycholog z ośrodka adopcyjnego uważa, że mamy ogromne szczęście do rodziców adopcyjnych. Chociaż może nie tyle my, co dzieci, które od nas odchodzą. Chęć zresetowania całej historii dziecka i rozpoczęcia wszystkiego od zera, jest często przeogromna. I bywa, że na tej chęci się nie kończy.
Patrząc na kontekst wczorajszej dyskusji, z jeszcze większą pokorą podchodzę do naszych relacji z rodzicami Plotki. Wczoraj po raz pierwszy przyjechali z dziewczynką do naszego domu. I co? Nic. Przy pożegnaniu było trochę płaczu, ale to jest normalne, bo starsze dzieci też często trzeba końmi wyciągać. Ploteczka okazuje swoje niezadowolenie tak jak potrafi.

A teraz moje odpowiedzi. Jeżeli dyskusja rozwinie się jeszcze w ciekawym kierunku, to będę dopisywał.

Właśnie o to chodzi w całej idei pieczy zastępczej. O przywiązanie, o więzi, których trzeba dzieci nauczyć. Więź jest umiejętnością, którą zdobywa się w długotrwałym procesie. Jeżeli dziecko nie nauczy się tego w ciągu kilkunastu początkowych miesięcy swojego życia, to skutki tego mogą być bardzo bolesne (zarówno dla niego, jak i jego przyszłej rodziny). Rodzicielstwo zastępcze to nie jest zwykła praca, to nie jest zwykła opieka nad dzieckiem. Rodzina zastępcza ma być normalną rodziną – chociaż tylko przez krótki czas.
Dlatego nie każda osoba się do tego nadaje, bo trzeba rozkochać dziecko, zakochać się w nim, a potem pozwolić mu odejść. Czasami jest to trudniejsze, czasami łatwiejsze. Najważniejsza jest jednak świadomość tego, że rozstanie jest nieuchronne. I o tym właśnie jest ten blog.

(…)


Prawdę mówiąc też nie bardzo rozumiem, co chcesz powiedzieć. Bo jeżeli rodzicom zastępczym jest przez jakiś czas smutno po oddaniu dziecka do adopcji, a nawet jeżeli sobie chcą popłakać, to przecież to jest ich problem. Ważne, aby proces przekazania dziecka do adopcji przebiegł prawidłowo (bo to też jest proces).
No chyba, że uważasz, iż rodzice zastępczy cały czas powinni utrzymywać dystans emocjonalny z dzieckiem, tak aby ono ich nie pokochało. Z taką tezą na pewno bym się nie zgodził. Jeżeli dziecko przebywa w takiej rodzinie dla przykładu rok, a nawet dwa od urodzenia, to kim dla niego jest taka rodzina, jak nie rodziną prawdziwą? Jeżeli ma nią nie być, to wróćmy do sierocińców.

(…)

A kim jest prawdziwa mama? Ta biologiczna? Ta adopcyjna będąca tylko pewnym wyobrażeniem i niczym więcej? A może jednak ta, która jest tu i teraz... bywa że jest to mama zastępcza.
Jak wytłumaczyć dziecku, które ma kilka miesięcy, że będzie miało „prawdziwą” mamę?
Jak wytłumaczyć trzylatkowi, że będzie miało „prawdziwą” mamę, skoro spotyka się z mamą biologiczną i być może do niej wróci?


Tak, dziecko potrzebuje prawdziwej mamy i prawdziwego taty. Tyle tylko, że nie za pół roku, rok, dwa, a może pięć lat. Potrzebuje jej teraz.

Chyba się nie rozumiemy. Mam tylko nadzieję, że nie wpadniesz kiedyś na pomysł, aby adoptować dziecko... sorry.

(…)

