sobota, 17 grudnia 2016

--- Wiem, że nic nie wiem

podobnie jak Sokrates, zaczynam mieć coraz większą świadomość swojej niewiedzy. Tyle tylko, że dla niego było to drogą do poznania mądrości, a ja myślę, że taki „niekumaty” pozostanę już do śmierci, bo zwyczajnie pewnych rzeczy nie mogę pojąć.

Na dobrą sprawę, to chciałem napisać komentarz pod swoim ostatnim postem o Kapslu. Jednak jak zacząłem zagłębiać się w coraz szersze kręgi dowolności i wieloznaczności, to stwierdziłem, że wyjdzie z tego kolejny wpis.

Dwa razy w roku odbywają się w naszym PCPR-rze kursy dla rodziców zastępczych. Każdy z nich kończy się tak zwanym „panelem”, czyli kilkugodzinnym spotkaniem absolwentów tegoż kursu, z osobami mającymi praktyczną styczność z rodzicielstwem zastępczym. Są tam więc osoby prowadzące rodzinne domy dziecka, pogotowia rodzinne oraz będące inną formą rodzicielstwa zastępczego, jak również przedstawiciele różnych instytucji, w tym sędzia sądu rodzinnego.
Osobiście na takie spotkania nie chadzam z bardzo błahego powodu. Zwyczajnie mam tak długi przewód myślowy, że zanim bym się zastanowił co chcę powiedzieć, to rozmowa pewnie już dawno by zeszła na inny temat.
Jednak Majka, ze swoją radiową przeszłością jest tam obowiązkowo. Wprawdzie z tym radiem trochę przesadziłem (wystąpiła w nim tylko raz), to jednak doświadczenie sceniczne (prowadziła kilka imprez i festynów) bardzo jej w tym pomaga.
Ponieważ „świeżo upieczeni” rodzice zastępczy nawet nie bardzo wiedzą o co mogą zapytać takiego prawnika, to po jego krótkim wprowadzeniu, Majka zadaje mu pytania i prowadzi konwersjację. Wprawdzie są to nasze wątpliwości i najczęściej odwołują się do konkretnych przypadków naszych dzieci, to myślę że ich rozważanie też jest z korzyścią dla wszystkich słuchających.

