poniedziałek, 24 grudnia 2018

--- Bohater jednego dnia.


Pewną tradycją stało się to, że w okresie przedświątecznym, jesteśmy (a w zasadzie przebywające u nas dzieci) obdarowywani prezentami. Wielokrotnie nie wiemy, kto jest organizatorem jakichś zbiórek, a tym bardziej kto jest darczyńcą. Tak było też w tym roku. Pozostawione pod drzwiami podarunki pod koniec grudnia już przestały mnie dziwić. Tym razem była jeszcze ciekawsza sytuacja. Podjechały trzy osoby, wyniosły kilka pudeł oklejonych świątecznym papierem i konkretnymi opisami: „dla Messengera”, „Plotka”, „Z najlepszymi życzeniami dla Romulusa i Remusa”, „dla Kapsla”. Nie chciały ani wejść na kawę, ani powiedzieć skąd aż tak bardzo spersonalizowane prezenty.


Jak co roku dostaliśmy też mnóstwo darów, których zbieraniem zajmują się strażacy z pobliskiej miejscowości. Kiedyś zdarzyło się również, że zostaliśmy zaproszeni do pewnej szkoły (razem z naszymi dziećmi) na wigilię klasową. Niektóre prezenty były wielkogabarytowe, więc musiałem zrobić dwa kursy samochodem, aby wszystko przewieźć do domu.
Oczywiście wszystkim jesteśmy bardzo wdzięczni i zapraszamy do siebie w odwiedziny. Majka robi zdjęcia pięknie wyglądającym podarunkom, zamieszcza je na facebooku i serdecznie dziękuje ofiarodawcom.


Zresztą nie jesteśmy wyjątkiem. Widzimy podobne podziękowania na profilach niektórych znanych nam rodzin zastępczych. Siostry prowadzące dom pomocy, w którym przebywa Kapsel, na swojej stronie internetowej też zamieściły wyrazy wdzięczności wszystkim osobom, które zechciały wspomóc ich placówkę. Do tego dochodzą jeszcze przewijające się informacje tu i tam o rozmaitych zbiórkach świątecznych dla dzieci z domów dziecka.

No i fajnie. Wszystko się kręci, każdy jest zadowolony... a zwłaszcza ten darczyńca, bo przecież przyjemniej jest dawać, niż brać.
A jednak taka sytuacja może zacząć męczyć... przynajmniej nas zaczęła. W naszym umyśle pojawiło się pytanie, czy ta pomoc jest kierowana tam, gdzie faktycznie jest potrzebna?

Rodziny zastępcze są przecież zwyczajnymi rodzinami, do tego otrzymującymi pieniądze na utrzymanie przebywających u nich dzieci. A domy dziecka, czy domy pomocy społecznej? Tutaj kwoty te są wielokrotnie wyższe. Majka chciała kupić Kapslowi buty zimowe, bo z ostatnich już wyrósł. Siostra zaprowadziła ją do pomieszczenia z butami. Szok... średniej wielkości sklep obuwniczy.

Albo taka rodzina zastępcza jak my. Mamy kilka kartonów różnych zabawek i dostajemy (przynajmniej ten raz w roku) sporo nowych. Te zepsute zwyczajnie wyrzucamy i zastępujemy nowymi (przynajmniej w pokoju dziennym). Czasami się zastanawiam, czego w ten sposób uczymy nasze dzieci. Bliźniaki nad ranem zawsze przychodzą do mojego pokoju i spędzamy wspólnie średnio dwie godziny. Bywa, że na jakiś czas przestaję kontrolować to co robią, bo albo już staram się zająć swoją pracą, albo czasami jeszcze na chwilę przysnę. W końcu pokój jest bezpieczny, chociaż panuje w nim permanentny zabawkowy bałagan. Romulus w ciągu kilku minut mojej nieuwagi, potrafi pozbawić opon kilkanaście samochodów ze swojego parkingu. Część z tych opon można jakoś dopasować, części nie daje się już założyć, a niektóre gdzieś przepadają – nie jest wykluczone, że chłopiec je czasami połyka. Naturalną konsekwencją jest pozostawienie tych samochodów bez ogumienia. I owszem, w moim pokoju, wszystkie samochody chłopaków są powypadkowe. Chciałbym chłopcom przez to powiedzieć: „zepsułeś, to masz to co zostało”. Chyba im to jednak nie przeszkadza. Piękną, dużą wywrotkę pozbawili całego nadwozia. Mają teraz jeździk... a w zasadzie deskorolkę.

