sobota, 7 maja 2016

--- Takie-tam-stożki

Do napisania dzisiejszego tekstu skłonił mnie pewien blog, prowadzony przez osobę mającą nick Lady Makbet, mający dokładnie taki tytuł jak dzisiejszy mój post. Wprawdzie zdarza mi się zaglądać na rozmaite strony związane zarówno z rodzicielstwem zastępczym jak też adopcyjnym i wiele artykułów, które przeczytałem jest niezwykle ciekawych (do tego pisanych z ogromnym kunsztem i charyzmą), to jednak ten blog jest w pewnym sensie niezwykły. Jego autorka bardzo sprawnie posługuje się piórem (chociaż nie wiem, czy tak można powiedzieć o kimś, kto stuka w klawiaturę). Nawet zaryzykowałbym stwierdzenie, że w tej materii jest dużo lepsza ode mnie. Jednak nie to decyduje o jego niezwykłości (w mojej opinii).

Są dwie rzeczy, które powodują, że chętnie tam zaglądam.

Sprawa pierwsza, to fakt, że Lady Makbet opisuje swoją drogę do adopcji krok po kroku. Wiele innych opisów związanych z tym tematem, na dobrą sprawę rozpoczyna się od dnia, w którym dziecko pojawia się w danej rodzinie. Retrospekcja jest bardzo krótka i w większości skupia się na trudnościach drogi adopcyjnej, biorąc pod uwagę głównie elementy proceduralne oraz emocjonalne. Nigdzie nie spotkałem się z opisem rodziny, u której przebywało dziecko, zanim trafiło do rodziny adopcyjnej (chociaż może akurat nie trafiłem na tego rodzaju artykuł).
Ze wszystkich wpisów, które czytałem, Lady Makbet jako pierwsza zastanowiła się nad tym, że przecież dzieci, które idą do adopcji – nie biorą się znikąd. Jest to więc dla mnie bardzo cenne źródło wiedzy, bo liczę na to, że będą też opisy pierwszych spotkań z dzieckiem, pojawi się ocena procedur niezbędnych w procesie adopcji oraz pewnego rodzaju charakterystyka dotychczasowych opiekunów (może nawet nie tyle w zakresie ich zachowań, czy też umiejętności, ale bardziej „kim oni są dla mojego dziecka?”).

Często się zastanawiam, co czują rodzice adopcyjni, którzy przychodzą na spotkanie z dziećmi będącymi w naszym pogotowiu. Są zawsze bardzo mili i nigdy nie zdarzyły nam się jakieś nieporozumienia. Jednak … co tak naprawdę myślą, czy nie traktują nas jak pewien element nieczułej machiny, której zadaniem jest tylko tymczasowe „przechowanie” dziecka?
Za każdym razem staram się spojrzeć ich oczami, żeby zrozumieć co czują. Ogrom emocji przed pierwszym spotkaniem z dzieckiem, może powodować, że gdy już do niego dojdzie, to widzą tylko to dziecko (które w pewien sposób wyłania się z jakiejś otchłani). Kolejne spotkania jeszcze bardziej mogą potęgować jakiegoś rodzaju frustracje. Jest to chyba takie dziwne odczucie, że dziecko niby jest, ale go nie ma, że nic nie zależy ode mnie, na nic nie mam wpływu, mogę liczyć tylko na dobrą wolę osób, u których przebywa, bo to one decydują jak często i jak długo mogę cieszyć się jego obecnością. Do tego często dochodzi okres uprawomocnienia się wyroku (w którym rodzice biologiczni jeszcze mogą się odwoływać). Pojawiają się więc wątpliwości, czy na pewno to dziecko będzie moje?
Doskonale też widzę, że rozstania z dzieckiem (po wizycie u nas) są trudne. Staramy się gdzieś tam, między wierszami, przekazać nowym rodzicom, że takie stopniowe nawiązywanie więzi z nimi (a jednoczesne ich rozluźnianie z nami) ma sens. Chociaż sami to doskonale wiedzą (w końcu po to między innymi są szkolenia). Jednak czy nie pojawia się poczucie bezsilności, jakieś okropne uczucie, że trzeba czekać?