Tak więc kilka dni temu „na tapetę” poszedł przypadek Kapsla.
Muszę więc przyznać, że to co napisałem ostatnio na temat możliwości zmiany decyzji przez samego sędziego, nie jest prawdą – a przynajmniej nie do końca. Raz wydany wyrok jest zamknięty w tym sensie, że sędzia po wpłynięciu odwołania, sam nie może go zmienić. Za to w uzasadnieniu wyroku może napisać, że … się pomylił. Sądzę, że na taką samokrytykę może się zdecydować tylko ktoś „z jajami”, więc pewnie takie przypadki są bardzo rzadkie. Jednak gdyby czasem, sędzina prowadząca sprawę chłopca zdecydowała się na taki krok, to mogłoby to znacznie przyspieszyć cały dalszy bieg wypadków w sądzie odwoławczym (chociaż i tak chodzi o przynajmniej pół roku – ale chociaż nie półtora).
Zawsze też myślałem, że sąd okręgowy (apelacyjny, odwoławczy – używam takich słów jako synonimów), może podtrzymać decyzję sądu niższej instancji, ale może również zmienić to postanowienie. Okazuje się jednak, że nie. Jeżeli ma jakieś zastrzeżenia, to sprawa wraca do ponownego rozpatrzenia, przez sąd, który wydał poprzednią decyzję. Do tego rozpatrywana jest ona w oparciu o materiał dowodowy z pierwszego postępowania (chyba, że jakaś procedura została przeprowadzona niewłaściwie, lub w ogóle nie została przeprowadzana - np. badanie w OZSS). Nie ma więc znaczenia, jeżeli na przykład w międzyczasie sytuacja rodziców biologicznych uległa zmianie na lepsze.
Wrócę do sytuacji Kapsla. Odwołanie mamy ma dużą szansę na pozytywne jego rozpatrzenie przez sąd apelacyjny, jednak tak czy inaczej sprawa wróci na biurko sędziny, która do tej pory nie była przychylna mamie (a odwołanie może ją tylko rozwścieczyć – w końcu sędzia to też człowiek i może się irytować). Wprawdzie istnieje możliwość złożenia przez mamę wniosku o zmianę sędziego (mając konkretne argumenty), ale co zrobić, gdy w sądzie jest tylko jeden sędzia rodzinny? Czy istnieje możliwość zmiany sądu? Niestety Majka o to już nie dopytała – ale będzie okazja za pół roku.
To, że jest duża szansa na ponowne rozpatrzenie sprawy wynika z dwóch powodów. Sprawa pierwsza, to fakt, że nie dokonano badania więzi i oceny kompetencji rodzicielskich mamy Kapsla przez Opiniodawczy Zespół Sądowych Specjalistów. Większość sądów traktuje to badanie jako rutynową czynność przed każdym odebraniem praw rodzicielskich, jednak nie ma takiego obowiązku. Czy sąd odwoławczy potraktuje to jako pewnego rodzaju zaniedbanie, czy również stwierdzi, że przecież nie trzeba?
Druga rzecz, to połączenie na jednej rozprawie odebrania praw rodzicielskich z zakazem widywania się z synem. Podobno nie ogranicza się kontaktów rodziców z dzieckiem, z urzędu. Musi wpłynąć jakiś wniosek. Czy coś takiego miało miejsce, czy może jednak była to samowolka? Nie wiemy, lecz trudno jest nam znaleźć kogoś, kto miałby jakiś interes w złożeniu wniosku o zakaz spotkań. Jednak tak czy inaczej powinny się odbyć dwie odrębne rozprawy.
Natomiast jeżeli chodzi o możliwość aktualnych odwiedzin, to jeżeli odwołanie spełni wszelkie wymogi prawne, wówczas sąd nie będzie mógł wydać odrębnej decyzji w sprawie, która została zaskarżona. Czyli Kapsel nadal będzie mógł spotykać się ze swoją mamą. 
Tyle tym razem się dowiedzieliśmy od sędziego z jednego z naszych sądów rodzinnych. Osobiście, wcale nie jestem przekonany, czy takie procedury obowiązują w całym kraju, zwłaszcza że sam pan sędzia stwierdził, że ze stuprocentową pewnością, może się wypowiadać tylko za siebie i swojego kolegę (bo akurat w tym wydziale rodzinnym jest ich tylko dwóch).

Z ciekawych rzeczy poruszył jeszcze kwestię, której bardzo obawiają się rodzice zastępczy, wychowujący jakieś dziecko już dłuższy czas. Co się stanie, gdy w którymś momencie zostaną odebrane prawa rodzicielskie rodzicom biologicznym i dziecko zostanie zgłoszone do ośrodka adopcyjnego? Czy jedyną możliwością będzie dla nich adopcja? Przecież nie zawsze stać rodzica zastępczego na taką alternatywę. Okazuje się, że w dziewięćdziesięciu kilku procentach dzieci te wcale nie zostają zakwalifikowane do adopcji, co oznacza, że nadal pozostają w dotychczasowej rodzinie zastępczej. Jednak bliższe sprecyzowanie pojęcia „dłuższy czas” nie jest możliwe i zależy od indywidualnej interpretacji osób pracujących w ośrodkach adopcyjnych.

W ten płynny sposób przejdę do pewnych aspektów funkcjonowania ośrodków adopcyjnych. Nie chcę twierdzić, że powinny być jakieś sztywne ramy czasowe, określające kiedy dziecko jest kwalifikowane do adopcji, a kiedy już nie. Wszystko zależy od sytuacji, jednak podobnie jak w przypadku sądów, wpływ na to ma subiektywna ocena poszczególnych ludzi. Gdyby więc kiedyś ktoś mnie zapytał o perspektywy swojego dziecka zastępczego, które przebywa w jego domu od kilkunastu, czy kilkudziesięciu miesięcy – musiałbym powiedzieć: „nie wiem”.