Strażacy zbierają dla nas prezenty od kilku lat. Stało się to już pewnego rodzaju tradycją. Jeszcze w poprzednim roku próbowaliśmy ich przekonać, że zapewne są inne rodziny, które bardziej potrzebują tych prezentów – być może niekoniecznie tylko w postaci zabawek, gier, przyborów szkolnych, środków czystości, czy odzieży.
Zostaliśmy zapewnieni, że ci, którzy takiego wsparcia potrzebują, również mogą liczyć na podobne podarunki. Tyle tylko, że są to tylko dwie, albo trzy rodziny.
Być może jest w tym sporo racji, że większość tych niewydolnych rodzin, gdyby nagle dostała taką ilość darów, to zwyczajnie by je sprzedała i uzyskane pieniądze spożytkowała według własnych priorytetów.
Ale też pewnie łatwiej jest organizować jakąś zbiórkę dla opuszczonych dzieci przebywających w jakiejś placówce, czy rodzinie zastępczej, niż dzieci pana Kazia spędzającego całe dnie pod budką z piwem i pani Basi, która siedzi cały czas przed telewizorem (bo przecież chodzenie do pracy za najniższą krajową jest dla niej nie do zaakceptowania) i zupełnie nie ogarnia potrzeb swoich dzieci.

W tym roku zaproponowaliśmy strażakom, aby zamiast tej świątecznej zbiórki zorganizowali wiosną jakiś piknik dla wszystkich rodzin zastępczych z naszego powiatu. Przejażdżki wozem strażackim na syrenie, polewanie wodą z sikawek, czy nawet zwiedzanie remizy, są dla dzieci niesamowitym przeżyciem, a te podarowane straże pożarne na resorkach nijak się do tego mają. Ewentualne zebrane zabawki mogłyby posłużyć jako nagrody w jakichś konkursach.
Strażacy pokiwali głowami, wymienili się kilkoma zdaniami i stwierdzili, że nie ma sprawy. Piknik będzie... ale „świąteczna paczka” też musi być.
Dostaliśmy więc znowu sporo prezentów. Majka podzieliła to na cztery części i rozdała innym zaprzyjaźnionym pogotowiom rodzinnym. Upominków dedykowanych konkretnemu dziecku, nie wypadało rozpakowywać. Co tam jest, dowiemy się w dzisiejszy wigilijny wieczór, a Kapsel swoje prezenty dostanie w weekend przed Nowym Rokiem.

Gdy patrzę na siebie, to też jestem bohaterem jednego dnia. Kiedy nasze córki były małe i w szkole były organizowane rozmaite zbiórki świąteczne dla dzieci z domów dziecka, również chętnie w nich uczestniczyłem. Teraz też bym nie odmówił, chociaż wiem, że nie ma to większego sensu. Jest to jednak ważne dla dzieci, które chcą się dzielić z innymi dziećmi, chcą im pomóc – choćby tylko w ten jeden świąteczny czas. Z pewnością buduje to w nich empatię i moim zdaniem to jest największy zysk tych wszystkich akcji.
Ponieważ nie mamy już dzieci szkolnych, to jako bohater jednego dnia, przeniosłem się do internetu i raz na jakiś czas wysyłam jakiś przelew w szczytnym celu. Jestem więc bohaterem kilka razy w roku. I chociaż zdaję sobie sprawę z tego, że „od grosika do grosika...”, to jednak mam też świadomość tego, jak łatwo za kilkanaście, czy nawet kilkadziesiąt złotych, kupić sobie poczucie bycia dobrym człowiekiem.