Nie do końca jest to prawdą. Owszem rodziny zawodowe otrzymują wynagrodzenie za swoją pracę, tyle tylko, że mają obowiązek zaopiekować się przynajmniej trójką dzieci. Do tego są to najczęściej dzieci zaburzone, z deficytami. Trzeba zrobić wiele, zanim dziecko zostanie skierowane do adopcji. Przede wszystkim trzeba je zdiagnozować, wielokrotnie uczęszczać na rehabilitacje, korzystać z pomocy psychologów i wielu innych specjalistów.
Istnieje też obowiązek umożliwienia rodzicom biologicznym kontaktu z dzieckiem. Proszę sobie wyobrazić ile czasu trzeba poświęcić, gdy ma się choćby trójkę dzieci i każdy z ich rodziców che się spotkać raz w tygodniu na dwie godziny. A przecież ktoś w tym czasie musi zaopiekować się pozostałą dwójką. Dochodzą też obowiązki niezwiązane bezpośrednio z opieką nad dzieckiem (sądy, PCPR, szkolenia). Dlatego nie ma możliwości, aby dodatkowo pracować zawodowo.
Pensję otrzymuje też tylko jeden z rodziców zastępczych, a drugi ma obowiązek pracy. Dlatego ja w zasadzie jestem pewnego rodzaju wolontariuszem. O pieniądzach nie chcę dyskutować, ale jak na 24 godzinne bycie w ciągłej gotowości – nie są to wielkie kwoty.
Są też jeszcze rodziny zastępcze niezawodowe. Co w takim przypadku? Czy też nie powinny angażować się emocjonalnie?
Co do szkoleń... Byłem już na wielu z nich i każdy z psychologów podkreślał, że powinniśmy w maksymalny sposób próbować stworzyć silną więź z dzieckiem. Nie istnieje więc pojęcie rodzina prawdziwa i nieprawdziwa. Dla dziecka mamy być po prostu rodziną. Później następuje proces przejścia dziecka do rodziny adopcyjnej. Jeżeli jest on przeprowadzony prawidłowo, to dziecko nie powinno przeżyć traumy. Ważne jest również pokazanie dziecku w późniejszym okresie, że jednak ta ciocia i wujek istnieją, że można się z nimi spotkać, porozmawiać przez telefon. - nie ja to wymyśliłem, właśnie tego dowiedziałem się na szkoleniach.

Przepraszam, jeżeli Panią uraziłem, ale sprawia Pani wrażenie osoby, która traktuje rodzinę zastępczą jak przechowalnię, jak coś od czego należy się natychmiast odciąć tuż po adopcji, a najlepiej natychmiast zabrać dziecko do swojego domu (bo przecież ono tylko czeka na prawdziwą mamę). Tak nie jest. Rodzina zastępcza jest historią dziecka. Wielokrotnie czas spędzony w takiej rodzinie jest bardzo miło wspominany. Nam też zdarzają się przypadki, gdy dziecko (będąc już w adopcji) mówi, że tęskni do cioci (nawet po wielu miesiącach). Mądrzy rodzice dzwonią do nas i mówią „wpadnijcie na kawę”.. Tak to powinno wyglądać. I nie jest to mój wymys
ł.

(…)

Dodam jeszcze jedną uwagę. Tym razem jest to moja prywatna (niczym niepoparta) opinia.
Adopcja nie jest powołaniem. Jest zaspokojeniem własnych potrzeb bycia rodzicem. Zresztą bycie rodzicem zastępczym, też nie jest powołaniem czy misją. Prędzej nazwałbym to pasją, i również zaspokojeniem swoich potrzeb. Może jestem świrem, ale gdy przychodzi do nas dziecko zaniedbane, a oddajemy do adopcji dziecko szczęśliwe, które nadgoniło wszelkie opóźnienia... to daje mi to ogromną satysfakcję. Przychodzi Kopciuszek, a wychodzi Królewna. Czy to źle, że pojawia się smutek przy rozstaniu, że ma się chwilowego doła? Wydaje mi się, że nie, że jest to tylko dowód na to, że jest się jeszcze normalnym, zdrowym psychicznie człowiekiem.
Pieniądze są sprawą drugorzędną... po prostu za coś trzeba się utrzymać, a przede wszystkim zapewnić dzieciom ich potrzeby. Gdyby chodziło o kasę, to każdy chciałby być rodziną zastępczą. A jakoś tłumów nie widzę. Do nas przychodzą na praktyki rodzice kończący szkolenia dla rodziców zastępczych. Bywa, że na kilkanaście rodzin kończących kurs, nie ma ani jednej, która chciałaby zostać rodziną dla nieznanego sobie dziecka (bo na przykład jest to rodzina spokrewniona), albo rodzice mają motywacje adopcyjne i w pewien sposób chcą obejść procedury ośrodków adopcyjnych (bo choćby są zbyt starzy, nie mają wymaganego stażu małżeńskiego, nie są małżeństwem, albo są samotni).