Jeżeli chodzi o decyzje podejmowane przez ośrodki adopcyjne, to są jeszcze inne ciekawe aspekty, powodujące że cały system rodzicielstwa zastępczego i adopcyjnego jest niejednoznaczny i w większości zależy od regulaminów i zasad wypracowanych przez poszczególne ośrodki adopcyjne, instytucje pieczy zastępczej i sądy (być może często wspólnie).

Dawniej wydawało mi się, że sprawa wygląda w ten sposób, że pomoc społeczna i/lub szpital, do którego trafiło dziecko, co do którego istnieje uzasadnione podejrzenie zaniedbania opieki rodzicielskiej, albo mama po porodzie poszła „w długą”, czy też zdecydowała się zrzec wychowania swojego dziecka – informuje o tym sąd i Powiatowe Centrum Pomocy Rodzinie (albo inną odpowiednią instytucję zajmującą się pieczą zastępczą). Dziecko kierowane jest do rodziny zastępczej, a sąd wszczyna proces, lub jeżeli mama sama decyduje się zrzec swoich praw rodzicielskich, musi to w odpowiedni sposób zgłosić sądowi. Jeżeli sąd po jakimś czasie podejmie decyzję o odebraniu praw rodzicielskich, zgłasza ten fakt do ośrodka adopcyjnego, który dokonuje kwalifikacji do adopcji i rozpoczyna poszukiwania rodziców adopcyjnych. Myślałem, że takie są procedury, ponieważ tak to wygląda u nas.
Dopiero od niedawna ośrodki adopcyjne nieco wcześniej dowiadują się o dziecku, ponieważ ich pracownicy biorą udział w spotkaniach w PCPR-rze, na których omawiane są poszczególne przypadki dzieci przebywających w rodzinach zastępczych. Mając pewną wiedzę na temat rozwoju dziecka i sytuacji jego rodziców biologicznych, mogą rozpocząć wstępne poszukiwania nowych rodziców (nikomu jeszcze dziecka nie proponując).

Bywają jednak ośrodki adopcyjne, które jako pierwsze (poza sądem) są informowane o pojawieniu się dziecka w szpitalu (najczęściej noworodka). Decyzją sądu, maluch jest umieszczany w docelowej rodzinie adopcyjnej. I tutaj istnieją dwa znane mi rozwiązania (stosowane w różnych miastach), albo rodzice adopcyjni wcześniej muszą skończyć dodatkowy kurs dla rodziców zastępczych, albo sąd umieszcza dziecko w rodzinie adopcyjnej na zasadzie tzw. „powierzenia pieczy”. W sumie wszystko wygląda pięknie.
Jest zgodne prawem, ponieważ sąd na 6 miesięcy może umieścić dziecko na zasadzie powierzenia pieczy w dowolnej rodzinie (według własnego uznania), a jeżeli ma ona dodatkowe szkolenie dla rodzin zastępczych, to termin ten nie obowiązuje. Dla dziecka jest to komfortowa sytuacja, ponieważ niemal od urodzenia przebywa w docelowej rodzinie. Rodzice, u których w ten sposób zostało umieszczone dziecko, są szczęśliwi że mogą zajmować się nim od początku, że nie czeka ono na nich nie wiadomo gdzie.
Są w pełni świadomi wszelkich konsekwencji podejmowanej decyzji. Niestety te konsekwencje mogą dla nich okazać się tragiczne. Mama zostawiając dziecko w szpitalu po porodzie, ma 6 tygodni na zmianę decyzji. Nie musi niczego udowadniać – zwyczajnie mówi, że zmieniła zdanie i przychodzi po dziecko. Może też nie dopełnić wszelkich formalności i „zniknąć”. Rodzicom pozostaje niepewność – czy wróci i kiedy? Gdyby nasza Smerfetka znalazła się na takiej zasadzie w jakiejś rodzinie adopcyjnej, to nie chciałbym być w jej skórze (tej rodziny). Mama nagle wróciła, wynajęła prawnika i deklaruje walkę o odzyskanie dziewczynki. Rodzice zastępczy mają (a przynajmniej powinni mieć) świadomość tymczasowości. Wiedzą, że istnieje duże prawdopodobieństwo, że dziecko kiedyś od nich odejdzie. Rodzice adopcyjni nie są na coś takiego gotowi. Wiem, że mają świadomość podejmowanego w takim przypadku ryzyka, jednak gdyby musiał być zrealizowany wariant pesymistyczny, to mogłoby to „rozwalić” całą rodzinę … a przypadki powrotów czasami się zdarzają, mimo że do takiego sposobu adopcji wybierane są tylko dzieci z niemal stuprocentowym prawdopodobieństwem odebrania praw rodzicielskich.