Bywają jednak osoby, które są bohaterami przez cały rok. Nie będę nikogo wymieniał z nazwiska (czy też pseudonimu), bo mógłbym niechcący kogoś pominąć. Ci bohaterowie, na których pomoc możemy liczyć niemal na co dzień, są wiele więcej warci niż dziesiątki darowanych nam prezentów.
Nie trzeba jednak znać jakiejś rodziny zastępczej, czy dziecka przebywającego w placówce. Takich potrzebujących dzieci jest całkiem sporo w otoczeniu. One chodzą do szkoły z naszym dzieckiem. Możemy nie chcieć pomagać rodzinie... bo to rodzina patologiczna, która i tak wszystko przepije. Ale ich dziecko jest tylko dzieckiem. Jest kolegą naszego syna czy córki. Możemy powiedzieć „masz zakaz kolegować się z nim”, albo „zaproś go do nas na obiad”, „zabierz śniadanie do szkoły również dla niego”, „weź podwójny komplet przyborów szkolnych, bo on pewnie nie będzie miał”. To niewiele kosztuje, a jest to inwestycja w nasze dziecko.
Wydaje mi się, że ciągłe mówienie naszemu dziecku „jesteś najlepszy”, 'zawsze dasz radę”, „nie patrz na innych”, spowoduje że faktycznie takim się stanie... zwykłym palantem. W dorosłym życiu będzie go cechowała taka sama roszczeniowa postawa jak jego kolegi wychowanego w tak zwanej rodzinie patologicznej – tylko geneza i oczekiwania będą inne.

Wrócę jeszcze do tego bohatera jednego dnia. W moim domu (pewnie dzisiaj też tak będzie) przy wigilijnym stole zawsze było zostawione jedno puste nakrycie. Opowiadaliśmy dzieciom dla kogo jest ono przeznaczone. Tyle, że był to tylko symbol, bo nigdy nikt nie zakładał, że ktoś może do nas zawitać. Nawet nie było pozostawione puste krzesło. No... można to tłumaczyć bardzo dawną tradycją ludową, w myśl której miejsce to było przeznaczone dla zmarłych (którzy krzesła pewnie nie potrzebują), ale tak daleko w swoich opowieściach nigdy nie szliśmy.

Kierując się moją ostatnią myślą, chciałbym wszystkim (również sobie) w ten wigilijny poranek, życzyć właśnie takiego zbłąkanego wędrowca przy wigilijnym stole.
Kim mógłby on być w dzisiejszych czasach? Można puścić wodze fantazji, albo wodze poprawności takiej, czy innej. Niby znam siebie, ale nie jestem przekonany czy powiedziałbym „zapraszam, miejsce na Pana już czeka”, czy może jednak „spadaj pan, bo policję zawołam”. Pewne jest tylko jedno, takie spotkanie wiele by mnie nauczyło. O sobie.

12 komentarzy:

  1. Wesołych Świąt dla Was wszystkich:) odnośnie zblakanego wędrowca, skojarzyło mi się to z sytuacją, która spotkała mnie i córkę. Pan, z lekka nietrzeźwy, poprosił nas o bułkę, bo jest głodny itp. Jako, że chce pokazać córce, że człowiek jest człowiekiem i można pomagać, oczywiście coś tam dla niego kupiłam. Córka cały czas mnie poganiala, bo przecież ten pan jest głodny Ale potem naszla ją myśl :"a może zaprosimy tego pana na obiadek?". No cóż musiałam tłumaczyć, że to jednak obcy człowiek, że ludzie są różni i różne takie. Miała trochę żalu do mnie. Sama takiego wędrowca niestety nie zaprosiłabym na Wigilię Niestety. I ogromnie żal mi, że także dziecko muszę uczyc, że nie wszyscy są dobrzy, że nie można każdemu ufać. Ot, takie moje skojarzenie :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Wiele lat temu,jako studentka-wolontariuszka/nazwa nie szczególnie mi się podoba ale ja zostawię/ byłam na koloniach z dziećmi z DD.Trochę to dziwne kolonie bo to te same grupy,te same dzieci tylko w innym budynku,nad jeziorem.
    My mieliśmy za zadanie "douczać dzieci" czyli byli studenci anglistyki,matematyki,chemii.
    Te trzy tygodnie nauczyły mnie,że te dzieci mają nadmiar...rzeczy.Kredka się złamała,nie temperujemy,wyrzucamy,spodnie się rozdarły-wyrzucamy ,przecież jest ich dużo do wyboru.
    Są całkiem fajnie prowadzone zajęcia z angielskiego-a po co się męczyć.Dziewczyna-przyszła anglistka nie wytrzymała i opowiedziała im jak ona marzyła o obozie językowym ale jej rodziców, nie było na to stać.
    Zdziwienie było ogromne, chciałaś się uczyć w wakacje?
    Te tygodnie zapamiętałam na całe życie,odradzałam młodym parom zbierania zeszytów itp.zamiast kwiatów,a już na zbieranie maskotek to miałam alergie/one do niczego nie służą tym dzieciom.
    Ilości słodyczy/kartony/stojące w pokoju dyrektorki,na stołówkach mnie zadziwiały.Prawie wszystkie małe dzieci miały popsute zęby.
    I to nie tak,że nie pomagam/pomagała dzieciom w DD moja Mama/3 lata chodziła z koleżanka do domu małego dziecka bawić się z dziećmi,itp./
    Ale moja pomoc to też tłumaczenie-zafunduj konkretnemu dziecku leczenie zębów,kup nastolatce ładne oprawki okularowe,pójdź do sklepu z dzieckiem /kolegą z klasy Twojego dziecka/i niech kupi sam bluzkę.To jest coś o czym marzą.
    Nasze znajome dziecko,po adopcji nie chciało nawet oglądać zabawek już odpakowanych,ubrań po koleżanki synu.On cieszył się,że ubrania mają...metkę.
    I jak słucham,że szkoły organizują jakąś zbiórkę "niepotrzebnych książek i tych nieszczęsnych przytulanek to wkurzam się po prostu.
    Napisałeś mądry wpis o pomaganiu,może nauczymy się pomagać .To tez trzeba pokazywać,mówić.
    Taki to temat około świąteczny.
    Pozdrawiam całą Waszą Rodzinę i Czytaczy bloga.
    Spokojnych Świąt
    Mela




    OdpowiedzUsuń
  3. tegoroczne swięta mnie podłamały prezentowo. Już rok temu było źle, ale w tym roku piekło stało się ciałem. Autentycznie się cieszę, że żaden dobroczyńca nie wpadł na pomysł uszczęśliwienia moich dzieci, bo wtedy piekło byłoby jeszcze większe.
    Poważnie rozważam na przyszły rok trzy opcje: pierwsza - wyłącznie prezenty 'bez pudła' (akcja Unicefu, w której kupuje się prezenty dla dzieci z krajów rozwijających się: szczepionki p/ko polio, lekarstwa, żywność), druga - wyłącznie ręcznie robione prezenty, co ograniczy ich ilość znacznie, trzecia - JEDEN prezent dla jednej osoby. Jeden łącznie.
    Ogólnie uważam, że ratowanie swojego samopoczucia poprzez robienie prezentów dzieciom z domów dziecka jest bez sensu, co opisała już Mela. Robienie ich dzieciom w pieczy rodzinnej jest bez sensu z innego powodu - te dzieci nie potrzebują litości, one dom mają. Nawet jeśli nie jest to dom docelowy to kolejna lalka ich do tego domu nie przybliży.
    Może ma to sens w przypadku DPSów, najprędzej chyba właśnie tam.