(…)

Wydaje mi się, że tylko idiota mógłby mnie wyrzucić z ośrodka za takie twierdzenie.
Bo czym w zasadzie różni się adopcja od urodzenia dziecka biologicznego? Przecież rodzice nie płodzą dzieci z pobudek altruistycznych... aby dać życie jakiejś istocie. Są to egoistyczne potrzeby posiadania dziecka. Chcę być mamą, czy chcę być tatą. Po prostu „chcę”, czuję taką potrzebę.
Rodzice adopcyjni też „chcą”. Idą do ośrodka adopcyjnego nie po to, aby pomóc jakiejś biednej sierotce, ale dlatego, że życie bez dziecka jest dla nich puste. Być może są wyjątki, które traktują adopcję jak powołanie. Tylko czym w zasadzie jest powołanie? Jest darem do wykonywania czegoś tam. Czy wszyscy rodzice adopcyjni są obdarzeni darem niesienia pomocy opuszczonemu dziecku?
Ja na szkoleniu dla rodzin zastępczych nie kryłem, że chcę być pogotowiem rodzinnym, bo traktuję to jak wyzwanie, bo chcę poczuć radość z tego, że pomogłem jakiemuś dziecku, bo to nada większy sens mojemu życiu. Nie kryłem, że nie wierzę w altruizm. Jestem zwolennikiem teorii, że każde działanie wykonujemy dla nagrody. A może nią być choćby zadowolenie i świadomość dobrze wykonanej pracy. Jakoś kwalifikację dostałem. Była też na moim szkoleniu rodzina, dla której bycie rodzicem zastępczym było misją, której muszą się podjąć. Myślę, że chodziło o całokształt, a nie tylko tak formułowane zdanie... ale jednak kwalifikacji nie dostali.

(…)

Zgadza się. Ja właśnie o tym pisałem, że altruizm wcale nie jest w cenie. Uważam, że ośrodki adopcyjne nie są zainteresowane Mesjaszami i Matkami Teresami, chociaż faktycznie dziecko jest w centrum i do niego dobiera się najlepszych rodziców.
Nie jestem psychologiem, ale sądzę że zadaniem wszelkich testów jest określenie kompetencji rodziców do pełnienia swojej roli (niezależnie czy chodzi o adopcję, czy o pieczę zastępczą – chociaż myślę, że tutaj one tylko częściowo się zazębiają).
Ja nigdy nie próbuję manipulować testami, bo mogłoby to się czasami na mnie zemścić.
Wydaje mi się, że najważniejsza jest umiejętność rozpoznawania uczuć dziecka i radzenia sobie w sytuacjach kryzysowych, w sytuacjach skrajnych emocji. Sama miłość nie wystarczy i bazowanie na tym jest zgubne (również na etapie szkolenia). Rodzic też ma prawo do tych emocji i powinien potrafić wyegzekwować uszanowanie przez dziecko tych emocji. Dlatego pewna doza egoizmu jest niezbędna. Zresztą z obu stron - gdy nastolatek wykrzykuje do swoich rodziców „ja się na świat nie pchałem!”, to w mojej ocenie ma rację.
Oczywiście, że nie można uzasadniać chęci adopcji tym, że chce się mieć wsparcie na starość, albo potrzebny jest syn do pracy na roli. Jednak potrzeba posiadania dziecka jest moim zdaniem jak najbardziej normalna. Pewnie, że dochodzą do tego różne inne czynniki, jak choćby umiejętność radzenia sobie ze stratą (utrata dziecka biologicznego, niemożność zajścia w ciążę). Słyszałem też o przypadku, gdy dziecko adopcyjne miało być lekiem dla dość mocno zaburzonego dziecka biologicznego. Ale to już jest rola psychologów, aby ocenić czy ktoś się nadaje, czy nie.

Powiem szczerze, że ta dyskusja mnie zaintrygowała. Przy najbliższej adopcji nie omieszkam zapytać naszą psycholożkę, jakie kryteria obowiązują w naszym ośrodku adopcyjnym, i co jest najważniejsze przy badaniu kompetencji i motywacji rodziców.

24 komentarze:

  1. Nie chce być złośliwy, ale z twoją częstotliwością zacietrzewiania, to mogło to być ostatnie zacietrzewienie w twoim życiu.
    A druga uwaga jest taka, że bardzo ciekawie czyta się tylko komentarze jednej strony. Gdybym był psychologiem to dał bym takie zadanie. Podał bym twoje odpowiedzi a zadaniem by było wstawienie brakujących komentarzy oponenta.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oby nie pojawił się Efekt Dopplera. Im bliżej końca, tym większa częstotliwość.