Jest też inny wymiar takiego podejścia do adopcji. Niektóre osoby bardzo bulwersuje adopcja poprzez pozostanie najpierw rodziną zastępczą. Jeden z naszych ośrodków adopcyjnych uważa to za „wykradanie dziecka z kolejki” i w bardzo niemiły sposób traktował rodzinę która najpierw została rodziną zastępczą dla jednego naszego „pogotowiowego” malucha. Czym różni się sytuacja adopcji noworodka? Jest to pomijanie osób oczekujących w kolejce adopcyjnej, którzy nie są emocjonalnie zdolni do wybrania takiej drogi – a jednak są ośrodki, które proponują taki alternatywny wybór.
Osobiście uważam, że żadna droga do upragnionego dziecka nie jest niewłaściwa i rozumiem postępowanie poszczególnych rodzin, mimo że często sam też nie byłbym na coś takiego gotowy.
Dziwi mnie tylko różnorodność form podchodzenia do tego samego tematu przez instytucje. Powoduje to, że wiem coraz mniej, nie mówiąc o tym, czego jeszcze nie wiem. A może to jest właśnie pluralizm?

Jednak na koniec odniosę się też do PCPR-ów. Tutaj również istnieją wewnętrzne regulacje, które kształtują pewną „politykę” konkretnych jednostek.
Podam tylko jeden przykład. Rodzina, która planuje zostać pogotowiem rodzinnym, powinna teoretycznie najpierw pozostać na jakiś czas „zwykłą rodziną zastępczą”.
Problem polega tylko na tym, że nie można łączyć funkcji pogotowia z rodziną zastępczą. Tak więc po okresie bycia rodziną zastępczą należałoby przebywające w rodzinie dzieci zastępcze albo adoptować (jeżeli jest taka możliwość), albo oddać je do innej rodziny.
Dlatego też niektóre PCPR-y (nie chcę gdybać, czy większość, czy mniejszość) rezygnują z tego wymogu i rodzina decydująca się na pozostanie pogotowiem rodzinnym, pozostaje nim natychmiast. Ale są również takie rodziny, które nie wyobrażają sobie od razu rzucenia się na „głęboką wodę”.

Tak więc, reasumując całe moje rozważania, powiem tyle, że jak ktoś będzie mnie pytał jak wygląda system opieki zastępczej i adopcyjnej, to chyba będę brał wzór z naszego sędziego, twierdząc że w stu procentach to mogę się tylko wypowiadać za Majkę i siebie.