    OdpowiedzUsuń
  4. Wczoraj pisałam komentarz,ale miałam jakiś problem z wysłaniem.
    W DPSACH. ..ja powiem tak. ..są bardzo różne placówki.
    Od takich,gdzie mają podopieczni zaspokojone potrzeby w zakresie różnych rzeczy,po takie....gdzie przypadają 2 pampersy na dobę...i jak nadikasz więcej. ..to i tak masz 2 na dobę.
    Ja znam i jedne i drugie.
    Znam też takie,gdzie sporo jest,ale warto zobaczyć, jakie realne potrzeby są konkretnego dziecka...
    W dpsie one też są.
    Wjednych to będzie jedzonko w słoiczkach-deserki dla leżących, a w innych tych deserów mają pod dostatkiem...ale brakuje np.krawatów dla młodych chłopaków, by pięknie wyglądali.
    Są też świetne dpsy gdzie są bardzo zaopiekowani w rzeczy,ale brakuje na przykład atlasu zwierząt. ..o którym marzy Kazik z grupy 9...
    To,ze w placówce typu dom dziecka czy dpssą kurtki i buty i piórniki nie oznacza,że konkretna 7 latka nie marzy o...piórniku z konkretnym rysunkiem...akurat modnym. ..który dostanie pół klasy szkolnej...a nie z rysunkiem postaci modnym 6 sezonów temu.
    Ja sama nie pędzè za modą, ale myślę, że czasem raz do roku wartość odrzucenia przez grupę szkolna może tkwić w tym właśnie. ..by mieć to co inne dzieci...
    Dzieci w zastępczych. Bardziej bym poszła do biednych rodzin. Nie każda biedna rodzina jest niewydolna wychowawczo. Jednak nie każda może pozwolić sobie na prezenty świąteczne.
    Z najniższej krajowej czasem trudno. I często te dzieci dawno już nie wierzą, że mogą o czymś marzyć.
    Jest sporo takich rodzin. Dbających o dzieci bardzo. Zwyczajnie biednych. Tam dobrze iść. Tak myślę.
    Nikola.
    Wesołych Świąt.

    OdpowiedzUsuń
  5. Święta i Nowy Rok to taki specyficzny czas, czas na przemyślenia i podziękowanie za wszystko co nas spotkało w życiu spotkało. I zastanawiam się w tym okresie dlaczego właśnie ja. Mam gdzie mieszkać, mam prace, męża, zdrowe dziecko, oszczędności. A tak blisko było utraty wszystkiego. Przez długie miesiące mijałam na szpitalnych korytarzach innych zapłakanych rodziców, słyszałam od lekarzy aby nie przywiązywać się do dziecka bo nie przeżyje, potem w kolejnych szpitalach mijałam również zapłakanych rodziców – tych których dzieci przeżyły – ale są niepełnosprawne i każdego dnia walczyliśmy razem o odrobine więcej tej ‘’pełnosprawności’’ dla naszych dzieci. A potem mój koszmar się zakończył. Nam się udało – od diagnozy ‘’nie przeżyje’’ aż do niemalże idealnie zdrowego dziecka. Inne dzieci, inni rodzice nie mieli tyle szczęścia. I co roku właśnie w okresie Świąteczno-Noworocznym dopada mnie nostalgia, która powoduje chęć podzielenia się tym co mam. Dołączam się do czegoś na styl Szlachetnej Paczki – pomagamy rodzinie która jest w potrzebie. Przekazuje darowiznę na WOŚP, staram się wesprzeć finansowo indywidualną osobę. Jestem jednodniowym bohaterem. Co nie oznacza ze prze pozostałe 364 dni jestem tchórzem 
    Domyślam się, że ilość prezentów Was przytłacza. Ciężko je magazynować, może nie zawsze są trafione. Dobrze, że o tym piszesz. Ale rezygnacja z przyjęcia prezentów byłaby równoznaczna z wylaniem dziecka z kąpielą. Samo obdarowywanie też przecież jest piękne. Może i Wy pomóżcie… darczyńcom, np. zakładka na stronie z informacją co jest Wam aktualnie potrzebne. Rozumiem, ze dostajecie wystarczające pieniądze na utrzymanie dzieci, ale pewnie coś zawsze by się przydało. Dodatkowa płatna rehabilitacja z dojazdem fizjoterapeuty do Waszego domu, dodatkowe zajęcia z logopedą, piaskownica dla dzieci + kilka worków piasku, karnet do parku wodnego, karnet na jazdę konną, a nawet profesjonalna sesja fotograficzne dla któregoś z Waszych podopiecznych (idealna do pudełka wspomnień, lub do adopcyjnej dokumentacji), opłacenie prywatnej konsultacji z lekarzem specjalistą, opłacenie pediatry, który przyjedzie do domu gdy dzieci mają temperaturę, albo elektryka (ha ha ha a propos wpisu ‘’Armagedon’’)…. Cokolwiek co uczyni Waszą i dzieci codzienność łatwiejszą…..