      Usuń
  2. Maja Incognito12 maja 2019 15:59

    Jednak to społeczność, a nie grupa zamknięta, więc dla tych, którzy czytają komentarze mały bonus: link do dyskusji

    https://www.facebook.com/DzieckoAdopcyjne/posts/2341476856132886?comment_id=2341485659465339&reply_comment_id=2344532302494008&notif_id=1557667489494682&notif_t=feed_comment_reply&ref=notif

    OdpowiedzUsuń
  3. Sorry Pikuś, ale albo masz niezwykłe szczęście w życiu, albo jesteś "niespotykanie spokojnym (i opanowanym) człowiekiem", że dopiero drugi raz zdarzyło Ci się "zacietrzwić";-) (osobiście uważam, że to drugie;-))... I Gall może mieć rację (z tym, że to może być Twój ostatni raz);-).
    I masz absolutne prawo do cytowania wypowiedzi drugiej strony,skoro komentuje na fejsie (dobre, że Majka uzupełniła o link w komentarzu).

    E:-)

    OdpowiedzUsuń
  4. Przejrzałem przed chwila wpisy drugiej strony dyskusji i się powiem szczerze nie dziwię Twojemu "zacietrzewieniu", ja bym chyba mniej kulturalny był; życie wydaje mi się nie jest tak proste że sobie powiesz "nie będę nic czuł do tego dziecka" / "te dzieci będą mi obojętne bo to moja praca", jak w ogóle można tak myśleć?
    zdenerwowałem się

    OdpowiedzUsuń
  5. ale ta kobieta to osoba prymitywna, Pikuś, to nie jest partner do dyskusji. Nie prosta, a prymitywna właśnie. Agata

    OdpowiedzUsuń
  6. phi, zaczęłam czytać i myślę, że mamy poważną niezgodność co do definicji "zacietrzewienia" :)

    OdpowiedzUsuń
  7. czasami zastanawiam się, Pikusiu, czy Ty jesteś prawdziwy :-). Agata.

    OdpowiedzUsuń
  8. Ale dyskusja tam rozgorzała.
    Muszę się zgodzić, że moje zacietrzewienie, to przy tym... pikuś.
    Co do prawdziwości mojej osoby...
    Niektórzy moi klienci zapraszają mnie do siebie raz w roku, aby sprawdzić czy jeszcze istnieję. Czy osoba, z którą rozmawiają przez telefon i która łączy się zdalnie z ich komputerem, to nie jakiś automat. W dobie rozwijającej się sztucznej inteligencji, wszystko jest możliwe.
    Ale to, że jestem zbudowany z białka, a nie z krzemu, może potwierdzić Bloo, chociaż widzieliśmy się dotychczas tylko jeden raz.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A może mi się wydaje, że jestem prawdziwy? Może jestem tylko pravdziwy, a cała otaczająca mnie rzeczywistość jest symulacją komputerową? Może jestem tylko jednym z Simsów? Ale nie ma co się cieszyć, bo to by oznaczało, że Wy wszyscy tu komentujący, też nie istniejecie.

      Usuń
  9. ja istnieję. Przyszłam tu albowiem mam mnóstwo pracy i nie powinnam tu przychodzić. Nie powinnam robić niczego innego poza pracą. Jak widać na załączonym obrazku. Zarwę noc, i to ostro. Agata

    OdpowiedzUsuń
  10. ja też istnieję i moja klawiatura też istnieje, jak również Pikuś istnieje, zaświadczam. Inna rzecz, że klawiatury z v zamiast w są charakterystyczne dla Rosji i Litwy, co może nie mieć żadnego związku, a może jednak ma. Inna rzecz, ze nie łapię, w jakim celu troll angażowałby się w dyskusję o adopcji.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Moim zdaniem to nie jest troll... co jeszcze bardziej mnie przeraża.