sobota, 10 grudnia 2016

KAPSEL 2

Niestety sytuacja Kapsla komplikuje się coraz bardziej.
Jeszcze miesiąc temu istniała realna szansa na powrót do rodzinnego domu – może nie najlepszego, ale bezpiecznego, a przede wszystkim własnego, w którym jest … mama.
Pomoc społeczna wystawiła mamie Kapsla całkiem przyzwoitą opinię, opierając się głównie na jej ogromnym zaangażowaniu. W miarę swoich możliwości, zrobiła remont aktualnego mieszkania i udało jej się spotkać z wójtem swojej gminy, dzięki czemu została zapisana na lokal socjalny w trybie pilnym. Pracę ..., może nie najlepiej płatną, ale ma – a to jest najważniejsze. Stanowisko PCPR-u też było jednoznaczne (zresztą poparte naszą pozytywną oceną sytuacji). Czekaliśmy więc na rozprawę, licząc na to, że być może chłopak spędzi święta już w swoim domu.
Decyzja sądu zaskoczyła wszystkich – odebranie praw rodzicielskich i zakaz widywania się z synem. Dlaczego …?
Pozwolę sobie w tym momencie zrobić pewną dygresję, dotyczącą mojej oceny sądów rodzinnych. Z pewnością jest to bardzo subiektywne spojrzenie, oparte na kilku, czy kilkunastu przypadkach, z którymi mieliśmy do czynienia, jednak sprawa Kapsla skłoniła mnie do takich rozważań.
Podobnie jak kilka milionów innych osób w naszym kraju, rokrocznie jadę na badanie techniczne mojego samochodu, aby dostać pieczątkę w dowodzie rejestracyjnym, że jest on dopuszczony do ruchu. Kilka lat temu wykonywałem te badania w pewnej stacji kontroli pojazdów. Mimo, że kilka dni wcześniej robiłem przegląd w autoryzowanym serwisie, osoba tam pracująca zawsze przyczepiała się do hamulców (nawet dwa razy odsyłając mnie ponownie do serwisu). Tak więc zmieniłem kontrolera. Po kilku latach nawet zrezygnowałem z autoryzowanego serwisu. Teraz przeglądy robię u mechanika Mirka i z badaniem technicznym nie mam problemu. Dlaczego o tym napisałem? Ponieważ tak jak w tym przypadku, tak samo przy decyzjach podejmowanych przez sąd rodzinny, wszystko zależy od jednego człowieka. Różnica polega tylko na tym, że sądu rodzinnego nie można sobie wybrać. Rodzice biologiczni są więc skazani na przypadek. Z pełną świadomością mogę stwierdzić, że identyczna sytuacja dziecka, prowadzona w różnych znanych mi sądach rodzinnych, mogłaby zakończyć się zupełnie innym wyrokiem.
Teoretycznie sędzia wydaje decyzję w oparciu o wszelkie istotne dla sprawy okoliczności. Tyle, że te okoliczności należy ustalić na podstawie czegoś. A tutaj jest bardzo różnie. Jedne sądy zapraszają rodziców zastępczych na rozprawę - inne nie, jedne wnioskują do rodziny zastępczej o przedstawienie opinii – inne nie, jedne są zadowolone z każdego dostarczonego materiału dowodowego – inne nie lubią, gdy ktoś niepytany się wychyla. Są sędziowie, którzy dzwonią do Majki z pytaniem: „to jaką decyzję mam podjąć?” (co też jest pewnego rodzaju przegięciem), jak również tacy, którzy wydają decyzję o przekazaniu dziecka do rodziny zastępczej, nie informując o tym nikogo poza rodzicami biologicznymi. I niby kto ma tych rodziców dla dziecka znaleźć?
W większości przypadków sędziowie bardzo twardo stąpają po ziemi, dokładnie zapoznają się z materiałem dowodowym - a przede wszystkim wiedzą o czym mówią … Ale nie zawsze.
Trochę sobie pogadałem, chociaż tak naprawdę ważne jest ostatnie zdanie. Sędzia orzekający w sprawie Kapsla był przekonany, że swoją decyzją otwiera mu drogę ku świetlanej przyszłości w rodzinie adopcyjnej. Trochę przypomina mi to dywagacje niektórych osób, w myśl których na każde urodzone dziecko, czeka tłum rodzin adopcyjnych.
Otóż nie … W przypadku Kapsla nie istnieją praktycznie żadne szanse na adopcję. Dla dzieci sześcioletnich trudno jest znaleźć rodzinę zastępczą, nie mówiąc o adopcyjnej – sąd o tym nie wie? Mówię tutaj o dzieciach zupełnie zdrowych, będących w normie rozwojowej pod każdym względem. Kapsel jest opóźniony w rozwoju i według wszelkich opinii dysproporcja w stosunku do rówieśników będzie się tylko powiększać. Czy sąd tego nie doczytał? Może nie, bo może nie chciał doczytać. W końcu sam nie wystąpił o przekazanie jakichkolwiek informacji ani do nas, ani do PCPR-u, a opinię wysłaną przez panią Jowitę (naszą koordynatorkę) potraktował jako pewnego rodzaju „samowolkę”.
Mama Kapsla zdecydowała się odwołać od decyzji sądu. Ale czy zrobiła to prawidłowo? Czy w ogóle to zrobiła? Była umówiona w naszym PCPR-rze. Pani Jowita przygotowała z prawnikiem wzory odpowiednich pism. Mama nie dotarła do dnia dzisiejszego.