    p.s. Pikusiu, robisz świetną robotę opisując funkcjonowanie Pogotowia Rodzinnego.
    Anula

    OdpowiedzUsuń
  6. Tak, zdecydowanie lista potrzebnych rzeczy jest trafionym pomysłem. Ja robiąc prezenty stawiam na konkrety ;) Pomagać zawsze warto, nawet jeśli nie trafimy za pierwszym razem ;) Prezenty można słać dalej - może ktoś na nie czeka? Pozdrawiam! MS

    OdpowiedzUsuń
  7. z pomaganiem dzieciom z trudnych miejsc problem jest taki, ze warto i należy im pomagać, a jednocześnie większość form tej pomocy jest taka, że paaanie...
    Tu jest link do programu (krótki, uspokajam), który skrytykowałam parę dni temu na fejsie, więc nie będę już się powielać:
    https://szczecin.tvp.pl/40580555/wspolne-koledowanie-osieroconych-i-porzuconych-dzieci?fbclid=IwAR3XIPKxM1_6TH4GqRwa3qwbpMa7E1Nw3G6xJJqV0wZDjmGV-OWImN-gPbw

    szeruję jednak link, bo ten materiał pokazuje w pigułce wszystko co złe. Tam złe jest literalnie wszystko: i wykorzystanie wizerunków dzieci, i opowiastka o 'namiastce rodzinnej atmosfery', i kuriozalne komentarze pracowników, i nawet to, że święta są jakąś świetlicową imprezą (a miały być rodzinne w myśl fundraisingowych bannerów wiosek: daj darowiznę, a my damy dzieciom mamę).
    Właśnie tak nie należy pomagać dzieciom z trudnych miejsc.

    Gdyby ktoś chciał jeszcze ambitniej zamierzyć się na pomoc to niezgorszym pomysłem jest nielajkowanie, nieszerowanie i niewspieranie zbiórek finansowych dla dzieci z domów dziecka (których budżet miesięczny na jedno dziecko oscyluje w granicach 4000 - 8000 tysięcy), a zamiast tego wysłanie do powiatu wniosku o udzielenie informacji publicznej dotyczącej tego, ileż to umów podpisano w minionym roku w zawodowymi rodzinami zastępczymi i dlaczego tak mało oraz dlaczego powiat woli umieszczać dzieci w domach dziecka zamiast w rodzinach zastępczych.
    Można też pisać do socjoterapeutycznych ośrodków wychowawczych z pytaniem, dlaczego przyjmują już dzieci siedmioletnie, choć ustawa tego zabrania, a dodatkowo część tych ośrodków jest prowadzona przez zgromadzenia zakonne, co oznacza jednocześnie, ze jedyną przeprowadzaną tam kontrolą jest kontrola kościelna (sprawdziłam to celowo w statutach, bo nie chciałam początkowo uwierzyć, że naprawdę w Polsce po aferze sióstr Boromeuszek takie cuda są jeszcze możliwe. Otóż są. W takich SOWach przebywają dzieci od 7 rż do 17 rż. Całodobowo. I urzędnicy państwowi nie wiedzą, co się tam dzieje po godzinie 18.00. Serio.).