Lady Makbet jest taką wirtualną znajomą, mieszkającą gdzieś w Polsce. Liczę więc na to, że opisze wszystkie swoje odczucia również wówczas, gdy zacznie odwiedzać swoje dziecko – być może w takiej rodzinie jak nasza.
Aktualnie przedstawia kolejne etapy szkolenia, które jest wymagane, aby zostać rodziną adopcyjną. Wprawdzie wplata również artykuły zupełnie oderwane od swojej „drogi adopcyjnej”, to jednak w każdym znajdzie się choćby drobny element nawiązujący do kluczowego tematu.

Zresztą jej aktualne wpisy są dla mnie również niezmiernie ciekawe, ponieważ mam pewne porównanie szkoleń dla rodziców adopcyjnych i zastępczych. Okazuje się, że tematy wielokrotnie się powtarzają (na dobrą sprawę my nie mieliśmy tylko zajęć związanych z pielęgnacją dzieci).
Też rysowaliśmy nasz genogram (który wbrew pozorom może wiele o nas powiedzieć) oraz naszą linię życia … Gdy o tym napisała, z chęcią sięgnąłem do zapisków z okresu naszego szkolenia (były to tak zwane „księgi życia”), ponieważ sam byłem ciekawy na co wówczas zwróciłem uwagę (co moim zdaniem było najważniejsze w moim życiu). Zaznaczyłem więc dzień, w którym się zakochałem, potem ten, w którym „dostałem kosza”, oraz kiedy wróciła. Były tam też dni urodzin wszystkich moich córek, oraz dzień, w którym zacząłem, a właściwie po wielu latach powróciłem do trenowania judo. Inne (wydawałoby się) ważne rzeczy jakoś pominąłem. Zdanie matury i uzyskanie dyplomu studiów, uznałem jako jeden z wielu egzaminów w życiu, a ślub był tylko pewnym usankcjonowaniem tego co miało miejsce już od jakiegoś czasu. Czy o to chodziło osobom nas szkolącym? Do dzisiaj tego nie wiem.
Szkolenia, to również rozmaite testy psychologiczne. Jako rodzice zastępczy przechodzimy je co dwa lata i chyba właśnie dlatego, że mają ocenić nasze zdrowie psychiczne, to ciężko się do nich przygotować – jakoś się nie powtarzają. Pamiętam, że na szkoleniu dostaliśmy polecenie narysowania drzewa owocowego. Oczywiście chciałem być nieszablonowy (co tam będę rysował jabłoń), więc postanowiłem narysować leszczynę (w końcu orzechy to też owoce). Nie wiem jak to zostało zinterpretowane, ale (jak później doczytałem) kwiatki na drzewie oznaczają skłonności narcystyczne (a moje zdolności artystyczne raczej mogły wskazywać na to, że właśnie je narysowałem). Ale i tak się cieszyłem, że nie narysowałem na tym drzewie ptaszka, wiewiórki i dziupli … na szczęście.

Jest też druga rzecz, która powoduje, że z ciekawością zaglądam na bloga Lady Makbet.
Dziewczyna ta, według moich pobieżnych obliczeń, mogłaby być moją córką (gdybym się dobrze postarał). Dzieli więc nas prawie różnica jednego pokolenia. A jednak tak wiele nas łączy. Mamy podobny pogląd na życie i co najciekawsze podobne wspomnienia. Gdyby nie pewne szczegóły, to pomyślałbym, że tego bloga prowadzi moja Majka. Ale jednak są pewne różnice, na przykład nie znamy takiego emerytowanego pana E. o bardzo dziwnych poglądach. Jednak już taki gość jak M. (obiekt nastoletnich westchnień) też był (nawet miał podobne inicjały – ale w moim przypadku już go nie ma, co mnie cieszy).
I do tego ta Krajka śpiewana na przyczepce zdezelowanego malucha. Ja jeszcze pamiętam Krajkę śpiewaną na wozie zaprzęgniętym w dwa konie. I pamiętam Krajkę śpiewaną trzy miesiące temu (bo nadal spotykamy się co jakiś czas w starym gronie z obecną drużyną harcerską).

Tak więc blog Lady Makbet, jest dla mnie pod wieloma względami powrotem do przeszłości.
Ale jest też wybieganiem w przyszłość – mam nadzieję, że już niedługo będę mógł napisać w komentarzu: „Gratuluję, cieszę się Waszym szczęściem”.