Istnieją trzy możliwości dalszego biegu wydarzeń.

Wariant nierealny polegałby na tym, że mama w prawidłowy sposób złożyłaby odwołanie od decyzji sądu, a ten uznałby jej racje i sam zmienił postanowienie.

Wariant mało prawdopodobny, ale możliwy - mama prawidłowo przeprowadziła wszelkie czynności odwoławcze.
W tym przypadku czekamy na rozprawę w sądzie apelacyjnym, co oznacza, że z pewnością będziemy razem z Kapslem witać Nowy Rok 2018 (a może i 2019).

Wariant najbardziej prawdopodobny – decyzja sądu się uprawomocni. Kapsel zostanie zgłoszony do ośrodka adopcyjnego, prawdopodobnie nawet zakwalifikowany do adopcji. Nie będzie chętnych rodzin adopcyjnych … rozpocznie się poszukiwanie rodzin zastępczych. Nie będzie chętnych rodzin zastępczych w naszym powiecie … rozpocznie się poszukiwanie poza powiatem. W tym momencie jest już „wolna amerykanka' – PCPR poszukuje jakichkolwiek rodziców swoimi kanałami, my swoimi – łącznie z umieszczaniem informacji na „tablicach ogłoszeń”, na różnych forach internetowych związanych z adopcją bądź rodzicielstwem zastępczym. Przykre? … bardzo, ale tak się to odbywa.Oczywiście jeżeli uda się taką rodzinę znaleźć, to jest ona weryfikowana przez PCPR, no i oczywiście musi mieć ukończony kurs dla rodziców zastępczych.
Czy znajdzie się rodzina, która zechce pokochać sześcioletniego chłopca, który sika w majtki, z trudem rozwiązuje zadania dla trzylatków, nie potrafi zapamiętać wierszyka, policzyć do dziesięciu, wymienić kolorów, dni tygodnia … Czy fakt, że jest bardzo opiekuńczy w stosunku do innych dzieci i zwierząt, że stara się być bardzo pomocny, że bardzo chce kochać i być kochanym – wystarczy, aby ktoś się nim zainteresował? Prawdę mówiąc – wątpię. Pozostanie dom dziecka …

Ciekawy jestem tylko, czy sąd raczy nas poinformować o tym, że podjął decyzję o zakazie kontaktowania się mamy z synem. Na dobrą sprawę, gdyby zakaz ten był celowy, to powinniśmy go już dawno otrzymać, w trybie natychmiastowej wykonalności (co w żaden sposób nie wiązałoby się z tym, czy wyrok się uprawomocni, czy nie). Dopóki niczego nie dostaliśmy na piśmie, dopóty nic nie wiemy i Kapsel nadal spotyka się z mamą. Codziennie zadaje pytanie „czy dzisiaj jest sobota?”. Chyba bardzo lubi to określenie, bo tak naprawdę spotyka się z mamą w poniedziałki. Jednak bardzo czeka na ten dzień i nie wyobrażamy sobie, jak w pewnym momencie będziemy musieli mu powiedzieć, że mama już więcej nie przyjdzie.
Chociaż z drugiej strony, jaki sens ma podtrzymywanie więzi, jeżeli prawdopodobieństwo powrotu do mamy będzie bliskie zeru?