    słowem - form pomocy, tyle że bardzo nieoczywistej i zarazem krytycznie potrzebnej oraz ważnej, jest sporo. Ale wymaga ona wyjścia poza sferę komfortu.
    Nie piszę tego celem krytykowania pomocy doraźnej, o której pisała Anula, bo zdaję sobie sprawę, że dla wielu osób mozliwa jest albo pomoc doraźna, albo brak pomocy (z powodów czasowych, merytorycznych i innych). Jestem realistką.
    Ale w roku 2019 chciałabym sobie życzyć, aby coś się wreszcie zmieniło w naszym podejściu do dzieci. Abyśmy zaczęli traktować je jak ludzi i zwracać uwagę na jakość ich życia, jakość form pomocy oraz oddzielać ziarna od plew.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kiedyś się zastanawiałem, kto kontroluje taki DPS prowadzony przez siostry zakonne, w którym aktualnie przebywa Kapsel. Pewnie też nikt, mimo że jego utrzymanie finansuje nasza gmina. I to akurat jest pewne, bo ostatnio musieliśmy donieść pewne dokumenty do naszego OPS-u.
      Póki co, kontroluje go Majka. Jutro jedzie do chłopca z pełnym bagażnikiem prezentów.

      Usuń
  8. My nigdy nie odmawiamy przyjęcia jakichkolwiek rzeczy (może poza meblami i wózkami, które trudno oddać osobom potrzebującym, a przynajmniej przechować na pewien czas). Bierzemy nawet pluszaki, które wbrew pozorom, wcale nie są ulubionymi maskotkami dzieci. Zdarzyło nam się nawet przyjąć (i to nie jednorazowo) kilka worków odzieży i zabawek z naszego Ośrodka Pomocy Społecznej. Były to całkiem dobre rzeczy. Nie mam pojęcia, dlaczego nie ma rodzin, które by to potrzebowały. Majka wszystko przegląda, a potem część „puszcza w ruch”. Czasami wyrzucam do pojemników na odzież używaną kilka worków całkiem fajnych ubrań i zabawek. Nie mówimy o tym osobom, które nas tym obdarowały, bo mogłoby być im przykro. Dlatego Majka każe mi szukać pojemnika na drugim końcu miasta, bo zdarza się, że jakiś wandal wyłamie drzwi i wszystko leży na ulicy. A mimo wszystko sporo rzeczy kupujemy. Gdy mieliśmy dziewczynki nastoletnie, to one nie chciały ubierać się w rzeczy używane. Być może dlatego, że tylko takie rzeczy miały w swoim rodzinnym domu. Nam to zupełnie nie przeszkadza. Nawet czasami znajduję na swojej półce jakiś sweterek. O jaki ładny... z pomocy społecznej.
    I pomimo tego, że mamy tysiąc różnych bodziaków, to Majka idąc do jakiegoś sklepu, często nie może się oprzeć, aby kupić ten tysiącpierwszy.

    Jednak dużo cenniejsza jest dla nas pomoc w sytuacjach kryzysowych. Był kiedyś przypadek, gdy potrzebne było powleczenie do przedszkola o nietypowych wymiarach. Mamy taką panią Anię, społecznicę która jest radną w gminie. Wystarczy zwrócić się do niej z prośbą na FB, to po pół godzinie mamy cztery komplety takich pościeli, a nawet gotowość ich uszycia. Podobnie było z innymi rzeczami.
    Bardzo cenimy sobie naszą rehabilitantkę i logopedkę, które bezpłatnie diagnozują nasze dzieci i jak trzeba, to uruchamiają swoje znajomości. Plotka i Messenger zostali przyjęci na rehabilitację niemal z dnia na dzień. Gdy Majka zadzwoniła kilka dni temu do naszej przychodni, że bliźniaki są przeziębione, to pani w recepcji zapytała „a o której chce pani przyjść?”. Też czasami bywam w tej przychodni z naszymi dziećmi i jeszcze nigdy nie zdarzyło mi się czekać na przyjęcie dłużej niż 10 minut.

    Cały czas staramy się jednak myśleć też o tym, że jesteśmy rodziną. Że dla naszych dzieci zastępczych, nawet przez tych kilka miesięcy, jesteśmy mamą i tatą (niezależnie od tego, że mówią do nas ciocia i wujek). Zbyt duża ilość wolontariuszek, opiekunek spowoduje, że ta forma zatraci sens – staniemy się placówką.

    Rozmawialiśmy kiedyś ze strażakami, czy pomogliby nam zbudować w naszym ogrodzie plac zabaw. Sprzęt my byśmy kupili, ale chodziłoby o wykoszenie trawy, zniwelowanie terenu i zamocowanie całości. Oczywiście byli chętni, ale mam coraz większe wątpliwości, czy ma to sens. Trzysta metrów od naszego domu jest piękny plac zabaw... co najważniejsze, pełen dzieci. W naszym ogrodzie jest największa trampolina jaka była dostępna w sprzedaży. Bliźniaki jesienią już umawiały się na wspólne skakanie z innymi dziećmi.
    I moim zdaniem o to właśnie chodzi, aby nasze dzieci nie dusiły się we własnym sosie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zresztą o to mam do siebie największe pretensje. Za mało rozwijam dzieci społecznie, chociaż bym mógł (bo do moich obowiązków należy robienie zakupów). Czasami, gdy jadę do jednego sklepu, to zabiorę z sobą któregoś (chociaż najbardziej wolę Plotkę, bo ona jeszcze nie ucieka). Jednak gdy mam do obskoczenia dwa sklepy, aptekę, pocztę, bibliotekę i stację paliw... a czasami jeszcze moją księgową, to rozwój społeczny schodzi na dalszy plan.

      Lista potrzeb pewnie miałaby całkiem spory odzew. Chodzi tylko o to, że my (a już na pewno ja) chcielibyśmy istnieć w tle. Chcielibyśmy być zwyczajną rodziną.
      Chciałbym móc kupić samochód nie będąc o nic posądzony. Niedawno kupiliśmy siedmioosobówkę, bo już odechciało nam się jeździć wszędzie dwoma mniejszymi.
      Mama bliźniaków stwierdziła „ooo... nówka, dobrze się państwu powodzi”. Pewnie pomyślała, że dostaliśmy bo od pół roku opiekujemy się jej dziećmi. Niektórzy ludzie tak uważają, że dostajemy samochody. Inni myślą sobie, że dorobili się na dzieciach.
      I choćby z tego powodu, nie będziemy wystawiać nigdzie takiej listy. Mógłbym tylko napisać „wspierajcie WOŚP”... bo to już wkrótce.

      Usuń
    2. hehe, to hehe to do mamusi dowcipnej, hehe
      ale doskonale rozumiem, o co ci chodzi

      Usuń
  9. Jak najbardziej rozumiem Twoj punkt widzenia odnośnie listy. Czasem trudno znieść ciągłe osądzanie, nawet jeśli pochodzi od ludzi, z których zdaniem niekoniecznie chcesz sie liczyć.... bo przypuszczam, że rodzice biologiczni będą często Ci coś zarzucać, nowy samochód, dziecko ktore właśnie nabiło sobie guza, brak codziennie wysyłanych zdjęć, czy nawet niekorzystna opinia w ich sprawie. Oni i tak będą krytykować. I kilku niezwiązanych biologicznie hejterów też zawsze się znajdzie....
    Pozdrawiam
    Anula

    OdpowiedzUsuń