Odejdę trochę od bloga Lady Makbet, jednak nadal pozostając przy temacie, o którym ona pisze.
Kilka dni temu dostałem link od pani Jowity (naszej koordynatorki z PCPR-u) do filmu ReMoved. Nie znalazłem oficjalnego tłumaczenia tego tytułu (być może nikt nie zaryzykował, bo słowo to może mieć wiele znaczeń). Ja przetłumaczyłbym to jako „Odrzucona” (przynajmniej po obejrzeniu filmu). Opowiada on o tym, jak widziana jest przemoc oczami dziecka. Dziewczynka (główna bohaterka) mówi: „Czasem ktoś krzywdzi tak bardzo, że przestaje już boleć”, albo „jestem niewidoczna, niesłyszana, niechciana”. Mimo, że jej powierzchowność może zniechęcać, to w głębi serca jest spragniona miłości i przesłaniem filmu jest zwrócenie uwagi na potrzeby takich dzieci, na to, że zasługują na nasze zainteresowanie, na to aby były szczęśliwe.
Jest to więc film skierowany do wszystkich rodzin, myślę że również biologicznych. Wydaje mi się, że powinien on zwiększać świadomość nie tylko rodzin zastępczych, ale również adopcyjnych. Te drugie najczęściej są zainteresowane dziećmi małymi i wielokrotnie zupełnie zdrowymi.
Niedawno poszukiwaliśmy rodziny dla rodzeństwa, mniej więcej w wieku bohaterki filmu. Nie było żadnych chętnych rodziców adopcyjnych, mimo że dzieci nie przejawiały tak skrajnych emocji jak w filmie (po prostu chciały tylko kochać i być kochane). Znalazła się jednak rodzina zastępcza gotowa się nimi zaopiekować, chociaż na tą chwilę ostateczna decyzja nie została jeszcze podjęta.
Rozumiem, że każdy w taki czy inny sposób chce zaspokoić własne potrzeby (bycia rodzicem adopcyjnym czy też zastępczym). Sam jestem tego przykładem. W altruizm już dawno przestałem wierzyć. Jednak może warto poszukiwać szczęścia również wśród dzieci nieco starszych?

Lady Makbet w ostatnim swoim artykule zastanawia się, czy ciągłe pytanie na szkoleniu o motywacje bycia rodzicem adopcyjnym ma sens, czy stanie się przez to lepszą kandydatką na mamę?
Też byłem pytany wielokrotnie o moje motywacje bycia rodzicem zastępczym. Też w pewien sposób irytowało mnie powtarzanie w kółko tego samego.
Ale może ma to sens?
Może na etapie szkolenia (gdy rozważane są różne sytuacje, mające spowodować, że coraz lepiej poznajemy siebie), ktoś zmieni zdanie. Może stwierdzi, że siedmioletnie rodzeństwo może dać taką samą radość jak piękna, niebieskooka dwulatka. A może stwierdzi, że zupełnie nie nadaje się na rodzica.

Na koniec, wrócę do filmu ReMoved i tematu w nim poruszonego.
Przedstawię dwie opinie załączone w komentarzach do tego filmu. Każdy może wyciągnąć z nich własne wnioski. Mam tylko nadzieję, że ta druga opinia dotyczy sytuacji sprzed trzydziestu lat i nijak się ma do czasów dzisiejszych (obym się nie mylił).

Ja bylem takim dzieckiem, dzieckiem wychowanym w domu pelnym przemocy i pogardy. Dzis mam 24 lata, od 6-8 lat jestem silnie uzalezniony, od paru lat miewam depresje i mysli samobojcze, nigdy tez nie potrafilem nawiazywac zdrowych relacji z plcia przeciwna, ba w ogole zadnych zdrowych relacji z nikim. Moze dlatego ze podswiadomie w kazdej sekundzie mojego zycia czulem sie i czuje sie kims gorszym i dlatego tez nigdy nie bylem w stanie zdjac maski za ktora sie skrylem. Ludzie czesto widza mnie jako kogos pewnego i pelnego pychy (jak takiego typowego cynicznego dupka), a to nic innego jak zaslona, jak iluzja. W rzeczywistosci boje sie zycia, boje sie ludzi, potrzebuje ludzi choc jednoczesnie nie potrafie sie przed nimi otworzyc. Mentalnie wciaz jestem tym malym bezbronnym dzieckiem. I tak ostatnie 10 lat mojego zycia spedzilem uciekajac przed tym zyciem. Zycie ucieka mi przez palca, bo nie potrafie odwrocic glowy i spojrzec w przod. Prewencja, slowo klucz w takich przypadkach. U mnie tego zabraklo. Sasiedzi ktorzy odwracali glowy i udawali ze nic sie nie dzieje. Policjanci ktorzy przyjezdzali i odjezdzali. Mama ktora trwala i trwala w tym zwiazku. Boli, wszystko moglo sie przeciesz potoczyc inaczej. Moglem byc inny...”