      Usuń
  11. Przeczytałam te dyskusje.
    Ja uważam,że
    To nie jest troll
    Uważam też,że postawa tej Pani zawiera w sobie,w głupi sposób bardzo i nieumiejętny,ziarenko obecne mimo wszystko w jakims stopniu u ...KAZDEJ matki.
    Mianowicie,każda matka chce być ta ważniejsza od innych,czuć,że to jej dziecko etc...
    Myślę,że każda z nas kobiet ma coś takiego,stąd ogólne dyskusje w sieci,która lepiej karmi,wychowuje,czym karmi,jak szybko uczy tego czy tamtego...natura kobieca,moje dziecko a ja jestem super mamą.
    Myślę,że rodziny zastępcze,też to mają.. w odniesieniu do rodzin biologicznych.
    Jestem przekonana wręcz,że niechęć do spotkań z biologicznym i nie wynika jedynie z tego,że te rodziny zagrażają,są nieudolne wychowawczo itd,krzywdza.
    To jasne.
    Myślę,że każda zastepcza mama,jest mocno wkurzona,gdy np.mama biologiczna zacznie krytykować to,jak owa zastepcza obcisłe dziecku włosy,jak ubrałem itd...No bo jest to płaszczyzna do wzajemnych...kto jest ważniejsza ,,mama,,.
    Ten mechanizm dotyka też adopcyjne.
    Tylko ja tu widzę inny problem.
    Problem,że ta Pani nie chce zauważyć,że w danej chwili Ona owszem jest ta mama. Jednak gdy jakieś dziecko ,,np.Jej,było wcześniej w rodzinie zastępczej...To zwyczajnie Jej tam nie było...co oznacza,że,,jakaś matka w przyszłości,,, to nie jest coś,czym żyje dziecko.
    Dziecko nie żyje przyszłością.
    Jeśli już,to rozgrywka w takich sytuacjach jest pomiędzy zastępczym,a biologicznym I.
    Z tym,że Ci drudzy ,często są w opinii społecznej nazywani właśnie tymi prawdziwymi(co za głupia nazwa),jedynymi itd...bo urodzili.
    Myślę,że postawa tej Pani wynika z ogólnego stereotypu i obecnej polityki społecznej ,pt...geny na pierwszym miejscu. Zastępczy tylko mają się opiekować i jeszcze trzeba uważać...no bo tyle się słyszy...Jak zastępczy biją,katuja,etc.Tylko dla pieniędzy pracują...
    Biologiczna i adopcyjne to nie nie...oni kochają...
    Taka postawa społeczną jest dość powszechna i ta Pani ja reprezentuje,nic ponadto. Stąd wnioski,jakie snuje.
    Zwyczajny stereotyp,który powiela.
    Ja się nie dziwię,że chce być ważne jako matka,każda z kobiet to ma, jednak sama jeszcze bardziej spędza rodziny zastępcze w rolę tylko opiekunòw.
    Mnie zawsze ciekawi,że nikt,ale to nikt nie ma pretensji,że wychowawcy w domu dziecka dostają pensję....A zastepcza...
    Nikola

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. no okej, tylko proszę, nie lećmy stereotypem, że 'każda matka'. Może lepiej byłoby po prostu uznać, że każdy człowiek postawiony w sytuacji bezpośredniej opieki nad dzieckiem, na którą decyduje się świadomie?
      Co do tego, co ogólnie napisałaś o zawłaszczeniu dziecka - pewnie tak własnie jest, ale też chodzi o to, aby sobie to nazwać słowami i podjąć z tym pracę. W moim przekonaniu to jest dokładnie ten proces, jaki dzieje się u Majki i Pikusia, i jaki powinien się dziać w profesjonalnej RZ (po to m.in. są szkolenia). W moim przypadku jest bardzo podobnie - nie odżegnuję się od uczuć, które opisałaś, ale one mną nie rządzą właśnie dlatego, bo nazywamy je sobie z mężem, omawiamy i racjonalizujemy.
      Tak więc ja doskonale wiem, w którym momencie moja niechęć do danego pomysłu OB wynika z tego, że pomysł jest obiektywnie głupi, a kiedy z tego, że właśnie pomysł jest w porządku, tylko mnie ogarnia zazdrość/zawiść. Tyle że podchodzę do tego na spokojnie - mam do tych uczuć prawo, one tam są, daję sobie przyzwolenie na sarkastyczne wykpienie tego pomysłu do własnego męża, a potem się ogarniamy i włączamy tryb konstruktywny.
      Myślę, ze to jest cały sekret: nie udawać, ze czegoś nie czujemy tylko zobaczyć, co czujemy; poczuć to; przeżyć; pójść dalej.
      W przypadku dyskutantki Pikusia refleksyjność jest raczej pojęciem abstrakcyjnym i to jest problemem, a nie to, że ma potrzebę zawłaszczenia dziecka, bo do pewnego stopnia ma ją większość rodziców i opiekunów przecież.

      Zupełnie inaczej jest z 'prawdziwą mamą'. Tu mam wyraźny alert, bo są tylko dwie opcje: albo to jest rasowy troll, albo jest to matka adopcyjna, u której sprawy poszły w bardzo, ale to bardzo złym kierunku.
      Na rzecz trolla przemawia właśnie to, że co jak co, ale akurat 'prawdziwość' mamy jest jednym ze słów zakazanych w słowniku rodziców adopcyjnych (zastępczych chyba też). Jak pisałam w tamtej dyskusji - można mówić pierwsza i druga mama, można używać imion, niektórzy dystansują się i mówią o MB 'pani', jest tu wiele strategii i pomysłów, nie oceniam ich w tej chwili, niemniej nie znam rodzica adopcyjnego, który zabrnąłby do uznania siebie za 'nieprawdziwego rodzica' w odróżnieniu od 'prawdziwego rodzica biologicznego'.
      To znaczy inaczej - tak, znam. Ale te historie, gdzie to się pojawiło, to historie z dramatem w tle. Np. 'prawdziwy rodzic' pojawia się w rodzinach z tłem rozwiązania adopcji, bo wtedy 'prawdziwość RB' ma służyć usprawiedliwieniu własnej decyzji. Albo 'prawdziwość' wynika z nasłuchania się pseudopsychologicznych bzdur w rodzaju teorii ustawień, gdzie zdezorientowani rodzice adopcyjni zaczynają nagle powątpiewać w to, czy w ogóle są rodzicami, mają prawo określać się rodzicami i czy ich rodzina ma w ogóle społeczny i moralny sens, bo jakiś gostek (albo gościówa) powiedzieli im, że zawsze bedą nieprawdziwi.
      Tak czy inaczej hasło 'prawdziwym rodzicem jest rodzic biologiczny' zawsze powinno zapalać światełko alarmowe.

      Usuń
  12. Bloo,tak. Tylko wg.mnie to mówienie,że rodzice zastępczy nie są ,,prawdziwi,,wynika w tamtej dyskusji,u tej kobiety,z tej potrzeby bycia ta lepszą matka. Czyli z tego,co pisałam na początku wpisu. Po to o tym pisałam.
    Dlatego pisałam tylko o matkach,bo to jakoś bardziej mi wybrzmiało z tej dyskusji i bardziej zauważam to zjawisko wśród kobiet,u mężczyzn nie analizowałam tego.
    Pozdrawiam. Nikola

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. nie, ta kobieta napisała w pewnym miejscu wyraźnie, że ona mówi dziecku prawdę, że nie jest jego prawdziwą matką. I ona użyła tego określenia wobec siebie.

      Usuń
    2. Oj to Bloo, to gdzieś mi akurat uciekło w tej dyskusji....niewidzoalam tego.
      Dla mnie ta Pani powtarza,że rodzice zastępczy nie są prawdzi,a nie że Ona nie jest.
      Pozdrawiam Nikola

      Usuń
  13. Ja nie znam ani jednego rodzica,który by nie uważał się za prawdziwego.
    Adopcyjny,biologiczny czy zastępczy. Bez względu na to nawet,jak czesto kontaktuje się z dzieckiem.
    Mama Landrynki,też powtarza,że to Ona jest matką. Dzwoni do personelu placówki raz na kilka miesięcy...Nikola

    OdpowiedzUsuń
  14. Wiecie co,to jest chyba problem gdzie indziej. Być może rodziny,która zawładnęła dzieckiem i nastąpiła generalizacja sądów,być może problemu z poukładaniem sobie w sercu,że zawsze będę te kolejna kolejna mamą. Adopcja to zakłada.
    Nikola

    OdpowiedzUsuń
  15. Jeśli ta pani rzeczywiście jest RA, to jest to kolejny dowód na niedoskonałość procedury kwalifikacji przez OAO...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rzeczywiście, ale wydaje mi si, że to nie prawda. Nie możliwe (a raczej mam taką nadzieję), żeby taka osoba mogła adoptować dziecko...
      Kasia

      Usuń
    2. Niestety. Znam dwie rodziny ado, gdzie matka jest właśnie pokroju tej Pani z dyskusji. Dosłownie ten sam tok myślenia, prymitywny i egoistyczny. Dwa różne ośrodki adopcyjne. Jedna matka już po rozwodzie, dziecko lat 8 (w chwili adopcji rok) , leczone w tej chwili farmakologiczne na depresję. Druga dziecko lat 2, ale nie mam pojęcia co się u nich dzieje. Więc uwierzę we wszystko.

      Usuń
  16. Musze przyznac, ze nie dalam rady przeczytac dyskusji na fb. W pewnym momencie zaczelam czytac tylko komentarze Twojej oponentki - sorry. Fascynujace jest, ze ktos moze myslec tak twardo i nieczule. Niesamowite. I bezbrzeznie smutne :(

    OdpowiedzUsuń