Ale póki co, skupiamy się na tym, co jest teraz.
Dzień, w którym Kapsel spotyka się z mamą, nie należy do przyjemnych (z naszego punktu widzenia). Wieczór upływa pod znakiem płaczu, krzyków, negowania każdego polecenia, a nawet rzucania się na podłogę (nie wiadomo dlaczego, atak szału najczęściej następuje w wannie – przy kąpieli).
Bardzo się cieszę, że zachowanie Kapsla jest monitorowane przez psychologa, bo być może uznałbym to za przyczynek do ograniczania widzeń. Okazuje się, że jest to bardzo zdrowy symptom odbudowywania więzi z mamą. Tylko jak powinniśmy się do tego odnosić, mając w świadomości wyrok sądu? Sam nie wiem.

Na koniec wrócę jeszcze do sikania Kapsla w majtki. Zgodnie z zaleceniami psychologów, przestaliśmy w jakiś szczególny sposób na to reagować. Chłopiec, chyba potraktował to jak pewnego rodzaju przyzwolenie, albo uznał, że skoro na noc zakłada pieluchomajtki, to nie obowiązują go już żadne zasady. W każdym razie po kilku dniach kupiliśmy pieluchomajtki dla dorosłych, bo bywało, że z tych dziecięcych wszystko zaczęło się wylewać. Chociaż są też noce zupełnie suche i niestety nie udaje nam się ustalić jakiejś reguły. W ciągu dnia jest dużo lepiej, chociaż pralka i tak ma „pełne ręce” roboty.
Wizyta u urologa niczego szczególnego nie wniosła do sprawy. Anatomicznie wszystko jest w porządku. Badanie moczu wykazało tylko istnienie jakichś bakterii, które aktualnie staramy się zwalczać, jednak nijak ma się to do problemu moczenia się. Zliczamy też w odstępach kilkudniowych ilość wypijanej wody i porównujemy to z ilością oddanego moczu. Kapslowi bardzo spodobało się sikanie do butelki, więc często robi tak również jak nie musi. Początkowo miałem pewne opory, gdy podawał mi rękę (bo nigdy nie wiedziałem, czy idąc do ubikacji, nie wpadł na pomysł nasikania do butelki), ale do wszystkiego można się przyzwyczaić. Nie wiem co z tych pomiarów wyjdzie, następna wizyta u urologa, już wkrótce.

Dlaczego właściwie o tym wszystkim piszę?

Być może takie oceny dzieci trafiają do potencjalnych rodziców adopcyjnych.
Często się zastanawiam, jak wielkie emocje muszą nimi targać, gdy czytają podobne opisy?
A do tego świadomość, że być może są rzeczy z życia ich przyszłego dziecka, które nigdy nie ujrzą światła dziennego.

Chciałbym, aby znalazła się jakakolwiek rodzina chętna do zaopiekowania się Kapslem, bo inaczej chłopak będzie miał w życiu „przerąbane”. A wszystko przez jedną nietrafioną decyzję ..., można powiedzieć, że przez przypadek.
Żałuję tylko jednej rzeczy – że pani sędzia, która prowadziła sprawę Kapsla, nie zdecydowała się kiedyś na ukończenie Politechniki. Może badając stan techniczny pojazdów, sprawdziła by się lepiej – w końcu samochody mają dużo bardziej prostą konstrukcję.
Czy mam prawo oceniać jej pracę i podejmowane decyzje? Nie wiem, być może nie, ale musiałem sobie trochę ponarzekać.