Przzeszlam przez to mialam 16 lat jak trafilam do rodziny zastepczej i to byl blad sadu w tej rodzinie prawie nigdy nie bylo co jesc byla tez przemoc po szkole zamiast sie uczyc musialam z zastepcza opiekunka chodzic z nia do pracy i pomagac jej sprzatac po kryjomu utrzymywalam kontakt z rodzina moja przeszlam tam pieklo nawet nie moglam sie nikomu poskarzyc bo nikt by mi nie uwierzyl mam teraz 45 lat zycie poukladane spokoj i stabilizacja ale prosze mi wierzyc to zostaje w psychice do konca zycia ktos oferuje ci pomoc a tak chodzilo naprawde o pieniadze z adopcji za te pieniadze kupili se nowe meble i wogole duzo do swojego domu juz przed 18 ucieklam od nich bo zostalam pobita bylam psychicznie teroryzowana a przed ta adopcja to byla taka mila fajna rodzina ja tylko szukalam akceptacji i milosci skonczylam szkole zawodowa i wyjechalam za granice by zmienic swoje zycie i zapomniec o tym koszmarze.....instytucje ktore daja dzieci do rodzin zastepczych powinni bardziej kontrolowac a oni licza na to ze dziecko powie jak mu jest nie to nie prawda dzieciak jest zastraszany ludzie z instytucji wyjda a ty jak powiesz prawde zaczyna sie koszmar........prawo polskie masakra.....”

Wypadałoby też podać linki do tekstów źródłowych.

Film ReMoved:




A tutaj pewne rozważania na temat rodzin zastępczych:



No i najważniejszy link, do bloga Lady Makbet:








3 komentarze:

  1. Pikusiu, to dopiero niespodzianka... Wchodzę sobie tutaj jak co weekend... i widzę taaaaką obszerną recenzję mojej pisaniny. Bardzo trafnie udało Ci się ująć cel bloga, bo faktycznie chciałabym udokumentować naszą drogę adopcyjną krok po kroku - jako pamiątkę dla nas i dziecka, informację dla naszych bliskich i wreszcie także zbiór przykładów (kto wie, może i negatywnych) dla tych, którzy są jeszcze przed decyzją o adopcji. Muszę przyznać, że jako doświadczeni rodzice zastępczy jesteście dla mnie z Majką WIELKIMI autorytetami. Tym bardziej cieszy, że czytacie i komentujecie :) Po Twojej dzisiejszej notatce czuję się dodatkowo zobowiązana, żeby szczegółowo opisywać wszystko, co nastąpi także po TYM telefonie. Dziękuję za te miłe słowa i polecam się na przyszłość!
    PS. Muszę tylko sprostować jeden szczególik: M. to nie żadna moja dawna miłość, tylko serdeczny, sprawdzony przyjaciel. Jeśli na blogu zabrzmiało to inaczej, to chyba muszę coś przeredagować ;) Wspomniany obiekt nastoletnich westchnień, do którego się tutaj odwołałeś, ma zupełnie inne imię ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przepraszam zarówno Ciebie, jak też M. Trochę pomieszałem chronologicznie pewne wydarzenia i niewłaściwie skojarzyłem pewne fakty. Prawdę mówiąc często gubię się w rozmaitych powiązaniach: kto z kim, gdzie i kiedy. Pamiętam, że jak rysowaliśmy nasz genogram, to Majka bardziej ogarniała moją rodzinę niż ja.
      Pozdrawiam Ciebie i wszystkie „literki” występujące w Twoich wpisach.

      Usuń
  2. Nie masz za co przepraszać, nikt się nie pogniewał ;) Zresztą trudno oczekiwać, że jako Czytelnik bloga będziesz rozróżniał całe moje otoczenie włącznie z drzewem genealogicznym ;) I tak jestem pod wrażeniem, że tak uważnie czytasz moje posty. Swoją drogą, może to ja za mało precyzyjnie coś opisałam i stąd to małe nieporozumienie. Jeszcze odnośnie wspomnianych przez Ciebie filmów: oglądałam obie części "ReMoved". Wydają się bardzo prawdziwe i mocno dają do myślenia... Również pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń